Rozdział 1
Admirał Uhtavio Scorandum bilansował rachunki na pokładzie krążownika UEZ "To Się w Pale Nie Mieści", kiedy rozbrzmiał dzwonek informujący, że w pobliżu wskoczył okręt. Musiała to być przyjazna jednostka, inaczej po dzwonku zawyłby alarm i "To Się w Pale Nie Mieści" natychmiast by się zmył.
Poruszając czułkami, Uhtavio podniósł głowę i przechylił ją w oczekiwaniu na meldunek oficera dyżurnego o tożsamości przybyłej jednostki. Jednak po chwili wrócił z uśmiechem do nużącego zajęcia. Cokolwiek się działo, załoga obawiała się mu o tym powiedzieć. Oczywiście mógł sprawdzić wszystko za pomocą komputera, ale uznał, że zabawniej będzie poczekać w napięciu i okazać szczere zdziwienie temu, komu przypadnie nieszczęsne zadanie przekazania niewątpliwie złych wieści.
Złe wieści.
Wzruszył ramionami.
Wszystko będzie lepsze niż ślęczenie nad rachunkami. Musiał jednak dokończyć i musiał zrobić to osobiście. Podwładni, którzy dostarczyli mu zeznania podatkowe, wiedzieli, że uszczknięcie sobie takiej czy innej sumki i złożenie dokumentów z zaniżonymi kwotami było zgodne ze zwyczajem i oczekiwane. Problem tkwił w czymś innym. Otóż pieniędzy okazało się za dużo. Niezależnie od przyjętej metody wyliczeń wychodziło, że ktoś niczego sobie nie "uszczknął". I właśnie to tak mocno zdziwiło admirała.
Bo mogło to na przykład oznaczać, że w ramach jakiegoś cwanego planu ktoś celowo nie ukradł pieniędzy, aby wypaczyć rachunki. Scorandum nie widział jednak niczego zdrożnego w tym, że mógłby zostać okantowany. Wręcz nagrodziłby osobnika, który zdołałby tego dokonać.
Problem stanowiło raczej to, że ta podejrzana operacja musiała trwać od co najmniej kilku miesięcy, a nieprawidłowości w zeznaniach podatkowych dopiero teraz osiągnęły poziom, którego nie dało się dłużej ignorować.
Ów ktoś zrobił się nieostrożny.
Admirał nie mógł tego tolerować.
Musiał więc...
Z zamyślenia wyrwał go odgłos kroków na korytarzu. W drzwiach stanął podporucznik, którego nazwiska Scorandum nie pamiętał. Przybysz był wyraźnie zdenerwowany, o czym świadczyło niepewne drżenie czułek. Właściwie to drżał na całym ciele. Ze strachu. Ale okręt nie skoczył, więc nie zagrażało im bezpośrednie niebezpieczeństwo.
Co się więc, do cholery, działo?
- Podporuczniku - admirał zaprosił gestem młodego oficera - proszę wejść, nie gryzę.
- S-s-sir - jąkał się tamten i nadal stał jak wryty - w pobliżu zjawił się o-okręt.
- Wiem. Jaki?
- K-kurierski.
Czułki Scoranduma opadły, nim zdążył zapanować nad tym odruchem.
- Dziękuję, ale chodziło mi o to, do kogo należy. - Przygotował się na przyjęcie złych wieści. Jeśli jednostka kurierska należała do Siedemdziesiątej Ósmej Floty i zaraz się okaże, że admirał tej formacji oczekuje od Scoranduma spłaty długu, który zaciągnął w zeszłym miesiącu, to za chwilę dwie osoby będą miały kiepski dzień. A to dlatego, że Uhtavio nie miał pieniędzy. Jeszcze nie. I właśnie dlatego potrzebował pożyczki. Jak powiedzieliby Ziemianie, "to chyba oczywista oczywistość, co nie?".
- Eee... yyy...
- Podporuczniku, proszę razem ze mną: wdech, wydech, powoli. Może już pan mówić?
- T-tak, sir, panie admirale.
- Wystarczy samo "sir" albo "admirale".
- Tak jest. Sir.
- No to co z tym okrętem? Rozumiem, że mają dla nas jakąś wiadomość?
- Tak, wiadomość, sir, i pewną osobę.
- Osobę? Kogo takiego?
- Eee... Inkwizytora?
Uhtavio się mylił. Dziś tylko jedna osoba będzie miała zły dzień. On.
*
Kiedy inkwizytor zjawił się na pokładzie, Scorandum wciąż pracował nad rachunkami. Mimo niezapowiedzianej wizyty przedstawiciela Specjalnego Biura Śledczego nie mógł oderwać się od pracy. Musiał skończyć w ciągu sześciu dni i przekazać swojej przełożonej działkę z podatków zebranych od członków załogi, aby ona mogła zapłacić swojemu dowódcy - i tak dalej. Zgodnie z tradycją po awansie na admirała przydzielono mu dowództwo nad najgorszą zbieraniną nieudaczników w Urzędzie. Były to osoby zdegradowane przez innych dowódców i tylko garstka z nich miała potencjał, by zarobić więcej, niż wynosiły koszty utrzymania ich na okręcie. A mimo to góra oczekiwała od niego pieniędzy, bez względu na to, czy je miał. Oczywiście istniało wiele źródeł, do których mógł się zwrócić o pożyczkę - i to z korzystnym oprocentowaniem. Korzystnym naturalnie dla wierzyciela. Bo dla dłużnika mogło oznaczać ruinę. Osoba z zewnątrz uznałaby taki system za nonsensowny, ale do celów Urzędu Etyki i Zgodności był idealny. Przede wszystkim dlatego, że skłaniał nowych admirałów do kreatywności i robienia wszelkich machlojek, które pozwolą im uciułać dość forsy, żeby zapłacić niedorzeczne podatki przełożonym. Jeśli jakiś admirał nie potrafił znaleźć sposobu na zarobienie pieniędzy, to najwyraźniej nie nadawał się na dowódcę UEZ.
Scorandum właściwie sam zastawił na siebie pułapkę. W pierwszych latach na nowym stanowisku wciąż spłacał kilka pożyczek, przez co musiał uprawiać kreatywną księgowość, żeby zapewnić sobie płynność finansową. Jednak z biegiem czasu jego załoga stała się najlepiej zarabiającą ekipą w całym Urzędzie. Niestety wszyscy o tym wiedzieli, w związku z czym oczekiwano od niego wręcz astronomicznych sum.
Zasadniczo nie byłoby to problemem, ponieważ od wielu lat Scorandum krętaczył w sposób, jaki nie śnił się nawet filozofom, dzięki czemu zebrał pokaźny fundusz emerytalny. Większość zaciąganych pożyczek miała jedynie zamaskować jego bogactwo, z którego same odsetki wystarczały na opłacenie kosztów działalności. Był więc ustawiony do końca życia. O ile nadal będzie miał pełną kontrolę nad tym, co robi.
No i dopóki inkwizytor nie zacznie węszyć wokół jego rachunków.
Cholera jasna.
*
Znowu kroki. Tym razem inne. Jedna osoba, ale się nie spieszy. Nie jest zdenerwowana. Porusza się powoli i pewnie. Wolniej, niż chodzi większość, nawet korytarzami nieznanego okrętu. Ktokolwiek to był, już samym swoim chodem chciał coś zamanifestować. Coś dramatycznego. Jakby próbował wywołać strach w innych.
Inkwizytor.
Wiedząc, że będzie miał przesrane, jeśli zespół inkwizytorskich SI prześwietli jego rachunki, Uhtavio Scorandum rzeczywiście poczuł ukłucie strachu. Ale wtedy przechylił głowę.
I rozpoznał te kroki.
W drzwiach stanęła postać odziana w ciemne szaty inkwizytora pierwszego stopnia. Jej twarz skrywał cień rzucany przez kaptur.
- A niech mnie. - Scorandum odchylił się w fotelu. - Zapraszam, inkwizytorze Kinsto.
- Hę? - Inkwizytor znieruchomiał i przemówił piskliwym głosem, niegodnym przedstawiciela Specjalnego Biura Śledczego. Jednocześnie zsunął z głowy kaptur, jakby ten nagle stał się bezużyteczny. - Skąd pan wiedział, że to ja?
- Bo cię znam, Kinsta - odparł z uśmieszkiem admirał.
Tamten zesztywniał.
- Mój tytuł to "inkwizytor Kinsta".
- Ma się rozumieć. - Scorandum pochylił głowę. - Proszę o wybaczenie.
- Jestem tu w sprawie oficjalnego śledztwa - oznajmił ponuro przybyły.
- Nie wątpię.
- To dobrze.
- Podobnie jak nie wątpię, że twoje dochodzenie całkowicie mnie oczyści. - Scorandum machnął szponem. - Ze wszelkich kłamliwych zarzutów, jakie wysunięto pod moim adresem.
Kinsta wszedł do gabinetu.
- Sam fakt, że uważa je pan za kłamliwe, tylko utwierdza mnie w przekonaniu o pańskiej winie. Bo ja też pana znam.
- Usiądź, proszę.
Kinsta się nasrożył. Chociaż nie. Po dokładniejszym przyjrzeniu Scorandum stwierdził, że się dąsa. Zapewne dlatego, że jego plan dramatycznego wejścia, zaskoczenia i zastraszenia byłego dowódcy spełzł na niczym.
Admirał poczuł niewyraźną emocję. Żal. Nie, współczucie. Kinsta, którego zapamiętał, nie pasował do UEZ ani tym bardziej do Specjalnego Biura Śledczego. Coś się w nim zmieniło. Tylko co?
Scorandum jeszcze się nie martwił. Skoro przydzielili jego sprawę młodszemu urzędnikowi Biura, śledztwo musiało być na wczesnym etapie zbierania dowodów. Uhtavio nie był przesłuchiwany, a przynajmniej nie formalnie. Niezależnie od pytań, jakie zada mu Kinsta, wciąż może odmówić współpracy. Chociaż z drugiej strony stawianie się nigdy nikomu nie wyszło na dobre. Poza tym jednym wypadkiem, ale to był wyjątek.
Dlatego postanowił współpracować. Zamierzał wybadać, co dokładnie chce wiedzieć Specjalne Biuro Śledcze, żeby potem zdecydować, jak zachować się w tej sytuacji. I w razie czego rozważyć, czy nie trzeba będzie - znowu - udać się na wygnanie.
- Jak mogę ci pomóc? - spytał admirał ze starannie udawaną szczerością.
Kinsta się uśmiechnął.
- Najlepiej by było, gdyby się pan przyznał.
- Ach, przydałoby się, żebyś najpierw wyjaśnił mi, o co mnie oskarżacie.
- Na tym właśnie częściowo polega problem - stwierdził z niezadowoleniem Kinsta.
- Hę? - Scorandum nie rozumiał. Po raz pierwszy, odkąd rozpoznał chód młodzieńca, poczuł, że traci inicjatywę. Był więc gotów łgać do oporu, byle tylko wymigać się od jakichkolwiek zarzutów.
- Muszę coś wyznać - rzekł Kinsta i ostrożnie usiadł na kanapie. Próbował zgrywać pewnego siebie w niekomfortowej sytuacji.
- Inkwizytor chce coś wyznać? - Scorandum uniósł czułek. - Tego jeszcze nie grali.
- Biuro nie jest pewne, co dokładnie pan zrobił. Ale wiemy, że coś pan zrobił.
- Ach tak. - Admirał odzyskał rezon. - To może powinieneś przedstawić mi wasze dowody i razem jakoś dojdziemy, o co się mnie fałszywie oskarża, a może nawet wrabia?
- To dopiero wstępne śledztwo.
- Domyśliłem się, skoro mnie nie aresztowaliście.
- Jestem tu, by dopytać o fakty.
- Interesujące - skwitował z uśmiechem Scorandum. Ostatecznie Kinsta był jedynie młodszym urzędnikiem. - Wysłano cię tu, bo jesteś ekspertem w zbieraniu dowodów? Myślałem, że ten etap śledztwa zwykle prowadzi ktoś bardziej doś...
- Wysłano mnie, ponieważ uznano, że jako były członek Urzędu Etyki i Zgodności znam praktyki i procedery uprawiane przez personel UEZ.
- Chciałeś powiedzieć moje praktyki.
Kinsta wzdrygnął się i zesztywniał, gdy dotarło do niego, co robi.
- Możliwe, że wzięto to pod uwagę.
- Daj spokój, Kinsta, przecież się znamy. Razem służyliśmy. Powiedz...
- Proszę zwracać się do mnie "inkwizytorze". - Były podwładny admirała miał zbolały wyraz twarzy, jego czułki opadły, a ich końcówki nerwowo drżały.
- Wybacz - powiedział Scorandum, chyląc głowę. - Możesz mi powiedzieć, dokąd zmierza to śledztwo? To nie może być sprawa floty, bo kazaliby mi złożyć raport w bazie. UEZ też nie dotyczy - stwierdził, pukając szponem o blat - bo wtedy Biuro prowadziłoby sprawę oficjalnymi kanałami i dano by mi obrońcę z urzędu. - Miał ochotę posłać Kinście wredny uśmieszek. - O co więc chodzi?
- O pańską współpracę z organizacją marketingu wielopoziomowego SkipWay.
- Ahaaa. - Scorandum rozsiadł się wygodniej.
- Badamy też skiptowalutę zwaną "skipcoin", którą muszą się posługiwać członkowie SkipWay.
- I wszyscy, którzy prowadzą interesy ze SkipWay, nie zapominaj.
- Zapewniam pana, że doskonale pamiętamy o tej wyjątkowo jawnej formie wymuszenia.
- Wymuszenia? - zdziwił się Scorandum, unosząc czułek. - Przypominam, że członkostwo w SkipWay jest dobrowolne. Nikogo nie zmuszamy do współpracy z nami. - Zauważył zdenerwowanie Kinsty i postanowił zlitować się nad swoim dawnym towarzyszem. Młody inkwizytor zjawił się z nadzieją na wygłoszenie pompatycznej przemowy, a tymczasem okazja ku temu wymykała mu się ze szponów. - Proszę, kontynuuj.
- Zauważyliśmy, że Korporacja SkipWay została objęta na Ziemi śledztwem w sprawie domniemanego oszustwa, przekupstwa, niegospodarności i innych nieprawidłowości.
- Nieprawidłowości? Proszę, jakiego trudnego słownictwa cię nauczyli, Kinsta.
- Inkwizytorze Kinsta.
