Facet z grobu obok - Katarina Mazetti

-
Proszę czekać

1

Kto sta­nie po stro­nie zmar­łych?

Kto bę­dzie bro­nił ich praw,

wy­słu­chi­wał ich skarg

i pod­le­wał ich kwiat­ki?

Miej­cie się przede mną na bacz­no­ści!

Zgorzk­nia­ła, sa­mot­na ko­bie­ta z wy­raź­nie od­bie­ga­ją­cym od nor­my ży­ciem uczu­cio­wym. Kto wie, co mi przyj­dzie do gło­wy pod­czas naj­bliż­szej peł­ni?

Do­my­ślam się, że czy­ta­li­ście Ste­phe­na Kin­ga.

Sie­dzę na wy­błysz­czo­nej ciem­no­zie­lo­nej ła­wecz­ce przy gro­bie męża i po­mstu­ję na na­gro­bek.

Nie­wiel­ki dys­kret­ny ka­mień z wy­ry­tym imie­niem i na­zwi­skiem. Ör­jan Wal­lin. Pro­ste, su­ro­we li­te­ry, jed­no­znacz­ne jak on. Zresz­tą sam go wy­brał, zo­sta­wił do­kład­ne wska­zów­ki w Bia­łym Ar­chi­wum Fo­nu­sa1.

Że w ogó­le o tym po­my­ślał. Prze­cież na­wet nie był cho­ry.

Do­ko­nu­jąc ta­kie­go wy­bo­ru, chciał za­pew­ne po­wie­dzieć, że śmierć jest czę­ścią ży­cio­we­go cy­klu, czymś cał­ko­wi­cie na­tu­ral­nym. Był bio­lo­giem.

Dzię­ku­ję ci, Ör­ja­nie.

Przy­cho­dzę tu kil­ka razy w ty­go­dniu, w prze­rwie na lunch, i za­wsze przy­najm­niej raz w week­end. Je­śli za­czy­na pa­dać, wyj­mu­ję fo­lio­wą pe­le­ry­nę, taką, któ­rą moż­na zło­żyć i scho­wać do nie­wiel­kiej ko­per­ty. Jest po­twor­nie brzyd­ka, zna­la­złam ją w ko­mo­dzie mamy.

Tu, na cmen­ta­rzu, wie­le osób ma ta­kie pe­le­ry­ny.

Za­wsze zo­sta­ję przy­najm­niej go­dzi­nę. W na­dziei, że w koń­cu po­czu­ję ten praw­dzi­wy smu­tek, ten, któ­ry po­win­nam czuć. Przy­pusz­czam, że po­win­nam bar­dziej się sta­rać. Moż­na po­wie­dzieć, że czu­ła­bym się le­piej, gdy­bym po­tra­fi­ła po­czuć się go­rzej. Gdy­bym sie­dzia­ła, ro­niąc łzy, wy­krę­ca­jąc jed­ną mo­krą chu­s­tecz­kę po dru­giej, za­miast bez prze­rwy zer­kać na sie­bie z boku, jak­bym spraw­dza­ła, czy te łzy są aby praw­dzi­we.

Przy­kra praw­da jest nie­ste­ty taka, że po­ło­wa cza­su, któ­ry tu spę­dzam, upły­wa mi na wście­ka­niu się na nie­go. Dla­cze­go się nie obej­rza­łeś, do cho­le­ry? Przez dru­gą po­ło­wę jest mi smut­no, ale jest to smu­tek, jaki czu­je dziec­ko po stra­cie dwu­na­sto­let­niej pa­puż­ki. No cóż.

Bra­ku­je mi jego to­wa­rzy­stwa, na­szych co­dzien­nych za­jęć. Nikt nie sze­le­ści ga­ze­tą, sie­dząc obok mnie na ka­na­pie, kie­dy wra­cam do domu, w miesz­ka­niu nie uno­si się za­pach kawy, a pół­ka na buty, ogo­ło­co­na z bu­tów i ka­lo­szy Ör­ja­na, wy­da­je się dziw­nie pu­sta.

Je­śli nie wiem, co to jest bóg Słoń­ca na dwie li­te­ry, mu­szę zga­dy­wać albo dać so­bie spo­kój.

