ROZDZIAŁ 4
Starsza sierżant sztabowa Margaret Adams stała w gorącym słońcu na lotnisku ekspedycyjnym Górskiego Wojskowego Ośrodka Szkoleniowego Korpusu Marines, oczekując na lądowanie samolotu V-22 Osprey. W górach Sierra Nevada w Kalifornii powietrze było suche, ale panował upał. Z lasów na północnym zachodzie dolatywał gryzący zapach dymu z dogasających pożarów.
Zwalisty zmiennowirnikowiec szykował się do lądowania. Jego wielkie śmigła przeszły w pozycję pionową, a charakterystyczny odgłos rozchodził się w piersi Adams jak bicie bębna. Po dotknięciu ziemi samolot kołował chwilę przed hangarem, po czym silniki wyłączyły się z piskiem. Major dowodzący jednostką kazał wszystkim stanąć na baczność. Adams skierowała wzrok przed siebie, gdy boczne drzwi samolotu stanęły otworem i wyszedł z nich podpułkownik Smythe, przyjmując nienaganne saluty zebranych marines.
- Majorze Dobrynin... - Smythe skinął głową dowódcy Marine Raiders, potem ruszył naprzód, by stanąć przed Adams. - Starszy sierżancie sztabowy - zwrócił się do niej z lekko zaskoczoną miną - gdzie pani sprzęt? Z tego, co zrozumiałem, ćwiczenia miały rozpocząć się niezwłocznie. - Rzucił majorowi Dobryninowi poirytowane spojrzenie. Smythe nie cierpiał ceremoniałów i nie podobało mu się, że żołnierze stoją i czekają na niego.
- Sir, ja... - Margaret spojrzała na marine raiders zebranych po jej lewej, w pełnej gotowości do ćwiczeń terenowych w górach. Ona natomiast miała na sobie mundur galowy, z orderami połyskującymi w słońcu.
Dobrynin odpowiedział za nią.
- Starsza sierżant sztabowa Adams nie zakwalifikowała się do raidersów - wyjaśnił. - To warunek konieczny do...
- Banialuki! - przerwał Smythe. - Czy, jak by powiedzieli jankesi, zwykłe pieprzenie. Organizacja Narodów Zjednoczonych powierzyła mi dowodzenie Specjalnym Pułkiem Taktyczno-Uderzeniowym. - Klepnął naszywkę jednostki STAR na swoim mundurze. - To ja decyduję, kto się kwalifikuje do mojej jednostki. Czy to jasne, majorze?
Wiedział, że postępuje nieuczciwie wobec oddanego oficera, ale po prostu nie miał czasu na bzdury. Atak Kristangów na bazę sił powietrznych Wrighta-Pattersona wstrząsnął całym światem i dowiódł, że nie sposób przewidzieć, kiedy i gdzie nastąpi kolejny kryzys. Jeremy Smythe był pewny jedynie tego, że taki kryzys nastąpi, a STAR musieli być gotowi do zadania ciosu. Chciał jak najszybciej zagonić zespoły do roboty, nawet jeśli oznaczało to urażenie czyjegoś ego. Nie czekając na odpowiedź Dobrynina, Anglik ponownie zwrócił się do Adams:
- Sierżancie sztabowy, to nieodpowiedni mundur. Proszę zrzucić tę absurdalną balową kieckę i spotkać się z nami... - Zdał sobie sprawę, że nie zna planów ćwiczeń. - Ekhm, gdzie przechowują pani pancerz?
- Pokażę panu, pułkowniku - zaofiarował się Dobrynin, wskazując oczekujący sznur ciężarówek.
- W porządku. Adams, proszę się tam stawić. Majorze, ostatni raz byłem tu parę ładnych lat temu i wówczas zalegała trzymetrowa warstwa śniegu. Jak sądzę, żeby trafić na szlak na Wells Peak trzeba iść dziesięć kilometrów w tym kierunku? - Wskazał na szczyt za hangarem.
- Mniej więcej - potwierdził major.
- Znakomicie. Zespół będzie niósł pancerze wraz z pełnym wyposażeniem aż do punktu początkowego szlaku - oznajmił Smythe, w pełni świadomy ciężaru kristańskiej zbroi. - Starszy sierżancie, poradzi sobie pani?
Adams zmrużyła oczy z determinacją. Służąc w Wesołej Bandzie Piratów, dźwigała już większe ciężary na dłuższych dystansach niż marne dziesięć kilometrów.
- Żeby pan wiedział, pułkowniku.
Smythe skinął jej głową, a potem pozwolił Dobryninowi zaprowadzić się do jednego z oczekujących pojazdów.
- Majorze, zespół STAR walczy we wspomaganych pancerzach. Tylko dzięki temu możemy liczyć na wyrównaną walkę tam, w górze. - Wskazał na niebo. - W mechanicznym kombinezonie doświadczenie jest ważniejsze niż jakikolwiek inny czynnik. Pańscy raidersi mogą szczycić się doskonałą zręcznością i przeszkoleniem, nie znaczy to jednak, że będą potrafili walczyć z użyciem obcej technologii. Ciekawe, jak poradzi sobie Adams...
*
Adams dołączyła do raidersów, by wziąć udział w ćwiczeniach odbywających się na całym terenie ośrodka szkoleniowego. Podczas wspinaczki i biegu z przeszkodami radziła sobie tak samo szybko... Nie, prawdę mówiąc o wiele szybciej niż inni, gdyż instynktownie wiedziała, kiedy należy przekazać komputerowi pancerza kontrolę nad ruchami nóg, a także, co równie istotne, zdążyła nabrać zaufania do pozaziemskiego sprzętu. W trakcie manewrów z użyciem broni znalazła się wśród dziesięciu procent najlepszych strzelców.
- Świetnie się sprawiliście, chłopaki - powiedział Smythe bez zastanowienia, zapominając, że teraz ma w zespołach także kobiety. - Starszy sierżancie, jak się pani trzyma?
Adams uniosła przyłbicę hełmu i odsłoniła twarz, by pokazać, że nawet nie dostała zadyszki.
- To jak spacerek w parku, sir - stwierdziła z nerwowym uśmieszkiem.
- Macie ochotę na odrobinę rozrywki? - Smythe wyszczerzył zęby. - Adams, dałaby pani radę tym chłopakom? - Cofnął się. - Na przykład trzem?
Kobieta zamknęła zasłonę hełmu, po czym mrugnięciem przestawiła pancerz na tryb półautomatycznej walki wręcz. Skippy niedawno wzbogacił zbroje o tę funkcję, by dać swoim małpim pupilom większe szanse na przetrwanie bliskiego spotkania z zaawansowanymi obcymi.
- Czekam na nich, pułkowniku.
Wiedząc, że gra toczy się o honor jego raidersów, Dobrynin wybrał trzech podkomendnych, którzy najlepiej radzili sobie w walce wręcz. Widział ich w akcji i był pewien, że dowódca STAR będzie zadowolony z pokazu.
Trzech przeciwko jednej, wszyscy w pozaziemskich wspomaganych pancerzach. Trzech wysoce sprawnych i wyszkolonych żołnierzy do zadań specjalnych, mistrzów w swoim fachu.
Dla Adams to było aż za proste.
Kiedy cisnęła ostatniego raidersa przez ramię na dziesięć metrów w górę, ponownie otworzyła przyłbicę.
- Proszę wybaczyć, pułkowniku. Trochę się zapuściłam.
- Zabrzmiało to jak wymówka, starszy sierżancie - odparł Jeremy Smythe, patrząc na nią surowo. Potem, ku zdumieniu ich obojga, puścił do niej oko. - "Latający Holender" wyrusza w kolejny rejs. Rzekomo zapowiada się lekka i przyjemna misja, ale wszyscy wiemy, że to ułuda. Adams, jeśli jest pani zainteresowana, będziemy zaszczyceni, mogąc przyjąć panią w szeregi STAR.
Margaret uniosła opancerzone ramię do salutu.
- Nie przegapiłabym takiej imprezy, sir.
*
Dwa dni później Adams zastukała w futrynę mojego gabinetu. Na szczęście akurat wtedy byłem naprawdę pogrążony w pracy, zamiast grać w gry wideo. Przynajmniej takie sprawiałem wrażenie. Adams wróciła na pokład, kiedy byłem na spotkaniu z przedstawicielami ONZ, nie mogłem więc powitać jej w doku. Cieszyłem się, że znowu ją widzę.
Oczywiście ta radość wynikała z faktu, że Margaret Adams była cennym członkiem Wesołej Bandy Piratów, a nie z innych powodów, które są zakazane i nieprofesjonalne i o których nie powinienem nawet myśleć.
Do kitu z takim życiem.
- Dzień dobry, starszy sierżancie - przywitałem się. Od razu zauważyłem naszywkę zespołu STAR Alfa. - Gratulacje. - Wskazałem na emblemat.
- Ach, to? - krygowała się. - Cóż, na ludziach z powierzchni robi to chyba wrażenie.
- Na mnie również, Adams. Co panią gryzie?
- Skąd myśl, że coś mnie gryzie, sir?
- Pani mina mówi, że już jestem po uszy w gównie, tylko jeszcze nie wiem dlaczego.
- Nigdy nie robię takich min - zaprotestowała.
- Przecież jest pani kobietą.
- No dobrze - westchnęła ciężko. I uroczo. Wręcz cudownie. Oczywiście jako jej dowódca reagowałem obojętnie i bez emocji.
- Proszę to z siebie wyrzucić, starszy sierżancie.
- Dostałam dziś zawiadomienie o zdegradowaniu pana ze stopnia sierżanta sztabowego do zwykłego sierżanta. Myślałam, że przekonał pan armię, by zaakceptowała pana jako pułkownika. Mówił pan, że będzie dowodził misją do Bazy Beta, sir.
- To...
- Przecież o tym rozmawialiśmy, sir.
- Jest...
- Wygłosiłam mowę o tym, jaka jestem dumna, że pokazał pan, że ma jaja. - Zmroziła mnie spojrzeniem. - Sir. - Wypowiedziała to słowo z mniejszym szacunkiem, niż powinna.
- Pozwoli mi pani wyjaśnić, Adams?
Skrzyżowała ręce na piersi.
- Chętnie posłucham.
- W porządku. Moja pani adwokat z Wojskowego Biura Śledczego załatwiła sprawę tak, żebym przyjął karę w ramach artykułu piętnastego, za bunt i kradzież "Holendra". To ostatnie zostało oficjalnie określone jako "niedozwolone wykorzystanie własności rządu". - Przewróciłem oczami.
- Artykuł piętnasty? My, marines, nazywamy tę karę pozasądową "ciosem ninja". Jak to "przyjął karę"?
- Dostałem propozycję i się na nią zgodziłem. Lepsze to niż sąd polowy. Prawdę mówiąc, upiekło mi się. Spadłem do przedziału płacowego E-5 i musiałem zrzec się pensji pułkownika, którą otrzymywałem podczas naszej renegackiej misji. Najgorsze było to, że przed rozprawą Skippy włamał się do systemu audio i puścił temat z serialu "Prawo i porządek".
- Właśnie! - wtrącił się blaszak. - I gorzko się rozczarowałem. Telewizja znowu kłamała! Rozprawa ciągnęła się przez dobrze ponad godzinę, bez dramatycznych przemów i zwrotów akcji zmieniających fabułę o sto osiemdziesiąt stopni. Poza tym główny detektyw nie pokusił się o choćby jedną dowcipną uwagę. Zmarnowałem tylko czas!
- Nie było tam żadnego detektywa, durniu. - Machnąłem ręką na awatara, jakbym chciał go pacnąć.
- A powinien być! Dałoby się to jeszcze oglądać, gdyby bandzior dostał karę śmierci, ale wojskowy system sprawiedliwości kompletnie dał ciała.
- Dziękujemy, Skippy, a teraz bądź łaskaw odejść - poprosiłem, machając dłonią przez hologram. Wiedziałem, że go to wkurza.
- No dobra - burknął i zniknął.
- Na razie to wszystko brzmi jak stek bzdur, sir - stwierdziła Adams, zaciskając zęby. Widziałem, że jest niezadowolona. Ze mnie!
- Adams, bez przesady. Armia nie puściłaby mi płazem buntu. Jestem żołnierzem, nie kowbojem.
- Jest pan piratem!
- Wie pani, o co mi chodzi.
- Nie podoba mi się to. Załodze również się nie spodoba.
- Możliwe, że armia nie wzięła pod uwagę pani uczuć - zażartowałem.
Zmrużyła oczy. Nie była rozbawiona.
- Po nieoczekiwanej bitwie na ziemskim froncie mówił pan, że armia potwierdziła pański awans na pułkownika.
- To był cały proces, Adams. Należało przebrnąć przez masę formalności. Zostałem oficjalnie ukarany degradacją i przepadkiem części wynagrodzenia. Tak mówi pismo urzędowe, które pani otrzymała. Nie powiadomiono pani jednak, że jeszcze tego samego dnia, kiedy spadłem do przedziału E-5, po południu armia awansowała mnie na pułkownika. Nie tylko polowego. Na serio wywindowali mnie do przedziału O-6. - Klepnąłem srebrne orzełki.
- Ale najpierw musieli pana zdegradować? - Potrząsnęła głową z niedowierzaniem.
- Armia to zespół, Adams. A przy tym jest zbiurokratyzowana jak mało która organizacja. Mechanizm działa powoli i tylko w jednym kierunku. Grunt, że zadziałał, a ja nie trafiłem do paki ani do aresztu. Moja prawniczka spisała się na medal. Pomogła też armii wyplątać się z dylematu tak, żeby wszyscy na tym skorzystali. Do tego wynegocjowała przyznanie mi żołdu za misję renegacką, więc różnica w wynagrodzeniu jest niewielka. Rodzice i tak trzymają forsę w banku.
- Myślałam, że kazał pan im ją wydać.
- A czy pani rodzice wydali już pieniądze, które przysłała pani do domu?
- Nie - przyznała. - Cóż, to zadziwiające - westchnęła.
- Co konkretnie?
Potrząsnęła głową ze zdumieniem.
- Dopuścił się pan buntu i uszło to panu na sucho. Mało tego, dostał pan awans! A ja przez cały ten czas tkwiłam na Ziemi.
- Przynajmniej miała pani lepsze jedzenie - ponownie spróbowałem zażartować.
- Ale przegapiłam całą zabawę.
- Jeśli to panią pocieszy, adwokat powiedziała, że gdyby nie niespodziewany atak Kristangów, prawdopodobnie zostałbym zwolniony ze służby albo zmuszony do przejścia na emeryturę. Nie wszystko zostało mi odpuszczone, Adams.
- Wcale mnie to nie pociesza, sir. Ile jeszcze razy będzie pan musiał ratować świat, zanim dadzą panu spokój?
- Będziemy, Adams. Ratowaliśmy świat wspólnie.
- Mnie wtedy z panem nie było.
- Nie wzięła pani udziału tylko w jednej misji, ale za to towarzyszyła mi na ziemskim froncie. A mówiąc o nas, mam na myśli Wesołą Bandę Piratów. Nikt tu nie działa solo. Piraci to zespół, a ja jestem cholernie dumny, że do niego należę. Tak czy inaczej... - Wstałem, przeciągnąłem się i ziewnąłem. - Teraz już wie pani, jak było.
- Czy ten awans jest oficjalny? Będzie pan nosił te orzełki także na planecie? Czy nadal musi pan podtrzymywać fałszywą wersję wydarzeń?
- Ja...
- Ta historia jest coraz mniej przekonywająca. Nikt już nie daje jej wiary.
- SEONZ robią, co w ich mocy, starszy sierżancie. Wszyscy widzieliśmy wiadomości.
Pomimo prób cenzurowania informacji dowództwo Sił Ekspedycyjnych nie mogło ukryć zniszczeń w Dayton. Wszyscy na Ziemi zdążyli już zobaczyć kristańskie lądowniki atakujące bazę Wrighta-Pattersona. Jakim cudem politycy mieliby się z tego wyłgać?
Nie było to jednak trudne dla ludzi, którzy żyją z okłamywania innych. Obywatele zobaczyli też, jak "Latający Holender", oficjalnie nadal kontrolowany przez Thuranów, zestrzelił lądowniki agresora. A potem jak "Mroźny Sztylet Prosto w Serce", kristański okręt, ostrzeliwuje jaszczurzych żołnierzy na powierzchni Ziemi. Czary mary i gotowe! Zgodnie z oficjalną wersją wydarzeń Kristangowie atakujący Wright-Pat byli grupą buntowników, a nasi sojusznicy, czyli władze Kristangów i Thuranów, uporali się z nimi bez skrupułów. Ten kit pomógł nawet uwiarygodnić pierwotną fałszywą historię, przynajmniej na jakiś czas.
- Będę mógł chodzić po Ziemi w mundurze pułkownika. Mój awans nie jest tajemnicą.
- A niby jak armia zamierza to wyjaśnić?
- To proste. - Wzruszyłem ramionami. - Oficjalnie mój awans to zagrywka pod publiczkę, mająca udobruchać Thuranów ze względu na bliżej nieokreślone, wciąż ściśle tajne działania, które podjąłem na ziemskim froncie.
- Niech to szlag - zaśmiała się.
- Widzi pani? To kłamstwo ma nawet tę zaletę, że nie jest dalekie od prawdy.
- Nie do wiary - roześmiała się znowu. - Ale wie pan chyba, że prawda w końcu wyjdzie na jaw?
- Pewnie tak.
- To chore. Zasrani politycy ciągle kryją jeden drugiego.
W pewnym stopniu musiałem się z nią zgodzić. Pierwotna oficjalna wersja wydarzeń, wyjaśniająca przylot "Latającego Holendra", mówiła, że Kristangowie, którzy napadli na Ziemię, byli nieautoryzowanymi odszczepieńcami, których następnie wybili nasi lojalni patroni, Thuranie. Siły posłane na Paradise dzielnie walczyły u boku kristańskich sojuszników, aż w końcu zdradliwi Ruharowie przypuścili atak, przez który Siły Ekspedycyjne na Paradise zostały odcięte od Ziemi. Kolejne przyloty i odloty "Latającego Holendra" tłumaczono koniecznością zabrania ludzi na misje szkoleniowe. Istniały trzy powody, dla których utrzymywano, że nadal jesteśmy sojusznikami Kristangów. Po pierwsze, żaden polityk nie chciał przyznać się do błędu, jakim było sprzymierzenie się z jaszczurami i posłanie ponad stu tysięcy żołnierzy do walki na innej planecie na rzecz naszego prawdziwego wroga. Moja opinia na ten temat brzmiała: jebać ich. Jeśli banda polityków straci ciepłe posadki czy nawet trafi do więzienia, nie będzie mi to spędzać snu z powiek. Dlaczego więc po prostu nie poprosiłem Skippy'ego, żeby ujawnił prawdę w Internecie?
Z powodów numer dwa i trzy. Powód drugi był taki, że społeczeństwo spanikowałoby na wieść, że wrogo nastawieni kosmici prędzej czy później przybędą, by unicestwić ludzkość, a my możemy jedynie liczyć na gadającą puszkę i modlić się żarliwie. Aktualnie obywatele sądzili, że posiadamy niewiarygodną technologię Thuranów, chroniącą nas przed wielkimi, złymi Ruharami i przed zbuntowanymi Kristangami. "Latającego Holendra" można było zobaczyć, tak jak Międzynarodową Stację Kosmiczną. Ruchomy, świetlisty punkt był widoczny gołym okiem. Wystarczyła lornetka albo tani teleskop, by dostrzec zarys masywnego kadłuba. Jeśli ludzie żądali dowodów na to, że Thuranie osłaniają nas przed zimnym i okrutnym wszechświatem, wystarczyło, że zaufają własnym zmysłom. Ruharowie nie przeprowadzili najazdu na nasz świat ojczysty od tamtego pamiętnego dnia, gdy zostali przegnani przez Kristangów. Ziemianie widzieli, jak thurański lotniskowiec wymierza karę Kristangom pastwiącym się nad naszą planetą. Zaś całkiem niedawno, gdy grupa kristańskich bandytów przeprowadziła atak z zaskoczenia na bazę lotniczą Wrighta-Pattersona, powstrzymały ich aż dwa okręty - thurański i kristański! Ludzkość najwyraźniej nadal czerpała korzyści z mądrej decyzji ziemskich przywódców o nawiązaniu sojuszu z Kristangami, naszymi wybawicielami.
Sam musiałem przyznać, że ten blef brzmiał dość wiarygodnie.
Mnie najbardziej interesował powód numer trzy, czyli żołnierze SEONZ na Paradise. Dzięki przeinaczonym informacjom krewni i przyjaciele ludzi pozostawionych na obcej planecie mieli choć cień nadziei, że ich bliscy wrócą w końcu do domu. Politycy zaręczali, że nadejdzie dzień, gdy nasi potężni thurańscy patroni przełamią ruharską blokadę wokół Paradise i uratują Siły Ekspedycyjne.
Wesoła Banda Piratów wiedziała, że wszelkie takie nadzieje są gówno warte. Ludzie na Paradise mieli już nigdy nie wrócić do domu, ani nawet dowiedzieć się, że Ziemia nie jest jeszcze kupką radioaktywnego popiołu. Okrutną rzeczą byłoby wyjawienie prawdy bliskim żołnierzy, którzy na zawsze utknęli na Paradise. Wiedza na ten temat byłaby również niebezpieczna, gdyż Ziemianie nie zaakceptowaliby prawdy i naciskali na rządzących, by ci zrobili cokolwiek, nawet gdyby pomagając żołnierzom na Paradise położyli na szali los wszystkich ludzi na Ziemi. Ogólnie rzecz biorąc, ludzie nie chcą znać ponurej prawdy, a politycy zyskują głosy, bo mówią to, co wszyscy chcą słyszeć, choć wyborcy wiedzą przecież, że to kłamstwa.
Czasami muszę przyznać Skippy'emu rację, gdy twierdzi, że małpy są tak głupie, że to cud, iż jeszcze nie wyginęły.
Podsumowując, powód pierwszy pozwala politykom zachować stołki, a powody drugi i trzeci utrzymują społeczeństwo w ryzach. Potrzebujemy stabilnego, produktywnego społeczeństwa o dobrym morale, jeśli zamierzamy budować zaawansowane systemy obronne, oparte na technologii, którą udostępniał Skippy. Aby więc zapewnić ziemskim obywatelom bezpieczeństwo i przetrwanie, musieliśmy ich okłamywać.
Przynajmniej na razie.
Adams miała rację, oficjalna wersja wydarzeń traciła na wiarygodności. Zbyt wielu ludzi znało prawdę. Kiedyś to wszystko się na nas odbije i będziemy musieli stawić czoła konsekwencjom.
Życie było o wiele prostsze, kiedy biegałem z karabinem po nigeryjskiej dżungli.
*
Wróciłem do gabinetu po ostrym treningu na siłowni i klapnąłem na fotel.
- Hej, Skippy, chciałbym zadać tobie jedne pytanie.
- Chyba raczej "jedno pytanie".
- Tak, jasne.
- Ech... I nie "zadać tobie", tylko "zadać ci".
- Będziesz mnie poprawiał przez cały dzień czy wysłuchasz tego pytania?
- Jak mam zrozumieć, o co pytasz, jeśli nie umiesz się wysłowić?
- No kurka wodna, przepraszam bardzo, panie starszy - odparłem, siląc się na brytyjski akcent. - Jestem bardziej wygadany niż nasza dobrodziejka królowa!
- Przestań, Joe. Twój lipny akcent jest wręcz obraźliwy.
- Dobra. Przejdźmy do mojego pytania. Ten kit o Wesołej Bandzie Piratów w którymś momencie się posypie.
- I tak ta wersja wydarzeń jest już bardziej dziurawa niż twoja bielizna.
- Dopiero zaczęła się przecierać!
- Niektóre twoje spodenki już tak prześwitują i mają tyle dziur, że rozleciałyby się, gdyby moje boty nie prały ich ręcznie.
- No. Mówię, że trochę się przetarły.
- Ufff... Dlaczego musiałem trafić akurat na ciebie? Przecież Adams i Desai także były w tamtym magazynie na Paradise. One przynajmniej wiedzą, jak zadbać o odzież. Mógłbym nawet wybrać Changa, gdybym...
- Serio? Będziemy teraz gadać o praniu ciuchów? Usiłuję zadać ci ważne pytanie.
- Niech będzie. Pytaj. - Parsknął. - Ale nie zwalaj winy na mnie, jeśli kiedyś otworzysz szufladę z bielizną i znajdziesz tam tylko smętną kupkę kłaków.
- Spróbuję stłumić rozczarowanie. W każdym razie, kiedy sprawa się rypnie, ludzie zaczną panikować. Może dojść do ogromnych rozruchów, których opanowanie będzie kosztować zasoby konieczne do zbudowania ziemskiego systemu obrony.
- Zgadza się. Potrafisz jednak myśleć długofalowo, Joe - stwierdził z zaskoczeniem. - No, może pomijając ten kawałek o budowaniu ziemskiego systemu obrony. Żadna planeta nie obroni się sama przed całą Galaktyką. To kompletna mrzonka. I wielka strata czasu.
- Misja renegacka pozwoliła nam dopilnować, by obcy nie odwiedzali nas przez kilkaset lat, jednak nasza tajemnica w końcu wyjdzie na jaw. Co proponujesz? Mamy po prostu czekać na zagładę?
- No... nie. Może zamiast tego, małpy, wykorzystacie swoje ograniczone zasoby, żeby zbudować ogromny drogowskaz z napisem: TU SĄ LUDZIE, posłać go na orbitę i skierować w stronę Marsa?
- Jak zawsze służysz mi nieocenionym wsparciem, Skippy.
- Ej, może sam powinieneś się podszkolić w empatii i tym podobnych bzdetach? Bo ja już mam ich dość.
- Zastanawiam się, jak można przekonać społeczeństwo, że zamiast wpadać w panikę, powinniśmy współpracować? Kiedy prawda wyjdzie na jaw, musimy mieć w zanadrzu przekonujący argument, a nie wymyślać wszystko na poczekaniu.
- No tak. - Zadumał się. - Kolejna dobra myśl, Joe. Jestem pod wrażeniem. Hmmm, niech pomyślę... Cóż, prawdę mówiąc, istnieje nawet nauka o przekonywaniu innych do swojego punktu widzenia. Arystoteles w dziele pod tytułem "Retoryka" zarysował drogę do wywierania wpływu na odbiorców. Wyróżnił etos, patos i...
- Chwila. Etos? Patos? Co mają z tym wspólnego trzej muszkieterowie?
- Ech... Nie Atos i Portos, głąbie! Nie chodzi o żadnych muszk...
- Poza tym to nie Arystoteles napisał "Trzech muszkieterów" - chwaliłem się wiedzą. - Autorem jest Francuz nazwiskiem Dyma!
- Dumas! Wymawia się "Di-MAA"!!! Ty niedouczony kretynie! - załkał.
- Możliwe. - Powstrzymałem się przed przewróceniem oczami. - Dobra, co mówi ten twój Arystoteles?
Skippy westchnął ciężko, wyraźnie wyczerpany.
- A czy to ma jakieś znaczenie?
- Nie bardzo, ale chciałeś o tym pogadać, więc...
- Nieważne. Chcesz, żebym wykorzystał swoją biegłą znajomość psychobełkotu, by opracować plan, dzięki któremu zmanipulujesz obywateli, by nie zareagowali paniką na fakty o piratach, Thuranach, Paradise i tak dalej?
- Właśnie. Tyle tylko, że zamiast "psychobełkotu" mogłeś powiedzieć "wiedzy o interakcjach międzyludzkich". A zamiast "zmanipulujesz": "poinformujesz" albo "podbudujesz ducha".
- A czym to się różni od tego, co powiedziałem?
- Niczym. Po prostu będzie to brzmieć lepiej, kiedy będzie trzeba opchnąć twój pomysł idiotom z dowództwa SEONZ.
- Rozumiem. Najpierw muszę zmanipulować mniejszą grupę kretynów, by przyjęli mój pomysł, dzięki czemu o wiele większa grupa przygłupów nie wpadnie w histerię i nie puści z dymem twojej planety, czy tak?
- Mniej więcej o to chodzi.
- Ale będzie ubaw... Żartowałem!
- Daj spokój, gdyby dokonywanie niewiarygodnie wspaniałych czynów było łatwe, każdy mógłby to robić.
Hologram przekrzywił głowę podejrzliwie.
- Czyżbyś usiłował mnie zmanipulować?
- Pewnie, że nie. Hmmm... A gdyby tak było, to czy mi się udało?
- Pomogę ci wyłącznie dlatego, że wam współczuję. Jesteście doprawdy żałośni.
- Yyy... Dziękuję?
- Stworzę podumysł, który zajmie się tą kwestią pod naszą nieobecność. Ktoś i tak musi pilnować mojego biznesu.
- Mowa tu o całkowicie legalnej działalności, która nie wpakuje mnie w tarapaty, prawda?
- Myślałem, że wolałbyś o tym nie słyszeć, Joe.
- Może udajmy, że kiedy opowiadałeś o swoim biznesie, ja byłem nawalony albo odurzony heroiną i nic nie słyszałem? Dzięki temu napytam sobie mniejszej biedy.
- Zgoda. Dla ciebie wszystko, Joe.
*
Siedziałem w biurze i pracowałem na laptopie. W żadnym wypadku nie grałem w "Super Mario Kart", nie wierzcie w brednie Skippy'ego! Zapukała do mnie Desai. Spojrzałem na nią, starając się przywołać na twarz radosny uśmiech.
Stała w drzwiach, krzyżując ramiona.
- Poznałam faceta...
- Yyy... - Nie bardzo wiedziałem, co odpowiedzieć. - Faceta, co żon miał aż siedem?
- Słucham? - Przynajmniej przestała patrzeć wilkiem i zamiast tego wyglądała na skołowaną.
- Jak w tym wierszyku. O St. Ives. - Mój dziadek zwykł recytować własną wersję tego wiersza. "Gdy razu pewnego do St. Ives poszedłem, poznałem faceta, co żon miał aż siedem. Żadna nie była jego, wszystkie były cudze, ale to dlatego, że gość był Francuzem".
Dziadek zawsze miał niezły ubaw ze swojej wersji. Babcia z kolei reagowała na nią dość ozięble.
- Rozumiem. - Desai uniosła brew. - St. Ives. Taka rymowanka.
- Hmm, ludzie zwykle zaczynają rozmowę od "cześć" albo "dzień dobry" - podpowiedziałem.
- Właśnie przyleciałam z Indii. Teraz jest tam już wieczór.
- A zatem dobry wieczór. Poznała pani kogoś, tak? Zgaduję, że nie chodzi o takiego sobie faceta. Jest dla pani kimś ważnym?
Uniosła ramiona, biorąc głęboki oddech, po czym zwiesiła je, wypuszczając powietrze. Uznałem to za dobry znak.
- Owszem. Poznaliśmy się dzięki naszym rodzicom.
- Chodzi o to całe małżeństwo aranżowane? - Gdy tylko zadałem to pytanie, pożałowałem, że nie mogę go cofnąć.
- Nie - roześmiała się, rozładowując napięcie. - Raczej o aranżowaną randkę w ciemno. Gość jest lekarzem.
- Pani rodzice na pewno są zadowoleni.
- Racja, zwłaszcza że oboje również są lekarzami.
Znałem te fakty dotyczące jej rodziny. Ojciec Desai był lekarzem armii indyjskiej, matka też zajmowała się medycyną, ale nie pamiętałem, czym dokładnie. Gdyby mnie to nurtowało, zawsze mogłem zajrzeć do akt.
- A czy pani jest szczęśliwa?
- Z tego, że ma taki, a nie inny zawód? To bez znaczenia. Grunt, że on sam mnie uszczęśliwia.
- Cóż, cieszę się waszym szczęściem? - Mogłem darować sobie formę pytającą.
Weszła do ciasnego gabinetu i usiadła.
- Być może uzna pan tę rozmowę za nieco dziwną...
Tym razem to ja się zaśmiałem. Odchyliłem się na oparciu, splatając dłonie za głową.
- Pani major, czy wie pani, co dzieje się z Agadą?
- Chyba jest teraz już oficjalnie SI sterującą okrętem?
- Tak. Chodziło mi jednak o to, co stało się z nią... Wie pani, wtedy. Podczas incydentu w Dayton.
- Nie wiem wszystkiego - przyznała. - Znam tylko oficjalną wersję.
- Pominięto w niej wszystkie najlepsze kwestie. W każdym razie prawie straciła życie, o ile można tak powiedzieć o sztucznej inteligencji. Wymusiliśmy na Skippym obietnicę, że odbuduje ją w niezmienionej postaci. Blaszak robi co może, ale sama Agada chciała wprowadzić u siebie pewne zmiany. Podczas dostosowywania nowej macierzy, czy co tam wyprawia, doświadcza, ekhm, "anomalii poznawczych".
Desai jęknęła. Wszyscy, którzy byli na pokładzie, kiedy Skippy optymalizował własną macierz, pamiętali, jak budził ich w nocy, sprawiając wrażenie, jakby opróżnił butelkę tequili albo nałykał się psychotropów.
- Naprawi to? - zapytała Desai.
- Koniec końców tak - potwierdziłem. - Na razie Skippy monitoruje sposób, w jaki Agada zarządza okrętem. Dziś wyrwała mnie ze snu o czwartej trzydzieści nad ranem, żeby... Cóż. - Uznałem, że sprawa była zbyt żenująca, żeby opowiadać o niej Desai. - Powiem tylko, że nasza rozmowa jest najmniej dziwnym przeżyciem z dzisiejszego poranka.
- To dobrze - odparła, wiercąc się w fotelu.
Przez chwilę panowała niezręczna cisza.
- Chyba nie przyleciała tu pani chwalić się swoim życiem towarzyskim? - zapytałem w końcu.
- Nie, sir. - Wyraźnie ulżyło jej, że chcę przejść do sedna. - Poprosił mnie pan o powrót w charakterze głównego pilota.
- Moim zdaniem nikt nie nadaje się lepiej do tej roboty.
- Mnie przychodzi na myśl co najmniej setka lepiej wykwalifikowanych osób. Z drugiej strony... - Wypuściła powietrze z taką mocą, że podmuch powietrza podwiał jej grzywkę. - Kłóciliśmy się o to już ze sto razy.
- Wie pani, że moje superbohaterskie ja nosi imię... - udałem, że rozrywam bluzę niczym Superman - Człowiek Upór, prawda?
- Myślałam, że Kapitan Niecierpliwy - odpowiedziała z uśmiechem.
- Wielozadaniowość to podstawa. Chce pani tę robotę? - zapytałem z nadzieją.
- Nie. - Odwróciła wzrok, świadoma, że sprawia mi zawód. - Nie tym razem. Pierwotnie wyruszyłam z Ziemi wraz z Siłami Ekspedycyjnymi, przekonana, że lecimy ku gwiazdom, by chronić naszą planetę.
- Wszyscy łyknęliśmy ten kristański kit - stwierdziłem z goryczą.
- Racja. Potem zgłosiłam się na kolejną misję, bo sądziłam, że uwiniemy się szybko i bez problemów.
- Co proszę?
- Mieliśmy tylko znaleźć węzeł łączności Pradawnych, żeby Skippy mógł skontaktować się z Kolektywem, a potem wrócić do domu. Lądowanie na Newark i powstrzymanie thurańskiego okrętu przed rejsem na Ziemię nie było planowane.
- Majorze, chyba każde z nas zapamiętało to inaczej. Dowództwo SEONZ posłało nas na samobójczą misję. Nie spodziewało się, że wrócimy po tym, jak Skippy dotrzyma słowa i wyłączy budzik tunelu czasoprzestrzennego.
- To pan nie spodziewał się, że wrócimy. Pozostali mieli więcej wiary.
- No tak...
- Potem zgodziłam się na jeszcze jedną misję, bo chodziło w niej tylko o sprawdzenie, czy Thuranie nie wysyłają jednostki w zastępstwie eksploratora, który rozwaliliśmy. Zamiast tego musieliśmy powstrzymać Ruharów przed zwróceniem Paradise Kristangom, przeprowadzić tajną operację w celu sprowokowania kristańskiej wojny domowej, potem naprawić Skippy'ego przed Godziną Zero. A na koniec raz jeszcze ocalić Paradise, tym razem przed bronią biologiczną Kristangów.
- Okej. - Wiedziałem, że do czegoś zmierza. - Nie można nam odmówić ambicji, prawda? - zażartowałem, starając się poprawić nastrój. Nic z tego nie wyszło.
- Nawet druga misja trwała dłużej, niż oczekiwano.
- Cóż... - Teraz to ja zacząłem się wiercić. - Musieliśmy spędzić trochę czasu na Newark, kiedy Skippy przebudowywał okręt.
- Trzecia misja trwała prawie dwa lata! - Spojrzała na mnie z lekkim wyrzutem. - A teraz chce pan, żebym znowu zabrała się z piratami? Sir, kiedy Ruharowie najechali nas w Dniu Kolumba, zrezygnowałam z własnego życia, by pomóc bronić Ziemi. I chronić bliskich. Gdy jakimś cudem wróciliśmy, chciałam jedynie wrócić do normalnego życia, jak wszyscy. Związać się z kimś. I w końcu mieć dzieci, zanim matka zacznie narzekać, że nigdy nie doczeka się wnuków.
- Pani brat i siostra mają już dzieci - zauważyłem, sądząc, że to ją pocieszy.
- Racja. Ale przez to rodzicom zależy jeszcze bardziej, żebym się ustatkowała.
- Aha. Przepraszam.
Mina Desai złagodniała.
- A czy pan by nie chciał żyć normalnie?
- Jasne. Któregoś dnia... Pani major, oczywiście rozumiem, dlaczego odmawia pani udziału w kolejnej misji piratów...
- Tego nie powiedziałam.
- Yyy, jak to?
- Rezygnuję jedynie z pełnienia funkcji głównego pilota - wyjaśniła z uśmiechem.
- Aha...
- Pułkowniku, rozumiem, że Chang i Simms wyruszą do tej całej Bazy Beta, wylądują tam i pozostaną przez pewien czas?
- Taki jest plan. Kiedy dotrzemy do planet nadających się na bazę, Chang obejmie dowództwo nad wojskowymi siłami ochrony zespołu badawczego. Simms zajmie się logistyką. Chce wrócić do swojej specjalności. Czemu pani pyta?
Przekrzywiła głowę.
- Ponieważ - odrzekła powoli - "Latający Holender" nadal nie ma oficera wykonawczego.
No pewnie. Jeśli będą wręczać nagrody dla najbardziej niedomyślnego palanta roku, nie musicie się zgłaszać, bo sprawa jest już przesądzona.
- Aha... Aha! Kurczę, Desai, to świetny pomysł!
Gdy usłyszałem, że zarówno Chang, jak i Simms wezmą udział w poszukiwaniu Bazy Beta, początkowo zakładałem, że któreś z nich będzie moim oficerem wykonawczym, przynajmniej na czas odlotu. Oboje powiedzieli, że będą zbyt zajęci przydzielonymi im zadaniami i nie będą mieli czasu na czasochłonne sprawy administracyjne. Adams pełniła funkcję tymczasowego oficera wykonawczego w trakcie demontażu "Holendra", do czasu niespodziewanego ataku Kristangów. Ponieważ Margaret jest starszym sierżantem sztabowym, musiałaby złożyć rezygnację, by móc zostać pierwszym oficerem, a poza tym i tak kazała mi o tym zapomnieć. Zbyt wiele pracy kosztowało ją szkolenie i praca z zespołem STAR. Musiałem więc dokonać przeglądu tłumu kandydatów, których podesłali mi dowódcy SEONZ. Właśnie czytałem ich akta, kiedy weszła Desai. To tylko wyglądało tak, jakbym grał na komputerze, żeby odwlec decyzję.
- Ma pani tę pracę!
- Jeszcze się nie zgłosiłam, sir. Najpierw chciałabym zadać kilka pytań.
- Zamieniam się w słuch.
- Czy to będzie prosta misja rozpoznawcza? Sprawdzimy parę miejsc, kandydatów na Bazę Beta, zostawimy badaczy i wrócimy po aprobatę ONZ?
- Taki jest plan. - Pokiwałem głową nieco zbyt żywiołowo. - Jeśli zidentyfikujemy lokalizację, która wyda nam się odpowiednia, zostaniemy tam, możliwe, że na kilka miesięcy, gdy tymczasem zespół badawczy będzie się rozglądał, zbierał próbki i tak dalej. Potem badacze zostaną na miejscu, a my przylecimy z powrotem z danymi, nad którymi będzie się biedzić ONZ. Jeśli je zatwierdzi, wylecimy ponownie, tym razem z dużo większym zespołem naukowym, a także z ludźmi i sprzętem do założenia kolonii. Jeśli lokalizacja się nie spodoba, wrócimy po badaczy i zaczniemy wszystko od nowa.
- Żadnych misji pobocznych?
- Żadnych poza zaglądaniem do kristańskiej stacji przekaźnikowej, żeby sprawdzić, czy za Plutonem nie dryfują jeszcze jakieś bandy zamrożonych jaszczurów. Abyśmy mogli... czy raczej abym ja mógł uniknąć kłopotów, na pokładzie będzie aż czterech komisarzy ONZ, w tym hrabia Chocula. - Chociaż nabrałem do niego ostatnio szacunku, nie mogłem powstrzymać się przed używaniem pogardliwej ksywki, którą Skippy wymyślił dla Hansa Choteka. - Przez cały czas będą nam patrzeć na ręce. Poza tym nasza fałszywa historyjka dla Maxolhxów ma zostać dostarczona dużo później.
- Niby wszystko to brzmi dobrze... - stwierdziła tonem sugerującym, że wcale tak nie jest. - Wydaje się to proste, przyjemne i bezpieczne...
- Bo tak jest. W każdym razie najbezpieczniejsze jak się da. Desai, chodzi o to, żeby Baza Beta była najbezpieczniejszym miejscem w Galaktyce czy też poza nią. Będziemy badać miejsca, w których nie ma kosmitów lub które są dla nich niedostępne. Biorąc pod uwagę, co działo się na ziemskim froncie, wylot na pokładzie "Holendra" może być bezpieczniejszy niż pozostanie tutaj.
- I naprawdę nie wyruszamy szukać kłopotów? Mamy tylko znaleźć miejsce na kolonię?
- Taki jest plan - powtórzyłem. - Ma pani moje słowo.
- Wierzę panu, ale problem leży gdzie indziej, sir.
- Mianowicie?
- Może pan mieć dobre zamiary, ale przecież pana znam. Przyciąga pan kłopoty jak magnes!
- Ja?! - Udałem oburzenie. - Jeśli podczas misji natrafimy na problemy albo one odnajdą nas, będziemy spieprzać ile sił. Żadne niebezpieczne miejsce nie nadaje się na Bazę Beta.
- Powtarzam, to wszystko brzmi dobrze.
- Potrzebuje pani czasu do namysłu? Może chce to pani omówić ze swoim nowym... - Słowo "chłopak" jakoś mi nie pasowało. - Nowym mężczyzną w pani życiu?
- Nie. Rozmawiałam z nim o tym, zanim tu przyleciałam. Z rodzicami też. Ostatnia misja pozaziemska... - Zrobiła pauzę, jakby się nad czymś zastanawiała.
Znałem ją jednak. Była pilotem. Zaplanowała całą akcję jeszcze przed dotarciem na "Holendra". Jej wahanie nie było podyktowane niezdecydowaniem, ale emocjonalnym znaczeniem wypowiedzianych słów. Ostatnia misja. I koniec. Możliwe, że już nigdy nie opuści Układu Słonecznego. Dla niej poszukiwanie Bazy Beta może oznaczać koniec pewnej epoki.
- Jeśli chce pan, żebym została pańskim zastępcą, będę zaszczycona, sir.
- Dla nas to jeszcze większy zaszczyt. - Wstałem i wyciągnąłem dłoń. - Witamy na pokładzie, oficerze wykonawczy.
Uścisnęła mi rękę z wyrazem ulgi na twarzy.
- Dziękuję, sir.
- Kiedy może pani zacząć? - zapytałem niecierpliwie. - Zgodnie z grafikiem główny reaktor "Holendra" odzyska pełną moc za pięć dni. Potem trzeba będzie przeprowadzić loty próbne, żeby rozruszać łajbę i podszkolić nową załogę. Szlag, będziemy musieli jeszcze załadować cały stos gratów na misję rozpoznawczą. Musimy...
- Sir? - Uniosła palec. - Czy nie potrzebuje pan zgody dowództwa SEONZ, żeby mianować mnie oficerem wykonawczym?
- Nie. - Wyszczerzyłem zęby. - Zasadniczo, z prawnego punktu widzenia, może i tak. Ale dowódcy wiedzą, że Upór to moje drugie imię. Poza tym, cholera, to mój okręt! - Popukałem w przepierzenie. - Wykradłem go zupełnie uczciwie. I to dwa razy! Dowódcy patrzą teraz na mnie przychylnie. To może się szybko zmienić, więc cieszę się, że przybyła pani właśnie teraz. Od razu zajmiemy się papierkową robotą.
- Nie chcę sprawiać panu problemów.
- Domyślam się, że dowództwo SEONZ ucieszy się na wieść o pani nowej funkcji. Jest pani doświadczonym piratem, a ten wybór oszczędzi durnych politycznych przepychanek krajom, które chciały obsadzić stanowisko swoimi faworytami. A skoro o tym mowa, wie pani, jakie otrzyma pierwsze zadanie?
- Tak jest - westchnęła. - Zarekomendowanie nowego głównego pilota.
- Widzi pani? Już jesteśmy do przodu. Kiedy może pani zacząć?
- Nawet dziś. Proszę dać mi kilka godzin. Najpierw muszę pomówić ze Skippym.
- Ze Skippym? - Zastanawiałem się, o czym chciała z nim rozmawiać. Najwyraźniej nie mogła o tym mówić, gdy telefonowała z Indii.
- Tak. - Jej uśmiech stopniał. - Mój wujek wpadł w sidła sekty.
- O kurde... - Pacnąłem się w twarz i spojrzałem na nią przez palce jednym okiem. - Klubu, pani major. Zdaniem Skippy'ego to klub!
- Może i tak, w każdym razie wuj rzucił pracę, żeby szukać Świętego Skippymawaszmala w Tybecie, i wydał sporo oszczędności, włócząc się tam wraz z grupą innych wyznawców.
Każdego ranka musiałem aktualizować raport o postępach Skippy'ego w likwidacji jego sekty. Szło mu jak po grudzie. Dowódcy twierdzili, że to rozumieją, bo w końcu istnienie blaszaka w dalszym ciągu utrzymywano w tajemnicy. Nie przeszkadzało im to w ciągłym suszeniu mi głowy.
- Dobra, hmmm, przed wizytą u Skippy'ego powinna pani porozmawiać z Adams. Jej rodzice również mieli do czynienia ze Skippymawaszmalem. Zyskali jednak trochę inne doświadczenia, bo ich hipoteka w cudowny sposób spłaciła się sama. Prawdę mówiąc, zaginęły wszelkie dokumenty świadczące o istnieniu kredytu. Rodzice Adams zarobili na tym, jednak ona sama nadal się wścieka i nie omieszkała zbesztać Skippy'ego.
Desai wytrzeszczyła oczy ze zdumienia.
- Kazała Skippy'emu przywrócić kredyt hipoteczny?
- Nie - zaśmiałem się. - Przecież nie jest głupia. Poleciła blaszakowi, by wysłał rodzicom wiadomość, według której anonimowy dobroczyńca spłacił cały dług. Miał to być wyraz wdzięczności za służbę Margaret czy coś w tym guście. Grunt, żeby do jej rodziców dotarło, że ten uśmiech losu nie miał nic wspólnego z szemraną sektą Skippy'ego. Wszyscy są zadowoleni, oczywiście poza puszką.
Rzecz jasna blaszak zżymał się na mnie, choć to wszystko było pomysłem Adams.
Desai uśmiechnęła się ponownie.
- Pogadam z nią w pierwszej kolejności. Dziękuję za radę.