Explorer Academy: Akademia Odkrywców. Zakazana wyspa. Tom 7 - Trudi Trueit

Kup ebooka

44.00 zł
36.76 zł (36,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

PÓŁ­WY­SEP ANTARK­TYCZNY

TYM RAZEM ICH mamy! - szep­nęła Bryn­dis. Ści­skała dłoń Cruza tak mocno, że pobla­dły mu opuszki pal­ców. - Poka­żemy Magel­la­nom, kto tu rzą­dzi!

Fak­tycz­nie, mieli szansę. Nara­dza­jący się nie­opo­dal Ali, Zane, Kat, Mat­teo, Yulia i Tao posy­łali im prych­nię­cia i nie­za­do­wo­lone miny. Od nie­mal godziny cztery ekipy odkryw­ców współ­za­wod­ni­czyły w mini-Grro­cie na pokła­dzie Oriona. Cruz był sko­nany, zresztą nie on jeden. Policzki Lani były zaczer­wie­nione i świe­cące, ze spię­tego gumką kucyka Sailor wysta­wały nie­sforne kosmyki, a emo­cjo­ku­lary Emmetta przy­po­mi­nały dwa cze­ko­la­dowe donuty, które ktoś zosta­wił w nagrza­nym samo­cho­dzie. Dugan prze­stę­po­wał z nogi na nogę jak bram­karz, któ­remu lada chwila ktoś miał strze­lić kar­nego. Ale nie grali w piłkę. Gorzej. Brali udział w quizie z geo­gra­fii. Pyta­nia gril­lo­wały mózgi, a pro­wa­dzący nie brał jeń­ców.

Każdy z zespo­łów miał trzy­dzie­ści sekund, by odpo­wie­dzieć na zadane przez pro­fe­sora Modiego pyta­nie, które mogło zawie­rać wstawkę holo­gra­ficzną. Odpo­wie­cie dobrze - pro­wa­dzący przej­dzie do kolej­nej ekipy. Źle - sku­cha. Trzy sku­chy i odpada się z gry.

Jako pierw­sza odpa­dła Ekipa Gali­le­usza, a kilka rund póź­niej dołą­czyli do niej Ear­har­to­wie. Na placu boju pozo­stały dwie dru­żyny: Magel­lana i Cousteau. Na prze­mian odpo­wia­dały na pyta­nia w komo­rze wir­tu­al­nej rze­czy­wi­sto­ści. Prze­rzu­cały się fak­tami o mia­stach i pań­stwach, akwe­nach, pusty­niach, górach, par­kach i pomni­kach. Cruz już stra­cił rachubę, ile rund minęło. Oba zespoły zali­czyły już po dwie sku­chy. Jego ekipa wła­śnie odpo­wie­działa popraw­nie na pyta­nie. Jeśli teraz prze­ciw­ni­kom powi­nie się noga, to Cousteau wygrają.

Nagroda była warta wszel­kich cier­pień. Zwy­cię­ska ekipa miała jako pierw­sza wybrać rolę, jaką ode­gra pod­czas kolej­nej misji. No i każdy z grupy miał dostać po sto dodat­ko­wych punk­tów, a do tego otrzy­mać aktu­ali­za­cję Prze­no­śnego Ana­li­za­tora Nota­cji i Danych o Arte­fak­tach, czyli PAND-y, który umoż­li­wia ultra­czułą ana­lizę ingre­sji w wyso­kiej roz­dziel­czo­ści. Cruz nie do końca wie­dział, co to zna­czy, ale brzmiało faj­nie.

Stał w holo­gra­ficz­nym lesie poro­śnię­tym osi­kami. Pełen nadziei, zaczerp­nął powie­trza. Pew­nie, że zale­żało mu na nagro­dach, ale przede wszyst­kim chciał w końcu coś wygrać! Przez ostat­nie tygo­dnie, odkąd tylko się dowie­dział, że siódma część recep­tury mamy to fał­szywka, miał doła.

- Górna wewnętrzna kra­wędź fak­tycz­nie bie­gnie pod innym kątem - ogło­sił Emmett, przyj­rzaw­szy się uważ­nie kawał­kowi czar­nego mar­muru przez powięk­sza­jące emo­cjo­ku­lary. - Widać to dopiero przy dużym zbli­że­niu, ale twoja mama mówiła prawdę. To nie jest jeden z frag­men­tów recep­tury. Ktoś musiał je pod­mie­nić.

- Pod­mie­nić? Ale jak? - Sailor obró­ciła się do Cruza. - Myśla­łam, że wystar­czy, żebyś nosił wisior na szyi, a zadziała to twoje bio­pole siłowe.

- Bo działa, ale prze­cież cza­sami zdej­muję wisior - przy­po­mniał jej Cruz. - Wiesz, od święta muszę pójść pod prysz­nic. No i wtedy, gdy nur­ku­jemy...

- Jaguar! - rzu­ciła oskar­ży­ciel­sko Sailor. - To sprawka szpiega.

- Może - sko­men­to­wał Emmett.

- Jak to "może"? Dok­tor Van­der­wick była Zebrą, ale została uniesz­ko­dli­wiona. To musi być Jaguar.

Emmett pokrę­cił głową.

- Nie­ko­niecz­nie. Rów­nie dobrze ktoś mógł pod­mie­nić czę­ści, zanim odna­leź­li­śmy wojow­nika ze smo­czą krwią.

- A nie możemy spraw­dzić kamie­nia na pierw­szych zdję­ciach, które zro­bił mu Cruz? - zasu­ge­ro­wała Lani. - Przy­naj­mniej odkry­jemy, kiedy doszło do zamiany. Cruz, popro­sisz tatę, by je pode­słał?

Ile­kroć Cruz odnaj­do­wał kolejną część recep­tury, natych­miast ją foto­gra­fo­wał i wysy­łał zdję­cia tacie. Potem kaso­wał pliki z tabletu i odpa­lał pro­gram, który nad­pi­sy­wał dane, by nie dało się odzy­skać zdjęć z kosza.

- Kur­czę! - jęk­nął, gdy odpa­lił plik na table­cie. - Nie nad­pi­sa­łem pli­ków. Gdy opu­ści­li­śmy muzeum w Xi'anie... w samo­cho­dzie... Od razu zadzwo­ni­łem do Bryn­dis i musia­łem zapo­mnieć...

- Wiemy, głowa w chmu­rach - skwi­to­wała Sailor.

Chciała roz­ła­do­wać atmos­ferę, ale wszy­scy wie­dzieli, że był to kosz­towny błąd. Cruz dopu­ścił, by ktoś wła­mał się do jego tabletu, cap­nął zdję­cia i stwo­rzył fał­szywkę, którą następ­nie zamie­nił z praw­dzi­wym frag­men­tem recep­tury. Jed­nak Lani miała rację odno­śnie do foto­gra­fii. Jeśli kra­wędź kamie­nia na zdję­ciu będzie paso­wała do tej, którą teraz miał na szyi, do pod­miany musiało dojść, zanim dotarli do Muzeum Tera­ko­to­wej Armii. A jeśli nie, kamie­nie zostały zamie­nione już póź­niej, co głów­nym podej­rza­nym czy­niło Jagu­ara. Cruz wysłał zdję­cie Emmet­towi, który przy­glą­dał mu się bacz­nie całe wieki. Gdy skoń­czył, po opraw­kach emo­cjo­ku­la­rów pędziły szare paciorki.

- Róż­nią się.

