ROZDZIAŁ 1
- Mógłby pan powtórzyć? - zapytał kapitan Uhtavio "Skubaniec" Scorandum z Urzędu Etyki i Zgodności Floty Jerapthańskiej, drapiąc się szponem po głowie. W grubym, skórzastym pancerzu nie czuł swędzenia, a raczej ćmiący ból. Rozmasowywanie mięśni pomagało choć trochę go złagodzić.
- A co konkretnie? - Podporucznik Kinsta zamrugał.
- Kinsta... - Scorandum westchnął z rezygnacją.
- Proszę wybaczyć, kapitanie. - Niższy stopniem oficer machnął w stronę ekranu. - Sam nie daję wiary wielu tym informacjom.
- Zacznijmy od tego, że okręt widmo najwyraźniej nie jest w rękach zbuntowanej frakcji Bosphuraqów, ale ludzi! - Aktualny okręt dowodzący Scoranduma, ciężki krążownik UEZ "Nagroda za Złe Sprawowanie", przybył nad planetę Tohmaran, aby śledzić poczynania kierowanej przez Ruharów Legii Pozaziemskiej. Miała ona pomóc kristańskiemu klanowi w odebraniu planety rywalizującemu ugrupowaniu. Już sam ten fakt nie był czymś, czego mógł się spodziewać Scorandum. Emily Perkins nie tylko wykazała się kreatywnością, ale także pokonała przeciwności i wprowadziła plan w życie. Zadziorna Ziemianka wzbudzała w Scorandumie podziw, ale i palącą zazdrość. Jeżeli w Galaktyce działo się coś podejrzanego, Urząd Etyki i Zgodności powinien być w to zamieszany. Oczywiście nieoficjalnie. Natomiast oficjalnie UEZ był dogłębnie wstrząśnięty tak podstępnymi działaniami.
Niewielka eskadra Scoranduma z zazdrością obserwowała operację, która szła całkiem gładko. Ruharowie, zupełnie nieoczekiwanie, a przy tym z powodzeniem, zaingerowali w kristańską wojnę domową. Potem jednak grupę UEZ zaskoczyło pojawienie się dwóch maxolhxańskich okrętów, które wskoczyły, by przepędzić ruharską flotę i zmusić Mavericks do kapitulacji. Scorandum przez chwilę rozważał bohaterski skok, przejęcie lądownika z Perkins i jej zespołem na pokładzie, a następnie ucieczkę, zanim Maxolhxowie zdążą zareagować. Wykazał się jednak rozsądkiem i odrzucił ten plan z wielu powodów. Głównie dlatego, że Perkins najprawdopodobniej nie chciałaby skryć się na pokładzie okrętu UEZ. Nie należała do osób skorych do odwrotu, nawet w obliczu beznadziejnej walki. Poza tym, gdyby zdołała uciec, Maxolhxowie wyładowaliby gniew na ludziach pozostających na planecie.
Dlatego też jerapthański kapitan nakazał eskadrze pozostać w ukryciu i obserwować rozwój wydarzeń. Czuł jednak dojmujący ból, gdy Mavericks lecieli na orbitę na spotkanie z przeznaczeniem.
Właśnie wtedy zjawił się okręt widmo. Starł się z maxolhxańskimi okrętami w zaciekłej bitwie i rozniósł je w pył, niemal bez wysiłku.
Jakby tego było mało, nagłe przybycie wzbudzającego powszechną grozę w Galaktyce okrętu wcale nie okazało się największą niespodzianką tego dnia.
- Okrętem widmem sterują ludzie. - Scorandum pokręcił wolno głową. - Kto by się spodziewał?
- Ekhm... - Kinsta spoglądał to na dowódcę, to na ekran. - To nie do końca prawda, kapitanie.
Ból głowy dręczący Scoranduma przybrał na sile.
- Niech to szlag... Podporuczniku, sugeruje pan, że Wywiad Floty przewidział...
- Ha! - Kinsta wybuchnął śmiechem. - Przepraszam, kapitanie.
Scorandum również parsknął.
- Gdyby wywiad miał rację w tak nietypowej sprawie, rzeczywiście byłoby to zabawne - przyznał.
- Nie miał racji. Mimo to ktoś i tak obstawił, że za sterami tego okrętu siedzą ludzie.
- No nie... - Kapitan zwiesił szczękę, zszokowany. - Kim jest ten cholerny szczęściarz?
- To Whanevu Ollivar. - Kinsta sprawdził szczegóły na wyświetlaczu. - Według danych z rejestru jest dealerem sprzętu powypadkowego na Bintondi.
- Powypadkowego?
Obaj wiedzieli, co to znaczy. Ollivar tak naprawdę zarabiał na życie jako paser i prawdopodobnie miał na boku jakąś pralnię brudnych pieniędzy. Zawód ten cieszył się względnym prestiżem, ponieważ wymagał nawiązywania odpowiednich kontaktów z prominentami. W tym fachu trzeba było także wiedzieć, komu i ile dać w łapę. Dealerzy złomu mogli się wzbogacić, jednak większość z nich żyła na skraju niewypłacalności i unikała wierzycieli, dopóki nie wyczerpały się źródła zarobku.
- A skąd ten Ollivar wiedział...
- Nie wiedział. - Kinsta wskazał na ekran. - Według Centralnego Urzędu Gier Hazardowych był to zakład poboczny. Dodatek do paru innych zakładów. Na nich akurat nic nie ugrał.
- Pieprzony farciarz. Nawet nie wyobrażam sobie, jakie szanse można dać takiemu zakładowi. Ile wygra?
- Kojarzy pan planetę o nazwie Jamandra? To jeden z przemysłowych światów naszej Wielkiej Piątki.
- Owszem... - Scorandum nie wiedział jeszcze, dlaczego podwładny wspomniał o tej ciekawostce. - O ile mi wiadomo, to tam produkowane są główne elementy naszych napędów skokowych. Ta planeta opływa w dostatek. I co z tego?
- Od teraz Jamandra będzie znana jako Świat Ollivara.
- O w mordę! - jęknął Scorandum. - Skurczybyk naprawdę miał szczęście.
- Hmm, możliwe. - Kinsta raz jeszcze zerknął na ekran. - Ale sądząc po historii jego zakładów, przepuści całą wygraną w ciągu miesiąca.
- O to wolałbym się nie zakładać. - Kapitan UEZ zaśmiał się cicho. - W porządku, Kinsta. Sądzę, że najwyższy czas przedstawić się kapitanowi okrętu widma... Ludzie nazwali tę łajbę "Walkirią"?
- Tak. To nawiązanie do ludzkiego dramatu muzycznego.
- Naprawdę nazwali okręt na cześć jakiegoś teatrzyku z piosenkami?
- Walkirie to także mityczne nadprzyrodzone istoty, zabierające poległych, zasłużonych w boju wojowników w miejsce wiekuistej nagrody.
- To już bardziej prawdopodobne źródło inspiracji. Co wiemy o ich dowódcy, pułkowniku Bishopie?
- Rzekomo brał udział w ataku Legii Pozaziemskiej na kristańską planetę Rahkarsh Diweln. Chociaż... - Kinsta zarumienił się, czując na sobie baczne spojrzenie kapitana. - Teraz wychodzi na to, że Legia wcale nie przeprowadzała tego najazdu.
- Fakt, nie brzmi to wiarygodnie - stwierdził Scorandum. - Czy mamy jakieś przydatne informacje o tym całym Bishopie?
- Niewiele. Wiemy tyle, że jego i Perkins łączyła wspólna przeszłość na Paradise. Czysto zawodowa - wyjaśnił Kinsta.
- Doprawdy? A to ciekawe.
- Bishop służył jako oficer piechoty średniego szczebla, zaś Perkins była jego kontaktem z wywiadu. Oceniła go jako niedoświadczonego i naiwnego, ale skorego do nauki. We wcześniejszej kartotece Bishopa, jeszcze z czasów jego służby na Ziemi, uznano go za "przesadnie entuzjastycznego". W jednej z notatek jest też informacja, jakoby dowódca plutonu uważał, że Bishop to... "zakuty łeb"? - Kinsta podniósł wzrok, niepewny co do poprawności tłumaczenia.
- Zakuty łeb? - Scorandum spojrzał na "Walkirię" widoczną na ekranie głównym. - A mimo to udało mu się dorwać maxolhxański krążownik liniowy!
- W danych znajduje się też niejasne nawiązanie do incydentu na Ziemi z udziałem furgonetki lodziarza i... jakiegoś Barneya.
- Lodziarza?
- Chodzi o sprzedawcę mrożonych deserów, popularnych wśród ludzi. - Kinsta żywił nadzieję, że komputer tłumaczący wie, co robi.
- A ten Barney?
Kinsta uniósł ręce i zaklekotał szponami.
- To "dinozaur", czyli groźny, wymarły drapieżnik, z zamierzchłej przeszłości Ziemi. - Podporucznik wskazał na fioletową postać na ekranie.
- Pfff! - Scorandum aż prychnął. - Naprawdę? Coś takiego uchodzi na Ziemi za drapieżną bestię? Kinsta, jakim cudem ludziom udało się ukraść okręt szczytowej rasy?
- Gdybym się domyślał, już teraz zacząłbym obstawiać.
- Słuszna uwaga. Prześlijmy "Walkirii" sygnał z prośbą o spotkanie. Niedobrze byłoby wskakiwać bez zaproszenia.
Kinsta spojrzał na poszarpane, wirujące szczątki, które jeszcze niedawno były maxolhxańskimi krążownikami.
- Chyba ma pan rację, kapitanie.
ROZDZIAŁ 2
- Co teraz, Bish? - zapytał David "Ski" Czajka. Siedzieliśmy w moim gabinecie na pokładzie "Walkirii", nadal wiszącej na orbicie nad kristańską planetą Tohmaran. W praktyce zadanie Legii Pozaziemskiej dobiegło końca, teraz jednak żołnierzy czekało mnóstwo pracy związanej z wycofaniem ludzi i sprzętu. Mavericks zostali, by nadzorować ten proces. Sami mieli odlecieć dopiero po skoku ruharskiej floty.
- Teraz zamierzam to dopić. - Uniosłem butelkę paradise pale ale Lestera Kukurydziarza i pociągnąłem łyk. - Ach, świetne piwo!
- Mam nadzieję - zaśmiał się Dave. - Ten browar ma mi zapewnić godną emeryturę.
- Jest naprawdę dobre - zaklinałem się. - Nie tylko "dobre jak na coś uwarzonego przez chomiki". Na Ziemi też chętnie bym je pił.
- Hmmm... - Czajka spojrzał w sufit. - Tak sobie myślę... Może udałoby mi się sprowadzić parę skrzyń tego browca na Ziemię? Kto wie, może ludziom spodoba się rajski smak Paradise?
- Rajski smak? - powtórzył wesoło Jesse "Placek Kukurydziany" Colter. - Całkiem niezłe hasło reklamowe.
I tak siedzieliśmy w trójkę. Działaliśmy wspólnie dawno temu, podczas operacji w Nigerii, a teraz byliśmy znowu razem. Brakowało sierżanta Grega Kocha, ale on przestał być sierżantem. Odszedł do cywila i założył spore gospodarstwo na Lemurii, południowym kontynencie Paradise. Hodował między innymi chmiel, który Dave z kolei kupował do swojego browaru. Koch i Czajka pozostali więc w kontakcie.
Miło było znowu zobaczyć dawnych kolegów. Przeszliśmy przez niejedno bagno, czasem wspólnie, czasem osobno, ale mimo to miałem wrażenie, że przez cały ten czas nic się nie zmieniło. Nie byłem dla nich pułkownikiem Bishopem, tylko Joem albo Bishem, jak nazywano mnie jeszcze w liceum. Jeśli chodzi o piwo Dave'a, mówiłem zupełnie szczerze. Ski mógłby bez problemu sprzedać kilka skrzynek albo i kontenerów. Ludzie mieliby frajdę, mogąc napić się piwa z innej planety.
- Wracamy na Ziemię? - dopytywał się Jesse, spoglądając na mnie pytająco znad butelki.
- Owszem - odparłem. - "Walkiria" wraca. Ja też.
- A co z nami? - spytał Dave.
- Ej, Ski - Colter trącił go lekko - my musimy jeszcze domknąć misję. Nie możemy ot tak porzucić Legii i zwiać do domu.
- No niby tak, ale...
- Chłopaki, spokojnie. - Uniosłem butelkę. - Generał Ross pracuje nad przekazaniem kontroli. Legia zostanie tu jeszcze sześć dni, a potem zacznie się wycofywać. Wy także. Perkins zamierza zabrać wasz okręt na Paradise...
- "Pewniak" to nie nasza własność - poprawił mnie Jesse. - My go tylko czarterujemy.
- Ale lata tam, gdzie chcecie.
- Raczej tam, gdzie chce Emily. - Colter parsknął. - Nie zawsze wiem, dokąd nas zabiera.
- Mnie też nie mówi wszystkiego. - Dave uniósł kącik ust w kwaśnym półuśmiechu.
- W każdym razie wrócicie z Legią na Paradise, a potem... - Wzruszyłem ramionami. - Spotkamy się tam z wami. Stawiam, że "Walkiria" będzie na miejscu przed wami. Wcześniej będziemy mieli jeszcze parę spraw do załatwienia.
Dave wpatrywał się we mnie badawczo. Tak naprawdę wciąż nie odpowiedziałem na jego pytanie.
- Bish, czy w ogóle możemy wrócić na Ziemię?
- Jeśli tylko chcecie, czemu nie?
- Czy chcemy? Kto by nie chciał wrócić do domu po tylu latach?
- Ski... - Jesse poklepał przyjaciela po ramieniu. - Odwiedziny w domu i powrót na stałe to dwie różne sprawy. Nie zapominaj, że twój browar działa na Paradise.
- Jeśli całe Siły Ekspedycyjne odlecą na Ziemię, nie będę miał dla kogo warzyć piwa. - Dave pokręcił głową.
- Tego nie wiemy - uspokoiłem go. - Jesse ma rację. Musisz to przemyśleć. Większość ludzi zechce wrócić na Ziemię na dłużej. Większość, ale nie wszyscy. Wielu Ziemian urządziło się na Paradise. Założyli firmy, rodziny... Ta planeta stała się ich domem.
Dave nie wydawał się przekonany.
- Bish, od dawna cię tam nie było. Wpadałeś tylko od czasu do czasu, żeby zagrać w podchody. - Pogroził mi żartobliwie palcem. - Ja, Jesse i Derek możemy uważać się za szczęściarzy. Większość facetów odleci z Paradise przy pierwszej okazji, bo na tej planecie zwyczajnie brakuje kobiet.
- To akurat rozumiem. - Mówiłem prawdę. Pod tym względem życie na okręcie nie było o wiele lepsze. - Żołnierze z Paradise w większości będą chcieli wrócić, ale jestem pewien, że SEONZ wprowadzą rotację batalionów, żeby utrzymać obecność na planecie. Perkins i Ross mówili, że nie zamierzają rozwiązywać Legii Pozaziemskiej. Decyzja zapadnie na Ziemi, ale nie wyobrażam sobie, żeby SEONZ nie chciały brać udziału w wojnie. Potrzebujemy sojuszników, a Legia będzie całkiem dobrą platformą na sam początek.
- Platformą? - Jesse wyszczerzył zęby. - Gdzie się nauczyłeś takiego wyszukanego słownictwa?
- Armia przekazała mi górę dokumentów szkoleniowych dla oficerów. - Rozszerzyłem kciuk i palec wskazujący, by dać do zrozumienia, jak gruby był ten plik papierów. - Naczytałem się tam wielu chwytliwych hasełek.
- Te hasełka słyszeliśmy jeszcze na obozie szkoleniowym - przypomniał Dave.
- Racja, ale od czasu naszego odlotu z Ziemi doszły kolejne. Powinienem wykuć je na blachę i wykorzystywać. - Zauważyłem, że Dave przygląda mi się z poważną miną. - Co jest?
