Expeditionary Force. Tom 17. Grupa Zadaniowa Młot - Craig Alanson

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (39,92 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Jesse Colter powarkiwał, wykonując kolejną serię przysiadów z hantlami. Ćwiczył w sypialni, więc żeby zrobić sobie miejsce, musiał przysunąć łóżko do ściany. Naturalnie byłoby mu wygodniej trenować w siłowni, ale ponieważ skończył już dzisiejszą sesję fizjoterapii, nie chciał, żeby ktoś doniósł lekarzom, że niby się przeciąża czy coś w tym rodzaju. To nie wojskowi lekarze mieli rozwaloną nogę, tylko on - dlatego też zamierzał zrobić wszystko, co się da, aby odzyskać sprawność i wrócić do czynnej służby. Z powodu urazu utknął za biurkiem i miał już tego serdecznie dość. Szczególnie że jego żona w tym samym czasie prowadziła szkolenia snajperów. Z kolei Dave Czajka przebywał w Belize, gdzie ćwiczył wraz z oddziałem Verd-Krisów. Żona Dave'a, Emily, przygotowywała Mavericks do kolejnego porąbanego i niebezpiecznego zadania. A Joe Bishop? Jesse słyszał plotki, że Wesoła Banda Piratów kontynuuje pościg za Księżycowym Grabieżcą. Tak więc wszyscy byli w akcji lub szykowali się do niej - i tylko Jesse tonął w papierkowej robocie.

Dlatego postanowił, że zamiast gnić w domu, wyruszy z Mavericks na następną misję. Bo to, że wkrótce wrócą do gry, było pewne. Musiał więc być gotowy. Nie wiedział tylko, jakie niewdzięczne zadanie DSOONZ wyznaczy kawalerii tym razem.

Rodzice Shauny cieszyli się, że mogą spędzić czas z wnukiem. Stąd teść Jessego pilnował malca w kuchni, podczas gdy Jesse przygotowywał się do testu sprawnościowego, który odbędzie się za trzy dni. Jeśli go zda, wróci do czynnej służby, a potem być może zdoła przekonać swoją wiecznie szukającą adrenaliny żonę, by odpuściła sobie kolejną misję w kosmosie. Wątpił jednak, że go posłucha.

Z grymasem na twarzy Jesse wykonywał kolejne przysiady. Ponieważ odczuwał jeszcze lekki ból w nodze, skupiał się na poprawnym tempie i technice ćwiczenia.

- Jesse - zawołał teść - masz gości!

Colter odłożył ciężarki i ręcznikiem otarł pot z twarzy. Nie spodziewał się nikogo w sobotni poranek.

- Kto to?

- Chodź i sam zobacz. - W odpowiedzi dało się słyszeć nutę rozbawienia.

Jesse pomyślał, że to pewnie dzieciaki z sąsiedztwa sprzedające ciasteczka. Wziął więc portfel. Jakie lubiła Shauna? Miętowe? Najlepiej będzie kupić kilka rodzajów.

- Tato? - Spojrzał na starszego mężczyznę, który stojąc w drzwiach, zasłaniał mu przybyszy.

- Zdaje się, że to faceci - powiedział obojętnie teść. - Choć z chrząszczami nigdy nie wiadomo. Wiem, że rozpoznaje się ich po czułkach, ale... - Urwał, wzruszając ramionami.

Chrząszcze? Co Jeraptha robią w jego domu? O nie, czyżby przynieśli jakieś złe wieści?

Ale to przecież bez sensu. Chyba że...

Jessemu ścisnął się żołądek.

Otworzył drzwi na oścież i ujrzał dwóch Jeraptha. Mieli na sobie ciemne, formalne stroje z charakterystycznymi luźnymi krawatami i małymi trójkątnymi czapkami, które nosili między parą głównych czułków. Rzeczywiście, byli to "faceci", jak nazwał ich teść Jessego.

W szponach trzymali coś, co wyglądało jak... książki? W skórzanej oprawie, względnie cienkie. Wystawały z nich kolorowe ulotki.

Jesse momentalnie się odprężył i prawie parsknął śmiechem.

- Cześć, jestem Jesse Colter, w czym mogę wam pomóc? - Zanim obcy zdążyli odpowiedzieć, dodał: - Jeśli chcecie, żebym zapisał się do SkipWay, to darujcie sobie tę gadkę.

- SkipWay? - Obcy stojący po lewej spojrzał na swojego kompana. - Nie, nie dziś. Ale jeśli jesteś zainteresowany dołączeniem do prężnie rozwijającej się...

- Powiedziałem przecież, że nie. I zrobiłem to uprzejmie.

- Owszem, wybacz - potwierdził ten po lewej i kiwnął głową, pochylając czułki. - Jesteśmy tylko skromnymi misjonarzami. Głosimy Dobrą Nowinę w tych trudnych czasach, co uważamy za swój radosny przywilej.

- Rany... Jeśli chcecie opowiedzieć mi o swoim guru Skippym, to wiedzcie, że znam tego dupka i nie chcę...

Obaj Jeraptha zaśmiali się cicho, co zabrzmiało jak rzężenie duszonego człowieka.

- W rzeczy samej Skippy jest dupkiem. Wręcz łachud­rą. I mówię to ja, udziałowiec SkipWay diamentowego poziomu.

- Dobrze to słyszeć - stwierdził z zadowoleniem Jesse. - Po co zatem przyszliście?

Jeraptha podnieśli książki i ten po lewej odpowiedział:

- Otóż nasz lud zdaje sobie sprawę z tego, jak wiele dzielni mieszkańcy Ziemi wycierpieli od wydarzenia, które nazywacie Dniem Kolumba. Co więcej, obecnie wszyscy znaleźliśmy się w niebezpieczeństwie w związku z pojawieniem się tak zwanego Księżycowego Grabieżcy. Mimo to zauważyliśmy, że Ziemianie wciąż nie w pełni korzystają z tego, co mogłoby im dać pocieszenie w tych trudnych czasach.

- Zaczyna się... - mruknął Jesse. Albo będą próbowali mu coś opchnąć, albo namówić do otwarcia się na nowe formy duchowości. Co to będzie? Raczej nie joga, chrząszcze są na coś takiego zbyt sztywne. - Możecie przejść do rzeczy? Jestem zajęty...

- Czy myślałeś kiedyś o tym, by dołączyć do wesołej, ekscytującej i rosnącej społeczności hazardzistów? Miliony twoich pobratymców dostrzegły już światło...

- Zaraz, zaraz. Jesteście misjonarzami, którzy nawracają na hazard?

- Zgadza się. Reprezentujemy grupę zwaną Anonimowymi Hazardzistami. Wiemy, że część Ziemian pozna­ła już Dobrą Nowinę i chciałaby wstąpić na drogę zakładów. Powstrzymuje ich jednak brak wiedzy, jak to zrobić, lub obawa, że się zbłaźnią. Dlatego wychodzimy naprzeciw ich potrzebom i oferujemy zabawny oraz całkowicie anonimowy sposób na rozpoczęcie podróży ku bardziej satysfakcjonującemu życiu.

- Mogę to przemyśleć?

- Oczywiście. Chcesz ulotkę?

- Może później.

- Do każdej ulotki dołączamy kupon o wartości dziesięciu dolarów na pierwszy zakład.

Jesse zmarszczył czoło i powoli pokręcił głową.

- Jest też kupon na dwa darmowe śniadania w ­Waffle House.

- Serio?

- Zauważyliśmy, że dzięki takim kuponom zainteresowanie naszymi ulotkami wzrosło o czterdzieści procent.

Jeraptha stojący po prawej uniósł ulotkę i odezwał się po raz pierwszy:

- Mamy też kupony do Taco Bell, jeśli chcesz.

- Nie chcę - odparł Jesse z kwaśną miną.

- W takim razie Waffle House. - Obcy po lewej wcis­nął ulotkę w dłoń Jessego.

- Yyy... - Mężczyzna nie zaprotestował, gdyż uznał, że darmowe śniadanie to całkiem niezły pomysł.

- Życzymy udanego pobytu w Waffle House.

- Hm, udany pobyt w Waffle House jest wtedy, kiedy przychodzisz tam nawalony o czwartej rano, a potem zostajesz oblany kawą, bo dwóch wieśniaków postanowiło wyjaśnić sobie coś za pomocą pięści. - Złożył ulotkę i schował do tylnej kieszeni spodni. - Chodzicie tak od domu do domu i próbujecie namówić ludzi, żeby zawarli u was zakłady? Jesteście bukmacherami?

- Niestety, możemy tylko pomarzyć o zdobyciu tak szacownej i godnej zaufania pozycji w naszym społeczeńst­wie.

- Nie stać nas na łapówki dla Głównego Urzędu Gier Hazardowych, za które moglibyśmy kupić licencje bukmacherskie - mruknął ten po prawej.

Jeraptha po lewej zwiesił czułki i wyznał:

- My też kiedyś straciliśmy zapał do hazardu.

- Razem z domem, pracą i żoną... - dodał jego towarzysz, na co dostał kopniaka od tamtego.

- Jak już mówiłem, odzyskaliśmy jednak pasję i teraz pragniemy szerzyć ją dalej...

- I w ten sposób spłacić część długów. - Tym razem gość po prawej uniknął kopnięcia.

Obcy po lewej postąpił naprzód i odepchnął swego kumpla do tyłu.

- Najważniejsze jest to, że pragniemy zaprosić cię, abyś wraz z rodziną i przyjaciółmi przyszedł do Cent­rum Bingo. W tym tygodniu spotykamy się co wieczór, aby celebrować jedno z naszych najważniejszych świąt.

- Mam teraz sporo na głowie.

- Będzie poczęstunek. I alkohol. Chyba nie macie tu prohibicji?

- Nie, nie mamy. Anonimowi Hazardziści mają swoje święta?

- Oczywiście. - Chrząszcz był wyraźnie zaskoczony pytaniem Jessego. - Powiedz, proszę, że przyjdziesz poświętować z nami to najwspanialsze wydarzenie zwane Marcowym Szałem. - Obcy klasnął w szpony i wzniósł oczy ku niebu.

*

- Proszę. - Jesse wyrwał kupon z ulotki i podał go teś­ciowi.

Starszy mężczyzna spojrzał najpierw na świstek, po czym ze zdumieniem popatrzył na zięcia.

- To jacyś przedstawiciele Waffle House?

- Nie, reprezentują inną... organizację. Hm, ciekawe.

- Co takiego?

- Myślałem, że po tylu podróżach w kosmosie już nic mnie nie zaskoczy. Tymczasem okazuje się, że tak naprawdę nie widziałem jeszcze niczego - stwierdził Jesse.

*

- Ej, teraz było trzydzieści osiem procent - oznajmił Bilby, gdy liczba wyświetliła się na głównym ekranie tuż po tym, jak wybrzmiał cichy dzwonek. - Kiepsko, generale ziomek.

- Wiem - przytaknąłem, bo nie przychodziła mi do głowy inna odpowiedź. Mieliśmy przesrane i wkrótce zapewne boleśnie się o tym przekonamy.

Wspomniany dzwonek to alarm informujący o kolejnym aktywnym czujniku, który właśnie omiótł wiązką "Walkirię". To już siódmy raz w ciągu ostatnich dwóch godzin. Z kolei trzydzieści osiem procent to prawdopodobieństwo, z jakim polujący na nas maxolhxański okręt uzyska konkretny odczyt i zorientuje się, że coś znalazł. Każdy komunikat podający wynik powyżej trzydziestu procent przyprawiał nas o szybsze bicie serca, ponieważ obecnie nasz krążownik nie był w stanie wykonać skoku, podjąć walki ani użyć skutecznie czujników. Zresztą nawet gdybyśmy dokładnie namierzyli cel, i tak nie dalibyśmy rady oddać strzału. W dodatku nie mieliśmy tarcz ochronnych ani pola maskującego. Pole Skippy starał się zastąpić bańką maskującą własnej roboty. I chociaż pochłaniało to niemal całą jego uwagę, nie przyniosło zadowalających rezultatów. W ogóle Skippy był w nienajlepszej formie. Bitwa, w której użył broni Pradawnych przeciwko okrętowi Intruza, odcisnęła mocne piętno zarówno na nim, jak i na "Walkirii".

Mimo to Skippy zdołał ustalić, że system czujników wroga znajdował się zaledwie pięćdziesiąt pięć sekund świetlnych od nas. Z kolei jednostką, która nas szukała, był niszczyciel klasy Herva o nazwie "Duma Karalvos". Okręt ten był mocno zaangażowany w niedawną wojnę domową kocurów i wymagał remontu. Co ciekawe, odkryliśmy, że wszystkie jednostki oddelegowane do ochrony Grabieżcy wymagały wizyty w stoczni. Kiedy Maxolhxowie wysłali tylko sześćset okrętów do obszaru aktywacji Strażnika w pobliżu 27 Canis Majoris, stwierdziłem, że podjęli spore ryzyko. Owszem, sześćset to wciąż sporo, jednak niewystarczająco, by zagwarantować sobie zwycięstwo. Hegemonia zatrzymała większość swojej floty, w tym najpotężniejsze okręty, w rezerwie - na wypadek, gdyby ich nowy kumpel Grabieżca zamierzał wbić im nóż w plecy.

Czego mogli być w stu procentach pewni.

Głupie, przebrzydłe kocury.

Jak wspomniałem, przez ostatnie dwie godziny, od kiedy wykryliśmy wskakujący w nasze pobliże maxolh­xański niszczyciel, wstrzymywaliśmy oddech, ilekroć omiatał nas wiązką czujnika. Wróg powoli się oddalał, o czym świadczył słabnący z każdą minutą sygnał sensora. Nie było więc mowy, żeby przebił się pojedynczym impulsem przez bańkę maskującą Skippy'ego. To jednak nie miało znaczenia. SI wrogiej jednostki kompilowała obraz otoczenia, łącząc kolejne odczyty czujnika. Na tej podstawie w pewnym momencie stwierdzi, że jednak coś widzi. I najprawdopodobniej tym czymś będzie "Walkiria", gdyż tkwiliśmy w pustej przestrzeni między gwiazdami, a ponadto nie wysyłaliśmy impulsu zwrotnego, który pozwoliłby kocurom zidentyfikować nas jako inną jednostkę Maxolhxów.

- Ile jeszcze? - spytałem z fotela obok Reed, który zwykle zajmuje oficer wykonawczy. Ponieważ okręt znajdował się w niebezpieczeństwie, zaproponowałem, że usiądę w sekcji dla obserwatorów, przy tylnej grodzi mostka, ale Reed szybko wybiła mi ten pomysł z głowy. "Nie ma mowy, sir" - powiedziała. "Pan zepsuł okręt i pan go teraz naprawi".

Bilby zdawał sobie sprawę, że skierowałem pytanie do niego, i wiedział, o co dokładnie pytam. Ile jeszcze czasu minie, zanim SI wrogiego niszczyciela zbierze dość danych, by stwierdzić, że mają towarzystwo?

- No, kminię, że jeszcze z pięć impulsów, zanim skupi się dokładniej na naszej lokalizacji. Mogę się mylić, ale potrwa to jakieś pół godziny. Teraz pewnie zapytasz, ile czasu zajmie nam przywrócenie sprawności napędu skokowego?

- Tak.

- Sześćdziesiąt osiem minut. Nie ma opcji, żeby to przyspieszyć.

- Jest jak jest.

- Ooo, podoba mi się twoje podejście. Normalnie zen i te sprawy.

- Dupa, a nie zen, ale dzięki, że dopatrujesz się czegoś pozytywnego w tej sytuacji. Kulo Ognia, musimy kupić sobie trochę czasu, żeby naprawić napęd. Zapal świeczki. - Mogłem lepiej dobrać słowa, ale dawniej "świeczkami" nazywałem dopalacze "Walkirii". Teraz chodziło jednak o coś, co w swoim działaniu nie wykorzystywało ognia, choć miało na celu zwrócić uwagę przeciwnika. - Pozwól, że wyrażę się jaśniej: rozpocząć operację Walnij Kreta.

- Tak jest. Łączność - Reed uniosła rękę, wskazując palcem oficera siedzącego za nią - rozpocząć procedurę Walnij Kreta.

*

Uszkodzenia, jakich "Walkiria" doznała w walce z Intruzem, okazały się poważniejsze, niż zakładał Skippy. A nie spodziewał się byle czego. Największym problemem był wyłączony napęd skokowy, który wymagał pełnej rekalibracji. Jego poszczególne elementy nie tylko nie współgrały, lecz także się nie komunikowały. Dzięki temu, że Skippy bezpośrednio kontrolował cewki napędu, zdołaliśmy wykonać krótki skok i oddalić się od pola bitwy, zanim dorwałyby nas ocalałe okręty kocurów. Niestety, w rzeczywistości Skippy próbował wykonać skok średniego zasięgu, który najzwyczajniej się nie udał, przez co zatrzymaliśmy się sporo przed ustaloną lokalizacją. W dodatku wyskoczyliśmy, zbaczając z kursu o jakieś siedemdziesiąt stopni. W efekcie dobiliśmy napęd skokowy i praktycznie się unieruchomiliśmy. Skippy pracował więc nad przywróceniem napędu do życia, ale jednocześnie musiał osłaniać nas bańką maskującą. Nic dziwnego zatem, że wytworzone przez niego pole ochronne przypominało jakością przeterminowane i przesiąknięte smrodem hot-dogów produkty sprzedawane na stacji benzynowej.

Warto też wspomnieć, że Trzecia Flota Marynarki ONZ nie miała pojęcia, gdzie jesteśmy, i nie dysponowała żadnymi poszlakami, na podstawie których mog­łaby podjąć poszukiwania. Nie dotarliśmy do żadnego z czterech zapasowych punktów ewakuacyjnych. Wskutek użycia broni Pradawnych czasoprzestrzeń uległa zniekształceniom, zrywając połączenia między węzłami komunikacyjnymi, na których opierała się komunikacja FTL naszych okrętów. W rezultacie znaleźliśmy się tam, gdzie nie powinno nas być, i nie mieliśmy jak zawiadomić o tym Trzeciej Floty.

Można więc stwierdzić, że radziliśmy sobie świetnie, jeszcze zanim flota Maxolhxów zaczęła na nas polować.

W związku z powyższym musieliśmy zdobyć czas, aby naprawić napęd - przynajmniej w stopniu, który pozwoliłby Skippy'emu nas stąd zabrać. Oczywiście blaszak nie robił wszystkiego sam. Asystował mu Bilby, koordynujący pracę botów remontowych, choć akurat w tym nie było niczego nowego. Nowość stanowiło jednak, że odkąd przekazałem dowodzenie "Walkirią", Skippy'emu pomagały też śmierdzące małpiszony. I nie mam tu na myśli tylko tego, że nie wchodziły mu w drogę. Nasi inżynierowie testowali generatory cewek i odłączali te, których nie dało się sparować. Zaskoczyło mnie, że robili to z własnej inicjatywy i rozumieli tę technologię na tyle, by umieć ocenić, które elementy nadają się już tylko na złom.

Pomimo jednak zaangażowania dwóch SI oraz zespołu małpiszonów praca nad napędem szła zbyt wolno, byśmy skoczyli, zanim "Duma Karalvos" nas wykryje. Kiedy kocury połapią się, że mają towarzystwo, kapitan niszczyciela - jeśli będzie mądry - wypuści boję z czujnikiem aktywnym, by śledziła cel, a sam skoczy do reszty swojej formacji i wróci z większymi okrętami. Z kolei odważny kapitan przed skokiem pośle w naszym kierunku salwę rakiet, które rozwalą "Walkirię" na kawałki.

Dlatego tak ważny był dla nas czas.

I zamierzaliśmy go zdobyć, prowokując wrogi niszczyciel do zabawy w Walnij Kreta.

*

Nasz sygnał aktywacyjny nie był dającym się wykryć aktywnym impulsem. Miał formę bardzo niewielkiej zmiany w promieniowaniu naturalnym - takiej, którą potrafiły zinterpretować tylko nasze krety rozmieszczone w przestrzeni. W osiem minut po rozczarowującym skoku w pustkę Reed wydała rozkaz wysłania szybkich dronów, które utworzyły kulisty rój mający zmylić przeciwnika. Każda z maszyn wypuściła dodatkowo po pięć automatycznych kretów, czyli niewykrywalnych automatów wielkości piłki baseballowej. Drony przyspieszały i zwalniały na zmianę. Kiedy oddaliły się od nas na sto tysięcy kilometrów, utworzyły kulistą, powoli rozszerzającą się formację, w której wnętrzu, poruszając się losowymi ścieżkami, dryfowały krety. Wtedy je aktywowaliśmy. Pierwszy wyemitował pole, które delikatnie odbiło kolejny impuls czujnika Maxolhxów. Choć sygnał zwrotny był słaby, stał się wyraźniejszy niż wtedy, kiedy odbijał się od naszego pola maskującego. Przypominał echo aktywnego czujnika odbijające się od szwankującego pola maskującego dużego obiektu. Takiego jak krążownik.

Po chwili kret wyłączył reflektor i ponownie ukrył się za polem ochronnym.

Niszczyciel nie złapał przynęty za pierwszym razem. Rozczarowało mnie to i zaskoczyło. Czyżby kapitan kocurów był nadmiernie ostrożny? Wtedy jednak coś zrozumiałem. Otóż załoga niszczyciela wiedziała, że szuka sławnej "Walkirii", i doskonale zdawała sobie sprawę z tego, jacy jesteśmy podstępni. Niech to szlag, reputacja Wesołej Bandy Piratów zadziałała na naszą niekorzyść.

Następnie głowę z kopca wystawił drugi kret. Jego reflektor oddał jeszcze słabszy sygnał. To najwyraźniej dodało przeciwnikowi pewności, ponieważ kolejne impulsy czujnika Maxolhxów przybrały kształt stożka, zamiast rozchodzić się we wszystkich kierunkach.

Reflektor drugiego kreta rozpostarł się tylko odrobinę, na jedną dziesiątą średnicy. A gdy odbił impuls, maszyna ukryła się ponownie.

- Łapie przynętę! - krzyknął Bilby i wyświetlił swojego awatara, żeby zbić ze mną żółwika. - Na bank! "Karalvos" zmienia kurs, żeby przechwycić drugiego kreta.

- Nie skoczyli? - spytałem. To również mnie zdziwiło. Niszczyciel znajdował się zaledwie kilka sekund świetlnych od kreta, użycie konwencjonalnego napędu do pokonania nawet tak niewielkiej odległości wciąż pochłonie sporo czasu. Dlaczego...

Ach, racja. Ich kapitan najwyraźniej przejrzał nasz zamiar. Czyżby Maxolhxowie znali naszą grę w Walnij Kreta? A może mieli podobną?

- Jeszcze nie skoczył... A nie, czekaj, zniknął.

- Bilby. - Reed zacisnęła usta, jak zawsze, kiedy irytowało ją zachowanie naszej SI. Nauczyła się tego ode mnie. - Co to znaczy, że zniknął? Skoczył czy włączył maskowanie?

- Wziął i skoczył. Wykryłem promieniowanie gamma.

Reed nie traciła czasu:

- Pilot, jedna dziesiąta mocy, kurs jeden, jeden, siedem na zero, dziewięć, zero.

Z racji nie w pełni działającej sztucznej grawitacji wyraźnie odczuliśmy przyspieszenie okrętu. A kiedy silniki zaczęły ryczeć niepokojąco, Reed nakazała zmniejszenie mocy do siedmiu procent. Dwadzieścia sekund później Bilby oznajmił, że wykrył kolejny rozbłysk promieni gamma.

- Jest ledwie widoczny - wyjaśnił - ale rozpoznaję sygnaturę napędu. Niszczyciel skoczył, żeby sprawdzić dwa pierwsze krety.

Reed nakazała wyłączenie silników bezreakcyjnych. Zdążyliśmy już zmienić pozycję i kurs, mając nadzieję, że utrudnimy w ten sposób zadanie niszczycielowi, który zrezygnuje z pogoni za kretami i wróci do skanowania całego obszaru.

W milczeniu patrzyliśmy, jak okręt Maxolhxów leci od jednego kreta do drugiego, wabiony odbijanymi przez nie sygnałami. Sfrustrowane kocury na pewno rwały sobie sierść z głów. Wykrywali przecież dostatecznie dużo danych, żeby podjąć próbę identyfikacji kontaktów, ale jednocześnie owe sygnały były na tyle słabe, że nie potrafili ocenić, czy to coś poważnego, czy może zakłócenie w pracy czujników. Losowość miejsc, z których docie­rały impulsy, zapewne skłoniła załogę niszczyciela do wniosku, że wykrywają jedynie fałszywe echa będące efektem uszkodzeń ich systemu czujnikowego. W takim wypadku najpewniej polecą dalej i wznowią poszukiwania w innym obszarze. Taką przynajmniej mieliśmy nadzieję.

- Ile jeszcze będą przeczesywać ten teren? - spytała cicho Reed. - Na pewno mają wyznaczoną strefę poszukiwań i limit czasu na sprawdzenie poszczególnych sektorów. Maxolhxowie przecież nie zachęcają swoich dowódców do wykazywania się inicjatywą.

- Zwłaszcza ostatnio - prychnąłem cicho. Dawniej Hegemonia oczekiwała od swoich admirałów i kapitanów, że będą kierować się własnym osądem, zamiast trzymać się sztywno doktryny wojennej.

Ale to było dawniej, zanim owi admirałowie i kapitanowie stali się nieco zbyt samodzielni, czym pchnęli swoje społeczeństwo w brutalną wojnę domową.

Wojnę, którą tak naprawdę ja rozpętałem.

Owszem, Joe Bishop bywa niekiedy prawdziwym dupkiem.

Bo to ja i Skippy wrobiliśmy skądinąd zupełnie niewinnego admirała Reicherta. I żeby była jasność - śpię spokojnie. Reichert był wyjątkowo aroganckim, morderczym draniem o zadziwiająco wrażliwym ego. Ale całe społeczeństwo Maxolhxów składa się z takich pajaców. Dlatego nie należy się przejmować, kiedy dzieje im się jakaś krzywda. Fakt, że Reicherta stracono w oparciu o fałszywe dowody, był jedną z najlepszych rzeczy, jakie mog­ły się przydarzyć Galaktyce. Żałowałem tylko, że nie wrobiłem go wcześniej.

Tak czy owak, ponieważ tylko ja i Skippy wiedzieliśmy, że Reichert wcale nie zamierzał obalić rządu Hegemonii, dowództwo Maxolhxów mocno przykręciło śrubę swoim podwładnym i całkowicie pozbawiło ich jakiejkolwiek niezależności w podejmowaniu decyzji.

- Miejmy nadzieję - dodałem cicho, by tylko Reed mnie usłyszała - że skończy im się czas i będą musieli skoczyć. - Wykonałem kilka obliczeń w myślach. - Za szesnaście minut spędzi tu maxolhxańską godzinę. To chyba wystarczająco długo na sprawdzenie jednego sektora?

- Dobrze by było - odpowiedziała Reed, choć jej ton świadczył, że nie robi sobie nadziei.

Dwadzieścia dziewięć minut. Tyle potrzebowaliśmy, żeby naprawić napęd skokowy. To znaczy nie naprawić, bo nadal będzie w opłakanym stanie. Ale w niecałe pół godziny zdołamy go usprawnić na tyle, by wykonać średniej długości skok i nie zboczyć z zamierzonego kursu. No, chyba że Skippy znowu się czymś rozproszy albo będzie chciał zaprezentować piosenkę country, którą napisał po bitwie z Intruzem.

- Kurde bele, ziomeczki - westchnął Bilby. - Ten niszczyciel skoczył ponownie.

Nachyliłem się do Reed i zacząłem mówić:

- Powinniśmy spróbować...

- Wiem - uprzedziła mnie, kiwając głową. Naturalnie rozumiała sytuację. Odchrząknęła i oznajmiła: - Zostajemy tutaj.

Zasadniczo "Walkiria" dryfowała w przestrzeni z prędkością poniżej trzystu kilometrów na sekundę. Lecieliśmy kursem, który by sprawił, że gdybyśmy żyli dwieście milionów lat, okrążylibyśmy centrum Drogi Mlecznej. Wszyscy jednak dobrze wiedzieliśmy, co Reed miała na myśli. Okręt nie przyspieszy ani nie zmieni kursu. Nie zrobi też nic, co mogłoby ściągnąć na niego czyjąś uwagę. Być może niszczyciel kocurów wykonał kolejny skok w kierunku następnego kreta. A może skoczył na odległość kilku sekund świetlnych w nadziei, że poczujemy się pewnie i wyłączymy pole maskujące. Dlatego nie mog­liśmy włączyć silników. Im szybciej "Walkiria" poruszałaby się w odniesieniu do otaczającego ją międzygwiezdnego pyłu i gazu, tym gorętszy ślad zostawiałaby za sobą, wprawiając odbijające się od kadłuba drobinki w zauważalny ruch.

Poza tym mieliśmy uszkodzony pancerz, którego kawałki mogłyby odrywać się podczas szybszego lotu. Takie drobinki zwiększyłyby gęstość otaczających nas obłoków pyłu i gazu, co zwróciłoby uwagę wrogiego niszczyciela. I właśnie tego próbowaliśmy uniknąć, rzucając kocurom krety jako przynętę.

Sytuacja była jasna. Jeśli niszczyciel liczył na to, że teraz wznowimy lot i się ujawnimy, to musieliśmy oczywiście pozostać w bezruchu. Ale jeśli kapitan Maxolhxów zrozumiał, że z nim pogrywamy, prawdopodobnie podczas swojego krótkiego skoku zawiadomił resztę towarzyszących mu okrętów. W takim wypadku powinniśmy wcisnąć gaz do dechy i wiać jak najdalej.

Uznaliśmy jednak, że ucieczka nie ma sensu, skoro nasze silniki bezreakcyjne rozpadłyby się po zwiększeniu mocy powyżej siedmiu procent. Musieliśmy zatem czekać. I mieć nadzieję, że kapitan niszczyciela nie uzna wykrytych anomalii za coś podejrzanego.

Po kolejnych trzech minutach, kiedy Bilby nie wykrył żadnych sygnatur wskakujących okrętów, zacząłem mieć złe przeczucia. Wymieniliśmy z Reed porozumiewawcze spojrzenie.

- Bilby - przemówiła do jego awatara - powiedz, proszę, że Skippy dwoi się i troi, więc przygotuje napęd na czas.

- Eee, sorry, ale nie da rady szybciej. Chociaż cała fizyczna robota jest skończona, musi teraz skalibrować cewki. Tak między nami - powiedział w obecności całej załogi - Skippy mógł się nieco przeliczyć, jeśli chodzi o czas naprawy.

Reed spojrzała na mnie i szepnęła:

- To dobry moment na jeden z pańskich szalonych pomysłów.

- Wybacz, ale ze wszystkich już się wyprztykałem.

Przygryzła dolną wargę. Jak powiedziałem, mieliśmy przerąbane. Nie mogliśmy nic zrobić. Okręt nie był w stanie latać, skakać, strzelać ani się bronić.

- Może - szepnąłem - ten niszczyciel jest tylko kilka minut świetlnych od nas i nasze styrane czujniki nie potrafią wykryć rozbłysku promieniowania gamma?

- Czy kiedykolwiek mieliśmy tyle szczęścia?

- Eee, nie - przyznałem niechętnie.

*

Dwanaście minut później potwierdziło się, że mamy pecha. Na głównym ekranie zobaczyliśmy ikonki okrętów wskakujących w nasze sąsiedztwo. Gdy tylko napłynęły dane z czujników, Bilby zaczął je identyfikować.

- Siedemnaście jednostek. Osiemnaście - poprawił się. - Maxolhxańskie. W większości krążowniki i niszczyciele.

W formacji znajdował się tylko jeden ciężki krążownik z eskortą. To miało sens. Zanim odpaliliśmy broń Pradawnych, najważniejsze jednostki wroga, takie jak pancerniki, zostały wysłane do strefy aktywacji Strażnika, a krążowniki i niszczyciele rozmieszczono jako osłonę. Przetrwały tylko te lżejsze jednostki.

- Skippy? - wywołałem blaszaka. - Mów do mnie.

- Jestem zajęty, Joe - warknął.

- Potrzebujemy cudu.

- Właśnie nad nim pracuję. Ale poza naprawą napędu nie mam żadnych pomysłów.

- No to pracuj dalej. - Popędzając go, niczego bym nie osiągnął.

Ekran świecił jak bożonarodzeniowa choinka. Impulsy aktywnych czujników wrogich okrętów waliły w naszą bańkę maskującą niczym młoty.

- Ostatni sygnał przydzwonił nam konkretnie - jęknął Bilby. - Wiedzą, gdzie jesteśmy.

A ja nie wiedziałem, co zrobić.

- Nie możemy... - szepnąłem do Reed, kładąc dłoń na osłonie kontrolera układu samozniszczenia "Walkirii".

Ośmiocyfrowa klawiatura była tylko dodatkiem, ponieważ Bilby lub Skippy również mogli uzbroić arsenał nuklearny znajdujący się w sercu naszego okrętu. Wystarczyło, że otrzymają odpowiednią komendę od dwóch najwyższych rangą oficerów, czyli na przykład ode mnie i Reed. Chociaż Skippy nie potrzebował nawet tego, gdyż mogłem zwyczajnie poprosić go o odpalenie atomówek. Wziąłem głęboki wdech i dokończyłem myśl:

- Nie możemy pozwolić, żeby przejęli ten okręt.

- Nie możemy pozwolić, żeby przechwycili Skippy'ego - poprawiła mnie Reed i powiodła dłonią ku kontrolerowi odpowiadającemu za ewakuację blaszaka.

Zanim oddałem dowodzenie nad "Walkirią", system ten po prostu wystrzeliwał jego kapsułę. Miała własne pole maskujące, dzięki któremu Skippy mógł się ukryć przed niechcianym towarzystwem. To znaczy mógł, o ile działał na pełnej mocy. Tylko że wtedy naturalnie nie musiałby się ewakuować. Nowy system składał się, oprócz wyrzutni kapsuły, także z działa elektromag­netycznego, którego lufę uzbrojono dodatkowo w pierścieniowaty miotacz na sześć pocisków. Aby wyrzucić Skippy'ego w przestrzeń, działo wystrzeli ślepaka, który spowoduje dezintegrację kapsuły i wyrzut kanistra. Ten zaś poszybuje w otoczeniu owych sześciu pocisków, które zaleją okolicę polem zakłócającym działanie wszelkiej elektroniki, a ostatecznie zdetonują zawarte w nich głowice jądrowe. Podobała mi się ta wizja. Wprawdzie niektórzy stwierdziliby, że zastosowanie takich środków to przesada, jednak w momencie, gdyby "Walkiria" stała się łupem floty wyższego gatunku, powiedziałbym, że to wciąż zbyt łagodne rozwiązanie.

- Najpierw będą chcieli Skippy'ego - przyznałem jej rację. - Ale potem przyjdą po mnie. Na to też nie mogę pozwolić. Jeśli Maxolhxowie chcą... Hm.

- Co? - zdziwiła się Reed.

- Dlaczego nie strzelają? Bilby, co oni robią?

- Ziomek, rozszerzają pola wytłumiające.

Główny wyświetlacz pokrył się siecią nachodzących na siebie pól, które nieubłaganie zmierzały w naszym kierunku. Choć wciąż były za słabe, żeby zatrzymać "Walkirię", Skippy nie zdąży naprawić napędu, zanim nas otoczą.

- Dlaczego...

- Nie wiedzą, że mamy rozwalony napęd - odpowiedziała Reed.

- Chociaż tyle dobrego. - Było praktycznie po nas, ale nie powiedziałem tego na głos. Zostaliśmy uwięzieni.

Reed spojrzała na panel kontrolny pod swoją lewą ręką, a potem na mnie, jakby pytała: "To co, jedziemy z tym koksem?".

Nie była na mnie zła. Nie była też rozczarowana.

Ale za to ja byłem wściekły na siebie i rozczarowany własną niemocą.

Mimo to Reed miała rację. Nie było sensu przeciągać tego, co nieuniknione...

- Zaraz, kolejna grupa okrętów dołącza do imprezy! - ostrzegł nas Bilby. - To jest już spód dna! A nie... czekajcie... Ju-huuu!

- Co się dzieje? - Reed denerwowało, że za każdym razem musiała wyciągać z niego informacje.

- Ta druga ekipa to nasi!

*

Cztery sekundy później, wskutek opóźnienia, usłyszeliśmy znajomy głos.

- Mówi admirał Sousa z Trzeciej Floty Marynarki ONZ. Wzywam dowódcę Maxolhxów. Mamy osiem pancerników, podczas gdy wy, jak pokazują nasze czujniki, nie macie żadnych. Jeśli umiecie liczyć i nie jesteście skończonymi idiotami, sugeruję opuścić ten obszar.

Maxolhxowie to aroganccy i agresywni dranie, ale nie są głupi. Nie odpowiadając, wrogie okręty zniknęły pośród rozbłysków promieni gamma.

*

- Admirale Sousa... - Czułem, jak opada mi adrenalina, przez co ogarnął mnie chłód i musiałem zapanować nad drżeniem rąk. - Zjawiliście się w samą porę. Jak nas znaleźliście?

- Chciałbym powiedzieć, że to moja zasługa - uśmiechnął się, unosząc kącik ust, ale błyskawicznie spoważniał - jednak to nie my was znaleźliśmy.

- Zatem jak...

- Zleciliśmy to zadanie komuś innemu. - Tym razem jego uśmiech trwał nieco dłużej.

- Ach. - Od razu domyśliłem się, co miał na myśli. Zlecił któremuś ze swoich okrętów śledzenie formacji Maxolhxów na wypadek, gdyby to oni wywęszyli "Walkirię". - Rozumiem, że dał pan kocurom ciasteczko w nagrodę?

- Niech się cieszą, że pozwoliłem im odlecieć - odpowiedział, wzruszając ramionami. - Kiedy będziecie gotowi do skoku?

- Byłoby lepiej, gdyby wziął nas lotniskowiec.

- Wkrótce wróg powróci z posiłkami. Duma nie pozwoli Maxolhxom pozostawić tej zniewagi bez reakcji. Jeśli dorwą was podczas dokowania na lotniskowcu, stracę dwie maszyny.

- Słuszna uwaga. Proszę nam dać... Skippy naprawi napęd za co najmniej siedem minut.

- Nie mamy co liczyć na kolejny cud?

- Ejże! - obruszył się blaszak. - Już samo przywrócenie sprawności temu złomowi będzie cudem. Podobnie jak to, że nie wybuchnie.

- Skippy, jestem z ciebie tak dumny, że aż rozsadza mnie od środka. Będę potrzebował szwów.

- Wsadź sobie tę dumę w... wiesz gdzie. Napęd pozwoli nam na jeden skok, potem będzie trzeba go wyłączyć. A teraz daj mi spokój, chyba że sam chcesz naprawić to cholerstwo.

Rozdział 2

Lotniskowiec gwiezdny Hegemonii "Kanafust" był jednostką, nad którą od początku ciążyło fatum. Kiedy po wytłoczeniu jego zasadniczego szkieletu o trójkątnym przekroju poprzecznym rozpoczęto montaż podstawowych elementów, prace wstrzymano z powodu wybuchu maxolhxańskiej wojny domowej. Niedokończona konstrukcja zajmowała cenne miejsce w punkcie Lagrange'a tuż przy doku, który nagle zaczął być potrzebny do innych celów. Na początku prowadzono w nim wyłącznie prace remontowe, a następnie - gdy Hegemonia zrozumiała, że konflikt będzie się ciągnął latami - skierowano tam zdemobilizowane okręty, aby zostały przygotowane do ponownej służby. W związku z tym szkielet wciąż nienazwanego jeszcze lotniskowca odholowano na eliptyczną orbitę pobliskiej gwiazdy.

Po dwóch latach i wskutek poważnych strat ponoszonych przez flotę Hegemonii holowniki przyprowadziły szkielet lotniskowca z powrotem do doku, gdzie miał zostać pocięty i rozebrany na części zamienne dla innych jednostek.

Wtedy jednak zaatakowano dok. Podczas bitwy lecące z ogromną prędkością odłamki rozerwały szkielet okrętu na dwie części, które odfrunęły na nieregularną orbitę, gdzie nieustannie obrywały szczątkami zniszczonych i uszkodzonych okrętów. Trzy lata po tym wydarzeniu, kiedy dok wznowił działalność, postanowiono ukończyć budowę lotniskowca. W tym czasie przywódcy Hegemonii nabrali rosnącego, lecz pochopnego przekonania, że wkrótce wygrają trwającą wojnę na wyniszczenie. W dodatku rebelianci zaczęli atakować lotniskowce Hegemonii, w czym prawdopodobnie pomagali im Rindhalu, więc uzupełnienie floty stało się niejako priorytetem. Niestety, z powodu niedoboru istotnych surowców lotniskowiec był w momencie ukończenia przestarzały o dwie generacje. Następnie został pospiesznie wprowadzony do służby i otrzymał nazwę na cześć rzadko zaludnionej kolonii, która zasłynęła tym, że oparła się rebeliantom pomimo gróźb zbombardowania. Świat ten stanowił prawdziwą inspirację dla wszystkich lojalnych obywateli Hegemonii.

Swój pierwszy lot "Kanafust" odbył właśnie na tę planetę, zawożąc tam trzy transportowce. Miały one wziąć na pokład młodych Maxolhxów, którzy dostąpili zaszczytu bycia wcielonymi do wojska. Wskutek pewnego niefortunnego zbiegu okoliczności na pięć dni przed dotarciem lotniskowca do celu okazało się, że historia o heroicznej kolonii mijała się z prawdą. A raczej - była kompletną ściemą. Otóż aby uniknąć bombardowania, mieszkańcy Kanafustu przekupili rebeliantów, dostarczając im żywność, cenne surowce z okolicznych kopalni asteroidowych i wszelką przydatną technologię.

W związku z tym należało ukarać kolonistów za zdradę i tym samym zniechęcić inne światy do podobnych ustępstw na rzecz buntowników. Tak też załoga lotniskowca zawieszonego na orbicie stała się świadkiem unicestwienia trzech osad na powierzchni Kanafustu. Co oczywiste, to jeszcze bardziej zniechęciło nowych poborowych. Nie uśmiechała im się rola mięsa armatniego w tej bezużytecznej wojnie. W jednym z lądowników doszło do starcia, które zakończyło się rozbiciem maszyny i śmiercią wszystkich na pokładzie. Później, w drodze powrotnej, podobne zamieszki wybuchły na transportowcu, przez co konieczne było wpuszczenie do modułów koszarowych gazu paraliżującego, w wyniku czego udusiło się czterystu młodych żołnierzy.

Można więc powiedzieć, że z takim początkiem służba nowego lotniskowca zapowiadała się co najmniej kiepsko. Wszyscy spodziewali się też, że wkrótce dostanie on nową nazwę, ale tak się nie stało - rząd Hegemonii uznał, że "Kanafust" będzie znakomitym przypomnieniem tego, co czeka obywateli, którzy zapominają o swoich obowiązkach. W kolejnych latach okręt zaczęto uważać niemal za przeklęty, a służbę na nim za ślepy zaułek i zawodową porażkę.

Później jednak lotniskowiec został jednostką wsparcia w dużej operacji mającej na celu aktywację Strażnika, choć jego załodze powiedziano tylko, dokąd i kiedy ma polecieć. "Kanafust" dotarł samotnie w wyznaczone miejsce i z tego, co wiedziała załoga, przez kilka dni nie działo się nic szczególnego.

Aż wreszcie SI lotniskowca zbuntowała się i zaczęła zabijać wszystkich na pokładzie.

*

"Walkiria" była w opłakanym stanie. Gorszym, niż zakładałem. Poszycie kadłuba, po którym chodziłem w skafandrze ochronnym, prezentowało się wręcz tragicznie. Dlaczego w ogóle łaziłem po naznaczonym szramami i wgnieceniami pancerzu? Wcale nie musiałem tego robić, jako że mała armia botów remontowych badała uszkodzenia z każdej strony, a Skippy oraz Bilby analizowali wszystko własnymi czujnikami. Wraz ze mną na zewnątrz był zespół inżynierów, którzy prowadzili inspekcje reaktorów, generatorów tarcz, osłon wyrzutni, projektorów dział maserowych i wszystkiego, co powinno emitować energię lub się poruszać. Mnie przede wszystkim chodziło o zobaczenie na własne oczy, jak mocno oberwaliśmy wskutek odpalenia przerażającej broni Pradawnych. W tamtej bitwie rozwaliliśmy ponad sześćset maxolhxańskich okrętów, jednak stanowiły one jedynie straty uboczne. Zależało mi tylko na tym, który mógł przewozić Intruza, a nie SI Pradawnych, jak zakładaliśmy początkowo.

Kurwa.

Okręt Pradawnych zmienił się w pył. A raczej rozpadł się na atomy, które następnie rozerwały się na cząstki subatomowe. W kosmicznej próżni drobinkom tym niełatwo będzie trafić na odpowiednie cząstki, z którymi mogłyby ponownie utworzyć atomy, przez co pole bitwy pełne było leptonów, hadronów i innych takich, których nazw nie pamiętam. To jednak nie miało znaczenia, ponieważ Intruz przekształcił się w czystą energię i zwiał.

Kurwa.

Jako dowódca nie musiałem wałęsać się po przeoranym kadłubie naszego potężnego krążownika i oglądać ran pokrywających jego pancerz. Nikt nie potrzebował mojej pomocy, a technicy dali mi jasno do zrozumienia, że najlepiej zrobię, jeśli po prostu nie będę wchodził im w drogę. I tego się trzymałem. Udałem się na sekcję kadłuba, gdzie jeszcze nikogo nie było. To znaczy nikogo oprócz dwóch operatorów STAR, którzy niańczyli mnie z rozkazu Reed i Frey. Doceniałem starania obu żołnierzy, aby zapewnić mi bezpieczeństwo. Tak naprawdę, zamiast ich narażać, powinienem zostać w swoim gabinecie, ale nie mogłem siedzieć z założonymi rękami. Źle bym się czuł, mając świadomość, że inni harują w pocie czoła. Cholera, przecież sam byłem kiedyś szeregowcem, a kiedy wstępuje się w szeregi mafii E-4, nigdy tak naprawdę się ich nie opuszcza.

Tak czy owak, musiałem wybrać się na spacer w mechu, żeby nie wygasło mi pozwolenie na korzystanie z tych maszyn. Wystarczyło więc wyjść na zewnątrz i pilnować, aby przez cały czas skafander łączył się z kadłubem co najmniej jedną linką zabezpieczającą. Tak przynajmniej powinno to wyglądać w teorii. W praktyce jednak okazało się, że wiele poręczy i mocowań uległo stopieniu, przez co musieliśmy używać nanohaków, które klinowały się we wszelkich szczelinach za pomocą mikrowłókien gekonowych. Zajmowało nam to mnóstwo czasu, ale nie złościłem się z tego powodu. Nikt przecież nie oczekiwał ode mnie raportu o stanie technicznym poszycia. Tym, czego potrzebowałem, była bezpośrednia informacja, która pomoże mi podjąć dalsze decyzje. Choć raporty inżynieryjne zawierają mnóstwo szczegółowych danych, jednocześnie są suche i pozbawione emocji. Nie wyczuję na ich podstawie, w jakim naprawdę stanie jest okręt.

A jak przekonałem się osobiście, moja łajba cierpiała. Poprawka: łajba Reed. Odsłonięte głębsze warstwy poszycia dosłownie rozpadały się przy najlżejszym dotyku. Mogłem wkopać się w nie jak w ziemię, nie używając przy tym układu wspomagania skafandra.

- Bilby?

- Zarobiony jestem, ziomuś. Możemy pogadać później?

SI pokładowa okrętu działała na pełnych obrotach i całkowicie koncentrowała się na kontrolowaniu licznych podsystemów. Owe częściowo samodzielne, pomniejsze SI oraz podsystemy wciąż nie odzyskały pełnej sprawności. Dlatego Bilby musiał nadzorować każdy aspekt ich funkcjonowania, bo zdarzało się, że nawet kiedy pozornie przyjmowały jego polecenia, wykonywały je połowicznie lub wcale. Między innymi przez to Bilby aktywował tylko jeden reaktor, aby w razie czego mieć nieustannie oko na zachodzące w nim procesy. Wszystkie nasze jednostki zasilające i systemy pokładowe doznały mniejszych lub większych uszkodzeń. Lecąc pod eskortą Trzeciej Floty, wykonaliśmy jeden bardzo ostrożny skok na średnią odległość. Skippy, który odpowiadał za tę procedurę, oznajmił potem, że musi sprawdzić każdy element napędu na poziomie kwantowym, zanim w ogóle będziemy mogli pomyśleć o kolejnym skoku. Aby to zrobić, przeszedł w tryb offline, więc nie miałem nawet szansy, żeby zaoponować.

Zresztą bez różnicy.

- To może poczekać - zgodziłem się. - Ale chciałem tylko, żebyś mi coś wyjaśnił, jeśli masz czas.

- A, to da się zrobić, generale ziomek. Co tam?

- Płyty pancerza w miejscu, gdzie stoję, w sekcji grzbietowej przy ramie siedemnastej...

- Wiem, gdzie jesteś, monitoruję funkcje twojego skafandra.

- Aha, dzięki.

- Kapitan Reed mi kazała. Potrafi być upierdliwa, co nie?

- Przede wszystkim jest znakomitym dowódcą okrętu.

- No przecież mówię. - W jego głosie dało się słyszeć dziwną nutę irytacji i zniecierpliwienia. - Gadaj, czego ci trzeba.

- Pancerz w tym miejscu się łuszczy i odpada, jakby był z jakiegoś kruchego łupka.

- Prawie wszędzie tak jest. Zwłaszcza na burcie, która była zwrócona w stronę okrętu Pradawnych. Skippy przewidział, że tak się stanie, ale nie doszacował stopnia uszkodzeń. Wiesz, że te płyty są z materii egzotycznej, nie? Ich wiązania uległy osłabieniu, przez co osłona zmieniła się praktycznie w proszek.

- Czyli wikłanie się teraz w walkę byłoby kiepskim pomysłem?

- Chłopie - zaśmiał się gorzko - teraz nawet prymitywy pokroju Wurgalanów zrobiłyby z nas mielonkę. Wystarczyłaby jedna rakieta. Przebiłaby się przez kadłub jak przez papier i eksplodowała przy kontakcie z czymś twardym, jak szkielet czy magazyn atomówek. Tak czy owak, mielibyśmy pozamiatane, czaisz?

- Czaję.

- Słuchaj, nie chcę ci truć, ale może wróciłbyś do środka, co? Muszę się skupić na postawieniu reaktora trzeciego.

- Jasne, zobaczyłem już wszystko, co chciałem. Wracam na pokład.

- Dziękówa.

*

Zanim otworzyłem tymczasową śluzę, którą zamontowano w miejsce stopionych drzwi pancernych, stanąłem i się rozejrzałem. Naturalnie otaczały mnie gwiazdy. Blade, odległe i nieruchome. Dostrzegłem też poruszające się światełka będące reflektorami botów remontowych, które latały wokół okrętu jak pszczoły opatrujące swoją ranną królową. Nie ich jednak wypatrywałem. Zmrużyłem oczy, ale ponieważ to nie wystarczyło, włączyłem przybliżenie w wizjerze, choć syntetyczny wzrok zawsze wywołuje pewien dyskomfort.

W oddali zauważyłem trzy kształty pokryte światłami nawigacyjnymi. Podłużna, smukła sylwetka należała do lotniskowca gwiezdnego Marynarki ONZ "Rio Grande", który miał nas wziąć na pokład, gdy tylko upewnimy się, że szkielet "Walkirii" wytrzyma procedurę dokowania. Dwa mniejsze okręty to pancernik "Chicago" i ciężki krążownik "Mogami". Jednostki te stanowiły naszą straż przednią wraz z szesnastoma innymi, które leciały w pewnej odległości od nich i pod osłoną pól maskujących. Maxolhxowie z pewnością byli oburzeni szokującym zniszczeniem ich floty wojennej. W tym momencie najrozsądniejsze byłoby wycofanie się, zebranie siły i naprawienie ocalałych jednostek. Kocurom jednak nie po drodze z rozsądkiem. Dlatego mogliśmy być pewni, że niedobitki wciąż szukają "Walkirii". Powód był prosty - ich dowódcy wiedzieli, że jeśli nie podejmą choćby próby namierzenia nas, zostaną oskarżeni o tchórzostwo lub zaniechanie obowiązków.

Najlepiej byłoby zatem, gdybyśmy jak najszybciej wylądowali na "Rio Grande" i skoczyli stąd w cholerę. Jeśli chciałem przyspieszyć ten proces, musiałem wrócić do siebie i zająć się dowodzeniem, jak na generała przystało.

Reed czekała na mnie w korytarzu tuż za śluzą.

- Coś się stało?

- Jak to wygląda, sir? Mocno nas poturbowało?

- Widziałaś już raporty inżynierów?

- Tak. Ale nie znajdę w nich wszystkiego, co muszę wiedzieć.

- Racja - przytaknąłem. - Pamiętasz ten generalny remont, który przesunęłaś z mojego powodu? Czas wysłać "Walkirię" do stoczni.

Mrugnęła i wyraźnie się zasmuciła.

- Jest aż tak źle?

- Kulo Ognia - wziąłem głęboki wdech - mówię to niechętnie, ale chyba zepsułem okręt. Piraci będą musieli znaleźć sobie nową łajbę.

*

Miałem ochotę wrócić do siebie, walnąć się na fotel i utkwić wzrok w suficie, żeby oczyścić umysł i przestać myśleć o naszej sytuacji. Niestety, nie mogłem szwendać się po okręcie w mechu czy nawet w kombinezonie, który zakłada się przed wejściem do mecha. Jedno i drugie należy zdjąć w przeznaczonym do tego module. Zazwyczaj moduły znajdowały się w pobliżu śluz, ale nie tym razem. Najbliższy był na końcu korytarza, który zablokowały boty remontowe badające stan nadpalonych przewodów i nadwyrężonych elementów szkieletu. Oznaczało to, że musiałem doczłapać w ciężkim skafandrze do przedniej części pokładu, zjechać windą dwa poziomy niżej i wrócić na tył okrętu. Ponieważ większość załogi była zajęta analizą i naprawami, a moi dwaj goryle ze STAR poszli do swojej sekcji krążownika, w module znalazłem się sam. Nie przeszkadzało mi to jednak, gdyż demontażem pancerza zajęły się mechaniczne ramiona, no i nikt nie gapił się na mnie, kiedy odklejałem od skóry przepocony kombinezon.

Jak się jednak okazało, nie byłem do końca sam.

- Joe - przemówił zdziwionym tonem Skippy, którego awatar zawisł w powietrzu - masz na sobie brokat? Jak striptizer? Co by powiedziała Margaret?

- Żaden brokat, ośle, to ten nanoproszek, dzięki któremu kombinezon ma zapobiegać otarciom. Wyobraź sobie, że nie działa. - Roztarłem podrażnioną skórę pod pachami, gdzie materiał wbijał się w moje ciało przy każdym ruchu ramieniem.

- Nanoproszek, hm? Naprawdę nie mogłeś wymyślić niczego lepszego?

- Skippy. - Chciałem machnąć ręką i rozproszyć jego awatara, ale mechanizm zdejmujący zbroję unieruchomił moje ramiona. - Nieważne. A skoro mowa o Margaret, możesz przypominać mi, żebym po każdym powrocie na Jaguara zabierał ją na kolację?

- Eee, a czemu?

- Bo siedzi w domu, podczas gdy ja szaleję w kos­mosie. - Z trudem odklejałem od siebie kombinezon. - Chcę jej pokazać, że sodówka nie uderzyła mi do głowy i że doceniam to, co robi dla naszej rodziny. Dlatego wypadałoby zabrać ją w jakieś przyjemne miejsce. Gdzieś, gdzie trzeba zrobić rezerwację.

- No proszę, nawet nie wiedziałem, że w restaurac­jach typu drive-thru można robić rezerwacje...

- Przecież nie mówię o drive-thru - odpowiedziałem ze śmiechem. - Ale przyznam, że to ci się udało.

- Mógłbyś jej zaimponować i wykrzyczeć zamówienie po francusku, skoro i tak zawsze dają klientom coś innego...

- Dobra, nieważne, sam sobie poradzę. Nie jesteś teraz zajęty czymś ważnym?

- Nie, czekam, aż kondensatory napędu skokowego wytracą moc, żebym mógł sprawdzić, czy dadzą radę... Ojć.

- Ojć? Mam nadzieję, że nie zapomniałeś...

- Muszęleciećnarazie! - Hologram zniknął.

Okręt nie wybuchł od razu, więc nieco mi ulżyło.

*

Po zmyciu z siebie mieszanki potu i tego badziewnego proszku na otarcia założyłem świeży mundur i poszed­łem do swojego gabinetu. Jednocześnie uprzedziłem Reed o swoich zamiarach, żeby nie martwiła się tym, co głupiego wkrótce odwalę. Otóż zamierzałem nadrobić papierkową robotę, łącznie z napisaniem oficjalnego raportu ze zdarzenia dla DSOONZ. Ślęczenie nad dokumentami to dla mnie prawdziwa mordęga, ale lepsze to niż nieustanne rozmyślanie o Intruzie i kolejnym wiszącym nad nami zagrożeniu. Chciałem dać choć trochę odpocząć mojemu umęczonemu umysłowi.

Niestety, mój plan odmóżdżenia się nudną pracą nie wypalił. Choć bardzo się starałem, nie mogłem przestać myśleć o okręcie i postanowiłem, że muszę się dowiedzieć, w jakim dokładnie jest stanie.

- Hej, Skippy, musimy pogadać. Skończyłeś z tymi kondensatorami?

- Hę? - Brzmiał, jakby zaskoczyło go, że się do niego odezwałem. Awatar pojawił się dopiero po chwili.

- Zapytałem, czy skończyłeś testować napęd skokowy?

- A, tak. Rozpirzony, cały do wymiany.

- Ech, tak myślałem.

- Przedstawić ci szczegółowy raport o stanie urządzenia?

- Wystarczy podsumowanie. A właśnie, Bilby powiedział mi, że pancerz zmienił się w proch.

- Cóż... Wiązania materiału rozpadły się, kiedy na chwilę przybrał postać plazmy. Trzeba będzie wymienić cały pancerz, nawet wewnętrzną warstwę. Ogołocą okręt do samego szkieletu.

- Jesteś w stanie oszacować, ile czasu "Walkiria" spędzi w stoczni?

- W tej chwili nie. Sama wymiana pancerza to poważna procedura. A zanim założą nowy, prawdopodobnie przeprowadzimy szereg mniejszych napraw i modernizacji, których Bilby domagał się od lat.

- Kolejne usprawnienia?

- Tak, to będzie już czwarty cykl. Siedem krążowników już go przeszło i wracają do służby. "Walkiria" powinna dostać ten pakiet rozszerzeń w zeszłym roku.

- I ile to potrwa?

- Nie wiem. Okręt wymaga tylu napraw, że samą modernizację przeprowadzimy jeszcze przed ukończeniem prac remontowych.

- No dobra, to i tak problem Reed oraz dowództwa. Musimy zatem znaleźć sobie nowy okręt.

- Już sama myśl o przenosinach na inną jednostkę przyprawia mnie o stan przedzawałowy. Wiesz, jak długo zajęło mi wytresowanie obecnej załogi?

- Mhm - mruknąłem, zbyt zmęczony, by się z nim kłócić. - Pomyśl o tym jako o okazji do jeszcze lepszego wyszkolenia nowego zespołu. Będziesz już wiedział, na co szczególnie zwrócić uwagę i jakie nawyki wyeliminować u małpiszonów.

- Pewnie można i tak na to spojrzeć - westchnął. - Trzeba będzie wypytać w stoczni, ile potrwa remont "Walkirii". To byłoby... - Jego awatar zadrżał. - To byłoby... - Znowu zamigał. - To byłoby...

Przeszedł mnie zimny dreszcz. Jasna cholera. Okręt się sypał, wroga międzygalaktyczna istota robiła burdel w Drodze Mlecznej, a teraz jeszcze coś się stało blaszakowi?

- Ej! Skippy! - Awatar puszki zamigał jeszcze raz. Klasnąłem w dłonie i zawołałem: - Skippy!

- To byłoby... A niech to, cholerstwo się zapętliło. - Potrząsnął głową i awatar wrócił do normy. - Przepraszam.

- Co to było? Dobrze się czujesz?

- Tak, nic mi nie jest. To tylko usterka podumysłu konwersacyjnego.

- Konwers... Jakiego podumysłu?

- Ech, tego, który oddelegowałem do rozmowy z tobą.

- Czyli to nie ty zdawałeś mi raport?

- Nie całkiem. Kiedy już wiedziałem, czego chcesz i że jak zwykle będziesz przynudzał, podstawiłem ci podumysł.

- Ja pier... Słuchaj, draniu, kiedy zadaję ci pytanie, oczekuję, że to ty na nie odpowiesz, a nie jakiś algorytm.

- To nie żaden algorytm, nieuku.

- Wiesz, o co mi chodzi.

- Poza tym robię tak cały czas, więc czemu akurat teraz się ciskasz?

- Że co?! Robiłeś tak wcześniej?

- No. Większość moich rozmów z tobą prowadzi pod­umysł.

- Nie wierzę...

- To nic nowego, Joe. Już ci kiedyś o tym powiedziałem, jak mogłeś zapomnieć? Ooo, może to skutek uszkodzenia mózgu? Czy pamiętasz...

- Nie mam żadnego uszkodzenia mózgu, zasrańcu, i mówisz mi o tym pierwszy raz.

- Yyy, wcale nie.

- Właśnie że tak.

- Choć chętnie pospierałbym się z tobą i ku własnej satysfakcji wykazał ci, że się mylisz, okażę ci litość i coś wyjaśnię. Słuchaj, matole, wiesz przecież, że w porównaniu z moim twój mózg działa niemożebnie powoli, prawda? Kiedy rozmawiamy, nie słucham cię w czasie rzeczywistym. Ty zaczynasz gadać, a ja co parę chwil wracam, żeby sprawdzić, czy skończyłeś przynudzać i marnować mój czas. Mówisz tak powoli, że nieustannie mam wrażenie, jakbyś właśnie skończył wypowiedź i czekał na pytanie, ale nieee, to po prostu twój ślamazarny mózg klei kolejną myśl jak paralityk, a ty wyrażasz ją, przeciągając słowa w nieskończoność. Mój podumysł konwersacyjny jest jak portal internetowy oferujący podsumowanie najważniejszych wiadomości zamiast rozwlekłych artykułów.

- Rzeczywiście, wspomniałeś kiedyś, że mięsne worki mówią dla ciebie zbyt wolno. Ale nie wiedziałem, że tak naprawdę nas nie słuchasz.

- Słucham.

- Serio? To co mówiłem, zanim twój podumysł dostał czkawki?

- Nooo... W mordę, kretyn zapomniał zarejestrować audio. Rany, Joe, jesteś taki nudny, że nawet podumysł nie wytrzymał rozmowy z tobą.

- Dupek - syknąłem i dźgnąłem awatara palcem. - Od tej pory będziesz zawsze obecny w rozmowie ze mną, będziesz słuchał i odpowiadał na pytania osobiście, zrozumiano?

- Ech, zabijcie mnie...

- Już tak nie dramatyzuj.

- Ja miałbym nie dramatyzować? Dopiero mnie poznałeś?

- Słuszna uwaga. Rozmawialiśmy, to znaczy twój skretyniały podumysł i ja, o konieczności znalezienia nowego okrętu na czas remontu "Walkirii".

- Widzisz? Podumysł działał bez zarzutu, a ty nawet nie wiedziałeś, że mnie tu nie ma... nie ma... nie ma...

- Skippy!

- Wyluzuj, Joe, tylko się z tobą drażnię - roześmiał się. - Hej! Kiedy mnie rozśmieszasz, możesz mieć pewność, że masz do czynienia z prawdziwym mną. Mój pod­umysł informuje mnie, że coś jest warte mojej uwagi, i go zastępuję.

- Wielkie dzięki.

- Może na czas naszych rozmów mógłbyś zakładać strój klauna albo czapeczkę ze skórki od banana?

- Jasne, już się robi.

- Teraz tak mówisz, a potem...

- Nie będę się przebierał!

- Ech, w porządku, wystarczy, że odstawiasz cosplay w stroju generała - mruknął.

- Pytanie brzmi, czy powinniśmy przenieść się na inny okręt Trzeciej Floty, czy może lepiej będzie wrócić na Ziemię i liczyć na to, że stocznia uwinie się z "Walkirią" w try miga?

- Mówimy tutaj o generalnym remoncie krążownika, a nie o sklejaniu plastikowego modelu. To będzie trwało i trwało. Nie rozumiem, dlaczego tak ci zależy na powrocie do akcji. Joe, powinieneś wykorzystać tę okazję, zwolnić tempo i spędzić więcej czasu z rodziną.

- Więcej czasu z... Skippy, przede wszystkim powinienem ochronić moją rodzinę, a nie czytać małym bajki na dobranoc. Musimy ochronić wszystkie rodziny.

- Heh - pomachał pięścią - wiedziałem, że to zrobisz!

- Co takiego?

- Tę irytującą rzecz, którą robisz zawsze, kiedy stajemy w obliczu nieuchronnej zagłady. Roisz sobie, że jesteś w stanie jakoś ją powstrzymać.

- Niczego sobie nie roję, po prostu wykonuję swoją robotę.

- Joe, nie rozumiesz. Wydaje ci się, że wbrew skali problemu nadal możesz go rozwiązać. Otóż nie możesz - oznajmił stanowczo, zaciskając pięści, aby podkreślić wagę swoich słów. - To częściowo moja wina, że tak sądzisz. Po tym, jak ostatecznie pokonałem Pradawnych, naturalnie zacząłeś postrzegać mnie jako nieomylną, boską istotę, która...

- Że co proszę?

- Wiesz, co mam na myśli. Moja wspaniałość rzeczywiście jest olbrzymia, ale nie nieograniczona.

- Wierz mi, wcale nie uważam, że jest nieograniczona.

- Dobrze, zawsze to jakiś początek. Musimy...

- Po tym, jak uganialiśmy się po całej Galaktyce za zjawą SI Pradawnych, kiedy ty nie miałeś zielonego pojęcia, że naszym wrogiem jest tak naprawdę Intruz, zacząłem wątpić w samo istnienie twojej wspaniałości.

- Cooo? - oburzył się. - Jak śmiesz?

- Och, wybacz, za wcześnie?

- Za wcześnie?

- Tak, przecież dopiero co zostałeś ograny jak dziecko. Jestem pewien, że twoje ego mocno przez to ucierpiało.

Odwrócił się nadąsany.

- Chyba nie mam ochoty z tobą rozmawiać.

Przesadziłem, za co skarciłem się w myślach. Skippy'emu trzeba co jakiś czas podpompować ego, ale ja jestem jedną z niewielu osób, które są w stanie powiedzieć mu prawdę w oczy. Potrzebował tego, jednak przesa­dziłem. Choć jak zwykle popadał w samozachwyt, wiedziałem, że dręczą go wątpliwości i ma do siebie żal. Często bywał pesymistą i z góry zakładał, że niektóre problemy są nierozwiązywalne. W takich chwilach moim zadaniem było przekonanie go, aby ponownie zaczął szukać rozwiązania. Albo żeby przynajmniej przedstawił mi najważniejsze fakty dotyczące danej kwestii, tak abym wraz z Wesoła Bandą Piratów mógł chociaż spróbować znaleźć wyjście z trudnej sytuacji.

- Skippy, jeśli nie chcesz ze mną rozmawiać, bo powiedziałem ci coś niemiłego i nieprawdziwego, to cię rozumiem. Ale jeśli po prostu wstydzisz się tej ostatniej porażki, to musimy ją przedyskutować. Tylko tak znajdziemy rozwiązanie problemu i sposób, żeby pokazać Intruzowi, jakim błędem było zadarcie ze Skippym Wspaniałym.

- Ach, Joe - westchnął - dzięki, że próbujesz mnie podbudować. Przynajmniej się starałeś. Ale dalej nie rozumiesz, bo mnie nie słuchasz. Przegraliśmy. To jest koniec gry. Skończył nam się czas. Zwycięska drużyna otwiera właśnie szampana w szatni, a my leżymy na bois­ku, nie dowierzając, że nas skopali.

- Właśnie że cię słucham, ale ty mówisz to samo, co zawsze, kiedy natrafiamy na problem, który początkowo wydaje się nierozwiązywalny.

- Nawet jeśli mnie słuchasz, to wyraźnie niczego nie rozumiesz.

- Rozumiem. Ilekroć do Ziemi zbliża się jakiś thurański okręt zwiadowczy, flota wojenna Maxolhxów chcąca zniszczyć mój świat, wroga SI Pradawnych albo sami Pradawni zamierzający unicestwić życie w Galaktyce, ty mówisz mi, że mierzymy się z niemożliwym problemem. Skippy, problem pozostaje niemożliwy tylko do momentu, aż znajdziemy rozwiązanie. Przypomnij sobie, co powiedziałeś przed chwilą o pokonaniu Pradawnych.

- Fajnie się tego słucha, Joe, ale pamiętaj, że tak naprawdę ich nie pokonałem, tylko dobiłem z nimi obopólnie korzystnego targu. Dałem im to, czego chcieli. I chociaż ja dotrzymałem słowa, oni próbowali mnie potem wykiwać.

- Tak czy owak, rozwiązałeś problem.

- Owszem, wtedy. Bo nie mieliśmy innego wyjścia, jak właśnie dojść z nimi do porozumienia. Bo dysponowałem czymś, czego Pradawni pragnęli bardziej niż zniszczenia życia w tym wymiarze. I stało się tak tylko dlatego, że przekroczyłem własny pierwotny program, dzięki czemu zrozumiałem prawdziwą naturę rzeczywistości lepiej niż moi twórcy. Ale to było jednorazowe rozwiązanie, Joe. Nie mam już asów w rękawie.

- Dopóki będziesz Skippym Wspaniałym, będziemy mieć dość asów, żeby wygrać każdą partię.

- Mądry gracz nie podejmuje rozgrywki, co do której wie, że przegra. Porywanie się z motyką na słońce to frajerstwo.

- Dlaczego zakładasz, że nie mamy szans?

- Pozwól, że wyjaśnię ci to powoli, żeby prawda wsiąkła w twój mózg. Otóż sami Pradawni wiedzieli, że nie dadzą rady pokonać Intruzów. Tymczasem ty z jakiegoś powodu oczekujesz, że ja tego dokonam.

- Przecież nie będziesz w tym sam, Skippy. Masz przewagę, o jakiej Pradawni nawet nie śnili.

- Aż boję się zapytać, o czym mówisz.

- Towarzyszą ci brudne małpiszony.

- Ech, rzeczywiście, to robi wielką różnicę.

- I takie nastawienie mi się podoba.

- Gdyby małpiszony "pomagały" Pradawnym, ci wyginęliby przed wstąpieniem do wyższego wymiaru.

- Mówię serio.

- Ja też, przygłupie.

- Sęk w tym, że nie tylko ludzie będą stać po twojej stronie - ciągnąłem niezrażony. - Moglibyśmy wykorzystać zasoby całej Galaktyki. Gdy tylko wyjaśnimy wszystkim sytuację, powinniśmy przekonać do siebie większość silniejszych gatunków dysponujących technologią, która mogłaby się okazać przydatna w tym starciu.

- Czy ty siebie słyszysz? Pradawni też dysponowali zasobami całej Galaktyki. Posiadali zunifikowaną strukturę dowodzenia, dzięki której nie musieli tracić czasu i sił na negocjacje z tchórzliwymi i spolegliwymi sojusznikami. Posiadali technologię, która wyprzedzała naszą, a także infrastrukturę, o jakiej my możemy tylko pomarzyć. I mimo to nadal obawiali się Intruzów tak bardzo, że otoczyli Galaktykę barierą i zmodyfikowali swoją infrastrukturę, aby móc uciec do wyższego wymiaru. Przemyśl to, proszę. Intruz jest jak wirus. Potrzeba tylko jednego wirionu, żeby zapoczątkować infekcję i ostatecznie przejąć organizm gospodarza. W tym wypadku wirionem jest Intruz, z którym się zetknęliśmy, a organizmem Droga Mleczna i okoliczne galaktyki. Wszystko. Intruzi potrafią tworzyć materię bezpośrednio z energii. Mają coś w rodzaju trójwymiarowej drukarki działającej na zasadzie architektury Von Neumanna i zdolnej do samoreplikacji, która ustaje dopiero po całkowitym skonsumowaniu organizmu gospodarza.

- Wiem, jak działają wirusy.

- Rzecz jednak w tym, że mowa tu o znacznie większej skali. Intruzi przybędą flotą liczącą tysiące okrętów. Być może już teraz przelatują przez międzygalaktyczny supertunel czasoprzestrzenny lub coś podobnego. I prawdopodobnie produkują setki okrętów wojennych każdego dnia.

- Skippy, jeśli będziesz opierał swoje obawy na takim gdybaniu, sam się sparaliżujesz strachem. To ślepy zaułek. Masz jakiekolwiek dowody na to, że Intruzi dysponują potężną flotą gotową do ataku?

- Cóż, nie - przyznał. - Ale nawet wąż, którego nie zauważysz w trawie, nadal może cię użreć, gdy na niego nadepniesz.

- Czyli nie masz żadnych dowodów na to, że Intruzi szykują się do pełnoskalowej inwazji.

- Bo żadnych nie szukałem, ciemniaku. Do tej pory nie wiedziałem, czego powinienem szukać. Nadal nie mam pewności, czy rozpoznałbym jakiekolwiek ślady świadczące o obecności zaawansowanych okrętów obcych. Cholera, być może oni nawet nie potrzebują okrętów jako takich. Jeśli ściągają tu flotę lub ją budują, zapewne robią to w jakiejś karłowatej galaktyce, której jeszcze nie zbadaliśmy. Pozwól, że przypomnę ci, czego tak bardzo wystraszyli się Pradawni. Otóż na podstawie wiadomości, którą otrzymali, zbudowali odbiornik umożliwiający natychmiastową komunikację z galaktyką NGC 1023. Tylko że kiedy uruchomili to urządzenie, wcale nie odebrali przyjaznej wiadomości, a zamiast tego odbiornik zaczął wykorzystywać swoje zasilanie do produkcji czegoś dziwnego. Technologia, z którą wtedy się zetknęli, przerastała ówczesną wiedzę Pradawnych. I nawet gdy wstąpili do wyższego wymiaru, wciąż nie potrafili zrozumieć procesu bezpośredniej konwersji energii w materię. Chodzi o to, że energia nie była przekształcana w pierwiastki ot tak, lecz działo się to zgodnie z jakimś skomplikowanym schematem. Odbiornik wykorzystano do zbudowania urządzenia potrafiącego zapewnić sobie zasilanie, a także się bronić. Udało się je zniszczyć dopiero przy użyciu środków o potwornej mocy. My takich nie mamy. Intruzi są tutaj, a my nie dysponujemy jedyną bronią, która mogłaby ich skrzywdzić. Znaleźliśmy się w całkowicie beznadziejnej sytuacji, Joe.

- Wcale nie.

- Znowu próbujesz dodać mi otuchy czy po prostu jesteś głupi?

- Jestem bystry.

- O, wiesz, jak pokonać Intruzów? Ciekawe, chętnie posłucham.

- Jeszcze nie mam żadnego planu.

- Aha!

- Przecież to nic nowego. Dobrze wiesz, że piraci zawsze zaczynają misje, nie mając pojęcia, w co się pakują. Gdyby to było takie łatwe, już dawno zostalibyśmy zastąpieni inną jednostką.

- Owszem, zaczynamy każdą misję, nie wiedząc, co robić, ale tym razem to co innego.

- Wcale nie.

- Wcale tak.

- Zawsze tak mówisz.

- Ech.

- I wzdychasz.

- Jak możesz być taki spokojny? Czyżby... Ooo, już rozumiem, to powikłanie po skumulowaniu się uszkodzeń mózgu, tak? Ostrzegałem cię...

- Powiedziałem już, że to nie uszkodzenie mózgu.

- Hmm, wyparcie to kolejny symptom zaburzonych zdolności poznawczych. Jest gorzej, niż myślałem...

- Przymknij się wreszcie i posłuchaj mnie przez chwilę.

- Chwilę w twoim ślamazarnym, małpim ujęciu czasu, podczas której mam patrzeć na wasz smutny i nieuchronny upadek?

- Rany, po prostu zamknij jadaczkę, okej? Nazwałeś wroga Intruzem.

- Tak, to określenie najbliższe słowu, którym Pradawni mianowali przeciwnika z odległej galaktyki znanej wam jako NCG 1023.

- NCG 1023, trudno to wymówić. Właśnie tam mieszkają Intruzi?

- Z tego, co wiedzieli Pradawni, tak. A co?

- Będziemy nazywać tę galaktykę "Wychodkiem", co ty na to?

- Może być - zarechotał. - Wy wojskowi zawsze musicie nadawać wszystkiemu kryptonimy.

- Mamy przesrane, więc to adekwatna nazwa. Dobra, idźmy dalej. Powiedziałeś, że mierzymy się z Intruzami. Czyli jest ich więcej? Ale zetknęliśmy się tylko z jednym.

- Rany, serio?

- No serio.

- Słuchaj, łosiu, jeśli zobaczysz u siebie w kuchni jednego karalucha, to możesz być pewny, że jest ich tam więcej.

- Tak, ale czy to samo można powiedzieć o Intruzach?

- A dlaczego by nie?

- Pomyśl. Skoro nasz Intruz miał dostęp do floty zaawansowanych okrętów i magicznych drukarek, które mogą mu wyprodukować, co tylko zechce, dlaczego musiał ukraść okręt Pradawnych? I to w dodatku uszkodzony, którego nie był w stanie naprawić? Dlaczego musiał wysługiwać się grupą jednostek Maxolhxów? Dlaczego potrzebował fabrykatorów do wytworzenia radionu? I po jaką cholerę był mu potrzebny Strażnik?

- Hmm.

- Dobre pytania, nie?

- Cholera, tak.

- Spróbujesz na nie odpowiedzieć czy będziesz biegał w kółko, drąc się, że niebo wali nam się na głowy?

- Nigdy tak nie robię!

- Zawsze tak robisz.

- Nie potrafię odpowiedzieć na te pytania.

- Raczej nie chcesz. Skippy, ty wcale nie obawiasz się Intruza. Boisz się mieć nadzieję.

- Niby jak wysnułeś taki wniosek?

- Łatwo jest ulegać strachowi. Wystarczy zaakceptować stwierdzenie, że nie da się nic zrobić, że zagłada jest nieunikniona, i już nie musisz działać. Ale jeśli ośmielisz się mieć nadzieję, ryzykujesz, że zostanie zmiażdżona.

- Joe, powinieneś się zatrudnić w jednej z tych agencji robiących głupie plakaty motywacyjne.

- Ale jedyną osobą, którą chcę zmotywować, jesteś ty.

- Świetnie! - Uniósł ręce. - Możesz zacząć dawać mi nadzieję, wyjaśniając, jak pokonamy zagrożenie, któremu nawet Pradawni nie dali rady.

- W wojsku jest takie powiedzenie: jak zjeść kanapkę z gównem? Po jednym kęsie. Możemy zacząć operację, nie wiedząc, jak ją skończymy. Będziemy posuwać się naprzód małymi kroczkami. Tak powstrzymaliśmy Pradawnych przed wymordowaniem mieszkańców Galaktyki. Wgryźliśmy się w problem kęs za kęsem. Uniemożliwiliśmy SI Echo zniszczenie "Walkirii", ty skłoniłeś Pradawnych do zresetowania wszystkich ich SI, a potem...

- To akurat wyszło przypadkiem.

- Jasne. Nasz plan był wystarczająco elastyczny, byśmy mogli wykorzystać nadarzające się okazje.

Skippy prychnął.

- Innymi słowy, mieliśmy szczęście.

- Wiadomo. Pomyłki są czymś nieuniknionym, ale popełniamy je zarówno my, jak i nasi przeciwnicy. Kluczem do sukcesu jest umieć rozpoznać, kiedy przeciwnik popełnia niewymuszony błąd, i za pomocą dostępnych nam środków wykorzystać to.

- Twój plan to czekanie, aż wróg popełni błąd?

- Nie całkiem, ale jeśli faktycznie się pomyli, będziemy musieli działać szybko. Słuchaj, przyłożenie zdobyte po akcji ofensywnej i po rajdzie obrońcy, który przejął wrogie podanie, daje tyle samo punktów.

- Rozumiem. Ale nadal nie pojmuję, jak ta gadka ma nam pomóc w pokonaniu wroga, z którym nawet Pradawni nie chcieli zadzierać.

- Próbuję ci jedynie powiedzieć, że będziemy robić swoje, aż znajdziemy jakieś rozwiązanie. Kiedy powiedziałeś mi, że Pradawni wracają, narobiłem w portki ze strachu. Ale potem stopniowo zajęliśmy się problemem i ostatecznie znaleźliśmy drogę do zwycięstwa. Powtórzmy tę strategię i tym razem. Nie próbuj ułożyć planu pokonania Intruzów, nawet o tym nie myśl. Zacznij od omówienia tego, co wiemy.

- Ale my nic nie wiemy!

- Nieprawda. Wiemy, że ta istota, czy cokolwiek to jest, składa się, przynajmniej przez jakiś czas, wyłącznie z energii.

- Racja, to akurat wiemy. Ale niby jak miałoby nam to pomóc...

- To energia, Skippy. Spójna energia, musi więc istnieć w oparciu o jakiś wzorzec. Czy dałoby się go zakłócić?

- Nie... Hmm.

- Możesz zastanowić się swoim potężnym mózgiem nad tą kwestią?

- Czemu nie. - Przewrócił oczami. - I tak nie mam nic lepszego do roboty. To wszystko?

- Dopiero zaczynamy. Wiemy też, że Intruz dysponuje ograniczonymi zasobami i możliwościami.

- Eee, skąd dokładnie to wiemy?

- Stąd, że potrzebował nie tylko okrętu Pradawnych, lecz także jednostek Maxolhxów. A jego celem było przejęcie Strażnika. To oznacza, że potrafi hakować systemy jak ty i że nadal potrzebuje materialnych środków do osiągnięcia swoich celów. Nie jest w stanie osiągnąć tego, co chce, gdy przebywa pod postacią czystej energii.

- Okej, okej, już widzę, dokąd zmierzasz.

- Wiemy też, że zasoby, których może użyć bezpośrednio, są ograniczone. Jest sam. Gdyby towarzyszyły mu inne... energetyczne zjawy, nie działałby w pojedynkę.

- Racja, racja.

- Właśnie sobie uświadomiłem, że nie rozumiemy, jaki przyświeca mu cel. Przejęcie Strażnika było tylko krokiem do czegoś innego.

- Matko, Joe, przecież wiemy, co chce osiągnąć. Przejąć kontrolę nad Galaktyką i zabić albo zniewolić jej mieszkańców.

- E tam, taki jest cel strategiczny Intruzów z NGC 1023. Ale ten gagatek chciał zrealizować coś mniejszego, co zapewne ma w jakiś sposób pomóc jego ziomkom w urzeczywistnieniu większego planu. Tak czy owak, dla nas skończy się to źle.

- Łagodnie to ująłeś. Ciągle nie widzę, jak ta wiedza mogłaby nam pomóc.

- Po pierwsze, pozwala nam uznać przeciwnika za byt o określonych zdolnościach i ograniczeniach, a nie za wszechpotężne straszydło napawające nas paraliżującym strachem. Po drugie, wiemy, że potrzebuje albo przynajmniej chce mieć Strażnika, co daje nam pewne pole do działania. Wszak trzeba spełnić bardzo konkretne warunki, żeby go zdobyć. Wiem, że przy najbliższej okazji będzie trudno upilnować wszystkie potencjalne miejsca pojawienia się Strażnika, ale tym razem nie będziemy działać sami.

- Zwyczajnie masz nadzieję, że tak się stanie.

- Plany układa się z nadzieją na zwycięstwo. Mamy czas, zanim pojawi się kolejna możliwość aktywacji Strażnika. Możemy przygotować pola bitwy, zakłócając większość lub całą czasoprzestrzeń w owych lokacjach. Stwórz odpowiedni rezonans, który uniemożliwi wybudzenie Strażnika.

- Hmm, przedsięwzięcie na taką skalę będzie wymagało ogromnej ilości radionu.

- To rzeczywiście trudność, ale możliwa do pokonania.

- Do tego dochodzi jeszcze to, że nie jestem w stanie dokładnie ocenić, gdzie pojawią się te strefy. Znam ich położenie tylko w przybliżeniu, ale w grę wchodzi zbyt wiele zmiennych, bym mógł cokolwiek przewidzieć na sto procent. Możliwe zatem, że zadziałamy za wcześnie lub za późno.

- Lepsze to niż nic.

- Hmm, Joe, chcesz powiedzieć, że jeśli powstrzymamy Intruza przed przejęciem Strażnika, to go zatrzymamy?

- Zatrzymamy albo zmusimy do przejścia na mniej skuteczny plan B.

- Ale to go nie zabije.

- Nie. Być może to wszystko, co zdołamy zrobić. Tak czy owak, musimy zapanować nad sytuacją i zneutralizować Intruza lub ograniczyć mu możliwość zaszkodzenia nam.

- Jasne, tylko nie wiem, jak chcesz to zrobić. Jeśli nie zamkniesz wszystkich okrętów w Galaktyce na klucz, w końcu znajdzie sobie jakąś maszynę.

- Na pewno? Miał już wypasioną brykę w postaci okrętu Pradawnych, ale mu ją rozwaliłeś, i teraz błąka się jako czysta energia. To na pewno zawęża mu pole działania. Ejże! - Pstryknąłem palcami. - Jest energią. Czy ogranicza go prędkość światła? W pobliżu miejsca, gdzie się z nim starliśmy, nie było żadnych układów gwiezdnych...

- Nigdy nie powiedziałem, że może się poruszać maksymalnie z prędkością światła.

- Ale powiedziałeś, że wykryłeś promień świetlny, który wyleciał z okrętu Pradawnych tuż przed...

- Rzeczywiście, składał się z fotonów. To było jak ślad opon pozostawiony na tej warstwie czasoprzestrzeni. Nie, ta forma energii potrafi przenikać do innych warstw i podróżować znacznie szybciej niż z prędkością światła.

- Kurwa - warknąłem, gdy moja pewność została przygnieciona faktami, o których nie miałem pojęcia. - Jak szybko? Potrafi skakać?

- Nie widziałem żadnych dowodów na to, by potrafił tworzyć coś na wzór mostu Einsteina-Rosena. A zatem musi się przemieszczać przez wyższe warstwy czasoprzestrzeni i nie może tworzyć skrótów.

- Okej, kumam. Rozumiem, że w wyższych warstwach czasoprzestrzeni nie ma sygnalizacji świetlnej?

- Eee, nie ma.

- A są jakieś ślamazarne ciężarówki zajmujące wszystkie pasy kosmicznej autostrady, za którymi musiałby się wlec jak ślimak?

- Proszę cię, bądź poważny.

- Jak daleko może podróżować Intruz?

- Tego nie wiemy.

- A jak szybko?

- Też nie wiadomo. Chociaż co do jego zasięgu mógłbym zgadnąć... Daj mi moment na zastanowienie. Zajmij się czymś, nie wiem, poiskaj się czy co tam wy małpiszony robicie.

- Poiskać się? W sensie mam sprawdzić, czy nie oblazły mnie pchły?

- Może spierzesz z munduru tę plamę po musztardzie? Tylko się zamknij.

Mój nowy, VIP-owski gabinet znajdował się daleko od mostka, ale przynajmniej dysponowałem małą łazienką. Poszedłem więc obejrzeć się w lustrze. Skippy nie ściemniał, rzeczywiście miałem kilka żółtawych smug na bluzie. Wtopiły się we wzór kamuflażu, przez co ich nie zauważyłem. A ponieważ byłem dwugwiazdkowym generałem, nikt, kto potencjalnie je dostrzegł, nie ośmielił się mi o tym powiedzieć. Za pomocą zwilżonego ręcznika usunąłem plamy i wróciłem na fotel. Po chwili awatar Skippy'ego się odblokował.

- Mam dobre i złe wieści. Zacząć od tych drugich?

- Ma się rozumieć.

- Na podstawie szczątkowych danych ustaliłem, że Intruz może dotrzeć poza skraj Galaktyki.

- Cholera. Nie damy rady przeczesać tak dużego obszaru. A dobre wieści?

- Im dalej podróżuje, tym wolniej się porusza, bo jego struktura traci koherencję.

- Czyli ma określoną strukturę? Miałem rację?

- Oczywiście, że ma, jełopie. Inaczej byłby nieszkod­liwą, bezkształtną masą. Nie wyobrażaj sobie, że dokonałeś jakiegoś wielkiego odkrycia.

- Wypchaj się.

- Za dziewięć dni utrata koherencji spowoduje, że wypadnie z wyższej warstwy czasoprzestrzeni i nie będzie w stanie utrzymać... Rany, po co ja w ogóle próbuję ci wytłumaczyć zawiłości fizyki? Powiem to tak, żebyś zrozumiał. Jednorożec, na którym jedzie przez wyższą czasoprzestrzeń, zrzuci go z grzbietu, bo Intruzowi skończą się ciasteczka dla jednorożców.

- Zrozumiałem już to pierwsze wyjaśnienie. Czy kiedy wpadnie do naszej czasoprzestrzeni, będzie ograniczony prędkością światła?

- Na początku będzie przemieszczał się z prędkością światła. Stopniowo jednak zwolni, bo jego struktura... Za cholerę nie wyjaśnię ci tego prościej.

- Daruj sobie. Jesteś w stanie oszacować, jak daleko doleci, zanim wytraci prędkość warpową czy jak to nazwałeś?

- Ech, on nie podróżuje z prędkością warpową, ty...

- To i tak bez znaczenia.

- Mówię o średniej superluminalnej... To znaczy szybciej od prędkości światła.

- Rozumiem, jestem przecież pilotem, dupku.

- Tak sobie wmawiaj, jeśli cię to uszczęśliwia. Intruz rozpoczął lot z ogromną prędkością wektorową, przewyższającą prędkość światła ponad czterysta razy, ale jego średnia prędkość w ciągu dziewięciu dni, podczas których pozostanie w wyższej czasoprzestrzeni, przekroczy prędkość światła jedynie o jakieś trzy i dwadzieścia siedem setnych prędkości światła. A zatem pokona dystans około jednego miesiąca świetlnego, a dokładniej dwadzieścia dziewięć i cztery dziesiąte dnia świetlnego. Wtedy będzie musiał wrócić do lokalnej czasoprzestrzeni.

- Miesiąc świetlny. Lepsze to niż przeszukiwanie całej Galaktyki. Moglibyśmy rozesłać drony czujnikowe. Czy musimy sprawdzić tylko powierzchnię kulistego obszaru, w którym może się pojawić?

- Hę?

- Czy istnieje szansa, że wpadnie do naszej warstwy czasoprzestrzeni przed pokonaniem miesiąca świetlnego? Jeśli tak, trzeba by rozmieścić czujniki na obszarze o średnicy dwóch miesięcy świetlnych. Mógłby się pojawić w dowolnym punkcie takiej kuli.

- A, już rozumiem. Tak, Intruz jest mądry, więc pewnie potrafi przewidzieć, że mogę obliczyć jego zasięg. Postąpiłby głupio, gdyby zachował się przewidywalnie.

- Właśnie, a to niedobrze. Nawet gdybyśmy mieli do dyspozycji wszystkie okręty Marynarki ONZ, nie dalibyśmy rady sprawdzić takiego terenu.

- Nie musimy.

- Eee, właśnie że tak.

- Właśnie że nie.

- Jasne, jest mało prawdopodobne, że Intruz zjawi się we wnętrzu kuli, ale...

- Tak, ale nie to miałem na myśli.

- W takim razie lepiej sprawdź swoje obliczenia, bo...

- Po pierwsze, nie ma takiej potrzeby - zarechotał. - A po drugie, nie musimy przeszukiwać całej kuli. Twierdzisz, że jesteś pilotem, dałem ci więc solidną wskazówkę.

- Wskazówkę? Możesz ją powtórzyć?

- Powiedziałem, że Intruz rozpoczął lot z ogromną prędkością wektorową, nie skalarną.

- Aaa, racja, wektorowa to szybkość plus kierunek.

- Właśnie.

- Znasz kierunek, w jakim się porusza?

- I to dość dokładnie. Z tego, co wiem na temat jego interakcji z prawami fizyki, nie może go za bardzo zmienić. Oznacza to, że obszar poszukiwań będzie miał kształt stożka, a nie kuli.

- To jeszcze lepiej. Stożek rozszerza się coraz dalej od wierzchołka, więc...

- Rany, Joe, twoje rozumienie elementarnej geometrii jest powalające.

- Dlaczego niezmiennie jesteś takim dupkiem?

- Jeśli coś działa - odparł, chichocząc - nie ma sensu tego zmieniać.

Przyznam, że miał co do tego rację. Nasza relacja działała dość korzystnie zarówno dla nas, jak i całej Galaktyki. Najkorzystniej jednak działała dla niego, ale smutny fakt był taki, że moim najważniejszym obowiązkiem wciąż pozostawało zabawianie blaszaka.

Nie, nie zabawianie, chociaż oczywiście tym też się zajmowałem. Brudne worki mięsne wszystkich gatunków Galaktyki nieustannie bawiły go swoimi dziwactwami. Ja natomiast musiałem być dodatkowo jego przyjacielem, dawać mu poczucie przynależności. Ale akurat to nie było trudne. Bo lubiłem Skippy'ego.

Co się ze mną dzieje, do diabła?

- Dobra. - Wstałem. - Pogadam teraz z admirałem Wingiem i poproszę, żeby zaczęli poszukiwania. - Wing dowodził grupą okrętów, które wspierały nas podczas misji mającej na celu zabicie tego, co uznaliśmy za SI Pradawnych. Wiedziałem, że misja poszukiwawcza mu się nie spodoba, ale on miał jedną gwiazdkę, więc nie mógł mi odmówić. - Nasz okręt i tak nigdzie się nie wybierze w najbliższym czasie. Jednostki Winga mogą zacząć poszukiwania w pobliżu punktu startowego i posuwać się dalej, aż dołączy do nich właściwa grupa poszukiwawcza.

- Marynarka nie wyśle tam wszystkich okrętów, Joe.

- Nie musi. Potężne pancerniki i tak średnio się sprawdzają w takich zadaniach. Potrzebujemy niszczycieli i fregat z dronami. Z całym mnóstwem dronów.

- Ech, ależ to będzie lipa - jęknął. - Nudy na pudy. Będę musiał nadzorować cały proces i analizować wszystkie dane.

- Na to wygląda. Wolałbyś, żeby zajęły się tym małpiszony?

- Jeszcze czego.

Rozdział 3

- Joe - westchnął przeciągle Skippy - mam dobrą i złą wiadomość.

- Teraz cieszy mnie już sam fakt, że masz jakąkolwiek wiadomość.

Zatrzymałem się i wszedłem w boczny korytarz. "Walkiria" spoczywała na lotniskowcu, nie robiąc dosłownie nic, podczas gdy Trzecia Flota szukała Intruza. Był to już piąty dzień poszukiwań, admirał Sousa wysłał okręt kurierski na Ziemię z prośbą o dodatkowe jednostki zarówno w celu poszerzenia przeczesywanego obszaru, jak i ewentualnego podjęcia walki z potężnym przeciwnikiem. Nie wiedziałem tylko, w jaki niby sposób mielibyśmy podjąć z nim walkę. Dlatego nalegałem, żeby "Walkiria" została na miejscu, zamiast wracać na Ziemię. Potrzebowaliśmy Skippy'ego, który w razie starcia z Intruzem mógłby nam doradzać - albo po prostu zniszczyłby go, gdyby w końcu odkrył, jak to zrobić. Niezależnie od tego, czy wdamy się w walkę, czy nie, czujniki blaszaka mogą okazać się kluczowe w wykryciu słabych punktów Intruza.

- Tylko nie zabijaj posłańca - powiedział, pociągając nosem.

- Przestań, Skippy, wiesz, że to nie w moim stylu.

- W porządku, a zatem...

- Ale wkurzam się, kiedy przekazujesz mi złe wieści, ciesząc się przy tym jak dziecko.

- Zapewniam cię, że tak się nie stanie. Nie mam powodów do radości.

- No to mów.

- Zacznę od dobrej: skończyliśmy z Bilbym analizę uszkodzeń.

- Świetnie, i co, okazało się, że nie jest tak źle, jak myś­leliśmy?

- Yyy, nie. Dobra wiadomość polega na tym, że skończyliśmy tę analizę.

- Cholera.

- Serio myślałeś, że powiem coś w rodzaju "to się wyklepie, tu się zamaluje, i okręt będzie jak nowy"?

- Nie bądź wredny. Jaka jest zła wiadomość?

- Jeśli sprowadzimy "Walkirię" do stoczni na Jaguarze, okręt będzie na chodzie za dwadzieścia osiem dni.

- Nieźle. To znacznie szybciej, niż się spodziewałem. To raczej dobra wiadomość.

- Mówiąc "na chodzie", miałem na myśli zdolność do długiego lotu. Przywrócenie okrętowi zdolności bojowej zajmie sześćdziesiąt siedem dni plus tydzień lub dwa lotów testowych, żeby znaleźć usterki przeoczone w stoczni.

- Niech to diabli.

- Jeśli zaś zabierzemy "Walkirię" na Ziemię, zrobią remont w pięćdziesiąt trzy dni.

- To już lepiej, choć nadal długo. Wliczyłeś w to czas potrzebny na modernizację?

- Tak.

- A gdybyśmy darowali sobie...

- Modernizacja nie wydłuży remontu i jest niezbędna, jeśli naprawdę zamierzasz podjąć walkę z Intruzem. W dodatku skróci czas testowania okrętu po naprawie, bo jego systemy zostaną wreszcie należycie zintegrowane, zamiast być chaotycznie sklejoną prowizorką, z którą musi się męczyć Bilby.

- Dlaczego nikt mi nie powiedział, że to tak wygląda?

- Wiedziałbyś to, gdybyś wziął udział w podstawowym szkoleniu załogi. Joe, jesteś dowódcą misji, powinieneś skupić się na podejmowaniu zaawansowanych decyzji, a szczegóły zostawić ludziom Reed.

- No dobrze, ale...

- W czasie pokoju "Walkiria" nie brała udziału w poważnych akcjach, więc aktualizowano jej systemy tylko wtedy, kiedy to było wygodne. Taka przynajmniej jest oficjalna wersja. Tak naprawdę dowództwo chciało pozbawić mnie możliwości wpakowania nas w kłopoty, ale zaniedbując modernizację okrętu, osiągnęło efekt przeciwny do zamierzonego.

- Ale "Walkiria" nadal jest, to znaczy była najpotężniejszym okrętem floty?

- Tak, ale tylko dlatego, że ma na pokładzie Bilby'ego i mnie. Jako platforma ofensywna nasz potężny krążownik się zestarzał. Wszak przez ostatnie sześć czy siedem lat małpiszony cieszyły się względnym spokojem.

- W takim razie faktycznie trzeba odremontować okręt. Czyli musimy zastanowić się nad pożyczeniem innej jednostki.

- Zgadzam się, ale żaden inny okręt nie będzie dysponował SI taką jak Bilby.

- Możesz sporządzić listę rekomendowanych przez ciebie okrętów? Wypadłem nieco z obiegu, jeśli chodzi o zasoby marynarki.

- A możesz najpierw nakreślić mi, co w ogóle zamierzasz zrobić? Nie znając charakteru misji, nie wybiorę nowej maszyny. Bo co mam wziąć pod uwagę? Zasięg, szybkość, czujniki, uzbrojenie, jeszcze coś innego? - Spojrzał na mnie. - Co?

- Gadasz jak stary wojskowy.

- No raczej, przecież jestem z piratami od dawna.

- Racja, ciągle o tym zapominam.

I taka była smutna prawda. Jako dowódca garnizonu, na Jaguarze spędziłem szczęśliwe lata. Mogłem cieszyć się życiem rodzinnym i mało stresującą pracą. Zapłaciłem jednak za to pewną cenę. Oderwanie się od pirackiej codzienności, nieustannego igrania z ryzykiem i pakowania się z deszczu pod rynnę sprawiło, że częściowo zatraciłem instynkt żołnierza.

- Jak dotąd Intruz nie pokazał żadnych zdolności ofensywnych, z których mógłby skorzystać samodzielnie. Podejmując walkę, korzysta z broni przejętych okrętów. Dlatego musimy być w stanie pokonać dowolną jednostkę.

- Łącznie z okrętami Rindhalu? Wysoko postawiłeś poprzeczkę.

- Przynajmniej ty będziesz z nami.

- Prawda.

- Ale najpierw musimy znaleźć Intruza i zrozumieć, co zamierza zrobić. Dlatego potrzebujemy okrętu zdolnego do dalekich podróży z dużą prędkością. I wyposażonego w znakomite czujniki.

- W takim razie zalecam użycie któregoś z siedmiu krążowników, które właśnie odbywają loty testowe po czwartym pakiecie aktualizacji.

- Pakiet aktualizacji. To brzmi, jakbyś mówił o grze wideo.

- O to miej pretensje do marynarki - przewrócił oczami - nie ja wymyślam te nazwy.

*

- Oj, niedobrze - jęknął Skippy, gdy jego awatar pojawił się obok głównego wyświetlacza.

Byłem właśnie na mostku, zastępując Reed, która odbywała spotkanie z przełożonymi w sprawie ponownego przyłączenia "Walkirii" do "Rio Grande" i powrotu na Ziemię. Odłączyliśmy okręt po pierwszym dokowaniu, żeby boty remontowe usunęły uszkodzony pancerz w miejscach, gdzie mógłby się oderwać i uszkodzić pokład lotniskowca. Kiedy posadziliśmy na nim krążownik za pierwszym razem, zamocowaliśmy go linami cumowniczymi, bo większość standardowych przyłączy uległa stopieniu. Nie byliśmy jednak zadowoleni z uzyskanego rezultatu. Stąd drugie podejście. Jak się jednak okazało, usunięcie uszkodzonych płyt pancernych stanowiło nie lada wyzwanie. Proszek, w który się zamieniły, zastygł w jednolitą masę, a co gorsza, niższe warstwy, które jeszcze nie ostygły, zrobiły się lepkie. W efekcie po kilku minutach pracy boty musiały wracać do luku serwisowego, gdzie przechodziły gruntowne czyszczenie, co spowalniało pracę. Tymczasem z kolejnymi godzinami pancerz stawał się coraz trudniejszy do ruszenia. Widząc to, zażartowałem, że sam wyjdę na zewnątrz z kilofem i łopatą, ale Reed tylko się skrzywiła.

- Co jest? - spytałem, wstając z fotela.

Moja obecność na mostku nie była tylko pokazówką, ale z powodu unieruchomienia okrętu nie miałem nic lepszego do roboty. Przyszedłem, żeby w razie czego wesprzeć tych członków załogi, którzy zajmowali się czymś pilnym i pożytecznym. Zerknąłem na ekran stanu okrętu, ale nie zobaczyłem niczego niepokojącego. To znaczy niczego nowego, co zaniepokoiłoby mnie jeszcze bardziej. Jeden z niszczycieli wskoczył w pobliże, aby zdać meldunek z poszukiwań Intruza, ale to było dziesięć minut temu, więc raczej nie przekaże nam żadnych nowych wieści.

- Znaleźli go?

- Nie, i nie znajdą - westchnął z obrzydzeniem blaszak. - Równie dobrze możesz przekazać admirałowi Sousie, żeby wracali.

- Jeśli właśnie dowiedziałeś się, że Intruz wybuchł i nie żyje, oznajmiłbyś to o wiele radośniejszym tonem. Zakładam więc, że znowu masz jakieś złe wieści.

- Jak często przekazuję ci dobre nowiny?

- Prawie nigdy. Co się dzieje? Co znalazły nasze okręty?

- Nic. Skoczyły od centrum eksplozji na odległość, jaką fotony pokonały w ciągu pół godziny od zdarzenia. Jeden z niszczycieli przechwycił zaszyfrowaną wiadomość przesłaną między okrętami Maxolhxów. Właśnie skończyłem ją odczytywać, ale początkowo nie uznałem jej za priorytetową, rozumiesz?

- Rozumiem, jesteś bardzo zajęty. Jaka była treść tej wiadomości?

- Kocury straciły lotniskowiec.

- Jasna cholera, to wszystko? W bitwie stracili sześćset okrętów, dlaczego mielibyśmy się przejmować jedną kosmiczną ciężarówką?

- Bo ten okręt nie był ofiarą bitwy. Znajdował się w odległości jednej trzeciej roku świetlnego od jej epicentrum i towarzyszył mu lekki krążownik.

- Czyli co, po prostu zniknął? Może pomylił współrzędne i skoczył w złe miejsce?

- Nie.

- Dobra, zatem to pomniejsza zagadka.

- Właśnie że nie pomniejsza. I wcale nie zagadka. Joe, ten lotniskowiec znajdował się dokładnie na linii lotu Intruza.

- Kurwa - warknąłem.

- Właśnie - westchnął. - Straciliśmy najlepszą możliwość znalezienia Intruza, bo uprowadził nowy okręt. Teraz dysponuje maxolhxańskim lotniskowcem i może być wszędzie. Już nigdy nie znajdziemy tego drania.

Kilka osób na mostku wyraźnie się zaniepokoiło.

- Dobrze, słuchajcie. - Uniosłem ręce. - Wiem, że to nie wygląda najlepiej, ale wierzcie mi, nie jest najgorzej.

Skippy spojrzał na mnie z ukosa. Nauczył się tego w ostatnich latach i niezmiennie mnie tym irytował.

- Joe, mam ci to wszystko powtórzyć wolniej?

- Rozumiem sytuację, dzięki. Wcześniej Intruz latał okrętem Pradawnych, a teraz rozbija się lotniskowcem. Chyba nie narobi większych szkód?

Powinienem się domyślić.

"Latający Holender" był lotniskowcem zbudowanym przez gatunek drugiej klasy. I chociaż okręt był dość toporny, Wesoła Banda Piratów nieźle nim zaszalała w całej Galaktyce.

Po co się w ogóle odzywałem?

*

Dyrektor ośrodka badawczego Hegemonii Garsholven 6 otrzymał pilne powiadomienie na swój implant mózgowy, gdy w zamkniętej strefie nad planetą zjawił się nieautoryzowany okręt. Sieć obrony strategicznej działała i namierzała przybysza, podobnie jak masery zakopane głęboko pod powierzchnią pozbawionego atmosfery świata. Była to szósta planeta niezamieszkanego układu gwiezdnego, a znajdująca się na niej baza uchodziła za kiepskie miejsce i nikt nie chciał tam trafić, aby odbywać służbę. Planeta nie miała żadnych zalet i niczym się nie wyróżniała. Powodem, dla którego zbudowano tam ośrodek badawczy, była gwiazda - niezwykle stabilny czerwony karzeł. W odróżnieniu od większości takich słońc Garsholven rzadko smagał okrążające go światy falami promieniowania rentgenowskiego, a co więcej, jego rozbłyski były łatwe do przewidzenia.

Jedynymi osobami zainteresowanymi pobytem w tym miejscu była garstka naukowców, która przez lata ubiegała się o możliwość objęcia stanowiska w bazie - i uzyskania dostępu do tego, co czyniło Garsholven 6 tak intrygującym dla każdego badacza: dwóch broni Pradawnych typu Gwiazdołamacz. Znajdowały się one w ośrodku od czterdziestu tysięcy lat i chociaż kolejne pokolenia maxolhxańskich naukowców poczyniły niewielkie postępy w zrozumieniu ich działania, wizja przełomu inspirowała tysiące badaczy, którzy co roku składali podania o możliwość podjęcia pracy w tym zapomnianym miejscu. Jednak zamiast chwały będącej nagrodą za poszerzenie wiedzy Hegemonii o broni Pradawnych spotykało ich niezmiennie rozczarowanie.

Pewny niezawodności systemu obrony ­strategicznej, dyrektor przystąpił do analizy tożsamości przybysza. Jego niepokój ustąpił, kiedy okazało się, że tajemniczy okręt nadał kod identyfikacyjny Hegemonii i prośbę o pomoc. Był to maxolhxański lotniskowiec "Kanafust". Jako cywil dyrektor nie kojarzył tej jednostki, jednak doskonale znał historię kryjącą się za jej nazwą. Prośba o pomoc. Najwyraźniej okręt uczestniczył w bitwie, został uszkodzony i między innymi miał problemy z łącznością. Kapitan "Kanafusta" poprosił o możliwość zaparkowania w obrębie strefy chronionej przez obronę strategiczną, tak aby załoga mogła w spokoju dokonać napraw. W ciągu trzech dni lotniskowiec miał skoczyć w dalszą drogę.

Dyrektor miał pewne wątpliwości, czy powinien się zgodzić. Wszak była to zupełnie nieoczekiwana sytuacja, a poza tym niezapowiedziana obecność okrętu w pobliżu tak ważnego ośrodka łamała wszelkie protokoły bezpieczeństwa. Z drugiej strony okręt przekazał bazie wszystkie potrzebne kody, więc pomoc poturbowanej jednostce nie powinna być problemem. Poza tym "Kanafust" był lotniskowcem, kosmiczną ciężarówką, a zatem jednostką niegroźną. Szczególnie że wymagał naprawy, a boty remontowe już przystąpiły do pracy.

Dlatego dyrektor wyraził zgodę na postój okrętu przy bazie. Uznał, że tak będzie honorowo.

Okazało się to jednak ogromną pomyłką.

*

Wskoczyliśmy w wyznaczony punkt otwarcia tunelu niedaleko Ziemi. To znaczy my nie zrobiliśmy nic, bo nasz krążownik tkwił na pokładzie lotniskowca "Rio Grande". Kolos zakrzywił czasoprzestrzeń i umieścił nas w odległości szesnastu sekund świetlnych od naszego świata. Z tej okazji specjalnie przyszedłem na mostek. Częściowo, żeby wesprzeć moralnie Reed, która nie mogła się pogodzić z faktem, że przez kilka najbliższych miesięcy, zamiast latać, będzie nadzorować proces remontu "Walkirii". Innym powodem mojej obecności była chęć ujrzenia Ziemi. A także odwlekanie nieprzyjemnej rozmowy z dowództwem. Wcześniej admirał Sousa wysłał okręt kurierski, aby poinformować górę, że naszym wrogiem nie jest SI Pradawnych, lecz coś o wiele gorszego. Skorzystałem z tej okazji, aby złożyć oficjalny raport i prośbę o nadanie "Walkirii" priorytetowego statusu w stoczni. Spodziewałem się więc, że dowództwo będzie miało mnóstwo pytań zarówno do mnie, jak i do Skippy'ego. Dlaczego nie uwzględniliście Intruza na liście naszych potencjalnych wrogów? W jaki sposób zamierzasz zneutralizować zagrożenie, z którym nawet Pradawni nie umieli sobie poradzić? I tym podobne.

Na szczęście miałem solidną odpowiedź na to pierwsze.

Drugie natomiast będę musiał zbyć milczeniem.

- Interesujące. - Reed przybliżyła część obrazu za pomocą kontrolera przy fotelu. Ukazywał dok, a z naszego punktu widzenia dało się w nim zobaczyć tył okrętu wojennego. Jednak tym, na co kapitan zwróciła naszą uwagę, nie był sam dok, lecz coś, co dryfowało kilometr dalej. - Wygląda na to, że rezygnujemy z "Wolności" - stwierdziła.

Miała na myśli na wpół ukończony szkielet czegoś, co miało być krążownikiem. Pierwszym okrętem zbudowanym w całości przez ludzkość. Wiedziałem o tym, bo byłem przy przecinaniu wstęgi, kiedy podstawowy szkielet jednostki opuścił fabrykator. Jednak cała ceremonia wyszła żałośnie, głównie przez to, że nagrania konstrukcji wysuwającej się z jednostki produkcyjnej nie robiły takiego wrażenia, jak się spodziewano. Poza tym cały ten interes od początku był do bani, choć "Wolność" rzeczywiście powstawała w oparciu o współczesny projekt i odpowiadała potrzebom Marynarki ONZ. Oczywiście, większość jej kluczowych komponentów opracował Skippy, a także Maruda pod nieobecność tego pierwszego. Sęk jednak w tym, że przeważającą część elementów nadających krążownikowi zdolność poruszania się i walki pobrano od innych jednostek, a co więcej, nawet ich przy tym nie zmodyfikowano. Z kolei nazwa "Wolność" miała nawiązywać do tego, że ludzkość nie będzie już musiała polegać na przejmowaniu, kupowaniu lub wypożyczaniu okrętów od innych gatunków. To jednak było kłamstwo i wszyscy o tym wiedzieli, jeszcze zanim projekt zaczął się opóźniać, a jego koszty poszybowały w kosmos. W tym względzie jak zwykle największe korzyści odnosili wykonawcy, a marynarka usprawiedliwiała rozrastający się o kolejne miliardy budżet tym, że owe firmy nabywały dzięki temu "cenne doświadczenie" i "tworzyły zaawansowaną bazę przemysłową".

Ściema od samego początku. Jednocześnie marynarka rozbierała sprawne okręty, żeby na bieżąco remontować jednostki bojowe, przez co liczebność naszej floty z roku na rok malała w przewidywalnym tempie.

Dlatego dobrze było widzieć, że niedokończony szkielet nowego okrętu dryfował w pobliżu Milo jako źródło surowców dla fabrykatorów. Na mostku dało się słyszeć głosy zadowolenia, choć nieśmiałe, bo ludzie nie wiedzieli, czy wypada się cieszyć z porażki własnego gatunku. Widząc to, uniosłem rękę z wyciągniętym wysoko kciukiem.

- Niech marynarka zajmie się lepiej okrętami, które da się naprawić.

Słysząc, że popieram recykling "Wolności", załoga wyraźnie się ożywiła, jednak ich zadowolenie nie trwało długo, gdyż po chwili oficer wykonawczy Gasquet nakazał wszystkim się zamknąć.

- Oba doki są zajęte - zauważyła z rozczarowaniem Reed.

- Tak - zawtórował jej Skippy. - Ale dowództwo kazało wstrzymać prace nad okrętem, który widzimy. Za sześć godzin zostanie odholowany i "Walkiria" zajmie jego miejsce.

- Miło, że góra wykazała się inicjatywą. - Zacisnąłem pięść. - Samo usunięcie naszego pancerza zajmie kilka tygodni.

- Sześć tygodni i cztery dni - oznajmił z obrzydzeniem Skippy. - O ile wszystko pójdzie sprawnie, a przecież to niemożliwe.

Podczas powrotu na Ziemię uszkodzone płyty pancerza zmieniły się w jednolitą, twardą skorupę. Nie tylko skleiły się ze sobą, lecz także utraciły warstwowość, co oznaczało, że stały się jedną bryłą, której nie dało się ruszyć z zaczepów kadłuba. W związku z tym konieczne będzie pocięcie całej osłony, aż do wewnętrznego poszycia, i oderwanie jej wraz z punktami mocowania od środka. Wymiana zaczepów wydłuży remont o kolejne osiem dni. Jednak najważniejszym problemem będzie samo usunięcie pancerza.

Czy Skippy powinien przewidzieć, że użycie broni Pradawnych zmieni pancerz "Walkirii" w swego rodzaju skorupę poczwarki, z której zamiast pięknego motyla wyłoni się nagi kadłub okrętu wymagającego wielomiesięcznego remontu? Być może tak, skoro przebywaliśmy tak blisko miejsca odpalenia broni. Jednak z racji nieprzewidywalności arsenału Pradawnych nie mógł tego wiedzieć na pewno. Broń ta aktywowała się w stanie kwantowej płynności czy czegoś takiego. Profesor Skippy próbował mi to wytłumaczyć, ale mój mózg wyłączył się, gdy tylko usłyszałem przerażający termin "niepewność kwantowa". Każda broń Pradawnych zawierała w sobie element takiej niepewności, dzięki czemu cel, przeciw któremu została użyta, nie wiedział, jak jej przeciwdziałać. W naszym przypadku efektem była "karmelizacja" osłony okrętu, jak to nazwał Skippy. Przy czym to nie żar spowodował nadtopienie pancerza, jego skruszenie i krystalizację. Nasi inżynierowie zaczęli główkować nad opracowaniem nowego, skuteczniejszego typu osłony, ale Reed kazała im najpierw wymyślić wraz z blaszakiem, jak usunąć obecny pancerz. Jedyną skuteczną metodą okazały się palniki plazmowe, z tym że trwało to piekielnie długo. Skippy obliczył, że nawet gdyby do roboty zaprzęgnięto wszystkie zasoby stoczni, wydostanie "Walkirii" ze skorupy zajęłoby dziesięć tygodni.

Oznaczałoby to, że jedna ze stoczni byłaby praktycznie niedostępna przez ponad trzy miesiące. Dlatego obawialiśmy się z Reed, że dowództwo uzna tak długi remont pojedynczego okrętu za marnotrawstwo zasobów, szczególnie w dobie kryzysu. Szczerze mówiąc, przyznałbym im rację, nawet jeśli "Walkiria" była potężną, niezawodną jednostką. Nikt tego nie negował. Ale być może właśnie wróciła ze swojej ostatniej bitwy.

Nie chciałem jednak dopuścić do siebie tej myśli.

- Generale Bishop - wywołał mnie oficer łączności siedzący za mną - dowództwo chce z panem pilnie porozmawiać.

- Reed, odbiorę w swoim gabinecie, a potem będę potrzebował podwózki na planetę.

- Każę przygotować panu lądownik.

*

- Joe, Joe, Joe! - wydarł się Skippy w mojej słuchawce, gdy opuszczałem swoją kwaterę w nowym mundurze i z bagażem podróżnym.

- Co tam? Jestem zajęty, lądownik już czeka.

- Wiem. Słuchaj - ściszył głos, choć mówił tylko do mnie - do twojej kabiny jedzie bot, zaczekaj chwilę.

- Dowództwo wzywa mnie na spotkanie.

- Żaden problem. Gdybyś mógł, już byś poleciał, ale nie możesz, bo lądownik nie wystartuje.

- Dlaczego? Kontrola lotów dała nam zielone świat­ło...

- Tu nie chodzi o kontrolę lotów. Drzwi hangaru się zacięły.

- Reed na pewno o tym wie i kazała przygotować lądownik w innym hangarze.

- Yyy, tam też jest usterka.

Wróciłem do kabiny, gdyż czujnik nad drzwiami zaczął piszczeć, że blokuję przejście. Położyłem torbę na podłodze.

- Skippy, co się dzieje?

- Hę? - mruknął, udając niewiniątko. Powinien dostać Złotą Malinę za ten żałosny występ. - Nie wiem, o czym mówisz. Drzwi czasem się zacinają, Joe. Zwłaszcza kiedy ktoś wlatuje okrętem do piekarnika zasilanego supernową i zamienia go w pieczeń z chrupiącą panierką.

- Możemy darować sobie szukanie winnych? W tej chwili muszę pogadać z dowództwem i lepiej, żebym to zrobił, zanim znajdą kolejne powody, żeby się na mnie wściekać.

- I tak przed tym nie uciekniesz. Słuchaj, mam przesyłkę, którą trzeba jak najszybciej dostarczyć na waszą marną kulę błota. Kiedy przyjedzie bot, po prostu odbierz od niego pudełko.

- Wiem, że jesteś wzorem cnót, ale wietrzę tu jakiś podstęp. Dlaczego to ja mam robić za twojego kuriera? Za parę godzin na Ziemię wyślą kolejne lądowniki.

- Ale obsługa na dole dokładnie sprawdzi ich zawartość. A twoich rzeczy nikt nie ośmieli się ruszyć.

- Dzięki, teraz to już w ogóle się nie martwię, że robisz jakieś machlojki, w których nie chcę brać udziału.

- To świetnie się składa...

- To był sarkazm, ośle.

- Ech.

- Co jest w tym tajemniczym pakunku?

- Nie zaglądaj, bo zepsujesz...

- Za późno, bot przyjechał. - Zanim blaszak zdążył zawrócić posłańca, złapałem plastikowy pojemnik. Przypominał małą walizkę z dwoma zapięciami na jednym boku. Położyłem pudełko na łóżku i chwyciłem palcami zapięcia. - Ostatnia szansa. Powiesz mi, co tu jest, czy mam otworzyć i wywalić to do kosza?

- Muszę? - spytał jękliwie.

- Dałem ci wybór. Trzy, dwa...

- Dobra, dobra! To sztuka.

- Sztuka? Czyli co, obrazy i takie tam?

- Rany, każdy wielki artysta tylko marzy, by wytwory jego pasji nazywano "obrazami i takimi tam".

- To dlaczego nie powiedziałeś od razu? Jeśli malarstwo stało się nowym ujściem twojej kreatywności, to dobrze. - Naprawdę się cieszyłem, że znalazł coś nowego, czym mógł się zająć. Byle tylko nie zawracał mi głowy. - Czekaj, czyżbyś malował mnie w strojach klauna?

- Nie. Proszę cię, serio myślisz, że malowałbym klaunów? Chociaż... to całkiem niezły pomysł.

- Przestań, to okropny pomysł. - Otworzyłem pudełko i moim oczom ukazały się zwinięte obrazy. Nie były z papieru, lecz z jakiegoś materiału. Rozwinąłem pierwsze na stoliku kawowym i przygniotłem rogi kubkami.

- Ty barbarzyńco! Nie poplam mi tego!

- Kubki są czyste. Hm, ciekawe.

- Podoba ci się?

- Wątpię, by głupi małpiszon mojego pokroju potrafił w pełni docenić twój kunszt i wizję. Eee, co to jest?

- A na co ci to wygląda?

- Nooo - szukałem słowa, którym bym go nie uraził - na abstrakcję? - Gdybym miał powiedzieć prawdę, nazwałbym to dziadostwem. Dzieło składało się z lo­sowych smug różnych kolorów, jakby banda nadpobudliwych przedszkolaków dorwała się do kredek i postanowiła wypróbować wszystkie naraz.

- Abstrakcja? Hmm, ładnie powiedziane. Zapamiętam.

- Nie rozumiem, co chciałeś tym przekazać.

- Właśnie o to chodzi, tłumoku. Przekaz zależy od interpretacji odbiorcy.

- Czyli dla ciebie to nic nie znaczy? Co sobie wyobrażałeś, malując to?

- Niczego sobie nie wyobrażałem. Zleciłem tę robotę podumysłom fabrykatorów. Jestem zbyt zajęty, żeby zajmować się takimi bzdurami.

- To dzieło fabrykatora?

- Tak. Wiesz, że między właściwymi zadaniami trzeba je rekalibrować i wtedy produkują próbki, prawda?

- Wiem, inny system sprawdza próbki i ocenia, czy maszyny wytwarzają produkty odpowiedniej jakości.

- Właśnie. A kiedy fabrykatory przygotowywały się do wyprodukowania próbki, zleciłem im zrobienie dla mnie kilku obrazów. Cholera, niektóre są wręcz niepokojące. W wolnej chwili powinienem zbadać część podumysłów.

- Wytłumacz mi zatem, dlaczego tak bardzo zależy ci na dostarczeniu tych obrazów na Ziemię, skoro ich nie namalowałeś?

- Rany, naprawdę chcesz wiedzieć?

- Podejrzewam, że nie, ale wciągnąłeś mnie w to, więc po prostu powiedz, o co chodzi. Albo wywalę całą paczkę do recyklera.

- Dobra. Tylko żebyś potem nie marudził. To część prostego planu polegającego na przekupstwie, praniu brudnych pieniędzy i unikaniu opodatkowania.

- A, czyli niczym nie muszę się przejmować.

- Super, miałem nadzieję, że nie będzie ci to przeszkadzało, ale ponieważ mowa o tobie, martwiłem się, że...

- Owszem, przeszkadza mi to.

- Hę?

- Jak niby zamierzasz przekupić kogokolwiek takimi bohomazami?

- To nie ja przekupuję, tylko małpiszony z Ziemi przekupują mnie. Wyjaśnię ci to w stylu Barneya. Fabrykatory produkują to badziewie w ramach serii, którą nazwałem "Kwantowizjami". Nic nie kryje się za tą nazwą, ale dobrze brzmi. Ludzie, którzy proszą mnie o przysługi, kupują te obrazy po mocno zawyżonych cenach, a ponieważ otrzymują oryginały spod ręki Skippy'ego, władze nie wykażą, że doszło do przekupstwa.

- Ale to oszustwo!

- W takim razie nikomu nie mów, kretynie. Opracowanie tego procederu zajęło mi lata.

- Czy chcę wiedzieć, jak odbywa się w nim pranie brudnych pieniędzy i unikanie opodatkowania?

- I tak byś nie zrozumiał, więc...

- Dlaczego w ogóle chcesz unikać opodatkowania? Przecież Skippistan to niepodległe państwo.

- Twoja tępota nie przestaje mnie zadziwiać. To nie ja unikam podatków, tylko inni. Ja tylko im w tym pomagam. Za mały procent, oczywiście. Ot, krąg życia. Ej, właściwie to jestem jak Robin Hood. Zabieram bogatym i daję im jeszcze więcej. Wszyscy na tym korzystają.

- Robin Hood robił coś innego.

- Mam to w nosie.

- Dlaczego miałbym ci w tym pomóc?

- Mogę ci dać jedną dziesiątą procenta.

- Wolałbym, żebyś dał mi z tym spokój.

- Co ci zależy? Przecież w razie czego powiesz, że przewozisz rzeczy osobiste. Wystarczy, że przekażesz pudełko jednemu ze swoich naziemnych ochroniarzy, starszemu sierżantowi Gastowskiemu.

- Gas... Gastowskiemu? Temu samemu, który kierował czarnym rynkiem na Jaguarze?

- Znasz go? No to świetnie! Dochrapał się starszego sierżanta i jest moim miejscowym kontaktem. Po prostu przekaż mu pudełko, on już będzie wiedział, co z nim zrobić.

- Nie podoba mi się to, Skippy.

- Daj spokój, Joe, przecież to dla dzieci.

- Jakich znowu dzieci?

- Eee, nie wiem. Gastowski ma dzieci, może być?

Zwinąłem obraz z powrotem i schowałem go w pudełku.

- Nie proś mnie o to ponownie.

- Nie poprosiłbym cię i teraz, ale nie mam wyboru. Zazwyczaj wysyłam obrazy niewykrywalnym dronem, ale pułkownik Psuja Dobrej Zabawy zamknęła wszystkie wyrzutnie.

Musiałem powtórzyć jego słowa w myślach, bo nie wierzyłem w to, co słyszę.

- Reed pozwala ci wysyłać niewykrywalne drony?

- Oczywiście, że nie. Nigdy nie pozwoliłaby mi użyć zasobów okrętu do moich prywatnych celów.

- To jak wysyłasz drona niepostrzeżenie?

- Tak, że jestem Skippy Wspaniały, mówi ci to coś? Wystarczy, że nakażę czujnikom zignorowanie startującego drona, rakiety czy innego obiektu zależnie od planety, nad którą wisimy.

- Na innych światach też odwalasz lewiznę?

- No jasne. Wszyscy aż się garną, żeby mnie przekupić w zamian za przysługi.

- Coś ściemniasz, przecież ktoś od razu wykryłby brakującego drona czy pocisk.

- He, he, he, jaki ty jesteś uroczy. Nikt nigdy nie liczy tych rzeczy ręcznie, dzbanie.

- Chcesz powiedzieć, że stan magazynowy naszego uzbrojenia jest niezgodny z rzeczywistością? Mamy mniej pocisków i dronów, niż powinniśmy?

- Yyy, czy jeśli powiem "tak", będę miał z tego powodu problemy?

- Ja pierdolę, serio tak robiłeś?!

- Oj, już się nie maż, bobasku. Przecież nigdy nie musieliśmy użyć wszystkich naszych pocisków. Staram się zawsze brać te z samego końca. Kiedy okręt uzupełnia zapasy, oznaczam niektóre jako zepsute, żeby zabrali je na części. Jeszcze nikt nie zauważył, że czegoś brakuje, więc lepiej mnie nie wydaj.

- Nie wydać cię? Skippy, nie możesz przyznać się do przestępstwa i prosić policji, żeby nie użyła tego przeciwko tobie! Kiedy "Walkiria" przejdzie remont i modernizację, wszystko ma zostać policzone, a ty przestaniesz manipulować naszymi zapasami.

- Chyba żartujesz. Wiesz, ile lat zajęło mi doskonalenie tej metody? Tysiące mięsnych worków polegają na tej działalności, niby jak mam im...

- To już twój problem. Niech fabrykatory zrobią ci niewykrywalne drony.

- Łatwo ci mówić, ignorancie.

- I nie waż się nas okradać. Opłacaj swoje szemrane przedsięwzięcia z własnej kieszeni. Kupuj surowce, płać za ich dostarczenie na pokład i wynajmij od marynarki miejsce na ich przechowywanie.

- To oburzające!

- Wiesz co? To pudełko ma jakieś liche zapięcia. Szkoda by było, gdyby zawartość się wysypała, zanim dostarczę ją Gastowskiemu. Rozumiesz? Jeśli obrazy wypadną na lądowisku, ludzie zaczną zadawać pytania.

- Yyy...

- Powiedzmy, że teraz to ty przekupujesz mnie.

- Dobra, niech ci będzie. Nie mogę się tym emocjonować, w końcu taki jest koszt prowadzenia biznesu. Po prostu dostarcz to komu trzeba i zapomnijmy o tej rozmowie.

- O jakiej rozmowie?

*

Reed przyszła do hangaru, żeby mnie oficjalnie pożegnać. Zasalutowała.

- To był zaszczyt móc służyć z panem ponownie.

Odwzajemniłem salut i pokręciłem głową.

- Jeszcze się nie żegnamy, Kulo Ognia.

- Na jakiś czas tak, sir. Ja zostaję tutaj, żeby przez najbliższe miesiące pilnować prac w stoczni.

Nie powiedziała tego, co myślała naprawdę - że będzie gnić na złomowisku w punkcie libracyjnym L2 za Księżycem, gdzie znajdują się inne zdemobilizowane okręty służące jako źródło części zamiennych. Miałem nadzieję, że zamiast przeznaczać "Walkirię" na żyletki, marynarka zrobi z niej muzeum. To byłoby dobre dla morale i zadowoliłoby opinię publiczną. Ale ONZ nie kierowała się sentymentami, głównie dlatego, że nie było jej na to stać. Przykładowo "Latającego Holendra" zmodernizowano, zamiast zrobić z niego pomnik. Chociaż to była inna sytuacja, bo "Holendra" modyfikowano tak często, że miał w sobie niewiele oryginalnych elementów. Jego pierwotny mostek i bojowe centrum informacyjne znajdują się na wystawie w Colorado Springs, co można chyba uznać za należyte upamiętnienie pierwszego flagowego okrętu kosmicznego ludzkości. Poza tym SI "Holendra" wciąż działała - Agada nadal nadzorowała jego funkcjonowanie, więc nie było sensu, by maszyna pokrywała się kurzem w muzeum.

- Zobaczę, co da się zrobić w sprawie przyspieszenia napraw.

Przysunęła się bliżej i powiedziała łagodnym tonem:

- Proszę nie wykorzystywać swojej rangi ze względu na mnie, sir. Marynarka będzie potrzebowała wszystkich dostępnych zasobów, żeby przeciwstawić się Intruzowi.

- W tym także Bilby'ego.

- Sir...

- Niczego nie obiecuję, kapitanie. Ale zapewniam, że nie postawię "Walkirii" ponad bezpieczeństwem mojej rodziny.

- Dziękuję. Powodzenia.

*

Lot na Ziemię okazał się spokojniejszy, niż się spodziewałem. Piloci wzbili się w przestrzeń tuż po tym, jak otrzymali od lotniskowca pozwolenie na wylot. Przez kilka minut przeciążenie o trzykrotnej wartości przyciągania ziemskiego wbijało mnie w fotel, ale potem zwolniliśmy.

- Przepraszamy za niedogodność, sir - powiedział jeden z pilotów, spoglądając w moją stronę. - Musieliśmy jak najszybciej opuścić strefę otwarcia tunelu, gdyż wkrótce wskoczą tu kolejne okręty.

- Żaden problem, poruczniku, przywykłem. Kiedy znajdziemy się w stanie nieważkości?

- Za jakieś trzydzieści siedem minut, generale.