Po­ło­wa na­sze­go mał­żeń­skie­go łóż­ka za­wsze jest za­sła­na.

Nikt się nie zdzi­wi, je­śli pew­ne­go dnia nie wró­cę do domu, bo prze­je­chał mnie sa­mo­chód.

I nikt nie spu­ści wody w to­a­le­cie, je­śli sama tego nie zro­bię.

Sie­dzę więc na cmen­ta­rzu i tę­sk­nię za szu­mem spusz­cza­nej wody. We­ird eno­ugh for you, Ste­phen?

Cmen­ta­rze mają w so­bie coś, co przy­wo­dzi mi na myśl ka­ba­re­to­wych ko­mi­ków z dru­giej pół­ki. Wy­par­cie i pe­wien ro­dzaj za­kli­na­nia rze­czy­wi­sto­ści. Ale na to mogę so­bie po­zwo­lić, to chy­ba zro­zu­mia­łe. Bo cóż mi po­zo­sta­ło? To wszyst­ko, czym mogę się zaj­mo­wać.

Bę­dąc z Ör­ja­nem, wie­dzia­łam przy­najm­niej, kim je­stem. Okre­śla­li­śmy się na­wza­jem, ale prze­cież wła­śnie na tym po­le­ga zwią­zek.

Kim je­stem te­raz?

Pew­nie każ­dy po­strze­ga mnie in­a­czej. Dla jed­nych je­stem oby­wa­tel­ką i wy­bor­cą, dla dru­gich pie­szą, płat­nicz­ką po­dat­ków, kon­su­ment­ką kul­tu­ry, cząst­ką ludz­kie­go ka­pi­ta­łu, wła­ści­ciel­ką miesz­ka­nia.

A jesz­cze inni, pa­trząc na mnie, wi­dzą być może je­dy­nie moją su­chą skó­rę, wło­sy o roz­dwo­jo­nych koń­cach i prze­cie­ka­ją­cą pod­pa­skę.

Ale Ör­jan nadal mi po­ma­ga. Jak­by mi wy­świad­czał po­śmiert­ną przy­słu­gę. Gdy­by się nie po­ja­wił w moim ży­ciu, by­ła­bym za­pew­ne sin­giel­ką trzy­dzie­ści plus. Wczo­raj zna­la­złam w ga­ze­cie ta­kie okre­śle­nie i zje­ży­ły mi się wło­sy na kar­ku. Dzię­ki Ör­ja­no­wi je­stem wciąż jesz­cze mło­dą, bez­dziet­ną wdo­wą. Tra­gicz­ne i smut­ne! Dzię­ku­ję ci, Ör­ja­nie!

Gdzieś w głę­bi du­szy tli się we mnie rów­nież za­wód. Że tak po pro­stu umarł.

Prze­cież mie­li­śmy pla­ny na przy­szłość, i na tę naj­bliż­szą, i na tę dal­szą! Wy­bie­ra­li­śmy się na spływ ka­ja­ko­wy do Värm­lan­dii, od­kła­da­li­śmy na eme­ry­tu­ry, każ­de na swo­ją.

Ör­jan też po­wi­nien być za­wie­dzio­ny. To jego tai chi, je­dze­nie nie­pry­ska­nych ziem­nia­ków i tłusz­czów na­sy­co­nych! Na co mu się to wszyst­ko zda­ło?

Ko­mik ka­ba­re­to­wy uśmie­cha się, szcze­rząc po­żół­kłe zęby.

Cza­sem je­stem wście­kła, w jego imie­niu. To nie­spra­wie­dli­we! Za­wsze chcia­łeś do­brze, tyle wie­dzia­łeś!

Poza tym po pię­ciu mie­sią­cach ce­li­ba­tu czu­ję cza­sem dziw­ne ła­sko­ta­nie mię­dzy uda­mi. Czyż­bym była ne­kro­fil­ką?

