1
DORZECZE KINABATANGANU, MALEZJA
LEPKĄ SZYJĄ spływał pot. Rozgrzane stopy
puchły w butach, które z każdym krokiem zdawały się ciaśniejsze. Nawet
oddychanie przychodziło z trudem, jakby miało się na twarzy wilgotny
ręcznik. "Nieśmiertelność - pomyślał Cruz - jest przereklamowana".
Cruz Coronado przemierzał parny las równikowy na północy Borneo wraz z uczniami i kadrą Akademii Odkrywców, ale myślami był tysiące kilometrów
dalej.
Minęły ponad dwa tygodnie, odkąd odwiedził należące do Stowarzyszenia
ściśle tajne Archiwum i zobaczył fragment dziennika naukowego mamy.
Synteza udostępniła mu pojedynczą stronę - tę, której fragmenty
wcześniej rozszyfrował za pomocą PAND-y. To jednak wystarczyło, by mógł
zapoznać się z całością wpisu. Mama, jak wyjaśniła, pracowała bez
rękawiczek ochronnych nad surowicą regenerującą komórki. Substancja
przedostała się do jej ciała przez zadrapanie i wpłynęła na rozwój jej
nienarodzonego dziecka - Cruza. Przypuszczalnie zmieniła jego kod DNA. W każdym razie liczył się z tym, że będzie żył...
Wiecznie.
To odkrycie było niesamowite, a jednak nie był zdziwiony.
Odkąd sięgał pamięcią, nie przechorował poważnie choćby dnia. Siniaki,
stłuczenia, zwichnięcia i inne pomniejsze obrażenia dość szybko
przestawały mu doskwierać. Dawniej sądził, że ma szczęście, ale teraz
wiedział, że to coś więcej. O wiele więcej.
Mama przewidziała w notatkach, że moc surowicy objawi się w pełni, gdy
Cruz skończy trzynaście lat. Wyglądało na to, że miała rację - stało się
to akurat wtedy, kiedy miał stawić czoła Mgławicy. Rana na nodze,
pamiątka po próbie utopienia go przez Prescotta na Hawajach, oparzenie
na ręce od laserowego strzału Rooka oraz złamany paluch i wstrząśnięcie
mózgu spowodowane upadkiem w grocie w Turcji - wszystkie te obrażenia
zniknęły w ciągu dnia lub dwóch, szybciej niż do tej pory. Nie, żeby
wtedy się nimi przejął. Ale teraz nie potrafił myśleć o niczym innym.
Uszkodzone komórki potrzebują czasu na naprawę, prawda? Cruz uznał, że
jest człowiekiem jak każdy inny, gdy mowa o obrażeniach, które
spowodowałyby błyskawiczną śmierć. Mgławica musiała zdawać sobie z tego
sprawę. Czy to dlatego mama nie przeżyła pożaru w laboratorium? Jej
komórki nie były w stanie wystarczająco szybko uporać się z obrażeniami?
A może surowica miała inny wpływ na nią z racji wieku? Cruza dręczyły
miliony pytań, ale jak miał znaleźć odpowiedzi, skoro Synteza nie
pozwoliła mu zapoznać się z dziennikiem? Emmett był jedyną osobą, która
wiedziała, że Cruz był w Archiwum, choć i on nie miał pojęcia, czego
dowiedział się jego współlokator - i nie mógł się dowiedzieć. Nigdy.
Nikt nie mógł, nawet tata czy ciocia Marisol.
- Aua! - zawołała Lani.
Cruz niechcący kopnął ją w łydkę.
- Sorki.
Przyjaciółka zatrzymała się na szlaku i spojrzała przez ramię. Cruz
powiódł za jej wzrokiem ku gęstej plątaninie gałęzi, które tworzyły
niezliczone warstwy wśród koron drzew. To tu, to tam listowie
przerzedzało się, przepuszczając cienkie smugi światła. Owoce i kwiaty
malowały zieleń na czerwono, żółto i biało niczym plamy farby. Cruz
zmrużył oczy i wbił wzrok w gęstwinę.
- Lani, co takiego...
"Tam!" Wśród liści, nadal mokrych po nocnym deszczu, zauważył
czerwonawo-szarą łatę. "Małpa!" Odwrócona do nich plecami, kucała w rozwidleniu pnia powykręcanego drzewa na wysokości około sześciu metrów.
Jasna pomarańczowawa sierść na głowie, szyi i ramionach przechodziła w delikatną szarość na kończynach i ogonie - a cienki ogon zwierzęcia
niemalże dorównywał długością ciału. Szara łapa o długich palcach
leniwie zrywała z gałęzi niedojrzałe figi. Teraz małpę dostrzegł i profesor Ishikawa. Wskazywał ją ręką, by po cichu zwrócić uwagę
pozostałych odkrywców.
Trzask!
Ktoś za plecami Cruza nadepnął na gałązkę. Małpa spojrzała przez ramię
na ścieżkę, a odkrywcy zaczęli chichotać. Ależ ta małpa miała nochala!
Był długi i oklapnięty. Zwisał z twarzy niczym ogromne pomarańczowe
wahadło.
- To nosacz sundajski - szepnął nauczyciel, uciszając uczniów. - Jego
nos może i wygląda zabawnie, ale zapewniam was, że zdaniem małpich dam
jest całkiem atrakcyjny.
Uczniowie byli jeszcze bardziej rozbawieni.
- Nosacze sundajskie to niezrównani pływacy - wtrącił profesor Luben. -
Ich przednie i tylne łapy są częściowo połączone błoną pławną. Dzięki
temu małpy mogą uciec krokodylom, które są dla nich największym
zagrożeniem.
Gdy małpa już się posiliła, chwyciła włochate pnącze. Odepchnęła się z pnia i rozhuśtała wystające, nabrzmiałe brzuszysko, by skierować ciało
ku innej gałęzi. Zwierzę wyciągnęło przed siebie cienką włochatą rękę,
by chwycić celu...
I chybiło!
Tym razem profesor Ishikawa nawet nie próbował uciszać chichów.
- Na lądzie nie zawsze są okazem zwinności - przyznał.
Na drugim drzewie Cruz zauważył drugą, mniejszą małpkę. Miała znacznie
krótszy nos.
- Samica - szepnął profesor Luben.
Gdy rozhuśtane pnącze zbliżyło się do drzewa, samica złapała samca za
nogę i wciągnęła go na konar. Para zaczęła się wspinać i po chwili nie
było po niej śladu - zniknęła wśród gęstych koron drzew.
Gdy uczniowie ruszyli przed siebie, Cruz obejrzał się przez ramię,
wypatrując różowobeżowego kapelusza cioci Marisol. Maszerował niemal na
czele, a ciocia zamykała tyły. "O, jest tam - nadal w ogonie". Cała
kadra wybrała się z nimi w pieszą podróż dorzeczem borneańskiej rzeki
Kinabatangan. Cruz podejrzewał, że nauczyciele wkrótce podzielą ich na
zespoły i odkrywcy dostaną misje. Intuicja go nie zawiodła. Po niespełna
kilometrze monsieur Legrand, który przewodził grupie, zatrzymał się przy
trawiastym mokradle.
- Zrobimy sobie krótką przerwę na picie i przekąski, a potem
przydzielimy wam zadania - ogłosił.
Cruz oparł plecak o pękniętą kłodę, która służyła za autostradę kolumnie
pracowitych termitów. Zdjął rękawiczkę, by otworzyć butelkę z piciem.
Przyłożył aluminiowy bidon do warg i pozwolił, by lodowata woda
popłynęła wyschniętym gardłem. Chłodek w żołądku sprawił, że przeszedł
go miły dreszcz. "Pycha!" Poczuł zapach lawendy. Przyglądał się, jak
Sailor wyjmuje z plecaka naturalny środek przeciwko komarom produkcji
Fanchon.
- Nie przesadzasz trochę z tym sprejem? - spytał. Znów sztachnął się
lawendą.
- Ostrożności nigdy za wiele. - Sailor uniosła brodę, zamknęła oczy i spryskała twarz.
- Ile to już warstw: cztery? - drażnił się z nią Cruz.
- Pięć. - Gdy skwitował jej słowa uśmiechem, dodała: - Jeszcze
przybiegniesz z płaczem, cały pogryziony.
- Wiesz, że to ustrojstwo zawiera kocimiętkę? - upewnił się Emmett.
Sailor otworzyła szeroko oczy.
- Poważnie?
- To jedna z substancji czynnych.
- Świetnie - burknął Dugan. - Odstraszysz komary, ale zwabisz lamparty.
Cruz wybuchnął śmiechem. O mało nie opluł Bryndis. Dziewczyna odskoczyła
w ostatniej chwili, roześmiana.
Profesor Ishikawa gestem przywołał ich do siebie.
- Stoicie w samym sercu jednego z najstarszych wilgotnych lasów na Ziemi
- wyjaśnił. - Borneańskie dżungle zamieszkane są przez ponad dwieście
poznanych gatunków ssaków i czterysta gatunków ptaków. To jedno z niewielu miejsc na świecie, gdzie żyją jednocześnie słonie, nosorożce i orangutany. - Nauczyciel powiódł wzrokiem po twarzach uczniów. - Ale
waszym zadaniem nie będzie poszukiwanie tego, co oczywiste. Dziś w ramach misji będziecie szukać tego, co rzadkie, trudne do wypatrzenia, a nawet niepoznane. Strzelam, że podczas drogi minęliście setki istot, z których istnienia nawet nie zdawaliście sobie sprawy: pająki, mrówki,
ślimaki, żaby i tak dalej. Możliwe, że były pod ściółką, w dziuplach i szczelinach, a może - skinął głową ku rosnącej nieopodal biało-różowej
orchidei - na widoku. - Profesor Ishikawa schylił się, by delikatnie
dotknąć kwiatu. Kilka płatków się skurczyło, gdy tylko musnął je
opuszkami palców!
Z gardeł zgromadzonych wydobyło się zbiorowe westchnięcie, gdy kwiat
zaczął się ruszać.
- Oto modliszka storczykowa Hymenopus coronatus - powiedział
nauczyciel. - Owad ten kamufluje się na tle kwiatu, by złapać ofiarę.
Doskonale zwodzi pszczoły, muchy... a po waszych minach sądzę, że i odkrywców. Chodźcie, przyjrzyjcie się jej z bliska.
Cruz ujrzał długą, trójkątną główkę owada, antenki cienkie jak włoski i sześć odnóży przypominających płatki kwiatu. Ale łatwo nie miał.
Delikatne połączenie jasnego różu i bieli na ciele owada tak idealnie
pasowało do kwiatu, że trudno było stwierdzić, gdzie kończyło się jedno,
a zaczynało drugie.
- Wow! - Oprawki powiększających emocjokularów Emmetta przybrały kształt
i barwę żółtych spirali zachwytu. - Profesorze Ishikawo, jak pan ją
odnalazł?
Nauczyciel odpowiedział szelmowskim uśmiechem.
- Lata doświadczeń. Zresztą właśnie do tego sprowadza się dzisiejsza
misja. Zrobimy tak: każda z grup będzie prowadzić badania na niewielkim
obszarze lasu. Dokumentujcie znaleziska - ciekawą faunę i florę - za
pomocą aparatów okograficznych. Urządzenia połączone są z biblioteczną
bazą danych Akademii. Pomogą wam zidentyfikować okazy. No, chyba że
akurat odnajdziecie gatunek nieznany nauce. - Uśmiechnął się od ucha do
ucha. - Ale by było! Koniecznie róbcie na tabletach porządne notatki z myślą o raporcie końcowym. Każda z drużyn musi przekazać raport przed
poniedziałkowymi zajęciami. Waszymi opiekunami będą profesorowie Modi,
Coronado, Luben i Benedict. Ja wraz z monsieur Legrandem będziemy krążyć
między grupami i sprawdzać postępy. Każdemu z opiekunów przypisano już
obszar badawczy. Pozostaje nam przydzielić uczniów do zespołów. Monsieur
Legrandzie?
Wszyscy spojrzeli na nauczyciela survivalu, który wyjmował z plecaka
małą jedwabną torebkę. Była im doskonale znana. Mieli losować zadania.
- Pamiętajcie o szkoleniu z survivalu - upomniał ich monsieur Legrand.
Potrząsał torebką, by zmieszać żetony. - Miejcie oczy dookoła głowy.
Patrzcie pod nogi. Nie oddalajcie się od pozostałych. Uzupełniajcie
płyny. O czymś zapomniałem?
- Środek przeciwko owadom - zawołała Sailor. Gdy nauczyciel odparł:
"Oui. Merci, Sailor", spojrzała na przyjaciół z satysfakcją.
Monsieur Legrand wyciągnął saszetkę w stronę profesor Benedict.
- Zespół pod opieką profesor Benedict zrobi najlepsze zdjęcia - zwrócił
się Emmett do Cruza. - Na pewno udzieli im porad dotyczących
makrofotografii.
Emmett miał rację, ale Cruz liczył na to, że trafią na ciocię Marisol.
Nauczycielka dziennikarstwa włożyła dłoń do torebki i wyciągnęła z niej
żeton.
- Ekipa Earhart! - ogłosiła.
Przyszła kolej profesora Modiego. Cruz wstrzymał oddech w oczekiwaniu na
werdykt.
- Ekipa Galileusza!
Zostali ciocia Marisol i profesor Luben, który pocierał o siebie dłońmi
w rękawiczkach. Zanurzył rękę w torebce.
- Dostałem...
Cruzowi wzrosło tętno. "Dalej, ciociu Marisol"
Doktor Luben uniósł dłoń i spojrzał na żeton.
- Ekipę Cousteau!
"Było tak blisko!"
- Profesor Coronado, zostali Magellanowie - oznajmił profesor Ishikawa.
Mijając Cruza, ciocia Marisol uchyliła kapelusza i posłała mu uśmiech
mówiący: "Innym razem".
Cruz odpowiedział miną: "Mam nadzieję".
- Odkrywcy, w porównaniu z innymi misjami ta może się wam wydać łatwa -
przyznał profesor Ishikawa. - Ale to tylko pozory. Dobry odkrywca musi
mieć zmysł obserwacji. Spoglądanie dalej niż na czubek własnego nosa
wymaga cierpliwości, ale gdy już opanujecie tę umiejętność - wskazał
gestem modliszkę kwiatową - świat stanie przed wami otworem.
- Profesor wspomniał coś o czubku nosa? - Lani dała Cruzowi kuksańca. -
Powinniśmy nazwać tę misję Operacja Nosacz.
- Świetny pomysł, Lani! - Nagle przed nimi wyłonił się profesor
Ishikawa. - I tak ją właśnie nazwiemy: Operacja Nosacz.
Lani uśmiechnęła się tak szeroko, że aż zmrużyła oczy.
- Prowadzący, gdy tylko wasi uczniowie zasygnalizują gotowość, możecie
się rozejść - poinstruował profesor Ishikawa. - Zbiórka w schronisku o szesnastej.
- Ekipo Cousteau? - Doktor Luben zaprosił ich gestem do siebie. -
Otrzymałem współrzędne obszaru badawczego. Duganie, nie zapomnij o nakryciu głowy. Cruzie, pamiętaj o drugiej rękawiczce. Reszta to samo.
Starajcie się nie odsłaniać nagiej skóry. Nie chcemy, by któreś z was
zachorowało na dengę czy malarię.
Cruz wsadził bidon do bocznej kieszeni plecaka, podciągnął skarpetki i założył drugą rękawiczkę. Niektóre zespoły musiały się cofnąć, ale
doktor Luben poprowadził Ekipę Cousteau szlakiem w dalszą drogę. Cruz
narzucił plecak na ramiona i zajął miejsce na ścieżce za Emmettem, który
podążał za Sailor, Bryndis i Duganem. Na końcu szła Lani. Po około
dziesięciu minutach marszu odbili w boczną drogę, która szybko się
zwęziła. Krzewy o grubych liściach napierały z obu stron tak mocno, że
na niektórych odcinkach musieli przeciskać się bokiem. Gdy Cruz
przedzierał się obok rośliny o długich fioletowych igłach, docenił to,
że doktor Luben tak wiele uwagi poświęcił kwestii ochrony skóry.
- Myślałam o naszej wskazówce - szepnęła mu na ucho Lani.
Cruz też o niej myślał. Bez końca. Niespełna dwa tygodnie wcześniej
otworzyli dziennik mamy i zapoznali się z kolejną wskazówką. "By
odnaleźć siódmy fragment receptury, musicie poszukać tego, co zwykłe i niezwykłe, w przedmiocie bliskim ludzkiemu sercu" - poinstruowała ich
holograficzna Petra Coronado. "Coś, czym posługują się inni, by
zapomnieć o przeszłości, wyjawi twoją przyszłość. Sam ją zapiszesz,
Cruzuś".
"Receptura!"
Cruz, Emmett, Lani i Sailor uznali jednogłośnie, że musi chodzić o recepturę. Była najbardziej niezwykłą rzeczą Cruza, bliską również jego
mamie. Ale co takiego było w niej zwykłego? Przyglądali się uważnie pod
każdym kątem recepturze wygrawerowanej w czarnym marmurze. Podzielili ją
na fragmenty, by każdemu przyjrzeć się z osobna, ale nie znaleźli
niczego, co doprowadziłoby ich do siódmego kawałka. Sailor zasugerowała,
że mamie Cruza może chodzić o kopułę holoprojektora. W końcu to w niej
znajdował się pierwszy fragment receptury. Cruz także jej się przyjrzał,
ale bez efektów. Nie zgodził się, by rozłożyli ją na części. Choć Emmett
zapewnił go, że byłby w stanie ją złożyć, Cruz uznał, że ryzyko jest
zbyt duże.
Martwił się, że mama myślała o czymś, co podarowała mu wieki temu.
Większość jego rzeczy została na Kaua'i. Poprosił tatę, by przejrzał
jego pokój w poszukiwaniu książek, zabawek, gier, urządzeń
elektronicznych, sprzętu do surfowania - czegokolwiek, co pasowałoby do
opisu rzeczy zarazem zwykłej i niezwykłej. Niestety, nic to nie dało.
Tata obiecał, że będzie szukał dalej. Cruz miał nadzieję, że nie
chodziło o coś z wczesnego dzieciństwa; o jakiegoś pluszaka czy książkę
z obrazkami. Bo jeśli tak, to większości tego typu rzeczy pozbył się już
dawno.
Spojrzał na Lani, która przedzierała się przez rośliny, idąc bokiem do
niego.
- I co wymyśliłaś?
- Twoja mama powiedziała, że sam zapiszesz własną przyszłość. A może
chodziło jej o jeden z długopisów ze szkatułki? Może ma jakiś specjalny
tusz albo wewnątrz jest karteczka ze wskazówką?
- Już na to wpadliśmy - odparł Cruz. - Sprawdziłem długopisy z Emmettem.
Wygląda na to, że są zwyczajne, choć oczywiście tusz już dawno wysechł.
Zresztą jeden z nich to tak naprawdę pióro. Ma taką zakrzywioną końcówkę
jak do kaligrafii. Ale niczym się nie wyróżnia.
Lani westchnęła.
- A myślałam, że pomogę. A ty? Masz jakieś pomysły?
- Pustka w głowie - przyznał Cruz. - Beznadzieja.
- Żadna beznadzieja - nie zgodziła się Lani. - Po prostu utknęliśmy.
Wkrótce to się zmieni.
- Oby. Jeśli Mgławica wpadnie na trop pierwsza...
- Cruzie! Lani! - Doktor Luben machał do nich zza zakrętu.
Zostali w tyle. Przyśpieszyli, by dogonić resztę. Okazało się, że
ścieżka znika w gęstwinie. Z ziemi wyrastały wysokie trawy i paprocie,
których źdźbła i listki rozchodziły się na wszystkie strony niczym woda
w fontannie. Nauczyciel przekazał im, by się rozproszyli w odstępach
około sześciu metrów od siebie, ale tak by zawsze pozostawali w zasięgu
wzroku najbliższego ucznia. Cruz, który stał między Sailor a Bryndis,
delikatnie stąpał po leśnej ściółce. Gdy się schylił, by zajrzeć pod
listki o grubych fioletowych żyłkach, ujrzał skupisko około dwudziestu
limonkowozielonych dzbaneczników. Przypominały mu ławicę wygłodniałych
ryb o zwróconych w kierunku tafli wody owalnych ustach. Jednak w przeciwieństwie do dzbaneczników na Mahé na Seszelach te rośliny miały
pokrywy zbyt małe, by mogły w całości przykryć otwory.
Zrobił kilka okografii. Aparat wyświetlił, że ma do czynienia z gatunkiem Nepenthes ampullaria, zwanym dzbanecznikiem beczułkowatym.
Dowiedział się, że roślina ta żywi się nie owadami, lecz liśćmi. Nic
dziwnego, że miały tak małe klapki. Nie były im do niczego potrzebne!
Zamierzał zrobić zdjęcie z bliska, gdy nagle zobaczył, że z jednego z pobliskich liści zwisa śluzowata brązowa nitka. Uniósł liść kciukiem i odkrył, że tak naprawdę to robal!
- Hej, mały. - Cruz przyklęknął.
Robal miał około dwu i pół centymetra długości. Wzdłuż jego grzbietu
biegły żółto-czarne pasy. Wyciągał ciało w stronę Cruza, jednak ten
przypomniał sobie o szkoleniu i nie wziął w dłoń wyglądającego
przyjaźnie żyjątka. Zamiast tego zrobił mu zdjęcie i poczekał, aż aparat
przekaże mu pakiet informacji.
Pijawka szczękowa Haemadipsa picta.
Bezkręgowiec z typu pierścienic. Żywi się krwią zwierząt. Ma dwie
ssawki, po jednej z każdej strony. Tylną ssawką ogonową przyczepa się do
spodnich powierzchni liści i do leśnego podszytu. Wyszukuje ofiary po
zapachu, drganiach i temperaturze. Często spada na szyję, ramiona, ręce
lub dłonie turystów, a następnie pobiera ich krew za pomocą przedniej
ssawki gębowej. Ugryzienie takiej pijawki bywa bolesne i długo się goi.
Cruz cofnął dłoń.
- Nie ma mowy, młody. Nie jestem przekąską.
Obraz pijawki w aparacie stracił ostrość, gdy Cruz ponownie czytał opis.
"Ugryzienie takiej pijawki bywa bolesne i długo się goi".
"Ciekawe". Może i nie mógł nikomu zdradzić tajemnicy o zdolnościach
regeneracyjnych, ale nikt nie powiedział, że nie może przeprowadzić
kilku doświadczeń na własną rękę. W końcu był odkrywcą.
Zdjął lewą rękawiczkę. A może już całkowicie mu odbiło? Pewnie tak. Ale
jak inaczej miał się przekonać, do czego jest zdolne jego ciało?
Rozczapierzył palce i powoli wyciągnął dłoń. Robak skierował się ku
niemu. Ręka Cruza zaczęła drżeć. Próbował ją uspokoić. Przyssawka
zbliżyła się - malutkie, łapczywe O. Cruz skrzywił się. Czekał na atak.
"Jeszcze centymetr..."
2
CRUZ POCZUŁ ukłucie, ale inne niż to,
którego się spodziewał.
- Kurczaki! - Sailor gwałtownie odsunęła dłoń Cruza od wijącego się
robala. - Co ty wyprawiasz? Nie widzisz, że to pijawka?
- N-naprawdę?
Zrobiła kwaśną minę.
- Nie skorzystałeś z aparatu?
- N-nie. Mój aparat widocznie... szwankuje?
Sailor podniosła z ziemi i podała mu rękawiczkę.
- No i słyszałeś, co mówił doktor Luben. Mamy nie odsłaniać skóry.
Cruz szybkim ruchem założył rękawiczkę.
- Ja tylko... sięgałem po wodę.
- Dobrze, że byłam w pobliżu - skarciła go.
- Co fakt, to fakt - odparł, by ją udobruchać.
Ale Sailor tylko mocniej zmarszczyła czoło.
- Cruz, co się z tobą ostatnio dzieje? Dziwnie się zachowujesz. Jesteś
rozkojarzony i... - machnęła dłonią w stronę pijawki - ...i popełniasz
błędy, które dawniej ci się nie zdarzały.
- To też prawda - burknął pod nosem.
- Czy to ma coś wspólnego z twoją wyprawą?
Nadal klęcząc na jednym kolanie, Cruz o mało się nie przewrócił. Skąd
wiedziała, że udał się do Archiwum?
- Eee... Co masz na myśli? Jaką wyprawą?
Sailor westchnęła sfrustrowana.
- Gdy parę tygodni temu Fanchon wybrała się z nami do Kuala Lumpur, nie
opuściłeś pokładu...
- Już przecież mówiłem - wyjaśnił, przechodząc do obrony - że chciałem
zostać na Orionie i nadrobić zaległości...
- Ale nie zostałeś - rzuciła. - Nie zostałeś na pokładzie.
"Niesamowite!" Przecież tak bardzo się starał, by zatrzeć wszelkie
ślady. Opuścił statek, dopiero wtedy gdy pozostali odkrywcy byli na
wycieczce, po czym zakradł się na pokład dwa dni później po północy.
Jeszcze trochę, a w fachu szpiegowskim Sailor dorówna Mgławicy.
Posłała mu piorunujące spojrzenie.
- Co się dzieje?
- Nic. - Cruz wzruszył ramionami. - A co chcesz usłyszeć?
- Zacznijmy od prawdy.
- Powiedziałem już wszystko, co mogę.
Sailor uniosła brwi.
- Więc to coś, o czym nie mogę wiedzieć?
"Ups". Głupio wyszło. Wcale nie chciał, by kwestia jego nieśmiertelności
na zawsze pozostała tajemnicą - niezależnie od tego, jak długo przyjdzie
mu żyć. Ale dał słowo. Za późno, by się wycofać.
- Powiedziałem już wszystko, co wiem - poprawił się. - Mam na myśli
wskazówkę mamy. Od niemal dwóch tygodni nie zbliżyliśmy się ani trochę
do odpowiedzi. Dwa tygodnie, Sailor! A jeśli o dzienniku wie Jaguar,
Mgławica może już mieć nad nami dużą przewagę. Albo nawet już zdobyli
siódmy fragment receptury. - Przeczesał dłonią mokre, ciepłe włosy. -
Tak, to dlatego zachowuję się dziwnie i jestem rozkojarzony... -
Spojrzał na pijawkę. - I popełniam głupie błędy.
- Wiem. - Jej mina złagodniała. - A ja wcale ci nie pomagam. Biorąc pod
uwagę egzaminy na koniec semestru, trzy misje w dwa tygodnie i... cóż,
wszystko...
Miała na myśli Taryn. Stracili nie tylko przyjaciółkę, ale i osobę,
która zawsze służyła im dobrą radą. Sprawy, w których im pomagała - od
naprawy sprzętu po składanie zamówień - teraz leżały odłogiem.
Pozostawiła pustkę w ich życiach i sercach, której nikt nie potrafił
wypełnić.
- Gdy wrócimy na pokład, potraktujemy wskazówkę priorytetowo - obiecała
Sailor. Uniosła głowę. - A tak w ogóle to już wiem, dokąd się wtedy
wybrałeś.
Cruz napiął mięśnie.
- Wiesz?
- Do Waszyngtonu.
"Kurczę, naprawdę była lepsza od Mgławicy!"
- By zobaczyć się z doktorem Fallowfeldem - dodała po chwili.
Współpracownikiem mamy z Syntezy? Dlaczego pomyślała akurat o nim?
Naukowiec, mocno poparzony w pożarze, w którym zginęła jego mama, już
dwukrotnie pojawił się nagle, by przestrzec go przed Mgławicą.
Jednocześnie Fallowfeld przyznał, że mało wie o pracy mamy Cruza, i w związku z tym niespecjalnie może mu pomóc. Chłopak nie myślał o nim od
dłuższego czasu.
- Pomijając Syntezę, jest jedyną osobą, która może wiedzieć więcej o wpisie w dzienniku badawczym - uznała Sailor. - Jasne, pamiętam, że
powiedział, że nie współpracował blisko z twoją mamą, ale oczywiście
kłamał.
"A kłamał?"
- Skąd ty... To znaczy... Jak do tego doszłaś? - spytał.
- Gdyby Fallowfeld naprawdę nic nie wiedział, nie musiałby udawać, że
zginął w tamtym pożarze w laboratorium - stwierdziła. - W końcu twoja
mama powiedziała, że nie jest pewna, na ile możesz zaufać Syntezie, co
oznacza, że był ktoś, kto przekazywał istotne informacje Mgławicy. A w przypadku Mgławicy jedno jest pewne: nie marnowaliby czasu, uganiając
się za kimś, kto guzik wie o recepturze.
"Co racja, to racja".
- To jak? - drążyła Sailor. - Co ci powiedział?
Cruz nie mógł jej zdradzić, po co tak naprawdę wybrał się do
Waszyngtonu. Skoro uznała, że celem było spotkanie z Fallowfeldem,
postanowił nie wyprowadzać jej z błędu. Lepsze to, niż miałby kłamać.
Spojrzał w dół na postrzępione czubki górskich butów.
- Nie przyszedł na umówione spotkanie.
- Mogłam się domyślić. Wiem, że chcesz go odszukać, ale uważaj na
siebie. Możliwe, że to jemu nie ufała twoja mama. Kto wie, może nawet
współpracuje z Mgławicą.
- Obiecuję - odparł Cruz.
Sailor miała rację. Doktor Fallowfeld ewidentnie wiedział więcej, niż
przyznawał.
"Gdyby Petra mnie wtedy posłuchała, nadal by żyła" - powiedział mu
naukowiec, gdy po raz pierwszy rozmawiał z nim w Akademii. "Mgławica nie
może zaryzykować, że ty, chłopcze..." Przerwano im jednak, nim zdążył
dokończyć. Co takiego powiedział jego mamie? I czego nie może
zaryzykować Mgławica? Że Cruz skończy trzynaście lat? Że odnajdzie
recepturę? Jedno i drugie? A może coś innego?
Musiał odnaleźć doktora Fallowfelda. Ale jak? Nie miał pojęcia, od czego
zacząć. Ale może był ktoś, kto mógłby mu pomóc...
Nagle mignęła mu przed oczyma brązowa smuga. Sailor też ją ujrzała. W ich kierunku zmierzała para niebieskawo-brązowych skrzydeł. Jednak
zamiast przesłonić słońce, skrzydła je filtrowały. Przezroczyste
skrzydła? Dziwne. Cruz naliczył cztery kończyny przypominające żabie
nóżki. Jedna para wyrastała przed skrzydłami, a druga - z tyłu. Jeszcze
dziwniejsze! Gdy ujrzał długi, smukły ogon, nagle wszystko stało się
jasne.
- To nie ptak - powiedział. - To latająca jaszczurka!
Gdy jaszczurka latała im nad głowami, robili jej zdjęcia. Niczym
miniaturowy skoczek spadochronowy, szybujące stworzenie wylądowało z gracją na pobliskiej gałęzi. Bez trudu złożyło płaty skórne po bokach
nakrapianego brązowego tułowia i stało się nie do odróżnienia od
normalnej jaszczurki. Miało niespełna trzydzieści centymetrów długości,
ale w powietrzu, z rozłożonymi płatami skórnymi, wydawało się większe.
Cruz i Sailor zakradli się po cichu ku drzewu.
- Mój aparat twierdzi, że to Draco volans. Drako latający, zwany też
smokiem latającym - szepnęła Sailor. - Zwisające żółte podgardle i błękit na płatach skórnych wskazują na to, że to samiec.
Ekran aparatu okograficznego Cruza wyświetlał te same informacje.
- Nie miałem pojęcia, że potrafią szybować na odległość dziewięciu
metrów...
- To już działa?
- Co?
- Twój aparat? Masz dostęp do danych gatunku?
- A... tak. Tak. To widocznie jakaś... usterka. Wszystko gra.
- To dobrze - odparła Sailor, ale znów zrobiła kwaśną minę.
JOYAH, JAK MÓWI SIĘ
"PYCHOTA" po malajsku?
Ciocia Marisol zwróciła się do przechodzącej obok kobiety w powłóczystej
spódnicy i białej bluzce o krótkich bufiastych rękawach.
- Lazat - odparła kelnerka, bez trudu balansując nad głową dużą tacą
zapełnioną kubkami.
Z gardeł zgromadzonych przy pięciu stołach rozległ się okrzyk:
"Lazat!".
Cruz, który siedział naprzeciwko Emmetta, Zane'a i Alego, a pomiędzy
Lani i Bryndis, dołączył do wiwatów. Hinawa była pychota! Wziął kolejny
kęs chłodnej sałatki z pokrojonej makreli, papryczek, poszatkowanej
czerwonej cebuli i gorzkich tykw. Jak wyjaśniła Joyah, tradycyjna
malezyjska potrawa doprawiana jest limonką, imbirem i nasionami
bambangana1, jasnożółtego mango, które występuje tylko na
Borneo.
Po misji spotkali się w schronisku Muhibbah, gdzie zasiedli na zewnątrz
na ogromnym tarasie, by zjeść obiad. Wzniesiony na palach taras z zahartowanego pogodą szarego drewna rozciągał się na odcinku dobrych
dwudziestu pięciu metrów wzdłuż błotnistego brzegu rzeki Kinabatangan. W donicach wzdłuż balustrady rosły palmy, różowe storczyki i czerwone
różaneczniki. Strudzeni marszem goście mieli do dyspozycji liczne ławki,
szezlongi i wiklinowe krzesła. Mogli też, na co zdecydowali się
odkrywcy, schronić się przed popołudniową spiekotą na ławkach pod
czerwonym zadaszeniem w kształcie litery A.
Cruz ledwie wszamał do końca hinawę, gdy talerz zniknął mu sprzed oczu,
zastąpiony przez talerz obiadowy. Leżał na nim liść bananowca złożony w duży zielony trójkąt.
- To nasi lemak - wyjaśniła Joyah, która położyła taką samą piramidkę
przed Bryndis.
Cruz zastanawiał się, co powinien zrobić. Wziąć potrawę w dłonie?
Pokroić ją?
Joyah nachyliła się, a jej długie czarne włosy musnęły ramię Cruza.
- Otwórz - powiedziała łagodnie.
Cruz zaczął rozwijać liść bananowca, jakby rozpakowywał niespodziewany
prezent. W trakcie poczuł zapach kokosa i róży. Wewnątrz znajdował się
kopiec z białego ryżu okolony przez różne dodatki: przypieczone
orzeszki, pokrojone ogórki, smażone sardelki, połówkę jajka na miękko i łyżkę gęstego czerwonego sosu.
- To sambal. - Joyah posłała Cruzowi szelmowski uśmieszek, gdy
zobaczyła, że chłopak zanurza widelec w sosie. - Uważaj. Jest dość
ostry.
- Lubię ostre potrawy - odparł Cruz.
- Uwielbiam ostre potrawy - wtrącił Ali. Zmrużył oczy i posłał Cruzowi
wyzywającą minę.
"Przyjmuję wyzwanie".
Cruz odłożył widelec, chwycił łyżkę i nałożył czubatą porcję sambalu.
Odpowiedział Alemu hardą miną i włożył łyżkę do ust. Nie minęło nawet
pół sekundy, a miał wrażenie, że płonie mu głowa!
Joyah, dla której podobny widok był chlebem powszednim, obróciła się po
szklany dzbanek z mlekiem i dwie wysokie szklanki - przygotowane
wyraźnie na taką okoliczność.
- Wypij. Pomoże - zachęciła, starając się nie roześmiać.
Cruz wyciągnął dłoń po mleko. Wypił je niemal do dna, nim pożar ustąpił.
Paliły go gardło, język, a nawet wargi. Tymczasem Ali trzymał na widelcu
ryż z kapką sambalu na wysokości ust. Cruz obserwował przez łzy, jak
Ali powoli obniża dłoń. Chłopak przekręcił nadgarstek i ryż wraz z sambalem spadł z powrotem na talerz. Cruz usiadł wygodnie w krześle i złożył palące wargi w parodię uśmiechu. Zwyciężył.
Na deser podano kuih-muih, czyli małe ciasta, ciasteczka i wypieki.
Cruz spróbował tarty ananasowej i batang buruk, lekko podsmażonych
sajgonek bez nadzienia, posypanych cukrem i sproszkowaną fasolą mung.
Jedno i drugie było lazat! Emmett sięgnął po pinjaram, niewielki
stożkowaty placuszek z mąki ryżowej i pszennej, cukru i zielonego
barwnika spożywczego. Uniósł go.
- Wygląda jak latający spodek!
Joyah uśmiechnęła się.
- Bo to takie nasze placuszki UFO.
Emmett wgryzł się w placek.
- Jest nie z tego świata!
Po tarasie rozległy się jęki zażenowania.
Po obiedzie monsieur Legrand polecił uczniom, by zebrali sprzęt i bagaże
i przeszli na pomost. Na miejscu czekało na nich kilka łódek należących
do schroniska. Mieli spłynąć rzeką ku morzu Sulu, gdzie stał
zakotwiczony Orion. Gdy odkrywcy wstali od stołu, Cruz zaczekał.
Wskazał gestem Emmettowi, by zrobił to samo. Gdy zostali sami, zdał
współlokatorowi relację z niedawnej rozmowy z Sailor.
- Wiedziała, że pojechałem do Waszyngtonu.
- Że jak?
- Nie wie o Archiwum. Myśli, że wybrałem się na spotkanie z doktorem
Fallowfeldem.
Joyah i pozostali kelnerzy podeszli do stołów, by zebrać zastawę. Cruz i Emmett chwycili plecaki i przeszli przez taras, by zejść schodkami ku
pomostowi.
- Powiedziałem jej, że spotkanie nie doszło do skutku... Że Fallowfeld
nie przyszedł - dodał. - Ale teraz faktycznie muszę go znaleźć. Na bank
wie więcej o pracy mamy, niż przyznaje.
Emmett przyjrzał się mu uważnie.
- Łapię. I chcesz, by pomogła ci w tym moja mama.
- W końcu jest dyrektorką Syntezy.
- Ciii! - Emmett rozejrzał się konspiracyjnie po pomoście. - Nawet gdyby
potrafiła go zlokalizować, wątpię, czy zdradziłaby ci, gdzie jest.
Podejrzewam, że to informacja tajna.
- A gdybyśmy to my pomogli mu odnaleźć nas? - spytał Cruz. - Twoja
mama pewnie mogłaby wysłać mu wiadomość, że muszę z nim porozmawiać,
prawda? Mogłaby?
Emmett złożył usta w kreskę.
- Może.
Cruz miał ochotę wrzasnąć. "Może" nie wystarczy. Jak mógł sprawić, by
jego przyjaciel zrozumiał powagę sytuacji, tak by jednocześnie nie
zdradzić się z wiedzą, którą zdobył w Archiwum?
- Żałuję, Emmett, że nie mogę powiedzieć więcej. Musisz uwierzyć mi na
słowo, że to kwestia życia i... - Nerwowo wypuścił powietrze. Mało
brakowało, a powiedziałby "śmierci".
Emocjokulary Emmetta przybrały kształt i barwę szafirowych trapezów.
Oprawki zaczęły buchać kłębami różu i akwamarynu, przypominającymi
nasiona dmuchawca na wietrze.
- Zrobię, co w mojej mocy.
Mówił szczerze. Był zaciekawiony, nieco zaniepokojony i trochę
podenerwowany, ale mówił prawdę.
- Dzięki. - Cruz chciał powiedzieć więcej, ale wiedział, że mu nie
wolno. Emmett zresztą też.
Dotarli do początku drewnianego pomostu. Zeszli po schodkach i dołączyli
do pozostałych. Ponad ich głowami na fioletowym niebie mieniły się
pierwsze gwiazdy. Lani szperała w plecaku. Gdy się wyprostowała, Cruz
dostrzegł jej gogle noktowizyjne.
- Główka pracuje - powiedział.
Lani zawsze była przygotowana. Według instrukcji misja miała odbyć się
za dnia, więc sam nie zapakował noktowizora.
- Mam nadzieję, że uda się nam zobaczyć panterę mglistą. - Lani
poprawiła gogle na nosie. - Wiem, że to szaleństwo. W końcu to
samotnicze, płochliwe zwierzęta, a szansa, że się na jedno wpadnie, jest
jak jeden do miliona, ale mimo wszystko...
- Warto spróbować - dokończył Cruz.
Dziewczyna przytaknęła, machając goglami.
Gdy pozostali uczniowie zauważyli Lani ze sprzętem na nosie, ci, którzy
o nim pamiętali, zaczęli wyciągać własny. Cruz zobaczył, że Felipe
wyjmuje standardową parę gogli noktowizyjnych Akademii. Zamierzał
udawać, że nie ma wypasionych gogli, po tym jak się nimi posłużył, gdy
próbował skraść fragment receptury? Albo wiedział, że to Cruz zwabił go
w pułapkę w pralni na pokładzie Oriona, i pozbył się dowodów.
Brak specjalistycznych gogli nie uszedł uwadze Sailor. Dała Cruzowi
kuksańca, jakby chciała powiedzieć: "Patrz i podziwiaj".
- Hej, Felipe, a gdzie twoje wypasione OptiTek 5000?
- Na dnie Oceanu Indyjskiego - odparł tamten.
- To moja wina - wtrącił Kwento. - Opowiadałem Felipe o naszym
Przedłużółwiaczu i z tego wszystkiego niechcący strąciłem noktowizor z barierki.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki