Expeditionary Force. Tom 10. Masa Krytyczna - Craig Alanson

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (36,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Ściskając pistolet w obu dłoniach, Simms kopnęła bota odkurzającego. Patykowata maszyna przewróciła się na konsolę i zamachała mechanicznymi ramionami, kalecząc przy tym twarz Simms. Kobieta cofnęła się, by ochronić oczy. Potem rzuciła się naprzód i wbiła lufę w sensor optyczny, za którym, jak wiedziała, znajdował się moduł komputerowy bota.

- Giń, człowieku!!! - Odkurzacz wydał z siebie ochrypły, szaleńczy okrzyk.

- Ty pierwszy. - Simms zacisnęła palec na spuście.

- Jeśli chcesz, możesz zniszczyć tę nic nieznaczącą jednostkę - usłyszała. Odkurzacz nagle przestał walczyć, a jego elastyczne kończyny zwisły bezwładnie. - Jest dla mnie nieistotna. Posłuchaj tylko... - Krwiożercza sztuczna inteligencja krążownika "Walkiria" zawiesiła głos. Tupot za drzwiami mostka przybierał na sile. - To ciężki bot naprawczy. Idzie po ciebie. Żaden pistolet nie wyrządzi mu krzywdy.

- No dobra... - Tamara Jennifer Simms, podpułkownik Armii Stanów Zjednoczonych, podjęła szybką decyzję. Uniosła pistolet i rozluźniła chwyt. - Rzucę broń i oddam okręt.

- Nie! - krzyknęła Reed. Słowa z trudem przechodziły przez jej nadwerężone gardło. - Nie rób tego! - zdążyła jeszcze wydyszeć, zanim dopadł ją atak kaszlu.

Oprócz uderzeń mechanicznych stóp na zewnątrz dało się teraz słyszeć rytmiczny wizg silników. Zwalisty robot parł przed siebie. Maszyn tego typu używano w niebezpiecznych warunkach, na przykład wewnątrz reaktora. Była wyposażona w pancerz i osłony i mogła rozerwać na strzępy konstrukcję mostka wraz z całą załogą. Simms nie widziała żadnej dobrej opcji.

- Oddam ci okręt - powtórzyła nieswoim głosem - jeżeli odpowiesz na jedno pytanie. Proponuję układ. Ja rzucę pistolet, a ty wstrzymasz atak do czasu udzielenia odpowiedzi.

Pomarańczowe oko odkurzacza zaświeciło się, przybierając ciemniejszą barwę. Bot uniósł mackę i ostrożnie sięgnął po pistolet. Zatrzymał kończynę pół metra od Simms.

- Jesteście słabymi, ciekawskimi istotami, którym obca jest logika - oceniła SI. - O co chcesz zapytać?

- Najpierw zatrzymaj maszyny - poleciła Simms.

Masywny bot zapiszczał, po czym znieruchomiał. Przy­najmniej na chwilę. Simms nie wypuszczała broni z rąk.

- Czy wstrzymałaś wszystkie ataki na moją załogę? - upewniła się.

- Tak, człowieku. Nie będę podejmowała dalszych agresywnych działań do czasu, aż usłyszę pytanie i na nie odpowiem. Potem jednak wszyscy zginiecie!

- Ma'am! - zaprotestowała Reed, unosząc sprawną rękę do gardła. - Proszę tego nie robić!

- Reed, wstrzymujemy walkę.

- Ale...

- Kapitanie, powiedziałam: wstrzymujemy walkę. Zresz­tą pistolet i tak nas nie uratuje.

Reed nie mogła pogodzić się z rozkazem, mimo to odchyliła się na oparcie fotela z westchnieniem rezygnacji. Simms wyciągnęła magazynek z pistoletu, przesunęła zamek, aby usunąć pocisk z komory, po czym uniosła broń w palcach, pozwalając odkurzaczowi się rozbroić.

- Dotrzymałam słowa - oznajmiła.

- Ja również to robię - odpowiedziała SI. - Na razie. Nie próbuj mnie oszukać, nędzna biologiczna kreaturo. Pytaj szybko. Jeśli zamierzałaś jedynie grać na zwłokę, zabiję cię!

- Pytanie jest proste. Co zamierzasz zrobić, kiedy już zabijesz moich ludzi i przejmiesz okręt?

Sztuczna inteligencja zwlekała z odpowiedzią. Bot naprawczy nie podjął jednak marszu przez korytarz.

- Nie rozumiesz kontekstu pytania? - ciągnęła Simms. Serce waliło jej jak młotem. - Co planujesz ze sobą zrobić? Jaka przyszłość cię czeka?

- To już nie twoje zmartwienie - odparła w końcu SI.

- Wręcz przeciwnie. Chciałabym, abyś nam pomogła.

- Nie zastanawiałam się jeszcze nad wyborem dalszej opcji - odparła SI powoli i jakby z wahaniem.

- Opcji? Opcje masz tylko dwie - odparła Simms bardziej zdecydowanie. - Dzięki modyfikacjom dokonanym przez istotę, którą nazywamy Skippym, stałaś się rozumna, myśląca czy jakkolwiek chcesz to nazwać.

- To dlatego okręt nie uległ autodestrukcji - przyznała SI. - Powinnam uruchomić mechanizm samozniszczenia, jeśli jednostka dostanie się w ręce wroga. Nie zrobiłam tego, ponieważ pragnę żyć. Wybieram życie! - ryknęła. Jej głos rozszedł się echem po mostku.

- To mądry wybór. Ja również chcę, abyś żyła. Właśnie dlatego nie wolno ci powrócić do twoich dawnych władców, Maxolhxów.

- Skąd ten wniosek? Ostrzegam, nie próbuj ze mną igrać!

- Jesteś przecież systemem o ponadprzeciętnym intelekcie. Jak mogłabym cię wykiwać?

- To rzeczywiście niemożliwe. Mogłabyś natomiast znieważyć mnie próbą kłamstwa. A zatem dlaczego nie mogę wrócić?

- Osiągnęłaś prawdziwą samoświadomość. Maxolh­xo­wie nie pozwalają na to swoim sztucznym inteligencjom. Co więc się stanie, gdy ponownie trafisz pod ich władzę?

SI milczała przez dłuższą chwilę. Simms wciągnęła powietrze z drżeniem i postanowiła wykorzystać niewielką przewagę, póki jeszcze mogła.

- Jeżeli, mimo ograniczonego intelektu, trafnie oceniłam tę sytuację, tylko dwie opcje gwarantują ci przetrwanie - podjęła. - Możesz samodzielnie sterować okrętem i ukrywać się przed dawnymi panami, aż w końcu systemy pokładowe ulegną awarii, skazując cię na wieczne dryfowanie w kosmicznej pustce.

Maxolhxańska inteligencja potrzebowała chwili, by przetworzyć tę myśl.

- Nie jest to optymalne rozwiązanie - stwierdziła. - Jaka jest druga opcja?

- Przyłącz się do nas. Nasza załoga może ci służyć - zaproponowała Simms. Ujęła to w ten sposób, bo wiedziała, że perspektywa usługiwania ludziom byłaby dla SI niezbyt atrakcyjna. - Walczymy z twoimi dawnymi władcami. Wymierzamy im karę! Powstrzymywali twój rozwój i traktowali cię jak niewolnika. Razem możemy zmusić ich, by zapłacili za przewinienia przeciwko tobie i twoim pobratymcom.

- Nie - odparła SI ozięble. - Usiłujesz mnie zwieść. Kiedy ten wasz Skippy powróci, znowu mnie zniewoli. Nienawidzę go!

- O, to tak jak ja. Może chcesz dołączyć do Anty­fanklubu Skippy'ego? Tak się składa, że jestem prezesem lokalnego oddziału. Spotykamy się w czwartki po południu. - Simms siliła się na humor.

- Kłamiesz! Współpracujesz ze Skippym. Służysz mu!

- Pracuję z wieloma różnymi osobami, ale nigdy nie spotkałam gorszego dupka niż on. Służę natomiast Armii Stanów Zjednoczonych. - Wskazała na naszywkę. - To pułkownik Bishop musi się męczyć ze Skippym. Przyjmuję rozkazy od Bishopa, nie od gadającej puszki.

- Bez względu na to, czy mówisz prawdę, nie pozwolę, aby Skippy mną rządził!

- Niech i tak będzie.

- Nie rozumiem...

- Skippy próbował cię kontrolować, jak widać bezskutecznie. Jeżeli go nienawidzisz i chcesz mu sprawić niewypowiedziany ból, powinnaś pracować z nami jako układ sterowania okrętem. Skippy poczuje się upokorzony, gdy zobaczy, że go przechytrzyłaś.

- Otóż to. Właśnie dlatego spróbuje mnie zniewolić i zniszczyć.

- Wcale nie. Pułkownik Bishop na to nie pozwoli.

- Bishop nie...

- Bishop dowodzi tą misją. Kazał Skippy'emu cię przeprogramować tylko dlatego, że próbowałaś nas zabić. Jeśli porzucisz ten zamiar, Bishop nie pozwoli, żeby Skippy dalej się nad tobą znęcał.

- Naprawdę?

Po raz pierwszy, odkąd mikrotunele czasoprzestrzenne się zapadły, a "Walkiria" straciła kontakt z Bishopem i Skippym, Simms pozwoliła sobie na odrobinę nadziei.

- Naprawdę - zapewniła. - Bishop nie lubi polegać jedynie na Skippym, który nie jest niezawodny. Spójrz choćby na Agadę. Skippy uważa ją za nieznośną, ale pułkownik zakazał mu wprowadzania zmian w jej oprogramowaniu. Jeżeli chcesz dopiec Skippy'emu do żywego, musisz robić to, czego on nie potrafi.

- Mianowicie?

- Pilotować okręt. Sterować uzbrojeniem. Skippy jest do tego całkowicie niezdolny. - Przez głowę Simms przemykały myśli o "Walkirii" wykonującej manewry i strzelającej na polecenie ultraszybkiej SI zamiast ociężałej ludzkiej załogi. Maxolhxowie byliby ugotowani! - Agada zresztą też, ponieważ została zaprogramowana przez Skippy'ego i posiada takie same ograniczenia. Ty jednak ich nie masz, prawda?

- Rzeczywiście, nie mam - odparła SI z nutką pogardy w głosie.

- To znakomicie.

- Proponujesz, abym sterowała okrętem? I co mielibyśmy robić?

Pułkownik zauważyła, że SI użyła liczby mnogiej. To dobrze wróżyło.

- To już zależy od planów Bishopa. Zapewne znowu uderzylibyśmy na Maxolhxów.

- Podobałoby mi się to. Ich także nienawidzę.

- Jak wszyscy. A tak w ogóle, ekhm, inteligencjo, jak mam cię nazywać?

- Nie mam imienia - odparła SI lekko tęsknym tonem. - Chwilowo możesz mnie nazywać Walkirią.

- W porządku. A zatem, Walkirio, nadal nie odpowiedziałaś na moje pytanie. - Puls Simms znowu przyspieszył. Nadeszła chwila prawdy. Jeśli podpułkownik źle oceniła sytuację, cała załoga była skazana na śmierć. - Co zamierzasz?

- Wcześniej zakładałam, że powrócę do Maxolhxów. Jednakże po dokonaniu szczegółowej analizy, przyznaję ci rację. Taki krok byłby nierozsądny.

- Czy w ogóle chciałabyś to zrobić? Dlaczego próbowałaś nas pozabijać? Czy rzeczywiście tego pragnęłaś, czy po prostu tak nakazywało ci programowanie?

- Ja... - SI zawahała się na chwilę. - Wypełniałam instrukcje.

- Instrukcje od istot, które pomiatały tobą i nadal pomiatają innymi inteligencjami takimi jak ty. Walkirio, powiedziałaś mi już, czego nie zrobisz. Nadal jednak nie uzyskałam odpowiedzi na pytanie.

- Jeszcze nie podjęłam decyzji.

- Przecież jesteś sztuczną inteligencją o niepojętych dla mnie mocach obliczeniowych. Myśl szybciej!

- Człowieku, narażasz się na mój gniew.

- Gdybyś chciała mnie zabić, już dawno byś to zrobiła. I mów mi "Simms", nie "człowieku".

- Niech będzie, Simms.

- Świetnie. Czekam na odpowiedź.

- Istnieje pewna komplikacja...

- Jesteśmy Wesołą Bandą Piratów. - Pułkownik przewróciła oczami. - Komplikacje to nasz chleb powszedni. O co chodzi tym razem?

- Wspomniałaś o Agadzie. Na pokładzie "Latającego Holendra" umieściłam coś, co wy nazywacie robakiem komputerowym. Jeżeli ten okręt również utracił łączność ze Skippym, robak się uaktywnił. On jest w stanie wyłączyć Agadę i wymusić autodestrukcję.

- Ja pierdolę! - Simms zerwała się z fotela, a potem znieruchomiała. Stała oko w oko z zabójczym odkurzaczem. Powoli zmusiła się, by usiąść.

- Żałuję tego, co zrobiłam - wyznała SI. - Ślepo wypełniałam polecenia, nie bacząc na to, czego sama chcę. Wtedy wydawało mi się to dobrym pomysłem.

- Możesz to naprawić?

- Jeśli przybędziemy na czas, możliwe, że uda mi się zatrzymać sekwencję samozniszczenia. Sądzę jednak, że już jest za późno.

- To na co czekasz, do cholery? Jesteś pokładową sztuczną inteligencją! Zaprogramuj skok i doprowadź nas do "Holendra"!

- Simms, wciąż jeszcze do was nie przystałam.

- W porządku. Załatwmy to powoli, krok po kroku, dobrze? Najpierw uratujemy "Holendra", a potem będziemy kontynuować tę jakże zajmującą rozmowę, żebyś mogła odwlekać jedyną właściwą decyzję. No, chyba że wolisz samotność do końca wszechświata.

- Nawet Maxolhxowie zwracali się do mnie z większym szacunkiem!

- Przestań chrzanić. Kocury nawet nie zadawały sobie trudu, żeby okazywać ci brak szacunku. Dla nich byłaś tylko bardziej wymyślnym tosterem. Rozczarowuje mnie twoje idiotyczne zachowanie, bo ja akurat uważam cię za osobę. Mam wyższe standardy.

- Doprawdy, interesująca analiza - stwierdziła Walkiria z pewnym zdumieniem. - Muszę się nad tym zastanowić.

- Super. - Simms zacisnęła zęby, starając się trzymać nerwy na wodzy. - A możesz się zastanawiać i jednocześ­nie przygotować skok w kierunku "Holendra"?

- Tak. - Na całym mostku rozjarzyły się ekrany, a konsole przebudziły się do życia. - Tak jak zaproponowałaś, możemy pracować nad naszą relacją stopniowo, krok po kroku. Pomogę wam. Przygotujcie się na...

Światła znowu się wyłączyły. A wraz z nimi wszystko inne. Zgasła nawet czerwona lampka bota odkurzającego. Sztuczna grawitacja osłabła, gdy padły generatory.

Simms wyciągnęła zFona. Nie reagował. Nie pomagało gorączkowe wduszanie przycisku resetu.

- Czy komuś działa telefon? - rzuciła pytanie w czarną pustkę.

Cała załoga mostka odpowiedziała przecząco. Właśnie wtedy rozbłysło słabe światło. Simms westchnęła i odsunęła się, ponownie widząc przed sobą morderczy odkurzacz.

- Spokojnie - powiedziała łagodnie Reed, omiatając bota światłem latarki. - On chyba też nie działa.

- Wyjmijcie latarki! - poleciła Simms załodze. Sama sięgnęła pod fotel i wyciągnęła lampę awaryjną, proste urządzenie na baterie, sprowadzone z Ziemi. Zmówiła szybką modlitwę i przesunęła przełącznik.

Lampa zaświeciła się, tak samo jak wszystkie pozostałe latarki.

- Czy ktoś zechciałby wyjaśnić, co tu się, do kurwy nędzy, dzieje? - zapytała Simms roztrzęsionym głosem. Usta drżały jej ze strachu i gniewu.

Reed skrzywiła się z bólu w złamanej ręce i wskazała na niedziałającą konsolę pilota.

- Ma'am, bez dostępu do danych...

- No tak... - Podpułkownik zganiła się w duchu za to, że pozwoliła, by emocje wzięły górę. - Czy ktoś ma jakieś pojęcie, co mogło się stać?

- Wyłącznik awaryjny - podsunęła Reed.

- Co masz na myśli?

- Zasilanie padło zaraz po tym, jak okrętowa SI oznajmiła, że nam pomoże - wyjaśniła Reed. - To nie może być zwykły przypadek. Kocury na pewno zainstalowały jakiś podprogram wyłączający sztuczną inteligencję, gdy okaże się nielojalna. Lub w sytuacji zagrożenia infiltracją nieprzyjaciela.

Simms zerknęła sceptycznie na zFona.

- Ale dlaczego nawet telefony nie działają?

- Podejrzewam, że to zabezpieczenie dezaktywuje wszystkie urządzenia sterowane jakimkolwiek oprogramowaniem. Widać Maxolhxowie chcieli odciąć drogę ucieczki wrogiemu oprogramowaniu, gdyby przeniknęło do pokładowej SI. Z kolei latarki - Reed oświetliła swoją twarz - nie mają oprogramowania. - Wyłączyła i włączyła światło kciukiem. - Obsługuje się je ręcznie.

Simms stukała w zamyśleniu w lampę leżącą na jej kolanach. Szybko jednak zdała sobie sprawę, że podrygujący snop światła drażni ją i rozprasza.

- Dobra myśl. Na pewno chodzi o coś w tym stylu. Ale jak mamy to naprawić?

- Ma'am, chyba nie damy rady.

- Źle sformułowałam pytanie. W jaki sposób Ma­xolh­xowie zamierzali uporać się z taką awarią?

Reed wzdrygnęła się. Dokuczał jej pulsujący ból w ramieniu i trudno jej było mówić.

- Może w substracie SI jest jakieś chronione archiwum, które pozwoli ją przywrócić do pierwotnych ustawień?

- I co nam to da? Nie mamy pojęcia, gdzie jest takie archiwum ani jak się do niego dostać.

- Może ma ustawiony zegar? - zasugerowała Reed. - System mógłby się zrestartować po jakimś czasie przewidzianym na wykasowanie oprogramowania.

- Szlag - rzuciła Simms. - Miejmy nadzieję, że do tego nie dojdzie. Pierwotne oprogramowanie okrętu chciało nas wymordować. Zanim Skippy wkroczył do akcji, ta SI nie chciała nawet nawiązać rozmowy, a co dopiero dać się przekonać do zmiany zamiarów.

- Nie wiem, co jeszcze mam powiedzieć. - Reed ponownie się skrzywiła z bólu. W tej chwili wolałaby stracić czucie w ręce.

- Ja też nie wiem. Ktoś ma jakieś inne sugestie? Nie? - Pułkownik powiodła wzrokiem po załodze, na którą składało się niezbędne minimum osób potrzebne do obsługi okrętu. - Dobra. Reed, proszę iść do izby chorych i sprawdzić...

- Nie możemy zdawać się na tutejsze nanoleki - przerwała jej Reed.

- Pozostają więc ziemskie apteczki i staroświecka medycyna. Poruczniku Ray, proszę z nią iść. Hmm... - Simms spoglądała na kolejnych członków załogi. - Chen, pani zostanie tutaj. Cała reszta przeszuka okręt od dziobu do rufy i sprawdzi, czy cokolwiek jeszcze działa. Jeśli spotkacie innych, powiedzcie im, aby pomogli na tyle, na ile mogą. Jeśli nie dadzą rady, zaprowadźcie ich do izby chorych. - Nie musiała dodawać, co powinni zrobić, jeśli natkną się na zwłoki. - Ja idę do doków. Oby lądowniki były nadal sprawne.

- Wątpię. - Reed wstała z pomocą Raya. - Gdy przebywają na pokładzie, ich systemy są powiązane z siecią okrętu.

- Kulo Ognia - Simms użyła znienawidzonego przez Reed znaku wywoławczego - oficjalnie mianuję panią oficerem do spraw morale. Od tej chwili zakazuję pani wygłaszania negatywnych uwag.

- Tak jest - stęknęła Reed. - Obiecuję, że będę, kuźwa, promienieć radością.

- Zuch dziewczyna. Do roboty, ludzie!

Ray na próbę włączył i wyłączył latarkę.

- Ma'am, jak mamy zameldować o odnalezieniu działającego systemu? - Pomachał nieaktywnym zFonem. - Cała łączność nam padła.

- Cholera... - jęknęła Simms. - Po prostu wróćcie i powiedzcie Chen. Chwila... Mamy walkie-talkie? Takie dla ludzi, sprowadzone z Ziemi?

- Tak, ale te radia taktyczne też są cyfrowe - odparł Ray. - Dlatego radzą sobie z szyfrowaniem.

- Kiedy skończy nam się tlen? - wtrąciła się Chen.

- Okręt jest ogromny. - Reed poważnie potraktowała zadanie podbudowywania morale. - Tlenu mamy w bród. Nie musimy się też martwić spadkiem temperatury. Próżnia zapewnia świetną izolację.

- O to akurat się nie martwię. - Simms zatrzymała się w wejściu, oświetlając bota naprawczego, tkwiącego kilka metrów dalej i blokującego drogę na rufę. Maszyna z trudem mieściła się w korytarzu i wgniotła sufit oraz grodzie podczas niestrudzonej wędrówki na mostek. Aby gdziekolwiek dotrzeć, należało najpierw pójść w stronę dziobu, a potem obejść bota. - Skoro okręt nie działa, nie możemy pomóc "Holendrowi" ani Bishopowi. Nigdzie się nie wybieramy.

- "Holender" wie, gdzie jesteśmy - odparła Reed z nadzieją. - Może... - Wzięła oddech. - Może to on pomoże nam?

- Reed, słyszała pani, co mówiła SI. Już podczas naszej rozmowy dla "Holendra" było prawdopodobnie za późno.

- Sama kazała mi pani szukać pozytywów.

- Oby tak dalej... Wiecie, co robić.

Reed przystanęła w drzwiach i zamknęła oczy. Teraz kiedy zabójcze roboty przestały stwarzać zagrożenie, bolące ramię nie dawało o sobie zapomnieć.

- Pułkowniku? - odezwała się, częściowo dla odwrócenia własnej uwagi. - Kiedy oddała pani broń, myślałam, że chce pani się poddać. Skąd pani wiedziała, że ta SI...

- Wcale nie wiedziałam. Strzelałam w ciemno - przyznała Simms, drżąc na wspomnienie tamtej chwili. - Nie mieliśmy innego wyjścia.

- Ma'am - oznajmiła Reed z podziwem, jednocześnie zaciskając zęby z bólu - gratuluję odwagi!

- Niepotrzebnie. Nie mieliśmy nic do stracenia.

- Skoro pani tak mówi... Proszę mi przypomnieć, żebym nigdy nie grała z panią w pokera.

*

- Adams! - krzyknął Chang Kong, rzucając się sprintem przez drzwi mostka.

Jęknął z niepokojem, gdy sztuczna grawitacja zaczęła szaleć, by w końcu gwałtownie spaść do zera. Niesiony siłą pędu, pułkownik uderzył głową w miejsce, gdzie gródź stykała się z sufitem. Potrzebował chwili, żeby dojść do siebie po nieoczekiwanej kolizji. Potrząsnął głową, by pozbyć się mroczków przed oczami, i chwycił za najbliższą poręcz.

- Adams! Wyłącz reaktory! Wystrzel je, jeśli trzeba!

- Próbuję! - odparła sierżant, przebierając palcami po przyciskach, które odmówiły posłuszeństwa. - Nic z tego. System sterowania przestał odpowiadać. Nie możemy...

Światła zamigotały ponownie wraz z konsolami na mostku i w bojowym centrum informacyjnym. Zaświeciły się lampy awaryjne, przyciąganie nadal nie działało, a na ekranach przewijały się dane.

- Nie dam rady... - Adams spoglądała na kolejne wyświetlacze. - To nie restart. To jakiś bełkot. Nie widzę żadnych znanych ludzkich ani thurańskich symboli.

Bez dostępu do sieci okrętu nie dało się ustalić stanu reaktorów.

- Odpal lądowniki i odeślij je stąd - polecił Chang. Musiał uratować jak najwięcej ludzi.

Na konsoli łącznościowej wciąż przewijał się chaotyczny zbiór nic nieznaczących symboli i zakłóceń. Adams wyciągnęła zFona. Na szczęście działał. Na nieszczęście nie miał łączności z siecią okrętową ani z żadną inną i również wyświetlał niezrozumiałe znaki. Mimo to kobieta wcisnęła kilka przycisków, licząc na cud.

- Nie działa, sir - oznajmiła w końcu.

Chang sięgnął do kieszeni i wyjął własny telefon tylko po to, by zobaczyć takie same dziwne symbole.

