ROZDZIAŁ 3
Lea
Upiłam łyk kawy, spoglądając na Isę. Od dobrych pięciu minut wpatrywała się w kartę z drinkami. Poprawiłam na nadgarstku delikatną złotą bransoletkę i westchnęłam cicho.
- Zamówisz coś wreszcie?
Spojrzałam na nią wymownie, odstawiając filiżankę na spodek. Co prawda była sobota i tego dnia nie miałam umówionych żadnych wizyt z pacjentami, ale zaplanowałam sobie ten wieczór inaczej. Dyskretnie zerknęłam na zegarek, by się upewnić, że wciąż mam wystarczająco dużo czasu, aby spokojnie wrócić do mieszkania, a potem dotrzeć na Long Beach.
- Jesteś pewna, że chcesz przyjść z Calebem? - napomknęła, nawiązując do zaproszenia na imprezę zaręczynową.
Podniosłam wzrok na przyjaciółkę.
- A czemu miałabym nie być tego pewna?
- Zwodzisz go prawie trzy lata.
W rzeczywistości wcale go nie zwodziłam. Dobrze wiedział, na czym polega nasza znajomość. Czy byłam odrobinę egoistyczna w tej relacji? Całkiem możliwe. Ale musiałam jakoś zapełnić pustkę, która ziała w moim sercu od ponad czterech lat.
Cztery lata... Dokładnie tyle nie widziałam Zandera. Nie spotykałam się z nim, nie rozmawiałam, nie czułam jego dotyku ani zapachu - choć z tym ostatnim jeszcze jakoś na początku sobie radziłam. Po pierwszym miesiącu tak bardzo za nim tęskniłam, że pojechałam do galerii i kupiłam najmniejszy flakonik perfum, których używał. Nieważne, że za tę jedną uncję zapłaciłam fortunę, dzięki której mogłabym sobie ułożyć życie. Psikałam sobie nimi poduszkę, do której później się tuliłam.
- Wcale go nie zwodzę. Po prostu się... przyjaźnimy - wyjaśniłam. - Już ci to tłumaczyłam, a ty i tak swoje.
- Lea, cholera, facet jest prawie na każde twoje zawołanie i chcesz mi powiedzieć, że liczy tylko na przyjaźń? - Roześmiała się, zakrywając usta dłonią. - On co najwyżej liczy, że w końcu rozłożysz przed nim nogi. Tym bardziej, że kiedyś dość często to robiłaś.
Uwielbiała mi to wypominać.
A ja... Cóż, za pierwszym razem byłam totalnie zalana. Za drugim również. Za trzecim - jedynie trochę wypita. A kolejne? Kolejne były napędzane desperacją i potrzebą dotyku męskich dłoni.
Po czasie jednak zrozumiałam, że nie chodziło o byle jakie męskie dłonie, lecz o dłonie konkretnego mężczyzny. A dokładniej Zandera. O jego usta, ciepło, ciało... i pewnie nawet o penisa, bo ten Caleba jakby nie pasował. Nie chodziło o długość, grubość ani o to, czy był prosty, czy krzywy. Chodziło o coś innego - o to, że nie wywoływał we mnie tego czegoś.
To było jak pieprzenie się z silikonowym wibratorem. Mechaniczne. Puste.
I właśnie taka się czułam - pusta - ale dotarło to do mnie, dopiero gdy pierwszy raz przespałam się z Calebem bez krzty alkoholu. Postanowiłam to powtórzyć, żeby mieć pewność, nic się jednak nie zmieniło.
Nie czułam nic. Kompletnie.
- Kiedy umrę, wygraweruj mi to na nagrobku - wymamrotałam, nawiązując do wcześniejszych słów Isy. Następnie wyrwałam jej menu z rąk. - Ile osób ma być na tej imprezie? - zapytałam po chwili milczenia, zmieniając temat.
