Europa - skok w nieznane - Victoria Martín de la Torre

Kup ebooka

48.00 zł
39.36 zł (26,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZEDMOWADO WYDANIA POLSKIEGO

Unia Europejska wyłoniła się z popiołów wojny, która odcisnęła się niezatartym znakiem na pokoleniu Ojców Założycieli. W wyniku ich osobistego i pokoleniowego doświadczenia projekt europejski stał się obietnicą pokoju i lepszego życia dla narodów Europy: obwieszczał koniec wojny i początek pokojowej współpracy na naszym przeoranym przez konflikty kontynencie.

I faktycznie, w ciągu kolejnych dekad Unia Europejska ucieleśniała tę obietnicę – rozwój szedł ręka w rękę z konstrukcją państwa dobrobytu.

Z biegiem czasu Unia budowała integrację w oparciu o konkretne polityki, które zmieniały Europę, wzmacniały jej gospodarkę i instytucjonalną trwałość. Osiągnięcia przyczyniały się w znaczącym stopniu do legitymizacji w oczach obywateli procesu integracji i poszerzania Unii.

Można powiedzieć, że pierwsze 50 lat historii integracji było zdumiewającym sukcesem zachodniej części kontynentu.

Unia legitymizowała się zgodnie z zasadą pierwszeństwa działającej demokracji nad abstrakcyjną filozofią, tak jak to widział Richard Rorty: "To, co robimy, jest ważniejsze niż dlaczego to robimy".

"Dlaczego" było ważne dla Schumana, Monneta i innych Ojców Założycieli, ale dla ich córek i synów "co" stało się bardziej naglące.

Ethos będący siłą napędową u początku Unii stał się mniej ważny – i mniej znany – niż policzalne korzyści z integracji.

Myślę, że tak często się rzeczy mają, gdy pokolenie dzieci przejmuje stery od rodziców, którzy włożyli w odbudowywanie spuścizny "krew, pot i łzy"; od dzieci oczekuje się po prostu porządnego zarządzania rodzinnymi dobrami. Ale już inaczej jest z wnukami. Oni znów się zwracają ku swoim korzeniom, bo odczuwają wyraźnie, że legitymizacja oparta na tym, "co robimy", nie wystarcza.

1

Autorka tej książki, Victoria Martin de la Torre, przynależy do tego pokolenia wnuków integracji, a nie bezpośrednich następców pokolenia Ojców.

I patrzy wstecz, na ten heroiczny okres, kiedy to stworzenie wspólnoty narodów Europy w warunkach możliwego do utrzymania pokoju było rzeczywiście skokiem w nieznane.

Victoria przedstawia swoją ideę Europy i jej konfrontację z rzeczywistością.

Pisze, że "będąc urzędniczką służby cywilnej Unii, zrozumiałam, dlaczego Jacques Delors wierzył, że Europa potrzebuje duszy".

Można by cynicznie zapytać, dlaczego nie oczekujemy posiadania duszy od żadnej innej organizacji międzynarodowej? Nikt nie szuka jej, na przykład, w ONZ. Na forum ONZ przedstawiamy nasze interesy i wartości, ale jest to, na dobre, czy złe, tylko mechanizm wytwarzający konsensus.

UE to coś całkiem innego. To coś więcej niż organizacja międzynarodowa, więcej niż instytucja. Więcej niż boisko do walki o interesy. Jest to przestrzeń, gdzie my, obywatele Europy, inwestujemy w naszą przyszłość i przyszłość tych, którzy przyjdą po nas.

Pomimo sporej krytyki, Unia jest ciągle obiektem pożądania dla tych, którzy są poza nią. Widzieliśmy to w bardzo poruszający i wyjątkowy sposób w Ukrainie.

I dlatego jest tak ważne, żeby Unia mogła powrócić do legitymizowania siebie i swoich dokonań poprzez powrót do owego "dlaczego", do podstawowych wartości, które napędzały ją przez pierwsze lata istnienia.

Każde pokolenie ma prawo i obowiązek tworzyć swoją własną narrację, która przywróci pamięć przeszłych wydarzeń, przefiltrowaną jednak przez nowe doświadczenia i nowe procesy. Pamięć, która będzie wspólna dla zachodniej i dla wschodniej, dla południowej i dla północnej Europy.

Potrzebujemy też przekonującej opowieści o tym, jak to się stało, że powstała Unia Europejska, dlaczego jej powstanie zmieniło historię Europy i dlaczego jest takie ważne, abyśmy jej nie stracili – przez głupotę polityczną, czy przez przypadek. Książka Victorii daje nam taką opowieść. Jest ona napisana rzetelnie, na podstawie faktów, ale nie jest to książka, która chciałaby stać się jednym z wielu zakurzonych tomów w bibliotekach.

2

Książka ta przenosi nas w tamten czas, zanurza nas weń – w czas, w którym ludzie, którzy stali u genezy Unii, okazują się natchnionymi bohaterami, prawdziwymi mężami stanu, choć jednocześnie są zwykłymi ludźmi – ojcami rodzin lub płomiennymi kochankami, mają słabostki, ponoszą ich czasem emocje, cieszą się rodzinnym życiem, a nade wszystko posiadają ciekawe osobowości. Realistyczni marzyciele. Prometeusze o ludzkim obliczu.

Po przeczytaniu tej książki nigdy już nie pomyślimy, mam nadzieję, o Europie, jako o odczłowieczonej, biurokratycznej rzeczywistości, pozbawionej owej "duszy".

Intencją Autorki było dać nam bogaty obraz pierwszych momentów integracji europejskiej jako fascynującego procesu, za którym stali ludzie z krwi i kości, którzy jednak, w całej swojej zwyczajności, dokonali rzeczy nadzwyczajnej: nauczyli nas patrzeć na wojnę jako na coś, co nigdy więcej nie powinno się wydarzyć na europejskiej ziemi. Na żadnej ziemi.

Teraz naszą rolą jest uhonorować ich dziedzictwo i kontynuować to, co oni stworzyli.

 

Prof. Danuta Hübner

WSTĘP

Ta książka dojrzewała wiele lat. Wszystko zaczęło się w 2002 roku, kiedy wzięłam roczny urlop z mojej dziennikarskiej pracy w Hiszpanii, żeby zrobić magisterium z politologii w Kolegium Europejskim w Brugii. Po raz pierwszy zastanawiałam się nad tym, kto wymyślił ten gąszcz traktatów i instytucji, które, według mnie, nie całkiem współgrały ze sobą.

Tego roku właśnie debatowano nad Traktatem Konstytucyjnym; nazwa w połowie drogi pomiędzy konstytucją a traktatem, jak wiele innych hybryd wyprodukowanych przez Unię Europejską. My, studenci, rzuciliśmy się w wir dyskusji typu: czy Europa potrzebuje konstytucji? Narodziny euro jako wspólnej waluty ponownie wprowadziły federalistów w rozmarzony nastrój, a wojny bałkańskie sprzyjały idei prowadzenia prawdziwie wspólnej polityki zagranicznej i obronnej. W przeddzień wstąpienia do Unii dziesięciu nowych krajów dyskutowaliśmy o tym, czy dać priorytet rozszerzeniu czy raczej reformie procesu decyzyjnego.

Kolejną kwestią rozpalającą emocje była wzmianka o chrześcijańskich korzeniach Europy w preambule do konstytucji. Czy konstytucja europejska powinna odnosić się do chrześcijaństwa? Słuchałam argumentów za i przeciw, i nie mogłam się zdecydować. Zastanawiałam się, co by na to powiedzieli założyciele europejskiej wspólnoty i czy myśleli o tym podczas pracy nad traktatami.