Dla Cruza była to naj­lep­sza moż­liwa wia­do­mość, zwa­żyw­szy na oko­licz­no­ści. Skoro to Jaguar miał frag­ment recep­tury, ist­niała szansa, że kamień na­dal znaj­duje się na pokła­dzie Oriona. Cruz posłał psz­cze­lego drona, Mell, na zwiad po wszyst­kich zaka­mar­kach statku. Jasne, ist­niały miej­sca, do któ­rych nie miała dostępu nawet psz­czoła - choćby wnę­trze szczel­nie zamknię­tej szafki czy zasu­nięty ple­cak. No i były takie prze­strze­nie, do któ­rych Mell ani myślała się zapusz­czać - na przy­kład kam­buz. Kuk Kri­stos wpadłby w szał, gdyby w swoim kró­le­stwie ujrzał owada, pal licho, że mecha­nicz­nego. Jed­nak dron zdo­łał prze­szu­kać więk­szą część statku. Bez skutku. Czyżby się spóź­nili? Siódma część recep­tury wpa­dła już w łap­ska Mgła­wicy? Cruz mógł się jedy­nie modlić, że na­dal mają szansę.

Tym­cza­sem, gdy Orion pły­nął na wschód, Cruz pra­co­wał nad tym, by holo­dzien­nik odkrył ostat­nią wska­zówkę. Cier­pli­wie wyja­śniał sytu­ację holo­gra­mowi mamy. Pro­sił o pomoc. Bła­gał. Jęczał. Roz­ka­zy­wał. Nie miało zna­cze­nia, co mówił i jakim tonem - Petra Coro­nado zawsze odpo­wia­dała tak samo. Odma­wiała zdra­dze­nia wska­zówki. Pozo­stała mu jedna opcja. Dowie się, czy zadziała, jesz­cze tego dnia, nim w kaju­tach zga­sną świa­tła.

- Pięt­na­ście sekund! - Na zie­mię spro­wa­dził go głos pro­fe­sora Modiego.

Cruz zadarł głowę i spoj­rzał na białe osiki, któ­rych jesienne liście trze­po­tały na tle jasno­nie­bie­skiego nieba. Miej­sce, w któ­rym się znaj­do­wali, było piękne, choć nie miał poję­cia, gdzie są.

- Magel­la­no­wie nie odpo­wie­dzą - powie­działa cicho Lani. - Sama wpa­dłam na odpo­wiedź tylko dla­tego, że aku­rat czy­ta­łam o komu­ni­ka­cji drzew.

"Chyba żar­tuje?"

Lani zoba­czyła jego zdzi­wioną minę.

- Ale to prawda. Drzewa potra­fią się komu­ni­ko­wać ze sobą za pomocą nit­ko­wa­tych strzę­pek ple­chy zwa­nych grzyb­nią. Widzi­cie, grzyb­nia wra­sta w korze­nie drzew i łączy je ze sobą za pośred­nic­twem związ­ków che­micz­nych i sygna­łów elek­trycz­nych. Jedno drzewo może powia­do­mić inne o tym, że odczuwa ból, albo ostrzec je przed nie­bez­pie­czeń­stwem: na przy­kład przed suszą lub owa­dami.

Nie żar­to­wała.

Cruz na­dal był nieco scep­tyczny.

- Chcesz powie­dzieć, że drzewa ze sobą roz­ma­wiają?

- I nie tylko. - Aż zaświe­ciły się jej oczy. - Trosz­czą się o sie­bie wza­jem­nie. Star­sze wysy­łają wodę i skład­niki odżyw­cze mło­dym drzew­kom, by pomóc im rosnąć. Sys­tem ten to ina­czej sieci miko­ry­zowe. Z tego, co mówił pro­fe­sor Ishi­kawa, w poje­dyn­czej łyżeczce leśnej gleby kryją się całe kilo­me­try grzybni. To takie świa­tło­wody świata natury. Nawet nazwali je Wood Wide Web1. Super, co? Pro­fe­sor Ishi­kawa powie­dział, że przyj­rzymy się bli­żej temu zja­wi­sku za rok na bio­lo­gii, ale nie będę cze­kać. Już teraz chcę się nauczyć mówić po drze­wo­wemu.

Nie żar­to­wała.

- Czas! - zawo­łał pro­fe­sor Modi. - Zane, pora na odpo­wiedź Magel­la­nów.

- E... E... - Zane gło­śno prze­łknął ślinę. - To chyba... stan Utah?

Pro­fe­sor Modi uniósł tablet.

- Pando to zagaj­nik zło­żony z ponad czter­dzie­stu sied­miu tysięcy topoli osi­ko­wych na powierzchni ponad czter­dzie­stu hek­ta­rów, które współ­dzielą sys­tem korze­niowy...

Cruz szturch­nął Lani.

- Założę się, że toczą mię­dzy sobą świetne roz­mowy.

Dziew­czyna prze­wró­ciła oczyma.

Pro­fe­sor cią­gnął dalej:

- Jest jedną z naj­star­szych i naj­więk­szych istot żywych. Znaj­duje się na obsza­rze Parku Naro­do­wego Fish­lake... w sta­nie Utah.

Magel­la­no­wie wiwa­to­wali. Ekipa Cousteau jęk­nęła.

- Kur­czaki! - Sailor pac­nęła się w czoło. - Czy to się kie­dyś skoń­czy?

- Tak. I to wkrótce - zade­kla­ro­wał pro­fe­sor Modi. - Zostało nam pięć minut zajęć. Wystar­czy, by wyło­nić zwy­cięzcę w osta­tecz­nej dogrywce.

Wśród uczniów w Grro­cie roz­le­gły się okla­ski. Naj­gło­śniej kla­skali człon­ko­wie ekip Gali­le­usza i Ear­hart. Odkąd zostali wyeli­mi­no­wani, musieli bier­nie obser­wo­wać zma­ga­nia Cousteau i Magel­la­nów.

- Kate­go­ria: miej­sce na mapie - ogło­sił pro­fe­sor Modi. - Będę udzie­lał kolej­nych pod­po­wie­dzi. Począt­kowo ogól­nych, a potem bar­dziej szcze­gó­ło­wych. Pierw­sza ekipa, która wci­śnie przy­cisk i wskaże pra­wi­dłowe miej­sce, zwy­cięży w tego­rocz­nym quizie geo­gra­ficz­nym dla pierw­szo­rocz­nia­ków.

Przed Duga­nem zma­te­ria­li­zo­wał się duży czer­wony brzę­czyk.

- Pamię­taj­cie, by się nara­dzić przed odpo­wie­dzią - pod­kre­ślił nauczy­ciel. - Pierw­sza odpo­wiedź będzie wią­żąca.

Cruz poczuł na czole lekki wia­te­rek. Zapach świe­żej trawy podraż­nił mu nos. Pod pode­szwami butów zma­te­ria­li­zo­wała się połać trawy. Łąka się­gała do ściany za ple­cami pro­fe­sora i koń­czyła się ska­li­stym brze­giem, za któ­rym roz­po­ście­rało się bez­kre­sne morze. Po lewej ujrzał strome, poszar­pane klify, a po pra­wej - nie­utwar­dzoną drogę prze­ci­na­jącą wzgó­rze. Po przed­wie­czor­nym nie­bie leni­wie sunęła kara­wana pucha­tych chmur, któ­rej towa­rzy­szyła bliź­nia­cza kara­wana ich cieni na ziemi. Obró­cił głowę. Ściana za ich ple­cami niczego nie wyświe­tlała. "Cie­kawe..."

