Rozdział 1
Zajęcia z doktorem Pazurem dotyczące podstaw przetwarzania danych na pierwszym roku studiów magisterskich były tak samo nudne jak te na inżynierce. Ten wykładowca ewidentnie nie posiadał talentu dydaktycznego i mimo iż w dość krótkim czasie zdążył uzyskać stopień naukowy, to niestety nadal nie opanował podstawowych umiejętności korzystania z przenośnego projektora. W końcu wiadomo, że istnieje zależność mówiąca o tym, że poziom kompetencji w zakresie obsługi podstawowych sprzętów elektronicznych jest odwrotnie proporcjonalny do posiadanego poziomu wykształcenia. Doktor Pazur stanowił jej książkowy przykład, co wyraźnie odbijało się na studentach i ich poczuciu straconego czasu.
Od dobrych piętnastu minut bazgrałem w zeszycie coraz większe okręgi, zastanawiając się przy okazji, dlaczego kwadrans akademicki nie działał w przypadkach marnowania naszych cennych chwil. Ale przecież ryby, dzieci i studenci głosu nie mają. Wybór moich studiów to dla mnie coś tak oczywistego, jak obrzęk krtani po zjedzeniu selera - chrzanić alergie pokarmowe. Większość chłopaków na moim kierunku, ze mną na czele, od zawsze interesowała się komputerami i wszystkim, co z nimi związane. Pomijam już fakt, że zwykle te zainteresowania dotyczyły grania w RPG ze słabą grafiką, ściągania filmów z nielegalnych źródeł, przenoszenia zdjęć ze starego aparatu babci na peceta i ściemniania rodzicom, że potrzebują nowego sprzętu z podejrzanie dużą ilością RAM-u do "nauki". Jako dzieciakowi z maleńkiej miejscowości raczej nie było mi dane zbyt wiele okazji do znalezienia bardziej wyszukanego hobby, a rodzina cieszyła się, że dostawałem dobre oceny i nie sprawiałem problemów jak syn tej Zielińskiej spod starego młyna. Ukończenie technikum informatycznego tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że mniej więcej wiem, jak będzie wyglądała moja zawodowa przyszłość, i tego się trzymałem. Natomiast absolutnie nie spodziewałem zmarnowania tak wielu godzin mojego cennego życia na bezsensowne wykłady i naukę do wymyślnych egzaminów przygotowywanych przez niewątpliwie kreatywnych wykładowców. Jednak mimo wszystko po zakończeniu studiów inżynierskich jak ostatni masochista zdecydowałem się zapisać na magisterkę, czego pożałowałem już po pierwszych zajęciach tego semestru. Ale w końcu czego się nie robi dla papierka i kasy ze stypendium.
Całe szczęście, że Bartek Puzon - najbardziej irytujący typ z całego naszego roku - kończył już przygotowywanie starego laptopa pana doktora do podjęcia niezwykle trudnej pracy, czyli wyświetlania prezentacji multimedialnej w PowerPoincie. Istniała bowiem nadzieja, że wkrótce rozpoczniemy zajęcia i może nawet nie będziemy musieli odrabiać ich w weekend, jak ostatnio. Kiedy myślałem, że już wszystko znalazło się na dobrej drodze, moją uwagę (i przy okazji wszystkich moich sąsiadów z długiego rzędu ławek) przykuła dziwna cisza. Ktoś właśnie wszedł do auli, a po odgłosach miarowych kroków mogłem założyć, że zmierzał prosto w kierunku naszego wykładowcy. Ludzie siedzący na końcu sali zdążyli zorientować się w sytuacji nieco wcześniej niż my i to pewnie stąd ta nagła zmiana w ich zachowaniu. Po kilku chwilach ja również zyskałem szansę, aby móc spojrzeć na osobę, która zakłóciła codzienne schematy funkcjonowania moich współtowarzyszy studenckiej niedoli. A gdy tylko na nią spojrzałem, od razu zrozumiałem, dlaczego wywołuje tak wielkie zamieszanie.
To była kobieta. I to wcale nie tak, że na kierunku takim jak informatyka nie studiują żadne kobiety albo że te, które się jednak odważą na ten krok, tracą nagle swoje żeńskie miano. U nas studiowało ich przecież aż trzy. Pierwsza z nich to Sylwia, córka naszego rektora, która musiała dostać papierek, aby przejąć rodzinną firmę, czy coś w tym stylu. Na szczęście miała na tyle rozsądku, by nie robić z tego żadnej tajemnicy, bo i tak każdy prędzej czy później by się dowiedział, a znając moich kolegów, to raczej nastąpiłoby prędzej. Informatyka nie miała tajemnic, a faceci wbrew powszechnej opinii kochali plotki. Druga z kobiet to Michalina - kobieta grubo po czterdziestce, która wychowała piątkę dzieci, po czym stwierdziła, że wreszcie nadszedł jej "czas dla siebie". Tak więc zamiast wyjechać w podróż dookoła świata, przeżyć przygodę życia albo rozkręcić jakiś biznes, zdecydowała się na jeden z najtrudniejszych kierunków studiów w naszym mieście. Doprawdy świetny pomysł. Jej decyzje życiowe dziwiły mnie tak samo mocno za każdym razem, gdy o jakichś opowiadała. Ostatnia z kobiet miała na imię Patrycja. Laska tak irytująca, że w tym nieoficjalnym konkursie wkurwiania mnie niemalże przebijała Bartka. W niedalekiej przeszłości doszło nawet do takiego momentu, kiedy tych dwoje się spotykało, niestety dwa tak narcystyczne temperamenty nie wytrzymały w bliskim towarzystwie dłużej niż dwa miesiące. Trzeba przyznać, że rozpoczęło to naprawdę mroczny czas dla całego naszego roku, o ich kłótniach bowiem wiedział każdy i - czy chciał tego, czy nie - był w nie angażowany.
Wszystkie trzy kobiety, tak bardzo od siebie różne, w jakimś stopniu w naszych ograniczonych głowach wpisywały się w schematy studentek informatyki, ta zaś, która właśnie weszła, zupełnie nie pasowała do tego otoczenia. Przypominała mi raczej połączenie modelki schodzącej akurat z wybiegu z jedną z tych uroczych dam dworskich ze starszych filmów kostiumowych. Wyglądała jak z innej galaktyki, do której nasz nędzny ludzki gatunek nigdy nie będzie w stanie dotrzeć. Nawet za setki lat i na wartym miliardy dolarów sprzęcie Elona Muska. Jej długie blond włosy zaplecione w warkocz i rozkloszowana spódnica zwracały uwagę chyba wszystkich zebranych w auli, a kiedy odwróciła się lekko, tak że mogłem bez problemu obserwować w końcu jej profil zamiast tyłu głowy, miałem wrażenie, że nagle przestałem oddychać. Tak jak chyba każdy tu obecny. Wyglądała jak mój ideał, którego nawet nie miałem. Gdybym posiadał chociaż minimalne pokłady odwagi, być może podszedłbym do niej i rzucił jakimś żenującym tekstem. Wtedy zapewne zostałbym wyśmiany, ewentualnie zignorowany, ale przynajmniej zyskałbym jakieś pięć sekund jej uwagi.
Oczywiście rzeczywistość wyglądała zupełnie inaczej, a ja siedziałem na swoim miejscu bez ruchu, starając się nie wydawać z siebie nawet najcichszego dźwięku, aby jakimś cudem usłyszeć, o czym ta piękność rozmawia z naszym wykładowcą. Mimo iż w sali panowała niemalże cisza absolutna, to obiekt mojej chwilowej fascynacji porozumiewał się tak ściszonym głosem, że nie byłem w stanie wyłapać, o co w ogóle chodzi. Miałem przeogromną nadzieję, że nieznajoma studiuje na jednym z wydziałów w naszym budynku i że będę miał okazję jeszcze kiedykolwiek ją zobaczyć. Nieoczekiwanie z pomocą przyszedł mi doktor Pazur.
- Proszę się nie krępować i zająć miejsce, najlepiej jak najbliżej mojego biurka. Wtedy na pewno lepiej mnie pani usłyszy i zrozumie, co mam do przekazania - odpowiedział na jej monolog. Mężczyzna uśmiechał się przy tym w dość dwuznaczny sposób, a kiedy do tego jeszcze mrugnął, ja sam poczułem się lekko nieswojo.
Najwyraźniej nowo przybyła nie tylko studentom zawróciła w głowie, co nie zmienia faktu, że zachowanie wykładowcy wydawało mi się - delikatnie mówiąc - nie na miejscu.
Tymczasem kobieta ruszyła przed siebie, perfidnie omijając siedzenia, o których mówił wykładowca, i skierowała się w stronę piątego rzędu. W piątym rzędzie siedziałem ja. Przez kilka krótkich chwil pomyślałem, że chyba właśnie dostałem ataku paniki, lecz gdy nieznajoma usiadła obok mnie, zrozumiałem, że to jednak zawał.
- Oblech - mruknęła pod nosem, gdy tylko zajęła miejsce, a ja w odpowiedzi skinąłem jedynie głową.
A to dlatego, że po pierwsze nie miałem pewności, czy jej komentarz to jakaś próba komunikacji ze mną, czy może z jej wewnętrznym "ja". No a po drugie moje gardło pozostawało tak ściśnięte z nadmiaru emocji, że cokolwiek by się z niego wydobyło, brzmiałoby jak charchot konającego gruźlika. Mógłbym do tej listy dodać jeszcze konieczność skupienia się na właśnie rozpoczętym wykładzie, chociaż prawdę mówiąc, nigdy nie miałem w zwyczaju słuchania gości czytających słowo po słowie slajdy ze swoich prezentacji multimedialnych. A już na pewno nie takich, których prezentacje wyglądały jak zbiór cytatów z ich własnej książki. Kobieta widocznie musiała przypisać moje dziwne zachowanie do tego właśnie aspektu, bo po chwili w moją stronę powędrował zeszyt w zieloną kratkę. Gdy tylko pogodziłem się z faktem, że kolory kratek w notatnikach mogą być inne niż niebieski i czarny, a całe moje życie to ograniczające moją wyobraźnię kłamstwo, zorientowałem się, że na brzegu zeszytu widnieje jakiś napis.
"Macie jakiegoś wspólnego uczelnianego maila?"
Tych kilka słów, napisanych starannie zaokrąglonym pismem, uświadomiło mi, że właśnie rozmawiam z najbardziej atrakcyjną osobą, jaką kiedykolwiek widziałem. I mimo że z logicznego punktu widzenia nie można było tego nazwać rozmową, ani nawet wymianą zdań, to mój wewnętrzny przegryw skakał właśnie z radości. Nie chcąc wyjść na gbura albo analfabetę, napisałem odpowiedź tuż obok, w tym samym zeszycie. Oczywiście starałem się zrobić to najlepiej, jak tylko potrafiłem, jakby siedząca obok mnie kobieta miała się okazać absolwentką wyższej szkoły kaligrafii, a jej ocena mojego charakteru pisma mogła zaważyć na mojej dalszej egzystencji. Poniekąd trochę tak było - w końcu zależało mi na tym, żeby widziała mnie w jak najlepszym świetle. Przesunąłem zeszyt z powrotem w jej stronę, gdy tylko skończyłem zapisywać nazwę naszej poczty elektronicznej i grupy na Facebooku, utworzonej specjalnie na czas magisterki. Lata spędzone na studiach pierwszego stopnia dobitnie uświadomiły nam, że tak przestarzały byt jak wspólny adres mailowy zupełnie nie zdawał egzaminu. A przynajmniej nie w naszym przypadku. Zeszytowa odpowiedź przyszła niemalże od razu, a ja nawet nie zdążyłem w pełni przeanalizować reakcji kobiety na moje wypociny.
"Mógłbyś mnie dodać do tej grupy w wolnym czasie? Zaraz wyślę ci zaproszenie na fejsie."
Przeczytałem te dwa zdania na jednym wdechu. Nie dość, że za kilka chwil mogłem mieć podany na tacy profil mojego ideału (bez konieczności kilkugodzinnego stalkowania), to w dodatku dostałem jeszcze doskonały pretekst, żeby do niej napisać. Wprost nie mogłem uwierzyć, że los aż tak się do mnie uśmiecha, i podświadomie wręcz czekałem na ten moment, kiedy okaże się, że coś zepsułem, a moje marzenia runą jak każda wieża z klocków w przedszkolu. Moment ten nadszedł szybciej, niż się spodziewałem, kobieta bowiem zabrała zeszyt, nim zdążyłem cokolwiek odpowiedzieć. Po chwili oddała go wraz z nowym dopiskiem.
"Ireneusz Kruk, tak?"
Zbladłem. Najpierw przeraziło mnie, że ta czarownica potrafi czytać w myślach i dobrze wie o tych wszystkich pieśniach pochwalnych, które układałem w głowie na jej cześć. Potem zaś dotarło do mnie, że po prostu przeczytała moje imię i nazwisko z piórnika leżącego na ławce. Piórnika, który noszę od pierwszej klasy podstawówki i na którym moja mama wyszyła niebieską nitką ogromny napis "IRENEUSZ KRUK". Oczywiście na wypadek gdybym kiedykolwiek zgubił piórnik z całą jego jakże istotną zawartością w szkole i panie sprzątające szczęśliwie by go odnalazły. Może i miało to sens w czasach szkoły podstawowej, ale na pewno nie na studiach drugiego stopnia, gdzie jak każdy poważny student powinienem posiadać jeden słabo piszący długopis i zeszyt "do politechniki". W tym momencie nabrałem ochoty, by rozejrzeć się po podłodze w auli w poszukiwaniu jakiejś luźnej płytki, pod którą mógłbym się zapaść. Zamiast tego jednak postanowiłem być dzielnym samcem, któremu niestraszne są wyszywane piórniki, i odpisałem krótkie "Tak, jasne". I przez te kilka krótkich sekund praktycznie poczułem, jak w moich żyłach zamiast krwi płynie piwo i tłuszcz z bekonu. To się nazywa prawdziwa męskość i opanowanie.
"Wielkie dzięki :) Ja jestem Oliwia"
* * * * *
Oliwia, a dokładniej Oliwia Kopeć, została moją znajomą na Facebooku, gdy tylko skończyliśmy zajęcia. Niestety nie mogłem porozmawiać z nią ani sekundy, bo w chwili gdy Pazur ogłosił koniec wykładu, od razu otoczył ją tłum adoratorów. Ostatnim razem widziałem moich kolegów skupionych tak ciasno w jednym miejscu, kiedy na drugim roku inżynierki profesor Sadowski - znany również jako Rzeźnik z Trzeciego Piętra - wywiesił na korytarzu kartkę z ocenami z traumatycznego dla nas wszystkich kolokwium. Do tej pory nie wiem, dlaczego to zrobił, równie dobrze mógłby wtedy po prostu napisać "Zapraszam we wrześniu", a rezultat pozostałby ten sam. Podejrzewam, że właśnie taką miał wówczas ochotę, ale władze uczelni po prostu nie podchodziły zbyt entuzjastycznie do sposobu przekazywania informacji w ten sposób.
W każdym razie nie miałem co liczyć na chociażby milisekundę jej cennej uwagi, a nie zamierzałem też czekać jak ostatni desperat w tej gigakolejce. Znaczy pewnie bym poczekał i kilka godzin, gdyby nie to, że o siedemnastej musiałem być w robocie, a wypadałoby się jeszcze chociażby lekko ogarnąć. Chyba jeszcze nigdy nie szedłem do pracy z tak negatywnym nastawieniem, chociaż pracowałem tam już prawie dwa lata i w tym czasie miewałem naprawdę ciężkie dni. Jednak zmęczenie po sesji, zarywanie nocek na graniu w Wiedźmina i kac morderca okazały się niczym w porównaniu do utraty szansy na bliższe poznanie mojego ideału.
Zastanawiało mnie tylko to, skąd wzięła się u mnie taka nagła obsesja. Przecież nie ona pierwsza mi się spodobała. Wczesny obiekt westchnień miałem już w gimnazjum, jednak wraz z okresem dojrzewania po prostu przestał mi się podobać. W technikum robiłem maślane oczy do dziewczyny z młodszego rocznika, która nawet nie miała pojęcia o moim istnieniu. W sumie to nie wiedziała o istnieniu niczego, co nie było związane z jej ambitnym planem dostania się na studia prawnicze gdzieś na drugim końcu kraju. I w końcu moja ostatnia miłość - studentka weterynarii, która regularnie przychodziła do serwisu komputerowego, w którym pracowałem, z coraz to nowszymi problemami z jej super hiper telefonem. Kiedy już zaczynałem myśleć, że może wcale nie pojawia się w sprawie telefonu, a jedynie szuka pretekstu, żeby mnie zobaczyć, okazało się, że ma chłopaka. Każda z tych dziewczyn bardzo mi się podobała i każda miała w sobie to coś, przez co wzdychałem do nich po nocach. Żadna jednak nie robiła mi wody z mózgu samą swoją egzystencją i nie sprawiała, że zapominałem języka w gębie. Oliwia była w tym przypadku wyjątkowa i chyba powinno mnie to martwić.
Wieczór w pracy płynął mi zwyczajnym rytmem. Nie miałem zbyt wielu zgłoszeń telefonicznych, a fizycznych klientów odwiedziło mnie dwóch. Domyślałem się, że tak właśnie będzie - początki tygodnia mijały zazwyczaj bardzo spokojnie. Sprzęty zwykle odmawiały współpracy z organizmem ludzkim mniej więcej w okolicach piątku, kiedy nieuchronnie zbliżające się deadline'y i zbyt wolno (jak na potrzeby statystycznego pracownika korpo albo zdesperowanego studenta) działające laptopy zaczynały przyjmować pełne nienawiści ciosy prosto w klawiaturę. A potem serwis musiał się z nimi męczyć. Dziś na szczęście miałem dużą swobodę i po wykonaniu wszystkich codziennych obowiązków, w oczekiwaniu na potencjalnego klienta mogłem w spokoju zająć się swoim życiem prywatnym. Właśnie ściągałem z facebookowej grupy zdjęcia slajdów, które ktoś porobił na ostatnich wykładach, żeby potem móc na spokojnie stworzyć z nich prowizoryczne notatki. Kiedy już prawie kończyłem przerzucanie zdjęć do wcześniej przygotowanego folderu (nie chciałem ryzykować tego, że ich autor wpadnie na genialny pomysł usunięcia ich z grupy i zaprzepaści tym samym moje szanse na zdobycie tej tajemnej wiedzy), zauważyłem ikonę powiadomienia. Okazało się, że nie kto inny jak Bartłomiej Puzon organizował jedną ze swoich superimprezek, zapraszając na nią oczywiście wszystkich ludzi z naszego roku. W normalnych okolicznościach zapewne zupełnie zignorowałbym jego posta i przerzucał zdjęcia dalej, jednak moją uwagę przykuła oznaczona osoba, czyli oczywiście Oliwia Kopeć.
Bartek w niezwykle wymyślnym stylu opisał konieczność bliższego poznania naszej koleżanki i sprawienia, by poczuła się ona jak w domu. Co ciekawe, w przypadku Marcina, który przeniósł się do nas jakieś dwa miesiące wcześniej z Rzeszowa, albo Radka, który dołączył jakoś w połowie czwartego semestru inżynierki, nie widział już potrzeby pogłębiania relacji i śmiem podejrzewać, że ta paskudna dyskryminacja spotkała ich wyłącznie ze względu na niewystarczający urok osobisty. Specjalnie dla Oliwii natomiast zaproponował zbiorową integrację, która pozwoli "zacieśnić istniejące już znajomości" i "otworzyć umysły na te nowo powstające". Doprawdy nie miałem pojęcia, kto wymyślał mu te wszystkie teksty i jak mało musiał temu komuś płacić, skoro brzmiały one tak słabo.
Z istotnych informacji dowiedziałem się, że Puzon wynajął trzy loże w klubie Melon na ostatni sobotni wieczór kwietnia, czyli za prawie trzy tygodnie. Z tego, co kojarzyłem, Melon to jeden z większych klubów w mieście, gdzie loża potrafiła pomieścić nawet dwadzieścia osób. Był też przy okazji dość ekskluzywny i w cholerę drogi. Bartek zdążył już oczywiście pochwalić się swoimi znajomościami, dzięki którym udało mu się zmniejszyć cenę z sześciu do czterech i pół tysiąca złotych, jednak to nadal wychodziło ponad siedemdziesiąt złotych od osoby za samo wejście. Zakładając oczywiście, że zbierze się tych sześćdziesięcioro chętnych. Jednak po dotarciu do sekcji komentarzy zrozumiałem, jak natychmiastową decyzję musiałem w tamtej chwili podjąć. Lista zainteresowanych dobijała już bowiem do czterdziestu, a od publikacji posta minęło dopiero jakieś dwadzieścia minut.
Bez zbędnego analizowania również zadeklarowałem swoją obecność i od razu zrobiłem przelew na podane przez Bartka dane. Na taką okazję mógłbym wydać i połowę mojej wypłaty. Pracowałem, odkąd tylko skończyłem technikum, chwytając się to lepszych, to gorszych fuch. Praktycznie od rozpoczęcia pracy w "KOD - Komputerowa Odsiecz", czyli już od prawie dwóch lat, utrzymywałem się całkiem sam i nawet udawało mi się odkładać co miesiąc jakieś niewielkie oszczędności. Nie uważałem się za wymagającego człowieka, a szczytem rozrzutności był dla mnie zakup butów za dwie stówy lub jakiejś nowej gry. Nie miałem też żadnych długów ani zobowiązań, dlatego regularne odkładanie małych sum nie stanowiło dla mnie żadnego problemu. Pozostawało mi więc tylko czekanie i egzystowanie z nadzieją, że Oliwia pojawi się na tym wydarzeniu i może nawet jakimś cudem uda mi się zamienić z nią kilka zdań. Z tym jakże pozytywnym nastawieniem wróciłem do przerzucania zdjęć i bezmyślnego wgapiania się w przeszklone drzwi firmy do końca mojej zmiany.
Kiedy następnego dnia spokojnym krokiem szedłem na zajęcia, za nic w świecie nie spodziewałem się, że wywołam takie zamieszanie. Pierwsze zajęcia mieliśmy z doktorem Muchą i jak na każdych ćwiczeniach obowiązywał nas podział na grupy. Matematyka dyskretna była prawie dla wszystkich zmorą tego semestru. Ja jednak, o dziwo, całkiem lubiłem ten przedmiot i nie sprawiał mi on większych problemów, dlatego zamiast zaszyć się w kącie z nosem w zeszycie albo laptopie, spokojnie usiadłem sobie przy jednym ze stolików ustawionych przed wejściem do sali i zacząłem przeglądać telefon.
Do weekendu zostało jeszcze trochę czasu, jednak postanowiłem za pamięci zarezerwować jakieś auto na wynajem i wybrać się do mojej rodzinnej miejscowości. Nie przyjeżdżałem do domu od prawie dwóch tygodni i zdążyłem już lekko zatęsknić za ojczystymi stronami. Rodzice aktualnie mieszkali sami i gdyby nie fakt, że moja siostra ze szwagrem wybudowali dom kilkanaście kilometrów dalej, raczej nie zdecydowałbym się na wyjazd tak daleko od nich. Uwielbiałem towarzystwo mojej najbliższej rodziny równie mocno co przyjaciół, których zostawiłem w tamtej dziurze, jednak doskonale zdawałem sobie sprawę z braku jakichkolwiek perspektyw na swojskim wygwizdowie. Tam, jeżeli nie odziedziczyło się pokaźnego majątku albo nie zaryzykowało otwarciem własnej działalności, nie było co liczyć na jakąkolwiek znośnie płatną pracę. O pracowaniu w zawodzie nawet nie wspominając, bo mimo otwarcia kilku nowych szkół średnich z ekstrawagancko brzmiącymi profilami od kilkunastu lat praktycznie nie powstawały tam żadne nowe zakłady pracy. Z tego właśnie powodu większość młodych osób wyjeżdżała stamtąd od razu po odebraniu świadectwa maturalnego, a pozostali, przyzwyczajeni już do takiego stanu rzeczy, nie mieli ochoty niczego zmieniać. W ten oto sposób życie toczyło się dalej, a ja cieszyłem się z podjęcia decyzji o wyprowadzce po każdym powrocie do mojego wynajmowanego mieszkania.
- Hejka - usłyszałem przyciszony głos i zamarłem natychmiast, gdy tylko uniosłem głowę. Oto kobieta moich marzeń pochylała się nad moim stolikiem, z dużą torbą przewieszoną przez ramię i lekkim uśmiechem na ustach.
Mimo iż przez pół nocy układałem sobie w głowie scenariusze rozmowy z nią, to teraz miałem całkowitą pustkę w mózgu. Żaden z tych planów nie zakładał przecież, że to ona pierwsza się do mnie odezwie!
Oliwia musiała zupełnie inaczej zinterpretować moje zachowanie, bo po chwili niemalże szeptem dodała:
- Przeszkadzam?
- Nie, nie. Cześć - odpowiedziałem od razu, fundując sobie mentalny cios w szczękę. Starałem się mówić równie cicho co ona, tak żeby nikt przypadkiem nie usłyszał, jak właśnie robię z siebie idiotę. Nie żeby zależało mi jakoś specjalnie na zdaniu ludzi z mojego roku. Po prostu nie chciałem tworzyć sensacji i pośmiewiska, na co narażała mnie właśnie niczego nieświadoma kobieta.