Obok na­grob­ka Ör­ja­na wzno­si się praw­dzi­wy grób mon­strum. Pły­ta z bia­łe­go mar­mu­ru z wy­ka­li­gra­fo­wa­ny­mi zło­ty­mi li­te­ra­mi, wszę­dzie anioł­ki, róże, ptasz­ki, cy­ta­ty jak wi­ją­ce się wstą­żecz­ki, i ma­leń­ka czasz­ka, i kosa, taki orzeź­wia­ją­cy wtręt. Grób to­nie w kwia­tach, wy­glą­da jak ra­bat­ka w szkół­ce ro­ślin. Na na­grob­ku wy­ry­to imio­na męż­czy­zny i ko­bie­ty i rok uro­dze­nia. Ten sam. Do­my­ślam się, że to ich po­to­mek po­sta­no­wił w ten nie­co prze­sad­ny spo­sób uczcić pa­mięć ro­dzi­ców.

Kil­ka ty­go­dni temu po raz pierw­szy zo­ba­czy­łam go przy gro­bie. To męż­czy­zna, w moim wie­ku. Miał na so­bie krzy­kli­wą kurt­kę i pi­ko­wa­ną czap­kę z na­usz­ni­ka­mi i den­kiem lek­ko wy­brzu­szo­nym z przo­du, pła­skim z tyłu. Ty­po­wa ame­ry­kań­ska czap­ka, tyle że z na­pi­sem Wła­ści­cie­le La­sów. Pie­lił chwa­sty na gro­bie, po­tem za­czął coś na nim sa­dzić.

Przy ka­mie­niu Ör­ja­na nic nie ro­śnie. Wiem, że Ör­jan uznał­by, że na­wet ma­leń­ki krzak róży był­by tu nie na miej­scu, jako ga­tu­nek nie­na­le­żą­cy do flo­ry cmen­tar­nej. A w kwia­ciar­ni przy bra­mie cmen­ta­rza nie sprze­da­ją ani krwaw­ni­ka, ani wią­zów­ki błot­nej.

Le­śnik bywa tu re­gu­lar­nie, przy­cho­dzi co kil­ka dni, za­wsze koło po­łu­dnia. I za­wsze ob­ła­do­wa­ny no­wy­mi ro­śli­na­mi i opa­ko­wa­nia­mi na­wo­zu. Prze­peł­nia go duma ogrod­ni­ka, upra­wia grób jak dział­kę.

Ostat­nio usiadł obok mnie na ław­ce. Przy­glą­dał mi się tro­chę z boku, ale nic nie po­wie­dział.

Dziw­nie pach­niał, a u le­wej ręki miał tyl­ko trzy pal­ce.

2

Niech to szlag! Nie cier­pię jej, po pro­stu jej nie cier­pię!

Po co ona tam cią­gle prze­sia­du­je?

Zwy­kle po sprząt­nię­ciu gro­bu sia­da­łem chwi­lę na ław­ce, żeby po­zbie­rać nie­do­koń­czo­ne my­śli, zna­leźć ja­kiś punkt za­cze­pie­nia, coś, co po­zwo­li mi prze­trwać ko­lej­ny dzień, a może i jesz­cze na­stęp­ny. W domu mam tyle za­jęć, że nie mam cza­su od­da­wać się roz­my­śla­niom. Mu­szę się sku­pić na tym, co ro­bię, in­a­czej może dojść do ka­ta­stro­fy, któ­ra tyl­ko przy­spo­rzy mi pra­cy. Wja­dę trak­to­rem na ka­mień i od razu pój­dzie tyl­na oś. Albo kro­wa roz­dep­cze kla­mer­kę, bo źle umie­ści­łem kro­wi biu­sto­nosz.

Wi­zy­ta na cmen­ta­rzu to je­dy­na chwi­la wy­tchnie­nia, ale na­wet tam nie mogę spo­koj­nie usiąść i po­grą­żyć się w roz­my­śla­niach. Naj­pierw mu­szę za­dbać o ro­śli­ny, wy­gra­bić zwięd­nię­te, za­sa­dzić nowe, do­pie­ro po­tem mogę po­zwo­lić so­bie na od­po­czy­nek.

A wte­dy oka­zu­je się, że ona tam jest.