- Wracamy na Ziemię... - powiedział. Nie wyglądał na uradowanego.
- Jeśli nie chcesz, nie musisz...
- Pewnie że chcę! Pokażę Emily, jak się robi dobrą pizzę. - Czajka nieco poweselał. - Ale dotarło do mnie... - dodał, spoglądając na Jessego - że muszę napisać list do rodziny Szmatinellego.
- Czemu akurat ty? - Jesse wzruszył ramionami. - Jego dowódcą był porucznik Gao.
- Zasadniczo tak, ale Gao zginął, kiedy nasz dodo oberwał na pokładzie "Big Maca". Ja byłem ze Szmatinellim w chwili jego śmierci. Zderzył się z aeropowłoką, kiedy Nert odstrzelił tylną osłonę.
- Co to za "Szmatinelli"? - zaciekawiłem się. Myślałem, że to jakiś żart.
- Tak naprawdę nazywał się Marco Santinelli i był starszym szeregowym - wyjaśnił Dave. - Dostał przydział na nasz lądownik przed lądowaniem na Planecie Kałamarnic. - Spojrzał na mnie, a ja skinąłem głową. Już wcześniej wyjawiłem, że śledziliśmy poczynania Mavericks, czytając raporty. - Kiedy "Big Mac" pękł na pół, musieliśmy ewakuować się w powłoce towarowej. - Potrząsnął głową. - Santinelli nie przeżył.
- Równy był z niego gość?
Dave parsknął.
- Wolałbym nie mówić źle o zmarłym, ale zasłużył sobie na ksywę "Szmatinelli".
- Kiedy po raz pierwszy wskoczył w pancerz wspomagany, od razu chciał być Iron Manem - dodał Jesse. - To przez takich jak on musimy wysłuchiwać instruktaży bezpieczeństwa. Znasz ten typ wojaka, Bish. Na jednym ramieniu miał wytatuowany numer zero trzy jeden jeden, na drugim czachę Punishera.
Rzeczywiście, znałem wielu takich gości.
- Sądząc po tym numerze, był strzelcem piechoty, więc... - zacząłem.
Dave przerwał mi wybuchem śmiechu.
- Do piechoty dołączył tuż przed wstąpieniem do Legii. Kiedy wylatywał na Paradise, był żałosnym kutasiną od logistyki. Marines pewnie chcieli się go pozbyć, żeby nie przysparzał im więcej szkód. Ech... - Machnął ręką. - Nie powinienem tak o nim mówić. Może wykazałby się po wylądowaniu na planecie, ale nie dostał tej szansy. Podobnie jak wielu innych ludzi. Dobrych ludzi.
- Przykro mi, że wam nie pomogliśmy. - Prawdę mówiąc, miałem wyrzuty sumienia. Gdybyśmy dowiedzieli się o tym z wyprzedzeniem, być może Skippy zdołałby zebrać lepsze dane wywiadowcze o środkach obrony wokół Planety Kałamarnic i dałby cynk Ruharom.
- Nie mogliście nic zrobić, rozumiemy to - zapewnił Jesse. - I tak mieliście pełne ręce roboty.
- Co racja, to racja - zgodziłem się.
- Bish, jak to jest? - Jesse odstawił pustą butelkę na stół. - Naprawdę masz kontrolę nad bronią Pradawnych? Ty? - Jego spojrzenie mówiło, że dobrze wie, jaki ze mnie pacan.
- Na razie tak, ale nie wiem, co dalej - powiedziałem. - Im więcej ludzi zyska dostęp do tej broni, tym większe ryzyko, że jakiś kretyn jej użyje, choćby przypadkowo.
Dave spojrzał na Jessego, po czym zadał kolejne pytanie:
- No tak, ale serio chcesz brać na siebie taką odpowiedzialność?
Cóż, obaj nieraz widzieli, jak usiłuję wciągnąć spodnie tyłem do przodu.
- Nie chcę. - Wzruszyłem ramionami. - Pytanie tylko, czy powinniśmy powierzać coś takiego bandzie małp? - Rozmowa zeszła na niewygodne, skomplikowane wojskowe tematy, a atmosfera zrobiła się niezręczna.
Placek i Ski wciąż mieli na sobie mundury galowe, w których polecieli na spotkanie z Maxolhxami. Zdjęli jedynie bluzy i krawaty, a Dave miał na mundurze naszywkę z logo swojej firmy zamiast napisu "US Army". Ja z kolei założyłem standardowy służbowy mundur Armii Stanów Zjednoczonych ze srebrnymi orzełkami pułkownika. Właśnie ta różnica stopni tworzyła między nami niepotrzebny dystans.
- Wybaczcie, Skippy bez przerwy nazywa ludzi "małpami". Mnie też to się udzieliło.
- Tak do tego podchodzisz? - Jesse odwrócił wzrok. - Prezydent ma kontrolę nad bronią jądrową. Dlaczego z zabawkami Pradawnych miałoby być inaczej?
- Który prezydent? - zapytałem, poklepując naszywkę SEONZ na rękawie.
Jesse był zaskoczony tym pytaniem.
- Nadal służysz w Armii Stanów Zjednoczonych! - Wskazał na amerykańską flagę, również naszytą na mój mundur.
- Racja - przyznałem. - To skomplikowane. Wiecie, że zdążyłem już dopuścić się buntu i ukraść okręt kosmiczny? "Latający Holender" należy do strategicznych aktywów i co do zasady pozostaje pod kontrolą dowództwa SEONZ... Możemy zmienić temat? Całe to wzajemnie zagwarantowane zniszczenie to dla mnie nowość. Muszę to jakoś ogarnąć. Kiedy wrócę na Ziemię, czekają mnie długie rozmowy o tym, kto powinien mieć władzę nad bronią Pradawnych.
- Placek... - Dave dopił piwo i odstawił butelkę na blat. - Musimy się zbierać. Lądownik odlatuje za pół godziny. Bish, wciąż wydaje mi się, że śnię - dodał, wstając. - Myśleliśmy, że nie żyjesz - powiedział chyba po raz setny, odkąd zjawił się na pokładzie.
- Mnie też ciężko w to wszystko uwierzyć.
- Przez cały ten czas ludzie kopali nieprzyjaciół po dupach. - Jesse pokręcił wolno głową. - Niezłe jaja.
- Mavericks też dawali czadu - przypomniałem.
- No tak, ale... - Jesse trącił mnie pięścią w ramię. - Przede wszystkim staraliśmy się podtrzymać kristańską wojnę domową. Tę, którą sami rozpętaliście.
Perkins i ja dyskutowaliśmy o tym konflikcie. Zastanawialiśmy się, czy gdyby wyszło na jaw, że stoją za nim ludzie, rozgniewane jaszczury zjednoczyłyby się przeciwko wspólnemu wrogowi. Ostatecznie skwitowaliśmy to śmiechem. Członkowie kasty wojowników woleli wyrzynać siebie nawzajem, niż walczyć z obcymi. Oczywiście wkurzyłoby ich, że ludzie zaingerowali w ich odwieczne prawo do prowadzenia wojny, Kristangowie mieli jednak aż nadto innych powodów, by darzyć nas nienawiścią. Gdyby dowiedzieli się, że bez ich wiedzy wywołaliśmy wojnę domową, mieliby natomiast powód, by się nas bać. Nie widziałem w tym żadnych minusów.
Odprowadziłem Jessego i Dave'a do doku, gdzie już czekał dodo mający zabrać ich z powrotem na powierzchnię. Wcześniej odbyłem spotkanie z generałem Rossem, następnie z dowódcą kristańskiej floty, a potem jeszcze z Jeraptha z Urzędu Etyki i Zgodności. Perkins udała się na rozmowę z admirał Lokash z ruharskiej Trzeciej Floty. Jednym z tematów był powrót naszego "gościa", klasty Kattah Robbenon, do jej ludu. W ostatnim czasie sporo zyskaliśmy w oczach ruharskiej oficer. Wiedziała, że wraca do domu, a dzięki wiedzy zdobytej na pokładzie przez pewien czas będzie na ustach wszystkich. Zanim wstąpiła na kradziony maxolhxański krążownik, by spotkać się z admirał Lokash, Robbenon uścisnęła mi dłoń i zapewniła, że rozumie, dlaczego ją porwaliśmy.
- Wy, ludzie, macie takie powiedzenie... Wszystko dobre, co się dobrze kończy? - powiedziała.
- Rzeczywiście - odparłem.
- Ta historia skończyła się dobrze - stwierdziła Ruharka z uśmiechem.
- To jeszcze nie koniec - przypomniałem.
- Wie pan, o co mi chodzi. - Stanęła na baczność i zasalutowała po ruharsku. - Pułkowniku, życzę powodzenia panu, Wesołej Bandzie Piratów i wszystkim waszym pobratymcom.
W odpowiedzi zaprezentowałem salut armii i powiedziałem:
- Ja również życzę szczęścia pani i pani ludowi, klasto. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Oby w lepszych okolicznościach.
*
- Bishop... - Generał Ross spojrzał na mnie groźnie. - Nie powiem, żebym się cieszył.
- Dlaczego, sir? - zapytałem, spięty jak zawsze, gdy wysoki rangą oficer patrzył na mnie w ten sposób. Ross wpadł do mojego gabinetu w ramach "wizyty grzecznościowej". Podczas misji na Tohmaran dowodził żołnierzami SEONZ z Legii Pozaziemskiej, co znaczyło, że odpowiadał za wszystkich ludzi na planecie.
Ross westchnął, wyciągnął telefon, stuknął w ekran i uniósł urządzenie.
- Widzisz? To mój dokument tożsamości.
Zobaczyłem cyfrową wersję uniwersalnej karty identyfikacyjnej i dostępowej UIA Armii Stanów Zjednoczonych. Zastąpiono nią stary model karty CAC, jeszcze zanim poszedłem do wojska. Sam miałem plastikowy egzemplarz UIA gdzieś w szufladzie, choć od lat z niego nie korzystałem. W dokumencie generała znajdowało się jego zdjęcie, nazwisko oraz chip zawierający dane osobowe, biometryczne, uprawnienia i wszystko inne potrzebne do uzyskania dostępu do obiektów lub systemów komputerowych armii.
- Tak jest - powiedziałem.
- Widzisz mój stopień? Co tu jest napisane?
- O-8 - przeczytałem. - Generał major.
- Właśnie. A zatem jestem głównodowodzącym, nieprawdaż?
- Ekhm... Tak.
- Pytanie brzmi... - odparł, chowając telefon do kieszeni - dlaczego podkomendni wiecznie coś przede mną ukrywają? Najpierw Perkins, a teraz ty.
- Nie wiem, co powiedzieć, sir - przyznałem uczciwie.
- Nie mam do ciebie pretensji, Bishop. Otrzymałeś własne rozkazy. Rozumiem, że nie mogliście ujawnić swojej obecności nikomu na Paradise, bo stworzylibyście wówczas zagrożenie dla Ziemi. Mam żal bardziej do Perkins.
Musiałem się uśmiechnąć.
- Co prawda czytałem jedynie raporty z misji przekazane przez pana i podpułkownik, rozumiem jednak pańską frustrację.
Ross trochę się rozchmurzył.
- Bishop, nawet nie masz pojęcia, jak ciężko się pracuje z tą kobietą. A niech tam... - Machnął ręką. - Na pewno masz już dość odpowiadania w kółko na te same pytania, skupię się więc na najważniejszych sprawach. Co dalej?
- "Walkiria" ma jeszcze kilka zadań do wykonania. Potem polecimy na Paradise. A stamtąd na Ziemię.
- A ja tymczasem zostanę tutaj, żeby posprzątać cały ten bałagan?
- Przykro mi. Czy mogę coś doradzić, sir?
- Słucham.
- To już nie jest nasza walka. Lepiej będzie zostawić to jaszczurom. Zabrać ludzi z planety i pozwolić, żeby dowódca kristańskiej floty sam rozwiązał ten problem.
- Admirał Kekrando? Podobno masz się z nim wkrótce spotkać.
- Owszem, mamy się z nim spotkać - poprawiłem go. - Jeżeli znajdzie pan czas, będę wdzięczny, jeśli pójdzie pan ze mną. W przeciwnym razie spotkanie może przebiegać w niezręcznej atmosferze. Perkins i Mavericks wykonywali brudną robotę na powierzchni, ale to ja jestem odpowiedzialny za zestrzelenie floty Kekranda z orbity nad Paradise.
- No tak. Istotnie, może zrobić się nieprzyjemnie. Niech będzie, Bishop. Już teraz mogę cię uspokoić. Admirał należy do tych "dobrych".
- Jak to, sir? - Przekrzywiłem głowę ze zdziwieniem. - Przecież to jaszczur.
- Nienawidzi tej wojny jeszcze bardziej niż my. To stary wojownik. Taki, który w pewnym momencie życia wspomina wszystkie swoje walki i zaczyna rozumieć, że nie miały one żadnego sensu. Między Kekrandem i Perkins istnieje jakaś cicha nić porozumienia. - Skrzywił się. - Nie wiem, co wymodzili, ale Perkins nie współpracowałaby z admirałem, gdyby nie służyło to jej celom... Jakiekolwiek by były.
- Rozumiem, sir. Czy mogę zadać pytanie?
- Wal śmiało.
- Jakie ma pan teraz plany? Chce pan zabrać się z nami do domu?
- Do domu... - powtórzył tęsknie.
- Gdzie ma pan swój dom, jeśli można wiedzieć? - Znałem już odpowiedź, ale chciałem skłonić go do namysłu.
- W Kalifornii, Dakocie Południowej, Minnesocie... I na całym świecie. Tam dom twój, gdzie serce twoje, Bishop. - Ross wyprostował się i nachylił. - Masz może jakieś wieści o mojej rodzinie?
- Wszyscy mają się dobrze. Pańska córka, Patricia, urodziła dziecko. Został pan dziadkiem, po raz kolejny!
- Patty urodziła... - szepnął. - Do diabła, przegapiłem tyle ważnych rzeczy.
- Jak my wszyscy. Proszę się zastanowić. "Walkiria" będzie czekać nad Paradise, dopóki Legia nie wróci.
- Bishop, przyznam, że to kusząca oferta. Jednak wielu Ziemian będzie chciało wrócić do domu. Mój stopień nie powinien odgrywać żadnej roli. A co do Legii... nasza praca nie dobiegła końca. Wciąż mamy wpływ na tę wojnę.
- Perkins przewidziała, że powie pan coś takiego. Jest tego samego zdania. Proszę dać znać, gdy dotrze pan na Paradise. Ktoś ze sztabu SEONZ musi przekazać Ziemi wiadomości o tym, co się dzieje, z perspektywy Legii. Tym kimś powinien być pan, nie jakiś oficerzyna, który cały czas siedzi na planecie.
- W porządku, pułkowniku, przemyślę to. - Pstryknął palcami. - Przed spotkaniem z Kekrandem muszę skombinować podarunek.
- Mianowicie?
- Mam dla niego butelkę shaze. To kristański trunek. Pachnie jak koktajl z rozpuszczalnika i kwasu do akumulatora, ale jaszczury za nim przepadają. To będzie taki nasz gest dobrej woli.
*
Najpierw Ross i ja pomówiliśmy z Kekrandem, a potem na "Walkirię" przybyli Jeraptha. Niejaki kapitan Scorandum z Urzędu Etyki i Zgodności zabrał ze sobą naszego niespodziewanego gościa, kadeta Fangiu. Kadet był mocno rozczarowany, że nie miał szansy odwiedzić Ziemi. Na pocieszenie dałem mu nieoficjalne zaproszenie na naszą planetę. Odniosłem wrażenie, że Scorandum ma więcej pytań do młodego chrząszcza niż do mnie, nabrałem więc przekonania, że Fangiu już wkrótce zapomni o doznanym zawodzie.