- Pierw­sza wska­zówka - prze­rwał ciszę pro­fe­sor Modi. - Jeste­ście na tro­pi­kal­nej wyspie o powierzchni nieco ponad stu sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów kwa­dra­to­wych. Swój trój­kątny kształt zawdzię­cza trzem wul­ka­nom, obec­nie wyga­słym.

Człon­ko­wie Ekipy Cousteau sta­nęli w kole. Prze­rzu­cili się kil­koma poten­cjal­nymi odpo­wie­dziami - Jamajka, Vanu­atu - ale nie byli pewni.

- Lepiej zacze­kać, niż sku­sić - dora­dziła Lani.

Magel­la­no­wie też nie wci­skali brzę­czyka. Cruz spo­strzegł, że ściana za jego ple­cami na­dal jest czarna. "Dziwne..." - pomy­ślał. Nie powinna być czę­ścią sce­ne­rii?

Nie uszło to także uwa­dze Emmetta.

- Pew­nie szwan­kuje - mruk­nął.

- Wska­zówka numer dwa - ode­zwał się pro­fe­sor Modi. - Rdzenni poli­ne­zyj­scy miesz­kańcy nazy­wali ją Rapa Nui, jed­nak my znamy inną nazwę dzięki holen­der­skiemu odkrywcy, który wylą­do­wał tu kon­kret­nego dnia 1722 roku.

- Poli­ne­zja! - Sailor posłała uśmiech Cru­zowi i Lani. - Jeste­śmy na połu­dnio­wym Pacy­fiku.

- A może to Kaho'olawe lub Ni'ihau? - Cruz wymie­niał nazwy naj­mniej­szych wysp hawaj­skiego archi­pe­lagu.

Lani zagry­zła wargę.

- Jasne, Kaho'olawe jest trój­kątna, ale...

- Ale nie zga­dza się rzeźba terenu. - Cruz zdał sobie sprawę, że nie ma racji. - No i nie jest tak poro­śnięta trawą, a gleba jest czer­wona.

- No a Ni'ihau nie jest trój­kątna - stwier­dziła Lani. - Pod wzglę­dem rzeźby terenu przy­po­mina tro­chę Kaua'i2, ale nie jestem pewna. Opły­nę­łam ją, ale nie mia­łam oka­zji posta­wić na niej stopy. A ty?

Cruz pokrę­cił głową. Ni'ihau miała pry­wat­nego wła­ści­ciela. Wizyta na miej­scu wyma­gała pozwo­le­nia.

Pro­fe­sor Modi odchrząk­nął zna­cząco. Żadna z ekip nie udzie­liła odpo­wie­dzi i był gotowy na kolejną pod­po­wiedź.

- Trze­cia wska­zówka. Wyspa sły­nie z ahu i moai.

- Ahu? - Dugan potarł pod­bró­dek. - A to nie takie sushi?

- Masz na myśli ahi - popra­wiła go Bryn­dis. - To taki tuń­czyk3.

"Moai". Cru­zowi brzmiało to zna­jomo. Chciał zapy­tać Lani, czy to słowo w języku hawaj­skim, gdy przy­ja­ciółka prze­rwała mu w pół słowa.

- Wiel­kie głowy! Wie­cie! Kamienne posągi na...

- Wyspie Wiel­ka­noc­nej! - dokoń­czyła Sailor.

"Tak!"

- Jeste­śmy pewni? - spy­tał Dugan. Gdy wszy­scy pod­nie­śli ręce, pac­nął czer­wony brzę­czyk.

Zoo­ooooooonk!

Dźwięk roz­szedł się po Grro­cie. Cruz zauwa­żył, że i Zane trzyma dłoń na przy­ci­sku Magel­la­nów. "Co za pech!" Obie dru­żyny zgło­siły się w tej samej chwili!

Kwento jęk­nął.

- Kolejny remis.

- Cousteau byli pierwsi - rzu­ciła Weatherly.

- Nie, Magel­la­no­wie - skon­tro­wała Femi.

GRROTA wypeł­niła się chó­rem gło­sów.

- Chwila! Cisza! - Pro­fe­sor Modi pisał coś na table­cie. - Spraw­dzę na powtórce.

Lani spoj­rzała na Cruza.

- To mamy powtórki?

Pro­fe­sor skwi­to­wał jej pyta­nie sło­wami typo­wymi dla mon­sieur Legranda:

- Tout est vu.

"Wszystko jest widoczne" - prze­tłu­ma­czył trans­la­tor Lani.

- A skoro cze­ka­cie - dodał nauczy­ciel - może was zacie­kawi, że w ostat­nich dwu­na­stu latach jeden z człon­ków zwy­cię­skiej dru­żyny otrzy­mał potem Gwiazdę Polarną.

Cruz dał kuk­sańca współ­lo­ka­to­rowi.

- To na pewno będziesz ty. Wygrasz.

- Gdzie tam - odparł skrom­nie Emmett, choć nie był w sta­nie ukryć żółto-różo­wych nitek, które pędziły po opraw­kach oku­la­rów niczym wstążki lataw­ców na wie­trze.

- Mam! - zawo­łał pro­fe­sor Modi. - Jako pierw­sza zgło­siła się Ekipa...

Zapa­dła cisza. Cruz poczuł, jak jego serce dudni w rytm słowa, które pul­so­wało mu w myślach: Cousteau, Cousteau, Cousteau.

- Magel­lana!

Cruz zapadł się w sobie. Prze­grali.

- Ekipo Magel­lana, pora na odpo­wiedź - powie­dział pro­fe­sor Modi, choć była to jedy­nie for­mal­ność. Magel­la­no­wie dostaną wszyst­kie super­na­grody i prawo do prze­chwa­łek. A prze­chwał­kom Aliego i Mat­teo nie będzie końca. Cruz wbił czu­bek buta w trawę.

- Wyspa Bożego Naro­dze­nia - odpo­wie­dział Zane.

Cruz uniósł brodę. Spoj­rzał w oczy Lani. Była w szoku. On też.

- Błędna odpo­wiedź. - Nauczy­ciel spoj­rzał w stronę prze­ciw­ni­ków. - Cousteau, może­cie...

- Wyspa Wiel­ka­nocna - rzu­cił Dugan.

- Zga­dza się. - Na twa­rzy pro­fe­sora Modiego poja­wił się uśmiech. - Gra­tu­luję, Ekipo Cousteau!

Cruz przy­bił piątki z Lani, Sailor, Emmet­tem i Duga­nem, po czym chwy­cił dłoń Bryn­dis. Trzy­mali się tak ze sple­cio­nymi pal­cami. Udało się! Wygrali!

Pro­fe­sor Modi wska­zał ścianę za ple­cami uczniów. Już nie była czarna! Wzgó­rze, na któ­rym stali odkrywcy, teraz cią­gnęło się dalej ku wul­ka­nowi w kształ­cie litery U. Jego sto­żek już dawno został znisz­czony w gwał­tow­nej erup­cji. Kilka kro­ków od Cruza zma­te­ria­li­zo­wała się ogromna kamienna głowa. Surowy ciem­no­gra­fi­towy posąg dorów­ny­wał wyso­ko­ścią stry­chowi Sło­necz­nego Sza­łasu, dwu­pię­tro­wego sklepu dla sur­fe­rów! Po pra­wej, w odle­gło­ści paru metrów, z poro­śnię­tego trawą stoku wyra­stała kolejna głowa, a za nią kolejna i kolejna. Łącz­nie na łące znaj­do­wał się jakiś tuzin moai. Wszyst­kie posągi miały podobne cechy: wydatne czoła, głę­boko osa­dzone oczy, duże nosy i ści­śnięte usta. Tylko jeden stał pro­sto. Pozo­stałe były pochy­lone na różne strony. U nie­któ­rych znad ziemi wysta­wały jesz­cze ramiona.

- Sto­icie u stóp wul­kanu Rano Raraku - wyja­śnił nauczy­ciel. - To główny kamie­nio­łom, z któ­rego lud Rapa Nui pozy­ski­wał tuf wul­ka­niczny do budowy posą­gów, które wyko­rzy­sty­wano w obrząd­kach reli­gij­nych. Łącz­nie na wyspie jest ponad osiem­set kom­plet­nych mono­li­tycz­nych posą­gów, liczą­cych od dwóch do dzie­wię­ciu metrów wyso­ko­ści. Każdy dorów­nuje cię­ża­rem szkol­nemu auto­bu­sowi. Ter­min ahu, który padł we wska­zówce, odnosi się do pode­stów i gro­bow­ców pod nie­któ­rymi moai.

Część uczniów pod­nio­sła ręce.

- Oba­wiam się, że pyta­nia muszą zacze­kać do jutra - powie­dział nauczy­ciel. - I tak już prze­dłu­ży­li­śmy zaję­cia. Ponow­nie gra­tu­luję, Ekipo Cousteau.

W Grro­cie przy­ga­sały świa­tła. Cruz poczuł ude­rze­nie chłodu. Puchate białe cumu­lusy chwilę wcze­śniej zamie­niły się w ciemne, zło­wiesz­cze burzowe cumu­lo­nim­busy. Wzbu­rzone niebo kłę­biło się niczym gulasz w garnku na dużym ogniu. Nagle zaświe­ciła zyg­za­ko­wata bły­ska­wica.

Bum!

Spadł grad. Ucznio­wie zasło­nili głowy i popę­dzili ku wyj­ściu. Kawałki lodu odbi­jały się od głowy i rąk Cruza. Bolało!

Weatherly machała opa­ską SOS przed czyt­ni­kiem obok drzwi.

- Nie chcą się otwo­rzyć!

Pozo­stali też spró­bo­wali, ale roz­su­wane drzwi nie chciały ustą­pić. Grad sma­gał ich coraz gwał­tow­niej, a i same gra­dziny sta­wały się coraz więk­sze.

- Aua! - jęk­nęła Lani, gdy gra­dzina mon­strum ude­rzyła ją w ramię.

- Kryć się! - zawo­łał pro­fe­sor Modi, wska­zu­jąc długą poziomą wychod­nię skalną, wyra­sta­jącą ze stoku. - Spró­buję zatrzy­mać pro­gram z poziomu głów­nego panelu. - Ruszył bie­giem ku kon­so­le­cie, która znaj­do­wała się po prze­ciw­le­głej stro­nie GRROT-y. Tym­cza­sem ucznio­wie popę­dzili pod wychod­nię, by schro­nić się przed gra­dem. Cruz był na kra­wę­dzi, naj­bli­żej pro­fe­sora, ale led­wie go widział przez zasłonę bieli. Nauczy­ciel gorącz­kowo stu­kał w kla­wi­sze, ale pogoda tylko się pogar­szała.

Cruz uru­cho­mił komu­ni­ka­tor.

- Cruz Coro­nado do Fan­chon Quills.

- Tu Fan­chon - odparł głos. - Nie powi­nie­neś być na zaję­ciach?

- Jestem! Jeste­śmy w Grro­cie i potrze­bu­jemy...

- W co wy tam gra­cie? Brzmi to tak, jak­by­ście rzu­cali kul­kami w cynowy dach.

- Żadna gra... Grozi nam nie­bez­pie­czeń­stwo... Spa­dają gra­dziny wiel­ko­ści piłek teni­so­wych. Fan­chon, potrze­bu­jemy...

Cruz zamarł.

Była biała. I ogromna. I leciała wprost na niego!

- Cru­zie? - zawo­łała Fan­chon. - CRU­ZIE?

2

CRUZ UJRZAŁ SMUGĘ blond wło­sów, potem rękę, a zanim znów zamru­gał, lodowy pocisk wiel­ko­ści arbuza spadł na zie­mię, roz­pa­da­jąc się na tysiące krysz­ta­ło­wych odłam­ków. Pomię­dzy roz­trza­skaną gra­dziną a Cru­zem wyro­sła Bryn­dis. Obró­ciła się. Miała zaci­śnięte pię­ści, a jej oczy pło­nęły.

- Nic ci nie jest?

Zdo­łał przy­tak­nąć.

- Wszystko gra.

- Nie­zły cios, Bryn­dis! - zawo­łał Dugan.

- Uwaga! - ostrze­gła Sailor.

Bryn­dis zro­biła unik, by nie dostać kolej­nym "arbu­zem", i wepchnęła Cruza pod wychod­nię, gdzie kulili się pozo­stali.

- Wariatka - skwi­to­wał Cruz. Serce dud­niło mu jak sza­lone. - Ale dzięki.

- Wiem. - Bryn­dis odgar­nęła włosy z twa­rzy. - Nie ma za co.

- Cruz, jesteś tam? - Głos nale­żał do Fan­chon. - Zgłoś się! Co tam się dzieje?

- Jeste­śmy uwię­zieni w Grro­cie! - zawo­łał ponad bęb­nią­cymi gra­dzi­nami. - Zatrza­snęły się gro­dzie i jeste­śmy bom­bar­do­wani gra­dem więk­szym od kul armat­nich.

- Podejdź­cie do panelu kon­tro­l­nego...

- Pro­fe­sor Modi pró­buje, ale nie działa!

- Trzy­maj­cie się. Zoba­czę, co mogę zro­bić po tej stro­nie.

Cruz rzu­cił okiem na uczniów sku­lo­nych pod skałą. Kwento miał krew na pal­cach. Zane roz­mo­so­wy­wał łokieć. Femi opie­rała się o Sailor z unie­sioną nogą.

Emmett szarp­nął Cruza za rękaw.

- Coś tu nie gra.

Cruz posłał mu ziry­to­waną minę.

- Co ty nie powiesz?

- Nie. Coś tu naprawdę nie gra. - Spoj­rzał na pro­fe­sora Modiego. - Powi­nien zadzia­łać sys­tem awa­ryjny. A to - wska­zał ponadwy­mia­rowe gra­dziny - nie miało prawa poja­wić się ot tak.

- Suge­ru­jesz, że...

- Mgła­wica - powie­dział bez­gło­śnie Emmett, poru­sza­jąc ustami.

- Ale po co? Jeste­śmy tu wszy­scy, łącz­nie ze szpie­giem.

- Dokład­nie. Dwie pie­cze­nie. Jeden ogień.

Zro­zu­miał, co Emmett ma na myśli. Cruz był jedną z pie­czeni, a drugą - Jaguar. Mgła­wica, mając siódmą część recep­tury, mogła uznać, że szpieg nie jest już do niczego potrzebny. A był tylko jeden spo­sób, by się upew­nić, że nie puści pary z ust.

Cruza prze­szedł dreszcz. Zało­żył, że po wyeli­mi­no­wa­niu z gry dok­tor Van­der­wick, czyli Zebry, taj­nej agentki Mgła­wicy, na statku jest sto­sun­kowo bez­piecz­nie. A teraz pluł sobie w brodę.

Całun chmur zaczął opa­dać, two­rząc szarą płachtę. Grad ustę­po­wał mięk­kim bia­łym dro­bin­kom.

- Śnieg! - zawo­łała Weatherly.

- Lep­szy śnieg niż grad - skwi­to­wał Dugan.

- Fan­chon pew­nie też tak uznała - pod­su­mo­wał Cruz.

Odkrywcy z pew­nym ocią­ga­niem wyło­nili się spod wychodni.

Kwento poka­zał Cru­zowi kil­ku­cen­ty­me­trowe otar­cie z boku głowy. Przy­naj­mniej nie krwa­wiło. Zane i Femi też nie wyda­wali się poważ­nie potur­bo­wani. Na­dal sto­jący przy panelu kon­tro­l­nym nauczy­ciel był spo­koj­niej­szy. Już nie mówił tak szybko przez komu­ni­ka­tor.

- Dziwne. - Emmett przy­kuc­nął. Chwy­cił garść śniegu. - Nie jest zimny.

Wszy­scy powoli scho­dzili łagod­nym zbo­czem ku wyj­ściu, które na­dal było zamknięte. Dugan zadarł głowę, by zła­pać na język płatki śniegu. Inni odkrywcy poszli w jego ślady. Nie­któ­rzy zatrzy­my­wali się po dro­dze, by zro­bić sobie zdję­cia z moai, które teraz miały białe peruki. Po bom­bar­do­wa­niu gra­dzi­nami Cruz cie­szył się, że zro­biło się spo­koj­nie.

Dołą­czyła do niego Bryn­dis.

- Fan­chon nie­źle wymy­śliła z tą zamianą gradu w śnieg - powie­działa.

- To nie śnieg - wtrą­cił Dugan.

- Nie? A co?

Dugan nie odpo­wie­dział. Sku­piał się na tym, by zła­pać wyjąt­kowo duży pła­tek. Cruz rzu­cił Bryn­dis spoj­rze­nie o tre­ści "a co mi szko­dzi?". Otwo­rzył usta, by prze­chwy­cić naj­więk­szy pła­tek, jaki leciał w jego stronę. Poczuł na języku coś mięk­kiego. Emmett miał rację. Śnieg nie był zimny, tylko... słodki?

Cruz zła­pał spoj­rze­nie Sailor.

- Czy to...

- Wata wróż­kowa!4 - zawo­łała.

- W Wiel­kiej Bry­ta­nii mówimy, że to wata cukrowa.

- Cukrowe nitki - wtrą­cił Mat­teo.

- Oddech ducha - powie­dział Kwento, co spo­tkało się z grom­kim "Uuuuu!".

Sailor obró­ciła się w miej­scu.

- Mniej­sza o nazwę. Po pro­stu je łap­cie!

W Grro­cie zapa­dła cisza: dwa­dzie­ścioro czworo odkryw­ców pró­bo­wało zła­pać tyle płat­ków waty, ile tylko zdoła, nim zmieni się pogoda.

PUNKT ÓSMA WIE­CZO­REM gło­śne puka­nie do drzwi kajuty 202 wyrwało Cruza z transu. Od pół godziny gapił się na dru­karkę 3D. Cze­kał. Trzy­mał kciuki. Modlił się.

Wstał, by otwo­rzyć drzwi.

Sailor minęła go i sta­nęła pośrodku.

- Już się upie­kło?

Emmett prych­nął, choć nie ode­rwał się od kom­pu­te­rów.

- Nie pich­cimy cia­sta.

- Wiesz, o co mi cho­dzi.

Cruz zamknął drzwi i z Sailor pod­szedł do dru­karki sto­ją­cej po prze­ciw­nej stro­nie kajuty.

- Sailor ponie­kąd ma rację. By wytwo­rzyć skałę, potrzebne jest cie­pło...

- I ciśnie­nie. - Sailor schy­liła się, by spoj­rzeć przez okienko wiel­ko­ści pocz­tówki. - To kiedy ten szyb­ko­war upichci sió­demkę?

- Lada chwila - odparł Emmett.

- Mówi tak, odkąd wró­ci­li­śmy z obiadu - jęk­nął Cruz.

Sailor ciężko wes­tchnęła.

- To i tak nie­źle, że w dwa­na­ście godzin udaje się nam to, co natu­rze zaj­muje miliony lat - skwi­to­wał Emmett.

- Po pro­stu nie mogę się docze­kać.

Cruz tak samo. Ponie­waż nie miał praw­dzi­wego siód­mego frag­mentu recep­tury, jedyne, co mu pozo­stało, to stwo­rze­nie, a raczej pod­ro­bie­nie, go, by skło­nić do współ­pracy holo­dzien­nik mamy. Zresztą już raz prze­pro­wa­dzili druk próbny. Gdy Mgła­wica poj­mała jego tatę, we troje stwo­rzyli pod­róbkę mar­mu­ro­wego kamie­nia. Lecz wtedy Cruz uznał, że plan jest zbyt ryzy­kowny, i koniec koń­ców nie prze­ka­zał pod­róbki wro­gom. Jed­nak tym razem nie wystar­czyło, by ich domo­wej roboty kamień przy­po­mi­nał ory­gi­nał. Nie, jeśli mieli oszu­kać holo­pro­gram mamy, kamie­nie musiały być iden­tyczne.

Przez ostat­nie dwa tygo­dnie Cruz, Emmett, Lani i Sailor każdą wolną chwilę poświę­cali pro­jek­towi: wyko­ny­wali obli­cze­nia, wpro­wa­dzali dane do pro­gramu Emmetta, zbie­rali mine­rały i surowce i zaopa­try­wali w nie dru­karkę 3D, by stwo­rzyć dupli­kat siód­mego frag­mentu recep­tury. Punkt 7.28 tego ranka Cruz wci­snął ikonkę startu na ekra­nie doty­ko­wym dru­karki, by roz­po­cząć pro­ces for­mo­wa­nia. Powi­nien dobiec końca... cóż, wkrótce.

Cruz dołą­czył do Sailor i teraz oboje spo­glą­dali przez szybkę okienka, choć po praw­dzie to nie­wiele dało się zoba­czyć. Widok zasła­niała im gło­wica dru­karki, która uno­siła się nad mar­mu­rem. Sailor zaczęła nucić coś pod nosem. Deli­kat­nie wybi­jała rytm pal­cami o bok urzą­dze­nia. Cruz powtó­rzył po niej sekwen­cję, po czym wybił wła­sną, a Sailor powtó­rzyła po nim. I tak na zmianę zabi­jali sobie czas.

- Od tego patrze­nia wcale nie pój­dzie szyb­ciej - ode­zwał się Emmett, na­dal pogrą­żony w pracy.

- Nie patrzymy - odparła Sailor i uśmiech­nęła się szel­mow­sko do Cruza. - Wystę­pu­jemy.

Ich kon­cert prze­rwało puka­nie.

- Lani - powie­dział Cruz. Ode­rwał się od urzą­dze­nia, by znów otwo­rzyć drzwi.

Jed­nak w progu stała nie Lani, a cio­cia Mari­sol, która wymi­nęła go i wpa­ro­wała do środka.

- Skoń­czy­li­ście?

- Lada chwila - odparła Sailor.

Cioci zrze­dła mina. Z fru­stra­cji pocią­gnęła za chu­stę w różowo-żółte abs­trak­cyjne neo­nowe wzory, zarzu­coną luźno na swe­ter. Dostała ją w pre­zen­cie na Boże Naro­dze­nie od taty Cruza, który lubił odważne kolory nawet bar­dziej niż ona. Cruz mógł patrzeć na jaskrawe geo­me­tryczne kształty tylko przez kilka sekund, bo jego mózg zaczy­nał tań­czyć kan­kana.

Sailor była zachwy­cona.

- Sło­dziutko!

- Dzię­kuję - odparła cio­cia Mari­sol. - Sły­sza­łam, że w Grro­cie wybu­chła nie­kon­tro­lo­wana burza. Nikt nie ucier­piał?

- Na szczę­ście nie. - Sailor pod­nio­sła tablet. - A chce pani zoba­czyć naj­lep­sze momenty?

- Pew­nie.

Cruz posłał Sailor ostrze­gaw­czą minę, ale jego przy­ja­ciółkę tak pochło­nęło odpa­la­nie nagra­nia, że nie zwró­ciła na to uwagi.

- Jejku! - zawo­łała cio­cia Cruza. - Sły­sza­łam, że było ostro, ale nie sądzi­łam, że...

- A moi rodzice się mar­twią, że zro­bię sobie krzywdę na misji. - Sailor prych­nęła. - Misje? Naj­gor­sze są quizy z geo­gra­fii. O, teraz naj­lep­sza część. Ta ogrom­nia­sta gruda lodu pędzi na Cru...

- No, dzięki, Sailor, wystar­czy! - Cruz prze­sło­nił dło­nią ekran.

Tym razem Sailor zała­pała.

- Tak, no. Nic takiego, pro­fe­sor Mari­sol.

Lani poja­wiła się aku­rat wtedy, gdy Cruz miał ją wywo­łać przez komu­ni­ka­tor.

- Była­bym wcze­śniej, ale pró­bo­wa­łam napra­wić zamek w drzwiach - wyja­śniła.

- Naprawdę? - Sailor zagry­zła dolną wargę. - Zatrzy­ma­łam się przy two­jej kaju­cie, ale cię nie było.

- Bo oka­zało się, że szwan­kuje mi opa­ska SOS. - Lani unio­sła nad­gar­stek. - Dosta­łam nową. Fan­chon nie ma czasu, by od razu napra­wić starą. Podobno tonie w pracy w pra­cowni. Mam nadzieję, że już nie­długo przy­dzielą jej nową asy­stentkę.

- Faj­nie, gdyby nie była agentką Mgła­wicy - sark­nęła cio­cia Mari­sol.

Cruz wie­dział, że cio­cia na­dal roz­pa­mię­tuje jego nie­dawne star­cie z dok­tor Van­der­wick, któ­rego o mało nie oku­pił śmier­cią. Ba, asy­stentka Fan­chon nie­mal dopro­wa­dziła do eks­plo­zji na pokła­dzie! Zda­niem cioci pro­fe­sor High­to­wer powinna była ujaw­nić wszyst­kim, że Sidril Van­der­wick zaprze­dała się Mgła­wicy. Ale Cruz nie miał pre­ten­sji do dyrek­torki. Nie­chęć żywił wyłącz­nie wobec tego, który za wszystko odpo­wia­dał: Heze­kiaha Brume'a.

Pró­bo­wał zdo­być jakieś infor­ma­cje o sze­fie spółki far­ma­ceu­tycz­nej. Zapo­znał się z arty­ku­łami, według któ­rych Brume był bystrym, lecz wyco­fa­nym biz­nes­me­nem. Rzadko kiedy poka­zy­wał się publicz­nie. Cruz nie zna­lazł ani jed­nej foto­gra­fii. Nie dzi­wiło go to. Nasto­let­nia córka Brume'a, Roewyn, też była dość skryta, choć nie­raz już odwa­żyła się wyjść z cie­nia ojca, by pomóc Cru­zowi. Zresztą w Petrze oca­liła mu życie. Cruz wie­dział, że wyma­gało to od niej ogrom­nej odwagi, i był jej za to wdzięczny.

- Na miej­scu podzię­ko­wa­łam Fan­chon - dodała Lani. - Powie­działa, że chciała, by grad prze­mie­nił się w praw­dziwe płatki śniegu, ale wysia­dła kon­trola kli­matu, więc uznała, że mogłoby się zro­bić zbyt chłodno lub zbyt cie­pło. Albo byśmy zamar­zli, albo cze­ka­łaby nas powódź. Uznała, że naj­bez­piecz­niej będzie odpa­lić GWC.

- GWC? - zdzi­wiła się cio­cia Mari­sol.

- Grro­tową watę cukrową - roz­wi­nęła nazwę Lani. - Gdy zwa­rio­wał pro­gram GRROT-y, Fan­chon nie mogła anu­lo­wać pole­ce­nia gene­ro­wa­nia opa­dów. Mogła jed­nak je zmo­dy­fi­ko­wać, by leciało co tylko dusza zapra­gnie. Cokol­wiek.

Cio­cia Mari­sol deli­kat­nie unio­sła brwi.

- Mówisz, że zamie­niła gra­dziny...

- W watę cukrową - wtrą­ciła Sailor. - Chce pani zoba­czyć?

No pew­nie, że chciała. Byli już w poło­wie nagra­nia, gdy usły­szeli dźwięk. Ping!

- Cia­sto gotowe. - Emmett wresz­cie odwró­cił się od kom­pu­te­rów.

- Lani nie znosi ciast - zażar­to­wał Cruz.

- Dziś robię wyją­tek.

Zgro­ma­dzili się tłum­nie przy dru­karce. Emmett otwo­rzył górne drzwiczki, się­gnął do środka i wyjął trój­kątny kawa­łek czar­nego mar­muru.

- Jesz­cze cie­pły.

Zaniósł go na biurko, jakby był bez­cen­nym wazo­nem. Cruz, Lani, Sailor i cio­cia Mari­sol sta­nęli tuż za nim.

Emmett wcze­śniej przy­szy­ko­wał tablet. Na ekra­nie wid­niała foto­gra­fia Cruza, która przed­sta­wiała ory­gi­nalną siódmą część recep­tury. Umie­ścił dupli­kat na ekra­nie tuż obok zdję­cia. Wycią­gnął dłoń w stronę Cruza, który zdjął z szyi wisior. Skła­dał się z sze­ściu czę­ści recep­tury, któ­rych auten­tycz­ność została potwier­dzona przez holo­dzien­nik mamy. Cruz nie docze­pił fał­szywki Mgła­wicy - zosta­wił ją na szafce. Emmett umie­ścił sześć połą­czo­nych ze sobą kamieni na lewo od zdję­cia.

- Jak wie­cie, nasz dupli­kat składa się dokład­nie z tego samego mate­riału co praw­dziwe kamie­nie - wyja­śnił. - Teraz musimy spraw­dzić, czy zga­dza się cała reszta: barwa, kształt, gra­wer, powierzch­nia, w tym wszyst­kie kra­wę­dzie. - Usiadł przy biurku, a pozo­stali spo­glą­dali mu przez ramię. Obser­wo­wali zde­ner­wo­wani, jak chło­pak porów­nuje nowy frag­ment z tym na foto­gra­fii, a potem z samymi trój­kąt­nymi kawał­kami mar­muru. Gdy skoń­czył, zamie­rzał połą­czyć nowy kawa­łek z szó­stym kamie­niem.

Cruz wstrzy­mał dech. "Jeśli nie będzie paso­wać..."

Klik! Kamień bez trudu zajął miej­sce wśród reszty.

- Ide­al­nie - szep­nęła Sailor.

Dobry począ­tek. Po kilku peł­nych napię­cia chwi­lach Emmett uniósł głowę. Oprawki jego emo­cjo­ku­la­rów przy­po­mi­nały zło­ci­stą burzę śnieżną.

- Pasuje jak ulał.

Cruz przy­bił piątki z Lani i Sailor i uści­skał szybko cio­cię, choć wie­dział, że to jesz­cze nie koniec. Przed nimi osta­teczna próba.

Emmett odłą­czył nowy frag­ment od pozo­sta­łych i zło­żył go w otwar­tej dłoni Cruza.

- Są nie­odróż­nialne. Miejmy nadzieję, że twoja mama, to zna­czy: pro­gram, też ich nie roz­różni.

Emmett popra­wił się świa­do­mie. Wie­dział, że Cru­zowi nie podoba się per­spek­tywa oszu­ka­nia mamy.

- Nikogo nie oszu­ku­jesz - argu­men­to­wał. - To pro­gram, nie osoba. Zresztą twoja mama chciała, żebyś zebrał wszyst­kie czę­ści. To na nic, jeśli pro­gram nie pój­dzie do przodu, a nie pój­dzie bez odro­biny...

- Oszu­stwa? - rzu­cił Cruz.

- Pró­bo­wa­łeś już wszyst­kiego - odparł łagod­nie Emmett. - Twoja mama by zro­zu­miała.

"Na pewno?"

Zebrali się w pię­cioro wokół niskiego okrą­głego sto­lika pośrodku kajuty. Cruz uru­cho­mił holo­dzien­nik. Gdy cze­kał, aż przej­dzie skan iden­ty­fi­ka­cji bio­me­trycz­nej, było mu gorąco i czuł mro­wie­nie na skó­rze.

Po chwili poja­wił się wize­ru­nek mamy.

- Cześć, Cru­zuś.

Ni­gdy nie miał dość tego powi­ta­nia.

- Cześć, mamo.

Ni­gdy nie miał dość odpo­wie­dzi.

- Cruz, czy masz siódmy frag­ment recep­tury?

- Mam. - Wycią­gnął kamień. Nie potra­fił powstrzy­mać drże­nia dłoni. Bał się patrzeć mamie w oczy. Oba­wiał się, że mina go zdra­dzi. W końcu mama zawsze wie­działa, kiedy kła­mał - przy­naj­mniej za życia. A jeśli teraz też?

Usły­szał brzdęk bran­so­letki z pacior­kami cioci. Musiała prze­bie­rać rękoma. Kątem oka ujrzał, jak oprawki oku­la­rów Emmetta zmie­niają się w pół­księ­życe. Mama na­dal przy­glą­dała się kamie­niowi. Trwało to dłu­żej niż zwy­kle. Po kilku minu­tach unio­sła głowę, gotowa wydać wer­dykt. Serce Cruza waliło jak osza­lałe.

Spoj­rzał mamie w sza­ro­nie­bie­skie oczy.

- Przy­kro mi, ale ten kawa­łek recep­tury nie jest auten­tyczny. Nie udało ci się odblo­ko­wać kolej­nej wska­zówki.

Cruz poczuł, jak gaśnie ostatni pro­myk nadziei. Sły­szał te słowa wiele razy, szcze­gól­nie nie­dawno. Jed­nak tym razem było w jej odmo­wie coś innego. Jej ton głosu był łagod­niej­szy. Smut­niej­szy. Jakby wie­działa, że cierpi, i chciała mu pomóc. Jasne, był nie­po­ważny. Miał do czy­nie­nia z holo­wi­deo, zapro­gra­mo­wa­nym wize­run­kiem o ogra­ni­czo­nych reak­cjach. Nie czuło, nie miało wie­dzy i niczego nie pra­gnęło.

To, co ujrzał, było wytwo­rem jego wyobraźni - głowy, a może serca, które pra­gnęło tego, czego nie mógł dostać.

Stał tak, osłu­piały, gdy jego mama znik­nęła. Oba­wiał się, że po raz ostatni.

3

NA OSTAT­NIM ODCINKU pię­cio­mi­lo­wego biegu wzdłuż Tamizy Thorne Pre­scott poczuł brzę­cze­nie na piersi. Zatrzy­mał się pod drze­wem, roz­su­nął kie­szeń nylo­no­wej koszulki i wyjął tele­fon. Według iden­ty­fi­ka­tora dzwo­niła Łabę­dzica.

Ode­brał.

- Tak? - rzu­cił zdaw­kowo.

- Wybra­łeś się na prze­bieżkę, Kobro? - spy­tał głos. Pre­scott był pewien, że nale­żał do Oony Mos­sha­ven, asy­stentki Heze­kiaha Brume'a. - Piękny pora­nek. Trasa pie­sza Chel­sea Embank­ment wzdłuż Tamizy?

Łabę­dzica, rzecz jasna, znała już odpo­wiedź na pyta­nie. Mgła­wica zawsze wie­działa, gdzie jesteś. Pre­scott spoj­rzał na mętne wody ude­rza­jące o mur opo­rowy.

- Tak - odparł. Na­dal łapał oddech.

- Mam kolejne pole­ce­nie. Lew chce, żebyś był w goto­wo­ści. Orion znaj­duje się na obsza­rze Antark­tyki, ale już wkrótce ruszy na pół­noc ku wschod­niemu wybrzeżu Ame­ryki Połu­dnio­wej. Jesz­cze nie znamy doce­lo­wego portu.

- Cho­dzi o... Jagu­ara? - Tak... - zapa­dło dłuż­sze mil­cze­nie - ...i nie.

"Co to za odpo­wiedź?" Albo przy­szła kolej na to, by zająć się Emmet­tem, albo nie. Pre­scott otarł pot z czoła.

- Łabę­dzico, co się dzieje?

- Ja... nie powin­nam... Mia­łam tylko cię powia­do­mić, że będziesz potrzebny.

- I tak zro­bi­łaś. Ale jak coś nie gra, muszę o tym wie­dzieć. Muszę się przy­go­to­wać.

- Lew ma pewien kło­pot z...

- Zacze­kaj - wtrą­cił Pre­scott.

Chod­ni­kiem nad­cią­gała grupa tury­stów. Pre­scott odwró­cił się od rzeki ku dwu­pa­smo­wej dro­dze. Zacze­kał, aż prze­jadą samo­chody, po czym popę­dził na drugą stronę wysa­dzo­nej drze­wami ulicy. Zatrzy­mał się w cie­niu maje­sta­tycz­nego gra­ni­to­wego wodo­try­sku z epoki wik­to­riań­skiej, po czym prze­śli­zgnął się przez szparę w niskim żywo­pło­cie. Zatrzy­mał się przed posą­giem Tho­masa More'a5 nie­opo­dal kościoła Chel­sea Old6.

Rene­san­sowy mąż stanu spo­czy­wał na kamien­nym pie­de­stale. Pozła­cane głowa i koń­czyny sil­nie kon­tra­sto­wały z czar­nymi sza­tami i pła­skim kape­lu­szem. Jedyną funk­cją zło­ceń było pod­kre­śle­nie zło­żo­nych w modli­twie dłoni. Pre­scott znał histo­rię Anglii na wylot. More, daw­niej jeden z naj­bar­dziej zaufa­nych dorad­ców króla Hen­ryka VIII, popadł w nie­ła­skę, gdy odmó­wił popar­cia decy­zji o zerwa­niu związ­ków z Kościo­łem kato­lic­kim. Król chciał bowiem roz­wieść się z jedną kobietą, by oże­nić się z drugą, co było nie­zgodne z pra­wem kano­nicz­nym. More upar­cie stał przy swoim, co drogo go kosz­to­wało. Został ska­zany za zdradę i stra­cony.

Pre­scott przy­ło­żył tele­fon do ucha.

- To w czym pro­blem, Łabę­dzico?

- Szpieg wśród odkryw­ców ma siódmą część recep­tury, ale...

W gło­wie Pre­scotta od razu poja­wiły się różne pomy­sły. Zgu­bił ją? Uszko­dził? Sprze­dał?

- ...odma­wia jej wyda­nia - dokoń­czyła roz­mów­czyni.

Pre­scott zaśmiał się gło­śno. "Emmett!" Musiał przy­znać, młody jest zadziorny. Ma żar w trze­wiach. I lód w żyłach. Mało tego, odwa­żyłby się posta­wić samemu Heze­kia­howi Brume'owi.

- Lew musi być wście­kły. - Pró­bo­wał ukryć w gło­sie radość.

- Mało powie­dziane.

Pre­scott poża­ło­wał, że nie może zoba­czyć tego na wła­sne oczy. Brume czę­sto tra­cił rezon, gdy miał wra­że­nie, że usuwa mi się grunt spod nóg. Nie­for­tunna śmierć Zebry i buń­czuczny nasto­la­tek w pakie­cie? Brume fak­tycz­nie stał na grzą­skim grun­cie.

- Spró­buję zro­bić, co w mojej mocy, by skie­ro­wać sprawy na wła­ściwy tor - zaofe­ro­wał.

- Poroz­ma­wiasz z Jagu­arem?

- Tak.

- To nie­moż­liwe...

- Za późno - przy­znał Pre­scott. - Gdy stra­ci­li­śmy kon­takt z Zebrą, nie mia­łem wyboru. Nawią­za­łem kon­takt. - Gdy usły­szał jęk, dodał: - Pozwól, że spró­buję. Lew nie musi o niczym wie­dzieć. Jeśli zadziała, pro­blem z głowy. A jeśli nie, zała­twimy to tak, jak chce.

Wes­tchnęła.

- Niech ci będzie.

- Pew­ność sie­bie. Wła­śnie to lubię.

- Dzię­kuję. Dam ci jedną dobę na prze­ko­na­nie Jagu­ara do współ­pracy. Ale potem Lew weź­mie sprawy we wła­sne ręce.

- Rozu­miem.

- Dzię­kuję, Kobro.

- Dzię­kuję... Oono. - Zacze­kał na jej ciche wes­tchnię­cie i roz­łą­czył roz­mowę.

Zasko­cze­nie Łabę­dzicy spra­wiło, że poczuł drobną satys­fak­cję. Wie­dza nie była wyłączną domeną Mgła­wicy. Nie, żeby miało to zna­cze­nie. Wła­dzę spra­wo­wał Lew. Spra­wo­wał ją nie­po­dziel­nie i nie zawaha się z niej sko­rzy­stać.

Pre­scott spoj­rzał w pogrą­żoną w myślach twarz Tho­masa More'a. Jeśli cho­dzi o Mgła­wicę, nikt nie mógł czuć się bez­pieczny. Nawet jej naj­wier­niej­szy sługa.

4

OCEAN POŁU­DNIOWY U WYBRZEŻA WYSP DAN­GER NA MORZU WED­DELLA

EHH. EHH.

Emmett ani drgnął.

Ehh. Ehh.

Nic. Leżący na sąsied­nim łóżku chło­pak nie dawał znaku życia.

- Emmett? - wychry­piał Cruz. - Pisz­czy twój leni­wiec.

Meta­licz­nie zie­lony budzik w kształ­cie odwró­co­nego V, nie­dawny pre­zent od wujka i cioci Emmetta, miał wgrane setki odgło­sów zwie­rząt. Współ­lo­ka­tor Cruza mógł wybrać sobie pobudkę do dźwię­ków prak­tycz­nie dowol­nego stwo­rze­nia na Ziemi - od przy­po­mi­na­ją­cego zra­sza­cze szumu cykad po koja­rzący się z odgło­sem uru­cha­mia­nego sil­nika dźwięk kitanki. Ulu­biony dźwięk Cruza poja­wił się nie­dawno w opcji do pobra­nia: niska, poru­sza­jąca pieśń płe­twala błę­kit­nego. Cóż, Emmett wolał uro­cze popi­ski­wa­nie nowo naro­dzo­nego leniwca - i to te dźwięki towa­rzy­szyły zazwy­czaj ich pobudce. Jed­nak tego dnia Cruz zerwał się na długo przed leniw­cem. Przy­glą­dał się, jak deli­kat­nie oddy­cha smacz­nie śpiący obok Hub­bard.

Odkąd kilka dni wcze­śniej holo­dzien­nik mamy odrzu­cił dupli­kat kamie­nia z recep­turą, Cruz kiep­sko sypiał - Sailor skwi­to­wała nie­po­wo­dze­nie, mówiąc, że tylko "zmar­mur­no­wali czas". Począt­kowo chło­pak się nie zra­żał. Tak samo jego przy­ja­ciele. Podob­nie jak on, Emmett, Sailor i Lani posta­no­wili dociec, co poszło nie tak, sko­ry­go­wać błąd i spró­bo­wać ponow­nie.

A ponie­waż Orion kie­ro­wał się na połu­dniowy wschód przez Ocean Połu­dniowy ku naj­da­lej wysu­nię­temu na pół­noc czub­kowi Antark­tydy, mieli mnó­stwo czasu, by posie­dzieć nad pro­ce­sem dupli­ka­cji. Emmett prze­pro­wa­dził pełną dia­gno­stykę pro­gramu. Sailor zwe­ry­fi­ko­wała budowę i wymiary skały. Lani sie­działa nad obli­cze­niami. Cruz zajął się samą dru­karką 3D, by upew­nić się, że działa pra­wi­dłowo. I choć zagłę­bili się w naj­mniej­sze szcze­góły, nie byli w sta­nie wska­zać ani jed­nego błędu, prze­ocze­nia czy pro­blemu. Wszystko poszło zgod­nie z pla­nem. Powstała skała, która była dupli­ka­tem pier­wo­wzoru. Póki nie odkryją, dla­czego została odrzu­cona, two­rze­nie kolej­nych dupli­ka­tów będzie bez­ce­lowe i skoń­czy się tak samo. Zmar­mur­no­wa­niem czasu.

- Zoba­czysz, roz­k­mi­nimy to - zapew­niała go Lani.

Doce­niał słowa otu­chy, ale nie podzie­lał jej opty­mi­zmu. Miał wąt­pli­wo­ści. I to jakie. Bra­ko­wało mu wska­zówki, którą mógłby się pokie­ro­wać, zagadki do roz­wią­za­nia, wresz­cie szy­fru, który mógłby zła­mać. Mama posta­wiła sprawę jasno: by odblo­ko­wał ostat­nią wska­zówkę, potrze­bo­wał ory­gi­nału siód­mego frag­mentu recep­tury. Niczego innego. To nie jest coś, co mogą "roz­wią­zać". Ich trop się urwał.

Ehh. Ehh. Ka-donk.

Po omacku się­ga­jąc po budzik na szafce noc­nej, Emmett prze­krę­cił się i spadł z łóżka.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki