Rozdział 1
1
Zrób-to-albo-giń. Tak Sailor York nazwała
moment przed rozpoczęciem misji. Przez tych kilka pełnych napięcia
minut, gdy czekało się na sygnał, można się było zmotywować albo
przekręcić ze stresu. Wszystko zależało od twojej decyzji.
Było to ekscytujące. Porywające. I było...
"Teraz!"
Omiotła wzrokiem zatokę Chesapeake, zaczerpnęła ostatni haust świeżego
morskiego powietrza i włożyła hełm nurkowy. Za kompanów miała tylko
trzepoczące serce i własne myśli. Jej partner nurkowy Cruz połączył
rurki między jej maską i butlą tlenową. Sailor próbowała nie myśleć, że
wrześniowe słońce pali jej ramiona, płetwa miażdży paluszek lewej stopy,
a kanapka z grillowanym serem fika koziołki w jej brzuchu. Przede
wszystkim zaś próbowała nie myśleć, ile zależy od ich misji - bo
zależało od niej wszystko.
Zrób to albo giń.
Poczuła pulsowanie na plecach i odczytała cyfrowy zapis na dole gogli.
Zapas powietrza: 100 procent. Aparat nurkowy z obiegiem zamkniętym
filtrował wydychany dwutlenek węgla, odzyskiwał tlen i azot, a następnie
uzupełniał jedno i drugie o świeże powietrze z butli, zanim całość
trafiała z powrotem do maski. Sailor odetchnęła głęboko parę razy, by
się upewnić, że aparat jest sprawny, po czym pokazała Cruzowi
wyciągnięty kciuk.
Oblizała suche jak pustynia wargi i przyczepiła pilot sterujący
płetformersami do pasa fioletowej kamizelki nurkowej. Złożone razem
szare niczym poszycie okrętu płetwy przypominały ogon walenia. Mogła
nimi machać jak typowymi płetwami, kopiąc nogami, albo pstryknąć
przełącznikiem na pilocie, by powstał pojedynczy zmotoryzowany ogon.
Stanęła piętami tuż na krawędzi zakotwiczonego poduszkowca. Delikatne
fale uderzały o czarny owalny kadłub "Rigela", a Sailor nie mogła się
doczekać, aż wskoczy do chłodnej wody. Nadal nie przyzwyczaiła się do
nagłej zmiany pór roku.
Dopiero wczoraj przybyła tu z Nowej Zelandii, znanej pod nazwą
Aotearoa w języku maoryskim, którym często posługiwała się w domu jej
rodzina. Gdy minęła równik, porzuciła zimowe temperatury, sięgające
dziesięciu stopni na plusie w Christchurch, czyli po maorysku
?tautahi, na rzecz lepkich, parnych trzydziestu paru stopni lata w Waszyngtonie!
Jej partner nurkowy podawał jej parę rękawiczek z połączonymi ze sobą
palcami. Cruz się uśmiechał, ale Sailor nie dała się nabrać. Skryte za
goglami kawowe oczy, ciemniejsze od jej własnych, teraz zdradzały
niepokój. Wszyscy byli spięci. Ekipa Cousteau, do której należeli
Sailor, Cruz, Emmett Lu, Leni Kealoha i Dugan Marsh, nie chciała
rozczarować Fanchon.
Dr Quills lub Fanchon, jak wolała, by mówili do niej odkrywcy, siedziała
za Sailor i Cruzem. Pochylała się nad laptopem, a spod jej akwamarynowej
chusty w żółwie morskie wylewały się karmelowe loki. Fanchon była
szefową pracowni technologicznej na pokładzie "Oriona", jednego z sześciu statków należących do floty Akademii Odkrywców i służących jej
za mobilne szkoły. Prestiżowa Akademia przyjmowała uczniów z całego
świata. Mieli stać się kolejnym pokoleniem wielkich badaczy,
dziennikarzy, fotografów i odkrywców. Każdy rocznik miał własnego
opiekuna i nauczycieli, którzy towarzyszyli im przez kolejne etapy
sześcioletniej edukacji. Rocznik Sailor złożony z około dwóch tuzinów
uczniów miał właśnie zacząć drugi rok nauki na pokładzie "Oriona".
Sailor lubiła swoich nauczycieli, ale nade wszystko ubóstwiała szefową
pracowni technologicznej.
Bo Fanchon była po prostu genialna. To ona stworzyła większość sprzętu,
z którego korzystali odkrywcy. PANDA (Przenośny Analizator Notacji i Danych o Artefaktach) identyfikowała i datowała skamieniałości.
Robotyczna fotopułapka AMORF (Autonomiczny Mobilny Obserwacyjny Robot
Florystyczny) podszywała się pod dowolną roślinę. To ona stworzyła
płetformersy, które mieli teraz na sobie Sailor i Cruz. Wymyśliła też
Ukwiał, czyli Uniwersalny Komunikator Waleński, hełm nurkowy z oprogramowaniem tłumaczącym wokalizacje ponad osiemdziesięciu gatunków
wielorybów, delfinów oraz innych waleni na język ludzi - i odwrotnie!
Rok wcześniej w kanadyjskiej zatoce Fundy jako pierwsza Ukwiały
przetestowała Ekipa Cousteau podczas szkolnej misji, by uratować walenie
biskajskie zaplątane w sieci łowieckie. Cruz, który miał na sobie taki
właśnie hełm, rozmawiał ze zwierzętami za pomocą prostych wyrażeń, by je
uspokoić, gdy reszta uczniów przecinała liny i sieci. Ukwiał spisał się
na medal. No, do czasu. Bo gdy już uwolnili zwierzęta i Cruz próbował
wypłynąć na powierzchnię, nagle w tajemniczych okolicznościach odmówił
współpracy system podtrzymywania życia. Cruz omal nie utonął. Gdy
Fanchon odkryła, że to jej asystentka doktor Vanderwick dokonała
sabotażu, zamroziła projekt do chwili, aż zdoła zapewnić uczniom
bezpieczeństwo. Nikt nie wiedział, ile to zajmie, a Sailor się bała, że
odkrywcy mogą już nigdy nie dostać drugiej szansy, by wypróbować hełmy.
Ale potem, trzy tygodnie temu, dostała list.
Droga Sailor,
mam nadzieję, że porządnie wypoczęłaś, bo czeka cię przygoda!
Uniwersalny Komunikator Waleński 2.0 jest gotowy do testów. Dyrektorka
Akademii, profesor Regina Hightower, udzieliła ci pozwolenia jako
członkini ekipy, która pomagała przetestować prototyp urządzenia, abyś
wróciła do kampusu w przeddzień rozpoczęcia roku szkolnego, by asystować
mi w testach przeprojektowanego hełmu. Podejmiesz się tego wyzwania? Z niecierpliwością czekam na odpowiedź.
Twoja siostra w nauce
Fanchon
Sailor wraz z Lani i Cruzem z Hanalei na Hawajach, Duganem z Santa Fe w Nowym Meksyku i Emmettem z Toronto w Ontario czym prędzej odpowiedzieli
twierdząco i misja się rozpoczęła!
Dziś w południe wsiedli do autonomicznego pojazdu AutoAuto, by odbyć
dwudziestokilometrową podróż z kampusu Akademii w centrum Waszyngtonu do
przystani National Harbor Marina w stanie Maryland, gdzie cumował
"Orion". Fanchon wraz z szefową laboratorium oceanografii, doktor Pilar
Jazayeri, zwaną przez wszystkich Jaz, czekali na nich na pokładzie
"Rigela". Jaz poprowadziła poduszkowiec rzeką Potomak do zatoki
Chesapeake. Obok niej w fotelu drugiego pilota siedziała Lani. Fanchon
wraz z resztą ekipy omówili ostateczny plan.
Na potrzeby drugiego testu Ukwiału mieli skontaktować się ze stadem
butlonosów zwyczajnych, delfinów, które Fanchon monitorowała w zatoce.
Cruz i Sailor zamierzali zanurkować - Cruz w Ukwiale, a Sailor w standardowej masce (odkrywcy zawsze nurkowali parami, by się
asekurować). Elektroniczne płetformersy nurków w elektrycznym trybie
monoogona umożliwią im dotrzymanie kroku delfinom, które rozwijają
prędkość do trzydziestu paru kilometrów na godzinę. "Rigel" miał podążać
ich śladem, a znajdujący się na pokładzie Emmett i Dugan mieli kierować
nurków i monitorować ich parametry życiowe za pośrednictwem ich opasek
SOS. Każdy odkrywca bowiem nosił na nadgarstku opaskę monitorującą puls,
ciśnienie krwi, oddech, temperaturę, rytm snu, układ odpornościowy i nie
tylko. Technicznie rzecz biorąc, SOS to skrótowiec od Systemu
Organicznej Synchronizacji, ale ponieważ opaski jednocześnie służyły za
klucze dostępowe do pokładowego czy szkolnego systemu bezpieczeństwa,
uczniowie lubili utrzymywać, że to tak naprawdę od "Sezamie, otwórz
się". Jeśli wszyscy zrobią, co do nich należy, i nie zawiedzie sprzęt,
możliwe, że dziś Cruz "porozmawia" z delfinem!
- Test łączności. - W masce Sailor rozbrzmiał głos Emmetta. - Ups!
Chwila, drobny problem.
Sailor mimowolnie prychnęła. Gdy Emmett próbował założyć zestaw
słuchawkowy cieńszy od spaghetti, niechcący poplątał go ze swoimi
emocjokularami. Emmett pasjonował się technologią, a oprawki
emocjokularów były jego osobistym wynalazkiem. Odbierały fale mózgowe i zmieniały kształt i barwę w zależności od nastroju. W tej chwili okrągłe
oprawki zmieniały odcienie szybciej niż zepsuta sygnalizacja świetlna.
Sailor zauważyła z ulgą, że nawet zazwyczaj opanowany Emmett teraz jest
równie roztrzęsiony.
- No dobrze, gotowe - oznajmił. - Sailor, odbierasz?
- Odbieram.
Gdy Cruz, Fanchon, Dugan, Jaz i Lani także potwierdzili, Emmett ogłosił,
że system łączności działa, jak należy. Jaz przekazała, że ich wspólne
pasmo będzie otwarte aż do końca misji.
- Systemy Ukwiału są sprawne - zameldowała Fanchon. - Cruz i Sailor,
koniecznie utrzymujcie odstęp co najmniej dziesięciu metrów od delfinów.
Nie narzucajcie się. Po zajęciu przez was pozycji Dugan uruchomi
odliczanie. Pamiętajcie, gdy wyczujecie, że zwierzęta są zestresowane,
albo nie nawiążecie kontaktu w kwadrans...
- Mamy od nich odbić i wrócić - dokończył Cruz.
Szacunek wobec świata natury był dla nich najważniejszy. Wszyscy
wiedzieli, że są tu, by porozumieć się z delfinami, a nie przeszkadzać
czy je wystraszyć.
- Stado znajduje się półtora kilometra na północny wschód od tego
miejsca i zmierza w kierunku południowym - ogłosiła Lani.
- Już pora! - powiedział Emmett. - Nurkowie, czekajcie na sygnał.
Serce zadudniło Sailor w uszach. Zamknęła oczy, by ochronić się przed
oślepiającymi refleksami światła słonecznego, odbijającego się od tafli
wody. Wypuściła powietrze i odsunęła od siebie wszystkie myśli, które do
tej pory zaprzątały jej głowę - o spiekocie, bolącym palcu, o kanapce
robiącej salta w żołądku...
- Sailor? - Cruz odezwał się tak cicho, że ledwie go usłyszała.
Otworzyła oczy i zwróciła się w jego stronę.
- Tak?
- Dzięki, że nurkujesz ze mną. - Wyciągnął do niej rękę.
Sailor wyszczerzyła zęby i chwyciła go za dłoń.
- Zawsze.
- TERAZ!
Nadal trzymając Cruza za rękę, Sailor zrobiła krok za krawędź
poduszkowca. Chłód uderzył w nią niczym cios pięścią w brzuch. Nie
spanikowała. Puściła palce Cruza, po czym powoli zaczęła machać rękoma w górę, w dół i na boki, tak jak nauczył ich monsieur Legrand, nauczyciel
fitnessu i survivalu. Bez przerwy poruszała nogami. Zaaklimatyzowała się
już po minucie. Woda była mętna, więc Sailor była wdzięczna za odczyty z cyfrowego kompasu w hełmie. Wraz z Cruzem zanurkowali na głębokość
trzech metrów, po czym ruszyli na zachód.
- Jak tam jest? - zainteresował się Emmett.
Sailor się skuliła, by uniknąć kolizji z chełbią modrą.
- Jakbyś pływał w kremowej zupie ogórkowej kuka Kristosa.
- Trzymajcie się kursu, a zrównacie się ze stadem. - Dugan prychnął. - I uważajcie na grzanki w zupie.
Coś faktycznie wyłaniało się spośród zielonych odmętów, ale nie była to
żadna grzanka. Sailor zauważyła nogi z błoną pławną... a potem
skorupę...
"Żółw!" Płaska szara głowa z czarnymi plamami poruszała się na boki, gdy
żółw machał czterema krępymi szarymi nogami. Gad miał mniej niż
dwadzieścia pięć centymetrów szerokości, a na jego grzbiecie biegł wzór
koncentrycznych pierścieni. Komputer w hełmie Sailor zidentyfikował
zwierzę jako należące do gatunku Malaclemys terrapin - żółwi
diamentowych.
Tu-łiiit. Tu-łiiit.
Sailor przyjrzała się odczytom, by znaleźć źródło dźwięku. Problem z tlenem? Wyczerpana bateria w płetwach?
- To u mnie - odparł Cruz. - Ukwiał wychwytuje nawoływania delfinów.
Dowiedzieli się, że butlonosy komunikują się kliknięciami i gwizdami.
Pojedyncze okazy miały własne sygnały.
- Uruchamiam płetformersy i przerzucam się na translator! - zameldował
Cruz, przekrzykując wrzawę. Podczas próby nawiązania kontaktu ze
zwierzętami będzie nieosiągalny na ich normalnym paśmie.
- Kia ora! - zawołała za nim Sailor i pokazała wyciągnięty kciuk.
Cruz umieścił ręce płasko przy tułowiu, wyprostował nogi i wyciągnął w dół palce u stóp. Popędził ku powierzchni niczym torpeda, aż uniósł się
za nim kurz. No, bąbelki. Sailor zbliżyła pięty, pstryknęła
przełącznikiem pilota i poczuła, jak jej płetwy łączą się ze sobą w "ogon".
Wcisnęła przycisk zasilania, powtórzyła ruchy Cruza i już po chwili też
sunęła w górę. Wyskoczyła na powierzchnię niczym korek z butelki.
Rozpłaszczyła stopy, by spowolnić zmotoryzowane płetwy. Obróciła się w miejscu, by rozejrzeć się za przyjacielem, ale go nie ujrzała.
Przyśpieszyło jej tętno. Gdzie się podział?
Tam! Około dwudziestu metrów na wschód unosił się czarny hełm. Ale coś
innego sprawiło, że Sailor aż zaparło dech z zachwytu: widok delfinów
sunących wśród fal. Jakiś tuzin zwierząt kierował się na południe i butlonosy kolejno zaczerpywały powietrza. Ich smukłe ciała mieniły się
srebrzyście.
Cruz podążał za stadem.
Sailor miała trzymać się blisko partnera nurkowego, na wypadek gdyby jej
potrzebował. Złożyła ręce płasko przy tułowiu, wyciągnęła palce u stóp i odpłynęła! Trzymając głowę i ramiona nad powierzchnią, odbijała się od
niej niczym motorówka. Co chwila zerkała na cyfrowy prędkościomierz w rogu tarczy twarzowej; dziesięć kilometrów na godzinę... trzynaście...
piętnaście...
Cruz utrzymywał stałą prędkość piętnastu kilometrów na godzinę.
Sailor rozglądała się w poszukiwaniu łódek, kłód, w zasadzie
wszystkiego, co mogłoby przeszkodzić Cruzowi, gdy dostrzegła coś po
swojej prawej. Płetwę! Tuż obok niej sunął butlonos! Był na wyciągnięcie
ręki. Widocznie usiłował dogonić swoje stado. Sailor odbiła w lewo, by
dać mu nieco przestrzeni, ale delfin nie popędził przed siebie. Zamiast
tego podążył w ślad za nią. Sailor napięła stopy i ograniczyła prędkość
do trzynastu kilometrów na godzinę. Delfin bez trudu dotrzymywał jej
tempa. Zwolniła do dziesięciu, ale zwierzę ani myślało płynąć w swoją
stronę.
Nagle butlonos skoczył w górę, wygiął się w łuk, po czym zanurkował z powrotem. Raz za razem wynurzał się i nurkował, wynurzał i nurkował,
czasami przeskakując nad Sailor, jakby ją zapraszał, by przyłączyła się
do zabawy. Wzburzona morska piana uderzała o tarczę hełmu dziewczyny.
Gdyby tylko Sailor mogła dołączyć!
A może...? W końcu miała ogon!
Złożyła ręce płasko u tułowia, połączyła wyprostowane nogi i wyciągnęła
do tyłu palce. Opuściła wodę - no, zrobiły to jej ramiona i tors. Jej
skok był mało imponujący w porównaniu z susami butlonosa. Może gdyby
zaczęła głębiej - gdyby się porządnie rozpędziła? Zanurkowała na
głębokość niemal czterech metrów i wygięła palce u nóg tak mocno, że aż
poczuła, jak jej strzela w stawach. Wystrzeliła jak rakieta. Tym razem
całe jej ciało wyłoniło się z fal! Delfin skoczył wraz z nią, choć
sięgnął jeszcze dalej!
"Niesamowite! - pomyślała, opadając z pluskiem do wody. - Musimy
spróbować jeszcze raz!".
Sunąc obok delfina, poczuła, jak ogarnia ją fala ciepła. Zaczęła się w pobliżu jej serca i rozchodziła niczym promienie słońca. Zrelaksowana i szczęśliwa niczego tak nie chciała, jak zostać w zatoce i się bawić.
Czuła się wolna.
I czuła coś jeszcze. Coś znajomego. Ssący głód w żołądku.
"Chwila..."
Miała ochotę na kałamarnicę.
"Że jak?"
Wyobraziła sobie grupę białych kałamarnic w czarne plamki, mknących
wśród trawy morskiej porastającej dno. Na samą myśl aż zaburczało jej w brzuchu - ŻE JAK?
"Co się dzieje? Przecież nie jem kałamarnic".
I wtedy do niej dotarło.
"To nie są moje myśli".
A skoro nie jej, to...
Jednym szybkim ruchem przyciągnęła kolana do piersi. Ten ruch sprawił,
że straciła panowanie nad swoim ciałem. Wirowała, a niebo i morze
zlewały się w jedno, przyprawiając ją o zawrót głowy. Omal nie straciła
przytomności. Gdy świat się zatrzymał, Sailor odkryła, że leży na
plecach na powierzchni. Serce dudniło jej jak szalone i oddychała tak
gwałtownie, że krawędzie maski zaszły mgłą.
- Sailor? - usłyszała głos Emmetta. - Wszystko w porządku? Twoje
parametry życiowe właśnie wystrzeliły na orbitę.
- Eee... tak - wysapała. - Nic mi nie jest... Błąd urządzenia.
Wyprostowała się i wyłączyła płetformersy. Delfin odpłynął. Cruz tak
samo. O kurczę, a miała jedno zadanie!
- Sailor, utrzymaj pozycję - poinstruował ją Dugan. - Minął już
kwadrans. Płyniemy po ciebie i Cruza.
- Zro... zumiano. - Przyłożyła dłonie do dudniącego serca.
Unosząc się na wodzie pośrodku zatoki Chesapeake, robiła, co mogła, by
spowolnić oddech i uspokoić nerwy. Odchyliła głowę w poszukiwaniu
czegoś, czym mogłaby zająć myśli, ale na rozległym jasnobłękitnym niebie
nie było ani jednej chmurki czy choćby smugi kondensacyjnej.
Wiedziała, że nie może powiedzieć nikomu o tym, co się stało, nawet
swoim przyjaciołom. Nie zrozumieliby. Nikt by nie zrozumiał. Większość
osób zrobiłaby wszystko, by mieć taką niesamowitą zdolność jak ona. Na
tym polegał problem.
Taka moc potrafiła odmienić życie.
Albo je zniszczyć.
Rozdział 2
2
SAILOR STANĘŁA na górnym szczeblu drabinki
"Rigela" i odszukała wzrokiem Fanchon. Szefowa pracowni technologicznej
trzymała tablet. I się uśmiechała. Ekipa Cousteau stanęła na wysokości
zadania!
Nie mogła się doczekać, aż zdejmie kombinezon nurkowy i sprzęt. Dugan
odczepił rurki, odblokował pieczęć hełmu nurkowego i pomógł przyjaciółce
go zdjąć. Spod maski wylały się fale długich włosów barwy orzechów
laskowych, wilgotne od potu. Palec po palcu zębami zerwała z dłoni
rękawiczki. Zanim Cruz wszedł po drabince, już zdejmowała drugą
płetformersę.
- Fanchon, to było niesamowite! - odezwał się, gdy tylko zdjął Ukwiał. -
Zadziałało nawet lepiej niż za pierwszym razem!
- Wprowadziłam parę poprawek.
- Nie inaczej! - zawołał. - Tym razem już nie docierały do mnie
pojedyncze słowa, a całe zdania!
Fanchon triumfalnie zacisnęła dłoń w pięść.
- Taką miałam nadzieję.
- Cruz, nie trzymaj nas w napięciu. - Brązowy bob Lani podskakiwał, gdy
dziewczyna wierciła się w fotelu drugiego pilota. Zabarwione na srebrno
pasemko włosów wpadło jej do oczu. - Co powiedziały delfiny?
- Hmm... Pomyślmy... - zagaił Cruz. - Opowiedziały mi o przesmyku w dolnej części zatoki... o miejscu, które odwiedziły wcześniej, a gdzie
rośnie mnóstwo trawy morskiej i jest mnóstwo jedzenia... okonie srebrne,
kulbińce, scjeny...
Wyżymając włosy w ręcznik, Sailor aż zamarła. "I kałamarnice? Ani mi się
waż!"
- Krewetki i kraby.
"Bez kałamarnic. Mało brakowało".
Sailor odetchnęła.
- ...i kałamarnice - dorzucił Cruz.
Sailor upuściła ręcznik. Więc to jednak prawda! Nie wyobraziła sobie
tego. Naprawdę czytała delfinowi w myślach! Ale jak to możliwe?
Szczególnie teraz! Była taka pewna, że ma to pod kontrolą, a potem
wszystko wróciło ze zdwojoną siłą...
- Nic ci nie jest? - zapytał Emmett, który zauważył, że Sailor drży.
- S-spokokoko - skłamała. - Po prostu zmarzłam. Luzik.
Emmett skinął głową, ale fiolet wkradający się na granice niebieskich
oprawek zdradził dziewczynie, że nie do końca to kupił. Emmett miał dar
do odczytywania emocji. Co było super, o ile nagle nie zaczął się
interesować właśnie tobą.
Sailor zwróciła się do Cruza.
- Przepraszam.
- Za co?
- Wiesz. Gdyby coś ci się tam stało, gdybyś potrzebował pomocy...
- Ale się nie stało. I nie potrzebowałem.
- Ale mogło tak być. Miałam być w pobliżu. Nie powinnam była...
- Chyba nie zamierzasz powiedzieć, że nie powinnaś była pływać z tamtym
delfinem? Nie powinnaś czy nie powinnaś była? Nigdy nie wiem, jak jest
poprawnie. - Cruz prychnął na widok jej wielkich oczu. - Wiedziałem,
gdzie jesteś, Sailor. A jeśli komuś powinno być głupio, to właśnie mnie.
Gdybyś miała Ukwiał, mogłabyś z nim porozmawiać. Albo z nią. Nie
pytałem.
Musiała się ugryźć w język, by nie powiedzieć: "Dzięki, ale nie był mi
potrzebny! A w ogóle to był on".
- Dziwię ci się, Sailor. Straciłaś partnera nurkowego? - Mlasnął
językiem, naśladując niezadowolonego monsieur Legranda. - Czyżby nasza
Gwiazda Polarna zamieniała się w supernową?
Sailor zamarła. Musiała wyglądać na przerażoną, bo Duganowi zrzedła
mina.
- Tylko żartowałem - rzucił. - Serio, Sailor, nie miałem nic złego na
myśli.
Szybko odzyskała rezon.
- Nic się nie stało.
Dugan trafił jednak w czuły punkt. Każdy nowy rekrut marzył o wygraniu
Gwiazdy Polarnej, nagrody Akademii Odkrywców. Pod koniec drugiego
semestru wręczano ją najbardziej obiecującemu pierwszoroczniakowi.
Głosowała kadra nauczycielska, przedstawiciele administracji i pracownicy szkoły, a imię i nazwisko laureata umieszczano na niemal
dwumetrowej kryształowej piramidzie w bibliotece, obok imion jej
poprzedników. Tradycja sięgała początków istnienia Akademii. Poprzedniej
wiosny podczas zakończenia roku Sailor aż zamurowało, gdy profesor
Hightower wypowiedziała jej imię. Z całego rocznika to właśnie ona
została laureatką Gwiazdy Polarnej. Jasne, spotkał ją nie lada zaszczyt,
ale ostatnio Sailor zaczęła się zastanawiać, co to tak naprawdę znaczy.
Czy od teraz jej nauczyciele będą od niej więcej wymagać? A jej
przyjaciele z ekipy? A jeśli marzenie zamieni się w koszmar?
Fanchon zwołała uczniów.
- Świetna robota, Ekipo Cousteau! - pochwaliła. - Wiem, że testowanie
Ukwiału nie było łatwe, a przez chwilę okazało się wręcz niebezpieczne,
ale poradziliście sobie. Doceniam wasz upór. Możecie być pewni, że
szepnę o was słówko waszej opiekunce i nauczycielom. Dostaniecie dobre
oceny, a sam projekt okazał się przełomem w komunikacji
ludzko-waleńskiej.
Sailor i pozostali pękali z dumy.
- Jutro macie rozpoczęcie roku - dodała Fanchon - a ja muszę
przeanalizować mnóstwo danych, więc zbierajmy się.
Jaz zwróciła się w stronę Lani.
- Przejmiesz stery?
- Super! - zawołała dziewczyna. - To znaczy, tak jest, pani kapitan!
Zmęczona Sailor usiadła obok Cruza i założyła szkolne okulary
przeciwsłoneczne. Wcisnęła przycisk na zauszniku, by uruchomić funkcję
holoidentyfikacyjną GPS i wyświetlić na szkłach nazwy wysp, plaż i innych ciekawych miejsc po drodze. Gdy "Rigel" sunął centymetry ponad
powierzchnią wody, po raz ostatni spojrzała przez ramię. Zmrużyła oczy,
gdy oślepiło ją popołudniowe słońce, i rozejrzała się po zatoce w poszukiwaniu błysku srebrzystej skóry czy wodotrysków z otworów nosowych
delfinów.
Niczego takiego jednak nie zobaczyła.
- GOTOWA, LANI?
Sailor stała przed lustrem w łazience i smarowała spieczone usta kremem
o zapachu mango.
- Gdy tylko znajdę drugi sandał.
- Poszukaj pod meduzowym krzesłem. - Sailor nie wiedziała czemu, ale
koniec końców wszystko trafiało pod te różowe frędzle. - I gazu, dobra?
Jestem głodna! - dodała, gdy zaburczało jej w brzuchu. Stąd, z piątego
piętra, wyczuwała nosem ziemisty imbirowy zapach ryżu z curry,
ziemniakami i kalafiorem kuka Kristosa!
Sailor i Lani zatrzymały się w pokoju Wielkiej Rafy Koralowej w Holu
Odkrywców. Każdy pokój w akademiku miał inny motyw, nawiązujący do
jednego z cudów świata natury. W skrzydle chłopców po przeciwnej stronie
gmachu Cruz i Emmett nocowali w pokoju Mount Everest. Dugan wraz z Alim
Solimanem z Ekipy Magellanów byli przypisani do Wielkiego Kanionu. Ich
opiekunka Nyomie Byron mieszkała w Saharze, pokoju przy schodach między
oboma skrzydłami.
Pokój Wielkiej Rafy Koralowej miał wykuszowe okno wychodzące na
niewielką łączkę w rogu dziedzińca, okoloną kwitnącymi drzewami
wiśniowymi. Te piękne różowe kwiaty ozdobnych drzew Sailor widziała na
zdjęciach, ale nigdy na żywo. Odkrywcy nadal byli w morzu, gdy drzewa
rozkwitały pod koniec marca i na początku kwietnia. Najbardziej lubiła w tym pokoju ekran telewizyjny wielkości ściany, na którym przez
dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, wyświetlał
się obraz z podwodnej kamery z prawdziwej Wielkiej Rafy Koralowej,
oddalonej o czternaście i pół tysiąca kilometrów!
Sailor mieszkała tutaj rok wcześniej w pierwszym miesiącu zajęć. Wtedy
jej współlokatorką była Bryndis Jónsdóttir z Reykjavíku w Islandii.
Bryndis była szóstą członkinią Ekipy Cousteau, najbliższą przyjaciółką
Sailor, no i nieco więcej niż przyjaciółką Cruza. Niestety, Bryndis
postanowiła nie wracać do Akademii. Będą za nią tęsknić. Już tęsknią.
Po wyjściu z łazienki Sailor chwyciła z walizki parę świeżych skarpetek
i usiadła obok narzuty, którą rozłożyła dłuższą krawędzią na skraju
łóżka. Narzuta z motywem Panii z Rafy była jej najcenniejszym skarbem.
Nawet dziennik tyle dla niej nie znaczył. Gdy opuszczała dom na tydzień
czy dwa, zawsze brała ją ze sobą.
Narzutę zrobiła dla niej babcia, jej kuia, na dziewiąte urodziny.
Motyw z narzuty nawiązywał do legendy o Panii, syrenie, która zakochała
się w Karitokim, przystojnym synu maoryskiego wodza. Pania i Karitoki
potajemnie wzięli ślub. By przetrwać, codziennie rano Pania musiała
wracać do wody. Pewnego dnia, gdy Karitoki usiłował zatrzymać ją przy
sobie, syrena uciekła do oceanu i już nigdy nie wróciła. Narzuta w formie kiltu przedstawiała opuszczającą ląd Panię na tle turkusowych,
fioletowych i granatowych fal. Miała długie rudawobrązowe włosy, ciemne
oczy i nieco krzywy uśmiech, w czym przypominała Sailor, która zresztą
na drugie imię miała Pania. Lśniący zielonkawoniebieski ogon syreny i kilka chmur burzowych ponad skalistą plażą były wypchane płatami
bawełny, by dać wrażenie trójwymiarowości. Krawędzie narzuty były
wykończone ściegiem muszelkowym, dzięki czemu przypominały fale morskie.
Kui, jak mówiła na babcię Sailor, zaprojektowała wzór i całość pięknie
ostębnowała.
"To takie przypomnienie, by zawsze podążać za głosem serca" -
powiedziała wtedy.
Sailor przesunęła palcem wzdłuż krawędzi fali. Kui zmarła, zanim jej
wnuczka dostała się do Akademii, ale Sailor czuła, że jakimś cudem jej
babcia i tak się o tym dowiedziała. I jest z niej dumna.
- Mam! - Znad meduzowego krzesła wystrzeliła dłoń z czarnym sandałkiem.
- A nie mówiłam? - zaśmiała się Sailor. - Chodźmy. Umieram z głodu!
Popędziły w dół czterema kondygnacjami, a z każdą zapach curry
przybierał na sile. Przemierzyły lobby, a gdy Sailor miała już skręcić
do stołówki, Lani chwyciła ją za rękę i pociągnęła na bok.
- Eee... Lani? - Sailor wskazała łokciem wejście, od którego się
oddalały. - Żarcie?
- Po drodze jeszcze wpadniemy w jedno miejsce. Minutka.
- Wspominałam, że umieram z głodu? - Sailor jednak pozwoliła
przyjaciółce się ciągnąć, choć korytarz prowadził tylko do zamkniętych
sal lekcyjnych. - Dokąd idziemy?
Lani uśmiechnęła się szelmowsko.
- Zobaczysz.