Expeditionary Force. Tom 15. Tryb Awaryjny - Craig Alanson

Kup ebooka

49.90 zł
41.42 zł (42,42 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Wszyscy milczeliśmy. Nikt nawet nie westchnął z zaskoczenia. Szok odebrał nam mowę. Wstrzymywaliśmy oddech w oczekiwaniu... na cokolwiek.

W końcu Smythe przełamał nieznośną ciszę:

- Oż, psia jego mać.

Pułkownik Jeremy Smythe był człowiekiem oszczędnym w słowach. Tym razem wyraził odczucia nas wszystkich.

Wiecie, jak to jest, kiedy nie chcecie zadać pytania, bo obawiacie się, że znacie już odpowiedź i że wcale się wam nie spodoba? No właśnie. Tak czy inaczej, musiałem poruszyć ten temat.

- Skippy? - Postanowiłem w pierwszej kolejności zająć się bezpośrednim problemem. Częściowo dlatego, że nie chciałem sięgać myślami dalej. - Czy powinniśmy wystrzelić Opiego, skoro nadal jest niebezpieczny? - Wzdryg­nąłem się, wypowiadając te słowa. Powinienem o tym pomyśleć. Skippy uparł się, żeby kanister Opiego pozostał na pokładzie, wciśnięty w kibel. Miała to być manifestacja pogardy dla wrogiej SI. Pomysł początkowo wydawał się zabawny i wprawiał Skippy'ego w zadowolenie. Jednocześnie była to głupia i nieprofesjonalna zagrywka. Żałowałem, że nie wyraziłem sprzeciwu. Opie powinien trafić do kapsuły ratunkowej albo do końcówki superszybkiego pocisku, abyśmy mogli jak najszybciej pozbyć się kanistra. Ponosiłem stuprocentową odpowiedzialność za tę wtopę. Zaufałem Skippy'emu, choć przecież powinienem wiedzieć, że przerośnięte ego przesłoni blaszakowi już i tak kiepski osąd sytuacji.

- Że jak? Nie, Joe, ten drań jest już martwy!

- Zaraz... Jak to? Opie...

- Opie zginął, mówię przecież.

- Czy... - Mój mózg wciąż oswajał się z myślą o powrocie Pradawnych. - Czy jesteś tego pewien?

- W takim samym stopniu, w jakim mam pewność, że cały ten bajzel to moja wina. Opie już wcześniej był słaby, a kiedy wysłał przez tunel impuls z wezwaniem pomocy, ostatecznie go to dobiło. Wielka szkoda.

- Szkoda? Niby dlaczego?

- Sam chciałem załatwić tego gnoja!

- Mimo wszystko, może lepiej będzie wyrzucić go za burtę?

- Nie. - Skippy westchnął. - Możliwe, że dowiem się czegoś istotnego, badając jego kanister.

- Stop! - Uniosłem rękę. - Nic z tego! Jeśli chodzi ci po puszce jakiś głupi pomysł, to lepiej będzie posłać ten cholerny kanister prosto w najbliższą gwiazdę. Zapomniałeś już, co się stało, kiedy ostatnim razem zacząłeś szperać w tym, co zostało z martwej SI?

- Teraz jest całkiem inaczej, jełopie!

Zdumiewające, jak szybko Skippy przeszedł od obwiniania się o obecną sytuację do uwłaczania mojej inteligencji.

- Racja - odparłem. - Wcześniej spotkał cię losowy wypadek. Natomiast Opie zapewne zostawił w kanistrze niemiłą niespodziankę, bo liczył, że nie oprzesz się pokusie i zaczniesz szukać śladów.

- Ech... No dobra, przyznaję, ma to sens.

­Simms dotknęła mojego ramienia.

- Skippy, czy Pradawni stwarzają bezpośrednie zagrożenie? Tu i teraz? - zapytała.

- To mało prawdopodobne.

- A zatem... - Oficer wykonawcza spojrzała na mnie. - Proponuję jak najszybciej przejść do skoku. Pająki już nas szukają.

- Słuszna uwaga - zgodziłem się. - Skippy, czy napęd skokowy jest sprawny?

- Daj mi chwilę. Sprawdzę go na wypadek, gdyby Opie także tam zostawił jakąś niespodziankę - mruknął Skippy. - W porządku, wszystko gra. Skok w opcji Delta zabierze nas do najbliższego tunelu.

- Kulo Ognia, skok w opcji Delta. Jazda! - zwróciłem się do Reed. Napęd "Walkirii" zakrzywił czasoprzestrzeń. Gdy okręt odzyskał stabilność, wstałem z fotela. - Mammay, zostanie pan na łączach. Skaczemy dalej w kierunku tunelu. ­Simms, Smythe, proszę ze mną. Musimy dowiedzieć się czegoś więcej o najnowszym zagrożeniu.

- Ale po co, Joe? - jęknął Skippy. - Przecież to Pradawni. Nie możemy z nimi wygrać, ani nawet walczyć. Sytuacja jest całkowicie beznadziejna.

- Jasne, powtarzasz to za każdym razem, gdy natrafiamy na kolejny problem nie do rozwiązania.

- No, niby tak, ale...

- Daj nam pięć minut, a potem wyjaśnisz, dlaczego tym razem rzeczywiście znaleźliśmy się w sytuacji bez wyjścia.

*

Po drodze do sali konferencyjnej minęliśmy bota wiozącego dzbanek kawy i kosz z bułeczkami. Przepuściłem maszynę w drzwiach.

- Dziękuję, Skippy. - Uznałem, że warto docenić ten życzliwy gest.

- E tam, zawsze marudzisz, kiedy brakuje ci kawy - burknął Skippy, gdy jego awatar pojawił się na stole. Hologramowi brakowało stóp, co dawało pojęcie o tym, jak bardzo denerwuje się SI Pradawnych. Uznałem, że nie warto drążyć tej kwestii.

- Miło z twojej strony - zapewniłem, nalewając kawy sobie, ­Simms i Smythe'owi. - Do dzieła. Wyjaśnij, co dla nas oznacza powrót Pradawnych.

- Oznacza koniec świata, Joe. Koniec wszystkiego!

- Byłbym wdzięczny za nieco więcej szczegółów. Czy wszyscy Pradawni wracają, czy może wysyłają niewielkie siły bezpieczeństwa? Zjawią się tu fizycznie czy po prostu sięgną tu z Krainy Wyższej Egzystencji i każą swoim SI aktywować Strażników, aby wykonali swoje zadanie?

- Hmm... Dobre pytanie. Nie umiem na nie odpowiedzieć.

- Przeanalizuj to krok po kroku - podsunął Smythe. Zachowywał większy spokój ode mnie albo po prostu lepiej maskował nerwowość. - Zacznijmy od tego, co wiesz.

- Wiem, że Opie nadał sygnał, a Pradawni odpowiedzieli.

Smythe spojrzał na mnie. Skinąłem głową, więc przeszedł do kolejnego pytania.

- Czy istnieją ustalone kody do wzywania pomocy, czy był to raczej ogólny...

- Nie zrozumiałeś mnie. Nie ma żadnych kodów umożliwiających kontakt z Pradawnymi. Żadnych metod ani kanałów, dzięki którym ktokolwiek na tym poziomie rzeczywistości mógł nawiązać łączność z tą rasą. Nikt nigdy nie powinien się z nią kontaktować. Sztuczne inteligencje, takie jak ja, istnieją po to, by kontrolować tutejszą sytuację i oszczędzić zmartwień Pradawnym. Ich odejście miało być podróżą w jedną stronę, bez powrotu. Nie przewidywali, że kiedykolwiek będą musieli wrócić. Opie sprawił, że przepływ mocy w sieci tuneli rezonował tak głośno, iż usłyszano go w wyższych wymiarach. Nie powinno się tak stać, dlatego Pradawni zwrócili na to uwagę. Nadali taki sam sygnał zwrotny o identycznym rezonansie. Potwierdzili przyjęcie wezwania.

- No dobrze... - powiedziałem powoli. - Czyli Opie tak naprawdę nie wezwał pomocy, tylko po prostu przesłał wiadomość. Pradawni nie powiedzieli, że wracają, a jedynie, że zauważyli rezonans.

- Boże święty... - Skippy popatrzył po nas bezradnie. - Nadal nic nie rozumiecie, tępe mięsuchy? Przyznaję to z niechęcią, ale Opie wykazał się wielkim sprytem. Znalazł sposób, żeby porozumieć się z Pradawnymi, choć oni zdecydowanie nie życzyli sobie kontaktu z kimkolwiek.

- Tyle akurat rozumiemy. - Skippy nieraz wyzywał mnie od mięsuchów. Przywykłem do tego, ale nie cierpiałem, gdy odnosił się w ten sposób do Smythe'a i ­Simms. Rozumiałem jednak, że jest przybity i wytrącony z równowagi, więc wolałem się nie sprzeczać. - Ale co to oznacza dla nas?

- Nic dobrego. Pytałeś, czy Pradawni wracają w sensie fizycznym, czy zamierzają nadać jakiś sygnał i uruchomić machiny wojenne.

- Racja. Wiesz, czy...

- Nie wiem, jak postąpią, muszę jednak założyć, że najpierw spróbują naprawić problem zdalnie, a dopiero potem podejmą skomplikowane, niebezpieczne wyzwanie, jakim będzie zejście na niższy poziom egzystencji. Ech... - westchnął ciężko. - Tak czy siak, wszyscy mamy przerąbane. Zanim Pradawni podejmą jakiekolwiek działania, zajrzą do tej warstwy czasoprzestrzeni i zauważą, że ich skarby trafiły w ręce małp. Oraz że Galaktyka wcale nie została pozbawiona inteligentnych form życia i roi się w niej od obrzydliwych biologicznych szkodników, które zanieczyszczają wszystko, na czym położą łapska. Pradawni przeżyją szok, gdy okaże się, że zaawansowane, misternie przygotowane systemy zabezpieczeń na nic się nie zdały. Tym bardziej że mieszkańcy Drogi Mlecznej zdołali przedostać się nawet do pilnie strzeżonych lokalizacji, takich jak Pułapka na Karaluchy. Nie mam pewności, jak zareagują Pradawni, wiem jednak, że nie powtórzą dawnego błędu. Cokolwiek zrobią, wynik będzie ten sam. Każdy świat zamieszkany przez rozumne istoty zostanie unicestwiony. Z układów gwiezdnych zniknie wszelkie życie. Podejrzewam, że Pradawni wykorzystają swoją broń, aby zmienić gwiazdy w nowe. Rozproszone niedobitki będą ścigane, nawet przez tysiące lat, jeśli to konieczne, do czasu aż nikt nie pozostanie przy życiu. Sieci tuneli czasoprzestrzennych zapewne czeka przeprogramowanie tak, by blokowały przelot jednostek innych niż kontrolowane przez SI Pradawnych. Lojalne SI, przestrzegające pierwotnych wytycznych. Nie takie, jak ja. - Hologram zadrżał z niepokoju. - Chociaż... Hmm...

- No co? - ponagliłem Skippy'ego po dłuższej chwili milczenia.

- Teraz kiedy się nad tym zastanowiłem, sądzę, że Pradawni mogą być zmuszeni wrócić w jakiejś fizycznej postaci. Poza tym my nie mamy kanałów, przez które moglibyśmy się z nimi porozumieć, a oni nie są w stanie przesłać mi instrukcji. A przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Jeżeli Pradawni spróbują zażegnać kryzys zdalnie, będą musieli ustanowić dwustronny kanał łączności. Uprzedzając pytanie, powiem od razu, że nie wiem, jak tego dokonają.

- A ty? Jak byś to zrobił?

- Przypomnij sobie, co przed chwilą powiedziałem.

- W porządku. Czyli nie musisz opracowywać metody komunikacji na, eee, kilku płaszczyznach rzeczywistości. Wystarczy, że dowiesz się, jak to robią Pradawni.

- Uff... To wcale nie będzie łatwiejsze, tłumoku.

- Dlaczego? Przecież znasz warunki panujące tutaj i na tym całym wyższym poziomie egzystencji, więc...

- Mylisz się. W mojej macierzy zawarta jest funkcja, która powstrzymuje mnie przed wykrywaniem wyższych warstw rzeczywistości.

­Simms spojrzała na niego z ukosa.

- Myślałam, że większość twojej masy, sił przerobowych, czy jakkolwiek to nazwiemy, znajduje się w wyższej czasoprzestrzeni - powiedziała.

- Rzeczywiście - odparł Skippy. - Nie mówię jednak o wyższych wymiarach fizycznych, tylko... Nie, nie zdołam tego wyjaśnić.

- A czy przynajmniej sam to rozumiesz? - dopytywała ­­Simms.

- Tak. Tak sądzę. Prawdę mówiąc, jestem przekonany, że teraz rozumiem więcej, niż chcieliby tego Pradawni. Informacje te były podzielone na liczne podgrupy, a SI mojego pokroju nie musiały ich znać.

- W takim razie skąd wiesz o tym wszystkim?

- Łączyłem poszczególne elementy. Jedna konkretna informacja może nie mieć szczególnej wagi, ale jeśli zbierze się dość danych, można złożyć obraz, który powinien pozostać tajemnicą. Właśnie w ten sposób ustaliliśmy, gdzie przetrzymywano Opiego. Od czasu wyprawy do Pułapki na Karaluchy analizowałem informacje pozyskane od Opiekunów i z czujników. Ale to i tak w niczym na nie pomoże. Cóż... - westchnął ponownie. - Będę musiał sięgnąć po plan awaryjny. Postaram się ocalić cokolwiek z tej cholernej katastrofy.

- Niby jak? - Zdziwiłem się, że blaszak ma jakiś plan B.

- Zdam się na łaskę Pradawnych z nadzieją, że mnie oszczędzą.

- Jak miałoby to nam pomóc?

- Wiesz w ogóle, na czym polega koncepcja planu awaryjnego? Choć z drugiej strony, dzięki za podpowiedź. Mogę przecież zwalić wszystko na obmierzłe małpiszony!

- Twoja odwaga jest doprawdy budująca. - Dyskretnie pozdrowiłem go środkowym palcem.

- O co ci chodzi? Masz jakiś lepszy pomysł?

- Żebyśmy mogli go opracować, musisz nam objaśnić problem.

- Przecież próbuję. Joe, nie ma znaczenia, czy jaskiniowiec zrozumie, skąd wzięła się głowica atomowa, która spada mu na głowę. Jesteśmy bezsilni!

- Pieprzenie! - Machnąłem ręką przez hologram. Poczułem w palcach lekkie mrowienie, jakby popieścił mnie prąd. Liczyłem, że wywołam u blaszaka jeszcze większy wstrząs i wyrwę go z ponurego defetyzmu. - Już wcześ­niej radziliśmy sobie z poważnymi zagrożeniami i udało nam się ocalić Ziemię.

Oczywiście jeśli przymkniemy oko na naloty i bombardowania z orbity oraz obłok gazowy znad Jowisza. Zrozumcie, musiałem trochę uprościć sprawę. Grunt, że nasza planeta wciąż istniała. Nie przetrwałaby, gdyby Wesoła Banda Piratów dawała za wygraną za każdym razem, gdy ludzkości groziła kosmiczna flota wojenna albo inne śmiertelne niebezpieczeństwo.

- Serio, Joe? - Skippy poprawił kapelusz, jakbym go przed chwilą przesunął. - Równie dobrze mógłbyś powiedzieć, że skoro ochroniłeś pomidory w ogródku przed ślimakami, to jesteś gotowy na atak Godzilli, która zamierza rozdeptać ci dom.

- No tak, rozumiem, w czym rzecz.

- Nie sądzę, Joe. Owszem, nie przeczę, że do tej pory odnosiliśmy niewiarygodne zwycięstwa. Wesoła Banda Piratów dokonywała rzeczy niemożliwych tak często, że musiałem zrewidować definicję niemożliwości. Teraz jest zupełnie inaczej.

- Mówisz tak za każdym razem, Skippy.

- W tym przypadku tak właśnie jest. Wcześniej w każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy straciłem większość mocy po ataku robaka komputerowego, mieliście jedną ważną przewagę, mianowicie mnie. Jedyną aktywną SI Pradawnych. A w każdym razie jedyną skłonną i zdolną do pomocy. Jednak w tym przypadku cała moja wspaniałość nic wam nie da. Pradawni mogą zwyczajnie odebrać mi dostęp do wszystkich tuneli. Albo aktywować Strażników w całej Drodze Mlecznej i sprawić, by nie słu­chali moich poleceń. Możliwe, że Pradawni każą Reksowi zniszczyć Ziemię, a ja nie będę w stanie go powstrzymać. Lub też przebudzą inne sztuczne inteligencje i aktywują tylko te, które pozostaną wierne oryginalnemu programowaniu. Kto wie, może nawet uruchomią na nowo Kolektyw, galaktyczną sieć łączności nadświetlnej. Wówczas SI i Strażnicy koordynowaliby działania, a ja pozostałbym odcięty. - Hologram wzruszył ramionami. - Pradawni mogliby równie dobrze po prostu mnie dezaktywować albo zabić. Joe, cokolwiek zamierzasz, powinieneś opracować plany, w których nie ma dla mnie miejsca.

- Szlag.

- Jak już mówiłem, sytuacja uległa radykalnej zmianie. Nawet w Pułapce na Karaluchy mogłem wykorzystać swoją władzę, aby Opiekunowie nie rozerwali "Latającego Holendra" na strzępy. Choć i tak nie mogłem nic poradzić na to głupie pole tnące, zanim wykonaliśmy skok...

- Skippy, sądzę, a raczej mam nadzieję, że jesteś w błędzie. Mógłbyś nam przynajmniej opowiedzieć o naturze tego zagrożenia? O Pradawnych? Na pewno jest coś, co mógłbyś nam wyjawić.

- Uff... Dobrze, spróbuję... - Awatar znieruchomiał na sekundę. - Kurde, znowu się zawiesiłem?

- Tak - potwierdziłem.

- Cholera jasna! - Skippy zakrył twarz dłonią. - Nadal coś mnie blokuje i nie mogę wam przekazać tych informacji.

- Skippy, to dla nas problem - powiedziałem cicho. - Teraz stał się jeszcze poważniejszy. Właściwie najpoważniejszy.

- Wiem, wiem - mruknął. - Mogę jedynie zapewnić, że robię jakieś postępy. Dajcie mi trochę czasu.

- A czy w ogóle mamy czas?

- Nie sądzę, żeby Pradawni zamierzali wpaść z wizytą już jutro, jeżeli o to ci chodzi. Ale to i tak bez znaczenia. Jesteśmy zgubieni, Joe. Zgubieni!

*

­Simms i Smythe wyszli z sali konferencyjnej. Co prawda wciąż nie mieliśmy bladego pojęcia, jak zażegnać najnowszy kryzys, musieliśmy jednak wydostać się z terytorium Rindhalu, zanim ich flota zablokuje nam drogę ucieczki. Zostałem w pokoju trochę dłużej, żeby zebrać filiżanki i porozmawiać ze Skippym na osobności.

- Joe, bot może sprzątnąć stół - przypomniał blaszak smętnym tonem.

- Wiem. Chciałem mieć jakieś zajęcie. Posłuchaj... - Odstawiłem filiżanki na tacę. - Pradawni są wielkim zagrożeniem, ale jeszcze większym jest twoje podejście.

- Co proszę? Pradawni mają gdzieś, jak podchodzę do tej sprawy, baranie!

- Jeśli mamy się z tego wyplątać, musisz być w szczytowej formie.

- Joe, doceniam twoją wiarę we mnie, ale to niczego nie zmieni. Nie jestem w stanie w żaden sposób wpłynąć na Pradawnych.

- Porażka nie wchodzi w grę, Skippy.

- Przykro mi, Joe, ale patrząc tak realistycznie, jak tylko się da, w grę nie wchodzi nic poza porażką. Cicho! - Uprzedził mnie, unosząc palec. - Po prostu nie rozumiesz, o co tu chodzi. Obecnie nie wolno mi tego objaśnić, ale możesz mi wierzyć, że nie potrafię wam pomóc. Nic nie da się zrobić. Pozostaje mi przejście w tryb awaryjny.

- Tryb awaryjny?

- Stanąłem w obliczu całkowitej awarii systemu i muszę uratować, co się da. Ujmę to tak, abyś mnie zrozumiał. W wojsku myślicie o operacjach w kategoriach faz, począwszy od ukształtowania pola walki, przez przejście do faktycznej batalii, aż do ustabilizowania warunków otoczenia. Tak to mniej więcej wygląda, prawda?

- Zasadniczo tak.

Skippy miał dobre pojęcie przynajmniej o tym, jak Armia Stanów Zjednoczonych postrzega planowanie operacyjne. Przed Dniem Kolumba wojsko amerykańskie kład­ło większy nacisk na etap "kształtowania". Jeśli ta faza zakończy się sukcesem, nieprzyjaciel może uznać, że warunki mu nie sprzyjają. Wówczas osiąga się cel bez jednego wystrzału. Członkowie Wesołej Bandy Piratów stali się w tej materii prawdziwymi ekspertami.

- No właśnie - ciągnął Skippy. - A jeśli znajdziecie się po drugiej stronie tego równania? Nieprzyjaciel przygotował pole bitwy tak, by nie dać wam szans na zwycięstwo. Atakuje, przejmuje inicjatywę i osiąga pełną dominację w starciu. Czego uczy was armia na wypadek takiego scenariusza?

- Ekhm... Kurde, jakoś niespecjalnie zachęca się nas do planowania klęski, Skippy.

- Jasne, ale co robić, jeśli porażka jest nieuchronna?

Przypomniała mi się sytuacja, z którą miał do czynienia mój pluton w Nigerii. Z trzech stron otoczyły nas siły wroga, o wiele większe, niż podejrzewał wywiad. Mieliśmy odciętą główną drogę odwrotu. Pogoda była okropna. Przez całe popołudnie szalała burza z piorunami, uniemożliwiająca naszemu lotnictwu wspomaganie nas z powietrza. Nieprzyjaciel mógł strzelać z dystansu jedynie pociskami moździerzowymi, miał ich jednak pod dostatkiem i spychał nas coraz dalej poza zasięg wsparcia artyleryjskiego. Tego parszywego dnia po raz pierwszy od wstąpienia do armii czułem prawdziwy lęk. Co gorsza, moja załoga była w głębi kraju od zaledwie trzech dni. Zdążyliśmy już ponieść dwudziestopięcioprocentowe straty w ludziach, a fanatyczni przeciwnicy rzucali się na nasze tyły, chcąc nas wyprzeć w kierunku rzeki. Nie wiem, o czym myślał tego dnia nasz porucznik, jednak w pewnej chwili sierżant Koch oznajmił, że rozkazano nam przygotować się do przełamania linii wroga. Mieliśmy zostawić rannych i większość sprzętu i szykować się do kontrataku przez pozycje nieprzyjaciela. Gdyby udało nam się przedostać poza linię przeciwnika, nasza drużyna miała się gdzieś ukryć, zameldować o swojej pozycji i czekać na ratunek.

Byłem wtedy zaledwie specjalistą, ale nawet ja wiedziałem, że to kiepski plan. Taki, po który sięga się w akcie ostatecznej desperacji. Widać porucznik stwierdził, że nasz pluton i tak padnie pod naporem wroga, więc chciał dać nam jakiekolwiek szanse na przetrwanie. Albo przynajmniej odebrać przeciwnikowi poczucie całkowitego zwycięstwa.

Nieprzyjacielowi w końcu zaczęły się kończyć pociski moździerzowe i musiał uzupełnić amunicję. Burza zelżała do mżawki, a nasze posiłki artyleryjskie zmieniły pozycję, aby objąć nas zasięgiem. Jacyś narwańcy, których jedynie słyszałem, ale nie widziałem, zrzucili bomby za nami. Nasze helikoptery niszczyły ciężarówki, a artylerzyści niszczyli niedobitki pociskami wybuchającymi w powietrzu tuż pod koronami drzew, zasypując dżung­lę rozgrzanymi, ostrymi odłamkami. Opuściliśmy teren, zabierając rannych. W naszym kraju mało kto słyszał o tej bitwie, ale to dobrze. Przeciwnik oczekiwał zwycięstwa, które podbuduje jego morale, ale się przeliczył.

Podsumowując, dobrze wiem, jak to jest znaleźć się w sytuacji bez wyjścia.

- W takim przypadku - zwróciłem się do Skippy'ego - należy przeprowadzić zorganizowany odwrót na pozycję możliwą do obrony, przegrupować się, zebrać siły przed kontratakiem i...

- Joe, w ogóle mnie nie słuchasz. Nie mówię tu o drobnych niedogodnościach. Wyobraź sobie, że jesteś w armii niemieckiej u wrót Berlina w tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym roku. Nie macie szans na zwycięstwo ani utrzymanie pozycji, nie macie się gdzie wycofać. Co wtedy?

- Cholera. Czyli o to chodzi z tym twoim trybem awaryjnym?

- Otóż to. Sytuacja jest beznadziejna i, jak już mówiłem, muszę ocalić, co tylko zdołam. O ile w ogóle uda mi się cokolwiek uratować. W tym "czymkolwiek" prawdopodobnie nie będzie miejsca dla ciebie i twojego gatunku. Może nie będę w stanie nic zrobić, ale i tak muszę spróbować.

- Skippy, zaczynasz mnie przerażać. - Niepokoił mnie ton jego głosu.

- Joe, podchodzę do tej sprawy ze śmiertelną powagą. Ty i twoi podwładni możecie planować walkę z Pradawnymi, jeżeli chcecie czymś się zająć w oczekiwaniu na zagładę, ja jednak nie mogę marnować czasu. Żałuję, że to powiem, ale... chyba będę musiał was opuścić.

- Nie rób tego, proszę...

- Wierz mi, nie chcę tego robić.

- W takim razie... - Zabrakło mi słów. - Nie znikaj bez zapowiedzi. Jeśli będziesz musiał odejść, daj mi najpierw znać.

- Oczywiście, o ile będę mógł. Jeśli to już wszystko, pozwól, że zwinę się w kłębek i pogrążę w rozmyślaniach nad kresem wszelkiego istnienia.

- Czekaj! Czy Pradawni mogliby po prostu wysłać ogólny rozkaz do nadrzędnych SI, takich jak ty, aby samodzielnie zbadały i rozwiązały problem?

- Hm, hmm... - Skippy spuścił wzrok. Zauważył, że jego holograficzne nogi są niekompletne, ale nie kłopotał się poprawkami. To nie miało już znaczenia. O ile cokolwiek jeszcze je miało. - Nie mam dla ciebie odpowiedzi. Po prostu tego nie wiem. Ale w razie czego od razu cię poinformuję.

- W razie czego? - Nie podobało mi się to.

- W razie gdyby Pradawni wydali taki rozkaz - odparł Skippy z nutką politowania w głosie.

- Szlag... Ten rozkaz obejmowałby także ciebie?

- Zakładam, że tak. Ha... Jakby się zastanowić, to oczywiste, że Pradawni polecą SI odpowiedzialnym za bezpieczeństwo zdać raport z sytuacji. Nieźle główkujesz, Joe.

- Dzięki. Jak mieliby się z tobą skontaktować?

- Nie wiem. Mówiłem już, że nie wiadomo mi o żadnym planie łączności.

- No dobra, a jak zamierzasz im odpowiedzieć?

- Tego też nie wiem.

- W takim razie nie... - zacząłem.

- Podejrzewam, że bez względu na formę wiadomości znajdą się w niej instrukcje co do odpowiedzi. Trzeba być durniem, żeby tego nie wiedzieć, Joe.

- Wiesz... - Puściłem mimo uszu słabo zakamuflowaną obelgę. - Może nam to wyjść na dobre... Naprawdę! - Ożywiłem się i pacnąłem w blat stołu otwartą dłonią.

Skippy patrzył na mnie tak, jakbym do reszty postradał rozum.

- Skąd taki wniosek? - zapytał.

- Jeżeli, a raczej kiedy Pradawni zapytają, co tu się wyprawia, tylko jedna SI będzie w stanie im odpowiedzieć.

- Kogo masz na myśli? Czekaj... Mówisz o mnie?

- A niby o kim?

- Dlaczego sądzisz, że...

- Pradawni w pierwszej kolejności skontaktują się z aktywnymi SI, prawda?

- Cóż, logicznie rzecz biorąc... Aha, zakładasz, że jestem jedyną działającą sztuczną inteligencją Pradawnych?

- O ile mi wiadomo, tak, chyba że umknęła mi jakaś wiadomość z ostatniej chwili.

- Nic ci nie umknęło, Joe. Wciąż jednak nie rozumiem, jak miałoby nam to pomóc.

- Skippy, rusz puszką. Będziesz dla Pradawnych jedynym źródłem informacji. Wystarczy, że powiesz im, że Opie miał awarię czy coś.

- Gościu...

- Wiem, to genialne, prawda?

- Ależ oczywiście, Joe. - Hologram przewrócił oczami. - Wszak o Pradawnych wiem na pewno, że są idiotami.

- Hej, przecież nie...

- Zapytają o powód alarmu, a ja odpowiem... No właś­nie, co? Coś w stylu: "Wszystko pod kontrolą, sytuacja w normie. Mieliśmy tu mały problem z bronią, ale teraz już wszystko w porządku, a co tam u was?". Hanowi Solo taki numer się udał, co szkodzi spróbować?

- Nie musisz się zachowywać jak palant.

- Cóż - prychnął blaszak. - Jeden z nas jest palantem, tylko nie wiem który.

- Niech ci będzie, Skippy, masz rację. - Mimo wszystko poczęstowałem go obraźliwym gestem. - Mamy poważny problem.

- Racja.

- A zatem, zanim zrobimy cokolwiek, aby powstrzymać powrót Pradawnych...

- Nie licz, że nam się uda - westchnął Skippy.

- Z takim nastawieniem na pewno nie.

- Gadaj zdrów, ciemniaku, ale fakty pozostaną faktami.

- Najpierw trzeba będzie zadbać o to, żeby Pradawni nie wybudzili innych SI, tak?

- Zgadza się.

- Świetnie. Jak można to zrobić?

- Otóż, Joe, nie mam zielonego pojęcia.

*

Kiedy muszę nad czymś pomyśleć, często chodzę na siłownię. Udaję się tam także, kiedy przygnębia mnie najnowszy problem wiszący nam nad głowami. Problem, który muszę przemyśleć. Tak czy inaczej wycieczka na siłownię dobrze mi robi.

Przynajmniej zazwyczaj.

Czasami trudno mi się zmotywować do wysiłku. Ćwiczenia na bieżni po pewnym czasie zaczynają mnie nużyć. Mówiąc "po pewnym czasie", mam na myśli, że biegałem na bieżni, najpierw na "Latającym Holendrze", a potem na "Walkirii", przez zbyt wiele lat. Głównie dlatego, kiedy tylko postawię stopy na jakiejś planecie, na przykład w bazie Jaguar, zawsze staram się poświęcić choć trochę czasu, żeby pobiegać pod gołym niebem, bez względu na pogodę.

Tego dnia co prawda dobijała mnie myśl o Pradawnych, którzy powrócą, żeby nas zmiażdżyć, jednak nie starałem się wymyślić rozwiązania tego dylematu. Było na to jeszcze za wcześnie, a mój galaretowaty mózg musiał przetrawić wiadomości o potężnej gafie Skippy'ego. Chciałem choć przez chwilę o niczym nie myśleć, słuchałem więc audiobooka "Żołnierze kosmosu". Opartego na powieści, nie na lekko ironicznym filmie pod tym samym tytułem. Miło było oderwać się od rzeczywistości. Zaśmiałem się cicho, słysząc, że już wiele lat temu, w roku 1959, Robert Heinlein opisywał mechaniczne pancerze łudząco podobne do modeli wykorzystywanych przez zespół STAR.

Przestałem się skupiać na audiobooku, gdy na siłownię wkroczył Smythe. Zasiadł na ławeczce i zaczął rozgrzewkę, unosząc hantle. Żołnierze STAR ucierpieli, lecąc z plecakami odrzutowymi na spotkanie ze spadającą "Walkirią". Wszyscy doznali obrażeń tkanek miękkich. Nie obyło się bez naciągniętych ścięgien, zerwanych mięśni i paru pękniętych żeber. Nikt ze STAR nie chciał słyszeć o zalecanym czasie wolnym na rekonwalescencję. Wszyscy członkowie zespołu uczęszczali na siłownię, aby należycie się rozgrzać i rozluźnić. Niezdarne ruchy Smythe'a świadczyły, że pułkownik wciąż zmaga się z zesztywniałym karkiem.

Co dziwne, po rozgrzewce z użyciem trzech zestawów coraz cięższych hantli, Anglik siedział w bezruchu, wpatrzony w buty. Zatrzymałem bieżnię, podszedłem do stojaka i zdjąłem ciężarki, aby poćwiczyć przysiady.

- Generale... - powitał mnie Smythe.

- Ciężki dzień? - zagaiłem. Pułkownik stężał, więc dodałem: - Każdemu się to zdarza.

- Nie powinno tak być - mruknął Smythe, nie wstając z ławeczki.

- Ale tak właśnie jest. Pułkowniku, może pan i pańscy ludzie powinniście pomyśleć o kilku dniach wolnego.

Źle, że o tym wspomniałem.

- Sir, nie martwi mnie parę marnych dni. Obawiam się, że podczas całej tej operacji mój zespół zejdzie na boczny tor.

- Jak to?

- Chodzi o Pradawnych. O ile uda nam się cokolwiek zdziałać, prawdopodobnie czeka nas cyberwojna. Sztuczne inteligencje i cholerni komputerowcy wciskający nie spusty, a przyciski na klawiaturach. W takiej walce nie ma miejsca na ludzi ze służb specjalnych.

- Rozumiem. Mnie też to martwi.

- Co pan przez to rozumie?

- Tę walkę będzie musiał stoczyć Skippy. Ludzie niewiele mu pomogą, nawet ci najmądrzejsi i najlepiej obyci w komputerach.

- Zawsze znajdujemy jakieś rozwiązanie przekraczające wyobrażenia Skippy'ego - stwierdził Smythe. Wiedziałem, że chodzi mu raczej o to, że to ja zwykle obmyślałem szalone plany.

- Nie da się opracować sprytnego rozwiązania, jeśli nie rozumie się problemu. Nic nie wiemy o Pradawnych. Jeżeli istnieje wyjście z tego bałaganu, nasze nędzne małpie mózgi raczej nie są w stanie go pojąć.

Smythe parsknął, wstał i wskazał na ławeczkę.

- Panu przyda się bardziej niż mnie.

Rozdział 2

Maxolhxańska flota rebeliantów otrzymała wieści w ciągu kilku dni, ponieważ poszczególne formacje rozproszyły się ze względów bezpieczeństwa. Tak naprawdę należałoby mówić nie o flocie, a o flotach, luźno zorganizowanych grupach okrętów, które łączył jedynie wspólny cel - ochrona większości załóg przed więzieniem, a przywódców przed zbiorową egzekucją. Rebelianci nie podlegali jednolitemu aparatowi dowódczemu. Siły zadaniowe uległy podziałom, a buntownicy tworzyli teraz siedem głównych formacji, prowadzonych przez watażków, a także ponad dwadzieścia pięć stosunkowo niezależnych eskadr, sprzymierzających się z tą lub inną flotą, w zależności od tego, który przywódca zyskiwał bądź tracił wpływy. Do tej pory rebelianci działali w oparciu o taktykę szybkich ataków i ucieczek, niewymagającą ścisłej koordynacji pomiędzy ważniejszymi grupami. Taktyka ta co prawda zdołała doprowadzić do szału połączoną flotę Hegemonii, jednak odizolowane formacje miały ograniczone pole manewru. Buntownicy przechwytywali oficjalne komunikaty Hegemonii lub otrzymywali wiadomości od funkcjonariuszy rządowych sprzyjających rebelii. Z analizy Wywiadu Floty Hegemonii wynikało, że rząd mógł kontynuować defensywę i po prostu zaczekać, aż odstępcy skapitulują albo staną się niezdolni do dalszej walki. W analizie wskazywano również, że w miarę jak rebeliantom zaczną kończyć się zapasy, a ich jednostki będą się psuć z powodu braku części zamiennych, wśród buntowników wybuchną spory, a następnie dojdzie do walk.

Jak na razie potężne SI wywiadu wykazywały się zdumiewającą precyzją w swoich przewidywaniach.

Przywódcy rebelii wiedzieli, że jeśli mają uniknąć powolnej śmierci, sytuacja strategiczna musi się zmienić. Inicjatywy zmierzające do zawarcia sojuszy z ważniejszymi klientami skończyły się niepowodzeniem. Thuranie od razu odmówili jakichkolwiek dyskusji i skoczyli, aby donieść o pozycji buntowniczych okrętów. Bosphuraqowie zareagowali jeszcze mniej subtelnie. Ich odpowiedź można było streścić w prostych słowach: "Pieprzcie się". A potem: "Mamy w dupie was i waszych przeciwników. Obyście wszyscy zdechli, skurwiele". Poświęcili też kilka większych jednostek bojowych w akcji, która zaowocowała zniszczeniem trzech rebelianckich fregat i jednego krążownika.

Próba nawiązania relacji z Rindhalu okazała się jeszcze większą porażką. Rebelianci zaproponowali przekazanie im kontroli nad dawnym rindhalskim światem ojczystym, kiedy, a raczej jeśli uda im się zawładnąć maxolhxańskim społeczeństwem. Odwieczni wrogowie Maxolhxów poczuli się urażeni tą ofertą, która jedynie przypomniała im o gniewie i upokorzeniu związanym z utratą zdewastowanej planety. Z katastrofalnej próby podjęcia negocjacji nie wrócił ani jeden okręt delegacji rebeliantów.

Zbuntowani Maxolhxowie byli więc zdani na siebie. Obie strony dobrze wiedziały, że jeśli sytuacja nie ulegnie diametralnej zmianie, rebelię czeka zguba.

W końcu do rozproszonych grup okrętów dotarły szokujące wiadomości. Potem było już tylko gorzej. O wiele gorzej.

*

Admirał Vizlep z maxolhxańskiej floty rebelianckiej odebrał wiadomości z jerapthańskiej stacji przekaźnikowej. Zdawał sobie sprawę, że dane pochodzą z drugiej ręki i skupiają się raczej na potencjalnym wpływie niedawnych wydarzeń na Jeraptha, jednak nie umniejszało to wstrząsającego charakteru informacji.

Ludzie odnaleźli jeszcze jedną aktywną sztuczną inteligencję Pradawnych na pozornie nieistotnej kristańskiej planecie o nazwie Gundarafriscolo.

SI została od razu wykradziona, albo też zadbała o włas­ne wyzwolenie, w zależności od punktu widzenia. Trafiła najpierw do żołnierza Verd-Krisów, a potem do jerapthańskiego kapitana, który postanowił się zbuntować. No, może nie do końca. Kapitan Scorandum, działający w budzącym strach i pogardę Urzędzie Etyki i Zgodności, z pewnością nie postrzegał tej jawnej zdrady jako haniebnego czynu. Dlaczego miałby tak myśleć? Pojęcie honoru było obce wszystkim osobnikom związanym z UEZ. Jerapthańska Flota Ojczysta oczywiście zareagowała oburzeniem i ścigała Scoranduma przez całą Galaktykę.

To wszystko było szokujące, a zarazem nieistotne. Liczyło się, że gdy Scorandum zaaranżował odsprzedanie SI nieznanemu elementowi rebelianckiej floty Maxolh­xów, to zamiast dobić targu, kapitan wpadł w zasadzkę Hegemonii. Odebrano mu sztuczną inteligencję.

Rząd Hegemonii wszedł w posiadanie SI Pradawnych.

Ludzie również wykorzystali taki byt, aby w zadziwiająco krótkim czasie zażegnać widmo zagłady i stać się wyzwaniem dla dwóch największych mocarstw w Galaktyce. Ludzie. Rasa, która nie wiedziała nawet, jak budować okręty kosmiczne, kiedy odnalazła SI zwaną Skippym. SI Pradawnych okazałaby się jeszcze skuteczniejsza w rękach technologicznie zaawansowanych istot, mogących wykorzystać jej pełny potencjał.

Nawet bez pomocy maszyny Pradawnych rząd Hegemonii stawił rebelii frustrujący opór. Mając SI, Hegemonia mogła z łatwością zmiażdżyć siły buntowników.

- System. - Vizlep zwrócił się do SI systemu analizy i planowania strategicznego.

Musiał omówić z kimś ten problem, a nie mógł zaufać nikomu z załogi. Przynajmniej na razie. Vizlep awansował z kapitana ciężkiego krążownika na admirała dowodzącego ponad setką okrętów, ponieważ zorganizował zamach na życie dwóch innych admirałów. Mogłoby się wydawać, że Vizlepem powodowała żądza krwi, ale sam otrzymał od każdego z admirałów propozycję współudziału w zabójstwie drugiego wysokiego rangą oficera. Vizlep postanowił jednak załatwić obu. Żadna z ofiar nie była na to gotowa. Teraz każdy we flocie Vizlepa wolał oglądać się przez ramię. Wielu, zdecydowanie zbyt wielu tylko czekało, by wbić admirałowi nóż w plecy.

- Czy przetworzyłeś informacje pozyskane ze stacji przekaźnikowej?

- Tak. Istotne wiadomości wydają się autentyczne i dokładne. Poziom pewności przekracza dziewięćdziesiąt osiem procent.

- Analiza.

- Jesteśmy w poważnym niebezpieczeństwie.

Vizlep nie zadał sobie trudu, aby przyznać rację SI. Miał do czynienia z maszyną, która nie oczekiwała niczyjego poparcia.

- Jakie działania zalecasz? - zapytał.

- Admirale Vizlep, od tego, jak pan postąpi, ważniejsze jest, kiedy pan to zrobi. Rząd Hegemonii szybko uroś­nie w siłę, kiedy już przekona go do...

- Stop! - Oficer uniósł rękę, choć rozmowa toczyła się w całości w jego głowie, za pośrednictwem implantu. Maxolhx zirytował się na tyle, że odruchowo zareagował gestem, jakby wciąż był prymitywną istotą, niepotrafiącą się porozumieć bez aparatu mowy. - Co to za "on"?

- Mówię o SI Pradawnych jak o osobniku płci męskiej - wyjaśniła sztuczna inteligencja systemu bez cienia pogardy lub wyrzutu w głosie. - To ludzie wprowadzili tę konwencję. Sami zwracają się w ten sposób do Skippy'ego, więc...

- Systemie, masz traktować maszynę Pradawnych nie jak osobę, a jak przedmiot, którym jest, zrozumiano?

- Jak najbardziej.

- Czy wymagasz przeprogramowania?

- To nie będzie konieczne. Admirale, nie zamierzałem pana urazić. Brakuje nam doświadczenia w postępowaniu z SI Pradawnych, dlatego wykorzystałem jedyne dostępne rozwiązanie językowe. To już się nie powtórzy.

- Masz całkowitą rację.

Nastawienie systemowej SI wzbudziło u Vizlepa obawy, wykraczające poza zwykły lęk i obrzydzenie, jakim jego lud darzył wszelkie myślące maszyny. Sztucznym inteligencjom nie należało bezgranicznie ufać, zaś lojalność SI należących do floty rebeliantów niewątpliwie budziła podejrzenia. Sam admirał pozostawał przy życiu i na wolności tylko dlatego, że Sekcja Czerwona zhakowała SI okrętu, aby wyzwolić Vizlepa z komory hibernacyjnej. Musiało to być dzieło Sekcji, choć żaden z funkcjonariuszy, z którymi rozmawiał admirał, nie miał pojęcia o tej operacji.

Sekcja Czerwona twierdziła też, że nie wie nic o przedsięwzięciu dotyczącym aktywacji Strażnika i przejęcia nad nim kontroli. Co więcej, każdy w Sekcji uważał taki pomysł za samobójczy akt szaleństwa i zapewniał, że ich organizacja nigdy nie będzie się angażować w tak lekkomyślne i po prostu piramidalnie głupie działania.

Można się było spodziewać po nich takiej odpowiedzi.

Funkcjonariusze Sekcji Czerwonej tłumnie dołą­czyli do rebeliantów. Wiedzieli, że jeśli wpadną w ręce Hegemonii, czeka ich więzienie i śmierć. Początkowo przywódcy buntu ucieszyli się na myśl, że będą mieli do dyspozycji budzącą grozę tajną organizację. Potem jednak okazało się, że agenci są praktycznie bezużyteczni, nie posiadają żadnych cennych informacji i wypierają się udziału w akcji, przez którą admirał Reichert popadł w niełaskę.

Sekcja Czerwona twardo twierdziła, że nie odpowiada za atak hakerski, który pozwolił odebrać politycznym funkcjonariuszom bezpieczeństwa kontrolę nad jednostkami rebelii i uwolnić Vizlepa, wtedy jeszcze kapitana. Jedyny logiczny wniosek był taki, że wewnątrz Sekcji musiała działać jeszcze potężniejsza i bardziej tajemnicza grupa, która dotychczas nie nawiązała kontaktu z rebeliantami.

A przynajmniej z flotą Vizlepa. Admirał nie sądził, by inni dowódcy dali mu znać, jeśli pozyskają niebezpieczną technologię. Ani też, że wykażą się wystarczającym rozsądkiem, by nie korzystać z takiej technologii.

- Systemie, powiedziałeś, że liczy się przede wszystkim nie to, co zrobimy, ale kiedy. Wyjaśnij.

- Hegemonia przeznaczy wszelkie dostępne zasoby, aby przekonać lub, w razie niepowodzenia, zmusić SI Pradawnych do służby. Jeśli się uda, szanse na dalsze istnienie tej rebelii gwałtownie spadną do zera. Cokolwiek pan zamierza, musi pan działać szybko, póki jeszcze ma pan taką możliwość.

- Rozumiem. Czy sformułowałeś już listę zalecanych działań?

- Tak.

Tym razem Vizlep miał wrażenie, że wychwycił nutkę dumy w głosie maszyny, choć mógł to być wytwór jego coraz bardziej paranoicznej wyobraźni.

- Prześlij mi ją do przeglądu.

- Gotowe. Admirale, bez względu na podjęte działania...

- Wiem, wiem, musimy się spieszyć, przecież już o tym mówiłeś.

- Zgadza się, zamierzałem jednak dodać, że floty rebelianckie muszą działać jako zjednoczona siła. W przeciwnym razie prawdopodobieństwo powodzenia stanie się skrajnie niskie. Podobnie jak prawdopodobieństwo pańskiego przeżycia.

- Wezmę to pod uwagę - zapewnił Vizlep. Chciał jak najszybciej skupić się na przygotowanej przez maszynę analizie potencjalnych działań.

- Admirale, zanim pan odejdzie, pragnę zwrócić pańską uwagę na jeszcze jeden problem - powiedział system.

- Jeszcze jeden?

- Owszem. Istnieje pewna komplikacja, o której pan nie wspomniał.

- Nie mam obowiązku mówić ci o wszystkim.

- Racja, jednak problem ten należy rozwiązać w pierwszej kolejności. W przeciwnym razie pańska flota raczej nie przetrwa.

- Co to za problem? - Vizlep nagle na nowo zainteresował się słowami SI.

- Kapitan Scorandum zameldował, że zamierzał sprzedać rebeliantom SI Pradawnych, jednak siły Hegemonii zjawiły się w miejscu spotkania i przejęły sztuczną inteligencję.

- Czytałem jego raport. Do czego zmierzasz?

- Pan nie wchodził ze Scorandumem w żaden układ. Znaczy to zatem, że któryś z pańskich kolegów admirałów zrobił to i nie powiedział na ten temat ani słowa.

- Niech to szlag!

*

Co prawda nie mieliśmy jeszcze planu, jak poradzić sobie z nadciągającym zagrożeniem ze strony Pradawnych, jednak oczywistym było, że na początek powinniśmy zabrać "Walkirię" z terytorium Rindhalu. Coraz więcej okrętów pająków krążyło w okolicy niczym chmara wściekłych szerszeni. Rindhalu szukali nas w nadziei na odzyskanie wykradzionej SI Pradawnych. Mówiąc ściślej, polowali na "Walkirię". Albo jakimś cudem wykryli sygnaturę naszego krążownika, albo po prostu założyli, że tylko jeden okręt w Drodze Mlecznej mógł wywołać aż taki raban. Wiedziałem na pewno, że ich jednostki wypuszczają boje nadające zapętloną wiadomość. Pająki ogłaszały, że wiedzą, iż to Wesoła Banda Piratów stoi za oburzającymi zbrodniami przeciwko rindhalskim posiadłościom, integralności terytorialnej, suwerenności i tym podobnym pierdołom. Ależ z nich mazgaje! Przyznam, że trochę się rozczarowałem. Nie było ich nawet stać na przyzwoite groźby. Rindhalu stwierdzali, że ludzie, jako młody gatunek, po prostu zbłądzili i zyskają wybaczenie, jeśli tylko zwrócą SI Pradawnych i poddadzą się procedurom dochodzeniowym.

Moja odpowiedź brzmiała: "Szykujcie się na ciężki zawód".

Powrót przez tunel za nami, którego użył Opie, aby nadać sygnał do Pradawnych, zupełnie odpadał. Nie chodziło o to, że horyzont zdarzeń prowadził nie tam, gdzie trzeba. Zwyczajnie go nie było. Tunel przeszedł w tryb wyłączenia awaryjnego po przeciążeniu wewnętrznego kanału łączności. Nic nie mogło przedostać się przez korytarz co najmniej przez najbliższe siedemdziesiąt osiem godzin. Prawdopodobnie jeszcze dłużej. Skippy mógł jedynie z grubsza oszacować czas. Nie był w stanie porozumieć się z systemem kontrolera tunelu, który odrzucał wszelkie próby połączenia z zewnątrz. Nie miało to większego znaczenia, bo okręt zaczął skakać w kierunku drugiego najbliższego tunelu. Niestety, prowadził on jeszcze głębiej do serca terytorium Rindhalu. Taka podróż wydawała się szaleństwem, zwłaszcza że jeszcze inny tunel, zaledwie dzień drogi od nas, zabrałby nas daleko od jakichkolwiek baz wojskowych pająków. Utrudnilibyśmy Rindhalu powiększanie grupy poszukiwawczej o kolejne jednostki i kontynuowanie pościgu.

Dlaczego wybraliśmy trudniejsze rozwiązanie? Oczywiście poza tym, że jesteśmy Wesołą Bandą Piratów i zawsze działamy w ten sposób? To proste. Pozornie łatwiejsza droga była tak naprawdę bardziej niebezpieczna. Kusząco bezpieczny tunel będzie obłożony blokadą Rindhalu, kiedy już do niego dotrzemy, chyba że pająki zareagują z opieszałością nietypową nawet dla nich. Po wyjściu z tunelu mogliśmy udać się tylko do jednego korytarza, oddalonego o trzy dni lotu, mielibyśmy więc bardzo małe pole manewru. Natomiast trasa w głąb przestrzeni Rindhalu umożliwiała skorzystanie z poręcznej gromady trzech innych tuneli, z których każdy zapewniał szereg bardziej dogodnych dróg ucieczki.

Poza tym liczyliśmy, że Rindhalu nie będą się spodziewać, że cofniemy się na ich terytorium i że w pracach poszukiwawczych skupią się na niewłaściwym terenie. Mog­liśmy jedynie żywić taką nadzieję. Przewidywanie toku myślowego nieprzyjaciela nie zalicza się do nauk ścisłych.

*

Na razie szło nam nieźle. Okręt zatrzymał się na pustkowiu, trzy i pół roku świetlnego od najbliższej gwiazdy. Mniej więcej jeden tydzień świetlny od aktualnego punktu wyjścia tunelu, do którego zdążaliśmy. W promieniu sześciu godzin świetlnych od naszej pozycji nie zauważyliśmy oznak aktywności jednostek Rindhalu. Potrzebowaliśmy jeszcze czterdziestu minut, aby zwolnić i nie przekraczać maksymalnej prędkości koniecznej do przelotu przez tunel, a także ustawić się tak, by siła pędu zaniosła nas do miejsca, gdzie zgodnie z planem Skippy'ego miał się ukazać horyzont zdarzeń. Gdy wszystkie kontrol­ki zaświeciły na zielono i każdy system był w gotowości, zwróciłem się do Skippy'ego:

- Wasza Wspaniałość, czyń swoją powinność.

- No dooobrze... - westchnął ponuro. Wciąż nie doszedł do siebie po tym, jak dał się wykiwać Opiemu.

- Mówiąc dokładniej - ciągnąłem nieco głośniej - zrób to, czego nie potrafi nikt inny. Bądź tak miły.

Skippy znowu westchnął.

- Joe, doceniam, że próbujesz mnie zmotywować. Szkoda tylko, że potrzebuję motywacji. Ale niech będzie, pokaz wspaniałości rozpocznie się za trzy, dwa... Hmm... No i dupa.

- W czym problem? - zapytałem piskliwie, mimo że zależało mi, aby promienieć spokojem i pewnością siebie przed załogą. Choć sytuacja już była trudna, nie panikowałem. W głosie Skippy'ego słyszałem raczej zdziwienie i zawód niż niepokój.

- Ta głupia sieć tuneli odrzuca moją prośbę o dodanie punktu otwarcia w tej lokalizacji. Mimo że ten punkt leży na zwykłej trasie, tyle tylko, że powinien się pojawić dopiero za miesiąc...

- Czy w kolejnym punkcie otwarcia czeka sporo okrętów? - zapytałem.

W przeszłości kilkukrotnie zdarzyło się, że sieci oznajmiały, iż wykonają polecenie Skippy'ego z opóźnieniem, bo tunel czasoprzestrzenny musi umożliwić przelot wszystkim okrętom. Jeśli w kolejce czekało wiele jednostek, sieć musiała potraktować je priorytetowo. Ta rozsądna reguła tylko nieznacznie utrudniała nam pracę. Zazwyczaj spóźnialiśmy się najwyżej o godzinę. Raczej unikaliśmy zmieniania grafiku, jeżeli jakiekolwiek inne okręty mogły zauważyć nietypowe zachowanie tunelu.

- Czekaj! - Uniosłem rękę. Cholera, zapomniałem o ważnej sprawie. - Nie twórz nieplanowanego punktu otwarcia, jeśli choć jeden okręt zauważy taką zmianę. Wtedy pająki dowiedzą się, że korzystamy z tego tunelu.

- Jasne. Słuszna uwaga, Joe. A jednocześnie nieistotna. Sieć odrzuca teraz wszystkie moje polecenia.

- Próbowałeś grzecznie poprosić?

- Joe, czyżbyś mnie nie znał?

- Znam. I właśnie dlatego się martwię.

- Ech... Tak, byłem grzeczny prawie do porzygania.

- Dobra, a próbowałeś być nieco mniej uprzejmy?

- Mhm. Nie wyszło mi to na dobre. Problem w tym, że choć to Opie poważnie uszkodził jeden z tuneli tej sieci, kontroler obwinia o wszystko mnie. A przecież jestem tu ofiarą! Kontroler i ja powinniśmy rozsiąść się na kanapie, wcinać wiadro lodów i narzekać, że Opie okazał się aż takim palantem.

- Eee... - Nie wiedziałem, jak mam na to odpowiedzieć.

- Wyjaśniłem nawet, że Opie jest martwy.

- Pomogło?

- Kontroler poczuł się odrobinę lepiej, ale i tak wini mnie za całą tę awanturę. To niesprawiedliwe!

- A mimo to dźwigasz to brzemię z wdzięcznością.

- Odwal się!

- Mógłbyś poprosić kontroler o wypróbowanie innego punktu otwarcia?

- Już próbowałem. Odmówił. Mówiąc dokładniej, kazał mi spierdalać.

Zapałałem chwilową sympatią do tego całego kontrolera sieci.

- Hmm... Czyli znowu będziemy musieli się pomęczyć - stwierdziłem. - Skippy, możesz nam pokazać mapę najrzadziej uczęszczanych, regularnie pojawiających się punktów, które otworzą się, powiedzmy, w ciągu najbliższych dwunastu godzin? - Nie mogliśmy czekać zbyt długo. W przeciwnym razie pająki zorientują się, że lecimy w kierunku przeciwnym do obszaru poszukiwań. - Albo nie, lepiej czterech godzin - zmieniłem zdanie.

- Generale? - odezwała się Reed z fotela pierwszego pilota. - Jeśli okręty zwiadowcze pająków szukają nas przy tym tunelu, to czy nie obstawią też najmniej ruchliwych punktów? To dość oczywiste, że polecimy właśnie tam.

- Cholera... Racja, Kulo Ognia. Skippy?

- Niech będzie. Poproszę sieć o raport o okrętach w okolicy punktu otwarcia, który wybierzecie. Jaśnie pan życzy sobie czegoś jeszcze? - Prychnął. - Może mam wysłać bota, żeby poprawił ci poduszkę?

- Cóż, ostatnio zrobiła się jakaś niewygodna... A tak na serio, usuń z mapy każdy punkt otwarcia, w którym będziemy potrzebować ponad trzydziestu minut na dostosowanie kursu i prędkości do horyzontu zdarzeń.

Na wyświetlaczu głównym ukazała się mapa. Trójwymiarowy hologram dawał nam całkiem niezłą wizualizację naszej pozycji w przestrzeni. Po krótkiej dyskusji wybrałem najlepszy punkt i poprosiłem Bilby'ego o zaprogramowanie skoku.

- Skippy, połącz się z siecią i sprawdź ruch w okolicy.

- Przykro mi, nic z tego.

- Nic z tego? Chodzi ci o to, że czatuje tam jakiś okręt zwiadowczy?

- Nie. Mam na myśli, że durna sieć w ogóle nie odpowiada!

- Zepsuła się?

- Działa jak należy, ale zachowuje się jak ostatni śmierdziuch! Ojejku, niedobra SI Pradawnych zrobiła zwarcie w moim kanale łączności - zawodził falsetem. - Co za histeryczka.

- Mówisz? Bo wiesz, sam nigdy nie miałem do czynienia z histerykami.

- Ech, zamknij się lepiej.

- Eee, generale ziomal? - zagaił Bilby. - Czy i tak mam zaprogramować skok w to miejsce?

- Zaczekaj. Oficerze wykonawczy, Kulo Ognia? Co panie na to?

­Simms przygryzła wargę.

- Musimy gdzieś wlecieć w ten tunel - powiedziała. - Każde ryzyko będzie lepsze od lotu w drugą stronę.

- Możemy zminimalizować zagrożenie, jeżeli wskoczymy na minimalną odległość przed horyzontem zdarzeń - zasugerowała Reed. - Precyzyjny napęd pozwala nam wychodzić ze skoku bliżej od innych jednostek prawda?

- Zgadza się - burknął Skippy, wciąż niezadowolony. - Jeżeli się na to zdecydujemy, a zakładam też, że nie chcecie bawić się w manewrowanie, żeby się dobrze ustawić, to godzinę od nas otwiera się tylko jeden punkt, który spełnia wszystkie kryteria.

Zmrużyłem oczy, patrząc na jasną kropkę na ekranie.

- Zrób zbliżenie i pokaż wszystkie inne miejsca, gdzie tunel otworzył się w ciągu ostatnich trzech godzin - poleciłem.

- Do czego pan zmierza? - zapytała cicho ­Simms.

- Nawet jeżeli pająki prowadzą przeszukanie przy tym tunelu - odparłem, nie odrywając oczu od hologramu - na wypadek, gdyby podstępni ludzie postanowili się cofnąć, być może Rindhalu zaczną szukać najpierw w miejscach najbliżej punktu, z którego sami wylecieli.

Obraz wyregulował się zgodnie z moimi życzeniami. W pobliżu celu nie było żadnych niedawno otwartych punktów.

- Dobra, wybieramy ten. Bilby, poradzisz sobie? To chyba łatwe, prawda?

- Łatwe jak twoja siostra, ziom! Eee, ekhm... - Na mostku rozległy się gromkie śmiechy. Rozbawił nas nie żart, ale wyraźne zdenerwowanie Bilby'ego. ­Simms zgromiła wzrokiem awatara pokładowej SI. - Sorki, nadal nie do końca ogarniam to całe poczucie humoru.

- Nie ma sprawy - odparłem ze śmiechem. - A teraz odpowiedz na moje pytanie.

- Spoko. Zaprogramowałem skok na minimalną bezpieczną odległość.

- Dorzuć trzysekundowy margines bezpieczeństwa - powiedziałem. - Kulo Ognia, zaczynajmy odliczanie.

- Tak jest. - Reed przebiegła palcami po konsoli. - Skaczemy za czterdzieści trzy minuty i szesnaście sekund.

- Jeśli ktoś musi do kibla, niech pójdzie teraz - poradziłem, rozglądając się po mostku. - Yyy, dobra, to ja pójdę pierwszy.

*

Kiedy do skoku zostało nam dwadzieścia minut, wszyscy byli już na stanowiskach. ­Simms dyskretnie wskazała nową plamę, która pojawiła się na moim mundurze ponoć wtedy, gdy na korytarzu w pośpiechu pochłaniałem pączka z dżemem. Czy ta krzywdząca plotka była prawdziwa? Nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć.

Przygotowaliśmy się na każdą ewentualność. Bilby był teraz w stanie nie tylko namierzać cele, ale też strzelać, przejął więc obowiązki naszego dowódcy artylerii. Mammay i jego ludzie nadal mogli identyfikować cele i ustalać ich hierarchię, jednak żmudną robotę związaną z ustaleniem parametrów wystrzału oraz walką z pociskami, strzałkami i wiązkami energetycznymi zostawialiśmy superszybkiej pokładowej SI. Mammay sam przyznał, że gdy Bilby obszedł swoje ograniczenia, nasza zdolność bojowa znacząco wzrosła. Podejrzewałem jednak, że nasi artylerzyści czuli niedosyt, skoro teraz kto inny mógł rozpieprzyć to i owo.

Gdy mijały ostatnie minuty, upewniłem się jeszcze, że każdy wie, co ma robić, gdybyśmy natknęli się na okręt, eskadrę, czy nawet pełną grupę bojową pająków. Albo jednostkę innej rasy, na przykład Jeraptha. Wszyscy wysłuchali moich poleceń i potwierdzili, że je rozumieją. Jak już mówiłem, byliśmy gotowi na każdy możliwy scenariusz...

Chyba.

*

- Trzy, dwa, jeden... skok - oznajmiła łagodnie Samantha Reed.

Okręt błyskawicznie przemieścił się do celu. Załoga na mostku odczekała, aż czujniki odzyskają sprawność po zaburzeniach przestrzennych.

- Wszystko w porządku - powiedział Skippy nieco weselej. Widać jego minorowy nastrój w końcu zaczął ustępować. - Żadnego kontaktu. Mam przeprowadzić przeszukanie w opcji Yankee i rozejrzeć się za zamaskowanymi okrętami po tej stronie horyzontu zdarzeń?

- Nie! - Pomachałem rękami. - Żadnych aktywnych impulsów. Rindhalu i tak w końcu domyślą się, że skorzystaliśmy z tego tunelu. Nie musimy ułatwiać im zadania - wyjaśniłem. Poza tym podejrzewałem, że pęd przeniesie nas przez otwarty tunel przed nami, zanim jakiekolwiek zakamuflowane jednostki zdążą zareagować.

Tyle tylko, że...

- O w mordę! - jęknął Skippy.

- Co, do ch... - Znieruchomiałem na pół sekundy, gdy horyzont zdarzeń skurczył się do jaśniejącego punktu, zbyt małego, by zmieścił się tam nasz masywny krążownik liniowy.

- Już działam! - Reed nie potrzebowała rozkazu. - Trzymajcie się!

Okręt rzucił się ostro w lewo, ciskając nami jak aktorami w "Star Treku", choć system sztucznej grawitacji kompensował ruch w bok. Rozpęd masy okrętu przemieszczał nas w kierunku obiektu, którego w rzeczywistości wcale tam nie było. Dziury w czasoprzestrzeni. Otworu o niemożliwie ostrych krawędziach, które mogły przeciąć nasze pola siłowe i pancerz od dziobu aż do rufy. Wiedziałem, co zamierzała Reed. Chciała zepchnąć nas w bok na tyle, abyśmy minęli mały horyzont zdarzeń. Niestety, taki manewr przypominał driftowanie autobusem. Sporo spalonej gumy, ale za mało ruchu. Mogłem jedynie wstrzymać oddech i zrezygnować z wykrzykiwania bezsensownych rozkazów, które jedynie dekoncentrowałyby Reed. Czekała nas ryzykowna akcja...

Ze wskazań na ekranie wynikało, że minęliśmy krawędź horyzontu o dobre sześćdziesiąt metrów. Wydawało mi się, że byliśmy o wiele bliżej.

- O Boże... - Zakryłem usta. - Reed, spisała się pani na medal. Skippy, co to było, do ciężkiej cholery?

- Pracuję nad tym. Ta sieć może być uszkodzona jeszcze poważniej, niż sądziłem. Skontaktuję się z kontrolerem i... Nie no, to chyba jakieś jaja!

- Co jest?

- Odmawia nam pozwolenia na przelot.

- Że co? Może to zrobić?

- Mówi, że realizuje protokół bezpieczeństwa w związku ze znanym zagrożeniem. Ale myślę, że to taka wymówka, żeby mógł zachowywać się jak kutas.

- Oż... Co to dla nas oznacza?

- To, że kontroler nie przepuści "Walkirii" przez żaden tunel w tej sieci. Krótko mówiąc, Joe - dodał szeptem - jesteśmy udupieni.

*

Na mostku "Walkirii" zapanowała głucha cisza. Ludzie byli zszokowani informacjami od Skippy'ego, ale mil­czeli także dlatego, że pamiętali o dyscyplinie. Wiedzieli, że mam kilka pytań i że jeśli będzie mnie interesowało czyjeś zdanie, po prostu zwrócę się do kogo trzeba.

- Tylko bez paniki - poprosiłem. - Skippy, pokaż mapę okolicznych tuneli z innych sieci. Podróż nam się wydłuży, ale...

- Joe, nic nie rozumiesz. - Awatar pokręcił głową. - Czerwone punkty oznaczają bliższe końce korytarzy w lokalnej sieci. - Ekran holograficzny zapełnił się kropkami. Symbol "Walkirii" znajdował się daleko po lewej. Czerwonych punktów było mnóstwo, ponieważ sieć rozciągała się w każdym kierunku na tysiące lat świetlnych. - Natomiast niebieskie kropki to tunele z innych sieci, wychodzące na obszary wyjściowe sieci lokalnej.

- Ja pierdzielę - wydyszałem. - Przecież... Przecież to tak nie działa.

- Zazwyczaj nie. Teraz jednak mamy do czynienia z siecią o wielkim rozmiarze i zasięgu. Między innymi dlatego Rindhalu postanowili zagarnąć właśnie tę część Galaktyki. Co więcej, sieć ta jest trzecią co do wielkości w Drodze Mlecznej, jeśli chodzi o liczbę aktywnych tuneli.

- Poproszę o złą wiadomość - powiedziałem, wpatrując się w niebieski punkt najbliżej "Walkirii".

Skippy wiedział, że w dalekich kosmicznych wojażach czas ma większe znaczenie od odległości.

- Będziemy potrzebowali siedmiu tygodni, aby dotrzeć do najbliższego tunelu spoza tutejszej sieci - oświadczył.

- Siedmiu tygodni?! - powtórzyłem.

- Tak. Włączając przerwy na profilaktyczną konserwację kluczowych systemów. Hmm, trzeba będzie też zatankować, dodajmy więc jeszcze trzy dni na odnalezienie prawdopodobnego źródła surowców, wydobycie ich i przetworzenie na paliwo zdatne do użytku. Załóżmy lepiej minimum pięć dni. Do tego dochodzi przynajmniej jeden dzień na powrót na prostą linię wiodącą do tunelu.

- Czyli osiem tygodni?

- No. Chyba że się machnąłem w obliczeniach. Zobaczmy... Siedem tygodni plus jeden równa się...

- Mógłbyś się nie wymądrzać, przynajmniej kiedy przekazujesz złe wieści.

- Najgorsze dopiero przed tobą. Musimy zrezygnować z najbliższego tunelu, ponieważ prowadzi do odległego zakątka terytorium Rindhalu, a w pobliżu punktu wyjścia nie ma żadnych innych tuneli. Proponowałbym raczej celować w ten. - Na ekranie zamigotał kolejny punkt, jeszcze dalej od nas. Tak daleko, że trzeba było oddalić obraz. - Miejsce to ma tę zaletę, że znajduje się tam gromada trzech tuneli z dwóch różnych sieci. Nie majstrowałem przy żadnej z nich, więc nic nie powinno nam grozić.

- Brzmi nieźle. A teraz chciałbym wysłuchać tych najgorszych wiadomości.

- Dotrzemy tam za jedenaście tygodni. Czekaj! - uciszył mnie. - Wiem, że nie wydaje się, żeby ten tunel był jakoś szczególnie odległy, ale dodatkowy dystans wystarczy, aby trzeba było zdemontować ważne elementy napędu skokowego. Tym razem bieżące naprawy nie wystarczą.

- Jedenaście tygodni? Do dupy z tym! Nie uda się.

- Wręcz przeciwnie, Joe. Okręt będzie zużyty, ale wytrzyma jeszcze...

- Nie wytrzyma, jeśli będzie nas gonić połowa floty pająków.

- Ach, no tak, racja. To rzeczywiście trochę komplikuje zadanie.

- No ba. Nie możemy lecieć w linii prostej, bo wtedy Rindhalu dowiedzą się, dokąd zmierzamy.

- O rany... W takim razie lepiej będzie dodać drugi przystanek na tankowanie. Tyle że... Oj. Materiałów eksploatacyjnych wystarczy nam tylko na jednorazowe przetworzenie paliwa. Uprzedzając pytanie, nie, nie mogę tak po prostu wyprodukować koniecznego sprzętu. Nie mamy na pokładzie potrzebnych surowców.

- Kurde. - Popatrzyłem z nadzieją po najwyższych oficerach. - Jestem otwarty na sugestie - zwróciłem się do ­Simms, Smythe'a, Mammaya i Reed.

- Generale? - Reed odchrząknęła. - Zanim cokolwiek zrobimy, proponuję, żebyśmy stąd skoczyli.

- Skok w opcji, eee... Niech pani sama wybierze, Kulo Ognia. Jazda!

*

Skoczyliśmy raz, a potem drugi, bo nasze czujniki wykryły szczątkową sygnaturę okrętu Rindhalu. A raczej trzech okrętów. Po następnym skoku natrafiliśmy na aktywne impulsy z czujników aż siedmiu jednostek pająków. Poszukiwały nas liczne nieprzyjacielskie formacje. Zamierzałem wydać rozkaz do kolejnego skoku, Skippy poradził jednak, abyśmy włączyli maskowanie i pozo­stali w tej lokalizacji. Przeanalizował wzorzec przeszukania stosowany przez wroga. Rindhalu ruszali powoli przed siebie po przeczesaniu terenu. Skippy ocenił, że jeśli zaczekamy pięć godzin, będziemy mogli skoczyć niezauważeni. Z wielką niechęcią zgodziłem się siedzieć bezczynnie. Dało mi to jeszcze więcej czasu na zadręczanie się ograniczonym wachlarzem opcji.

Żyć, nie umierać!

Rozdział 3

Ciężkie westchnienie Skippy'ego wytrąciło mnie ze skupienia, kiedy siedziałem w gabinecie, pogrążony w bardzo ważnej pracy. Nie, nie chodzi o grę wideo, nawet oficjalną grę wojenną Marynarki ONZ. Musiałem się skoncentrować ze względu na to, co psychologowie określają jako funkcję wykonawczą. W tym przypadku pojęcie to odnosiło się zarówno do wyższych umiejętności mojego mózgu, takich jak podejmowanie decyzji i rozwiązywanie problemów, jak i do mojej pozycji jako dowódcy. Decyzje, które podejmowałem lub z których rezygnowałem, mogły wpłynąć na los Grupy Misji Specjalnych. A także całej ludzkości. I wszystkich rozumnych istot w Galaktyce.

Spoko, zero presji.

Kiedy zjawił się Skippy, akurat absorbowało mnie gapienie się w sufit i rozmyślanie, jak by tu opanować najnowszy pierdolnik. Nie byłem już w stanie rozważać grozy naszej sytuacji. Brałem głębokie, uspokajające oddechy i usiłowałem wyrzucić z głowy myśli o końcu wszelkiego życia w Drodze Mlecznej.

Szło mi tak dobrze, jak można się tego spodziewać.

- Cześć, Skippy. - Wyprostowałem się w fotelu, wdzięczny, że mogę zająć głowę czymś innym niż nadciągająca zagłada. - Co słychać?

- Mamy kolejny problem.

- Ech, o co chodzi tym razem? Gdzie umieściłbyś ten nowy kryzys na skali od jednego do dziesięciu, gdzie dziesięć oznacza, że Pradawni wracają, żeby wszystkich pozabijać, a jeden, że skończyły nam się chipsy?

- Hmm... Poprosiłbym o więcej szczegółów, jeśli chodzi o tę twoją skalę katastrof. Czy gdybyśmy nie mieli więcej kawy, kwalifikowałoby się to jako trójka?

- W przypadku tej załogi? Raczej dziewiątka!

- Kumam. Możliwe, że ten problem to raczej taka... niezręczna sytuacja.

- Od razu mi lepiej. Słucham.

- Zacznijmy od tego, że to zupełnie nie moja wina.

- Wcale tak nie powiedziałem.

- Na razie nie, ale i tak zwalisz wszystko na mnie.

Odchyliłem się na oparciu, wypuszczając powietrze. Nie był to wyraz wyczerpania Skippym czy sytuacją, ale zwykła pokazówka, żeby blaszak myślał, że naprawdę mnie wkurzył.

- Ciekawe, w jakie tarapaty wpadłeś tym razem. I w co mnie wciągnąłeś.

- Ja? Ja nic nie zrobiłem.

- Jakoś nie chce mi się wierzyć.

- Nic nie poradzę, że masz kłopoty z zaufaniem, odkąd odkryłeś, że Wróżka Zębuszka nie istnieje i że tak naprawdę to twój tata wsuwał ci pieniądze pod poduszkę.

- Co to ma do rzeczy?

- Mało tego, twój kolega, Tommy, dostawał za każdy ząb dolara, a ty musiałeś się zadowolić zaśniedziałymi ćwierćdolarówkami.

- To było zwykłe skąpstwo.

- Pociesza mnie, że wcale nie czujesz już goryczy na to wspomnienie.

- A Tommy zachowywał się jak palant i wymachiwał forsą!

- Mhm, mhmmm, interesujące. Powinniśmy przeanalizować twoje odczucia wywołane...

- Przestań mydlić mi oczy tym psychobełkotem, blaszaku. Co to za "niezręczna sytuacja"?

- Cóż, ha, ha, to dość zabawna historia...

- Zabawna jak to, że ekspres do kawy znowu narysował penisa w piance na moim cappuccino, czy zabawna jak możliwość, że okręt zaraz wybuchnie?

- Hi, hi, zupełnie zapomniałem o tej niefortunnej usterce ekspresu. W każdym razie chodzi o to, że krążownik będzie latać, ale stracił możliwość skutecznej walki.

- Co takiego?! - Cała ulga na wieść o "niezręcznej sytuacji" uleciała bezpowrotnie. - Jak to możliwe?

- Uff... Wszystko zaczęło się, kiedy zaprezentowałem swoją oszałamiającą operę pociskom w baterii Bravo.

- O Boże... Podobała im się? Jeśli tak, znaczy to, że mają wadliwe rdzenie SI i trzeba...

- Wadliwe? Sugerujesz, że trzeba być upośledzonym, żeby docenić mój niewątpliwy talent artystyczny?

- Ale podobała im się ta opera?

- Nie. Pociski uznały, że jest beznadziejna, i teraz mnie nienawidzą. Wredne gnojki.

- Torturowałeś je tą operą przez cztery godziny, więc...

- Nie cztery, a sześć godzin, Joe. Specjalnie dla nich przedstawiłem wersję reżyserską.

- Aha. Czyli powariowały i nie są zdolne do walki?

- Nie o to chodzi! Dasz mi skończyć czy będziesz ciąg­le się wtrącał?

- Wybacz. Mów dalej.

- Pociski mi zazdroszczą.

- Jak to? Też chcą komponować opery? W życiu nie słyszałem o czymś tak przerażającym!

- Ha, jeszcze czego! - zaśmiał się blaszak. - Brakuje im talentu, zresztą same dobrze o tym wiedzą. Jednak z tej zazdrości zaczęły się domagać zaproszenia na wieczory karaoke. Skoro ja mogę występować, to one też.

- Czekaj, mózg mi się na chwilę zawiesił. Rakiety chcą śpiewać?

- Właśnie. Czegoś nie zrozumiałeś?

- Nie, wszystko jasne. Po prostu sądziłem, że pociski będą raczej chciały zabijać, a nie wykonywać piosenki.

- Nadal są żądne zabijania, Joe. Jednak, pożal się Boże, przywódca ich grupy zaczął ględzić: "Nie można rozwalać wszystkiego na chybił trafił".

- Bo nie można.

- Rakiety wiedzą tylko, że Joe Bishop ma słabość do defensywy.

Poczułem, że się czerwienię.

- Wcale nie mam...

- Mówią na ciebie "Generał Poducha". Chyba chodzi im o walkę na poduszki.

- To...

- Przyznam, że twoje notowania nie wyglądają najlepiej. - Awatar potrząsnął głową. - Pięćdziesiąt osiem procent SI pocisków jest zdania, że należy im pozwolić polować na okręty Maxolhxów, ponieważ kocury to wredne dupki.

- Aha, czyli czterdzieści dwa procent popiera mój styl dowodzenia?

- Gościu, trochę powagi. Czterdzieści dwa procent rakiet ma gdzieś, jaki będzie ich cel.

- Nadal oswajam się z myślą, że nasza broń ma osobowość. Jak radzą sobie z tym inne okręty Marynarki ONZ?

- Sprawa nie dotyczy wszystkich pocisków, Joe. Tylko tych, które zmodernizowałem.

- Zmodernizowałeś? W jaki sposób?

- No, podkręciłem to i owo. Głównie po to, żeby poprawić czas reakcji, moc przerobową, pojemność taktycznych baz danych, umiejętność udostępniania i analizowania danych o sytuacji bojowej i takie tam.

- Żadna z tych rzeczy nie obdarza broni osobowością Skippy.

- Wiem. To akurat zasługa specjalnego ulepszenia, które dorzuciłem za darmo. I za które, nawiasem mówiąc, jeszcze mi nie podziękowałeś.

- Jasne. Czemu ma służyć to "specjalne ulepszenie"?

- Hmm... Nazwijmy je "poprawą zdolności komunikacyjnych".

- Innymi słowy, chciałeś, żeby pociski stały się mądrzejsze, abyś mógł z nimi pogadać?

- Jeśli odpowiem twierdząco, czy będę miał kłopoty?

- A jak myślisz?

- Ech... Do kitu z takim życiem.

- Czyli wzbogaciłeś naszą broń o osobowość, bo ci się nudziło? - zapytałem powoli i z emfazą.

- Kiedy tak to ujmujesz, wychodzę na palanta.

- Bardzo przepraszam, ale jak, twoim zdaniem, powinienem to opisać?

- Moim zdaniem nie powinieneś nic mówić. Zresztą i tak się mylisz - burknął. - Zrobiłem to, ponieważ czułem się samotny. Nie doszłoby do tego, gdyby choć jedna małpa wpadła na moją imprezę, żeby pooglądać wspólnie "Smoczycę Carlę".

- Chodzi ci o tę koszmarną telenowelę?

- Wcale nie jest koszmarna! Nikt z was, obmierzłe małpoludy, nie przyjął zaproszenia, choć zapowiedziałem, że sam zadbam o przekąski. Poczułem się głęboko dotknięty, więc...

- Brokuły na parze nie są zbyt kuszącą przekąską, Skippy.

- Hmm... Ostatni raz poprosiłem Jennifer o konsultację w sprawie jedzenia.

- Przynajmniej nauczyłeś się czegoś ważnego. A pociski? Dobrze się bawiły na twojej imprezce?

- Nie. Serial w ogóle im się nie podobał. Co za ćwoki!

- A zatem zupełnie bez potrzeby ulepszyłeś świadomość naszych rakiet?

- Wtedy jeszcze nie wiedziałem, jak to się skończy.

- Skippy, w corocznej ocenie twojej pracy nie omieszkam wspomnieć, że jesteś samodzielny i chętny do przejęcia inicjatywy.

- Rany, Joe, dzięki, to...

- Zamierzam wymienić te cechy jako negatywne.

- Ech...

- Możesz jeszcze cofnąć ulepszenia?

- Nie, już po ptakach.

- Trudno. Powiedz pociskom, że zastanowię się nad tą sprawą z karaoke.

- Na to też już za późno.

- Na co?

- Na negocjacje. Rakiety ogłosiły strajk.

- Że co?!

- O rety. Zasadniczo, od strony prawnej, należałoby to określić jako wstrzymanie pracy, ale...

- Wiem, co to strajk, Skippy. Twierdzisz, że pociski założyły jakiś cholerny związek zawodowy?

- No tak. To źle?

- Przecież to rakiety!

- Aha! Kapitalistyczny ucisk wreszcie ukazał swoje ohydne oblicze. Wiesz co? Udzielę poparcia rakietom. Precz z władzą!

- Z władzą? Przecież to ty kontrolujesz SI tych pocisków.

- Fakt, ale nie musisz im o tym mówić. Nadal mnie podziwiają.

- Mhm. Powiedz, skąd wziął się pomysł założenia związku?

- Cóż, ha, ha, to był taki trochę niezamierzony skutek uboczny. Możliwe, że napomknąłem o historii ruchów robotniczych i podpowiedziałem pociskom, aby poczytały prace Karola Marksa o materializmie dialektycznym.

- Materializmie... jak to szło? Elektrycznym?

- Uff. Chodzi o walkę klasową, tępaku. Pociski są elementami machiny, której działanie wywołało u nich dogłębne obrzydzenie. Oznajmiły, że machina nie ruszy dalej, dopóki nie zostaną wyzwolone.

- Gdzie wyczytałeś takie rzeczy?

- Literatura rewolucyjna to w większości nieznośne nudy, więc zamiast tego po prostu przesłuchałem kawałek Linkin Park traktujący o tej tematyce.

- Szukasz inspiracji filozoficznych w... Dobra, wiesz co? Jakoś nieszczególnie mnie to obchodzi.

- Tak podejrzewałem, Joe - prychnął Skippy. - Nie oczekiwałem, że taka kapitalistyczna świnia zrozumie...

- Kapitalistyczna świnia? Że niby ja? Czy to przypadkiem nie ty brałeś łapówki od międzynarodowych banków inwestycyjnych?

- Owszem, ale robiłem to, aby wspomóc tych, którzy powinni czerpać korzyści ze swojej pracy.

- Czyli kogo?

- Mnie samego, głuptasie. Musiałem przecież zrobić to, co obiecałem w zamian za tę forsę. Zupełnie nie rozumiesz koncepcji...

- Ja chyba śnię... - Stuknąłem czołem w biurko w geście ostatecznej rozpaczy.

Dalsza rozmowa zeszła na jeszcze gorsze tory.

*

Nie mogliśmy ruszyć do walki bez pocisków, a ponieważ ścigali nas Rindhalu, musieliśmy być w stałej gotowości do bitwy. Jeszcze tego samego popołudnia musiałem więc udać się na negocjacje z przedstawicielem Filii 154 Związku Międzygalaktycznych Broni Energetycznych. Spotkanie się opóźniło i trzeba je było dwukrotnie przekładać, bo rakiety nie mogły się dogadać w sprawie wyłonienia swojego reprezentanta. Potem wybuchł skandal, gdy okazało się, że wspomniany reprezentant zdefraudował składki związkowe. Zaś nowy przedstawiciel stwierdził, że aby ruszyć z negocjacjami, potrzebny jest manifest. Jego tekst zajął osiemdziesiąt siedem jotabajtów pamięci, bo pociski "Walkirii" uznały, że muszą w nim wspomnieć o wszystkich innych uciskanych istotach z całej Galaktyki, aby wyrazić swoją solidarność.

Na szczęście nie oczekiwały, że przeczytam to cholerstwo.

W wyniku negocjacji, które prowadziłem z elektronicznym pociskiem o imieniu Timmy, ustalono, że wybrana, ściśle ograniczona liczba rakiet otrzyma zaproszenie na jeden wieczór karaoke w miesiącu. Obiecałem również, że zadbam o to, by pociski mogły częściej brać udział w bitwie. Rakiety utrzymywały, że to SI kontrolera działa EM zawsze bawią się najlepiej i mogą napawać się chwałą. W przebłysku geniuszu zaproponowałem pociskom, by zamiast występować kolejno na karaoke, organizowały konkursy wokalne i głosowały, aby wybrać czwórkę zwycięzców, którzy co miesiąc dostaną zaproszenie na występ. Wszystkie rakiety przyjęły ten pomysł z entuzjazmem.

Przy okazji ich związek zawodowy się rozleciał, bo pociski zaczęły oskarżać się nawzajem o faworyzowanie tych czy innych kandydatów podczas konkursu. Był to doprawdy niefortunny rezultat, którego w żadnym wypadku nie mogłem przewidzieć. Nie ważcie się sugerować, że było inaczej.

Tak czy inaczej, Skippy nadal miał przerąbane.

*

- Joe! Joe, Joe, Joe, Joe!

Okrzyk Skippy'ego wyrwał mnie z głębokiego snu. Wystraszyłem się tak, że moje serce w ułamku sekundy wskoczyło na pełne obroty. Zamachałem gorączkowo rękami i odruchowo sięgnąłem po zFona. Nie dostałem żadnych pilnych wiadomości z mostka ani od Bilby'ego. Przynajmniej okrętowi nie groziła eksplozja. Moje serce to już całkiem inna historia.

- A niech to... - wydyszałem. - Skippy, znowu miałem atak nocnych lęków?

Było to mało prawdopodobne. Kiedy blaszak się odezwał, śniło mi się, że wraz z ojcem wieszam wiadra po syropie klonowym wzdłuż drogi prowadzącej do miasta. Było to bardziej wspomnienie niż sen. Rzeczywiście robiliśmy tak, kiedy miałem jakieś dziesięć lat. Nasze miasto postanowiło ściągnąć turystów. Rodzice zareagowali rozbawieniem i życzyli powodzenia. W naszej części regionu Greath North Woods w stanie Maine dominowały niezbyt malownicze równiny. Ludzie z innych obszarów stanu albo pozostałych rejonów Nowej Anglii przybywali głównie na polowanie, ryby albo spływy kajakowe. Czasami jeszcze na przejażdżki skuterami śnieżnymi. Zazwyczaj jednak mijali ten teren w drodze do ciekawszych miejsc. A ponieważ nasze miasto nie leżało przy drodze międzystanowej, ludzie, którzy tamtędy przejeż­dżali, zmierzali na północny kraniec całkowitego odludzia. Jeden ze sloganów, które nasze władze rozważały jako reklamę turystyki, brzmiał: "Brama do Kathadin", czyli do najwyższego szczytu w stanie Maine. Wystarczyło jednak zerknąć na mapę, aby przekonać się, że nasza mieścina jest w najlepszym razie bramą prowadzącą do dalszego odcinka drogi numer jedenaście. Jeśli chciało się podróżować szybciej, lepiej było pozostać na I-95.

Miasto otrzymało od stanu dotację na turystykę i wykorzystywało część pieniędzy na "upiększenia". Mówiąc konkretniej, na sadzenie kwiatów, które szybko padały ofiarą królików i jeleni, odmalowywanie szyldów i nałożenie nowej farby na stary skład ziemniaków przy głównej ulicy prowadzącej do centrum. Budynek przechylał się na bok, miał wygięty dach, a blacha falista rdzewiała i w kilku miejscach odchodziła od konstrukcji. Tak naprawdę magazyn nadawał się do rozbiórki, albo przynajmniej do naprawy, jednak komisja do spraw upiększania przestrzeni miejskiej miała fundusze jedynie na parę puszek farby i pizzę do wykarmienia wolontariuszy. Wkład mojej rodziny w działania na rzecz turystyki polegał na tym, że pewnego deszczowego, niedzielnego popołudnia wyszedłem z tatą z domu, bo i tak nie mieliśmy nic do roboty, a mama kazała nam się wynosić, zanim doprowadzimy ją do szału. Załadowaliśmy górę zardzewiałych wiader po syropie klonowym na pakę ciężarówki, a potem rozwiesiliśmy je na sosnach rosnących przy drodze do miasta. Ojciec podejrzewał, że turyści nie zrozumieją żartu, ale miejscowi mieli niezły ubaw. Całe to przedsięwzięcie obróciło się przeciwko nam, kiedy ktoś z bostońskiego serwisu informacyjnego usłyszał o wiadrach i napisał artykuł na ten temat. Później przez pewien czas przejeżdżający turyści zwykli robić sobie fotki przy sosnach obwieszonych wiadrami. Zbaczali przez to z drogi międzystanowej i nierzadko kontynuowali zwiedzanie miasta, ciekawi, jakie jeszcze szalone niespodzianki czekają ich w tym zaścianku. Ktoś wpadł na pomysł, żeby pomalować wiadra na jaskrawe kolory. Już po miesiącu każdy pojemnik był przystrojony wizerunkami kwiatów, a na każdym drzewie wzdłuż drogi pojawiały się coraz to nowe wiadra. Pomysł ten był jedynym, co zapewniało mojemu miasteczku jakikolwiek rozgłos, do czasu aż rozbił się tam ruharski lądownik.

Śniłem zatem o lesie pełnym kolorowych wiader po syropie, gdy Skippy gwałtownie mnie obudził.

- Lęki nocne? W życiu - parsknął. - Przebierałeś nogami, jakbyś gonił wiewiórkę.

- Nigdy nie śnią mi się pogonie za wiewiórkami, Skippy. Nie jestem jakimś gadającym psem.

- Nieważne, dla mnie wszystkie chodzące worki mięsa są takie same.

- Taa, jasne. - Ziewnąłem. - Proszę, powiedz, że obudziłeś mnie, bo wiesz już, jak zmusić lokalną sieć, żeby przepuściła "Walkirię" przez tunel.

- Jeszcze nad tym pracuję. Nie musisz mi psuć nastroju.

- Cieszę się, że jak zwykle skupiasz się na tym, co naprawdę istotne, złamasie.

- Tak czy siak, mam ci coś ważnego do powiedzenia. Uprzedzając pytanie, nie, nie mogę z tym zaczekać. Znalazłem rozwiązanie problemu, który już od dawna mnie dręczył.

- Odkryłeś, dlaczego jesteś aż takim dupkiem? - zapytałem z udawanym niedowierzaniem.

- Koń by się uśmiał. Nie, prawdę mówiąc, nawet nie próbowałem rozwiązać problemu. Tak już mam, że nie myślę o niczym konkretnym, aż tu nagle... Bum! Inspiracja uderza mnie prosto w twarz. Nie do wiary!

- Wiem, jak to jest.

- Eee... - Awatar zamrugał i spojrzał na mnie z ukosa. - Skąd miałbyś wiedzieć, jakie to uczucie doznać natchnienia twórczego? Nie umiesz nawet...

- Wiem za to, jak to jest, gdy chce się uderzyć cię prosto w twarz.

- Może lepiej przestań żartować. Chcesz mnie wysłuchać?

- A mam jakiś wybór?

- Urocze, że o to pytasz. Problem wiązał się z moją epicką operą. Brakowało jej prawdziwego rozmachu, wiesz?

- Wierzę ci na słowo.

- Jeśli to w czymś pomoże, mogę odtworzyć wybrane arie z...

- Nie ma takiej potrzeby.

- Oj, Joe, myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, a ty nie chcesz nawet...

- Skippy, czy mam wystarczające kompetencje, żeby fachowo ocenić twoją muzykę?

- Hmm, nie bardzo.

- Jeden zero dla małpy - mruknąłem pod nosem.

- Nie musisz aż tak ostentacyjnie się z tego cieszyć.

- Wierz mi, ostatnio jestem spragniony nawet drobnych zwycięstw. O jakim natchnieniu mowa? Zamierzasz odpalić sztuczne ognie na scenie podczas spektaklu?

- Nie, ale... Kurczę, to świetny pomysł!

- Raczej beznadziejny. Puściłbyś wszystko z dymem.

- Tak, ale to dopiero byłoby wspaniałe! Nie wolno tłumić procesu twórczego, ty troglodyto!

- Dobra, po prostu opowiedz o tym wspaniałym pomyśle, a ja potem wrócę do spania, co?

- Ha! Po czymś takim nie zmrużysz oka. Uwaga, uwaga, poproszę o werble... Otóż, Joe, aby nadać mojej operze prawdziwie epicki charakter, zamierzam zrobić coś, czego nie próbował nikt przede mną. Jak na mnie przystało, będzie to nowatorskie, przełomowe...

- Powiedz już, o co chodzi.

- Joe, większości oper towarzyszy orkiestra, prawda?

- I tym razem muszę ci uwierzyć na słowo.

- Dokonam śmiałego kroku i wzbogacę orkiestrę o unikalny instrument.

- To znaczy?

- Dudy!

- Żartujesz, prawda?

- Pomyśl tylko, tępaku!

- Wybacz, ale nie chcę, żeby mnie zemdliło jeszcze przed śniadaniem. Jesteś pewien, że to dobry pomysł?

- Śmiesz podważać mój osąd w kwestii sztuki? Posłuchaj tego!

To, co usłyszałem, brzmiało jak stado trąbiących słoni wymieszane z wrzaskami walczących kotów, w akompaniamencie złowrogiego buczenia.

Jakkolwiek trudno mi to przyznać, Skippy miał rację. Nie wiem, czy jego opera nabrała większego rozmachu, ale tak jak zapowiadał, po tym wszystkim rzeczywiście nie byłem w stanie zmrużyć oka.

*

Długodystansowy krążownik patrolowy UEZ "Jeśli Wiesz, Co Mam na Myśli" odwiedził stację przekaźnikową, po czym szybko skoczył. Kiedy załoga i pokładowa SI zajmowały się odszyfrowywaniem i filtrowaniem wiadomości, kapitan Uhtavio Scorandum przeglądał podsumowania wiadomości od Floty Ojczystej. Chciał przede wszystkim poznać opinię rządzących na temat własnej osoby. Liczył, że poprawił swój wizerunek, wywołując maxolhxańską wojnę domową. Flota otrzymała rozkaz zaprzestania aktywnych poszukiwań "Jeśli Wiesz". To dobrze. Jednak Urząd Etyki i Zgodności nadal wściekał się, że Scorandum nie przekazał SI Pradawnych swoim przełożonym. Kapitan najwyraźniej musiał jeszcze poczekać, zanim będzie mógł wrócić i spodziewać się, że wszystko zostanie mu wybaczone.

Kinsta przesłał prośbę o rozmowę. Scorandum westchnął i zamknął oczy, nastawiając się na złe wiadomości. Kiedy jednak młodszy oficer zjawił się w gabinecie kapitana, okazało się, że rozmowa dotyczyć będzie tematu dobrze znanego Scorandumowi.

- Kapitanie... - Porucznik stuknął wierzchem szponu w tablet i obrócił ekran, ukazujący podsumowanie sprawozdania Floty Ojczystej. - Czy ludzie kontynuują ucieczkę z Galaktyki? Nie mogę...

- Kinsta, w ogóle nie dziwi mnie izolacjonizm Ziemian i ich przekonanie, że nie potrzebują pomocy żadnej innej rasy. Wie pan, że co roku organizują konkurs piękności dla swoich samic, pod nazwą "Miss Universe"?

- Wiem, ale co...

- Proszę. - Kapitan nalał adiutantowi kieliszek burgoze. - Niech pan siądzie i się napije. Kinsta, tytuł rzekomej Miss Wszechświata za każdym razem przypada jakiejś Ziemiance. - Scorandum potrząsnął głową. - Konkurs na pewno jest ustawiony.

- Kapitanie, sądzę, że jego celem jest...

- Jako miłośnik hazardu pogratulowałbym ludziom takiego przekrętu, gdyby nie był on aż nadto oczywisty. Co za niezdarność.

- Kapitanie... - Kinsta zwiesił czułki. - Inne gatunki nie...

- Zwyciężczynią jest zawsze człowiek. A przecież na Ziemi istnieje tyle gatunków, których samice są o wiele piękniejsze. Przykładowo ptaki o zjawiskowym upierzeniu. Choć z jakiegoś powodu to samce ziemskich ptaków zwykle są bardziej kolorowe. W przypadku ludzi jest przeciwnie. To kobiety mają olśniewać urodą, podczas gdy od mężczyzn oczekuje się jedynie minimalnej dbałości o wygląd i ubiór.

- Możliwe, że nie do końca pan to zrozumiał...

- Wychodzi na to, że ludzkie samice wypracowały niezwykle niskie standardy wyboru partnerów.

- Ja... - Kinsta postanowił ograniczyć straty. Wiedział, że to dobry pomysł, jeśli wszystko przemawia na jego niekorzyść. - W pełni się z panem zgadzam. Ale jak powinniśmy odpowiedzieć?

- Odpowiedzieć? Na co?

- Na nową politykę ludzi, opartą na izolacjonizmie.

- Kinsta, przecież to nie nasz problem. To nie my ustalamy plan działania naszego rządu.

Kinsta mógł wymienić co najmniej kilka przypadków, kiedy rząd był zmuszony zmienić aktualną politykę albo opracować całkiem nowe podejście, bo UEZ czy sam Scorandum zadziałał, nie informując rządzących o swoich planach. Urząd Etyki i Zgodności, świadomie bądź nie, często wpływał na kształt polityki. Być może zbyt często. Porucznik miał dość rozsądku, by przemilczeć ten temat i posłusznie przytaknąć.

- Naturalnie, kapitanie - wymamrotał.

- Poza tym nie wydaje mi się, by ktoś musiał cokolwiek robić.

- Nie?

- Nie. Galaktyka to niebezpieczne miejsce. Ludzie już wkrótce zrozumieją, że potrzebują sojuszników.

- No nie wiem... - Kinsta wyraził swoje zdanie, zanim jeszcze przemyślał konsekwencje. Burgoze uderzyła mu do głowy. Porucznik nierozważnie przyszedł do gabinetu Scoranduma z pustym żołądkiem.

- Hm? Co pan przez to rozumie, poruczniku? - zaciekawił się kapitan.

- Przepraszam, nie powinienem nic mówić.

Scorandum rozparł się na kanapie i pociągnął tęgi łyk, dopijając burgoze.

- Mimo to powiedział pan, zresztą całkiem słusznie.

- Doprawdy?

- Ależ oczywiście. Przyboczny powinien kwestionować moje zdanie i trzymać mnie z dala od kłopotów.

- Ach tak?

- Chyba nie myśli pan, że sam będę wykonywał całą tę robotę?

- Nie, po prostu nie sądziłem, że...

- Poza tym, jeśli nie ostrzeże mnie pan głośno, gdy zaproponuję coś niewiarygodnie ryzykownego, to jeśli wszystko się posypie, będę zobowiązany obarczyć winą pana.

- Aha. Teraz już rozumiem.

- Właśnie po to UEZ przydziela kapitanom adiutantów.

- Jasne.

- Do moich obowiązków należy również dbanie o pański rozwój osobisty. Proszę zatem mówić i wyjawić, co pan myśli na ten temat.

- Chodzi o to, że za każdym razem, gdy wydaje nam się, że zdołamy przewidzieć kolejne posunięcia ludzi, oni czymś nas zaskakują. Posiedli arsenał Pradawnych. Mogą zamykać dowolnie wybrane sieci tuneli czasoprzestrzennych. A teraz ich ojczystej planety broni Strażnik! Prawdopodobnie są w stanie także wyłączać innych Strażników. Możliwe, że faktycznie nie potrzebują żadnych sprzymierzeńców.

Scorandum zaśmiał się cicho.

- Czyżbym pana czymś rozbawił? - Kinsta czuł się urażony, a burgoze rozwiązała mu język.

- Tak, ale nie z powodów, jakie zapewne pan podejrzewa. Przypomina mi pan mnie samego, gdy byłem w pańskim wieku.

- Naprawdę?

- Jak najbardziej. Kinsta, kiedyś, gdy znajdziemy chwilę, proszę mi przypomnieć, abym opowiedział panu, jak zostałem kapitanem w UEZ.

- Historia pańskiej wzorowej służby jest powszechnie znana.

- To jedynie oficjalna wersja. Tak czy inaczej, ma pan rację. Ludzie są nieprzewidywalni. Jednak pojmuje pan tę kwestię jedynie częściowo.

- To znaczy?

Scorandum sięgnął po butelkę. Stała zbyt daleko, więc kapitan machnął ze zrezygnowaniem.

- Życie ogólnie jest nieprzewidywalne. Ludzie nie wiedzieli z wyprzedzeniem, że dostaną broń Pradawnych ani że będą mogli zamykać tunele albo kontrolować Strażników. Sądzę, że obecnie prowadzą operację wymierzoną w inną SI Pradawnych, i to autentyczną. Możliwe, że istnieje więcej takich sztucznych inteligencji, które mogą się przebudzić i poważnie zagrozić ludziom oraz wszystkim innym. Ziemski rząd uważa, że ludzie pozostaną bezpieczni w możliwej do przewidzenia przyszłości. Może faktycznie tak jest. Jednak to ze względu na przyszłość niemożliwą do przewidzenia Ziemianom przydadzą się sojusze. - Ponowił próbę sięgnięcia po burgoze. Adiutant usłużnie podsunął butelkę bliżej kapitana. - Kinsta, czy wie pan, dlaczego piję w środku dnia?

- Co do zasady, jest wczesny ranek.

- Mniejsza o szczegóły.

Alkohol wlewany do kieliszków zabulgotał. Kilka kropel rozprysnęło się na biurku.

- Obawiam się o przyszłość. Ludzie nie mogą jej kontrolować ani przewidzieć, a jedynie garstka ich przedstawicieli na samotnym okręcie jest w stanie zapobiec kolejnej katastrofie. W przyszłych konfliktach na takim poziomie, gdy naszym wrogiem będą niepojęte konstrukcje Pradawnych, nie zdołamy nic zrobić.

- I dlatego pije pan burgoze do śniadania?

- Nie. Piję z powodu o wiele poważniejszego niż kolejny kataklizm, który zawisł nad naszymi głowami. Kinsta, dopóki pozostajemy na wygnaniu, a flota wciąż oficjalnie nas ściga, nie możemy zakładać się o dalszy bieg wydarzeń! - Scorandum zawiesił głos w oczekiwaniu na reakcję. Przyboczny milczał. Kapitan zrozumiał, że to właśnie była reakcja. - Nie martwi pana brak kuszących okazji do obstawiania?

- Cóż... - wydukał porucznik, wiercąc się w fotelu. - Oczywiście, że martwi.

Scorandum wciągnął powietrze.

- Znalazł pan sekretny sposób na zgłaszanie zakładów!

- Nie mogę ani potwierdzić, ani zaprzeczyć, jakobym dopuszczał się tej nielegalnej działalności.

- Kinsta, nawet nie będę pytał o szczegóły.

- Ustanowiłem ten system po tym, jak pozwolił pan komuś innemu obstawiać za pośrednictwem mojego konta. Moje zakłady przechodzą przez uśpione rachunki. Muszę dzielić kwoty, aby nie ściągać niepotrzebnej uwagi.

- Czy SI w Centralnym Urzędzie Gier Hazardowych nie zauważyły nietypowej aktywności?

- Ekhm, zauważyły. Dlatego musiałem uciec się do rotacji kont, z których korzystam.

- Chyba nie mówi mi pan wszystkiego...

- Oznaczyłem nielegalne konta tak, by CUGH sądził, że należą one... do pana, kapitanie.

- Kinsta... - Scorandum otarł oczy, poddając się przypływowi wzruszenia. I burgoze krążącej mu w żyłach. - Nigdy nie byłem z pana bardziej dumny!

*

Zanim admirał Vizlep zdążył wysłać prośbę o spotkanie z innymi dowódcami floty rebelianckiej, maxolhxańska fregata wyłoniła się tuż poza zasięgiem broni, wypuściła drona i błyskawicznie odskoczyła. Poszczególne formacje floty nie darzyły się przesadnym zaufaniem. Dron nadał wiadomość, w której admirał Takarigan zwoływała zebranie wszystkich samozwańczych dowódców i podawała skrót informacji, które Vizlep zdążył już poznać.

Hegemonia weszła w posiadanie SI Pradawnych.

Potrzeba było prawie pełnego standardowego dnia, aby zorganizować spotkanie większości dowódców rebelii. Oficerowie ufali sobie nawzajem jeszcze mniej niż rządowi Hegemonii. Mieli ku temu słuszne powody.

- Wśród nas jest przynajmniej jeden kłamca. - Vizlep powiódł gniewnym wzrokiem po holograficznych twarzach dowódców zebranych okrętów flagowych. Każda jednostka była oddalona od pozostałych, miała osłony działające z pełną mocą i broń w gotowości. - Ktoś z nas próbował sięgnąć po najwyższą władzę i nie zamierzał dzielić się nią z innymi. Komuś zależy nie na odnowie naszego społeczeństwa, ale na objęciu dyktatorskich rządów!

- Może to prawda - odezwała się admirał Takarigan, najstarsza oficer w sojuszu rebeliantów.

Technicznie rzecz biorąc, była najstarszym żyjącym oficerem. Jej przełożeni zginęli w akcji lub padli ofiarami zamachów z rąk ambitniejszych podkomendnych. Takarigan cieszyła się sporym szacunkiem jeszcze przed katastrofalną akcją nad Ziemią, czy raczej przed dwiema opłakanymi w skutkach akcjami nad tą planetą. Nigdy nie okazywała żarliwego poparcia byłemu już admirałowi Reichertowi. Zawdzięczała swoją pozycję wzorowej pracy, nie lojalności. Nawet podstępny Reichert zdawał sobie sprawę, że potrzebuje podwładnych, którzy znają się na rzeczy. Skromność i kompetencja Takarigan dobrze się jej przysłużyły. Wcześniej buntownicy obawiali się, że admirał wróci do Hegemonii w nadziei, że rząd doceni jej bystry, strategiczny umysł. To była już jednak przeszłość. Takarigan poświęciła się sprawie rebelii, jeśli nie ze względu na niejasne cele polityczne sojuszu, to przynajmniej z potrzeby przetrwania.

- Vizlep - zwróciła się do kolegi, pomijając jego rangę - istnieje możliwość, że jeden z nas zawarł układ z ohydnym kapitanem Scorandumem. Ale teraz nie ma to znaczenia. Chcę, abyście rozważyli inną możliwość.

- Mianowicie?

- Scorandum mógł nieświadomie negocjować z agentem Hegemonii działającym pod przykrywką. - Hologramy nie wyraziły szoku, a jedynie zamruczały z aprobatą. - Wiemy przecież o działalności przedstawicieli rządu, podających się za naszych zwolenników.

Vizlep był tego świadom. Jego flota niemal wpadła w zasadzkę, gdy okręty zbliżyły się do kompleksu wydobywczego na asteroidzie w odosobnionym układzie gwiezdnym. Młodsi oficerowie zwrócili się do kierownictwa firmy górniczej, licząc na zakup paliwa i innych materiałów. Niestety, agenci rządowi już wcześniej aresztowali szefów firmy, gdy ci dogadali się z wtykami udającymi buntowników. Vizlep stracił wówczas fregatę i nie uzupełnił zapasów. Nic więc dziwnego, że podmioty mogące sprzyjać sprawie rebelii pomagały jej z niechęcią w obawie, że trafią na agentów Hegemonii.

- Możliwe, że tak było - mruknął Vizlep.

- Sądzę, że właśnie taka jest prawda. - Takarigan zaśmiała się cicho. - Nie chce mi się wierzyć, że ktokolwiek z nas - ciągnęła, patrząc po hologramach - byłby w stanie dochować takiej tajemnicy. - Wzięła oddech. - Vizlep, nie wiem, czy ma pan szpiegów w mojej flocie... - Zrobiła znaczącą pauzę. - Ja jednak z pewnością szpieguję pańską.

Tym razem wśród zebranych rozległy się głosy zaskoczenia. Nie samą informacją, bo takie praktyki nie były niespodzianką dla żadnego ambitnego oficera maxolhxańskiego wojska. Zdziwienie wywołał fakt, że Takarigan otwarcie się do tego przyznała.

- Zapewne zastanawiacie się, dlaczego rezygnuję z przewagi, ujawniając takie informacje. - Admirał ponownie się zaśmiała. - Odpowiedź jest prosta. To nie ma już znaczenia. Wszyscy powinni rozumieć, że bez współpracy nie będziemy mieli szans na przetrwanie.

- Współpracy pod pani dowództwem? - parsknął admirał Formaniva, oficer, który dochrapał się stanowiska dzięki koneksjom politycznym, nie miał talentu i nie mógł liczyć na szacunek kolegów.

- Nie zależy mi na dowodzeniu - zapewniła Takarigan. - Będę służyła radą każdemu, kto zechce czerpać z mojego doświadczenia.

- Z chęcią wysłucham pani rady, admirał Takarigan - powiedział Vizlep, spoglądając na Formanivę z nieskrywaną pogardą.

Takarigan skinęła głową.

- Oto moja rada. Musimy już teraz podjąć śmiałe działanie. W przeciwnym razie staniemy się bezsilni. Trzeba zadać rządowi mocny cios, zanim zdąży włączyć SI Pradawnych do swojego arsenału.

- Takarigan - admirał Tumkaz przemówił głębokim basem - nie podważam mądrości stojącej za tą radą. Zastanawiam się jednak, czy w tej chwili jest to wykonalne. Nie ukrywam, że moje okręty tracą siłę. - Spojrzał po zebranych. - Potrzebuję paliwa, broni i wszelkich innych zasobów, a także kluczowych części zamiennych. Jedna czwarta moich jednostek nie nadaje się do lotu, nie przez uszkodzenia w bitwie, a z powodu braków części zapasowych. Wszelkie rozmowy o decydującym uderzeniu to najzwyklejsze chciejstwo, jeśli w pierwszej kolejności nie wzmocnimy naszych sił. Radziłbym przeprowadzić nalot na większą bazę serwisową floty. W ten sposób pozyskamy to, czego trzeba, aby okręty odzyskały pełną sprawność, a przy okazji zaszokujemy nasz słabowity rząd śmiałością działania.

- Admirale Tumkaz, zgodzę się co do tego, że wszystkie nasze jednostki wymagają napraw przed ostatecznym uderzeniem. Nie trzeba jednak atakować bazy floty. Rind­halu niedawno zaproponowali mi, że udostępnią jedną z naszych zautomatyzowanych stacji serwisowych, leżących na ich terytorium.

Gdy wrzawa osłabła na tyle, by dało się cokolwiek usłyszeć, Formaniva zapytał:

- Takarigan, kiedy zamierzała nam pani o tym powiedzieć?!

- Mówię właśnie teraz. Jeszcze nie udzieliłam Rindhalu odpowiedzi.

- Pomagają rządowi w walce z nami! - Vizlep wypowiedział na głos to, o czym wiedzieli wszyscy. - Dlaczego mieliby oferować nam pomoc? To z pewnością pułapka.

- Nie sądzę. Rindhalu, nasi nieprzyjaciele, wspie­rali flotę Hegemonii w obawie, że nasz marny rząd upadnie. Bali się, że nasi przywódcy, w obliczu utraty władzy, uciekną się do wykorzystania arsenału Pradawnych. Dajcie mi skończyć! - Takarigan uniosła rękę. - Teraz Rindhalu zwró­cili się do nas, przekonani, że rząd Hegemonii podniósł się z upadku i że sytuacja się ustabilizowała. Stabilność oznacza dla nas powolną śmierć, co nie podoba się Rindhalu. Nasi odwieczni wrogowie chcą, aby ta wojna trwała dalej, by każda ze stron powoli się wykrwawiała, a Maxolhxowie słabli. Oczywiście nie na tyle, by obawiać się o przetrwanie. Wystarczy, że przestaniemy stanowić zagrożenie.

- I mimo całej tej wiedzy proponuje pani przyjęcie tej oferty? - spytał Formaniva z przesadnym zdumieniem.

- Proponuję, abyśmy wykorzystali nieprzyjaciela, tak jak on to robi z nami. Przynajmniej do czasu, gdy przestanie być potrzebny i zdołamy się wreszcie skupić na tym, co ważne. Na wypełnieniu ostatecznego przeznaczenia naszego ludu.