Eve w Hollywood - Eve Babitz

Reflow text when sidebars are open.
Moja matka zamieszkała w Los Angeles jako młoda dziewczyna w czasach Wielkiego Kryzysu. W jej rodzinnym miasteczku - Sour Lake w Teksasie - był ksiądz katolicki, który urodził się, wychował i kształcił w Chicago. Doskonale rozumiał, jak bardzo pragnęła wydostać się z Sour Lake, i zorganizował matce oraz kilkorgu jej przyjaciołom podróż do Hollywood. Przypuszczam, że to również on wystarał się dla niej o pracę. Wiem, że matka imała się różnych zajęć; przez pewien czas pracowała jako recepcjonistka u lekarza - jego żona, Mary Astor, prowadziła pamiętnik, w którym zawarła szczegóły swojego romansu z George'em Kaufmanem3 - chociaż nie sądzę, żeby to była akurat ta praca, którą załatwił jej ksiądz.
Matka była zafascynowana Los Angeles i przeświadczona, że zostanie artystką. Rysowała domy, bo je uwielbiała.
Mój ojciec przeniósł się do Los Angeles z Brooklynu, mając 16 lat, razem z matką, ojcem i dwiema siostrami. Osiedlili się w dzielnicy Boyle Heights, bo wszyscy Żydzi w Los Angeles mieszkali wtedy właśnie tam. Ciotka ojca - siostra mojej babki - była aktorką filmową; może nie gwiazdą, ale cieszyła się powodzeniem. Zwykle grała rolę stereotypowej "żydowskiej mamy" i zrobiła na tym kasę. Ojciec od dziecka uczył się klasycznej gry na skrzypcach i w wieku 15 lat był już zdobywcą złotego medalu dla najlepszego dziecięcego skrzypka w Nowym Jorku.
W tamtych czasach bez nepotyzmu nikt nie miał szans załapać się do studia jako muzyk kontraktowy - dziś byłoby podobnie, gdyby istnieli jeszcze jacyś muzycy kontraktowi. Moja ciocia-babcia, Vera Gordon, aktorka filmowa, przekonała swojego przyjaciela Harry'ego Lubina, by dał ojcu szansę zagrania w swojej orkiestrze. Byłaby to dobra robota, zapewniająca zarówno sporo pieniędzy, jak i bezpieczeństwo. Ojciec przyniósł do zagrania partyturę Strawińskiego.
"Skąd, u diabła, miałem wiedzieć, czy on potrafi grać? - śmieje się Harry, wciąż zachwycony dowcipem, który z całą powagą odstawił mój ojciec. - Nie umiałem nawet przeczytać tej partytury, żeby sprawdzić, czy gra właściwe nuty!".
W mojej rodzinie wszyscy parali się "Sztuką", więc siostra i ja dorastałyśmy w jej otoczeniu.
Nie pamiętam, ile miałam lat, kiedy po raz pierwszy usłyszałam, jak ludzie mówią o Los Angeles "ziemia jałowa", "siedem przedmieść w poszukiwaniu miasta" lub używają innych podobnych, ciekawych określeń.
Dorastając tutaj, nigdy nie odbierałyśmy miasta w ten sposób.
Po pierwsze, zawsze mnóstwo się działo, wciąż pojawiali się różni ludzie, a moja matka nieustannie organizowała wieczorki i kolacje.
"Ziemia jałowa" to zwrot, którego w ogóle nie rozumiem, ponieważ bez wątpienia nawet na najbardziej podstawowym poziomie nie da się uznać tej okolicy za ziemię jałową - wszędzie rosną tu drzewa cytrusowe i kwitną kwiaty.
Wiem, że chodziło o aspekt kulturalny. Ale i pod tym względem szydercy nie mieli racji.
Kulturowo Los Angeles zawsze było kipiącą życiem dżunglą, pełną projektów, których - jak sądzę - ludzie mieszkający gdzie indziej po prostu nie potrafili dostrzec. W każdym razie potrzeba pewnego rodzaju niewinności, aby polubić Los Angeles. Aby czuć się szczęśliwym w Los Angeles - wybrać to miejsce i znaleźć tu szczęście - niezbędne jest posiadanie pewnej prostej wewnętrznej szczęśliwości. Kiedy ludzie nie są szczęśliwi, walczą z Los Angeles i mówią, że to "ziemia jałowa", albo stosują inne wygodne określenia. Wiera Strawińska opowiadała mi kiedyś, jak w 1937 roku wybrali się kilkoma limuzynami na piknik, który przygotowała Paulette Goddard ("była naprawdę gourmet..." - jak to ujęła Wiera). W pikniku uczestniczyli Strawińscy, Charlie Chaplin i Paulette Goddard, Greta Garbo, Bertrand Russell i Huxleyowie. Wsiedli do samochodów, aby dojechać do jakiegoś miejsca nadającego się do piknikowania, jednak nie było żadnych takich miejsc. Jechali i jechali. Panowała susza i wszystko było wyschnięte, nigdzie nie widzieli nawet skrawka trawy. W końcu zauważyli marną "rzekę" Los Angeles i postanowili jak najlepiej wykorzystać to odkrycie. Rozłożyli koce na jej absurdalnym brzegu. "Rzeka Los Angeles" to wątły strumyk, który po trzymiesięcznej ulewie zaczyna przypominać z wyglądu rzekę, ale nawet wtedy tylko trochę. W każdym razie wypakowali jedzenie, szampana, kawior, pasztet i wszystko inne. Towarzystwo rozsiadło się na brzegu "rzeki" pod mostem, po którym jeździły samochody.
- Ej tam! - usłyszeli.
Podnieśli wzrok i ujrzeli policjanta na motocyklu. Stał z pięściami opartymi na biodrach. Wyglądało na to, że coś mu nie pasuje.
- Tak? - zapytał Bertrand Russell, wstając.
I wtedy zobaczył tablicę informującą, że nie wolno piknikować nad "rzeką".
Policjant wskazał na tablicę, a potem spojrzał na Russella i powiedział:
- Nie umiesz czytać?
Być może pewne szczegóły tej historii były inne, może działo się to w innym roku, może nie było tam Huxleyów. Tak czy owak, to opowieść o "ziemi jałowej" Los Angeles. Ta opowieść jest z Los Angeles.
Gliniarz odpuścił dopiero wtedy, gdy rozpoznał Garbo.
Gdy byłam dzieckiem, zdarzało mi się mnóstwo takich sytuacji. Koncerty na naszej "ziemi jałowej" odbywały się w ramach cyklu Evenings on the Roof i Ojai Festivals. Nie organizowały ich instytucje miejskie, nic z tych rzeczy - miasto Los Angeles nigdy nie dbało o kulturę. Nadal o nią nie dba, i tyle na ten temat. Evenings on the Roof to były małe koncerty muzyki kameralnej w wykonaniu muzyków studyjnych (którzy, pomimo to, byli prawdziwymi muzykami, jak mój ojciec), natomiast Ojai Festivals sponsorowały damy z Ojai. Była to niewielka społeczność starszych pań uwiedzionych przez Johna Bauera, Anglika, który dokonał w Los Angeles wiele wyłącznie dzięki swemu urokowi i energii. Robił to, bo był właściwie dzieckiem, a dzieci uwielbiają Los Angeles. Jak na dziecko był dość duży - miał metr dziewięćdziesiąt.
Luau była tandetną restauracją w stylu polinezyjskim. Strawiński ją uwielbiał. Tylko dzieciom podobają się takie miejsca.
Mój ojciec zbierał dixielandowe płyty. Ma tysiące starych winylów odtwarzanych z prędkością 78 obrotów na minutę, a ja dorastałam, słuchając śpiewu Ledbelly'ego4: ...fly to the east, fly to the west, fly to the one that you love the best. Kiedy podrosłyśmy na tyle, żeby słuchać nieprzyzwoitych piosenek Bessie Smith, ojciec puszczał nam jej płyty. Potem przyszedł czas na ćpuńskie nagrania w rodzaju If You're a Viper, w którym Stuff Smith udaje - a może i nie udaje - jak szybko zaciąga się jointem, zanim zaczyna: Dreamed about a reefer, five feet long (...) the Mighty Mezz, but not too strong. Oczywiście wiedziałam, kim jest ów Mighty Mezz. Nie byłam upośledzona kulturowo.
Ojciec grał ze Stuffem Smithem i Nat King Cole'em w barze na rogu Sunset Boulevard i Vine Street, vis-a-vis studia NBC, gdzie pracował jako muzyk studyjny.
Muzycy studyjni, a w zasadzie wszyscy muzycy - faceci, którzy spędzili całe życie, ćwicząc się w cyzelowaniu detalu - to szczególny gatunek ludzi. Zgodnie z ogólnymi zasadami przyjętymi przez muzyków wszyscy skrzypkowie to ekstrawaganccy kobieciarze, oboiści to wariaci, a waltorniści są seksowni. O ile mi wiadomo, wszyscy pozostali są drętwi na maksa; jeśli wybierzesz się na próbę do filharmonii w Los Angeles, ujrzysz grupę księgowych, którzy rozsiedli się na sali w kraciastych koszulach, i zdasz sobie sprawę, że muzycy to najbardziej niewinni słudzy Sztuki, jacy chodzą po ziemi. Wyobraź sobie, że poddajesz się rygorom orkiestry pod batutą dyrygenta i musisz grać to, co ktoś napisał 200 lat temu!
Jedyni muzycy, którzy zwykle gościli w naszym domu, to albo ludzie w rodzaju świrniętego Stuffa Smitha, albo kompozytorzy. Muzycy byli zbyt drętwi, by mój ojciec chciał z nimi jeszcze spędzać czas po pracy.
Śpiewaczki operowe to inna historia. Pewnego dnia po powrocie ze szkoły weszłam do salonu, gdzie mój ojciec miał próbę. Siedział przy klawesynie i poważnie perorował na temat Palestriny, a przed nim na składanym krześle siedziała nastolatka. Jej nogi, w różowych butach na płaskim obcasie, z wdziękiem skrzyżowane w kostkach, spoczywały na siedzeniu drugiego składanego krzesła. Miała na sobie zieloną kraciastą kamizelkę, zielone kraciaste spodnie i elegancką koszulę w sportowym stylu. Jej rude włosy były nawinięte na wałki. Głowę obwiązała chustką - jak wszystkie dziewczyny w moim liceum tego roku. Podnieśli na mnie wzrok. Nie chciałam im przeszkadzać i poszłam do swojego pokoju. Po chwili rozległ się głos - chłodny, krystalicznie czysty i beztroski, jakby wytrysnął ze źródła na zboczu fiordu. Ten dźwięk sprawił, że niemal pękło mi serce. Rzuciłam książki na łóżko i pobiegłam z powrotem do salonu. To ta nastolatka - to ona śpiewała.
Usiadłam na schodach i wysłuchałam próby do samego końca. Śpiewaczka ani na chwilę nie zdjęła nóg z krzesła. Śpiewała po włosku, w plebejskiej łacinie, po niemiecku i francusku. Kiedy nie śpiewała, mówiła cienkim głosikiem. Posługiwała się dialektem kalifornijskim - takim, w którym zamiast "water" mówi się "wader".
Jeżeli chodzi o jej wygląd, to w moim liceum o kimś takim mówiło się "urocza".
Na koniec ojciec powiedział, że to Marni Nixon. Marni Nixon robiła wszystko. Śpiewała średniowieczne pieśni, podkładała partie wokalne w musicalach West Side Story, Król i ja. Urodziła też później kilkoro dzieci. Była jedną z mieszkanek ziemi jałowej.
Marilyn Horne, śpiewaczka operowa, którą - wedle "New Yorkera" - przyjaciele nazywają Jackie (faktycznie, jest tak nazywana przez przyjaciół, nawet ja tak do niej mówię), wyznała mi kiedyś, że Marni Nixon wywoływała w niej takie same uczucia i "nie chodzi tylko o wysokość głosu...". Miała na myśli, jak przypuszczam, to, że Marni zawsze była tam, gdzie jej krystalicznie czysty, a jednocześnie swobodny głos, wraz z którym ślizgała się gdzieś na szczytach...
József Szigeti, niedawno zmarły skrzypek, mieszkał w Palos Verdes. Uwielbiałam go, a on odpowiadał na moje listy, więc prawdopodobnie też mnie lubił. Mieszkał w najpiękniejszym domu, jaki widziałam w życiu. To właśnie u niego po raz pierwszy jadłam figi. Wcześniej nigdy ich nie próbowałam, bo myślałam, że ich jedzenie może zagrażać uczuciu szczęścia. Ale tam, w jego domu na wzgórzu, z widokiem na Pacyfik, gdzie owalny basen otaczały betonowe urny z pelargoniami, gdzie w kryształowych kieliszkach wszystkim (nawet dzieciom) podawano białe wino, gdzie była jego cudowna żona - zjadłam figi. Cieszyłam się, że mój ojciec się z nim przyjaźni; później przyjaźnił się jeszcze z wieloma wspaniałymi ludźmi.
Był wśród nich kompozytor Bennie Herrmann. Obywatel Kane i większość dzieł Alfreda Hitchcocka, jak wynika z napisów końcowych, to filmy z muzyką Bernarda Herrmanna. Ale ja nie wiedziałam nic o jego przeszłości w Mercury Theatre ani podobnych sprawach. Moja siostra i ja po prostu uwielbiałyśmy Bernarda i jego żonę. Latem zapraszali nas do korzystania z ich basenu, a my wyobrażałyśmy sobie, że umarłyśmy i trafiłyśmy do nieba. Lucy Herrmann, żona Benniego, przyniosła nam lemoniadę. Pływałyśmy na tratwach i popijałyśmy lemoniadę, a ona opowiadała historie swoim pięknie modulowanym głosem, jakby uczyła się w Vassar5. Nawet dziś rzadko się irytuję, słysząc kogoś mówiącego w ten sposób, bo przypomina mi to głos Lucy, którą obie uwielbiałyśmy. Dopiero całkiem niedawno natknęłam się na pewną okropną dziewczynę, której egzaltowany okrzyk How divine! przyćmił moje wspomnienie Lucy i wywołał we mnie naturalną nienawiść, którą odczuwa większość Amerykanów w reakcji na ten arogancki nosowy ton, wybijający się na pierwszy plan.
Był też Eugene Berman, projektant scenografii w Metropolitan Opera i wspaniały malarz. Ożenił się z Oną Munson (tą samą, która prowadziła burdel w Przeminęło z wiatrem - Vivien Leigh była zazdrosna, że zaglądał tam Clark Gable) i mieszkali jedną przecznicę od nas. Nigdy nie widywałam Ony, tylko jego, i zawsze był dla mnie księciem, dopóki nie dorosłam, a on nie zaczął traktować mnie tak, jak traktowała mnie większość dorosłych: z wściekłą niecierpliwością i nie szczędząc mi wrednych uwag. Ale gdy wyjechało się z miasta, przysyłał mi listy; ostatni dostałam tuż przed jego śmiercią. Pisał ze swojego domu w Rzymie, że w ogóle nie jest chory i czuje się świetnie.
Najlepsza zabawa była wtedy, gdy w mieście zjawiał się Edward James i opowiadał nam, co robił. Edward James to Anglik, ale jego matka jest Amerykanką ("każdy pokój miał łazienkę z hydrauliką, co w tamtych czasach uważano za nieprzyzwoite!" - śmiał się). Powiedział mi kiedyś: "Kiedy umarł Papa, właśnie zmieniono wszystkie przepisy dotyczące podatku od spadków, więc mama i dziewczynki otrzymywały po 10 tysięcy funtów rocznie, a ja dostałem tylko zamki i obrazy!". Biedny Edward jest w ciągłym stanie katastrofy. W jego życiu zawsze dzieją się takie rzeczy, że ostrzał artyleryjski to przy nich pikuś. Po pierwsze, Edward kolekcjonuje węże. Lubi je. Zabrał swoich ulubieńców do hotelu Prado w mieście Meksyk, gdzie jeden z nich uciekł mu w holu. Edward jest pierwszym nie-Francuzem, który kupił obraz Picassa ("Później wymieniłem go na 40 tysięcy sztuk bydła i stan w południowym Meksyku"). Przyjechał do Ameryki, aby zobaczyć się z "dhogim przyjacielem Lawrence'em" - miał na myśli D.H. Lawrence'a - ten jednak wkrótce zmarł, więc Edward i Huxley przenieśli się na zachód, do Los Angeles. "Pisałem wtedy powieść - wyjaśniał Edward. - Bardzo chciałem, żeby nosiła tytuł After Many a Summer Dies the Swan, ale zabrał go Aldous6, rozumiesz, i po prostu nic nie mogłem zrobić". Edward napisał natomiast powieść zatytułowaną The Gardener Who Saw God, po prostu cudowną. Jest obłędna, napisana fantastyczną angielszczyzną; zamieścił tam fragment o Ottoline Morelle7, absolutnie niebiański, ale w zasadzie cała ta książka jest niebiańska, i przypuszczam, że nie sprzedawała się dobrze tylko dlatego, że Edward był tak bogaty i nikt mu nie wierzył. W 1939 lub 1937 roku razem z Dalim zaprojektował pawilon na wystawę światową. Edward James to kolejny przejaw naszego upośledzenia kulturowego, wykwit owej pustynnej ziemi jałowej, którą zamieszkiwaliśmy. Edward powiedział mi, że jestem tak piękna jak prawnuczka markiza de Sade'a - a nawet jeszcze piękniejsza! Moja koleżanka siedząca obok mnie prawie umarła z zazdrości i żalu; markiz de Sade był jej ulubioną postacią.
Kenneth Rexroth i Kenneth Patchen bywali u nas w domu, by czytać swoje wiersze. Matka miała fioła na punkcie poezji, ale mnie i moją siostrę takie imprezy nudziły, szybko się rozpraszałyśmy i kończyło się na tym, że ktoś - powiedzmy, Lucy Herrmann - brał nas do innego pokoju i opowiadał różne historie. Albo przenosiłyśmy się do kuchni, gdzie matka wcale nie słuchała wierszy, tylko gotowała.
Kiedy dorastałyśmy, często bywał u nas Robert Craft8. Nawet gdy miałam 10 lat, były we mnie przewrotność i szaleństwo. Craft był po prostu wredny i nic na to nie mogłam poradzić. Pamiętam, że przez niego pewna harfistka podczas próby uciekła ze sceny ze łzami w oczach. A innym razem, tuż po powrocie z Japonii, pokazał mi książkę o japońskiej architekturze i sam zaczął płakać w obliczu jej piękna. Rozwaliło mnie to, nie byłam w stanie dojść z tym do ładu. Powodowani zazdrością ludzie mówili niemiłe rzeczy na temat Crafta, ja jednak zawsze myślałam: "Nienawidzą go wszyscy - oprócz Strawińskiego". A teraz, po przeczytaniu tomu jego pism jestem po prostu przerażona - takie są dobre. Strawińscy "adoptowali" Crafta, gdy był młodym człowiekiem. Trafił do naszego domu, żeby ćwiczyć Corellego i to właśnie wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że muzyka może być piękna. Ale on sam był tak podły, że harfistka uciekła z płaczem ze sceny Royce Hall i wróciła dopiero wtedy, gdy zjawił się Strawiński, maleńki i owinięty kraciastymi wełnianymi szalami.
Wiera Strawińska była najbardziej naturalnie arystokratyczną osobą na świecie. Od kiedy potrafiłam to dostrzec - w czasie gdy dzieci postrzegają dorosłych jako istoty fałszywe i przerażające - zawsze pozostawała poza kręgiem osądu, ponieważ była Wierą. Olśniewająco niewinna, a przez to tak urocza, tak seksowna i w tak czysty sposób afirmująca życie. Trzeba było słyszeć jej śmiech, widzieć jej pokój pełen kwiatów i fioletowe satynowe narzutki uszyte w Rzymie z podszewką z opalizującej tafty - aby zrozumieć, że to możliwe, że Wszystko jest Możliwe, a kobieta utkana z najdelikatniejszego jedwabiu może być jednocześnie niezwykle silna. Czekałam, aż uda mi się zjeść kawior w jej towarzystwie; wiedziałam bowiem, że w przeciwnym razie nigdy tego nie pojmę.
Sam Strawiński był po prostu Strawińskim.
Był maleńki, szczęśliwy, błyskotliwy - i pijany. Miał w zwyczaju przekazywać mi pod stolikiem kawowym szklankę szkockiej, kiedy matka nie patrzyła. Miałam wtedy 13 lat. Na przyjęciu z okazji szesnastych urodzin nosiłam białą suknię (oczywiście bardzo wydekoltowaną białą suknię), a on - kiedy matka nie patrzyła - wsuwał mi za dekolt płatki róż.
Miasto Los Angeles jest jakie jest, w miejscowej filharmonii nigdy nie grano niczego poza Brahmsem, z jednym wyjątkiem - gdy pozwolili Strawińskiemu dyrygować wykonaniem jednej z jego kompozycji. Ojciec zabrał mnie na ten koncert. Myślę, że miałam wtedy jakieś 3 lata. Siedzieliśmy na odległych miejscach, w wypełnionej po brzegi sali. Matki nie było. W pewnym momencie ojciec spytał:
- Widzisz tego malutkiego pana tam w dole?
- Yhm.
- To Strawiński.
Ponieważ wszyscy zebrani zdawali się posłuszni temu maleńkiemu człowieczkowi, doszłam do wniosku, że Strawiński jest większy od innych, nawet jeśli jest mały.
Pewnego roku na Boże Narodzenie dałyśmy mu z siostrą mrówczą farmę, ale niestety, jak nam powiedział, wszystkie mrówki wyginęły. Strawiński był kolekcjonerem owadów. Zbierał je w szklanych gablotach - przepięknych.
W całym ich domu było pełno obrazów Picassa.
Ojciec poznał Strawińskiego na początku jego amerykańskiej przygody i pomógł mu w temacie smyczków, skrzypiec, altówek i w innych problemach, jakich nastręcza bycie kompozytorem. Mój ojciec grał także na skrzypcach w L'Histoire du Soldat9. To wtedy po raz pierwszy w życiu usłyszałam taką muzykę. Miałam 5 lat.
Wystąpili z tym utworem na Ojai Festival, a Strawiński dyrygował na próbie kostiumowej (podczas samego przedstawienia dyrygentem był Edward Rebner). Widziałam i próbę, i spektakl. Na perkusji grał Victor Burton, bębniarz w Five Pennies, zespole Reda Nicholsa. To wtedy po raz pierwszy usłyszałam o istnieniu diabła (spektakl opowiada o facecie, który sprzedaje duszę diabłu za księżniczkę i pieniądze). Później przez lata miałam koszmary z diabłem w roli głównej. W L'Histoire du soldat diabeł pojawiał się, wyskakując zza łóżka księżniczki NA TRZY METRY W GÓRĘ jak pajacyk na sprężynce. Miał rogi i czarny ogon. Ojciec powiedział mi, że to, co wzięłam za ogon, było tak naprawdę długim językiem wychodzącym z ust w miejscu, w którym powinien być diabelski tyłek, bo projektantka kostiumów była świruską. Ale to nie z tego powodu miałam koszmary. Przyczyną był ten TRZYMETROWY skok.
L'Histoire du soldat jest nadal dziełem, które porusza obecną we mnie rosyjskość i sprawia, że myślę o diable.
Kiedy byłyśmy małe, zawsze zabierano nas na próby i zapewne z tego powodu bardziej lubię próby niż koncerty. Jest coś szczególnego w przysłuchiwaniu się grupie ludzi, którzy wciąż od nowa próbują osiągnąć właściwy rezultat, aż w końcu napięcie sięga zenitu, czego nie da się poczuć, gdy występują wystrojeni na koncercie. Dyrygenci, chcąc uzyskać odpowiedni rezultat, imają się różnych sposobów. Na przykład Robert Craft doprowadza harfistki do łez. Inni jednak są subtelniejsi. Choćby taki Henry Lewis, czarnoskóry mąż śpiewaczki operowej Marilyn Horne (Jackie). Wybierał on kilka taktów tuż przed miejscem, gdzie coś szło nie tak, i mówił, że to właśnie ten fragment trzeba doszlifować. W efekcie muzycy tak bardzo skupiali się na fragmencie, który i tak już grali dobrze, że część sprawiająca im wcześniej trudności szła im całkiem gładko.
Jak to jest - ktoś mógłby zapytać - że nie wybrałam kariery muzycznej, a zamiast tego stałam się blond bywalczynią plaż? Kiedy miałam 5 lat, ojciec podarował mi skrzypce - moje "pierwsze" skrzypce (co miało sugerować, że kiedy podrosnę, otrzymam kolejne). Nie mogłam nic na to poradzić, znalazłam się w potrzasku. Byłam jednak zaradnym dzieckiem i zawsze wiedziałam, że musi istnieć jakiś sposób na uwolnienie się od tortur, i całkiem przypadkowo okazało się, że nie jestem w stanie nastroić instrumentu. Nie umiałam powiedzieć, czy jest nastrojony czy nie. Ćwiczyłam, nie strojąc. Doprowadzałam ojca do szału (on mnie zresztą też) i tak to się skończyło. Jeżeli chodzi o skrzypce, moje upośledzenie kulturowe trwało przez całe życie.
Nie znałyśmy osobiście żadnych gwiazd filmowych i durzyłyśmy się w nich tak samo jak wszystkie inne dziewczyny. Ukradłam kiedyś egzemplarz "Photoplay", bo były w nim zdjęcia Tony'ego Curtisa.
Nawet jeśli dorastałyśmy wraz z siostrą na ziemi jałowej, trudno nam było to wtedy dostrzec, tak samo jak trudno mi to dostrzec dziś. Naturalnie, było to totalne buraczane zadupie, a w miejscowym muzeum wystawiano tylko krajobrazy i wypchane zwierzęta. Ale ludzie, którzy potrafili coś robić, musieli liczyć tylko na siebie i działać bez żadnych zezwoleń, ponieważ burmistrz jeździł tylko na Paradę Róż10. Ostatecznie oprócz tego słońca i pieniędzy musiało się pojawiać trochę przeciwności. Nie było też tak, że ludzie tacy jak Strawiński, Schoenberg, Thomas Mann i im podobni z powodu braku przyjaciół gadali jedynie sami do siebie w łazience.
W czasach gdy moja siostra i ja dorastałyśmy, ludzie byli dla nas zawsze mili. Zarówno Eugene Berman, jak i Szigeti napisali do mnie przed śmiercią, a przecież obaj tak naprawdę znali mnie tylko jako dziecko. Nawet wtedy, gdy moja siostra i ja skleiłyśmy się ze sobą gumą do żucia w środku premiery utworu Schoenberga - a było to owego roku najważniejsze wydarzenie Ojai Festival - nikt się na nas nie gniewał. Zabrano nas za kulisy i wśród ogólnego śmiechu rozdzielono, stosując alkohol jako rozpuszczalnik.
Ale zapewne gdyby nie była to ziemia jałowa, w ogóle nie byłoby tam gumy do żucia.
Dedykuję tę książkę przede wszystkim Mae i Solowi Babitzom. Ale są też inni:
Mirandi i Laurie, które mieszkają nad morzem.
Diane Gardiner, bez której mniej dziwnych ustaleń mogłoby przejść bez zezwolenia.
Earl McGrath, któremu - muszę to przyznać - zawdzięczam Wszystko.
Szef mojej ulubionej wytwórni płytowej, Ahmet Ertegun. Plus każdy inny dyrektor Atlantic Record, który kiedykolwiek zaprosił mnie na kolację i powiedział - albo znów powie - "Proszę bardzo, zrób okładkę do tej płyty".
Annie Leibovitz i jej zaufany towarzysz Obywatel Wenner, zbierający mech na Północy. Grover Lewis, który rozprasza przygnębienie swymi błękitnymi oczami w błękitnym mieście na błękitnych matach, po teksańsku. Sara i Charlie oraz dziewczyna z colą.
Brian G. Hutton, zawsze Jaśniepański, lecz nigdy Słuszny, niebiosom niech będą dzięki.
Carol Grannison-Killorhan, gospodyni sanktuariów i specjalistka od gęsiny.
Zielonooki Mike Hamilburg, mój ulubiony żwawy hollywoodzki agent, a także mój ulubiony bostoński wydawca, Seymour Lawrence, twardy klient.
Ginny Ganahl, jeśli musisz pytać, nigdy się nie dowiesz.
The Beverly Hills Hotel.
Robert L. Marchese, mój towarzysz rozmów na temat Laurence'a z Arabii (i piękny drań).
Marva, najlepsza fryzjerka na świecie, która poza tym uczyni cię piękną.
Rainier Ale.
Andy Warhol i Paul Morrisey, dla których zrobiłabym wszystko, gdyby tylko płacili.
Didion i Dunne, którzy muszą być tym, kim nie jestem.
Ned Doheney, pocztówki od wspaniałych hollywoodzkich pawi.
Wszyscy ci przystojni dranie artyści, zwłaszcza nawiedzony Ron Cooper oraz Wudl i Larry Bell, mistrz szkła, i Billy Al Bengston, którego przepraszam za zgaszenie papierosa na jego białej podłodze 10 lat temu. I Kenny Price. I Ed Ruscha, który jest mężczyzną o prostych gustach, ale nikt nie potrafi stworzyć takich skrzydeł, więc utknął z białym rollsem i bez skrzydeł.
Barney.
Derek Taylor. Powiedz im, Derek, jaka jestem świetna. Tak jak kiedyś przedstawiłeś mnie jednemu z Beatlesów jako "najlepszą dziewczynę w Ameryce".
Robert i Harry Deutsch - pragnę wyrazić wdzięczność za ich zapierającego dech w piersiach kopa w tyłek. Nie dotyczy to Phyllis.
Marie, prawdziwa przyjaciółka.
L. Rust Hills, któremu dziękuję za historię o lodach i tę o opowiadaniu się oraz za anagramy. Ten "Esquire" się rozpada. Babe Vizet jest moja.
Jaja po benedyktyńsku w Beverly Wilshire.
Ingolf Dahl, Clark House i inne stare dzieje.
Marcel Duchamp, który pokonał mnie w swojej własnej grze.
Jim Morrison, przemytnik broni podążający śladami Rimbauda.
Stephan Stills - dzięki za Everydays i za to, że mogłam wykazać się plastycznie.
Cytary w Musso's i bakłażany po florencku, facet, który robi naleśniki, i mój przyjaciel na parkingu (nie, nie ten, który stoi, tylko ten, który parkuje twój samochód - ten młody). I klopsiki z mięsa kraba w Don the Beachcomber's.
Joseph Heller, Speed Vogel i gość, który uciekł z opiekunką do dziecka. I człowiek, który był pierwowzorem postaci Milo Minderbindera.
Anne Marshall, piękna przyjaciółka nas wszystkich.
Michelle Guilliane, której dziękuję za to, że zadzwoniła, zanim zjawiła się w moim domu z Kim Fowley.
Kim Fowley, której jestem wdzięczna za przynajmniej 6 dolarów.
Van Dyke Parks - ukłony za wszystko, co uzna za godne ukłonów.
Simon Rodia.
Majestat szkarłatnych gór ponad owocową równiną.
Linda Ronstadt - dzięki za Long, Long Time - kolczyki, Arizona i ten głos, mój Boże.
Glen Frey z The Eagles, aby nadal ze mną rozmawiał.
Dział recenzji "New York Timesa" i wszyscy piszący w niej krytycy.
Chuck Berry, brązowooki przystojniak, który wie, co lubi, nawet jeśli to sztuczna murawa i 21 telewizorów. A także Bo - dzięki, że powiedziałaś nam o łóżku.
Sara Harrison, Noel Harrison, Simon Harrison, Harriette Harrison, Kathy Harrison, Zoe (moja przyjaciółka) Harrison, Margaret Harrison i nowe bliźniaki.
Stuart Reed, w którego wierzę.
I Jackson Browne, tak czy inaczej.
Billy James, który mnie ocalił.
Virginia Team (jak nazywają ją ci, którzy ją znają).
Aivars Perlback.
Pauline Kael, którą odkryliśmy pewnego cudownego dnia w KPFA i której zdania nie poddają się analizie składniowej. (On powiedział mi to samo. Byłam w szoku).
Przyszła życzliwość Consumer's Liquor, najlepszego sklepu monopolowego w Ameryce, o jakże trafnej nazwie.
Chateau Marmont.
Joseph Cornell. Prawdziwy Artysta.
Tempura.
Camilla McGrath.
Terry Melcher; jeszcze raz dziękuję za Culver City Blues.
Dickie Davis, któremu jestem wdzięczna za lojalność pomimo zalania całej podłogi w damskiej toalecie w The Troubadour.
Doktor Boyd Cooper, ginekolog niezrównany.
Kate Steinitz, której podobały się moje kolaże, zanim jeszcze byłam w stanie je zrobić.
Jock, Michaela, Nini, Jocky, Brook, przepyszne kości ze szpikiem na ostro, rzeżucha i tarta serowa, wszystko z sosem winegret i zacnym winem.
Pani Major - przepraszam, że okazałam się taka.
Ziemia, plaża, drzewa, wzgórza, niebo, Bradbury Building, Broadway Hollywood Building i wszystkie kwiaty wiosną.
Marc Foreman i Wilhelm Reich.
Autostrady.
Dan, pani Alcerro i epizod w The Valentino.
Orson Welles, światło mojego życia.
Odwieczny czas i zawieszenie niewiary.
Connie Freiberg i krzyże, które dźwigała - wykonane z anielskich włosów, lecz ciężkie na tak spalonych barkach.
Michael i Sheila Rainey, którym jestem wdzięczna za rzymskie pseudoruiny, curry i wredne figle.
Marcel Proust.
Sally Stevens.
LUNCH Poems.
Sandy & John Gibson, którzy dostali kopa w górę.
Fred Roos, inny Szejk, który mógł zagrać w tym filmie i jego bezgłośny pies, Rover.
Alan Sororti, nasz członek zgromadzenia na diecie.
Tea cakes, czekoladowe zajączki, Pupi's, Clifton's i smażone kwiaty dyni a la Ron Cooper.
David Anderle i Michael Monroe, którym dziękuję za podniesienie tonu.
Michael McClure, którego tajemnice są bezpieczne w głowie Jean Harlow.
Marshall Ephron - dzięki za pierwszą książkę i mariachi Ubu.
Kuilli Anton, najpiękniejsza dziewczyna w Lake Arrowhead.
Bonnie Jean, The Fred C. Dobbs i psychodeliczne chili.
Kwaśna śmietana.
Hawaii Theater mojej młodości.
Les Noces.
Terry O'Shea i jego lśniąca w mroku magiczna różdżka, wykonana z kości słoniowej i plastikowych szmaragdów, który nigdy nie powinien był nikomu mówić.
Joyce Haber i jej Francis Albert - saga Los Angeles.
Jack Smith, wspaniały kronikarz.
Claudia Martin; dziękuję za życie Ginny.
David Geffin i zagubiony Picasso znaleziony w Silver Lake. David, wciąż uważam, że to sam Picasso przyszedł i go zabrał.
Colman - podziękowania za wino.
Pani Bungay; dziękuję za futrzany płaszcz na sylwestra, dany ot tak.
I za tego sylwestra z Wudlem i Dillem, i Arnoldim w Berrigan's i za sos mole. Nie, Arnoldi przepadł.
Sklep Brandon's Memorabilia na ulicy 53 Wschodniej 13 na 2. piętrze - dzięki, że byliście tam, kiedy was potrzebowałam.
Michael Bloomfield oraz jego seksowna gitara i zuchwały wzrok, albo odwrotnie.
Paul Butterfield po tamtej stronie muru, gdzie, jak zawsze sądziłam, grają organki i musi być bardziej zielono.
Corey's.
Kolor zielony.
See's Candy, z bordeaux jako niezapomnianym ulubionym trunkiem.
Tea cakes. I słodkie białe bułeczki.
Leon Bing, dziewczyna z przeszłością.
Michael Elias, do boju!
Fordowie, Harrisonowie, ale nie Henry.
Dianna Gould, roześmiana kobieta burzliwych nocy i łzawych dni.
Jack Gross i Chateau Nose.
Lustra. Zwłaszcza ten rodzaj luster, które można nastawiać.
TRUSKAWKI i SZPARAGI, zbliża się sezon.
Szampan i Wielkanoc.
Sposób, w jaki podaje się bitą śmietanę w srebrnej sosjerce w Polo Lounge, gdy zamawiasz kawę po irlandzku. Oraz sposób, w jaki podaje się bitą śmietanę w srebrnym pucharze w Caff? Antico Greco na Via della Croce w Rzymie, gdy zamawiasz gorącą czekoladę con panna (panna to po włosku bita śmietana).
Tartufo con panna na via Buffalo lub Piazza Navona, gdzie, jak myślisz, przynajmniej dostaniesz dość czekolady. I może tak się stać.
Sobota.
Nick w Custom Print.
David Giler, który też nie okazał się taki, jak chciał pan Major. Co z Nancy Kwan i w ogóle...
Fred Myrow i jego żona, Elana, pomimo obiadu.
Alan King Moffitt i Frances - jestem wdzięczna za moje zęby (najlepsze w całej rodzinie).
Siostra Mary Agnes Donahue - za to, że wygląda jak karta przetargowa, i za to, że na dobre opuściła ogród. I Goode.
MacGillivray i Nuuhiwa; dziękuję im za obmycie we krwi morza.
Guido i Adolpho.
Art Pepper - jestem mu wdzięczna za to, że gra TAK dobrze. I mówi wszystko.
Wickham i Ochs, małżeństwo z wyrachowania.
Clair Miller.
Desbutol, Ritilin, Obertrol i wszelkie inne spidy. To nie tak, że was nie kochałam, to było po prostu zbyt trudne uczucie.
Dennis Morgan, Valentines, Enrico Macias i les choses françaises.
Fotobudka.
Tania retsina.
Telefony.
Obserwatorium, gdzie próbowałam niegdyś odnaleźć Jamesa Deana po jego śmierci.
Słowo, hehehe.
Steve Martin, samochód.
Ten, którego żona wpadłaby we wściekłość, gdybym podała tu choćby jego inicjały.
Margaret.
Chico - z miłością i plugawością i hi-ho silver.
Dla tych z nas, którzy dorastali na północnym wschodzie USA w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, Kalifornia jawiła się jako zagranica. Stolicą tego obcego kraju było Los Angeles. Inne miasta - stolice rzeczywiście obcych państw - takie jak Londyn i Paryż, wydawały się bardziej znajome. U podstaw naszej głębokiej nieufności wobec Kalifornii leżało jankeskie przeświadczenie, że istotną siłą kształtującą ludzki charakter jest pogoda - że surowe zimy zaszczepiają kalwiński rygor w ludziach, którzy muszą się z nimi zmagać, wieczne lato zaś nieuchronnie prowadzi do osłabienia zarówno moralności, jak i woli działania. Wszelkie doniesienia o ogarniętych pożarami wzgórzach i o zastawie stołowej, która grzechocze, bo właśnie zadrżała ziemia, przypominały nam - niczym biblijne wzmianki o piekielnym ogniu i siarce - że Los Angeles przede wszystkim nie jest miejscem, które Bóg przeznaczył dla ludzi, by tam osiedli. Mieszkańcy tych stron - garstka zdeklarowanych hedonistów żyjących chwilą, odwróconych plecami do Europy i przeszłości, zapatrzonych w słońce i ocean - znaków tych nie dostrzegali.
Krótko mówiąc, w Los Angeles nie było nic, co mogłoby wzbudzić w nas oczekiwanie, że miasto to kiedykolwiek wyda z siebie poważnego pisarza. Myśleliśmy tak, dopóki ktoś taki się nie pojawił i nie zdobył sławy jako szanowany przedstawiciel innowacyjnego, wysoce osobistego stylu dziennikarstwa, które dominowało w latach siedemdziesiątych. Osobą tą była Joan Didion. Jej nazwisko pojawia się obok nazwiska jej męża na długiej liście tych, którym Eve Babitz dedykuje swoją książkę: "Didion i Dunne, którzy muszą być tym, kim nie jestem". Joan Didion przeniosła się z Johnem Gregorym Dunne'em do Nowego Jorku i z tej odległej perspektywy pisała o Los Angeles w sposób, który nam, mieszkańcom Północnego Wschodu, pochlebiał. Dzięki niej wierzyliśmy, że zawsze mieliśmy rację.
Babitz była tą osobą, która w końcu - nie krygując się - oddała wyjątkowy urok Los Angeles i położyła kres (wówczas całkiem już wyświechtanemu) wyobrażeniu, że miasto to jest pustynią kulturalną. Miała do tego szczególne kompetencje. Jej ojciec był muzykologiem specjalizującym się w epoce baroku oraz skrzypkiem na kontrakcie w wytwórni filmowej 20th Century Fox. Jej matka była artystką. Ojcem chrzestnym był Igor Strawiński. Babitz dorastała w otoczeniu przyjaciół rodziny, do których należały takie znakomitości jak Edward James, József Szigeti, Eugene Berman, Marilyn Horne, Kenneth Rexroth i Kenneth Patchett; w salonie słuchała poezji, a pod palmami premier dzieł Arnolda Schoenberga.
Tak się złożyło, że ta córka bohemy była również dzieckiem Hollywood w jego migotliwej wspaniałości, zanim centrum handlowe ze striptizem zastąpiło hotel Garden of Allah, w którym Eve i jej przyjaciółka Sally, dwie dziewice z podrobionymi dokumentami tożsamości, chadzały na drinki i sprawdzały, jak ich czar działa na mężczyzn starszych od nich dwa razy. Iluzja - kokosowy gaj z papier mâché w klubie nocnym, którego właściciel twierdził, że jest krewnym nieżyjącego cara Rosji - stawała się rzeczywistością, gdy wierzyło w nią wystarczająco wielu ludzi. Śmiałość, wyobraźnia, połysk forniru - wszystko to budziło podziw. Wbrew tradycji zespołów sportowych całego świata maskotką szkolnej drużyny Hollywood High - będącej Alma Mater Babitz - nie było żadne ze zwierząt znanych z okrucieństwa, lecz tytułowa postać filmu Szejk - arabski wódz grany przez Rudolfa Valentino. Pokusa i splendor stanowiły elementy codziennego życia Babitz i ukształtowały ją.
Ubóstwiała Marilyn Monroe: była w tłumie, który otaczał gwiazdę, gdy odciskała dłonie w mokrym cemencie przed Grauman's Chinese Theatre1, irytowało ją głoszenie geniuszu Arthura Millera przy jednoczesnym ignorowaniu inteligencji Monroe. Babitz, podobnie jak Monroe, napotkała w życiu całą masę mężczyzn skupionych na jej biuście. Nie mieli oni pojęcia, że tuż powyżej wspaniałych piersi znajdował się mózg przyszłej pisarki, która miała zyskać podziw kolegów po piórze. "Ładna, bystra, wzgardliwa i niecierpliwa" - mówi o nastolatce, którą była. Jeżeli chodzi o kwalifikacje pisarskie, to cechy te z czasem okazały się sprzyjające - podobnie jak wygląd, który pozwolił jej wchodzić w rolę "szpiega w krainie uprzywilejowanych", członkinię elity, do której - jak twierdzi - nigdy tak naprawdę nie należała.
Wzorem do naśladowania dla Babitz mogła być Monroe, lecz ona sama bardziej przypominała Brigitte Bardot. Widać to na jej zdjęciu z liceum - rozczochrane blond włosy, twarz w kształcie serca, podkreślone czarnym ołówkiem oczy. Podczas gdy nastolatki na zdjęciach zazwyczaj z niecierpliwością spoglądają w przyszłość, stając twarzą w twarz ze światem, wzrok Babitz skierowany jest w bok, a na twarzy błąka się lekki uśmiech adresowany do kogoś spoza kadru. Wizerunek ten wydaje się zgodny z poufałym tonem Eve w Hollywood, który sprawia, że książkę czyta się, jakby była serią monologów wygłaszanych przez przyjaciółkę przy owocowych drinkach w ciemnym kącie Luau, ulubionej restauracji Strawińskiego urządzonej w pseudopolinezyjskim stylu.
Nikt lepiej niż Babitz nie pisze o szkole średniej i słabo oświetlonym przejściu od niewinności do dorosłości. Skrupulatna i pozbawiona sentymentów, lecz pełna współczucia dla dawnej siebie, dokumentuje ten krótki, kilkuletni okres, gdy młode umysły usiłują pojąć, czym są autorytet, hierarchia społeczna, niesprawiedliwość i seks. Na przekór burżuazyjnej klaustrofobii fascynację i szacunek Babitz budzą osobnicy wyjęci spod prawa - prototypem tych postaci jest uwielbiany przez nią James Dean. Przyciągało ją "pole mocy" otaczające Acesa Butlera, nowego ucznia o niebotycznie wysokim ilorazie inteligencji, dziwnym pseudonimie i problematycznym sposobie bycia. Babitz następująco opisuje jego charyzmę: "Któż mógłby się oprzeć sposobowi, w jaki odrzucał w tył głowę i uderzał się w udo z pasją niespotykaną w naszej opuszczonej, wygłodzonej kolonii? Nosił czarną kurtkę motocyklową, czarne koszule, czarne dżinsy i czarne buty, a czarne rzęsy okalały jego acetylenowe oczy, w których na myśl o robieniu czegoś "dla własnego dobra" lub o kimś, kto "wie lepiej", migotała czysta nienawiść".
Babitz interesuje moc i dowiaduje się od Acesa, że jednym z jej źródeł jest samoopanowanie. Innym zaś jest piękno. Dziewczyny z Hollywood High były piękne, "(...) wyjątkowo piękne. Było wśród nich około 20 takich, z których każda z osobna mogła sprawić, że oszalejesz. Razem zaś - a prawie zawsze przebywały razem - doprowadzały do paraliżu wszelkie poważne wysiłki edukacyjne w akceptowanym sensie i każdy o tym wiedział. Były zbyt piękne na liceum". Tym z nas, którzy zastanawiali się, jak to się dzieje, że południową Kalifornię wydaje się zamieszkiwać nieproporcjonalnie duża nadwyżka zachwycających kobiet, Babitz oferuje niezwykle logiczne wytłumaczenie: "Były to córki ludzi pięknych, odważnych i skłonnych do ryzyka - ludzi, którzy opuścili swoje domy i wyruszyli do krainy marzeń filmowych. W czasie Wielkiego Kryzysu większość z nich przyjechała właśnie tutaj. Ci, którzy mieli mózgi, pojechali do Nowego Jorku; ci, którzy mieli twarze, skierowali się na Zachód". Tak więc Los Angeles stało się miejscem eksperymentu z dziedziny genetycznej autoselekcji - wylęgarnią fizycznej doskonałości, tarliskiem, na którym to, co piękne, łączyło się z tym, co przystojne, wydając na świat następne pokolenia. Uroda rosła wykładniczo z każdą kolejną generacją.
Babitz zastanawia się nad irytującą obłudą, która wydaje się endemiczna dla tej superrasy: "Posiadacze piękna niechętnie mówią o swoich przywilejach lub zachowują się tak, jakby było kwestią szczęścia, że gliniarz nie wlepił im mandatu albo że jakiś "uprzejmy pan" nie kazał im czekać w kolejce do odprawy celnej. Jak się wydaje, ci, którzy są piękni - w przeciwieństwie do tych, którzy mają pieniądze - nie są w stanie pojąć, co stanowi źródło ich mocy. Nawet ci, którzy mają talent, wiedzą, że są wyjątkowi i dlaczego ich zaproszono".
Jej refleksje na temat urody i przywilejów, którymi cieszą się ludzie urodziwi, mogły skłonić niektórych czytelników i krytyków do uznania Babitz za autorkę "wagi lekkiej", zajmującej się tak zwaną tematyką kobiecą - sprawami takimi jak dieta, wygląd, ubrania, makijaż, przyjaźnie, miłość. Od czasu do czasu pojawiały się zarzuty, że nie traktowała swojego pisarstwa poważnie, jak gdyby utożsamiali Babitz z bohaterką jej powieści Sex and Rage [Seks i furia] z 1979 roku, Jacarandą, która pisze, aby w ciągu dnia mieć coś do roboty.
Podobnie jak Didion - pisząca o polityce i innych sprawach, które konstytuują "poważne" dziennikarstwo - Babitz przeprowadziła się do Nowego Jorku, gdzie wpadła na Yvette Mimieux2; znała ją z czasów gimnazjum, gdy razem jadały lunch w szkolnej stołówce. Już wtedy, jak wspomina Babitz: "Widać było, że będzie z niej gwiazda filmowa". Tak piękna dziewczyna "nie mogła być nikim innym". Teraz, po latach, "Yvette została odkryta, a ja odkryłam inne role do wypróbowania".
O niektórych z tych ról aluzyjnie wzmiankuje, chociaż jeśli chodzi o szczegóły, pisze wymijająco. Aby uzyskać więcej informacji na ten temat, trzeba zwrócić się gdzie indziej. Każdy poświęcony jej artykuł prędzej czy później musi poruszyć wątek kochanków, których rzekomo był legion. (Earl McGrath, były szef Rolling Stones Records: "W życiu każdego młodego mężczyzny jest jakaś Eve Babitz. Zwykle jest to Eve Babitz"). Niektórzy byli godni uwagi: Jim Morrison, Steve Martin, Ed Ruscha, Stephen Stills, Harrison Ford, Ahmet Ertegün, Dan Wakefield. Kolejny stały element wszystkich dotyczących jej opowieści: zdjęcie z 1963 roku, na którym pozuje nago, grając w szachy z Marcelem Duchampem (pomysłodawcą był fotograf Julian Wasser). Zdjęcie to stało się memem świata sztuki - a sama autorka zdaje się potwierdzać ten fakt, wprowadzając je do swojej powieści Sex and Rage: wisi ono na ścianie hollywoodzkiego penthouse'u, który odwiedza Jacaranda. Babitz próbowała kariery jako projektantka okładek płyt (dla Lindy Ronstadt oraz zespołów Buffalo Springfield i The Byrds) i fotografka, jako dziennikarka pisząca na zlecenie (jest między innymi autorką artykułu zatytułowanego "Moje życie w biustonoszu 36-DD" dla "Ms. Magazine"). Wystawa prac Josepha Cornella zainspirowała ją do tworzenia kolaży. Było też wiele, bardzo wiele imprez, podczas których utrzymywała bliski osobisty związek z LSD, marihuaną i kokainą.
W końcu wróciła do Los Angeles. W Nowym Jorku, jak pisze, "między słowami nie ma spacji - to jeden z uroków tego miejsca. Pewnych rzeczy nie trzeba dokładnie przemyśliwać, bo zawsze coś pcha cię od tyłu". Do tego czasu zrozumiała, że rodzinne miasto, w którym spędziliśmy dzieciństwo, odciska się w naszych umysłach, stając się dla nas zrozumiałe w sposób, który nie wymaga wyjaśnienia. Nosimy je w sobie i prędzej czy później wielu z nas pragnie powrócić do miejsca, w którym - świadomie lub nie - wszystko pojęliśmy. Dla Babitz tym miejscem było Hollywood.
Wierni fani (do których należę) latami liczyli na nową książkę, aż powiedziano im, że mogą przestać czekać. W 1997 roku autorka padła ofiarą dziwacznego wypadku - od popiołu z cygara, które paliła, zajęła się jej spódnica i w efekcie Babitz doznała poparzeń trzeciego stopnia połowy ciała - i zaprzestała tworzenia, twierdząc, że straciła wolę pisania. Ma, oczywiście, do tego prawo, co nie umniejsza naszej straty.
Babitz nazywa Eve w Hollywood - pierwszą książkę w swoim dorobku - "powieścią konfesyjną", choć łatwo ją wziąć za memuary. Zapewne gdzieś we wszystkich tych brzmiących prawdziwie anegdotach autorka umieściła jedno lub więcej ziaren fikcji: może zmieniła imię, poprawiła dialog lub przyspieszyła bieg zdarzeń - chociaż, jeśli faktycznie do tego doszło, tak naprawdę żadne z tych ulepszeń nie zwraca na siebie uwagi. Proza Babitz brzmi tak, jakby spłynęła na kartkę prosto z jej umysłu, bez przeszkód i wahań. Większość pisarzy jedynie po wielu falstartach, przerywanych w pół zdaniach i perfekcjonistycznym ślęczeniu do późnej nocy jest w stanie osiągnąć ten - tak charakterystyczny dla niej - spontaniczny ton. Właśnie to przypominałam sobie wielokrotnie, czytając Eve w Hollywood, aż dotarłam do następującego stwierdzenia: "Nazajutrz rano wstałam z kacem i dobrym pomysłem na opowiadanie. Zostało napisane szybko i było spójne jak potasowana talia kart. Miało w sobie rodzaj zwariowanej zwinności, z którą moje inne historie zawsze uciekały".
Wśród osób, które pojawiają się w Eve w Hollywood, jest jej przyjaciółka o imieniu Karen, o której Babitz pisze, że była tak "krucho piękna, że wszystko, co mogłam zrobić, to zdusić w sobie naturalną zazdrość i po prostu ją polubić". Wiem, że naprawdę taka jest. Nie zazdrościłam Babitz jej kochanków celebrytów, rozmiaru biustu, kremowej cery ani sukcesu - nie dlatego, że jestem taka wspaniałomyślna, ale dlatego, że dobra z niej kumpela. A że pisanie przychodzi jej z łatwością? I to na kacu? Mam nadzieję, że akurat to sobie wymyśliła.
Holly Brubach