Fachowiec - Berent Wacław
9.99 zł
8.28 zł
(8,49 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
FRAGMENT:
Podług kalendarza niezbyt odległe to czasy, gdy jednak pamięć moją za świadka wezmę, to jakby mgła przeszłości je pokrywała. Skończyłem wtedy szkoły i całymi dniami rozmyślałem nad wytknięciem sobie celu w życiu. W spuściźnie po rodzicach zostało mi około trzystu rubli, noża więc na gardle nie miałem i mogłem z kilka tygodni podumać, zanim wziąłbym się do pracy. Wolne chwile spędzałem w cukierni, gorliwie studiując gazety. Znajdowałem tam potwierdzenie mglistych i niewyraźnych planów, a właściwie gotową nauczkę, którą należało tylko na czyn przetłumaczyć.
A jednak wciąż jeszcze nie byłem zdecydowany, jakiej mianowicie gałęzi przemysłu mam się poświęcić. Bo, że na drogę przemysłową pójdę, w tym wątpliwości być nawet nie mogło.
Słusznie powiada X.Y. w "Postępie":
"Ileż to sił, ile tęgich, dzielnych ludzi zabierają nam wyrafinowane dążenia, drobne fałszywe ambicje, płaczliwe, niedołężne marzycielstwo."
Słowa te utwierdzają mnie tylko w raz powziętym postanowieniu. Wielkich zdolności może i nie mam, ale czym mogę i jak potrafię, chciałbym dla dobra ogólnego pracować. Dosyć marzyłem w szkołach, dosyć pięknych słówek i haseł nasłuchałem się tam. Teraz przyszła kolej na czyn.
Pesymista w "Proroku" mówi, że przyszłość przed sobą mają tylko produkcyjne społeczeństwa, i tymi słowami najwyraźniej sformułował myśl moją.
Tak oto rozmyślałem, czytając chciwie artykuły, które w jakikolwiek bądź sposób poruszały obchodzącą mnie sprawę. A pisano o tym dużo. Dość było wziąć pierwszą lepszą gazetę do ręki, by znaleźć filipiki, kazania i rady, tyczące się przemysłu. Takem się powoli zżył z tym, że świątobliwe i sentymentalne strzały, rzucane z przeciwnego obozu, wprowadzały mnie prawie w rozdrażnienie.
Boć czyż tamci nie mają racji? - myślałem nieraz. Gdy tak w około się obejrzę, wszędzie widzę braki, wszędzie niedomagania; widzę niezaradność, niedołęstwo, słyszę czułe piosenki, sentymentalne romanse, smutne użalania się nad zacofaniem kraju; ale nigdzie nie widzę czynu, nigdzie nawet próby.
Wreszcie, co tu dużo mówić! Zastanawiałem się nad tym dlatego tylko, że jedną znałem drogę i jeden obowiązek: widzisz złe - staraj się jemu zaradzić.
"Ja zapewne wiele nie znaczę, ale"... I tu mi znów na myśl przychodziła piękna winietka "Postępu", przedstawiająca wspaniały wieniec z kominów fabrycznych, młotów, pił, oskardów, maszyn parowych, słupów telegraficznych itd. Wieniec zamykał u spodu skrzydlaty Merkury, trzymający wstęgę, na której znany wypisano wierszyk:
"Czyń każdy w swoim kółku, co każe duch Boży,
A całość sama się złoży".
Teorie dziennikarskie pozostawiały jednak po sobie słaby cień wątpliwości. Potrzeba było żywego słowa, by i tę niepewność rozproszyć. Dokonał tego ojciec mego ucznia, pan Kwaśniewski. Człowiek ten imponował mi niezmiernie i nakazywał dla siebie szacunek. Energiczny jako przemysłowiec, ruchliwy jako kupiec, na świat patrzący trzeźwo i biorący życie z realnej jego strony - był wcieleniem tego, co z taką zażartością propagowały gazety. Sądzę, że gdyby rozmarzony młodzieniec spotkał się na Krakowskim Przedmieściu oko w oko z Longinusem lub Wołodyjowskim, nie byłby nimi bardziej uszczęśliwiony niźli ja panem Kwaśniewskim.
Był to rycerz naszych legend. W rozmowach ze mną wyrażał on nieraz swoją radość z tego, że między młodzieżą zdrowy duch teraz panuje.
