Eva Morales de Nacho Lima - Marcin Bałczewski

Kup ebooka

21.00 zł
16.80 zł (15,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1. Wujek Antonio

Caonade Bahia tutejsi mieszkańcy nazywali ostatecznymmiastem.Miastem, do którego przybywali ci, którzy, nie mając już nic dostracenia, pragnęli wreszcie zakończyć ciągnące się za nimi historie.Złodzieje, mordercy, prostytutki, bezrobotni, bezdomni, szaleńcy,nieszczęśliwi kochankowie, poszukiwacze przygód. Wszyscy uciekającyod swojej przeszłości.

Miastowzniesiono pośrodku jednej z najgłębszych dolin Santo Sol. Dwa mostyłączyły je z otaczającą okolicą. Poza tym Caona de Bahia byłosamowystarczalne. Nie potrzebowało niczego z zewnątrz. Jedyny dopływrzeki dawał otoczeniu energię potrzebną do życia, a ludzie, zwierzętai maszyny istnieli w nieprzerwanej od lat symbiozie. Zawsze chłodna,krystalicznie czysta woda, przedzierając się poprzez kolejne zawiłepasma gór, nawadniała pola, poiła bydło. Błyszczące, szkliste dachydomów ukazywały ówczesną wiarę w energię słoneczną. Rankiem,spoglądając na dolinę, można było zauważyć zastępy spoconych praczekpiorących parujące od ciepła brudy - ubrania, poszewki, chusty,firanki, ściereczki... Wieczorami na brzegach rzeki dzieciaki grywałystarymi, zniszczonymi szmatami w piłkę nożną, klnąc i bijąc się przytym nawzajem.

Pamiętałten widok. Grupa umorusanych, rozwrzeszczanych smarkaczy rozgrywałakolejny ważny mecz życia. Pozostawił swój plecak, który stanowił wtym czasie cały jego dobytek, aby pograć z nimi choćby przez moment.Pragnął tylko nieco się zrelaksować, oderwać od tego, co było i comiało nadejść. Tak jak inni chciał zapomnieć o przeszłości, rozpocząćwszystko od nowa.

DoCaona de Bahia przybył w poszukiwaniu pracy. Po całym kraju krążyływówczas plotki o niejakim Don Pedro Moralezie Enqurrio Fabricoposzukującym wykwalifikowanych robotników. Był to czas biedy,niekończących się chorób, brudu. Każdy wiedział, że pozostając bezjakiejkolwiek, nawet najgorszej pracy, równie dobrze można byłoskazać się od razu na śmierć, kładąc się na po prostu na ulicy.Wystarczyło się położyć, by człowiek umarł. By go nie było. Dlategokażda, nawet najmniej prawdopodobna informacja na temat zatrudnieniapowodowała, że w tamtych okrutnych czasach ludzie zostawiali swojedomostwa, podróżując po całym kraju z nadzieją na choćby najmniejszezarobki.

Właśnietaką, jedną z najbardziej niewiarygodnych informacji, była wieśćdotycząca planów Don Pedro Moraleza Enqurrio Fabrico. Początkowobrano tę opowieść za jeszcze jeden pijacki mit, których wtedy niebrakowało. Podrzędną historyjkę, bujdę, na którą nabiorą się tylkonajwięksi głupcy. Ludzie, słysząc o tym pomyśle, wybuchali śmiechemlub pukali się w czoło. Z czasem jednak wszystko to zaczęło sięwydawać coraz bardziej realne, chociaż nikt do końca nie wierzył wewszystko, co ludzie powiadali. Mówiono, że z jakichś niewyjaśnionychprzyczyn Don Pedro zapragnął wybudować w Caona de Bahia zamek.

Nie,nie zwykły zamek, bo wybudowanie zamku nie było w tamtych czasachrzeczą niezwykłą, zważywszy, że obok milionów biednych i bezrobotnychbyło kilkudziesięciu nieprzyzwoicie bogatych kupców. Zamek, żyjącąmaszynerię przykrytą szklaną kopułą. I ta właśnie informacja oszklanej kopule stała się dla niego, Marko, zawodowego szklarza zojca i matki, dziadka i babki, pradziadka i prababki, zachętą dopodróży. Poza tym w Caona de Bahia mieszkał jego wujek, brat matki,Don Antonio Tramosso Galino Sanches. Mimo że od lat nie utrzymywałkontaktu z rodziną, Marko pamiętał z dzieciństwa, jak wuj nazywał goswoim najukochańszym siostrzeńcem, którego zabierze kiedyś w podróżżycia. Dlatego też bez dłuższego namysłu młody szklarz postanowił,tak jak tysiące innych podróżujących za chlebem, iż rzuci wszystko,by udać się właśnie do tego miasta. Poza tym trzeba było kiedyśodwiedzić wujka i przekonać się, czy naprawdę spełni swojeprzyrzeczenie.

Markoprzybył do Caona de Bahia z nadzieją, że jedyny inteligent zpodupadającej rodziny szklarzy pozwoli mu u siebie zamieszkać, copomogłoby mu zaoszczędzić kilkadziesiąt pesos, a historia o zamkuPedro Moraleza Enqurrio Fabrico okaże się prawdziwa, co pozwoliłobymu trochę zarobić.

Pierwsze,co poczuł, otwierając przegniłe drzwi domu Don Antonia TramossaGalino Sanchesa, to niewyobrażalny smród starych, gnijącychmateriałów i puchu. Prawdę powiedziawszy, od chwili przekroczeniagranic Caona de Bahia młodemu szklarzowi towarzyszyły najbardziejporażające zapachy. I chociaż, jak się okazało, w przedziwny sposóbwszystko tu cuchnęło, na ulicach, w sklepach, w teatrze, w kinie, wszpitalach, nawet w kościele, nie przeszkadzało mu to. Myślał, że tensmród miał w sobie nutę wspomnień. Wspomnień nadgniłych, zakurzonych,zamkniętych w piwnicy, do których mimo obrzydzenia chciałoby siępowrócić. Ten smród to fragment przeszłości, który ciągnął się zakażdym z tutejszych mieszkańców - tak sądził, nie wiedział, czybyła to prawda. Być może dlatego pierwsze, co sobie przypomniał,otwierając drzwi domu swego wujka, to stary, przerdzewiały trzepak,na którym matka wieszała pomoczoną przez niego w nocy pościel. Rzeczwstydliwa, jednak wcale nie tak obrzydliwa, jak mogłoby się po latachwydawać.

Przekraczającpróg domu wujka, zauważył, że skrzypiące drzwi i trzeszczące deskipodłogowe to jedyne dźwięki, jakie dało się tu usłyszeć. Poza tym wdomostwie panowała cisza. Przechadzając się zawiłymi, przyciemnionymikorytarzami, przepełnionymi niewysprzątanymi pajęczynami, rozglądającsię po kolejnych pokojach, zamiast Don Antonia Tramossa GalinoSanchesa, Marko napotykał coraz to większe sterty starych ksiąg.Zamiłowanie jego wujka do wszelkiego rodzaju książek, pism, ulotekznane było od dawna. W tamtych czasach, zgniłych czasach, było to cośniespotykanego. Wydawać by się mogło, że Don Antonio Tramosso GalinoSanches przechowuje u siebie wszystkie książki i pisma, jakie możnabyło spotkać w Caona de Bahia. Setki, może nawet tysiące tytułów, wnajróżniejszych, nawet najdziwniejszych językach, walały sięwszędzie, od podłogi aż po sufit. W każdym zakamarku można byłoznaleźć wciśniętą gazetę lub niedużą książeczkę. Wszędzie były tylkoone - książki, woluminy, pisemka, luźne, zapisane karteczki. Powujku jednak ani śladu. Wołał go - Don Antonio Tramosso GalinoSanches! - jednak bezskutecznie.

Postanowiłodszukać jakiegoś przyjaciela, znajomego, mogącego wytłumaczyć, cosię stało z wujkiem."Byćmoże - pomyślał - wuj wyjechał w jakąś daleką podróż".Może ma pecha i minął się z nim na ulicy, nie zauważając go w ogóle.Możliwe, że Don Antonio zmienił się nie do poznania, a sam Markowyrósł. Mogli nawet stać obok siebie przed wystawą sklepową, nierozpoznając się wcale, przechadzając się, spoglądając zalotnie na tesame półnagie praczki piorące od rana do nocy gorące pościele. I jużdał sobie spokój z przeszukiwaniem domu. I już miał wychodzić, kiedyusłyszał charczenie dobiegające zza olbrzymiego stosu starodruków.Przedzierając się pomiędzy nimi, odkrył kolejny pokój, w którymznalazł go, swojego ukochanego wujka, Don Antonio Tramosso GalinoSanchesa, leżącego w olbrzymim łożu otoczonym porozrywanymbaldachimem, przykrytego stertą starych kołder, wśród wszędziewalających się powieści.

Usychający,łysiejący starzec spojrzał na chłopaka, uśmiechając się bezzębnymiustami:

- DonMarko - wycedził. - Mar... Marko.

Wyciągnąłswoją starą, pożółkłą, pozbawioną mięśni dłoń w jego stronę.Młodzieniec zdał sobie sprawę, że wreszcie ktoś wujka odwiedził.

Starzecumierał w swoim łożu od siedemnastu tygodni. Od siedemnastu tygodninikt nie zawitał do jego domu. Żaden przyjaciel, o ile taki w ogóleistniał, żaden znajomy, listonosz czy domokrążca. Nikt niezainteresował się zniknięciem Don Antonio. Być może ten zły czas,który wtedy nastał, był czasem ogólnego egoizmu, w którym każdypatrzył jedynie na czubek swojego nosa. Może była to winaprzybywającej tłumnie do Caona de Bahia patologii. Albo też to wujekmłodego szklarza odsunął się od reszty mieszkańców, zagłębiając się wcoraz to różniejsze lektury. Pewne było jedynie, że Don AntonioTramosso Galino Sanches umierał w ciszy, pośród swoich książek. Wdodatku przez ten cały czas umierania w samotności jego jedynymposiłkiem były właśnie te księgi. W chwili, gdy Marko pojawił się wjego domu, Don Antonio kończył zjadać ostatnie stronice drugiego tomuWojnyi pokoju.Dość smaczne, jednak zbyt żylaste jak na bezzębną szczękę starca.

Takjak Marko przypuszczał, Don Antonio pozwolił mu zamieszkać u siebie.Z dobroci serca chłopak postanowił do chwili nieuchronnie zbliżającejsię śmierci tego suchego, śmierdzącego staruszka zostać jegoopiekunem. Przez cały ten czas wujek sprawiał mu nie lada problemy.Nie dość, że z dnia na dzień jego zachowanie przypominało corazbardziej zachowanie małego dziecka, to w dodatku siedemnaście tygodnijedzenia książek spowodowało, że poza nimi Don Antonio TramossoGalino Sanches nie chciał jeść już nic innego. Tak oto codziennieMarko chodził po mieszkaniu w poszukiwaniu kolejnych tytułów, którewujek zapragnął zjeść akurat tego dnia. Antonio sporządzał listę, naktórej zapisane było, na co miał ochotę, czy to na śniadanie, czy nakolację. Na obiad zjadał klasyczne powieści radzieckich twórców, nadeser lekkie fraszki, a jego głód nie miał końca. Wujek połykałstrony za stronami, rwąc opasłe tomy zszywanych ksiąg. W ostatnichdniach jego życia Marko musiał pomagać mu przy jedzeniu. Brał wówczaspółmisek wody, by rozmiękczyć w niej kolejne kartki, które następniestarzec połykał, a gdy tylko krystalicznie czysta woda dostateczniezabrudziła się atramentem, chłopak dawał to wszystko do wypicia DonAntonio.

Wieczoramizmuszał chłopaka do czytania. Na głos. Aby się czegoś nauczył. Markonigdy nie był wielbicielem książek, nie był inteligentem jak jegowujek. Nie pamiętał nawet, ile do tej pory przeczytał, może dwie,trzy powieści? Jednak gdy zamieszkał z wujkiem, ten kazał sobieczytać. Zmuszał go do tego. Wybierał grube księgi. Najpierw zapoznałszklarza z powieściami przygodowymi, kryminalnymi, potempsychologicznymi, na koniec zahaczył o poezję i filozofię.Młodzieniec prawie nic z tego nie rozumiał, ale widząc uśmiechumierającego starca, cieszącego się, że ktoś poza nim w tym mieścieczyta, że uczy się z tych ksiąg, wtedy wiedział już, że warto. Kiedytylko kończył, Don Antonio Tramosso Galino Sanches ze smakiem zjadałprzeczytane dzieło.

Trzytygodnie po przyjeździe szklarza do Caona de Bahia wujek zmarł. Przezdwadzieścia tygodni zjadł osiemnaście powieści, trzydzieści dwa tomywierszy, osiem tomów encyklopedii, dziewięć poradników, sto trzyulotki, kilkaset luźno porozrzucanych po domu gazet. Don AntonioTramosso Galino Sanches w wieku czterdziestu lat wyglądał jakosiemdziesięciolatek. Na jego palcach i ustach pozostały fragmentyzaschniętego inkaustu. Wyschnięta na wiór skóra zaczęła przypominaćpapier, który tak chętnie konsumował.

Nicw tym dziwnego, że młody szklarz nie pochował swojego wujka.Pozostanie przykryty stosem kołder i ksiąg w swoim pokoju, do któregodostępu broni sterta niedojedzonych starodruków - zadecydowałMarko. Nie stać go było na zorganizowanie porządnego pogrzebu. Niechciał też, aby ciało Don Antonio zakopano w jakiejś anonimowej,zbiorowej mogile, co w tamtych czasach zdarzało się często: nikt niedbał o swoich zmarłych. Marko był inny."Jednaktak się nie powinno robić" - rozmyślał, spoglądając najeden z grupowych pogrzebów. Zaschnięte ciało wujka pozostawił w jegopokoju.

Tużprzed śmiercią chłopak obiecał wujowi, że pewnego dnia zabierze go zesobą w podróż, jakiej nigdy wcześniej nie przeżył. Nie mógł tegoprzyrzeczenia złamać. Na przekór tym złym, brudnym czasom musiał sampozostać chociaż po części człowiekiem. Wiedział, że kiedyś z wujkiembędą jeszcze podróżować po całym świecie. Tak jak bohaterowieksiążek, które Don Antonio kazał sobie przed śmiercią czytać na głos.

wserii kwadratukazały się

"2008", "2011", "2014" -antologie współczesnych polskich opowiadań

MarcinBałczewski"Eva Morales de Nacho Lima", "Malone"

WaldemarBawołek"To co obok"

KostiaBerezin (Paweł Laufer)"Buty Mesjasza"

DariuszBitner"Książka"

RomanCiepliński"Diabelski młyn"

TomaszDalasiński"Nieopowiadania"

KrzysztofGedroyć"Przygody K"

AndrzejGrodecki"Iluzje"

BrygidaHelbig"Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inneludzie"

LechM. Jakób"Ciemna materia"

BogusławKierc"Bazgroły dla składacza modeli latających"

WojciechKlęczar"Wielopole"

BogusławaLatawiec"Ciemnia"

RyszardLenc"Chimera"

ArturDaniel Liskowacki"Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz","Skerco"

MiłkaO. Malzahn"Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

AgnieszkaMasłowiecka"Pyszne ciało", "Splątanie"

JarosławMaślanek"Ferma ciał"

DariuszMuszer"Homepage Boga", "Niebieski", "Wolnośćpachnie wanilią"

KrzysztofNiewrzęda"Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości","Second life", "Wariant do sprawdzenia","Zamęt"

EwaElżbieta Nowakowska"Apero na moście"

Cezary Nowakowski,Jakub Nowakowski"Błogosławieni"

PawełOrzeł"Arkusz [^pi^gmalion]", "Nic a nic","Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

PawełPrzywara"Zgrzewka Pandory"

KrystynaSakowicz"Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

AlanSasinowski"Pełna kontrola", "Rupieć", "Szczeryfacet"

GrzegorzStrumyk"Kra", "Nierozpoznani"

ŁukaszSuskiewicz"Egri bikaver", "Mikroelementy", "Zależności"

LeszekSzaruga"Dane elementarne", "Podróż mego życia","Zdjęcie"

IzabelaSzolc"Śmierć w hotelu Haffner"

ŁukaszSzopa"Kawa w samo południe"

AndrzejTurczyński"Bruliony Starej Ziemi", "Brzemię", "Koncertmuzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

AnatolUlman"Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

EmiliaWalczak"Hey,Jude!"

MiłoszWaligórski"Ktoto widział"

MaciejWasilewski"Jednodniowyspacer po dwudziestu kilku głowach", "Rozmowy młodejPolski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

BartoszWójcik"Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

GrzegorzWróblewski"Nowa Kolonia"

MaciejWróblewski"Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

TadeuszZubiński"Rzymska wojna"