Bla­da jak wy­bla­kłe ko­lo­ro­we zdję­cie, któ­re lata temu ktoś we­tknął za szy­bę. Ja­sne, po­zba­wio­ne ży­cia wło­sy, bla­da twarz, bia­łe rzę­sy i brwi, wy­bla­kłe ubra­nie, coś ja­sno­nie­bie­skie­go albo be­żo­we­go. Be­żo­wy czło­wiek. Jak tak moż­na? Tro­chę ma­ki­ja­żu albo ja­kaś bły­skot­ka sy­gna­li­zo­wa­ła­by świa­tu, że nie jest jej obo­jęt­ne, co inni wi­dzą, jak ją po­strze­ga­ją. Jej wy­bla­kłość mówi wy­raź­nie: mam gdzieś, co o mnie są­dzi­cie. Na­wet was nie za­uwa­żam.

Lu­bię, kie­dy ko­bie­ta przy­cią­ga uwa­gę wy­glą­dem. Jak­by mó­wi­ła: "Spójrz na mnie! Za­in­te­re­suj się mną!". W ja­kiś spo­sób mi to po­chle­bia. Ko­bie­ta po­win­na mieć ja­skra­wą szmin­kę, san­dał­ki w szpic, z cien­ki­mi pa­ska­mi, i biust, unie­sio­ny wy­so­ko, żeby mo­gła pod­su­wać go fa­ce­tom pod nos. Nie­waż­ne, że szmin­ka się roz­ma­zu­je, su­kien­ka pęka w szwach, uwy­dat­nia­jąc wszyst­kie wa­łecz­ki, a sztucz­ne per­ły le­d­wie miesz­czą się w de­kol­cie - nie każ­dy musi mieć gust, waż­ne, że się sta­ra. Po­tra­fię się za­ko­chać na­wet w star­szej bab­ce, kie­dy wi­dzę, że pół dnia po­świę­ci­ła na to, żeby do­brze wy­glą­dać. Na­wet je­śli ma tip­sy, znisz­czo­ne trwa­łą wło­sy i idąc, chwie­je się na zbyt wy­so­kich ob­ca­sach. Wte­dy mam ocho­tę ją ob­jąć, po­cie­szyć, po­wie­dzieć coś mi­łe­go.

Oczy­wi­ście nig­dy tego nie ro­bię. Naj­wy­żej tro­chę dłu­żej się jej przy­glą­dam na po­czcie czy w ban­ku. A je­dy­ne ko­bie­ty, któ­re spo­ty­kam u sie­bie na wsi, to in­se­mi­na­tor­ka i we­te­ry­nar­ka. W dłu­gich gra­na­to­wych gu­mo­wych far­tu­chach, wiel­kich ka­lo­szach, w chu­s­tach na gło­wach i z pro­bów­ką ze sper­mą w ręku, go­to­we do ata­ku. Nig­dy nie mają cza­su, żeby zo­stać kil­ka mi­nut dłu­żej i wy­pić fi­li­żan­kę kawy, to zna­czy na­wet gdy­bym zna­lazł chwi­lę, żeby ją za­pa­rzyć.

W ostat­nich la­tach mama su­szy­ła mi gło­wę, że­bym wy­cho­dził, po­znał ko­goś, ja­kąś miłą dziew­czy­nę. Jak­by ta­kie w ogó­le ist­nia­ły, jak­by wy­star­czy­ło wyjść i wy­brać so­bie ja­kąś. Tak jak w se­zo­nie po­lo­wań bie­rze się strzel­bę i strze­la do za­ją­ca.

Mat­ka znacz­nie wcze­śniej niż ja wie­dzia­ła, że rak po­wo­li zże­ra ją od środ­ka i że wkrót­ce zo­sta­nę sam. I nie cho­dzi­ło jej tyl­ko o pra­cę, ale w ogó­le o wszyst­ko, co mi co­dzien­nie za­pew­nia­ła: cie­pły dom, świe­żo po­sła­ne łóż­ko, czy­sty kom­bi­ne­zon co dru­gi dzień, ku­bek go­rą­cej kawy i do­mo­we cia­sto. Wszyst­ko to wy­ma­ga­ło pra­cy: trze­ba było na­rą­bać drew, roz­pa­lić w pie­cu, na­zbie­rać ja­gód w le­sie, zro­bić pra­nie. Nie mam na to cza­su. Kom­bi­ne­zon jest sztyw­ny od bru­du i cuch­nie ski­słym mle­kiem, prze­ście­ra­dła są sza­re, a dom nie­ogrza­ny. Go­rą­ca kawa to ne­ska za­la­na go­rą­cą wodą z kra­nu, a na obiad ku­pu­ję w mar­ke­cie kieł­ba­sę i pod­grze­wam w mi­kro­fa­li, co­dzien­ny ry­tu­ał.