- Zastanawia mnie, czy ten Mucha jest równie nudny jak Pazur - odezwała się cicho Oliwia, gdy tylko zajęła miejsce naprzeciwko mnie. Najwyraźniej oczekiwała ode mnie jakiejś odpowiedzi, a ja musiałem postarać się wydusić z siebie coś więcej niż trzy krótkie słowa.
Nie było to łatwe, zważywszy na to, że w tej pozycji nie mogłem tak łatwo unikać z nią kontaktu wzrokowego.
- Nieee, Mucha mówi całkiem ciekawie, chociaż jest dość wymagający. - Dziewięć słów. Brawo, Irek, ty krasomówco.
- No w sumie widać - przytaknęła, wskazując głową na skupionych na swoich notatkach studentów.
Właściwie skupieni na nich byli tylko wtedy, gdy kobieta się obróciła. Przez większość czasu po prostu gapili się na nią. Aż dziwne, że nikt do nas nie podszedł.
- Ty się nie uczysz? - zapytała.
- Ja akurat całkiem nieźle ogarniam dyskretną. - Nie byłem pewny, czy nie zabrzmiało to jak przechwałka, więc na wszelki wypadek dodałem: - No przynajmniej tak na cztery.
- O, to fajnie. - Uśmiechnęła się po raz kolejny.
Miałem wrażenie, że w takich sytuacjach stawała się jeszcze piękniejsza. Wyglądała jak postać z obrazu wybitnego malarza, od której z jakiegoś powodu nie można odwrócić wzroku.
- Ja to nawet nie wiem, nie miałam czegoś takiego na poprzedniej uczelni.
To była moja szansa! Czas na zadanie jej jakiegoś pytania, a nie tylko bierne odpowiadanie. W końcu mogłaby dostrzec, że jestem w jakimś stopniu zainteresowany rozmową i nią samą. I nawet nie musiałem się zbytnio wysilać, bo temat podała mi praktycznie na tacy.
- Gdzie wcześniej studiowałaś? - zapytałem, dumny z tego, że mój głos nie zadrżał. Odważyłem się nawet spojrzeć jej w oczy na jakiś ułamek sekundy. Były błękitne, jak u prawdziwego anioła, chociaż zimne światło ledwo działającej jarzeniówki mogło trochę przekłamywać rzeczywistość.
- We Wrocławiu. Niedawno się przeprowadziłam i dostałam pracę, a nie chciało mi się przepisywać na zaoczne i jeździć co dwa tygodnie tyle kilometrów w tę i z powrotem - wyjaśniła, przewracając przy tym oczami. - No i szkoda mi kasy na zaoczne, a wy macie całkiem przyjemny plan.
- To prawda - przyznałem. Chciałem pociągnąć tę rozmowę dalej, żeby dowiedzieć się o niej jak najwięcej: zapytać, gdzie pracuje, gdzie mieszka, jak jej się podoba nowe miejsce i jak się odnalazła w całkiem nowej dla niej rzeczywistości. Interesowała mnie również jej rodzina i ewentualna miłość życia, którą mogła zostawić w swoim rodzinnym mieście. Zdążyłem już zauważyć, że nie miała na palcu ani pierścionka, ani obrączki, ale równie dobrze mogła być po prostu w niesformalizowanym związku albo nie lubić zakładania biżuterii. Nie dane mi było jednak przeprowadzenie z nią tego miniwywiadu, bo prawie od razu zmieniła temat.
- Często organizujecie takie imprezy integracyjne?
Poczułem, że robi mi się gorąco. Oliwia zaczęła wchodzić na bardzo niebezpieczny teren. Jeżeli będzie wypytywać o to durne przedsięwzięcie Puzona, to na pewno palnę coś głupiego albo zaplączę się w wypowiedziach, byleby tylko nie zdradzić swoich zamiarów.
- W sumie to... nie - zacząłem ostrożnie, stąpając po cienkim lodzie. Nie chciałem jej okłamywać, zresztą takie kłamstwo bardzo szybko by się wydało, a ja wyszedłbym na krętacza. Musiałem jednak jakoś usprawiedliwić Bartka i resztę moich kolegów z roku, tak żeby i siebie wykluczyć z kręgu podejrzanych. - Na inżynierce było tego więcej, ale potem każdy zaczął się zajmować swoim życiem. Wiesz, praca, rodzina i takie tam...
- Rozumiem. - Oliwia popatrzyła na mnie tak, jakby nie kupowała tej odpowiedzi. - To dlaczego nagle wszyscy przypomnieli sobie o zabawie?
- No... myślę, że ty jesteś pretekstem... - Gdy tylko zdałem sobie sprawę jak idiotycznie to zabrzmiało, natychmiast zacząłem się tłumaczyć: - W sensie, że jesteś nowa i każdy chce cię poznać, i każdy chce, żebyś się czuła u nas dobrze - wydusiłem prawie na jednym wydechu.
- Okej. I każdej nowej osobie organizowaliście takie imprezy?
- No... nie - powiedziałem zgodnie z prawdą i zamilkłem. Nie miałem pojęcia, co mogłem dodać.
Kobieta przejrzała nas na wylot, a moje marne próby tłumaczenia się pewnie tylko pogorszyłyby sprawę.
- Rozumiem. - Oliwia uśmiechnęła się w dziwny sposób. Jakby ze smutkiem.
Nie zauważyłem też, żeby była zła na mnie i na tę całą sytuację. Prawdopodobnie po prostu bardzo dobrze zdawała sobie sprawę ze swojej atrakcyjności i tego, jaki cel ma tak naprawdę to całe przedsięwzięcie. W sumie, gdy popatrzyłem na to z jej perspektywy, to sam poczułem się podle. Każdy w tym momencie postrzegał ją przez pryzmat jej wyglądu, oczywiście ze mną na czele. Już miałem ochotę przeprosić ją w imieniu swoim i wszystkich facetów świata, kiedy nagle znowu się odezwała:
- Widziałam, że ty też się zapisałeś.
- Tak, chociaż w sumie nie wiem, czy pójdę - odpowiedziałem szczerze. Przez to wszystko jakoś odechciało mi się tej całej imprezy. - Nigdy nawet nie byłem w Melonie.
- No to tym bardziej powinieneś iść. Może będzie fajnie - zachęcała mnie, a na jej twarzy znowu pojawił się ten cudowny uśmiech.