Roboty było sporo, a czasu niewiele, więc musiałem ukrócić dyskusje i wziąć się do pracy. Ruharowie i Jeraptha rozsyłali okręty z najnowszymi informacjami. W dalszym ciągu zamierzałem dotrzeć do Paradise, zanim ktokolwiek na tej planecie usłyszy, że ludzie stali się czołowymi graczami w Galaktyce. Obiecałem Rossowi, że "Walkiria" pozostanie przy Tohmaran do czasu, aż większa część sił Legii opuści ten glob, czyli jeszcze przez kilka dni. Potem, po wykonaniu paru dodatkowych zadań, mieliśmy obrać kurs na Paradise. Planowaliśmy lecieć na skróty tunelami czasoprzestrzennymi. Ani chomiki, ani chrząszcze nie mogłyby nas doścignąć.
Plusem postoju przy Tohmaran była możliwość zarekwirowania zapasów Legii. Mówiąc o "rekwirowaniu", nie mam na myśli, że groziliśmy komukolwiek potężnymi działami. Nigdy bym na to nie pozwolił, a zresztą nie było takiej potrzeby. Generał Ross chętnie dał nam klucze do "sklepu ze słodyczami" i pozwolił zabrać, co tylko chcieliśmy. Czyli przede wszystkim żarcie! Żarcie, cudowne żarcie... Mogłem to sobie podśpiewywać, wspominając, jak w podstawówce wystawialiśmy muzyczną wersję spektaklu "Oliver". Co prawda nie grałem tam głównej roli, ale piosenkę "Food Glorious Food" śpiewała większość obsady... No dobra, akurat ja nie śpiewałem ani tego, ani żadnego innego kawałka, bo pracowałem przy ustawianiu scenografii. Możecie mi jednak wierzyć, że na próbach słyszałem tę cholerną śpiewkę ze sto razy.
Tak czy siak, kiedy dotarliśmy do Tohmaran, spiżarnie na "Walkirii" były opustoszałe. Wcześniej, wieczorem, zjadłem na obiad ser z pokruszonymi płatkami pszennymi. Pomyślałem, że jeśli je trochę posolę, będą smakować jak krakersy z serem. Musiałem być bardzo zdesperowany, żeby szamać suche płatki, ale lepsze to niż kolejny szlam smakowy.
Simms trochę poczarowała i na nasz krążownik przyleciały trzy lądowniki pełne jedzenia, z pozdrowieniami od generała Rossa. Prawdziwego jedzenia, z upraw prowadzonych przez ludzi na Paradise, a także z ruharskich laboratoriów. W końcu mieliśmy czekoladę! Niektóre odmiany dziwnie smakowały i musieliśmy do nich przywyknąć. Do tego steki! Ziemianie na Paradise nazywali je sztekami, bo były ze sztucznego mięsa, ale za to jak smakowały! Ja najbardziej cieszyłem się z przygotowanej przez naukowców "mielonej wołowiny", idealnej na cheeseburgery.
Mmm, cheeseburgery... Przepraszam, rozmarzyłem się. O czym to ja... a, tak.
Nie przeszkadzało mi, że wołowina pochodziła z fabryki, a nie od krów. I tak była przepyszna! Aby zrobić prezent załodze, przyrządziłem burgery z Oklahomy z cebulą i zorganizowałem obiad pod hasłem "jesz ile chcesz".
Sam zdołałem zjeść cztery cheeseburgery. Kluczową kwestią jest właściwy stosunek bułki do burgera, aby nie zapchać się pieczywem. Pomyślałem, że warto podzielić się tą ważną informacją.
Po uczcie pierwszego wieczoru trzeba było wrócić do rutyny. Pamiętaliśmy, że wkrótce na pokładzie będziemy mieć jeszcze więcej ludzi do wykarmienia.
*
- Podpułkownik Simms. - Skippy odezwał się po łagodnym sygnale. - Prosiła pani o informację, kiedy zespół STAR zakończy ćwiczenia ewakuacyjne. Cały personel jest już na pokładzie. Przywracam kontrolę chłodnic i systemów obrony punktowej. Trzeba opróżnić radiatory. Będziemy gotowi do skoku za trzydzieści jeden minut.
Simms uniosła wzrok znad książki i łyknęła herbaty. Wreszcie miała czas na lekturę czegokolwiek innego niż raporty. Od bardzo dawna nie było okazji naprawdę się relaksować.
- Skippy, kiedy jestem u siebie, możesz mówić mi "Simms". Albo... - dodała z pewnym wahaniem - "Jennifer", jeśli chcesz.
- Hmm...
- Jeśli myślisz, że to pułapka...
- Przyznam, że usłyszałem w myślach okrzyk admirała Akbara.
- Po prostu staram się naprawić naszą relację. - Simms zamknęła książkę i schowała do szuflady, by w razie walki tom nie stał się groźnym pociskiem. Filiżankę zamierzała odnieść do kambuza.
- Eee... - zająknął się Skippy.
Kobieta przewróciła oczami. Jakim cudem wszechwiedząca sztuczna inteligencja mogła być takim ignorantem w niektórych kwestiach?
- Powinieneś odpowiedzieć "dziękuję". Albo nawet "dziękuję, Jennifer".
- No... dobrze. Ale dlaczego, hmm, chcesz naprawiać naszą relację? Myślałem, że jesteś na mnie wściekła... Bardziej niż zwykle.
- Nie jestem zadowolona z tego, co zrobiłeś nad Rikers. Masz świadomość, że niewiele brakowało, żebym zmusiła ten okręt do samozniszczenia?
- Tak właśnie podejrzewałem. Było jeszcze gorzej, niż opisałaś w raporcie?
- Otóż to. Zanim dotarł do nas "Holender", zastanawiałam się, czy powinnam oszczędzić załodze dalszych cierpień. Byliśmy zmarznięci, coraz trudniej nam się oddychało i nic nie wskazywało, żeby sytuacja miała ulec poprawie.
- Można wiedzieć, dlaczego nie odpaliłaś głowicy?
- Ponieważ... - Simms dopiła herbatę i wzięła głęboki oddech. Niechętnie wracała myślami do tamtych ponurych wydarzeń. - Ponieważ to, że straciłam nadzieję, nie znaczyło, że rzeczywiście byliśmy bez szans. Ale i tak mam ci za złe, że przez ciebie musieliśmy przez to przechodzić.
- Naprawdę cię przepraszam. Nie ma słów, które wyrażą, jak bardzo nienawidzę siebie za to, do czego doprowadziłem.
- Nie musisz o tym mówić, Skippy. Powinieneś naprawić błędy czynami.
- Próbuję. W dalszym ciągu jednak nie rozumiem, dlaczego okazujesz mi sympatię, mimo że jesteś na mnie nieprzeciętnie wkurzona. Zawsze miałaś mniej cierpliwości do moich głupich numerów niż Joe.
- Bishop nie ma wyboru, prawda?
- W sumie racja. Na szczęście zazwyczaj czerpie radość z moich wyskoków.
- Cóż, z całą pewnością nie pozwalasz nam się nudzić.
- Wiem, że jesteś zajęta, ale...
- Wyciągam do ciebie rękę chyba po części dlatego, że jestem szczęśliwa. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Nad Ziemią nie wisi już widmo zagłady. Wyszłam za wspaniałego faceta. Pierwszy raz od Dnia Kolumba patrzę jasno w przyszłość. Teraz możemy liczyć, że czeka nas lepsze jutro. W dużej mierze dzięki tobie.
- Ależ... Dziękuję!
- A także dzięki temu, że tym razem dałeś ciała po całości. Nie byłeś po prostu roztargniony, jak zawsze. Zachowałeś się po prostu podle.
- Hmm... - odparł blaszak ostrożnie. - I jakimś cudem wyszło wam to na dobre? Kurczę, myślałem, że tok myślenia Joego to zagadka nie do rozwiązania...
- Wiesz, kto daje plamę, Skippy? Ludzie. Maszyny nie dokonują złych wyborów. Ty takiego dokonałeś. Bishop powiedział kiedyś, że z pewnością jesteś istotą rozumną, bo w przeciwnym razie nie byłbyś takim dupkiem.
- Chyba nie nadążam.
- Mówiąc w skrócie, teraz postrzegam cię jeszcze bardziej jako osobę. Wcześniej podejrzewałam, że jakaś część ciebie jedynie naśladuje pewne cechy osobowości. Twoja pomyłka przy Rikers i to, jak na nią zareagowałeś, to coś, do czego zdolny byłby tylko prawdziwy człowiek.
- Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób.
- Wyciągnąłeś wnioski z własnych doświadczeń?
- I to jakie! Nawet nie masz pojęcia... Bo w końcu sama nigdy nie posunęłaś się do czegoś tak okropnego.
- Rzecz w tym, że należy uczyć się na błędach i nie powtarzać ich w przyszłości.
- Racja. Zamiast tego trzeba popełniać nowe błędy!
- To nie do końca...
- Choć powinienem raczej powiedzieć, że moim celem powinno być unikanie jakichkolwiek błędów.
- Tak, ale gdyby jakiś się zdarzył...
- Niestety, już teraz mogę zagwarantować, że w przyszłości popełnię niejeden błąd. Zapewniam jednak, że żaden z nich nie będzie wynikał z tego, że traktuję przyjaciół jak śmieci.
- Dobrze to słyszeć. Muszę już lecieć.
- Zostaw filiżankę. Przyślę bota, żeby odniósł ją do kambuza.
- Dziękuję, Skippy.
- To ja dziękuję, Jennifer. Cieszę się, że jesteś szczęśliwa. - Blaszakowi łamał się głos. - Ty i Frank zasługujecie na to.
- Miło, że tak...
- On na pewno wyszedł na tym lepiej... - dorzucił Skippy półgłosem. Nigdy nie wiedział, kiedy warto się zamknąć.
- Skippy! - warknęła Simms.
- Sorki.
- A skoro już o tym mowa, Frank powiedział, że zanim przygotowałeś mu strój pana Darcy'ego, chciałeś, żeby przyszedł na ślub w garniturze ze skóry rekina.
- Prawdę mówiąc, to był mój drugi typ. Początkowo proponowałem kreację ze skóry aligatora. Nie martw się, powiedział mi, że to ci się nie spodoba, więc...
- Wręcz przeciwnie! - Jennifer się zaśmiała.
- Serio?
- Serio. Każdy może włożyć smoking albo przebrać się za postać z filmu. Ale garnitur ze skóry aligatora? Coś takiego naprawdę zapadłoby w pamięć.
- O rany, nie sądziłem, że...
- Skippy, wzięliśmy ślub na pokładzie okrętu kosmicznego. Tradycja nie jest dla mnie aż tak ważna. Liczyło się, że wychodzę za Franka i że towarzyszą mi przyjaciele. Szkoda tylko, że nie było z nami załogi "Holendra". Mogliśmy wcześniej podjąć decyzję.
- Spoko. Aha, przepraszam za Joego i fuszerkę, jaką odwalił jako didżej. Proponowałem, że go zastąpię, ale chciał się bawić sam.
- Żałuję, że nie zaśpiewałeś na weselu - skłamała Simms, nie chcąc, by SI użalała się nad sobą przez kolejne dni.
- Naprawdę? Ale fajnie! To może wystąpię na twoim następnym ślubie?
Simms przystanęła w drodze do wyjścia.
- Nie mam w planach kolejnego ślubu, Skippy.
- Jasne, takich rzeczy się nie planuje. Ale bądźmy szczerzy, Frank jest świetnym facetem, ale to... no, facet. Na pewno kiedyś coś spieprzy i...
- Do widzenia, Skippy.
- Tak tylko mówię.
- Do widzenia!
*
- Dzień dobry, starsza sierżant sztabowa Adams - przemówił Skippy radosnym tonem z głośnika na suficie kabiny Margaret, gdy ta wyłączyła budzik. - Temperatura na pokładzie wynosi przyjemne dwadzieścia dwa stopnie, bez szans na deszcz. W mesie na śniadanie podajemy świeżo upieczone herbatniki. Na prowadzone przez panią ćwiczenia na siłowni o dziewiątej zapisało się dziewięć osób, a...
- Nie musisz mi przypominać. - Nie spoglądając w górę, Adams odrzuciła pościel i skierowała się do łazienki.
- Ale...
- Wszystkie te informacje mam na telefonie.
- Po prostu staram się pomóc - jęknął blaszak żałośnie.
- Raczej starasz się udawać, że nad Rikers nie stało się nic takiego.
- Margaret, ja...
- Sztuczna inteligencjo, proszę zwracać się do mnie "starsza sierżant sztabowa Adams" lub "Adams".
- "Sztuczna inteligencjo"? Przecież to ja, Skip...
- Nic mnie to nie obchodzi. Zawiodłeś nas. Zostawiłeś na pewną śmierć. Nas i... - Margaret przygryzła wargę, czując w oczach piekące łzy. - I Bishopa!
- Joe powiedział, że mi wybaczył.
- Powiedział to, co musiał. Jest twoim najlepszym, czy właściwie jedynym przyjacielem, a ty go porzuciłeś. Skoro zrobiłeś to Joemu, jak mielibyśmy ci ufać?
Skippy westchnął ciężko.
- Czy mogę zrobić cokolwiek, aby uratować naszą przyjaźń?
- Wychodzi na to, że nie ma czego ratować. Nie było żadnej przyjaźni. Rób, co do ciebie należy, SI. Rozmowa ze mną nie należy do twoich obowiązków.
- Ale...
- Żegnam.
*
- Dzień dobry, Joe. - Ton Skippy'ego wskazywał, że dla niego nie był to dobry dzień i że chce, abym spytał, co go gryzie.
- Co się stało, kolego?
Postanowiłem okazać mu wyrozumiałość, bo przynajmniej nie budził mnie ostatnio w środku nocy, żeby gadać o głupotach. Poza tym, gdybym nie okazał zainteresowania i nie udał współczucia, blaszak rozczulałby się nad sobą przez resztę dnia.
Oprócz tego, choć świadczy to tylko o moim kretynizmie, naprawdę interesował mnie Skippy i jego durne problemy.
- Chodzi o Margaret. Nigdy mi nie odpuści, prawda?
- Jeśli tak będziesz do tego podchodził, na pewno nie.
- Co jest nie tak w moim podejściu?
- Tu nie chodzi o ciebie, Skippy.
- Nie bardzo rozumiem, na czym polega różnica. Próbuję...
- Próbujesz poprawić sobie samopoczucie po tym, jak nawaliłeś. Jeśli Adams ci wybaczy, wówczas będziesz mógł wybaczyć sam sobie, mam rację?
- No... Tak. Tak przynajmniej to rozumiem. Co w tym złego?
- To, że myślisz tylko o sobie! Zastanawiałeś się, czego oczekuje Adams? Czego potrzebuje?
- Hm, hmmm... Nigdy nie będę mógł zostawić tego za sobą, prawda?
- Nikt z nas nie zdoła ot tak tego zostawić. Nie tylko Adams się na ciebie gniewa.
- To prawda. Ludzie z załogi przestali prowadzić ze mną normalne rozmowy. Znienawidzili mnie.
- Zraniłeś ich i zawiodłeś, Skippy. Pomylili się co do ciebie. To już się nie zmieni. Ani w ich przypadku, ani w moim.
- Mówiłeś przecież, że rozumiesz, dlaczego to zrobiłem. Wybaczyłeś mi!
- Masz rację. Mimo to, odtąd przy każdym poważniejszym problemie jakiś cichy głos z tyłu głowy będzie pytał, czy mogę na ciebie liczyć, czy też znajdziesz kolejny pretekst, żeby wystawić nas do wiatru.
- To było wredne, Joe.
- Wcale nie. Taka jest prawda. Zachowałbym się wrednie, gdybym ci o tym nie powiedział.
- Joe, błagam, daj mi jakąś radę! Zrobię wszystko!
- Możesz pozwolić, żeby Simms znowu przystrajała twoją puszkę w urocze kostiumy przy różnych okazjach.
- Wszystko... ale nie to!
- To może przestań pchać się do mikrofonu na wieczorach karaoke?
- To też odpada.
- Skippy, wiem, przez co przechodzisz.
- Jasne, ludzie zawsze tak mówią, kiedy...
- Nie, naprawdę to rozumiem. Załoganci są źli także na mnie. Ukrywałem prawdę. Okłamywałem ich. Co gorsza, nie wierzyłem, że udźwigną prawdę. Na pewno zauważyłeś, że Simms traktuje mnie ozięble.
- Faktycznie. Jak zamierzasz ją przekonać, żeby ci wybaczyła?
- Nie będę jej przekonywał. Właśnie w tym rzecz. Tu nie chodzi o mnie. Poczuła się zraniona i ma do tego pełne prawo. Ja natomiast nie będę powtarzał własnych błędów. Koniec z tajemnicami. Będę mówił Simms o każdej swojej decyzji i wątpliwościach, prosił o radę. To samo dotyczy Smythe'a. Aby dowieść, że żałuję, po prostu nie zawiodę ich po raz kolejny. I wiesz co?
- Co?
- To świetnie uczucie, Skippy. Nie muszę niczego ukrywać. Mogę swobodnie rozmawiać o swoich zmartwieniach z ludźmi, których szanuję.
- Będę musiał to przemyśleć. Ale ponawiam pytanie. Co mogę zrobić, Joe?
- Po pierwsze, nie możesz więcej dezerterować. Po drugie, jeśli chcesz przyjaźnić się z Margaret, bądź dla niej jak najlepszym przyjacielem.
- Jak mam się z nią przyjaźnić, skoro nawet nie chce ze mną gadać?
- Działaj z myślą o niej, nie o sobie. Nie chce rozmawiać? Uszanuj to i nie narzucaj się.
- Ciężka sprawa, Joe.
- Gdybyś nie musiał się wysilać, żeby zasłużyć na jej przyjaźń, czy byłoby to dla ciebie takie ważne?
- Nie. Ech, wy, małpy, przez setki tysięcy lat programowałyście mózg, żeby instynktownie radzić sobie z relacjami interpersonalnymi. Po prostu znacie się na takich rzeczach. Dla mnie to zupełna nowość.
- Pomogę ci, jak tylko będę w stanie. Dla mnie to też niełatwa sytuacja. Również chciałbym naprawić relacje z Margaret, ale ona prawie się do mnie nie odzywa.
Co najgorsze, nie chciała powiedzieć wprost, o co chodzi. Zapewne wciąż wstydziła się tego, że otworzyła się przy mnie, kiedy nanomaszyny mieszały jej w głowie.
- Co zamierzasz zrobić? - zapytał Skippy.
- Nic. Najlepiej będzie dać jej przestrzeń, której pragnie. Zrobię to, ponieważ mi na niej zależy.
- Jasna sprawa.
*
Następnego ranka Margaret wyłączyła budzik w telefonie, usiadła na łóżku i przeciągnęła się. Głośnik sufitowy zatrzeszczał cicho. Skippy zawsze tak robił, żeby nikogo nie przestraszyć z samego rana. Adams poczuła przypływ gniewu i nastawiła się na kolejną kłótnię.
- Yyy, tego... Hej - wydukał Bilby. - Dzień dobry i w ogóle. Ćwiczenia STAR o dziewiątej trzydzieści zostały przeniesione do doku Charlie Dwa na lewej burcie. Dok Bravo Jeden jest niedostępny, bo w nocy trzeba tam było wykonać nieplanowane naprawy. Kurczę, gdybym sam miał ćwiczyć tak jak wy, padłbym na glebę ze zmęczenia. Nie wiem, jak wam się...
- Bilby? Dlaczego do mnie mówisz?
- A co? Wolisz teatrzyk kukiełkowy? Mam chyba jakieś skarpety, które...
Margaret zrobiła zrezygnowaną minę. Rozmowy z nową pokładową SI stanowiły sprawdzian cierpliwości.
- Zastanawiam się, dlaczego to ty ze mną rozmawiasz. Zwykle to Skippy...
- Prosił, żebym przejął jego fuchę.
- Mhm...
Adams i tak nie miała ochoty na pogaduchy z blaszakiem. Dlaczego więc była rozczarowana? To proste. Okazując niechęć do rozmowy, sprawiłaby ból temu pokrętnemu zasrańcowi. A teraz, gdyby chciała na niego nawrzeszczeć, musiałaby się z nim sama skontaktować... Nic z tego!
- Skippy nie chce już się tym zajmować? - zapytała niby od niechcenia.
- Nie no, mówił, że to lubi. Bo w sumie to fajna sprawa. Ale uważa, że piraci woleliby, żebym to ja do nich gadał, co nie?
- Racja. - Margaret wstała i machinalnie przystąpiła do ścielenia łóżka, tak jak na żołnierza marines przystało. - Mów dalej.
- Spoko. Na śniadanie podajemy dzisiaj...
ROZDZIAŁ 3
Gdy sielankowe wakacje nad Tohmaran dobiegły końca, wykonaliśmy skok i wyruszyliśmy w trasę pod nazwą "Wielka Galaktyczna Rozpierducha". Mówię serio, mieliśmy nawet specjalne kubki i koszulki z logo... Nie, koszulki nie są na sprzedaż. Trzeba było brać w tym udział. Chociaż w sieci pewnie znajdą się jakieś gadżety z drugiej ręki.
O czym to ja... A, tak. Wyruszyliśmy, by skopać parę tyłków. A także obcałować kilka innych.
Dlaczego musieliśmy się komukolwiek podlizywać, mając cały arsenał broni Pradawnych? Ponieważ chcieliśmy, by ludzie mieli jakąś przyszłość w Galaktyce i nie ograniczali się do jednej planety. Bo tak naprawdę kontrolowaliśmy tylko jedną. Paradise się nie liczyła. Jeśli chcieliśmy rozszerzyć sferę wpływów, mieliśmy dwie opcje. Mogliśmy albo walczyć o światy z warunkami do życia, albo też współpracować z sojusznikami i dążyć do osiągnięcia obopólnych korzyści. Na dłuższą metę bardziej opłacało się zawierać sojusze. Od pamiętnego Dnia Kolumba nauczyłem się jednego - człowiek musi być przygotowany na wszystko. Zwłaszcza na nieoczekiwane wydarzenia. Kluczową kwestią była długofalowość. Mówimy tu o tysiącach lat. Albo setkach tysięcy. A może i milionach. Wiem tylko, że Joe Bishop nie zostanie tu aż tak długo. Przecież to palant. Na pewno w końcu poważnie kogoś wkurzy i zbierze zasłużone manto.
Ewentualnie, jako że jest durną małpą, wbije sobie widelec w oko i w ten sposób pozbawi się życia.
A Skippy? Będzie nas chronił, prawda?
Hmm... Chyba na pewno.
Wiadomo, powinien być w pobliżu przez długi czas, ale z doświadczenia wiemy, że równie dobrze mógłby zrobić coś głupiego i przypłacić to życiem albo utracić swoje wspaniałe i wyjątkowe zdolności. Cholera, kto wie, może w końcu znudzi się małpimi figlami i postanowi podręczyć jakąś inną rasę? Albo zagłębi się w jakichś sprawach dla kujonów, na przykład w badaniu gęstości izotopów wodoru poza Drogą Mleczną, i w ogóle zapomni o istnieniu ludzkości? Blaszak jest nieprzeciętnie roztargniony. Teoretycznie mógłby żyć wiecznie albo do czasu, aż ostatnia gwiazda we wszechświecie stanie się zimną, ciemną bryłą... no, tego, w co zamieniają się gwiazdy, kiedy wyczerpie im się paliwo. Nie podejrzewam, by pod koniec istnienia wszechświata ludzie nadal oglądali mecze i pili piwo, choć chyba każdy zgodzi się, że dopóki ludzie śledzą rozgrywki w telewizji, dopóty będzie towarzyszyć im kufel piwa. I jakieś nachosy.
Zmierzam do tego, że przetrwanie rodzaju ludzkiego nie powinno zależeć od jednego czynnika, a zwłaszcza od niegodnej zaufania sztucznej inteligencji.
Potrzebowaliśmy więc planu, dzięki któremu ludzie staną się znaczącymi graczami w Galaktyce. Warto było w tym celu nawiązać współpracę z innymi rasami podróżującymi w kosmos. Przynajmniej z niektórymi. Kilku innym dobrze zrobiłby porządny kopniak w dupę.
*
Pierwszym przystankiem było miejsce, które odwiedziliśmy tak niedawno, że podłogi dalej się lepiły i walały się na nich pogniecione kubki po napojach i resztki popcornu. A także inne przedmioty i substancje tak niesmaczne i nielegalne, że nie będę o nich wspominał. Podczas ostatniej wizyty daliśmy taki występ, że nad parkingiem ciągle błyskały fajerwerki.
No dobra, nie fajerwerki, tylko szczątki thurańskiego okrętu spadającego z orbity. Ale wyglądały całkiem jak sztuczne ognie. Moje serce radowało się na widok smug ciągnących się za metalowymi i kompozytowymi odłamkami wchodzącymi w atmosferę. I na myśl, że mogą wśród nich być szczątki wrednych, kurduplowatych cyborgów.
To właśnie takie drobiazgi czynią życie wyjątkowym.
*
Niestety, nasz kierownik trasy zawalił sprawę, autobus ze sprzętem miał opóźnienie i zjawiliśmy się nad Rikers bez zapowiedzi. Dlatego kiedy skoczyliśmy, nie przywitały nas tabuny dziennikarzy i napalonych fanek. Zwłaszcza brak tych ostatnich srodze mnie zawiódł.
Oczekiwała na nas natomiast eskadra sześciu okrętów. No, może niezupełnie oczekiwała, bo nasz zespół do spraw PR nikogo nie zawiadomił. W każdym razie na miejscu natrafiliśmy na thurański krążownik liniowy z grupą niszczycieli oraz maxolhxański lekki krążownik. Działając w duchu promowania współpracy międzygatunkowej, skoczyliśmy blisko jednostki Maxolhxów i od razu pochwyciliśmy całą szóstkę okrętów w pole wytłumiające. Thuranie początkowo byli zdezorientowani. Według traktatów zawartych z kocurami zielone ludziki miały spieszyć patronom z pomocą na każde zawołanie, nawet za cenę swojego nędznego życia. Gdyby ośmielili się skoczyć i uciec przed straszliwym okrętem widmem, a Maxolhxom udało się przeżyć, Thuranie słono zapłaciliby za tchórzostwo. Poza tym thurański dowódca uznał na pewno, że warto będzie pozostać w pobliżu i dołączyć do walki. Liczył, że Maxolhxowie mocno pokiereszują "Walkirię", a potem cyborgi będą mogły nas dobić i zgarnąć laury.
Zanim zdążyłem skontaktować się z kocurami i zaprezentować numer taneczno-wokalny o nowym szeryfie w mieście, Maxolhxowie uderzyli w nas wszystkim, co mieli. "Walkiria" spokojnie przyjmowała uderzenia. Może powinienem wykazać więcej zrozumienia, wszak nieprzyjacielski dowódca musiał zareagować na nagłe i niespodziewane zagrożenie. Na jego nieszczęście nie byłem w nastroju na przepychanki. Wielkie działa "Walkirii" rozwaliły mały krążownik na kawałki. Oczywiście nie kierowałem się tylko pustymi emocjami. Przybyliśmy w to miejsce w celu niezwiązanym ani z Maxolhxami, ani z Thuranami i nie mogliśmy pozwolić, aby obcy wchodzili nam w drogę. Nie chcieliśmy też, by któryś z okrętów wykonał skok i sprowadził posiłki. Mieliśmy napięty grafik i nie zamierzaliśmy nigdzie zamarudzić.
Kiedy więc Thuranie zobaczyli, że po okręcie patronów zostały jaśniejące szczątki, rzucili się pędem do ucieczki. Trwało to jakieś piętnaście sekund. Potem otrzymali wiadomość, w której żądałem, by zatrzymali się, zabezpieczyli broń, zdjęli osłony i ogólnie rzecz biorąc, zrezygnowali z bezsensownej, idiotycznej walki. W przeciwnym razie zamierzaliśmy wykorzystać ich eskadrę w ćwiczeniach strzelania do celu. Thuranie od razu skapitulowali.
Uporawszy się z tym nieprzyjacielem, skupiliśmy się na głównym punkcie imprezy. Można powiedzieć, że zestrzelenie jednostki szczytowej rasy było dla nas rozgrzewką. Dobrze było zacząć od jakiegoś zajebistego numeru.
- Bilby, połącz mnie z wypierdkiem, który tu dowodzi - poleciłem, wstając z fotela dowódcy.
- Jasne, pułkowniku ziomal. Kolo nazywa się...
- Mam gdzieś, jak się nazywa. Nasza relacja nie rozwinie się na tyle, żebyśmy zostali kumplami od kieliszka.
- Kumam. Dobra, możecie gadać. Chce pan samo audio czy wideo też?
- Wideo. Niech sukinsyn nas zobaczy.
Gdybym nie kipiał z gniewu, cała sytuacja byłaby nawet zabawna. Na głównym ekranie holograficznym ukazał się jaszczur, ubrany bardziej krzykliwie niż typowy wódz pomniejszego klanu z zaściankowej planety. Ten elegancki ubiór świadczył o dwóch rzeczach. Kristang odstawił się tak, aby zrobić wrażenie na Thuranach, Maxolhxach albo na jednych i drugich. A także po to, żeby ukryć fakt, że tak naprawdę był nic nieznaczącą miernotą. Kiedy Skippy przypuścił atak, żeby uwolnić mnie ze szpitala, załatwił także poprzednich przywódców władających planetą. Ten zasraniec piastował stanowisko od niedawna i zapewne starał się błyszczeć przed pobratymcami, aby uniknąć skrócenia o głowę.
Powinien wiedzieć, że ten kretyński strój tylko bardziej działał mi na nerwy.
Pewne rozbawienie mogła budzić mina mojego rozmówcy. Kristangowie poruszają się na dwóch nogach, tak jak ludzie, i wbrew stereotypowi tak naprawdę nie są jaszczurami, ale istotami ciepłokrwistymi, podobnie jak my. Mają także dwoje oczu, uszy po bokach głowy, usta, a nad nimi nos. Nic więc dziwnego, że ich język ciała, zwłaszcza mimika, jest czytelny dla ludzi. Kiedy rozpoczęła się transmisja wideo, Kristang miał zaciśnięte usta i zmrużone oczy, przysłonięte dodatkowo przez fałdy brwiowe. Był to wyraz strachu, całkiem uzasadnionego. Gość przed chwilą widział, jak okręt widmo, postrach Galaktyki, roznosi w pył jednostkę Maxolhxów. Pogłoski o tajemniczym okręcie widzianym w pobliżu Rahkarsh Diweln musiały dotrzeć do Kristangów na planecie, jeszcze gdy "Walkiria" nie działała, a thurańska fregata spróbowała zidentyfikować krążownik. Nasze przybycie na pewno było niespodzianką, choć nie powinno wywołać szoku. Jaszczury bez wątpienia zastanawiały się, dlaczego grupa zbuntowanych Bosphuraqów sprowadziła swój potężny okręt nad tak mały i nieistotny świat, przede wszystkim jednak czuły strach, silniejszy niż ciekawość.
Tak było do czasu, aż wódz Kristangów mnie zobaczył. Potem wspominałem z rozbawieniem, jak z jego twarzy dało się wyczytać znamienne pytanie: "Co jest, do kurwy nędzy?".
- Tak, to ja - oznajmiłem. - To my. Ludzie. Okręt widmo jest nasz.
Kristang wybełkotał coś, otrząsając się z największego szoku w swoim życiu. Nic nie słyszeliśmy, bo kazałem wyciszyć dźwięk.
- Zamknij gębę! - Nie posłuchał, co zapewne było zrozumiałe. Tyle tylko, że nie byłem w nastroju na wyrozumiałość. - Powiedziałem: zamknij gębę, zasrańcu!
Jaszczur znowu zaczął prychać i machać rękami, zlękniony, a jednocześnie wściekły. Mizerny człowiek miał czelność mu rozkazywać! Aby zwrócić jego uwagę, wyciągnąłem palec wskazujący i udałem, że naciskam spust. Był to sygnał dla załogi na stanowiskach bojowych "Walkirii".
Działa elektromagnetyczne wypluły pociski. Po kilku sekundach nasz cel przesłoniła pomarańczowa kula ognia, a następnie czarna jak sadza chmura w kształcie grzyba.
Nie czekając na ocenę szkód, klasnąłem w dłonie.
- I co ty na to, gnojku? Potrzebujesz kolejnej demonstracji? Na wypadek gdyby coś ci umknęło, nadaję wiadomość z ostatniej chwili. To ja dowodzę okrętem na orbicie. Przestań kłapać jadaczką!
Kristańska kasta wojowników chełpi się odwagą i dyscypliną. Moje doświadczenia pokazały, że to wszystko stek bzdur. Rzekoma odwaga była jedynie pokazówką. Jaszczury są mocne w gębie i zgrywają twardzieli, kiedy pastwią się nad słabszymi, ale wystarczy odpowiedzieć na cios, żeby dały nogę. To samo dotyczy ich dyscypliny, która w rzeczywistości jest bardzo krucha.
To wyjaśniało, dlaczego ten złamas nie przestawał na mnie krzyczeć, pryskając przy tym śliną, potrząsając pięściami i wygłaszając nic nieznaczące pogróżki.
Znowu uniosłem palec i kolejny cel na powierzchni stał się fontanną szeroko rozrzuconych odłamków.
Jaszczur nie przestawał się odgrażać, aż w końcu inny Kristang wszedł w kadr od prawej, wyciągnął pistolet i odstrzelił łeb wodzowi. Ciało osunęło się bezwładnie. Zabójca starł krew i inne paskudztwa z napierśnika, po czym schował pistolet. Zwrócił się do kamery, wskazał na zamknięte usta i skłonił się nisko.
Wybory nowych przywódców przebiegają u Kristangów dość brutalnie, ale przynajmniej obywatele nie są skazani na dwa lata wypełnione debatami, przemowami i prawyborami. Zawsze to jakiś plus.
- W końcu do czegoś doszliśmy - powiedziałem. - Ja będę mówił, ty będziesz słuchał. O tym wszystkim dowiesz się też oficjalnymi kanałami - ciągnąłem, choć nie wiedziałem, jak u Kristangów wyglądają "oficjalne kanały" informacyjne. O ile w ogóle je mieli. - Ale teraz mam dla ciebie ekskluzywny reportaż. Ludzie od pewnego czasu pilotowali okręt widmo i atakowali Maxolhxów. A teraz weszli w posiadanie broni Pradawnych!
Gdy to mówiłem, jaszczur wytrzeszczył oczy. Dobrze chociaż, że milczał. Stłumił instynktowne oburzenie, bo bardzo chciał się dowiedzieć, co właściwie się wyprawia.
- Ostatnie zdanie było ważne, więc je powtórzę. Mamy broń Pradawnych. Obecnie w Galaktyce istnieją trzy szczytowe rasy. Nie radzę nas wkurwiać.
Nieznajomy Kristang przytaknął. Być może liczył, że jeśli okaże posłuszeństwo, przeżyje dość długo, by przekazać wodzom wstrząsające nowiny i okryć się sławą. A może kristańscy przywódcy woleli strzelać do posłańców przynoszących złe wieści? Mniejsza o to.
- Po tym krótkim wprowadzeniu pozwolę sobie wyjaśnić, dlaczego przylecieliśmy nad waszą gównianą planetę. Widzisz to zdjęcie? - Nie czekałem na odpowiedź. - To ludzka dziewczynka. Ma na imię Ayesha. Została porwana z Ziemi wraz z matką i starszym bratem. Właśnie na tej planecie patrzyła, jak jej bliscy giną... przez was!
Wargi jaszczura zadrżały, ale nawet jeśli coś powiedział, nie mogliśmy ani nie zamierzaliśmy go słuchać. Tak naprawdę nie było ważne, czy on słyszy, co do niego mówimy. Transmitowaliśmy wiadomość na całą planetę i wokół niej, w tym również do jednostek Thuranów.
- Wiemy, że zabijaliście tu ludzi. Cywili, także dzieci. Mordowaliście ich dla zabawy. Pozwoliliście im cierpieć i umierać przez wasze niedbalstwo. Wspomniałem, że lepiej nas nie wkurwiać. Tyczy się to zarówno teraźniejszości, jak i przyszłości. Nie przylecieliśmy was ostrzec, tylko wziąć odwet! - Odwróciłem się do konsoli obsługi uzbrojenia i ściszyłem głos. - Działonowy - zwróciłem się do głównego operatora - ognia!
*
Zniszczyliśmy obiekty na całej planecie, prowadząc bombardowanie przez czterdzieści minut. Obróciliśmy każdą instalację i placówkę wojskową w dymiące ruiny. Po biurach i rezydencjach przywódców klanów pozostały kratery. Rozwaliliśmy każdą latającą jednostkę w powietrzu i na lądzie. Uważaliśmy, by nie wyrządzić szkód ubocznych na terenach cywilnych, z wyjątkiem aren, gdzie Kristangowie zabijali ludzi dla rozrywki lub zmuszali ich do walki. Znajdowały się one zwykle w centrach miast, więc używaliśmy minimalnej siły, ale dopilnowaliśmy, by areny zostały zrównane z ziemią.
W jednym z miast zniszczyliśmy dom byłego wodza klanu. Sukinsyn zorganizował aż sześć festiwali, podczas których ludzie ginęli na arenie w szczególnie okrutnych spektaklach. Oszczędzę wam szczegółów, bo mnie samemu robiło się niedobrze, gdy o tym słyszałem.
Po ostrzelaniu rezydencji "Walkiria" wróciła na niską orbitę nad planetą.
- Joe? - zagadnął Skippy.
- Co jest? - zapytałem nieprzytomnie, skupiony już na kolejnych celach.
- Dowiedziałem się właśnie, że ostatniego wodza nie było w domu, kiedy zaatakowaliśmy. Jest teraz w jakiejś ciężarówce, około osiemnastu kilometrów dalej. Wybacz, zmyliły mnie beznadziejne czujniki w jego rezydencji. Poza tym z czasem wszystkie jaszczury zaczynają wyglądać tak samo.
- Dasz radę namierzyć tego drania?
- Tak, ale może pojawić się pewna komplikacja. Ta ciężarówka to właściwie bardziej autobus, pełen kobiet i dzieci nienależących do kasty wojowników. To służący i niewolnicy. Wódz klanu używa ich jako żywych tarcz.
- Niech to szlag!
Wiedzieliśmy, że gdy tylko rozpoczniemy bombardowanie, jaszczury szybko domyślą się, w jakiego rodzaju obiekty celujemy. Przywódca klanu, widzący, że rezydencja kolegi obrywa strzałkami elektromagnetycznymi, na pewno wziąłby nogi za pas. Aby temu zapobiec, Skippy zagłuszał łączność. Sprawdzało się to w większości przypadków, ale na planecie były też łącza laserowe krótkiego zasięgu i zakopane przewody, których nie dało się łatwo zlokalizować. Z powodu prymitywnej techniki i chaotycznego procesu zasiedlania władze centralne nie miały zbyt rzetelnych danych o lokalnej infrastrukturze, a przywódcy jaszczurów nie zamierzali ich oświecać. Niestety, dla nas oznaczało to również, że Skippy nie mógł tak po prostu włamać się do jednej bazy danych, przeniknąć do sieci i zniszczyć całego systemu łączności. Przegapił parę rzeczy, więc teraz musieliśmy to nadrobić. Spojrzałem na mapę, skonsternowany. W okolicy letniej rezydencji wodza, położonej w rozległym rezerwacie łowieckim, nie było innych celów.
- Skąd ten bufon wiedział, że po niego idziemy? - dopytywałem się. - Nie mam do ciebie pretensji, Skippy, po prostu chciałbym to wiedzieć, żeby uniknąć podobnych błędów w przyszłości.
- Zwyczajnie mieliśmy pecha, Joe. Przejrzałem stare wiadomości i wyszło na to, że nasz przyjemniaczek od dłuższego czasu prowadzi spór ze starszym bratem. Tego ostatniego zabiliśmy jakieś dziesięć minut temu, ale wcześniej tego dnia wódz klanu próbował zabić brata. Poniósł porażkę. To, że patałach ucieka teraz autobusem, nie ma nic wspólnego z nami. Stara się umknąć przed gniewem starszego brata.
- Trudno, nie można mieć wszystkiego. - Napędzający mnie przypływ adrenaliny słabł, gdy patrzyłem na kolejne trafiane przez nas lokalizacje. - Miło byłoby dorwać tego gada, ale nie warto pozbawiać życia niewinnych cywilów. Miej na niego oko, ale...
- Pułkowniku? - Margaret Adams, stojąca przy konsoli czujników, odezwała się do mnie głosem drżącym z emocji.
- Tak, sierżancie?
Adams nie odrywała oczu od konsoli. Była zesztywniała i mówiła powoli, by odzyskać panowanie nad sobą:
- Chodzi o ludzi, którzy zginęli na arenie tego konkretnego wodza. I o Ayeshę... - Zaczerpnęła powietrza. - Straciła tam brata.
Wiadomo, jestem oficerem. Mam obowiązek stawiać misję na pierwszym miejscu i odsuwać na bok osobiste uczucia. Ten kristański przywódca był tylko jednym z wielu drani zasługujących na śmierć. Takich jak on żyło w Galaktyce na pęczki. Śmierć brata Ayeshy była, rzecz jasna, wielką tragedią, ale nie on jeden zmarł z powodu okrucieństwa, głodu, chorób czy zaniedbania. Na tym polega problem z zemstą. Trzeba wyznaczyć jej ściśle określone granice. Nie da się jej ciągnąć w nieskończoność. Rozumiałem, że Adams była zaangażowana emocjonalnie w zamach na życie wodza klanu.
Jako dowódca muszę równoważyć...
E tam, pieprzyć to!
Powiodłem wzrokiem po twarzach ludzi na mostku.
- Ten dupek ma już przesrane! - oznajmiłem.
- Komandosi mogliby... - zaczęła Adams.
- Nie mamy tyle czasu. - Przeprowadziłem w głowie szybkie obliczenia.
Tym razem naprawdę musiałem skupić się na misji. I tak za długo wisieliśmy na niskiej orbicie. Nie wszyscy Maxolhxowie wiedzieli, że ludzie dołączyli do ekskluzywnego Klubu Posiadaczy Broni Pradawnych, więc grupa bojowa kocurów w każdej chwili mogła wskoczyć i zaatakować "Walkirię". Poza tym nie zamierzałem nasyłać grupy komandosów na jednego kosmitę, zwłaszcza bez planu czy przygotowań.
- Skippy, dasz radę wywołać chwilową usterkę silnika tego autobusu?
- Hmm... Ten wóz to przedpotopowa kupa złomu. Raczej nie ma elektronicznego mózgu, który mógłbym zhakować.
- Krótka piłka. Tak czy nie?
- Chyba na pewno tak. Spróbuję. Okej, dobra, silnik stanął. Nie, znowu ruszył. Joe, jeśli będę robił tak dalej, silnik pójdzie z dymem.
- Niech pójdzie! Ale najpierw wyłącz go i zastartuj parę razy. Niech ten palant myśli, że to jakaś awaria autobusu. Jeżeli silnik nagle padnie ni z tego, ni z owego, jaszczur zacznie coś podejrzewać.
- Jasne.
- Sir, czy mamy kontynuować bombardowanie? - zapytała Simms. - Autobus zniknie za horyzontem za dziewięć minut.
Obrzuciłem wzrokiem listę celów. Zbliżaliśmy się do końca. Tak naprawdę nie zostały nam żadne istotne obiekty.
- Działajcie dalej, oficerze wykonawczy. Macie wysprzątać do czysta. Skippy, kolejne pytanie. Czy da się użyć amunicji kasetowej pocisku, żeby zastrzelić jedną osobę w tłumie?
- Masz na myśli pocisk "Walkirii"? - zdumiał się blaszak. - Zdajesz sobie sprawę, że broń w naszych magazynkach służy do przebijania pancerzy okrętów, prawda?
- Dobrze mówicie, ziomale - wtrącił się Bilby. - Tak się składa, że sokoły akurat mają broń powietrze-ziemia z amunicją kasetową. Mogę trochę skręcić moc albo, no nie wiem, przestawić głowicę na inercję i pójść w atak kinetyczny.
- Świetny pomysł - burknął Skippy. - Szkoda tylko, że chwilowo żaden z naszych lądowników nie leci nad planetą.
- Bilby - zacząłem, zły na Skippy'ego, że ten znowu dogryzał pokładowej SI - wysadź drzwi doku Delta Sześć i wystrzel pocisk z któregoś z sokołów.
- Ale że... Teraz?
- Tak, teraz.
- Ale jazda! Ktoś musi...
- Dostęp do broni przyznany - potwierdziła Chen znad konsoli uzbrojenia.
Skippy nałożył na Bilby'ego ograniczenia, przez które pokładowa SI nie mogła samodzielnie odpalać pocisków. To człowiek musiał nacisnąć spust.
- Fox Jeden - oznajmiła Chen, a na ekranie pojawił się nowy symbol. Rakieta pomknęła w kierunku planety.
- Hej, pułkowniku ziomal, mógłbym spróbować poprowadzić amunicję? - zapytał Bilby.
- Zrób to albo nie rób w ogóle. Prób nie ma, Bilby - odparłem.
- Łooo kuurde - zachwyciła się młoda SI. - Sam pan to wymyślił? Ale to głębokie! I mądre!
- Ech... - westchnął Skippy. - To tylko cytat z...
- Skippy, cicho bądź - uciąłem. - Bilby, potrafisz to zrobić? Tylko bez zgadywanek.
- Spoko, dam radę. Bułka z masłem.
- Skippy? Co teraz robi ten cholerny gad?
- Autobus zatrzymał się na dobre. Silnik zepsuł się szybciej, niż oczekiwałem. Co za gruchot! Hmm, jaszczury właśnie wysiadają, nie widzę... O, mam! To ten wysoki. Jest sam. To ciekawe.
- Jak to sam? Mówiłeś, że...
- Chodzi mi o to, że nie towarzyszą mu wojownicy ani nawet ochroniarze. To by potwierdzało pogłoski.
- Jakie znowu pogłoski? - Irytowało mnie, że Skippy utrudnia nam skupienie na misji.
- Po nieudanym zamachu na życie brata poszła fama, że ktoś z obstawy wodza wziął w łapę, żeby rozgłosić te informacje. Przed ucieczką z domu ważniak zastrzelił trzech swoich ochroniarzy.
- Cudownie, ale czy mógłbyś zostawić plotki na później?
- Hmmff - obruszył się Skippy. - To wywiad, a nie żadne plotki!
- W sumie racja - przyznałem.
- Plotki mówią natomiast, że brat wodza posuwał jedną z jego...
- Nie teraz, Skippy! Bilby, jak sytuacja?
- Eee, tego, całkiem spoko. Pan stoi na mostku i nawija, Simms jest niedaleko i...
- Nie o to mi... - Zamknąłem oczy z rezygnacją. Czasami osobowość upalonego szczyla, jaką przybrał Bilby, była trudna do wytrzymania. Grunt, że nowa SI nie nastawała na życie załogi. - Chodziło mi o status pocisku.
- Aaa, no tak, sorki. Z pociskiem wszystko gra. Chce pan pooglądać transmisję z przednich czujników?
*
Bilby sprawiał wrażenie obiboka z ciągotami do używek, ale pod tą maską pozostawał maxolhxańską SI zoptymalizowaną przez Skippy'ego. To prawdziwy bystrzacha! Pocisk opuścił orbitę z prędkością naddźwiękową, szybciej, niż przewidywano dla broni typu powietrze-ziemia. Bilby musiał go spowolnić, osłabić głowicę i zasięg sensorów, ale był to rozsądny kompromis, jeśli broń miała dotrzeć do celu na czas.
Rakieta tego typu nie musiała zrzucać przedniej osłony i wyrzucać całej amunicji kasetowej jednocześnie. Posiadała drzwiczki, przez które mniejsze pociski mogły wylatywać pojedynczo. Bilby wysłał więc jeden, a potem jeszcze kolejny, na wszelki wypadek. Po zrzuceniu śmiercionośnego ładunku pocisk nie przerywał lotu. Uniósł się nad celem, dając nam dobry widok z góry.
Nic nie słyszeliśmy, ale obraz był wystarczająco ostry. Widzieliśmy zepsuty autobus na samotnej drodze gruntowej. Wokół rozciągały się trawiaste łąki ze skupiskami drzew, przypominające afrykańską sawannę. Było tam nawet stado zwierząt podobnych do antylop, uciekających jak najdalej od drogi, gdzie stały ze dwa tuziny jaszczurów. Patrząc z góry, pod kątem mniej więcej sześćdziesięciu stopni, widzieliśmy tylko zbieraninę czapek i głów. Trudno było rozróżnić poszczególne twarze.
Wtedy nad drogą przetoczył się huk gromu dźwiękowego. Kristangowie unieśli głowy. Wszyscy wzdrygali się i kulili strachliwie. Wszyscy poza jednym, najwyższym.
To był na pewno nasz cel. Wiedziałem to, jeszcze zanim system rozpoznawania twarzy potwierdził moje przypuszczenia. Szkaradny jaszczur spoglądał w górę nie z lękiem, ale z pogardą. Jako przywódca kasty wojowników wiedział, że prawdziwe zagrożenie stwarza broń naddźwiękowa, której nie słychać. Kristang kierował swoją pogardę częściowo na nas, częściowo na nieszczęśnika, który miał oberwać, ale przede wszystkim na kobiety i dzieci z niższej kasty, kucające w pyle u jego stóp. Widzieliśmy, że wódz porusza ustami. Krzyczał na cywili, a potem kopnął jedną z samic, potrząsając pięściami. Jego gniew, w połączeniu z gromem dźwiękowym, przeraził cywilów.
W tej sytuacji kristański przywódca był łatwym celem dla pocisków kasetowych. Zgodnie z instrukcjami Bilby wyłączył głowicę i zdał się na wysoką prędkość poddźwiękową. Pocisk mknął z szybkością około tysiąca stu kilometrów na godzinę, na tyle wysoko nad ziemią, by nie rozwiewać traw i nie zdradzić, że nadlatuje. W ostatniej sekundzie Bilby obniżył lot rakiety mniej więcej do poziomu kolan, wykonał skręt i skierował pocisk wzdłuż drogi.
Nasz cel obrócił się nagle. Być może zobaczył kłęby pyłu, wzbijane przez lecącą amunicję. Raczej nie był w stanie dostrzec samych pocisków, nie większych od szminki i dodatkowo wtopionych w teren dzięki kamuflażowi. Nawet jeśli podły gad cokolwiek podejrzewał, nie przypadł do ziemi. Wręcz przeciwnie, gapił się w niebo i coś wywrzaskiwał.
Miło z jego strony, że ułatwił nam robotę. Przewyższał pozostałe jaszczury co najmniej o metr, wyciągał głowę i otwierał paszczę. Bezwładny pocisk kasetowy trafił go prosto w podniebienie i przedziurawił czaszkę. Z rany trysnęła fontanna krwi, kości i sfermentowanego gówna, które służyło jaszczurowi za mózg. Bilby uprzejmie skierował ten krwawy strumień jak najdalej od cywilów, zanim ciało kristańskiego wodza upadło na drogę.
*
Zdarzyło się wam podsłuchać, jak inni rozmawiają o was, myśląc, że ich nie słyszycie? Może to być albo ciekawe, jeśli ktoś mówi o nas dobrze, albo też okropne, jeśli ludzie wyjawiają, co naprawdę o nas myślą. Jako pułkownik muszę oceniać podkomendnych. Oni również mają prawo informować mnie, co sądzą o mojej pracy. Skippy chętnie relacjonował, jakie zdanie mają o mnie inni, choć robiłem wszystko, aby go powstrzymać. Oficerowie, w tym Chang, Simms, Smythe i Desai, gdy była jeszcze moją oficer wykonawczą, bez ogródek mówili mi o moich licznych i poważnych porażkach, więc nie musiałem zgadywać, co myślą. Ani też łudzić się, że uważają mnie za idealnego dowódcę.
Dlaczego o tym mówię? Ponieważ dogorywający przywódca Kristangów od razu został poddany ocenie. Gdy jego truchło uderzyło o ziemię, cywile rozpierzchli się w popłochu. Trwało to jakieś dziesięć sekund. Potem, gdy nie padły kolejne strzały, jaszczury doszły do wniosku, że są bezpieczne. Wykorzystały tę okazję, by pokazać byłemu wodzowi, co sądzą o jego dyktaturze pod hasłem "może i twardo, ale za to niesprawiedliwie".
Kristangowie zaczęli okładać trupa kopniakami, a gdy to nie wystarczyło, podnieśli kamienie i zaczęli nimi rzucać lub przyklękali i tłukli zwłoki na krwawą miazgę. Jeden z chłopców rozpiął spodnie i odlał się na to, co zostało z zarozumiałego gada. Potem nasz pocisk odleciał za daleko, żebyśmy mogli śledzić bieg wydarzeń.
- Sierżancie? - zwróciłem się do Adams. - Podwładni tego gnojka właśnie ocenili jego pracę. A jak, pani zdaniem, sprawili się piraci?
Ręce Adams wciąż drżały z gniewu, ale i z ulgi po wyeliminowaniu celu. Możliwe, że sierżant była też lekko zawiedziona, że łuskowaty ważniak nie zdążył nawet zauważyć własnej śmierci. Oparła się o konsolę, wzięła wdech i obejrzała się na mnie.
- Zadowalająco, sir - oświadczyła.
- Nie, sierżancie. Nie było to zadowalające. Ale musi nam wystarczyć.
Zrozumiała, o czym mówię, i skinęła lekko głową. Nic nie mogło przywrócić życia matce i bratu Ayeshy ani zapełnić pustki w sercu dziewczynki. Mogliśmy jedynie pocieszać się, że przynajmniej jeden drań nie wyrządzi już nikomu żadnej krzywdy.
*
"Walkiria" zatoczyła niski łuk nad zamieszkaną częścią planety i niedługo potem znalazła się nad oceanem. Załatwiliśmy wszystkie cele na liście. Na całym globie płonęły pożary, a wiatr rozwiewał długie smugi czarnego dymu.
Postanowiliśmy nie niszczyć wysp, na których przetrzymywano porwanych Ziemian. Zastanawiałem się nad ostrzałem tych miejsc, by zepchnąć je pod powierzchnię morza i zatrzeć po nich wszelkie ślady. Wówczas ludzie, którzy doznali tam cierpień, nie musieliby się martwić, że kiedyś tam wrócą. Gdy podzieliłem się tym pomysłem z Michaelem Yangiem z Fresno, jednym z byłych więźniów, mój plan go przeraził. Na tych wyspach grzebano zmarłych. Yang twierdził, że nie powinniśmy zakłócać ich wiecznego spoczynku. Przyznałem mu rację.
Nie atakowaliśmy też nowego wodza klanu, kimkolwiek był. Byłoby to bezproduktywne, zwłaszcza że gość pomógł nam, przejmując obowiązki poprzedniego przywódcy.
Raz jeszcze skontaktowaliśmy się z nowym włodarzem. Na ekranie pojawił się jego paskudny pysk. Miał opuchnięte wargi i limo pod okiem, a z ust ciekła mu krew. Nie wiem, w jaką walkę się wplątał, ale wyszedł z niej zwycięsko, przynajmniej chwilowo. Tym razem nie wyciszaliśmy dźwięku. W tle słyszeliśmy niezrozumiałe okrzyki.
- Mam jedno pytanie - zacząłem, unosząc palec. - Dostałeś naszą wiadomość?
- Tak - odparł. Oszczędził nam głupich pytań i jałowych uwag. Może rzeczywiście był lepszy od swojego poprzednika?
- Znakomicie. Zostawiamy na orbicie zamaskowane satelity, aby mieć oko na tę planetę. Dwie wyspy, na których przetrzymywaliście ludzi, mają być strefą zakazaną. Nikomu nie wolno tam chodzić! Ani przelatywać. Trzymajcie się z dala od tych terenów. - Pomyślałem, że któregoś dnia być może wrócimy, by ekshumować szczątki zmarłych i zabrać je na Ziemię. - Jeżeli nie usłuchacie naszych poleceń, wasi najwyżsi wodzowie mogą mieć pewność, że ich dopadniemy i pozabijamy, co do jednego. Zrozumiano?
- Tak. I tak. - Mój rozmówca miał więcej oleju w głowie niż przeciętny jaszczur i wiedział, że tak naprawdę zadałem dwa pytania.
Przeciągnąłem palcem po gardle, dając znak Skippy'emu, by zakończył transmisję.
- Pilot, wylatujemy na odległość do skoku.
*
Kiedy się wznosiliśmy, nawiązałem kontakt z dowódcą thurańskiej eskadry. Ponownie wyciszyliśmy audio przychodzące.
- Mówi pułkownik Joe Bishop z Okrętu Kosmicznego Organizacji Narodów Zjednoczonych "Walkiria". Zakładam, że słyszeliście moją rozmowę z Kristangiem. Dotyczy ona również was. Za chwilę wyłączymy pole wytłumiające. - Gestem poleciłem Simms, by to zrobiła. - Spadajcie stąd. W tej chwili! Jeśli was znowu zobaczę, lepiej dla was, żebyście byli martwi jak kamień!
O Thuranach można powiedzieć wiele złego, ale na pewno nie to, że nie umieją zrozumieć aluzji. Skoczyli, gdy tylko pole wytłumiające wystarczająco osłabło.
My także nie ociągaliśmy się ze skokiem.
Ech, szkoda tylko, że choć odwiedziliśmy tyle planet, nigdzie nie udało mi się kupić pamiątek. Musiałem się zadowolić malowniczym widokiem dymu unoszącego się nad Rikers.
ROZDZIAŁ 4
Admirał Gost-Ren Tashallo z Potężnej 98 Floty spał smacznie w kabinie na pokładzie flagowca "Mam Dziś Ochotę Kogoś Sprać i Tak Się Składa, Że Padło na Ciebie", gdy eskadra okrętów Urzędu Etyki i Zgodności z Floty Ojczystej wskoczyła w jedną z wyznaczonych stref podejścia. Po szybkim uwierzytelnieniu jednostka UEZ o nazwie "To Już Tak Było, Kiedy Tu Dotarliśmy" otrzymała pozwolenie na bliższy skok. Niedługo potem wysłano lądownik, którym kapitan Scorandum miał dostać się na pokład okrętu flagowego.
Oficera odeskortowano do gabinetu admirała, w którym czekał już zmęczony i marudny Tashallo.
- Co... - zaczął Gost-Ren, po czym ziewnął, rozwierając szczęki, i donośnie pociągnął z kubka łyk parującej fatah. - Co może być aż tak ważne, że zawracacie mi głowę o tak barbarzyńskiej godzinie?
- Admirale... - powiedział Scorandum.
- Czuję się w obowiązku ostrzec pana, kapitanie - przerwał mu Tashallo, unosząc czułek. - Jeśli chodzi o jakieś ciemne interesy UEZ, nie będę zadowolony. Wczoraj późnym wieczorem zjawiła się tu urzędniczka z biura inkwizytora. Byłem zobowiązany wypić z nią kilka kolejek... O wiele za dużo.
- Zapewniam pana, że nie przychodzę z tego typu błahostkami, ani nawet w sprawie dotyczącej ściśle Urzędu Etyki i Zgodności. Czy nawet Republiki Jerapthańskiej. Ta kwestia ma znaczenie dla całej Galaktyki.
- Momencik... - Tashallo znowu upił nieco fatah.
Nie potrafił rozpocząć dnia bez kubka tego ciepłego, lekko pobudzającego napoju. Choć, technicznie rzecz biorąc, według czasu pokładowego nadal był środek nocy, admirał podejrzewał, że i tak nie zmruży już oka, gdy usłyszy, co zamierza zwalić mu na głowę Scorandum.
- Może ciekawiej by było, gdybyśmy założyli się, czy zdołam zgadnąć, co zamierza pan powiedzieć?
- Z całym szacunkiem... - odparł Scorandum z żalem, w duchu wyrzucając sobie głupotę i przegapienie życiowej szansy. - To byłoby nie na miejscu. Koniec końców jedynie pozbyłby się pan pieniędzy za moją sprawą.
Ta uwaga otrzeźwiła Tashallo jeszcze bardziej niż kubek fatah.
- Jest pan pewien? - zapytał Gost-Ren.
- Całkowicie, admirale.
- Czuję się zaintrygowany. Cóż to za informacja?
- Wśród ludzi funkcjonuje powiedzenie, które idealnie pasuje do tej sytuacji.
- Mianowicie?
Scorandum odchylił się na kanapie.
- Na pewno pan w to nie uwierzy.
*
Trasę "Wielka Galaktyczna Rozpierducha" rozpoczęliśmy od nostalgicznego spektaklu o zemście. Publiczność szalała, a lokale drżały w posadach. A potem rozsypywały się w pył, trafione strzałkami "Walkirii". Wyprawa na Rikers poprawiła nam nastroje, ale nie przyniosła żadnych pożytecznych rezultatów. Aby przekazać wyraźny komunikat Kristangom, mogliśmy zniszczyć którąś z ich większych stoczni, skład broni albo kwaterę główną jakiegoś ważniejszego klanu. Albo po prostu, no wiecie, przesłać wiadomość w formie słów.
Polecieliśmy na Rikers nie dlatego, że wodzowie jaszczurów zasługiwali na karę, ani dlatego, że ich śmierć przyniosłaby ukojenie ludziom, których uratowaliśmy. Nie łudziłem się co do naszych motywów stojących za sianiem pożogi na tej planecie. Zrobiliśmy to dla siebie, dla Wesołej Bandy Piratów. Przez wiele lat kryliśmy się w cieniu i potulnie przyjmowaliśmy cios za ciosem, nie mogąc odpowiedzieć tym samym. Zaatakowaliśmy Rikers, bo mieliśmy tego powyżej uszu.
Zostawiliśmy za sobą dymiące ruiny i udaliśmy się na kolejne spotkanie. Tym razem zapowiadało się mniej walki, a więcej podlizywania... No, może nie było aż tak źle, jednak to zadanie miało więcej wspólnego z dyplomacją niż pokazem siły.
Dyplomacja wciąż była dla mnie czarną magią. Żywiłem nadzieję, że niczego nie schrzanię. Czułem ekscytację na myśl, że spotkam się twarzą w twarz z kimś, kogo od dawna obserwowałem i podziwiałem. Z kimś, kogo bardzo chciałem poznać.
Z admirałem Tashallo z jerapthańskiej Potężnej 98 Floty.
*
Eskadra UEZ kapitana Scoranduma przyleciała na miejsce niecałe sześć godzin przed nami. Dzięki temu zaoszczędziliśmy na czasie i nie musieliśmy sami wszystkiego wyjaśniać. Nie będę was zanudzał szczegółami ceremoniałów powitalnych. Były tak samo "ekscytujące" jak wszelkie inne wojskowe formalności. Na moje szczęście admirał Tashallo miał na ten temat podobne zdanie, więc zlitował się i jak najszybciej zaprosił mnie do prywatnego gabinetu. I tak mógł się bardziej pospieszyć. Członkowie jego załogi traktowali mnie jak okaz z zoo, i to nie tylko dlatego, że reprezentowałem rzadko widywany rodzaj ludzki, ale również dlatego, że byłem... no, sobą. Wieści o tym, kto tak naprawdę lata okrętem widmem rozeszły się w Dziewięćdziesiątej Ósmej lotem błyskawicy, a przybycie "Walkirii" wywołało ogólne poruszenie. Czułem się niezręcznie w centrum uwagi, jednak mówiłem sobie, że warto do tego przywyknąć. Na Ziemi będzie jeszcze gorzej.
Przyznaję to niechętnie, ale między innymi dlatego poleciłem Changowi zostać w Układzie Słonecznym z "Latającym Holendrem". Liczyłem, że zanim "Walkiria" tam wróci, emocje opadną i będę mógł zdać meldunek bez zbędnego cyrku medialnego. Wątpiłem jednak, że tak się stanie. Szokujące doniesienia o broni Pradawnych w rękach ludzi były najgorętszym tematem od czasu Dnia Kolumba. W domu na pewno nie dadzą mi spokoju.
Tak czy inaczej, w gabinecie oprócz mnie zasiedli tylko Tashallo i kapitan Scorandum. Ku mojemu zaskoczeniu admirał podarował mi butelkę prawdziwego amerykańskiego burbona, karafkę lodu i pamiątkową szklankę z wygrawerowanym logo Wesołej Bandy Piratów. Doceniłem ten gest. Zaniepokoiłem się jednak, że według oczekiwań Tashallo miałem pić burbon, gdy on i Scorandum będą się raczyć burgoze z rzadkiego rocznika. Ostrożnie sączyłem alkohol, podczas gdy dwa wielkie chrząszcze, rozparte na kanapach, żłopały swój napój, bekając przy tym bez skrępowania. Widać takie zachowanie uchodziło wśród Jeraptha za wyraz uprzejmości. Nie chcąc urazić naszych nowych przyjaciół, robiłem to co oni.
Jeśli was to ciekawi, nie wiem, jak pachnie świeża, dobra burgoze prosto z butelki. Natomiast podczas beknięcia kojarzy mi się z zapachem środka do czyszczenia basenów, z nutką piekielnie pikantnej papryki, pasty do butów i płynu do chłodnicy. Ale żaden ze mnie ekspert, powinniście spróbować sami... choć prawdę mówiąc, nie polecam.
Moja pierwsza próba nawiązania stosunków dyplomatycznych z istotami pozaziemskimi sprowadzała się więc do tego, że chlałem na umór z dwójką chrząszczy i uważałem, żeby nie palnąć czegoś niewybaczalnie głupiego. Pomagał mi fakt, że słuchanie opowieści o dokonaniach Tashalla ciekawiło mnie bardziej niż mówienie o własnych osiągnięciach. Admirał nie krył dumy ze swoich okrętów i podkomendnych. Wyczuł, że chcę go słuchać, pozwolił więc zasypywać się pytaniami o zwycięstwo nad połączonymi siłami Thuranów i Bosphuraqów w bitwie o Nubrentię. Początkowo dziwił się, że znam tyle szczegółów tamtego wydarzenia, potem jednak rozluźnił się i gawędziliśmy jak starzy przyjaciele. Postrzegałem go zresztą niemal jak kogoś takiego, w końcu czytałem o nim od lat.
Rozmowa zrobiła się niezręczna, gdy Tashallo zaczął wyjaśniać, jak stał się dowódcą Potężnej 98 Floty. Dostąpił tego zaszczytu po doniosłym zwycięstwie w bitwie o Glark. Gdy o tym opowiadał, uprzejmie mamrotałem pod nosem, wbijając wzrok w szklankę.
- Inkwizytorzy nadal nie są w stanie ustalić źródła tych niezwykle trafnych informacji wywiadowczych - zwrócił się admirał do Scoranduma. - Pojawiły się jakby znikąd.
Kapitan UEZ zdał sobie sprawę, że Tashallo czeka na jakąś odpowiedź.
- To nie my! - zapewnił.
- Mhm. Ależ oczywiście, że nie. - Tashallo opuścił czułki w geście wyrażającym sceptycyzm, o ile dobrze orientowałem się w jerapthańskiej mowie ciała.
- Mówię prawdę! - Scorandum machnął ręką tak energicznie, że poplamił mundur kilkoma kroplami burgoze. - Admirale, gdyby Urząd Etyki i Zgodności dokonał cudu sztuki wywiadowczej, jakim było wykradzenie danych o Glark, kierownictwo na pewno by o tym nie milczało. Chciałoby raczej rozgłosić to w całej Galaktyce. Poza tym... - Zawiesił głos i upił kolejny łyk alkoholu. - Na tajnych rynkach wrzałoby od dużych zakładów. Nie mogłoby to ujść uwadze inkwizytorów.
- Hmm... - Tashallo się zamyślił. - Rzeczywiście. Cóż, ta tajemnica pozostanie chyba nierozwiązana. Wielka szkoda - powiedział, spoglądając na mnie znacząco.
- Eee, no tak, yyy, znaczy, ja... - dukałem. Dlaczego mój mózg zawsze musi działać tak opornie?
Czułki admirała stanęły dęba. Tashallo wziął głęboki oddech, rozdymający klatkę piersiową.
- To wy! To wasza sprawka!
- No cóż, to było tak...
- Nie zaprzecza pan?
Nagle zdałem sobie sprawę, że jestem sam na sam z ogromnymi kosmitami.
- Musicie zrozumieć, chcieliśmy wam pomóc.
- Wówczas nie nawiązywaliśmy z wami żadnych relacji - zauważył Tashallo podejrzliwie. - Ani też z ludźmi na Paradise. Czy motywowały was zakłady pomiędzy członkami waszej załogi?
- Że jak? Nie!
- Dlaczego nie? - zdumiał się Scorandum.
- My nie działamy w ten sposób. A przynajmniej nie wszyscy. I nie zawsze - tłumaczyłem przedstawicielom rasy rozmiłowanej w hazardzie. - Nasz kodeks wojskowy zakazuje nam obstawiania wyników przyszłych lub trwających operacji.
- Wiele tracicie. - Tashallo pokręcił głową. - Zakłady mogą okazać się skuteczną siłą napędową dla załogi.
- Przemyślę to - zapewniłem. Pomyślałem, że dowództwo SEONZ będzie miało kolejny powód, aby się na mnie wściekać. - Admirale, przyznaję, że w naszych poczynaniach kierowaliśmy się dobrem własnym. Chcieliśmy, aby pański lud utrzymał przewagę nad nieprzyjacielem. Miało to zapewnić bezpieczeństwo ludziom na Paradise.
- Ach tak... - odpowiedzieli jednocześnie Tashallo i Scorandum. Spojrzeli na siebie i pokiwali głowami.
- Ha! - Admirał zaśmiał się i pociągnął łyk burgoze. - Pułkowniku Bishop, nie dość, że rozwiązał pan zagadkę, to jeszcze popsuł pan zakłady całej naszej flocie!
- Ekhm... Ale jak to?
- Stawiano znaczne sumy na to, kto dostarczył informacji o najeździe Thuranów na Glark. Sam założyłem się, że byli to Maxolhxowie.
- Maxolhxowie?! - powtórzył Scorandum ze zdziwieniem. - Hmm, sam mogłem o tym pomyśleć. Ja stawiałem na Bosphuraqów.
- To by było zbyt oczywiste - parsknął admirał. - Złodzieje z Centralnego Urzędu Gier Hazardowych obstawiali skandaliczne szanse udziału Bosphuraqów. Trudno. - Zaśmiał się cicho. - Wszyscy przegraliśmy. Daliśmy się nabrać.
Scorandum zacisnął szczęki w niewesołym grymasie.
- Pułkowniku Bishop, proszę powiedzieć, czy wrobiliście Bosphuraqów we wszystkie ataki okrętu widma?
- Tak. Zniszczyliśmy także dwa pierwsze okręty Maxolhxów zmierzające na Ziemię. Słyszeliście o planecie, gdzie Bosphuraqowie rzekomo eksperymentowali z kompresją atomową? Tak naprawdę usiłowali tam podrobić broń Thuranów. Przejęliśmy bosphuracką bazę księżycową i zmusiliśmy ją do ostrzelania planety.
- Nie próżnowaliście - burknął kapitan. - Pułkowniku, Urząd Etyki i Zgodności szczyci się talentem do najbardziej kreatywnych, podstępnych i pokrętnych tajnych operacji w Galaktyce. Teraz widzę, że jesteśmy zwykłymi amatorami. - Prychnął z niesmakiem.
- Kapitanie Scorandum. - Pochyliłem się na niewygodnej kanapie, niedostosowanej do ludzkiej anatomii. Panowałem nad sobą, by pod wpływem alkoholu nie zacząć się nadmiernie spoufalać. - Wesoła Banda Piratów liczy na przyszłą współpracę z Urzędem Etyki i Zgodności. Moglibyśmy stworzyć wspaniały zespół.
- I za to chętnie wypiję. - Scorandum uniósł kieliszek.
Gdy już wznieśliśmy toast, Tashallo spojrzał na mnie badawczo.
- Zdaje pan sobie sprawę, że Bosphuraqowie wpadną w furię, gdy wyjdzie na jaw, że to przez was ponieśli karę z ręki patronów? Nawiasem mówiąc, dziękujemy - dodał, mrugając porozumiewawczo.
- Jedna grupa drani pobiła drugą. - Wzruszyłem ramionami. - Bosphuraqowie i tak nie chcieliby się z nami zaprzyjaźnić. Konflikt pomiędzy klientami i patronami osłabia całą koalicję. Tym lepiej dla nas. - Chrząszcze przytaknęły, wiedząc, że mówiąc o "nas", miałem na myśli Jeraptha, ludzi i wszystkich sojuszników. - Ptaszyska wściekną się jeszcze bardziej na swoich patronów, kiedy okaże się, że Maxolhxowie atakowali ich bez żadnego powodu, może poza tym, że są łatwowierni. Dzięki nam Maxolhxowie wyszli na głupców i słabeuszy. Staną się pośmiewiskiem całej Galaktyki. Poza tym moje odczucia co do Maxolhxów i ich klientów można wyrazić krótko. Pieprzę ich!
Nie wiem, jak translatory przetłumaczyły to ostatnie zdanie, ale Jeraptha ryknęli śmiechem. Uznałem to za dobry znak przyszłych relacji między naszymi rasami.
*
Rozmawialiśmy jeszcze przez mniej więcej godzinę. Musiałem oszacować czas, bo przez grzeczność unikałem sprawdzania godziny na zFonie. W końcu odsunąłem od siebie burbon.
- Panowie, dziękuję za wszystko, ale chciałbym wrócić o własnych siłach do lądownika. Jeśli wypiję jeszcze więcej, trzeba mnie będzie stąd wynosić.
Tashallo zrozumiał, o co mi chodziło.
- Z pewnością ma pan wiele pracy, pułkowniku Bishop - powiedział, zerkając jednym okiem na butelkę. Nie dał po sobie poznać, czy jest zdumiony, czy też zawiedziony moim tempem picia. Admirał byłby doskonałym pokerzystą. - Zanim się pożegnamy, chcę tylko powiedzieć, że mógłbym pomóc wam i wszystkim Ziemianom.
- W jaki sposób?
- Proponuję wysłanie naszego przedstawiciela na waszą planetę.
- Jak najbardziej. - Sam zamierzałem o tym wspomnieć.
- Tymczasem jednak sądzę, że będziecie chcieli sprowadzić do domu wielu ludzi przebywających teraz na planecie, którą zwiecie Paradise.
- Tak. - Aby się tego domyślić, nie trzeba było geniuszu. - "Walkiria" ma obecnie dość ograniczoną ilość miejsca dla pasażerów, więc...
- W imieniu Dziewięćdziesiątej Ósmej Floty i mego ludu pragnę zaoferować wam kilka transportowców oraz lotniskowiec. Warunki nie będą luksusowe, ale na każdej jednostce zmieści się kilka tysięcy ludzi, oczywiście po drobnych modyfikacjach.
- To... To bardzo hojne - wyjąkałem. - Dziękuję. Będziemy wdzięczni za tak życzliwy dar.
Admirał machnął czułkiem.
- Choć tyle możemy zrobić, by wyrazić uznanie dla waszych znakomitych osiągnięć, a także nadzieję na przyjazne stosunki pomiędzy naszymi ludami.
- A także pokazać, jak bardzo się cieszymy... - wybełkotał Scorandum, już dość mocno wstawiony - że spuściliście zasłużone manto tym zasranym Maxolhxom!
- Święta racja! - Tashallo uniósł w połowie opróżniony kieliszek burgoze.
Również wzniosłem szklankę. Na dnie została jeszcze odrobina bursztynowego płynu.
- Nasze zdrowie!
*
Spotkanie z Potężną 98 Flotą podbudowało nastroje na pokładzie. Miło było usłyszeć szczere pochwały od istot, które same potrafiły ostro dokopać wrogom, zaś oferta udostępnienia transportowców rozwiązywała problem, z którym od dawna się zmagałem. Być może gdzieś na pokładach tych okrętów ukryta była etykieta z ceną, ale tym już zajmą się ziemskie rządy.
Atak na Rikers tak naprawdę niczego nie zmienił. Nie wróciliśmy życia zabitym ludziom. Jaszczury z kasty wojowników pozostały krwiożerczymi skurwielami i nie zamierzały zaprzestać terroryzowania i gnębienia słabszych. Sojusz z Jeraptha, nawet ograniczony, niósł ze sobą perspektywy na realne zmiany w Galaktyce i w bilansie niekończącej się wojny. Być może, mając sprzymierzeńców, położymy kres okrucieństwu koalicji Maxolhxów.
Być może.
Emily Perkins miała wielkie plany dla Legii Pozaziemskiej. Omówiliśmy je pokrótce jeszcze na "Walkirii". Podpułkownik obawiała się, że Legia może poprzestać na półśrodkach, nieprowadzących do trwałych zmian. Ja natomiast martwiłem się, czy ludzkość nie utknie w gąszczu zobowiązań o nieokreślonym zakresie, terminie i strategii wypełnienia. Ogólną strategię miały ustalić państwa członkowskie SEONZ. Z pewnością będę miał szansę podzielić się z nimi swoim cennym doświadczeniem. Oby tylko ludzie nie dali się wciągnąć w "budowanie nowego narodu" na jakiejś samotnej, rozdartej wojną planecie.
Tak czy inaczej, tego typu decyzje nie wliczały się w mój zakres płacowy. Zabawne, ale kiedy jeszcze byłem zwykłym trepem, sądziłem, że pułkownicy i wyżsi rangą oficerowie decydują o wszystkich ważnych sprawach. Krótka kariera pseudopułkownika na Paradise pokazała mi, jak naprawdę wygląda ta robota. Przemierzanie Galaktyki bez kontaktu ze sztabem i samodzielne podejmowanie decyzji również nie było normą dla ludzi na moim stanowisku.
Kurczę, mam nadzieję, że nigdy nie mianują mnie prawdziwym pułkownikiem.
Następny punkt naszej przebojowej trasy obejmował nie tyle kopanie dup, co wbicie odrobiny mądrości do głów paru dupków.
Mowa tu o Stróżach. Samozwańczych Stróżach Wiary, upartych, zaślepionych kretynach, którzy odlecieli z Paradise wraz z Kristangami, aby dowieść nieugiętej lojalności wobec gadzich władców. Jasne, wiem, że to bardziej skomplikowana sprawa. Zarażeni Stróże, których powstrzymaliśmy przed dostarczeniem broni biologicznej na Paradise, dali mi do zrozumienia, że choć wszyscy są głupi, każdy z nich może kierować się odmiennym rodzajem głupoty. Kiedy byłem młody i niesforny, rodzice powtarzali, że to, że ktoś się ze mną nie zgadza, nie oznacza, że ten ktoś jest złym człowiekiem. I na odwrót - sam fakt, że ktoś się z nami zgadza, nie czyni go jeszcze dobrym. Najpierw trzeba się dowiedzieć, dlaczego dana osoba ma takie, a nie inne zdanie na dany temat.
Stróże byli w większości durniami, którzy nie mogli pogodzić się z tym, że od samego początku stali po niewłaściwej stronie. Opuścili Ziemię zdeterminowani, by wziąć odwet na Ruharach za najazd na Ziemię, i nie chcieli słyszeć o faktach podających ich przekonania w wątpliwość. Cholera, ja sam, gdy po raz pierwszy spotkałem się z burmistrzynią w wiosce na Paradise, wolałem wyjść, zanim Baturnah Loghellia uświadomiła mi straszliwą prawdę.
Potrafiłem więc wykrzesać nieco współczucia dla Stróżów Wiary, choć w tej sytuacji nie miało to znaczenia. Wciąż byli jednymi z nas i zamierzaliśmy za wszelką cenę sprowadzić ich do domu. Tam zmierzą się z konsekwencjami swoich czynów. Przewidywałem, że rozpęta się istna prawnicza burza. Sztab SEONZ na Paradise będzie utrzymywał, że odlatując z Paradise i służąc Kristangom, Stróże sprzeciwili się rozkazom pełnoprawnych przełożonych. Z kolei Stróże będą obstawać przy tym, że jedynym prawowitym organem władzy było dowództwo SEONZ na Ziemi, które rozkazało nam walczyć u boku Kristangów. I że Siły Ekspedycyjne na Paradise nie miały uprawnień, aby zmieniać strony.
Jak by to powiedział Skippy... Uch! Całe szczęście, że nie jestem prawnikiem z wojskowego biura śledczego. Zapowiadał się istny bajzel.
Dobrze, że nie musiałem się przejmować uprzejmością i prawnymi zawiłościami. Ostatnia duża grupa Stróżów przebywała na kristańskiej planecie kontrolowanej przez Łowców Śmierci - mniejszy, ale niezależny klan, chwilowo pozostający w dość luźnym sojuszu z Czarnymi Drzewami. Powiedziałem "chwilowo", bo Łowcy słynęli z wyjątkowo niefrasobliwego podejścia do sojuszów, nawet jak na Kristangów. Traktowali wszelkie umowy poważnie tylko, dopóki nie znaleźli lepszej oferty. Można by pomyśleć, że opinia śliskich drani powinna utrudnić Łowcom Śmierci zawieranie układów z innymi klanami, było jednak całkiem na odwrót. Kasta wojowników pozornie ma obsesję na punkcie honoru... No właśnie, wszystko rozbija się o pozory. Ponieważ Łowcy nie ukrywali, że dla zyskania drobnej przewagi są gotowi na wszystko, czyniło ich to atrakcyjnymi wspólnikami. Przykładowo, dzięki nabywaniu, sprzedaży i kradzieży ludzkich niewolników Łowcy Śmierci stali się posiadaczami jedynej znaczniejszej liczby ziemskich jeńców. Dzięki temu każdy klan, który chciał poważnie zagrozić Legii Pozaziemskiej, musiał najpierw pozyskać Stróżów od Łowców. Dwa niedawne wydarzenia jedynie zwiększyły wartość kolekcji więźniów. Emily Perkins zabiła niewielką grupę Stróżów na Jellaxico, czym zademonstrowała, że posyłanie garstki ludzi z pogróżkami to strata czasu. Natomiast po rzekomej operacji ratunkowej Legii na Rahkarsh Diweln Łowcy stali się jedynymi graczami posiadającymi ludzi nadających się do badań medycznych. Skippy twierdził, że klan rozpatrywał konkurencyjne oferty kilku ważniejszych kristańskich ugrupowań, a także Thuranów.
- Co to za oferty, Skippy? - zapytałem, gdy połączyliśmy się z thurańską stacją przekaźnikową, aby zebrać najświeższe dane.
- Hmm, ciekawe... Czarne Drzewa zaczęły od niezbyt atrakcyjnej propozycji umowy o wzajemnej obronie. Łowcy Śmierci wiedzą oczywiście, że taki układ nie jest wart elektronów, które zużyto na stworzenie pliku z dokumentem. Ogniste Smoki oferują planetę, której bardzo pragną Łowcy Śmierci, jednak wodzowie Łowców mają świadomość, że obrona i utrzymanie tego świata znacząco nadszarpną ich zasoby. Poza tym, hmm, Łowcy niedawno wynegocjowali umowę sprzedaży używanych okrętów klanowi Prędkiej Strzały, planującemu inwazję właśnie na tę planetę Ognistych Smoków. Przywódcy Łowców Śmierci zastanawiają się, czy warto zawiadomić Smoki o planie inwazji w zamian za cenną nagrodę. Dyskutują także, czy udałoby im się uzyskać lepszą ofertę od Strzał, gdyby nie zakablowali tego klanu do Ognistych Smoków.
- Rany, jaszczury nie tylko uwielbiają wbijać sobie nawzajem nóż w plecy, ale też są w tym naprawdę dobre!
- Lata praktyki, Joe - odparł Skippy z nutką podziwu w głosie.
- A oferta Thuranów?
- Cóż, zielone ludziki proponują, że w zamian za Stróżów zrezygnują z bombardowania planety z orbity i wybicia najwyższych przywódców Łowców Śmierci.
- Rzeczywiście, kusząca oferta - przyznałem.
- Całkiem możliwe. Łowcy mieli już wcześniej do czynienia z Thuranami, więc znają zasady. Jeżeli cyborgi spróbują przekuć groźby w czyn, jaszczury pozabijają wszystkich swoich Stróżów.
- Szlag! - Uderzyłem pięścią w otwartą dłoń.
Nici z mojego planu. Wcześniej przyszedł mi do głowy odważny pomysł, by nasz okręt widmo wskoczył na orbitę, skąd zażądamy, by Kristangowie przekazali nam Stróżów. Albo przynajmniej usunęli się na bok, gdy będziemy posyłać lądowniki po "synów marnotrawnych". Plan spełzłby na niczym, gdyby jaszczury rozstrzelały wszystkich niewolników.
- Serio mogliby to zrobić?
- Zabić ludzi? Oczywiście. Mam wrażenie, że zadałeś zbyt ogólne pytanie...
- Mój błąd. Czy Łowcy zdążą uśmiercić Stróżów, zanim zniszczymy ładunki wybuchowe lub inną broń, jakiej zamierzają użyć jaszczury?
- Ech, musisz to jeszcze bardziej doprecyzować, Joe. Przecież Kristangowie, jeśli wystarczy im czasu, mogą udusić ludzi gołymi rękami.
- Rozumiem. Zapytam więc, jaką śmierć przewiduje klan dla Stróżów w razie ataku Thuranów?
- O, na takie pytanie jestem w stanie udzielić odpowiedzi. Stróże są przetrzymywani w budynkach wewnątrz kompleksu na terenie pilnie strzeżonej bazy wojskowej. W koszarach zainstalowano ładunki wybuchowe. Stróżów, którzy akurat znajdą się poza budynkami, będzie można znaleźć za pośrednictwem chipów lokalizacyjnych. Zastrzelą ich żołnierze z bazy. Kristangowie zostali przeszkoleni do tego celu. W najgorszym razie uporają się z tym w trzydzieści osiem sekund.
- Szlag! Grożenie ostrzałem z orbity nic nam nie da. Jaszczury domyślą się, że kto jak kto, ale my na pewno nie będziemy ryzykować życia ludzi. No dobrze... Teraz powinna nastąpić scena, w której powiesz, że potrafisz unieszkodliwić ładunki wybuchowe i zapewnisz nam czas na ewakuowanie Stróżów.
- Hmm, najwyraźniej w twoim scenariuszu ktoś naniósł jakieś irytujące poprawki. W mojej wersji jest scena, w której tępy dowódca prosi mnie o dokonanie niemożliwego, nie rozumiejąc pełni mojej wspaniałości.
- Dasz radę to zrobić czy nie?
- I tak, i nie. Tak, mogę wyłączyć elektroniczny system detonacji. Nie, to nie rozwiąże problemu, ponieważ Kristangowie mogą uruchomić ręczny detonator zapasowy. Regularnie ćwiczą tę procedurę awaryjną.
- Smythe? - Zwróciłem się do dowódcy STAR siedzącego przy tylnym przepierzeniu mostka. - Co pan o tym sądzi?
- Muszę bardziej zgłębić temat, sir - odpowiedział z nietypową dla siebie marsową miną. Podpułkownik wraz z pięcioma żołnierzami STAR zostali na "Walkirii", zanim wykonaliśmy skok znad Ziemi. Wówczas nie planowałem żadnych działań w terenie, ale wtedy Skippy nie wiedział jeszcze o Stróżach przetrzymywanych przez Łowców Śmierci. Smythe lubił mi przypominać, że gdyby wszystko miało się udać bez problemów, nie potrzebowałbym grupy elitarnych żołnierzy służb specjalnych. STAR byli nam potrzebni, kiedy wszystko się sypało. Mówię "kiedy", a nie "jeśli", bo Wesoła Banda Piratów nie mogła liczyć, że cokolwiek pójdzie gładko.
Oprócz członków STAR Smythe miał ze sobą także czwórkę komandosów z Paradise. Commandant Fabron przesiadł się na "Latającego Holendra", zanim ruszyliśmy w drogę. Postanowił reprezentować Ziemian z Paradise przed dowództwem SEONZ, ponieważ ziemscy rządzący potrzebowali relacji z pierwszej ręki. Zapewniałem go, że nie planuję żadnych akcji wymagających udziału służb specjalnych. Fabron sam zaproponował, że zostanie, więc nie musiałem mu nawet rozkazywać, by to zrobił. Przez krótki czas wspólnej służby nabrałem wielkiego szacunku do francuskiego majora i jego spokojnego stylu dowodzenia. Fabron wymógł na mnie obietnicę, że poprę jego powrót do Legii Pozaziemskiej. Twierdził, że ludzie mają jeszcze wiele nierozwiązanych spraw w przestworze Galaktyki.
Koniec końców, Smythe dysponował dziewięcioosobowym zespołem terenowym. Wybrał komandosów, którzy jego zdaniem najbardziej nadawali się do współpracy ze STAR. Jakaż była moja radość, gdy dowiedziałem się, że jednym z czworga szczęśliwców był starszy sierżant sztabowy Lamar Greene, niech go diabli! No dobra, bardziej cieszyłbym się, gdyby Greene upił się i przegapił lądownik z "Holendra". Wiem, że to podłe i małostkowe z mojej strony, ale tak właśnie się czułem. Uradowałem się w duchu, kiedy Margaret Adams w ostatniej chwili poprosiła o przeniesienie na "Walkirię". Parę sekund później usłyszałem, że Smythe zażyczył sobie obecności Greene'a. Miałem ochotę strzelić sobie w łeb.
Adams wcale nie chodziło o mnie czy o wypełnienie misji. Przyszła tu za Greene'em! A może jednak nie? Sam już, kurde, nie wiem.
Dobra, wróćmy do Smythe'a.
- Proszę się wstrzymać, pułkowniku. - Uniosłem palec. - Pan plus dziewięciu żołnierzy, do tego dwójka albo czwórka pilotów. Narazimy życie czternastu osób tylko po to, żeby uratować bandę idiotów, z których połowa na pewno nie okaże nam wdzięczności. Nie. - Pokręciłem wolno głową. - Nie musimy tego robić. Nie warto ryzykować.
- Sir... - odparł Smythe sztywno, wyraźnie znużony wciąż tym samym sporem z dowódcą, który nic nie rozumiał. - Ostatnie kilka lat poświęciliśmy na obronę Ziemian. Wiem z doświadczenia, że wielu naszych pobratymców to chromolone, leniwe wałkonie, nie pytamy jednak, czy zasługują na ochronę. To nasza praca. Sami się na to pisaliśmy.
- Pułkowniku... - Siedząca obok mnie Simms klepnęła mnie lekko w nogę.
Zrozumiałem przekaz. Przypominała mi, nie po raz pierwszy, że mam ufać swoim ludziom. Pamiętałbym o tym, gdybym był choć trochę mądrzejszy. Jeśli miałbym dokonać szczerej samooceny, stwierdziłbym, że moją największą wadą jest brak zaufania do podwładnych. Skippy powiedziałby, że to jedynie podzbiór większej wady, czyli ogólnej głupoty, ale taka właśnie jest prawda.
- Proszę przedstawić mi plan - poleciłem Smythe'owi. Anglik i Simms wymienili spojrzenia. - Oczekuję minimalnego ryzyka dla naszych ludzi. Czyli dla załogi - dodałem, chcąc sprecyzować, jakich ludzi mam na myśli.
*
Smythe zaprezentował mi trzy opcje przeniknięcia na teren wroga, stłumienia jego defensywy, ocalenia Stróżów, ustanowienia i obrony perymetru oraz bezpiecznych korytarzy lotu lądowników, a także odwrotu pod ostrzałem, jeśli okaże się to konieczne. Każdy plan był poparty skrupulatnym badaniem, bo "Walkiria" wskoczyła wewnątrz układu, by Skippy mógł zajrzeć do lokalnych baz danych. Z odległości uniemożliwiającej wykrycie naszego okrętu Skippy mógł jedynie pobierać informacje. Poważniejsze prace nad lokalną siecią komputerową musiały poczekać, aż podlecimy bliżej planety. Blaszak zachowywał ostrożność. Nie bał się nakrycia przez śmiechu warte kristańskie systemy bezpieczeństwa informacyjnego. Większe zagrożenie stanowiło thurańskie oprogramowanie szpiegujące, wprowadzone do każdego systemu komputerowego na planecie i w jej pobliżu.
Pierwsza faza każdej operacji polega na zebraniu danych wywiadowczych. Poprawka - tak naprawdę najpierw trzeba ustalić cel i zdecydować, co chcemy osiągnąć, jednak zdążyłem już wydać klarowny i szczegółowy dokument przedstawiający zamiary dowódcy.
Mówię poważnie, poświęciłem czas i wysiłek, aby napisać oficjalny tekst, zgodnie z przepisami. Być może w końcu przywykłem chociaż trochę do roli oficera polowego.
Udało nam się uzyskać wszystkie informacje, których potrzebował Smythe. Mnie brakowało natomiast danych o zasobach Thuranów rozmieszczonych w układzie. Smythe zdawał sobie z tego sprawę, dlatego zaplanował fazy wejścia na teren nieprzyjaciela i zabezpieczenia jeńców tak, by nikt nie wykrył ich z orbity. Kiedy nasi żołnierze przejdą do bardziej hałaśliwej części operacji, przestanie mieć znaczenie, czy jakiś thurański okręt zauważy, co się dzieje. A przynajmniej liczyłem, że tak będzie.
We wszystkich trzech opcjach zaproponowanych przez Smythe'a od razu zauważyłem jedno. Były one o wiele bardziej ryzykowne i agresywne niż plany, które dowódca STAR przedstawiał mi w ostatnim czasie. Zacząłem się zastanawiać, czy major Kapoor utrzymywał wcześniej Smythe'a w ryzach. Teraz indyjski oficer przebywał na Ziemi. A może to za sprawą kapitan Frey najnowszy plan kojarzył się ze sportami ekstremalnymi? Kanadyjka ze służb specjalnych z pewnością nie miała zahamowań podczas operacji specjalnych. Smythe poznał ją podczas rajdu terenowego. Być może w przyszłości powinniśmy szukać kandydatów do zespołu STAR gustujących w spokojniejszym hobby. Obserwowaniu ptaków albo dzierganiu swetrów... Nie, to zupełnie nierealne.
Jedną z opcji od razu odrzuciłem. Podejrzewam, że Smythe specjalnie przygotował tak szalony plan, aby dwa pozostałe wydały się rozsądniejsze. Debatowaliśmy, a ja zadawałem pytania i zgłaszałem najróżniejsze obiekcje, aż upewniłem się, że ryzyko jest do przyjęcia, a Smythe uznał, że nie popsułem jego planu na tyle, by cała operacja straciła sens.