Ewangelia według Heroda - Marcin Wolski

-
Proszę czekać
 

ROZDZIAŁ I STRAŻNIK

 

Wysoko na niebie pojawił się sęp. Potem drugi, trzeci, czwarty. Szybowały powoli, tworząc figurę przypominającą romb albo, dla kogoś o bardziej poetyckim usposobieniu, Krzyż Południa.

- Zwietrzyły padlinę, miejmy nadzieję, że nie naszą! - mawiał w takich momentach Glenn Butler, najlepszy dowódca, jakiego miał do tej pory Joe Carpenter.

Słońce paliło niemiłosiernie, jednak po otwarciu okna do wnętrza samochodu, mocnego landrowera z napędem na cztery koła, wdarł się chłodny powiew, bez śladu zwrotnikowego żaru. Zrozumiałe: znajdowali się ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza.

Świeże powietrze przypomniało Carpenterowi, że upływa już piąta godzina bez papierosa. Postanowił jednak być konsekwentny i nie zapalić aż do południa. I nie chodziło wcale o stosowanie się do zaleceń doktora Lewisa. Zamierzał po raz kolejny udowodnić sam sobie, że potrafi. Zresztą co innego mu zostało poza walką z własnym organizmem? Inne walki definitywnie zakończył. Był na emeryturze i wiedział, że nie ma co marzyć o powrocie do służby. Tamten okres jego życia skończył się idiotycznie, na przedmieściu Gori, wraz z wybuchem przypadkowego pocisku. Nie była to ani jego wojna, ani jego akcja, znalazł się w niewłaściwym czasie w niewłaściwym miejscu, i to wyłącznie ze względu na Maud. Gdyby wierzył, być może zastanawiałby się, kto zabawił się jego losem: Bóg czy szatan? A może wspólnie?... Kiedy wyleczył się z kontuzji i pozbierał się w całkiem nowej dla siebie sytuacji, jego stan zawieszenia w próżni nie trwał długo - znalazł pocieszenie. Mógł nareszcie zająć się tym, od czego oderwała go służba dla ojczyzny: starożytnością, nierozszyfrowanymi inskrypcjami, zaginionymi językami, tajemnicami, nad którymi łamali sobie głowy rozmaici Deanikenowie i faceci z sekcji specjalnej NSA.

 

Marzył o tym w młodości, ale wówczas przypominało to jedynie miraż - był za biedny, za mało wygadany, nie miał szans na stypendium, nie dysponował też odpowiednimi znajomościami... Teraz, po blisko trzydziestu latach robienia setek rzeczy z konieczności, osiągnął niezależność - był bogaty: doskonale zainwestowane pieniądze zostawione mu przez Maud przypominały baśniową butelkę niedopitkę. Bez względu na to, ile wyciągał z konta, saldo praktycznie nie ulegało zmianie. I tak James Bond miał szansę zmienić się w Schliemanna. Wystarczyłoby trochę szczęścia. Niestety, pierwsze podejście nie przyniosło satysfakcjonujących efektów. Dwa wielotygodniowe pobyty rok po roku na Saharze okazały się ślepą uliczką. Parę znalezionych artefaktów i klika na wpół zatartych inskrypcji w jaskini to zbyt mało, aby ogłosić odkrycie zaginionej cywilizacji, która, jego zdaniem, MUSIAŁA istnieć wokół śródlądowego morza, jakim w V i IV tysiącleciu było przypominające dziś wysychającą solankę jezioro Czad. Wedle opinii kilku paleohistoryków, to ona dała początek cywilizacji egipskiej, a także legendzie o Atlantydzie, tyle że pochłoniętej nie przez morze, a przez piaski... Może gdyby miejscowe władze nie uznały go za szpiega i nie cofnęły wizy, sprawy potoczyłyby się inaczej?

Cóż, musiał się przyzwyczaić, że jego dawne życie rzucało długi cień na kwestie bieżące. Niemniej uważał, że tu, w Abisynii, powiedzie mu się lepiej. Najważniejsze - miał po co żyć. Owszem, brakowało mu tych strzałów adrenaliny, które przez kilkanaście lat towarzyszyły jego akcjom na Bałkanach, w Iraku czy wreszcie w Afganistanie, gdzie każdy dzień mógł być ostatni. Inna sprawa - niekoniecznie dla niego.

- Widocznie tak już musi być, urodziłem się cywilem i umrę cywilem! - mówił do lustra, wypijając przed snem szklaneczkę bourbona.

Czasami, kiedy przeholował w liczbie szklaneczek, w lustrze pojawiała się Maud. Wyrastała ponad jego lewym ramieniem, niekiedy jako cień ektoplazmy, czasem wyglądała bardziej realistycznie, ale zawsze blado, jak wtedy na gruzińskiej ziemi, dokąd zaniosła ją reporterska pasja, a on zaofiarował się, że zostanie jej ochroniarzem. Tylko kto mógł ją ochronić przed niespodziewanym rosyjskim ostrzałem?... Ile to już lat minęło? Jeśli lata spędzone w małżeństwie liczą się podwójnie, to lata wdowieństwa pewnie potrójnie...

Krajobraz wokół samochodu przypominał mu jedną z tych rozległych europejskich równin na wschodzie, skąd pochodzili jego przodkowie: ziemia płaska jak stół, spokojna zieleń i drzewa podobne do tych, które rosną w klimacie umiarkowanym, stada pasących się krów, zbiorowiska chałup, choć dopiero przy zbliżeniu wychodziła na jaw ich odmienność. W Europie nikt nie buduje okrągłych chatek krytych słomą. Poza tym wiedział, że wrażenie wielkiego niżu jest zwodnicze; za każdym zakrętem mógł ujawnić się przepaścisty kanion o rudych ścianach, którego dołem, w zależności od suszy bądź opadów, ciekła lub kotłowała się rzeka.

Zamknął okno, widząc zbliżającą się z naprzeciwka ciężarówkę; na moment kurz z szutrowej drogi przysłonił wszystko duszącym woalem, szybko jednak opadł.

Kurz zresztą nie był czymś najgorszym, czego mógł się obawiać. Wiele mówiono mu o urokach pory deszczowej, która czyniła drogi, a raczej bezdroża abisyńskie kompletnie nieprzejezdnymi. Na szczęście tego roku pora deszczowa skończyła się już z początkiem września, co dostarczyło argumentów apostołom globalnego ocieplenia, choć realiści twierdzili, że takie anomalie powtarzają się w tych stronach cyklicznie.

Po chwili kierowca o krótkim imieniu Des skręcił w boczną drożynę, która doprowadziła ich nad skraj urwiska, z którego rozpościerał się zapierający dech w piersiach widok na przepaścistą dolinę.

- Debre Damo! Jesteśmy prawie na miejscu - powiedział Abisyńczyk, co niewątpliwie oznaczało, że czeka ich jeszcze żmudny zjazd na dno parowu.

Joe specjalnie wynajął szofera mówiącego wyłącznie po amharsku, miał bowiem ochotę podszkolić się w owej niezwykłej mowie głównej grupy etnicznej Abisynii i dodać do swej bogatej kolekcji, obejmującej język urdu, pasztuński i serbsko-chorwacki, znajomość oryginalnej mowy dumnych Etiopów.

Droga opuszczała się serpentynami po nieomal pionowej ścianie. Rosło ciśnienie w uszach i podnosiła się temperatura. Za pomocą lornetki odnalazł klasztor, przypominający kapelusz grzybka usadowionego na prawie pionowej maczudze skalnej.

Podobno pierwszy mnich przybyły w te strony, nazywany AbunaAregawi, jeden z Dziewięciu Świętych, którzy w IV wieku przynieśli do Etiopii chrześcijaństwo, aby trafić na ów szczyt, musiał skorzystać z usług uprzejmego węża, który posłużył mu za linę. Choć nie jest wykluczone, że dla ułatwienia komunikacji wyrosły mu skrzydła, jak jego świątobliwemu koledze TeklemuHaimanotowi z Debre Libanos, który tym cudownym sposobem wybrał się na pielgrzymkę do Jerozolimy. Warto pamiętać, że w owym locie towarzyszyła mu jego własna noga, która choć wcześniej utracona, poruszała się także dzięki parze mniejszych skrzydełek, idąc w zawody z "łapką" z Rodziny Adamsów.

 

Na tylnym siedzeniu poruszyła się Salam. Ciemnoskóra przewodniczka większość drogi przespała zwinięta w kłębek jak kot. Bardzo źle znosiła podróż samochodem, tak że co chwila musieli stawać z powodu nachodzących ją torsji. Na szczęście po zażyciu lekarstwa usnęła.

- Wysiadamy? - zapytała, a kiedy potwierdził, dorzuciła: - Miałam cudowny sen. Śnił mi się rajski ogród i anioły...

- Jeszcze kwadrans - powiedział kierowca, odwracając głowę - i lepiej nie otwieraj oczu!

Stanęli wreszcie. Wyskoczyła pierwsza, zwinna jak gazela, a Joe, mimo iż przebywał z nią od trzech dni, nie mógł wyjść w zachwytu.

Powiedzieć o Salam "piękna" to albo być ślepym, albo nie posiadać dostatecznego zasobu przymiotników. Abisyńska dziewczyna była trudno wyobrażalnym przykładem doskonałości łączącej urok młodości z w pełni rozkwitłą urodą. Szczupła, choć nie chuda, nieomal dorównywała wzrostem Carpenterowi, jej wąska pęcina przywodziła na myśl szlachetną klacz, a zuchwałe piersi, odważnie napierające na bawełniany T-shirt, przypominały "dwoje bliźniąt sarnich, które się pasą między lilijami", jak głosi Salomonowy erotyk. Jej twarz, wcielenie łagodności, ale zarazem charakteru, mogła należeć do miss Europy, która z jakiegoś powodu dała się wykąpać w cudownej mlecznej czekoladzie. Jeśli dodać do tego żywą inteligencję, poczucie humoru i nieprawdopodobny talent do języków, można było otrzymać chodzącą doskonałość. Przy swoich dwudziestu pięciu latach zdążyła już ukończyć studia w Addis Abebie, a także zaliczyć półroczny staż na uniwersytecie w Izraelu, i właśnie kończyła doktorat dotyczący kształtowania się wczesnego alfabetu etiopskiego, jego relacji z arabskim, starohebrajskim, greką oraz pismami ortodoksyjnych Kościołów Zakaukazia.

Jak dotąd nie opowiadała o swoim dzieciństwie. Raz napomknęła, że pochodzi ze wsi - "jak prawie wszyscy". Oglądając ubogie przysiółki rozsiane przy drodze, zawsze pełne dzieciaków i kobiet krzątających się w obejściach, Joe jakoś nie mógł wyobrazić sobie jej bosej, chodzącej po rozmiękłej glinie, maszerującej kilometrami w podartej sukience z plastikową bańką pełną wody na głowie albo śpiącej wśród domowego inwentarza, w okrągłej chałupce, na umieszczonym ponad zagrodą dla bydła zebu posłaniu, które musiała dzielić z sześciorgiem innych bachorów. Później dowiedział się, że urodziła się w mieście, a na wsi musiała się schronić, kiedy jej ojciec, doktor Mikael Abbadi, został zamordowany przez komunistów. Matka zmarła dopiero rok temu.

Sądząc po wymienionych mailach, był przekonany, że przydzielą mu kogoś starszego. Ale już po pierwszym spotkaniu nie protestował. Co więcej, do jego naukowej pasji dołączyła z trudem utrzymywana w ryzach chętka poderwania cudnej Abisynki.

Nie wydawało mu się to trudne. Należał do mężczyzn, którzy podobają się kobietom. Sylwetkę nadal miał imponującą, utykania prawie nie było widać, a pasemka siwizny na skroniach, zdaniem młodych niewiast, których nigdy mu nie brakowało, dodawały mu jedynie powabu. To, że był od Salam ponad dwa razy starszy, też nie stanowiło problemu. W swych działaniach uwodził, często w celach służbowych, kobiety znacznie młodsze.

A jednak w ciągu pięciu dni nie skrócił dystansu do niej ani o centymetr. Uprzejmie dziękowała za komplementy, ale jeżyła się jak dzikie zwierzątko, gdy próbował ją dotknąć. Nie piła i nie chciała poruszać tematów osobistych.

"Lesba? W Abisynii? Niemożliwe!"

Jednak u podnóża Debre Damo co innego zaprzątało mu głowę: pewien trop, na pozór błahy, jednak zdefiniowany przez jego intuicję jako ważny.

Powszechnie uważa się, że era wielkich odkryć minęła, nieprawdopodobne wydaje się dziś odnalezienie grobu jakiegoś Tutanchamona czy zaginionego miasta. Carpenter nie podzielał tej opinii. Etiopia była, jego zdaniem, idealnym miejscem dla poszukiwań, które jeszcze mogły zadziwić świat. Wykopaliska archeologiczne prowadzono tu rzadko i niesystematycznie, a całe regiony leżały nietknięte, czekając na pierwszą łopatę badacza. Jedyny problem polegał na tym, że autochtoni niechętnie dzielili się swymi tajemnicami z obcymi. Tak było ze słynną Arką Przymierza. Mieszkańcy Etiopii uważają, że od czasów Menelika, syna Salomona i królowej Saby, który wykradł ją ze Świątyni Jerozolimskiej, skrzynia z manną, Dziesięciorgiem przykazań i laską Mojżesza znajduje się w Aksum, w najświętszym miejscu świątyni, pilnowana przez jednego, dożywotniego strażnika, i jeśli jest pokazywana komukolwiek, to w okryciu. W dodatku nie ma pewności, czy jest to oryginał. W każdej świątyni Abisynii znajduje się przecież kopia Arki, również niedemonstrowana postronnym, choć wynoszona z okazji świąt (w obwolucie!).

Czy jest to jednak złota skrzynia z czterema aniołami na rogach, zdolna razić zuchwalców gromami? Można mieć co do tego wątpliwości. Wśród pamiątek oferowanych przez namolnych przekupniów Joe widywał liczne miniaturki Arki w kształcie małej bizantyjskiej świątyńki ozdobionej ikonami, która w niczym nie była podobna do biblijnego artefaktu.

 

Carpenter wiele by dał, by móc zweryfikować prawdziwość legendy. Spędził trzy dni w Aksum, obejrzał miejscowe muzeum pełne ksiąg, szat liturgicznych, krzyży i koron dawnych monarchów, których imion nie sposób zapamiętać, dotarł oczywiście do muru całkiem nowoczesnej świątyni wzniesionej przez nieszczęsnego Hajle Sellasjego, za którym ukrywał się bezcenny obiekt, zobaczył nawet legendarnego strażnika przyodzianego w żółtą opończę, który właśnie wychodził zaczerpnąć świeżego powietrza i pogadać przez płot z jakimś swoim ziomkiem, ale to wszystko.

Nie było sumy, za jaką mógłby zbliżyć się bardziej do świętego miejsca, choć gotów był na każdą łapówkę!

Nie na wiele też mogła się przydać specjalistyczna aparatura, w którą się zaopatrzył, wykorzystując dawniejsze służbowe kontakty. Metalowy wąż zakończony miniaturową kamerą mógł dokonać skutecznej penetracji każdego wnętrza, ale wpierw należało się zbliżyć, oczywiście bez świadków, przynajmniej na pięć metrów do celu. W dzień zakrawało to na niepodobieństwo, a nocą cały teren był zamykany, spuszczano psy, a strażnicy wydawali się cierpieć na bezsenność.

Jedyny w miarę skuteczny pomysł, jaki przychodził mu do głowy, to użycie gazu usypiającego wobec pilnujących oraz helikoptera, aby oddalić się z miejsca przestępstwa. Wątpliwe jednak, czy uciekłby daleko. Arka Przymierza stanowiła świętość dla trzech głównych religii monoteistycznych, a na zadzieranie z chrześcijaństwem, islamem i judaizmem naraz nie stać było żadnego zuchwalca.

Jednak pobyt w Aksum nie był całkiem bezowocny. W pobliżu dawnego pałacu królowej Saby (w istocie młodszego od legendarnej władczyni o ponad półtora tysiąca lat) natrafił na garnek ze złotymi ozdobami, ukryty najwyraźniej w czasie któregoś z najazdów arabskich w średniowieczu.

Odkrycie umożliwił schowany w podeszwie jego buta miniaturowy wykrywacz metali. Pozwalał on prowadzić poszukiwania bez zwracania niczyjej uwagi. Specjalne urządzenie przetwarzało pomiar na wibracje odczuwane przez skórę na brzuchu badającego. Jednocześnie na podstawie elektronicznego zapisu można było odczytać w laptopie kształt znaleziska, jego skład, a także prawdopodobną głębokość, na jakiej się znajdowało. Do półtora metra.

W tym wypadku średniowieczne precjoza dzieliło od powierzchni ziemi sto dwadzieścia pięć centymetrów, więc Joe bez trudu wykopał je nad ranem za pomocą zwykłej saperki. Świadomość, że dokonuje zwyczajnej grabieży, łagodziła myśl, że gdyby nie on, znalezisko leżałoby w glebie następne tysiąc lat.

Jednak ważniejsza okazała się pewna rozmowa, jaką przeprowadził z wyjątkowo gadatliwym ochroniarzem muzeum w Aksum, żylastym kurduplem z karabinem, który musiał pamiętać jeszcze czasy bitwy pod Aduą. Jego rozmowność była zresztą wprost proporcjonalna do gratyfikacji. Okazało się, że dożywotność strażników Arki nie jest stuprocentowa. Dwadzieścia parę lat temu ówczesny cerber doznał pomieszania zmysłów i został zwolniony z pracy.

- Może dotknął Arki, może do niej zajrzał, a może po prostu zbyt długo przebywał w jej bliskości - opowiadał ciągnięty za język tubylec.

- I co się z nim potem stało?

- Znalazł schronienie w jakimś odległym klasztorze, gdzie jego wizje na temat rychłego końca świata nie robiły wrażenia.

- A miał wizje?

- I to jakie! Paru słuchających osiwiało po godzinie rozmowy.

Jeden dzień zabrało Carpenterowi ustalenie, że monastyr, o którym mówił ochroniarz, to Debre Damo. To wyznaczyło dalszy etap jego wyprawy. Wprawdzie obłąkany mnich od dobrych kilkunastu lat nie żył, można było jednak mieć nadzieję, że żyją świadkowie jego wizji, a wśród opowieści wyczuł też sugestię, że "wariat" zostawił po sobie jakieś zapiski...

Salam jako kobieta nie mogła mu towarzyszyć w drodze na szczyt skały, do męskiego monastyru objętego klauzurą; inna sprawa, że wciąganie na linie zupełnie jej nie fascynowało. Na odchodnym zapisała na wydartej z jakiegoś bloczka kartce kilka zwrotów przydatnych w ekumenicznym dialogu.

W trakcie wciągania Carpenterowi przypomniała się pewna operacja desantowa w Iraku, jednak dawne wspomnienia ustąpiły, kiedy po zdjęciu butów znalazł się w wyłożonej dywanami świątyni.

Już wcześniej zauważył, że dużo łatwiej nawiązuje rozmowę z miejscowymi, jeśli zamiast w roli turysty występuje jako "brat w wierze". Na tę okoliczność miał przygotowaną legendę "protestanckiego pastora poszukującego światła". W dodatku pastora, któremu nieobca była myśl przejścia na jedynie słuszną wiarę. Sprawdziło się to kiedyś w Meksyku, czemu nie miało się powieść teraz?

Ortodoksów zachwyciła perspektywa ewentualnej konwersji, toteż podejmowali Carpentera całe popołudnie, zaprosili na zbiorową wieczerzę i nalegali, aby spał pospołu z nimi.

Salam, z którą połączył się za pośrednictwem komórki (zadziwiające, jak gęsto w Etiopii powyrastały wznoszone przez Chińczyków wieże telefoniczne), miała spędzić noc w hotelu w Adigracie i wrócić po niego koło południa. Miał nadzieję do tego czasu dowiedzieć się wszystkiego.

 

Najbardziej rozmowny okazał się miejscowy przeor, sędziwy mnich mówiący całkiem nieźle po włosku, który wprawdzie o wizjach nieboszczyka strażnika rozmawiać nie chciał, ale gotów był, w zamian za ofiarę na klasztor, pokazać jego zapiski.

- I tak są nie do odczytania - skomentował.

Nie było ich wiele, cienki zeszyt. Strażnik sporządził je około dwudziestu lat temu, w czasie chwilowego oprzytomnienia, po czym zapadł w ponowną katatonię, z której uwolnił go dopiero anioł śmierci.

Joe nie próbował nawet wycyganić owych notatek. Obrócił jedynie swój cebulasty zegarek na drugą stronę przegubu, po czym za pomocą ukrytego w nim szerokokątnego skanera skopiował stronę po stronie... Mnisi zdawali się tego nie zauważać.

W południe przyjechał po niego sam Des; Salam podobno wolała uniknąć jazdy po górskich serpentynach, toteż pozostała w hotelu. W parę godzin dojechali do Adigratu, sporej miejscowości, w której barwne stroje kobiet o częściowo zakrytych twarzach przypominały o bliskim sąsiedztwie islamskiej Erytrei.

Salam czekała na nich w hotelowej restauracji. Czuła się już całkiem dobrze i pałaszowała jakąś miejscową sałatkę, przegryzając indżerą, rodzajem etiopskiego naleśnika zwiniętego na podobieństwo ręcznika z łaźni parowej, którego Carpenter nigdy by nie wziął do ust. Chyba żeby musiał. Podczas akcji w terenie zdarzało mu się spożywać rzeczy zdecydowanie mniej apetyczne. Sam hotel prezentował się dość obskurnie i niewart był ani jednej gwiazdki (w przewodniku oznaczono go trzema), co stało się powodem wielkiej awantury portiera z grupą Niemców, którzy zjechali pod wieczór. Ponieważ jednak w miasteczku nie było hotelowej alternatywy, po jakimś czasie Germańcy zmiękli, pokrzepiając się wielką ilością dobrze zmrożonego piwa Saint George, którego nigdzie w Etiopii nie brakowało.

 

Tymczasem Joe przelał zawartość mikroskanera do laptopa, potem wyciągnął maleńką drukarkę, a gotowy wydruk zaniósł Salam, która zajmowała pokój obok niego.

- Pozwolili ci skopiować? - zdziwiła się dziewczyna.

Kiwnął głową, licząc, że poniecha pytań o dalsze szczegóły. Nie pytała. Ze zmarszczonymi brewkami usiłowała odczytać tekst.

- To alfabet ge'ez - powiedziała wreszcie - starożytna wersja amharskiego. Wszystkie litery się zgadzają, tylko całość nie ma najmniejszego sensu. Wygląda na jakiś szyfr...

- Szyfr?... Szyfr mówisz? - Niewiele myśląc, w łazience zdjął ze ściany lusterko i pochylił nad tekstem. - A teraz? Spójrz na odbicie tekstu.

- Teraz... - Jego gwałtowność w działaniu wyraźnie ją zaskoczyła. - Teraz chyba będę mogła to odczytać, autor pisał najwyraźniej od prawej do lewej... Tylko jak na to wpadłeś?

- Metoda jest stara jak świat, stosował ją już Leonardo da Vinci. Ma jednak pewien drobny mankament: jeśli stosuje ją praworęczny autor, mimowolnie rozmazuje to, co już napisał... Widzisz, tu i tu zostały ślady.

- Widzę. Będę miała jeszcze jeden drobny problem. Tekst nie został napisany po amharsku, a w języku tigre, używanym w tych okolicach.

- Podobno go znasz?

- Wersję współczesną oczywiście, jednak aby to wszystko dokładnie odczytać, będę potrzebowała trochę czasu i dobrego słownika...

- Nie będę cię poganiał. A na razie spróbuj przetłumaczyć z grubsza, co tu zostało napisane.

Zostawił ją w pokoju, a sam wyszedł na miasto. Mimo późnego popołudnia i dość wysokiego położenia - Adigrat leży na wysokości blisko dwóch i pół tysiąca metrów nad poziomem morza - panował spory żar. Po centralnym placu snuło się niewielu ludzi, a kramy nie oferowały niczego szczególnego do kupienia.

Starając się trzymać cienia i nie reagować na nagabywania żebraków i przekupniów, zadawał sobie pytanie, czego właściwie spodziewa się po manuskrypcie. Potwierdzenia, że Arka jest w Aksum? A jeśli jest?... Z jakiej epoki naprawdę może pochodzić? A nawet jeśli to ta właściwa, trudno było mu uwierzyć w jakieś niezwykłe właściwości.

Wiarę stracił bardzo dawno temu. Czy do końca? Niezliczone przykłady nakazywały mu wierzyć w istnienie ponadrozumowej mocy wypełniającej wszechświat, jednak od tego do wiary w dobrotliwego pana z brodą i rytuału coniedzielnych mszy było bardzo daleko.

Bywały sytuacje, że zazdrościł ludziom wierzącym, zwłaszcza podczas walki, kiedy wystrzelał wszystkie naboje i liczył minuty do chwili, w której go znajdą i zabiją, albo w tej piwnicy w Meksyku, kiedy czekał na niechybną egzekucję. Gruby Sam, Murzyn z Luizjany, uważany dotąd za niebywałego twardziela, pół nocy memłał modlitwy. Wtedy dało to efekt. Latająca kawaleria Stanów Zjednoczonych jeszcze raz zgotowała happy end. Inna sprawa, że ta wspaniała wiara nie uratowała Grubego Sama w Afganistanie.

Maud, jego żona, też wierzyła, choć bez szczególnej manifestacji swych przekonań. Tylko czy w czymś jej to pomogło?

 

Jakoś nie potrafił sobie wyobrazić, że przechadza się teraz po zielonych łąkach raju. Chociaż bardzo chciałby, żeby tak było. Żeby kres życia nie był zwyczajnym zgaszeniem światła. Definitywnym zamknięciem wszystkich spraw.

Gdyby w Aksum naprawdę była Arka Przymierza...

Nieoczekiwanie pojawił się obok niego kierowca Des.

- Niedobrze, niedobrze! - powtarzał po amharsku.

Zdołał zrozumieć, że nie mogąc doczekać się jego powrotu, Salam wyszła z pokoju i stała się obiektem zaczepek podpitych Niemców.

- Zbierz nasze rzeczy i zapal samochód! - rzucił do szofera.

Dobiegł do hotelowej knajpy. Autochtoni gdzieś się pochowali, a podpici turyści otaczali wianuszkiem Salam, wyraźnie przerażoną.

- Chcemy tylko zobaczyć twoje czarne cycuszki - perorował wielki jak szafa amator kwaśnych jabłek.

- A może chcesz zobaczyć moje? - zaproponował Joe po niemiecku.

Odwrócili się. Zarechotali. Wysoki, ale niespecjalnie barczysty starszy pan nie wydawał się im kandydatem na poważnego przeciwnika.

- Nie wcinaj się, dziadku! - powiedział z boku okrąglutki okularnik, bardziej trzeźwy niż reszta towarzystwa.- Po co masz oberwać?

- Ależ nie, zapraszamy do zabawy. - Szafopodobny wypuścił Salam i ruszył w stronę Carpentera, wymachując pięściami wielkimi jak bochny.

- Pokaż mu, gdzie raki zimują, Rudi! - podburzali go pozostali.

Zabawa trwała krócej niż przerwa na reklamy w telewizji. Chwilę później Rudi leżał na ziemi, skowycząc:

- Złamał mi rękę, złamał mi rękę!

Pozostali, mimo że puścili się kupą, chwytając stołki i sztućce, też oberwali za swoje. Z wybitych zębów tubylcy mogliby złożyć całkiem ładny naszyjnik. Do listy uszkodzeń należało jeszcze dołączyć kilka rozbitych nosów i żeber, jeden wstrząs mózgu po upadku ze schodów oraz liczne drzazgi z połamanego stołu w grzbiecie kolejnego osiłka. Joe oszczędził jedynie tłustego okularnika, który nie kwapił się do walki, tylko dygocząc jak osika, powtarzał:

- Nie bij, nie bij!

Chyba od czasu Stalingradu nikt nie załatwił Germańców równie skutecznie.

Za kontuar, zza którego powoli gramolił się barman, Joe rzucił dwa tysiące birrów, wołając:

- Proszę wszystko dopisać do mojego rachunku! - po czym pociągnął osłupiałą Salam za sobą.

- Ale nasze rzeczy...

- Des już się nimi zajął!

Rzeczywiście, wszystko znajdowało się już w samochodzie gotowym do drogi. Ruszyli z piskiem opon, przekraczając wszelkie dozwolone prędkości.

- Dlaczego uciekamy? - zapytała Etiopka, kiedy wreszcie minął jej stupor. - Przecież to oni zaatakowali.

- Nie lubię za dużo się tłumaczyć przed przedstawicielami władzy - odparł Joe.

Była to tylko część prawdy. Od lat w swych działaniach kierował się dość prostą zasadą: "Jak najmniej kontaktów z policją". Nie miał ochoty, żeby jakiś przypadkowy bystry gliniarz odkrył jego prawdziwą tożsamość albo, co gorsza, zainteresował się bagażami. Szpiegowski sprzęt, przywłaszczone artefakty, kopia pamiętnika... Drogo mogłoby to ich kosztować.

Większość podróży Salam przespała. Zbudziła się tylko raz, kiedy Des musiał ostro zahamować, by nie wpaść na dorodnego serwala, który znalazł się na drodze i na moment znieruchomiał, oślepiony reflektorami.

Poprosiła o wodę, a potem powiedziała:

- Przepraszam, Joe, byłam w szoku i nawet ci nie podziękowałam za to, co zrobiłeś w mojej obronie.

- Drobiazg! Zawsze do usług - odparł, żałując, że nie siedzi na tylnym siedzeniu i nie może przygarnąć dziewczyny do siebie.

 

Nad ranem przez nikogo niezatrzymywani dotarli do niewielkiego lotniska w Mekele, gdzie w startującym o świcie samolocie do Addis Abeby czekało zarezerwowane miejsce dla pana Maria Bonettiego (tymi dokumentami postanowił aktualnie się posługiwać). Aby upodobnić się do fotografii w swoim nowym paszporcie, Joe założył siwą perukę, dokleił szpicbródkę, nałożył ohydne rogowe okulary z pierwszej połowy XX wieku i pożegnał się ze współpracownikami.

- A my?! - zapytała Salam. - Nie lecimy z tobą?

- Niestety. Czeka was długa droga we własnym towarzystwie. I tak musicie odstawić samochód. Poza tym gdybyśmy oboje wsiedli do samolotu, mieliby nas od razu na widelcu, a tak nikt nie zwróci uwagi na samotnego białasa... Jeśli będą was pytać o ten incydent no i o to, co stało się ze mną, powiecie, że zmieniłem plany i udałem się okazją do Erytrei.

- A moje tłumaczenie tego pamiętnika? W hotelu zupełnie mi nie szło...

- Nie mam zamiaru rezygnować z wykorzystania twoich umiejętności, Salam - odparł z uśmiechem. - Za pięć dni spotkamy się w restauracji "Lucy" przy Muzeum Narodowym.

W zasadzie nie była mu potrzebna, mógł znaleźć wielu tłumaczy bieglejszych od niej, ale jakoś nie chciał kończyć tej znajomości. Zwłaszcza że pozostała nieskonsumowana.

 
 

ROZDZIAŁ II PROROCTWO

 

Nikt przytomny nie popełnia zbrodni wyłącznie dla zabicia czasu. Choć niekiedy nie ma innego wyjścia!" - brzmiało inne ulubione powiedzonko Glenna Butlera.

Czas oczekiwania na przybycie Salam Joe wykorzystał dość pracowicie. W swoich połowach nigdy nie ograniczał się do zarzucania jednej wędki i ta metoda doczekała się nagrody. Plon dwudniowego wypadu na południe od stolicy do monastyru Mount ZuquallaMaryam był imponujący.

Wprawdzie sama budowla pochodziła "tylko" z XII wieku, ale legendy łączyły jej powstanie ze świętym Merkuriuszem, który osiadł tam już w IV stuleciu. Mało kto też wie, że ów święty, oczywiście pod warunkiem że nie był jedynie wytworem ludowej inwencji, zajmował się poszukiwaniem śladów pobytu Świętej Rodziny w Abisynii. Zaginiona Ewangelia świętego Józefa wspominała, że uciekając przed siepaczami Heroda, Maria, Józef i malutki Jezus dotarli aż do Etiopii i tam przyszły Zbawiciel spędził dzieciństwo.

 

W opowieściach o Merkuriuszu mowa jest, że był on w posiadaniu tego dzieła i raczej nie chodziło o Żywot Józefa Cieśli, która to praca powstała później. Co prawda jeśli nawet wspomniana Ewangelia tam istniała, to z pewnością musiała zostać zniszczona podczas najazdów arabskich - Carpenter wszelako nie tracił nadziei, że natrafi na jakiś jej ślad, podania bowiem uparcie twierdziły, że księga ta ciągle znajduje się w klasztorze.

Carpenter posiadał doskonale sfałszowane dokumenty i upoważnienia dla doktora Maria Bonettiego z dwóch watykańskich kongregacji, które na miejscowych duchownych robiły wielkie wrażenie. A kiedy poufnie nadmienił, że de facto jest tajnym wysłannikiem Jego Świątobliwości przed zapowiadaną od lat wizytą papieża w Abisynii, wszystkie tajemnice klasztoru stanęły przed nim otworem.

Tutejszy księgozbiór nie był liczny i przechowywano go w dość niedbałych warunkach, których widok zachodnim bibliofilom i konserwatorom niechybnie zjeżyłby włosy na głowie. Kodeksy z barwnymi iluminacjami, księgi z prymitywnym zapisem nutowym, wreszcie, co ciekawe, kilka pergaminów arabskich - wszystko to leżało na kupie razem z zabytkowymi wieloramiennymi krzyżami etiopskimi i naczyniami liturgicznymi, czekając, kiedy wreszcie powstanie muzeum.

Joe uważnie oglądał i naturalnie skanował wszystko, co wpadło mu w ręce, łącznie z iluminacjami, często bowiem w rycinach zachowywały się rzeczy, które z jakiegoś powodu pominięto w manuskrypcie. Atoli nie znalazł niczego poza wizerunkiem Merkuriusza klęczącego przed wizją Świętej Rodziny na osiołku. U jego stóp leżała księga. Na koniec bardziej z wrodzonej konsekwencji niż w przypływie szczególnej nadziei sięgnął po pisma arabskie. Od razu rozpoznał sury Koranu. Ale... Pergamin wydał się cieńszy niż zwykle i już po chwili nie wątpił, że widoczny arabski tekst jest palimpsestem. Coś było napisane na pergaminie wcześniej, a następnie pieczołowicie wyskrobane, jak zapewne sądzili zwolennicy wielokrotnego używania pergaminu - bezpowrotnie. Jednak od ich czasów technika poszła znacznie naprzód.

Korzystając, że przeor pozostawił go samego, Carpenter spryskał kartę sprayem i włączył detektor podczerwieni. Pojawiły się litery, greckie. Wzruszenie chwyciło go za gardło, kiedy czytał: "W trzecim roku wygnania, kiedy Jezus ukończył lat cztery, wielka plaga szarańczy nawiedziła kraj Szeby...".

Niestety, z tekstu apokryficznej Ewangelii zachowały się jedynie dwie kartki, inne zapisane po arabsku pergaminy nie nosiły śladów powtórnego użycia. Mimo to trudno było przecenić wagę odkrycia. W dodatku Carpenterowi udało się wycyganić "te bezwartościowe rękopisy muzułmańskie" za śmieszną kwotę dziesięciu tysięcy dolarów, która dobrotliwemu archimandrycie wydała się prawdziwą fortuną.

 

Joe wrócił do Addis Abeby i tam poświęcił się lekturze. Stylistyka wskazywała rzeczywiście na IV wiek: autor miał doskonałe rozeznanie w warunkach panujących w Etiopii, a opowieści o małym Jezusie były po prostu urocze. Z tekstu wynikało, że Świętej Rodzinie udzielił schronienia sam władca kraju, tożsamy z Baltazarem, jednym z Trzech Króli, którzy prowadzeni Gwiazdą Betlejemską złożyli hołd Dzieciątku w Betlejem. W opowieści nie brakowało cudów w rodzaju jazdy na lwie czy podniebnej żeglugi na orłosępie, a pojedynek pięcio- czy sześcioletniego Jezusa z nadwornym magiem, wygrany zdecydowanie przez Nazareńczyka, przypominał najlepsze fragmenty kina akcji. Niestety, odcyfrowany rękopis urywał się, nie wyjaśniając kulisów powrotu Rodziny do Ziemi Świętej ani końca panowania Baltazara, które, jak można wywnioskować, musiało być dramatyczne.

Przez moment Carpenter zastanawiał się, czy nie przerwać podróży i nie powrócić do Stanów, aby ogłosić swoje odkrycie. Przesądziła uroda etiopskiej tłumaczki i wrodzona niechęć do pozostawiania spraw niezałatwionych.

Dlatego 19 września o umówionej godzinie zasiadł w ogródku restauracji "Lucy" przy ulicy Króla Jerzego VI. Lokal zawdzięczał swoją nazwę najsłynniejszej Abisynce, jeśli można tak nazwać najstarszego hominida sprzed trzech milionów lat, którego szczątki, a także zrekonstruowaną postać można podziwiać w pobliskim Muzeum Narodowym. "Lucy" często określa się mianem praprababki dzisiejszej ludzkości, choć niektórzy twierdzą, że zmarła w wieku siedemnastu lat istota mogła być dziewicą. Carpentera jednak nie fascynowała ta historia, zdecydowanie wolał wersję z Adamem i Ewą.

Salam, objuczona torbą (zapewne ze słownikami), dostrzegła Amerykanina natychmiast, jako że powrócił już do doskonale znanej jej postaci playboya w sile wieku. Próbował z uśmiechu dziewczyny wywnioskować, czy choć trochę stęskniła się za nim, czy jedynie pragnie jak najszybciej zabrać się do pracy, ale nie udało mu się tego ustalić.

Zjedli lekki obiad, po czym pojechali do domku na przedmieściu Addis Abeby, który Joe wynajął na dwa tygodnie.

- W hotelu nie mielibyśmy komfortu niezakłócanej pracy - powiedział.

Nie oponowała.

Po drodze zdała relację ze swej długiej podróży. Okazało się, że środki bezpieczeństwa były niepotrzebne. Nikt bojowego jankesa nie szukał ani nie zatrzymywał samochodu. Być może krewcy Niemcy po oprzytomnieniu doszli do wniosku, że lepiej nie składać skargi.

Carpenter zadbał, aby w wynajętym lokalu nie brakowało im niczego: zapas żywności i płynów mógł wystarczyć na dwa tygodnie, barek był sowicie zaopatrzony, a z głośników w razie potrzeby mogła się sączyć nastrojowa muzyka.

Salam z miejsca chciała zabrać się do roboty. Joe miał wobec niej trochę bardziej rozbudowane plany, ale zgodził się, aby trochę popracowała, a dopiero później siadła razem z nim do wieczerzy.

Okazało się, że praca będzie trochę cięższa, niż się spodziewała: mnich nie tylko pisał w języku tigre, ale jeszcze posługiwał się północną odmianą alfabetu ge'ez, a w dodatku, być może z emocji, opuszczał niekiedy litery, co powodowało konieczność wielokrotnego poprawiania tekstu.

Nie mając nic innego do roboty, Carpenter oglądał w telewizji stare filmy, niekiedy dla urozmaicenia przechodząc na CNN i newsy.

Około siódmej Salam pojawiła się mocno podniecona; policzki jej płonęły, co jedynie potęgowało wrażenie jej urody.

- Odszyfrowałam dwie strony! - zameldowała. - Wygląda na to, że autor naprawdę przeżył objawienie, które uznał za wydarzenie wielkiej wagi. Nie został jednak przez nikogo wysłuchany. Co ważne, jego pamiętnik, mimo staroświeckiego stylu, w najmniejszym stopniu nie sprawia wrażenia wynurzeń wariata. Chcesz przeczytać?

- Oczywiście, że chcę, ale potem robimy przerwę na kolację i relaks.

- Zgoda. Ty decydujesz! W końcu jesteś moim pracodawcą. Mam ci odczytać? Później przepiszę tekst na komputerze.

- Będę zachwycony!

 

W imię Boga Ojca i Syna Jego, i Ducha Świętego w Trójcy Świętej Jedynych.

 

Piszę ja, niegodny sługa Pański, com widział i czegom się dowiedział, bo jeśli zostało to ujawnione mnie, to nie po to, iżby ukryte zostało aż do tych dni ostatnich. Piszę pismem odwrotnem i językiem dawnem, wiedząc, iż jeśli wola Najwyższego będzie, by to, co mnie wiadome, stało się jawne, nic odczytaniu nie przeszkodzi, ale jeśli ma pozostać zakryte, będzie zakryte aże do wypełnienia się Słowa. Można pytać, czemu obieram tę drogę, miast zwrócić się do mych braci starszych, przełożonych i uczonych w Piśmie. Tedy oświadczam: zwracałem się, i to nieraz, zanim jeszcze pomroka na mnie spadła, ale nie wysłuchano mnie, czy to ze strachu przed władzą okrutną moc w kraju dzierżącą, czy też to, com opowiadał, było zbyt straszne i niepojęte, by ktokolwiek mógł dać wiarę. A że nie potrafiłem panować nad swymi emocjami, usiłując przekonywać niedowiarków krzykiem i rękoczynem, do szpitala mnie odesłano, skąd wyszedłem juże po upadku Mocy Zła i pod opiekę braci z Debre Damo oddany zostałem. Ukoiwszy targające mną porywy i czując zbliżanie nieuchronnego kresu, piszę - a ci, co odczytają, niech uwierzą, albowiem ślepota nie ochroni ich przed żarem z niebios ani głuchota przed rykiem nacierającego oceanu.

Czemu zdarzyło się to mnie? Myślę, że sprawiła to Ona (Salam wpisała w nawiasie: Arka), ale zobowiązałem się świętą przysięgą nic nie mówić o szczegółach mej posługi ani o Niej samej, toteż powiem wyłącznie o snach.

Przyśniły mi się w dwudziestym roku mego stróżowania. Było to przedziwne śnienie na jawie, albowiem mając świadomość, że śnię, czułem zarazem, że dzieje się to naprawdę. Ujrzałem naraz przedziwny blask i światłość w kształcie muszli czy łzy raczej i młodzieńca w niej stojącego, nieopisanej urody, który do mnie mówił. A głos, choć nadzwyczajnie słodki, brzmiał zarazem tak strasznie, że struchlały obudziłem się cały w pocie, dygocąc i nie mogąc już spać aż do świtania. Myślałem: sen to jeno, nic więcej, różne rzeczy śnią się ludziom, zwłaszcza że czytanie nabożnych pism i obecność w Miejscu Świętym Świętych może naszą imaginację ku różnym wyobrażeniom skłaniać. Po trzech dniach wszelako ten sam sen przyśnił mi się po raz wtóry, a po kolejnych dziewięciu po raz trzeci. Mogę przysiąc, że za każdym razem i obraz, i słowa były identyczne, a równocześnie coraz głębiej zapadały w me serce, jak ziarno, które padłszy w glebę, zapuszcza korzenie, kiełkuje i się rozrasta. W pierwszych dniach milczałem o tem, ale czułem, że przesłanie wypełnia mnie coraz bardziej, aż zacząłem mówić i krzyczeć. Były to wybuchy często bez ładu i składu, jako że rozpaczliwie usiłowałem powściągać język, ale gdy narzucona sobie tama pękała, wylewałem setkę słów naraz. Czyż nie sprawiałem wrażenia opętanego? Gorzej, gdy słuchali mnie starsi, pojawiały się demony pragnące zaszkodzić memu przekazowi. Nie widziałem ich, lecz czułem oślizgłość ciał, smród oddechów... Tedy rozmawiając z ludźmi, równocześnie próbowałem je odgonić, co jeno potwierdzało opinie o mnie jako o szaleńcu...

Bóg sprawił, że nie utraciłem rozumu na zawsze, zesłał na mnie dobroczynną noc, z której obudziwszy się, wróciłem do zdrowia. Nie wspominałem nikomu więcej o swoich widzeniach i nie wspomniałbym, gdyby nie zdarzył się znak pierwszy.

 

Trwoga, że nie wypełnię swego zadania, powróciła, kiedy jednak nie uzyskałem odpowiedzi na parokrotną prośbę spotkania się z patriarchą, postanowiłem spisać, com widział. Nie wiem, ile czasu upłynie, nim wypełnią się wszystkie znaki, ale strach dyktuje mi przeświadczenie, że nie będzie trwało to długo...

 

Umilkła.

- Co o tym myślisz? - zapytała.

- Znakomicie zbudowany nastrój, ale na razie niezwykle mało konkretów.

- A ja się boję...

Zauważył, że dziewczyna drży.

- Czytałaś ciąg dalszy?

Naraz odczuł ogromną potrzebę otoczenia jej ramieniem.

- Nie i nie wiem, czy powinniśmy czytać dalej. Mam okropne przeczucia.

- Ależ dziewczyno! W XXI wieku nikt nie wierzy w proroctwa, a jeśliby nawet i wierzył, to musiałby uznać, że przepowiadane w nich zdarzenia wydarzą się niezależnie od tego, czy będziemy o nich wiedzieli, czy też nie. W dodatku jeśli nawet w proroctwie zawarta jest informacja o jakichś okropieństwach, może również znajdować się tam recepta, jak ich uniknąć albo jak postępować, aby zabezpieczyć się przed ich skutkami.

- Pewnie masz rację!

Siedli do stołu. Joe, świadom, że Salam unika potraw z mięsa, przyrządził pyszną rybę z dużą ilością warzyw. Do tego podał sok z mango...

- A może przy tej wyjątkowej okazji skusisz się na kieliszek białego wina?

- Ale tylko na jeden!

Skończyło się na dwóch butelkach. Ponury nastrój Etiopki szybko się ulotnił, zrobiła się wesoła, śmiała się, kiedy Carpenter parodiował rzekome wypowiedzi Niemców po powrocie do kraju na temat kontuzji doznanych podczas ekspedycji w Abisynii. Trudno zresztą było się nie śmiać. Joe perfekcyjnie odtwarzał gestykulację poturbowanych Niemców, z których jeden pokazywał, jak poraziła go Arka, drugi demonstrował swoją potyczkę z krokodylem, a trzeci lamentował po tym, jak uległ w walce na pięści z pawianem, który na dodatek wykorzystał go seksualnie.

Spontanicznie przenieśli się na kanapę. Bliskość Amerykanina zupełnie nie przeszkadzała młodej Etiopce, podobnie jak ręka, którą ją objęła.

Nagle zaczęli się całować, mocno, namiętnie! Dziewczyna sprawiała wrażenie nowicjuszki w tej sztuce, ale nadrabiała wrodzonym talentem. Joe czuł, że ogarnia go szaleństwo, większe niż podczas którejkolwiek z tysiąca i jednej nocy spędzonych z kobietami, wliczając w to także Maud.

- Nie! - powiedziała nagle, wyswobadzając się z jego ramion i wstając. - Nie mogę!

Na moment osłupiał.

 

- Coś się stało? Czymś cię uraziłem?

- Nie o to chodzi. Mało o mnie wiesz... Zresztą to moja wina - dodała szybko. - Jestem prostą dziewczyną z gór. Naiwną i konserwatywną. W dodatku traktującą pewne sprawy ogromnie poważnie. Pewnie cię rozbawi fakt, że jestem jeszcze dziewicą.

- Potrafię być delikatny.

- Zupełnie mnie nie rozumiesz. Czystość przed ślubem nie jest dla nas jedynie pojęciem teoretycznym. Ja naprawdę wierzę w chrześcijańskie zasady.

- Jeśli chcesz, ożenię się z tobą! - W tym stanie napalenia gotów był obiecać jej napad na Fort Knox, ujęcie gołymi rękami lwa czy przejście na golasa Piątą Aleją! - Oczywiście jeśli nie uważasz, że jestem za stary, za nudny, za...

- Czy to oświadczyny?

- Mogą być!

Klęknął przed nią, co, jak później sam przyznawał, wyglądało cokolwiek błazeńsko. Sprawiała wrażenie zaszokowanej, ale nie zdecydowanie przeciwnej.

- Daj mi trochę czasu - poprosiła. - I powtórz to za miesiąc. Wtedy weźmiemy ślub i będzie, co będzie.

Zrozumiał, że w tej fazie negocjacje zostały zakończone. Gdyby chodziło o kogoś innego, do wyboru pozostawałoby mu jeszcze kilka opcji. W najgorszym razie: w podręcznej apteczce miał specyfik nazywany "pigułką gwałtu". Ale coś takiego nie wchodziło w grę wobec Salam.

"A to historia! Zakochałem się w Murzynce!"

- Czy mogę wracać do pracy? - zapytała Abisynka.

- Oczywiście. Pracuj, a ja zajmę się sprzątaniem.

Nie zajęło mu to wiele czasu, a potem wyszedł z domu zapalić.

Noc już była pełna, w żadnym z okolicznych domów nie paliły się światła, centrum Addis Abeby zasłaniał pagórek, toteż nic nie przeszkadzało w podziwianiu bezchmurnego nieba rozpiętego nad jego głową. Dopiero tu, w czystym powietrzu, bez ograniczeń, jakie powodują światła miasta, można było przekonać się, jak wieloma gwiazdami wybrukowane jest niebo.

Zaciągnął się mocno, wciągając dym aż do najdalszych zakamarków organizmu. Wszechświat, kosmos, absolut! Wielkie słowa. Cóż go to wszystko obchodziło? Był przecież białym seksistowskim samcem, któremu jakaś zacofana Afrykanka uniemożliwiła bezproblemowe zaspokojenie popędu płciowego.

Oczywiście wiedział, że to nieprawda. Że doświadcza czegoś więcej, choć zawsze się przed tym bronił. Czy była to miłość?

 

Zgasił papierosa i poszedł oglądać telewizję.

Sen go zmorzył koło drugiej; idąc do łóżka, zajrzał jeszcze do pokoiku Salam, z którego sączyło się światło. Usłyszał ostre: "Pracuję!", więc wycofał się dyskretnie.

Zasnął natychmiast. Z tym nigdy nie miał trudności. W czasach swych akcji potrafił spać w każdym miejscu, w każdej pozycji, a nawet wysypiać się na zapas.

Spał jak zawsze czujnie i dlatego nawet bardzo stłumiony płacz go obudził. Otworzył oczy. Za oknem widać było słabą poświatę pierwszego brzasku.

"Co, u licha?"

Płacz dochodził z pokoju Salam. Poszedł tam cicho i zastał ją wśród stosu kartek i słowników zanoszącą się od łez.

- Co się stało? - zapytał łagodnie.

Odwróciła głowę. Na jej twarzy malowała się czysta rozpacz.

- Nie powinniśmy tego tłumaczyć, nigdy!

Zauważył włączony laptop. A więc zaczęła przepisywać przetłumaczony tekst.

- Pozwolisz, że przeczytam?

Zerwała się bez słowa i pobiegła do łazienki.

"Cóż takiego mogło wprawić tę rozsądną dziewczynę w stan podobnej histerii?"

Pochylił się nad monitorem.

 

Uczył nas Pan: nie znacie dnia ani godziny. Tedy i mnie nie objawiono dziejów przyszłych w sposób pozwalający określić dokładną datę Wielkich Zdarzeń. Mogę jedynie wnioskować, że moment Paruzji nie jest odległy, co może oznaczać, że i Dzień Sądu nadciąga. Czytałem pisma wielu Ojców Kościoła Powszechnego, takoż i naszych proroków i wiem, że są tacy, którzy twierdzą, że po powtórnym przyjściu Syna Człowieczego nastąpi Jego tysiącletnie Królowanie na Ziemi. Że z nieskończonego miłosierdzia zostanie dana jeszcze jedna szansa nawrócenia się grzesznych, odkupienia win, a także przebłagania Boga za niegodne uczynki naszych ojców i dziadów. Że będzie dana szansa poprawy tym, którzy występkiem swym odrzucili Dobrą Nowinę lub bez własnej winy nigdy jej nie poznali. Oby tak było! Jednak jest i druga interpretacja, iż Syn Boży przyniesie z sobą bicz oraz miecz. I stoczywszy ostatnią bitwę z Szatanem w miejscu zwanym Armagedon, przystąpi do Dnia Ostatniego. Otworzy mogiły i wezwie zmarłych na Sąd straszny. Nie zostałem powiadomiony, jak się to odbędzie, choć przy ogromnym znieprawieniu współczesnego świata trzeba by bezgranicznego Miłosierdzia Bożego, aby wybaczyć rodowi ludzkiemu wszystko zło, które świadomie czynił i nadal czyni.

 

Posłaniec, który do mnie mówił, nie wiem, czy był to Archanioł, czy jakiś z pomniejszych Aniołów, o niczym takim nie wspominał - rzekł jeno, że przesypuje się czas w klepsydrze i Dzień Przyjścia nadchodzi.

A poprzedzać go będzie siedem znaków.

Pierwszy już się wydarzył.

- Oto padnie samo z własnego rozkładu sprośne królestwo Szatana Północy, a wraz z nim skończy się także niedola dzieci Szeby.

Czyż można inaczej opisać rozkład Związku Sowieckiego i upadek naszego czerwonego reżimu, który trwał lat siedemnaście na upodlenie ludu i nieustanną obrazę Boga?

O pozostałych zdarzeniach wyrokować nie będę, mogę jedynie żywić nadzieję, że nie nadejdą bardzo prędko, bo każde z nich niesie moc bólu, niedoli i zła.

- I będzie znak drugi - mówił Posłaniec. - Cztery Rumaki Apokalipsy przybędą niebem i spadną na miasta Babilonu. I runą dwie wielkie wieże ku niebu wzniesione, a wyzwolona nienawiść rzuci żagiew wojny w góry i piaski. (Tu Salam dopisała w nawiasie: atak na Stany Zjednoczone, 11 września 2001 roku).

- Znak trzeci nadejdzie w dzień po święcie Narodzenia Pańskiego. Oto morze wystąpi z brzegów, zatapiając lądy i miasta. I potoną setki tysięcy ludzi różnej wiary, majątku i pochodzenia. (Tsunami w Azji Południowo-Wschodniej, 26 grudnia 2004 roku).

- Znak czwarty. Odejdzie mąż Boży przez Trójcę Świętą dany, iżby odnowił oblicze ziemi. A przed swem odejściem mowę utraci i wielki smutek w całem świecie uczyni. (Salam napisała jedynie datę 2 kwietnia 2005 roku, ale Carpenterowi natychmiast stanął przed oczami wstrząsający obraz polskiego papieża daremnie usiłującego przemówić do ludu Bożego).

Znak piąty. Biali okrzykną królem królów czarnego, biorąc go kim innym, niż jest w istocie. I będzie to początek upadku królestwa. (Wybory w Stanach Zjednoczonych, 4 listopada 2008 roku).

Znak szósty. I zdarzy się, iż mały kraj doświadczy wielkiej straty i wielkiej zbrodni. Spadną z nieba ludzie wielcy, dobrzy i szlachetni, a śmierć ich nie przyniesie opamiętania ni własnego kraju, ni świata, ni sprawców. (Katastrofa smoleńska, 10 kwietnia 2010 roku!!!)

Dokonując kolejnego zapisu, Salam musiała być bardzo zdenerwowana. Dość krótki tekst jeżył się od literówek i błędów ortograficznych.

 

I przepadnie cały Kościół Rzymski z jego pasterzami i arcypasterzami, a zło obróci wniwecz jego tradycję.

 

Na moment Amerykaninem zatelepała groza, ale zaraz potem pojawiły się wątpliwości. Nie było konkretów ani najmniejszej wskazówki, jakiego rodzaju miałaby to być katastrofa. Arabowie mieli zająć Półwysep Apeniński i Rzym obrać na siedzibę kalifatu Euroarabii, co przewidywała już jakiś czas temu Oriana Fallaci? A może Unia Europejska, opanowana przez fanatyków liberalizmu, któregoś dnia miała zdecydować się na zepchnięcie katolicyzmu do katakumb poprzez likwidację po śmierci kolejnego pontifeksa? Wielu libertynów miałoby na to wielką ochotę. Jednak żadne z tych zdarzeń nie miało szansy nastąpić prędko. I to było pocieszające.

Z drugiej strony abisyński mnich prorok, dotąd w swych wieszczeniach tak precyzyjny, wobec tej jego zdaniem największej tragedii pozostawał zadziwiająco lakoniczny. Archanioł go nie doinformował?

Nagle do Carpentera dotarła myśl tak oczywista, że zaczął się śmiać.

 

Salam, która wreszcie wyszła z łazienki, patrzyła na niego osłupiała.

- Ale mnie zrobili w jajo, ale nabrali! - wołał Joe. - I ja się dałem podpuścić!

- O czym mówisz? - Twarz dziewczyny była już sucha, ale oczy nadal zaczerwienione od wylanych łez.

- O tym, że oboje padliśmy ofiarą mistyfikacji. Nie wiem, kto był jej autorem, ale mnisi z Debre Damo musieli mieć nie lada rozrywkę, przewidując, w jaką trzęsionkę mogą wpędzić ludzi Zachodu, jeśli "odkrywca" zechce upublicznić proroctwo. Jak przypomnę sobie ich miny, gdy mnie żegnali... Ale ze mnie dureń!

- Zupełnie cię nie rozumiem. Tekst powstał z początkiem lat dziewięćdziesiątych, kiedy nie można było przewidzieć żadnego z wydarzeń...

- A jaką mamy pewność, że powstał właśnie wtedy? Są tylko słowa mnicha, który odgadł we mnie poszukiwacza skarbów pragnącego dobrać się do pilnie strzeżonych tajemnic klasztoru, więc postanowił dać mu nauczkę. Być może faktycznie istniały jakieś zapiski strażnika pomyleńca, ale mnie z całą pewnością pokazano falsyfikat, powstały najdalej przed paru laty, nie wykluczam, że sporządzony przez cały zespół odznaczający się sporą znajomością rzeczy.

- Nie poznałbyś, że to świeże notatki?

- Papier można postarzyć, zresztą nie miałem czasu na dokładne badania.

Nie wydawała się przekonana.

- Nie dopuszczasz choćby teoretycznie, że może to być prawda?

- Nie. Gdyby to była prawda, gotów byłbym sam zostać mnichem! Posłuchaj, Salam! Coś takiego jak wieszczenie incydentalnych zdarzeń jest z naukowego punktu widzenia niemożliwe. Wszystkie znane proroctwa są albo późniejszymi podróbkami, albo, jak Nostradamus, spisano je tak mętnie, że pasują do każdej sytuacji. Naprawdę, kochanie, szkoda twoich łez. I nie bój się, zapłacę ci za twoją pracę.

Słowom towarzyszył przyjacielski gest ręką. Abisynka odskoczyła jak na widok atakującego węża.

- Nie dotykaj mnie! - zawołała. - Nie chcę twoich pieniędzy. O Boże, Boże!

To mówiąc, wybiegła z domu, zapominając o słownikach.

Zaskoczony tą niczym nieuzasadnioną reakcją próbował naturalnie pobiec za nią, dogonić, zawrócić. Jednak na ulicy pojawili się już pierwsi śpieszący do pracy mieszkańcy, którzy całkiem opacznie mogli zinterpretować widok białego mężczyzny biegnącego za uciekającą autochtonką. A zdecydowanie nie czuł się na siłach walczyć z całą Abisynią.

Cóż rozsądnego może uczynić mężczyzna w obliczu totalnej, podwójnej porażki? Rozsądnego raczej nic. Może się jednak napić!

 

Wiedziony tą nie wiadomo gdzie i przez kogo sformułowaną dewizą, Joe Carpenter pił przez trzy, a może cztery dni, aż do kompletnego wyczerpania zgromadzonych rezerw. Piłby zapewne i dłużej, gdyby instynkt samozachowawczy nie powstrzymał go przed pójściem do sklepu i uzupełnieniem zapasów, oczywiście póki jeszcze mógł chodzić. Ostatniego dnia już nie mógł. Leżał na kanapie jak wielka ryba, łapiąc powietrze między kolejnymi sztachnięciami papierosem. Na szczęście spał bez pościeli i tylko dlatego od zapalonego papierosa nie sfajczyło się łóżko, mieszkanie i w efekcie on sam.

W sukurs przyszła mu umiejętność zasypiania na żądanie. Udało mu się przymusić swój rozedrgany organizm do zaśnięcia, po czym spał przez następną dobę. Obudził się wczesnym popołudniem, potwornie blady, słaby, ale przytomny, dowlókł się do łazienki, wypił wiadro wody, potem znów sięgnął po papierosa. Ale go nie znalazł, ani w wielu leżących pudełkach, ani w kieszeniach. Zaczął zbierać niedopalone pety z zamiarem sporządzenia z nich skręta, ale naraz poraziła go śmieszność sytuacji. Uległ bez reszty jednemu nałogowi i nie mógł zapanować nad drugim.

Cisnął tytoń w diabły. W lodówce znalazł siedem jajek i zrobił sobie gigantyczną jajecznicę. Jakoś ją przełknął, popijając niesłodzoną, cholernie mocną kawą.

"Jeśli serducho wytrzyma, stanę na nogi".

Wytrzymało. Stanął! Na krótko. Podcięło go zaraz po włączeniu telewizora.

Początkowo myślał, że trafił na jakiś film science fiction, przeleciał więc pozostałe kanały, jednak na każdym, nawet na tych zazwyczaj nadających wyłącznie filmy, było to samo. Napisy: "Breaking News" i "End of Roman Church". Ponieważ wszedł w środek przekazu, musiało minąć kilkanaście minut, zanim udało mu się ustalić, co naprawdę się stało.

A stało się coś niewyobrażalnego. 24 września, w pierwszym dniu konsystorza z udziałem papieża, całego kolegium kardynalskiego i kilkudziesięciu tysięcy wiernych, jakiś terrorysta wdarł się na Via dellaConciliazione i zdetonował tam walizkową bombę atomową. Jej moc była wprawdzie znacznie mniejsza od tej, która unicestwiła Hiroszimę, wszelako i tak efekt był przerażający. Zgromadzeni na placu Świętego Piotra po prostu wyparowali, a domy wzdłuż ulicy zostały zdmuchnięte. Sama bazylika, dzieło Michała Anioła i Berniniego, zmieniła się w ruinę: zapadła się kopuła, miażdżąc cudowny barokowy ołtarz. Nic nie ocalało z Kaplicy Sykstyńskiej, pałacu papieży. Przepadły w znakomitej większości bezcenne zbiory watykańskie z galerii belwederskiej.

Podmuch wyrządził największe szkody w promieniu kilometra, dalej polegały one głównie na pożarach i promieniowaniu. Bezpośrednio wskutek wybuchu zginęło wprawdzie "tylko" sto tysięcy ludzi, jednak co najmniej drugie tyle było poparzonych. Poza tym około trzech milionów mieszkańców Rzymu ewakuowano z miasta, jako w najwyższym stopniu zagrożonych chorobą popromienną.

Do zamachu na razie nikt się nie przyznawał. Większość komentatorów obwiniała Al-Kaidę, ale nie wykluczano też jednostkowej akcji jakiegoś antykatolickiego szaleńca. Jedno wydawało się pewne: Kościół Piotrowy w takim kształcie, w jakim znano go od dwóch tysiącleci, przestał istnieć.

Joe Carpenter popatrzył na ciągle włączony ekran telewizora i po raz pierwszy od wczesnego dzieciństwa przeżegnał się.

 

Potem zwymiotował.

Normalna reakcja. Kiedy jednak minął szok, zaczął myśleć logicznie. Czy mógł temu zapobiec? Czy gdyby ogłosił tekst proroctwa przed czterema dniami, doszłoby do tragedii? Oczywiście jego dawni zwierzchnicy wyśmialiby podobne obawy, ale czy zlekceważyłby je Watykan? A przecież miał tam paru zaufanych znajomych.

Pozostawało zresztą otwarte pytanie, czy samo ogłoszenie rewelacji etiopskiego mnicha nie powstrzymałoby sprawców...

Tak, popełnił okropny błąd. Trzeba było zawierzyć intuicji Salam.

Natychmiast zadzwonił do dziewczyny na numer jej komórki. Miał nadzieję, że wobec porannej hekatomby odbierze.

Nie odebrała. Telefon zadzwonił w sypialni za ścianą. Uciekając, zapomniała go z sobą zabrać.

Przeglądając listę numerów zawartych w pamięci aparatu, znalazł kilka, które uznał za przydatne: uniwersytetu, bibliotek, jakiejś koleżanki i ciotki - zadzwonił pod wszystkie. Dowiedział się jedynie, że dziewczyna wyjechała pilnie do Jerozolimy i miało to jakiś związek z jej doktoratem.

Żeby to szlag! Został bez tłumacza i nie wiedział, co kryło się w ostatniej części proroctwa. Przedtem zlekceważył tekst, teraz zdawał sobie sprawę, jakie może to mieć znaczenie. Znalazł na szczęście brudnopis Salam. Niestety, po amharsku; najwidoczniej angielska wersja rodziła się dopiero na klawiaturze. Joe znał podstawy tego języka, alfabet, miał podręczniki, słowniki, a dodatkowo wspierał go talent językowy.

Późną nocą miał przetłumaczony tekst mnicha proroka do końca.

I upłynie siedem miesięcy od dnia zagłady, a dziewica porodzi dziecię, które poczęła z Ducha Świętego. A imię jej będzie Służebnica Pańska Pokój Niosąca.

A dziecię będzie miało błękitne oczy i jasne włosy swej Matki, potęgę Ojca i umysł Ducha, który przed prapoczątkiem unosił się nad chaosem. Nie porodzi go w stajence ubogiej, lecz w nowoczesnym szpitalu, i nie pasterze kłaniać się jej będą, ale... (Tu zarówno w tłumaczeniu, jak i oryginale była luka). I sprzysięgną się przeciw niemu władcy świata, monarchowie i... (znowu luka) Opuszczą ją wszyscy jako wprzódy, krom Józefa, ciesiołką się parającego. Lecz gdy (równie dobrze można to było przetłumaczyć "jeśli") bój ostatni się zakończy, a Niewiasta zetrze głowę węża przedwiecznego, upadną struchlali grzesznicy: złotych cielców czciciele, żądni zysku lichwiarze, ci, którzy oręż gotują, i ci, którzy go ślą. Zagłada spotka mącicieli, którzy tumanią narody, i złych królów, co dawno Szatanowi dusze oddali, zniszczeni będą ci, co kłamią, i ci, co niesłusznie uchodzą za proroków, ci, co zgorszenie czynią, a zwłaszcza sodomią się parają, i ci, co mają krew na swych rękach. A ich los gorszy będzie, niżby sami w przepaść ognistą skoczyli. Tyle oznajmił mi Anioł. A ty, ludu Boży, czyń, co ci serce dyktuje, albowiem co będzie uczynione, będzie policzone, co będzie zaniechane, będzie pokarane.

 

Joe czytał tekst wielokrotnie - nie dawało mu spokoju słowo JEŚLI. Czy stwarzało to alternatywę dla Paruzji? Czy do powtórnego przyjścia mogło nie dojść, mimo że do poczęcia doszło jakieś dwa miesiące temu?

Zaskoczyła go koncepcja Powtórnego Przyjścia jako kalki wydarzeń z Betlejem. Dotąd w zgodzie z większością teologów był przekonany, że Chrystus przyjdzie (o ile faktycznie przyjdzie) jako osoba dorosła, tymczasem z proroctwa wynikało, że będzie musiał przebyć etap powtórnego narodzenia, dzieciństwa. Na zdrowy rozum było to nawet logiczne, choć rodziło nie lada komplikacje. Pojawiała się bowiem druga Matka Boska i zapewne drugi święty Józef...

 

A co w tym wszystkim uczynić miał on sam? Odkrywca proroctwa! Chwilowy depozytariusz tajemnicy. Nie mógł przecież upublicznić swego odkrycia w mediach, nie ryzykując, że dojdzie do jakiejś gigantycznej, niekontrolowanej psychozy. Już teraz widział w telewizji ogromną falę odwetu, jaka ruszyła przeciw muzułmanom, mimo że jeszcze nie ustalono, czy zamach był dziełem jakiegoś islamskiego ugrupowania terrorystycznego. Ulice miast europejskich spływały krwią. Kilka krajów, między innymi Włochy oraz Izrael, ogłosiło mobilizację. A premier tego niewielkiego państwa oznajmił wręcz, że gdyby aktualny prezydent Stanów Zjednoczonych miał jaja Reagana, Mekka, Medyna i Teheran (na dobry początek) już przestałyby istnieć.

W innej sytuacji dobrym adresatem proroctwa byłoby kierownictwo Kościoła katolickiego - to jednak nie istniało.

Swoboda manewru Carpentera była więc ograniczona. Czuł jednak, że musi coś zrobić. Obudził się w nim instynkt zawodowy, dlatego bez większych wahań wybrał znany mu na wszelki wypadek numer telefonu oficera kontaktowego CIA w Addis Abebie.

 

ROZDZIAŁ III POWRÓT DO GRY

 

Zatrzymując się w miasteczku Praiano na Costa Amalfiana, Joe Carpenter myślał, że spędzi tam dobę, najwyżej trzy. Po tygodniu zorientował się, że utknął na dłużej. A z każdą spędzoną tam godziną narastało w nim wrażenie, że sprawy idą niekoniecznie w tym kierunku, w którym by chciał. Nieróbstwo sprawiało, że wróciły ataki duszności, za którymi postępowały bóle. Mógł tylko mieć nadzieję, że stanowią one echo dawnych kontuzji, a nie coś zdecydowanie gorszego...

Kiedy opuszczał Addis Abebę, wydawało mu się, że zrobił wszystko, co do niego należało. Za pośrednictwem abisyńskiego rezydenta przekazał do Waszyngtonu całość materiałów zeskanowanych w Debre Damo. Dołączył wydruk komputerowy wraz z tłumaczeniem. Zataił jedynie udział Salam w odczytywaniu i przekładzie tekstu, twierdząc, że dokonał tego sam przez blisko tydzień mozolnej dłubaniny. Nie chciał, żeby dziewczyna miała jakiekolwiek kłopoty. Zbyt dobrze znał praktyki Firmy, gdy przychodziło utajnić sprawę. A to zrobiono by niewątpliwie, gdyby uwierzono w jego odkrycie. Chyba uwierzono, bo rzeczywiście utajniono. W ciągu kolejnych dni, które niepostrzeżenie zamieniły się w tygodnie, nie ukazała się najmniejsza nawet wzmianka o proroctwie. Może wypracowywali jakąś strategię? Tylko jaką? Joe nie zazdrościł prezydentowi, jeśli spadł na niego obowiązek podjęcia decyzji. Inna sprawa, że nie do końca uważał oliwkowego przystojniaczka za swego prezydenta. On na niego nie głosował!

 

Na to, że sprawa nie została zlekceważona, miał namacalny dowód. Gdyby jego raport potraktowano jak jakąś mglistą fantasmagorię, na spotkanie z Joem już w trzy dni później w Stambule nie wysłano by zastępcy szefa CIA, samego Kena Milesa.

Co prawda Miles i tak przebywał w Europie w związku z tragedią w Rzymie, jednak nie poświęciłby bez powodu całej doby na przesłuchanie swego byłego agenta, mając na głowie ogólnoświatowe śledztwo. Wicedyrektor, człowiek odziedziczony jeszcze po poprzedniej administracji, należał do facetów twardo stąpających po ziemi i krytycznych wobec wszelkich zjawisk nadprzyrodzonych.

Chudy i nieproporcjonalnie wysoki, miał pociągłą twarz smutnego konia i Joe w myślach nazywał go Rosynantem, choć nie przypuszczam, żeby wielu ludzi w Firmie znało imię rumaka Don Kichota.

- Twoje odkrycie zostanie wieloaspektowo zbadane - oświadczył Ken. - I z pewnością w świetle tego, co się zdarzyło, nie będzie zlekceważone.

- Gdybym mógł się jeszcze jakoś przydać...

- Cieszy mnie twoja gotowość, Joe. Niewielu mamy pracowników z taką znajomością Starego i Nowego Testamentu. Mam nadzieję, że się przydasz. Na pewno będziemy w kontakcie.

Zabrzmiało to interesująco, ale przez kolejne dni nic z tego nie wynikło. Jedynym konkretem była obietnica Milesa, że centrala zwróci Carpenterowi wszelkie poniesione koszta, a nawet sugestia, aby w raporcie znacznie je podwyższył, ale Joe podziękował za propozycję.

Rozstali się w przyjaźni. Carpenter liczył, że prędzej czy później zwrócą się do niego. Nie mając nic lepszego do roboty, postanowił poszwendać się po starym Konstantynopolu, lubił bowiem atmosferę tego miasta, niepowtarzalnego styku Orientu z Okcydentem, a poza tym wiedział, gdzie będzie mógł spieniężyć złote artefakty z Aksum, nie wzbudzając niczyjej reakcji. Musiał też rozważyć, co powinien robić dalej, ale akurat życie rozwiązało to za niego.

 

Już następnego dnia po spotkaniu z Milesem na gwarnym targu przy Złotym Rogu wpadł na niego Glenn Butler. Ciągle postawny, zdrowy, bez śladów siwizny - co dla osobnika łysego jak kolano nie było trudne.

- Co za spotkanie! - zawołał, klepiąc Carpentera mocno w plecy. - Góra z górą...

Joe nie widział swego byłego dowódcy od dobrych czterech lat, kiedy ten odwiedził go jako rekonwalescenta w szpitalu. Potem już tylko dzwonili do siebie. Wiedział, że Glenn odszedł ze służby i prowadzi jakiś wielce intratny interes na paru kontynentach. Przeprowadził nawet sondażową rozmowę telefoniczną, badając, czy ewentualnie nie mógłby się załapać do jego biznesu...

- Jesteś za dobry, Joe! - odpowiedział mu swym typowym kpiąco-drwiącym tonem pułkownik. - Za szlachetny, za mądry i masz zbyt wiele skrupułów. Grzeb w swoich starociach, odkryj drugą Troję, złap za jaja Feniksa i wynurkuj Atlantydę. A jeśli będę ci mógł w czymkolwiek pomóc, dzwoń...

Poszli razem do pobliskiej kafejki i jakiś czas gadali o wszystkim i niczym. Carpenter niezwykle chętnie podzieliłby się z kolegą odkrytymi rewelacjami, ale podpisał zobowiązanie do zachowania tajemnicy, toteż na słowa: "Podobno byłeś w Etiopii?" (co akurat wielką tajemnicą nie było) opowiedział o odnalezionej Ewangelii świętego Józefa, którą zamierzał opublikować po powrocie do Stanów. O innych swych dokonaniach w tym kraju nie wspominał, poprzestając na zachwytach nad urodą jego mieszkanek, co Butler traktował ze zrozumieniem. Skończyło się propozycją spędzenia kilku dni w domu, który pułkownik miał na południu Włoch ("Za parę dni i ja tam wpadnę"), co dziwnie korespondowało z propozycją otrzymaną z centrali: "A teraz niech pan odpocznie, nabierze sił. We właściwym momencie odezwiemy się do pana". Joe nie palił się z powrotem do Stanów, gdzie czekał na niego doktor Lewis i pewnie kolejne serie badań, toteż przyjął ofertę. Butler podał mu adres willi w Praiano, numer telefonu gosposi, a nawet wręczył klucze do rezydencji.

Kiedy się pożegnali, Glenn wskoczył do limuzyny, a Joe ruszył mostem na drugą stronę Złotego Rogu. Bardzo szybko zauważył, że jest śledzony. Ogon był trzyosobowy (staruch, kobieta i małolat) i dość łatwo zauważalny, pozwolił mu więc człapać za sobą przez pół miasta, choć gdyby musiał, zgubiłby go w ciągu kwadransa (Stambuł znał jak własną kieszeń). Rozbawiło go to odkrycie. Czyżby Firma obawiała się, że mógłby wykręcić jakiś numer? A może w Langley na dobre przyswojono sobie znaną formułę Józefa Stalina, że "ufać to znaczy kontrolować"?

Był bardziej niż pewien, że spotkanie z Butlerem i jego propozycja też nie były przypadkowe. Ostatecznie przekonał go telefon do miejscowej rezydentury i odpowiedź na prośbę o zabukowanie lotu do Neapolu.

- To już jest załatwione, mister Carpenter - usłyszał w odpowiedzi. - Leci pan o szesnastej dwadzieścia osiem. Ma pan miejsce 3A w klasie biznes.

No to poleciał. Pod koniec września morze w południowej Italii pozostawało ciągle ciepłe, choć wieczory na lądzie potrafiły zaskakiwać nieprzyjemnym chłodem. Jednak niezależnie od pogody Carpenter schodził codziennie kamiennymi schodami wykutymi w klifie nad skalistą zatoczkę i tam przez parę godzin pływał i nurkował, pragnąc utrzymać się w dobrej kondycji. Do palenia nie wrócił. Pił też zdecydowanie mniej. Może skłaniał go do tego brak luster. Tych w szarym domu brakowało nawet w łazience. Czyżby nie życzył sobie ich obecności jakiś gnieżdżący się w trzewiach domu wampir?

 

Z każdym dniem coraz bardziej czuł się zawieszony w próżni. Kazano mu czekać, a nie powiedziano po co. Do przeszłości wracać nie chciał, przyszłości nie widział, a teraźniejszość trwała jak unieruchomiona klatka filmowa. Butler też się nie pojawił, mimo że obiecywał spędzić tu kilka dni i dodatkowo zorganizować fascynujące towarzystwo młodych Włoszek. Jego komórka milczała. Z SMS-ów, które co pewien czas przysyłał, wynikało, że dużo podróżuje, że był w Stanach, na Bliskim Wschodzie, na Karaibach... "Mam trochę pilnych zajęć, ale już niedługo dobiję do ciebie" - taki mniej więcej tekst powtarzał się w licznych wariantach. Podobnie próby dodzwonienia się do centrali owocowały zdaniem znanym doskonale wszystkim użytkownikom telefonu: "Proszę czekać".

Z drugiej strony, na co liczył? Znalazł się poza systemem. Na emeryturze. Przyszli młodsi i zabrawszy, co swoje, zazdrośnie strzegli swoich posad.

Chociaż dobrze byłoby wiedzieć, co przedsięwzięli w sprawie proroctwa. Oglądał telewizję, czytał prasę, szukając jakiegoś znaku, sygnału przygotowywania opinii publicznej... Nic! Choć w innych sprawach działo się bardzo wiele. Dwa tygodnie, które upłynęły od zamachu w Rzymie, były okresem sporych społecznych turbulencji, dowodzących najbardziej bezsiły i bezradności współczesnego świata - to prawda, spłonęły setki, a może tysiące meczetów, doszło też do starć ulicznych na znaczną skalę, jednak dla większości rządów tego świata niewiele z tego wynikło. Biurokraci państw Europy okazali się absolutnie niezdolni do działania w sytuacjach wyjątkowych. Uspokajali, wysyłali protesty i pałowali swoich bardziej krewkich obywateli usiłujących brać sprawy w swoje ręce. Naturalnie większość przywódców zdawała sobie sprawę, że w wypadku wyborów zostaliby zmieceni ze sceny politycznej przez najrozmaitsze "partie protestu" domagające się wydalenia wszystkich wyznawców islamu z Europy, wprowadzenia kary śmierci itp. Jednak szczęśliwym dla elit zbiegiem okoliczności w żadnym z liczących się państw Unii nie trwała akurat kampania wyborcza. Osiemdziesięcioprocentowy sukces nacjonalistów w Austrii można było zignorować, samą republikę zaś na forum międzynarodowym określić mianem "reakcyjnego skansenu".

Tymczasem machina medialna już rozpoczęła proces reinterpretacji. Wnet pojawiły się kuriozalne wypowiedzi, że Kościół katolicki, a konkretnie jego przywództwo samo sprowokowało ten akt, stanowiąc od dawna "zmurszały cierń w radosnym oku współczesnego świata". Co więcej, w niezliczonych debatach podkreślano, że próba szukania winnych wśród muzułmanów jest pomyłką i nadużyciem, albowiem islam to religia pokoju.

Właściwie na wysokości zadania stanął jedynie premier Włoch Guido Cartolini, lekceważony dotąd i wyśmiewany za swą maskowaną łysinę, niewyparzony język i małoletnie kochanki, który korzystając ze słabości opozycji - na placu Świętego Piotra zginął prezydent republiki, a także liczni senatorzy i deputowani - bez wahania wprowadził stan wyjątkowy. Zaraz potem wydał dekret o wstrzymaniu jakichkolwiek zasiłków dla emigrantów spoza Unii, niszcząc w ten sposób główny powód migracji, jakim był "socjal". Jeszcze nie ochłonięto z wrażenia po tym posunięciu i dopiero zaczęły się pierwsze zamieszki wśród ciemnoskórej ludności, kiedy premier zaskoczył kolejnym dekretem. Tym razem "o deportacji wszystkich przybyszów z kraju islamu". Wszystkich bez wyjątku, bez względu na czas osiedlenia i status emigranta, azylanta itp. Oficjalnie rozporządzenie wydano w celu zwolnienia miejsc pracy i zamieszkania dla ewakuowanych mieszkańców Rzymu. "Obcy" dostali miesiąc na spakowanie i bilet w jedną stronę. Opornych miano deportować siłą. We Florencji, w Neapolu i w kilku innych mocno zmuzułmanionych miastach prawie natychmiast wybuchły gwałtowne zamieszki, jednak karabinierzy, wyposażeni w ostrą amunicję, wspierani przez ochotnicze grupy obywatelskie, stłumili protesty, nie patyczkując się z tymi, którzy podejmowali walkę.

Podobno strzelano głównie gumowymi kulami, ale lewicowa prasa trąbiła o szwadronach śmierci, tajnych egzekucjach, oskarżając Cartoliniego o zbrodnie ludobójstwa. "Zwyczajny faszyzm!" - wrzeszczały media w całej Europie, grożąc sankcjami, bojkotem włoskich towarów, a także wykluczeniem Italii z Unii. Włosi jednak nie mogli o tym przeczytać: wyłączono przekaźniki telewizji satelitarnej, telefonię komórkową i ocenzurowano (na miesiąc wprawdzie, ale z możliwością przedłużenia) Internet. Okazało się, że nie trzeba było nawet miesiąca: protesty bardzo szybko osłabły, jako że większość mieszkańców Europy mniej lub bardziej jawnie sprzyjała posunięciom włoskiego rządu.

 

A co do miejscowych wyznawców islamu, za broń chwytała mniejszość, większość wolała być żywa między swoimi niż martwa wśród obcych. Muzułmanów z Italii przyjęły (bez szczególnego zachwytu) Albania, Iran i Libia, a z europejskich krajów jedynie Hiszpania, której postępowi przywódcy już dawno postradali rozum.

Tymczasem do zamachu konsekwentnie nie przyznawała się żadna ze znanych organizacji terrorystycznych, a nieliczni, którzy przypisywali sobie ten czyn, po sprawdzeniu okazywali się niegroźnymi wariatami lub mitomanami. Ponieważ informacje o śledztwie pozostawały utajnione, mówiono powszechnie, że utknęło. Jednak mało kto się temu dziwił, bo wybuch skutecznie unicestwił nie tylko samego zamachowca, ale i szczątki jego piekielnego urządzenia. Antyarabska fala w całej Europie zaczęła z wolna opadać, a jako że wróg ciągle nie odsłonił swojej twarzy, akumulowany gniew nie za bardzo miał się na kim wyładować.

Bezprzykładny akt terroru potępiły oczywiście wszystkie rządy, organizacje międzynarodowe i Kościoły, choć prywatnie nie okazywano już takiej jednomyślności. "Koniec katolicyzmu", jak wieszczono publicznie, był wszak na rękę wielu, zaczynając od konkurencyjnych religii i sekt, na organizacjach feministycznych i homoseksualnych kończąc. "Gdyby Bóg chciał uratować pasterzy tej owczarni, nie dopuściłby do zbrodni" - miał się wyrazić w gronie polityków Federacji Rosyjskiej patriarcha Moskwy i całej Rusi.

Że nie spełniły się przewidywania ekspertów na temat rozpadu Kościoła na patriarchaty regionalne i wspólnoty narodowe, zdecydowała determinacja kilku ludzi i cud. Nie zginęli wszyscy, którzy mogli zginąć. Na tragiczny konsystorz nie dojechało z różnych powodów trzech członków kolegium kardynalskiego, reprezentujących, fakt szczególny, Azję, Afrykę i Amerykę Łacińską; czwarty z nieobecnych, Włoch, akurat dochodził do siebie w sanatorium po operacji przepukliny, odnalezienie zaś w siódmym dniu akcji ratunkowej piątego, stosunkowo młodego kardynała z Polski, który ocalał, albowiem w momencie wybuchu znajdował się w lochach Watykanu, modląc się przy grobie swego wielkiego rodaka, okrzyknięto cudem. Ponieważ Opatrzność nie udziela wywiadów, nawet najwybitniejszym ekspertom nie udało się wyjaśnić, dlaczego walące się mury bazyliki oszczędziły właśnie to jedno miejsce, czemu fala termalna przeszła górą, omijając głębszą część lochów, a radioaktywny opad nie dotarł do podziemi. Jeszcze trudniej przychodziło wytłumaczyć, dlaczego ten zdyscyplinowany i chorobliwie punktualny hierarcha spóźnił się na konsystorz. Niepotwierdzona wersja głosiła, że kiedy po modlitwie u grobu Karola Wojtyły zamierzał się oddalić, usłyszał znajomy głos: "Pozostań ze mną!".

 

Trzy dni po tym ocaleniu obradujące w Castel Gandolfo pięcioosobowe konklawe, w którym asystowało jeszcze siedemnastu innych kardynałów, jednak sędziwy wiek wykluczał ich z głosowania, zdecydowało o wyborze papieża.

Liberalny Włoch, rekonwalescent, lansowany przez postępowe media, spotkał się ze zdecydowaną kontrą pozostałych. Wybór któregokolwiek z przedstawicieli kontynentów pozaeuropejskich w nieustabilizowanej sytuacji całej instytucji groził schizmami. Zresztą lud Boży uważał dość powszechnie, że Duch Święty już dokonał wyboru, więc kadłubowemu konklawe nie pozostało nic innego, jak pójść za jego wskazaniem. Spadkobiercą świętego Piotra został drugi w ciągu pięćdziesięciu lat Polak.

Powszechnie spodziewano się, że zgodnie z proroctwem świętego Malachiasza przyjmie on imię Papieża Dni Ostatnich - Piotra II Rzymianina, jednak arcybiskup z Warszawy odrzucił wyzwanie przepowiedni i przybrał imię Jana Pawła III.

Już w swoim pierwszym wystąpieniu zadziwił wiernych dynamizmem i nadzieją: zapowiedział szerokie konsultacje z kościołami całego świata celem szybkiego odbudowania kolegium kardynalskiego, a także instytucji kurii rzymskiej. Szczęśliwym zrządzeniem losu jego poprzednicy zalecili już kilka lat temu pilną digitalizację archiwów, które dzięki temu zachowały się na serwerach zlokalizowanych poza Watykanem.

11 października z CNN Joe dowiedział się o spotkaniu grupy G20, przywódców najważniejszych państw świata, na pokładzie lotniskowca "Annapolis". Trochę później ujawniono nieplanowane spotkanie wielkiej trójki. Po tej naradzie, która odbyła się bez udziału mediów i której nie zakończyła żadna konferencja prasowa, wścibskie kamery odnotowały jedynie powrót przywódców na "Annapolis". Wprawdzie oblicza prezydenta Stanów Zjednoczonych Matakiego i przywódcy Federacji Rosyjskiej Anatolija Michajłowa pozostały nieprzeniknione, szef zjednoczonej Europy Mac Brandon nie potrafił ukryć zdenerwowania.

"Co wy knujecie?" - zastanawiał się Carpenter.

Z każdym dniem pobyt w szarym domu nad urwiskiem działał na niego bardziej przygnębiająco. Czy wywoływał to sam charakter budowli, przypominającej antyczny grobowiec, czy urwisko poniżej, o które niestrudzenie rozbijały się fale? A może szczególnie dołujący był fakt, że miasteczko, gwarne i wesołe w trakcie sezonu, wyludniło się i na ulicach łatwiej było spotkać bezpańskiego psa niż człowieka?

Dom mówi wiele o naturze właściciela. Wprawdzie Glenn Butler musiałby mieć tysiąc albo więcej lat, aby ponosić odpowiedzialność za architekturę budowli, ale w końcu wybrał ją z dziesiątki innych przedstawionych w ofertach handlarzy nieruchomościami. Głębokie, pozamykane na głucho piwnice, sypialnia z kopulastym sklepieniem przypominająca wnętrze grobowca, kilka starych portretów przedstawiających ludzi o złych oczach i mocno zaciśniętych wargach nie sprawiały przyjemnego wrażenia. Wprawdzie w przewodnikach po Praiano nie znalazł żadnych wzmianek o historii tego gmachu, jednak czuł, że jego mury musiały wiedzieć niejedno, a echa mrocznych tajemnic wracały do niego w snach. Widział w nich ludzi wyrzucanych przez okno w trakcie wielkiego pożaru, stąpał po starych podłogach z kałużami krwi i odkrywał nagie, martwe ciała w skotłowanej pościeli... Budził się, odczuwając duszność, otwierał drzwi i okna. Zwidy pierzchały, aby wrócić następnej nocy.

Nie wierzył w duchy, ktoś jednak, mimo pozamykanych drzwi i okien, które od ziemi dzieliło kilkadziesiąt metrów, potrafił strącić całe szkło z ociekacza przy zlewie, wysypać sól, mąkę i cukier, powyrzucać książki z półek na podłogę, w tym piękny album Rubensa, który upadł tak nieszczęśliwie, że reprodukcja obrazu Rzeź niewiniątek rozdarła się na całej długości... Teoretycznie jakiś sprawny akrobata mógł dostać się przez dach, nie budząc Carpentera, tyle że w jakim celu miałby to zrobić?

 

- A może - zadawał sobie pytanie - nie wyczułem wstrząsu tektonicznego?

Żeby wykluczyć taką możliwość, zadzwonił do urzędu sejsmologicznego w Neapolu i dowiedział się, że w ostatnich dniach skorupa ziemska była spokojniejsza niż zazwyczaj.

A może kawalarzem był ktoś z grupy Butlera? Jak się okazało, pułkownik dość chętnie udostępniał klucze do domu. Siódmego czy ósmego dnia pobytu Carpentera w szarym domu zjawił się Andy Wolff, przezywany "Szwabem" - drobny, czarniawy i pozbawiony skrupułów w stopniu większym niż inni członkowie komanda Butlera. Wolff lubił zadawać ból i czerpał przyjemność ze strachu przeciwnika, znakomicie nadawał się do przesłuchań, nadto był bezbłędny, gdy w grę wchodziły środki wybuchowe i wszelkiego rodzaju pułapki. Joe zastanawiał się często, czemu Butler toleruje w zespole takiego psychopatę - grupa nie składała się z aniołków, ale każdy uważał się za żołnierza, a Wolff pozostawał jakby ochotnikiem. Kiedyś zapytał o to Glenna i otrzymał odpowiedź:

- Jest przydatny, wykona każdą robotę, nawet taką, której żaden z was by się nie podjął.

Andy był zaskoczony obecnością Carpentera. Przyjechał leczyć rany. Wyglądał, jakby przejechał po nim czołg, ale, jak twierdził, licznych obrażeń doigrał się w bójce stoczonej z grupą zazdrosnych Sycylijczyków, którym podpadł, usiłując zastawić sidła na ich siostrę.

- A warta chociaż była takiego poświęcenia? - zapytał Joe, opatrując dawnego kolegę i zszywając cięcia noża.

- Nie zajmowałem się nią dla przyjemności, tylko w ramach akcji "H" - warknął. Tu zorientował się, że chyba powiedział zbyt wiele, więc dla pewności zapytał: - Też w tym robisz?

- Aha - mruknął Joe, zachodząc w głowę, czego taka operacja miałaby dotyczyć. I dlaczego ochrzczono ją tą, a nie inną literą alfabetu, kojarzącą się z humanitaryzmem, Węgrami (Hungary), głodem (hunger) lub ludobójstwem (homicide).

Po dwóch dniach Andy wyjechał, a Carpenter zapomniał o sprawie. Nie zapomniały o nim jednak moce kryjące się w murach. Całą kolejną noc stukały, pukały, przesuwały meble. Do wszystkich elementów zabawy w nawiedzony dom brakowało wyłącznie dzwonienia łańcuchami.

Postanowił dać tajemniczemu psotnikowi szansę zademonstrowania, o co właściwie mu chodzi, i spróbował najprostszego testu. Starannie potasował talię kart, a następnie jej połowę rozłożył na podłodze w kuchni, koszulkami do góry.

- Jeśli chcesz mi coś powiedzieć, duchu, to daję ci szansę - ironizował.

Tej nocy przyśniła mu się Maud. Promienna, ubrana w nocną koszulę, na polnej drodze, cała w słońcu... Chciał do niej podbiec, ale powstrzymała go gestem.

"Mnie nie uratowałeś, uratuj przynajmniej ją" - powiedziała.

"Kogo, moje kochanie?!"

"Dobrze wiesz kogo".

 

I jak figura z piasku rozsypała się z podmuchem wiatru.

Rano po wyjściu z łazienki zajrzał do kuchni. Duch, poltergeist czy do jakiej tam mógł należeć kategorii, wyraźnie go zlekceważył. Nie przesunęła się ani jedna z zakrytych kart. Żadna nie została odkryta. Również druga połowa talii leżała spokojnie na stole.

Postanowił je pozbierać. Podniósł pierwszą: dwójka pik, potem czwórka trefl, potem dziewiątka pik, potem dwójka, dżoker, as.... Wszystkie czarne; jeśli dżokera potraktować jako zero precyzyjnie pokazujące datę wybuchu w Rzymie... Jakież było prawdopodobieństwo przypadkowego układu? Kolejno podnosił: dwie czarne damy, czarnego waleta pik, dwa czarne króle i kolejnego dupka żołędnego... Za to wszystkie kara i kiery znajdowały się na stole.

Zamurowało go tylko na moment. Potem podjął decyzję. Koniec nieróbstwa, trzeba wziąć się do roboty! Czas od narodzin pomysłu do jego realizacji nigdy nie był u Carpentera długi. Wynajął samochód, dwuosobowego jaguara, i jeszcze tego samego dnia, 15 października, ruszył w stronę Rzymu. Wprawdzie miasto było zamknięte do odwołania, działały ekipy dezaktywacyjne i sanitarne zajmujące się zbieraniem resztek zwłok, ale Joe wiedział, że potrafi przeniknąć do zamkniętej strefy na co najmniej sto sposobów. Tym łatwiej, że nie tylko od lat znał szefa Wydziału D połączonych sił SISMI (włoska wojskówka) i SISDE (bezpieka), generała Mercatoriego, ale też osobistym przyjacielem Carpentera był dowódca włoskiej policji kryminalnej nadkomisarz Rinaldo Cavalieri.

Wpierw jednak musiał dojechać do celu, a to okazało się wcale nie takie proste. Zaraz za Neapolem część autostrady była zablokowana. Jeszcze dwa dni wcześniej okoliczne suburbia stały w ogniu walk z muzułmańskimi wysiedleńcami. Pamiątką tych starć były resztki barykad i dwa wypalone czołgi. Również dalsze odcinki autostrady nie wyglądały na spokojne, nadal patrolowane przez transportery opancerzone. Jak się zaraz dowiedział, niewielkie uzbrojone bandy muzułmanów przedostały się na wieś i siały panikę wśród miejscowej ludności. Niebawem natrafił na realny dowód działań terrorystycznych. Zaraz za Capuą islamiści uszkodzili wiadukt. Nie pozostało mu nic innego, jak zjechać z autostrady i posuwać się na północ zatłoczonymi drogami nadmorskimi. Zanocował w Gaecie, gdzie jedynym możliwym miejscem noclegu okazał się piekielnie drogi apartament, którego jednak nie wykorzystał w pełni, bo o świcie ruszył dalej.

 

W miarę zbliżania się do Rzymu coraz częściej widział rozciągnięte wzdłuż drogi wielkie osiedla namiotowe, w których koczowali uciekinierzy z miasta. W Latinie oświadczono mu wręcz, że dalej nie pojedzie. Telefon do nadkomisarza tylko częściowo rozwiązał sprawę: nakazano mu pozostawić samochód na miejscowym parkingu, a samego przesadzono w policyjny wóz i tak powieziono do Wiecznego Miasta.

Służby mundurowe na czas kryzysu zostały skoncentrowane na terenie EUR, nowego miasta, które Mussolini zaczął wznosić na wystawę światową w roku 1942. Tamto EXPO nigdy nie doszło do skutku, ale budowle pozostały. To dziwne i trochę nieludzkie miasto biurowców i muzeów położone było wystarczająco daleko od Watykanu, aby nie ucierpieć od kataklizmu, a jednocześnie dysponowało sporą liczbą hal i pomieszczeń potrzebnych na zakwaterowanie wojsk i służb, a także zlokalizowanie licznych szpitali, które szybko zapełniali ludzie z poparzeniami lub chorobą popromienną. Wkrótce dołączyli do nich zbyt gorliwi członkowie ekip ratunkowych, a także pechowcy z grup rabusiów, które chciały bezkarnie rabować porzucone mienie, nie wierząc w promieniotwórcze zagrożenie.

Cavalieri zrobił sobie kwaterę w jednym z kamiennych gmachów przy placu Marconiego. Surrealistyczny charakter miejsca i sytuacji podkreślały wszechobecne rzeźby Johna Sewarda Johnsona II: wyrastające z ziemi ludzkie kończyny, które wcześniej miały za zadanie prowokować, teraz jednak, w obliczu hekatomby, kojarzyły się wyłącznie z czystą grozą.

Rinaldo, nieludzko zmęczony, a mimo to tryskający niespożytą energią, ucałował Carpentera z dubeltówki.

- Znakomicie, że się odezwałeś! - wołał. - Inna sprawa, że i tak zamierzałem cię szukać.

- Mnie? Emeryta!

- Weterana praktyka! - sprostował Włoch. - Mam tu dziesiątki utytułowanych ekspertów, specjalistów i nikogo, kto by dysponował rzeczywistym doświadczeniem w walce z terroryzmem, a w dodatku miał umysł wystarczająco otwarty, aby zrozumieć to, co wielu biurokratom wydaje się nie do pojęcia. Rozumiem, że nie odmówisz wsparcia?

- Oczywiście chętnie bym ci pomógł - odparł Joe. - Musiałbym chyba jednak porozumieć się...

- Z kim, na Boga, skoro jesteś emerytem?! - wykrzyknął komendant. - Premier dał mi absolutnie wolną rękę w dobieraniu zespołu. A wracając do spraw najważniejszych: jadłeś coś? Zamówię dwa posiłki do pokoju.

Zaprowadził go do gabinetu, niewielkiego pomieszczenia bez okien, na szczęście z dobrą klimatyzacją. Po drodze Carpenter skorzystał z toalety.

Literatura klozetowa posiada długą i bujną tradycję, zachowały się wydrapane napisy i obsceniczne rysunki w Pompejach, a to, co wypisuje społeczeństwo we współczesnych toaletach publicznych, winno być przedmiotem wnikliwej analizy jednostek odpowiedzialnych za badanie opinii publicznej. Jednak w ubikacji obok gabinetu Cavalieriego nie było żadnych wulgaryzmów, kafelki lśniły nieskazitelną czystością. Jedynie na lustrze ponad umywalką ktoś napisał szminką jedno słowo po włosku: "Bene" (dobrze)!

Ponieważ w centrali nie było toalet dla kobiet, można było domniemywać, że słowo to nakreśliła jakaś wielbicielka nadkomisarza Rinalda, jednak myjąc ręce, Carpenter nie mógł pozbyć się wrażenia, że aprobujący napis został skierowany do niego i że napisała go Maud.

 
 

ROZDZIAŁ IV NARADA

 

Jak wiadomo, coraz mniej jest miejsc na świecie, w których mogą się spotkać, nie narażając się na ataki alterglobalistów, uderzenia terrorystów lub przesadną dociekliwość mediów, przedstawiciele najważniejszych państw świata - słynna grupa G20. Trudno się więc dziwić, że w tym kryzysowym czasie posiedzenie zorganizowane między 10 a 13 października odbyło się na pokładzie lotniskowca "Annapolis", żeglującego z dala od kontynentalnych brzegów po wodach, na których wedle naukowców w najbliższym czasie miało nie być tajfunów, gór lodowych czy podziemnych wybuchów wulkanów. Wybór miejsca, w którym mieli dyskutować najważniejsi przywódcy świata, w normalnej sytuacji być może zostałby skrytykowany przez media i oprotestowany przez pacyfistów, wszelako czas, w którym przyszło im się zebrać, daleki był od normalnego.

 

Obrady G20 przebiegły bez zakłóceń, zresztą sprowadziły się głównie do wymiany oczywistych banałów. Prawdziwą politykę robiły służby i ich agendy. Powstrzymano się nawet od mocniejszego potępienia dyskryminacyjnej polityki Włoch wobec cudzoziemców, czego domagał się przewodniczący Unii Europejskiej, a nawet podjęto uchwałę o pomocy dla miasta Rzym i jego mieszkańców. I tyle.

Trzeciego dnia, kiedy większość uczestników spotkania opuściła już pokład "Annapolis", prezydent Stanów Zjednoczonych, ulubieniec elit, wygadany Mulat FanuMataki zaprosił dwójkę wybranych gości na pokład swego jachtu, który nieoczekiwanie pojawił się w konwoju, i wspólnie udali się na krótki rejs ku malowniczym, niezaludnionym wysepkom. Gośćmi tymi byli Anatolij Siergiejewicz Michajłow, przywódca Rosji, nieduży człowieczek o wyłupiastych oczach ratlerka, lecz wedle znawców problematyki rosyjskiej niebezpieczniejszy niż pitbull, oraz nowy przewodniczący Unii Europejskiej Alex Mac Brandon, znany głównie z tego, że na wszystkich oficjalnych uroczystościach zjawiał się z partnerem, niedawno zaślubionym artystą rzeźbiarzem. Tym razem musiał przybyć sam, a jego oblubieniec bardzo się obraził, nie znalazłszy się wśród obecnych na "Annapolis".

- Nie bądź zazdrośnikiem! Nie zaproszono tam nikogo "z małżonką". To spotkanie robocze, nie zabawa - tłumaczył mu Alex.

Przywódca Europy i Rosjanin zdawali sobie sprawę, że nadprogramowy rejs nie będzie miał wyłącznie relaksowego charakteru, nie mieli jednak pojęcia, o co może chodzić Amerykaninowi. Szef Federacji Rosyjskiej, człowiek duszą i ciałem związany ze służbami specjalnymi, bolał z tego powodu szczególnie. Zawsze o wszystkim dowiadywał się jako pierwszy. A tu?... Jeszcze tuż przed udaniem się na spotkanie cisnął szefa swego wywiadu wojskowego, pytając, czy "Amerykańcy nie mogą próbować zwalić tego zamachu na nas". "Przecież nie mieliśmy z tym nic wspólnego! - żachnął się generał. - Nie mamy nawet podejrzeń, kto to zrobił!"

Przybyłych na jacht zaskoczyło wręcz ascetyczne wnętrze kabiny, a zwłaszcza jej wyposażenie. Nie było tam żadnych kobiet, które w tak bogatym wyborze towarzyszyły zawsze przyjęciom u premiera Włoch, ani tej obfitości żarcia, jakim potrafili częstować Niemcy i Francuzi, nie mówiąc o alkoholach, serwowanych zwyczajowo przez nowego cara Kremla, z towarzyszeniem waz pełnych astrachańskiego kawioru, wszelakiej dziczyzny i wymyślnych owoców morza przyrządzanych przez kucharzy importowanych z Japonii. Tu musiał wystarczyć zestaw kanapek, whisky, koniak lub dwa wina do wyboru. Wyglądało na to, że amerykański prezydent naprawdę chce gadać o jakichś poważnych sprawach. Tylko jakich? Rosjanin nie przestawał zastanawiać się, czy ostatnio nie wpadła któraś z jego szpiegowskich siatek lub jakiś starzejący się generał GRU nie przeszedł na stronę wroga i nie zaczął sypać tajnymi rewelacjami, zamiast jak jego koledzy zastrzelić się na polowaniu, utonąć na wczasach w tropikach albo zejść z tego świata ze względu na zły stan zdrowia. Tylko że jeśli nawet pojawił się podobny problem, mogli to załatwić we dwóch z Fanu. Do czego był Matakiemu potrzebny ten unijny pedryl?

Weszli do kolejnej pozbawionej okien kabiny, pozostawiając na zewnątrz sekretarzy i szefów ochrony. Nawet wpływowy doradca do spraw bezpieczeństwa narodowego Thomas Carringham musiał zadowolić się spacerowaniem po rufie.

- Panowie - powiedział prezydent Stanów Zjednoczonych, zachęcając gości do zajęcia miejsca na ratanowych kanapach - pozwoliłem sobie was zaprosić, albowiem mamy absolutnie bezprecedensową sytuację. Oto co przypadkowo odkrył nasz człowiek, ZANIM jeszcze doszło do rzymskiej tragedii! - To mówiąc, włączył monitor i przez dwadzieścia minut oglądali prezentację na temat znaleziska w Debre Damo i zaznajamiali się z tekstem proroctwa.

 

Po projekcji zapadła cisza. Tyleż długa, co kłopotliwa.

- A jeśli mamy do czynienia z falsyfikatem i mistyfikacją? - zapytał wreszcie Rosjanin. - W końcu każdy może być prorokiem po czasie!

- Moje służby dotarły do oryginalnego pamiętnika szalonego mnicha i zbadały go dokładnie - odparł Mataki. - Naprawdę został napisany blisko dwadzieścia lat temu i nie był przez nikogo korygowany. Zdobyliśmy też relacje dostojników Kościoła etiopskiego potwierdzające, że o powyższych wydarzeniach słyszeli, chaotycznie wprawdzie, ale jednak już dawno temu. Tyle że nikt wtedy w owe proroctwa nie uwierzył.

- A ten odkrywca... - Michajłow sprawdził nazwisko, które zanotował w trakcie projekcji w notesiku - Joe?...

- ...Carpenter.

- Właśnie, Carpenter! Na ile można być pewnym jego wiarygodności? W końcu zgłosił się, kiedy już było PO ZAMACHU!

- Jego rzetelność gwarantuje trzydzieści lat nienagannej służby i udział w najbardziej niebezpiecznych operacjach.

- Na przykład w Gruzji?... - Anatolij Siergiejewicz zmarszczył brwi.

- W Gruzji był prywatnie!

- Wróżby, gusła, proroctwa - odezwał się naraz Mac Brandon, cały czas zajęty głównie manipulowaniem długopisem pomiędzy palcami. - Tego rodzaju rzeczy urągają światopoglądowi naukowemu i wydaje mi się, że trzeba szukać innych interpretacji.

- Na przykład jakich?

- Że autorzy proroctwa znali plan większości zdarzeń, bo sami w nich uczestniczyli. Jakieś tsunami prędzej czy później by nastąpiło, papież też musiał kiedyś umrzeć, a pozostałe incydenty... Wyprzedzająca wiedza o nich nie byłaby czymś szokującym, jeśli w całej sprawie miała udział Al-Kaida.

- Dużo bym dał, żeby tak było. - Prezydent nalał każdemu po drinku. - Niestety, nic nie wskazuje na Al-Kaidę. Brak też dowodów na udział w tym zamachu jakichkolwiek muzułmanów.

- Rozumiem, że jest brana pod uwagę możliwość, że jednak nie zrobili tego fundamentaliści islamscy? - zapytał Michajłow.

Jego prawa noga założona na lewą cały czas drgała nerwowo.

- Jak najpoważniej - odparł Amerykanin. - Kamery przesyłające obraz na żywo do studia zarejestrowały na chwilę przed wybuchem obraz karetki, która od strony Borgo Santo Spirito wjechała na promenadę prowadzącą w stronę placu Świętego Piotra. Włosi potwierdzili, że pojazd nie pochodził z żadnego z rzymskich szpitali! Był to zręcznie zrobiony falsyfikat. Śledczy idą tym tropem, a my robimy wszystko, żeby im pomóc.

- Rozumiem teraz, dlaczego wybuch przekraczał moc tak zwanej bomby walizkowej - mruknął Rosjanin. - Tak potężnego ładunku nie mógł wnieść w plecaku pojedynczy człowiek, w dodatku nie przyciągając niczyjej uwagi.

- Jednak użycie sanitarki oznakowanej czerwonym krzyżem żadną miarą nie eliminuje Al-Kaidy - upierał się europrezydent.

- Panowie, nie rozpraszajmy się. Zostawmy śledztwo jego biegowi i wróćmy do tematu proroctwa, bo on jest tu najważniejszy - zaapelował Mataki. - Załóżmy, że to, co panom przed chwilą zademonstrowaliśmy, jest prawdą. Z wszystkimi konsekwencjami! Za niecałe siedem miesięcy urodzi się mały Chrystus i rozpocznie się odliczanie czasu pozostałego do końca świata.

- Równie dobrze można byłoby przyjąć, że prawdą są wszystkie te brednie od wieków głoszone przez Kościół - warknął Europejczyk.

- Daj pan spokój, Alex! Nie jesteśmy w telewizji! - syknął Michajłow. - Ja osobiście jestem praktykującym chrześcijaninem i nie życzę sobie żartów na ten temat. Ponadto wierzę w Paruzję, choć nie przypuszczałem, że nastąpi aż tak szybko.

 

Biegłość Rosjanina w tematyce religijnej dawała się wytłumaczyć praktyką w wydziale do walki z Kościołem w ramach KGB. Nie był to długi staż, ale i tak bił pod tym względem Brytyjczyka, który nigdy nie był nawet ministrantem.

- Mnie też bliskie są ideały chrześcijańskie! - poparł Rosjanina Mataki. Było to z jego strony dość odważną deklaracją. Na temat stosunku prezydenta Stanów Zjednoczonych do wiary krążyły najróżniejsze spekulacje. W zależności od potrzeb marketingowych bywał raz bardziej chrześcijaninem, raz muzułmaninem lub animistą, a krytycy uparcie wytykali mu młodzieńcze grzeszki: praktykowanie voodoo i flirt z satanizmem. Doszło do tego, że w trakcie kampanii wyborczej musiał odcinać się publicznie od znanego z kontrowersyjnych kazań pastora Wilcoxa, co jednak nie przeszkodziło, aby w wyborach ten dziwny człowiek znalazł się wśród personelu Białego Domu. - A co do rzekomych bredni na temat zjawisk nadprzyrodzonych... Muszę zmartwić szanownego kolegę. Jeszcze za czasów moich poprzedników w Agencji Bezpieczeństwa Narodowego utworzono komórkę zajmującą się wspomnianą problematyką. Wnioski są niezwykle ciekawe. Mianowicie osiemdziesiąt dziewięć procent cudów uznanych przez Kościół rzymskokatolicki nie można zakwestionować, również pozytywnie zweryfikowano znaczną liczbę zjawisk paranormalnych niedających się wyjaśnić na gruncie współczesnej nauki, a także kilkaset przypadków opętania.

- Jako realista dopuszczam jeszcze jedną koncepcję - odezwał się Rosjanin. - Proroctwo mógł sporządzić ktoś dysponujący realną wiedzą o przyszłości. Może wynaleziono jakieś urządzenie, które to umożliwia, jakiś "wziernik do przyszłości"...

- Sam pan wie, że nauka wyklucza taką możliwość - ożywił się Mac Brandon.

- Dzisiejsza nauka - prychnął Michajłow - być może! Ale za parę lat ktoś podważy twierdzenia Einsteina, sformułuje inną teorię na temat czasu i przestrzeni...

- I sądzicie, że jest możliwe, aby ktoś dokonał takiego naukowego przewrotu akurat w zacofanej Abisynii? - nie poddawał się super-Europejczyk.

- Zostawmy rozważania na temat tego, co jest, a co nie jest możliwe! - przerwał spór prezydent Stanów Zjednoczonych, wyraźnie zły, że partnerzy co rusz odwodzą go od tematu. - Jako odpowiedzialni za ten świat mamy do czynienia z konkretną sprawą i musimy zdecydować, jak ją rozwiążemy. Istnieje kilka opcji. Pozwolić panu Carpenterowi upublicznić swoje odkrycie...

- W żadnym wypadku! - krzyknęli chórem jego obaj rozmówcy.

- Łatwo wyobrazić sobie następstwa takiego działania - rozwinął temat Mac Brandon. - Oznaczałoby to tryumf tradycjonalistów i masowe represje wobec wszystkich, których uznano by za grzeszników - tu powiódł wzrokiem dookoła - z nami na czele.

- Co do prześladowań niewierzących pewien nie jestem. Ale na pewno zgruchotałoby to dotychczasowy styl życia, struktury państw i kanony zachowań - zgodził się Michajłow. - Ludzie inaczej się zachowują, mając przed sobą i swoim potomstwem perspektywy bezterminowe, a inaczej, kiedy się dowiedzą, że czeka ich najwyżej kilkadziesiąt lat, a następnie nieuchronny koniec dotychczasowego świata i wielce prawdopodobny sąd...

- Zgadzam się z panami - rzekł Mataki. - Co więcej, uważam, że oprócz paniki i nieprzewidywalnych działań nastąpiłoby oczywiste zahamowanie globalnej gospodarki, nastawionej przecież na stałą nieposkromioną konsumpcję. A przy tym wariancie o rosnącym popycie mogliby mówić jedynie producenci włosiennic, dyscyplin i popiołu do posypywania głowy... - Tu zauważył, że nikt się nie zaśmiał, więc zmienił ton. - Zatem poważnie: zgodziliśmy się, że puszczając sprawę na żywioł, mielibyśmy do czynienia z apokalipsą jeszcze przed apokalipsą. Istnieje jednak druga możliwość. Utajnienie.

- I to nie jest rozwiązanie najgorsze! - powiedział były oficer KGB. - To jak z okłamywaniem nieuleczalnie chorego. Mówi się pacjentowi, że wszystko jest na dobrej drodze, że jego stan się poprawia, a potem szast-prast... Chory nawet nie ma kiedy się zdziwić!

- W dodatku jeśli dojdzie do przepowiadanego kataklizmu, zdarzy się to już na pewno nie za naszej kadencji - zauważył praktycznie prezydent Unii Europejskiej. - A co do odpowiedzialności historycznej... Jeśli potem ma nie być historii...

 

- Pozostaje odpowiedzialność przed Bogiem, jeśli założymy, że istnieje. A to, niestety, zostało silnie potwierdzone - rzucił prezydent Stanów Zjednoczonych.

- Jeśli istnieje, to pójdziemy do piekła niezależnie od tego, co byśmy teraz zrobili - odpowiedział szczerze Michajłow.

- Zatem przypadnie panom do gustu trzecie możliwe rozwiązanie - rzekł FanuMataki - choć być może uznacie je za typowo amerykański pragmatyzm.

- Jakie rozwiązanie?

- Z proroctwa, jeśli wysłuchaliście go dokładnie, wynika po pierwsze, że "powtórne narodziny" nie odbędą się bez trudności. Analiza filologiczna dowodzi, iż na podstawie tekstu nie można stuprocentowo powiedzieć, że Mesjasz się narodzi. Pada słowo: JEŚLI. To znaczy: może się narodzić, ale nie musi... - Tu prezydent znacząco zawiesił głos.

Noga siedzącego na fotelu Michajłowa przestała drgać, a jego stalowe oczy wbiły się w Mulata.

- Och, ty draniu! - powiedział z niekłamanym podziwem.

- Rozumiem, że zgadujecie, panowie, co mam na myśli. Operacja, którą musielibyśmy przedsięwziąć, nie jest bezprecedensowa. Została już raz podjęta, przed ponad dwoma tysiącami lat...

- I zakończyła się klapą... - powiedział Mac Brandon.

Nie wiadomo, czy wskutek nadmiaru emocji, czy wypitych trunków, których dolewał sobie, nie czekając na gospodarza, zrobił się bardzo blady. Mataki przeciwnie, z każdym słowem jego oczy wydawały się płonąć mocniejszym blaskiem.

- Oprawcy Heroda działali w trudnych warunkach, byli niekompetentni i nie posiadali wystarczających środków technicznych - rzekł. - My na szczęście mamy zupełnie inne możliwości. - Nacisnął jakiś przycisk, po czym powiedział: - Pułkowniku Butler, zapraszamy.

Do salonu wszedł mężczyzna do złudzenia przypominający Bruce'a Willisa. Wysoki, barczysty, łysy, z krzywym uśmiechem. Skłonił się po wojskowemu.

- Żeby było jasne - ciągnął gospodarz - pułkownik Glenn Butler od pewnego czasu nie jest pracownikiem moich służb. Prowadzi prywatną firmę usługową zajmującą się rozwiązywaniem spraw trudnych i beznadziejnych.

"Wiem - pomyślał Michajłow. - Kiedyś dawaliśmy pięćdziesiąt milionów rubli, żeby go wyeliminować".

- Jeśli zdecydujemy się na wspomnianą operację - Matakiemu jakoś nie przechodził przez usta termin "rzeź niewiniątek" - jej przeprowadzeniem zajmie się Glenn, co oznacza, że w najmniejszym stopniu nie obciąży ona żadnego z nas. Nawet gdyby sprawa miała wyjść na jaw, pozostanie inicjatywą prywatną. - Tu zwrócił się do Butlera: - Pułkowniku, prosimy.

Na całościennym ekranie pojawił się podświetlony fragment tekstu proroctwa wraz z angielskim i rosyjskim (sic!) przekładem.

- Jak panowie prezydenci zauważyli, nasza robota została znacznie ułatwiona - powiedział Butler. Stojąc na szeroko rozstawionych nogach, przypominał sierżanta prowadzącego zajęcia dla rekrutów, a nie przywódców świata. - Mamy dość precyzyjny termin: poród ma nastąpić po upływie siedmiu miesięcy od dnia zamachu w Rzymie. Mamy też charakterystykę matki: dziewica, a zatem kobieta niezamężna, blondynka (bądź albinoska), w ciąży z dzieckiem, do którego nikt się nie przyznaje, ma urodzić w nowoczesnym szpitalu...

 

- Wszędzie teraz są już szpitale - mruknął Mac Brandon.

- Na koniec mnich okazał się na tyle nierozważny, że podał nam jej imię: Służebnica Pańska, czyli po hebrajsku Miriam, co, jak wiadomo, oznacza Marię, oczywiście we wszystkich dopuszczalnych wariantach: Marianna, Mary, Masza i tak dalej. Na pierwszym etapie naszej operacji zamierzamy odnaleźć wszystkie kobiety odpowiadające wspomnianym parametrom.

- A potem? - Twarz Michajłowa przypominała w tym momencie kamienne lico sowieckiego sędziego wydającego wyrok śmierci.

- Nie jesteśmy barbarzyńcami, Anatoliju Siergiejewiczu - uspokoił go Mataki - i nad "ostateczne rozwiązania" przedkładamy metody łagodnej perswazji. Poza tym to XXI wiek i wlewanie oleju do głowy nie musi oznaczać strzelania w potylicę... Proszę kontynuować, pułkowniku!

- Wspomnianym kobietom moja agencja złoży, naturalnie przez pośredników, których mamy w tej chwili na świecie kilkuset, propozycję nie do odrzucenia. Premię za dokonanie aborcji.

- Ile? - zainteresował się Europejczyk.

- Nie mam zamiaru wprowadzać stałego taryfikatora. Jedne kobiety z radością zgodzą się pozbyć kłopotu za tysiąc dolarów, do przekonania innych potrzeba będzie miliona.

- A jeśli znajdą się fanatyczki gotowe donosić ciążę za wszelką cenę? - pytał Rosjanin.

- Wywołamy sztuczne poronienie. I to w sposób, jaki postronnym obserwatorom wyda się naturalny. Mogę dać panom słowo honoru, że przy tej operacji nikt nie zginie.

- Oprócz płodów - mruknął Michajłow i zapytał jeszcze: - Czy dajecie gwarancję, że żadna potencjalna matka nie prześlizgnie się przez wasze sito?

- Zamierzamy przeprowadzić operację z dużym marginesem personalnym, zaliczając do interesującej nas grupy nawet jednostki o bardzo nikłym prawdopodobieństwie... Co istotne, nikt z pracujących dla nas pośredników nie pozna prawdziwego celu akcji.

- A jeśli będą pytać?

- To dowiedzą się, że jest to pilotażowy program kontroli urodzin. A gdyby pojawił się ktoś nazbyt ciekawski, po prostu zrezygnujemy z jego usług.

 

- Świetnie to zostało zaplanowane. - Mac Brandon usiłował wstać z fotela, ale szło mu to dosyć nieskładnie, pozostał więc tam, gdzie siedział. - Jednak od początku zastanawiam się, jaką rolę mamy odegrać w tym przedsięwzięciu my i dlaczego nieobecny tu jest prezydent Chin czy Indii?

- Wydaje mi się, że w tamtych krajach blondynki chrześcijanki nie stanowią dość dużej grupy społecznej - odparł z uśmiechem Mataki. - Potrzebuję waszej pomocy głównie po to, aby wasze służby nie utrudniały przypadkiem akcji pułkownika, żeby w prasie nie pojawiły się żadne spekulacje na ten temat. A poza tym... - znowu się uśmiechnął - bardzo chętnie podzielę się z panami odpowiedzialnością za tę akcję. Trzech Króli zamiast jednego Heroda - czy to nie wygląda zdecydowanie lepiej?

- Czy mogę się odmeldować? - zapytał pułkownik.

- Proszę poczekać. Rozumiem, że panowie nie zgłaszają sprzeciwu?

Prezydent Unii Europejskiej westchnął ciężko:

- A co ja mogę? W tej sytuacji... jest oczywiste, iż proponowane rozwiązanie służyć będzie dobru ludzkości.

Mataki obrócił się w stronę Michajłowa. Ten kiwnął potakująco głową.

- Jeśli rzeczywiście nie ma innego wyjścia, wchodzimy w to! Rozumiem, że na terenie Federacji, która w skali świata dysponuje chyba największym zasobem blondynek, załatwimy to własnymi siłami i... - popatrzył koso na pułkownika - ...własnymi metodami. Oczywiście w pełnej współpracy z szanownym koordynatorem.

- Nie wiem, czy to rozsądne - zawahał się prezydent Stanów Zjednoczonych.

- Tak będzie lepiej dla nas wszystkich! - przerwał twardo były czekista, który nie miał zamiaru wpuszczać kogokolwiek na swoje podwórko. - Mam jednak do pułkownika liczne pytania szczegółowe. Na przykład jak zamierzacie wyłowić owe "matki"? Wedle statystyki w ciążę zachodzi ćwierć miliona kobiet dziennie. Nawet jeśli odrzucić Chińczyków, Hindusów, Afrykanów i Latynosów, pozostanie "kupa naroda".

- Na szczęście wynaleziono komputery i sieć - odpowiedział Butler. - Moi hakerzy spenetrują wszelkie bazy danych szpitali, lekarzy położników...

- Nie wszystkie kobiety zgłaszają się do lekarzy z początkiem ciąży, zwłaszcza jeśli ciąża ta jest wynikiem... dość niejasnych okoliczności.

- To oczywiste - rzekł Butler. - Dlatego nasza akcja związana będzie z Legionem Pomocy Samotnym Matkom i podobnymi organizacjami charytatywnymi. Zostanie też przeprowadzona wielka loteria dla matek singielek, z główną nagrodą wysokości miliona dolarów... To powinno zadziałać... Chociaż z tego, co wiem, u was, panie prezydencie - popatrzył na Michajłowa - działalność Legionu jest chyba ciągle zakazana?...

- Ale prowadzimy własną, przemyślaną działalność pronatalistyczną! Samotne kobiety zgłaszające ciążę otrzymują stałe stypendium i premię po szczęśliwym porodzie.

- Akcję wspierać będzie dyskretny wywiad środowiskowy - dodał pułkownik.

Rosjanin jednak nadal zachowywał czujność czekisty.

- Trzeba też wziąć pod uwagę, że część przyszłych matek, z tą najważniejszą włącznie, może dosyć długo ukrywać ciążę, pozostawać pod opieką znajomych lub rodziny.

- Dlatego w dalszej kolejności przyjrzymy się WSZYSTKIM Mariom - uśmiechnął się Butler. - Oczywiście niezamężnym, naturalnym blondynkom w wieku rozrodczym. Zwłaszcza tym, którym nieoczekiwanie zmieniła się figura. Może to oznaczać, że będziemy mogli "zaopiekować" się nimi dopiero w końcowym okresie ciąży, ale nie sądzę, żeby to dotyczyło wielu przypadków.

- Radziłbym wziąć pod szczególną uwagę klasztory - dorzucił Michajłow. - Na terenie Wspólnoty Niepodległych Państw nie będzie z tym problemu, bo wszędzie działa nasza agentura, ale na przykład w Polsce zakonnica czy nowicjuszka w ciąży upierająca się, że poczęła z Ducha Świętego, może być naprawdę dobrze chroniona.

- Wszystko pozostanie pod kontrolą! - błysnął swymi olśniewająco białymi zębami Mataki. - Proszę zauważyć, że nikt poza nami trzema i pracownikami agencji pułkownika Butlera nie będzie miał pojęcia o istnieniu tej operacji. I oby tak zostało! Proponuję więc: wypijmy za jej powodzenie!

Nagła fala uderzyła w jacht i przez moment wydawało się, że jednostka wywinie koziołka; dwie szklanki spadły i roztrzaskały się o podłogę, a Mac Brandon upadł na fotel.

 

Widząc przerażenie, jakie pojawiło się na jego twarzy, prezydent Stanów Zjednoczonych tylko się roześmiał:

- Spokojnie, panowie, ta jednostka jest niezatapialna!

 
 

ROZDZIAŁ V WSPÓŁPRACOWNIK

 

Życie nauczyło Carpentera, by nie ufał nikomu. Rinaldo należał do nielicznej grupy wyjątków obdarzanych ograniczonym, ale jednak zaufaniem. Może dlatego, że Joe znał jego rodzinę, bywał w jego domu, bawił się z jego dziećmi. A może skłaniała go do tego intuicja dość szybko dzieląca ludzi na porządnych (mniejszość) i łajdaków (faktycznych lub chwilowo tylko potencjalnych).

Do meritum sprawy nadkomisarz Cavalieri przeszedł dopiero po spożyciu przystawek.

- Zapewne jesteś ciekaw, co udało nam się do tej pory ustalić? - zapytał swego gościa.

- Słyszałem o tej tajemniczej karetce na Via dellaConciliazione - powiedział Carpenter.

- Karetka stanowiła początek naszego śledztwa. Co więcej, na pięć sekund przed eksplozją jeden z policjantów obecny na placu próbował odszukać dane wspomnianej sanitarki w bazie danych... Nie upublicznialiśmy tej wiadomości, chociaż jest jasne, że gdyby znalazł się ktoś równie bystry dwie przecznice wcześniej i tam zatrzymał pojazd... Ale nie mówmy o tym. Stało się! Dzięki zapisowi z ulicznych kamer, a także na podstawie zeznań naocznych świadków udało nam się prześledzić drogę przebytą przez karetkę. Mamy także portrety obu mężczyzn z szoferki.

- Było dwóch uczestników samobójczego zamachu? - przerwał Joe. - To ciekawe!

- Mnie to też nie pasowało do hipotezy fanatycznych terrorystów samobójców, ale raczej wrobionych frajerów, którzy nie zdawali sobie sprawy z tego, co robią. Zapewne ich zleceniodawcy wspominali wyłącznie o ładunku konwencjonalnym, który mieli dostarczyć jak najbliżej placu Świętego Piotra, a potem bezpiecznie się oddalić. Wiemy w każdym razie, że wjechali od strony Via San Pio, na sygnale. Wcześniej, już bez sygnału, posuwali się bulwarem wzdłuż Tybru, na który skręcili z Viale di Trastevere. Kamery zarejestrowały ich w tunelu przy stacji Zatybrze i jeszcze w paru miejscach wcześniej. Wiemy też z całą pewnością, że nie przybyli z autostrady od strony Fiumicino. Nikt nie widział ich na obwodnicy ani poza nią.

 

- Mogli przedostać się jakimiś bocznymi uliczkami?

- Mogli. Ale nie ma na to najmniejszych dowodów.

- Czyli chcesz powiedzieć, że musieli mieć kryjówkę wewnątrz autostradowej pętli!

- Idziesz dokładnie tokiem mego rozumowania. Przez kilka dni w promieniu dwóch kilometrów od miejsca, gdzie widziano ją najdalej, penetrowaliśmy okolice i w końcu znaleźliśmy w rejonie Corviale dom na uboczu, gdzie musiano dokonać owej dość precyzyjnej charakteryzacji... - Urwał, widząc, że ordynans wnosi dwa talerze z apetycznie wyglądającym makaronem w sosie bolognese. - Wygląda na domowy, ale pochodzi z najlepszej restauracji w EUR - skomentował Rinaldo. - Częstuj się.

Ale Joe był głównie głodny informacji, dlatego po przełknięciu paru kęsów zapytał o bliższe szczegóły dotyczące kryjówki domniemanych spiskowców.

- To była zapuszczona, od lat niezamieszkana rudera otoczona murem, ze starym warsztatem samochodowym na zapleczu. Wydałem rozkaz zajęcia jej grupie naszych najlepszych antyterrorystów.

- I okazała się pusta?

- Nie całkiem. Napastnicy pozostawili po sobie mnóstwo śladów, a także trzy ciała w płytkim grobie wykopanym w piwnicy. Trójka mężczyzn od dwudziestu czterech do pięćdziesięciu pięciu lat zginęła z powodu trucizny, prawdopodobnie w tym samym czasie, kiedy ich dwaj kompani podążali z nuklearnym ładunkiem w stronę Citta del Vaticano. Wedle naszego laboratorium truciznę podano w koniaku, którym raczyli się po rozpoczęciu akcji.

- Terroryści rzadko posługują się trucizną - zauważył Joe, delektując się winem podanym do posiłku.

- Chyba że planując likwidację wspólników, znajdują się w sytuacji "jeden na trzech" i wolą nie ryzykować bezpośredniego starcia.

- Myślisz, że oprócz nich był tam tylko sam szef operacji? Bez obstawy? - W oczach Carpentera pojawiło się zainteresowanie.

- Opieram się na dowodach. W dniach poprzedzających akcję używano w domu sześciu łóżek. Chyba tym szóstym nie był żaden zabłąkany turysta!

- Rozumiem, że zidentyfikowano całą grupę?

- Nie sprawiło to szczególnej trudności, mieliśmy wszystkich w ewidencji. To drobni opryszkowie, ludzie do wynajęcia. Dwóch starszych miało w młodości pewne związki z Czerwonymi Brygadami, ale później nie mieszali się do polityki. Nie interesowały ich nawet uliczne zadymy. Ich rodziny i kumple byli zdumieni, gdy pojęli, że wzięto ich na spytki w kontekście zamachu. "To do nich niepodobne!" - twierdzili zgodnie. Podobno mniej więcej tydzień przed tragedią przechwalali się, że wkrótce zarobią dużą kasę, choć nie mówili za co. Potem jakby zapadli się pod ziemię.

 

- Nie mieli komórek?

- Mieli, ale wszystkie przez ten tydzień pozostawały wyłączone. Dopiero w czasie akcji kierowca i jego towarzysz przeprowadzili parę rozmów. Według tego, co ustalono, nie przypominały pożegnalnych dialogów samobójców. Starszy obiecywał wpaść do domu na kolację, młodszy umówił się na wieczór z dziewczyną... Ostatnią rozmowę odbyli trzydzieści sekund przed katastrofą.

- Meldowali, że są na miejscu?

- Zapewne. Nie mamy zapisu nagrań, a znamy jedynie czas połączenia. Ustaliliśmy też, że telefon, z którym się łączyli, należał do najstarszego z nich, Antonia Fordiniego. Nie znaleziono go w domu ani w grobie przy ciele. Ciekawe, że z tego samego telefonu prawie natychmiast po odebraniu meldunku zadzwoniono raz jeszcze, na numer telefonu na kartę. Jednorazowego użytku. Połączenie trwało sekundę. Jeden impuls. Być może w ten sposób uruchomiono detonator.

- Rozumiem, że nikt z zabitych nie miał wcześniej nic wspólnego z bronią jądrową?

- Oczywiście. Natomiast nie najgorzej znali się na samochodach. Rozbieranie kradzionych wozów na części od lat było ich specjalnością.

- A wspomniany "Szef" nie zostawił żadnego śladu? Nikt go nie widział? Musiał przecież wynająć dom, załatwić furgonetkę...

- Wszystko to zorganizowała kobieta w średnim wieku. Jasna peruka, ciemne szkła, płaciła gotówką. Nikt jej o nic nie pytał. Nazwisko, które podała - ClarissaPazzi - okazało się fałszywe. Nie sądzę, żeby na podstawie portretu pamięciowego ktokolwiek ją rozpoznał. Tak, Joe, nasz przeciwnik to absolutny zawodowiec. W całym domu nie znaleziono żadnych odcisków palców, które mogłyby należeć do niego. Butelkę i szklanki, w których zapewne podano zatruty koniak, wymyto i wytarto do czysta. Do pracy łopatą "grabarz" nałożył rękawiczki...

- Rozumiem jednak, że was to nie zniechęciło?

- Bynajmniej, zwłaszcza że udało się stwierdzić, iż w ciągu dni poprzedzających zamach wynajęci opryszkowie nie zajmowali się wyłącznie charakteryzowaniem karetki.

- A czym jeszcze?

 

- Cięciem palnikiem na drobne kawałki sporego samochodu, którego odcisk koła znaleźliśmy przy wjeździe. Nasza ekipa włożyła sporo roboty w zbieranie pozostałych drobiazgów, przetrząsanie złomowisk; w końcu ustalono, że była to "mleczarka".

- Słucham?

- Beczkowóz do przewozu mleka, wewnątrz którego przewieziono zapewne ładunek plutonu. Dobry pomysł; jeśli chcesz, możesz zobaczyć schemat. - Tu wyciągnął rulon kalki technicznej. - W niegroźnie wyglądającej bańce umieszczony jest mniejszy pojemnik z nuklearnym materiałem, a dookoła mleko tworzy warstwę izolacyjną. Na szczęście dla nas konstrukcja nie była idealnie szczelna, a mleko to nie płynny ołów, toteż zostały promieniotwórcze ślady w miejscu dłuższych postojów na stacjach benzynowych. Później, już dzięki kamerom ze stacji i z dróg, ustaliliśmy trasę beczkowozu. Jak myślisz, skąd przybył ładunek?

- Z Europy Wschodniej?

- Z Brindisi - rzekł Rinaldo i wskazał mały punkcik na skraju obcasa włoskiego buta. - Od razu wyjaśnię, że rysopis kierowcy zarejestrowany przez wspomniane kamery niewiele nam powiedział: wysoki, z zasłaniającą twarz ciemną brodą i w grubych przeciwsłonecznych okularach. To mógłbyś być nawet i ty. Ktoś zapamiętał lekkie utykanie...

- Czy mogę skontaktować się z moim adwokatem? - zażartował Carpenter, Cavalieri jednak się nie roześmiał.

- Podejrzewam, że tym kierowcą mógł być sam "Szef". Nie dopuściłby, żeby opryszkowie coś skapowali przed czasem. Udało się nam również ustalić, że mleczarkę przeznaczoną do złomowania kupiono przed miesiącem na szrocie koło Pescary.

- A nabywczynią była "tajemnicza kobieta w średnim wieku"?

- Tak. Odnaleźliśmy warsztat, w którym stary wóz wyremontowano na tip-top. Jak słusznie się domyśliłeś, robotę zleciła kobieta mówiąca z lekkim akcentem cudzoziemskim. Jeden z mechaników upierał się, że to była Amerykanka. Inny, że było w niej coś słowiańskiego. Niewiasta twierdziła, że wóz będzie jej potrzebny do transportu surowców płynnych. O więcej nie pytali. Zapłaciła gotówką! Oczywiście w poszukiwaniu "Amerykanki" przetrząsnęliśmy wszystkie okoliczne hotele, agencje wynajmu samochodów. Ani śladu.

 

- Jeszcze jeden dowód profesjonalizmu!

- Jak najbardziej. Zatem trudno było się dziwić, że w Brindisi na dłuższy czas ślad się nam urwał. Jakoś nie mogliśmy uwierzyć, że w pobliżu znajduje się wytwórnia bomb atomowych, zbadaliśmy więc wszystkie promy i statki towarowe wchodzące w interesującym nas okresie do portu. Poszukiwania rozciągnęliśmy również na pobliskie Bari. Nadal na próżno. Przeskanowaliśmy nadbrzeża wykrywaczami ultrasłabego promieniowania i też nic. Dopiero dziś o świcie otrzymałem wiadomość o jachcie zatopionym niedaleko wybrzeża, kilkanaście kilometrów na południe od Brindisi. Nasze ekipy właśnie zajmują się jego podniesieniem.

- A ty siedzisz tutaj tak spokojnie? - nie wytrzymał Carpenter.

- Spokojnie nie znaczy bezczynnie. Za chwilę wylatujemy do Apulii. Po prostu czekałem na ciebie! Poza tym nigdy i nigdzie nie ruszam się z pustym żołądkiem.

Początkowo, zaraz po starcie, Rzym z lotu ptaka wyglądał prawie normalnie. Oczywiście jeśli za normalność uznać znikomy ruch na zatłoczonych zazwyczaj ulicach. Na metropolitalnych arteriach widać było wyłącznie pojazdy wojskowe, karetki i chłodnie do przewozu zwłok. Mimo że od dramatu upłynęły dwa tygodnie, ciągle znajdowano nowe ofiary.

Skierowali się w stronę centrum. Do Kapitolu wyglądało jeszcze znośnie. Dalej, spoglądając w kierunku Watykanu, krajobraz przedstawiał się coraz bardziej przerażająco. Zerwane dachy, wypalone budynki, zrujnowany gmach parlamentu, choć obok stareńki Panteon ostał się całkiem nieźle. Zaraz dalej zaczynało się jedno wielkie rumowisko, z którego sterczał, jak bęben wojskowego dobosza, zamek Świętego Anioła, pozbawiony statui wieńczącej go od stuleci i osmalony jak rondel. W miejscu placu Świętego Piotra ział koszmarny lej otoczony przez pniaki po kolumnadzie Berniniego, przechodzące w gruzowisko Watykanu, gdzie uwijały się ekipy w kombinezonach antypromieniotwórczych, ratujące bezcenne detale do przyszłej rekonstrukcji. Dwa kilometry na północ miasto wracało do swego charakteru. Pozostawało jedynie bezludne.

- Pokazałem ci to - powiedział Rinaldo - żebyś na własne oczy mógł się przekonać, cośmy tu przeżyli. Nie ma rodziny w Rzymie, która nie poniosłaby bolesnych strat; ja, chociaż pochowałem brata, szwagierkę i dwie siostrzenice, mogę zaliczać się do szczęśliwców potraktowanych przez los wyjątkowo ulgowo.

Kiedy dolecieli na miejsce, wydobyty wrak utrzymywany na powierzchni przez pontony zbliżał się do spokojnej skalistej zatoczki, w dawnych czasach służącej, wedle miejscowych podań, za kryjówkę przemytników. Morze było spokojne, choć niebo się chmurzyło. Nieubłaganywintertime.

Na oko jednostka o nazwie "Nimfa Kalipso", której portem macierzystym był chorwacki Zadar, nie zdradzała żadnych poważnych uszkodzeń. Nienaruszone maszty, nieuszkodzona kabina... Okazało sie, że powodem zatopienia była dziura wprawnie wybita w dnie. Nie ulegało też wątpliwości, do jakich celów mógł ostatnio służyć jacht: w luku balastowym znaleziono ślady promieniowania.

 

Ludzie Cavalieriego zdążyli już zgromadzić całe dossier feralnego rejsu. Okazało się, że od trzech tygodni uważano "Nimfę" za zaginioną i trwały jej intensywne poszukiwania po obu stronach Adriatyku. Statek został wynajęty pół roku wcześniej przez pana Clarence'a Woodsa z Kolorado, który przed blisko miesiącem wybrał się na "adriatyckie wakacje" z żoną i dwiema dorastającymi córkami. Po wyjściu z Zadaru odwiedzili Szybenik, Split i Dubrownik, a następnie skierowali się do Kotoru w Republice Czarnogóry, skąd "Nimfa" wyszła w morze 15 września. Nie było jasne, czy "Nimfa" uda się potem do Albanii, czy też pożegluje w stronę wybrzeża Włoch. W każdym razie od tej pory nikt nie widział ani jachtu, ani jego pasażerów. Zdjęcia satelitarne wskazywały, że ostatecznie jednostka skierowała się w stronę Bari, jednak nie zdołała dopłynąć do portu przed zapadnięciem ciemności, a rankiem kompletnie wessała ją mgła.

Choć na Pobrzeżu Dalmatyńskim takie rzeczy zdarzają się niesłychanie rzadko, poszukujący podejrzewali porwanie. Rodzina Woodsów w okolicach Denver cieszyła się opinią zamożnych, jednak przez cały miesiąc nikt nie zażądał okupu. Prowadzący śledztwo podkreślali też, że nic nie zapowiadało tragedii. Aż do feralnego 15 września rejs przebiegał w najlepszym porządku. Woodsowie dzwonili do znajomych, córki intensywnie SMS-owały, starsza z przyjaciółką, młodsza z narzeczonym. Nie mogły się nachwalić kapitana, trzydziestopięcioletniego SlavkaMilevicia, którego obyczajem szczurów lądowych wynajęto razem z jachtem. PattyWoods, pragnąc zagrać na nerwach swemu boyfriendowi, wysłała nawet fotkę Milevicia, strzeloną z komórki: widniał na niej przystojniak o oliwkowej cerze i zabójczym wąsiku, za niski, żeby móc być tajemniczym "Szefem". Zresztą jego ciało, podobnie jak zwłoki całej czwórki pasażerów, znaleziono w rufowej kabinie zatopionej "Nimfy". Nie nosiły śladów przemocy, a dzięki dość szczelnemu zamknięciu nie dobrały się do nich ryby. Po przybiciu jachtu do brzegu ekipy sanitarne zajęły się pakowaniem ciał do plastikowych worków. Joe odwrócił wzrok. Wiele śmierci w życiu widział, ale nie potrafił się przyzwyczaić do tego, że ofiarami bywali niewinni ludzie, a zwłaszcza młode i piękne dziewczyny, stworzone przecież do zupełnie innych celów.

Pobieżne oględziny ciał nie wykazały żadnych ran ani śladów przemocy.

- Nie zdziwię się, jeśli się okaże, że użyto tej samej trucizny co w ruderze pod Rzymem - mruknął Cavalieri, obwąchując poczerniałe usta denatów.

 

Nadkomisarz znów obstawił trafnie: późniejsza sekcja wykazała, że truciznę podano prawdopodobnie w czerwonym winie podczas kolacji, na którą złożyły się miejscowe owoce morza.

Cennym dowodem był ostatni wysłany już z Kotoru SMS PattyWoods, w którym donosiła o przyjęciu do załogi instruktorki divingu. Nie było żadnych zdjęć ani nawet imienia, tylko jednozdaniowa charakterystyka, która w świetle późniejszych zdarzeń zabrzmiała szczególnie złowrogo: "niemłoda, ale rewelacyjna w swym fachu"...

Kłopot z tym, że nikt w czarnogórskim porcie nie zapamiętał przybycia przystojnej divemasterki. Nie odbyła odprawy paszportowej, niczego też nie dały poszukiwania w miejscowych klubach nurkowych. Snorkeling i diving były wprawdzie w planach wycieczki (i dlatego na pokładzie znajdował się kompresor i zestaw butli), jednak aż do Kotoru nie brano na pokład dodatkowego specjalisty.

- Ciekawe, dlaczego tym razem "Szef" nie wszedł na pokład osobiście? - zastanawiał się Cavalieri.

- Może nie umie nurkować. Albo czekał, aż jego partnerka upora się z załogą i przybije do miejsca, w którym będzie mógł spokojnie załadować bombę.

- Spróbujemy znaleźć miejsce załadunku, ale dobrze byłoby, gdybyś mógł przyjrzeć się bliżej temu kapitanowi. - Cavalieri wręczył teczkę z faksami i zdjęciami Milevicia. - Jest chyba zbyt młody, aby mógł uczestniczyć w wojnie serbsko-chorwackiej, ale już w walkach o Bośnię teoretycznie mógłby... Zwróciłem się o pomoc w tej sprawie do kolegów w Zagrzebiu, ale pomyślałem, że niezależnie od nich ktoś taki jak ty, znający język i ludzi...

- Jeśli trzeba, mogę się rozejrzeć. I tak nie mam nic innego do roboty. Jednak wydaje mi się, że wysyłając mnie na Bałkany, masz jeszcze coś w zanadrzu. Podejrzewasz, skąd się wzięły bomby?

- To akurat nie jest aż taka wielka tajemnica. Choć nikt z zainteresowanych tego nie potwierdził, w roku 1991 w okresie zamieszania w Rosji podczas puczu Janajewa przekazano dziesięć takich walizkowych gadżetów pod opiekę Slobodanowi Miloševiciowi, ówczesnemu przywódcy Jugosławii.

- Przecież to groziło rozpętaniem trzeciej wojny światowej.

- Nie do końca wiadomo, o co w tej sprawie chodziło puczystom i czyja to była inicjatywa. Odpowiedzialny za decyzje Borys Pugo jak wiadomo popełnił samobójstwo. W każdym razie w jakieś pół roku później Rosjanie zażądali zwrotu atomowego depozytu. Milošević zwrócił im osiem ładunków...

- A dwa pozostałe? Czyżby serbski przywódca zostawił sobie walizeczki jako polisę na życie?

- Poruszamy się w świecie domysłów - odparł Cavalieri. - Może coś więcej wiedzą na ten temat twoi mocodawcy. Milošević twierdził, że dwie bomby "zaginęły", jednak jego samego już o to nie zapytamy...

- Wiem, zmarł w 2006 roku w Hadze w podejrzanych okolicznościach.

- Wiadomo, że jeden z jego ludzi odpowiedzialnych za tę operację zniknął. Oficjalnie poległ w Bośni.

- Mamy jego namiary?

- Chwilowo żadnych. Poza tym że podobno nosił ksywkę "Diabeł".

- Jednym słowem, wystarczy znaleźć "Diabła", a dowiemy się, kto wyprawił kolegium kardynalskie na łono Abrahama.

 

Jeśli choć przez chwilę myślał, że jego kontakty z Cavalierim to jego prywatna inicjatywa, ot, przysługi świadczone sobie przez starych kumpli, to z błędu wyprowadził go mężczyzna oczekujący go w hotelu w Bari: Billy Sloane, zwany "Personalnym", jeden z bystrzejszych agentów cenionych w Firmie za doskonałego nosa, dzięki któremu udaremnił irańską prowokację, która omal nie rozbiła nadwątlonej spoistości Paktu Północnoatlantyckiego. Billy miał również szczęście, które pracownikom tajnych służb jest równie potrzebne jak przeszkolenie w technikach walki. Towarzyszyło mu w misjach, ale nie opuszczało w życiu prywatnym. Jak bowiem inaczej nazwać spóźnienie na pokład concorde'a, który przed paru laty roztrzaskał się pod Paryżem, a Sloane miał zamiar dolecieć nim do Quito i dalej na Galapagos?

Z kolei ksywka "Personalny" nie dotyczyła wykonywanych przez niego zadań, choć w tropieniu rozmaitych typków, którzy narazili się Wujowi Samowi, nie miał sobie równych, ale aparycją: niski i kanciasty, przypominał faktycznie pracownika działu kadr lub rachunkowości jakiejś niekoniecznie wielkiej korporacji.

- Cieszę się, że wracasz do służby, chłopie - powiedział Carpenterowi, jakby to było oczywistością. - Mamy tu dla ciebie cały zestaw śmiercionośnych upominków plus paszporty, gotówkę, parę kart i dyskietkę z wszystkim, co może być ci pomocne. Za trzy godziny masz lot do Belgradu. A potem... wszystko zależy od ciebie. Osobiście ci zazdroszczę, że może przyskrzynisz tych drani! Gdybym znał serbski, sam zgłosiłbym się na ochotnika.

- Jeszcze nie powiedziałem, że wchodzę w ten interes. Cavalieri mnie prosił, ale...

Sloane tylko się roześmiał.

- Rinaldo, ty i my to teraz jedna drużyna. A sprawa, którą masz rozwikłać, powinna ci odpowiadać. Dobrzy przeciw złym. Zawsze lubiłeś taki deal.

Faktycznie, lubił, dlatego przyjął to, co mu wręczono, a następnie dał się podwieźć na lotnisko. Jednego tylko nie mógł się pozbyć - dziwnego przeświadczenia, że jego dawni zwierzchnicy, dając mu ponownie zatrudnienie, chcieli równocześnie odsunąć go jak najdalej od eschatologicznych aspektów proroctwa.