- Przemyślę to - obiecałem. Przez te dwa tygodnie mogło się wydarzyć milion rzeczy, a ja pewnie i tak będę zmieniał co chwilę zdanie, aż do tej nieszczęsnej soboty. - Idzie Mucha.
Oliwia nic nie odpowiedziała, tylko zaraz za mną zaczęła podnosić się z krzesła. Doktor właśnie wszedł do sali, a ja ustawiłem się obok drzwi, chcąc jak prawdziwy dżentelmen przepuścić kobietę przodem. Kiedy przechodziła obok mnie, mruknęła ciche: "Zajmę ci miejsce", na co moje serce aż podskoczyło z radości.
* * * * *
Piątkowe popołudnie właśnie się zaczynało, lecz nadchodzący wielkimi krokami weekend jakoś wcale nie napawał mnie optymizmem. Dziś mijał piąty dzień mojego siedzenia z Oliwią w jednej ławce. Serio, siadaliśmy razem codziennie i na każdych zajęciach, a ja nie miałem pojęcia, jak do tego w ogóle doszło. Odruchowo zacząłem zajmować kobiecie miejsce obok siebie, a ona w zamian robiła dokładnie to samo. Wczoraj nawet doszło w związku z tym do niezbyt ciekawej sytuacji. Spóźniłem się kilka minut na poranny wykład. Oliwia oczywiście zajęła mi miejsce, jednak Daniel Lewicki zupełnie się tym nie przejął i na jej stanowcze "zajęte" odpowiedział coś w stylu: "nie widzę, żeby ktoś tu siedział". I jak gdyby nigdy nic, usadowił się obok niej. Ja za to z gorzkim poczuciem porażki powędrowałem kilka rzędów dalej. W końcu nie miałem miejsca obok niej na wyłączność i nie mogłem rościć sobie do niego żadnych praw. Ani tym bardziej robić jakichś dziwnych awantur. Zresztą i tak nie stanowiłem konkurencji dla Daniela. Kobieta jednak wykazała zdecydowanie większą wolę walki niż ja, prychnęła bowiem pod nosem jakieś obraźliwe słowo i zebrawszy swoje rzeczy, ostentacyjnie wstała z krzesła. Miałem wrażenie, że wszyscy w sali, wraz ze mną i wykładowcą, wstrzymali oddechy, kiedy pewnym krokiem Oliwia zmierzała w moim kierunku. Gdy na nowo się usadowiła, mruknęła tylko cicho:
- Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz.
Wcale nie miałem takiego zamiaru! Chciałem jej wszystko natychmiast wyjaśnić, tak żeby nie zrozumiała mnie opacznie, jednak wykład właśnie się rozpoczął, a nie chciałem narazić się na gniew profesora. Wyciągnąłem więc swój notatnik i nabazgrałem jej szybko słowa wyjaśnienia na jego brzegu. Przez kilka ostatnich dni całkiem polubiłem ten nasz sposób komunikacji, co niestety wiązało się z szybszą koniecznością zakupu nowych zeszytów w niedalekiej przyszłości. Oliwia w odpowiedzi napisała tylko: "Wiem, przecież żartuję ;)" i uśmiechnęła się do mnie w identyczny sposób jak narysowana przez nią buźka.
Kiedy po ostatnich tego dnia zajęciach wychodziliśmy z sali, kobieta miała niezbyt ciekawą minę. Doktor Mucha zapowiedział już datę pierwszego z dwóch kolosów, które czekały nas w tym semestrze, więc nikt raczej nie skakał z radości. Szczególnie że facet co najmniej osiem razy powtórzył, że to będzie poważne kolokwium z pytaniami otwartymi, a nie jakiś teścik abc dla dzieci. Miałem cichą nadzieję, że chce nas w ten sposób tylko nastraszyć i stworzyć motywację niezbędną do nauki, a nie uwalić trzy czwarte roku, żeby mieć mniej roboty. Nie zmieniało to jednak faktu, że powoli trzeba było zacząć brać się za wkuwanie. Strategia z odkładaniem wszystkiego na ostatnią chwilę w moim przypadku zupełnie się nie sprawdzała. Zrobiłem to tylko jeden raz, na drugim semestrze pierwszego roku inżynierki, i dosłownie cudem udało mi się uniknąć warunku. Nikomu nie polecam tego uczucia strachu i bezsilności. Pewnie większość studentów w tym momencie by mnie wyśmiała i uznała, że nie znam życia, jednak mój komfort psychiczny był bardziej istotny niż bycie fajnym. Oliwia również nie wyglądała na osobę lubiącą tego rodzaju adrenalinę. Zakładałem, że raczej uczy się regularnie, i nie rozumiałem, skąd wzięło się to jej negatywne nastawienie.
- Nie ogarniam - wydusiła wreszcie, gdy niemal dotarliśmy do szatni.
Zdążyła się już uformować tam całkiem niezła kolejka, więc stanęliśmy z boku, nie chcąc pakować się w ten tłum.
- Czego? - zapytałem głupio, mimo iż doskonale wiedziałem, o co jej chodzi.
- Dyskretnej - westchnęła. - Ja nawet nie wiem, czego nie wiem... Słyszałeś może, czy Mucha prowadzi jakieś konsultacje?
Zdziwiłem się. Kobieta wyglądała na mocno ogarniętą w temacie i zakładałem, że na poprzedniej uczelni musiała mieć naprawdę dobry poziom. Wiele zagadnień na laborkach z innych przedmiotów łapała dużo szybciej niż ja, a przecież była tu nowa i nie do końca znała wszystkie programy zajęć. Zauważyłem to już po kilku dniach i sądziłem, że na pewno jeszcze się rozkręci. Najwyraźniej jednak nie była mistrzem we wszystkim i to matematyka okazała się jej okrutną słabością.
- W teorii tak, bo każdy musi. W praktyce to nawet nie radziłbym do niego iść. Zawsze mówi, że na wykładach i ćwiczeniach tłumaczy wszystko wystarczająco zrozumiale - wyjaśniłem, wzruszając ramionami.
Doktor Mucha był jednym z tych bardziej sztywnych wykładowców, przekonanych o wyższości swoich przedmiotów ponad innymi i nieprzyjmujących jakichkolwiek tłumaczeń. Zdążyliśmy wszyscy poznać już tę jego mroczną stronę i nikt nawet nie próbował w żaden sposób wpływać na jego decyzje.
- No to świetnie - jęknęła Oliwia i ruszyła w stronę okienka szatni. Kolejka już prawie zniknęła, więc mogliśmy w spokoju odebrać nasze ubrania. - Czyli jestem skazana na jakieś internetowe korki. Kolejna strata kasy...
- Ja mogę ci pomóc, jeśli chcesz - wypaliłem, zanim zdążyłem pomyśleć. Sam ogarniałem matematykę dyskretną na poziomie ledwo dobrym i absolutnie nie czułem się na tyle kompetentny, żeby komukolwiek cokolwiek z niej tłumaczyć. A już na pewno nie kobiecie, przy której mój mózg zmieniał stan skupienia na płynny.
Oliwia wyglądała dość niepewnie, trochę tak, jakby chciała mnie delikatnie spławić i nie bardzo wiedziała, jak się za to zabrać. A ja zacząłem panikować.
- W sensie rozumiem, że wolisz kogoś bardziej ogarniętego. Ja sam nie jestem jakimś orłem, a już na pewno nie będę potrafił wszystkiego tak łatwo wyjaśnić. - Wdech. Spokojnie, Irek, dobrze ci idzie. - Po prostu pomyślałem, że to i dla mnie będzie dobry sposób na powtórkę materiału.
Udało mi się wypowiedzieć trzy całkiem długie zdania i chyba nawet nie wyjść na natręta. Byłem z siebie dumny. Co prawda wymyśliłem to wszystko na poczekaniu, ale tak właściwie to miałbym całkiem niezłą motywację do nauki. W końcu chciałem wypaść przed nią jak najlepiej, więc przygotowywanie się do tych spotkań z pewnością nie zaszkodzi. Taka dawka wiedzy mogłaby mi nawet zapewnić piątkę na koniec semestru i nieco ułatwić drogę do stypendium naukowego. To jak podwójna wygrana. Teraz tylko Oliwia musiała się zgodzić na ten układ.
- No wiesz, dla mnie super. Tylko nie wiem, ile musiałabym ci zapłacić - zaczęła niepewnie, sięgając po swoją kurtkę.
Zamszowa ramoneska w ciemnozielonym odcieniu pasowała do niej idealnie. Ta kobieta doskonale wiedziała, jak podkreślić swoją urodę.
- Nic - stwierdziłem od razu. Zabrzmiało to lekko desperacko, więc szybko dodałem: - Mówiłem ci, że będę miał motywację do nauki. Dla mnie to też jakaś forma pomocy - zapewniłem z uśmiechem, żeby jak najszybciej przekonać ją do tego pomysłu. Musiałem kuć żelazo, póki gorące. Resztą będę się martwić później.
- No dobra. - Oliwia nie wyglądała na do końca przekonaną, ale najważniejsza dla mnie była jej twierdząca odpowiedź. - Najwyżej po wszystkim kupię ci coś dobrego.
- Niech ci będzie. Kiedy chcesz zacząć?
- Może być we wtorek po zajęciach?
- Jasne - przytaknąłem, zupełnie ignorując fakt, że przecież wtedy pracuję. Będę musiał się nieźle nakombinować i pozamieniać zmianami, żeby to wszystko jakoś ze sobą pogodzić. Najwyżej zacznę przychodzić do pracy w soboty. Miałem jeszcze czas, żeby to wszystko przemyśleć. Na razie chciałem się po prostu cieszyć swoim nieprawdopodobnym szczęściem i perspektywą spędzania kolejnych godzin z Oliwią.
Rozdział 2
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? - zapytałem, widząc, jak kobieta wyraźnie buja w obłokach.
Wzrok miała wlepiony w moje dłonie już od dobrych kilku minut i nawet przestała machinalnie potakiwać głową. To był drugi dzień naszej wspólnej nauki i wbrew wcześniejszym obawom wcale nie szło mi tak źle. Oczywiście do pierwszego spotkania we wtorek przygotowywałem się przez poprzednie dwa dni. Nawet specjalnie wróciłem wcześniej od rodziców. Milion razy przeglądałem notatki z początku semestru, zaznaczałem istotne informacje i przepisywałem je po swojemu. Zależało mi na jak najprostszym wyjaśnieniu tematu, bo niestety język, którym posługiwał się nasz wykładowca, nie należał do najbardziej zrozumiałych. Wymyślałem więc różne przykłady i graficzne ułatwienia, rozpisywałem skomplikowane przypadki i rozkładałem je na mniejsze części. A wszystko po to, aby wypaść w oczach Oliwii jak najlepiej.
- Przepraszam - westchnęła i spojrzała na mnie swoimi pięknymi oczami. W świetle dziennym nadal były błękitne, jednak lekko wpadały w odcienie szarości.
Przez cały ten pomysł z korepetycjami miałem idealną okazję do tego, by bezkarnie się jej przyglądać, z czego bez najmniejszych wyrzutów sumienia korzystałem. Wiedziałem już, że ma ledwo widoczny pieprzyk przy samej linii włosów, jej prawa brew jest nieco bardziej uniesiona od lewej, a pomadka na jej ustach wyciera się szybciej na górnej wardze przez to, że często przejeżdża po niej językiem. Ta niejako wymuszona bliskość dawała mi dziwne poczucie intymności, a co za tym idzie, zaczynałem czuć się coraz bardziej swobodnie w towarzystwie tej kobiety.
- Po prostu nie mogę się skupić, jak nie mam ciszy absolutnej - wyjaśniła.
- No jasne, tylko że to ty zaproponowałaś bibliotekę - zdziwiłem się.
Sam nigdy nie miałem problemów ze skupieniem uwagi w niesprzyjających warunkach. Mogłem się uczyć, słuchając muzyki albo kątem oka zerkając na włączony telewizor. Pomimo to rozumiałem potrzebę spokoju u innych osób. Jednak tak jak wspomniałem, to Oliwia zaproponowała naukę w bibliotece, która - mimo iż uznawana za chyba najmniej hałaśliwą instytucję - również nie była idealna. Co kilka minut ktoś wchodził albo wychodził przez ogromne, skrzypiące przy każdym ruchu główne drzwi, pytał o coś pracujące tu bibliotekarki albo wymieniał komentarze ze swoimi towarzyszami. Nie wspominając już o mimowolnych dźwiękach takich jak szuranie, kichanie, kasłanie, stukanie i tupanie, które powodował praktycznie każdy człowiek. Ktoś nieprzyzwyczajony na co dzień do takiej ilości różnorodnych odgłosów mógł faktycznie doświadczać małych problemów z odpowiednią koncentracją.