- Bo to niegdyś każdy z nas pisywał obowiązkowo wiersze - opowiadał w dalszym ciągu rozmowy. - A gdy który rymu złożyć nie potrafił, dziwiliśmy się wszyscy jego prozaicznej duszy. Oho, panie kochany, głupie to były czasy, bardzo głupie! A szkoda chłopców. Pomarnowało to się, pozatracało w życiu razem ze swymi wierszami. Jeden pracuje na przykład w moim biurze. Urwanie głowy z tym człowiekiem! Co list w interesie napisze - poezja, sonet, co pan chcesz wreszcie, tylko nie interes. Ciemięga to, zlituj się Panie Boże nad nim. Mówię mu nieraz: "Rzuć pan do licha ten interes i księdzem bodaj zostań, bo już dalibóg nie wiem czym, to jedyny interes, gdzie poezja jeszcze popłaca". Siedzi to jednakże u mnie i trzyma się rękoma i nogami. Bo co, pytam, będzie robił? A kto winien? Szkoła winna, poezja dziecięca - to, żeśmy na życie patrzyli jak na operę Mozarta i to patrzyli jak z paradyzu. A stamtąd, jak pan wiesz, wszystko najefektowniej wygląda, gdyż połowę się tylko widzi. Co? Nie?
Na ów temat rozprawialiśmy z nim prawie codziennie. Rozmowy te sprawiły, że pan Kwaśniewski poczuł do mnie zaufanie i wyrażał się bardzo pochlebnie o mojej osobie.
- O, to sprytny chłopak - mówił. - Co to za obrotny człowiek będzie.
Któregoś dnia zatrzymał mnie nawet na kolację, dodając, że chce mnie zapoznać bliżej z panną Heleną, również nauczycielką Kazia. Zaprowadził mnie do salonu, poczęstował cygarem i pytał:
- Cóż, pan ciągle jeszcze w niezdecydowaniu? Masz pan rację. Co nagle, to po diable... Ale, słyszałem, że któryś z pańskich kolegów na aktora się kieruje?
- Podobno czuje powołanie - odparłem.
- Masz tobie!
- On miał zawsze przewrócone we łbie. A tacy najmniej pytają, jakich społeczeństwo pracowników potrzebuje.
- Otóż to! Jakich nam potrzeba pracowników? O, że nie aktorów, to pewno. Potrzeba raczej tych, co u podwalin pracują, bogactwo krajowe... Ale pan to przecie rozumiesz?
Rozmowa urwała się. Przychodzi mi na myśl, że nie mógłbym lepiej trafić z prośbą o radę, jak zwracając się do pana Kwaśniewskiego. Nie czekając tedy długo, zacząłem:
- Kiedy mnie los z panem zetknął, to może by mi pan nie odmówił rady i wskazówki.
- Ależ, czym tylko mogę - odpowiedział, kładąc rękę na sercu.
- Bo gdy tak zastanowię się nad sobą, dochodzę do przekonania, czy nie byłoby uczciwiej... to jest chciałem powiedzieć - rozsądniej, porzucić marzenia o politechnice, uniwersytecie i wziąć się teraz do ślusarstwa.
Pan Kwaśniewski aż podskoczył na krześle. Poklepał mnie po kolanie i zawołał z ożywieniem:
- Bardzo ładna myśl, bardzo szlachetna!
Począłem mu dokładniej rozwijać me plany, co też on przyjmował z niezmiernym zadowoleniem.
- Takich nam ludzi potrzeba - mówił. - Uczonych i poetów mamy, chwała Bogu, aż za dużo, ale fachowców panie, fachowców!... Dasz pan wiarę, że majstrów muszę sprowadzać z Anglii? Jak Boga kocham, z Anglii! Niechże mi który z tych, co tak u nas pięknie gadać potrafią, chociażby śrubkę zrobi. Głupstwo, prawda? Ale nie ma, no nie ma u nas człowieka, co by śrubkę potrafił uczciwie zrobić. I nie wstyd nam? "Niemcy!" - wołamy - "Żydzi"! Pięknie, - i ja Niemców nie lubię. Ale pytam się: czemu się nasi do tego nie biorą?... My będziemy jednak filozofowali, rozprawy pisali, wiersze układali, a Niemcy tymczasem po cichutku, spokojnie i systematycznie swoje zrobią. Ja panu powiadam, że jeśli my się naprzód nie ruszymy, i to gwałtownie, jeśli nie puścimy w ruch wszystkich naszych kapitałów, to nas Niemcy zaleją w krótkim czasie. Co ja mówię zaleją? Połkną jak pigułkę.
- A co pan myślisz? - zakończył wyzywająco. - Połkną, mimo naszych filozofów i literatów.
- Nie tyle idzie tu o kapitały - odważyłem się wtrącić - ile o zużytkowanie wszystkich sił.
- Tee!... - bąknął od niechcenia pan Kwaśniewski i wnet się zmitygował. - No, sił także... Bez wątpienia. Młodych sił... Tak, tak!...
Potem, rozstawiając ręce, mówił, jakby ze smutkiem:
- Młodzież garnie się teraz do inżynierii, chemii i podobnych rzeczy. Ale i to będą półuczeni. I ci nie według mego gustu.
Wskazał szereg kominów, sterczących spoza odległych budynków i zawołał:
- Oto szkoła dla młodzieży! Oto najlepsza politechnika, najszczytniejszy uniwersytet.
Drzwi się roztworzyły i weszła pani Kwaśniewska, prowadząc ze sobą pannę Helenę.
- A! - krzyknął pan Kwaśniewski, porywając się z miejsca. - Jużem się obawiał, że pani o nas zapomni. Pozwoli pani przedstawić mego młodego przyjaciela, pana Zaliwskiego... Zresztą państwo pewnie się już znacie?
- Z widzenia - odparła panna Helena, podając mi przyjaźnie rękę. Ledwo zdążyliśmy usiąść, a pan Kwaśniewski podjął znowu ulubiony temat:
- W pannie Helenie znajdziesz pan zwolenniczkę naszych zasad.
- O jakież tu idzie zasady? - zapytała.
Gościnny gospodarz nie szczędził mi pochwał, wtajemniczając pannę Helenę w moje zamiary. Ona słucha go uważnie, a gdy skończył, zwraca się do mnie:
- Mimo, że widzę pana właściwie po raz pierwszy, muszę powiedzieć, że zaimponował mi pan tym od razu.
- Czyż tym można imponować? - pytam.
- Oj, można, i to bardzo. To imponuje tak, jak przykład po długiej, żmudnej i niezrozumiałej regule z gramatyki łacińskiej.
Gospodarz powstał z miejsca i ruchem ręki zaprosił nas do stołowego pokoju. Przy kolacji kulała trochę rozmowa, póki jej gospodarz nie wprowadził na tory doktryn postępowych. Dowodził on między innymi, że egoizm jest największą cnotą ludzi.
- Przykre są nieraz prawdy - mówił. - Ale fakt faktem pozostanie, że najlepsze rzeczy zawdzięczamy egoizmowi. Już tak się życie dziwnie splotło, że to, co nam zysk przynosi, oddziaływa z kolei na korzyść społeczeństwa.
Panna Helena zaprotestowała przeciw temu energicznie, a ja bezwiednie jej zawtórowałem. Pod naszym naciskiem zmiękł pan Kwaśniewski.
- No tak, - bąknął - bez wątpienia... Co tu zresztą długo rozprawiać! Nie ma wątpliwości, że poczucie obowiązku to ważny bodziec. Rozumie się, rozumie się!...
Wnet jednak odzyskał pewność siebie i ująwszy się pod boki, rzekł z miną uczonego:
- Wszak na jedno się zgodzimy. Wziąwszy rzecz teoretycznie, to ów instynkt, który ja nazywam egoizmem, a co państwo chrzcicie mianem walki o byt, że instynkt ten, mówię zawsze, ludzkimi czynami kieruje. Teoretycznie jednak... Lub może państwo przypuszczacie wpływ Opatrzności? - dodał z uśmiechem.
- No, tak - odpowiedziałem. - Teoretycznie to stanowczo.
Panna Helena na wspomnienie Opatrzności odpowiedziała również uśmiechem.
- Teoretycznie, stanowczo! - powtórzyłem po raz drugi, uspokojony już w zupełności. Byłem jeszcze szkolniakiem i na wyżynach teorii czułem się bardziej u siebie w domu. Mars zadumy był mi więcej do twarzy niźli lekka wesołość. Swoboda panny Heleny pokonała jednak szybko moją szkolną niezaradność i stanęliśmy po godzinie rozmowy na stopie dobrych znajomych.
Późno w nocy pożegnaliśmy gospodarzy. Pan Kwaśniewski upewniał nas jeszcze w przedpokoju, że teraz śmiało w przyszłość spogląda, gdyż "młodzież jest obecnie na znakomitej drodze".
- Ale, ale! - wołał wnet. - Może państwo parasol wezmą? Bo zdaje się, że deszcz pada.
Panna Helena ujęła mnie pod rękę i szliśmy tak, milcząc, obok siebie. Widząc, że ja nie potrafię nawiązać rozmowy, zapytała, jak mi się podoba pan Kwaśniewski.
- Bardzo - odpowiedziałem.
- Nieprawdaż? Człowiek w tym wieku i z tak młodzieńczymi przekonaniami. - Pytam dlatego, że przyszło mi do głowy pewne porównanie. Mój ojciec jest cokolwiek podobny do pana Kwaśniewskiego. Ojciec mój jest mianowicie rzemieślnikiem (nie wiem, czy panu wiadomo, że jestem córką ludu), jednakże jest on bardziej może zacofany, a przede wszystkim taki zamknięty w swej specjalności. Pan Kwaśniewski, wszakże... czym on jest właściwie?
- Wie pani, że ja nie jestem pewny. Zdaje się, że ma fabrykę wyrobów miedzianych. Bodajże jest również akcjonariuszem na kolei.
- Coś podobnego. Słyszałem nawet o cukrowni.
- Musi pan przyznać, że to wszechstronny człowiek.
- Zapewne.
Rozmowa urywa się i po chwili przechodzi na moją osobę. Panna Helena zapytuje, co mnie skłoniło do obrania sobie praktycznego zawodu.
- Jestem może zbyt poufałą? - dodała.
Ja odpowiadam ze sztywną powagą:
- Trzeźwy rozsądek, łaskawa pani.
- "Teoretycznie", jak to pan powiedział panu Kwaśniewskiemu... a praktycznie?
Zapytaniu temu towarzyszy cudowny uśmiech, trochę ironiczny, lecz zarazem zachęcający do szczerości.
- Chcę być pożytecznym - odpowiedziałem prawie szeptem i powstydziłem się wnet tego.
Może to było złudzenie, a jednak zdaje mi się, że ręka jej drgnęła z lekka w mym ramieniu.
Po chwili zapytuje mnie znów:
- Czy pan zna lud?
- Mało.
- Ale słyszał pan zapewne o jego sławnych przywarach: o pijaństwie, brudzie, lenistwie... Czy pan wierzy w przykład?... To jest, chciałam zapytać, czy i to odegrało rolę w pańskim postanowieniu?
- Zdaję sobie i z tego sprawę i uważam to za mój obowiązek - odpowiadam z namaszczeniem.
- To znów "teoretycznie".
- Niedobra pani jest! Ja pragnąłbym tego z całej duszy.
Po krótkim milczeniu mówi jakby do siebie:
- Jestem bardzo ciekawa.
- Czego?
- Ot, przyszłości! Ale, otóż i mój dom. Nasza znajomość poszła łatwiej, niżem się tego spodziewała.
W bramie odwróciła się raz jeszcze ku mnie.
- Ale my będziemy rozmawiali ze sobą... tylko teoretycznie. Dobrze?
- Dobrze. O ile w ogóle będziemy rozmawiali.
- Jak to? Wszak dajemy lekcje w jednym domu.
- O której pani przychodzi?
- O piątej. W pół godziny po panu. A zatem...
- Do widzenia.
- Do widzenia.
Z tymi słowami znikła w bramie. Wracałem do domu w znakomitym humorze. Wstąpiła we mnie szczera, niezachwiana wiara w przyszłość. Zdaje się, że gdyby z za rogu ulicy wysunęła się straszna hydra, ta nieznana, olbrzymia, potężna, co szczęściu człowieka zawadza, oddałbym jej szyję bez wahania. Być może jednak, iż wprzódy, nim by mnie pożarła, dowiódłbym jej, że zdrowy rozsądek i egoizm zmusza mnie do wsunięcia się w jej paszczę.