Mat­ka mia­ła w zwy­cza­ju kłaść obok mo­jej fi­li­żan­ki dru­gą część ty­go­dni­ka "Land", otwar­tą na ogło­sze­niach to­wa­rzy­skich. Cza­sem na­wet bra­ła któ­reś w kół­ko. Ale nig­dy nic nie mó­wi­ła.

Tyle że mama nie mia­ła po­ję­cia, że przy ram­pie w mle­czar­ni nie stoi już gro­mad­ka dziew­cząt go­to­wych zo­stać żoną atrak­cyj­ne­go rol­ni­ka z wła­snym go­spo­dar­stwem. Wszyst­kie wy­je­cha­ły do mia­sta, gdzie te­raz są przed­szko­lan­ka­mi, hi­gie­nist­ka­mi, żo­na­mi me­cha­ni­ków sa­mo­cho­do­wych, sprze­daw­ców i wła­śnie roz­wa­ża­ją kup­no wła­sne­go seg­men­tu. Nie­kie­dy wra­ca­ją tu la­tem z mę­ża­mi i ma­leń­stwa­mi w no­si­deł­kach, i przez kil­ka ty­go­dni opa­la­ją się na le­ża­kach w ogród­kach sta­rych ro­dzi­ców.

Ca­ri­na, któ­ra cho­dzi­ła za mną w li­ceum i za­wsze wy­da­wa­ła się chęt­na, cza­sem pod­glą­da mnie zza skle­po­wych re­ga­łów. La­tem sklep nadal jest czyn­ny, cho­ciaż trud­no po­wie­dzieć, jak dłu­go jesz­cze. Więc nadal się zda­rza, że wy­cho­dzi znie­nac­ka zza re­ga­łu, niby przez przy­pa­dek, i za­czy­na wy­py­ty­wać, czy się oże­ni­łem i czy mam dzie­ci. Miesz­ka te­raz w mie­ście ze swo­im part­ne­rem, Ste­fa­nem, któ­ry pra­cu­je jako ma­ga­zy­nier w domu to­wa­ro­wym Do­mus. Ob­wiesz­cza mi to trium­fal­nie, jak­by ocze­ki­wa­ła, że za­cznę opła­ki­wać stra­tę. Niech ją szlag!

Może ona, ta bla­da, też ma sta­rych ro­dzi­ców, do któ­rych jeź­dzi la­tem od­po­czy­wać? Do­brze by­ło­by po­zbyć się jej na kil­ka ty­go­dni. Z dru­giej stro­ny la­tem i tak nie mam cza­su przy­jeż­dżać na cmen­tarz, chy­ba że za­czy­na lać i żni­wa się opóź­nia­ją.

I ten na­gro­bek, na któ­ry bez prze­rwy się gapi! Co to za ka­mień? Wy­glą­da jak zwy­kły po­lny ka­mień, ja­ki­mi chło­pi zna­czą gra­ni­ce!

Nasz ka­mień mat­ka wy­bra­ła spe­cjal­nie dla ojca. Wiem, że może jest tro­chę zbyt krzy­kli­wy, ale wiem też, że wy­bie­ra­ła go z mi­ło­ścią. Szu­ka­ła kil­ka ty­go­dni, spro­wa­dza­ła ka­ta­lo­gi i w ogó­le. Co­dzien­nie wy­my­śla­ła, co jesz­cze chcia­ła­by na nim umie­ścić, w koń­cu zna­la­zło się tam wszyst­ko.

Ör­jan. Oj­ciec, brat, a może jej fa­cet? Je­śli chce jej się tu co­dzien­nie przy­cho­dzić i ga­pić się na ten ka­mień, to dla­cze­go nie chce jej się po­sa­dzić choć jed­ne­go kwiat­ka?