Europa w płomieniach. Ostatnie miesiące II Wojny Światowej - Krzysztof Drozdowski

Kup ebooka

54.90 zł
43.92 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

PRZE­GRANE PO­WSTA­NIE

Do dziś trwają spory na te­mat sen­sow­no­ści wy­wo­ła­nia Po­wsta­nia War­szaw­skiego. Jedna z nar­ra­cji głosi, że słabo uzbro­jeni Po­lacy zo­stali ska­zani na śmierć przez pol­skie wła­dze w Lon­dy­nie i gen. Ta­de­usza Bora-Ko­mo­row­skiego, który w ostat­nich dniach wrze­śnia zo­stał mia­no­wany w miej­sce gen. Ka­zi­mie­rza Sosn­kow­skiego Na­czel­nym Wo­dzem. Druga nar­ra­cja mówi, że cie­mię­żeni od wrze­śnia 1939 roku Po­lacy chwy­cili za broń, by po­ka­zać, że w pol­skiej sto­licy na­dal bije serce, że kraj nie podda się bez walki, a po­nie­sione straty są trud­nym, ale jed­nak po­trzeb­nym świa­dec­twem pol­skiego pa­trio­ty­zmu. Dys­ku­sje te na­si­lają się zwłasz­cza w oko­licy 1 sierp­nia, gdy od­da­jemy hołd oso­bom wal­czą­cym w Po­wsta­niu War­szaw­skim. I zgo­dzić się trzeba z tym, że w pew­nej czę­ści ra­cję ma każda ze stron. Już w po­ło­wie wrze­śnia stało się ja­sne, że ten zryw czeka smutny ko­niec. Sto­jąca na wschod­nim brzegu Wi­sły Ar­mia Czer­wona nie była za­in­te­re­so­wana wspar­ciem wal­czą­cych Po­la­ków. Dla Sta­lina każdy pol­ski pa­triota był na­tu­ral­nym wro­giem dla planu wpro­wa­dze­nia ko­mu­ni­stycz­nego rządu zło­żo­nego z jego ma­rio­ne­tek. Cze­kał więc, aż się War­szawa wy­krwawi. Dla Niem­ców pol­skie po­wsta­nie rze­czy­wi­ście stało się lo­kal­nym pro­ble­mem, z któ­rym jed­nak po pierw­szym szoku po­tra­fili so­bie dość sku­tecz­nie po­ra­dzić. Prze­waga za­równo w li­czeb­no­ści wojsk, jak i uzbro­je­niu znaj­do­wała się po ich stro­nie. Bez po­mocy alian­tów po­wsta­nie ska­zane było na klę­skę. Ta klę­ska, nie­stety, na­stą­piła. 30 wrze­śnia 1944 r. po­wstańcy uzy­skali od Niem­ców zgodę na za­wie­sze­nie broni na dwa ko­lejne dni - 1 i 2 paź­dzier­nika w go­dzi­nach od 5.00 do 20.00. Ce­lem za­wie­sze­nia miało być umoż­li­wie­nie ewa­ku­acji lud­no­ści cy­wil­nej. Było to moż­liwe w pię­ciu wy­zna­czo­nych punk­tach: u za­chod­nich wy­lo­tów ulicy Grzy­bow­skiej, Pań­skiej, Pięk­nej i Śnia­dec­kich przy Po­li­tech­nice, a także w Ale­jach Je­ro­zo­lim­skich[1]. Tego dnia wal­czono do go­dziny 18.30. Wów­czas na roz­kaz Ko­mendy Głów­nej Ar­mii Kra­jo­wej odło­żono broń. Prak­tycz­nie do pół­nocy ko­lejne od­działy skła­dały broń, po czym ma­sze­ro­wały pod eskortą na te­ren Pio­nier Parku. Do nie­woli tra­fiło około 1900 po­wstań­ców w tym 400 ran­nych. Na­stęp­nego dnia gen. Ko­mo­row­ski wy­zna­czył płk. Ka­zi­mie­rza Ira­nek-Osmec­kiego ps. "Hel­ler", ppłk. Zyg­munta Do­bro­wol­skiego ps. "Zyn­dram", ppłk. Fran­ciszka Her­mana ps. "Bo­gu­sław­ski" i ka­pi­tana Al­freda Kor­czyń­skiego ps. "Sas" jako tłu­ma­cza do pro­wa­dze­nia roz­mów ka­pi­tu­la­cyj­nych z Niem­cami. Puł­kow­nik Ira­nek-Osmecki tak wspo­mina te chwile:

Z tru­dem prze­do­sta­wa­li­śmy się przez roz­wa­lone ulice, idąc z bu­dynku "Pa­sty" przy ul. Piusa XI, gdzie mie­ściła się Ko­menda Główna AK, do ba­ry­kady pod Po­li­tech­nikę. Grupy lu­dzi z to­boł­kami na ple­cach dą­żyły w tym sa­mym kie­runku, był to bo­wiem punkt przej­ścia dla ucho­dzą­cych z mia­sta miesz­kań­ców. Przy stud­niach usta­wiano się z wia­der­kami w sze­regi. Do­koła punk­tów roz­dziel­czych gro­ma­dzono się cier­pli­wie po garść jęcz­mie­nia lub psze­nicy, je­dy­nego do­stęp­nego jesz­cze po­ży­wie­nia. Mia­sto roz­po­czy­nało swój dzień. Ale ten dzień był inny niż po­przed­nie. Dziś cze­kano na coś nie­uchron­nego, co jest tuż, tuż. Wy­czu­wano zbli­ża­jący się ko­niec.

Spo­tka­nie de­le­ga­cji pol­skiej z gen. von dem Ba­chem w jego Kwa­te­rze Głów­nej w Oża­ro­wie było za­po­wie­dziane na go­dzinę 9. Trzeba więc było za­raz po go­dzi­nie 8 być na czo­ło­wej ba­ry­ka­dzie pod Po­li­tech­niką, gdzie mie­li­śmy prze­kro­czyć li­nię bo­jową.

(...) Do­szli­śmy w asy­ście pol­skiego do­wódcy tego od­cinka ru­inami ul. Śnia­dec­kich do ba­ry­kady nie­miec­kiej przy szpi­talu im. Mar­szałka Pił­sud­skiego. Ocze­ki­wał nas tam de­le­gat nie­miecki mjr SS Fi­scher[2]. Po­wo­łu­jąc się na po­sta­no­wie­nia Kon­wen­cji Ha­skiej, za­py­tał przez tłu­ma­cza, czy mamy broń. Po wy­ja­śnie­niu, że jej nie po­sia­damy, od­je­cha­li­śmy wraz z nimi sa­mo­cho­dami do nie­miec­kiej Kwa­tery Głów­nej.

Na wstę­pie wrę­czy­li­śmy pi­smo gen. Bora-Ko­mo­row­skiego w ję­zyku pol­skim i nie­miec­kim, upo­waż­nia­jące nas do prze­pro­wa­dze­nia per­trak­ta­cji i pod­pi­sa­nia umowy o zło­że­niu broni przez od­działy AK wal­czące w War­sza­wie.

Po prze­czy­ta­niu pi­sma Bach, wy­raź­nie pod­nie­cony, wstał i z prze­ję­ciem, sta­ra­jąc się nadać chwili jak naj­bar­dziej uro­czy­sty cha­rak­ter, roz­po­czął prze­mowę. Pierw­sze jego słowa "me­ine Her­ren", ak­cent, jaki im nadał - miały spe­cjalny wy­dźwięk. Dał wy­raz prze­świad­cze­niu o zdol­no­ściach do­wód­czych gen. Bora-Ko­mo­row­skiego, o bit­no­ści po­wstań­ców, o słusz­no­ści de­cy­zji zło­że­nia broni, co uwolni lud­ność od okrop­no­ści, ja­kie mu­siałby za­sto­so­wać, gdyby walka miała trwać dłu­żej. Gdy usiadł, nie do­pusz­cza­jąc tłu­ma­cza do głosu, roz­wi­jał da­lej swe my­śli pełne nie­ukry­wa­nego try­umfu.

(...) Po­le­ci­łem kpt. "Sa­sowi" od­czy­tać na­stępne py­ta­nie: Czy Bach po­twier­dza, że żoł­nie­rze AK zo­stali uznani przez rząd nie­miecki za kom­ba­tan­tów i czy będą mieli za­pew­nione wszel­kie prawa zgod­nie z Kon­wen­cją Ge­new­ską z 27 sierp­nia 1929 r.?

Bach po­twier­dził uzna­nie żoł­nie­rzy AK za kom­ba­tan­tów i roz­wo­dził się długo nad tym, że uzna­nie to jest jego za­sługą.

(...) W miarę po­su­wa­nia się per­trak­ta­cji sta­wał się co­raz roz­mow­niej­szy i upa­jał się wła­sną swadą. Ka­zał po­dać ka­napki i kawę, za­chwa­lał, że jest praw­dziwa i że po­cho­dzi ze zrzu­tów ame­ry­kań­skich, które wpa­dły w ręce nie­miec­kie; po­ja­wił się na stole i ja­kiś al­ko­hol[3].

Spo­tka­nie ge­ne­rała "Bora" z SS-Obe­rgru­pen­füh­re­rem Eri­chem von dem Bach-Ze­lew­skim w Oża­ro­wie Ma­zo­wiec­kim (4 paź­dzier­nika), źró­dło: do­mena pu­bliczna

2 paź­dzier­nika w Oża­ro­wie pod­pi­sano układ o za­prze­sta­niu dzia­łań wo­jen­nych w War­sza­wie. Ze strony nie­miec­kiej akt pod­pi­sał SS-Obe­rgru­pen­füh­rer Erich von dem Bach-Ze­lew­ski[4], stronę pol­ską re­pre­zen­to­wali płk Ira­nek-Osmecki oraz ppłk Do­bro­wol­ski. Pod­pisy zło­żono o go­dzi­nie 2.00 3 paź­dzier­nika. Niemcy za­pew­nili, że po­wstańcy zgod­nie z kon­wen­cją ge­new­ską zo­staną po­trak­to­wani tak jak żoł­nie­rze re­gu­lar­nej ar­mii idący do nie­woli, lud­ność cy­wilna miała moż­li­wość opusz­cze­nia mia­sta, za­bie­ra­jąc ze sobą swój do­by­tek. Mie­nie pu­bliczne i pry­watne miało pod­le­gać ochro­nie. W ciągu dwóch ko­lej­nych dni lud­ność cy­wilna miała ewa­ku­ować się z mia­sta. Ewa­ku­acja jed­nak nie była do­bro­wolna. Łącz­nie w wy­niku po­wsta­nia od 500 tys. do 550 tys. miesz­kań­ców sto­licy oraz około 100 tys. osób z miej­sco­wo­ści pod­war­szaw­skich zo­stało zmu­szo­nych do opusz­cze­nia swo­ich do­mów. Z tego grona bli­sko 60 tys. osób zo­stało de­por­to­wa­nych do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych, a ko­lej­nych 90 tys. - na ro­boty przy­mu­sowe w głąb Rze­szy. Po upadku po­wsta­nia Niemcy wbrew po­sta­no­wie­niom umowy ka­pi­tu­la­cyj­nej przy­stą­pili do sys­te­ma­tycz­nego wy­pa­la­nia i wy­bu­rza­nia mia­sta, co spo­wo­do­wało do­dat­kowe 30% znisz­czeń na le­wo­brzeż­nej czę­ści War­szawy.

Za­koń­czone Po­wsta­nie War­szaw­skie roz­po­czyna koń­cowy okres II wojny świa­to­wej, przy­naj­mniej z pol­skiej per­spek­tywy. W trak­cie trwa­ją­cego po­wsta­nia do­szło w po­li­tyce eu­ro­pej­skiej do pew­nych stra­te­gicz­nych prze­ta­so­wań. Alianci na Za­cho­dzie, za­chę­ceni suk­ce­sem ope­ra­cji "Over­lord", roz­po­częli naj­więk­szą w hi­sto­rii ope­ra­cję po­wietrzno-de­san­tową "Mar­ket Gar­den". Wal­cząca do­tąd u boku III Rze­szy Fin­lan­dia pod­pi­sała 19 wrze­śnia ro­zejm z ZSRR, przy­stę­pu­jąc do wojny z do­tych­cza­so­wym so­jusz­ni­kiem[5]. Było to już ko­lejne po Ru­mu­nii od­wró­ce­nie so­ju­szy. Rów­nież wę­gier­skie po­par­cie chwiało się w po­sa­dach. Prak­tycz­nie je­dy­nym suk­ce­sem, któ­rym mo­gli Niemcy pod­nieść swoje mo­rale, było udane wy­strze­le­nie ra­kiety V-2 na Lon­dyn, co na­stą­piło 8 wrze­śnia 1944 r.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Wstęp

W tym roku mija 80 lat od za­koń­cze­nia naj­więk­szego kon­fliktu zbroj­nego w dzie­jach świata. Po za­koń­czo­nej w 1918 roku Wiel­kiej Woj­nie po­wszech­nie uwa­żano, że ko­lejny raz już nie doj­dzie do ta­kiego ka­ta­kli­zmu. Wy­star­czyło jed­nak, by mi­nęło 21 lat, aby na nowo na świe­cie ode­zwały się agre­sywne za­pędy. Był to okres ku­mu­lu­jący w Eu­ro­pie na­stroje na­cjo­na­li­styczne, chęć re­wanżu za prze­graną wojnę - jak w przy­padku Nie­miec, od­bu­dowy lub po­wrotu do daw­nej świet­no­ści - jak w przy­padku Włoch, czy też do­koń­cze­nia prze­no­sze­nia ko­mu­ni­stycz­nych ha­seł na resztę państw eu­ro­pej­skich - jak w przy­padku ZSRR. Wę­grzy chcieli roz­strzy­gnąć za­targ z Ru­mu­nami, a w pań­stwach bał­kań­skich cią­gle wrzały emo­cje. Hi­sto­ria II wojny świa­to­wej to hi­sto­ria wiel­kiego kon­fliktu zbroj­nego, w któ­rym wzięło udział 61 państw, ale to także hi­sto­ria po­li­ty­ków z ich za­ku­li­so­wymi roz­mo­wami, ukła­dami i hi­sto­ria zwy­kłych lu­dzi z ich co­dzien­nymi dra­ma­tami, lu­dzi, któ­rzy stali po róż­nych stro­nach ba­ry­kady, a wielu z nich chciało tylko prze­żyć ko­lejny dzień. Hi­sto­ria II wojny świa­to­wej to też hi­sto­ria nie­na­wi­ści i śmierci mi­lio­nów Po­la­ków, Ro­sjan, Ży­dów, Niem­ców, Ro­mów. Sza­cuje się, że w różny spo­sób wojna do­tknęła 1 700 000 000 lu­dzi na ca­łym świe­cie. A prze­cież część z nich zo­stała póź­niej ro­dzi­cami, prze­no­siła swoją wo­jenną traumę na na­stępne po­ko­le­nia, przez co liczba po­śred­nich ofiar tego kon­fliktu ro­sła w za­trwa­ża­ją­cym tem­pie. Obec­nie żyje na świe­cie już co­raz mniej bez­po­śred­nich świad­ków i uczest­ni­ków tego kon­fliktu. To ostat­nie chwile, by wsłu­chać się w ich słowa. To ostat­nia chwila, by z ich do­świad­czeń wy­cią­gnąć wnio­ski na przy­szłość. Uczmy się hi­sto­rii, by nie po­peł­niać tych sa­mych błę­dów - ileż to razy sły­szymy to wy­świech­tane po­wie­dze­nie. Ale ja­kie wła­ści­wie wnio­ski wy­cią­gnę­li­śmy jako spo­łe­czeń­stwo? W cza­sach gdy na­uczy­li­śmy się uwa­żać, że wojna jest tylko tra­gicz­nym wspo­mnie­niem, ona puka do na­szych drzwi. I, co naj­gor­sze, nie tylko od nas za­leży, czy te drzwi otwo­rzymy. Rzą­dzą nami po­li­tycy, dla któ­rych wojna za­wsze była je­dy­nie środ­kiem dzia­ła­nia.

Rok­rocz­nie przy ko­lej­nych rocz­ni­cach spie­ramy się, czy dane wy­da­rze­nia miały sens. Czy było warto? Czy ra­cjo­nalny był za­mach na Franza Kut­scherę, gdy było wia­domo, że Niemcy ze­msz­czą się na miesz­kań­cach War­szawy? Czy wy­buch Po­wsta­nia War­szaw­skiego, słabo przy­go­to­wa­nego pod wzglę­dem uzbro­je­nia i wy­po­sa­że­nia miał sens? Kwe­stio­nu­jemy pra­wie każde wy­da­rze­nie, dy­wa­gu­jąc nad jego istotą. Ro­bimy to jed­nak, sie­dząc w wy­god­nym fo­telu, ma­jąc lo­dówkę pełną je­dze­nia i ogrze­wane miesz­ka­nie. Czy więc wolno nam pod­wa­żać po­wstań­czy zryw lu­dzi, któ­rzy czę­sto byli go­towi stra­cić wszystko, bo dla nich wolna Oj­czy­zna była naj­waż­niej­sza.

Po 80 la­tach pa­trzymy na wo­jenne wy­da­rze­nia z zu­peł­nie in­nej per­spek­tywy, nie po­tra­fimy so­bie na­wet wy­obra­zić cier­pie­nia, które prze­ży­wały osoby idące na śmierć w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, gło­du­jące i umie­ra­jące na uli­cach, idące do walki z ka­ra­bi­nem w ręku, od­ma­wia­jące mo­dli­twę z prośbą o prze­ży­cie ko­lej­nego dnia, by znów zo­ba­czyć zo­sta­wioną da­leko ro­dzinę.

Dziś wy­daje nam się, że wiemy już wszystko o tych wy­da­rze­niach. Zaj­muję się ba­da­niem hi­sto­rii pięt­na­ście lat i z każ­dym ro­kiem wiem, że jest to pewna nie­koń­cząca się opo­wieść. Wciąż od­kry­wamy nowe do­ku­menty, fo­to­gra­fie, re­la­cje świad­ków. Do­ra­stają nowe po­ko­le­nia, które trzeba edu­ko­wać, przy­po­mi­nać i po­ka­zy­wać to, co kie­dyś prze­żyli nasi przod­ko­wie. Żeby pa­mięć o nich i tym, czego do­świad­czyli, ni­gdy nie zgi­nęła. Bo prze­cież je­śli my prze­sta­niemy pa­mię­tać o nich, to nie mamy prawa żą­dać, by ko­lejne po­ko­le­nia pa­mię­tały po­tem o nas.

Kiedy otrzy­ma­łem pro­po­zy­cję na­pi­sa­nia książki, w któ­rej omó­wione zo­staną naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nia od za­koń­czo­nego Po­wsta­nia War­szaw­skiego do końca II wojny świa­to­wej w Eu­ro­pie wie­dzia­łem, że nie bę­dzie to wcale ła­twe za­da­nie. Te ostat­nie mie­siące wojny były naj­bar­dziej in­ten­sywne, miało miej­sce wów­czas tyle wy­da­rzeń, że za­czą­łem się za­sta­na­wiać, jak to wszystko zmie­ścić w jed­nej książce. Wąt­pli­wo­ści mi­nęły wraz z mo­men­tem roz­po­czę­cia pracy. Po na­pi­sa­niu pierw­szego zda­nia już wie­dzia­łem, w jaki spo­sób chcę opo­wie­dzieć tę hi­sto­rię. I mam na­dzieję, że to mi się udało, choć oczy­wi­ście koń­cowa ocena na­leży za­wsze do czy­tel­ni­ków. Po­mimo że uka­zało się do­tąd po­nad 30 ksią­żek mo­jego au­tor­stwa, jesz­cze żadna nie spra­wiła, że sta­wia­jąc ostat­nią kropkę, od­czu­łem ulgę. Były to dla mnie naj­bar­dziej in­ten­sywne mie­siące w pi­sar­skiej ka­rie­rze. Ciężko by było je prze­trwać bez wspar­cia mo­jej żony Ka­ro­liny, która co pe­wien czas za­glą­dała do ga­bi­netu spraw­dzać, czy trzeba mnie w czymś wy­rę­czyć, bym mógł sku­pić się na pi­sa­niu. W każ­dej książce i na każ­dym spo­tka­niu au­tor­skim po­wta­rzam, że je­stem wdzięczny żo­nie za tę po­moc i zro­zu­mie­nie dla mo­jej pa­sji. Więc je­śli zo­ba­czymy się kie­dyś na ja­kimś spo­tka­niu au­tor­skim, to na pewno o mo­jej żo­nie słów kilka też usły­szy­cie.

Dzię­kuję rów­nież Ra­fa­łowi Biel­skiemu, czyli re­dak­to­rowi na­czel­nemu wy­daw­nic­twa Skarpa War­szaw­ska, który za­pro­po­no­wał mi na­pi­sa­nie tej książki i życz­li­wie przy­jął pod swoje skrzy­dła. Gdyby nie jego pro­po­zy­cja, to za­pewne ta książka ni­gdy by nie po­wstała. A już dziś mogę zdra­dzić, że to nie jest moje ostat­nie słowo.