Fairydale - Veronica Lancet

Kup ebooka

57.90 zł
48.06 zł (57,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Słońce zaczęło zachodzić, a Lizette wciąż nie mogła zebrać się w sobie, by wrócić do domu. Zwłaszcza że gdyby jej najbliżsi tylko na nią spojrzeli, od razu by się domyślili, co się stało.

To nie jej wina - to wiedziała na pewno. Nie miała jednak pewności, czy rodzina podzieliłaby tę opinię. Na pewno nie można powiedzieć tego o jej matce, która przez większość życia z trudem znosiła widok własnego dziecka. Gdyby się o tym dowiedziała, miałaby tylko kolejny powód, by nią gardzić - i być może kolejny powód, by ją odesłać.

Znalazła się sama nocą w lesie, w miejscu dość niebezpiecznym dla płci pięknej, ale doświadczyła już najgorszego, co może spotkać kobietę. Nawet teraz nie przestawała krwawić bez względu na to, ile razy próbowała się osuszyć kawałkiem podartego swetra.

Zmierzając w kierunku wodospadu ukrytego głęboko w lesie, myślała tylko o tym, by zmyć z ciała wszelkie ślady jego obecności.

Dźwięk wody powoli docierał do jej uszu. Miała zaczerwienione policzki, a łzy zdążyły już wyschnąć. Lecz gdy zbliżyła się do nurtu, nie mogła powstrzymać kolejnych łez.

Delikatnie zdjęła ubranie, dbając o rany, które wciąż bardzo jej dokuczały. Złożyła starannie sukienkę, położyła ją na ziemi, podeszła do brzegu rzeki i zanurzyła palce stóp w toni. Początkowo zaskoczyło ją uczucie chłodu, ale cóż, sama była sobie winna, próbując kąpać się w strumieniu na początku grudnia.

Miała jednak w zanadrzu jeszcze jedną tajną broń.

Pocierając o siebie dłonie, skierowała ciepło ciała do rzeki, tak aby woda osiągnęła pożądaną temperaturę.

Lizette może nie była tak potężna jak matka, ale miała tę jedną zdolność i czuła się z niej dumna - zdolność rozgrzewania przedmiotów. Niestety, nawet to nie wystarczyło, by zatrzymać jego atak.

Kiedy ciecz wystarczająco się ogrzała, cała się w niej zanurzyła. Zaczęła szorować skórę, marząc, by móc pozbyć się wspomnień tak łatwo, jak jego zapachu.

Spędziła tam dłuższą chwilę, przerażona myślą, że po wszystkim zostanie zmuszona zmierzyć się z rzeczywistością.

Powoli wyszła z wody i przez chwilę po prostu stała na brzegu obok sukienki, nie mogąc się zmusić, by ponownie ją włożyć. Na szczęście dzięki własnej zdolności mogła utrzymać ciepło bez potrzeby noszenia ubrań.

Kiedy tak tam stała, rozmyślając o swoim życiu, zauważyła kolorowego motyla fruwającego tuż nad taflą.

Nie miała pojęcia, jak mógłby przetrwać tu zimę, ale zbyt zauroczył ją ten piękny widok, by go kwestionować.

Wydawało się, że motyl miał jasny cel, bo kierował się prosto w jej stronę, trzepocząc błyszczącymi, niebieskimi skrzydłami, aż zatrzymał się tuż przed oczami dziewczyny. Zanim się zorientowała, co zamierza, owad pofrunął niżej i przysiadł na jej podbrzuszu.

- Co robisz?

Znalazła w sobie siłę, by znów się uśmiechnąć, bo czuła się szczęśliwa, że to piękne stworzenie przyleciało właśnie do niej.

- Oczywiście, że nie odpowiesz - skarciła się, wzdychając z rezygnacją.

Kiedy wpatrywała się w owada, ten nagle przekręcił główkę w jej stronę, niemal jakby ją rozumiał. Lecz to nie to wydało się jej najdziwniejsze.

Powoli wtapiał się w jej skórę, aż po jego pięknej formie nie pozostało już nic.

Zaskoczona Lizette odskoczyła. Obawiała się, że mogła go skrzywdzić posiadanym darem.

Pewnego dnia zda sobie sprawę, że nie zabiła motyla.

Ofiarowała mu życie.

Rozdział pierwszy

Sierpień 1955 r., Boston, Massachusetts

- Panno O'Sullivan, panno O'Sullivan!

Odwracam głowę w stronę głosu kogoś, kto mnie woła, i na twarzy pojawia mi się szeroki uśmiech, gdy dostrzegam Steviego, jednego z moich uczniów, pędzącego w moim kierunku.

- To do pani, panno O'Sullivan! - Zatrzymuje się obok, ciężko dysząc, i wyciąga grubą, brązową kopertę. - Pani Jennings powiedziała, że to dla pani.

Marszczę brwi, zdezorientowana. Ale kiedy biorę przesyłkę do ręki, widzę, że na górze widnieje moje imię i nazwisko, zapisane nieskazitelnym pismem.

Panna Darcy O'Sullivan.

Jeszcze dziwniejsze wydaje się to, że nie ma ani nadawcy, ani adresu zwrotnego.

- Dziękuję, Stevie. Może wrócisz do reszty? Niedługo zacznie się lunch. - Uśmiecham się do chłopca, gładząc mu gęste loki.

Na jego twarzy pojawia się szeroki uśmiech, gdy obejmuje mnie mocno w pasie.

- Kocham panią, panno O'Sullivan - szepcze stłumionym głosem, po czym pędzi dalej z rumieńcem na policzkach.

Kręcąc głową z powodu małego chłopięcego wybryku, wkładam kopertę pod pachę i kieruję się z powrotem do swojego pokoju w kwaterach dla personelu.

Szkoła z internatem Saint Russell to jedna z najlepszych placówek tego typu w kraju i choć zgodnie z wymogami stanowiska musiałam zamieszkać na jej terenie, nie miałam nic przeciwko temu, biorąc pod uwagę, że i tak nie posiadałam innej opcji zakwaterowania.

Gdy docieram do korytarza, podchodzę do trzecich drzwi i ostrożnie pukam trzy razy.

Dzielę pokój z Allison, inną nauczycielką, która dołączyła do kadry w tym samym czasie co ja. Dopisało mi ogromne szczęście, że mam tylko jedną współlokatorkę.

Kiedy byłam mała, zawsze spałam w pokoju z mamą, a po jej śmierci, gdy skończyłam już dziesięć lat, trafiłam do sierocińca. Tam w jednym pomieszczeniu mieszkało czasem nawet osiem lub dziesięć osób. W porównaniu z tamtym miejscem warunki w Saint Russell są po prostu fantastyczne.

- Wejdź! - woła Allison sennie. Otwieram drzwi, a ona wierci się w łóżku, próbując wstać.

- Nie - natychmiast ją powstrzymuję. - Nie podnoś się.

- Chyba codziennie widzisz mnie tylko w łóżku - dodaje sucho, wykrzywiając usta w uśmiechu.

- To nie twoja wina, że złapałaś grypę - upominam, kładąc kopertę na swojej pościeli, zanim podchodzę do współlokatorki. Dotykam dłonią jej czoła i przesuwam palcami po skórze, sprawdzając temperaturę.

- Już nie jesteś rozpalona - przyznaję, zauważając jej spierzchnięte usta. Odwracam się do stolika, nalewam trochę wody i podaję dziewczynie szklankę. - Teraz musisz tylko się nawodnić, a będziesz jak nowa.

- Co ja bym bez ciebie zrobiła? - Uśmiecha się, kręcąc głową. - Powinnaś ubiegać się o stanowisko pielęgniarki, a nie nauczycielki angielskiego. Każdy już od dawna wie, że potrafisz leczyć dotykiem.

- Wiesz przecież, że nie mogłam. - Rumienię się lekko, słysząc ten komplement. - Nie posiadam do tego odpowiednich kwalifikacji.

Miałam szczęście, że zakonnice z sierocińca, w którym dorastałam, sfinansowały mi studia nauczycielskie, a po ich ukończeniu pomogły znaleźć pracę w Saint Russell.

Gdyby nie one, nigdy nie znalazłabym się tu, gdzie jestem dzisiaj, i pozostanę im dozgonnie wdzięczna za wszystko, co zrobiły - szczególnie siostrze Mary i siostrze Anne. Od samego początku były moimi największymi orędowniczkami, pomagały osiągnąć sukces, gdy wszystko sprzysięgało się przeciwko mnie.

- Nie wyobrażam sobie nikogo bardziej odpowiedniego od ciebie. Gorączka nie spadła po lekach przepisanych przez lekarza, ale odpuściła po twojej herbacie.

- To chyba po prostu kwestia szczęścia. - Uśmiecham się, poprawiając jej koc.

Zawsze fascynowała mnie medycyna oraz kunszt lekarza i być może nawet rozważałam kiedyś związać z tym swoją przyszłość. Nie mogłam jednak odrzucić propozycji sióstr, wiedząc, jak bardzo troszczyły się o mnie przez te wszystkie lata. Postanowiłam więc zostać nauczycielką. Choć bardzo lubię przygotowywać herbatki i nalewki, to jeszcze bardziej cenię sobie czas spędzony z dziećmi na uczeniu ich o cudach literatury.

Jakkolwiek na to nie patrzę, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nieustannie spotyka mnie szczęście.

- Co to? - Allison wskazuje na kopertę.

- Och, zapomniałam. Dostałam przesyłkę - odpowiadam entuzjastycznie.

Oprócz sióstr nie mam nikogo, kto mógłby mi coś wysłać, więc najprawdopodobniej to paczka od nich.

- Zazdroszczę ci. Te twoje zakonnice traktują cię lepiej niż moja własna matka mnie - narzeka, ale wiem, że nie mówi tego złośliwie.

Siostra Mary zawsze wysyła mi tkaniny, abym mogła coś sobie uszyć, a siostra Anna co miesiąc podrzuca nową książkę. W ten sposób dają mi znać, że nieustannie o mnie myślą. W zamian wysyłam im nalewki z lokalnych roślin.

- Są urocze, prawda? - wzdycham roztargniona.

Mimo że tak wcześnie straciłam rodziców, uważam, że dopisało mi ogromne szczęście. Mam pracę i ludzi, którym na mnie zależy. Posiadam dach nad głową, łóżko do spania i ciepły posiłek każdego dnia. Niezależnie od tego, z jakiej perspektywy ocenia się moją sytuację, jest ona znacznie lepsza od przeciętnej - z pewnością lepsza niż to, czym może poszczycić się sporo osób.

Być może właśnie dlatego niechętnie przyznaję, że czegoś mi brakuje.

Kocham i jestem kochana, a jednak w moim sercu zieje ogromna pustka zdająca się sączyć niewidzialną krwią.

To coś, z czym żyję od zawsze - to poczucie, że brakuje mi czegoś niezbędnego dla istnienia. Ale to też coś, czego nigdy nikomu nie wyznałam. Gdybym to zrobiła, zaczęłabym uchodzić za niewdzięczną, a to ostatnie, co mnie definiuje.

Jestem po prostu... niespokojna.

Z trudem wykrzywiając usta w uśmiechu, siadam na łóżku, otwieram szufladę i szukam nożyka do listów. Ostrożnie rozcinam górną część koperty i wkładam do środka palce, by wyjąć zawartość.

Moje oczy robią się coraz większe, gdy dostrzegam trzy różne mniejsze koperty - jedną bardzo grubą i dwie cienkie - wraz z pudełkiem na biżuterię.

- Czy to od zakonnic? - pyta Allison.

Powoli kręcę głową, mrugając, gdy przyglądam się zawartości przesyłki. Jeszcze raz obracam kopertę, szukając nadawcy, ale nigdzie go nie ma. Nawet te mniejsze nie mają żadnych danych.

- To od kogo?

- Nie wiem - odpowiadam cicho.

Ciekawość bierze górę i otwieram najpierw grubą paczkę; z moich ust wydobywa się westchnienie, gdy dostrzegam zielony odcień banknotów. A kiedy je wyjmuję, ogarnia mnie szok na widok ilości gotówki. Nigdy w życiu nie widziałam takiej sumy.

- Darcy, to jest...

- Kto mógłby mi wysłać tyle pieniędzy? - szepczę.

Zamieram pod wpływem emocji i nie mogę oderwać wzroku od banknotów.

Allison okazuje się szybsza ode mnie; podchodzi, siada na łóżku i zaczyna liczyć pieniądze.

- To tysiąc - szepcze, a zdumienie w jej głosie odzwierciedla moje. - Tysiąc dolarów, Darcy. To jedna czwarta tego, co zarabiamy w ciągu roku.

- Ale jak...

- Sprawdź pozostałe. - Wskazuje na dwie kolejne koperty.

Za pomocą nożyka otwieram pierwszą i wyjmuję z niej starannie złożony list oraz coś, co wygląda jak bilet kolejowy.

- I? Co tam napisano? - pyta niecierpliwie, podczas gdy ja przeskakuję spojrzeniem po treści listu.

- To od pana Vaughana. Prawnika - mamroczę, nie mogąc uwierzyć własnym oczom. - Twierdzi, że pisze w imieniu mojego biologicznego ojca, Leo Pierce'a, który... - Przełykam ślinę z niepokojem. - Niedawno zmarł.

- Twój biologiczny ojciec? - Marszczy brwi.

Powiedziałam jej już, że nigdy nie poznałam tożsamości swojego ojca. Matka nigdy mi tego nie zdradziła, a gdy zdarzyło mi się o niego zapytać, odpowiadała tylko, że nie był dobrym człowiekiem.

- To nie wszystko - szepczę, zwilżając usta. - Prosi, żebym pojawiła się na pogrzebie Leo Pierce'a, mającym odbyć się za trzy dni, oraz na odczytaniu testamentu, ponieważ zostałam w nim uwzględniona. Ale w tym celu chce, żebym przyjechała do rodzinnego miasta ojca. Do Fairydale.

- Fairydale - dziwi się. - Nigdy nie słyszałam o takim miejscu.

- Najwyraźniej leży gdzieś w Massachusetts - mówię, patrząc na bilet.

Na bilecie widnieje napis "Boston-Fairydale", a okres ważności jest elastyczny - od dwudziestego ósmego do trzydziestego pierwszego sierpnia.

- I po co dał ci tysiąc dolarów? To nie ma sensu - komentuje dziewczyna.

- Twierdzi, że to po to, żebym nie musiała się o nic martwić, dopóki nie dotrę do Fairydale.

I to nie wszystko.

Pan Vaughan wspomina, że istnieją jeszcze inni członkowie mojej rodziny - dwoje przyrodniego rodzeństwa. Ale biorąc pod uwagę ich wiek...

Z trudem powstrzymuję westchnienie, gdy sobie uświadamiam, że nie tylko jestem dzieckiem z nieślubnego związku, lecz także najprawdopodobniej owocem romansu. Poza tym spotkam tam też jego żonę.

Nie, nie mogę tam pojechać, skoro wiem, że nie będę mile widziana, ale w dalszej części pan Vaughan zapewnia, że jest odwrotnie.

- Rodzina pragnie jak najszybciej panią poznać - czytam na głos.

- Więc jedziesz? - pyta Allison, wyrywając mnie z zamyślenia. - Musisz. Jeśli dał ci tysiąc dolarów na wszystko, czego potrzebujesz, to kto wie, co zapisał w tym testamencie.

- Nie wiem... - sapię, ogarnięta niepewnością.

Kiedy kończę czytać list, zaczynam od nowa. Coś nieprzyjemnego ściska mnie za serce, ale nie wiem, co to takiego.

Przez głowę przelatuje mi tysiąc pytań naraz.

Dlaczego teraz?

Ojciec, kiedy jeszcze żył, nie zadał sobie trudu, by się ze mną skontaktować, więc dlaczego miałby się fatygować, by zapisać mi coś w testamencie?

Ale przede wszystkim, w jaki sposób ten pan Vaughan namierzył mnie w Saint Russell? Skąd mógł wiedzieć, gdzie mieszkam, chyba że...

- Musiał wiedzieć od początku - szepczę, mrugając, by pozbyć się niespodziewanej wilgoci pokrywającej rzęsy.

Mój ojciec, ten Leo Pierce, musiał przez cały ten czas zdawać sobie sprawę, gdzie się podziewam. A mimo to pozwolił, by wychowywali mnie obcy ludzie, pozostawiając zupełnie samą na tym świecie.

Ta świadomość sprawia, że czuję oszołomienie.

Zamiast radości związanej z faktem, że mam nową rodzinę lub że mogę odziedziczyć sporą sumę pieniędzy, odczuwam jedynie niepokój.

Kiedy jednak zaczynam się nad tym głębiej zastanawiać, nic nie może powstrzymać natłoku myśli.

Pieniądze na moje studia pedagogiczne. Miejsce w Saint Russell. Czy to wszystko też okaże się fikcją? Czy siostry również zostały w to wtajemniczone?

Zawsze się zastanawiałam, dlaczego właśnie ja. Dlaczego tylko ja miałam to szczęście, że ktoś opłacił mi tak wiele rzeczy, podczas gdy inni mogli o tym tylko pomarzyć?

Wtedy myślałam, że uznano mnie za najbardziej obiecującą i że wszystko odbyło się w oparciu o moje osiągnięcia. Teraz... nadchodzi fala wątpliwości.

Allison wyrywa mi list i błyskawicznie czyta go od początku do końca.

- Pisze, że musisz koniecznie stawić się na odczytanie testamentu. - Wskazuje na wyraz "koniecznie" w liście.

Przeoczyłam to słowo, gdy próbowałam to wszystko ogarnąć.

- A jeśli się nie stawię?

- Może nie mogliby go odczytać? A co, jeśli obecność wszystkich stanowi warunek konieczny, by go poznać?

- Masz rację - wzdycham.

Ale zanim podejmuję decyzję, zwracam uwagę na drugą kopertę i pudełko z biżuterią.

- Nie mów mi, że wysłali ci też jakąś drogą błyskotkę? - jęczy Allison. - Twój ojciec musiał być cholernie bogaty.

Nie odzywam się, ostrożnie otwierając pudełko, i niemal się boję tego, co znajdę w środku.

I tak jak podejrzewałam, jest to coś, co musi być warte fortunę. Broszka w kształcie łabędzia wysadzana diamentami - a przynajmniej tym, co uznaję za diamenty. Tył w całości wykonano ze złota, podczas gdy biały przód to zapewne jakiś rodzaj porcelany.

Gdy muskam palcami gładką, luksusową powierzchnię, po plecach przebiega mi dreszcz - tak jakbym robiła to już niezliczoną ilość razy.

Zarówno Allison, jak i ja wpatrujemy się z podziwem w tę małą ozdobę, świadome tego, że prawdopodobnie nigdy w życiu nie widziałyśmy czegoś tak pięknego.

Gdy początkowy szok mija, ogarnia mnie rozczarowanie, jakiego jeszcze nigdy nie zaznałam.

Chociaż w ciągu całego życia doświadczyłam różnych wspaniałych chwil, zawsze czułam, że sama na nie zapracowałam. Owszem, szczęście miało w tym swój udział, ale zrobiłam też wszystko, co w mojej mocy, by zasłużyć na ten los.

List od pana Vaughana, pieniądze, a teraz ta bezcenna broszka mówią mi, że całe to wcześniejsze szczęście to nic więcej niż dobrze zaplanowana intryga.

- Otwórz list. - Dziewczyna wkłada mi małą kopertę do rąk.

Drżącymi palcami rozcinam paczkę, raniąc się przy tym.

- Ach. - Wzdrygam się, gdy kropla krwi spada na biały papier. Zbliżam palec do ust i ssę niewielkie skaleczenie.

- Dajesz się ponieść emocjom. To normalne - zapewnia mnie koleżanka. - Pomogę ci - mówi, wyjmując kwadratową czarną kartkę i klucz. Na jednej stronie widnieje moje imię i nazwisko zapisane złotymi literami, a na drugiej adres: Astor Place 12.

- Co to? - pyta przyjaciółka, marszcząc brwi. - Klucz do czego? - dodaje, mrugając.

- Szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, Allison. Nie potrafię tego wszystkiego ogarnąć - odpowiadam szczerze.

Serce wali mi w piersi, a im więcej myślę o wszystkich konsekwencjach tej sytuacji, tym większy zamęt zapanowuje w mojej głowie.

Dzisiaj się dowiedziałam, że mam ojca. Dzisiaj dowiedziałam się również, że go straciłam.

I choć żadna z tych informacji nie wydaje się wywierać na mnie większego wrażenia, myśl, że Leo Pierce musiał zdawać sobie sprawę z mojego istnienia - musiał mnie śledzić - wydaje się niepokojąca.

- Dlaczego się mną nie zajął? - wyrażam swoje największe rozczarowanie. - Jeśli wiedział, gdzie jestem i co robię, dlaczego się nie odezwał? Dlaczego dowiaduję się o nim dopiero teraz, kiedy już nie żyje?

Allison przez chwilę milczy, tylko wpatrując się we mnie intensywnie. Chociaż jeszcze nie płaczę, frustracja, udręka i ból muszą malować się na mojej twarzy.

- Dowiesz się tego tylko wtedy, jeśli tam pojedziesz.

Zaciskam zęby na dolnej wardze, spoglądając na wszystko, co otrzymałam - informacje, które właśnie wywróciły moje życie do góry nogami. W tej chwili pieniądze są ostatnim, o co się martwię, mimo że właśnie podarowano mi tysiąc dolarów, jakby to były grosze. Po prostu przeraża mnie prawda i to, jak zmieni ona wszystko, co dotychczas wiedziałam o swoim życiu.

- Nie wiem. - Kręcę głową.

Fakty wyglądają tak, że boję się tego, co mogę odkryć. Ale jeśli nie pojadę... wątpliwości nie dadzą mi spokoju.

Biorę głęboki wdech i wkładam wszystko z powrotem do kopert, niechcący rozmazując krew z palca na czarnej kartce. Wycieram ją najdokładniej, jak potrafię, zanim schowam wszystko do szafki nocnej.

- Nie mogę teraz podjąć takiej decyzji - mówię Allison. - Czuję się zbyt rozdarta. - Zaciskam usta.

- Nie spiesz się, ale nie wydaje mi się, byś mogła zwlekać zbyt długo - zauważa ostrożnie, a ja wiem, że ma rację.

Bo skoro koniecznie muszę tam być, moje poczucie odpowiedzialności nie pozwala mi tam nie pojechć.

Przed wyjściem parzę współlokatorce kolejną filiżankę mojej specjalnej herbaty i informuję, że potrzebuję trochę czasu, aby wszystko przemyśleć.

Mam wolne popołudnie, więc mogę udać się w swoje stałe miejsce na dachu Albert Hall. Tylko wykładowcy mają dostęp do kluczy, ale nikt tam nigdy nie zagląda.

Najpierw wpadam do stołówki, żeby zabrać coś do jedzenia, a potem wymykam się tylnymi schodami na dach. Od razu czuję na twarzy powiew pachnącego, ciepłego letniego wiatru, co wprowadza mnie w zwodnicze poczucie spokoju.

Siadam na posadzce, opieram się plecami o ścianę i z ulgą wypuszczam powietrze.

Chociaż moje ciało odpręża się w tym znanym otoczeniu, umysł nieustannie toczy walkę sam ze sobą.

Dlaczego dopiero teraz?

Dlaczego Leo Pierce nigdy wcześniej się nie odezwał? Z pewnością, skoro zostawił mi coś w testamencie, musiał darzyć mnie jakimś uczuciem.

Odpowiedź jednak leży na wyciągnięcie ręki - a przynajmniej na tyle, na ile potrafię ją zrozumieć.

Był żonaty, gdy związał się z moją matką i sprawił, że zaszła w ciążę. Z pewnością czuł się wtedy zażenowany tym faktem, więc go zatuszował. Dopiero po śmierci znalazł odwagę, by przyznać się przed światem, że miał jeszcze jedno dziecko i ani razu nie spojrzał mu w oczy. W końcu to tylko wyrzuty sumienia umierającego człowieka.

Lecz bez względu na moje odczucia na ten temat, wydaje się, że muszę tam pojechać - dla innych członków rodziny mogących czekać, aż załatwię tę sprawę, a także dla własnego spokoju ducha.

Znam siebie.

W końcu to "co by było, gdyby" zaczęłoby mnie dręczyć, żerując w podświadomości, aż przeniknęłoby do świadomości i już nigdy nie dało spokoju. Im bardziej próbowałabym tę sprawę wyprzeć, tym bardziej ona próbowałaby powrócić.

No i jest jeszcze ta ciekawość.

Mam... rodzeństwo.

Przykładam palec do ust i bezmyślnie przesuwam językiem po ranie, próbując złagodzić lekkie pieczenie.

Pan Vaughan wspomniał o dwojgu przyrodniego rodzeństwa - bracie Auguście i siostrze Grace.

Trudno uwierzyć, że gdzieś istnieją inni ludzie mający w żyłach tę samą krew - ta myśl wydaje się niemal surrealistyczna.

Chociaż miałam kilku przyjaciół w sierocińcu, zazdrość i dystans ostatecznie zerwały wszystkie więzi. Nie utrzymywałam już kontaktu z nikim i skłamałabym, mówiąc, że to nie bolało.

Allison pozostawała darem niebios i odnalazłam w niej prawdziwą przyjaciółkę.

August i Grace to jednak moje rodzeństwo. Jedyni żyjący krewni.

Czy mogłabym dożyć swoich dni, nie wiedząc o nich? Być może tak, gdyby nie fakt, że wcześniej nie miałam o nich pojęcia. Ale teraz, kiedy już to wiem, nie mogę tego zwyczajnie zignorować.

Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej czuję się zdecydowana. Muszę pojechać do Fairydale. Powinnam się jednak upewnić, że treść tych listów jest prawdziwa, a w tym celu należy porozmawiać z siostrą Mary i siostrą Anne.

Następnego dnia zaczynam porządkować swoje sprawy, aby wkrótce móc wyjechać.

Rozmawiam z dyrektorką, a ona przyznaje mi miesięczny urlop - oczywiście z potrąceniem wynagrodzenia. Następnie pakuję do małej walizki część ubrań i niezbędne rzeczy.

Chociaż otrzymany bilet kolejowy obejmował trasę z Bostonu do Fairydale, zamierzam trochę zboczyć z trasy i najpierw udać się do sierocińca w Worcester, aby porozmawiać z siostrami. Jeśli potwierdzą, że informacje zawarte w listach są prawdziwe, pojadę prosto do Fairydale przez Boston. Być może podróż się wydłuży, ale wolę zachować ostrożność. Czytałam w gazetach o wielu oszustwach związanych z dziedziczeniem i choć wątpię, by oszuści dali mi z góry tysiąc dolarów, to prawdą pozostaje, że jestem niezamężną kobietą bez najbliższej rodziny, co czyni mnie idealnym celem.

- To ogromna odwaga z twojej strony - zauważa Allison, patrząc, jak pakuję złożone ubrania do walizki. - Ale mądrze postępujesz, pytając o zdanie siostry zakonne. Ja skusiłabym się na każdą okazję do zarobienia dodatkowych pieniędzy - stwierdza szczerze.

- To naprawdę spora suma - przytakuję, myśląc, że spadek musi być dużo większy niż to, co już dostałam. - Ale nigdy mi na tym nie zależało. Dobrze mi tak, jak jest. - Lekko wzruszam ramionami. - Lubię swoją pracę i nie mam żadnych wydatków wymagających dużych nakładów finansowych.

- Może dlatego, że nie znasz innego życia - zauważa Allison. - Pomyśl o wszystkich rzeczach, które mogłabyś kupić, sukienkach, torebkach, butach! - wykrzykuje z rozmarzeniem. - Albo o podróżach. Czy nie mówiłaś, że chciałabyś kiedyś odwiedzić Europę?

Przytakuję.

Odkąd po raz pierwszy przeczytałam Dziwne losy Jane Eyre, bardzo pragnę odwiedzić Anglię. Jednocześnie jednak od początku zdawałam sobie sprawę, jak głupie mam marzenie.

Jestem nauczycielką. I choć otrzymuję całkiem niezłą pensję, to i tak nie wystarczyłoby mi na zagraniczną wycieczkę.

- Może by się udało, gdyby dali ci dużo kasy - chichocze. - Mogłabyś pojechać do Londynu. Zobaczyć te eleganckie pałace. Może nawet zakochać się w Angliku. - Mruga do mnie porozumiewawczo.

Rumienię się i odwracam wzrok, czując, że czerwienię się od stóp do głów.

Allison ma chłopaka i spotyka się z nim w weekendy. Jest bankierem, pracuje w Banku Bostońskim, ma prawie trzydzieści lat i wszystko wskazuje na to, że czeka go wielka kariera. Od jakiegoś czasu rozmawiają o ślubie, a moja przyjaciółka nabrała przekonania, że on wkrótce poprosi ją o rękę.

Dzięki niej mogłam pośrednio doświadczyć, co to znaczy się zakochać i wejść w związek. I pomimo że sporadycznie protestowałam, to ona dzieliła się nawet szczegółami ich życia intymnego.

Dla moich niedoświadczonych uszu wszystko to brzmiało tak skandalicznie, a jednak nie mogłam oprzeć się tej urzekającej wizji - znalezienia tej jednej osoby, z którą mogłabym dzielić się całą sobą.

Chociaż czuję satysfakcję ze swojego życia, takiego jakie jest, muszę przyznać, że zawsze marzyłam o spotkaniu księcia z bajki. Może jakiegoś uroczego pana Rochestera albo ponurego Heathcliffa. Mimo to nigdy nie podjęłam wysiłku, by się z kimś umówić.

Byłam na kilku przyjęciach towarzyskich, zapraszali mnie nawet na randki przystojni panowie. Za każdym razem, z jakiegoś nieznanego mi powodu, odmawiałam.

Oto znalazłam się tu i teraz, mam dwadzieścia cztery lata i nigdy nie poszłam na randkę.

Ale nawet gdybym zgarnęła jakąś sumkę, czy moje życie zmieniłoby się aż tak radykalnie?

Czy w końcu zdobyłabym się na odwagę, by wyruszyć w świat i robić to, o czym zawsze marzyłam? Jakoś wątpię.

Natomiast w końcu otrzymam taką możliwość.

- Może - mamroczę. - Pieniądze z pewnością potrafią kupić wiele.

Ale jest coś, o czym się nie mówi. Czy naprawdę mogą kupić szczęście?

Wiem, że Allison bez wahania by się z tym zgodziła i obiektywnie rzecz biorąc, sama też powinnam tak zrobić. Jednak coś nie daje mi spokoju. Ten sam niepokój, z którym od zawsze się zmagam, podpowiada, że chodzi o coś więcej. O wolność niepodobną do żadnej innej, niemającą nic wspólnego z tym, co materialne, a może nawet z tym, co cielesne.

Gdzieś na świecie istnieje pisane mi szczęście i mnie wzywa - coś nieuchwytnego, co przemawia raczej do mojej duszy niż do umysłu. Być może teraz nie wiem, co to takiego, ale coś we mnie podpowiada, że się dowiem, kiedy okażę się na to gotowa.

- Mam nadzieję, że nie zapomnisz o mnie, jeśli nagle zostaniesz milionerką - żartuje Allison, a ja kręcę głową z rozbawieniem.

- Jego rodzina mieszka w miasteczku o nazwie Fairydale. Wątpię, by było to ulubione miejsce milionerów - mówię, składając kilka czystych koszul.

W przypływie impulsu rozłożyłyśmy mapę i próbowałyśmy zlokalizować Fairydale. To historyczne miasteczko w północno-wschodniej części stanu Massachusetts, około godziny drogi na wschód od Ipswich, ale nie udało nam się odszukać na jego temat zbyt wielu informacji.

- Poza tym musiałabym podzielić się pieniędzmi z jego pozostałymi dziećmi. One prawdopodobnie zasługują na nie bardziej niż ja, biorąc pod uwagę fakt, że są z legalnego związku i...

- Czekaj, zatrzymaj się. - Dziewczyna nagle wstaje, po czym znów siada, gdy ogarnia ją fala zawrotów głowy.

Chcę do niej podejść, ale podnosi rękę, by powstrzymać te zamiary.

- Dlaczego miałabyś zasługiwać na mniej? Jeśli już, to powinien dać ci więcej, bo nigdy go przy tobie nie było. Przynajmniej jego pozostałe dzieci mogły spędzać z nim czas. A co ty dostałaś?

Zaciskam usta.

Ma rację. Ale za każdym razem, gdy myślę o tych pieniądzach, czuję niepokój - prawie jakby nie należały do mnie, niezależnie od tego, czy mi je przekazano. Odczuwam też zaniepokojenie, gdy myślę o tysiącu dolarów schowanym na dnie walizki.

- Myślisz, że mnie znienawidzą? - pytam szeptem.

Jak mogliby nie? Pozostawałam owocem romansu i wybierałam się do ich domu, by zabrać część ich pieniędzy. Pomimo tego, że pan Vaughan zapewnił, iż rodzina wie o moim istnieniu i pragnie poznać, wciąż czuję się nieco niepewnie.

- Kto wie. - Allison wzrusza ramionami. - Może tak, a może nie. Jedziesz tam, żeby się przekonać.

Chichoczę nerwowo. Czasami jej szczerość boli. Wybierając się w nieznane miejsce, już i tak podjęłam się największego ryzyka w życiu. Nie chcę nawet myśleć o tym, że mogę stać się najbardziej znienawidzoną osobą w miasteczku.

- Gotowe. - Biorę głęboki wdech, gdy zamykam bagaż.

Nie mam zbyt wielu rzeczy, ale ponieważ spotykam się z tymi ludźmi po raz pierwszy, chcę zrobić dobre wrażenie. Dlatego spakowałam tylko ubrania najlepszej jakości - kilka koszul i parę spodni, spódnicę, dwie sukienki, koszulę nocną i trochę bielizny.

Następnego dnia jem śniadanie z Allison, zanim wyruszę na dworzec.

- Uważaj na siebie. Zadzwoń, jeśli tylko pojawi się możliwość - prosi, obejmując mnie mocno ramionami.

- Oczywiście. Komu innemu miałabym o tym opowiedzieć, jeśli nie tobie? - Uśmiecham się i całuję ją w policzek.

- Bezpiecznej podróży, Darcy. Wiem, że znajdziesz to, czego szukasz.

Machając na pożegnanie, wsiadam do pociągu. Podróż do Worcester trwa prawie dwie godziny. Zadzwoniłam już wcześniej do siostry Mary i siostry Anne, żeby dać im znać, że przyjadę, a one obiecały, że poczekają na stacji.

I rzeczywiście, gdy tylko wysiadam z pociągu, widzę je - promienne i piękne jak zawsze.

- Moja droga Darcy! - wykrzykuje siostra Anne, przytulając mnie mocno. - Nie sądziłam, że zobaczymy się tak szybko.

- Bardzo dziękuję, że na mnie czekałyście.

- Ależ to nic takiego. Widujemy się teraz tak rzadko, że naturalnie przyjechałyśmy po naszą ulubioną pannę - oznajmia siostra Mary.

Uśmiecham się do nich słodko i zaczynamy rozmawiać, kierując się w stronę głównej ulicy, by złapać taksówkę. Koniecznie chcę zapłacić, a one trochę się na mnie gniewają, ale wkrótce nasze stosunki wracają do normy, gdy opowiadają mi o nowych podopiecznych i o tym, że z darowizn zbudowały kolejne skrzydło w akademiku. Chcą mi je pokazać, gdy tylko dotrzemy do sierocińca.

Zaledwie kilka godzin później zamykamy się w ich biurze, aby przeprowadzić poważną rozmowę, o którą prosiłam. Kiedy zajmujemy miejsca przy małym stoliku, z opóźnieniem dostrzegam zmartwienie malujące się na ich twarzach oraz fakt, że cała ta bezcelowa pogawędka pozostawała niczym innym jak tylko grą na czas.

- Wiemy, dlaczego tu jesteś - zapewnia siostra Anne bez owijania w bawełnę.

Otwieram szeroko oczy, spoglądając to na jedną, to na drugą. Z zaciśniętymi ustami i surowymi minami wydają się mieć wyrzuty sumienia.

- Jak... - szepczę.

Siostra Mary wstaje z krzesła, podchodzi do jednej z szafek i wyjmuje z ukrytej przegródki małe pudełko.

Kładzie je przede mną, otwiera i pokazuje mi zawartość.

Zastygam, dostrzegając dokładną replikę broszki w kształcie łabędzia, otrzymanej pocztą od pana Vaughana.

Ale przede wszystkim czuję, jak ogarnia mnie chłód, gdy wszystko zaczyna się układać w całość; ta broszka stanowi potrzebne potwierdzenie.

- Wiedziałyście, kim był mój ojciec - szepczę, powoli podnosząc wzrok.

Siostra Mary zaciska usta, ale w końcu lekko kiwa głową.

- Twoja matka zdawała sobie sprawę, że umiera, kiedy poprosiła nas, byśmy się tobą zaopiekowały - zaczyna, siadając ponownie naprzeciwko. - Była chora i bez centa przy duszy, nie wiedziała, co jeszcze mogłaby zrobić. Jedyne, co jej pozostało, to ta broszka, część identycznego zestawu, jak się później dowiedziałam. Nie mówiła wtedy zbyt wiele o twoim ojcu. Nie wspomniała nawet, że mógłby on ubiegać się o prawo do opieki nad tobą, więc nie drążyłyśmy tematu.

- Po jej śmierci miałyśmy sprzedać broszkę i przeznaczyć pieniądze na twoje utrzymanie i edukację - kontynuowała siostra Anne. - Wiedząc, że może się okazać sporo warta, poszłam zlecić wycenę profesjonalistom, a kiedy czekałyśmy na odpowiedź od jubilera, otrzymałyśmy anonimową wiadomość z pytaniem, skąd ją mamy. Przez jakiś czas korespondowałyśmy, po czym pojawił się prawnik, pan Vaughan, aby osobiście obejrzeć broszkę. Wtedy pokazał nam jej bliźniaczą kopię i powiedział, że zostały wykonane na zamówienie, a jedyną osobą mogącą posiadać drugą, była twoja matka. Kiedy opowiedziałyśmy mu o Lizette i o tobie, przeżył szok.

- Z tego, co udało nam się ustalić, twoja matka odeszła od twojego ojca, będąc jeszcze w ciąży, a on nie mógł jej odnaleźć - dodaje siostra Mary.

Mrugam, powoli przyswajając tę informację. Matka uciekła od ojca?

Mam mgliste wspomnienia dotyczące tego, że ojciec był złym człowiekiem, ale nigdy nie powiedziała mi dlaczego. A ja nie pytałam o więcej. Wyczuwając jej skrępowanie tematem, po prostu zachowywałam się tak, jakbym nie miała drugiego rodzica - i nawet nie chciałam go mieć.

Czy to możliwe, że nie wiedziała o jego żonie? Że dowiedziała się dopiero po tym, jak romans został skonsumowany? To by wyjaśniało, dlaczego nazwała go złym człowiekiem - za złamanie przysięgi małżeńskiej i potencjalne wprowadzenie jej w błąd.

Gdy tylko ta myśl pojawia się w mojej głowie, czuję spokój.

Może nie mam zbyt wielu wspomnień o mamie, ale zapamiętałam ją jako wspaniałą kobietę. Mimo trudnych okoliczności robiła wszystko, co w jej mocy, by mnie wychować. Była niezamężna i żyła na skraju ubóstwa, a mimo to udało jej się dać mi miłość i zapewnić bezpieczne środowisko do dorastania. Cieszę się, że istnieje duże prawdopodobieństwo, iż nie brała w tym romansie udziału z własnej woli - a przynajmniej nie wiedziała, że to romans.

- To nie wyjaśnia, dlaczego nigdy się nie zjawił - zauważam powoli, starając się zachować racjonalność pomimo burzy emocji.

Powiedzieć, że ostatnie kilka dni to prawdziwe zamieszanie, to nie powiedzieć nic.

Siostra Mary i siostra Anne wymieniają znaczące spojrzenia, po czym ta druga zabiera głos.

- Miał żonę i rodzinę. Uznał, że u nas będzie ci lepiej - wyjaśnia, choć nie potrafię dostrzec w tym logiki.

Komu mogłoby być lepiej w sierocińcu niż wśród bliskich? Mimo że udało mi się trafić na dwie siostry, wiem, że mój przypadek to szczęśliwy zbieg okoliczności. W większości domów dziecka brakuje miłości i ciepła, a także jakiegokolwiek pozoru rodzinnej atmosfery.

- Obiecał cię utrzymywać i przekazał kilka darowizn na rzecz placówki, a także regularnie pokrywał twoje osobiste wydatki i koszty edukacji. - Siostra Mary potwierdza to, co podejrzewałam od początku. Na nic nie zasłużyłam.

- Wszystkie? - pytam cichym głosem.

Kiwają głowami.

- Chciał, żebyś miała to, co najlepsze, mimo że nie mógł być przy tobie. - Uśmiecha się ze smutkiem. - I miał nadzieję, że spotkacie się kiedyś, gdy dorośniesz.

- To już nieaktualne - dodaję, a ich miny pozostają niezmienne.

One wiedzą.

- Otrzymałyśmy list od jego prawnika, że zmarł i że zostałaś uwzględniona w testamencie. Pan Vaughan wiedział, że może to okazać się dla ciebie szokiem, więc wysłał ci broszkę, aby to potwierdzić.

Kiwam powoli głową.

Wszystko wydaje się mieć sens - aż nazbyt. I choć nie dostrzegam żadnych luk w tej historii, to jednak ten przebieg wydarzeń pozostaje zbyt przypadkowy.

Te dwie kobiety wychowały mnie tak, bym była rozsądna i zawsze wszystko kwestionowała. Mimo to patrzą mi teraz prosto w oczy i oczekują, że uwierzę w każde ich słowo.

Jeśli liczył na to, że się spotkamy, gdy dorosnę, to dlaczego nigdy się nie odezwał, kiedy już skończyłam osiemnaście lat? Albo gdy dostałam pracę jako nauczycielka? Przez te wszystkie lata, kiedy byłam już dorosła, nadarzyło się mnóstwo okazji, by do mnie dotrzeć.

Z jakiegoś powodu nie potrafię pojąć tego tłumaczenia.

Gdy wątpliwości zaczynają mnie przytłaczać, próbuję się otrząsnąć.

To są moje mentorki - matki zastępcze. Nie mogę po prostu w nie wątpić. Jeśli mówią, że tak właśnie się stało, to tak musiało być.

- Musisz to przetrawić, droga Darcy. - Siostra Mary bierze mnie za ręce. - Bardzo mi przykro, że musiałaś się o tym dowiedzieć w ten sposób i że nie spotkasz ojca. Ale przynajmniej możesz poznać resztę swojej rodziny - dodaje z nadzieją w głosie.

- Spotkałyście go kiedyś?

- Nie - wzdycha. - Spotkałyśmy pana Vaughana i korespondowałyśmy z twoim ojcem, ale nigdy nie poznałyśmy go osobiście.

- Rozumiem. - Kiwam powoli głową, zmuszając się do uśmiechu. - Jeśli twierdzicie, że to słuszna decyzja, to pojadę.

- Wspaniale! - wykrzykują zgodnie.

- Jest jeszcze jedna rzecz - przypominam sobie. - Czy wiecie coś o Fairydale, jego rodzinnym mieście? Leży dalej, niż dotąd podróżowałam i...

- To tylko miasteczko. Nie martw się tym zbytnio - przerywa siostra Mary, machając lekceważąco ręką. - Z tego, co wywnioskowałam, to oaza bogatych ludzi pragnących spędzić trochę czasu z dala od cywilizacji. A wiesz, jacy są ci bogaci ludzie. Cenią sobie prywatność - komentuje niemal żartobliwie.

- Rzeczywiście - odpowiadam sucho.

- Ale jeśli napotkasz jakieś trudności, wiesz, że wystarczy jeden telefon, kochanie - dodaje siostra Anne, rzucając surowe spojrzenie na drugą zakonnicę.

Znów zmuszam się do uśmiechu i powstrzymuję od dodania, że wątpię, by w małym miasteczku znajdowało się wiele działających telefonów.

Resztę dnia spędzamy na rozmowach, a one proponują mi nocleg przed porannym pociągiem.

Wygląda na to, że jednak wybieram się do Fairydale. A kiedy następnego dnia wsiadam do wagonu, staram się dodać sobie otuchy przed nową przygodą i odłożyć na bok wątpliwości.

Allison miała rację. Muszę skupić się na pozytywach. Najprawdopodobniej dostanę trochę pieniędzy - według zakonnic sporą sumę - a do tego poznam przyrodnie rodzeństwo.

Co mogłoby pójść nie tak w miasteczku, którego nazwa kojarzy się ze słowem "bajka"?

Rozdział drugi

Dwie godziny po opuszczeniu sierocińca docieram z powrotem do Bostonu, gdzie czekam na pociąg do Fairydale z przystankiem w Ipswich. Korzystając z wolnej godziny do odjazdu następnego pociągu, kupuję lunch i przekąski na drogę, ponieważ czeka mnie około pięciu godzin w trasie.

Kiedy wsiadam do wagonu, zajmuję miejsce i wydobywam z torebki książkę. Opactwo Northanger Jane Austen. To moja pierwsza tak długa podróż, więc mam ze sobą przekąski i coś do czytania, żeby się nie nudzić.

Kilka godzin później, mimo że wmawiałam sobie, iż dam radę to wytrzymać, mój pęcherz nie mógł dłużej czekać. Oczywiście, gdy patrzę, jak wskazówki zegarka poruszają się w ślimaczym tempie, niepokój rośnie, aż w końcu jedyne, co słyszę, to szum spływającej wody...

Wzdychając, odkładam rzeczy na bok, wyjmuję chusteczki z torebki i ruszam na poszukiwanie toalety.

Warunki sanitarne w pociągu nie są zbyt higieniczne, ale muszę się z tym pogodzić. Podłoga drga pod moimi stopami wraz z ruchem składu, a ten hałas wypełnia mi uszy, sprawiając, że nie jest to najprzyjemniejsze doświadczenie.

Po spłukaniu toalety podchodzę do umywalki, myję ręce i patrzę na swoje odbicie w lustrze.

Blada skóra pod powiekami ma niebieskawy odcień i widać, że przez ostatnie kilka dni prawie nie zmrużyłam oka.

Nie tylko martwiłam się tą podróżą w nieznane, ale też dręczyły mnie myśli o ojcu - o drugiej rodzinie. Chcę ich poznać i jednocześnie się tego obawiam - boję się, że mnie nie polubią.

Dłońmi zwilżonymi wodą dotykam twarzy, by się odświeżyć.

Właśnie w tym momencie ciasna przestrzeń toalety pogrąża się w ciemności, gdy pociąg wjeżdża do tunelu. Teren staje się nierówny, przez co podłoga trzęsie się jeszcze bardziej.

Łapię się uchwytu na ścianie, próbując utrzymać równowagę, i czekam, aż skład wyjedzie z tunelu, zanim spróbuję wyjść. Trzymam się mocno i zaciskam powieki, gdy w powietrzu rozlega się pisk hamulców, dźwięk tak irytujący jak odgłos drapania paznokciami po tablicy.

Chociaż moje zmysły pozostają nadmiernie pobudzone, nie mam wątpliwości, że coś musnęło moją szyję, podobnie jak czuję delikatne, ciepłe powietrze owiewające skórę. Oddycham coraz szybciej, a mięśnie się napinają, gdy przełykam ślinę.

To, co początkowo wydawało się lekkim muśnięciem, staje się coraz śmielsze, aż czuję delikatny nacisk tuż pod tętnicą.

Otwieram gwałtownie oczy.

Dwa promienie światła wpadają przez małe okienko toalety, a reszta pomieszczenia pogrążona jest w ciemności.

Przez sekundę - jedną sekundę - mogłabym przysiąc, że dostrzegam zarys postaci w lustrze. Lecz kiedy mrugam ponownie, postać znika.

Nigdzie jej nie ma, a światło znów zalewa pomieszczenie, gdy pociąg wyjeżdża z tunelu.

Lustro zaparowało przez moje niekontrolowane oddechy, ale gdy się rozglądam, okazuje się, że stoję tu zupełnie sama.

- O rany - wydaję z siebie westchnienie i jest mi głupio, że tak bardzo wstrząsnęła mną zwykła gra cieni i własna nadmierna wyobraźnia.

Odzyskując spokój, wygładzam dłońmi spódnicę, po czym otwieram drzwi i wracam na miejsce.

To pewnie nerwy. I fakt, że po raz pierwszy w życiu robię coś tak odważnego.

Uśmiechając się do siebie, biorę książkę i znów zatapiam się w opowieści. Niestety, wygląda na to, że zarażam się od Catherine głupimi pomysłami.

Jestem tak pochłonięta lekturą, że ledwo zauważam, kiedy pociąg się zatrzymuje, a konduktor zapowiada stację Ipswich.

Odkładam książkę, rozglądam się i widzę, że wszyscy wstają, by wysiąść. Marszczę brwi, ale nie wydaje mi się to dziwne, ponieważ Ipswich to największe miasto w okolicy. Wątpię, by Fairydale stanowiło cel podróży wielu osób.

Wzruszam ramionami i ponownie skupiam uwagę na książce.

- Psze pani? - Nie minęła nawet minuta, a zaskakuje mnie jakiś głos.

Podnoszę wzrok i widzę przed sobą konduktora.

- Tak? - pytam, zmuszając się do uprzejmego uśmiechu, choć jedyne, na co mam ochotę, to rzucić mu ostrym tonem, że przerwał mi właśnie w momencie, gdy generał Tilney był gotów wyrazić zgodę na ślub Catherine i Henry'ego.

- Musi pani wysiąść. To ostatnia stacja - oznajmia szorstkim tonem.

- Co? - Marszczę brwi. - To niemożliwe. Jadę do Fairydale - wyjaśniam, grzebiąc w torebce w poszukiwaniu biletu. Wyjmuję go i podaję mężczyźnie. - Widzi pan? - Wskazuję na trasę.

- Przykro mi, ale musiała zajść jakaś pomyłka. - Mruga, patrząc na mój bilet. - Nie ma linii kolejowej przebiegającej przez Fairydale. Ktokolwiek wydał ten bilet, musiał popełnić błąd - kwituje, drapiąc się po karku.

- Jak to możliwe, skoro konduktor go sprawdzał? - pytam oburzona.

- Musiał przeoczyć miejsce docelowe. Przykro mi, psze pani, ale to koniec trasy.

To niemożliwe. Tamten mundurowy dokładnie obejrzał mój bilet. Wiem, że nie mógł przeoczyć nazwy Fairydale wydrukowanej pogrubioną czcionką. Ale załóżmy, że rzeczywiście przeoczył cel podróży, to dlaczego pan Vaughan wysłałby mi wadliwy bilet? Jeśli sam mieszka w tym mieście, to powinien wiedzieć, że w pobliżu nie ma linii kolejowej.

- Co w takim razie mam zrobić? Muszę dostać się do Fairydale.

- Nie mogę pani pomóc. Może spróbuje pani znaleźć autokar lub kierowcę jadącego w tym kierunku. Chociaż powinienem panią ostrzec. - Przerywa, zaciskając usta.

Unoszę brwi w zdziwieniu.

- W dzisiejszych czasach niewiele osób jeździ do Fairydale. Radziłbym pani to przemyśleć.

- Dlaczego? - pytam, zaskoczona jego słowami.

- Podejrzewam, że nie słyszała pani o Jokerze z Ipswich?

Marszczę brwi i kręcę głową.

- Był mordercą lubującym się w okaleczaniu swoich ofiar. Samych kobiet - rzuca cichym głosem, kiwa głową w moją stronę i robi pauzę, jakby czekał na moją reakcję.

Kiedy nie okazuję żadnego zaskoczenia, tylko patrzę na niego z oczekiwaniem, odchrząkuje i kontynuuje:

- Kilka lat temu znaleźli go w Fairydale, w jego domu odkryto około tuzina zwłok.

Chociaż to, co mi zdradza, jest straszne, nie rozumiem, dlaczego miałoby to sprawić, że Fairydale stało się miejscem, dokąd nikt nie chce się udać. Zadaję mu zatem to pytanie.

- Ale skoro go złapano, to dlaczego ludzie mieliby unikać tej okolicy?

- Widzi pani, to nie pierwszy kryminalista schwytany w tym mieście. Ono przyciąga złych ludzi jak magnes. - Kręci głową. - Nie znajdzie pani zbyt wielu osób pragnących tam pojechać.

Siostra Mary wspominała, że to raj dla milionerów. Konduktor twierdzi teraz, że to raj dla przestępców. Z drugiej strony, kto powiedział, że te dwie grupy nigdy się nie przenikają?

- Rozumiem - odpowiadam, zachowując niewzruszony wyraz twarzy. Boże drogi, w co ja się wpakowałam? - Dziękuję. - Kiwam głową, wkładając rzeczy do torebki, po czym wstaję i zdejmuję walizkę z półki pod sufitem.

- Życzę powodzenia, ale na pani miejscu unikałbym tego miejsca. Zwłaszcza jeśli podróżuje pani sama... - Urywa, ale aluzja jest jasna.

- Wezmę to pod uwagę. Miłego dnia. - Pochylam się, po czym przedzieram między rzędami siedzeń.

Zanim wyjdę z pociągu, poświęcam chwilę, by się rozejrzeć i zaplanować kolejne kroki. Przez cały czas w myślach nie przestaje mi dzwonić alarm, a ta krótka chwila strachu w toalecie sprawia, że przyspiesza mi puls.

To właśnie się dzieje, gdy po raz pierwszy w życiu próbuję być odważna. Powinnam zostać w domu, w moim - może zbyt - wygodnym życiu. Żadne pieniądze świata nie są warte stresu, jaki towarzyszy samotności w obcym miejscu.

Jako kobieta.

Czyż nie przeczytałam już wystarczająco wielu historii o zaginionych młodych dziewczynach? Albo nie słyszałam w radiu o najnowszych przypadkach zaginięć? Ostatnią rzeczą, jakiej mi potrzeba, jest dołączenie do statystyk, bo wątpię, by ktokolwiek odnalazł w sobie motywację do poszukiwania sieroty bez żadnych żyjących krewnych.

Moja ostrożna, rozsądna natura podpowiada, żebym kupiła kolejny bilet i wróciła do Bostonu - do swojego bezpiecznego życia.

Ale jest też inna część mnie - ta tłumiona przez całe życie. Ta pragnąca przygody, rodziny i poczucia przynależności. Część mnie szukająca celu, wiedząca doskonale, że nie odnajdę go w murach Saint Russell.

Być może jestem dumna ze swojej pracy i czerpię satysfakcję z tego, że się w niej sprawdzam, ale to niekoniecznie odzwierciedla to, kim jestem. To nie moja tożsamość. A przynajmniej nie cała.

Czytałam i marzyłam o przygodach, ale nigdy nawet nie próbowałam na żadną wyruszyć. Na litość boską, najdalej pojechałam z Worcester do Bostonu. Nie wspominając o tym, że wszystkie moje wyprawy pozostawały ściśle związane z pracą. Nigdy nie wybrałam się w podróż dla własnej przyjemności. A biorąc pod uwagę, że pracuję już ponad rok i otrzymuję pensję, z łatwością mogłam to zrobić.

A jednak się na to nie zdecydowałam.

Zamknięta w małej bańce, zadowalałam się obserwowaniem świata z daleka, czytaniem o nim i słuchaniem opowieści, ale nigdy nie odważyłam się zrobić czegokolwiek na własną rękę.

Ten niepokój czający się w moim wnętrzu przez całe życie, postanowił właśnie w tej chwili wysunąć głowę, popychając mnie do przodu. Krok po kroku maszeruję naprzód, pełna nowej pewności siebie i zdeterminowana, by znaleźć kogoś, kto powie mi, jak dotrzeć do Fairydale.

Nie będę już biedną sierotą Darcy, ale odważną dziedziczką majątku Darcy.

Ledwie ta myśl przemyka mi przez głowę, tracę równowagę, gdy ktoś na mnie wpada. Zanim zdążę się pozbierać, jakiś człowiek wyrywa mi walizkę z rąk.

Reaguję zbyt wolno i zanim udaje mi się złapać bagaż, mężczyzna z potarganymi włosami i przekrwionymi białkami spogląda na mnie z obrzydzeniem, pluje mi w twarz i popycha tak mocno, że upadam na plecy.

Dysząc ciężko, patrzę szeroko otwartymi oczami, jak ucieka z moją własnością, a ja nie jestem w stanie nic zrobić, by go powstrzymać. Ludzie na stacji wszystko obserwują, ale nikt nawet nie drgnie. Kilka współczujących spojrzeń, kilka ruchów głową, ale żadna osoba nie pyta, czy wszystko w porządku.

Powstrzymując łzy frustracji i zażenowania, próbuję wstać, chwiejąc się przy tym lekko. Bolą mnie plecy, a rany na łokciach pieką po uderzeniu o chodnik, bo to one przyjęły cały impet upadku. Kiedy je oglądam, widzę łuszczącą się skórę i ślady krwi.

- Niech to szlag - mruczę, głośno pociągając nosem i tłumiąc przekleństwo, zdolne wprawić zakonnice w osłupienie.

Przynajmniej nie zabrał mi torebki. Tylko to mogę sobie powtarzać, szukając chusteczki, by zetrzeć obrzydliwą ślinę ze skóry. Lecz nawet ta pozytywna myśl nie trzyma się mnie długo, gdy uświadamiam sobie, że większość pieniędzy została schowana na dnie walizki. Nie wspominając o ubraniach - wszystkich ukochanych rzeczach, na które oszczędzałam miesiącami.

Łzy zalewają moje rzęsy, a gniew narasta.

- Ech. - Zgrzytam zębami, gotowa kopnąć budynek przed sobą, ale w ostatniej chwili się powstrzymuję, bo zdaję sobie sprawę, że tylko jeszcze bardziej bym sobie zaszkodziła.

Dopiero co się dowiedziałam, że do Fairydale nie jeździ żaden pociąg, a teraz jeszcze zostałam ofiarą kradzieży.

Cóż. Za. Cudny. Początek.

W portfelu mam mniej niż pięćdziesiąt dolarów. Rozglądam się i z ulgą wypuszczam powietrze, gdy palcami muskam małe etui na biżuterię.

Wciąż mam tę broszkę.

Ale jak mogę cieszyć się z tak drobnej rzeczy, skoro straciłam prawie cały swój dobytek?

Jeśli jeszcze przed chwilą byłam w siódmym niebie, teraz moje samopoczucie szoruje po dnie, a ja nie wiem, jak to się dzieje, że jeszcze nie obróciłam się w kompletną ruinę. To pewnie przez tych wszystkich gapiów... Już znalazłam się w centrum uwagi - widzę, jak kilka kobiet chichocze w kącie, natomiast mężczyźni gwiżdżą i rzucają nieprzyzwoite propozycje.

Jeśli tak właśnie zachowują się tutejsi ludzie... To boję się pomyśleć, czy w Fairydale wygląda to lepiej. Ale nie pozwolę, by mi to przeszkodziło, skoro już postanowiłam, że dam radę.

Zaciskając zęby, podnoszę wysoko podbródek i wchodzę do budynku stacji kolejowej, kierując się prosto do punktu informacyjnego.

- Przepraszam. - Pukam w szybę.

Znudzona kobieta, głośno żująca gumę, unosi w moim kierunku brew.

Zaniepokojona przełykam ślinę, próbując zachować spokój.

- Czy mogłaby mi pani powiedzieć, jak dojechać do Fairydale? - Używam najbardziej przyjaznego tonu, mając nadzieję, że uda mi się uzyskać przydatne informacje.

Ale nawet to nie wystarcza, bo kobieta spogląda na mnie z góry na dół, warga drga jej nerwowo.

- Jeśli nie masz samochodu, skarbie, to nie - odpowiada, a słowa wypływają z niej z irytującą łatwością.

Kiedy zamierzam zadać kolejne pytanie, odwraca się plecami, skutecznie mnie ignorując.

Mrugam ze zdziwienia. Z pewnością nie tak traktuje innych, skoro jej praca polega na odpowiadaniu na pytania.

- Przepraszam - mówię głośniej i odchrząkuję.

Odwraca się lekko, rzucając mi spojrzenie w stylu "czego jeszcze?".

- Jak mogę wynająć samochód?

- Skarbie - podkreśla to słowo. - Czy to wygląda ci na wypożyczalnię?

Rozchylam usta ze zdziwienia z powodu jej tonu.

- Może bardziej poszczęści ci się przy głównej drodze - sarka, po czym znów mnie ignoruje.

Zdając sobie sprawę, że nic z niej nie wyciągnę, rozglądam się i kierując się znakami, wychodzę na główną drogę.

Pięćdziesiąt dolarów powinno wystarczyć na dotarcie do Fairydale i zostanie jeszcze na powrót, gdyby coś poszło nie tak. Nie zmniejsza to jednak mojej frustracji po stracie ponad dziewięciuset dolarów ani ulubionych ubrań.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zniknęły w sekundę.

W kącikach oczu zbierają mi się łzy, więc podnoszę dłoń, by je otrzeć. Ostatnią rzeczą, jakiej teraz potrzebuję, jest podporządkowanie się coraz bardziej zmiennym nastrojom lub okazywanie słabości, gdy pozostaje jasne, że wszyscy w tej okolicy są nieczuli wobec przestępstw.

Biorę głęboki wdech i powoli kieruję się w stronę głównej drogi, licząc, że znajdę taksówkarza, który zawiezie mnie do Fairydale. Może wyjdzie to drożej, ale poczuję się bezpieczniej, niż łapiąc okazję i wsiadając do samochodu przypadkowego kierowcy.

Przede mną rozciąga się długa - i raczej pusta - jezdnia. Słońce wisi wysoko na niebie, a upał staje się niemal nie do zniesienia.

Przykładam chusteczkę do czoła, ocierając kilka kropel potu.

Mam na sobie granatową bluzkę i długą, czarną spódnicę i wiem, że w tych ubraniach się ugotuję, jeśli przyjdzie mi błąkać się w tym upale w poszukiwaniu transportu.

Lecz gdy tylko ruszam przed siebie, w powietrzu rozlega się ryczący dźwięk silnika. Nie minęła nawet sekunda, a tuż przede mną zatrzymuje się czarny Bentley Continental. Może nie znam się zbytnio na samochodach, ale rozpoznaję ten model - i wiem, że to niezwykle droga marka widywana zwykle tylko w filmach lub na billboardach.

Z zaciekawieniem obserwuję mężczyznę w czteroczęściowym garniturze wysiadającego z samochodu. Wygląda na około pięćdziesiąt lat, dzięki siwym pasmom widocznym na skroniach.

- Panna Darcy O'Sullivan? - pyta, robiąc krok w moim kierunku.

Instynktownie się cofam, marszcząc brwi w zakłopotaniu.

Skąd on wie, kim jestem?

- Kim pan jest? - rzucam ostro, rozglądając się po okolicy i snując w głowie plan ucieczki.

Jeśli zrobi jeszcze jeden krok w moją stronę albo spróbuje złapać, zacznę krzyczeć. Uderzę go torebką w głowę, może kopnę go w interes, a potem zwieję tak szybko, jak tylko potrafię.

Przytakuję w duchu i przyjmuję pozycję bojową, spoglądając na niego podejrzliwie.

- Przepraszam - odzywa się mężczyzna z uśmiechem. - Nazywam się Mordechai Vaughan, prawnik pana Pierce'a. Wysłałem pani list w sprawie jego śmierci.

Ma łagodny ton, prawie jakby próbował mnie uspokoić, aby wzbudzić zaufanie. Ale osiąga odwrotny skutek, bo co to za diabelski zbieg okoliczności?

Bilet nie miał określonej daty. Nie mógł wiedzieć, w którym dniu i o której godzinie przyjadę - o ile w ogóle przyjadę.

- Udowodnij to - rzucam wyzywająco.

Uśmiecha się nieśpiesznie.

- Oczywiście. Oprócz listu wysłałem panience też broszkę w kształcie łabędzia i klucz - odpowiada, co zgadza się z tym, co znalazłam w kopercie.

- No dobrze - rzucam z irytacją. - Załóżmy, że jest pan panem Vaughanem. Skąd pan wiedział, kiedy po mnie przyjechać? Skąd się pan tu wziął tak punktualnie? - dociekam, obserwując go zmrużonymi oczami.

Nie traci rezonu, a jego mina pozostaje niezmienna. Wydaje się zrelaksowany i uśmiecha się szeroko.

- Zadzwoniła do mnie siostra Anne. Martwiła się o panienkę - odpowiada. - To, że dotarłem tu punktualnie, to zwykły zbieg okoliczności. - Śmieje się cicho. - Myślałem, że się spóźnię.

Kiwam powoli głową. Chociaż jego wyjaśnienie ma sens, nie mogę pozbyć się wrażenia, że coś tu nie gra.

Tak, siostra Anne zadzwoniłaby do niego, by się upewnić, że dotarłam bezpiecznie, i prawdopodobnie namawiałaby go, żeby po mnie przyjechał. Ale to nie wyjaśnia drugiej kwestii.

- Przez Fairydale nie przebiega żadna linia kolejowa - stwierdzam beznamiętnym tonem. - Dlaczego bilet został wystawiony do Fairydale?

- Och, naprawdę? - Wygląda na szczerze zaskoczonego. - Musiała zajść pomyłka drukarska. Poprosiłem asystenta, żeby załatwił ci bilet. Nie miałem na myśli biletu prosto do miasta. Wszyscy wiedzą, że w Fairydale nie ma stacji kolejowej.

- No dobrze - mamroczę, wciąż analizując jego zachowanie. Mówi wszystko, jak należy, i zachowuje odpowiednią mimikę. Czy mogę mu zaufać? - W porządku. Zanim wsiądę do samochodu, mam jeszcze jedno pytanie - oznajmiam, starając się brzmieć jak najbardziej stanowczo.

- Tak?

- Czy mogę zobaczyć pański dokument tożsamości, żeby mieć pewność, że jest pan tym, za kogo się podaje?

- Oczywiście - zgadza się bez wahania, pochylając się, i sięga do wnętrza płaszcza.

Przez chwilę przemyka mi myśl, że może wyciąga broń, a oczy mi się rozszerzają, gdy w głowie pojawia się milion scenariuszy - w tym chęć uchylenia się i ucieczki.

Ale kiedy wyciąga elegancki, skórzany portfel, wysuwa prawo jazdy z pierwszej przegródki i podaje mi je, zdaję sobie sprawę, że Catherine Morland mi nie dorównuje.

Powoli wariuję. Analizując informacje, przełykam ślinę, próbując ukryć zakłopotanie.

Zdjęcie się zgadza. Imię też. Podobnie jak adres w Fairydale.

- Jeśli jest jeszcze coś, co mogę zrobić, żeby panienka się uspokoiła...

- Nie. - Wykrzywiam usta w wymuszonym uśmiechu. - To wystarczy, dziękuję.

- Świetnie. W takim razie możemy ruszać. Rodzina nie może się doczekać, żeby panią poznać, panno O'Sullivan.

- Może mi pan mówić Darcy - szepczę, wślizgując się na tylne siedzenie.

Nie zwraca uwagi na moją prośbę, wsiada za kierownicę i uruchamia silnik.

- Zauważyłem, że nie ma panienka żadnego bagażu - oznajmia kilka minut później, najwyraźniej próbując podjąć rozmowę.

Wciąż obolała po poprzednim doświadczeniu, wzdycham głośno w odpowiedzi.

Unosi brwi, co dostrzegam w lusterku wstecznym.

- Zostałam okradziona - wykrztuszam. - Ktoś wyrwał mi walizkę, kiedy wysiadałam z pociągu.

- O nie. - Nagle zatrzymuje samochód. - Powinniśmy więc zawrócić i sprawdzić, czy uda nam się ją odzyskać.

- Nie. - Kręcę głową. - Ten człowiek już dawno zniknął. Nigdy nie uda nam się jej dostać z powrotem. Poza tym sam pan mówił, że liczy się każda minuta.

- Jest panienka pewna? Mogę popytać...

- Dam sobie radę. - Zmuszam się do uśmiechu. - W Fairydale na pewno znajdę jakiś sklep z ubraniami, by coś kupić, prawda?

- Oczywiście. Zobaczy pani, że nasze małe miasteczko ma wszystko, czego można potrzebować. - Uśmiecha się ciepło, a kiedy wspomina o Fairydale, cała jego twarz się zmienia.

Jeśli wcześniej wydawał się nieco sztywny i kurtuazyjny, teraz staje się bardziej ożywiony.

- Czy może mi pan o nim opowiedzieć? Jak tam jest?

- W Fairydale? Najlepsze miejsce, jakie kiedykolwiek panienka odwiedzi - chwali z entuzjazmem.

- Mieszka pan tam od dawna?

- Całe życie - odpowiada. - To małe i spokojne miasteczko, w którym panuje szczególna, przesiąknięta historią atmosfera. Oczywiście to tylko moja opinia - zapewnia, widząc, jak marszczę brwi.

- Wspominano mi coś o przestępcach - podsuwam ostrożnie, ale nie wydaje się, żeby mu to przeszkadzało.

- Ach, sprawa z Jokerem? - Śmieje się cicho. - W końcu złapali tego drania, proszę wybaczyć mi język. To, że akurat wtedy zatrzymał się w Fairydale, to zwykły zbieg okoliczności. Nie pochodził stąd. Jesteśmy bardzo zżytą społecznością, wszyscy się tu znają. Wynajmował mieszkanie dopiero od kilku miesięcy, zanim go namierzyli.

- Trochę mnie to uspokaja. - Po raz pierwszy uśmiecham się do niego szczerze i z ulgą wypuszczam powietrze.

- Proszę nie traktować plotek poważnie. Zła reputacja Fairydale wynika wyłącznie z licznych aresztowań w okolicy. Zawsze jednak odpowiadam, że przynajmniej dochodzi do zatrzymań. To oznacza, że nasz szeryf wypełnia obowiązki. A inne miejsca? Chwalą się zerową przestępczością nie dlatego, że jej nie ma, ale dlatego, że pozostaje niewykryta.

- Ma pan rację. - Kiwam głową.

- Na pewno panience się tu spodoba. Wszyscy nie mogą się doczekać, żeby panienkę poznać.

- Łącznie z rodziną? - upewniam się cicho, obejmując się ramionami w odruchu obronnym.

- Oczywiście, że tak - zapewnia. - August, panienki przyrodni brat, razem ze mną nadzorował wszystkie przygotowania i wiem, że od dawna chciał poznać siostrę.

To mnie zaskakuje.

- Czy już długo wiedzą, że istnieję?

Po raz pierwszy się waha, zaciska usta i bierze głęboki wdech.

- August wiedział. Grace i Vicky, żona Leo, dowiedziały się dopiero po jego śmierci.

Nie odpowiadam. Jeśli odkryli prawdę stosunkowo niedawno, to na pewno nie są zbyt zachwyceni, że pojawia się ktoś obcy i domaga się części ich pieniędzy.

Pan Vaughan mówi dalej, wychwalając miasto pod niebiosa i zapewniając, że podczas mojej wizyty będę miała mnóstwo zajęć.

- Wiem, że nie może się to równać z takim miejscem jak Boston, ale nasze małe miasteczko też ma swoje atrakcje. Znajdujemy się tuż obok rezerwatu przyrody, a na rzece jest wspaniały wodospad. Samo miasteczko ma wiele zabytkowych budynków. Co najmniej połowa z nich pochodzi z osiemnastego wieku.

- Naprawdę? To imponujące! - wykrzykuję, podekscytowana perspektywą ich obejrzenia.

Zawsze pasjonowała mnie dawna architektura, i cóż, ogólnie rzecz biorąc, stare rzeczy.

- Rodzina Hale'ów pozostaje właścicielem posiadłości mogącej konkurować z prawdziwym zamkiem. Znajduje się na wzgórzu; ciężko ją przegapić, stanie się widoczna, gdy tylko wjedziemy do miasta. Mamy też stary kościół zbudowany w siedemnastym wieku. To najstarszy w mieście i jeden z najbardziej zabytkowych kościołów w kraju. Nie jest udostępniony dla zwiedzających, ale robi ogromne wrażenie.

Pochylam się, zafascynowana tą informacją. Kiedy usłyszałam, że Fairydale to historyczne miasteczko, ogarnęło mnie podekscytowanie na myśl o zwiedzaniu prawdziwych ruin. Boston też szczyci się wieloma zabytkowymi budynkami, ale istnieje znacząca różnica między architekturą miejską a wiejską.

- Brzmi ekscytująco. Nie mogę się doczekać, by je zobaczyć - rzucam żartobliwie, unosząc kąciki ust.

- Rozumiem, że lubi pani tego typu rzeczy?

Kiwam głową z entuzjazmem.

- Uczę angielskiego, ale zawsze miałam słabość do historii - wyznaję.

- Jakiś konkretny okres?

- Hmm. - Stukam palcem w brodę, zastanawiając się. - Wczesny dziewiętnasty wiek. I chyba starożytna historia basenu Morza Śródziemnego? Chociaż wątpię, żebym w najbliższym czasie mogła odwiedzić Włochy czy Grecję. - Chichoczę.

- Dlaczego nie? Nigdy nie wiadomo, dokąd zaprowadzi panienkę życie - zauważa z porozumiewawczym uśmiechem.

- Ma pan rację. - Wzruszam ramionami. - Nie powinnam się ograniczać.

- To właściwe podejście. Ale jeśli interesuje panienkę początek dziewiętnastego wieku, to może zaciekawi panią cmentarz ofiar dżumy, położony na obrzeżach Fairydale. Znajdują się tam jedne z najbardziej ozdobnych grobowców, jakie kiedykolwiek widziałem - dodaje z zachwytem.

- Cmentarz ofiar dżumy? - powtarzam, marszcząc brwi.

- W tysiąc osiemset piątym roku okolicę dotknęła epidemia i zdziesiątkowała całą populację. Większość osób mieszkających tam obecnie to potomkowie rodzin, które osiedliły się tu już po epidemii.

- To brzmi fascynująco. - Kiwam głową, spoglądając ukradkiem na zegarek i dziwiąc się, jak szybko minął czas.

Jesteśmy w drodze już prawie od godziny, ale wydaje mi się, że minęło zaledwie dziesięć minut.

- I oto jest. - Wskazuje na znak przed nami.

WITAMY W FAIRYDALE. MIASTO ZAŁOŻONE W 1805 ROKU.

- Skąd nazwa Fairydale? - dociekam.

Zastanawiałam się nad tym od samego początku.

Pan Vaughan się śmieje.

- To całkiem ciekawa historia. Wspomnianą wcześniej rezydencję na wzgórzu zbudował dla żony jeden z założycieli miasta. Tutejsi nadali kobiecie przydomek "wróżka", więc w ten sposób przyjęła się nazwa miasta.

- Zbudował dla niej rezydencję? - Uśmiecham się. - To takie romantyczne.

Kiwa głową z zamyśleniem.

- Tak się stało. Nawet teraz miasto celebruje ich pamięć, organizując Festiwal Wróżek. Odbywa się on zawsze pierwszego października.

Idealnie w chwili, kiedy chcę coś powiedzieć, mijamy znak "Witamy w Fairydale".

Odwracam się w stronę okna, by popatrzeć na krajobraz, i uderza mnie niespodziewane nagromadzenie chmur. Jeszcze przed chwilą świeciło słońce i niebo było przejrzyste, a teraz jest szare i ponure.

Nagłe dudnienie nad głową sprawia, że podskakuję na siedzeniu tuż przed tym, jak błysk pioruna rozjaśnia ciemniejącą okolicę. Niczym gałąź drzewa opadająca nie wiadomo skąd, niebieskawo-białe światło rozlewa się po całym horyzoncie.

Jedno uderzenie. Dwa uderzenia. Jedno po drugim, niczym pląs łabędzi na niebie, migotania błyskawic wijących się po sklepieniu, a cała ta scena kontrastuje z ponurym tłem.

- Cholera - przeklina pan Vaughan, uderzając w kierownicę, a mina zmienia mu się na chwilę; nie widać już tego beztroskiego uśmiechu, teraz rysy mężczyzny wykrzywiają się w grymasie.

Kiedy dostrzega moje zaskoczone spojrzenie, przez jego twarz przemyka coś nieokreślonego, po czym wraca do normy, a usta wygina w szerokim uśmiechu.

- To tylko przelotna burza, panienko Darcy. Jesteśmy blisko oceanu, więc przez cały rok często się one zdarzają.

Opadam na siedzenie, wpatrując się z przerażeniem w lusterko wsteczne i złowrogą minę prawnika. Moją uwagę wkrótce znów przykuwa zbliżająca się burza, a grzmoty rozdzierają niebo niczym celnie wymierzony cios biczem.

W dźwiękach natury tkwi pewna melodyjność i choć wiem, że każdy głośny huk powinien brzmieć dla moich uszu jak nieznośna kakofonia, dzieje się coś zupełnie odwrotnego. Czuję się ukojona, ogarnia mnie przyjemny komfort - wrażenie przynależności. Wokół buzują dźwięki, a ja słyszę tylko ciszę.

Wiatr szaleje na polach, wyginając trawę niemal na płasko. Wkrótce po tym ulewny deszcz akompaniuje miażdżącym grzmotom i oślepiającym błyskawicom. Widok przez przednią szybę natychmiast zamazuje się od kropel deszczu, a ich stukot odbija się echem we wnętrzu samochodu.

Wraz ze wściekłą ulewą wiatr nabiera siły, porywając ze sobą śmieci i bezlitośnie rozrzucając je na wszystkie strony.

Pan Vaughan nagle hamuje, gdy kilka kartek zasłania mu cały widok. Trzyma kierownicę w żelaznym uścisku, a jego twarz napina się i rozluźnia.

Wiedząc, jak zareagowałam na jego wybuch, stara się opanować.

- To tylko burza. - Wiem, że muszę to powiedzieć, by rozładować napięcie.

- Tak, oczywiście - odpowiada niemal mechanicznie.

Włącza wycieraczki i próbuje zebrać kartki, jednak nie chcą się ruszyć.

- Chyba przykleiły się do przedniej szyby - dodaję cicho.

Papiery są zbyt mokre i prawdopodobnie mocno przywarły.

- Być może musimy wyjść na zewnątrz i je zdjąć.

Zaciska usta, a wzrokiem przeskakuje na tył, na mnie. Przez chwilę się zastanawiam, czy poprosi, żebym wyszła, ale zamiast tego mruczy coś pod nosem, kopie drzwi, otwierając je, i wysiada na szalejącą burzę.

W tej chwili, wycie wiatru się nasila. Trudno mu utrzymać równowagę, gdy walczy z żywiołem. Robi jeden krok do przodu i dwa do tyłu.

Wydaje się, że mija wieczność, zanim dociera na przód samochodu i chwyta dłońmi białe kartki. Bez względu jednak na to, jak zaciekle usiłuje je odkleić, drapiąc paznokciami, te wysiłki nie przynoszą żadnego rezultatu.

Kiedy mijają kolejne minuty, a jemu nadal się nie udaje, ogarnia mnie współczucie i postanawiam wyjść, by pomóc. W końcu dwie osoby z pewnością poradzą sobie lepiej niż jedna. Widzę, jak przemókł i stał się wyraźnie niezadowolony, zrobiło mi się go żal.

Otwieram drzwi, zsuwam nogi z siedzenia i wyskakuję na zewnątrz. Czekam na zimne krople na skórze - naprawdę się na to przygotowuję - ale kiedy stoję w deszczu, nie czuję ani zimna, ani wilgoci, ani jak wiatr nieustępliwie mnie szarpie.

W tej chwili przypisuję to zjawisko swojemu zniekształconemu postrzeganiu rzeczywistości oraz własnej determinacji, by to załatwić, żebyśmy mogli ruszyć dalej. Podchodzę do pana Vaughana i oferuję pomoc.

- Może ja spróbuję? Mam dłuższe paznokcie. - Macham wypielęgnowanymi dłońmi.

Raz w miesiącu chodzimy z Allison do salonu kosmetycznego. Moja pozycja nie pozwala mi na ekstrawagancję, więc zawsze wybieram klasyczny francuski manicure.

Nagle mężczyzna się odwraca, marszcząc brwi, jakby się nie spodziewał, że wyjdę. Ale kiedy przygląda mi się od stóp do głów, mruga ze zdziwieniem.

Gdy nie odpowiada, po prostu podchodzę do niego i się pochylam, by sięgnąć do przedniej szyby. Z łatwością zdejmuję jeden kawałek po drugim.

- Proszę, schodzą. - Uśmiecham się do pana Vaughana.

On jednak nie podziela mojego entuzjazmu. Stoi kilka kroków dalej, ma przemoczone włosy oraz garnitur i patrzy na mnie, jakby zobaczył zjawę.

- Czy coś się stało? - dociekam, zaskoczona, gdy tylko spogląda w moją stronę surowo, z opuszczonymi kącikami ust, ledwo powstrzymując grymas niezadowolenia. - Panie Vaughan? - zwracam się do niego, gdy kończę zbierać wszystkie kartki. Dostrzegając, że stoi jak wryty, a jego wyraz twarzy jest tak przerażający, obawiam się, że coś musiało się stać, więc wyciągam rękę w jego stronę. - Wszystko w porządku? - Ledwo zdążę do niego podejść, a on cofa się przed moim dotykiem i spogląda z pogardą.

Otwieram szeroko oczy, a w piersi wybucha mi panika.

- Nic mi nie jest - odpowiada szorstko. Wyraz jego twarzy się zmienia, gdy wraca do samochodu.

Wsiadam do środka, nieco zaniepokojona zachowaniem prawnika. Zamykając drzwi, pan Vaughan nawet na mnie nie spogląda, gdy ponownie uruchamia silnik. Lecz kiedy patrzę na wilgotne kartki w swoich rękach, ze zdziwieniem odkrywam, że na stronach rozrzucone są przypadkowe litery. Każda strona ma inny układ znaków, a przetasowując je, udaje mi się ułożyć z nich zdanie.

- Panienko Darcy. - Mężczyzna nagle wypowiada moje imię.

Podnoszę głowę i w lusterku wstecznym spotykam jego wzrok. Wykrzywia usta w uśmiechu, lecz ten nie dociera do oczu.

- Tak? - Mrugam, zdezorientowana.

- Nie zmokła pani - stwierdza beznamiętnym tonem, a w jego słowach czuć powagę.

Powoli spuszczam wzrok na swoje ciało, wygładzam ubranie oraz włosy i zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście nie jestem mokra.

- To pewnie przez kierunek wiatru - mruczę, ledwo powstrzymując szok wywołany tym odkryciem. Tylko że nawet dla mnie ta wymówka brzmi absurdalnie.

- Na pewno - zgadza się, choć mina zaprzecza słowom.

Na moich ustach pojawia się drżący uśmiech, nie wiem, co jeszcze dodać, bo czuję, jakby własny mózg płatał mi figle. Ale potem spoglądam z powrotem na swoje kolana i na kartki, które ułożyłam tak, by układały się w trzy słowa.

Nie. Ufaj. Im.

Kiedy znów podnoszę wzrok, z zaskoczeniem zauważam, że pan Vaughan obserwuje mnie ukradkiem, skupiając całą uwagę na tym, co robię, a nie na drodze. Zaskoczony, uśmiecha się przyjaźnie, ale nie mam pewności, czy nadal mogę mu w pełni zaufać.

Dobry Boże, w co ja się wpakowałam?

Rozdział trzeci

Burza nie ustaje, a odgłos ulewnego deszczu uderzającego o szyby samochodu staje się coraz bardziej intensywny.

Pan Vaughan nie próbuje dalej wdawać się ze mną w rozmowę, czuję się wdzięczna za tę krótką chwilę wytchnienia. Wzburzenie po jego wcześniejszych przejawach mikroagresji wciąż nie pozwala mi zaznać spokoju; nie potrafię rozgryźć ani tego mężczyzny, ani tej całej sytuacji. Chociaż prawnik na początku wydawał się dość serdeczny, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że pod tym swobodnym uśmiechem kryje się coś więcej.

Kartki z dziwną wiadomością nie pomogły mi uspokoić narastającego niepokoju i denerwuję się tym, co ma nastąpić.

Na szczęście wkrótce docieramy do zamieszkanej okolicy, a po obu stronach drogi pojawiają się domy - małe, niepozorne budynki. Zaraz stają się większe i bardziej okazałe, aż docieramy do obszaru, gdzie znajdują się jedne z najpiękniejszych rezydencji, jakie kiedykolwiek widziałam.

Co dziwne, w momencie gdy pejzaż architektoniczny się zmienia, burza ustępuje. Chmury powoli się rozpraszają, deszcz staje się coraz rzadszy, aż w końcu całkowicie milknie. Zanim docieramy za zakręt, słońce świeci już jasno, jakby wichury w ogóle nie było.

- Jesteśmy na miejscu - oznajmia krótko adwokat, zatrzymując samochód przed czteropiętrowym budynkiem. - To dom rodziny Pierce'ów - oznajmia, po czym każe mi wysiąść z samochodu.

Biorę głęboki wdech, otwieram drzwi i podążam za panem Vaughanem wąską ścieżką do głównego wejścia.

Mężczyzna puka, a po kilku sekundach ktoś otwiera drzwi.

- Mordechai, mój drogi, przemokłeś do suchej nitki! - woła słodko kobieta, ledwo powstrzymując się przed rzuceniem mu się w ramiona.

- Vicky - wita ją pan Vaughan, przybierając nieco inny ton. - Zaskoczyła nas burza na Pograniczu. - Przedstawia jej w skrócie, co się wydarzyło, odwracając się lekko w moją stronę.

Właśnie w tym momencie Vicky - jak sądzę żona mojego zmarłego ojca - spogląda ponad ramieniem prawnika i mnie dostrzega. Zaciska usta w cienką linię, a wzrokiem przesuwa po mojej sylwetce, oceniając od góry do dołu.

- Panna Darcy O'Sullivan, jak sądzę - mruczy, obniżając głos o oktawę.

Zmuszam się do uśmiechu.

- Miło mi panią poznać. - Robię krok do przodu, wyciągając do niej rękę.

Uśmiech kobiety wydaje się równie wymuszony, gdy niechętnie ściska moją dłoń w geście pozbawionym entuzjazmu.

- Nie jest mokra - szepcze, spoglądając na pana Vaughana.

- Rzeczywiście nie - odpowiada lakonicznie, a ja odnoszę wrażenie, że ta wymiana zdań skrywa jakieś znaczenie.

Nie mam jednak czasu się nad tym zastanawiać, ponieważ zostaję wprowadzona do domu, a konkretnie do dużego salonu. Siedzi tam już inny mężczyzna i dziewczyna, chyba w moim wieku, tak jakby czekali na nasze przybycie.

- Panienko Darcy, to August i jego siostra Grace - przedstawia pan Vaughan znudzonym tonem, wskazując na tę dwójkę.

- Witaj w Fairydale. - Młody mężczyzna uśmiecha się do mnie nieśmiało.

Ma czarne włosy i ciemnoniebieskie oczy - podobnie jak ja - i nie mogę się powstrzymać od myśli, czy te cechy oboje odziedziczyliśmy po ojcu.

Nie widziałam jeszcze zdjęcia Leo Pierce'a, ale pamiętam swoją matkę i nie byłyśmy do siebie wcale podobne. Miała truskawkowe blond włosy, latem nabierające czerwonawego odcienia, oraz jasnoszare oczy - zupełnie inne niż moje ciemne włosy i ciemnoniebieskie oczy.

- Miło mi cię poznać. - Podaję rękę Augustowi, a potem próbuję uścisnąć dłoń Grace. Jest mniej więcej mojego wzrostu, ma ciemnobrązowe włosy i jasnozielone oczy.

Jej górna warga drga, gdy spotyka moje spojrzenie, a po głośnym westchnieniu się odwraca, ignorując powitanie.

- Spodziewałam się czegoś innego - dodaje sucho, ledwo na mnie patrząc. - Czy nie mówiłeś, że to dziewczyna z miasta? To dlaczego wydaje się taka... nudna?

Mrugam, zaskoczona ostrymi słowami.

Nie tylko ja zaniemówiłam po tych niegrzecznych komentarzach, matka Grace sapnęła, a pan Vaughan mruknął coś o zachowaniu dobrych manier.

- Cóż, spodziewałam się, że Fairydale okaże się bardziej... radosne. Nie zawsze dostajemy to, czego pragniemy - odpowiadam natychmiast, nieco bardziej sarkastycznie, niż zamierzałam.

Znajduję się już w obcym miejscu, otoczona nieznajomymi. Nie mogę pozwolić, by postrzegali mnie jako słabą, bo spróbują to wykorzystać. Zwłaszcza że gdy przekroczyliśmy granicę miasta, w moim żołądku zagościło niepokojące uczucie.

Riposta sprawia, że oczy dziewczyny się rozszerzają i wygląda na to, że zamierza mi odpowiedzieć tym samym, ale cokolwiek dostrzega za mną - prawdopodobnie w wyrazie twarzy matki - sprawia, że zamiera, gdy ma już otworzyć usta.

Zastanawiam się, czy jej niechęć do mnie ma coś wspólnego z testamentem. Nikt nie byłby zadowolony, gdyby nagle musiał dzielić się majątkiem z nieznajomym. Sądząc po dotychczasowym przyjęciu, nikt nie wydaje się zbyt zachwycony moim widokiem niezależnie od tego, co twierdził wcześniej pan Vaughan.

- Grace, powinnaś przeprosić Darcy. - Pani Pierce delikatnie upomina córkę.

- W porządku - wtrącam się. - Wiem, że nie ubieram się zbyt modnie - dodaję z lekkim uśmiechem. - Jestem nauczycielką, a nie modelką z billboardów.

W pewnym sensie jej komentarz ma sens, ponieważ zarówno moje włosy, jak i ubrania, w odróżnieniu od jej własnych, nie podążają za najnowszymi trendami. Jej kosmyki zostały krótko ścięte i ułożone w stylu Grace Kelly, podczas gdy moje są długie i splecione w prosty warkocz opadający na plecy. Ona nosi ubrania o ciekawych wzorach, a ja w jednolitym kolorze. Ale to dlatego, że nigdy nie miałam powodu, by podążać za modą. Nie wychodzę z domu. Uczę, a potem wracam do książek. Po co miałabym wkładać tyle wysiłku w styl, którego nikt nie widzi?

To nie znaczy, że nie doceniam mody. Po prostu nie mam okazji, by się nią zajmować.

Buntowniczy wyraz twarzy Grace nie zniknął i wiem, że nie chce mieć ze mną nic wspólnego.

- Jesteś taka urocza, kochanie. - Pani Pierce podchodzi i chwyta moje ramię.

Przez moje ciało przebiega prąd - nieprzyjemne mrowienie sprawia, że się wzdrygam.

Nie myśląc zbyt długo, wyrywam się z jej uścisku.

- Przepraszam, trochę się spociłam podczas podróży. Byłoby wspaniale, gdyby mogła pani wskazać mi sklep, gdzie mogłabym kupić ubrania na czas pobytu.

- Panienka Darcy straciła bagaż na stacji kolejowej, okradziono ją i potrzebuje nowych rzeczy - wyjaśnia pan Vaughan.

- Bzdura - wtrąca się gospodyni z wyraźnym ożywieniem na twarzy. - Grace może ci pożyczyć swoje, prawda, kochanie? Macie chyba ten sam rozmiar.

Jej ton jest łagodny, ale słychać w nim wyraźny rozkaz, gdy spogląda surowo na córkę.

Dziewczyna się waha, po czym kiwa głową.

Spoglądam na nie obie, pewna, że między nimi płyną jakieś niewypowiedziane sygnały, których nie potrafię zrozumieć, bo Grace wydaje się całkowicie zniechęcona sugestią matki, a jednak pozostaje całkowicie posłuszna jej życzeniom.

- Wolałabym kupić nowe. - Uśmiecham się.

Oczywiście nie czułabym się komfortowo, pożyczając cokolwiek od kogoś, kto rzuca mi gniewne spojrzenia.

- Nie martw się tym, kochanie. - Pani Pierce znów dotyka mojego ramienia, a ja muszę się opanować, by nie odskoczyć. - Nowe rzeczy kupisz później. Na razie niech Grace ci coś pożyczy.

Po krótkiej wymianie zdań zdaję sobie sprawę, że nie przyjmie odmowy, więc zgadzam się wziąć kilka ubrań, dopóki nie nadarzy się okazja, by kupić własne.

- Może pójdziecie na górę, żeby panna Darcy mogła się przebrać, a potem wszyscy zjemy razem kolację? Na pewno czujesz głód po tak długiej podróży, prawda, kochanie?

- Rzeczywiście - odpowiadam z trudem.

Jej nadmiernie radosny ton nie tylko irytuje, ale też wydaje się całkowicie sztuczny.

Gdy idę za Grace na piętro, moją uwagę przyciąga piękne wnętrze. Ich zamożność pozostaje oczywista, począwszy od wielkości domu, poprzez użyte materiały, aż po meble.

Dziewczyna otwiera drzwi na trzecim piętrze i niechętnie zaprasza mnie do środka.

- Dziękuję - szepczę, lecz ona nie odpowiada.

Jej sypialnia okazuje się ogromna i prawdopodobnie trzy razy większa od tej, którą dzielę z Allison w Saint Russell. A ona ma ją tylko dla siebie... Mrugam, rozglądając się po wnętrzu, i zauważam, że tuż obok sypialni znajduje się łazienka oraz salonik. To jest ten typ pokoju, który widziałam tylko w magazynach i sporadycznie w filmach.

Kiedy go podziwiam, Grace podchodzi do szafy, grzebie w niej przez chwilę, po czym wyjmuje kilka rzeczy - dwie sukienki, komplet składający się z bluzki i spodni oraz coś do spania.

- To za dużo - protestuję.

Nie wezmę więcej, niż potrzebuję na jeden dzień, bo planuję kupić własne, jak tylko dotrę do sklepu.

- Jeśli nie dam ci przyzwoitych ubrań, matka rzuci mi się go gardła - oznajmia beznamiętnie, podsuwając mi rzeczy.

Kiwam powoli głową.

- Możesz pójść tam, żeby się odświeżyć i przebrać. - Wskazuje na łazienkę przy sypialni.

Dziękuję jej i wchodzę do środka. Rozbieram się, robię szybką toaletę, a potem wkładam jedną z sukienek od Grace - białą w kwiatki, podkreślającą talię. Krój jest fantastyczny, podobnie jak miękki materiał. Przez kilka minut po prostu przyglądam się sobie w lustrze zajmującym całą ścianę i zachwycam się, jak stylizacja podkreśla moją sylwetkę.

W zależności od podziału spadku, może w przyszłości mogłabym kupić sobie kilka podobnych.

Na tę myśl robię się czerwona. Jak słusznie zauważyła Allison, gdy tylko dostanę pieniądze, mogłabym robić, co tylko zechcę. Myśl o takiej finansowej wolności jest jedyną rzeczą motywującą mnie do działania, mimo niepokoju, jaki wciąż mnie ogarnia, podczas pobytu tutaj.

Już teraz czuję się dość rozczarowana przyrodnim rodzeństwem, ponieważ żadne z nich nie wydaje się zbyt zachwycone moją obecnością. August był bardziej ostrożny, ale też zauważam jego wahanie. Grace może i zachowała się niegrzecznie, ale dała mi do zrozumienia, co myślą wszyscy pozostali.

Nie jestem tu mile widziana.

Biorę głęboki wdech i wracam do pokoju, gdzie zastaję ponurą dziewczynę niecierpliwie tupiącą nogą.

- Nie spieszyłaś się - mruczy, spoglądając na mnie z góry na dół, po czym wychodzi.

Zaciskając usta, idę za nią na dół do jadalni, gdzie wszyscy już zajęli miejsca.

Nie umknęło mojej uwadze, że pan Vaughan siedzi na szczycie stołu - tam, gdzie zwyczajowo zasiada ojciec rodziny. I choć Leo Pierce nie żyje, czy ta rola nie powinna przypadać Augustowi?

Dziwne. Ale dziwne wydaje się też zachowanie Vaughana wobec Vicky Pierce - ich mowa ciał jest zbyt poufała, by można uznać to za zwykłą relację między pracodawcą a pracownikiem.

Ale to nie moja sprawa, nie mam prawa spekulować na temat ich relacji. Jestem tu po to, by wysłuchać odczytania testamentu, a potem wrócę do domu.

Z wymuszonym uśmiechem siadam między Augustem a Vicky.

Nie minęło dużo czasu, zanim dwoje służących przynosi jedzenie. Podają przystawkę.

- Opowiedz nam więcej o sobie, Darcy - pierwsza odzywa się gospodyni.

- Nie ma o czym mówić - odpowiadam i przedstawiam im krótkie podsumowanie tego, czym się zajmuję i jakie mam kwalifikacje.

Nie wdaję się w szczegóły wykraczające poza to, co już widniało na papierze i co bez wątpienia znali.

- Muszę przyznać, że przeżyłam szok, gdy się dowiedziałam, że mój drogi mąż ma jeszcze jedno dziecko - wzdycha.

- To znaczy, że cię zdradził? - pyta bez ogródek Grace.

- Grace! - wykrzykują jednocześnie August i pani Pierce.

- Wiesz, że to nieprawda. Byliśmy wtedy w separacji, a on przeprowadził się do Bostonu, podczas gdy ja zostałam tutaj - przyznaje, delikatnie ocierając kąciki ust. - Nie mogę go potępiać za to, że kogoś znalazł, skoro nie zamierzaliśmy do siebie wrócić.

Kobieta opowiada dalej o tym, co działo się w tamtym czasie, a kiedy rozglądam się po stole, nikt nie wydaje się naprawdę słuchać tej paplaniny - prawie jakby to była wyuczona na pamięć przemowa przygotowana tylko dla mnie.

- Proszę, nie myśl, że mam do ciebie żal, Darcy. Stanowisz część Leo, tak samo jak August i Grace. Bardzo się cieszymy, że tu jesteś. - Wyciąga rękę, by dotknąć mojej dłoni, w tym samym momencie, gdy podnoszę szklankę z wodą.

- Dziękuję - szepczę, biorę łyk i powoli się od niej odsuwam.

Nie wiem, co w niej jest, ale nigdy wcześniej nie czułam do kogoś tak wielkiej niechęci. Wydaje się miła - choć może trochę sztuczna - ale sprawia wrażenie typowej żony trofeum, a nie morderczyni z siekierą.

- Mam jedno pytanie - zwracam się do prawnika. - Jaka była przyczyna śmierci? W pańskim liście nie znalazłam informacji, z jakiego powodu zmarł.

Wszyscy milczą, słychać tylko ciężki oddech rozbrzmiewający echem w przestronnym pokoju.

- Zawał serca - odzywa się pani Pierce w tym samym momencie, gdy pan Vaughan dodaje:

- Uszkodzenie mózgu.

Kolejna fala ciszy.

Rozglądam się wokół, czując pieczenie pod powiekami z zakłopotania.

Dostrzegam Augusta ściskającego nóż tak mocno, że niemal wygina jego czubek. Pani Pierce zaciska usta, podczas gdy pan Vaughan spogląda na mnie zmrużonymi oczami.

- To był zarówno zawał serca, jak i uszkodzenie mózgu - tłumaczy powoli, niemal jakby przekazywał tę informację wszystkim obecnym. - Miał zawał serca, po którym próbowaliśmy go reanimować. Udało nam się przywrócić puls, ale przez zbyt długi czas pozostawał pozbawiony tlenu, więc stwierdzono u niego śmierć mózgową.

Kiwam powoli głową, zbliżam szklankę do ust i biorę łyk wody, dyskretnie obserwując czworo nieznajomych siedzących przy stole. W tej, jak sądzę, bezprecedensowej chwili, ich spojrzenia są utkwione w twarzach innych, a ich miny pozostają całkowicie szczere, ociekające złośliwością i chciwością. Czuję się, jakbym została porzucona w lesie pełnym wilków walczących o dominację i po raz pierwszy uderza mnie pewna myśl. Niezależnie od treści testamentu, nie tylko ja stałam się w tym domu wrogiem.

Jakby dostrzegając narastające napięcie przy stole, pani Pierce rozładowuje sytuację, kierując rozmowę na temat zmarłego Leo Pierce'a i dzieląc się kilkoma anegdotami na jego temat.

Wkrótce kolacja dobiega końca, a pan Vaughan informuje, że podwiezie mnie do mojego domu.

- Do mojego domu?! - wykrzykuję zaskoczona.

- Wysłałem pani klucz, panienko Darcy. Otwiera on posesję na północ stąd, należącą do Leo. Vicky i ja przygotowaliśmy ją dla pani, ponieważ nie chcieliśmy, by czuła się pani niekomfortowo, mieszkając z nieznajomymi - wyjaśnia. - Zapewni to należytą prywatność, gdyż nadchodzące dni mogą się okazać dość wymagające - przedstawia szczegółowy harmonogram. - Jutro odbędzie się pogrzeb, a odczytanie testamentu nastąpi pojutrze.

- Och, dziękuję. To bardzo miłe z waszej strony - dziękuję zarówno prawnikowi, jak i macosze.

Pożegnawszy się, znów ląduję na tylnym siedzeniu samochodu, a pan Vaughan kieruje się w stronę celu naszej podróży: Astor Place 12.

Szybko staje się jasne, że mówiąc o północnej części miasta, miał na myśli jego drugi koniec.

Droga zajmuje prawie dziesięć minut, a jak na małe miasteczko to spora odległość.

Chociaż niebo ciemnieje, im dalej jedziemy, tym wyraźniejszy staje się widok słynnego wzgórza Fairydale, podobnie jak majestatyczna posiadłość Hale'ów.

Mężczyzna nie kłamał, opisując ją jako przypominającą zamek. Choć zbudowana w stylu neoklasycystycznym, jej wielkość i imponujący wygląd sprawiają, że zasługuje na to miano.

Nawet z daleka ta ogromna budowla i otaczająca ją sceneria tworzą niesamowity krajobraz. Gdy zbliżamy się jeszcze bardziej, czuję dreszcz podniecenia, a żołądek kurczy mi się w oczekiwaniu.

Poza atrakcjami turystycznymi w Bostonie nie widziałam zbyt wielu zabytkowych budynków. Na pewno nie miałam okazji zwiedzać żadnego z nich. Mam jednak nadzieję, że zanim mój pobyt tutaj dobiegnie końca, uda mi się zobaczyć posiadłość oraz jej otoczenie.

Widok dworu o zmierzchu tak mnie urzeka, że ledwo zauważam, że samochód się zatrzymuje.

- Jesteśmy na miejscu - rzuca nagle pan Vaughan.

Wracam myślami do teraźniejszości i powoli wysiadam. Rozglądam się, a na widok ponurej scenerii na całym ciele pojawia mi się gęsia skórka. Posiadłość Hale'ów może sprawiać wrażenie oazy wyrafinowania na samotnym wzgórzu, ale tutaj jest zupełnie inaczej.

Na tyle, na ile sięga mój wzrok, widzę tylko dwa budynki - Astor Place 12 i jeden po przeciwnej stronie ulicy. Oprócz tego po obu stronach prowizorycznej drogi rozciąga się pole.

Nie została nawet utwardzona.

Dobry Boże, tak bardzo skupiałam się na podziwianiu rezydencji, że nie zauważyłam, iż opuściliśmy bardziej cywilizowaną okolicę. Znajdujemy się na obrzeżach miasta.

- To dość daleko od centrum, prawda? - pytam niepewnie.

- Wcale nie. - Pan Vaughan podchodzi, a jego twarz staje się surowa. - Miasto jest piętnaście minut spacerem w tamtym kierunku. - Wskazuje miejsce, skąd właśnie przyjechaliśmy. - To posiadłość Hale'ów, a tam rozciąga się klif prowadzący nad ocean.

Wykrzywiam usta w konsternacji.

- A to?

Odwracam się, by wskazać na budynek po drugiej stronie ulicy. Wyróżnia się architekturą - ostre kąty, spiczaste łuki i witraże przywodzą na myśl styl gotycki.

- To Stary Kościół. Nie przejmuj się nim. Został zamknięty. Nikt już tam nie chodzi, ale nikt też nie chce go przebudować. Pochodzi z siedemnastego wieku - dodaje, a ja przypominam sobie, jak mi o tym opowiadał.

Kiwam bezmyślnie głową, choć w głębi duszy nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cała ta sytuacja budzi mój niepokój.

- Czy nie ma w mieście innego miejsca, gdzie mogłabym się zatrzymać na kilka nocy?

Chociaż dom jest uroczy, fakt, że znalazłam się tak daleko od miasta oraz naprzeciwko starego kościoła, który pomimo swojej z pewnością fascynującej historii wygląda bardziej przerażająco niż pięknie, nie sprawia, że cieszy mnie perspektywa pobytu tutaj. Im więcej o tym myślę, tym silniejszy dreszcz przebiega mi po plecach.

Posiadłość Hale'ów również nie leży tak blisko, jak mogłoby się wydawać ze względu na jej położenie. A to sprawia, że ląduję... w szczerym polu. W obcym mieście. Otoczona nieznajomymi.

Nie. To niezbyt dobry pomysł. I powtarzam to panu Vaughanowi.

- W żadnym wypadku nie mogę tu zostać sama.

- Pani ojciec chciał pani podarować ten dom, panienko Darcy. To nie przypadek, że dałem pani klucz. Za kilka dni wejdzie pani w jego posiadanie.

Mrugam, nie spodziewając się takich słów.

- Jest pan pewien?

Kiwa głową.

- Od dziesięcioleci pozostaję prawą ręką Leo. Chciał, żeby miała panienka gdzie się zatrzymać tutaj, w Fairydale, bo to też pani dom.

Uśmiecha się - to wyuczony uśmiech i nie dociera do jego oczu. Zamiast tego patrzy na mnie, czekając, aż się zgodzę.

- A nie ma tu żadnego hostelu? - pytam w inny sposób, choć szanse, że w tak małym miasteczku działa hostel, są co najwyżej nikłe.

Dlaczego on nie rozumie, że ta okolica przeraża? Że jestem samotną kobietą pośrodku niczego. Jak mogłabym zgodzić się tu zostać, skoro wątpię, czy w promieniu wielu kilometrów znajdę w ogóle telefon?

Biorąc pod uwagę położenie domu, niemal mam pewność, że w przeszłości mieszkał tu pastor z rodziną - kiedy Stary Kościół jeszcze funkcjonował. I nie sądzę, żebym chciała spać w domu, który...

- Czego się tak pani boi, panienko Darcy? - Przerywa te rozmyślania, pytając ochrypłym głosem, czym sprawia, że włoski na moim ciele stają dęba.

Odruchowo cofam się o krok i przyciskam ręce do piersi.

- Będę tu sama - burczę. - A co, jeśli ktoś spróbuje się włamać? A co, jeśli...

Podnosi rękę, przerywając potok słów.

- Martwi się więc panienka o bezpieczeństwo?

Przytakuję z przekonaniem.

- Proszę za mną - rzuca tonem graniczącym z irytacją, prosząc o klucz.

Podaję mu go i patrzę, jak otwiera drzwi, a podłoga skrzypi pod jego ciężarem.

Wyraźnie wzdrygam się na ten dźwięk. Saint Russell też jest starym budynkiem, ale przynajmniej tam otaczali mnie ludzie.

Włączywszy światło w korytarzu, pan Vaughan gestem zaprasza mnie do środka. Wnętrze okazuje się bardziej nowoczesne niż fasada, ale widać, że nikt nie mieszkał w tym domu od lat - może nawet od dziesięcioleci.

- Proszę spojrzeć - wskazuje na drzwi i liczne zamki na ścianie - jeśli dobrze je panienka zamknie, nikt nie zdoła dostać się do środka. Poza tym, pomimo tych paskudnych plotek o przestępczości, Fairydale to bardzo spokojne miasteczko. Nasi mieszkańcy nigdy nie zostali o nic oskarżeni. To przybysze mają kłopoty z prawem - wyjaśnia rzeczowo, ale na jego twarzy pojawia się lekkie drgnięcie.

- Rozumiem - odpowiadam cicho.

Co jeszcze mogę dodać? Że pod żadnym pozorem nie zostanę tu na noc? Mogłabym spróbować, ale wszystko w jego minie wskazuje na to, że nie jest skłonny zorganizować dla mnie czegoś innego. A to oznacza, że albo to miejsce, albo... nic.

- Na parterze znajduje się salon, a na piętrze dwie sypialnie. Może panienka wybrać tę, która najbardziej pani odpowiada. Woda jest czysta i nadaje się do picia, a w szafkach ma pani zapas gazu i trochę konserw. Vicky zadbała, by uzupełnić półki.

Słysząc to, szeroko otwieram oczy ze zdziwienia.

- Dziękuję - szepczę, czując się teraz nieco zawstydzona swoim wcześniejszym wybuchem.

Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciała, to to, by pomyśleli, że jestem rozpieszczoną smarkulą, zapatrzoną tylko w pieniądze - co, trzeba przyznać, po części jest prawdą. Ostatecznie przyjęli mnie dobrze i zadali sobie wiele trudu, aby zapewnić mi komfortowy pobyt. Nie zamierzam tego lekceważyć.

- Pogrzeb odbędzie się jutro w południe. Przyjadę po panią o jedenastej trzydzieści. Dobranoc.

Nie czeka na odpowiedź, tylko wychodzi, zostawiając mnie samą w tym starym - no dobrze, nie tak starym jak kościół po drugiej stronie drogi - domu.

Drzwi zamykają się z hukiem, a ja pośpiesznie zaryglowuję wszystkie zamki.

Dopiero gdy się upewniam, że są solidnie zabezpieczone, podchodzę do okien, by sprawdzić, czy one również pozostają szczelnie zamknięte.

Niestety fakt, że nikt nie może tu wejść, nie wydaje się uspokajać moich nerwów. Serce wali mi głośno w piersi.

- Dasz radę, Darcy - tłumaczę, próbując dodać sobie otuchy. - Pomyśl o pieniądzach. I o tym, co możesz dzięki nim zrobić. Wakacje w Anglii, we Francji, a może nawet rejs po Morzu Śródziemnym. Odwiedzisz Wersal, poopalasz się na Capri i pospacerujesz po Akropolu.

Im intensywniej wyobrażam sobie przyszłość, tym bardziej jestem zdeterminowana.

Jeśli to jedyny sposób, by zdobyć te pieniądze, zrobię to.

Kiwam głową do siebie i zauważam, jak część wcześniejszego niepokoju mnie opuszcza, gdy biorę kilka długich, głębokich wdechów. Kiedy już panuję nad sobą, a moja determinacja rośnie, postanawiam obejrzeć dom. W końcu, według pana Vaughana, ma on należeć do mnie oficjalnie.

Przewracam oczami na tę myśl. Po podziale majątku raczej nie wrócę już do Fairydale.

Najpierw wchodzę do kuchni. Odkładam na krzesło torbę z ubraniami pożyczonymi od Grace i zaglądam do szafek, upewniając się, że mam tu mnóstwo jedzenia - na pewno nie dla jednej osoby na kilka dni. Wszystkie półki są pełne, prawie jakby ktoś przygotowywał się na apokalipsę.

Chichocząc pod nosem, podchodzę do lodówki i po otwarciu znajduję w niej świeże produkty: mięso i warzywa.

Vicky naprawdę o wszystkim pomyślała, prawda?

Staję się trochę głodna, bo w domu Pierce'ów nie zjadłam zbyt wiele, więc robię sobie małą kanapkę, zanim wyruszę zwiedzać resztę domu. Idąc w stronę schodów, znajduję włącznik światła, wciskam go, a potem ten w korytarzu, gdy docieram na drugie piętro. Gdy dom skąpany jest w świetle, czuję się pewniej. Na tym piętrze widzę troje drzwi - jedne prowadzą do łazienki, a pozostałe do sypialni.

Sprawdzam kolejno pokoje i wybieram ten bliżej łazienki, bo pewnie bałabym się pokonywać dłuższą odległość w nocy.

Na środku pokoju stoi podwójne łóżko, obok znajduje się duża szafa, a przy oknie biurko. Pościel wygląda na czystą, a z materiału wydobywa się dziwny kwiatowy zapach.

Mimo tych niezbyt sprzyjających okoliczności, na moich ustach pojawia się uśmiech i zanim zdążę się opanować, wskakuję na materac, a kiedy on podskakuje razem ze mną, wymyka mi się śmiech.

Po raz pierwszy będę miała dla siebie tak duże łóżko i na samą myśl o tym się cieszę. Przewracając się z boku na bok, śmieję się jeszcze bardziej, czując na skórze miękkość pościeli.

Tak, to początek czegoś nowego. Po wszystkich dzisiejszych dziwnych wydarzeniach z optymizmem patrzę w przyszłość. Gdzieś w głębi duszy wiem, że to doświadczenie zmieni całe moje życie.

Jeszcze chwilę tarzam się w świeżej pościeli, zanim postanawiam wziąć kąpiel i pójść spać. W końcu wiem, że jutro zapowiada się pracowity dzień.

Wstaję, wyjmuję koszulę nocną i idę do łazienki.

Podobnie jak w kuchni, w łazience zastaję wszystko: mydło, szampon, ręczniki i papier toaletowy. Cieszę się, że mogę zmyć z siebie cały brud po podróży, zamykam drzwi do łazienki, na wszelki wypadek je blokuję, po czym zdejmuję ubranie i upinam włosy.

Podchodzę do wanny, odkręcam wodę i reguluję temperaturę. Kiedy jestem z niej zadowolona, wchodzę do środka, zasuwam zasłonę i rozsiadam się wygodnie.

Wanna wciąż wypełnia się wodą, a ja rozkoszuję się jej ciepłem. Odchylam się, wydaję pełne zmęczenia westchnienie, zamykam oczy i pozwalam, by stres stopniowo znikał.

Ile czasu minęło, odkąd ostatni raz wzięłam porządną kąpiel?

Chociaż w Saint Russell panują dobre warunki sanitarne, nie ma tam wanny. Musimy brać szybkie prysznice, zgodnie z przydzielonym limitem ciepłej wody. Nigdy nie miałam okazji tak się zrelaksować.

Właściwie to tylko raz mogłam wziąć porządną, relaksującą kąpiel, kiedy siostra Anne i siostra Mary pozwoliły mi skorzystać ze swoich pokoi.

Całkowicie zanurzona, sięgam po mydło. Ale gdy tylko muskam je palcami, kątem oka dostrzegam ruch tuż za zasłoną. Zaskoczona odwracam głowę i instynktownie się cofam.

Nic.

Nic tam nie ma.

Dla pewności odchylam zasłonę, ale nadal nic nie widzę.

Zupełnie nic.

Szybko oddycham, a tętno gwałtownie mi przyspiesza, im dłużej wpatruję się w biały materiał, przekonana, że widziałam coś poruszającego się.

- Oszaleję - mruczę do siebie.

To pewnie przez te wszystkie książki i przez to, że zostałam sama w obcym miejscu. Przychodzą mi na myśl te głupie wyobrażenia Catherine i w duchu wyrzucam sobie, że zachowuję się tak jak ona.

- Nie ma czegoś takiego jak duchy - oznajmiam, niemal jakbym chciała, by to była prawda.

Duchy nie istnieją. Wszystko tkwi w mojej głowie i w fantazyjnych wyobrażeniach stworzonych przez lata czytania powieści gotyckich.

Na strychu nie mieszka żadna szalona kobieta, tak samo jak nie ma Rebeki, która by mnie nawiedzała.

Chociaż racjonalna część mojego umysłu w to wierzy, istnieje też ta druga część - przesądna postrzegająca wszystko jako znak. A odkąd przybyłam do Fairydale, natknęłam się na mnóstwo...

- Nie. - Potrząsam głową, zaciskając usta z napięciem. - Nie pozwolę znów się w to wciągnąć.

Zdarzyło mi się to już raz, zaraz po śmierci matki. Byłam nowa w sierocińcu i, szczerze mówiąc, przerażona. Nie mogłam spać w nocy, a w pewnym momencie zaczęłam widzieć mroczną postać czuwającą nade mną, gdy spałam.

Trwało to prawie rok. Na początku powiedziałam o tym zakonnicom, ale zapewniły, że nikogo tam nie ma - że inne dziewczynki śpiące w tym samym pokoju niczego nie widzą.

Po tym, jak zostałam porządnie zbesztana za wymyślanie opowieści o duchach, by straszyć wszystkich wokół, przestałam o tym mówić, aż w końcu postać zniknęła.

Teraz wydaje się to odległym wspomnieniem, ale wtedy to przerażało. Tak samo jak fakt, że nikt mi nie wierzył, a zamiast tego wszyscy mnie wyśmiewali i nazywali wariatką.

Lecz nie wydawało się niczym dziwnym to, że widziałam taką zjawę, bo jestem pewna, że coś tam stało. Chodzi o to, że chociaż się bałam, bo to coś nienaturalnego, sama istota nie wydawała się groźna. Właściwie czasami odnosiłam wrażenie, że czuwała nade mną.

Do dziś mam takie przeczucie, że to mogła być moja mama, próbująca pomóc mi poradzić sobie z jej śmiercią - na swój własny upiorny sposób.

Może to głupie. Może za bardzo przypominam Catherine. Ale wolę w to wierzyć, niż myśleć, że byłam szalona - że wciąż jestem szalona.

Wychodzę z wanny i wycieram się ręcznikiem, zanim włożę koszulę nocną. Chociaż widzę, że jestem sama w łazience, nie mogę pozbyć się przeświadczenia, że ktoś mnie obserwuje. To uczucie sprawia, że odwracam się kilka razy, aby upewnić się, że nikogo tu nie ma.

Wypuszczając westchnienie, wracam do pokoju, wślizguję się pod czystą pościel i zmuszam się do zaśnięcia.

Kilka godzin później wciąż się wiercę, a sen nadal mi umyka. Spoglądam na zegarek i widzę, że zbliża się północ.

- Do diabła z tym - przeklinam cicho.

Leżąc płasko na plecach, wpatruję się w sufit, zastanawiając się, czy liczenie owiec mogłoby pomóc.

Gotowa się poddać, zaczynam.

- Jedna owca, dwie owce, trzy... - Przerywam, gdy w powietrzu wybucha kakofonia dźwięków.

Siadam prosto, oczy mi się rozszerzają, a całe zmęczenie znika w sekundę.

Pierwsza nuta to głęboki bas, po nim następuje seria delikatniejszych odgłosów.

Muzyka.

To muzyka.

O tej porze.

Pośrodku niczego.

Ale gdy wsłuchuję się uważniej, rozpoznaję brzmienie organów. A gdzie indziej mogłyby się znajdować organy, jeśli nie... w Starym Kościele.

Przełykam ślinę. Pan Vaughan twierdził, że nikt z nich nie korzysta, a biorąc pod uwagę odludną lokalizację, kto mógłby tam grać o tej porze? Ktoś robi mi psikusa? To przecież najbardziej prawdopodobny scenariusz.

I gdy tylko ta myśl przemyka mi przez głowę, pojawiła się kolejna. A co, jeśli...

A co, jeśli to wszystko pozostaje misternie zaplanowanym spiskiem, by skłonić mnie do ucieczki i zrzeczenia się spadku? A co, jeśli Pierce'owie wiedzą, że ten dom przejdzie na mnie, i chcą temu zapobiec?

Czułabym się źle, osądzając ich w myślach, gdybym nie widziała, jak zachowywali się podczas kolacji i jak wymieniali między sobą ukradkowe spojrzenia, gdy sądzili, że nie patrzę.

Jestem zdeterminowana, gdy wyskakuję z łóżka, szybko zdejmuję koszulę nocną i ubieram się w jedną z sukienek codziennych. Wkładam buty, wychodzę z pokoju i zdecydowanym krokiem idę po schodach.

Jeśli chcą pogrywać, najwyższy czas, żeby zdali sobie sprawę, że nie jestem słabeuszką ani kimś, kogo mogą dręczyć.

Otwieram wszystkie zamki w drzwiach, wychodzę z domu i przechodzę przez ulicę, kierując się do Starego Kościoła.

Muzyka wciąż rozbrzmiewa w powietrzu, a cisza potęguje jej natężenie. Lecz gdy zatrzymuję się przed wejściem do świątyni, melodia się zmienia. Tym razem rozpoznaję w niej Toccatę Bacha - dźwięk ten jest niesamowicie piękny i poruszający.

Zastygam, a po skórze przebiega mi dreszcz, gdy zawieszam dłoń nad zardzewiałą klamką.

Dźwięk przenika noc, otaczając mnie ochronnym kokonem, aż jedyne, czego pragnę, to utrwalić tę melodię i odtwarzać ją w nieskończoność.

Natomiast myśl, że może to się okazać bezsensownym żartem, znów wywołuje gniew.

Zaciskam palce w pięści i zanim zmienię zdanie, robię krok do przodu, gwałtownie otwierając drzwi. Ku mojemu zaskoczeniu, ustępują z łatwością.

Czy nie powinny być zamknięte?

To tylko utwierdza mnie w decyzji, by iść dalej. Jeśli nie są zamknięte, to na pewno ktoś je otworzył.

Przy wejściu znajduje się mała kruchta.

Wszystko pochłania ciemność, a jedynym źródłem światła pozostaje księżyc, którego promienie przenikają przez bogato zdobione witraże. Atmosfera wydaje się niesamowicie hipnotyzująca, zwłaszcza przy akompaniamencie muzyki rozbrzmiewającej w tle.

- Czy ktoś tu jest? - pytam, choć mój głos nie przebija się przez muzykę.

Krok po kroku posuwam się naprzód, aż docieram do nawy głównej. Po obu stronach biegną nawy boczne. Choć z zewnątrz kościół nie wydawał się zbyt duży, to wnętrze z wysokimi sklepieniami wygląda na ogromne.

Jak na świątynię miejską jest zdecydowanie zbyt duży i zastanawiam się, kto go zbudował - jakiś zamożny mecenas sztuki?

Po obu stronach ciągną się niewielkie empory, za nimi widać witraże, idealnie przechwytujące światło księżyca i odbijające je wzdłuż nawy głównej.

Na drugim końcu widzę chór, a gdy robię jeszcze kilka kroków, dostrzegam w rogu organy, ustawione tyłem do naw bocznych.

Muzyka wciąż gra, ta sama zapętlona melodia. Ale kiedy docieram do środka nawy, nagle się urywa.

Oczy mi się rozszerzają i myśląc, że sprawca mnie zauważył i szykuje się do ucieczki, pędzę w stronę chóru.

W ciągu kilku sekund zatrzymuję się przy organach. Trochę zdyszana, skręcam za róg.

- Mam cię... - Zamieram, gdy się przekonuję, że nikogo tam nie ma. Co więcej, klawisze są osłonięte pokrywą, na której osiadła gruba, równa warstwa kurzu. Znak, że od dawna nikt ich nie dotykał. - Co do... - szepczę, zaniepokojona.

Nie mam jednak czasu, by się nad tym zastanowić, bo coś porusza się w moim polu widzenia tuż przed tym, jak po kościele rozchodzi się echo kroków.

- Czekaj! - wołam, przekonana, że ktoś tam był.

Podążam za dźwiękiem, aż znów docieram do drzwi głównych. Są zamknięte, a kiedy je otwieram, skrzypienie jasno wskazuje, że nikt stąd nie wychodził.

Co do...

Serce wali mi w piersi, a myśli pędzą z prędkością światła.

Kto to?

Kto, do diabła, to był?

Nie obchodzi mnie już, że przeklinam w Domu Pańskim - nawet jeśli nie robię tego na głos. Nie obchodzi mnie nic poza tym, że nigdy wcześniej nie doświadczyłam większego strachu.

Jeśli to rzeczywiście żart, to świetna robota. Czuję się totalnie przerażona.

Sama dziwaczność tej sytuacji oraz rosnący niepokój skłaniają mnie do opuszczenia kościoła.

Rozglądam się, wchodząc na wąską ścieżkę prowadzącą z powrotem na ulicę. Tak skupiam się jednak na uniknięciu jakiegokolwiek złoczyńcy, że nie zdaję sobie sprawy, kiedy wpadam prosto na twardą ścianę.

- Cooo! - krzyczę, cofając się o krok, gotowa wydać z siebie wrzask tak głośny, że usłyszałoby mnie całe miasto.

- Spokojnie. - Ostry głos przebija się przez moją mentalną mgłę.

Ale jest już za późno, ponieważ zadziałał mój instynkt samozachowawczy, a wraz z nim ruchy, których nauczyłam się z filmu Siedmiu Samurajów. Posyłam pięść w stronę twarzy mężczyzny, zanim zdążę się powstrzymać.

Z drugiej strony, jeśli trafię, to prawdopodobnie nie mam do czynienia z duchem.

Niestety, nie dosięgam jego twarzy. Ale nie dlatego, że nie jest materialny, tylko dlatego, że obejmuje moją zaciśniętą pięść dłonią, zanim ta dotrze do celu.

Zszokowana otwieram usta; jestem oszołomiona, mogę się tylko na niego gapić.

- Nie jesteś duchem - stwierdzam, dość niedorzecznie.

Wygina usta w uśmiechu, zdolnym sprawić, że moje wnętrzności eksplodują - ze strachu czy zachwytu, nie wiem.

Wydaje się o stopę wyższy ode mnie, ale nawet w ciemnościach nocy dostrzegam jego cechy - ciemne włosy i niesamowicie jasne oczy. Tak jasne, że w blasku księżyca wydają się świecić na biało. Ma budowę jak czołg, cała masa mięśni i kanciaste kształty - nic dziwnego, że czułam się, jakbym uderzyła w ścianę.

- Kim jesteś? - szepczę.

Moja dłoń wciąż spoczywa w jego dłoni, a dreszcz świadomości przebiega mi po plecach, gdy czuję jego dotyk na ciele.

Zanim zdążę to przemyśleć, cofam się, nie spuszczając z niego wzroku.

- Nie jestem duchem? - Przechyla głowę, przyglądając mi się z krzywym uśmiechem. On musi działać jak magia na kobiece serca.

- Cóż - odchrząkuję, odpędzając wszelkie resztki strachu, przynajmniej na razie. Przyciskam palec do jego bardzo, bardzo twardych mięśni brzucha i kiwam głową do siebie. - Zdecydowanie nie jesteś duchem.

Wciąż uśmiecha się złośliwie, a jego spojrzenie pozostaje pobłażliwe, podobnie jak ten półuśmiech.

Nie chcąc wyjść na zadurzoną w nim idiotkę - choć to pierwszy raz, kiedy widzę tak wspaniałego mężczyznę - podnoszę brodę i patrzę na niego z uniesioną brwią.

- Kim jesteś i co tu robisz w nocy? Sam? - Mrużę oczy.

Może to nie duch, ale wciąż może okazać się przestępcą. A ja nie mam, jak się bronić.

W głowie włącza mi się alarm, gdy rozglądam się w poszukiwaniu broni.

- Możesz mnie walnąć w głowę tym metalowym prętem - stwierdza, a jego głęboki głos pieści moje uszy.

pieści moje uszy? Od kiedy stałam się taka poetycka? Może i jestem nauczycielką angielskiego, ale nigdy nie miałam talentu do posługiwania się słowami.

Nie spotkałaś jeszcze ideału.

Prostuję plecy i ignoruję swój wewnętrzny głos, chwytając wskazany pręt.

- Zrobię to, jeśli się nie przedstawisz - zastrzegam stanowczo, dumna z siebie, że nie plączę się w słowach.

On tylko się śmieje. I zanim się zorientuję, pojawia się przede mną. Tak blisko, że czuję jego zapach - dymny, tajemniczy zapach, którego nie potrafię zidentyfikować.

- Wydajesz się interesująca - zauważa tym samym głębokim głosem.

Przełykam ślinę.

- Stanę się jeszcze bardziej interesująca, kiedy rozwalę ci łeb - oświadczam z całą pewnością siebie, jaką potrafię w sobie zebrać.

Może i jest przystojny jak diabli, ale uroda to tylko przykrywka dla wielu mrocznych spraw. W końcu Lucyfer stanowił kiedyś uosobienie doskonałości.

Nieznajomy znów się uśmiecha, tym razem jeszcze szerzej.

Pochyla się, aż znajduje się na wysokości moich oczu; jego oddech muska mi usta, a wzrok nie odrywa się od mojego.

- Hale - mówi. - Caleb Hale.

Wpatruję się w niego przez chwilę wydającą się wiecznością, zanim sobie uświadamiam, że właśnie podał mi swoje imię.

To Hale. Hale... To znaczy, że on jest...

- Mieszkasz tam? - pytam, wskazując na okazałą rezydencję.

- Zgadza się - odpowiada z łobuzerskim uśmiechem na twarzy. - I zakładam, że to ty jesteś nową awanturniczką w mieście.

Marszczę brwi, słysząc taki dobór słów.

- Awanturniczką?

- Awanturniczka: osoba wprowadzająca zamieszanie - odpowiada, recytując definicję.

- Nie pytałam, co to znaczy. Pytałam dlaczego. - Zgrzytam zębami, po raz pierwszy reagując ostro, gdy podnoszę metalowy pręt w jego kierunku.

Jeśli jest coś, czego nie znoszę, to właśnie to, kiedy mężczyźni podważają moją wartość intelektualną.

- Kociak potrafi drapnąć. - Śmieje się, odchylając się do tyłu. - Wkrótce się o tym przekonasz, Darcy O'Sullivan. W każdym razie miło cię poznać.

Z łatwością wyciąga metalowy pręt z mojej ręki, odkłada go na bok, chwyta moją dłoń i ściska ją. Nie potrafię się poruszyć - po prostu się w niego wpatruję, a jego bliskość wyprowadza mnie z równowagi jak nic innego dotąd.

- Witaj z powrotem w Fairydale.

Rozdział czwarty

Jego głos rozbrzmiewa mi w uszach, gdy przebiegam przez ulicę, wpadam do domu, zamykam drzwi i przekręcam wszystkie zamki.

Oddycham nierówno, pędząc po schodach do sypialni, zamykając też te drzwi i ryglując je. A mimo to nie czuję się bezpieczna.

Całe moje ciało gotuje się do walki, niemal jakby wiedziało, że znalazłam się w niebezpieczeństwie, zanim umysł zdąży to racjonalnie ogarnąć. Nie potrafię jednak zignorować rodzących się we mnie sprzecznych emocji - przerażenia, strachu... tęsknoty?

Przełykam ślinę, uczucie dyskomfortu osiada głęboko w moim żołądku.

I zanim zdążę się opanować, stopy niosą mnie do wielkiego okna wychodzącego na Stary Kościół.

Odsuwam zasłonę i zerkam na zewnątrz.

Moje usta układają się w literę O, gdy staję twarzą w twarz z nim.

Caleb Hale.

Stoi na środku drogi, z uniesioną twarzą i wzrokiem utkwionym w moim oknie - we mnie.

Powieki drgają mi ze zdziwienia i choć księżyc pozostaje jedynym źródłem światła, mogłabym niemal przysiąc, że dostrzegam kolejny uśmiech na twarzy mężczyzny.

Po prostu tam stoi. Obserwuje mnie. Wie, że ja obserwuję jego.

Powoli przykłada dłoń do czoła, udając, że salutuje. Przez cały czas na jego ustach maluje się ten sam uśmiech - zarówno mrożący krew w żyłach, jak i pociągający. Potem, tak po prostu, odwraca się i odchodzi drogą w kierunku dworu.

Serce podchodzi mi do gardła, gdy w końcu się chowam - o kilka chwil za późno. A jednak gdy spotkałam jego spojrzenie, poczułam się niemal tak, jakby rzucono na mnie zaklęcie. Takie, które przywiązało mnie do tego miejsca i sprawiło, że nie potrafiłam zrobić nic innego, jak tylko skupić na nim całą uwagę.

I to kluczowa kwestia. Dostrzegam w nim coś dziwnie pociągającego. Coś magnetycznego, surowego i niepohamowanego. Na tyle, że nawet gdy wątpliwości przepełniały mój umysł, dzierżył nade mną pewną władzę, dezorientując swoimi powolnymi, przemyślanymi ruchami i tajemniczymi uśmiechami.

Teraz, gdy mijają kolejne minuty, moje myśli również stają się bardziej klarowne.

Na tyle, że atakuje mnie mnóstwo pytań. Co, do diabła, wydarzyło się w Starym Kościele? Czy to Caleb grał na organach? Ktoś mi tam towarzyszył, tego jestem pewna. A biorąc pod uwagę, że zaraz pojawił się tam on, logiczne, że mogłam, właśnie jego słyszeć.

Może to jednak był tylko żart. Być może w świątyni są tajne drzwi, a on z nich skorzystał, żeby mnie przestraszyć.

Cóż... udało mu się. Wciąż drżę po tym spotkaniu.

Wydawało się dziwne nie tylko jego zachowanie, ale i fakt, że pojawił się tam tak niespodziewanie. A do tego trzeba przyznać, że jest przystojny.

Cóż, nie chcę się już nad tym rozwodzić. Zwłaszcza że może to stać się źródłem moich koszmarów.

Upewniwszy się, że okno pozostaje zamknięte, zasuwam zasłony, aby nikt nie mógł zajrzeć do środka, zanim ponownie przebieram się w koszulę nocną. Tym razem, leżąc w łóżku, postanawiam myśleć wyłącznie o czekających mnie dobrych chwilach.

----------

Kwiecień 1789 r. Rezydencja Haversham, hrabstwo Kent

Mama i papa znowu się kłócą.

Zwykle rzadko się zdarza, by znaleźli się w tym samym miejscu i mogli sobie działać na nerwy. Ale odkąd przybyliśmy do Haversham, nie przestają się spierać. Dochodzi do tego ponownie dziś wieczorem, a ich głosy rozbrzmiewają echem w całym domu.

- Panienko, powinnaś już leżeć w łóżku - upomina mnie Mary, moja osobista służąca, widząc, że stoję na szczycie schodów.

- Jak mam spać? - szepczę. - Nikt nie zmruży oka, dopóki nie rozwiążą sporu.

Kobieta zaciska usta.

- Obawiam się, że to potrwa jeszcze trochę - mówi i lekko unosi kąciki ust.

Chichoczę.

Służba również wie, jak trudni potrafią okazać się moi rodzice, i robi wszystko, co w jej mocy, by nie popaść w ich niełaskę.

To małżeństwo zostało zawarte z wyboru, a raczej obowiązku. Z plotek wywnioskowałam, że tata zrobił mamie dziecko i został zmuszony do ożenku. W tamtych czasach był tylko trzecim synem, raczej pozbawionym szans na dziedziczenie, więc stanowczo odmówił zawarcia ślubu. Niemniej jednak dziadek zadbał, by stanął przed ołtarzem i złożył przysięgę małżeńską. To, że nigdy jej nie przestrzegał... Cóż, to już zupełnie inna sprawa.

Większość ludzi uważa, że ponieważ jestem młoda, nie rozumiem, co się dzieje. Nie zwracają na mnie zbytniej uwagi i właśnie dlatego nie zdają sobie sprawy, że dostrzegam więcej niż pozostali.

Kilka lat po moich narodzinach, po śmierci braci, tata zajął pierwsze miejsce w linii sukcesji do tytułu markiza, a ze względu na słabe zdrowie swojego ojca wkrótce został markizem Haversham.

Nie potrafię powiedzieć na pewno, czy zdrady zaczęły się mniej więcej w tym czasie, czy tuż po ślubie z matką. Obecnie powszechnie wiadomo, że markiz ma wiele kochanek, czasem nawet nie zadaje sobie trudu, by to ukryć, zapraszając je na przyjęcia i obnosząc się z nimi przed żoną.

Na przestrzeni lat stanowiło to jedną z głównych przyczyn ich konfliktów.

Moja matka być może kiedyś go kochała, ale szybko wyleczyła się z tego stanu, gdy poznała jego prawdziwą naturę. Za każdym razem, gdy znajdował sobie nową kochankę, nie tylko narażał ją na publiczne upokorzenie, lecz także sprawiał, że stawała się tematem rozmów w całym mieście.

Mary próbuje mnie przekonać, żebym wróciła do swojej komnaty, kiedy nagle słyszę swoje imię.

- Nie mieszaj w to Elizabeth! - krzyczy mama.

Kręcąc głową w stronę służącej, schodzę na palcach po schodach w kierunku gabinetu papy. Nie chcąc zostawić mnie samej, na wypadek gdybym została przyłapana, Mary cicho podąża moim śladem.

Drzwi do gabinetu są lekko uchylone, a światło w środku rozjaśnia pokój pomimo późnej pory. Z tego miejsca widzę tylko matkę i nie sposób nie zauważyć jej napiętej miny oraz zmarszczek szpecących twarz.

- Za niecały miesiąc zostanie zaprezentowana na dworze. Jeśli to zrobisz... zrujnujesz jej przyszłość - cedzi Fiona, markiza Haversham.

- Zniszczę jej przyszłość? - powtarza ze złością ojciec. William. - Ja ją zabezpieczam! Myślisz, że ktoś inny się z nią ożeni? To pieprzona idiotka, Fiona!

Z trudem powstrzymuję okrzyk zdziwienia tymi słowami. Nie po raz pierwszy tak mnie nazwano, ale nigdy wcześniej nie słyszałam tego z ust papy. I mimo naszych napiętych relacji, to boli.

- Nie jest idiotką, i dobrze o tym wiesz. - Mama wskazuje na niego palcem. - Jest po prostu... inna.

- Gdyby nie dodatek do pensji, który płacimy naszym pracownikom, wszyscy już dawno by się dowiedzieli, jak bardzo jest inna. Że spędza czas na rozmowach ze zwierzętami jak jakaś cholerna wariatka.

- I dlatego zdecydowałeś, że Clifford okaże się odpowiedni? On ma czterdzieści lat, a ona siedemnaście. Na litość boską, to wieprz!

- Ale to bogaty wieprz - westchnął z niecierpliwością William. - On już ją widział i jest gotów ją zaakceptować. Chce tylko mieć następcę i rezerwowego potomka, a potem przestanie ją niepokoić.

- To znaczy, że zamknie ją gdzieś na wsi, tak jak ty planowałeś zrobić ze mną.

- Nie wplątuj w to własnych frustracji. Elizabeth i tak musiałaby kiedyś wyjść za mąż. Ja tylko przyspieszyłem znalezienie dla niej partnera - stwierdził rzeczowo.

Stoję jak sparaliżowana przy drzwiach i powoli dociera do mnie, czego dotyczy ta rozmowa.

Ojciec chce mnie wydać za mąż. Za lorda Clifforda.

- Niech Bóg mi wybaczy, Williamie, jeśli to zrobisz... Jeśli ośmielisz się oddać moją ukochaną córkę temu trędowatemu draniowi, wypatroszę cię. Sama cię wypatroszę, nawet jeśli mnie za to powieszą.

Nozdrza ojca rozszerzają się z gniewu, a gdy robi krok w kierunku matki, boję się, że ją uderzy. Zamiast się skulić, ona patrzy mu prosto w oczy, prowokując, by to zrobił.

Mrugam ze zdziwienia na widok rozgrywającej się sceny. Gdy tylko William podnosi rękę, by ją uderzyć, nagle posyła cios w półkę obok niej.

- Poślubi Clifforda i kropka. Lord przyjedzie pod koniec weekendu na bal. Po dwóch tygodniach zalotów zostaną odczytane zapowiedzi. To nie podlega dyskusji, Fiona. Nie próbuj mi się sprzeciwiać, bo pożałujesz.

- Jakim cudem mogłabym żałować czegoś bardziej niż małżeństwa z tobą?

William parska suchym śmiechem.

- Zobaczymy, czy nadal okażesz się tak zdeterminowana, kiedy Richard wróci z Eton.

Widzę go wyraźnie i nie ma wątpliwości, że promieniuje czystym złem, uśmiechając się do matki.

Pomimo jej uporu, jeśli grozi Richardem... Nie wiem, czy nadal pozostanie tak chętna, by stanąć po mojej stronie.

Usłyszawszy wszystko, co miałam, w milczeniu człapię z powrotem do swojej sypialni.

Zawsze wiedziałam, że to ojciec będzie miał ostatnie słowo w temacie mojego małżeństwa. Nigdy jednak nie sądziłam, że sprawy potoczą się tak szybko - i tak nieprzyjemnie.

Nie pozwoli mi zadebiutować na dworze, bo uważa, że go zawstydzę. Zamiast tego po prostu pozbędzie się odpowiedzialności za mnie przy pierwszej okazji.

Tej nocy pragnęłam się wypłakać. Ale łzy nie chcą płynąć.

Pierwszy dzień przyjęcia domowego trwa w najlepsze, po tym jak wszyscy przybyli wcześniej po południu. Chociaż nie wolno mi uczestniczyć w wieczornych uroczystościach, ponieważ jeszcze nie zadebiutowałam oficjalnie, ojciec zarządził, aby lord Clifford mógł spędzać ze mną czas w ciągu dnia.

Nie protestowałam dlatego, że wiedziałam, iż konflikt nie przyniesie nic dobrego. Zwłaszcza że widziałam, jak cała ta sytuacja odbija się na matce.

Być może nie wie, że podsłuchałam tę rozmowę, ale dostrzegam zmęczenie na jej twarzy, a także to, że Dorothy, jej służąca, zamówiła laudanum i mieszankę ziół, które najlepiej sprawdzają się jako środki nasenne.

Mama nie sypia, i wiem, że to przez całą tę aferę z lordem Cliffordem.

- Proszę, przemyśl to jeszcze, panienko. - Mary próbuje mnie przekonać, podczas gdy ubieram się w najciemniejsze ubrania, jakie mam, by stać się jak najmniej widoczną.

- Muszę to zobaczyć na własne oczy. Chcę poznać tego lorda i się dowiedzieć, dlaczego matka tak bardzo obawia się tego małżeństwa.

Nie mówię jej, że sama czuję się równie przerażona. Mama nie byłaby tak stanowczo przeciwna temu związkowi, gdyby nie wiedziała, że z mężczyzną jest coś nie tak. Z tego, co pamiętam, lord Clifford odwiedzał Haversham kilka razy, żeby spotkać się z ojcem, ale widziałam go tylko z daleka i nigdy nie zwracałam na niego uwagi. Nie miałam ku temu powodu.

I szczerze mówiąc... nie chcę wychodzić za mąż za nikogo.

Jestem zadowolona z życia w pojedynkę, w towarzystwie moich zwierząt. Co z tego, że wszyscy uważają mnie za idiotkę. Gdybym miała tylko jedną chatkę przy lesie, prowadziłabym spokojne życie, wdzięczna, że ludzie dają mi święty spokój.

- Ale jeśli cię złapią...

- Nie złapią - zapewniam ją. - Proszę, nie martw się. Jeśli ktoś zacznie mnie szukać, powiedz mu, że śpię - instruuję, wskazując na poduszki ułożone pod prześcieradłem, by wyglądały jak człowiek.

Kiedy Mary w końcu zgadza się mi pomóc, korzystam z drzwi dla służby, by wymknąć się z pokoju, zbiegam po schodach, a następnie wychodzę z domu i kieruję się do ogrodu.

Bal odbędzie się za dwa dni, ale każdej nocy organizowane są przyjęcia.

Mary, która obserwowała gości, dostrzegła już lorda Clifforda i opisała go, a także to, co ma na sobie tego wieczoru - kamizelkę w kolorze ciemnej śliwki. To ona powinna pomóc mi go łatwiej zidentyfikować.

Zgodnie z tym, co powiedziałam służącej, chcę tylko na własne oczy zobaczyć mężczyznę, za którego mam wyjść. Być może wynika to z mojej wrodzonej ciekawości, a może chodzi o coś więcej - o ostatni impuls, który muszę wziąć pod uwagę, zanim podejmę drastyczne kroki; tak drastyczne, że w oczach społeczeństwa zostałabym skompromitowana.

Przed podwójnymi drzwiami prowadzącymi do salonu, gdzie zgromadziła się już większość gości, rozciąga się ogród. Na szczęście ojciec płaci ogrodnikowi sporą sumę, by drzewa pozostawały w idealnym stanie - i miały dziwaczne kształty. Gdy się poruszam, zapewniają mi osłonę, pomagając pozostać niezauważoną.

Jest tu jednak mało światła.

Ścieżka w ogrodzie została oświetlona mnóstwem świec, podobnie jak wnętrze domu. Reszta pogrążyła się jednak w ciemności.

Dotarłszy do wybranego miejsca, mogę bez przeszkód obserwować salon. Szukam mężczyzny w śliwkowej kamizelce i choć początkowo nie mogę go dostrzec, kilka minut później lord Clifford pojawia się w moim polu widzenia.

Jest... dokładnie taki, jak opisała go Mary. Tłuste, siwiejące włosy i twarz pokryta licznymi plamami. Chociaż nie mogę dostrzec wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, ponieważ stoję co najmniej kilkanaście kroków od szklanych drzwi, zaczerwienienia wyraźnie kontrastują z bielą skóry.

Przełykam ślinę, a w gardle pojawia się ból, jakbym połknęła kawałki szkła.

W uszach rozbrzmiewają mi słowa matki.

Syfilityk.

Być może nie mam doświadczenia, ale biorąc pod uwagę jawne romanse ojca i jego sporadyczną skłonność do kobiet lekkich obyczajów, słyszałam termin "syfilis" na tyle często, by wiedzieć, że to coś, czym można się zarazić, zadając się z prostytutkami.

Żółć podchodzi mi do gardła i ledwo powstrzymuję się przed wyrzuceniem z siebie tego, co myślę w tej właśnie chwili.

To ma być mój mąż? Mąż mający pełną władzę nade mną, nad moim ciałem? Mający mnie dotykać?

Gwałtownie kręcąc głową, cofam się o krok.

Moja ciekawość została w pełni zaspokojona i nie wiem, czy to dobrze, czy źle. Wiem tylko, że wolałabym umrzeć, niż pozwolić temu człowiekowi położyć na sobie choćby jeden palec.

Znajduję się już blisko wejścia dla służby, kiedy słyszę ciche miauczenie. Odwracam się i dostrzegam małą kuleczkę futra przytuloną do jednego z tych okropnych drzewek ojca.

- Co my tu mamy? - mruczę, na chwilę zapominając o ucieczce.

Klękam i klepię się dłońmi po udach, zachęcając małego kota, by do mnie przyszedł. Na początku ponownie miauczy, a jego oczy błyskają na czerwono. W końcu jednak postanawia mi zaufać i robi kilka kroków, aż się zbliża.

Nie próbuję go jeszcze dotykać, dając mu czas, by mnie obwąchał i przyzwyczaił się do mojej obecności.

Jest cały czarny, z małą kępką bieli na czubku głowy - to właśnie dzięki niej można go dostrzec w ciemnościach nocy.

Wyginam usta w uśmiechu, gdy ociera się łepkiem o moje kolano.

Kolejne miauczenie i wiem, że tak daje mi znać, że mogę go dotknąć.

Przesuwam dłoń na małą główkę i głaszczę go delikatnie.

- Jesteś takim ślicznym maleństwem - szepczę, już zastanawiając się, jak mogłabym go zatrzymać.

Mój ojciec nie znosi zwierząt i wielokrotnie zabraniał mi spędzać z nimi czas. Boi się, że ktoś zobaczy, jak się z nimi bawię, i dojdzie do tego samego wniosku co on - że jestem wariatką, bo rozmawiam ze zwierzętami, jakbym czekała, aż mi odpowiedzą.

- Ale rozumiesz, co mówię, prawda? Może mi nie odpowiadasz, ale gdybyś mógł, powiedziałbyś mi, że lubisz mój dotyk, prawda? - przemawiam łagodnym głosem, a w odpowiedzi słyszę miauczenie.

- Zastanawia się, czy masz coś do jedzenia. - Męski głos mnie zaskakuje. Oczy mi się rozszerzają, tracę równowagę i ląduję na tyłku.

- Kto tam jest? Pokaż się! - żądam natychmiast, gdy w piersi rozkwita mi strach na myśl, że wieść o tej eskapadzie dotrze do uszu ojca.

Zza jednego z drzew wyłania się postać spowita cieniem. Na początku nie potrafię rozpoznać, kto to jest ani jak wygląda. Ale gdy robi kolejny krok, rozchylam wargi z podziwem.

- Przepraszam, panienko. - Składa mi formalny ukłon, ale nie potrafię nic powiedzieć.

Nie mogę oderwać oczu od jego sylwetki i najdziwniejszej twarzy, jaką kiedykolwiek widziałam. Nie pozostaje ona dziwna w negatywnym sensie, a jedynie w sposób niezwykły, wyjątkowy i fascynujący.

Mężczyzna ma na sobie całkowicie czarne ubrania, jakby odrzucając wszelkie inne kolory, po które inni chętnie by sięgnęli. Wszystko to kontrastuje z jego włosami mającymi najjaśniejszy odcień blondu, jaki kiedykolwiek widziałam, i dłuższymi, niż pozwala na to obecna moda. Z tej odległości nie potrafię dokładnie rozróżnić barwy jego oczu, ale wydają się jasnoniebieskie.

Im dłużej na niego patrzę, tym coraz bardziej mi się podoba.

- Kim pan jest? - pytam szeptem, ledwo mogąc się opanować.

Chociaż nie mam na sobie gorsetu, odczuwam ucisk w klatce piersiowej, jakbym nosiła najciaśniejszy z dostępnych modeli. Serce wali mi jak oszalałe, a ciepło napływające do policzków, bez wątpienia nadaje im intensywnie czerwony odcień. I za to czuję się wdzięczna nocy - w przeciwnym razie ten nieznajomy dostrzegłby, jak bardzo podekscytowałam się jego obecnością.

- Powinnam już iść - mamroczę nagle. - Nie wypada przebywać sam na sam z dżentelmenem - wymyślam wymówkę, wstając. Nie mam jednak serca zostawić pana Miauczka, więc chowam go w zgięciu łokcia i odwracam się, by odejść.

- Skąd wiesz? - pyta nagle, zbliżając się.

Zatrzymuję się.

- Że jestem dżentelmenem - kontynuuje, a w jego głosie słychać cień uśmiechu.

Odwracam się lekko i unoszę kącik ust.

- W takim razie tym bardziej nie wypada mi zostawać z panem sam na sam.

- Hmm... A czy ty zawsze zachowujesz się przyzwoicie?

Mrugam, zdezorientowana pytaniem.

W tym samym momencie pan Miauczek zaczyna się szarpać w moich ramionach, wbijając mi pazury w skórę.

Wydając cichy okrzyk, puszczam go i patrzę, jak pędzi w ciemność nocy.

- To wszystko twoja wina - spoglądam na niego surowo, robiąc krok w jego kierunku - przestraszyłeś pana Miauczka - oskarżam go.

Chociaż, jeśli mam być całkowicie szczera, to tylko wymówka, jaką udało mi się wymyślić, żeby podejść do niego - żeby zobaczyć go z bliska. I tak jak sobie wyobrażałam, wygląda... nieziemsko.

Wyraziste kości jarzmowe, prosty, arystokratyczny nos i te jasnoniebieskie oczy, którymi patrzy na mnie tak, jakby potrafił zajrzeć prosto w duszę.

- Pana Miauczka? - Unosi brew, a kosmyk siwych włosów opada mu na czoło.

Właśnie wtedy uświadamiam sobie kilka rzeczy. Jego włosy nie są pudrowane, nie nosi też peruki. Nie, jego kosmyki naprawdę mają biały kolor, mimo że nie wygląda na więcej niż trzydzieści lat.

Kiedy nie odpowiadam, śmieje się cicho.

- Myślę, że to dla mnie sygnał, że nie jesteś zbyt porządna, prawda? Nikt, kto w środku nocy bawi się z bezpańskimi kotami, nie może być zbyt porządny - oznajmia z rozbawieniem, nie odrywając ode mnie wzroku.

- Co ci do tego, czy jestem porządna, czy nie? Nadal nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Kim jesteś?

- Kim chcesz, żebym był, chérie? Powiedz, a może sprawię, że to się spełni - mruczy przeciągle, podnosząc dłoń do mojej twarzy, ale zatrzymuje ją nad moją skórą, zamiast jej dotknąć.

- Jesteś dość arogancki, mon cher - ripostuję, mrużąc do niego oczy.

Mógłby równie dobrze okazać się łotrem, który wyszedł na schadzkę w ogrodach, a zamiast wybranki spotkał mnie.

- Mylisz się - szepcze nagle, gdy zimnym palcem dotyka mojego podbródka i go podnosi, abym spojrzała mu w oczy. - Nie jestem tu dla nikogo innego. - Uśmiecha się, ukazując białe, równe zęby drapieżnika.

- Skąd... Skąd wiedziałeś?

- Wezwałaś mnie. - Pochyla się i szepcze mi do ucha: - Twoja dusza mnie wezwała. Więc wypowiedz życzenie. Czego pragniesz, moja Lizzie?

Z zaskoczenia otwieram usta. Chociaż wcześniej nazywał mnie "chérie", to ten pieszczotliwy zwrot wydaje się o wiele bardziej intymny. O wiele bardziej... pociągający.

- O czym ty mówisz? - Odchrząkuję, starając się z całych sił nie ulec hipnotyzującemu wpływowi, jaki jego głęboki, chrapliwy głos wywiera na moje zmysły.

- Wzywasz, a ja się zjawiam - kontynuuje, oddechem muska moje ucho, a jego ciepło przenika mi skórę, lecz nie sięga po więcej. Nie styka się ze mną, choć to szaleństwo w moim wnętrzu pragnie, by tak się stało.

- Jesteś szalony - rzucam nieco z wyrzutem, lecz to ja wydaję się cierpieć na tę dolegliwość.

- Czyż nie jesteśmy wszyscy trochę szaleni, moja Lizzie? - Odsuwa się, a na twarzy pojawia mu się delikatny uśmiech, przyćmiony wielkim smutkiem. - Ale co, jeśli moje szaleństwo rozpoznaje twoje? - podsuwa, wprawiając mnie w oszołomienie i odbierając mi głos.

Przez chwilę zdającą się wiecznością gubię się w jego spojrzeniu, a mój oddech wydobywa się krótkimi, urywanymi tchnieniami i spotyka się z jego. Ogarnia mnie silne uczucie déja vu, jakby to spotkanie miało miejsce już tysiąc razy wcześniej - zawsze w zawieszeniu, zawsze w dzielącej nas wieczności.

Lecz czar szybko pryska, gdy w ciszy nocy rozlega się głośny krzyk, a po nim kolejne odgłosy, kiedy goście z przyjęcia wylewają się do ogrodu. Wiem, że gdyby ktoś zastał mnie tu z nieznajomym, wybuchłaby katastrofa, więc cofam się o krok i lekko kręcę głową.

- Nie wiem, o czym mówisz.

Jeden krok. Drugi. Próbuję zwiększyć dystans, ale nie potrafię się odwrócić, by iść tyłem do niego, bo coś we mnie nie może znieść myśli, że już go nie zobaczę.

On tylko się uśmiecha, patrząc w moją stronę, aż otwieram z trudem drzwi do kwater służby i wpadam do środka, a potem kieruję się prosto do schodów prowadzących do mojego pokoju.

Dopiero gdy przestaję czuć na sobie jego wzrok, wypuszczam długi oddech, drżę, a serce niemal pęka mi w piersi.

- Kim on był? - szepczę do siebie, ledwo zwracając uwagę na to, dokąd idę.

Nigdy w życiu nie spotkałam nikogo, kto wywarłby na mnie taki wpływ - kto sprawiłby, że chciałabym jednocześnie uciec od niego i pobiec ku niemu.

Tylko że ufam swoim instynktom. A ta sprzeczność w sercu wystarczy, bym zachowała dystans - o ile jeszcze go kiedyś zobaczę.

Ale dlaczego na samą myśl, że już nigdy go nie ujrzę, ogarnia mnie taki smutek? Otrząsam się i próbuję wspiąć po schodach, mimo że panują ciemności. Służba pewnie pracuje nad tym, by uroczystość przebiegła bez zakłóceń i najprawdopodobniej zapomnieli zapalić świece. Kładę jedną rękę na ścianie i idę powoli, poruszając się po omacku w ciemności.

Gdy tylko docieram na półpiętro, ląduję na brzuchu, a ktoś ciągnie mnie za kostkę.

- Puść mnie! - Kopię wolną nogą, obracając się, by odzyskać równowagę.

- Ty pieprzona dziwko! - Te pełne jadu słowa mnie zaskakują. - Obiecano mi niewinną pannę młodą, a nie taką, która rozkłada nogi przed każdym - wypluwa, przyciągając mnie ku sobie. Uderza w mój policzek, a ten cios sprawia, że odrzuca mną do tyłu. - Myślisz, że nie widziałem, jak szpiegowałaś na zewnątrz? Czego szukałaś? Pieprzenia? Dam ci, kurwa, porządne rżnięcie.

Pomimo ciemności zdaję sobie sprawę, że to z pewnością lord Clifford, i ogarnia mnie przerażenie.

Nadal walczę, biję go i kopię, robiąc wszystko, co w mojej mocy, by wyrwać się z jego uścisku. Kiedy nic nie pomaga, próbuję wołać o pomoc, ale nie pozwala mi wydobyć z siebie więcej niż kilka dźwięków, zanim zakrywa mi usta ohydną dłonią.

Przyciska mnie do podłogi, a drugą ręką przesuwa po moim ciele, szukając rąbka sukienki, by ją podciągnąć.

Ogarnia mnie tak ogromna panika jak nigdy dotąd, łzy napływają mi do oczu. Bez względu na to, jak bardzo się szamoczę, nic nie wydaje się działać.

Zupełnie nic.

A jeśli tak dalej pójdzie...

Nie.

On nie może mnie dotknąć. Nie może...

Pomocy.

Powtarzam to słowo, gdy po policzku spływa mi łza.

W jednej chwili lord Clifford szarpie moją sukienkę, w następnej nieruchomieje nade mną, a strumień gęstej, lepkiej cieczy pokrywa całą moją twarz i gorset.

Nie minęła nawet sekunda, gdy rozbłysła iskra światła, oświetlając cały korytarz.

Mrugając, ledwo mogę się poruszyć, gdy staję twarzą w twarz z ohydnym obliczem lorda Clifforda - teraz na zawsze zamrożonym w bezruchu. Na jego szyi pojawiła się głęboka rana, z której wciąż tryska krew.

Właśnie w tym momencie zdaję sobie sprawę, że substancja na mojej skórze to... krew.

A mężczyzna nie żyje.

Z trudem łapiąc oddech, podnoszę wzrok - zaskoczona, a może i nie - i widzę nieznajomego z zewnątrz. W prawej dłoni trzyma małą świecę, a lewa ocieka posoką lorda Clifforda - jednak nigdzie nie widać żadnej broni.

Jak on to zrobił...

Wpatruję się w niego i nie mogę wydobyć z siebie ani słowa. Może za dużo krzyczałam, choć nikt mnie nie słyszał. A może... może jednak usłyszał.

- Czy możesz się uspokoić? - pyta surowym tonem.

Nie wiem, skąd biorę siłę, by skinąć głową. Chyba wciąż przeżywam szok albo to wszystko pozostaje tylko koszmarem i jeszcze się nie obudziłam.

- Chodź - rozkazuje, odsuwa ode mnie zwłoki, odrzucając je na bok, i podaje mi gołą rękę. - Pospiesz się - ponagla, niecierpliwie przyciągając mnie do siebie.

Podnosi z podłogi i przytula moje ciało mocno do piersi. Nie czekając na odpowiedź, zręcznie prowadzi mnie po schodach dla służby, aż dociera do mojego pokoju. Nie wiem, skąd wiedział, które drzwi do niego prowadzą. Nie pytam też o to. W tej chwili nie potrafię myśleć logicznie, choć nie mam wątpliwości, że to nadejdzie później - w przyszłości, kiedy znajdę czas, by wszystko dokładniej przemyśleć.

Zamyka drzwi, kładzie mnie na łóżku, po czym zaryglowuje starannie wejście.

Ledwo zdaję sobie sprawę, co się dzieje, ale nagle czuję na policzku wilgotną szmatkę. Mężczyzna powoli wyciera krew.

- Nic ci nie jest? - pyta nieznajomy o białych włosach i niebieskich, niesamowicie niebieskich oczach.

Mrugam, powstrzymując łzy. Boże, prawie mnie wykorzystano.

Gdyby nie ten mężczyzna przede mną, zostałabym zgwałcona.

- Dziękuję - szepczę, a mój głos okazuje się ochrypły od krzyku.

Nie wiem, skąd wiedział, że ma się tu zjawić, i szczerze mówiąc, już mnie to nie obchodzi. Cieszę się tylko, że to zrobił - że mnie uratował.

- Dziękuję - powtarzam, kładąc mu dłoń na ręce i zatrzymując ruchy.

W jego oczach widać troskę - tak wielką troskę o nieznajomą dziewczynę. Gdy jednak patrzy na mnie w ten sposób - jakby mój ból stał się jego bólem - może wcale nie jestem dla niego nieznajomą dziewczyną. Może...

- Nie musisz mi za nic dziękować, moja Lizzie. - Kręci lekko głową. - Powinienem był przyjść wcześniej. Przyszedłbym wcześniej, ale...

- Przybyłeś w odpowiednim momencie - przerywam. - Uratowałeś mnie i tylko to się liczy - zapewniam, a łkanie przełamuje moją pozornie silną powierzchowność.

- Ciii - szepcze, przyciągając mnie do siebie i delikatnie kołysząc. - Zawsze cię uratuję, moja Lizzie - mruczy mi do ucha, przyciskając moje ciało tak mocno do swojej klatki piersiowej, że boję się, iż nie zdołam złapać tchu.

Ale nie protestuję.

Zamiast tego rozkoszuję się tą bliskością i tym, że ciepło jego ciała działa na mnie cudownie - wprawia w stan komfortu i bezpieczeństwa, jakiego nigdy wcześniej nie zaznałam.

Jeśli dotąd czułam wobec niego lekki niepokój, teraz pragnę tylko rozpłynąć się w jego objęciach, połączyć swoją skórę z nim, bym już nigdy nie została od niego oddzielona - nigdy więcej nie straciła poczucia bezpieczeństwa, zaznanego w tych silnych ramionach.

Kiedy nieco się uspokajam, wznawia swoje zabiegi, zmywając krew z mojego ciała i nakazując mi pozbyć się ubrań.

- Nie możemy zostawić żadnych śladów - zauważa, zdejmując kamizelkę.

Widząc moją niechęć, ustawia parawan, aby zapewnić mi nieco prywatności.

Robię, o co prosi, szybko zdejmuję zabrudzoną sukienkę i wkładam koszulę nocną. Kiedy podaję mu ubrania, wpycha je do prowizorycznej torby.

- Czy przynajmniej mi powiesz, jak się nazywasz? - pytam, nagle się obawiając, że już go nie zobaczę.

Uśmiecha się krzywo.

- To nie ostatni raz, kiedy mnie widzisz - zapewnia, po raz kolejny wydając się czytać w moich myślach.

Kiwam powoli głową, ale nie mogę oderwać od niego wzroku.

Dlaczego w ogóle uznałam, że jest niebezpieczny? Patrząc na niego teraz, pragnę tylko podejść, wziąć jego dłoń w swoją i poprosić, by nigdy jej nie puszczał.

W mgnieniu oka staje naprzeciwko.

- Ten czas nadejdzie - zapewnia, muskając mój policzek kostkami palców. - Niedługo, moja Lizzie. Niedługo cała staniesz się tylko moja.

Zwilżam usta i zatracam się w głębi emocji w jego oczach. Po raz kolejny pytanie ciśnie mi się na usta, zanim jednak zdążę je wypowiedzieć, on już się odzywa.

- Amon. Amon d'Artan - odpowiada na wcześniej zadane pytanie, a jego głos pieści moje uszy.

Na ustach pojawia mi się uśmiech, lecz gdy mrugam, okazuje się, że nieznajomego nie ma. Jakby nigdy go tu nie było...

Otwieram szerzej oczy, rozglądając się po pokoju.

- Amon?! - wołam, ale jedyną odpowiedzią pozostaje ciche echo rozbrzmiewające w pomieszczeniu. Drzwi są nadal zamknięte. Okna nienaruszone.

To tak, jakby rozpłynął się w powietrzu.

Nie mam czasu, by się nad tym zastanawiać, bo głośny zgiełk dochodzący z zewnątrz przykuwa moją uwagę. Owijam się szlafrokiem, otwieram drzwi i widzę grupę służących biegających w górę i w dół po schodach. Kilka sekund później dostrzegam Mary.

- Panienko! - krzyczy, podbiegając.

Mrugam zdezorientowana i przez chwilę się boję, że znaleźli ciało lorda Clifforda i idą po mnie - że zostanę powieszona za morderstwo oraz...

- On nie żyje - oznajmia, a ja zastygam.

- Panienki ojciec nie żyje - lamentuje, a potem opowiada, jak znaleźli go leżącego w gabinecie.

Podejrzewają, że to serce.

Gada bez przerwy, a ja tylko kiwam głową, w której kotłuje się tylko jedno pytanie.

Amon... Czy on...

----------

Sierpień 1955 r. Fairydale w stanie Massachusetts

Podrywam się z łóżka, pot spływa mi po twarzy, klatka piersiowa się zaciska, a oddech jest ciężki i niekontrolowany. Rozglądam się gorączkowo i odnoszę wrażenie, że ściany pokoju zbliżają się do mnie, odbierając oddech.

Ten sen... Wydawał się tak prawdziwy. Począwszy od ubrań, poprzez architekturę, aż po sposób mówienia ludzi - mój sposób mówienia.

Serce wali mi jak szalone w piersi, gdy próbuję to wszystko ogarnąć.

Nigdy w życiu nie zdołałam tak zanurzyć się we śnie - tak w pełni zsynchronizować z każdym najmniejszym szczegółem.

Ocieram pot z twarzy i spoglądam na swoje dłonie, niemal się spodziewając, że zobaczę na nich krew. Nawet teraz czuję ciepło posoki na skórze, jego delikatny dotyk, gdy ją wycierał.

Amon...

Jak, na litość boską, mogłam wyobrazić sobie kogoś takiego jak on? Kogoś tak... osobliwego, a jednocześnie znajomego. Kogoś, kto budzi we mnie zarówno strach, jak i poczucie bezpieczeństwa, jakiego nigdy wcześniej nie doświadczyłam.

Przez całe życie polegałam wyłącznie na sobie, wiedząc, że choć mam u boku ludzi, którzy mnie kochają, to w najważniejszych momentach mogę liczyć tylko na siebie. Zawsze myślałam, że pozostając silna, uodpornię się na samotność. I mimo że część mnie tęskniła za czymś - czymś nieuchwytnym - starałam się to odsunąć na bok, obawiając się rozczarowania.

A jednak jego uścisk... jego ramiona otaczające moje ciało zadziałały jak strzała wymierzona w serce, trafiając w jedyną słabość i wykorzystując ją. Bo to nie był tylko zwykły gest. Czułam ciepło i delikatność połączone z palącym żarem, zdolnym sprawić, że myślałam tylko o jednej rzeczy.

O domu.

Jego uścisk sprawiał, że czułam się jak w domu.

Problem w tym, że... nigdy wcześniej nie miałam domu.

Zamykam oczy i próbuję odtworzyć obraz tego mężczyzny ze snu. Ale teraz, gdy nie śpię, jego rysy stają się niewyraźne, niemal zamazane. Mimo to wrażenie pozostaje - wszystko, co we mnie wzbudził jednym dotknięciem, jednym gestem.