- No bo nie miałam innego pomysłu. Siedzenie w kawiarni byłoby jeszcze gorsze. A do mojego mieszkania cię nie zaproszę, bo mam trzy megahałaśliwe współlokatorki. - Przewróciła oczami, jakby w odpowiedzi na zachowanie tych dziewczyn.
W mojej głowie powoli zaczynał kiełkować plan, który albo otworzy mi drzwi do kolejnego etapu w tej relacji, albo brutalnie zamknie przed nosem te, które zdążyłem już przekroczyć.
- Serio - kontynuowała Oliwia - muszę się uczyć po nocach, bo organizują sobie u nas jakieś noclegownie dla bezdomnych przyjaciół.
- Wiesz... - zacząłem z dziwnym zakłopotaniem. - Nie zrozum mnie źle, ale u mnie w mieszkaniu jest całkiem spokojnie. Znaczy mam współlokatora, ale on zawsze gdzieś wychodzi albo siedzi cicho w swoim pokoju - przerwałem nagle, orientując się, jak źle brzmiała ta propozycja. Powiedziałem jednak "A", więc wypadałoby teraz dokończyć alfabet. - Ale jeśli nie chcesz, to spoko, dla mnie biblioteka jest w porządku.
Zadowolony, że udało mi się wypowiedzieć to ostatnie zdanie tak spokojnie, niecierpliwie czekałem na odpowiedź Oliwii. Nie chciałem, żeby uznała mnie za jakiegoś natręta lub pomyślała, że próbuję ją zaciągnąć w jakieś nieznane miejsce w nikczemnym celu. Miała we mnie widzieć kolegę, wyciągającego - zupełnie bezinteresownie - pomocną dłoń.
- Brzmi super. - Kąciki jej ust znowu delikatnie się uniosły, a ja poczułem, jak kilkutonowy kamień właśnie spada z mojego serca. - Ale na pewno nie będę ci siedzieć na głowie? Nie chcę przeszkadzać ani jakoś zaburzać twojej przestrzeni.
- Nie będziesz. Inaczej bym tego nie proponował - zapewniłem.
Tym sposobem wtorkowe korepetycje miały się odbywać w moim mieszkaniu. Z jednej strony cieszyłem się, że w końcu spotkamy się w bardziej sprzyjających okolicznościach, bez nachalnych spojrzeń ludzi z całej uczelni. Bo albo gapili się z zachwytem na Oliwię, albo z pogardą na mnie, albo ze zdziwieniem na naszą dwójkę, no bo przecież co taka kobieta jak ona mogła robić z takim facetem jak ja. I musiałem przyznać, że trochę mnie to przygnębiało. Nie miałem jakiegoś wielkiego problemu z niskim poczuciem własnej wartości, ale znałem swoje wady i zalety i zawsze uważałem, że podchodzę do nich w sposób bardzo obiektywny. Nie wpasowywałem się w standardy atrakcyjnego gościa i nawet nie starałem się im sprostać. Nie widziałem w tym większego sensu. Bardzo szybka przemiana materii zapewniała mi szczupłą sylwetkę, niezależnie od tego, czy tego chciałem, czy nie. Żeby nabrać masy mięśniowej, musiałbym albo jeść trzykrotność moich aktualnych posiłków, albo zacząć bawić się w suplementy. Żaden z tych pomysłów mi się nie podobał. Mogłem zmienić fryzurę na bardziej modną, lecz gdy tylko moje cienkie włosy stawały się dłuższe, zupełnie nie radziłem sobie z ich układaniem, a youtubowe tutoriale w tej kwestii brzmiały dla mnie jak czarna magia. No i garderoba. Ubieranie się w sieciówkach było już dla mnie niezłym awansem od czasów technikum, kiedy wszystkie moje zakupy odbywały się w osiedlowym sklepiku pani Marianny. Wyglądałem zwyczajnie i to mi wystarczało. Nie miałem nawet pomysłu na stworzenie sobie jakiegoś stylu. I kiedy dodałem do tej mieszanki jeszcze mój wrodzony stoicki spokój, powstała najlepsza możliwa wersja Ireneusza Kruka, jaką mogłem stworzyć przy obecnych zasobach. I jasne, być może to wszystko to były tylko wymówki i tłumaczenie się przed samym sobą z życiowej ignorancji, ale na ten moment nie planowałem w tym temacie żadnych istotnych zmian.
Do kolejnego spotkania z Oliwią przygotowywałem się jeszcze pilniej niż dotychczas. Teraz oprócz merytorycznego wysiłku miałem na głowie również ten bardziej fizyczny, czyli ogarnięcie moich skromnych progów. Fragment mieszkania, który miałem tylko do swojej dyspozycji, przypominał bardziej małą kawalerkę niż wydzielony pokój. Główne wejście i korytarz od mojej części dzieliły tylko jedne drzwi i tu kończyły się elementy wspólne. Moje lokum miało całe osiemnaście metrów kwadratowych i oprócz strefy typowo dziennej, z moim łóżkiem pośrodku, mieściło również niewielki aneks kuchenny i łazienkę. Miałem nawet własną zmywarkę i pralkę, więc nie byłem w żadnym stopniu zależny od mojego współlokatora. Taka okazja trafiła mi się zupełnie przypadkiem, bo podobno dziewczyna, która zamierzała się tu wprowadzić, nie dostała się na studia i w ostatniej chwili wypowiedziała umowę. Właściciele szukali więc kogoś na szybko i w promocyjnej cenie, a to, że akurat ja włączyłem stronę z ogłoszeniami jakieś pięć sekund po wstawieniu oferty, mogłem uznać za całkiem niezły fart.
Fakt, że chciałem wypaść przed Oliwą jak najlepiej, był już chyba oczywisty. Mieszkanie wysprzątałem na błysk, kupiłem nawet w markecie takie kolorowe buteleczki z patyczkami, bo podobno zapachem można stworzyć odpowiedni klimat. Przygotowałem też biurko, tak żeby pomieściło dwie osoby, i przykryłem łóżko puchatą narzutą, którą kiedyś dostałem od mamy, oraz dekoracyjnymi poduszkami. Chociaż raczej należałem do dość pedantycznych i dbających o porządek osób, to tego dnia czułem się wyjątkowo zadowolony z efektów swojej pracy. Moje lokum chyba nigdy jeszcze nie wyglądało tak przytulnie i miałem cichą nadzieję, że kobieta podzieli to zdanie.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej