Rozdział 3
"Latający Holender" skoczył na obrzeża układu planetarnego skupionego wokół karła o żółtym odcieniu, który przywodził na myśl ziemskie Słońce. Przypomniało mi się, że naszą gwiazdę też klasyfikowano jako żółtego karła, co nadal mnie trochę wkurzało. Nie wszystkie uczucia, które te widok wywoływał, były radosne. Tęskniłem za domem i bardzo martwiłem się o swoją rodzinną planetę. Załoga z pewnością również.
Nie wiedziałem, czy kiedykolwiek wrócimy na Ziemię. Najpierw trzeba było znaleźć magiczny artefakt Pradawnych, za pomocą którego Skippy zabije robaka i wróci do dawnej formy. Próbowałem skupiać się na najbliższym zadaniu i nie robić sobie nadziei. Wszechświat uwielbiał ją deptać.
- Joe, wszystko w porządku? - zapytał Skippy. - Masz wilgotne oczy. Założyłbym, że to uczulenie, ale w powietrzu nie wykrywam żadnych alergenów, więc domyślam się, że to reakcja emocjonalna.
- Po prostu tęsknię za Ziemią - odparłem.
Nie próbowałem ukrywać uczuć przed załogą. Chang z BCI pokazał mi uniesiony kciuk na znak, że będzie dobrze.
- Aha. Twoja reakcja jest zrozumiała, bo tutejsza gwiazda bardzo przypomina Słońce. Różnica sygnatury widmowej nie przekracza dwóch procent. Tutaj również trzecia planeta od gwiazdy nadaje się do zamieszkania i jest dosyć podobna do Ziemi, choć ciążenie jest tam większe o dwanaście procent i panują znacznie wyższe temperatury. Czwarta planeta, nasz cel, bardzo przypomina Marsa, z tą różnicą, że jest prawie o połowę masywniejsza.
- Jest czerwona? - Próbowałem przywołać z pamięci garść mniej istotnych szczegółów z raportu.
- Zgadza się, tlenek żelaza nadaje pyłowi na powierzchni rdzawy odcień, choć planeta jest bardziej szara niż Mars. Atmosfera jest jeszcze rzadsza.
Gwiazda podobna do Słońca. Trzecia planeta podobna do Ziemi. I czerwona planeta podobna do Marsa. Rzeczywiście, to było jak dom z daleka od domu.
- Czy nasz Układ Słoneczny w ogóle ma coś, co czyni go wyjątkowym?
- Nie powiedziałbym... - Chyba wyczuł, że potrzebujemy kilku słów otuchy, bo urwał. - Jest kilka rzeczy. Najbardziej oczywista to ta, że obserwowany z Ziemi Księżyc ma ten sam rozmiar kątowy, co Słońce. Dzięki temu podczas całkowitego zaćmienia można obserwować zewnętrzne warstwy waszej gwiazdy. W całej Galaktyce potrafię wymienić tylko dwie inne planety o podobnej konfiguracji, z czego tylko jedna znajduje w ekosferze, a na żadnej nie rozwinęło się inteligentne życie. - Nawet nie wykorzystał tej okazji, żeby skomentować, że jego zdaniem słowo "inteligentne" jest na wyrost w odniesieniu do ludzkości. - Jeśli nie liczyć cech astrofizycznych, powiedziałbym, że Układ Słoneczny najbardziej wyróżnia się tym, że zamieszkują go brudne małpy, które kopią wszystkim tyłki. Inne gwiazdy w Galaktyce spalają się z zazdrości, Joe.
- Myślałem, że spalają wodór.
- Och, do jasnej... - Westchnął z poirytowaniem. - Ja wam mówię komplement, a ty...
- Tylko się z tobą drażnię, Skippy. Dziękuję. Naprawdę dziękuję. Wpiszę to na listę dziesięciu najmilszych rzeczy, jakie kiedykolwiek powiedziałeś.
- Powiedziałem o was aż dziesięć miłych rzeczy? Hm, przypominam sobie tylko trzy. Chyba szwankuje mi pamięć.
- To był żart, Skippy. A teraz powiedz, co widać na czujnikach.
- Żadnych niespodzianek, Joe. Nasz cel znajduje się po przeciwnej stronie gwiazdy, co gęsto zaludniona trzecia planeta. Obecnie odległość między nimi wynosi trzysta dziewięćdziesiąt milionów kilometrów, czyli, co najistotniejsze dla naszej misji, lekko ponad dwadzieścia minut świetlnych.
Skippy miał rację - dla nas miała znaczenie ilość czasu, jakiej potrzebował sygnał, aby przebyć tę odległość. Na czwartej planecie mieszkało jedynie kilkaset osób, wszystkie w wojskowym ośrodku badawczym. Ta liczba mogła wzrosnąć po wizycie statku zaopatrzeniowego, jednak miał nadlecieć dopiero za dwa miesiące. Na orbicie znajdowała się też uzbrojona stacja kosmiczna. Nic, co mogłoby poważnie zagrozić "Holendrowi" nawet w jego pogorszonym stanie. A przynajmniej tak wynikało z analizy Skippy'ego, choć oczywiście to nie on będzie się martwił, gdy w kierunku lotniskowca polecą rakiety i wiązki masera.
Zależało nam na czasie, ponieważ nie mogliśmy sobie pozwolić na potajemną infiltrację, podczas której pojawiamy się i znikamy jak duchy. Tym razem planowaliśmy, jak to określił major Smythe, operację w stylu "uderz i uciekaj". Coś w sam raz dla piratów. Nie było czasu na subtelności, wjeżdżaliśmy na ostro. Tym bardziej że Skippy Przeciętny nie potrafił zablokować sygnału z prośbą o wsparcie. Po blisko dwudziestu minutach transmisje wroga dotrą na trzecią planetę o populacji ośmiu milionów Wurgalanów. Posiadała ona podstawową sieć satelitów defensywnych, a na jej orbicie stacjonowała jedna fregata. Sfatygowany i od dawna pozbawiony części zamiennych "Latający Holender" mógł mieć problem nawet z taką jednostką, gdyby w porę się nie ewakuował.
Istniało kilka niewiadomych, których nie dało się zweryfikować spoza układu. Przede wszystkim pozycji wspomnianej fregaty. Jeśli przebywała na orbicie trzeciej planety, mieliśmy ją z głowy przez ponad dwadzieścia minut. Nawet gdyby była od razu gotowa do akcji, musiałaby najpierw wznieść się na wysokość skoku i przebyć dystans dzielący oba ciała niebieskie. Zresztą po skoku w pobliże czwartej planety będzie rozpędzona w niewłaściwym kierunku i najpierw musi zrównać kurs oraz prędkość z planetą. Co oczywiście nie przeszkodzi jej oddać kilku salw z wyrzutni rakiet, emiterów maserowych i dział elektromagnetycznych. Na wszelki wypadek major Smythe zaplanował misję tak, aby od pojawienia się do zniknięcia "Holendra" minęło co najwyżej trzydzieści minut. Nawet on, jak zawsze pewny siebie, przyznał, że to trudne, ale w głębi duszy na pewno cieszył się na takie wyzwanie.
Jeżeli okaże się, że fregata nie przebywa na orbicie trzeciej planety, zamierzałem przerwać misję. Istniało również ryzyko, że układ odwiedzał właśnie inny wurgalański okręt, ale Skippy zapewniał, że dowiedziałby się o jego obecności, podsłuchując lokalne kanały łączności.
Ostatecznym zagrożeniem był garnizon na czwartej planecie, gdzie stacjonowała eskadra lądowników bojowych. Dodatkowe eskadry okazjonalnie przylatywały tam na manewry wojskowe. Nasz oddział miał wsiąść do kondorów, ochranianych przez mniejsze sokoły. Thurańskie lądowniki były sprzętem lepszym od wszystkiego, czym dysponowali Wurgalanie, mimo wszystko duża liczba wrogich maszyn mogła je osaczyć i poważnie zagrozić naszym ludziom.
- Dobra, czyli planety są tam, gdzie powinny - powiedziałem do Skippy'ego. - Zlokalizowałeś już fregatę?
- Nie, kretynie. Przebywamy sześć godzin świetlnych od trzeciej planety, a ja mam do dyspozycji tylko te gówniane czujniki pasywne. Z takiej odległości okręt będzie maleńką plamką. Jeżeli znajduje się bezpośrednio za planetą albo na tle jej tarczy, nie uda się... Aha! Mam ją. Jest fregata, trzy tysiące kilometrów nad trzecią planetą. Po jej sygnaturze w podczerwieni widzę, że nie ma odpalonych silników. Tylko nie zapominaj, Joe, że to informacje sprzed sześciu godzin. Ta fregata może być teraz gdziekolwiek.
- Ale to mało prawdopodobne, prawda?
- To stara jednostka. Większość czasu spędza na orbicie. Układ nie należy do bogatych czy ważnych ze strategicznego punktu widzenia, więc na pewno brakuje im funduszy na obsługę okrętu.
- Świetnie, co za ulga. Przechwyciłeś informacje o innych jednostkach?
- Właśnie łamię szyfr transmisji wojskowych. W cywilnych sieciach nie ma o tym wzmianki, a na tak zacofanej planetce byłoby głośno o przylocie okrętu. Kupcy chcieliby o tym wiedzieć. Hmm, o rany, Wurgalanie mają szokująco kiepskie zabezpieczenia. Albo może tylko układy o niskim priorytecie. Dobra, dostałem się do sieci wojskowej. Mam dobrą i złą wiadomość. Cztery miesiące temu układ odwiedziły dwa niszczyciele, następne pojawią się dopiero za trzy miesiące. Więc o ile Wurgalanie nie zostawili tu zamaskowanej jednostki, o której nie mają pojęcia lokalne władze, musimy się martwić tylko tą jedną fregatą.
- Świetna wiadomość. - Powstrzymałem się od triumfalnego gestu. - A jaka jest ta zła?
- Na czwartą planetę przyleciała na manewry druga eskadra lądowników bojowych. Siedemnaście dni temu przetransportowała je tam fregata. Sprawdźmy, czy uda się dowiedzieć czegoś więcej. Aha, aha, to może być dobre. Mam tu raport dowódcy eskadry sprzed dwóch dni. Melduje, że ćwiczenia przebiegają zgodnie z planem, a połowa eskadry przerywa manewry, aby oddać maszyny na czterodniowe prace serwisowe. To oznacza, że wyślą do walki tylko szesnaście z trzydziestu dwóch lądowników.
- Ale oznacza też, że musimy poradzić sobie z dodatkowymi szesnastoma maszynami oprócz tych trzydziestu dwóch, które stacjonują tam na stałe - przypomniałem.
- Nie wszystkie będą gotowe do startu, Joe. Sam wiesz, jak działa logistyka.
- Powiedzmy, że cztery będą w naprawie. Zostają czterdzieści cztery. A my mamy tylko cztery sokoły do eskortowania dwóch kondorów z oddziałem szturmowym na pokładzie.
- Zapominasz o sile bojowej samego "Holendra". Nawet z orbity możemy ostrzeliwać cele znajdujące się w atmosferze.
- Wspominałeś, że "Holendrowi" daleko do idealnej platformy uzbrojenia i że nasze czujniki namierzające nie powstały z myślą o małych, odległych statkach powietrznych.
Z tego, co mówił Skippy, zwrotne i szybkie maszyny były prawie nie do trafienia przez powoli reagujące działa maserowe lotniskowca. A nie mogliśmy marnować cennych pocisków rakietowych na lądowniki.
- Zgadza się, Joe, ale Wurgalanie o tym nie wiedzą. Wystarczy kilka strzałów, żeby ich formacja się rozproszyła. W ten sposób unikniemy zmasowanego ataku na kondory.
- A przynajmniej tak ci się wydaje.
- Owszem, tak mi się wydaje. Ty tu jesteś taktykiem wojskowym, a nie ja. Możemy też rzucić do walki kristańskiego smoka...
- Nie. Lądowniki jaszczurów mają zbyt małą przewagę technologiczną nad wrogiem. Nie chcę go narażać. Jestem kapitanem, Skippy, moja praca polega na tym, żeby się martwić. A co powiesz o stacji na orbicie czwartej planety? Hm, trochę głupio tak ciągle mówić "czwarta planeta". Przypomina Marsa, więc nazwijmy ją może Barsoom. Ktoś jest przeciw? - Zapożyczyłem tę nazwę ze starej powieści science fiction, którą czytałem w dzieciństwie. - Nie? Dobrze.
- Stacja jest bardzo blisko miejsca, w którym się jej spodziewałem. Zero problemu.
- Bardzo blisko? Ona przecież po prostu krąży po orbicie. Czemu nie jest dokładnie tam, gdzie miała być?
Skippy westchnął jak nauczyciel z podstawówki, który musi znowu wytłumaczyć zagadnienie najgłupszemu uczniowi w klasie.
- Dlatego, Joe, że w kosmosie prawie nic nie jest idealnie nieruchome. Stacja wypuszcza w przestrzeń mieszankę powietrzną, albo z powodu nieszczelności, albo kiedy otwiera śluzę. Start i lądowanie statków lekko ją popychają. Nawet przemieszczanie się obsady powoduje kołysanie, bo zmienia się środek ciężkości. Wszystko, co przebywa na orbicie, musi wykonywać manewry korekcyjne. A stacja znajduje się tylko osiem metrów od punktu, który wyliczyłem na podstawie danych sprzed dwóch lat, więc nie bądź wredny.
- W porządku, rozumiem. Pułkowniku Chang, proszę zwołać personel dowódczy. Za dziesięć minut podejmiemy decyzję, czy realizujemy plan.
*
Postanowiliśmy atakować. Przez dwie godziny manewrowaliśmy w przestrzeni, aby osiągnąć odpowiedni kierunek i prędkość. Oddziały wsiadły do lądowników. Wypompowaliśmy powietrze z hangarów i otworzyliśmy ich wrota. Maszyny odpaliły silniki, a ludzie dwa razy sprawdzili wszystko, co już i tak zostało sprawdzone trzy razy. Nie spieszyliśmy się między innymi dlatego, że - jak dowiedział się Skippy - w bazie lotniczej na Barsoom miał zaraz przemawiać wysoki stopniem urzędnik. Prawdopodobnie w tym czasie w powietrzu znajdzie się niewielu pilotów, a reszta będzie znudzona i ospała. Taką mieliśmy nadzieję.
Wreszcie wydałem rozkaz do skoku. Na tle rozgwieżdżonej czerni kosmosu pojawiła się planeta Barsoom, czerwona kulka o rozmiarach piłeczki pingpongowej. Okręty zwykle wychodziły z tunelu prawie całkiem oślepione, a "Holender" nie był wyjątkiem, odkąd Skippy tymczasowo utracił swoje specjalne umiejętności.
Aby unieszkodliwić stację kosmiczną, należało trafić w odpowiednie miejsca, a do tego potrzebowaliśmy dwóch rzeczy. Po pierwsze, znać jej dokładne położenie. A ponieważ nie mogliśmy polegać na informacjach sprzed kilku godzin, skoczyliśmy na odległość zaledwie ośmiu minut świetlnych, po przeciwnej stronie Barsoom, skąd rozbłysk gamma nie mógł dotrzeć do trzeciej planety. Po drugie, trzeba było zadbać, aby ostatni skok był krótki. Dzięki temu Skippy'emu będzie łatwiej bardzo precyzyjnie pokierować nas w wybrane miejsce. Czujniki namierzania nie będą działać przez kilka chwil po skoku, dlatego Skippy zamierzał wcześniej wprowadzić do komputera dokładne parametry strzału. Potem uzbrojenie będzie po prostu wykonywać polecenia.
Skippy precyzyjnie ustalił pozycję stacji i gdy tylko cewki napędu były gotowe, skoczyliśmy bliżej. Czerwonawa kula Barsoom zrobiła się ogromna. Coś mignęło na ekranie, ale nie zdążyłem się temu przyjrzeć. Na szczęście wprowadzone do komputera parametry były bardzo dokładne, więc zanim z dużą prędkością minęliśmy stację, trafiliśmy ją prosto w emitery tarczy. Rakiety, które również przygotowaliśmy przed skokiem, wystrzeliły z wyrzutni i uderzyły w bezbronną stację. Eksplozje rozerwały centralną piastę i całość zaczęła się rozpadać, posyłając wirujące ramiona daleko w przestrzeń. W osiem sekund od naszego skoku stacja przestała stanowić zagrożenie. Planeta w dole była pozbawiona ochrony z orbity.
Właśnie, planeta. Rosła w oczach o wiele za szybko.
- Lądowniki wypuszczone - zameldował Chang w BCI. Serce podeszło mi do gardła na widok zbliżającej się czerwonej, pełnej pyłu powierzchni. - Masery ostrzeliwują cele naziemne. Druga salwa rakiet poszła. Jesteśmy gotowi.
Zanim zdążyłem spanikowanym głosem wykrzyknąć polecenie, Desai zgodnie z planem wykonała trzeci z kolei skok. To było jak podróż w przeszłość, bo okręt pojawił się w miejscu, w którym już był. Nadal lecieliśmy w kierunku Barsoom, ale na razie nie groziło nam zderzenie z planetą.
- Skippy? - odezwałem się.
- Napęd w akceptowalnym stanie, choć nie możemy skakać przez najbliższych dziewięć minut. Zalecałbym odczekać co najmniej trzynaście. Stacja unieszkodliwiona, poza tym nasze masery zniszczyły generatory tarczy w bazie lotniczej. Muszę się pochwalić celnością. Rakiety uderzą w cele za trzy... dwa... jeden... już. Oceniam uszkodzenia. Wykrywam eksplozje wtórne. O rany! Ta była wielka. Chyba trafiliśmy w skład amunicji albo zbiorniki z paliwem.
Skippy'emu nie udało się uzyskać szczegółowych planów bazy powietrznej na Barsoom, którą nieustannie przebudowywano, a Wurgalanie nie aktualizowali plików na bieżąco. Z tego powodu Skippy mógł się jedynie domyślać, gdzie najlepiej uderzyć.
- Wykrywam alarm. Tak, ośmiornice podrywają w powietrze wszystko, co mają. Czyli sporo mniej niż przed chwilą. Hmm, dobra, widzę formację czterech lądowników, które w tym czasie prowadziły ćwiczenia. Dobra wiadomość jest taka, że nie przenoszą rakiet, więc mają tylko masery. Poza tym zostało im niewiele paliwa. Zła wiadomość jest taka, że znajdują się sześćdziesiąt kilometrów od naszego celu, a dowódczyni bazy oznajmiła pilotom, że mają powstrzymać wroga za wszelką cenę, nawet jeśli będzie trzeba staranować nasze lądowniki. I oczywiście startuje więcej maszyn. Niektóre znajdowały się w podziemnych hangarach. Oj, niedobrze, tych podziemnych hangarów jest cała masa. Oby nie we wszystkich były myśliwce! Cholera, tych hangarów nie było w planach bazy!
- Nie możemy marnować więcej rakiet przeciwokrętowych - powiedziałem z niezadowoleniem. - Da się trafić te hangary z dział maserowych? Te, z których jeszcze nie wystartowały maszyny?
- Joe, wiele z nich jest pustych. To ruletka. Zresztą nasze masery są zbyt słabe, żeby się przebić przez wzmocnione ściany.
- Oczywiście, ale ciągły ostrzał powstrzyma myśliwce.
- Och. Powinienem na to wpaść. Już wprowadziłem współrzędne do komputera celowniczego.
- Podpułkowniku, otworzyć ogień. Niech Wurgalanie boją się wystartować - rozkazałem.
- Z przyjemnością, sir - odpowiedział Chang, po czym skupił uwagę na strzelcach w BCI.
- Joe, muszę cię ostrzec - dodał Skippy. - Możemy strzelać z włączonym polem maskującym, dzięki czemu Wurgalanie nie zobaczą, jakiego typu jednostką jesteśmy, ale namierzą naszą pozycję.
- Rozumiem, Skippy, jakoś sobie...
W tym momencie okręt lekko się zakołysał.
- Naziemne działo maserowe musnęło tarcze - zameldował Skippy. - Nie doznaliśmy uszkodzeń. Wróg wystrzeliwuje pociski. Siedem sztuk.
Wiedziałem, że pozycja u szczytu studni grawitacyjnej zapewnia nam przewagę i że rozpędzające się rakiety zostawiały za sobą smugi gorących gazów, co ułatwiało ich namierzenie.
- Możemy je stąd trafić? Zniszczyć chociaż część z nich?
- Z tej odległości to strata czasu - odpowiedział Skippy. - Zanim wiązki dotrą na miejsce, rakiety zmienią położenie. Myślę, że nasza obrona punktowa upora się z siedmioma pociskami na tym poziomie technologicznym. Ale będzie trzeba przerwać ostrzał celów na powierzchni.
- Dobra. - Zacisnąłem pięści. - Chang, atakować te hangary, dopóki Skippy nie powie, że już czas. Nie chcę zostawiać lądowników na pastwę losu.
*
- Sokoły, tu Sokół Jeden - usłyszała w słuchawkach Samantha "Kula Ognia" Reed. - "Holender" musi przerwać atak, żeby obronić się przed wampirami. Od teraz radzimy sobie sami.
Dowódca oddziału użył standardowego dla amerykańskiego lotnictwa określenia. "Wampir" oznaczał wrogi pocisk, w tym przypadku chodziło o rakiety, które mknęły w stronę lotniskowca. Wiedzieli, że bez niego nie wrócą do domu. Dłoń Sami zacisnęła się bezwiednie, gdy ich piracki okręt stał się celem ataku. Rozluźniła palce, żeby dalej sterować sokołem. Nie mogła bezpośrednio pomóc "Holendrowi", mogła za to wykonać powierzone jej zadanie szybko i skutecznie, świadoma faktu, że gdy tylko misja dobiegnie końca, lotniskowiec skoczy w bezpieczne miejsce. Względnie bezpieczne, bo w zasadzie cała Galaktyka była wrogo nastawiona wobec okrętu pirackiego pełnego ludzi.
- Sokół Dwa - dowódca zwrócił się do Sami - czterech bandytów na pułapie trzy jeden, zezwalam na otwarcie ognia. Skippy mówi, że nie mają, powtarzam, nie mają rakiet. Wszystkie pociski w powietrzu będą twoje.
- Przyjęłam - odparła z oszczędnym uśmiechem.
- Ostrzelaj ich, jeśli będzie trzeba - dodał dowódca - ale najważniejsze, żeby utrzymać bandytów z dala od kondorów.
- Rozumiem.
Tym razem Sami uśmiechnęła się szerzej, bo właśnie dostrzegła na wyświetlaczu cztery maszyny wroga. Tworzyły zwartą formację. Gwałtownie nabierały prędkości i zwiększały wysokość. Gdy wykonała skręt w ich kierunku, były już blisko. Małym palcem lewej ręki oznaczyła cztery jednostki jako wrogie i włączyła namierzanie.
- Sokół Dwa wchodzi w kontakt z wrogiem - zameldowała.
Drugim palcem zwiększyła ciąg silników. Zmarszczyła brwi, gdy turbiny nie rozpędziły się tak, jak powinny. Przed misją Skippy wgrał do wszystkich sześciu thurańskich lądowników nowe oprogramowanie, które obniżało ich osiągi tak, aby sprawiały wrażenie kristańskich konstrukcji. W sytuacji kryzysowej Sami mogła wcisnąć czerwony przycisk inicjujący obejście ograniczeń. Należało to zrobić jedynie w ostateczności. Sami pocieszyła się, że nawet kristański lądownik klasy Smok bił na głowę najlepsze ziemskie myśliwce.
Jej sokół zniżał lot i przyspieszał, mknąc w kierunku czterech maszyn nieprzyjaciela. Sami wiedziała, że jej zadanie nie polega na szukaniu chwały. Ale wiedziała też, że najpewniejszym sposobem na utrzymanie czterech wurgalańskich myśliwców z dala od narażonych na ataki kondorów jest sprawienie, by cele zmieniły się w rozpalone odłamki metalu spadające na czerwonawą powierzchnię Barsoom.
- Po jednej rakiecie na każdego - poleciła drugiemu pilotowi. - Nie marnujmy środków, dopóki nie zobaczymy, co potrafią te ośmiornice.
W przeciwieństwie do lądowników ich thurańskie pociski nie ograniczały osiągów. W bitewnym zamieszaniu nikt nie powinien zwrócić uwagi, że rakiety leciały trochę szybciej albo były bardziej celne, niż powinny.
- Przyjęłam, cele w zasięgu - powiedziała Wu, druga pilot. - Pociski gotowe - oznajmiła, gdy zasygnalizowały synchronizację z komputerem namierzającym, który przydzielił im obiekty do zniszczenia. - Potwierdzam wystrzelenie - zameldowała.
Sokołem lekko zakołysało, gdy uwolnił się od ciężaru czterech rakiet jednocześnie.
Na zakrzywionym ekranie, który zastępował okna kokpitu, Sami dostrzegła cztery jaskrawe rozbłyski, a później cztery smugi kondensacyjne. Natychmiast zmniejszyła moc silników i skręciła w prawo.
- Przełącz się na masery - rozkazała. - Zaraz będziemy między przeciwnikiem a kondorami.
Na wyświetlaczu dostrzegła, jak wrogie cele rozpraszają się w reakcji na nadlatujące rakiety. Pociski podążyły za nimi. Pojedynczy sokół przenosił szesnaście wielozadaniowych rakiet. Ta liczba wydawała się duża, kiedy Sami przesiadła się zza sterów amerykańskich myśliwców, które każdorazowo przenosiły od czterech do sześciu sztuk. Jednak maszyny kosmitów wyposażono w masery obronne zdolne do niszczenia głowic, więc w najgorszym przypadku mogła zużyć wszystkie bez efektu.
Tymczasem lotniskowiec przerwał ostrzał, a z podziemnych hangarów na skraju obrazu z radaru wyłoniły się kolejne myśliwce wroga. Dwa sokoły ruszyły w ich kierunku, podczas gdy trzeci został, żeby osłaniać kondory.
- Cholera, może się zrobić paskudnie - mruknęła zmartwiona. - Oby naziemni szybko zrobili swoje.
*
Dowódca oddziału naziemnego podzielał jej nadzieję. Jego kondor kończył ogniste wejście w atmosferę. Na kanale kokpitu major Smythe słyszał, jak dwójka pilotów wymienia zwięzłe uwagi o tarczach nadwyrężonych przez rozgrzaną plazmę. Stwierdzili, że na razie nie mają powodów do obaw, więc Smythe przestał ich słuchać i skupił się na zrozumieniu sytuacji taktycznej.
Tuż ponad atmosferą z "Latającego Holendra" wystartowało sześć lądowników. Pędziły do celu w linii prostej. Cała operacja miała zająć nie więcej niż trzydzieści minut, dlatego darowano sobie subtelności. Nie było czasu na łagodniejszy profil podejścia. Dwa kondory kierowały się wprost do miejsca desantu, a cztery sokoły osłaniały je, lecąc między cel a bazę lotniczą wroga.
Smythe przeżył w swojej karierze szereg niebezpiecznych przelotów helikopterem, podczas których modlił się, żeby burza przestała miotać maszyną na wszystkie strony. Teraz było gorzej. Jego kondor - cud zaawansowanej thurańskiej inżynierii - podskakiwał, kołysał się i dygotał, aż człowiek miał wrażenie, że kadłub zaraz rozpadnie się na kawałki. Nawet pomimo złożonych systemów, które chroniły pasażerów przed zgnieceniem przez przeciążenia sięgające sześciu g, Smythe oddychał z trudem, jakby słoń usiadł mu na piersi. A kiedy wejście w atmosferę wreszcie się skończyło, Smythe otworzył na ekranie hełmu podgląd taktyczny i ze zdumieniem stwierdził, że jak dotąd wszystko szło zgodnie z planem.
- Wznosimy się trzy, dwa, jeden, teraz - ostrzegł pilot.
Smythe'a najpierw wcisnęło w fotel, a potem na krótką chwilę doświadczył nieważkości u szczytu łuku, gdy oba kondory gwałtownie nabrały wysokości, aby mieć obiekt w polu widzenia.
Ich cel stanowił fragment kompleksu Pradawnych, odkryty tysiąclecia temu przez Maxolhxów, którzy już dawno oczyścili ruiny ze wszystkiego, co uznali za przydatne lub interesujące. Maxolhxowie nie interesowali się układami gwiezdnymi położonymi z dala od aktywnych tuneli czasoprzestrzennych, więc planety w takich systemach pozostawały niezamieszkane, dopóki nie stały się łatwiej dostępne po zmianie konfiguracji tuneli.
Kristangowie zajęli ten układ jako pierwsi. Jednak po długim sporze między patronami Kristangów, Thuranami, oraz patronami Wurgalanów, Bosphuraqami, jaszczury zachęcono do oddania układu Wurgalanom. Zachęta przyjęła formę bombardowania orbitalnego w wykonaniu trzech pancerników należących do floty Bosphuraqów. Od tamtego czasu układ zamieszkiwali Wurgalanie. Jedyne, co go wyróżniało, to ruiny Pradawnych na czwartej planecie, choć oczywiście nikt nie miał pojęcia, co z nimi zrobić. Kompleks został ogołocony przez Maxolhxów, więc choć Wurgalanie desperacko pragnęli uzyskać przewagę technologiczną nad swoimi znienawidzonymi rywalami Kristangami, nie znaleźli żadnych przydatnych artefaktów Pradawnych. Nie chcieli jednak, by patroni uznali ich za niewdzięczników, więc otoczyli ruiny kopułą. Potem nie wiedzieli jednak, co z nimi zrobić, więc o kompleksie niemal zapomniano. Stał się ciekawostką z rzadka odwiedzaną przez zaintrygowanych VIP-ów. Co kilka stuleci wurgalańscy naukowcy prosili o możliwość zbadania sprzętu Pradawnych, ale nie dowiadywali się niczego nowego, a potem kopułą znów nikt się nie interesował.
- Cel wygląda na opuszczony, tak jak mówił Skippy - oznajmił z satysfakcją Smythe, gdy wyświetlacz hełmu pokazał widok z kamery na dziobie kondora.
Kopułę pokrywała warstwa czerwonego pyłu, grubsza na żebrach i cieńsza pośrodku szklanych sekcji. Jej wnętrze rzeczywiście było opuszczone, choć podziemna baza wojskowa - założona dla ochrony kompleksu - była nadal aktywna, o czym świadczyła obecność dwóch transportowców stojących na pobliskim lądowisku. Rozpędzające się przed startem turbiny ich silników utworzyły miniaturowe tornada z czerwonawego pyłu.
- Możemy je unieszkodliwić?
- Potwierdzam - odparł pilot kondora.
Seria z dział maserowych wbiła się w praktycznie bezbronne maszyny, odcinając ogon jednej z nich. Drugi transportowiec próbował wystartować, ale natychmiast spadł na ziemię. A potem kadłuby obu stanęły w płomieniach, trafione przez rakiety kondora.
- Dobra robota - rzucił beznamiętnie Smythe.
Skupiał uwagę na czymś innym. Skippy dowiedział się z wykradzionych planów, że baza wojskowa jest połączona z kopułą podziemnymi tunelami, więc żołnierze wroga mogli nawet w tej chwili wbiegać do jej wnętrza. Nieważne. Oddział majora zamierzał trzymać się planu, który na razie sprawdzał się doskonale.
- Wykonać włam.
Musieli szybko dostać się do środka kopuły. Naprawdę szybko - od chwili, gdy jego ludzie postawią stopy na ziemi, będą mieli zaledwie siedem minut na znalezienie, zabezpieczenie i zabranie obiektu. Po tym czasie kondory będą musiały wracać na "Holendra".
- Przyjąłem - powiedział pilot.
Wystrzeliło działo maserowe. Tym razem nie była to niszczycielska seria, tylko jednostajna wiązka wymierzona z chirurgiczną precyzją, która wycięła w przezroczystym materiale kopuły równe otwory. Rozpalone brzegi prawie okrągłych wycięć świeciły pomarańczowym blaskiem. Tworzywo było grubsze, niż podejrzewał major, ale to oczywiście nie stanowiło żadnego problemu, bo system kontroli ostrzału po prostu zwiększył moc i długość pracy emitera.
- Gotowe - oznajmił pilot niepotrzebnie, bo wszyscy śledzili rozwój wydarzeń przez kamerę dziobową. - Zaraz zawiśniemy przy otworach, radzę się spieszyć.
*
Z czterech wurgalańskich myśliwców, które związała walką porucznik Reed, dwa padły ofiarą rakiet z jej pierwszej salwy. Jedna chybiła celu, ale skręciła i zaatakowała inną maszynę, zmuszając ją do desperackich manewrów unikowych i wycofania się ze starcia. Ostatni z wrogich myśliwców miał szczęście - jego maser obrony punktowej uszkodził głowicę. Pocisk przekoziołkował w powietrzu i dokonał samozniszczenia, nie czyniąc przeciwnikowi krzywdy.
Zaraz po wystrzeleniu Sami zmieniła kurs i nie leciała już prosto na maszyny wroga. Thurańskie rakiety nie potrzebowały kontroli ze strony kondora, który je wystrzelił. Większa wysokość i prędkość pozwoliła porucznik Reed narzucać warunki starcia. Mogła dowolnie atakować, wycofać się i zaatakować ponownie, podczas gdy wróg mógł tylko reagować na jej decyzje. Przez blisko minutę oba lądowniki okrążały się wzajemnie. Ich działa maserowe wypluwały wiązki mikrofal, kiedy komputery uznały, że to dobry moment. Skutek ostrzału był mizerny, bo tarcze pochłaniały albo częściowo odbijały energię wiązek. A potem myśliwiec ścigany przez rakietę Sami przegrał. Głowica zaliczyła bezpośrednie trafienie i zmieniła cel w kulę sadzy i plazmy. Ostatni z przeciwników, widząc, że został sam, wycofał się ze starcia, pędząc z całą mocą silników w kierunku zniżających lot kondorów.
Sami zareagowała błyskawicznie. Oznaczyła maszynę wroga jako cel dla jednej z dwunastu bezcennych rakiet i zawróciła o sto osiemdziesiąt stopni. Manewr kosztował ją wiele energii kinetycznej. Zwykle to najgorsze, co można zrobić w walce powietrznej, ale teraz nie mogła na to nic poradzić. Zanim przeciwnik zmienił kurs, odciągała go od kondorów i sama bardzo oddaliła się od maszyn, które miała ochraniać. W tym momencie kondory były szczególnie narażone na atak. Widziała na ekranach, że masywne thurańskie lądowniki już niemal dotarły do kopuły. Między wurgalańskim myśliwcem a kondorami znajdował się tylko jeden sokół, ale on miał własne kłopoty, bo od południa nadciągały dwie maszyny wroga.
Zresztą w stronę Sami pędziły z bazy lotniczej trzy myśliwce przeciwnika. Dowódca sokołów i jego skrzydłowy byli uwikłani w walkę z ośmioma Wurgalanami, więc nie mogła oczekiwać pomocy.
- Niech to szlag - mruknęła do siebie. - Znów czterech na jednego.
*
Duży lądownik Thuranów, nazywany przez ludzi kondorem, nie został zaprojektowany do przewożenia żołnierzy sił specjalnych na miejsce akcji. Był prostym transportowcem, którym najczęściej przewożono towary. Wesoła Banda Piratów była zmuszona improwizować z pomocą Skippy'ego. Gdy kondor zwolnił i zawisł w powietrzu nad jednym z wyciętych w kopule otworów o średnicy dwudziestu metrów, jego tylna rampa opadła, a Smythe wyskoczył ze swoim oddziałem. Gdy tylko ostatni żołnierz zniknął z rampy, ogromny i narażony na ataki kondor zerwał się do lotu i pomknął zaledwie sto metrów nad powierzchnią. Drugi zakończył operację desantową parę sekund później i podążył za pierwszym, gdy ludzie Smythe'a jeszcze spadali przez rozrzedzone powietrze.
Atmosfera Barsoom była rzadka, w większości zdmuchnięta przez wiatr słoneczny na przestrzeni tysiącleci. W takich warunkach spadochrony czy balony okazałyby się niepraktyczne - musiałyby być większe od średnicy otworu. Zamiast tego upadek każdego z ludzi w kristańskich pancerzach wspomaganych spowalniał specjalny odrzutowy dron. Następnie drony zwiększały ciąg i zawisały przy otworze w kopule. Wtedy lina mocująca rozwijała się, opuszczając do środka żołnierza na uprzęży. Potem lina w mgnieniu oka chowała się do drona, a ten robił miejsce następnemu. Smythe zjechał w dół jako czwarty. Gdy jeszcze wisiał w powietrzu, dostrzegł jakiś ruch po przeciwnej stronie kopuły. Dwie ośmiornice.
Ludzie nazywali Wurgalanów ośmiornicami, podobnie jak na Ruharów mówili "chomiki", a na Kristangów "jaszczury". Te określenia nie były do końca poprawne z biologicznego punktu widzenia, ale wojskowa tradycja wymagała, aby nazywać wroga w pogardliwy sposób, więc słowo "ośmiornice" wydawało się oczywistym wyborem. Nikt nie protestował.
W rzeczywistości Wurgalanie, choć faktycznie trochę przypominali wyglądem duże ośmiornice, dysponowali tylko siedmioma odnóżami. Oprócz nich mieli jednak na czole chwytną mackę. Posiadanie aż siedmiu "nóg" z jednej strony komplikowało poruszanie, ale z drugiej zwiększało liczbę dostępnych opcji. Najszybciej przemieszczali się, przenosząc ciężar na dwie przednie kończyny i pomagając sobie bocznymi - wszystkimi czterema albo dwiema, jeśli w pozostałych coś trzymali, na przykład broń. Siódme odnóże unosili dla równowagi, trochę jak ogon.
Smythe odtworzył te informacje w głowie, opuszczając się przez otwór w kopule. Oprócz opisu budowy wurgalańskich ciał, ze szczególnym uwzględnieniem silnych i słabych stron, Skippy wyraził swoją opinię na temat kultury tych kosmitów.
- Jeśli myślicie, że Kristangowie i Thuranie są wrednymi skurwielami, to tylko dlatego, że jeszcze nie spotkaliście Wurgalanów - powiedział.
Kristangowie uważali ludzi za odrażający, bezużyteczny i prymitywny gatunek. Co ciekawe, Wurgalanie mieli własny gatunek kliencki, Urgarów. Jako że wurgalańska technologia pozostawała daleko w tyle za kristańską, można było się jedynie domyślać, czemu ośmiornice potrzebowały własnego gatunku klienckiego i dlaczego w ogóle zadały sobie trud, by zniewolić innych kosmitów. Nikt nie poznał odpowiedzi na to pytanie, ponieważ Urgarowie - pod niezbyt delikatnym przywództwem Wurgalanów - niemal doszczętnie wymarli. Ostatnich kilka milionów egzystowało w żałosnych warunkach w wurgalańskich koloniach po tym, jak ich patroni odebrali im rodzimą planetę. Gdyby mieli możliwość przejścia pod władzę Kristangów, potraktowaliby jaszczury jak zbawicieli.
Choć wątpliwe, by kiedykolwiek nadarzyła się taka okazja.
Kiedy Smythe zakończył błyskawiczne przypominanie sobie wszystkich najważniejszych informacji o ośmiornicach, chwycił zarzucony na ramię karabin i korzystając z celownika w wizjerze hełmu, wymierzył do obcego po prawej. Stworzenie właśnie unosiło broń, by oddać strzał w jego kierunku. Jednak zanim Smythe zdążył nacisnąć spust, kosmitę i jego towarzysza odrzuciła w tył nawałnica pocisków z eksplodującymi czubkami. Piraci, którzy dotarli na powierzchnię przed Smythe'em, wcześniej dostrzegli zagrożenie i szybko się z nim uporali. Pociski najpierw zagłębiły się w ciałach ośmiornic, a potem eksplodowały, rozrzucając naokoło strzępy tkanek.
- Ich skafandry są nieopancerzone - zauważył Smythe na otwartym kanale.
Wciąż wisząc na uprzęży, wykonał pełny obrót i zlustrował okolicę. Nie dostrzegł innych zagrożeń. Gdy znalazł się niecały metr od powierzchni, układ kontrolujący opuszczanie liny wypuścił go. Major spadł miękko na podłoże podobne do betonu. Twarde i gładkie, ale nie śliskie. Gdy przyjrzał się bliżej, zauważył, że wcale nie było aż tak gładkie. Przecinała je pajęczyna drobnych pęknięć i było pokryte cienką warstewką różowego pyłu. Drobiny leżały wszędzie, nawet na artefakcie Pradawnych, który wznosił się pośrodku kopuły. Ruiny były zaniedbane, tak jak zapewniał Skippy. Choć do kompleksu przylegała placówka wojskowa, stacjonujące tu ośmiornice pełniły raczej wartę honorową i okazjonalnie oprowadzały ważnych gości. To wyjaśniało brak pancerzy. Żołnierze prawdopodobnie chwycili to, co mieli pod macką, gdy na orbicie nagle pojawił się okręt piracki.
Przy niskiej grawitacji ubranemu w pancerz wspomagany Smythe'owi dotarcie do zwłok zajęło zaledwie parę sekund. Z ciał ośmiornic wyciekała fioletowa krew, która jednocześnie zamarzała i wrzała, ponieważ wewnątrz przedziurawionej kopuły panowała niska temperatura i ciśnienie. Smythe zauważył, że żołnierze wroga musieli wejść do środka po schodach wyłaniających się z podłoża. Były jeszcze dwie klatki schodowe, rozmieszczone w równych odstępach wzdłuż krawędzi kopuły. Oddziały SpecOps otoczyły je wszystkie i na rozkaz Smythe'a wrzuciły po dwa granaty do każdej. Pierwszy miał za zadanie ogłuszyć przeciwnika, a drugi, zdetonowany ułamek sekundy później, spowodować rozległe oparzenia. Piraci padli na ziemię, a wtedy granaty wybuchły w zaplanowanej sekwencji. Podłoże zadygotało, a na jego powierzchni pojawiło się więcej pęknięć. W pobliżu wyciętych w kopule otworów przezroczysty materiał pokruszył się i odpadł, dodatkowo zwiększając wyrwy. Otwory wycięto obok krawędzi kopuły, aby wiązki masera nie trafiły w artefakt Pradawnych, który wznosił się pośrodku. Skippy zapewnił Smythe'a, że granaty nie doprowadzą do zawalenia się kopuły.
Gdy tylko zniknęły buchające z klatek schodowych płomienie, oddziały SpecOps popędziły w kierunku artefaktu.
- Wygląda inaczej, majorze - zauważył z niezadowoleniem żołnierz Rangersów o nazwisku Mychalczyk. W ramach przygotowań do misji członkowie oddziału zapoznali się z trójwymiarowymi obrazami. Skippy oparł je na danych, które udało mu się zgromadzić ze skraju układu. Jego wizualizacje ewidentnie były niekompletne albo przeterminowane. Niektórych fragmentów artefaktu brakowało, pojawiły się z kolei inne, o nieznanym przeznaczeniu.
- Rzeczywiście - odparł spokojnie Smythe. - Może Wurgalanie zdemontowali niektóre części i zainstalowali je na nowo. Fragment, którego potrzebujemy, jest tutaj. - Wskazał na środek konstrukcji, przywodzącej na myśl rzeźbę z muzeum sztuki współczesnej skrzyżowaną z platformą wiertniczą. - Przecinacze, odłączyć te dwa kawałki - rozkazał, siląc się na spokój. Zegar w rogu pola widzenia bezlitośnie odliczał sekundy.
Czterej ludzie z palnikami plazmowymi nie marnowali czasu. Zalali kopułę ostrym światłem, przez co automatycznie pociemniały osłony hełmów całego oddziału. Właśnie dlatego Wurgalanie zdołali ich zaskoczyć.
Kosmici nie byli głupi. Choć wartownicy dawno nie mieli okazji uczestniczyć w walce, wiedzieli, że muszą trzymać się z dala od klatek schodowych po tym, jak granaty zniszczyły wrota i zabiły dwóch pechowych żołnierzy, którzy właśnie mieli je otworzyć i wbiec na górę. Pozostali dwaj Wurgalanie w lekkich, ceremonialnych pancerzach zdawali sobie sprawę, że ich obowiązkiem jest ochrona bezcennego artefaktu Pradawnych przed - jak wynikało z obrazu z kamer - kristańskimi napastnikami. Gdyby kopułę wyposażono w działa maserowe, aktywowaliby je. Gdyby gwardię honorową wyposażono w drony do zwalczania piechoty, użyliby ich. Gdyby ich karabiny posiadały amunicję wybuchową albo przebijającą pancerz, wykorzystaliby ją. Jednak ponieważ wurgalańskie dowództwo bardziej obawiało się przypadkowego uszkodzenia artefaktu niż bardzo mało prawdopodobnej napaści na ruiny, wszyscy wartownicy byli wyposażeni jedynie w karabiny z amunicją o niskiej prędkości wylotowej. Logicznie rzecz biorąc, atakując układ gwiezdny, należałoby zacząć od trzeciej, gęsto zamieszkanej planety. Następnie hipotetyczny napastnik przeszedłby do bombardowania orbitalnego i zdobycia bazy lotniczej na Barsoom. Dopiero po pokonaniu wszystkich wurgalańskich sił skupiłby uwagę na bezużytecznym artefakcie. Planując obronę układu, nikt nie wziął pod uwagę scenariusza, w którym głównym celem ataku byłby właśnie kompleks Pradawnych.
Pozostali dwaj Wurgalanie weszli do kopuły przez właz ukryty pod dawno usuniętym fragmentem artefaktu.
Smythe zorientował się, że coś jest nie tak, dopiero wtedy, gdy jednemu z żołnierzy wytrącono z ręki palnik, który poleciał, wirując, kilka metrów dalej. Na szczęście strumień plazmy ustał po puszczeniu spustu, dzięki czemu mężczyzna nie stracił nogi. Nic mu się nie stało, ale na jego pancerzu pojawiło się kilka wgnieceń od poddźwiękowych pocisków z wurgalańskich karabinów.
- Nie trafić artefaktu! - krzyknął Smythe, gdy jego ludzie skierowali swoją uwagę na obdarzonych licznymi odnóżami adwersarzy.
Gdy major po raz pierwszy usłyszał, że Wurgalanie budową ciała przypominają ośmiornicę, obawiał się, że przeciwnik mógłby stanąć na dwóch mackach, a w pozostałych trzymać aż pięć sztuk broni. Skippy prychnął pogardliwie i wyjaśnił, że było to równie prawdopodobne, co człowiek strzelający z dwóch karabinów jednocześnie. Wurgalanie potrafili śledzić tylko jeden cel w danym czasie, a kontrolowanie siedmiu kończyn oraz chwytnej wypustki na czole mocno obciążało ich mózgi. Kosmici próbowali na przestrzeni stuleci obejść ten problem, ale wszystko rozbijało się o podstawową architekturę ich centralnego układu nerwowego.
Ograniczenia wynikające z fizjologii miały znaczenie o tyle, że obcy pomimo świetnego refleksu i koordynacji oko-macka nie strzelali dużo celniej niż elitarna Wesoła Banda Piratów. Czterej ludzie, nie czekając na dodatkowe wyjaśnienia, dezaktywowali ładunki wybuchowe w pociskach i przełączyli je w tryb grzybkowania.
Ośmiornice nadal prowadziły ogień, gdy trafiło je ponad trzydzieści kristańskich pocisków. Co zaskakujące, lekki ceremonialny pancerz uchronił je przed penetracją, ale sama siła kinetyczna odrzuciła obcych do tyłu. Gdy tylko cele znalazły się z dala od artefaktu, czterej żołnierze osłaniający przecinaczy z powrotem przełączyli amunicję w tryb penetracyjno-wybuchowy. Mniej niż sekundę później dwie odważne, acz pechowe ośmiornice powędrowały do swojej wersji zaświatów.
- Czysto! - zameldował opanowanym głosem kapitan Chandra. - Przeszukać podłoże, bo może tych cholernych włazów jest więcej.
- Chan, wszystko w porządku? - Smythe zwrócił się do ostrzelanego żołnierza, który zdążył już wstać i podnieść swój palnik.
- Tak jest, majorze - odparł tamten, wręczając palnik koledze.
Oczywiście Chan mógłby wrócić do cięcia artefaktu, ale wiedział, że Wesoła Banda Piratów nie działa w ten sposób. Niewykluczone, że jego pancerz doznał niezauważalnych na pierwszy rzut oka uszkodzeń, które opóźniłyby pracę. A oni nie mogli pozwolić sobie na opóźnienia. Dlatego Mychalczyk wziął od niego palnik, a Chan zastąpił rangersa, stając na straży.
Palniki plazmowe szybko uporały się z konstrukcją otaczającą część, na której zależało Skippy'emu. Gdy na podłogę spadły elementy utrudniające do niej dostęp, Smythe wskoczył na podwyższenie, aby zbadać kanał pozawymiarowy.
- Skippy nie wspominał, że jest do niego przymocowana masa dodatkowego sprzętu - oznajmił zaniepokojony.
Sam kanał miał długość nieco ponad dwóch metrów i mogła go z łatwością przenosić jedna osoba, zwłaszcza w pancerzu wspomaganym i przy niskim ciążeniu. W obecnym stanie artefakt - obczepiony elementami, które mogły okazać się ważne - był na tyle nieporęczny i masywny, że musiały go dźwigać dwie osoby.
- Odetnijcie go w tym miejscu. - Smythe podjął szybką decyzję. - Saperzy, wysadzić ścianę kopuły.
Za pomocą ruchów gałek ocznych otworzył szyfrowane połączenie i wysłał wiadomość do kondorów, że jego ludzie będą potrzebowali transportu z powierzchni. Plan pierwotnie zakładał ewakuację za pomocą lin i uprzęży.
Oddział pracował szybko i sprawnie. Dwaj żołnierze wynieśli kanał przez wyrwę w ścianie kopuły pod osłoną pozostałych. Smythe wyszedł na zewnątrz, stanął na pylistej powierzchni i zerknął na licznik czasu. Z zadowoleniem zauważył, że zostały dwie minuty i trzydzieści cztery sekundy. Mieli zapas czasu. Część tego zapasu miało pochłonąć lądowanie kondorów i załadowanie na pokład nieporęcznego artefaktu, ale major wierzył, że zdążą.
Teraz potrzebowali jedynie środka transportu. Gdzie, do cholery, podziewały się kondory?
*
- Ciekawe - powiedziała cicho Sami, całkowicie pochłonięta nietypowym manewrem, który, o ile wiedziała, wykonywała jako pierwsza w historii.
W amerykańskich siłach powietrznych nauczono ją stosować takie terminy jak "bardzo wysoki", "wysoki", "średni", "niski" i "liście" w odniesieniu do pułapu lotu - ten pierwszy oznaczał ponad czterdzieści tysięcy stóp, a ten ostatni muskanie wierzchołków drzew. Ponieważ takie określenia nic nie znaczyły w walce kosmicznej, piloci z Wesołej Bandy Piratów wymyślili własną nomenklaturę: "pył", "powietrze", "rzadkie", "orbita" i "przestrzeń". "Rzadkie" oznaczało warstwę atmosfery, gdzie powietrze było tak rozrzedzone, że w praktyce aerodynamika przestawała mieć znaczenie.
Kiedy porucznik Samantha Reed myślała o pułapie "pyłu", zwykle chodziło o lot bardzo blisko powierzchni planety czy księżyca, bez względu na to, czy dane ciało niebieskie posiada atmosferę, czy w dole jest skała, woda lub las. Powierzchnia Barsoom składała się z drobnego, czerwonego pyłu, ziarenek piasku, żwiru oraz kamieni, więc nazwa "pył" była tu trafna jak mało gdzie. To oraz występowanie atmosfery oznaczało dla Sami kłopoty, ponieważ ograniczało liczbę dostępnych opcji.
Ku uldze Sami rakieta zniszczyła samotny wurgalański myśliwiec, nim ten zdążył ostrzelać kondory z maserów. Porucznik skupiła uwagę na trzech lądownikach, które nadciągały znad bazy lotniczej. Tymczasem kondory zostawiły oddział majora Smythe'a na powierzchni i przez kilka minut mogły swobodnie wykonywać manewry obronne, więc uciekały przed napastnikami. Ich piloci ostrzegali jednak, że niedługo będą musieli wrócić do kopuły.
Wywiązała się krótka, chaotyczna bitwa powietrzna, w której Sami zniszczyła jedną z maszyn wroga rakietą, a drugą niespodziewanie celnym strzałem z działa maserowego. Nie zdążyła uczcić tego zwycięstwa triumfalnym uśmiechem, bo druga pilot ostrzegła ją, że pole maskujące oraz tarcze obronne ich sokoła ucierpiały w wyniku starcia. Emitery tarczy potrzebowały ponad minuty, by się naładować, i aktualnie nie ochroniłyby lądownika nawet przed pojedynczą wiązką. Tymczasem ścigały ich aż dwa wurgalańskie myśliwce, bo do walki przyłączył się jeszcze jeden przeciwnik.
Sami błyskawicznie rozważyła opcje. Miała osłabione tarcze i nieskuteczne pole maskujące. Nie mogła uciec, sunąc przy samej ziemi. Wiedziała, że turbulencje wzbiją w powietrze tumany kurzu, które zdradzą jej pozycję wrogowi.
Postanowiła zrobić coś, co zasługiwałoby na Nagrodę za Najbardziej Szalony Pomysł imienia Josepha Bishopa. Atmosfera Barsoom, choć rzadka, była dostatecznie gęsta, by wiatr mógł wzbijać chmury pyłu. Burze pyłowe potrafiły się tu pojawiać i znikać błyskawicznie. Czasem jednak trwały całymi dniami i były tak silne, że tworzyły wiry pyłowe, tutejszy odpowiednik tornad.
Sami ukryła swojego sokoła wewnątrz stożka takiego wiru i zawisła w środku. Na zewnątrz dwa wrogie myśliwce bezskutecznie jej szukały. Z punktu widzenia Wurgalanów wyglądało to tak, że ścigany sokół zniżył lot, ale gdy za nim podążyli, zapadł się pod ziemię.
- Nie będą tak krążyć w nieskończoność - powiedziała Sami do drugiej pilot. Niepotrzebnie, bo jej partnerka widziała na ekranach to samo.
- Rzeczywiście, nie będą. Czterdzieści dwie sekundy do regeneracji tarcz - dodała Wu.
Zdawała sobie sprawę, że pilot ma te informacje na swoim wyświetlaczu, ale porucznik Reed była zbyt skupiona na utrzymywaniu sokoła wewnątrz szybko przemieszczającego się wiru. Przez chwilę wydawało się, że wir się rozproszy, ale potem zyskał nowe siły. Pewnie przelatywał nad obszarem bogatym w wyjątkowo drobny pył, bo różowy kurz momentalnie przesłonił widok.
- Turbiny się przegrzewają - ostrzegła Samanthę. - Pył chyba się roztapia i przylepia do łopat.
Na ten problem nie mogły wiele poradzić. Włączenie polaryzacji łopat turbin ułatwiłoby czujnikom wroga wykrycie ich maszyny.
- Damy radę - zadecydowała Wu, wychodząc z założenia, że musiały przebywać wewnątrz wiru tylko do czasu naładowania tarcz.
- Gdzie są bandyci? - zapytała Sami.
- Pasywne czujniki nie mogą ich namierzyć - odparła Wu. - Mamy co chwilę pojedyncze echo, ale to za mało, żeby otworzyć ogień. W każdym razie nas szukają.
Maszyny wroga ukrywały się w polu maskującym, a na niekorzyść sensorów sokoła działała chmura magnetycznie naładowanych drobin. Z tego powodu jedynym śladem obecności przeciwników były rozproszone echa sygnałów, jakimi wymieniali się przez łącze taktyczne.
Nagle problem rozwiązał się sam dzięki niecierpliwości wroga. Sensory lądownika wykryły impuls z czujnika aktywnego.
- Osiemdziesiąt siedem - ostrzegła Wu, co oznaczało, że siła impulsu przeciwnika wynosiła osiemdziesiąt siedem procent mocy potrzebnej do wykrycia sokoła. Wystarczyło to, aby Wu dokładnie określiła pozycję jednostki, która wyemitowała impuls.
- Wykryliśmy jednego! - oznajmiła. - Cel namierzony!
Sami zerknęła na wyświetlacz, aby sprawdzić stan emiterów tarczy. Zostało dwanaście sekund. Uznała, że tyle wystarczy. Poza tym kondory zawróciły, aby wkrótce zabrać oddział Smythe'a. Najwyższa pora, aby przestać grać na czas i zacząć eliminować wrogów.
- Wystrzelić dwie rakiety - rozkazała.
Nie musiała określać, czy chodzi o pociski naprowadzane radarem, czy te na podczerwień, ponieważ zabójcze thurańskie uzbrojenie było uniwersalne. Korzystało zarówno z aktywnych, jak i pasywnych czujników obejmujących całe spektrum elektromagnetyczne.
- Pociski sygnalizują gotowość. Potwierdzam wystrzelenie.
- No to zaczynamy - rzuciła Sami, zwiększając ciąg.
Sokół stanął na ogonie i pomknął pionowo w górę, szybko opuszczając wir pyłowy. Teraz impulsy z czujników wroga mogły go z łatwością wykryć, co oczywiście nie miało znaczenia, bo ślad gorących gazów wylotowych wystarczyłby w zupełności.
- Przełączam się na masery.
*
Pędzące nisko nad powierzchnią kondory wyłoniły się zza grzbietu na północy. Smythe śledził ich pozycję przez zaszyfrowane łącze taktyczne, więc nie był zaskoczony, ale widok mimo wszystko robił wrażenie. W jednej chwili horyzont był pusty, a w następnej nad człowiekiem górowały dwa ogromne kształty. Obie maszyny ukrywały się w polu maskującym, ale hełm Smythe'a wypełniał luki w obrazie. Bez wizualnego wspomagania zobaczyłby jedynie niewyraźne zmarszczki w chmurze pyłu.
Przeszło mu przez myśl, że piloci się popisują. Uśmiechnął się z podziwem samym kącikiem ust. Nie winił ich za to, że pokusili się o wejście z klasą. Gdy tylko kondory wyłoniły się zza skalnego grzbietu, zaczęły jednocześnie hamować. Główne turbiny zawyły, odwracając ciąg, a silniczki odrzutowe na dziobie i spodniej stronie kadłuba odpaliły, aby dodatkowo wytracić prędkość. W ostatniej chwili, gdy wydawało się, że kondory nie tyle wylądują, co wbiją się w czerwonoszare podłoże, nagle wyrównały lot i wykonały ostatnią korektę pozycji, po czym osiadły dokładnie w miejscu wyznaczonym przez oddział Smythe'a.
- Szybko - powiedział pilot. - Zbliżają się wrogowie.
Może jednak piloci wcale się nie popisywali, doszedł do wniosku Smythe, niecierpliwie czekając na otwarcie tylnej rampy. Załogi wiedziały, że oddział naziemny zechce jak najszybciej wejść na pokład, więc zaczęły otwierać rampy, gdy tylko maszyny zawisły nad ziemią. W dodatku użyły awaryjnych procedur, zmuszając je do gwałtownego opadnięcia.
Mimo wszystko ludzie Smythe'a się niecierpliwili. Major zauważył z zadowoleniem, że jednak nikt nie wbiegł na rampę, zanim dowódca kondora nie oznajmił, że otworzyła się całkowicie i można na nią bezpiecznie wejść. Pierwsi na pokładzie znaleźli się dwaj żołnierze niosący bezcenny, acz nieporęczny artefakt Pradawnych. Inni ich osłaniali. Boczne i dziobowe wieżyczki maserowe obu kondorów były gotowe ostrzelać każdego, kto zagroziłby Wesołej Bandzie Piratów.
Nie pojawiło się jednak żadne nowe zagrożenie. Smythe był zadowolony, ale i odrobinę zawiedziony. Wkroczył na pokład jako ostatni. Gdy tylko znalazł się w połowie rampy, ta zaczęła się zamykać, a kondor wzbił się w powietrze. Tak gwałtowny start był zarezerwowany na wyjątkowe sytuacje, ponieważ narażał wszystkich, którzy nie zdążyli się przypiąć. Smythe rzucił się w głąb maszyny, gdzie wpadł w siatkę asekuracyjną i zrozumiał, że ryzyko było mniejsze, niż mogło się wydawać. Kristański pancerz wspomagany stabilizował ruchy i nie pozwalał użytkownikowi wypaść przez niedomkniętą rampę. Co więcej, piloci startowali, przechylając lądowniki dziobem w dół. Najgorsze, co groziło Smythe'owi, to zranione ego, a o to akurat nie dbał.
- Gotowy! - zawołał, gdy siatka z nanowłókien postawiła go do pionu.
W samą porę. Pilot postawił lądownik na ogonie i odpalił z pełną mocą główne silniki odrzutowe. Maszyna popędziła na orbitę.
*
Sami obróciła sokoła w stronę nowego zagrożenia. Zaraz po wystrzeleniu drugiej rakiety rozległo się w słuchawkach:
- Tu Sokół Jeden, do wszystkich jednostek, wycofać się. Powtarzam, wycofać się. Wracamy na płytę. Dobra robota, ludzie.
Sami przesunęła palcem po ekranie dotykowym, podnosząc dziób maszyny. Drugim palcem zwiększyła ciąg.
- Ojej. - Rzuciła drugiej pilot skruszony uśmiech. - Sokół Jeden, mamy w powietrzu wystrzelony pocisk. Dezaktywować?
Miała nadzieję, że dowódca zauważy, że wystrzeliła rakietę, zanim usłyszała rozkaz.
- Nie, Kulo Ognia, niech osłania nasz odwrót. Do wszystkich jednostek, oszczędzajcie uzbrojenie. Nie wiadomo, kiedy się przyda.
Wu uśmiechnęła się szeroko i pokazała uniesiony kciuk Samancie, która zwiększyła ciąg do maksimum i umieściła lądownik na trajektorii mającej zaprowadzić go na "płytę", czyli lotniskowiec. Obie kobiety śledziły lot samotnego pocisku, który ścigał uszkodzony myśliwiec przeciwnika. Wurgalańska maszyna ostro zanurkowała, lecz gdy do kosmity dotarło, że nie ma szans na ucieczkę, wyrównał lot i katapultował się razem z drugim pilotem. Fotele z ośmiornicami zostały w tyle, a thurańska rakieta bez problemu wbiła się w bezbronny myśliwiec i zdetonowała głowicę.
- Gratulacje, ludzie, tamci nie mieli z wami szans - powiedział z satysfakcją dowódca.
Zniszczeniu uległy wszystkie wrogie maszyny, które podjęły walkę, a jednostki piratów doznały jedynie lekkich uszkodzeń. Może starcie nie było do końca uczciwe - technologia Thuranów w rękach elitarnych pilotów przeciwko wurgalańskiej technologii w mackach znudzonych pilotów garnizonu - co nie zmieniało faktu, że Wesoła Banda Piratów po raz pierwszy stanęła do walki w powietrzu i odniosła zwycięstwo.
- Małpy skopały ośmiornicom tyłki - dodał dowódca z szerokim uśmiechem.
*
Misja nie dobiegła jeszcze końca, gdy szóstka lądowników znalazła się poza atmosferą. Należało jeszcze spotkać się na orbicie z lotniskowcem, którego nigdzie nie było widać. Nie mieli z nim również łączności. Wprawdzie to była część planu, ale ta cisza mimo wszystko niepokoiła.
Kiedy lądowniki wzbiły się ponad najwyższe partie atmosfery, kondory zwiększyły moc silników do maksimum, podczas gdy sokoły trochę zredukowały ciąg, aby osłaniać odwrót. Wznosiły się prostopadle do powierzchni, celując w pusty wycinek przestrzeni. Po dotarciu do wyznaczonego punktu musiały lecieć z określoną prędkością i podążać z dużą precyzją niewidocznym szlakiem wytyczonym w przestrzeni. Dzięki wyczerpującym ćwiczeniom pilotów i mocy obliczeniowej thurańskich komputerów nawigacyjnych szóstka jednostek wykonała manewr idealnie. Zgasiły silniki.
- Uwaga, ludzie. Podwójne tarcze na rufie, przygotujcie się na skok promieniowania.
Pozostałe lądowniki potwierdziły, że są gotowe. Komputery odliczały czas.
Dokładnie w zaplanowanym momencie pojawił się za nimi lotniskowiec, czemu towarzyszył rozbłysk gamma. Okręt leciał w tym samym kierunku co one, choć odrobinę wolniej. Na sygnał Skippy'ego cała szóstka zaczęła hamować z pełną mocą silników, pozwalając, by lotniskowiec je dogonił. Podczas manewru "Holender" nadawał bardzo słaby sygnał nawigacyjny, aby zapobiec kolizji, ponieważ zarówno on, jak i lądowniki były ukryte polem maskującym. Siedem minut później maszyny znalazły się na pokładzie, a "Latający Holender" skoczył.