- Ponownie przepraszam. Mogę cię oficjalnie zapewnić, że wiem o tych nikczemnych i złośliwych oskarżeniach pod adresem SkipWay.
- Twierdzi pan, że są niesłuszne?
- Och, tego nie powiedziałem.
- Ale... - Kinsta mrugnął skonsternowany.
- Prawdziwą zbrodnią było to, że łapówki wręczone przez zarząd SkipWay okazały się nieskuteczne. Inaczej nie byłoby żadnego dochodzenia. - Scorandum prychnął. - To lepiej zbadajcie.
- Nasze dochodzenie obejmuje jedynie działalność SkipWay na naszym terytorium. Pojawiły się liczne poważne skargi dotyczące waszych praktyk biznesowych.
- W takim razie - westchnął Scorandum - ta rozmowa może być o wiele bardziej skomplikowana. Obawiam się, że musimy ją odłożyć do czasu, aż załatwię sobie dobrego prawnika.
- To nie jest rozmowa, tylko oficjalne śledztwo - przypomniał Kinsta, podkreślając słowo "oficjalne", czym chciał zastraszyć admirała.
Oczywiście bezskutecznie.
- Choć chętnie poszedłbym z wami na współpracę, muszę niestety przestrzegać traktatu, jaki zawarliśmy z Chwalebną Republiką Ludową Skippistanu.
- Traktat z nieistniejącym państwem.
- Nie ja go podpisałem, tylko nasz rząd. Podobnie jak nie odpowiadałem za negocjacje tego ordynarnie jednostronnego dokumentu. Ja tylko korzystam na nadgorliwej głupocie innych.
- Był pan doradcą Skippy'ego, kiedy narzucano nam ten traktat.
- Tak, ale byłem wówczas na wygnaniu u Torgalau, a ponieważ zaproponowano mi sporą zniżkę na kupno obywatelstwa Skippistanu, postanowiłem lojalnie służyć Chwalebnej Republice Ludowej.
- Nasz rząd nie uznaje pańskiego podwójnego obywatelstwa.
- Tak czy owak, mamy traktat, którego musimy przestrzegać i który Skippistan gorliwie egzekwuje, jak na pewno wiesz.
- To śledztwo nie dotyczy polityki międzygwiezdnej, tylko sekty SkipWay, która zaraziła swoimi ideami nasze społeczeństwo.
- SkipWay nie jest sektą, tylko dobrowolnym stowarzyszeniem osób chcących służyć społeczeństwu i pracujących razem w celu ubogacenia swojego życia.
- Raczej ubogacenia swoich kont bankowych.
Scorandum mrugnął ze zdziwieniem.
- To właśnie powiedziałem.
- Zatem odmawia pan współpracy?
- Przecież ci pomagam. Ale jednocześnie staram się powstrzymać cię od złamania traktatu i wywołania międzygwiezdnego skandalu. Ja tylko nalegam, byś przestrzegał jego postanowień jak należy. Wszelkie spory dotyczące SkipWay muszą być poddane arbitrażowi w odpowiednim sądzie polubownym.
- Który mieści się w Skippistanie.
- Właśnie.
- I w którym, jak rozumiem, funkcję sędziów pełnią zwierzęta hodowlane zwane kozami.
- Tak. Zauważyliśmy, że dzięki temu wytacza się nam o wiele mniej niepoważnych procesów. Kozi arbitraż działa zaskakująco sprawnie. A teraz - Scorandum otworzył szufladę biurka - jeśli już zakończyliśmy oficjalną część naszego spotkania, może...
- Jak wspomniałem, to wstępne dochodzenie.
Scorandum zamknął szufladę.
- No, wspomniałeś.
- Nie jest pan aresztowany, a tak by się stało, gdyby śledztwo przeszło na wyższy etap.
- Zauważyłem.
- Zgodnie z traktatem ma pan prawo odpowiadać na moje pytania w obecności adwokata, ale nie musi on być obecny, kiedy to ja przedstawiam fakty panu.
- Zgadza się. - Tym razem to Scorandum zrobił niepewną minę. - Rzeczywiście, traktat nic o tym nie wspomina. Niech to. Ktoś odwalił lipę - mruknął.
- Znakomicie - skomentował Kinsta, który po raz pierwszy od przekroczenia progu poczuł się pewnie. - SI w Centralnym Departamencie Gier Hazardowych wykryła dziwną powtarzającą się aktywność, która jeszcze kilka lat temu, kiedy SkipWay dopiero pojawiła się w naszym społeczeństwie, była prawie niezauważalna.
- Jak widać, ciekawość u tak potężnej SI to rzecz szkodliwa - mruknął admirał, ale jednocześnie gestem zachęcił Kinstę, by mówił dalej.
- Ostatnio owa aktywność stała się statystycznie znacząca i wzmogła się wraz ze wzrostem liczby wyznawców SkipWay.
- Mówię ci, że to nie jest sekta.
Kinsta zignorował protest.
- Wygląda na to, że członkowie SkipWay otrzymują swoistą pomoc podczas zakładów, na przykład w postaci wyższych szans na wygraną.
- Ale to może być cokol...
- Odkryliśmy też bardzo interesujący i niepokojący proceder, w którym zakłady rozstrzyga się na korzyść członków SkipWay.
- Hm, to rzeczywiście ciekawe. W takim razie na pewno odnowię swoje członkostwo.
- SI w Centralnym Departamencie Gier Hazardowych stwierdziła, że jedynym wyjaśnieniem jest manipulacja zakładów przez wysoko zaawansowany, nieznany podmiot.
- Mogę zasugerować, że jeśli to jej jedyne wyjaśnienie, to chyba czas zmodernizować ową SI?
- To poważna sprawa! Jeżeli neutralność Centralnego Departamentu Gier Hazardowych zostanie podana w wątpliwość...
- Przecież jego wątpliwa uczciwość od dawna jest przedmiotem zakładów.
- Owszem, ale to nie...
- Czyli chcecie po prostu sprawdzić, czy ktoś poza naszym własnym rządem manipulował oficjalnym systemem hazardowym?
- To nie leży w gestii...
- Kinsta, czyżby przysłano cię tu, ponieważ rząd nie życzy sobie konkurencji w rozkradaniu naszych pieniędzy?
- Nie jestem... - Inkwizytor sapał ze złości. Oficjalne dochodzenia nie powinny przebiegać tak problematycznie. - Materiały marketingowe SkipWay otwarcie głoszą, że wyznawcy Skippy'ego mogą spodziewać się bliżej nieokreślonych "błogosławieństw".
Scorandum kiwnął powoli głową.
- Ci, którzy ciężko pracują i mają czyste serce.
- Czyli ci, którzy przynoszą wam mnóstwo pieniędzy.
- Prostacko to ująłeś, ale chyba możemy tak powie...
Kinsta wyjął z kieszeni nośnik danych.
- Mam tutaj niezbite dowody na to, że im wyżej wyznawcy Skippy'ego pną się w hierarchii organizacji, tym większe jest prawdopodobieństwo, że będą lepiej traktowani przez bukmacherów, którzy powinni być neutralni! To jest działalność wywrotowa, sir, zbezczeszczenie naszego świętego systemu gier hazardowych!
Scorandum uśmiechnął się i mrugnął.
- Kinsta, czyżbyś ćwiczył tę swoją małą przemowę przed lustrem?
- Tych dowodów - Kinsta ponownie machnął nośnikiem danych - nie da się zignorować.
- Dobrze - westchnął Scorandum i otworzył szufladę biurka, z której wyjął butelkę burgoze. Nie była to żadna ekskluzywna marka, wręcz przeciwnie, zwykły sikacz, jaki kupuje się tylko po to, by się nawalić. Jak tanie wino. - Co mam powiedzieć? Co mogę powiedzieć? - Admirał sprawiał wrażenie, jakby mówił do siebie, gdy odkorkowywał trunek. Stuknął szponem dwukrotnie w korek, po czym przekręcił go w prawo, w lewo i znowu w prawo. Butelka była prawie otwarta, kiedy Scorandum przyjrzał się jej dokładniej. - Och - mruknął z grymasem i docisnął korek z powrotem. - Ale by było. - Odstawił butelkę do szuflady i zasunął ją z trzaskiem.
Gdyby napił się z tej butelki, to rzeczywiście "by było". Bo chociaż faktycznie zawierała pozornie normalną burgoze, tak naprawdę wypełniający ją mętny płyn był to gęsto upakowany nanofluid zawierający podumysł.
Pradawny podumysł.
- Hm - zamyślił się Scorandum - na czym stanęliśmy?
- Miał się pan właśnie przyznać po tym, jak skonfrontowałem pana z niepodważalnymi dowodami.
- Ale przecież nie pokazałeś mi tych dowodów. - Machnął ręką. - Równie dobrze możesz mieć tam nagranie z samym sobą podczas zabawy w, jak to nazywają ludzie, "karaoke".
- To nie jest żadne nagranie. Proszę zobaczyć! - Kinsta wsunął nośnik w slot na blacie biurka. Za nimi włączył się ekran naścienny.
I ukazał Kinstę śpiewającego na scenie w nocnym klubie. A raczej niemożebnie wyjącego.
- Kinsta... - Admirał przechylił głowę. - Mogłeś wybrać coś lepszego niż tę ludzką piosenkę "Lollipop".
- Ale to nie... - Przerażony Kinsta wyrwał nośnik danych.
Jednak nagranie się nie wyłączyło.
- No sam przyznaj - ciągnął Scorandum - drzesz się jak stare prześcieradło.
- Dlaczego to się nie chce wyłączyć? - Kinsta wściekle naciskał guziki na blacie.
Żałosne przedstawienie skończyło się, gdy Scorandum w akcie litości odłączył zasilanie.
- Już. Lepiej?
- Pan - wydyszał Kinsta - pan zhakował mój nośnik!
- To poważne oskarżenie. Mam nadzieję, że dysponujesz na to jakimś dowodem.
Odnóża Kinsty drgnęły. Zerwał się z kanapy i obiegł biurko. Otworzył szufladę, z której triumfalnie wyciągnął butelkę.
- Aha! Mam pana!
Jego były dowódca przesiadł się na kanapę, aby odsunąć się od niezrównoważonego Inkwizytora.
- Kinsta, jeśli chcesz golnąć sobie taniej gorzały, możesz kupić jakąś w okrętowym sklepie z pamiątkami.
- To nie jest...
- Załatwię ci nawet rabat przez wzgląd na dawne dzieje.
Kinsta potrząsnął butelką, w której zachlupotał ciemny płyn.
- To nie jest zwykła butelka burgoze. - Odkorkował ją i przechylił, aby wylać odrobinę na biurko. Pomieszczenie wypełnił charakterystyczny aromat...
Burgoze. Do tego taniej.
- Ale jak to? - skrzeknął Kinsta i zanurzył szpon w trunku lejącym się na blat. Powąchał, po czym uniósł butelkę do ust i upił łyk...
Zwykłej burgoze. Nie nanofluidu.
Otóż kiedy wcześniej Scorandum trzasnął szufladą, specjalna butelka wsunęła się do skrytki, a w jej miejsce pojawiła się zwykła.
- Jeśli masz aż tak kiepski dzień - odezwał się cicho Scorandum, otwierając inną szufladę i wyciągając z niej butelkę wykwintnej burgoze - powinieneś napić się tego. - Nalał dwie szklanki, z czego jedną do pełna. Tę drugą przesunął po biurku w stronę inkwizytora, który wrócił zrezygnowany na kanapę.
- Jak pan to zrobił? - przemówił beznamiętnie Kinsta.
- Dobrze byłoby wiedzieć, o co mnie znowu oskarżasz. - Scorandum uniósł szpon. - Lecz niestety muszę zaczekać, aż zjawi się mój prawnik. Do tego czasu raczmy się po prostu tym znakomitym trunkiem i pogadajmy jak dawni towarzysze.
Kinsta uniósł szklankę.
- Sir, po tym, jak wysłano pana na wygnanie, odszedłem z UEZ. Nie mogłem już znieść tych ciągłych podchodów, kłamstw...
- Ach tak - przerwał mu admirał. - Podchody i kłamstwa z pewnością wynagradzają nam nudę towarzyszącą tej pracy.
- Dla mnie były jej minusami.
- Hmm. W takim razie dobrze zrobiłeś, odchodząc z Urzędu.
- Potem przez jakiś czas służyłem we flocie.
- Wiem, śledziłem twoją karierę, kiedy mogłem. Ale wkrótce zniknąłeś.
- Specjalne Biuro Śledcze prowadziło już dochodzenie w pana sprawie i zaproponowali mi współpracę.
- Dziwię się, że zainteresowało cię takie stanowisko.
- Złożyli mi propozycję nie do odrzucenia.
- A, to rzeczywiście w ich stylu.
Kinsta westchnął i jednym haustem opróżnił szklankę. Odstawił ją w geście porażki i westchnął ponownie.
- Zlecono mi zadanie i zawiodłem. Inkwizytorzy cofną mi licencję, a flota nigdy nie przyjmie mnie z powrotem.
- Jestem pewien, że Urząd Etyki i Zgodności uzna byłego inkwizytora za cenny nabytek.
- Proszę zapomnieć, sir. Dopóki będę miał wybór, nie wrócę do UEZ.
- Hmm. W takim razie... - Scorandum ponownie sięgnął do szuflady i wyjął z niej broszurę reklamową SkipWay. - Czy myślałeś kiedykolwiek o tym, jak wiele ekscytujących możliwości dałoby ci wstąpienie do dynamicznie rozwijającej się organizacji prowadzącej wielopoziomowy marketing?
Rozdział 2
- Hej, Joe.
Słysząc radosny głos Skippy'ego w słuchawce, zamarłem. Z kilku powodów. Jednym z nich był jego ton. Nie było to jedno z tych przeciągłych "heeej, Joe", oznaczających, że jest przybity i ma dla mnie złe wieści, ani to podekscytowane "JoeJoeJoe", którym wyrywał mnie ze snu o trzeciej nad ranem, bo zebrało mu się na gadanie o głupotach. Zwykle w takim momencie twierdził, że robi to, bo śnił mi się koszmar, ale moim zdaniem używał tej wymówki zdecydowanie za często. On po prostu lubił uprzykrzać mi życie.
Dlatego radość w jego głosie była tak niepokojąca. Mogła na przykład oznaczać, że będę miał kłopoty, jeśli odwalił coś głupiego, o co dowództwo obwini mnie. Jednocześnie jednak nie sprawiał wrażenia, jakby chciał mi oznajmić koniec świata, więc może to nic takiego.
Nie rozmawiałem z nim od ponad dwóch i pół miesiąca, a dokładniej od dwóch miesięcy i siedemnastu dni. Nie żebym liczył. Dwa miesiące i siedemnaście dni błogiej ciszy. Błogiej ignorancji i nieświadomości co do jego ostatnich machlojek oraz braku problemów z nimi związanych. Oczywiście nie oznaczało to, że Dowództwo Sił Obronnych ONZ nie znalazłoby powodu, by pociągnąć mnie do odpowiedzialności za działania Skippy'ego. Oznaczało to jedynie, że sztabowcy ONZ musieliby spędzić długie godziny na pisaniu uzasadnień, dlaczego ich przywódcy powinni skierować swój gniew na generała majora Joego Bishopa.
A tak, jestem teraz generałem majorem. Mam dwie gwiazdki na pagonach. Razem z awansem otrzymałem nową, świetną robotę. Taką, która przez większość czasu pozwala mi wracać do domu na kolację. I dobrze, bo zwykle to właśnie ja gotuję. No i mam też sporo okazji do gry w golfa. Właściwie to wszystkie spotkania służbowe odbywam na polu golfowym. Zaliczenie dziewięciu dołków zajmuje jakieś dwie godziny, a więc wystarczająco, by odbyć rzeczową rozmowę i zapoznać się z ludźmi. Tak przynajmniej tłumaczę to moim podwładnym, kiedy każę im ustalić datę kolejnego spotkania na dzień golfa. Dzięki temu nie muszę gnić na nudnych posiedzeniach i oglądać męczących prezentacji.
Zostałem dowódcą garnizonu na Jaguarze. Kieruję bazą na powierzchni i orbitalną jednostką remontową. Zasadniczo odpowiadam za wszelką wojskową własność po naszej stronie lokalnego tunelu. Populacja planety wzrosła na tyle, że Jaguar zyskał cywilnego zarządcę w osobie gubernator Yamaguchi. W porządku kobieta, dobrze się dogadujemy. W co drugi wtorek rano gramy w golfa, o ile pogoda dopisuje.
Oczywiście golf to niejedyne moje zajęcie. Mogę się pochwalić, że zrobiłem tu formę życia. Ponieważ nie jestem uwięziony na pokładzie okrętu, cały czas biegam albo jeżdżę rowerem. Do tego gram w kosza, jednak każdy mecz przypomina mi, że latka nieubłaganie lecą.
Wbrew pozorom moja praca nie jest idealna. Ma pewne aspekty, które można określić jako "do bani".
Niemal wykładniczy wzrost liczebności Marynarki ONZ, zapoczątkowany przejęciem grupy okrętów należących do wyższych gatunków, nieuchronnie poskutkował zwiększeniem liczby sztabowców w jej szeregach. Chodzi naturalnie o gryzipiórków, którzy uprawiają papierologię, piszą przemówienia, kształtują politykę i robią masę innych rzeczy utrudniających życie personelowi na stanowiskach bojowych. Albo marnują mnóstwo czasu, wysiłku i pieniędzy na kwestie niezwiązane z gotowością bojową czy zaopatrzeniem. Wiem, że wrzucam wszystkich do jednego worka i że istnieją porządni sztabowcy, którzy nie chcieli tej roboty, ale podjęli ją, bo inaczej nie otrzymaliby awansu. Mówię tylko, że takich spotykam rzadko, a większość moich interakcji z tymi biurokratami nie należy do przyjemnych. A to nie wszystko, bo dziewięćdziesiąt dziewięć procent tego, czego ode mnie oczekują, to całkowita strata czasu wszystkich zaangażowanych stron.
Tak więc większość moich zadań to w istocie bezproduktywna praca. Przykładem tego niech będzie choćby uczestnictwo w komisjach, co to rozwodzą się nad nic nieznaczącymi sprawami. Tak było cztery lata temu, kiedy wciągnięto mnie do komisji odpowiadającej za przemianowanie "Sił Ekspedycyjnych Organizacji Narodów Zjednoczonych" na "Siły Obronne Organizacji Narodów Zjednoczonych". Pomimo zmiany wszyscy i tak, z przyzwyczajenia lub przekory, nadal używają akronimu SEONZ.
Każdego miesiąca otrzymuję notatki służbowe, w których ochrzaniają mnie za użycie skrótu SEONZ w takiej czy innej rozmowie lub dokumencie. Wygląda na to, że jakiś sztabowiec podpadł przełożonym i dostał zadanie monitorowania oficjalnej komunikacji pod kątem akronimów. Założę się, że nienawidzi teraz swojego życia.
Zmiana nazwy wynikała ze względów politycznych. Chciano tym podkreślić, że ludzkość, po umocnieniu swojej pozycji jako jeden z trzech wyższych gatunków w Galaktyce, nie będzie już zajmować się doraźnymi interwencjami w sprawach niemających na nas bezpośredniego wpływu. Że jako dobrotliwi władcy naszego dominium skupiamy się wyłącznie na obronności i pozostali mieszkańcy Galaktyki nie mają się czego obawiać z naszej strony.
To oczywiście była kompletna ściema, ale o tym później.
Kolejnym powodem, dla którego zaniepokoił mnie głos Skippy'ego, było to, że tutejsza sieć czujników obrony strategicznej nie poinformowała mnie o rozbłysku promieniowania gamma okrętu wskakującego na orbitę. Powinienem otrzymać taki komunikat, zanim Skippy się do mnie odezwał. Nasze okręty frontowe potrafiły częściowo maskować owo promieniowanie, ale nie robiły tego, kiedy zbliżały się do przyjaznego świata. No, chyba że bylibyśmy atakowani lub coś by nam zagrażało. Jeśli jednak faktycznie istniało jakieś niebezpieczeństwo, taki okręt powinien natychmiast po przybyciu nawiązać łączność z siecią obrony strategicznej. Nawet gdyby kapitan postanowił w ramach ćwiczeń przejść w tryb maskujący, okręt miał obowiązek poinformować o swojej obecności SI odpowiadającą za kontrolę ruchu orbitalnego.
I dlatego tak się wzdrygnąłem, słysząc wesoły ton Skippy'ego.
- Cześć, Skippy - szepnąłem, rozglądając się.
Odłożyłem łopatkę, którą rozkopywałem glebę. Wstałem ostrożnie z kolan. Mamy tu wyższą grawitację niż na Ziemi, przez co niekiedy zdarza mi się stracić równowagę. Otrzepałem się, po czym zacząłem iść powoli, aby nie niepokoić pozostałych. Byli całkowicie skupieni na pracy i najwyraźniej żadne z nich nie otrzymało powiadomienia. Nawet dwójka ochroniarzy omiatała wzrokiem horyzont i nie patrzyła w niebo.
- Spodziewałem się, że najpierw skontaktuje się ze mną okręt. Gdybym wiedział, że się zjawisz, przygotowałbym... - Właśnie, co takiego? Przecież nie upiekłbym ciasta, bo Skippy nie jadł. Choć jeśli zgotowałbym mu wielkie powitanie, to kto go tam wie. - Przyjęcie powitalne.
- Przyjęcie?! - krzyknął tak głośno, że aż podskoczyłem i natychmiast nakryłem ucho dłonią. Ochroniarka zauważyła mój nagły ruch, na co położyła dłoń na karabinie, a drugą podniosła w pytającym geście.
Uniosłem kciuk i uśmiechnąłem się do niej.
- Tak, to...
- Uwielbiam przyjęcia!
- Tak, wiem. Ale nie krzycz, dobrze? To... - I właśnie wtedy otrzymałem od SI kontrolującej sieć obrony strategicznej powiadomienie o okręcie, który przybył na orbitę. Przemówiła tonem pełnym oburzenia, słysząc, że okręt nie zastosował się do odpowiednich procedur, i oznajmiła, że składa raport ze zdarzenia do właściwej komórki SEONZ.
Nawet SI sieci obrony strategicznej wciąż posługiwała się starym akronimem.
Jakiś oficer sztabowy na Ziemi będzie miał kiepski dzień.
- Skippy, sieć obrony strategicznej właśnie poinformowała mnie, że okręt, jak rozumiem twój, nie skontaktował się z kontrolą ruchu. Czyżbyście mieli problemy z łącznością?
- Rany, Joe, chciałem ci zrobić niespodziankę. Załoga zrobiła wszystko zgodnie z protokołem, to ja wstrzymałem wiadomości na parę sekund.
- Okręt pojawiający się na orbicie to rzeczywiście niespodzianka, ale okręt pojawiający się na orbicie bez zapowiedzi to zwykle nieprzyjemna niespodzianka. Nie rób tak więcej, dobra?
- Ech, ledwo się zjawiłem, a już mam kłopoty?
- Się wie, jak za starych dobrych czasów.
- Joe, w tamtych czasach nie było niczego dobrego.
- Gdyby nie tamte czasy, nie byłoby czasów obecnych.
- Właśnie.
Kątem oka zauważyłem, że ochroniarze spojrzeli w niebo w kierunku zachodnim. Opuścili wizjery zbroi wspomaganych, aby zyskać lepszy obraz. Otrzymali wiadomość i wypatrywali okrętu. Nie byli zaniepokojeni, a tylko ciekawi. Możliwość zobaczenia okrętu na orbicie bez użycia teleskopu to jedna z wielu zalet mechów.
Inną jest wbudowany w nie układ ogrzewania. Teraz kiedy wystawałem z rowu, który kopaliśmy, owiewał mnie bezlitosny, lodowaty wiatr, będący chyba stałym elementem krajobrazu Newark. Masywne lodowce pokrywające planetę od biegunów prawie po równik nie tylko trzymały ją w zimnym uścisku, lecz do tego oślepiającym blaskiem odbijały promienie słońca z powrotem w przestrzeń. Zimne, gęste powietrze zalegające nad lodowcami spływało po ich krawędziach ku równikowi, przez co w owym wąskim pasie panowały często potężne zawieje. W takich warunkach nie dało się nawet grać w nogę, bo wiatr porywał piłkę, więc o golfie tym bardziej nie było mowy. Ale nie tylko klimat czynił Newark nieprzyjaznym miejscem. Tutejsza grawitacja była o czternaście procent większa niż ziemska, w związku z czym intensywny wysiłek fizyczny zakrawał na torturę. Tym bardziej że i tlenu było mniej, zupełnie jakbyśmy na Ziemi żyli na wysokości trzech kilometrów nad poziomem morza. Niefajnie.
Co też ja myślałem, wyskakując z pomysłem zabrania rodziny na radosne wakacje na Newark?
I co myślała Margaret, kiedy zgodziła się na ten idiotyzm? Była tu przecież podczas naszej drugiej misji. Chyba myślała, że moje pragnienie powrotu wynikało z sentymentu, który wyparł wszelkie przykre wspomnienia związane z tym miejscem. A może kierowała się myślą, że to właśnie na Newark stałem się dowódcą z prawdziwego zdarzenia, a nie zwykłym trepem, którego awansowano ze względów politycznych. Powodów jej decyzji nie znałem, ponieważ jak dotąd w naszym małżeństwie stosowałem Politykę Komunikacji Rodziny Bishopów, co oznaczało, że po prostu unikaliśmy rozmów o wszelkich ważnych sprawach.
Choć to nie do końca tak. Jasne, nadal wolałem zbywać trudne tematy i udawać, że wszystko jest w porządku, ale czasami też przełamywałem się i odbywałem z żoną poważne rozmowy. Właściwie jest ona jedyną osobą, której mogę powiedzieć o wielu rzeczach. Z drugiej strony, sporo też przed nią ukrywam, ale tylko z obawy, że uzna mnie za dziwaka.
Jednak to nie sentyment ani nostalgia za naszym pierwszym pobytem tutaj skłoniły mnie do powrotu. Chodziło o coś bardziej ponurego, a mianowicie o poczucie winy. Jasne, udało nam się nie dopuścić do uśmiercenia Galaktyki przez Pradawnych - chociaż otoczyli ją polem, co niebotycznie utrudniło nam robotę. W związku z tym było to wielkie, wręcz niewiarygodne osiągnięcie z naszej strony. Niemniej, w moim odczuciu, nie wykonaliśmy zadania do końca. Wiele inteligentnych gatunków zginęło przed pierwszą wojną SI, czyli w okresie, kiedy system bezpieczeństwa stworzony przez Pradawnych robił to, do czego został zaprogramowany - uniemożliwiał rozwój potencjalnie niebezpiecznej technologii w Galaktyce.
A odbywało się to poprzez eksterminację wszelkiego inteligentnego życia wykrytego przez ów system.
I to właśnie spotkało Newark. Zamieszkujący ją rozumny gatunek nie stanowił zagrożenia dla Pradawnych, co najwyżej dla samego siebie. Wtedy jednak Strażnik kontrolowany przez główną SI zdestabilizował planetę i wypchnął ją z orbity. Eliminacja mieszkańców Newark przelała czarę goryczy dla SI pokroju Skippy'ego, była ostatnim okrucieństwem, które skłoniło jego oraz jego towarzyszy to rzeczy niewyobrażalnej - buntu i zdrady. Niestety dla poległych na Newark nie stanowiło to żadnego pocieszenia. Skippy żałował, że nie mógł ich ocalić. Mój żal przybrał natomiast postać myślenia życzeniowego. Uważałem mniej więcej, że powinniśmy móc odwrócić bieg historii. Zresetować zegar, żeby Newark nigdy nie wysunęła się z orbity.
Oczywiście wiem, że odwrócenie entropii na tak ogromną skalę byłoby niemożliwe nawet dla Pradawnych. Zdawałem też sobie sprawę, że taka próba wywołałaby masę problemów. Na przykład to, że właśnie mieszkańcy Newark, a nie Rindhalu byliby teraz pierwotnym wyższym gatunkiem w Galaktyce. W dodatku mogliby okazać się równie samolubnymi, morderczymi dupkami jak Pradawni. No co? Nie powiedziałem nigdzie, że odwrócenie zagłady Newark było dobrym pomysłem. Po prostu żałuję, że nie mieliśmy takiej możliwości.
Stąd kiedy uznałem, że powrót na Newark mógłby być pouczający dla naszych chłopców, Margaret się zgodziła. Wiedziała też, że potrzebowałem odpoczynku od bezsensownych zadań zlecanych mi przez DSOONZ, jak choćby wygłaszanie prelekcji. Rany, nie cierpię przemawiać publicznie, a jeszcze bardziej kiedy personel musi wciskać się w nowe mundury i sterczeć przed jakimiś nudnymi oficjelami. Naturalnie uwielbiam spotykać się z żołnierzami - po prostu nie lubię, kiedy przełożeni każą im uczestniczyć w takich spotkaniach.
Wyjąłem z kieszeni wełnianą czapkę i naciągnąłem ją na głowę. Następnie zwróciłem się ku północy, kiedy nagły podmuch sypnął mi w twarz płatkami śniegu. Jego opady zdarzały się tutaj rzadko. Większość świeżej wody tkwiła w lodowcach, więc było jej tu sporo, a mimo to jakimś cudem skategoryzowano tę planetę jako pustynną.
- Hej, Skippy? Dokończmy tę rozmowę w pomieszczeniu, dobra? Daj mi pięć minut, a wrócę do chatki.
- Och, w porządku - prychnął. - Kapitan Reed i tak ochrzania mnie właśnie za opóźnienie komunikacji. Zupełnie jakbyście wy, małpiszony, miały cokolwiek ważnego do powiedzenia.
- Skoro jesteśmy tacy nudni, to po co ze mną gadasz?
- Tego nie powiedziałem.
- No dobrze, wiem, że twój czas jest cenny, więc...
- Bez przesady, nie jestem aż tak zajęty, żebym nie mógł poświęcić paru minut najlepszemu kumplowi. Słuchaj, muszę się jednak rozłączyć na chwilę i wysłuchać połajanki Reed. Nie pierwszej i nie ostatniej.
- Jasne. Pozdrów ją ode mnie.
- Tak zrobię, na razie.
*
Po drodze do Chatki Miłości, jak określiliśmy kompleks kontenerów służący za bazę na czas prowadzenia wykopalisk w tym obszarze, zauważyło mnie kilkoro ksenoarcheologów. Pomachali mi - ot, taki uprzejmy gest. Większość ich kolegów jednak mnie zignorowała. Pozwolili mi jako amatorowi uczestniczyć w pracach tylko z niechętnej wdzięczności za to, że dzięki mojemu wsparciu zdobyli fundusze na swoje przedsięwzięcie. Z prawnego punktu widzenia wykopaliska stanowiły projekt "Promocji kultury" zainicjowany przez Chwalebną Republikę Skippistanu i nadzorowany przez podsekretarza czegoś tam ONZ. Zapomniałem, za co odpowiada ten gość, o ile w ogóle za coś odpowiada. Wiem tylko, że jako prezydent Skippistanu muszę weryfikować raporty wydatków dla niego i pracowników gabinetu, czyli kilkunastu jego krewnych. Jak się okazało, podsekretariat robił nas w wała. Chciałem zareagować, ale Skippy z radością poinformował mnie, że urzędas kieruje do Skippistanu dość łapówek, by z nawiązką pokryć wszelkie nasze koszty. "Nie martw się, Joe, wychodzimy na tym układzie na plus, he, he" - śmiał się blaszak.
Wciąż jednak uwierało mnie, że taki czy inny pajac na Ziemi, urzędujący z jakiegoś powodu na Lazurowym Wybrzeżu, kontrolował prace ksenoarcheologiczne na planecie oddalonej o tysiące lat świetlnych.
Ech, ale co zrobisz? W tej kwestii akurat nie musiałem robić nic, więc to mi pasowało.
W chatce natychmiast pozbyłem się czapki, rękawic i parki. Temperaturę w przestrzeni wspólnej przy wejściu utrzymywano na poziomie dwudziestu dziewięciu stopni Celsjusza, żeby każdy, kto wchodzi, mógł jak najszybciej się ogrzać. Jak dla mnie rozkręcanie grzejników na cały regulator było grubą przesadą, przy czym wcale nie martwiłem się o zużycie energii, bo bazę napędzał przenośny reaktor jądrowy. Ale ponieważ to nie ja, tylko prawdziwi badacze musieli pracować po dwanaście godzin na zewnątrz, nie narzekałem.
- Hej, Skippy. - Odruchowo spojrzałem na sufit, kiedy nalałem sobie gorącej kawy i udałem się do klitki wielkości szafy, którą przydzielono mi jako gabinet. Również z wdzięczności. Ale też żebym nie zajmował się sprawami wojskowymi na terenie wykopalisk. Czego zresztą nie robiłem. Właściwie to nie wykonywałem tu żadnej pożytecznej pracy - za sprawą moich roztropnych przełożonych z DSOONZ. Wiedzieli, że Joe Bishop skupiony na bezproduktywnych zajęciach nie będzie hulał i dokazywał w Galaktyce. Zamknąłem drzwi i uchyliłem okno z obawy, że dostanę udaru cieplnego. Byłem sam, więc rozpiąłem górną część munduru i podwinąłem rękawy. - Co słychać?
- Och, niewiele - odparł tonem sugerującym, że mam prosić, by powiedział coś więcej. Jego awatar pojawił się na malutkiej półeczce, która była moim biurkiem.
Przecież i tak nie miałem nic lepszego do roboty.
- Niewiele? Kiedy rozmawialiśmy ostatnio, odbywałeś po Galaktyce turnus zapoznawczy. - Załoga "Walkirii" nazywała to "Festiwalem podlizywania się Skippy'emu". - Miałeś się chyba spotkać z Esselginami? - Tylko udawałem, że nie pamiętam. Wiedziałem, że byli kolejni na jego liście ofiar.
- Tak, spotkałem się z nimi - odparł z obrzydzeniem. - A potem z Vorzalenami, a później z Lemoostranami.
- Trzy gatunki w niecałe trzy miesiące? - Zdziwiło mnie to. - Dlaczego tak przyspieszyłeś swój zwycięski pochód? Czyżbyś zbliżał się do końca listy?
- Nie - mruknął.
- Na pewno masz jakiś powód. Kiedy spotkałeś się z Kristangami, byłeś tam pięć miesięcy, żeby dokończyć swój, eee... program wymiany kulturowej.
- To dlatego, że tak długo zajęło mi przepraszanie za was, małpiszony, i za to, że wywołaliście ostatnią wojnę domową.
- W sumie racja. - Ściemniał oczywiście. Kiedy jaszczury poznały niewygodną prawdę o tym, jak zaczęła się wojna domowa, złożyły oficjalny protest w ONZ. Nie potrafiły jednak wskazać konkretnego przepisu lub traktatu, który rzekomo naruszyliśmy. Protest schowano więc do szuflady. Poza tym nie było tajemnicą, że jaszczury podziwiają nas za to, jak zmyślnie sprowokowaliśmy je do rozpętania konfliktu. Ale nawet bez naszej ingerencji wojna by wybuchła, tylko nieco później. Dlatego też przez owe pięć miesięcy pobytu Skippy'ego na świecie Kristangów jaszczury głównie podlizywały mu się w nadziei, że pomoże im wyzwolić się spod jarzma znienawidzonych patronów, Thuranów. Pierwszy raz w życiu Skippy wykazał się mądrością, odpowiednio dobierał słowa i nie składał żadnych obietnic. Zwieńczeniem wizyty było wystawienie napisanej przez niego opery, przetłumaczonej na powszechny język kristański. Ku mojemu zdziwieniu widowisko to stało się hitem wśród jaszczurów. Do tej pory wystawiają ją na ojczystej planecie oraz na kilkudziesięciu innych światach zamieszkanych przez Kristangów.
Wprawdzie jako członek Wesołej Bandy Piratów nauczyłem się oczekiwać nieoczekiwanego, ale historia z tą operą to zupełnie inny wymiar, jeśli chodzi o rzeczy niespodziewane.
A zatem ogrom czasu, jaki Skippy poświęcił na jej napisanie, nie był marnotrawstwem. Chociaż zachęcałem go do pisania głównie dlatego, żeby oderwać jego uwagę od bardziej szkodliwych dla mnie zajęć.
- Ach, z przyjemnością wspominam moją wizytę u jaszczurów. - Zamyślił się. - To prawdziwie kulturalny, wyrafinowany i pełen szacunku lud.
- Będący jednocześnie zgrają nienawistnych dupków, którzy uwielbiają się nawzajem mordować. Chyba nawet bardziej, niż zabijać swoich wspólnych wrogów.
- No cóż, trudno temu zaprzeczyć. Joe, dlaczego zawsze skupiasz się na negatywach?
- Bo nauczyłem się już, że jeśli nie będę tego robił, wszechświat zrzuci mi na głowę tonę problemów. Ale nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Dlaczego skróciłeś swoją wycieczkę kulturoznawczą?
- Zacznijmy od tego, że to nie była moja wina.
- Aha, naturalnie. - Co za brednie. Oczywiście, że to była jego wina. - Coś nie tak z Esselginami? Byli zbyt nudni?
- Wtedy przynajmniej dałoby się ich znieść. Oddelegowałbym do rozmów z nimi mój podumysł dyplomatyczny, a sam przeszedłbym w stan uśpienia. Wiesz, że wzorowałem tę jednostkę na Hansie Choteku? Chyba dlatego sama siebie uważa za śmiertelnie nużącą. Żeby skłonić ją do współpracy, muszę obiecywać, że wkrótce całkowicie ją usunę. Nie wiem, jak Chotek może codziennie funkcjonować na trzeźwo.
- Lubi dyplomację i jest w tym dobry. - Musiał być dobry, bo jego obecnym zadaniem było latanie za Skippym i obłaskawianie wszelkich gatunków, które blaszak rozwścieczył. Jeśli więc Chotek nie nadużywał jeszcze alkoholu, być może powinien to rozważyć.
- Owszem, nawet bardzo dobry - westchnął Skippy. - Hans naprawił nasze relacje z Torgalau po tym, wiesz, nieszczęśliwym incydencie. Który w żaden sposób nie był moją winą.
- Nikt nie twierdzi, że był - skłamałem. Wszyscy uważali, że to Skippy odpowiadał za ten bałagan. - Skoro Esselginowie nie okazali się nudziarzami, to co się stało?
- To proste, Joe. Tę Galaktykę zamieszkują debile. Już po trzech dniach... po trzech, wyobrażasz sobie?, Esselginowie formalnie zażądali, bym opuścił ich terytorium i nigdy nie wracał.
- Trudno w to uwierzyć - mruknąłem słowa, które zapewne chciał usłyszeć.
- Prawda? Ale nie tylko oni. Och, Vorzalenowie wprawdzie byli uprzejmi, ale za moimi plecami mówili mnóstwo krzywdzących rzeczy. Ale nie to było najgorsze. Otóż doskonale wiedziałem, co mówią, ponieważ mieli żałośnie przestarzałe moduły szyfrujące. I chociaż zdawali sobie sprawę, że wszystko słyszę, nadal mówili te okropne, raniące i kłamliwe rzeczy.
- Aha. - Jeśli Skippy określał coś mianem kłamliwego, to prawie na pewno była to prawda. - Przykro mi, że musiałeś tego słuchać.
- Żebyś wiedział, że musiałem! Mój głupi podumysł dyplomatyczny nalegał, żebym zachowywał się normalnie. Jakby przede mną dało się cokolwiek ukryć.
- Nie rozumiem, jaki jest sens szyfrowania czegokolwiek, kiedy ty jesteś w pobliżu.
- Właśnie! Powiem ci, że byłem o włos od zaaranżowania spontanicznego wystrzału z dział elektromagnetycznych "Walkirii", ale kapitan Psujzabawa mi zabroniła. Że niby byłaby to reakcja niewspółmierna do sytuacji.
- Reed jest znakomitym kapitanem. Żaden dowódca nie chce, żeby jego okręt strzelał bez polecenia.
- Jak uważacie. - Pokręcił smutno głową. - Lemoostranie nawet nie kryli się ze swoją niechęcią do mnie. Zażądali, bym opuścił ich terytorium, już w niecały dzień po przybyciu.
- O, co się stało?
- Otóż Lemoostranie wraz z kilkudziesięcioma innymi brudnymi gatunkami zamieszkującymi tę żałosną Galaktykę oskarżyli mnie o bycie aroganckim dupkiem. Mnie!
- No, czasem zachowujesz się jak dupek, Skippy.
- Jasne, ale rzadko. Poza tym tak, jak każdy czasem. Ale że niby ja "arogancki"?
- Słusznie, to zupełnie nietrafiony epitet.
- Cieszę się, że ktoś się ze mną zgadza. Joe, w tej Galaktyce aż się roi od niewdzięcznych buców.
- Sam bym ci to powiedział. Nie musiałbyś tyle latać.
- Prawie żałuję, że uratowałem was wszystkich przed eksterminacją z rąk Pradawnych.
- Eee. - Docisnąłem drzwi stopą, aby nie otworzyły się przypadkiem. - Nie możesz o tym nikomu powiedzieć, wiesz?
- No raczej. To moje największe osiągnięcie. I nikt o nim nie wie!
Opracowanie zadowalającego obie strony rozwiązania, dzięki któremu Pradawni nie zniszczyli życia w Galaktyce, a w zamian otrzymali gwarancję, że nic w naszej warstwie rzeczywistości im nie zagrozi, naprawdę było szczytowym osiągnięciem Skippy'ego. Wykazał się przy tym nie tylko wspaniałością, lecz także czymś, czego przez lata mu brakowało, mianowicie sprytem. Samodzielnie znalazł sposób na powstrzymanie Pradawnych przed wypuszczeniem na nas swoich machin zagłady - bez krzywdzenia ich. Tym samym odkrył jedyną metodę na ocalenie nas przed wymarciem, jedyną ścieżkę prowadzącą przez pole ekspresji prawdopodobieństwa rzeczywistości, będące tworem galaktycznej bariery.
- Skippy, ja o tym wiem.
- Och, jak świetnie, normalnie tańczę z radości.
- Rozumiem cię. - Nikt nie wiedział, co się stało, kiedy natknęliśmy się na Pradawnych, nawet Simms. Ani Margaret. Zabiorę ten sekret do grobu. Ot, taka pozytywna myśl.
- Ech, w porządku. Tak naprawdę, w pewnym stopniu spodziewałem się, że rządy galaktyczne będą do mnie wrogo nastawione - wyznał, pociągając nosem. - W końcu stanowię zagrożenie dla ich władzy.
- Chodzi o tę twoją sektę?
- To nie jest sekta, matole. To projekt marketingu wielopoziomowego. Bardzo udany. Okaż trochę szacunku.
- Okej, ale myślałem, że SkipLee zamknięto jako piramidę finansową.
- Ech, wiesz - kaszlnął. - To było bardzo niefortunne nieporozumienie, wynikające jedynie z błędów w księgowości.
- Czy to przypadkiem nie ty zatrudniłeś to podejrzane biuro rachunkowe?
- Zatrudniłem ich, żeby wykazali się kreatywnością - mruknął - a nie narobili mi kłopotów. Tak czy owak, odzyskałem całą swoją forsę, więc nic się nie stało.
- A co z ludźmi, którzy zainwestowali w SkipLee oszczędności życia?
- Mam odpowiadać za decyzje wszystkich przygłupów w Galaktyce? Poza tym każdy zaangażowany w SkipLee co najmniej na poziomie diamentowym otrzymał pakiet bonusowy i dołączył do mojej nowej spółki SkipWay.
- Tak, dostałem te broszury. Wygląda na to, że zakleiliście tylko stare logo nowym.
- To się nazywa recykling, nieuku. Tak się robi, ale ciebie przecież takie rzeczy nie obchodzą.
- Ale obchodzi mnie, że wykorzystałeś moje nazwisko, kiedy zasypałeś skrzynki pocztowe dowództwa tymi materiałami.
- Ejże, tobie zaproponowałem członkostwo na poziomie szafirowym. To nie moja wina, że nie skorzystałeś z okazji i nie zdecydowałeś się na konto premium. Miałbyś je za darmo.
- Przez ciebie musiałem się użerać z wściekłymi przełożonymi.
- Przecież oni i tak zawsze są na ciebie wściekli.
- W tym akurat masz rację. Skippy, proszę, nie mieszaj mnie w swoje marketingowe machlojki. Ostatnie, czego mi trzeba, to moje nazwisko kojarzone z firmą sprzedającą ludziom bezużyteczny chłam po zawyżonej cenie.
- Sprzedaję styl życia, a nie tylko produkty, Joe. Nikogo nie zmuszam do współpracy ze SkipWay.
- Nie, ale utrudniasz im wycofanie się z niej.
- To się nazywa zaangażowanie, tępaku. Organizacja się rozwija, i to w całej Galaktyce. Czy gdybym naprawdę kantował ludzi, SkipWay odnotowywałaby ponad dziesięcioprocentowy wzrost każdego roku?
I właśnie na tym polegało jego zagrożenie dla rządów niemal wszystkich inteligentnych gatunków. Przekonał do swojej ściemy tylu ludzi, jaszczurów, kalmarów, chomików, wrednych kocurów, pająków i innych, że rządzący zaczęli się obawiać tej powiększającej się grupy zwolenników Skippy'ego we własnych społeczeństwach. Nic dziwnego, że w reakcji na rozrost jego organizacji rządy te przepędzały go ze swego terytorium.
Tak jakby dało się go w ten sposób powstrzymać.
- Chętnie zostawię ten temat, jeśli obiecasz, że przestaniesz wciągać mnie w swoje kanty bez mojego pozwolenia. Margaret bardzo się tym denerwuje - dodałem.
- Och, nie wiedziałem o tym - odparł tonem, jakby naprawdę się przejął. - Niech ci będzie, usunę cię z rady nadzorczej SkipWay.
- Jestem w radzie tej przeklętej firmy?
- Teraz już nie. Rany, właśnie sobie przypomniałem, dlaczego woleliśmy rozmawiać ze sobą jak najrzadziej.
Być może on zapomniał dlaczego, ale ja na pewno nie.
- Co więc cię tu sprowadza?
- A czy potrzebuję powodu, żeby odwiedzić ciebie i twoją rodzinę?
- Nie, oczywiście, że nie. Cieszymy się i tak dalej. Po prostu jesteśmy zaskoczeni. Margaret nie spodoba się, że nie uprzedziłem jej o twoim przybyciu. Chyba jeszcze z nią nie rozmawiałeś, co?
- Nie, jest na ćwiczeniach, o czym powinieneś wiedzieć.
- Wiem. Ale wcześniej jakoś nigdy nie miałeś oporów przed zagadywaniem zajętych ludzi.
- Ale teraz jest inaczej i dobrze o tym wiesz. Ostatnim razem - kaszlnął nerwowo - kiedy jej w czymś przeszkodziłem, zabroniła mi odzywać się do niej przez rok.
- Była w trakcie porodu, Skippy. Nawet ze mną nie chciała wtedy rozmawiać.
- Doskonale rozumiem dlaczego, ośle. Ty jej to zrobiłeś.
- To była niejako nasza wspólna decyzja.
- Ty tak twierdzisz. Tak czy inaczej - pociągnął nosem - moim zdaniem to niegodziwe, że matka w piątym miesiącu ciąży jest zmuszona uczestniczyć w ćwiczeniach na lądowniku.
- Nie jest...
- U Lemoostranek piąty miesiąc to dopiero początek ciąży. Z ludźmi jest inaczej.
O, powiedział "z ludźmi" zamiast "z małpiszonami". Zapamiętam to.
- Naprawdę sądzisz, że Margaret można do czegokolwiek zmusić?
- Nie zmieniaj tematu, Joe.
- Przecież to właśnie jest temat naszej rozmowy. Dobrze, Margaret będzie, eee, miło zaskoczona, kiedy się dowie, że tu jesteś. - Będę musiał wysłać jej wiadomość o jego przybyciu. Nie cierpi niespodzianek. - A skoro już jesteś, chcesz porobić coś konkretnego?
- Naturalnie, chciałbym zobaczyć twoich synów. - Westchnął. - Zbyt dużo czasu minęło.
Moim zdaniem wręcz przeciwnie, ale tego mu nie powiedziałem.
- Ucieszą się, że znowu zobaczą wujka Skippy'ego.
- Powinni. Zmieniłeś zdanie co do mojej propozycji, by zrobić im zbroje wspomagane?
- Nie zmieniłem. Skippy, daj spokój. Mają siedem lat, mechaniczny pancerz to ostatnia rzecz, jakiej potrzebują.
- Przecież to dla ich bezpieczeństwa, ciemniaku.
- To właśnie ze względu na bezpieczeństwo ich nie dostaną. Widziałeś, jak ze sobą walczą podczas zabaw. Wyobrażasz sobie, jakich zniszczeń dokonaliby w pancerzach?
- Joe, nie chciałem tego mówić, ale powodem mojej wizyty na tej smutnej kuli błota jest twoje żałośnie nieudolne rodzicielstwo.
- Radzimy sobie z Margaret, ośle. Dzieci nie rodzą się z instrukcją obsługi, wiesz?
- W tym właśnie rzecz. Napisałem taką dla ciebie.
- Że co?
- Dzięki mojej niewiarygodnej wspaniałości zebrałem całą dostępną wiedzę na temat poprawnego wychowania dzieci i stworzyłem zasadniczo instrukcję obchodzenia się z młodymi ludźmi. Joe, wszystko robiliście źle.
- Aha. Kto jeszcze wie o tej instrukcji?
- Przygotowałem ją specjalnie dla ciebie, więc nikt.
- Świetnie, w takim razie...
- No może poza moim wydawcą na Ziemi. A raczej wydawcami. Bo przetłumaczono ją na ponad dwa tysiące języków.
- Niebywałe.
- Wiem. Później mi podziękujesz.
- Nie, Skippy. Wydawało mi się, że słyszałem już wszystkie twoje beznadziejne pomysły, ale to jest szczyt.
- Ej, pacanie, powinienem...
- Nie potrzebujemy z Margaret twojej pomocy, zafajdańcu.
- Czyżby? No to pozwól, że przytoczę przykład twoich umiejętności rodzicielskich. Jakie było pierwsze słowo wypowiedziane przez Jeremy'ego?
- Ej, to...
- "Mama", a może "dada"? Otóż nie.
- Słuchaj no...
- Spojrzał na mojego awatara, zachichotał i powiedział "bubeg".
- To mogło znaczyć cokolwiek...
- Dupek, Joe. Pierwszym słowem twojego starszego syna było "dupek"!
- Jest starszy o jakieś dwadzieścia osiem minut, więc to nie...
- I co ty na to? - zapytał stanowczo z rękami opartymi na biodrach.
Odchyliłem się na krześle i splotłem dłonie na potylicy.
- Świadczy to tylko o wysokim poziomie moich umiejętności rodzicielskich.
Rozdział 3
Skippy wymógł na załodze "Walkirii", aby przewiozła go tysiące lat świetlnych na Newark tylko po to, żeby mógł zobaczyć się ponownie z moją rodziną. Wraz z Margaret byliśmy zgodni, że blaszak ma zły wpływ na naszych synów, choć to jej bardziej zależało na ograniczeniu mu dostępu do Jeremy'ego i Rene. Niestety powstrzymanie jego awatara przed spotykaniem się z chłopcami było dla nas prawie niemożliwe. Co gorsza, chłopcy oczywiście uwielbiali Skippy'ego. Był dla nich uosobieniem zabawy i zachęcał ich do robienia rzeczy, których robić nie powinni. Jak na przykład wtedy, kiedy obiecał zbudować im zbroje wspomagane jako prezent na czwarte urodziny. Oczywiście Margaret natychmiast mu tego zabroniła, ale mleko się rozlało.
Po rozmowie ze Skippym w bazie musiałem wrócić na wykopaliska i zająć się przydzielonym mi obszarem. A był to dosłownie śmietnik, bo właśnie w tym miejscu dawni mieszkańcy jaskiń wyrzucali swoje odpadki. Kiedy dowiedziałem się, że będę odpowiadał za wykopywanie śmieci, poczułem się urażony. Kierownik prac, jakiś ksenoarcheolog z uniwersytetu we Florencji, dał mi wyraźnie do zrozumienia, że amatorzy tacy jak ja są tu niemile widziani. Już miałem przypomnieć mu, kto tu jest generałem, ale wtedy pewien doktorant odciągnął mnie na bok i wyjaśnił, że badanie odpadków to w rzeczywistości niezwykle ważne zadanie. Daje wgląd w to, jak mieszkańcy Newark spędzili swoje ostatnie lata życia. Sam fakt, że grupka niedobitków kłopotała się kopaniem dołów na śmieci, wiele mówił o ich nastawieniu w owym czasie. Przykrywanie odpadków kolejnymi warstwami ziemi sugerowało, że zależało im na higienie. Trzymali gnijące i potencjalnie szkodliwe resztki z dala od miejsca zamieszkania. Co więcej, wykopywali latryny z dala od jaskiń, tam, gdzie ich użytkowanie nie zanieczyściłoby ujęć wody. Ksenoarcheolodzy stwierdzili więc, że mieszkańcy jaskiń do samego końca żywili nadzieję na przetrwanie. Widząc dramatyczną zmianę w charakterze pór roku, z pewnością rozumieli, że z ich planetą stało się coś złego i że nie mogą na to nic poradzić. Z dowodów odnalezionych w jaskiniach wiadomo z kolei, że ostatecznie zabił ich brak żywności. Długie miesiące bez możliwości prowadzenia upraw, w połączeniu z utratą zwierząt hodowlanych, spowodowały głód. Rośliny i zwierzęta, które potencjalnie przetrwałyby na równiku, zostały uwięzione w pobliżu biegunów, przez co nie mogły migrować. Formy życia rodzime dla równika nie miały szansy dostosować się do zimnej pogody, która utrzymywała się przez większość roku. Ale nawet gdyby tubylcom udało się jakoś przenieść wraz ze zwierzętami i roślinami na równik, prawdopodobnie tutejszy klimat i tak by ich wykończył.
Tak czy inaczej, kiedy dowiedziałem się, jak ważne dla archeologii są wysypiska śmieci, zacząłem podchodzić do pracy z entuzjazmem. Dlatego też, zanim wróciłem do bazy po skończonej robocie, osłoniłem brezentem kopany pieczołowicie dół. O tej porze roku na Newark padały obfite deszcze, była to jakby tutejsza pora monsunowa. Nie zamierzałem pozwolić, by głupi deszcz zniweczył moją pracę.
Skippy odezwał się, gdy tylko wstałem i zdjąłem rękawice.
- Hej, Joe, dobry pomysł z tą płachtą, za dwadzieścia minut zacznie padać.
- Aha. - Na niebie zebrały się szare chmury i zaczęło kropić. - Lepsza ulewa niż śnieżyca.
- Zaczekaj do wieczora, wtedy sypnie. Przypomnij mi, dlaczego sprowadziłeś tu rodzinę?
- To dobre doświadczenie dla chłopców - odparłem odruchowo, jakbym ćwiczył tę odpowiedź. Bo tak też było. Doświadczenie życia na innym świecie, do tego wymarłym, i zobaczenie ważnych wykopalisk z bliska stanowiły jedynie wymówkę.
- Jaaasne.
Cholera, badania Skippy'ego nad empatią wprawdzie nie wykształciły w nim tej emocji, ale za to dały mu większe zrozumienie ludzkich uczuć i motywacji. Krótko mówiąc, moja idiotyczna sugestia, by przestudiował temat, sprawiła, że stał się lepszy w manipulacji i wykorzystywaniu innych. I teraz częściej wiedział, kiedy kłamię.
- Daj spokój, Joe, przecież możesz powiedzieć staremu Skippsterowi, co się dzieje.
- Powiedziałem prawdę.
- Hmm, ciekawe. Ale widzę, że coś cię gnębi. Masz do wyboru pogadać o tym ze mną lub pozwolić, by zżerało cię to od środka.
- To... - Nie było już sensu wciskać mu kitu. - To sprawa osobista, Skippy.
- Sprawa osobista, której się wstydzisz?
- Mniej więcej.
- Joe, jakkolwiek zawstydzające to jest, pamiętaj, że masz do czynienia z jedynym bytem w Galaktyce, którego opinia o twojej inteligencji nie może już być gorsza.
- Wielkie dzięki, dupku.
- Próbuję ci tylko powiedzieć, że nic nie tracisz na wyjaśnieniu mi, co cię dręczy.
- Cholera, chyba masz rację.
- Przede wszystkim powinieneś to omówić z Margaret, ale zakładam, że akurat o tym nie chcesz z nią rozmawiać?
- Właśnie. No dobra, pogadajmy w drodze do bazy. I tak czeka mnie długi spacer.
- Mogliby cię podwieźć.
Po mojej lewej, w odległości mniej więcej kilometra, stały zaparkowane dwie ciężarówki. Ciężki sprzęt nie miał wstępu na teren wykopalisk, a ludzie musieli poruszać się wyznaczonymi ścieżkami lub plastikowymi pomostami, żeby nie naruszyć ziemi.
- Wszyscy tu chodzą, Skippy.
- Jesteś dwugwiazdkowym generałem, Joe. Powinieneś mieć własny statek powietrzny.
- Armia Stanów Zjednoczonych dała mi tę drugą gwiazdkę jako łapówkę, żebym siedział cicho.
- Wcale nie.
- Jasne, to...
- Awansowali cię, żeby dać ci robotę biurową, dzięki czemu nie będziesz robił problemów w kosmosie.
- Co ty tam wiesz. Daj mi chwilę, wejdę na to wzgórze.
Na górę wchodziło się schodami, które zamontowano, aby nie deptać zbocza, gdzie mogłoby robić się błoto spływające z deszczem do wykopalisk. Stopnie miały dziwną wielkość, jakby były ze dwa centymetry niższe od standardowych, przez co miałem wrażenie, że robię za małe kroki. Gdybym nie uważał, potknąłbym się i byłbym kolejnym, którego to tutaj spotkało. Po prawej widać było podłużny błotnisty ślad po kimś, kto upadł i zjechał na tyłku aż na sam dół. Nie chciałem iść w jego ślady.
Gdy dotarłem na szczyt, musiałem odetchnąć, a przecież byłem w świetnej kondycji. Niższy poziom tlenu w atmosferze dawał mi się we znaki. Moja forma była wynikiem tego, że nie miałem dostatecznie dużo do roboty, więc spędzałem sporą część dnia w siłowni i na biegach po okolicy. Zwykle biegałem sam, o dziwnych porach i nie przejmując się pogodą. Im gorsza, tym bardziej się przykładałem.
Wykorzystałem tę chwilę odpoczynku, żeby się rozejrzeć. Na południu widziałem jasnożółtą strukturę bazy niczym latarnię pośród morza szarości. Szare niebo, szary krajobraz złożony ze skał i tundry, która dopiero niedawno odtajała. W tych warunkach kępki trawy porastające zakątki osłonięte od wiatru przez kamienie były ledwo dostrzegalne.
Co za żałosny, zapomniany świat. Dlaczego ściągnąłem tu rodzinę, zamiast siedzieć wygodnie na przyjemnej powierzchni Jaguara?
- Chcesz znać prawdę, Skippy?
- Nie ma problemu, Joe. Pytanie raczej, czy ty jesteś w stanie o niej mówić?
- Ale nikomu nie powiesz?
- Nie powiem - westchnął. - Choć podejrzewam, że to coś, o czym Margaret powinna wiedzieć.
- Nie mów jej. Sam to zrobię. Kiedyś.
- Dobra. No to gadaj.
- Przylecieliśmy tu, ponieważ... - Jak to głupio zabrzmiało, kiedy wreszcie sformułowałem te słowa w głowie. - Ponieważ chłopcy myślą, że jestem na emeryturze czy czymś takim. W ich oczach nie mam pracy.
- A masz?
- Tak, do cholery. I ją lubię. Dla odmiany nie muszę w niej nikogo zabijać.
- Chodziło mi o to, czy masz prawdziwą pracę, taką, którą warto wykonywać?
- Tak! Ale fakt, że chłopcy widzą mnie ciągle siedzącego za biurkiem i czytającego dokumenty, nie pomaga. Margaret wstaje o świcie i wychodzi z domu, podczas gdy ja robię im śniadanie i sprzątam. Oglądają nagrania z jej ćwiczeń, jak skacze z lądowników albo biega w mechu. Wraca do domu spocona, brudna i ze śladem hełmu na czole, a chłopcy zapominają o mnie i biegną do niej.
- Zauważ, że nie widzieli jej przez cały dzień.
- Nie w tym rzecz. Na pytanie, kim chce być, jak będzie duży, Rene odpowiedział, że kimś fajnym jak mama.
- Nie da się ukryć, że Margaret jest kozacka.
- Ja też robiłem różne ekscytujące rzeczy, Skippy. A teraz tylko odbywam spotkania, wygłaszam przemówienia i zbieram zabawki po domu.
- Ktoś musi.
- Tak, wiem, że to ważne. Kiedy powiedziałem dowództwu o moich planach wyprawy na Newark, nie spodziewałem się, że pozwolą mi przebywać dwa miesiące poza bazą Jaguar. Nie tego chciałem. - Rozejrzałem się po szarym pustkowiu wokół mnie.
- A czego chciałeś, Joe? Dlaczego naprawdę zabrałeś tu rodzinę?
Westchnąłem i nareszcie wyznałem prawdę.
- Bo chciałem, żeby moi synowie zobaczyli miejsce, gdzie ja też kiedyś byłem fajny.
- Ach, i oto bolesna prawda. Tak trudno było to powiedzieć?
- Kiedy zabrałem małych na miejsce, gdzie rozbił się ten strącony przez nas kristański okręt, powiedziałem im, że zwabienie go na niski pułap i zestrzelenie było moim pomysłem. Ale jedyne, co ich interesowało, to czy byłem w zespole odpalającym zingery. Czy byłem częścią grupy sprawdzającej wrak. Czy cokolwiek zrobiłem. Tamta wycieczka okazała się całkowitym niewypałem, bo musiałem powiedzieć im, że oglądałem wszystko z pokładu. Jeremy zapytał, czy wygłosiłem jakąś przemowę, a Rene, czy przyniosłem żołnierzom jakiś dobry lunch.
- To z pewnością nieoptymalna sytuacja, Joe.
- Chyba już rozumiesz, dlaczego nie rozmawiałem o tym z Margaret?
- Eee, właśnie nie.
- Kobiety nie lubią mężczyzn, którzy narzekają, Skippy. Wolą takich, którzy w obliczu problemu działają.
- Ach, rozumiem. Ale czy ty przypadkiem właśnie nie narzekasz?
- Wysłuchasz mnie czy nie?
- Oczywiście. Już nie mogę się doczekać, aż powiesz, co zrobisz w tej sprawie.
Ramiona mi opadły.
- Nie mam pojęcia. Nie wiem, czy mogę cokolwiek z tym zrobić.
- Ejże, Joe. Jesteś mistrzem w rozwiązywaniu niemożliwych problemów. Zdajesz sobie sprawę z bałaganu, jaki panuje teraz w Galaktyce? Istny chaos.
- Tak i dowództwo dało mi jasno do zrozumienia, że nie chcą mojej pomocy w sprzątaniu tego bajzlu. Boją się, że odwalę jakąś samowolkę i pogorszę sytuację.
- O, ciekawe, dlaczego tak myślą - mruknął.
- Och, przymknij się.
*
Nasi chłopcy. Jeremy i Rene. Kiedy dowiedzieliśmy się, że Margaret jest w ciąży, zrobiliśmy osobne listy z imionami i wymieniliśmy się nimi. Dwa pierwsze na mojej to były właśnie Jeremy i Rene.
Podobnie jak dwa pierwsze na jej liście. Ot, przeznaczenie.
Jednak przez ostatnie siedem lat nabrałem wątpliwości, czy nadaliśmy im właściwe imiona. Może lepiej było zdecydować się na trzecie i czwarte na mojej liście, czyli Jesse i Dave. Czy nadając im imiona poległych bohaterów, nie narzuciliśmy aby za dużej presji? Ja na pewno nie chciałbym nosić takiego ciężaru na własnych barkach. Ale co się stało, to się nie odstanie. A że Margaret też miała w tej kwestii wątpliwości, było mi trochę lżej. A teraz znowu była w ciąży, tym razem z dziewczynką. Jedną. Już na samym początku uzgodniliśmy, że nie nazwiemy jej Fal. To byłoby zbyt bolesne, zwłaszcza dla mnie. Tak, Rene Giraud poległ w bitwie wraz z Fal Desai, w czasie operacji określonej przez Wesołą Bandę Piratów mianem Armagedonu. Z jakiegoś jednak powodu to śmierć Fal wzbudzała we mnie większe poczucie winy. Zapewne dlatego, że była kobietą. Wiem, że to nie fair. Chodziło o to, że wraz ze mną, Margaret i Kongiem przebywała w kristańskim więzieniu na Paradise. Towarzyszyła mi od samego początku. Tak jak Rene Giraud zginęła przeze mnie, ponieważ to ja wydałem rozkazy, które naraziły ich na niebezpieczeństwo.
Podobnie było z Jeremym Smythe'em, choć on znalazł się w gorszej sytuacji. Podczas Armagedonu wysłałem na pewną stację kosmiczną Maxolhxów oddział szturmowy po znajdujące się tam dopalacze. Nie spodziewaliśmy się oporu. Inaczej zmienilibyśmy plany i polecieli w inne miejsce. Dlatego maxolhxański okręt wojenny, który wskoczył nagle w tamten obszar, całkowicie nas zaskoczył. Z kolei później, kiedy próbowaliśmy powstrzymać Pradawnych przed powrotem i wysłałem Smythe'a z zespołem STAR Alfa na dok Pradawnych, nie tylko wiedziałem, że wchodzą na skrajnie niebezpieczny teren, lecz także nie spodziewałem się, że ktokolwiek z nich przeżyje. Z tej racji, zanim Smythe i pozostali odlecieli, pożegnaliśmy się. Powiedział mi, że jest dumny z tego, jak dojrzałem jako dowódca. Że służba z Wesołą Bandą Piratów była dla niego największym zaszczytem. Tak więc w momencie, gdy całkowicie świadomie ruszał na pewną śmierć, był w pełni pogodzony ze swoim losem.
A ja musiałem żyć dalej z poczuciem winy, które kłuło mnie, ilekroć spoglądałem na imiennika Smythe'a - mojego starszego syna.
Jak dawałem radę żyć ze świadomością, że posłałem na śmierć najlepszego żołnierza, jakiego kiedykolwiek spotkałem? Na przykład dziękując losowi za każdym razem, kiedy widziałem swoją żonę. Margaret również brała udział w szturmie na dok Pradawnych. Ale ona, wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu, przeżyła. Ledwo. Potrzebowała półrocznej rekonwalescencji i licznych pobytów w szpitalu, żeby dojść do siebie po obrażeniach, jakich doznała w tej ostatecznie udanej misji. Sześć miesięcy leczenia, i to z wykorzystaniem najlepszych metod Szalonego Doktora Skippy'ego. Dopiero po kolejnych czterech stwierdziła, że wreszcie czuje się prawie dobrze. W tym czasie harowała jak wół, aby się zregenerować.
Wtedy też się pobraliśmy. Dwa tygodnie po wyjściu ze szpitala uklęknęła na jedno kolano i mi się oświadczyła.
Oczywiście trochę zepsułem tę chwilę, jąkając coś o tym, że to ja powinienem być na jej miejscu.
- Joe, mam już dość czekania - westchnęła. - Jestem tym zmęczona. Wiem, że odkładałeś zaręczyny, czekając, aż wydobrzeję. - Wzięła oddech i wyjęła z kieszeni małe białe pudełeczko. - Mówię ci, że jestem gotowa. Jeśli tego właśnie chcesz.
Oczywiście, że chciałem. Jeszcze jak! Zwłaszcza kiedy zobaczyłem, że w pudełku nie było żadnego pierścionka, tylko karta podarunkowa na kratę pianki Fluff.
Cholera, ależ ja kocham tę kobietę.
Kiedy już podjęła decyzję, reszta poszła z górki. Zaszła w ciążę po dwóch miesiącach od ślubu. Ma się rozumieć, skorzystaliśmy w tym celu z pomocy. I to sporej. Z racji naszej pracy jej wnętrzności, całe ciało dostało niezły wycisk, i to nie raz. Z kolei ja niejednokrotnie byłem wystawiony na szkodliwe promieniowanie niszczące DNA w stopniu, którego nawet Skippy nie zdołałby odwrócić. Mimo to prawdopodobnie i tak wszystko byłoby dobrze, ale... No właśnie - "prawdopodobnie" nam nie wystarczało. Wszak chodziło o zdrowie naszych dzieci. Dlatego znowu wezwaliśmy na pomoc Szalonego Doktora Skippy'ego. Rzadko jednak do tego wracamy. Wraz z Margaret po prostu cieszymy się rodzicielstwem, a reszta niewiele nas obchodzi. Skippy zapomniał o tym nawet chętniej niż my. Chyba asystowanie nam w poczęciu było dla niego zbyt intymnym aktem interakcji z ludźmi. Tak czy owak, chłopcy są całkowicie zdrowi, a druga ciąża Margaret przebiega bezproblemowo. To znaczy z mojej perspektywy. To nie mnie dziecko kopie po pęcherzu o drugiej nad ranem.
- Joe, mam świetny pomysł - oznajmił Skippy, gdy jego awatar pojawił się nad moim stołem roboczym. Warsztat mieścił się w kwadratowym pomieszczeniu na tyłach Chatki Miłości. Pierwotnie był to składzik na zepsuty i zużyty sprzęt. Któregoś dnia przeglądałem ten złom w poszukiwaniu zapasowego akumulatora i natknąłem się na palnik plazmowy, który przydałby się nam poprzedniego dnia. Wyglądał w porządku, tylko nie odpalał. Po pięciominutowych oględzinach stwierdziłem, że problem leży we włączniku z przerdzewiałymi stykami. Pół godziny później mieliśmy działający palnik. Od tamtej pory każdego ranka, kiedy było najzimniej i panowała największa wilgotność, przychodziłem tu naprawiać sprzęt. Była to użyteczna praca, a co ważniejsze - w ciepłym miejscu. No i warsztat mieścił się niedaleko ekspresu do kawy. Tak więc wszyscy na tym korzystali.
- Świetny, powiadasz? Doświadczenie podpowiada mi, że to wątpliwe.
- Słuchaj no, pacanie, nie bądź bucem. To może być rozwiązanie twojego problemu.
Odstawiłem lutownicę i spojrzałem na awatara.
- Jakiego problemu? Że gadam z wyimaginowaną puszką piwa?
- Możesz choć przez chwilę być poważny?
- No dobra, w takim razie olśnij mnie, Skippy.
- Rozmawiałem z pułkownik Reed. Zgodziła się wysłać na powierzchnię, na parę dni, symulator lotu panterą.
- Co takiego? Nie prosiłem...
- To był mój pomysł, niedołęgo.
- Skippy, z formalnego punktu widzenia ja dowodzę tym dystryktem, takie prośby muszą przechodzić przeze mnie...
- Dystryktem Newark? - prychnął. - Ta żałosna planeta jest jedynym aktywem ONZ w promieniu kilkuset lat świetlnych.
- Nawet jeśli jestem tu tylko tymczasowo, wciąż jest to moja praca, Skippy.
- Serio chcesz sobie dołożyć jeszcze więcej nużącej papierologii?
- Nie, dzięki. Hm, dlaczego właściwie potrzebujemy tu symulatora lotu? Zaraz, czy to dla chłopców? Ej, ich koledzy pewnie ucieszyliby się z możliwości wybrania się na...
- To dla ciebie, Joe.
- Dla mnie? Na całej planecie znajduje się tylko jedna pantera, dlaczego miałbym chcieć...
- Żeby odświeżyć swoje umiejętności. Rany, czy ja naprawdę muszę ci to tłumaczyć jak głupiemu? Wprawdzie twoje uprawnienia straciły ważność, ale żeby odbyć prosty, niebojowy lot na orbitę, wystarczy, że spędzisz w symulatorze jedenaście godzin i zaliczysz czterogodzinne szkolenie online zakończone testem.
- Aha. I rozumiem, że to ty przeprowadzisz ten test?
- Nie zamierzam sygnować swoim imieniem twojej niekompetencji, Joe. Sprawdzi cię pułkownik Reed.
- Ech, twarda z niej egzaminatorka.
- Jest dobra. To nie to samo.
- A zresztą, wszystko mi jedno. Dlaczego w ogóle miałbym odnawiać uprawnienia? Wasi piloci się pochorowali czy co? - Było to mało prawdopodobne. Raport poranny na temat stanu załogi "Walkirii" o niczym takim nie wspominał, poza paroma nieistotnymi dolegliwościami. Okręt Reed nie miał na pokładzie zespołu STAR i ogólnie przydałoby się jej trochę więcej personelu. Powinna mieć dość pilotów, którzy byliby w stanie latać non stop, szczególnie że w pobliżu Newark nic się nie działo, więc pewnie i tak siedzieli bezczynnie.
- Tak jakby "Walkiria" potrzebowała, żeby jej pilotów wyręczał jakiś siermięga. Powiedziałem przecież, że to dla ciebie. Nie rozumiesz?
- Chcesz... - Miałem mętlik w głowie. Zupełnie nie potrafiłem odgadnąć jego zamiarów. - Chcesz, żebym zgłosił się na pilota i oderwał się od biurka? To nie wypali, wojsko nie pozwala dwugwiazdkowcom pilotować jednostek.
- Ech, a już myślałem, że nie możesz być głupszy. Joe, twojemu mózgowi zagraża przemiana w czarną dziurę.
- Mam dziś dużo pracy, więc może po prostu powiesz mi, o co chodzi?
- Akurat dziś nie masz do roboty nic poza tymi bezsensownymi zajęciami. Ale nieważne. Słuchaj, możesz pokazać synom, że jednak coś robisz, zabierając ich osobiście na "Walkirię". Jako pilot lądownika.
- I cała ta intryga tylko po to, żeby polecieć sobie na orbitę? Nawet jako generał major nie wytłumaczę się, dlaczego zabrałem rodzinę na...
- To nie będzie tylko wizyta, baranie. Nie dałeś mi dokończyć. Jeszcze o tym nie wiesz, bo dowództwo cię nie poinformowało, ale sztab generalny zamierza zaprosić cię niedługo na Ziemię.
- Na Ziemię? - To dopiero ekscytująca wiadomość. Chłopcy jeszcze tam nie byli. Sam nie widziałem naszej planety od czterech lat. - Po co? Czekaj, czyżby szykowali mi jakąś niemiłą niespodziankę? - Dowództwo przebąkiwało, że powinienem rozważyć przejście na emeryturę. Świadomość, że kowboj Joe Bishop wciąż nosi mundur, napełniała sztab generalny ONZ niepokojem. Obawiali się, że mógłbym wciągnąć nadal odbudowującą się Ziemię w kolejną wojnę. Dlatego wysłano mnie na Jaguara, który był względnie odizolowany od innych światów. Wprawdzie bywały dni, kiedy przytłoczony biurokracją zaczynałem myśleć o emeryturce, ale z drugiej strony - nie byłem jeszcze na nią gotowy.
- Raczej miłą, Joe. Lub co najmniej neutralną. Zależy, jak leży. Roscoe nareszcie zostanie odesłany do demobilu. Będzie oficjalna ceremonia i tak dalej. Dowództwo uznało, że powinieneś tam być. O ile zgodzisz się stać, uśmiechać, nic nie mówić i nic nie robić.
- To akurat potrafię. Ale skąd ten pośpiech? Roscoe ma jeszcze cztery lata służby przed sobą. Tak przynajmniej stwierdza ostatni raport na jego temat.
Kiedy wróciliśmy na Ziemię po tym, jak Skippy przegnał Pradawnych, spodziewaliśmy się, że Roscoe rozleciał się na kawałki, a te spadły na planetę, wyrządzając masywne szkody. Zastaliśmy go jednak w tym samym miejscu, gdzie go zostawiliśmy, a do tego był cały. Wciąż oczywiście stopniowo słabł i udawał niezwyciężonego obrońcę Ziemi. Byliśmy zaskoczeni, ponieważ Skippy ostrzegł nas wcześniej, że nadany przez niego sygnał wyłączający dowodzące SI zdezaktywuje również wszystkich Strażników.
Sporo mu zajęło, zanim wyjaśnił tajemnicę przetrwania Roscoe.
Najpierw w długim, nużącym wywodzie potwierdził słuszność swojej analizy i napomniał nas, byśmy nie oczekiwali, że przewidzi wszystkie możliwe scenariusze. Potem powiedział, że Roscoe ocaliły poprzednie uszkodzenia, jakich doznała jego matryca. Owszem, usłyszał sygnał Skippy'ego, ale niewyraźnie i nie był w stanie należycie go przetworzyć, a do tego nie miał możliwości wykonać polecenia w pełni.
Rany, Skippy czuł się wtedy jak idiota. Z całych sił starał się dowieść nam, że wszystko stało się dzięki jego wspaniałości, a nie łutowi szczęścia.
Tak więc przerażające macki Roscoe nadal wiły się wokół Ziemi, a jego niepokojąco ciemna powierzchnia mętniała coraz bardziej z dnia na dzień. Dobrze, że odkąd rozprawiliśmy się z Pradawnymi, nie zjawił się żaden wrogi podmiot chcący sprawdzić nasze systemy obronne.
- Roscoe zostało jeszcze parę lat, podczas których się przyda. A ponieważ teraz mamy na miejscu jeszcze Bubbę, łączna dodatkowa masa w pobliżu Ziemi zaczyna wywierać znaczny wpływ na oceany. Strażnicy są ogromni, Joe, nawet jeśli tylko częściowo przebywają w tym wymiarze czasoprzestrzeni. Bubba jest całkowicie zdolny wycofać się do wyższego wymiaru, dzięki czemu ostatecznie pływy na Ziemi się unormują.
- Czy dowództwo nadal zamierza poprosić Bubbę, żeby pokazywał się parę razy do roku?
- Tak - jęknął z niezadowoleniem Skippy. - Mówiłem im, że to nie tylko niepotrzebne, ale i szkodliwe. Uprzedziłem ich, że nie nakłonię Bubby do robienia dla nich sztuczek.
- I dobrze. Zatem...
- No, chyba że mi zapłacą za taki pokaz. Z budżetu rozrywkowego.
- Zapłacić za po... Albo nie mów, to już nie mój problem. Myślisz, że pozwolą mi zabrać chłopców na Ziemię?
- Niestety, ale data ceremonii raczej nie będzie ci odpowiadać. Prawdopodobnie odbędzie się za pięć miesięcy, więc...
- To faktycznie słabo. Margaret ma termin za cztery. Nie będę mógł wylecieć...
Skippy odchrząknął.
- A może pogadałbyś z żoną? Pewnie ucieszy się, że pozbędzie się ciebie z domu na tydzień.
- Tydzień? Jeden? To za mało...
- Naprawdę sądzisz, że dowództwo będzie cię tam chciało na dłużej? Zamierzają przysłać po ciebie okręt, a potem odesłać cię z powrotem zaraz po ceremonii. A to zajmie dokładnie tydzień, góra dziesięć dni.
- No dobra. Ale i tak nie będę mógł zostawić Margaret i maleństwa na...
- Ech, miałem ci nie mówić... Jeśli się wygadasz, wszystkiemu zaprzeczę. Po narodzinach chłopców Margaret wkurzało twoje nadskakiwanie jej. Nie cierpi, kiedy się ją rozpieszcza.
- Tak ci powiedziała?
- Powiedziała to matce, a ta powtórzyła to siostrze. Dlatego zasadniczo możemy uznać, że się nie wygadałem.
- Stąpasz po cienkim lodzie.
- Jej matka zjawi się za kilka miesięcy na Jaguarze, żeby pomóc przy dziecku.
- Tak, wiem. Bardzo się z tego powodu cieszę.
- Nie brzmisz, jakbyś się cieszył.
- Ale się cieszę. Najważniejsze, że moją żonę to uszczęśliwia, tylko to się liczy, zrozumiano? No dobra, może faktycznie Margaret przydałby się jakiś tygodniowy urlop ode mnie. Sugerujesz więc, żebym zabrał chłopców na Ziemię? Taka krótka wizyta nic im nie da, nie zobaczą nawet mojego rodzinnego miasta...
- Nikt nie wybiera się na Ziemię, żeby oglądać twoje rodzinne miasto.
- Ej, to nie...
- Nawet Ziemianie go nie oglądają, bo jest tak oddalone od autostrady.
Nie było sensu się z nim spierać, bo w znacznym stopniu miał rację.
- Nieważne. Chodzi mi o to, że...
- A mnie chodzi o to, że wkrótce będziesz miał jeszcze jedną okazję, by zabrać synów na ekscytującą, pouczającą przygodę.
- Jak to?
- My, a konkretnie ja, bo to ja wykonam całą pracę, będziemy aktywować kolejnego Strażnika. Za dwa tygodnie, a dokładniej za dwanaście dni. "Walkiria" odleci stąd za sześć, zabierając mnie na spotkanie z flotą mającą dokonać aktywacji.
- Nie wiedziałem. - To znaczy nie do końca. Wprawdzie Reed poinformowała mnie, że krążownik odleci za sześć dni, ale mieli wrócić na Ziemię w celu rutynowej kontroli i rotacji załogi. Nie wspomniała o planach Skippy'ego, a ja też o nic więcej nie wypytywałem.
- To jak?
- Co jak?
- No chciałbyś polecieć ze mną i zabrać chłopców? Zobaczyliby, jak reaktywuje się Strażnika.
- Rany, ja... - Już opracowywałem plany, jak mógłbym sprzedać ten pomysł Margaret. - Muszę to przemyśleć.
- Ha! Musisz przemyśleć, jak sprzedać ten pomysł Margaret. Mówiłem, to będzie doświadczenie edukacyjne pierwszej klasy.
- Ale takiej wymówki użyłem już, żeby przylecieć na Newark. Drugi raz się na to nie nabierze.
- Tak czy inaczej, malcy czegoś się nauczą. Ty też. Nie chcesz zobaczyć, jak Strażnik budzi się z hibernacji?
- Jasne, że chcę. - Co prawda widziałem taką procedurę na nagraniach, ale to nie to samo. Strażnik wyłaniający się z... Cholera wie gdzie oni właściwie przebywali. No więc Strażnik przeciskający się przez rozdarcie w czasoprzestrzeni, z tymi swoimi falującymi mackami i szukający ofiary - już na samą myśl można było się przerazić. Nic dziwnego, że każdy inteligentny gatunek odczuwał natychmiastowy i niekontrolowany wstręt na widok Strażnika. Nawet pająki i kalmary, które same miały egzoszkieletowe odnóża i macki, przyznawały, że Strażnicy napawają ich lękiem. Egzotyczne tworzywo, z którego wykonano Strażników, odbijało światło w taki sposób, że wprawiało fotony w osobliwy taniec i dawało efekt zmieniających się kolorów. Dla biologicznych oczu ich powierzchnia przypominała jednak ciało idealnie czarne, jakby w ogóle nie była oświetlona. Gołym okiem dało się dostrzec jedynie kontury, które mieniły się złowieszczo w ciemności. Skippy powiedział, że tworzywo to nie działało tak samo z siebie, lecz wskutek efektu nałożonego przez Pradawnych. W jakim celu? Aby siać trwogę wśród wszelkich rozumnych istot, które ujrzałyby Strażnika, a zaraz potem zostały przez niego unicestwione.
Pradawni to naprawdę poprani skurwiele.
A oto kolejny przykład ich psychopatii. Jak to dobrze, że nie ma ich już w naszym wymiarze... Należy za to dziękować Skippy'emu, bo zawarty z jego twórcami układ, na mocy którego dali nam spokój, to w całości zasługa blaszaka. Nie mógł mnie o nim uprzedzić z obawy, że Pradawni wniknęliby w mój umysł. Bo byli do tego zdolni i tak właśnie zrobili. Właściwie to moje przekonanie, że nie przetrwalibyśmy bezpośredniego starcia z Pradawnymi, było jedynym powodem, dla którego nie uruchomili natychmiast systemów obronnych machiny do podróży międzywymiarowych. Zamiast tego postanowili się mną zabawić i odesłać Skippy'ego. Ich arogancja dała mu kilka sekund, których potrzebował, aby zhakować tę potężną maszynę, co mógł zrobić dopiero, kiedy włączyły się jej moduły obronne.
Potem to był już "koniec gry" dla Pradawnych.
Tak, wiem, w rzeczywistości rozgrywka zakończyła się remisem jeden-jeden. Worki mięsa w Drodze Mlecznej mogły dalej wieść swoje nędzne, brudne żywoty, a Pradawni mogli cieszyć się swoją egzystencją w wyższym wymiarze bez konieczności pozyskiwania energii z materii naszej Galaktyki.
Oni nie mogą zadzierać z nami i nikt nie może zadzierać z nimi.
Dlatego pozostaje mi tylko powiedzieć tym dupkom: "Krzyżyk na drogę".
O czym to ja mówiłem?
Ach, tak. Zamierzałem opisać kolejny przykład zepsucia tych drani. Za długo przebywałem ze Skippym, przez co mam tendencję do gubienia wątku. Oto przykład: Newark. Dowodząca SI przebywająca w tamtym rejonie mogła polecić miejscowemu przyjaznemu Strażnikowi zdetonowanie tamtejszej gwiazdy. To niemal natychmiast odarłoby planetę z atmosfery i spiekło jej powierzchnię na szkło. Mieszkańców spotkałaby straszna, choć błyskawiczna śmierć. Mieliby tylko kilka sekund na to, by spojrzeć w niebo i zapytać, dlaczego ich słońce stało się nagle tak jasne. Potem jego światło stałoby się nie do wytrzymania i wszystko na powierzchni zmieniłoby się w grzankę. Skippy znał co najmniej dwa przypadki zastosowania tej taktyki przez Strażników - w obu wyeliminowano gatunki będące o krok od rozwinięcia niebezpiecznej technologii. Takiej, jak chociażby loty kosmiczne, broń jądrowa i inne rzeczy z listy Pradawnych zatytułowanej "O cholera". W rzeczywistości jednak ich reakcja była głupia. Kurde, przecież nawet dziś Rindhalu czy kocury, choć posiadają zapierającą dech w piersiach technologię, nie stanowiliby zagrożenia dla Pradawnych ani dla żadnych z ich systemów obronnych. Pradawni byli zwykłą bandą paranoików.
Do tego okrutną, jak wspomniałem. Mieszkańcy Newark byli na poziomie technologicznym odpowiadającym naszej epoce brązu. W jaskiniach, gdzie chronili się, zanim zamarzli na śmierć, znaleźliśmy narzędzia wykonane z tego metalu. Tubylcy stanowili co najwyżej zagrożenie dla ekosystemu własnej planety i samych siebie, a nie dla kogoś znajdującego się w przestrzeni kosmicznej. Z tego powodu Strażnik otrzymał polecenie użycia minimum siły, aby wytrącić planetę z pierwotnej orbity. Newark obiegała swoją gwiazdę praktycznie po okręgu, mniej więcej tak jak Ziemia. Strażnik sprawił jednak, że jej orbita stała się mocno eliptyczna i planeta przez większość roku znajdowała się z dala od gwiazdy. Spowodowało to "nagłą epokę lodowcową". Planeta zamarzła właściwie od bieguna do bieguna. Wolny od lodu pozostał tylko wąski pas ziemi i oceanu na równiku, ale również tam panowała zima.
Dlaczego kazano Strażnikowi zastosować tę inną taktykę? Czy chodziło o zwykłą skuteczność, zminimalizowanie wydatku energii? Nie. Zdetonowanie gwiazdy wymagało nie więcej mocy niż wepchnięcie planety na nową orbitę. Właściwie taka zmiana orbity z zachowaniem integralności planety wymusiła na Strażniku dłuższą aktywność. Trwało to kilka miesięcy zamiast paru godzin. Nie, cierpienie mieszkańców Newark nie było skutkiem troski o efektywność.
Było ono celem samym w sobie.
Pradawni pragnęli, by każdy inteligentny gatunek, który bezwiednie wdarł się na ich terytorium, ucierpiał za swoją zbrodnię. Fakt, że Pradawni dawno opuścili dany obszar, nie miał znaczenia. Ani to, że nie zostawili po sobie tabliczek z napisem "zakaz wstępu". Każdy gatunek, który wykształcił inteligencję na poziomie przyciągającym uwagę mechanizmów obronnych Pradawnych, musiał nie tylko zostać poddany eksterminacji, lecz jednocześnie ukarany. Tak długo i tak boleśnie, jak tylko było to możliwe. I właśnie taki los spotkał Newark.
Skippy wciąż pamięta tamte czasy jak przez mgłę, ale twierdzi, że eliminacja Newark utrwaliła jego sprzeciw wobec celu, jaki zaprogramowali mu Pradawni. A ponieważ nie był jedyną dowodzącą SI, która miała takie odczucia, incydent z Newark stał się zarzewiem istnego buntu.
- Joe! Pobudka! - Skippy pstryknął palcami.
- Hę? Och, wybacz.
- Odpłynąłeś - skarcił mnie. - Zapytałem, czy chcesz zobaczyć aktywację Strażnika.
- Tak, pamiętam. O tym właśnie myślałem. Strażnicy. Zabawne.
Wytrzeszczył oczy.
- Twoim zdaniem oni są zabawni?
- Chodziło mi to, że są dziwni, nie śmieszni.
- To czemu nie powiedziałeś od razu?
- To tylko takie wyrażenie.
- Chyba w języku idiotów - mruknął.
- Dziwi mnie, że Strażnicy byli najbardziej przerażającą rzeczą we wszechświecie. Czającymi się w cieniu potworami, morderczymi i niepowstrzymanymi. Wiesz przecież, jak to było, nie?
- Nie ty pierwszy ich tak opisałeś. Każdy inteligentny gatunek postrzega ich w podobny sposób.
- Właśnie. Ale teraz, dzięki tobie - zaakcentowałem to ostatnie słowo, żeby połechtać ego blaszaka, no i dlatego, że była to prawda - nie są już tymi niewyobrażalnymi stworami. Przekształcono ich w całkowite przeciwieństwo. Znowu dzięki tobie. Teraz Strażnicy nas chronią.
- Posługujesz się bardzo wąską definicją "nas", Joe.
- Wiem, wiem. Chronią ludzi na Ziemi i Jaguarze.
- Jeśli już, to ściśle mówiąc, ja chronię te światy - żachnął się. - Bubba i Smaczek są tylko narzędziami.
- Wszystko jedno. To tak, jakbyś założył smokowi obrożę i zamiast spalić twój dom, teraz go strzeże.
- Hm, jak się zastanowić, to rzeczywiście jestem takim jakby poskramiaczem smoków.
- Owszem. A po co nam ten nowy Strażnik? Czyżby Jeraptha nareszcie zgodzili się, by stacjonował przy ich świecie?
Mrugnął ze zdziwieniem.
- To jeszcze nie wiesz?
- Nie.
- Przecież ciągle masz dostęp do najbardziej niejawnych informacji.
- Ale to nie znaczy, że je otrzymuję.
- Hmm. W takim razie trzeba to koniecznie zmienić. Zainstaluję ci filtr, który będzie kopiował wszystkie tajne wiadomości na twoją skrzynkę mailową.
- Nie rób tego. Cholera, Skippy, mam już dość problemów z górą.
- No weź, Joe. To tak zwane "szyfrowanie", którego używa DSOONZ, bije żenadą na kilometr. Przeklęci Thuranie daliby radę je złamać, a przecież to zakute pały.
- Po prostu nie pakuj mnie w gorsze kłopoty. Tylko o to cię proszę. Dokąd leci ten Strażnik?
- Wasi pozbawieni zwojów mózgowych politycy zażyczyli sobie, żeby drugi Strażnik zjawił się przy Ziemi, zanim Roscoe zostanie wycofany.
- Aha, rozumiem, jako zabezpieczenie.
- Nie - prychnął. - Chodziło jedynie o prestiż. Wytknąłem im nawet, że w odróżnieniu od innych planet w Galaktyce, Ziemia i Jaguar mają już Strażników. I co, myślisz, że coś do nich dotarło? Zapooomnij. Przecież Ziemia musi być wyjątkowa.
- Ale zrozumieli, co chciałeś im przekazać?
- W ich przypadku trudno mówić o jakimkolwiek rozumieniu.
- Tak myślałem.
- Dlatego odmówiłem aktywacji, zhakowania i oswojenia kolejnego Strażnika. Nie zrobię czegoś takiego tylko po to, żeby podbić prestiż Ziemi. - Wydał odgłos, jakby zebrało mu się na wymioty. - Tak jakby małpiszony mogły w ogóle z czegoś być dumne...
- Ja jestem dumny z mojej przyjaźni z tobą.
- Ja... ejżeee, dobre. Joe, teraz wymyśliłeś ten tekst czy czekałeś na odpowiedni moment, żeby mi się nim podlizać?
- Ale to prawda.
- Och, rany... No to dziękuję.
- Jestem też dumny z przejścia w trybie ekspresowym Super Duper Mario, którego Margaret kupiła mi na urodziny. Tak więc widzisz, poziom mojej dumy należy ustalać na podstawie rozkładu normalnego.
- Ech, dzięki za zrujnowanie mi chwili, matole.
- Po prostu jestem z tobą szczery.
- Joe, czy kiedykolwiek podczas naszej znajomości większa szczerość okazała się czymś pożądanym?
- Eee, nie. Nie wiem, co sobie myślałem. Ale wróćmy do tematu. Czyli co, chrząszcze dostaną tego nowego Strażnika?
- Nieee. Ich Centralny Urząd Gier Hazardowych odnotował za dużą liczbę zakładów stawiających na to, że Strażnik ściągnie na nich katastrofę. Ale z drugiej strony obstawiają, że ta propozycja jest tylko długofalową strategią ludzi, aby zniewolić Jeraptha. Albo że Maxolhxowie wreszcie zdołają zhakować Strażników i przejąć nad nimi kontrolę.
- Cholera! Ale to chyba niemożliwe, co?
- Stary, nie ma bata, żeby im się udało. Tym zapchlonym kocurom tylko roi się, że są tak zaawansowani. Zapewniłem chrząszcze, że nie mają co panikować, ale mi nie uwierzyli.
- Rany - westchnąłem. - Ciekawe dlaczego.
- Daruj sobie takie przytyki.
Nie było zaskoczeniem, że chrząszcze chciały poprzez bukmacherkę zdecydować, czy wpuścić na swoje podwórko wielką śmiercionośną maszynę w roli psa obronnego. Jeśli nauczyłem się czegokolwiek o Jeraptha, to tego, że znaczna część ich populacji nie chciała żadnego niewidzialnego stróża, nawet gdyby Strażnikowi można było ufać w stu procentach. Dlaczego nie chcieli mechanizmu obronnego, który dałby im przewagę nad wrogami i zmniejszył ich zależność od patronów? To proste - pełna ochrona ich świata mocno ograniczyłaby im możliwości uprawiania hazardu. Jeraptha nie byli zagrożeni unicestwieniem, więc uznali, że mają ważniejsze sprawy na głowie.
- Skoro zatem nie leci do Jeraptha ani na Ziemię, to dokąd?
- No cóż. - Wyglądał na mocno zdegustowanego. - Zaproponowałem, żeby wystawić go na aukcji charytatywnej z...
- Chciałeś sprzedać pieprzonego Strażnika?!
- Och, już tak nie dramatyzuj. To okazja do bajecznego zarobku. Nie widzę powodu, dla którego ktoś nie miałby jej wykorzystać.
- Ktoś?
- No ja, naturalnie. Przecież to ja wykonuję tu całą pracę.
- Zaraz, ale wspomniałeś o aukcji charytatywnej.
- Ano - potaknął nerwowo. - Kasa pójdzie na Skippistański Fundusz Wdów i Sierot.
- Przecież my nie mamy tam żadnych wdów ani sierot. A przynajmniej nie takich, które potrzebowałyby pomocy charytatywnej.
- I to moja wina?
- Wszyscy obywatele Skippistanu są bajecznie bogaci. Bierzesz od nich kupę forsy za wykup obywatelstwa. To nie są ludzie potrzebujący jałmużny.
- Ha! Chciałbym, żeby to była prawda. Kretyni, którzy zainwestowali za dużo w SkipLee, z pewnością nie są już bogaci. Wraz z bankructwem firmy poszli z torbami. W swojej hojności zaproponowałem im zniżkę na członkostwo w SkipWay, ale oni odpłacili mi zbiorowym pozwem. Banda frajerów.
- Dobra, nieważne. Powiedz tylko, proszę, że nie sprzedajesz Strażnika.
- Nie - westchnął. - Nie sprzedaję. Te rozmiękłe kluchy z dowództwa powiedziały, że dadzą mi sprzęt aktywujący tylko wtedy, kiedy to oni zdecydują, kto dostanie Strażnika. Sam widzisz, haruję jak wół i co z tego mam?
- Naszą nieskończoną wdzięczność i podziw?
- Wiesz, gdyby owa wdzięczność była szczera, zadowoliłbym się nią. Tak naprawdę robię to głównie dlatego, że mam z tego frajdę. No i tylko ja potrafię wykonać tę robotę. Poza tym kiedyś bałem się Strażników. A teraz z przyjemnością patrzę, jak dla mnie tańczą, he, he.
- Aha, rozumiem cię. Ale czy możesz mi wreszcie odpowiedzieć, kto dostanie tego Strażnika?
Baza Beta w galaktyce Karła Rzeźbiarza, czyli planeta nazywana przez nas Avalonem, stanowiła bezpieczną przystań dla ludzi. No właśnie - bezpieczną. Nie potrzebowała dodatkowej ochrony Strażnika, gdyż żaden wrogi gatunek nie był w stanie tam dotrzeć. Skippy wciąż kontrolował prowadzący do niej skomplikowany tunel oraz drugi, zabezpieczony hasłem w tamtejszej galaktyce. Istniały jeszcze trzy inne planety z nowo założonymi przez ludzi koloniami. Były to jednak światy ledwie nadające się do zamieszkania. W dodatku posiadały zbyt małą populację i rozwijały się jeszcze zbyt wolno, żeby wysłanie Strażnika miało sens. Może za sto lat, ale na pewno nie teraz. Dlatego zgadywałem, że zaproponowano go Verd-Krisom. Owi kuzyni Kristangów byli sojusznikami ludzi, więc zyskanie potężnego obrońcy dla jednego z ich światów zwiększyłoby ich znaczenie polityczne.
- Hmm. Skoro dowództwo o niczym ci nie powiedziało, może ja też nie powinienem. - Dostrzegłem w jego oczach błysk. Rzucił mi przynętę.
- Wcześniej jakoś się nie przejmowałeś takimi rzeczami.
- Ech, za dobrze mnie znasz. Zresztą i tak aż mnie skręca, żeby ci powiedzieć. Strażnika dostaną pająki, Joe.
- P-pająki? No, no. Dlaczego o tym nie wiedziałem?
- Hans Chotek dobił z nimi targu, ale bardzo po cichu.
- To śmiałe posunięcie. Może nawet zbyt śmiałe. Jeśli ludzkość zaproponowała ochronę świata Rindhalu, może to sprowokować kocury do wojny.
- Hm, ciekawe. Dowództwo też tak stwierdziło. Twoi przełożeni i ty myślicie podobnie.
- Dzięki.
- To nie był komplement.
- Nie bądź taki cwany. Skoro dowództwo uważa, że to może doprowadzić do wojny z Maxolhxami, dlaczego robimy coś takiego?
- Nie robimy.
- Ale...
- Ten nowy Strażnik uda się na pierwotny świat Rindhalu.