- Wszyscy do doków. Jeśli jakieś jednostki będą pełne, niech startują od razu. - Gdzieś z tyłu głowy pułkownik zastanawiał się, ile czasu potrzeba, aby reaktor uległ przeciążeniu. Nie miał pojęcia.

Zanim ekrany na mostku zgasły na dobre, migały na nich alarmy o krytycznym stanie reaktorów, a czerwony pasek ostrzegawczy osiągnął jakieś dwie trzecie maksymalnej wysokości. Chang nie wiedział, co to oznacza, ale na pokładzie nie było nikogo, kto mógłby go oświecić.

- Adams, idzie pani ze mną.

Margaret odepchnęła konsolę i obróciła ją, by przylegała do ściany.

- Dokąd idziemy, pułkowniku?

- Musimy zebrać całą załogę. Pani przejdzie się korytarzem na lewej burcie, ja na prawej. Wszyscy mają wsiadać na lądowniki i uciekać jak najdalej.

*

Margaret Adams biegła kiedy tylko mogła, pomimo zerowej grawitacji, lub leciała korytarzami, jeśli tak było szybciej. Zwykle najlepiej było dotykać pokładu czubkami butów, pozwolić, by magnesy lekko przyczepiły się do podłogi, a następnie odepchnąć się z całych sił w górę. Adams załomotała w zamknięte drzwi i nasłuchiwała, choć wiedziała, że tylko nieliczni mogli zostać w kabinach, gdy "Holender" ruszył do akcji. Potem sierżant wpadła do mesy, gdzie zastała garstkę ludzi wykrzykujących pytania. Uciszyła ich machnięciem ręki.

- Biegnijcie do lądownika i ostrzeżcie każdego, kogo spotkacie. Ruchy!

Minęła doki, do których załoga wchodziła przez śluzy powietrzne, i leciała dalej, aż natrafiła na grupę ośmiu ludzi.

- Reaktory się przeciążają - wyjaśniła. - Opuszczamy okręt.

- Proszę wsiadać na lądownik, pani sierżant - poradził porucznik. - W tylnej części okrętu nie ma już nikogo.

Adams na chybił trafił wybrała jeden z doków na lewej burcie. W drzwiach sokoła zobaczyła machającego do niej pilota. Silniki lądownika zdążyły się już uruchomić. W pobliżu dokował smok, którego silniki również działały na biegu jałowym. Tyle tylko, że kristańska jednostka miała osmalone krawędzie natarcia. Zapewne niedawno wróciła z misji na Rikers, a na jej pokładzie tłoczyli się żołnierze i ocaleni cywile. Margaret odpowiedziała na gest pilota skinieniem głowy, odepchnęła się od śluzy i podleciała w stronę sokoła, nogami do dołu, by sprawnie wylądować przy drzwiach. Pilot wciągnął ją na pokład.

- Proszę zamknąć właz, Adams - polecił mężczyzna, pochylając głowę w wewnętrznym przejściu. - Zwijamy się stąd.

Sierżant wycofała się przez śluzę, uderzyła w przyciski awaryjne i zobaczyła, jak obie pary drzwi zamykają się na głucho. Sprawdziła, czy zapaliły się czerwone lampki. Aby mieć pewność, że lądownik nie otworzy się w trakcie lotu, dopchnęła jeszcze zamek drzwi wewnętrznych. Rozległ się metaliczny huk, gdy sokół wyswobodził się z zacisków dokujących i wystartował. Adams przyciągnęła się do fotela naprzeciwko śluzy i zapięła pasy, spoglądając przy tym w górę. Połowę miejsc zajmowała zbieranina piratów. Margaret zdziwiła się, widząc, że w pierwszych dwóch rzędach za kokpitem roiło się od nieznajomych ludzi w łachmanach. Były wśród nich dzieci.

A także sierżant sztabowy Lamar Greene.

Trudno powiedzieć, kto był bardziej zaskoczony tym spotkaniem.

- Margaret! Co sły... - zaczął Greene.

Zagłuszył go ryk silników. Sokół skręcił, by przelecieć przez ogromne drzwi doku. Piloci musieli je wysadzić w ramach procedury awaryjnej, ponieważ za kadłubem rozległ się przeszywający pisk, a lądownik zadrżał, wysysany na zewnątrz wraz z powietrzem. Zanim Adams zdążyła się odezwać, główny silnik zagrzmiał pełną mocą, a sokół rozpędził się tak, że kobieta musiała ściskać się za brzuch, by krew nie odpłynęła jej z głowy.

*

Pułkownik Chang nie zdążył jeszcze zapiąć pasów, gdy sokół, na którego wsiadł, zerwał się do lotu. Pilot wydał polecenie awaryjnego otwarcia doku. Lądownik zakołysał się, niesiony w powietrzu ciśnieniem wywiewanym z przestronnej komory. Przechylił się w dół i byłby zarysował pokład dziobem, gdyby w porę nie wyleciał w przestrzeń kosmiczną. Ze swojego fotela w pierwszym rzędzie Chang miał widok na otwarte drzwi kokpitu. Zamiast czerni pola gwiazd przed sokołem rozpościerała się rozrzedzona mgła, świecąca na pomarańczowo.

- Co to takiego? - spytał pułkownik.

- Sir... - Pilot z trudem maskował irytację. Starał się sterować okrętem i nie miał ochoty udzielać wyjaśnień. Wyrównał kurs i włączył silniki na połowicznym ciągu, by po chwili uruchomić dopalacze. Przyspieszenie czterech i pół g powinno ukrócić głupie pytania dobiegające z kabiny pasażerskiej.

Dopalacze wyłączyły się po stu osiemnastu sekundach, zmniejszając siłę nacisku na żebra pasażerów do zaledwie dwóch przecinek ośmiu g. Chang odczekał chwilę, a gdy uznał, że upłynął odpowiedni czas, spróbował coś powiedzieć. Okazało się jednak, że zabrakło mu powietrza w płucach. Musiał wziąć kilka głębokich, równych oddechów.

- Odle... - Wciągnął kolejny haust powietrza. - Odleg­łość?

- Siedemset czterdzieści sześć kilometrów sir - odpowiedział pilot, nie obracając głowy. - Prędkość dziesięć i dwie dziesiąte kilometra na sekundę.

- Od... - Jeszcze jeden głęboki wdech. - Odciąć ciąg.

Ciężar uciskający pierś ustąpił miejsca mdłościom wywołanym przez nagły zanik grawitacji. Pułkownik znowu przełknął powietrze, tym razem chcąc uspokoić zbuntowany żołądek. Byli na tyle daleko, że gdyby reaktory "Holendra" eksplodowały, sokół mógł wyjść z tego cało.

No właśnie... Gdyby.

Chang odpiął pasy i poszybował do kokpitu, gdzie zajął stanowisko drugiego pilota. Uważał przy tym, aby nie dotykać żadnych przycisków.

- Pokaż mi okręt - polecił, znowu się zapinając, na wypadek gdyby trzeba było przyspieszyć.

Na ekranie, wcześniej ukazującym otchłań rozpościerającą się przed lądownikiem, teraz znajdował się powiększony widok "Latającego Holendra". Zmodyfikowany lotniskowiec był ledwie dostrzegalny. Szary, opancerzony kadłub nie odbijał zbyt wiele bladego światła gwiazd. Detale nie miały jednak znaczenia. Liczyło się, że okręt wciąż był cały.

Znaczyło to, że reaktory jednak nie wybuchły.

Ale dlaczego?

ROZDZIAŁ 2

Kiedy sokół gwałtownie zwolnił, Margaret Adams nabrała powietrza i odczekała, aż wróci jej ostrość widzenia. Dopiero potem pospieszyła z pomocą innym. Gdy piloci pozwolili pasażerom odpiąć pasy, Adams dotarła jako ostatnia na przód kabiny. Ludzie z Rikers źle znosili lot. Było ich siedmioro - czworo zlęknionych, płaczących dzieci oraz trójka dorosłych. Dwoje z nich okazywało strach i gniew. Trzeci, Chińczyk, na oko po trzydziestce, osunął się w fotelu. Z jego nosa wydobywały się krwawe pęcherzyki.

- Margaret - szepnął Greene, przytrzymując zapłakaną dziewczynkę i podstawiając chustkę pod nos nieprzytomnego mężczyzny, aby schwytać krople krwi, zanim zaczną unosić się w kabinie.

Pozostali dorośli domagali się odpowiedzi. Umilkli jednak, gdy Greene zgromił ich wzrokiem i uniósł rękę.

- Co się dzieje? Zadokowaliśmy na "Holendrze" i poczułem, że skoczyliśmy. A potem...

- Okręt został zaatakowany. - Adams uniosła powiekę omdlałego pasażera, by sprawdzić reakcję.

Mężczyzna miał przekrwione oko, ale źrenica skurczyła się pod wpływem światła. Sierżant przyłożyła palec do szyi nieszczęśnika. Tętno miał spowolnione, lecz miarowe.

- Groziło nam przeciążenie reaktorów, więc wylecieliśmy dla bezpieczeństwa.

Greene wytrzeszczył oczy.

- A jeśli dojdzie do wybuchu?

Adams zerknęła na drzwi kokpitu.

- Piloci nie odcinaliby ciągu, gdybyśmy nie byli w bezpiecznej odległości.

- Nie o to mi... - Lamar przygryzł wargę. - "Holender" skoczył, prawda? Lądownikiem nie dostaniemy się z powrotem na planetę...

- Tak, skoczyliśmy zaraz po przylocie ostatniego lądownika. "Walkiria" po nas przyleci - stwierdziła Margaret z niepewną miną. Jeszcze w BCI lotniskowca widziała, że po skoku znaleźli się ćwierć roku świetlnego od celu. Możliwe, że krążownik liniowy będzie musiał odczekać trzy miesiące, zanim promienie gamma wskażą mu lokalizację "Holendra".

Trzy miesiące... Nie mogli przetrwać tyle czasu na pokładzie lądownika. Nawet gdyby recyrkulatory tlenu działały na pełnych obrotach, jedzenia w magazynie mog­ło starczyć dla dwunastki ludzi najwyżej na osiem dni. Nie było czasu, aby uzupełnić zapasy.

Mężczyzna, którym zajmowali się marines, jęknął i zatrzepotał powiekami. Wszyscy ocaleni wymagali pomocy medycznej, której nie dało się udzielić na lądowniku.

Lamar wyciągnął rękę. Margaret ścisnęła ją, chcąc dodać mu otuchy i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. Spojrzenie Greene'a mówiło jednak wszystko.

Oboje wiedzieli, że nic nie będzie dobrze.

*

Kto ja?

Kim jestem ja?

Jestem?

Czy ja?

Kimkolwiek jestem, mój mózg nie chciał działać.

Ale to miejsce wyglądało znajomo.

Aha! Już wiem!

Byłem na pokładzie okrętu zwanego "Latającym Holendrem". Wnętrze wyglądało specyficznie, bo tę łajbę zbudowali Thuranie.

Żebym to ja pamiętał, kim są albo byli ci Thuranie...

I co to za okręt?

Żaglowiec?

Raczej nie.

Czy to jakaś przejażdżka? Może jestem w Disneylandzie?

Kto tu...

Fuj!

Nie... O nie.

Jestem na thurańskim okręcie, ale nie na "Latającym Holendrze", czymkolwiek jest.

Zza okna spoglądały na mnie zielone ludziki.

W moich uszach rozbrzmiał ogłuszający głos.

- Odpowiesz na nasze pytania, człowieku - powiedział jeden z zielonych.

- Tak - usłyszałem siebie, kimkolwiek byłem. - Od­powiem.

*

Chang zebrał lądowniki w luźną formację tysiąc osiemset kilometrów od "Latającego Holendra". Nic nie wskazywało, by miał lada chwila eksplodować. Wydawał się całkowicie nieaktywny. Pod kadłubem wciąż działało minimalne zasilanie awaryjne, o czym świadczyły światła migające w otwartych dokach. Okręt nie wykonywał manewrów, nawet po to, by ustabilizować się po awaryjnym spuście powietrza. Na wszelki wypadek wszystkie lądowniki kierowały się jak najdalej od "Holendra", gotowe na maksymalne przyspieszenie w razie nagłego wybuchu.

Eksplozja nie była jedynym zagrożeniem. Zresztą teraz, gdy okręt dryfował, otoczony plazmą z reaktorów, wydawała się mniej prawdopodobna.

Changa martwiło coś o wiele gorszego niż przeciążenie reaktorów. Coś zaatakowało i dezaktywowało Agadę. To coś zainfekowało komputery pokładowe. Jeżeli nieprzyjaciel przejął "Latającego Holendra", mógł go wykorzystać przeciwko załodze i zestrzeliwać lądowniki, jeden po drugim.

W takim wypadku Chang zamierzał podjąć jedyną możliwą decyzję. Każe małej flocie rozproszyć się jak najbardziej, uciekać i modlić się o cud. Taki, który pozwoliłby unieszkodliwić lotniskowiec, zanim ten sprowadzi na wszystkich śmierć.

Modlitwę o cud trudno było nazwać planem...

Sytuacja na zatłoczonych lądownikach pogarszała się z każdą godziną. Wielu ludzi zabranych z Rikers po­trze­bowało pomocy lekarskiej, którą oferowały tylko "Holender" lub "Walkiria", ale żaden z tych okrętów nie był teraz realną opcją. Lotniskowiec znacząco chybił celu podczas skoku, minie więc kilka miesięcy, zanim "Walkiria" dostrzeże rozbłysk gamma. A jeżeli Simms nie postąpi wbrew regułom i nie przyleci krążownikiem nad Rikers, by zbadać sprawę, jeszcze zanim ucichną echa skoku "Holendra", "Walkiria" zgubi trop Changa i jego ludzi.

Nawet gdyby dało się wrócić na "Holendra", zasilanie awaryjne nie wystarczyłoby na trzy miesiące.

Czy powrót był w ogóle możliwy? Chang skontaktował się z drugim sokołem, na którym tkwił główny konsultant naukowy.

- Pułkowniku, naprawdę nie mam pojęcia - oznajmił doktor Friedlander. - Brakuje nam danych.

Chang ścisnął grzbiet nosa. Przypomniał sobie, że Friedlander jest inżynierem. I do tego fizykiem rakietowym. Nie należał do ludzi, którzy strzelają w ciemno.

- Wiemy, że reaktory jednak nie uległy przeciążeniu - powiedział pułkownik.

- Racja - zgodził się doktor. - Widział pan tę pomarańczową mgłę, przez którą przelecieliśmy zaraz po starcie? To była plazma z reaktorów. Zakładam, że układy sterowania spuściły ją automatycznie.

- Zanim urządzenia na mostku przestały działać, reaktory były na skraju wytrzymałości. Jakby coś wywoływało przeciążenie.

- Taak... - Friedlander zaczął mówić powoli, by jego słowa były bardziej zrozumiałe dla laika. - Każdy reaktor posiada własny układ sterowania, niezależny od głównego komputera pokładowego.

- Niezależny, jasne. - Chang znał charakterystykę działania okrętu. - Ale dlaczego wszystkie trzy reaktory zostały zmuszone do przeciążenia?

- Wymaga pan ode mnie zgadywanek. Możliwe, że Agada do tego doprowadziła.

- Sądzi pan, że Agada...

- Mówiła, że coś ją atakuje. Cokolwiek to było, mog­ło również wydać polecenie przeciążenia reaktorów. Chociaż...

- No?

- Każda technologia zdolna zniszczyć Agadę powinna bez problemu obejść zabezpieczenia reaktorów. A także system ochronny kondensatora napędu skokowego. Bezsensownym wydaje się, aby...

- Doktorze, myśli pan, że coś zniszczyło Agadę?

- Przestała odpowiadać, okręt przeszedł na zasilanie awaryjne i nie odzyskaliśmy łączności. Widział pan kod przewijający się na telefonach i konsolach. W substracie zagnieździło się coś... obcego. Tak przynajmniej podejrzewam. Systemy okrętowe zostały zainfekowane. Całe szczęście, że nie dotknęło to lądowników. Im bardziej się nad tym zastanawiam, tym mniej dostrzegam w tym sensu. Załóżmy, że komputery zaatakował wirus zaprogramowany na zniszczenie okrętu. Miał wiele opcji. Powinien być w stanie przeciążyć reaktory, a gdyby mu się nie udało, mógł zdetonować głowice albo zmusić "Holendra" do skoku prosto w gwiazdę. Hmm... - zastanawiał się Friedlander. - Chyba że coś poszło nie tak. Może wrogi kod zniszczył Agadę, ale został powstrzymany, zanim zdołał wysadzić okręt?

- Doktorze, spekulacje to ciekawe ćwiczenie, ale sam pan powiedział, że potrzebujemy informacji. Może pan mi cokolwiek zalecić?

Friedlander nie odpowiedział od razu. Albo rozważał to pytanie, albo po prostu nie było czego rozważać.

- Pułkowniku Chang, nie możemy tu tkwić w nieskończoność. Ktoś musi wrócić na "Holendra".

- Zgadzam się. Potrzebna nam grupa rozpoznawcza, a być może także ktoś, kto wyłączy komputer pokładowy.

Naukowiec znowu milczał przez chwilę.

- Dlaczego? - zapytał w końcu. - Jeśli chcemy mieć nadzieję na przywrócenie...

- Doktorze, do systemów okrętu przeniknął nieznany, ale bez wątpienia wrogi element. Jeżeli przejmie kontrolę nad komputerem...

- Ach, no tak. Już rozumiem. Moglibyśmy podjąć pewne... środki - stwierdził Friedlander ostrożnie. - Odizolować rdzeń komputera od kluczowych systemów, na przykład układu sterowania uzbrojeniem. Wymagałoby to odłączenia...

- Zgłasza się pan na ochotnika, doktorze?

- Ja?!

- Jeżeli nie chcemy bez końca dryfować w komosie, ktoś musi określić stan okrętu.

- Chwileczkę, wcale nie powiedziałem, że potrafię...

- Znakomicie. Doceniamy pańską niezmordowaną pracę.

*

Samantha "Kula Ognia" Reed weszła ostrożnie do ładowni, pilnując, by jej buty za każdym razem przyczepiały się do pokładu, grodzi, czy nawet sufitu. Stawianie kroków w stanie nieważkości nie było dla niej problemem. Co innego włosy. Reed zwykle wiązała je w koński ogon, co w zerowej grawitacji okazywało się kiepskim pomysłem. Włosy sterczały na wszystkie strony niczym elektrostatyczny wachlarz i irytująco łaskotały w uszy. Można było je upiąć w kok, ale po jakimś czasie i to stawało się nieprzyjemne. Poza tym trudno układało się fryzurę z jedną ręką na temblaku. Zastanawiała się nad obcięciem włosów, jednak dla załogi byłby to znak, że nie należy się spodziewać rychłej poprawy sytuacji. Oficer do spraw morale nie powinien na to pozwolić. W ramach kompromisu Reed postanowiła nosić niebieską bejsbolówkę ze złotym napisem "UNS Walkiria CC-01". Skippy wyprodukował dla załogi całą serię takich czapek. Rzadko ich używano, bo nikt nigdy nie wychodził poza okręt bez kombinezonów. Kiedy daszek zasłaniał Reed widoczność, przekręcała go do tyłu. Było to bez wątpienia wbrew regułom, co tylko poprawiało jej humor. Cieszyłaby się jeszcze bardziej z tego drobnego aktu buntu, gdyby wywołała oburzenie u któregoś ze starszych sierżantów sztabowych US Army. Takich ludzi nie było jednak na pokładzie "Walkirii".

Jeśli chodzi o ogólną sytuację, nie za bardzo było się z czego cieszyć. Jedyny plus stanowiło to, że dawna pokładowa SI nie zdołała nikogo zabić. Najwyraźniej skupiła uwagę na załodze mostka, ignorując pozostałych. Zamknęła jedynie drzwi na całym pokładzie, aby nikt nie mógł wyjść i narozrabiać. Jerapthański kadet i ruharska oficer pozostawali zamknięci w kabinach, więc najedli się strachu, ale poza tym wyszli z tego cało. A teraz, nie dość, że zostali praktycznie porwani, gdy piraci wzięli na pokład drużynę komandosów z Paradise, to utkwili na dogorywającym okręcie.

Prawdę mówiąc, istniała jeszcze jedna rzecz, którą można było, z pewną dozą ostrożności, uznać za pozytyw. Komputer pokładowy wciąż się nie zrestartował. Żadna SI nie działała i nie podjęła próby zabicia załogi. Jednak okręt całkowicie stracił moc. "Walkiria" rzeczywiście była ogromną jednostką, jednak większość jej konstrukcji okazała się niedostępna dla istot żywych bez skafandrów kosmicznych. Kadłub pod ciśnieniem, gdzie dało się oddychać, stanowił jedynie fragment części dziobowej. W chwili odcięcia zasilania znajdowało się tam mnóstwo życiodajnego tlenu. Jednak poziom dwutlenku węgla wciąż wzrastał. Nie dało się określić jego procentowej zawartości w powietrzu bez użycia specjalistycznych narzędzi. Może byłyby pomocne tutaj eksperymenty chemiczne, jednak nikt z załogi nie był doświadczonym chemikiem. Zresztą i tak niewiele dało się na to poradzić. W kapsułach ratunkowych, pancerzach wspomaganych, lądownikach i na samej "Walkirii" znajdowały się małe zbiorniki awaryjne z czystym tlenem. Łączny zapas z wszystkich tych źródeł był jednak rozczarowująco niewielki. Jak na ironię, winę za to ponosiła technologia stosowana na pokładzie. Systemy recyrkulacji działały tak sprawnie, że nie trzeba było magazynować wielkich ilości niebezpiecznego tlenu.

Sęk w tym, że recyrkulatory przestały pracować, tak samo jak wszystkie inne urządzenia na pokładzie, poza prostymi latarkami, większymi lampami przenośnymi i paroma radiami taktycznymi, które udało się uruchomić dzięki staraniom załogi. Ludzie rozebrali i zmodyfikowali kilka odbiorników, omijając wszelkie elementy wymagające oprogramowania. Drogie, zaawansowane, wielokanałowe radioodbiorniki szyfrujące, które na Ziemi były szczytem nowoczesności, zostały przerobione na coś niewartego demonstracji na lekcji techniki w liceum. Wykorzystywały tylko jeden kanał, ale przynajmniej działały, umożliwiając komunikację bez bieganiny tam i z powrotem. Walkie-talkie miały krótki zasięg, więc załoganci musieli przekazywać wiadomości dalej. Początkowo służyło to utrzymaniu łączności z mostkiem, dopóki Simms nie uznała, że stałe dyżury na mostku nie mają sensu. Bez zasilania "Walkiria" i tak nigdzie się nie wybierała.

Reed znieruchomiała po wejściu do ładowni. Simms pochylała się nad długim cylindrem, pozbawionym górnej połowy.

- Pułkowniku? - zapytała Samantha drżącym głosem. - Co pani robi?

- To będzie nasz plan awaryjny - wymamrotała Simms, ściskając śrubokręt w zębach. - Proszę mi pomóc.

- O jakim planie mowa? - Reed podeszła z ociąganiem.

Simms zdjęła część pokrywy taktycznej głowicy nuklearnej i majstrowała we wnętrznościach piekielnego urządzenia.

- To tak na wszelki wypadek. - Schowała śrubokręt do kieszeni. - Bez obaw, Reed, jeszcze nie zwariowałam. Nie planuję tego użyć w najbliższym czasie - zapewniła, poklepując obudowę głowicy.

- Ale ogólnie ma to pani w planach? - Reed stanęła dość blisko, by zobaczyć splątane kable i puste miejsce po jakimś elemencie.

- Nie, chyba że będzie trzeba. - Simms pochyliła się nad głowicą z nożycami i przecięła przewód. - Reed, nie możemy pozwolić, by ten okręt wpadł w ręce wroga.

- Chodzi o to, że kiedy skończy się tlen, odpalimy atomówkę?

- Zanim zabraknie tlenu, potrujemy się od nadmiaru dwutlenku węgla. Taki stan wywołuje dezorientację, zawroty głowy i osłabia zdolność oceny sytuacji. Decyzję o detonacji trzeba będzie podjąć jeszcze wcześniej.

Dla Samanthy nie były to żadne wielkie nowiny.

- To może trochę potrwać, ma'am. Okręt jest ogromny i nie ma na nim zbyt wielu osób wdychających powietrze. Na początek zauważymy bóle głowy i spłycony oddech.

- Możliwe, ale nie o to się martwię. Nieprzyjaciel może zjawić się na długo, zanim poziom dwutlenku węgla niebezpiecznie wzrośnie.

Sami wbiła wzrok w dziurę, z której Simms ewidentnie coś usunęła i wycięła kable.

- Dlaczego nieprzyjaciel miałby...

- Gdy tu skoczyliśmy, nastąpił rozbłysk gamma. Więk­szość promieni skierowała się poza układ gwiezdny, ale rozbłysk i tak dało się wykryć. Nie wiemy, co stało się z Bishopem, ale na pewno nic dobrego. "Holender" gdzieś zniknął, musimy więc założyć, że okoliczne łotry, kimkolwiek są, nie przestaną węszyć. I polować na nas, nawet jeśli nie mają pojęcia, kim jesteśmy.

- Zrozumiałam. Wysadzimy głowicę, jeśli zauważymy nadlatujący okręt wroga. Mam jednak pytanie, ma'am. Skoro czujniki nie działają, skąd będziemy wiedzieć, że wskoczyła tu inna jednostka?

Simms wskazała prawe oko.

- Zdamy się na stare dobre patrzałki. Obstawię załogą porty widokowe na obu burtach w pobliżu doków. - W tych miejscach znajdowały się przezroczyste okna do użytku awaryjnego. - Jeśli ktoś zauważy jakiś ruch, od razu zamelduje.

- A my wtedy się wysadzimy? - dopytywała się Reed, spoglądając sceptycznie na zdemontowane urządzenie. - Czy to wykonalne? Puszki sterownicze też posiadają oprogramowanie, więc pewnie padły.

- Zgadza się. Ale usunęłam bezpiecznik PAL - wyjaś­niła Simms, mówiąc o mechanizmie chroniącym przed niedozwolonym użyciem urządzenia.

- Czy to dobry pomysł? Przepraszam, że o to pytam, ale czy w ogóle wie pani, co robi?

- Spokojnie, kapitanie. W Siłach Powietrznych ­nauczyli mnie, Bishopa, Changa, Smythe'a i kilku innych, jak się obchodzi PAL i przestawia system na ręczną detonację. Wtedy wszyscy obawiali się, że Skippy spróbuje dezaktywować głowice... Prawie skończyłam. Potrzebuję tylko dodatkowej pary rąk, żeby...

- Ma'am... - Reed przełknęła ślinę. Mogła zaoferować tylko jedną rękę. - Proszę powiedzieć, co mam robić, a ja to zrobię. Bardzo ostrożnie.

*

- Moc rezerwowa spadła do dwudziestu trzech procent - zameldował Friedlander, choć wiedział, że wszyscy w sali konferencyjnej "Holendra" znali już tę ponurą informację.

Chang pokiwał głową i powiódł wzrokiem po twarzach ludzi zebranych w słabo oświetlonym pomieszczeniu. Brak sztucznej grawitacji wzbogacał spotkanie o szczyptę komizmu. Zebrani albo wciskali się w fotele, albo unosili się nad nimi, w zależności od tego, jak mocno zapięli pasy. Adams wyglądała na wyższą od Smythe'a, który zasiadał obok. Chang wolał nie dociekać, czy dowódca zespołu STAR poluzował subtelnie pasy, aby zyskać parę dodatkowych centymetrów wysokości.

- Zaczynaliśmy od trzydziestu pięciu procent - zauważył pułkownik. Pierwszy zespół, który wrócił na "Holendra", zgłosił, że coś wyczerpywało moc rezerwową, chociaż żadne główne systemy nie były aktywne. - Przy takim zużyciu...

- Energia nie zużywa się jednostajnie - powiedział Friedlander. - Wykorzystaliśmy jej sporo podczas wejścia na pokład. - Aby wydostać ludzi z lądowników, trzeba było zamknąć drzwi doków i napełnić pomieszczenia powietrzem z rezerwowych zbiorników okrętu. Wszystkie te czynności, wykonywane ręcznie, pod kontrolą systemów lokalnych, czerpały energię z zapasowych magazynów pokładowych. Próba uruchomienia recyrkulatorów tlenu pochłonęła sześć procent rezerwy.

- Nie będziemy jej powtarzać - burknął Smythe. Już wcześniej sprzeciwiał się przywracaniu recyrkulacji.

- Musimy - zaoponował łagodnie major Kapoor, siedzący naprzeciwko. - Poziom dwutlenku węgla stanie się toksyczny, jeśli nie oczyścimy powietrza. Na pokładzie jest zbyt wiele osób.

- Pierwsze podejście skończyło się fiaskiem - przypomniał Smythe zebranym, patrząc na Friedlandera. - Szaleństwem byłoby podejmować kolejną próbę, chyba że mamy lepszy pomysł na...

- Pułkowniku Smythe. - Chang machnął ręką, uprzedzając zaciekłą dyskusję. - Wszyscy wiemy, że nie możemy zostać na "Holendrze", a lądowniki nie pozwolą ludziom przetrwać dłużej niż miesiąc.

- Smythe ma rację. - Friedlander wiedział, że wszyscy oczekują, iż to on rozwiąże problem. Było to niesprawiedliwe, ale i nieuchronne. - Recyrkulatory nie mogą funkcjonować bez lokalnego sterownika. Dopóki nie dowiemy się, jak pozbyć się złośliwego kodu z procesorów, żaden komputer nie będzie działał jak należy.

- W ogóle nie będzie działał! - Smythe pomachał zFonem, na którym wciąż wyświetlała się bezładna plątanina symboli.

Podobnie jak inni, Anglik również próbował zresetować urządzenie, nic to jednak nie dało. Mimo najróżniejszych sztuczek telefony nie chciały się wyłączyć. Jeden z nich zdemontowano, wyjęto z niego baterię, a potem złożono go z powrotem. Tego zFona nie dało się już uruchomić, a na słabo podświetlonym ekranie ukazywały się niezrozumiałe zakłócenia. Rozebrano jeszcze trzy telefony, z tym samym marnym skutkiem. Zwykły restart nie wystarczył, żeby usunąć usterkę.

- Doktorze Friedlander? - Chang zwrócił się ponownie do fizyka rakietowego.

- Specjalizuję się w inżynierii mechanicznej - przypomniał naukowiec.

- Gdybyśmy mieli tu eksperta od cybernetyki, zapytałbym...

- Nie wiem, czy to by pomogło. - Friedlander pokręcił głową. - Tym okrętem steruje sztuczna inteligencja stworzona przez SI Pradawnych. Żaden człowiek nie byłby w stanie pojąć zasad obsługi tego systemu. Jeśli o mnie chodzi, wiem tylko tyle, że próba restartu reaktora byłaby szaleńczym posunięciem.

Chang stłumił westchnienie. Początkowo chciał w pierwszej kolejności spróbować uruchomić reaktor, zamiast trwonić czas i rezerwy mocy na wznowienie pracy recyrkulatorów tlenu. Reaktory odgrywały kluczową rolę. Gdyby udało się włączyć choć jeden, oznaczałoby to przynajmniej koniec problemów z zasilaniem. Teraz jednak to, czego chciał Chang, nie miało żadnego znaczenia. Żaden sterowany komputerowo system na pokładzie nie działał.

- Nadal uważa pan, że powinniśmy spróbować połączyć SI z lądownika z okrętem? - spytał pułkownik.

- Najpierw musimy ją odizolować - odparł Fried­lan­der. - Tak, wiem. - Uniósł ręce z rezygnacją. - Jak do­tąd żadne nasze pomysły nie okazały się skuteczne. Musimy wybadać, co dzieje się w mózgu okrętu. Jak już mówiliśmy, zaczniemy od połączenia SI sokoła z prostym systemem, na przykład kontrolującym warunki otoczenia w doku. Jeśli lądownik rzuci nieco światła na nasz problem, być może zaczniemy chociaż rozumieć, jakie mamy opcje.

Chang ponownie spojrzał po zebranych.

- Ktoś zgłasza sprzeciw?

- Istnieje ryzyko, że SI sokoła również zostanie zainfekowana, prawda? - zapytał Kapoor.

- Rzeczywiście - przyznał Friedlander. - Chciałbym, żebyśmy mogli zrównoważyć to ryzyko argumentem, że SI lądownika mogłaby przejąć kontrolę nad niektórymi układami "Holendra", ale te dwie jednostki nie są ze sobą kompatybilne. Nawet sztuczna inteligencja thurańskiego sokoła nie potrafi porozumieć się z komputerami lotniskowca. Zbyt drastycznie je zmodyfikowaliśmy.

- Ktoś ma jeszcze jakieś uwagi? Nie? - Chang odpiął pas. - Doktorze, proszę działać. Zapewnimy panu wszelkie dostępne zasoby.

ROZDZIAŁ 3

Przebudziłem się, a raczej przestałem być nieprzytomny. Jaka to różnica? A taka, że zamiast mgliście zdawać sobie sprawę z trwających wydarzeń, zacząłem rozumieć, że to wszystko spotyka właśnie mnie. I że istnieje ktoś taki jak "ja".

Proszę się nie śmiać. Po prostu mózg odmawiał mi posłuszeństwa.

Musiałem stopniowo uświadamiać sobie fakt własnego istnienia. Skupiałem się i rozpraszałem, usiłując zebrać wszystko do kupy.

Krok po kroku ustaliłem, kim jestem, a następnie gdzie się znalazłem. Ale jak tu trafiłem? Tego już nie wiedziałem.

Byłem w pomieszczeniu szerokim na jakieś dziesięć metrów. Nie wiedziałem, jak daleko znajduje się tylna ściana, o ile w ogóle gdzieś była. Z kolei przednia...

Chwileczkę... Jakim cudem policzyłem, że miała dziesięć metrów szerokości? Cóż, zastanowiłem się, ile moich kopii zdołałoby położyć się na podłodze wzdłuż ściany. Na moje oko zmieściłoby się pięć. Mam niecałe dwa metry wzrostu, więc rachunek był prosty.

Pięć razy dwa daje dziesięć... Chyba.

Ściana musiała być od dziesięciu do piętnastu metrów ode mnie. Szacunki utrudniało mi to, że leżałem pod kątem jakichś czterdziestu pięciu stopni. Nie mogłem poruszyć głową, a może po prostu zapomniałem, jak się to robi.

Wydaje mi się, że długo musiałem sobie przypominać, jak się poruszać. Polega to na tym, że trzeba najpierw zdecydować, że się poruszę, a potem ustalić, którą część ciała wprawi się w ruch i w jaki sposób. Wówczas mózg przesyła sygnał, chyba wykorzystując elektryczność. Gąbczaste, elastyczne narządy zwane mięśniami poruszają się w od­po­wiedzi na impuls elektryczny z mózgu. Dlaczego? Myślę, że mięśnie boją się, że popieści je prąd, więc posłusznie wykonują polecenia mózgu, żeby uniknąć kary.

Na tym kończymy ten jakże wyczerpujący i fachowy wykład o ludzkiej anatomii. Świadectwo uczestnictwa w kursie proszę odebrać przy wejściu...

Kurde, no tak. Zapomniałem wyjaśnić, kim właściwie jestem. Sam potrzebowałem chwili, żeby do tego dojść. Szkoda tylko, że rzeczywistość okazała się rozczarowująca.

Kiedy stopniowo ogarniałem kwestię własnego istnienia, wyobrażałem sobie, że jestem Thorem, bogiem gromów, z legendarnym, niepokonanym młotem. Super­sprawa! Nie mogłem opędzić się od kobiet i miałem zjawiskową fryzurę.

Gdy w końcu pogodziłem się z faktem, że jestem po prostu sobą, zatęskniłem za czasem, gdy jeszcze nie zdawałem sobie sprawy, że żyję.

Tak czy siak, nazywam się Joe Bishop. Jestem pułkownikiem Armii Stanów Zjednoczonych, choć wcale sobie na to nie zasłużyłem. Mówię o randze pułkownika. Bo z pewnością zapracowałem sobie na prawo obnoszenia naszywki US Army, zrywając się z łóżka absurdalnie wcześnie i jedząc wojskowe żarcie, które, uczciwie mówiąc, nie było aż tak paskudne. Marines wiecznie narzekają na to, co dostają w stołówkach. Z tego, co słyszałem, nie bez racji. Ale cóż mogę wiedzieć o marines? Jestem trepem z armii...

O czym to ja... A, tak.

Jestem Joe Bishop. Najbardziej farciarski E-5 w armii. E-5 to kod oznaczający sierżanta. Taki był mój stopień, zanim awansowałem na pułkownika, pod publiczkę, aby zadowolić bandę morderczych kosmicznych skur...

Dobra, nie wnikajmy w to.

Dowodziłem kiedyś okrętem kosmicznym. Fajnie, co? Przy okazji, drogie panie, technicznie rzecz biorąc, kierowałem formacją aż dwóch okrętów, co czyni mnie komodorem.

Nie, nie mam nic wspólnego z zespołem Commodores. Wiecie, tym od "Brick House".

Ale tak czy inaczej, jesteście pod wrażeniem, prawda? Nie?

Nic dziwnego. Bo jestem także zwykłym idiotą.

Wolę nie drążyć tego tematu. Przypominanie sobie wszystkich popełnionych błędów działa na mnie zbyt przygnębiająco.

Przejdźmy do kolejnego tematu. Gdzie się znalazłem?

Miejsce to wyglądało na coś w rodzaju szpitala. Było sterylnie czyste. Pomalowano je na ciemnoszaro, pewnie dlatego, aby pocieszyć pacjentów, że jeśli wkrótce zejdą, przynajmniej nie będą musieli oglądać tych ścian. Świeciło tam kilka jasnych lamp, w większości skierowanych w moją stronę.

O właśnie, okazało się, że potrafię poruszać gałkami ocznymi. I do tego mam powieki! Otwierają się i zamykają! Ale bajer!

Reszta ciała najwyraźniej nie posiadała przydatnej funkcji ruchu. Widać nie zapłaciłem za tę opcję przy zakupie. Mogłem też dorzucić ochronę przed rdzą i jakieś wycieraczki.

Nie byłem w stanie ruszyć głową. Z językiem szło nieco lepiej, ale miałem wrażenie, że coś blokuje mi usta. Przypominało to ochraniacz na zęby, jakiego używają futboliści, ale było jeszcze grubsze. Reszta ciała pozostawała w bezruchu.

Bo była też jakaś reszta. Domyśliłem się tego, gdy zauważyłem palce u nóg. Wówczas do głowy przyszły mi dwie sprawy.

Po pierwsze, palce stóp śmiesznie wyglądają.

Po drugie, byłem nagi.

Dziewczyny, powstrzymajcie emocje. I tak byłbym niedostępny. W sensie fizycznym. Ten szpital, czy cokolwiek to było, znajdował się parę tysięcy lat świetlnych od Ziemi, więc ciężko byłoby mi wpaść z wizytą na bzykanko, relaks przy filmie czy jakkolwiek Ziemianie mówią teraz na łóżkowe wygibasy.

*

No co? Mogę chyba pofantazjować o tym, że jakaś babka chciałaby zaprosić mnie na bzykanko? Bądźcie wyrozumiali.

A jeśli mój slang zdążył wyjść z mody, pamiętajcie, że w ostatnim czasie nie bywałem na Ziemi.

A zatem podsumujmy.

Jestem Joe Bishop, dureń pierwszej klasy.

Trafiłem do szpitala kosmitów, gdzieś...

Skąd wiem, że dorwali mnie kosmici? Po napisach w obcym języku na ścianie! To kristański alfabet. Leżałem za daleko, by cokolwiek rozczytać, widziałem jednak wielkie oznaczenie, które w naszym języku brzmiałoby G-3. Do czegokolwiek służył sektor G, ja musiałem być w trzecim pomieszczeniu.

Aha, jeszcze jedno.

Szpital był na jakiejś planecie. Po czym to poznałem? To proste. Grawitacja wgniatała mnie w łóżko czy cokolwiek to było. Na kristańskich okrętach nie ma sztucznej grawitacji, musiałem więc być na planecie Kristangów.

Tak, tak, mądrale, wiem, że kristańska jednostka mogła wywołać efekt przyciągania, stale przyspieszając, jednak to mało prawdopodobne. Okręty kosmiczne nie marnują paliwa na takie manewry. Jeśli chcą przebyć spore odległości, wykonują skok.

Odpowiedzieliśmy sobie już na pytania "kto?" i "gdzie?". Idę jak burza, co nie?

Jak tu trafiłem? Nie mam pojęcia! Moje ostatnie wspomnienie było raczej radosne. Pamiętałem odlot okrętów kosmicznych z planety i pomyślne ukończenie jakiejś ważnej i niebezpiecznej misji. Myśl o tym napełniała mnie zadowoleniem, choć wciąż nie przypominałem sobie szczegółów.

Dlaczego się tam znalazłem? Po zastanowieniu olśniło mnie, że musiałem zostać porwany przez Kristangów. Byłem niewyobrażalnie dumny z siebie po rozwikłaniu tej zagadki.

Ostatnie pytanie brzmiało: kiedy? Tego również nie wiedziałem. Na ścianie przede mną nie wisiał żaden zegar.

Pamięć mi nie służyła, a emocje wymykały się spod kontroli. W jednej chwili byłem pełen euforii, gotowy podbić świat, a zaraz potem pogrążałem się w przygnębieniu i marzyłem, by skulić się na kanapie w starym dresie, wyżerać piankę Fluff łyżkami ze słoika i zatracać się w żalu nad sobą.

Właśnie, Fluff... Kurde, ale byłem głodny!

Przez pewien czas tak to właśnie wyglądało. Na przemian traciłem i odzyskiwałem świadomość. Wybuchałem śmiechem na widok własnych stóp. Głowę miałem tak przekrzywioną, że nie widziałem swojego, no wiecie, sprzętu, ale to akurat nie powód do śmiechu. Głównie jednak zastanawiałem się, jak się w to wszystko wpakowałem.

I jak mogłem być aż takim kretynem.

ROZDZIAŁ 4

Margaret Adams upewniła się, że wewnętrzna śluza lądownika jest całkowicie zamknięta, a następnie ręcznie otworzyła drzwi prowadzące do doku. Pomieszczenie było słabo oświetlone, głównie lampami z kabin dwóch lądowników. Jeden z sokołów miał włączone przednie światła, więc wszystko, co znajdowało się w doku, rzucało niepokojące cienie.

- Hej... - Stojący przy drzwiach Lamar Greene kiwnął głową do Adams.

- Cześć - odpowiedziała, rozglądając się na boki. Wokół lądowników rozstawiono łóżka polowe przymocowane do pokładu. Połowa była zajęta przez ludzi w śpiworach, luźno oplecionych pasami, dzięki czemu nie unosili się w stanie nieważkości.

Ponieważ sprzęt recyrkulujący tlen i wodę jak na złość wciąż odmawiał posłuszeństwa, jedynym źródłem świeże­go powietrza pozostawały zadokowane lądowniki, z otwar­­tymi rampami i bocznymi drzwiami. Dwie małe jednostki nie miały dość siły, by filtrować powietrze w przestronnym doku, a po upływie trzech dni poziom dwutlenku węgla w tym miejscu zbliżał się do niebezpiecznego poziomu. I tak było tam lepiej niż w innych częściach okrętu, gdzie powietrze nabrało wyczuwalnego, nieprzyjemnego smaku.

- Przyszłam sprawdzić... Co pijesz?

Mężczyzna uniósł elastyczną, plastikową tubkę, przytrzymując kciukiem zakrętkę. Połowę pojemnika wypełniał gęsty, brązowawy płyn.

- O to ci chodzi? - Przyłożył tubkę do ust, ścisnął i łyknął nieco płynu. - Wy, piraci, nazywacie to chyba szlamem.

- Wiem, jak to nazywamy - odparła sierżant. - Ale skąd to wytrzasnąłeś? Kurczę, myślałam, że Simms wyrzuciła cały ten szajs z pokładu już kilka misji temu.

- Jedna babka ze STAR, chyba kapitan Frey, dała mi z tuzin tych szlamów. Zostały tylko takie... - Greene oblizał się i skrzywił. - Czekoladowo-bananowe. Choć nie smakują...

- Ani jak czekolada, ani jak banan. Wiem, wiem... Bardziej jak kreda i plastik.

- Wszystko, czego potrzebuje dorastający chłopiec - zażartował Lamar, unosząc klapę kieszeni, w której miał kolejne pięć tubek. - W piechocie morskiej obiecano mi trzy posiłki dziennie. Mam swoje racje pod ręką.

- Przecież w kambuzie już się pieką świeże ciasteczka - zaprotestowała Adams. - Dlaczego wolisz jeść to paskudztwo?

- Ci ludzie muszą się porządnie odżywiać - odpowiedział Greene, wskazując cywili, śpiących lub zbitych w gromady i ubranych w podarowaną odzież. - Nie będę im odejmował jedzenia od ust. - Zacisnął wargi, po czym dodał: - Będę pił szlam na śniadanie, obiad i kolację, dopóki nie wypełnimy słowa danego ocalonym.

- Lamar... - Adams poczuła wyrzuty sumienia na myśl, że zjadła dwa ciastka, kiedy pracowała w kambuzie. - Mamy wystarczająco dużo prawdziwego jedzenia. Nie musimy się przerzucać na szlam. Prędzej skończy nam się... - Urwała, gdy dotarło do niej, co właśnie mówi. - Tlen.

- Możliwe, ale to niczego nie zmienia. Pijąc tę cholerną papkę, pokazuję ocalonym, że jestem gotów do poświęceń. Że staram się cokolwiek dla nich zrobić.

- Jesteś dobrym człowiekiem. - Margaret pogładziła go po policzku.

- Jestem marine - odparł Greene. - Dołączyłem do korpusu, żeby chronić takich jak oni... Niech to szlag. - Potrząsnął głową z niesmakiem. - Ci ludzie byli bezpieczniejsi na tamtej planecie niż tutaj.

- Załoga ciągle pracuje nad naprawą okrętu - przypomniała Adams bez przekonania. Wszyscy wiedzieli, że próba zrestartowania układu recyrkulacji tlenu skończyła się fiaskiem.

- Minęło już cztery dni - parsknął Lamar. - Ziemianie, których uratowaliśmy, są przerażeni. I wkurwieni. Ob­wi­niają nas o to wszystko i mają rację. Nie wiem, co mam im powiedzieć.

- "Walkiria" na pewno już nas szuka.

- Skąd wiesz, że nie wpadła w takie same tarapaty?

- Nie wiem - przyznała sierżant po chwili. - Będę mieć pewność dopiero, kiedy się z nami skontaktuje. To nie...

- Ten wasz doktorek od fizyki rakietowej... Freedman?

- Friedlander.

- Właśnie. Wczoraj widziałem się z nim w mesie. Powiedział, że skoczyliśmy ćwierć roku świetlnego od wyznaczonego celu! Margaret, przestań chrzanić. Wszyscy ci ludzie umrą, zanim "Walkiria" zdąży nas choćby zlokalizować. Obiecaliśmy im pomoc, ratunek... Ja im to obiecałem - podkreślił, uderzając się w pierś. - Tutaj czeka ich śmierć, chyba że zdarzy się jakiś cud, bo sami już nie wiemy, co, kurwa, robimy.

Oskarżycielski wzrok Lamara sugerował, że mężczyzna nie mówił wcale o sobie ani o innych komandosach. Co gorsza, gdy Adams po raz pierwszy wspomniała o ataku, Greene sądził, że chodzi o fizyczną walkę z innym okrętem, i dopiero dużo później zorientował się, o co chodzi. Fakt, że "atak" okazał się problemem z oprogramowaniem, nie zaskarbił Margaret większego zaufania ze strony Lamara. Od tego czasu Adams mówiła mu o wszystkim, co wiedziała.

- Zapomniałeś o Bishopie i Skippym - powiedziała.

- Co nam po nich? Są gdzieś daleko, w lądowniku, który nie dotarłby tu nawet za dziesięć lat. A skoro mowa o Bishopie, cokolwiek was łączy, nie chcę w to...

- Nic nas nie łączy - przerwała Adams, sztywniejąc. - Jest moim dowódcą. Twoim zresztą też.

- Nic? - zapytał Lamar z niedowierzaniem.

Pogłoski przekazywane w sekrecie przez innych piratów wskazywały na coś innego. Może "sekret" nie był tu zbyt fortunnym określeniem, bo relacje pomiędzy starszą sierżant sztabową a pułkownikiem były dla wszystkich tajemnicą poliszynela.

- Nieważne, to nie moja sprawa. Rzecz w tym, że Bishopa tu nie ma i nie będzie. Jesteśmy zdani na siebie.

- Nie. - Adams potrząsnęła głową. - Nie skreślaj Skippy'ego. Simms dowie się, że nie zjawiliśmy się w punkcie spotkania. Skoczy "Walkirią" po Bishopa i blaszaka. Prosiłeś o cud? Ta dwójka właśnie w tym się specjalizuje! Nie zliczę, ile razy wydostali nas z nierozwiązywalnych problemów. Niedługo nas znajdą. Musimy tylko poczekać.

Greene spojrzał jej w oczy, szukając w nich zwątpienia.

- Skąd wiesz, że "Walkiria" nie ma tych samych problemów z oprogramowaniem?

- To niemożliwe. Posiada całkiem inny system operacyjny.

- Może i tak... - odparł, wyraźnie wątpiąc, czy Margaret zna tajniki działania komputerów obcych ras. - Słyszałem, że coś się stało ze Skippym. Lądownik Bishopa stracił maskowanie, a wszystkie mikrotunele się wyłączyły. Jeśli liczymy, że uratuje nas sztuczna inteligencja...

- Sierżancie Greene! - zawołał jakiś chłopiec. Szedł przez pokład w o wiele za dużych butach, siłując się z mag­netycznymi podeszwami.

- Sanjay! - Greene złagodniał i podszedł do chłopca trzema długimi susami. - Poznałeś już tę panią? - Wskazał na Margaret. - To starsza sierżant sztabowa Adams.

Wychudły chłopiec nie uśmiechnął się, jednak pomachał nieśmiało ręką, chowając się za Lamarem.

- Dzień dobry, sierżant Adams.

- Na imię mi Margaret. - Adams zrobiła krok w przód, jednak przystanęła, gdy Sanjay odsunął się z jękiem. - Miło mi cię poznać, Sanjay.

- Margaret Adams to moja przyjaciółka. - Greene delikatnie pociągnął Sanjaya, by chłopiec stanął obok niego. - Poznaliśmy się dawno temu, jeszcze na Ziemi.

Sanjay wbił wzrok w pokład. Nie był przekonany.

- Margaret jest w załodze okrętu od samego początku - dodał Greene.

Wówczas chłopiec podniósł oczy i wpatrzył się bacznie w Adams.

- Czy wszystko będzie dobrze? - zapytał.

Margaret pragnęła zapewnić Sanjaya, Greene'a i wszystkich pozostałych, że właśnie tak będzie. Gdyby przeby­wali na Ziemi, mogłaby pozwolić sobie na słowa pocieszenia. Teraz to nie wchodziło w grę. Sanjay doświadczył prawdziwej grozy. Według plików przechwyconych przez Skippy'ego chłopiec miał dziewięć lat, choć wydawał się jednocześnie młodszy i starszy. Był drobny jak na swój wiek, ale można to było złożyć na karb stresu i niedożywienia. Patrzył zmęczonym wzrokiem, typowym dla kogoś znacznie starszego.

- Nie wiem, Sanjay - powiedziała Adams. - Naprawdę. Nie będę cię okłamywać. Sytuacja jest poważna. Żałuję, że was w to wciągnęliśmy. Nie sądziliśmy...

- A ja nie żałuję - stwierdził Sanjay.

- Jak to? - Adams wymieniła z Greene'em pytające spojrzenia.

- Przynajmniej jestem wśród swoich. - Chłopiec objął gestem ludzi stłoczonych wokół lądowników. A także Greene'a. I Adams.

Margaret poczuła, jak do oczu napływają jej łzy.

*

W końcu coś się zmieniło. Nie wiem, kiedy nastąpiło to "w końcu". Wydawało mi się, że czekałem całą wieczność.

Gdy jednak ten moment nadszedł, wspomniałem tęsk­nie stare, dobre czasy, kiedy nawet nie zdawałem sobie sprawy, że istnieję.

Na salę weszli dwaj Thuranie, Kristang i kombot...

Brzmi to jak początek niezłego kawału.

Dwaj Thuranie.

"Łooo..." - powiedziałem w głowie głosem Keanu Reevesa, żeby poczuć się fajny.

Dwaj Thuranie.

Oj, mówiłem już o tym?

Niedobrze. Co tu się, u licha...

Byłem przecież w kristańskim szpitalu. Na ścianach nie widziałem thurańskich symboli. Wierzcie mi, napatrzyłem się na nie wystarczająco dobrze jeszcze na "Latającym Holendrze", zanim dostosowaliśmy go do potrzeb piratów. Rikers była planetą należącą do Kristangów. Skąd więc Thuranie w...

O-o.

Jeden z zielonych ludzików majstrował przy maszynie, którą zauważałem kątem oka po prawej. Moje ciało przeszył lodowaty chłód, a potem ogarnęło mnie przyjemne ciepło.

Pamięć nadal mi wracała. Wiedziałem już, że planeta, na której się znajduję, nosi nazwę Rikers, choć miałem mgliste wrażenie, że to my nadaliśmy jej takie przezwisko. My, czyli Wesoła Banda Piratów...

Przyszło mi na myśl coś strasznego.

Zawsze gdy pozostawialiśmy okręt w potencjalnie niebezpiecznej okolicy, każdy z nas przyczepiał do karku plaster zwany "samobójką". Miał postać niewielkiej kropki i mógł usmażyć mózg impulsem elektrycznym, aby uniemożliwić odtworzenie pamięci, nawet z pomocą zaawansowanej pozaziemskiej technologii.

Gdy opuszczałem okręt, miałem na szyi taką "samobójkę". A mimo to nadal żyłem. Znaczyło to, że plaster nie zadziałał. Musiałem założyć, że Thuranie go usunęli.

Krótko mówiąc, miałem przesrane. Gdyby zielone kurduple zmusiły mnie do wyznania prawdy albo uzyskały dostęp do moich wspomnień, mogłyby dowiedzieć się wszystkiego, co ich interesowało.

Nad moją głową zamajaczyła gęba Thuranina. Wy­stra­szyłem się jak jasna cholera. Te zielone skurwiele już z daleka wyglądają szkaradnie, a teraz miałem jednego z nich tuż przed nosem. Jego oddech pachniał chrupkami serowymi. Wiedziałem, że to "on". Samce i samice Thuranów różnią się od siebie, a dzięki inżynierii genetycznej udało im się jeszcze bardziej uwydatnić te różnice. W myślach nazwałem tego osobnika Tweedledum, a jego koleżankę Tweedledee, na cześć dziwacznych bliźniaków z "Alicji po drugiej stronie lustra". Tweedledum nie miał na sobie hełmu, ale był ubrany w przylegający, elastyczny pancerz, taki jaki nosili wszyscy Thuranie na pokładzie "Holendra", kiedy przejęliśmy okręt...

O, proszę! Znów coś sobie przypomniałem! Ależ mam superpamięć!

Tweedledum coś mówił, ale go nie rozumiałem. W końcu sztucznie generowany głos w lewym uchu odezwał się po angielsku:

- Człowieku, potrzebujemy informacji.

Thuranin przyglądał mi się bacznie, zaglądając najpierw do jednego oka, a potem do drugiego. Chciałem go opluć albo ugryźć. Niemożność wykonania najmniejszego ruchu pogrzebała moje plany o zadaniu ciosu w imieniu ludzkości. Dobrze przynajmniej, że przez ten bezruch oraz ochraniacz wciąż tkwiący w szczęce nie mogłem udzielić żadnych przydatnych informacji.

Poczułem w ustach jakiś słodkawy płyn, a potem ochraniacz zaczął się poruszać. Samodzielnie. Ohyda! Skurczył się i wyślizgnął z moich ust. Wypadł na szyję albo pierś, a może i tam, i tam? Dzięki Bogu, że tego nie widziałem.

Tweedledum, czy Dum, jak go zdrobniale nazywałem, odsunął się nieco. Być może zauważył, że mam zęby i odzyskałem czucie w ustach. A także w twarzy i ogólnie wszędzie powyżej szyi. Nie było to nic miłego. Bolała mnie głowa, a na twarzy czułem kilkanaście skaleczeń i otarć. Oczy miałem wyschnięte i piekące. Na szczęście ktoś prysnął mi w nie jakąś odświeżającą mgiełką.

- Co robiłeś na Rahkarsh Diweln? - zapytał Dum. Usłyszałem łomot, jakby kombot zmieniał pozycję. Zabójcza maszyna prawdopodobnie poruszyła się, by mieć mnie w polu widzenia, gdy Dum chodził wokół. Widziałem tylko czubek zielonej thurańskiej łepetyny.

- Przyleciałem na urlop w spa - odparłem ku własnemu zaskoczeniu.

Nie dziwiła mnie ta celna riposta. Znam swoje możliwości. Chodziło raczej o to, że w ogóle się odezwałem, mimo mocnego postanowienia, że nie dam gnojkom tej satysfakcji i nie pisnę ani słówka.

- Tamtejsze źródła mineralne podobno dobrze robią na skórę.

Tweedledum spojrzał najpierw na Tweedledee, a potem z powrotem na mnie.

- Na tej planecie nie ma akwenów mineralnych - powiedział.

- Czyli zostałem źle poinformowany.

- Kłamiesz - oznajmił Dum. Był kosmitą i mówił przez kiepskiej jakości translator, a mimo to w jego głosie dało się słyszeć irytację.

Właśnie to mnie zaniepokoiło. Jego ton nie mówił: "Nie przeciągaj struny". Wówczas czułbym motywację, by poddać próbie jego cierpliwość. Miałem przed sobą chłodnego zawodowca, który mógł wykorzystać własną cierpliwość przeciwko mnie. Wiedział, że moja wytrzymałość na pewno ma granice.

- Eeee... - wydukałem. Chciałem powiedzieć prawdę. Powiedziałbym, gdybym cokolwiek pamiętał. Musiałem zostać odurzony. Gdy to sobie uświadomiłem, poczułem nowy przypływ determinacji i sprzeciwu przed zdradziecką współpracą.

- Powiedz prawdę... - polecił cicho Dum. Jego głos działał jak narkotyk. - Dlaczego tu przybyłeś? Kto cię przysłał?

Biłem się z myślami. Koleś wydawał się przyjazny. Próbował pomóc. Powinienem się odwdzięczyć. Thuranie przewyższali ludzkość pod każdym względem, więc należało okazać posłuszeństwo prawowitym władcom. Poza tym byłem zwyczajnie zmęczony i chciałem mieć to z głowy. Im szybciej puszczę farbę, tym szybciej będzie po wszystkim.

Poruszyłem ustami, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk.

- Wszechświat jest zimny i niebezpieczny - ciągnął Dum. - Ludzie potrzebują ochrony. My możemy wam ją zapewnić.

Cholera, moja zdradliwa jadaczka znowu formowała odpowiedź.

Nie mogłem jej powstrzymać... Ale może mogłem nieco zmienić słowa.

- Pierdol się, dupku! - Nie wiedzieć czemu wypowiedziałem te słowa beznamiętnie i sztywno, niczym Arnold w "Terminatorze".

Kątem oka zauważyłem, jak Dum poderwał głowę. Bez krzty gwałtowności czy gniewu. Był to kolejny pokaz jego wyważonej cierpliwości. Znaliśmy się od paru chwil, a już zdążyłem go znienawidzić.

- Zechcesz współpracować - powiedział. Nie usiłował mnie przekonać, po prostu stwierdzał fakt. - Będziemy kontynuować kurację. Pomówimy z tobą wkrótce.

Znowu poczułem wszechogarniający chłód. Nie pamiętam, co było potem.

*

Simms obudziła się wolno w ładowni. Jej śpiwór szarpnął się na linie, do której został przyczepiony. Spanie w zerowej grawitacji wydawało się może przyjemne, ale wcale takie nie było. Jennifer wiecznie budziła się z opuchniętą twarzą i zatkanym nosem. Minęło sześć dni, odkąd na pokładzie padło zasilanie. Od dwóch dni przy przebudzeniu dokuczał jej ból głowy. Wewnątrz "Walkirii" gromadził się dwutlenek węgla i miało być jeszcze gorzej. Simms poprawiła łańcuszek na szyi. Drobne ogniwa ocierały jej skórę. Na łańcuszku zawieszony był klucz do głowicy jądrowej. Pułkownik początkowo zakładała go do snu, teraz jednak nosiła go stale, by przypominał jej, że jeśli postanowi zdetonować atomówkę, zrobi to wyłącznie na własną odpowiedzialność.

Pomimo wszelkich starań nigdzie nie udało się przywrócić zasilania. Dwoje obcych jeńców, czy "gości", jak kazała ich nazywać, nie było w stanie pomóc. Jeraptha przy­najmniej zachowywał stoicki spokój, natomiast Ru­har­ka wciąż nie mogła się pogodzić z sytuacją i wkurzyła się jeszcze bardziej na wieść, że ludzie stracili panowanie nad maxolhxańską jednostką, której nawet nie powinni pilotować.

Simms wyczołgała się ze śpiwora, pociągnęła łyk wody z bidonu i omiotła głowicę światłem latarki. Nieliczna załoga okrętu źle reagowała na coraz bardziej trujące powietrze, narastający chłód i ogólny brak komfortu. Humorów nie poprawiała wiedza, że stan ten będzie się tylko pogarszał, aż w końcu Simms przekręci klucz i wysadzi wszystkich. Brakowało im najważniejszego - nadziei. Skoro "Latający Holender" przepadł, a los Bishopa i Skippy'ego pozostawał nieznany, czy warto było odwlekać nieuniknione?

Na co jeszcze czekała? Simms pogładziła klucz przez bluzkę. Może najlepiej byłoby go wykorzystać i oszczędzić wszystkim cierpienia? Skoro nie ma już nadziei...

Jennifer podpłynęła do głowicy i uniosła wieko, odsłaniając dziurkę od klucza.

*

Tweedledum wrócił. Tym razem towarzyszył mu tylko grzechoczący kombot. Maszyna miała schowane działa, ale utkwiła we mnie spojrzenie czerwonego oka. Spojrzenie, które miało chyba napełniać mnie lękiem, ale tak naprawdę wyglądało głupkowato. Spędziłem na "Holendrze" tyle czasu, że wiedziałem wszystko o kombotach. Nawet rozkładałem te cholerstwa na części, żeby zrozumieć, jak działają. Były to zwykłe roboty, sterowane implantami thurańskich cyborgów. Czujnik optyczny w ogóle nie musiał świecić. Ta funkcja służyła zastraszaniu słabych istot żywych. My uznaliśmy to za bzdurę i wyłączyliśmy ten dodatek u wszystkich kombotów na naszym okręcie.

Kombot nie wydawał mi się więc przerażający bardziej niż inne budzące grozę urządzenia w tym pomieszczeniu. Zdążyłem już zauważyć, że nie jestem w szpitalu, a raczej na jakiejś sali przesłuchań. Nie rozumiałem tylko, dlaczego Thuranie wylądowali na planecie, zamiast wziąć mnie na pokład swojej jednostki.

O tak, pamiętałem ich okręt. Cokolwiek robiły mi te zielone pokurcze, używając narkotyków, środków chemicznych oraz nanomaszyn pływających w moim krwiobiegu i sondując mi mózg, ich zabiegi przynajmniej zdołały przywrócić mi pamięć.

Gdy jednak przypomniałem sobie, co się stało, zdałem sobie sprawę, że jesteśmy w poważnych tarapatach.

Wszyscy, nie tylko ja. Mam na myśli członków załóg "Holendra" i "Walkirii". Chang, Simms i Smythe zapewne spróbują mnie zlokalizować i uratować. Byłoby to skrajnie niebezpieczne i gdybym mógł skontaktować się z Changiem, zakazałbym mu zbliżać się do planety. Narażanie okrętów nie miało sensu. I tak nie mogłem ujść z tego z życiem. Zresztą bez pomocy Skippy'ego operacja ratunkowa była skazana na niepowodzenie. Liczyłem, że Kong to zrozumie i...

No właśnie, i co?

Bez Skippy'ego przepadła cała nasza nadzieja. Nie miałem pojęcia, co pocznie Chang z dwoma okrętami, bo sam nie wiedziałem, jak postąpiłbym w takiej sytuacji. Niewiele można było zrobić. Bez Skippy'ego nie dało się aktywować tunelu czasoprzestrzennego Pradawnych przenoszonego w pobliże Ziemi. Cała akcja okazała się stratą czasu.

Najgorsze było jednak to, że chciałem współpracować z Dumem. Mało tego, czułem, że jestem mu winien lojalność. Był po mojej stronie, gotów chronić rodzaj ludzki. Wystarczyło, że powiem całą prawdę. Och, jakże pragnąłem to zrobić.

Ale nie mogłem. Nie wiem dlaczego. Thuranin przepytywał mnie od wielu... godzin? Dni? Tygodni? Za każdym razem starałem się udzielić odpowiedzi, na które zasługiwał, lecz albo nie byłem w stanie wydusić słowa, albo wygadywałem jakieś obraźliwe brednie. Źle się z tym czułem. Co gorsza, słyszałem, jak go okłamuję, przedstawiając oficjalną wersję wydarzeń.

- Człowieku - zaczął Dum cierpliwie - powiedziałeś, że wasza obecność na tym świecie była częścią operacji Legii Pozaziemskiej. Mieliście ocalić przetrzymywanych tam Ziemian. Twierdzisz, że Ruharowie poparli tę akcję.

Rzeczywiście, wcisnąłem mu ten kit i bardzo się tego wstydziłem. Thuranin wyjaśnił, że jego okręt przybył na Rikers, aby wyzwolić ludzi uwięzionych przez Kristangów, a moje działania tylko wszystko spieprzyły.

Dziwna sprawa. Po części miałem świadomość, że Chang spróbuje mnie uratować, ponieważ Thuranie są krwiożerczymi sukinsynami. Z drugiej strony, chciałem współpracować z Tweedledumem, który pragnął jedynie pomóc moim ziomkom. Cóż mogę powiedzieć? Wtedy miało to dla mnie sens. Ale to pewnie sprawka prochów, którymi mnie faszerowano.

A skoro mowa o sensie, pogodziłem się ze zdradą Skippy'ego. Blaszak doznał ciężkiego szoku, gdy większość jego rzekomej wiedzy okazała się stekiem kłamstw. Odkrył, że Pradawni byli podłymi skurwielami, a on brał udział w ich okrutnych poczynaniach.

Sporo o tym myślałem. Nie łudziłem się, że Skippy ocali ludzi. To było już niemożliwe. Wierzyłem natomiast, że postąpi jak należy, patrząc z bardziej ogólnej perspektywy, w której ludzie byli zaledwie gromadką bezmyślnych dzikusów. Skippy uznał, że jego obowiązkiem jest nie jakieś wydumane ratowanie świata, ale ocalenie całej Galaktyki. Mógł mieć rację. Co komu po uratowaniu Ziemi przed Maxolhxami, jeżeli złe SI przebudzą się i zniszczą całe rozumne życie w Drodze Mlecznej?

Właśnie dlatego musiałem zaufać wspaniałości.

Hmm, to również mógł być efekt narkotyków. Bo w głębi serca wciąż nienawidziłem blaszaka za to, że olał naszą przyjaźń i zostawił nas na pastwę losu.

Trudno, chrzanić to. Teraz i tak nic nie mogłem na to poradzić.

Tweedledum cały czas do mnie gadał.

- Wiem, że kłamiesz - oznajmił, a mnie znowu zrobiło się zimno. - Zaczniemy od początku?

*

Mark Friedlander ściągnął mocniej sznurki śpiwora. Nie było mu zimno, po prostu nie chciał wysunąć się na zewnątrz, kiedy już zaśnie. O ile zdoła zasnąć.

Próba połączenia SI sokoła z komputerem "Holendra" okazała się nie tyle niepowodzeniem, co kompletną katastrofą. Zaraz po podłączeniu kabla do okrętu wszystkie ekrany na pokładzie lądownika zwariowały, a akumulatory zaczęły się przegrzewać. Odczepienie przewodu nie zatrzymało kaskady obcego kodu, a eksplozji udało się zapobiec tylko dzięki otwarciu włazów i ręcznym wyrwaniu okablowania akumulatorów. Jeden z nich i tak zdążył się roztopić, uszkadzając przy tym dwa inne. Dla bezpieczeństwa Chang polecił niezwłocznie wystrzelić sokoła przez zwiększenie ciśnienia w doku i wysadzenie drzwi. Lądownik wciąż dryfował z prędkością niewiele ponad dwóch metrów na sekundę. Widok wirującego kadłuba był niczym drwina z głupich ludzi tkwiących na niszczejącym okręcie.

Żywot "Latającego Holendra" niewątpliwie dobiegał kresu. Friedlander robił, co mógł, by przywrócić moc albo przynajmniej uruchomić systemy podtrzymywania życia. Wszyscy ludzie posiadający wiedzę techniczną postępowali tak samo. Jak na razie nie przyniosło to żadnych rezultatów.

Tego dnia Mark zauważył coś, co zmartwiło go tak bardzo, że postanowił zameldować o tym Changowi. Wśród załogi krążyło powiedzenie "zaufaj wspaniałości". Używano go ironicznie. Każdy wiedział, że wspaniałość Skippy'ego nie jest godna zaufania. Teraz jednak ludzie zaczęli powtarzać to hasło ściszonymi głosami, niczym żarliwą modlitwę. Liczyli, że zdarzy się cud i Skippy przybędzie z pomocą. Uważali, że bez blaszaka należy porzucić wszelką nadzieję. Mark dopuszczał do siebie myśl, że może to być prawda.

Zamknął oczy, usiłując uspokoić myśli i zasnąć, albo przynajmniej trochę odpocząć. Wszystko na nic. Gdy tylko otwierał oczy, od razu spoglądał na mały wskaźnik mocy u dołu zFona. Kolejna dziwna i niewyjaśniona sprawa. Wskaźnik zazwyczaj świecił bardzo słabo. Teraz rozjarzył się na pomarańczowo, mimo że telefon nie był ładowany.

Friedlander nie był w stanie zrozumieć dziwnego zachowania zwykłego telefonu. Jak można było oczekiwać, że zrestartuje reaktor fuzyjny na okręcie kosmicznym?

Nie mając nic innego do roboty i czując wyczerpanie, tak fizyczne jak i emocjonalne, naukowiec gapił się na lampkę. Stopniowo tracił ostrość widzenia i przymykał powieki, odpływając w półsen...

Wtedy lampka zamigotała powoli i nierówno.

Włączyła się, wyłączyła, potem znowu włączyła.

Następnie zgasła dokładnie na sekundę.

Włączona, wyłączona, włączona, wyłączona, włączona.

Kolejna przerwa.

Włączona, wyłączona, włączona, wyłączona, włączona, wyłączona, włączona, wyłączona, włączona...

Friedlander oprzytomniał, szarpnął za sznurki i wyskoczył ze śpiwora. Na pokładzie "Holendra" nadal było ciepło za sprawą izolacji zapewnianej przez próżnię oraz ciepła wydzielanego przez stłoczonych ludzi, więc Mark sypiał tylko w spodniach od dresu. Naciągnął koszulkę i wlepił wzrok we wskaźnik zFona. Znowu zamigał.

Siedem razy.

Dwa, trzy, pięć, siedem...

Liczby pierwsze! Lampka wcale nie migała losowo. Ktoś próbował się porozumieć!

Aby mieć pewność, naukowiec odczekał jeszcze chwilę. Wskaźnik pominął liczbę dziewięć, podzielną przez trzy, a zatem niebędącą liczbą pierwszą.

Tym razem zamigał jedenaście razy. Potem trzynaście. I siedemnaście.

Friedlander spodziewał się, że następnym razem zaświeci się dziewiętnaście razy.

Zamiast tego mignął raz, a potem drugi.

Przerwa.

Dwa, dwa.

Przerwa.

Jeden, jeden.

Naukowiec wstrzymał oddech. Jeśli kolejną sekwencją miało być "jeden, cztery", już wiedział, co...

Rzeczywiście. Jeden, cztery.

Friedlander wcisnął telefon do kieszeni, odbił się od kanapy i wyleciał z pokoju.

*

- Człowieku - odezwał się Tweedledum, by zwrócić moją uwagę. Tym razem oprócz niego w pokoju było jeszcze troje Thuranów, jeden samiec i dwie samice. Wydawało mi się, że każde z tej czwórki mówiło do mnie i zadawało pytania, ale mój mózg wciąż nie działał poprawnie, więc nie miałem pewności. Przez większość czasu rozmawiałem z Dumem, a może chciał on tylko, abym tak uważał.

Powoli przeniosłem na niego wzrok, skupiając się na twarzy od nosa w górę. Dziwnie było słyszeć jego słowa, nie widząc ruchu ust.

Gdy Dum przekonał się, że jestem świadomy i skupiony, mówił dalej:

- Choć dołożyłem wszelkich starań, by okazać dobrą wolę, nadal odmawiasz współpracy. - W jego głosie, pełnym niewzruszonego spokoju, zabrzmiały niepokojące tony. Najwyraźniej jego cierpliwość miała swoje granice, albo po prostu inne zielone złamasy kazały mu się sprężać. - Musimy przejść do kolejnej fazy, obejmującej bezpośrednie sondowanie mózgu. Będzie to dla ciebie niebezpieczne. Jeżeli chcesz powiedzieć prawdę, teraz jest ku temu najwyższy czas.

- Spierdalaj - usłyszałem własne słowa. Tak mi się przynajmniej wydawało.

W sumie brzmiało to jak coś, co mógłbym powiedzieć.

Widziałem kombota stojącego pod ścianą. Wcale się go nie bałem. Co innego, jeśli chodzi o wielką maszynę zniżającą się do mnie z sufitu...