- Mniej więcej pięćdziesiąt z tego, co liczyłam. - Przygryzła wnętrze policzka, jakby próbowała policzyć w myślach. - Wasi rodzice, kilku najbliższych krewnych. Od mojej strony tak samo, choć przysięgam, że nie wiem, jak przeżyję obecność matki. - Przewróciła oczami. - Do tego paru znajomych i moje cudowne świadkowe z osobami towarzyszącymi. - Uśmiechnęła się przymilnie. Wciąż nie wiedziałam, dlaczego zgodziłam się zostać jedną z nich. - No i u Cartera jest Matteo z jakąś "koleżanką". - Zrobiła palcami cudzysłów w powietrzu, krzywiąc się. - I jeszcze Zander, ale on będzie sam.
Na dźwięk ostatniego imienia ścisnął mi się żołądek, ale usiłowałam wyglądać na niewzruszoną.
- Jasne - mruknęłam, pozornie niezainteresowana wzmianką o nim.
- Może powinniście się spotkać - rzuciła ciszej.
- Kto? - zapytałam głupio, choć byłam w pełni świadoma, o kim mówi.
- No ty i Zander.
- Spotkamy się na imprezie zaręczynowej - odparłam obojętnie.
- Wiem. - Westchnęła głośno. - Ale chodzi mi o to, żebyście spotkali się wcześniej. Pogadali.
Wiedziałam, co miała na myśli - zależało jej, żebyśmy sobie wszystko na spokojnie przegadali, ale ja zamknęłam ten rozdział już dawno temu. A przynajmniej lubiłam sobie wmawiać, że tak właśnie jest, choć to wcale nie takie proste.
Nie mogłam mieć do niego pretensji o to, co się wydarzyło. Sama też tego chciałam. Byłabym cholernie nieuczciwa, gdybym zrzucała całą winę na niego. Ale bolało.
Bolało, że mu zaufałam, a nagranie wyciekło. Bolało, że potem nie zrobił nic, by uratować to, co się między nami rozwijało. Nic poza usunięciem filmiku. I chociaż byłam mu za to wdzięczna, bardziej liczyło się to, że... nie chciał mnie odzyskać.
Może nie on zakończył naszą relację, ale nie próbował mnie nawet przekonać do zmiany zdania. Nie chciał dać mi więcej, niż dawał dotychczas. A ja pragnęłam więcej. Potrzebowałam więcej.
Był u mnie dwa razy po tym, jak wideo wypłynęło.
Za pierwszym razem zjawił się pod moimi drzwiami, kiedy byłam rozbita, przerażona i kompletnie skołowana. W tamtej chwili żyłam w przeświadczeniu, że to on wrzucił film. Po czasie wiem, że to idiotyczne, ale tamtego poranka - w emocjach, na kacu - byłam święcie przekonana, że zabawił się moim kosztem.
Był także później - kiedy poznałam prawdę o nagraniu i o tym, że dzięki Zanderowi przestało krążyć po sieci.
***
Cztery lata i trzy miesiące wcześniej
Każdy fragment mojego ciała reagował na jego widok intensywnie. Dłonie drżały, skóra mrowiła, żołądek zaciskał się w supeł, a w klatce piersiowej coś nieprzyjemnie, niemal boleśnie kłuło. Serce zaś waliło zbyt szybko i zdecydowanie za mocno. Kręciło mi się w głowie, nawet gdy stałam nieruchomo przy parapecie w akademickim pokoju, z którego na kilka godzin wygoniłam Harper. Bałam się, że jeśli otworzę usta, opuści je tylko bełkot, lecz pewne rzeczy musiały zostać powiedziane.
Podziękowałam mu już za to, co zrobił z nagraniami - za to, że zniknęły z sieci, choć gdzieś w podświadomości tliła mi się niepokojąca myśl, że w każdej chwili mogą tam wrócić. Przecież jeśli ktoś pobrał film na komputer, może też go ponownie wrzucić...
Pokręciłam głową. Teraz musiałam się skupić na Zanderze, który stał na wprost mnie i w idealnie skrojonym granatowym garniturze oraz z lekko rozczochranymi włosami, jakby przeczesał je palcami o kilka razy za dużo, wyglądał tak cholernie dobrze. Perfekcyjnie - jakby ta sytuacja między nami w ogóle w niego nie uderzyła. Jakby sypiał jak dziecko, jakby nie tęsknił i nie myślał o mnie...
A może właśnie tak było? Przecież traktował mnie jak jedną z wielu. Nie byłam pierwsza ani ostatnia - oboje o tym doskonale wiedzieliśmy. I chyba przez głupi przypadek, przez tę aferę z filmem, dotarłam do ściany i tej jednej już nie potrafiłam przesunąć.
Nie chciałam dłużej być jego tajemnicą. Kochanką. Sekszabawką, mimo że początkowo sama tego chciałam. Nawet jeśli w jakimś stopniu nadal by mi odpowiadał taki układ, to po swoich urodzinach zrozumiałam, że chcę więcej. Chcę kochać i być kochaną.
Problem polegał na tym, że chciałam tego uczucia od człowieka, który nie mógł mi go dać.
- Tak jak już powiedziałam, jestem ci wdzięczna, że pozbyłeś się tych nagrań z Internetu - odezwałam się po dłuższej chwili wpatrywania się w siebie nawzajem. - Ale to tyle. Ciągnięcie tego, co... - Zawahałam się. - Było między nami, nie ma sensu.
Drgnęła mu żuchwa, jakby bezwiednie zacisnął zęby, ale trwało to tylko ułamek sekundy.
- Co masz na myśli? - zapytał lekko zachrypniętym głosem, od którego prawie ugięły mi się kolana.
- Oboje wiemy, że nie moglibyśmy tego kontynuować - wyrzuciłam z siebie na jednym wdechu słowa, które musiały zostać powiedziane, bo choć chciałabym się dłużej oszukiwać, to nie mogłam. - Przecież po tym, co ci tamtej nocy powiedziałam, nie wrócilibyśmy do tego, co było, prawda?
Nie zaprzeczył. Po prostu stał i patrzył na mnie w taki sposób, jakby miał świadomość, że widzimy się po raz ostatni.
- Właśnie - wyszeptałam ze łzami w oczach. A kiedy starłam jedną z nich z policzka, wyciągnął do mnie dłoń.
- Lea...
Chciałam zrobić krok do tyłu, ale za mną był parapet. Nie miałam dokąd uciec. Z trudem zdusiłam pragnienie poczucia dotyku jego ciepłych dłoni i pokręciłam głową.
- Nie - odezwałam się stanowczo, może nawet trochę histerycznie. - Zakochałam się w tobie - wyznałam, ledwo przeciskając te słowa przez gardło. - Ale ty nie zakochałeś się we mnie - parsknęłam smutno. - I to się nie zmieni. Ani dziś, ani jutro, ani za rok. Bo nie potrafisz mnie kochać. Bo nie chcesz... Zresztą nieważne. A ja nie mogę tego dłużej ciągnąć. Nie po tym, co się stało. Nie w takiej formie, w jakiej dotychczas to wyglądało, więc po prostu skończmy z tym.
- I jak to sobie wyobrażasz? - zapytał z lekką kpiną. - Mamy udawać, że się nie znamy? Że nie spędziliśmy razem pieprzonego pół roku?!
Drgnęłam na dźwięk jego głosu. Dotychczas zawsze zachowywał spokój.
Przełknęłam ślinę, starając się przekonać samą siebie, że to będzie najlepsze rozwiązanie. Że ta relacja w takiej formie jest dla mnie destrukcyjna i jeśli jej nie zerwę, znienawidzę go za to. A tego nie chciałam.
- Po prostu się nie widujmy - wydusiłam ciszej i o wiele mniej zdecydowanie niż wcześniej.
- Co?
To, co zamierzałam za moment powiedzieć, rozrywało mi serce, ale musiałam to zrobić. Nie mogłam postąpić inaczej, jeśli miałam kiedykolwiek zapomnieć o Zanderze Kanie. Jeśli miałam dać sobie szansę na spokojniejsze życie bez tajemnic, kłamstw i na nowy związek opierający się na czymś więcej niż seks.
Nie chciałam tego, co zaplanowali dla mnie rodzice - domku, psa, gromadki dzieci - wciąż nie czułam się na to gotowa i nie wiedziałam, czy kiedykolwiek będę, ale teraz... Teraz wiedziałam, że potrzebuję czegoś więcej niż dobry orgazm i fizyczna bliskość.
- Widzimy się ostatni raz - powiedziałam, ignorując zawroty głowy.
Prychnął z niedowierzaniem.
- O czym ty mówisz?
- Nie spotkamy się już.
- Jak ty to sobie wyobrażasz? Mamy wspólnych znajomych, przyjaźnię się z Car...
- To moje zmartwienie - weszłam mu w słowo. - A jeśli w jakimkolwiek stopniu ci na mnie zależało, pomożesz mi w tym... Jeśli się dowiesz, że widzę się z Isą, nie przychodź na spotkanie, jeśli się dowiesz, że jestem u Cartera, nie zjawiaj się tam. Ja zrobię to samo: nie będę się pojawiać tam, gdzie ty będziesz... albo wyjadę.
- Co?
- Słyszałeś. Muszę zacząć od nowa, z dala od ciebie, więc jeśli mi tego nie ułatwisz, jeśli przynajmniej nie spróbujesz mnie unikać, wyjadę z Nowego Jorku.
***
Tamtego popołudnia po raz ostatni widziałam Zandera Kane'a twarzą w twarz. A kiedy kilka dni później wróciłam do pracy u Margot, przypadkiem dowiedziałam się o zawyżonych wypłatach, które dostawałam.
Zabawne, że tak długo żyłam w nieświadomości. Gdy jedna sprawa zaczynała się psuć, inne zaraz dołączały i w ten sposób psuło się wszystko. Zakończyłam wtedy pracę w Elysium i przy organizacji imprez. Choć nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki tej całej maskaradzie Margot była mi coś winna.
Dlatego jakiś czas później pomogła mi znaleźć inne zatrudnienie - w miejscu, którego Zander Kane nie odwiedzał. Wtedy odzyskałam minimalną kontrolę nad życiem. Albo raczej złudne jej poczucie. I choć obecnie już nie musiałam tam pracować, skoro miałam inne źródło dochodu, nadal się tam pojawiałam. Nie dla pieniędzy, lecz dla siebie.
Wracając do mnie i Zandera...
Po roku czy dwóch emocje nieco opadły, a rany powoli się zagoiły i być może mogłabym się do niego odezwać, ale on milczał. Dotrzymywał obietnicy, że nigdy więcej się nie spotkamy. A ja... po tym, jak się odsłoniłam, jak mu wyznałam - i to niejednokrotnie - co czuję, nie chciałam drugi raz ryzykować. Nie chciałam wychodzić z inicjatywą, więc cierpiałam i tęskniłam, każdego dnia ucząc się zasypiać i budzić w samotności.
Znów żyłam tak jak dawniej, gdy Zander Kane był tylko moim nierealnym marzeniem. No, może prawie tak samo, bo nie byłam już tą samą osobą. Ten facet mnie zmienił. Nauczył pragnąć więcej. Wyciągać ręce po to, czego się chce, i czerpać z tego garściami.
Mój jedyny problem? Pragnęłam jego, lecz nie mogłam go mieć. Dlatego kiedy zniknął, pojawiła się pustka, której długo nie potrafiłam zapełnić.
I właśnie wtedy, mniej więcej po roku, znalazłam sposób, a pomogła mi w tym wspomniana Margot Dubois. Sama zaoferowała mi tę... pracę, choć bardziej było to zajęcie, którego nie musiałam wykonywać, ale chciałam. Nie czuła się dobrze z tym, że nie była wobec mnie szczera i spiskowała za moimi plecami z Zanderem.
Zaczęłam ten nowy etap w życiu - nową przygodę. Pustka nie zniknęła, ale nieobecność Zandera stała się choć trochę mniej dokuczliwa.
Było lepiej, nawet całkiem znośnie.
Tyle że poczucie kontroli, władzy i świadomość bycia pożądaną nie mogły zastąpić uczucia, które zrodziło się w moim pokiereszowanym, naiwnym i głupim sercu. Nie mogły zastąpić miłości.
A przecież wiedziałam, że Zander nigdy mnie nie pokocha.
I choć nadal nie chciałam życia, które wyśnili dla mnie rodzice, to nie chciałam również spędzić go jako sekszabawka przystojnego, bogatego faceta.
Chciałam czegoś pośrodku.
Chciałam miłości i adrenaliny. Czułości i świetnego seksu. Przygody i bezpieczeństwa.
***
Przymknęłam powieki, wygodnie rozsiadając się na kanapie, i oparłam głowę na zagłówku.
- Nie powiedziałaś, jakiego koloru będzie twoja sukienka - odezwał się Caleb, zajmując miejsce obok i lekko klepiąc mnie w udo.
- Écru - wymamrotałam sennie.
Zaśmiał się cicho w odpowiedzi.
Uzmysłowiłam sobie, że gdybym związała się z Calebem, wszystko byłoby prostsze. On nie udawał ponuraka, którego wszystko drażni. Nie patrzył na ludzi tak, jakby ich towarzystwo stanowiło dla niego karę i mu uwłaczało. Ale również nie pożerał mnie wzrokiem, nie rozpalał dotykiem. Nawet teraz, gdy kreślił palcem wskazującym jakieś wzory na moim udzie, czułam po prostu spokój.
- To znaczy?
- Prawie biała. - Westchnęłam, odganiając zbędne myśli. - Biel, ale ciepła.
- Okej, chyba rozumiem - odparł, choć zabrzmiało to niepewnie.
Otworzyłam jedno oko i spojrzałam na jego profil.
- A czemu pytasz?
- Chciałem dobrać krawat pod twoją sukienkę, ale chyba się nie uda. - Uśmiechnął się lekko.
- Nie musisz się tym przejmować. - Wzruszyłam ramionami. - Najbezpieczniejszym wyborem będzie granatowy, jeśli włożysz ten garnitur, który ostatnio kupiłeś - dodałam, widząc, że wciąż kombinuje.
- Okej - mruknął bez przekonania. - A tak w ogóle biały kolor nie jest zarezerwowany dla panny młodej?
- Niby tak, ale to tylko impreza zaręczynowa. Poza tym Isa będzie miała czerwoną suknię ślubną, a świadkowe białe, więc na imprezie trzymamy się tej kolorystyki - oznajmiłam, przeciągając się leniwie. - Nie mam chyba dzisiaj siły na to wyjście.
Mimo swoich słów niechętnie podniosłam się z kanapy. Zerknęłam na Caleba - był zrelaksowany, lecz on nie miał powodów do stresu. Życie układało mu się tak, jak sobie tego życzył. Praca go satysfakcjonowała, rodzina wspierała, a jedynym chodzącym nieszczęściem przyciągającym dramaty w jego otoczeniu byłam ja.
- Mówiłaś, że stęskniłaś się za Harper.
- Bo to prawda, ale jestem zmęczona, a pewnie skończymy nad ranem. - Uśmiechnęłam się blado, zerkając na telefon, który właśnie zawibrował.
- Zadzwoń, gdybyś chciała, żebym cię odebrał. - Caleb też wstał i ruszył za mną do drzwi.
- Nie masz dziś randki? - zapytałam z zaskoczeniem.
Byłam pewna, że wspominał o spotkaniu z dziewczyną, którą jakiś czas temu poznał w kawiarni.
- Nie zaiskrzyło, więc odpuściliśmy.
W odpowiedzi skinęłam tylko głową, bo co miałam powiedzieć? "Przykro mi"?
Nie było mi przykro. Może zabrzmię egoistycznie i nieludzko, ale było mi to obojętne. I szczerze powiedziawszy, ostatnio mało rzeczy wywoływało we mnie większe emocje.
O niczym więcej nie rozmawiając, wyszliśmy przed kamienicę, a potem pożegnaliśmy się i każde ruszyło w swoją stronę. Ja - do klubu, w którym miałam się spotkać z Isą i Harper. Caleb... właściwie nawet nie wiem dokąd, ale miałam nadzieję, że jego wieczór będzie mimo wszystko udany.
Po piętnastu minutach dojechałam taksówką pod lokal. Cieszyłam się, że zobaczę Harper. Kiedy po studiach oznajmiła, że wyjeżdża do Portland, miałam ochotę spakować walizki i pojechać z nią. Po tym, co przeszłam z Zanderem, nie potrafiłam się pozbierać. Nie wyobrażałam sobie, że zostanę sama w Nowym Jorku.
Niby miałam Cartera, ale nie o wszystkim mogłam z nim rozmawiać. Zresztą nasza ostatnia prawdziwa rozmowa odbyła się wtedy, gdy próbowałam go namówić, żeby się pogodził z Zanderem. Sama nie wiem dlaczego... chyba było mi głupio, że się przeze mnie pokłócili. Weszłam między nich, choć znali się od dziesięciu lat. Do tego widziałam, że Carter za nim tęskni, bo do tej pory byli dla siebie jak bracia.
W każdym razie tamten wieczór był ostatnim, kiedy szczerze rozmawialiśmy. Potem nasze kontakty i wzajemna troska ograniczyły się do pytań w stylu "co słychać?", "jak tam u ciebie?" i odpowiedzi pokroju "wszystko dobrze".
Tak więc naprawdę byłam gotowa lecieć za Harper do cholernego Portland, lecz ostatecznie zostałam w Nowym Jorku. Kilka tygodni później wróciła Isa - na stałe. Od tamtej pory widywałam się z Harper co trzy miesiące, a z Isą niemal codziennie. Przynajmniej dopóki mój brat nie stał się dla niej ciekawszą rozrywką niż imprezowanie ze mną.
- Lea! - usłyszałam pisk, a sekundę później prawie runęłam na ziemię. Rude włosy mignęły mi przed oczami, gdy ramiona Harper oplotły mnie niczym macki ośmiornicy.
- Boże, nie wiedziałam, że aż tak za tobą tęskniłam. - Uśmiechnęłam się szczerze, kiedy w końcu mnie puściła.
- Za tym, co dobre, zawsze się tęskni - odparła i parsknęła, przesuwając dłońmi po swoim ciele od góry w dół, by podkreślić, że mówi o sobie. Jakby ktokolwiek miał jeszcze wątpliwości...
- Musimy się napić i wszystko obgadać! - zarządziła Isa, łapiąc nas za ręce i ciągnąc w tylko sobie znanym kierunku.
- Wszystko obgadać, czyli po prostu poobgadywać facetów? - zapytała radośnie Harper, jakby mówiła o nadchodzącej Gwiazdce.
- Yhm - mruknęła Isa, siadając na jednej z kanap w loży. - Ale na pierwszy ogień idzie Caleb. - Wskazała na mnie, a potem chwyciła kieliszek z niebieskim alkoholem. Obstawiałam jagodową wódkę.
- A może porozmawiajmy o twoim narzeczonym? - prychnęłam, sięgając po alkohol przygotowany dla mnie.
- Jasne, możemy, ale nie wiem, czy chcesz słuchać, co twój brat robi językiem, gdy schodzi... - zaczęła z satysfakcją, a ja szybko wypiłam wódkę i zasłoniłam uszy dłońmi, jakbym znów miała dziesięć lat. - Tak właśnie myślałam.
- A może Harper ma nam coś do powiedzenia? - Zerknęłam błagalnie na drugą przyjaciółkę.
- U mnie nic się nie dzieje. - Wzruszyła ramionami. - Wszystko wam ostatnio opowiedziałam, kiedy gadałyśmy na FaceTimie.
- Czyli wracamy do ciebie, moja droga. - Isa nie kryła zadowolenia z obecnego stanu rzeczy. - Lea idzie z Calebem na imprezę zaręczynową - wyjaśniła.
Harper zrobiła taką minę, jakby zabrakło jej powietrza.
- O co wam chodzi? - jęknęłam, sięgając po drugi pełny kieliszek. - Nie pójdę sama, żeby się czuć jak idiotka, a Caleb nie ma z tym problemu.
- Chodzi o to, że nie chcesz iść sama, czy o to, że będzie tam Zander?