Evergreen - Devin Greenlee

Kup ebooka

49.99 zł
38.49 zł (41,82 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział pierwszy

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

- Więc pew­nie będziesz musiał wstać kilka godzin wcze­śniej niż zwy­kle - traj­ko­tała mama, poru­sza­jąc bez zasta­no­wie­nia dłońmi w wodzie i zanu­rza­jąc w pia­nie naczy­nia z dzi­siej­szej kola­cji. - Wydruk zamó­wie­nia zosta­wi­łam na ladzie. Tuż przed zamknię­ciem zadzwo­nił ktoś ze zle­ce­niem na ostat­nią chwilę, trzeba je zre­ali­zo­wać jutro do połu­dnia.

Odbie­ra­łem od niej kolejne tale­rze, wycie­ra­łem je i sta­ra­łem się nie myśleć o kolej­nym bole­snym dla krę­go­słupa dniu w ogro­dzie.

- Wspa­niale. Kolejna rumiana panna młoda.

- Tak w zasa­dzie to dwie - uświa­do­miła mnie mama. Kątem oka zauwa­ży­łem, że zaci­snęła usta. - Pro­szę, nie bądź zły.

- Nie jestem - sta­ra­łem się zabrzmieć bez­tro­sko. Jed­nak bez suk­cesu. Słowo "zły" nie było tym wła­ści­wym, żeby opi­sać to, co poczu­łem w tam­tej chwili. Bar­dziej paso­wa­łoby "poko­nany".

Każdy dzień był taki sam. Pobudka, kawa, praca. Jesz­cze tro­chę pracy, a potem jesz­cze tro­chę i tak dalej, aż do końca dnia. Powrót do domu, kola­cja z mamą, sen. A kolej­nego dnia? Znów to samo. Nic się nie zmie­niało, od kiedy skoń­czy­łem trzy­na­ście lat. Cztery dłu­gie lata temu. Cho­ciaż to pew­nie nic w porów­na­niu z całymi wie­kami, które były przede mną.

Mama zakrę­ciła wodę i spoj­rzała na mnie. Mój wzrost ni­gdy nie prze­szka­dzał jej zaj­rzeć mi w oczy.

- Znam cię lepiej niż kto­kol­wiek inny. Jesteś zły.

Nie zno­si­łem, kiedy miała rację. Zawsze sta­ra­łem się ukry­wać uczu­cia, a moim natu­ral­nym śro­do­wi­skiem był sar­kazm, ale jakimś cudem mama potra­fiła mnie prze­świe­tlić i zaj­rzeć mi do głowy. To było bar­dziej niż wku­rza­jące.

Wes­tchnęła i poło­żyła dłoń na mojej, deli­kat­nie przy­ci­ska­jąc ją do drew­nia­nego blatu. Nasze opa­lone ręce miały dokład­nie ten sam złoty odcień.

- Quill, jeśli masz jakiś pro­blem, wiesz, że zawsze możesz ze mną poroz­ma­wiać - lekko pokrę­ciła głową, a burza jej się­ga­ją­cych do ramion rudych loków pod­ska­ki­wała jak sprę­żynki.

O to wła­śnie cho­dziło... Już o tym roz­ma­wia­li­śmy i to wię­cej niż tysiąc razy, ale jej odpo­wiedź zawsze była taka sama. A ja chcia­łem cze­goś wię­cej niż tylko praca dzień w dzień w rodzin­nym ogro­dzie, nawet jeśli był magiczny. Magia jest prze­re­kla­mo­wana. A szcze­rze mówiąc, wręcz cał­kiem nudna... Codzienna praca wokół cza­ro­dziej­skich roślin też z cza­sem spo­wsze­dnieje.

Zna­łem zasady - tu cho­dziło o rytuał przej­ścia. Odbyła go każda driada - moje bab­cie, potem mama, następ­nie Lau­rel, a teraz przy­szła kolej na mnie. Zasada była taka, że jeśli potra­fi­łeś zadbać o ogród, udo­wad­nia­łeś, że umiesz też zadbać o samego sie­bie. Nie udało ci się, to... w zasa­dzie to nie wie­dzia­łem co. Dotych­czas ni­gdy się to nie zda­rzyło. A moja mama chyba myślała, że ni­gdy nie będę na tyle silny, żeby żyć samo­dziel­nie.

Cała moja rodzina, w tym nasi przod­ko­wie, miała moce. A moja moc jak dotąd się nie ujaw­niła i ist­niała moż­li­wość, że w ogóle to nie nastąpi, cho­ciaż ni­gdy tak naprawdę o tym nie roz­ma­wia­li­śmy. Myśla­łem, że mama po pro­stu nie wie­dzia­łaby, co powie­dzieć, mogłaby jedy­nie pod­trzy­my­wać mnie na duchu i zapew­niać, że kie­dyś to się wyda­rzy. Z tym że to mogła być jedna z nie­wielu rze­czy, któ­rych mama nie była pewna. Przez setki lat, które spę­dziła na Ziemi, zdo­była ogromną wie­dzę, ale ja byłem dla niej zagadką - byłem pierw­szym męskim potom­kiem driad, a do tego ze związku z czło­wie­kiem. Sta­ra­łem się nie myśleć, jak bar­dzo to wszystko było zagma­twane.

- Po pro­stu jestem zmę­czony - powie­dzia­łem, wzru­sza­jąc ramio­nami i odkła­da­jąc ostatni talerz na półkę. - Jestem zmę­czony, wszystko mnie boli, a kiedy pró­buję zasnąć, to przy­się­gam, że zamiast owiec widzę kwiaty. Rodzinny biz­nes ofi­cjal­nie zawład­nął moim życiem.

Mama uśmiech­nęła się krzywo i przy­tak­nęła ze zro­zu­mie­niem.

- Dobrze to pamię­tam. Byłam kie­dyś na twoim miej­scu i odby­łam dokład­nie taką samą roz­mowę z twoją bab­cią. Z cza­sem będzie lepiej. To minie.

Wyglą­dała tak młodo. Patrząc na nią, nie­mal zapo­mi­na­łem, jak sza­lona jest liczba jej lat. Ta świa­do­mość jesz­cze pogar­szała mój nastrój.

Jęk­ną­łem i usia­dłem na jed­nej z trzech brą­zo­wych kanap, które stały w salo­nie, mięk­kich i stwo­rzo­nych ide­al­nie do drzemki. Cały ten pokój był tak urzą­dzony, żeby spra­wiał wra­że­nie cie­płego i przy­tul­nego. W każ­dym rogu pokoju stały doniczki dia­bel­skiej wino­ro­śli, któ­rej pną­cza zwi­sały z sufitu. Dwa drew­niane regały po brzegi wypeł­nione były księ­gami o rośli­nach oraz księ­gami z prze­pi­sami na roślinne elik­siry. Ściany w kolo­rze cze­ko­la­do­wym ota­czały wyso­kie okna. Było tu tak swoj­sko i uspo­ka­ja­jąco, jed­nak ostat­nio odno­si­łem wra­że­nie, że te ściany chcą mnie przy­gnieść.

- Nie możemy po pro­stu powie­dzieć, że poszło mi wspa­niale i poszedł­bym do szkoły już teraz? Mogła­byś nawet sama zde­cy­do­wać do któ­rej. Mogłaby być nawet z inter­na­tem. I to na Sybe­rii. Z łazien­kami na zewnątrz. Wszystko mi jedno.

Umowa, że kiedy skoń­czę trzy­na­ście lat, a potem spraw­dzę się w pracy w ogro­dzie, zyskam wstęp do świata zewnętrz­nego ze wszyst­kimi jego aspek­tami, w tym szkołą - obo­wią­zy­wała od wie­ków. Z tym że nie zakła­dała kon­kret­nej daty. Gdy­bym cho­dził do szkoły, zaczy­nał­bym wła­śnie ostat­nią klasę. I świa­do­mość, że powoli mijała moja ostat­nia szansa na nor­mal­ność, powo­do­wała, że czu­łem ogromną pre­sję.

Znane było mi tylko wnę­trze budynku, który mama kupiła, kiedy prze­pro­wa­dziła się ze mną i z moją star­szą sio­strą Lau­rel do małego, sen­nego mia­steczka Castle­view. Była to ide­alna miej­scówka dla rodziny driad szu­ka­ją­cych miej­sca do upra­wia­nia swo­jego ogrodu bez zwra­ca­nia na sie­bie szcze­gól­nej uwagi. Mie­li­śmy zwy­czajną kwia­ciar­nię na par­te­rze i bez­kre­sny magiczny ogród, któ­rym od zawsze zaj­mo­wała się moja rodzina, ukryty za drzwiami w naszym miesz­ka­niu. Mama podzie­liła resztę budynku na oddzielne miesz­ka­nia, nawet jedno przy­dzie­la­jąc mojej sio­strze. Ja też pew­nego dnia mia­łem dostać swoje.

Magiczne stwo­rze­nia ukry­wały się przed świa­tem dla swo­jego wła­snego dobra, a także dla dobra ludzi. Jed­nak od czasu do czasu zda­rzało się, że jedno czy dwa łamały te zasady. Na przy­kład mama, która sta­rała się postę­po­wać naj­ostroż­niej, jak tylko się dało, całe życie poświę­ciła poma­ga­niu ludziom. Spra­wiało jej to radość i dla­tego zamie­rzała kon­ty­nu­ować tę dzia­łal­ność, tylko dzięki któ­rej nie ukryła nas przed świa­tem gdzieś w lesie.

Wpa­try­wa­łem się w nią, ocze­ku­jąc odpo­wie­dzi, ale ona tylko przy­tak­nęła cier­pli­wie i z tą samą miło­ścią w zie­lo­nych oczach, która zawsze się w nich poja­wiała, kiedy patrzyła na mnie.

- To kuszące. Ale patrząc na to, jak się tutaj zado­mo­wi­łeś, nie mogę sobie wyobra­zić, że sta­niesz się duszą towa­rzy­stwa. Szcze­gól­nie w takim miej­scu.

- Jeśli nie dasz mi szansy, ni­gdy się tego nie dowiesz - odpar­łem ze szcze­rym uśmie­chem i z nadzieją w gło­sie.

Mama zaśmiała się łagod­nie, poło­żyła dło­nie na bio­drach, a rdzawa spód­nica osła­nia­jąca jej krą­gło­ści zamio­tła z sze­le­stem pod­łogę.

- Kaza­liby mi przed­sta­wić listę żądań i pytali, co takiego zro­bili, że mnie ura­zili.

- Dobrze, w takim razie nie szkoła. Zacznijmy od cze­goś mniej­szego. Może cen­trum han­dlowe?

- Kocha­nie, tutaj prze­cież nie ma cen­trum han­dlo­wego - odparła, krę­cąc głową.

Cokol­wiek zapro­po­no­wa­łem, zawsze znaj­do­wała powód, żeby powie­dzieć "nie". Cią­gle to samo. Stra­ci­łem cier­pli­wość.

- No dobrze. W takim razie może Wal­mart - zapro­po­no­wa­łem gło­sem bez emo­cji.

Mama znowu wes­tchnęła, a na jej twa­rzy w kształ­cie serca ryso­wało się współ­czu­cie.

- Kocha­nie, pamię­tam o tym. Przy­rze­kam. Ale jesz­cze nie teraz. Tyle jesz­cze muszę ci prze­ka­zać i nauczyć cię oby­cia... Jesz­cze tro­chę...

- ...pocze­kaj. Wiem, wiem - odwró­ci­łem się od blatu i ruszy­łem do swo­jego pokoju.

- Kocham cię! - zawo­łała za mną.

- Ja cie­bie też - odpo­wie­dzia­łem cicho, a potem zamkną­łem za sobą drzwi.

Sam nie wiem, czego się spo­dzie­wa­łem. Ode­pchną­łem od sie­bie te myśli i sta­ra­łem się nie czuć smutku. Uczu­cia i tak były prze­re­kla­mo­wane.

Woda mogła spra­wić, że poczuję się lepiej, ode­rwę myśli od tego wszyst­kiego. Wcho­dząc do pokoju, zdej­mo­wa­łem z sie­bie ubra­nia i cho­ciaż bar­dzo się sta­ra­łem, i tak byłem sfru­stro­wany tą roz­mową. Ona ni­gdy nie ustąpi.

Prysz­nic zasy­czał, kiedy odkrę­ci­łem wodę. Zatrzy­ma­łem się na chwilę przed lustrem. Ciężka praca zmie­niła moje ciało przez te kilka lat. Moja skóra przy­brała złoty odcień, a gład­kie mię­śnie dopeł­niły wyro­śniętą gwał­tow­nie syl­wetkę. Nie wiem, czym ona się tak mar­twiła. Prze­cież wyglą­da­łem jak każdy nor­malny nasto­la­tek. Zna­czy poza jed­nym wyjąt­kiem. Oczy mia­łem co prawda w tym samym co mama odcie­niu leśnej zie­leni, ale kolor moich wło­sów także był zie­lony. To zna­czy... nie wyglą­dały tak cał­ko­wi­cie dzi­wacz­nie... Ech, kogo ja pró­bo­wa­łem oszu­kać? Nic dziw­nego, że według mamy nie dał­bym rady dopa­so­wać się do ludzi.

Utkną­łem tu na zawsze.

Rozdział drugi

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Grzmot.

Bły­ska­wica roze­rwała let­nie niebo, a wiatr usi­ło­wał ode­rwać od ściany budynku zardze­wiałe schody poża­rowe. Więk­szość ludzi mia­łaby z tego powodu kosz­mary, ale mnie te dźwięki koły­sały, przy­no­sząc naj­lep­sze sny. Schody poża­rowe były moim ulu­bio­nym miej­scem na ziemi, moim jedy­nym łącz­ni­kiem ze świa­tem, kiedy nikogo nie było w pobliżu. Już samo ich trzesz­cze­nie koiło moje zmy­sły.

To była dla mnie naj­lep­sza koły­sanka - ten moment, zanim spad­nie deszcz i pobło­go­sławi wszystko, czego dotknie. Do pokoju wkradł się zapach burzy, a wraz z nim prze­do­sta­wały się roz­bły­ski pio­ru­nów i huk grzmo­tów w oddali tak silny, że trzę­sły się od niego ściany. To wszystko mnie uspo­ka­jało. Ale nagle odnio­słem wra­że­nie, że coś jest nie tak. Wyczu­łem czy­jąś obec­ność. Obcą. I chcącą cze­goś. Sta­ra­łem się z całych sił odciąć zarówno od świata, jak i od tego dozna­nia, lecz wtem okno zamknęło się z trza­skiem, a ja gwał­tow­nie otwo­rzy­łem oczy. Na zewnątrz znaj­do­wał się jakiś cień i zaglą­dał do środka przez okno.

Zasko­czony gło­śno wcią­gną­łem powie­trze i na uła­mek sekundy zamar­łem, zasta­na­wia­jąc się, co powi­nie­nem teraz zro­bić. Ucie­kać? Wal­czyć? Wysko­czy­łem z łóżka i wycią­gną­łem zza szafki noc­nej broń - gałąź róży tak grubą jak kij bejs­bo­lowy i do tego na­dal pokrytą kol­cami. Nie sądzi­łem, że kie­dy­kol­wiek będę musiał jej użyć, zresztą ni­gdy też tego nie chcia­łem.

Ten ktoś na zewnątrz wyrzu­cił ręce w górę i zro­bił krok w tył, nie­mal spa­da­jąc z meta­lo­wego pode­stu. Otwo­rzy­łem wyso­kie okno i wysze­dłem na zewnątrz, w nała­do­waną elek­trycz­no­ścią od pio­ru­nów noc.

- Co tu robisz? - krzyk­ną­łem, ści­ska­jąc mocno swoją broń.

Przy­rze­kam, musia­łem się sta­rać z całych sił, żeby powstrzy­mać drże­nie głosu, a różę ści­ska­łem tak mocno, jak tylko umia­łem. I mia­łem nadzieję, że cho­ciaż wyglą­dam groź­nie.

- Miesz­kam tutaj! - postać zdjęła kap­tur bluzy, którą miała pod żółtą spor­tową kurtką, a potem znowu unio­sła ręce. Wiatr tar­gał jego ciem­no­ru­dymi wło­sami. Intruz zro­bił jesz­cze dwa kroki w tył.

- Kła­miesz - odpo­wie­dzia­łem sta­now­czo. - Tylko my tutaj miesz­kamy!

Od szes­na­stu lat - doda­łem w myślach. Poważ­nie? - myśla­łem - naj­pierw się tu wła­mał, a potem jak gdyby ni­gdy nic wci­ska mi kłam­stwo?

Nie ruszył się z miej­sca, a ja mia­łem teraz moż­li­wość lepiej mu się przyj­rzeć i zda­łem sobie sprawę, że... był w moim wieku i miał w oczach strach. Był tro­chę wyż­szy i zde­cy­do­wa­nie lepiej zbu­do­wany niż ja. Gdyby chciał, mógłby mnie z łatwo­ścią obez­wład­nić, cho­ciaż to nie on dzier­żył w dłoni bota­niczną maczugę. Krę­ci­łem nią w dło­niach, żeby się uspo­koić, ale iry­ta­cja mi na to nie pozwala. On wkro­czył na teren, który był dla mnie święty.

- Przy­się­gam, dopiero co się wpro­wa­dzi­li­śmy - powie­dział, wska­zu­jąc na okno miesz­czące się zale­d­wie kil­ka­dzie­siąt cen­ty­me­trów od mojego. Nale­żało do pustego, jak sądzi­łem, miesz­ka­nia po sąsiedzku. W środku tliło się świa­tło ginące w ota­cza­ją­cej nas ciem­no­ści. Niebo znowu roze­rwał ryk grzmotu, a błysk pio­runa zalał nas bia­łym świa­tłem. Dostrze­głem piegi na jego policz­kach.

Zmru­ży­łem oczu. Nie kupo­wa­łem tego. Być może jego słowa brzmiały wia­ry­god­nie, ale prze­cież mama nie prze­mil­cza­łaby wyna­ję­cia komuś pustego miesz­ka­nia. To chyba było coś waż­nego. W każ­dym razie chło­pak wyglą­dał na bar­dziej wystra­szo­nego niż ja. Dobre i to. Opu­ści­łem gałąź i opar­łem ją o metal pod naszymi sto­pami.

- Ale co, do cho­lery, robi­łeś przed moim oknem?

Rozdział trzeci

ROZ­DZIAŁ TRZECI

Uliczką pod nami prze­je­chało z dużą pręd­ko­ścią auto, ale nie odry­wa­łem wzroku od chło­paka, a on wło­żył ręce do kie­szeni.

- Wysze­dłem się prze­wie­trzyć i zoba­czy­łem, że jest otwarte. Pomy­śla­łem, że zacho­wam się jak dobry sąsiad i je zamknę, zanim roz­sza­leje się ulewa... - przyj­rzał mi się od stóp do głów i uśmiech­nął się lekko. Z jego oczu cał­ko­wi­cie znik­nął strach. Zastą­piło go... Na co on się, do cho­lery, gapił? Zaraz. Wie­dzia­łem już dokład­nie na co.

- Naprawdę chcia­łeś mnie zaata­ko­wać w bie­liź­nie? - spy­tał, uno­sząc ze zdzi­wie­niem gęste brwi i lekko nimi poru­sza­jąc. - Pozwól, że cię zapro­szę na kola­cję.

Twarz mnie parzyła, ale zmu­si­łem się do zacho­wa­nia spo­koju.

- Dzię­kuję. Ale znam jedno miej­sce, w które możesz sobie wsa­dzić ten kij, i to z kol­cami.

Uśmiech znik­nął natych­miast z jego twa­rzy. Prze­stą­pił z nogi na nogę, patrząc na mnie z dziw­nie skrzy­wioną miną.

- Prze­pra­szam, mój błąd. Ale włosy masz za to fajne. Bar­dzo... zie­lone - powie­dział. Nagle wziął ogromny wdech i kich­nął, zakry­wa­jąc usta ramie­niem.

Mia­łem dość. Prych­ną­łem drwiąco i odwró­ci­łem się w stronę mojego pokoju. Przy odro­bi­nie szczę­ścia powinno mi się udać szybko z powro­tem zasnąć, jed­nak kiedy tylko zro­bi­łem krok, ostry ból prze­szył mi stopę. Odsko­czy­łem i pod­nio­słem ją w górę wraz z zardze­wia­łym gwoź­dziem, który wbił się głę­boko w ciało.

- Cho­lera jas... - rzu­ci­łem przez zaci­śnięte zęby, powstrzy­mu­jąc się przed pusz­cze­niem wią­zanki prze­kleństw.

- Nic ci się nie stało? - spy­tał, przy­su­wa­jąc się bli­żej.

Poka­za­łem ręką, żeby się nie zbli­żał. Byłem wście­kły i chcia­łem zapo­mnieć, że to wszystko się w ogóle wyda­rzyło. Cho­ciaż w tam­tej chwili zado­wo­lił­bym się także paroma godzi­nami nie­za­kłó­co­nego snu.

- Zostań, kurwa, po swo­jej stro­nie - wark­ną­łem. Kiedy kuś­ty­ka­łem przez para­pet do środka, krew spły­wała mi po sto­pie stru­gami.

- Jestem Liam - krzyk­nął za mną. - A ty?

- Kimś, kto lubi swoją pry­watną prze­strzeń - krzyk­ną­łem, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Mia­łem nadzieję, że zro­zu­mie alu­zję.

Zamkną­łem z impe­tem okno i prze­krę­ci­łem zamek. Różany kij wró­cił do swo­jego zaku­rzo­nego kąta. Opa­dłem na łóżko i opar­łem stopę na kola­nie. No tak. Wbity po sam łeb. Cho­lera.

Nie pierw­szy raz zda­rzyło mi się ska­le­czyć. Znane mi były zacię­cia skóry na nogach i sto­pach albo wbi­cie cze­goś w dło­nie. Na szczę­ście driady szybko się goiły, zwłasz­cza przy odro­bi­nie bota­nicz­nej pomocy. Pod­nio­słem z pod­łogi koszulkę, która przy­naj­mniej wyglą­dała na czy­stą, a potem wycią­gną­łem gwóźdź, krzy­wiąc się przy tym. Może i nie byłem czło­wie­kiem, ale tak samo jak oni odczu­wa­łem ból.

Mały meta­lowy przed­miot brzdęk­nął, upa­da­jąc na blat szafki noc­nej, a ja owi­ną­łem stopę koszulką. Jak wywa­bia się plamy z krwi? Wodą? Octem? Wybie­la­czem? Mia­łem nadzieję, że jeden z elik­si­rów mamy wyste­ry­li­zuje ranę i choć tro­chę ulży w bólu.

Nie­czę­sto zda­rzało nam się ranić, a tym bar­dziej cho­ro­wać, a sytu­acja jak ta rze­czy­wi­ście była rzadka. Wrzu­ci­łem na sie­bie przy­pad­kowe ubra­nia i, uty­ka­jąc, posze­dłem kory­ta­rzem do szafy mamy, prze­bie­ga­jąc w myślach po wszyst­kich fiol­kach, które tam trzy­mała.

Czer­wona na bóle głowy, zie­lona na nud­no­ści, biała na opa­rze­nia, nie­bie­ska na sen... Mama nie wie­rzyła w neo­my­cynę, bo sama znała lep­sze spo­soby, by leczyć, ale za nic w świe­cie nie pamię­ta­łem jakie. Skrę­ci­łem kory­ta­rzem i zamar­łem, a wło­ski na ciele sta­nęły mi dęba.

Drzwi do ogrodu były otwarte.

Rozdział czwarty

ROZ­DZIAŁ CZWARTY

Strach, który odczu­wa­łem na widok kogoś sto­ją­cego za oknem, tamto prze­ra­że­nie... były abso­lut­nie niczym w porów­na­niu z tym, co czu­łem na myśl, że ktoś mógł się tutaj dostać.

Przez drzwi ze środka wyła­niał się ogromny las, który zna­łem jak wła­sną kie­szeń i który od poko­leń podą­żał za moją rodziną od domu do domu. Dniem czy nocą magicz­nie roz­cią­gnięte sufit i ściany prze­sła­niały gra­na­towe i fio­le­towe chmury, a zza nich migo­tały białe świa­tełka przy­po­mi­na­jące reflek­tory, które peł­niły funk­cję maleń­kich słońc.

Ogród wzy­wał mnie do sie­bie, dawał schro­nie­nie przed praw­dzi­wym świa­tem. Chciał, żebym pił z jego stru­mieni, odpo­czy­wał na jego pola­nach, pozby­wa­jąc się trosk i zmar­twień. To było naj­spo­koj­niej­sze miej­sce, jakie zna­łem, ale teraz, kiedy patrzy­łem na te otwarte drzwi, daleko mi było do spo­koju. Ktoś tam wcho­dził.

I mogłem się zało­żyć kto.

***

Popę­dzi­łem do środka i, zamknąw­szy za sobą drzwi, pokuś­ty­ka­łem kamienną ścieżką, któ­rej odnogi pro­wa­dziły do róż­nych miejsc w ogro­dzie. Ner­wowo wodzi­łem wzro­kiem po wszyst­kim, co znaj­do­wało się wzdłuż ścieżki. Musia­łem się dowie­dzieć, co on zro­bił, co znisz­czył albo ukradł... Cho­lera jasna. Było źle.

Gdy­bym cho­ciaż zauwa­żył, jak stąd wycho­dził. Trudno było powie­dzieć, jakich znisz­czeń mógł doko­nać w tak krót­kim cza­sie, cho­ciaż było tu jedno miej­sce, w któ­rym szkody byłyby nie­od­wra­calne.

Zanim puści­łem się na skróty w odle­glej­szą część ogrodu, wez­brał we mnie cał­kiem nowy rodzaj paniki. Znaj­do­wały się tutaj rośliny tak wraż­liwe jak żadne inne i naj­cen­niej­sze ze wszyst­kich. Były wyjąt­kowe i nie prze­trwa­łyby poza tymi czte­rema ścia­nami. Od nich zale­żało nasze ist­nie­nie, a ich ist­nie­nie od nas. Jeśli zgi­nę­łaby jedna z nich, sta­li­by­śmy się słabsi. Pew­nych rze­czy nie dałoby się już odwró­cić.

Droga przez sad, w któ­rym wzdłuż ścieżki cią­gnęła się tęcza zawsze doj­rza­łych owo­ców, to naj­dłuż­sze dwie minuty w moim życiu. Słod­kie zapa­chy mie­szały się z wil­got­nym powie­trzem i bła­gały mnie, żebym przy­sta­nął i sku­sił się na kęs. Ale nie mogłem zwol­nić. Skrę­ci­łem w prawo przy sta­wie, który jest domem dla naszych loto­sów, malu­ją­cych na jego tafli różowe, białe i zie­lone obrazy, a ich kwiaty wychy­lają się zza jego brze­gów. Wyglą­dały tak spo­koj­nie, co w jakiś spo­sób jesz­cze wzmo­gło moje zde­ner­wo­wa­nie. Skąd on w ogóle wie­dział o tym miej­scu? I jak, do cho­lery, udało mu się przejść obok, nie budząc mnie?

Po lewej stro­nie był wysoki wodo­spad, gdzie kry­sta­licz­nie czy­sta woda, roz­trza­sku­jąc się na kamie­niach, zmie­niała się w mgiełkę. Maleń­kie kro­pelki przy­wie­rały mi do skóry, kiedy przez kilka kolej­nych minut sze­dłem ścieżką, a potem wchła­niały się w nią przez kilka następ­nych kro­ków. Mama wście­kłaby się, jeśli nie uda­łoby mi się tego zatu­szo­wać. Wini­łaby mnie. Ludzie abso­lut­nie nie mieli tutaj wstępu... To nie ich wina, ale znisz­czy­liby wszystko, czego by tu dotknęli.

Skrę­ci­łem w lewo koło warzyw­nika z gigan­tycz­nymi oka­zami. Dynie wiel­ko­ści cię­ża­ró­wek zasła­niały mi widok tego, co było za zakrę­tem. Roz­glą­da­łem się sza­leń­czo na boki, szu­ka­jąc znisz­czeń albo odstępstw od normy. Jak dotąd nic takiego nie wpa­dło mi w oko, ale kto wie, co mogłem zna­leźć na końcu... Kto wie, co by się stało, jeśli on zro­bił coś strasz­nego w naszym raju?

Jesz­cze jeden skręt w prawo, potem pro­sto wzdłuż cią­gną­cych się w nie­skoń­czo­ność grzą­dek z zio­łami tak wyso­kimi, że pomię­dzy nimi mógłby się ukryć koń. Mie­sza­nina ich woni zaata­ko­wała moje noz­drza, jed­nak pie­cze­nie w nosie było naj­mniej­szym z moich pro­ble­mów. Prze­ci­sną­łem się przez wąskie ścieżki bie­gnące pomię­dzy poszcze­gól­nymi gatun­kami i wresz­cie dotar­łem do naszego ogródka, ukry­tego naj­da­lej, jak się da.

Prze­bie­głem wzro­kiem po naszych naj­rzad­szych kwia­tach i drze­wach, które znaj­do­wały się w zagaj­niku wycza­ro­wa­nym przez mamę. Maleń­kie świa­tła przy­po­mi­na­jące gwiazdy oświe­tlały je z góry jak reflek­tory, po jed­nym na każdą grządkę. Wszystko było na swoim miej­scu, z wyjąt­kiem fili­gra­no­wej osóbki z dłu­gimi blond wło­sami zaple­cio­nymi w war­ko­cze, sto­ją­cej przed oran­że­rią.

Wypu­ści­łem z ulgą powie­trze z płuc, które wstrzy­my­wa­łem, od sam nie wiem jak dawna. Powoli zaczęło ustę­po­wać tęt­nie­nie w uszach i roz­luź­nia­łem napięte dotąd mię­śnie.

- Kiedy wró­ci­łaś? - zawo­ła­łem i pod­sze­dłem do niej, nie zwal­nia­jąc kroku.

To nie był wła­my­wacz. Nie zło­dziej. Tylko moja sio­stra, Lau­rel, która zapo­mniała zamknąć drzwi.

Odwró­ciła się do mnie. Miała jasną cerę, a na sobie długą do ziemi białą suk­nię, która falo­wała przy każ­dym ruchu. Wyglą­dała zachwy­ca­jąco, jak zawsze, ale nie ucie­szyła się na mój widok, tak jak ja, widząc ją.

- Wczo­raj. Quill, kiedy byłeś tutaj po raz ostatni?

Dziwne pyta­nie. Nie byłem pewien, czy podoba mi się, dokąd zmie­rzała ta roz­mowa.

- Po połu­dniu. A co?

Pod­nio­sła drobną rękę i wska­zała pal­cem na zamek oran­że­rii. Był znie­kształ­cony i otwarty w naj­bru­tal­niej­szy z moż­li­wych spo­so­bów.

Cho­lera. Zde­cy­do­wa­nie nie podo­bało mi się, dokąd to wszystko zmie­rzało.

- Kiedy to zauwa­ży­łaś? - spy­ta­łem, przy­su­wa­jąc się jed­no­cze­śnie i prze­bie­ga­jąc dło­nią po zamku.

Nie był to zwy­czajny zamek. Został zamknięty za pomocą wino­ro­śli, które trzy­mały drzwi mocno niczym sta­lowe liny. Czło­wiek mógłby go otwo­rzyć tylko z uży­ciem nie­wy­obra­żal­nej siły. Nawet ja tego nie umia­łem bez uprzed­niego uszko­dze­nia wino­ro­śli. Tylko mama potra­fiła otwo­rzyć te drzwi bez znisz­czeń.

Obawa ude­rzyła we mnie na powrót, i to z podwo­joną mocą.

- Może pół godziny temu. Przy­wio­złam nowe nasiona i pomy­śla­łam, że mama przy­go­to­wała dla nich grządkę. Zasta­łam otwarte drzwi do ogrodu, a zamek do oran­że­rii w takim sta­nie.

Pokrę­ci­łem głową i spoj­rza­łem na nią.

- Dla­czego mnie nie obu­dzi­łaś?

Lau­rel skrzy­żo­wała ramiona.

- Pomy­śla­łam, że sprawca może na­dal znaj­do­wać się w ogro­dzie. Ale nikogo nie zna­la­złam.

Zaci­sną­łem zęby i zasta­na­wia­łem się, czy powi­nie­nem jej powie­dzieć o tym, co mi się przed chwilą przy­tra­fiło. Wes­tchną­łem. A co mi tam...

- Ktoś stał na moich scho­dach poża­ro­wych. Obu­dził mnie. Powie­dział, że jest naszym nowym sąsia­dem.

Lau­rel unio­sła brwi.

- Myślisz, że doko­nał tego czło­wiek?

Jak­kol­wiek wyda­wało się to nie­wia­ry­godne, nie można było tego zba­ga­te­li­zo­wać, więc pod­sze­dłem do sprawy naj­po­waż­niej, jak to tylko moż­liwe.

- Nie wiem, ale obu­dzi­łem się w chwili, w któ­rej zamy­kał moje okno.

Sio­stra otwo­rzyła sze­roko szma­rag­dowe oczy i spy­tała z nie­po­ko­jem:

- Quill, czy ty wiesz, co ukry­wają te wino­ro­śle?

Może nie trzeba było pod­cho­dzić do tego aż tak poważ­nie... Może jesz­cze dało się to jakoś zba­ga­te­li­zo­wać?

- Ja... nie. Nie wiem. Ale to na pewno nic gor­szego od innych rze­czy, które tutaj trzy­mamy, prawda?

Na pewno prze­sa­dzała. Może i w moim pokoju pię­trzyły się na pod­ło­dze ubra­nia, ale o ogród naprawdę dba­łem. Skru­pu­lat­nie go stu­dio­wa­łem i pie­czo­ło­wi­cie pie­lę­gno­wa­łem non stop od wielu lat. W zasa­dzie zna­łem tutaj na pamięć każdy liść i źdźbło trawy. A mama ni­gdy nie mówiła o tym, co znaj­duje się za drzwiami oran­że­rii i, prawdę mówiąc, ni­gdy nie przy­szło mi nawet do głowy, żeby ją o to zapy­tać. Dzięki temu cho­ciaż tej maleń­kiej czę­ści ogrodu nie musia­łem ujmo­wać w spi­sie codzien­nych obo­wiąz­ków. Tak przy­naj­mniej myśla­łem... aż do teraz.

- To praw­do­po­dob­nie naj­cen­niej­sza i naj­nie­bez­piecz­niej­sza rzecz z całego ogrodu - odpo­wie­działa Lau­rel, zamy­ka­jąc oczy.

O ile ją zna­łem, to w tam­tej chwili prze­ży­wała wła­śnie nad­cho­dzący koniec świata. Tak. Czyli było źle. Ale zna­łem ją. I kocha­łem, nawet jeśli histe­ry­zo­wała.

- Lau­rel, daj spo­kój. Na pewno nie jest aż tak źle.

Sio­stra pod­nio­sła brwi, ale zaraz prze­rwała.

- A co ci się stało w nogę?

Spoj­rza­łem w dół i prze­krę­ci­łem stopę na bok. Wyglą­dała ohyd­nie. Zaczy­na­łem zosta­wiać krwawe ślady.

- Ech, kiedy wyga­nia­łem tego dupka...

Lau­rel kiw­nęła głową.

- Wygląda na to, że przyda ci się mała demon­stra­cja. Chodź.

Podą­ży­łem więc za nią. Prze­szli­śmy przez próg oran­że­rii i sta­nę­li­śmy w deli­kat­nej czer­wo­nej poświa­cie, która uno­siła się wewnątrz. Było nie­mal tak, jak­by­śmy wkra­czali do snu. Z pozoru zło­wiesz­czego, ale jed­no­cze­śnie uspo­ka­ja­ją­cego. Na odle­głym końcu pomiesz­cze­nia znaj­do­wał się podest, na któ­rym stała szklana minio­ran­że­ria, a w niej naj­pięk­niej­szy kwiat, jaki widzia­łem. Cien­kie, zwi­ja­jące się szkar­łatne płatki koły­sały się w przód i w tył w swoim małym wię­zie­niu. Pod­sze­dłem bli­żej i zauwa­ży­łem, że w miej­scach, w któ­rych wcze­śniej znaj­do­wały się kwiaty, rosły krwi­sto­czer­wone jagody.

- To jest to? - byłem ocza­ro­wany, a mimo to wcale mną to nie wstrzą­snęło, ponie­waż po reak­cji sio­stry spo­dzie­wa­łem się w środku raczej Char­lesa Man­sona.

- To kwiat Aza­zela. Weź tam­ten zestaw - powie­działa, wska­zu­jąc na małą drew­nianą skrzynkę sto­jącą w rogu obok drzwi.

Przy­nio­słem ją szybko, po czym posta­wi­łem na pode­ście. Obser­wo­wa­łem, jak sio­stra zdej­muje szklaną kopułę. Kwiat odwró­cił się w jej stronę, sunął do niej, bła­gał, żeby się zbli­żyła. To było nie­po­ko­jące. Co prawda cią­gle widzia­łem, jak mama i sio­stra prze­miesz­czają kwiaty ruchem pal­ców, ale po raz pierw­szy przy­glą­da­łem się rośli­nie, która poru­szała się sama. Jed­nak Lau­rel nie wyglą­dała na zasko­czoną. Zerwała poje­dyn­czą jagodę i z powro­tem zamknęła kwiat w szkle.

Zmru­ży­łem oczy.

- Czyli to ten wielki sekret? Zwy­kła jagoda?

- Pocze­kaj, pocze­kaj... - mruk­nęła.

Wzięła nożyk i zeskro­bała ze skórki owocu czarne kropki, a potem przy­kryła szmatką fiolkę i przy­wią­zała ją do jej szyjki. Następ­nie wyjęła ze skrzynki tłu­czek i moź­dzierz, a potem zmiaż­dżyła w nim jagodę, wyci­ska­jąc z niej czer­wony sok.

- Lek­cja pierw­sza i naj­waż­niej­sza, nie wolno w żad­nym wypadku uży­wać jej nasion. Jasne?

- Żad­nych nasion - przy­tak­ną­łem. - Odno­to­wane.

Czy byłem cie­kawy? Tak. Ale był to naj­praw­do­po­dob­niej kolejny rodzaj magii, o któ­rej nie mia­łem zie­lo­nego poję­cia, dla­tego przyj­mo­wa­łem tę wie­dzę jak gorzką pigułkę.

- Dobrze.

Lau­rel zdjęła szmatkę, odsta­wiła skrzynkę z powro­tem na miej­sce, a potem ruchem ręki wska­zała, abym wyszedł z nią na zewnątrz.

- Lek­cja druga - szła za róg oran­że­rii, po czym poka­zała na łodygę wiel­ko­ści tej od cebuli dymki, tylko ta tutaj była biało-czarna. - Wiesz, co to?

Mia­łem wra­że­nie, że robiła sobie ze mnie żarty.

- Fan­to­mowy korzeń? Chcesz powie­dzieć, że on w ogóle do cze­goś służy?

- Ogra­ni­cza skutki dzia­ła­nia magii, a w tym przy­padku spra­wia, że kon­sump­cja tej jagody staje się bez­pieczna. Mama mówiła, że jeśli go nie uży­jesz, to wystą­pią okropne skutki uboczne. Nie wyja­śniła jakie, ale wolę się o tym nie prze­ko­ny­wać.

Przy­tak­ną­łem. Cudow­nie. Wyglą­dało na to, że mimo tylu spę­dzo­nych tu lat na­dal były w tym ogro­dzie rze­czy, o któ­rych nie mia­łem poję­cia.

- Powi­nie­neś posta­rać się dowie­dzieć wię­cej o tych rośli­nach - powie­działa, jak zwy­kle czy­ta­jąc mi w myślach. - Nie tylko elik­siry mogą się oka­zać przy­datne w czar­nej godzi­nie.

- Przy­ją­łem - wtrą­ci­łem, usi­łu­jąc ją pośpie­szyć. - A co z tym fan­to­mo­wym korze­niem?

- Potrzy­maj - podała mi fiolkę.

Wyrwała jedną z łodyg, przy­trzy­mała ją poziomo nad szyjką fiolki i zła­mała wpół. Prze­zro­czy­sty sok wypły­nął z każ­dej połówki rośliny i wypeł­nił naczy­nie. Lau­rel zako­pała resztki łodygi w ziemi, chwy­ciła fiolkę i wyjęła z kie­szeni korek. Przez kilka sekund potrzą­sała zamkniętą bute­leczką, a płyn w jej środku szybko przy­brał kolor fuk­sji. Następ­nie mi ją podała.

- Pro­szę. Elik­sir, który wyle­czy wszystko.

Obró­ci­łem szklane naczy­nie w pal­cach.

- Czyli... co mam z tym zro­bić?

- Wypić.

Zamar­łem i spoj­rza­łem na nią śmier­tel­nie poważ­nie.

- Żar­tu­jesz?

- Nie. Powi­nien wystar­czyć jeden łyk.

Wes­tchną­łem. A co mi tam!

- No to siup - powie­dzia­łem i wzią­łem mały łyczek.

Było słodko-kwa­śne... Ana­nas? Malina? Nie przy­po­mi­nało w smaku żad­nego zna­nego mi owocu. Poczu­łem cie­pło w brzu­chu, które roz­cho­dziło się aż do koń­czyn, a wraz z nim deli­katne mro­wie­nie. Poru­szy­łem stopą i obró­ci­łem nią w kostce, wycze­ku­jąc naj­mniej­szego bólu. Ale stopa była jak nowa.

- Jak się czu­jesz? - spy­tała Lau­rel.

- Lepiej niż kie­dy­kol­wiek - odpar­łem, sku­piony na swoim ska­le­cze­niu. Odwi­ną­łem koszulkę ze stopy, żeby ją obej­rzeć. Lecz po ranie nie został nawet naj­mniej­szy ślad.

- Resztę zacho­waj sobie na póź­niej. I ani słowa mamie - dodała i spoj­rzała na mnie sze­roko otwar­tymi oczami.

- Chcia­łem powie­dzieć to samo - odpar­łem. Nie mógł­bym tego wyja­śnić, bo zde­cy­do­wa­nie nie mia­łem takich umie­jęt­no­ści. - Więc myślisz, że wła­mał się tutaj, żeby ukraść tę wła­śnie roślinę? Czy jest cała?

- Tylko oran­że­ria ule­gła znisz­cze­niu, więc raczej tak. Ten, kto się tu wła­mał, zde­cy­do­wa­nie miał jakiś plan. Ale wygląda na to, że niczego nie udało mu się stąd zabrać. A przy­naj­mniej nie tym razem - stwier­dziła Lau­rel, domy­ka­jąc drzwi i obra­ca­jąc dło­nią nad zam­kiem. Grube srebrne pną­cza wino­ro­śli zaczęły odra­stać i odbu­do­wy­wać mecha­nizm, jed­no­cze­śnie go zamy­ka­jąc.

Na­dal nie byłem prze­ko­nany, czy intruz nie zna­lazł raczej cze­goś lep­szego po dro­dze tutaj. Dia­menty z pną­cza Midasa byłyby dla czło­wieka bar­dziej przy­datne. Albo kwiaty lotosu, które słu­żyły do wpły­wa­nia na ludzi... Były ide­alne do tym­cza­so­wej kon­troli umy­słu.

- Na szczę­ście nic stąd nie prze­trwa poza ogro­dem - kon­ty­nu­owała sio­stra. - Mogła­bym przy­siąc, że sły­sza­łam kroki, kiedy tutaj dotar­łam - pokrę­ciła głową. - Gdy­bym tylko zja­wiła się tu wcze­śniej... Naprawdę sądzisz, że to był tam­ten?

- Raczej tak. Nie przy­cho­dzi mi do głowy nikt inny. Przez cały dzień byłem w domu - prze­rwa­łem, przy­po­mi­na­jąc sobie ostry pisk opon, który sły­sza­łem w trak­cie roz­mowy z tam­tym kole­siem.

Lau­rel pokrę­ciła głową i skrzy­żo­wała ramiona.

- "Raczej tak" nie daje stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści. Zna­czy... jeśli cokol­wiek stąd wyniósł, to bez magii ogrodu i tak to umrze w ciągu kilku godzin. Ale sprawdź to, żeby­śmy mieli stu­pro­cen­tową pew­ność, a ja ci w tym pomogę.

- Co masz na myśli?

- Coś wykom­bi­nu­jemy - Lau­rel wes­tchnęła i pokrę­ciła głową. - Ale on może wró­cić i zro­bić coś jesz­cze gor­szego. Jeśli ogród znaj­duje się w nie­bez­pie­czeń­stwie, to zagro­żona jest także nasza magia.

- No prze­cież wiem.

Sio­stra poki­wała głową.

- Przy­szłam tutaj wysiać nasiona, ale na dziś mam już dość prze­żyć. Musisz roz­gryźć, co się tu dzieje, zanim mama się poła­pie. Zna­czy, chyba że chcesz utknąć w tym domu na zawsze. Mama zamknę­łaby go na cztery spu­sty, i to z tobą w środku.

Słowo klu­czowe: "ja". To ja musia­łem roz­gryźć tę sprawę. A naj­gor­sze w tym wszyst­kim było to, że wie­dzia­łem, że Lau­rel ma rację. Żołą­dek ści­snął mi się na myśl o mojej przy­szło­ści albo braku tako­wej, gdyby coś poszło nie tak. Sie­dem­na­ście dłu­gich lat żyłem odizo­lo­wany od ludzi, ale to nic w porów­na­niu z tysią­cem kolej­nych.

Rozdział piąty

ROZ­DZIAŁ PIĄTY

Otar­łem ramie­niem pot z czoła, a przy­naj­mniej to, czego moja skóra nie zdo­łała od razu wchło­nąć. Dzięki magii rośliny miały tutaj ide­alne warunki do roz­woju, ale jak dla mnie - przy­da­łaby się tu kli­ma­ty­za­cja.

Miło byłoby się zanu­rzyć w stru­mie­niu, ale byłem wykoń­czony. Bolało mnie całe ciało, nie czu­łem nóg i marzy­łem tylko o poło­że­niu się do łóżka. Cały ranek bez prze­rwy pra­co­wa­łem w ogro­dzie. Było to wyczer­pu­jące i odczu­wa­łem zmę­cze­nie w każ­dej czę­ści ciała. A do tego myśl o zło­dzieju w naszym rodzin­nym ogro­dzie nie dała mi w nocy spać. W zasa­dzie to w ogóle już nie zasną­łem. Dla czło­wieka, który wie­dzie nudne życie, strach jest obcym uczu­ciem, dla­tego kiedy się on poja­wia, jest jesz­cze trud­niej. Nagle oddał­bym wszystko, żeby moim naj­więk­szym pro­ble­mem były za bar­dzo roz­ro­śnięte kłą­cza albo skóra lepka od pył­ków. Przed totalną paniką mogła mnie uchro­nić jedy­nie praca nad dzi­siej­szym zamó­wie­niem. Pomy­śla­łem też, że jeśli dobrze się spi­szę, to odwrócę uwagę mamy.

Cho­ciaż wie­dzia­łem, że jeśli skra­dziono coś, co spro­wa­dza na nas zagro­że­nie, to nie ist­nieje taka rzecz, która odwró­ci­łaby jej uwagę. Znisz­cze­nie ogrodu driad ozna­cza znisz­cze­nie ich magii, a także ich przod­ków. I ich nie­śmier­tel­no­ści.

Pod­nio­słem z pobli­skiego kamie­nia koszulkę i wytar­łem nią z sie­bie tyle wil­goci, ile się dało, a potem wło­ży­łem ją na sie­bie. Ostat­nie kwiaty z poran­nego zamó­wie­nia ledwo mie­ściły mi się na wózku, który cią­gną­łem z ogrodu przez las do miesz­ka­nia. Wol­niutko dotar­łem do scho­dów obok pokoju mamy i zsze­dłem na dół na zaple­cze kwia­ciarni, która zaj­mo­wała cały par­ter budynku. A na jej zaple­czu znaj­do­wała się chłod­nia.

Mija­łem półki z mami­nymi elik­si­rami i mik­stu­rami, pousta­wia­nymi w dłu­gie rzędy nie­bie­skich, czer­wo­nych i żół­tych fla­ko­nów, zie­lo­nych i fio­le­to­wych papek oraz bia­łych i poma­rań­czo­wych zasy­pek. Był tu cały kalej­do­skop natu­ral­nych lekarstw na wszystko, na co czło­wiek tylko może zapaść. Nikt nie potra­fił przy­rzą­dzać mik­stur tak jak mama.

Prze­ło­ży­łem ostat­nie narę­cze kwia­tów na zimny meta­lowy stół, a potem powkła­da­łem je do sto­ją­cych przy prze­ciw­le­głej ścia­nie wia­der, segre­gu­jąc wedle pory zbio­rów.

Przez ścianę sły­sza­łem łagodny głos mamy, która roz­ma­wiała z klientką.

- No tak, ale orga­ni­za­torka ślubu powie­działa, że...

- Nie obcho­dzi mnie, co ona powie­działa, ja mówię, że potrze­buję sto­kro­tek.

- Sto­krotki są piękne, ale powo­dują aler­gie. Ozdo­bie­nie nimi całego lokalu może u pani gości spo­wo­do­wać...

- Nie inte­re­suje mnie pani opi­nia, przy­je­cha­łam zło­żyć zamó­wie­nie. Czy to jakiś pro­blem?

Otwo­rzy­łem sze­roko oczy, przy­słu­chu­jąc się tej kon­wer­sa­cji. Jasna cho­lera, jak można tak trak­to­wać ludzi?

Głos mamy nie zdra­dzał żad­nych emo­cji.

- Cóż, fre­zje, które pani zamó­wiła, cze­kają już gotowe w chłodni...

- To ode­ślij­cie je. Wymień­cie. Albo spal­cie. Nie ma zna­cze­nia, co z nimi zro­bi­cie, bo już ich nie chcę.

Zła­pa­łem się dłońmi za głowę i sta­ra­łem się nie wrza­snąć. One mówiły o zamó­wie­niu, nad któ­rym pra­co­wa­łem cały pora­nek. Mia­łem ochotę udu­sić tę babę.

Mama zamil­kła. Jak ją zna­łem, to wła­śnie pró­bo­wała uspo­koić klientkę, kiwa­jąc głową albo uśmie­cha­jąc się do niej.

- To na kiedy ich pani potrze­buje?

Kobieta prych­nęła.

- Ślub jest jutro, to jak pani myśli?

- W takim razie do zoba­cze­nia dziś po połu­dniu.

Cze­ka­łem jesz­cze przez kilka sekund, aż do moich uszu dobie­gło brzę­cze­nie dzwonka zamon­to­wa­nego na drzwiach.

- Możesz już wyjść - zawo­łała mama.

Zawsze wie­działa, że ktoś jest w pobliżu.

Otwo­rzy­łem prze­suwne drzwi i wysta­wi­łem zza nich głowę.

- Rany. Trudny dzień, co?

Odwró­ciła się do mnie z uśmie­chem się­ga­ją­cym aż do jej zie­lo­nych oczu. Moich zie­lo­nych oczu.

- Kolejny dzień w raju - odpo­wie­działa. - Nie stój tam tak długo. Wyjdź, bo się prze­zię­bisz.

Zachi­cho­ta­łem i wysze­dłem z chłodni. Cho­ro­wa­łem tylko raz w życiu, i to nie od jakie­goś chłod­nego powie­trza. Zamkną­łem za sobą drzwi i rozej­rza­łem się po skle­pie. Rzadko tutaj bywa­łem. A było tu przy­tul­nie jak w domu. Kwia­ciar­nia miała drew­niane pod­łogi i drew­niane półki, a pod ścia­nami stały szklane regały. Pano­wał lekki nie­ład, ale to dzięki temu było tak przy­jem­nie. Z sufitu zwi­sały pędy wino­ro­śli, a w powie­trzu uno­sił się drzewny zapach. Gdyby natura była bar­dziej zor­ga­ni­zo­wana, można by pomy­śleć, że kwia­ciar­nia sama wyro­sła z ziemi.

- Co z nią nie tak? - spy­ta­łem, zasu­wa­jąc szklane drzwi.

- To tylko panna młoda marząca o ide­al­nym ślu­bie - odpo­wie­działa mama spo­koj­nie, a potem wró­ciła do swo­jej księgi zamó­wień i coś w niej zapi­sała. - Nic nowego.

Prych­ną­łem szy­der­czo, a potem usia­dłem na ladzie obok. Należy wspo­mnieć, że prze­ści­gną­łem ją już wzro­stem, a z tego miej­sca już w ogóle nad nią góro­wa­łem.

- Wydała mi się kre­tyn...

- Wyra­żaj się - skar­ciła mnie, celu­jąc pal­cem w moją klatkę pier­siową i nie odry­wa­jąc wzroku od księgi. Jej wście­kle rude loki lekko zafa­lo­wały. - Ona jest po pro­stu zestre­so­wana. I tyle. Wyczu­łam też, że z ner­wów boli ją brzuch.

- To nie daje jej prawa, żeby tak do cie­bie mówić.

Mama posłała mi spoj­rze­nie pełne cier­pli­wo­ści, a na jej peł­nych ustach czaił się lekki uśmiech.

- Więk­szość ludzi jest z natury dobra, jeśli dać im szansę.

Odchy­li­łem głowę i spoj­rza­łem na sufit.

- Mówi to kobieta, która trzyma mnie od nich naj­da­lej, jak się tylko da - mruk­ną­łem.

Wie­dzia­łem, że zda­rza mi się powie­dzieć coś, zanim pomy­ślę, ale nawet jak na mnie to było nie­miłe. Od razu poża­ło­wa­łem tych słów. Podob­nie rośliny w kwia­ciarni - ich liście i płatki zaczęły opa­dać i więd­nąć. Poczu­cie winy prze­szyło mnie aż do szpiku kości, bo zra­ni­łem osobę, która tak o mnie dbała. Jak dotąd tylko kilka razy tak się czu­łem i ta chwila zali­czała się do tej kate­go­rii. Mama wes­tchnęła i odło­żyła dłu­go­pis. Luźne rękawy jej bluzki roz­ło­żyły się na ladzie.

- Wiesz, że jesz­cze nie jest tam dla cie­bie bez­piecz­nie.

Zamkną­łem oczy i poża­ło­wa­łem, że nie mogę cof­nąć tam­tych słów.

- Wiem. Prze­pra­szam. Po pro­stu jestem zmę­czony.

- Spa­łeś choć tro­chę w nocy? - mama pode­szła do mnie i zła­pała dłońmi moją głowę, przy­glą­da­jąc się oczom i skó­rze.

Cho­lera. Już coś zała­pała. Musia­łem sprze­dać jej jakąś pół­prawdę.

- Nie, nie mogłem przez tę burzę - powi­nie­nem był zamilk­nąć, ale być może był to wła­ściwy moment, żeby coś od niej wycią­gnąć. - I jakieś dźwięki zza ściany. Wyna­ję­łaś tamto miesz­ka­nie?

- No tak. Pew­nemu miłemu panu z rów­nie miłym synem. Pan Wat­son i jego syn Liam - wyja­śniła mama, na­dal badaw­czo mi się przy­glą­da­jąc. - Pew­nie się urzą­dzają. Będę musiała z nim poroz­ma­wiać.

- To zna­czy, nie było aż tak źle - doda­łem szybko. Tylko tego było mi jesz­cze trzeba, żeby mama dowie­działa się o jego wła­ma­niu. Wie­dzia­łem, że im dalej uda mi się ją utrzy­mać od tego, co się tutaj wyda­rzyło wczo­raj­szej nocy, tym będę bli­żej uwol­nie­nia się od ogrodu.

Mama poło­żyła dło­nie na bio­drach i ener­gicz­nie pokrę­ciła głową.

- Kocha­nie, prze­cież znasz zasady.

- Nic się nie stało. I tak nie będzie mnie pew­nie pamię­tał - zesko­czy­łem z blatu, żeby sta­nąć z nią twa­rzą w twarz. Mama prze­cze­sała dło­nią moje włosy, okrę­ca­jąc kilka kosmy­ków wokół pal­ców, jed­no­cze­śnie spo­glą­da­jąc na mnie zna­cząco. Znów zaczęła się we mnie rodzić ostrożna nadzieja, że oto przy­szła kolejna szansa, żeby namó­wić ją na zmianę zda­nia.

- Mówi­łem ci - kon­ty­nu­owa­łem. - Coraz wię­cej ludzi far­buje włosy na sza­lone kolory. Wszy­scy pomy­ślą po pro­stu, że jestem dzi­wa­kiem.

- Och, prze­cież jesteś cał­kiem zwy­czajny - zaprze­czyła, chi­cho­cząc. Zmierz­wiła mi włosy i poca­ło­wała w czoło. - Mój piękny chło­piec. Wra­caj na górę i zdrzem­nij się. Mógł­byś po dro­dze zaha­czyć o ogród po kozłka lekar­skiego. Od razu byś po nim zasnął.

- Dzięki, mamo - powie­dzia­łem. Zauwa­ży­łem, że kiedy zmie­rza­łem do wyj­ścia, rośliny w kwia­ciarni na powrót się oży­wiały.

- A pro­pos - zawo­łała za mną mama. - Mogłeś go zabrać, kiedy byłeś tam w nocy.

Spoj­rza­łem na nią cały blady. Czas na kolejną pół­prawdę.

- Nawet jak­bym zjadł i cały korzeń, to tamta burza i tak by mnie obu­dziła.

Mama uśmiech­nęła się drwiąco.

- Dobra, dobra... Nie chcemy spraw­dzać tej teo­rii.

***

Ucie­kłem ze sklepu i wspią­łem się po scho­dach do naszego miesz­ka­nia. Zamkną­łem za sobą drzwi, wdzięczny za dwie rze­czy: moż­li­wość odpo­czynku i jego krót­kie nazwi­sko. Wyją­łem z kie­szeni tele­fon i zabra­łem się do poszu­ki­wa­nia infor­ma­cji o Lia­mie Wat­so­nie. Po spo­rej dawce wzmia­nek o męż­czy­znach w śred­nim wieku z róż­nych zakąt­ków kraju zna­la­złem wresz­cie arty­kuł godny uwagi: Liceum z Castle­view jedzie na zawody kra­jowe.

- Mam cię - mruk­ną­łem, zado­wo­lony z sie­bie.

Klik­ną­łem w link i od razu sta­nęła mi przed oczami dru­żyna pły­wacka, a jego uśmiech­nięta twarz i mokre rude włosy znaj­do­wały się na samym środku zdję­cia. Naj­wy­raź­niej był dobrym uczniem, skoro dostał się do dru­żyny, naj­wy­raź­niej potra­fił dobrze współ­pra­co­wać z innymi i naj­wy­raź­niej prze­cho­dził testy na obec­ność róż­nych sub­stan­cji. Ale kto wie, co robił poza zasię­giem obiek­tywu albo czuj­nego spoj­rze­nia tre­nera? Musia­łem się dowie­dzieć o nim wię­cej, ale byłem zbyt wyczer­pany, żeby zająć się tym od razu. Posta­no­wi­łem, że zro­bię to póź­niej, i powę­dro­wa­łem do łazienki, szu­ra­jąc zmę­czo­nymi sto­pami. Gorąca woda try­skała z prysz­nica, kiedy zdej­mo­wa­łem z sie­bie brudne ubra­nia i zrzu­ca­łem je na pod­łogę. Oczy mi się kle­iły, koń­czyny mia­łem bez­władne, a skórę napiętą i tłu­stą. Okrop­ność.

Kiedy woda oble­wała mi ciało, mój umysł powę­dro­wał do Liama. Wyda­wał się typo­wym mię­śnia­kiem... aro­gan­tem. Jesz­cze go nie pozna­łem, a już mnie iry­to­wał. To dziwne, bo mama zazwy­czaj traf­nie oce­niała ludz­kie cha­rak­tery. Powie­działa, że to miły chło­piec. Może miała rację, a ja się myli­łem. W końcu nie mia­łem za dużego doświad­cze­nia w kon­tak­tach z ludźmi. Z tym że, na miłość Natury, on dosłow­nie czy­hał za moim oknem. Zakła­da­jąc, że to mama się myliła, fru­stro­wało mnie, że aku­rat on potra­fił ją zmy­lić.

Zakrę­ci­łem wodę i przy­glą­da­łem się, jak zbłą­kane kro­pelki wsią­kały mi w skórę, nie potrze­bo­wa­łem ręcz­nika. Wyglą­dało na to, że byłem bar­dziej spra­gniony, niż sądzi­łem. Zapo­mnia­łem rano zabrać ze sobą butelki z wodą, ale już czu­łem się o niebo lepiej.

Pro­mie­nie słońca wpa­dały przez wyso­kie okno, oświe­tla­jąc bal­da­chim z liści, który okry­wał mój sufit. Wzdłuż ścian rosły drzewa, skrę­ca­jące się w geo­me­tryczne wzory i pod­trzy­mu­jące setki moich ksią­żek i bibe­lo­tów. Taka zaleta mat­czy­nej magii: meble hodo­wane w domu. Rzu­ci­łem brudne ubra­nia z powro­tem na pod­łogę, z któ­rej zgar­ną­łem je dziś bole­śnie wcze­snym ran­kiem, ubra­łem się w coś czy­stego z szafy i padłem na łóżko.

Zagrze­ba­łem się pod kocami i marzy­łem, aby sen potrwał choć kilka godzin.

Rozdział szósty

ROZ­DZIAŁ SZÓ­STY

- Pobudka! - obu­dził mnie rado­sny gło­sik.

- Nie­eeeee - jęk­ną­łem, zakry­wa­jąc się szczel­nie koł­drą.

Usły­sza­łem skrzy­pie­nie zawia­sów, co ozna­czało, że Lau­rel namó­wiła moje drzwi do otwar­cia.

- Nie masz nic do roboty?

- Na­dal mam waka­cje - zadrwi­łem.

- Prze­cież uczysz się w domu - powie­działa ze śmie­chem. Nie musia­łem jej widzieć, żeby się domy­ślić, że zbli­żała się do mnie.

- Tym bar­dziej mam prawo do waka­cji - odpar­łem, kiwa­jąc wolno głową. W tam­tym momen­cie oddał­bym wszystko za wię­cej snu.

Może kon­kretna dawka sar­ka­zmu dałaby jej do zro­zu­mie­nia, że jestem poiry­to­wany, i poszłaby sobie. Oka­zuje się, że nie mia­łem racji. Usia­dła obok mnie, pozna­łem to po deli­kat­nym naci­sku jej ciała na mate­rac.

- No weź, mama kazała mi zejść i pomóc. Mówiła, że rano wyglą­da­łeś okrop­nie. Chyba oboje wiemy dla­czego.

Prze­wró­ci­łem oczami, cho­ciaż wie­dzia­łem, że ona tego nie widzi.

- No to idź.

- Sama? I mam pobru­dzić nową sukienkę? Raczej nie.

To typowe dla Lau­rel. Miała dwa­dzie­ścia dwa lata, wła­sne miesz­ka­nie, a jeśli cho­dzi o wygląd, na­dal zacho­wy­wała się jak szes­na­sto­latka.

- A nie mogła zro­bić dla mnie elik­siru pod­no­sze­nia z łóżka?

- A sam nie mogłeś go sobie zro­bić?

Zaśmia­łem się krótko, roz­go­ry­czony.

- Wiesz, że to mogłoby się skoń­czyć śmier­cią.

Lau­rel zamil­kła i poło­żyła dłoń na moim ramie­niu okry­tym stertą koców.

- Quill, nie mów tak. Idzie ci coraz lepiej. W końcu zała­piesz.

- I kto to mówi: geniusz wśród driad.

A tak na poważ­nie, to wolał­bym być teraz sam i w samot­no­ści prze­ży­wać porażkę. Nie zna­łem się na magii. Nie potra­fi­łem robić elik­si­rów. Nie umia­łem nawet ochro­nić przed intru­zami tajem­nego ogrodu ukry­tego na pierw­szym pię­trze w zamknię­tym na klucz miesz­ka­niu.

- Geniusz, który po dłu­giej nie­obec­no­ści w domu chce spę­dzić tro­chę czasu ze swoim bra­cisz­kiem.

Zrzu­ci­łem z sie­bie koce i skrzy­wi­łem się.

- Dobra.

- Brawo! - odsło­niła w uśmie­chu ide­alne uzę­bie­nie, a w jej ide­al­nie pro­stych zło­tych wło­sach błysz­czały pro­mie­nie słońca. Nie­na­wi­dził­bym jej, gdyby nie to, że ją kocha­łem. - A teraz coś poważ­niej­szego. Jak tam poszu­ki­wa­nie infor­ma­cji o gościu z sąsiedz­twa?

- Wygląda na to, że w week­endy nosi kąpie­lówki.

Lau­rel wes­tchnęła.

- Coś mi się wydaje, że to za mało. Może będziesz się musiał do niego nieco zbli­żyć.

Zamil­kłem na chwilę, zasta­na­wia­jąc się, czy mówi poważ­nie.

- Znasz zasadę mamy o moich kon­tak­tach z ludźmi.

- Nie­stety, trudne sprawy wyma­gają poświę­ceń, Quill. Ja mogła­bym go spło­szyć. A cie­bie już zna - wzru­szyła ramio­nami.

Jęk­ną­łem nie­za­do­wo­lony i opa­dłem na plecy.

- Dobra - powtó­rzy­łem.

- OK. Teraz wyjdę, a ty się ubierz - powie­działa i dwu­krot­nie pokle­pała łóżko. - Do zoba­cze­nia zaraz w ogro­dzie. Mamy robotę.

***

Tak naprawdę to miała na myśli mnie. To ja mia­łem robotę. A ona będzie się wtrą­cać.

Dogo­ni­łem ją na kamien­nej ścieżce pro­wa­dzą­cej przez las. Lau­rel prze­my­kała z jed­nej strony drogi na drugą i z powro­tem, żeby pową­chać mijane kwiaty. A te otwie­rały się dla niej gwał­tow­nie, bła­ga­jąc, żeby pode­szła bli­żej. Zwal­czy­łem w sobie chęć prze­wró­ce­nia oczami. Chwa­li­pięta. Lau­rel uśmiech­nęła się, wes­tchnęła i spoj­rzała w górę na wiru­jący sufit uda­jący roz­le­głą galak­tykę.

- Ni­gdy nie prze­stanę się zachwy­cać tym miej­scem.

- Tylko dla­tego, że możesz od niego odpo­cząć. Gdzie cię ponio­sło tym razem?

- Do Indii. Nie uwie­rzysz, jakie tam mają lasy. A ich mia­sta! A jedze­nie! Na samą myśl ciek­nie mi ślinka.

- Tak, tak... Weź prze­stań już - powie­dzia­łem, kiedy skrę­ca­li­śmy przy sło­necz­ni­kach wiel­ko­ści kół od cię­ża­rówki. Na myśl o smacz­nym posiłku zabur­czało mi w brzu­chu. Posta­no­wi­łem wró­cić tutaj potem i ściąć jeden na kola­cję.

- Nie zro­zum mnie źle - mówiła Lau­rel, wska­zu­jąc na mnie wypie­lę­gno­wa­nym pal­cem. - Ale namie­rze­nie tego, czego potrze­bo­wa­li­śmy, wcale nie było łatwe. Musia­łam się nie­źle nagim­na­sty­ko­wać.

- Och, i przy oka­zji zoba­czyć to wszystko - wtrą­ci­łem, być może zbyt sar­ka­stycz­nie. - Tra­fił ci się tym razem jakiś dżen­tel­men do pomocy?

- A kto powie­dział, że to musi być dżen­tel­men? - odpowie­działa, pusz­cza­jąc do mnie oko i łagod­nie odrzu­ca­jąc włosy za ramię - Może się i tra­fił... Ale znasz zasady: naj­pierw zada­nie.

Jej życie, jej wybór. Ale co się tyczyło mnie, to ni­gdy nie mia­łem nawet przy­ja­ciela, nie mówiąc już o jakim­kol­wiek związku. Wszystko, co mia­łem, to praca. Jed­nakże czy poświę­ce­nie życia ogro­dowi było o tyle lep­sze? Lau­rel się­gnęła do kie­szeni w sukience i wyjęła mały wore­czek z nasio­nami.

- Co za rodzina? Sami pra­co­ho­licy - wes­tchną­łem.

Lau­rel zatrzy­mała się i poło­żyła mi dłoń na ramie­niu.

- Quill, to nie praca, to nasza spu­ści­zna - szep­nęła.

- Sama radość. Całe życie z motyką w dłoni - burk­ną­łem, a ona rzu­ciła mi groźne spoj­rze­nie i zmru­żyła oczy. - Mówi­łem o sobie - doda­łem.

Sio­stra prze­wró­ciła oczami i pokrę­ciła głową.

- Czy posia­dasz dar, czy nie, i tak jesteś ważny. Wiesz o tym. Musisz pozo­stać bli­sko tylko do czasu, aż zrobi się bez­piecz­nie.

No wła­śnie.

- Czyli roz­ma­wia­łaś z mamą?

- Quill, wiem, że aż cię nosi, żeby się wyrwać do świata. I wierz mi, kie­dyś tak się sta­nie - kon­ty­nu­owała.

- Tak, tylko nikt nie wie kiedy. Ty hodo­wa­łaś róże w pokoju już jako dwu­latka. A twoje włosy prze­szły prze­mianę, kiedy mia­łaś sześć lat.

- Jesteś pierw­szą męską driadą na świe­cie. Z tobą... Jest ina­czej.

- Ina­czej... Czyli masz na myśli, że jestem pod­róbką driady?

To wszystko była prawda. Faj­nie byłoby mieć moce, ale już pogo­dzi­łem się z ich bra­kiem.

- Tego nie powie­dzia­łam. Powie­dzia­łam, że jesteś inny.

- Lau­rel, jestem bez­na­dziej­nym stwo­rze­niem z głową w kolo­rze bro­ku­łów. Poza paroma róż­ni­cami w zasa­dzie jestem czło­wie­kiem. Mogłaby mi po pro­stu pozwo­lić nor­mal­nie żyć - sta­ra­łem się nie brzmieć żało­śnie, cho­ciaż tak wła­śnie się czu­łem.

Uwiel­bia­łem swój wygląd, nawet jeśli mar­twił on mamę. Zasta­na­wia­łem się, jak by to było, gdyby odpu­ściła. Czy mógł­bym pójść do szkoły? Czy­bym się tam dopa­so­wał? Może zna­la­zł­bym coś, w czym był­bym dobry, poza ogrod­nic­twem oczy­wi­ście... Czy miał­bym przy­ja­ciół?

- Zaufaj jej. Tak naprawdę to wiesz, że ona ma rację. A poza tym spójrz na mnie, jakoś przez to prze­szłam.

Nie napa­wało mnie to zbyt­nio nadzieją. Ale posta­no­wi­łem to prze­mil­czeć.

Weszli­śmy w las głę­biej, niż sam na co dzień się zapusz­cza­łem. Ścieżkę zaczy­nały ota­czać coraz mniej mi znane i coraz brzyd­sze rośliny. Nie­czę­sto widy­wa­łem pospo­lite gatunki, które można było spo­tkać w zwy­czaj­nych ogro­dach. Lau­rel nuciła swoją ulu­bioną melo­dię, a jej kroki odbi­jały się echem. Nato­miast ja byłem coraz bar­dziej zacie­ka­wiony.

- Opo­wiedz o tej nowo­ści - zagad­ną­łem. - Chyba była dla cie­bie dość ważna, że poje­cha­łaś po nią na drugi koniec świata.

- Krą­żyły pogło­ski, że można ją zna­leźć głę­boko, w sercu lasu. Miły chło­piec z wio­ski prze­ko­ny­wał, że mnie tam zapro­wa­dzi, ale oboje wiemy, że potra­fię zna­leźć drogę przez las lepiej niż kto­kol­wiek inny - w jej gło­sie i oczach rosła eks­cy­ta­cja.

- Już ja wiem, do czego on chciał zna­leźć drogę - mruk­ną­łem pod nosem. Ale zaraz gruba fio­le­towa gałąź drzewa ude­rzyła mnie w tył głowy. Obej­rza­łem się na sio­strę, roz­cie­ra­jąc miej­sce, w które ude­rzyła mnie gałąź, ale ona szła dalej przed sie­bie, spraw­dza­jąc, czy nie zła­mała paznok­cia.

- To nie­zwy­kle rzadka roślina - mówiła dalej. - Naj­czę­ściej szu­kają jej pary, ale rzadko ją odnaj­dują. Nie zawsze ich miłość jest praw­dziwa, a przy­naj­mniej nie tak, aby wyczuła ją ta roślinka.

- Skąd ty w ogóle to wiesz?

- Jest taka legenda, że książę i jego uko­chana dostali tę roślinę w noc swo­ich zarę­czyn. On sądził, że pięk­nie zakwit­nie. Ale kiedy to się nie stało, wpadł w furię i naka­zał ją spa­lić. Księż­niczka nale­gała, aby ją jesz­cze zatrzy­mać, suge­ru­jąc, że jesz­cze odpo­wied­nio nie wyro­sła. Kazała ją wsta­wić do swo­ich kom­nat. Wie­czo­rem, kiedy szy­ko­wała się do snu, jak zwy­kle sama, do pokoju weszli straż­nicy, żeby spraw­dzić, czy wszystko u niej w porządku. W tym momen­cie roślina zakwi­tła, wyda­jąc kwiat o wyglą­dzie bia­łego pło­mie­nia. Księż­niczka natych­miast kazała ją wynieść. Następ­nego poranka księż­niczka oraz jeden z jej naj­bar­dziej zaufa­nych straż­ni­ków zagi­nęli. Kwiat miał rację... bo ona wcale nie kochała księ­cia. Miała już swoją brat­nią duszę.

- A co się stało potem? Udało im się?

Lau­rel zachi­cho­tała.

- No nie. Książę ich wytro­pił i stra­cił publicz­nie, a potem zna­lazł nową żonę. I żył długo i nie­szczę­śli­wie, aż go oba­lono, tor­tu­ro­wano i ska­zano. Nie naj­lep­szy to finał... Pew­nie dla­tego rzadko opo­wia­dają tę histo­rię. A jej morał jest taki, że praw­dziwa miłość nie kła­mie.

Dotar­li­śmy wresz­cie do pustej grządki, która wyglą­dała nie­po­ko­jąco zna­jomo.

- Jeste­śmy na miej­scu - oznaj­miła Lau­rel.

To ta sama część ogrodu, w któ­rej byli­śmy wczo­raj. Spoj­rza­łem nie­spo­koj­nie na oran­że­rię. Wyglą­dała na nie­dra­śniętą. Nikt by się nie poznał, że wczo­raj ją uszko­dzono. Lau­rel przy­glą­dała się rośli­nom ota­cza­ją­cym pustą grządkę, nakrę­ca­jąc na palec kosmyk wło­sów. Zamy­śliła się, a potem kiw­nęła potwier­dza­jąco głową.

- Tak. Mama cał­kiem nie­źle to zapla­no­wała. Tuż obok smo­czej skóry. Rze­czy­wi­ście kwiat namięt­no­ści lubi cie­pło.

- Tylko nie wsiej go zbyt bli­sko - ostrze­głem. - Listki mogłyby się zająć ogniem, a ja wolał­bym unik­nąć tutaj pożaru.

Lau­rel prze­wró­ciła oczami.

- Spo­koj­nie, prze­cież wiem, co robię.

Deli­kat­nie potrzą­snęła worecz­kiem, wysy­pu­jąc sobie nasiona na dłoń. Wsu­nęła wore­czek z powro­tem do kie­szeni, zamknęła oczy, a potem połą­czyła dło­nie, skry­wa­jąc w nich nasiona, jakby te mogły odle­cieć.

Widzia­łem już wcze­śniej, jak ona i mama uży­wają swo­ich mocy w ten spo­sób, ale i tak cze­ka­łem, aż sio­stra zacznie przed­sta­wie­nie. Ze zwy­kłymi sto­krot­kami było łatwo. Ale z tymi rzad­szymi rośli­nami trzeba było postę­po­wać bar­dziej deli­kat­nie.

Lau­rel ostroż­nie klęk­nęła, przy­su­nęła zaci­śnięte dło­nie do ust i dmuch­nęła w szparę mię­dzy nimi. Wokół jej pal­ców zaczęły się poja­wiać błysz­czące złote dro­binki, a potem otwo­rzyła dło­nie, w któ­rych znaj­do­wał się płyn koloru słońca. Prze­chy­liła palce w kie­runku gleby i wylała go na nią. Płyn wiro­wał i skrę­cał się na ziemi, tań­cząc wraz z jej dro­bin­kami. Kiedy Lau­rel pod­nio­sła się z kolan, płyn zaczął zwal­niać tempo. Blask z pędów, które ufor­mo­wały się z płynu, świe­cił coraz jaśniej, był nie­mal biały od żaru, a potem roz­bły­snął i naszym oczom uka­zała się w pełni wyro­śnięta roślina.

Była zwy­czajna. W kolo­rze limonki. Matowa. Wyglą­dała nie­swojo, pozba­wiona kwia­tów. Z jed­nej strony trudno mi było się temu przy­glą­dać. Skła­mał­bym, gdy­bym powie­dział, że nie byłem zazdro­sny o dar mojej sio­stry. Jed­nak byłem ogrom­nie dumny z bycia człon­kiem tak potęż­nej rodziny. Za każ­dym razem, kiedy któ­raś z nich robiła coś podob­nego, byłem pełen zachwytu. Jed­nak w przy­padku tego kwiatu... Może nie tak bar­dzo.

- Hmmm... Tro­chę roz­cza­ro­wu­jący.

Lau­rel wes­tchnęła.

- Zawsze taki będzie. Wąt­pię, żeby kie­dy­kol­wiek tutaj zakwitł, ale mama na pewno ma co do niego jakiś plan.

Przy­glą­da­łem się tej rośli­nie i mimo­wol­nie porów­ny­wa­łem ją do sie­bie. Była uwię­ziona w tym ogro­dzie i ocze­ki­wało się od niej prze­miany w coś, czym się ni­gdy nie sta­nie.

O Matko Zie­mio, co ja wypra­wiam! Porów­na­łem swoje życie do kępy liści. Zbyt długo tutaj tkwię. Muszę się wydo­stać z tego ogrodu, choćby nie wiem co.

Rozdział siódmy

ROZ­DZIAŁ SIÓDMY

Była pół­noc.

Jesz­cze nie mia­łem oka­zji skon­fron­to­wać się z Lia­mem i usta­lić, czy to on był zło­dzie­jem z ogrodu, ale cią­gle o nim myśla­łem. Prze­cież to nie mógł być nikt inny. Zwłasz­cza sądząc po dźwię­kach filmu wojen­nego, które dud­niły za ścianą: śmi­głowce, strzały i eks­plo­zje. Modli­łem się, żeby wszy­scy w tym fil­mie jak naj­szyb­ciej zgi­nęli, to może wtedy ten typ pój­dzie wresz­cie spać. Nie mogłem się uło­żyć i rzu­ca­łem się na łóżku, podob­nie było poprzed­niej nocy. A zaży­łem już aż dwa korze­nie wale­riany.

Czy to uspo­ko­iło moje ciało? Tak.

A mój umysł? Abso­lut­nie nie.

Zaska­ku­jąc samego sie­bie, zgrzyt­ną­łem zębami, ponie­waż aż tak napięte mia­łem mię­śnie karku. Z całych sił usi­ło­wa­łem nasta­wić sobie krę­go­słup, ale pożą­dane chrup­nię­cie nie poja­wiało się, nie­ważne pod jakim kątem usta­wi­łem plecy. Ech.

Przy­po­mniała mi się mina mamy, kiedy jej powie­dzia­łem, że chcę poroz­ma­wiać z Lia­mem. Zde­cy­do­wa­nie zasko­czyło ją, że myślę o wyj­ściu z naszego miesz­ka­nia, ale na jej twa­rzy malo­wało się przede wszyst­kim potę­pie­nie. Cie­szy­łem się, że nie zauwa­żyła, że coś ukry­wam. Na pewno by się wście­kła. Mogłaby tro­chę odpu­ścić. Rozu­mia­łem, że mar­twiło ją ujaw­nie­nie się przed ludźmi, ale co to miało wspól­nego ze mną. Prze­cież nie mia­łem żad­nych mocy. W zasa­dzie byłem pra­wie czło­wie­kiem, więc czy nie powinna po pro­stu pozwo­lić mi żyć jak oni?

Mia­łem dość tego, że cac­kały się ze mną jak z jaj­kiem. Jak­bym był jakiś ułomny. Dawno temu zaak­cep­to­wa­łem to, że róż­nię się od innych driad. Mama i sio­stra też mogłyby to zro­bić.

Łóżko znów zadrżało od kolej­nej eks­plo­zji za ścianą. Liście nade mną zasze­le­ściły. W świe­tle księ­życa prze­są­cza­ją­cym się przez okna widzia­łem, że kilka nawet zaczęło opa­dać. Zanim wylą­do­wały mi na piersi, jeden po dru­gim, na ścia­nie tań­czyły cie­nie.

- Na miłość Natury! - powie­dzia­łem, ciska­jąc przez pokój poduszką, a następ­nie zwlo­kłem się z łóżka. Niech sobie mama potę­pia, ile chce. Idę tam. Nało­ży­łem koszulkę, spodenki i poma­sze­ro­wa­łem przez dom.

Mama miała szczę­ście, że zasy­piała, kiedy tylko się ściem­niało. Bo cho­ciaż była naj­spo­koj­niej­szą osobą na świe­cie, byłem prze­ko­nany, że ten hałas nawet ją wypro­wa­dziłby z rów­no­wagi.

Otwo­rzy­łem drzwi wej­ściowe i prze­sze­dłem całe nie­po­trzebne dzie­sięć kro­ków przez beżowy kory­tarz. Nie zapusz­cza­łem się tutaj za czę­sto, cho­dzi­łem tylko na górę do Lau­rel. Odczu­wa­łem nie­po­kój zwią­zany z ponow­nym spo­tka­niem z Lia­mem, jed­nak to było nic w porów­na­niu z tym, jaki byłem wku­rzony. Zwłasz­cza że to on mógł być tam­tym wła­my­wa­czem.

Ude­rzy­łem pię­ścią trzy razy w ich drzwi. Wojenne hałasy gwał­tow­nie uci­chły i zastą­piły je cięż­kie kroki, które zbli­żały się w moją stronę. Stu­ka­łem stopą o cienki chod­nik, zasta­na­wia­jąc się, co tym razem wypad­nie mi z ust. Zda­rzało mi się mówić total­nie bez zasta­no­wie­nia. Obym teraz niczego nie musiał żało­wać.

Usły­sza­łem klik­nię­cie zamka, prze­su­wa­nie zasuwy z łań­cusz­kiem i drzwi się otwo­rzyły. Poja­wił się Liam ubrany jedy­nie w białą obci­słą koszulkę na ramiącz­kach i krót­kie spor­towe spodenki. Uśmiech­nął się na mój widok, skrzy­żo­wał ramiona i oparł się o fra­mugę drzwi. Tak jak ostat­nio ema­no­wał pew­no­ścią sie­bie. Tylko ubrany w mniej ciu­chów niż wcze­śniej.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki