Exegi monumentum - Stanisław Przybyszewski

Kup ebooka

4.49 zł
3.68 zł (2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

EXEGI MONUMENTUM

Jeżeli kto mógł o sobie powiedzieć, że stworzył dzieło "aere perennius", to Stanisław Wyspiański.

Jakieś niepomiernie bogate, książęce chłopię z królewskiego rodu. Pogrobowiec - ostatni z Piastowiczów - jakaś zbłąkana dusza ostatniego z Piastów, nigdy jeszcze dotąd niewcielona, obrała za swoją siedzibę wątłe i delikatne ciało, spłodzone przez rodziców Wyspiańskiego. Oni to dali jedynie tylko ten biedny przytułek, w który miał wkroczyć dostojny gość królewskiego rodu, by w tej nędznej lepiance objawić cuda minionych wieków, przed oczyma biednej teraźniejszości wyczarować czary i dziwy rzeczy dawno zapomnianych, rozślnić je oślepiającym blaskiem niesłychanego bogactwa i piękności. A miał ci on klucze do ukrytych skarbów Sezamu - Wyspiański miał dziwną tego świadomość: wszak jedyny obraz jego o większych rozmiarach, to "Skarby Sezamu"; w tym skarbcu bezustannie przebywał, a pamięcią rzeczy przed jego pamięcią niepomiernie go wzbogacił. Bo zaiste dziwna rzecz: pamięcią swoją - zdumiewające potwierdzenia nauki Platona o "anamnesis" - sięgał do legendarnych wieków, o których cośniecoś pisana historja majaczy, żył wśród nich, znał je lepiej, aniżeli teraźniejszość, którą żyć był zmuszony, dla której nic nie miał prócz królewskiej pogardy. Tam, skąd swój rodowód wywodził, czuł się dobrze: w piastowskich świetlicach nad Gopłem, czy też nad Wisłą, wśród dziwożon, rusałek, przy biesiadnych stołach między pogańskimi książęty lub też tymi, z których chrzest nie zdołał zmyć pogańskiej piękności i którzy w dalszym ciągu chyłkiem i pokryjomu bogom swym wierni pozostali. To było moje pierwsze wrażenie, gdym po 10-cioletnim pobycie zagranicą przybył wreszcie do Krakowa - do Polski - i na samym wstępie otrzymałem od Artura Górskiego egzemplarz "Legendy" - podobno piąty z całego nakładu, który nietknięty piętrzył się w ciasnej ubikacji redakcji "Życia". Byłem olśniony tą wspaniałą wizją, rzeczywistszą od wszelkiej rzeczywistości. Widziałem w niej duszę wielkiego artysty, który zdołał wyłonić się z swej skorupy, przedarł przez grube zwały ciemnych chmur, strzegących zazdrośnie tajemnic najodleglejszej przeszłości, tej - zdawałoby się - już na zawsze w grobach zamkniętej, i potęgą żywego światła "wydarł ją popiołom". "Legenda" przestała być wizją - stała się jawną, namacalną rzeczywistością, i to dawało mi najpewniejsze kryterjum wielkiego artysty, że w swoje wizyjne widzenie uwierzyć mi kazał - właśnie dlatego, że wizja jego, mocą potęgi, jaką ją przeżywał, stała się i dla mnie rzeczywistością. Pomnę, gdym na każdym "five o'clock'u", a było ich kilka, na które mnie jako zamorskie zwierzę, opatentowane przez zagranicę, zapraszano, obnosił się z "Legendą" i entuzjastycznie głosiłem jej piękność - jak podejrzliwie na mnie patrzano, czy ja przypadkowo jakichś kpin nie stroję. - Po on czas uważano jeszcze Wyspiańskiego jako "nieszkodliwego grafomana" - a mój zachwyt stawiano na równi z mojem pytaniem: "Czy jadła już Pani wątróbkę dziecka"? Późniejsza, najżarliwsza protektorka Wyspiańskiego przyznała mi się wtedy szczerze, że szukała tylko sposobności, by mnie ukarać za moje niewczesne żarty. Ciężkie to były czasy dla Wyspiańskiego - całkiem zapoznany, podziwiany li tylko przez garstkę przyjaciół - z których Ludwik Szczepański, pierwszy redaktor "Życia", poświęcił mu garść gorących słów uwielbienia, żył w zupełnem odosobnieniu i w najfatalniejszych warunkach życia. Wprawdzie stworzył już te niesłychane witraże w kościele Franciszkanów, wykonał już był polichromję w presbiterjum, majestatyczną potęgą opanował cały kościół witraż jego "Bóg Ojciec", ale zatarg jego z O. O. Franciszkanami, którzy chcieli mu narzucić swoje śmieszne, banalne pomysły, a nadomiar pokryli mu ściany olbrzymiemi, mizernemi obrazami, doprowadził do zerwania dalszych układów i Wyspiański, tak czy tak nędznie opłacany, pozostał całkiem bez zarobku. Nie wiodło się. W ciężkiej, niesłychanie nużącej i fizycznie - dla niego przynajmniej - nadludzkiej pracy obtłukł z tynku cudowny kościółek św. Ducha - wyłowił z pod warstw tynku niezmiernie ciekawe freski z XVI wieku, marzył o tem, by swoją polichromją powrócić kościołkowi dawną piękność, którą on jedyny - mocą swej najdalej wstecz sięgającej pamięci - tak znał, jakby w jego oczach była tworzoną: pomylił się. Plon jego pracy zebrał kto inny, którego artyzm nie przewyższał majsterstwa malarza pokojowego. A jakim cudem mogłoby się stać wnętrze architektonicznie tego przedziwnie pięknego kościołka, jedynego może w całej Polsce! Wszystko się rozbijało o marną parafjańszczyznę, która nienawidzi wielkości, pełza przed nią tylko, gdy się jej lęka, o potworne zwyrodnienie smaku mieszczaństwa krakowskiego, tegoż samego, które ongiś Dürerów, Stwoszów i Fischerów z Norymbergji sprowadzało, by na krakowskim gruncie piękność zaszczepić, a dziś korzyło się w uwielbieniu przed mdłą, miałką, oślizgłą secesją wiedeńską z arcymistrzem Klimtem na czele. Ale wyższe ponad to wszystko było królewskie chłopię - nawet wzgardy nie odczuł, raczej litość nad tą potworną nędzą skarłowaciałych potomków wielkich przodków - zabrał się do nowej pracy. Stworzył kilka kartonów, pomyślanych jako witraże do odnawiającej się właśnie katedry na Wawelu. Nie znam nic równie potężnego, przerażającego ogromem grozy, wielkości, majestatu śmierci, a równocześnie wiekuistego bytowania. Żaden Pantheon, żadne Mauzoleum nie byłoby mogło się mierzyć z katedrą na Wawelu, gdyby te jedyne w swoim rodzaju witraże były znalazły pomieszczenie w tej jednej z najbogatszych katedr, - i to nietylko w Polsce. Wyspiańskiego karton do witrażu: "Kazimierz Wielki", taki, jakim go ujrzał, gdy był pomocny Matejce przy otwieraniu sarkofagu wielkiego króla, jego "Stanisław Szczepanowski", straszny w swej monarszej, wszechpotężnej świętości, już te dwa witraże kazałyby paść każdemu narodowi, o jakiej takiej kulturze artystycznej na kolana nietylko przed wielkim artystą, ale i "altissimo poeta", który zdołał przeszłość w tak potężnych symbolach przed oczy stawić. Inaczej w Polsce! Smutnej pamięci książę kardynał Puzyna, ten sam, który kazał swojemu pachołkowi, austrjackiemu cenzorowi, "Życie" zniszczyć, odrzucił z wstrętem witrażowe kartony Wyspiańskiego! Co za moc, jakie iście królewskie poczucie swej siły i swego posłannictwa, że to królewskie chłopię nic skruszyć, złamać! - ba! nawet zniechęcić nie mogło. Tajemnicą tej jego potęgi to właśnie to, że dla niego teraźniejszość nie istniała, on żył tylko niespożytą świętością przeszłości, której żadna głupota, żadna nędza ludzka ani sponiewierać, ani skazić nie może. W tym to czasie poznałem Wyspiańskiego, a długo przyszło mi zanim gonić - wreszcie przyprowadził mi go Adolf Nowaczyński. Nie zapomnę tego wrażenia. Robił wrażenie nieśmiałego młodzieńca. Twarz blada, prawie przezroczysta, o piękności wygasających rodów. Jeden wąs zwieszony, drugi podkręcony pod górę, smukły, średniego wzrostu, niezwykle piękne ręce, a dziwnie niebieskie oczy, jakby zamglone i nawewnątrz w siebie zwrócone. Mówiliśmy o Paryżu, skąd właśnie wracałem, cichym uśmiechem pokwitował mój entuzjazm z powodu jego "Legendy" i jego witrażów w kościele Franciszkanów, wyraził się, że nie mógł całego dzieła dokończyć, rozgrzał się, gdym mówił o witrażach w St. Germain aux Rois i St. Germain de Pr?s, słuchał z niezwykłem zainteresowaniem, com mu opowiadał o katedrach w Toledo i Burgos, wkońcu przyrzekł, że mnie nazajutrz odwiedzi. I rzeczywiście przyszedł razem z Rydlem. Miałem prawie wszystkie akwaforty Goyi, dwa obrazy Edwarda Muncha i dwie rzeźby Gustawa Vigelanda i mnóstwo fotografij z wnętrz katedr hiszpańskich. Te ostatnie najwięcej go zajęły. Szczególnie długo i uważnie badał niesłychanie bogato ozdobione wnętrze kościoła San Juan de los Reyes w Toledo. - Gdyby coś podobnego można stworzyć na Wawelu! I znowu dziwnie się uśmiechnął z tym wyższości pełnym sarkazmem, który mnie dziwnie do niego przyciągał. Wzrok jego błądził po ścianach i uporczywie wlepił się w obraz Muncha: O futrynę drzwi, prowadzących do salonu, oparł się młody człowiek i przypatruje się w zadumie tańczącym parom w głębi salonu. Ile razy czytam "Wesele", bezustannie przypomina mi się Wyspiański, tak samo stojący na progu izby, w której wesele bronowickie się odbywa, i w niesłychanem skupieniu twórczem obrysowujący pierwsze zarysy do swego nieśmiertelnego dramatu. Obrysowujący - umyślnie to już teraz zaznaczyłem - więcej jeszcze: narzucający tu i owdzie plamy na obrazie, dla nikogo, prócz niego nie zrozumiałe, obwodzący bezwiednie palcem niewidzialne dla nikogo kontury. Nie mogę się pozbyć tego wrażenia, że ten obraz Muncha, w który Wyspiański za każdym pobytem w moim domu tak uporczywie się wpatrywał, stał się zalążkiem nie dramatu - nonsens! - ale faktury samej dramatu. Ponoć tak stał na progu izby podczas wesela bronowickiego i bezustannie w niemej zadumie przypatrywał się tańczącym parom i dusze im od samego dna odrywał, by je, sromotnie nagie, biczować i chłostać. Spojrzał na fortepian - na wierzchu leżała partytura R. Wagnera: Walkirja - prosił, bym mu coś zagrał. Zagrałem mu wstęp do trzeciego aktu (Walkürenritt) i pożegnanie Wotana z Brunhildą - można sobie wyobrazić moje zdumienie: Wyspiański znał nieledwie każdą nutę "Walkirji", a jak potem w poufnej rozmowie się zdradził - cały "Niebelungenring" i "Tristana i Izoldę". Muzyka rozerwała wszelkie lody - tych właściwie nigdy nie było między nami - ale zamieniła wszelką obcość już na serdeczniejszy stosunek. Odtąd widywaliśmy się często. Zaprosił mnie do swej pracowni. Mieściła się na placu Marjackim, naprzeciw kościoła Marjackiego w dziś już zburzonej dwupiętrowej kamieniczce: jeden pokój, wąski, jak kiszka, o dwóch oknach, ciasno tam było, że ruszać się obok siebie było trudno i nieład ogromny - zdaje się, że był tylko jeden stołek. Z kościoła dolatywała muzyka organów i pienia nabożnych, a wszystko to razem zlewało się w dziwny akord, stanowiący zasadniczą dominantę duszy tej dziwnej pracowni. Jedną ścianę pokrywał już wspomniany, wtedy jeszcze nieskończony obraz - czy został wogóle skończony? - "Skarby Sezamu" - obok stał karton witrażu "Kazimierz Wielki", kilka kartonów z główkami dzieci, portrety Rydla, Opieńskiego, Kaz. Lewandowskiego - na półkach kilkanaście książek, z których podał mi jedną: tomik poezyj Maeterlincka: "Serres chaudes" (Cieplarnie). To było jak objawienie!

RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.