Nie dociekałam więcej. Zrobiłam magisterium i wróciłam do redakcji mojego tygodnika w Madrycie. Pisałam o fiasku "Traktatu Konstytucyjnego" i o rozczarowaniu federalistów – których uważano wtedy za zbyt utopijnych – a także o kryzysie i jego nieoczekiwanych konsekwencjach. Wtedy właśnie po raz pierwszy przeprowadziłam wywiad z Danutą Hübner, komisarzem polityki regionalnej będącej dziedziną tyleż ważną dla Polski, co i dla Hiszpanii.

W 2008 roku w czasie kryzysu straciłam pracę w tygodniku i znalazłam zatrudnienie w Parlamencie Europejskim. Po raz pierwszy widziałam od środka instytucje europejskie w dobie kryzysu, zobaczyłam, jak kwestionowana jest solidarność między państwami członkowskimi. I ponownie zadałam sobie pytanie, co by na to powiedzieli tak zwani "ojcowie Europy". Zaczęłam od lektury ich wspomnień, a skończyłam na przeszukiwaniu cyfrowych archiwów instytucji europejskich. Były prawdziwą skarbnicą oficjalnych dokumentów, listów, sprawozdań ze spotkań, fotografii, nagrań wideo i artykułów prasowych z tamtych czasów.

Ich bohaterowie powoli ożywali w mojej wyobraźni. Zafascynowała mnie ich osobowość i ich doświadczenia życiowe. Wybrałam pięciu, chociaż było wielu innych, którzy torowali im drogę. Pierwszym, który na Kongresie Pokojowym w Paryżu w 1849 roku mówił o Stanach Zjednoczonych Europy, był Victor Hugo. W 1831 roku Polak Wojciech Bogumił Jastrzębowski zredagował konstytucję dla Europy. Obydwaj byli wielkimi marzycielami wyprzedzającymi swoją epokę, jednak niedane im było zrealizować swoje utopijne plany.

Niezwykle ważną umiejętnością pięciu protagonistów tej książki było łączenie idealizmu z realizmem: mieli jasną wizję społeczeństwa pokoju i dobrobytu, do którego chcieli dążyć, aczkolwiek byli świadomi, w jakich czasach żyli i wiedzieli, że trzeba cierpliwości, żeby zmieniać świadomość i naprawiać ludzkie niedoskonałości. Potrafili podejmować szybkie decyzje, nie tracąc z widoku horyzontu wyższych wartości. Krok za krokiem. Dzielili traumę dwóch wojen światowych i pragnienie pozostawienia innego dziedzictwa przyszłym pokoleniom. Nie chcieli powierzać tego dziedzictwa woli tych, którzy po nich nadejdą, wiedzieli, że dobra wola nie wystarcza. Pragnęli ustanowienia tak silnych więzów między państwami członkowskimi, żeby wojna między nimi stała się fizycznie niemożliwa. Żeby nie mogła zależeć od kolejnego przywódcy. Z tego powodu włożyli wiele wysiłku w budowę instytucji i w zasadę nadrzędności prawa wspólnotowego: żeby prawo było królem (Lex Rex). Tym sposobem można zagwarantować równość między wszystkimi krajami wspólnoty i wyjść poza doraźne oddziaływania polityki.

To, co odkryłam w moich lekturach, podróżach i wywiadach z ludźmi, którzy ich znali, to był brak sprecyzowanego celu, do którego ojcowie Europy zmierzali. Wspólne podążanie wybraną drogą i działanie w ramach prawdziwej wspólnoty, która przedkłada dobro wspólne nad interesy partykularne, było dla nich najważniejsze. To była prawdziwa rewolucja w relacjach międzynarodowych. Było to zerwanie z koncepcją równowagi między krajami opartą na sile i budowanie więzi opartych na zaufaniu. Znajdując inspirację w filozofii personalistycznej Jacques'a Maritaina i Emmanuela Mouniera wybrali słowo "wspólnota" dla swojego projektu.

Z tego powodu pierwszy rozdział tej książki jest poświęcony kongresowi w Hadze, gdzie pojawiają się różne nurty filozoficzne i ruchy obywatelskie, które przygotowały grunt pod działania polityczne. W moim dziennikarskim podejściu do tematu starałam się, żeby bohaterowie przemawiali własnym głosem, żeby czytelnik wszedł do sali, gdzie odbywały się dyskusje, posłuchał i przyjrzał się ich spotkaniom i rozstaniom, także w sensie ideowym. Ponieważ pozwoliłam przemówić tym osobom – wynajdując dialogi w pamiętnikach i archiwach, czasami dość swobodne stylistycznie – nie ma w tej książce sądów wartościujących ani wniosków. Mam nadzieję, że czytelnik sam je wyciągnie.

Pierwsze wydanie tej książki ukazało się osiem lat temu. Teraz, w momencie kluczowym dla Europy i dla świata, wychodzi wersja polska. Wojna w Ukrainie pokazuje mocne strony i słabości Unii Europejskiej, których geneza sięga lat pięćdziesiątych XX wieku. Wspólne zarządzanie węglem i stalą przyniosło pokój między Francją a Niemcami i ułatwiło odbudowę gospodarek obu krajów. Niestety, nie powiódł się projekt powołania europejskiej armii i stworzenie Europejskiej Wspólnoty Obronnej. Dla Jeana Monneta priorytetem była samowystarczalność energetyczna i wspólne gospodarowanie zasobami, jednak sześć krajów założycielskich sygnujących Traktaty Rzymskie zdecydowało się jedynie na wspólny rynek.

Ta książka nie tylko rzuca światło na rolę Unii Europejskiej w świecie, ale również na stosunek Polski do projektu europejskiego, i to w chwili, gdy decyduje się przyszłość Polski i jej związki z Unią Europejską.

Sądzę, że ta publikacja może mieć swój wkład w tę debatę. Z jednej strony mamy znaczący udział wielu Polaków w instytucjach międzynarodowych w pierwszej połowie XX wieku. Z drugiej, rysuje się duży obszar, niezbadany jeszcze, związków pomiędzy personalizmem francuskim i jego wpływem na pierwsze wspólnoty europejskie, a personalizmem w Polsce. W dekadzie, którą zajmuje się ta książka, myśl Emmanuela Mouniera przenika do Warszawy, a Jacques Maritain jest znany w kręgach intelektualnych Krakowa. Dowodem na to jest powstanie Klubu Inteligencji Katolickiej w 1956 roku, a także czasopism: Znak, Tygodnik Powszechny czy Więź, redagowana przez przyszłego premiera Tadeusza Mazowieckiego.

Pragnę podziękować za wsparcie w wydaniu tej publikacji trzem instytucjom: Fundacji My Obywatele Unii Europejskiej, Fundacji Bronisława Geremka i Komisji Konferencji Biskupów Unii Europejskiej (Comece). Reprezentują one trzy filary, które tworzyły pierwszą "wspólnotę": społeczeństwo obywatelskie, bez którego polityka sprowadza się do okresowego chodzenia na wybory; zaangażowanie polityczne inspirowane doświadczeniem życiowym, filozofią i krytycznym myśleniem oraz duchowe dziedzictwo kontynentu naznaczonego różnorodnością.

Wspominam z podziwem profesora Geremka, który był wykładowcą w Kolegium Europejskim za moich studenckich czasów. Intelektualistę, który poprzez Solidarność przyczynił się do pokojowej zmiany w swoim kraju. Miał wiele cech wspólnych z ojcami założycielami Europy: doświadczenie wojny i prześladowania, dążenie do pokoju i zdolność współpracy ze wszystkimi na rzecz dobra wspólnego oraz zaangażowanie polityczne i społeczne inspirowane, między innymi, przez personalizm francuski.

A co z "chrześcijańskimi korzeniami"? Powiedziałabym – tak uważają osoby, z którymi rozmawiałam, przyjaciele i krewni "ojców założycieli" – że trzej chrześcijańscy demokraci, Schuman, De Gasperi i Adenauer, nigdy nie zastanawiali się nad umieszczeniem religii w jakimkolwiek dokumencie urzędowym. Byli chrześcijanami, a wiara wpływała na ich poczynania polityczne. Jednocześnie uważali, że jakakolwiek decyzja tworząca podziały i wykluczająca niechrześcijan z ich projektu politycznego jest niepotrzebna, a może nawet kontrproduktywna. Z kolej Paul-Henri Spaak i Jean Monnet – którzy byli, odpowiednio, ateistą i agnostykiem – przypisywali chrześcijaństwu pozytywną rolę w budowaniu wspólnoty i tworzeniu wartości narodów europejskich. Ale, prawdopodobnie, sprzeciwiliby się umieszczeniu wzmianki o wartościach chrześcijańskich we wstępie do konstytucji.

Tych pięciu "ojców" żywiło przekonanie, że wspólnota jest zawsze lepsza od podziałów i że dobro wspólne jest ponad różnicami personalnymi, narodowymi czy ideologicznymi. Ich przyjaźń była trwała, a więzy zaufania bardzo mocne, co pozwoliło im rzucić się w wir najzuchwalszej przygody politycznej w dziejach. Pozostaje ona wciąż skokiem w nieznane.

Projekt europejski, ze swoimi możliwościami i związanym z nimi ryzykiem, wciąż jest skokiem w nieznane.

MAJ 1948 ROKU:W HADZE RODZI SIĘ NOWA EUROPA

7 MAJA 1948

"Europie zagrażają jej własne samobójcze skłonności", zapisze Salvador de Madariaga w swoim małym kieszonkowym notesie. Patrząc na ulice Hagi z okna samochodu przypomina sobie najczarniejsze rozdziały z niedawnej historii Holandii i Europy. Minęły trzy lata od niemieckiej okupacji i końca walk, ale wojenne rany wciąż widać w tym holenderskim mieście i w sercach jego mieszkańców.

W ich zbiorowej pamięci wciąż żywy jest obraz 500 ludzi zabitych przez siły alianckie 3 marca 1945 roku, miesiąc przed wyzwoleniem. Kiedy samochód Madariagi przejez?dz?a przez dawniej gęsto zaludnioną dzielnicę Bezuidenhout, ruiny potwierdzają rozmiar tragedii. Tamtego dnia brytyjski RAF miał zamiar zneutralizować wyrzutnię pocisków V-2 umieszczoną przez Niemców w pobliskim parku. Błąd w obliczeniach sprawił, że bomby spadły na ludzi.

Z Madariagą podróżuje autem jego przyjaciel Josep Trueta, słynny barceloński chirurg; poznali się na wygnaniu w Wielkiej Brytanii. Obydwaj uczą na Uniwersytecie Oksfordzkim: Madariaga jest profesorem literatury, a Trueta medycyny. Kataloński doktor opracował słynną metodę leczenia ran po pociskach i odłamkach; uratowała ona życie wielu ludziom i zapobiegła wielu amputacjom, najpierw w czasie hiszpańskiej wojny domowej, a następnie w czasie II wojny światowej.

Dwaj Hiszpanie zostaną przewiezieni samochodem z portu w Hadze do holenderskiego parlamentu. Kierowca auta bacznie obserwuje w lusterku wstecznym swoich pasażerów; są gośćmi specjalnymi burmistrza. Madariaga i Trueta patrzą przez okno samochodu w milczeniu. Ten kontynent, zniszczony przez dwie wojny, nie jest jeszcze świadomy swojej tożsamości, sądzi Madariaga. Nie zdaje sobie jeszcze sprawy z bogactwa swojej różnorodności, z potrzeby zjednoczenia i położenia definitywnego kresu barbarzyństwu. Niektórzy domagają się polityki twardej ręki wobec Niemiec, inni chcą za wszelką cenę uniknąć błędów popełnionych po I wojnie światowej i tym razem rzeczywiście zbudować nowy ład.

Tego słonecznego, wiosennego dnia spotykają się w Hadze ludzie, którzy od dziesięcioleci propagują ideę zjednoczonej Europy. Czas przejść od słów do czynów. Madariaga jest jednym z organizatorów i poprosił swojego kolegę Josepa, żeby mu towarzyszył. Hiszpański dyplomata i pisarz zyskał sławę jako pacyfista, od czasu kiedy pracował w Departamencie Rozbrojenia w Lidze Narodów w latach 20-tych. Na kartach swoich książek, ale także poprzez politykę broni swych idei spotykając się z hiszpańskimi wygnańcami i opozycjonistami reżimu Francisco Franco. Na poziomie europejskim rok wcześniej założył Międzynarodówkę Liberalną celem zjednoczenia europejskich partii liberalnych. Ufa, że zgromadzenie, które ma właśnie odbyć się w Hadze, będzie fundamentem przyszłej Europy. Nowej Europy, Europy bez wojen i dziedziczonych nienawiści.

Oczekiwania są wielkie, marzenia zostały przebudzone. Przyjeżdżają najważniejsze osobistości z całego świata, w tym obserwatorzy z Ameryki. Bez wątpienia wielkim bohaterem tego szczytu jest były brytyjski premier Winston Churchill. Rok temu zlecił swojemu zięciowi Duncanowi Sandysowi, posłowi torysów, koordynację ruchów proeuropejskich we wszystkich krajach i założenie stałej organizacji. Rezultatem jest Międzynarodowy Komitet na Rzecz Zjednoczonej Europy, któremu przewodniczy Sandys. W jego skład wchodzi: Ruch na Rzecz Zjednoczonej Europy, stworzony przez Churchilla, Unia Europejskich Federalistów, Międzynarodówka Liberalna Madariagi i Nowe Drużyny Międzynarodowe (Nouvelles Équipes Internationales), paneuropejska organizacja katolicka. Dołączyła się także Niezależna Liga na Rzecz Współpracy Europejskiej, założona przez byłego prezydenta Belgii, Paula Van Zeelanda; jej celem ma być rozwój współpracy gospodarczej.

Swoje przybycie potwierdziło 800 przywódców, intelektualistów, przedsiębiorców, związkowców, naukowców i artystów o renomie międzynarodowej. Sprawy praktyczne wymagają jednak dużej dozy kreatywności. Powojenny głód, braki w zaopatrzeniu, domy w gruzach – w takich warunkach holenderski senator Pieter Adriaan Kerstens, przewodniczący komitetu organizacyjnego, stara się zapewnić zakwaterowanie i wyżywienie wszystkim uczestnikom. Dobra wola mieszkańców Hagi i okolic pozwala uzupełnić niedobory: restauracje i kawiarnie przygotowują obiady i kanapki po obniżonych cenach. Z powodu braku miejsc w hotelach wiele rodzin przyjmuje delegatów w swoich domach.

Mieszkańcy są bardzo przejęci szczytem i już z niecierpliwością oczekują przybycia gości; wychylają się z okien i tłoczą w uliczkach naprzeciwko zabytkowego pałacu Ridderzaal (sala rycerska). Budynki są przystrojone kwiatami i wielokolorowymi flagami narodowymi, które przeplatają się z nowym symbolem zjednoczonej Europy: ogromną, czerwoną literą E na białym tle.

W południe przybywają pierwsi delegaci. Po odebraniu swoich identyfikatorów i kuponów na zniżki w lokalnych restauracjach goście korzystają z okazji, żeby coś zjeść przed rozpoczęciem planowanych na godzinę 14.15 obrad. Młodzi aktywiści niecierpliwią się i zajmują miejsca w tylnych rzędach tej ogromnej sali. Maszyny do pisania i telefony, które umożliwią pracę dziennikarzom, umieszczono w pomieszczeniu na górze. W piwnicy urządzono pokój wypoczynkowy z zimnymi napojami, biuro informacji turystycznej i okienko pocztowo-telegraficzne.

Tuż przed 14.00 księżniczka Juliana i jej mąż Bernhard wchodzą do Sali Rycerskiej, która już jest pełna delegatów, jest także kilka... delegatek. Królowa Wilhelmina osobiście była zaangażowana w przygotowania, chociaż z uwagi na wiek scedowała prowadzenie obrad na swoją córkę. Imponujący salon, ozdobiony herbem książąt Holandii, pamięta początki tego zamku, wzniesionego przez przodka królowej Wilhelminy w wieku XIII.

Para książęca uroczyście wita zebranych i wchodzi na podium. Obok rodziny królewskiej zajmują miejsce organizatorzy: Salvador de Madariaga, intelektualiści Henri Brugmans i Denis de Rougement oraz byli premierzy Paul Van Zeeland i Paul Ramadier. Churchill, postarzały i mocno przy kości, otrzymuje stojącą owację. Jako wyzwoliciel Europy jest wszędzie podziwiany. Za Churchillem wchodzi jego zięć Sandys, który siada obok Madariagi.

Burmistrz Willem Adriaan Johan Visser formalnie otwiera obrady, witając zgromadzonych. Churchill, rozglądając się wkoło, zapala cygaro. Jest zadowolony, udało mu się zorganizować to wielkie spotkanie na szczycie. Mimo wielkiego entuzjazmu tłumu wobec jego osoby, nie wszędzie słychać pochwały. Z jednego z przednich rzędów obserwuje salę zirytowany włoski minister spraw zagranicznych, Carlo Sforza. Nie w smak mu status gwiazdy, jakim cieszy się wśród zgromadzonych Churchill, nie jest on świętym jego wyznania. Sforza ma 73 lata, całe swe życie poświęcił dyplomacji i jest kluczową postacią w rządzie Alcide de Gasperiego. Razem tworzyli włoską politykę powojenną, której celem był powrót demokratycznych i stabilnych Włoch do Europy. Sforza zdaje sobie sprawę, że Włochy, z uwagi na swą niedawną faszystowską przeszłość, nie mogą być liderem w budowie nowej Europy. Churchill, jak by nie było, ma polityczną charyzmę i potrafi przekonać audytorium, nawet jeśli na dłuższą metę nie będzie mu dane zyskać aprobaty Włochów.

Henriemu Brugmansowi i Denisowi de Rougemont także nie podoba się rola lidera, jaką sam sobie przypisał Churchill, ale ich powody są inne. Tym dwóm intelektualistom przeszkadza zagrożenie, jakim dla jedności europejskiej jest źle pojęta idea atlantycka, manichejski wybór między dwoma blokami: amerykańskim kapitalizmem i sowieckim komunizmem, tak jakby nie było innej opcji.

Brugmans i Rougemont wierzą w federalizm humanistyczny inspirowany personalizmem. Ci tak zwani personaliści sytuują człowieka (osobę) z jego wymiarem duchowym i społecznym w samym centrum działań politycznych – w połowie drogi pomiędzy indywidualizmem propagowanym przez liberalny kapitalizm, a kolektywistycznym marksizmem. To jest model, którego chcą dla Europy Brugmans i Rougemont. Z tego powodu są za inicjatywą czysto europejską, nie chcą budować Europy na bazie instytucji zaprojektowanej przez Anglosasów.

Wydaje się jednak, że Europejczycy nie są w stanie działać racjonalnie i w tej sytuacji to Stany Zjednoczone mają zaprowadzić porządek w starej Europie. Oferowana przez nie pomoc gospodarcza krajom, które będą koordynowały swoje plany odbudowy, doprowadziła do trwałej współpracy pomiędzy dawnymi rywalami. Generał Marshall obiecał korzystne kredyty na odbudowę domów, ulic, dróg, reaktywację rolnictwa i przemysłu. Bez tej pomocy Europejczykom zagroziłoby widmo głodu i ruiny. Poprzez pomoc finansową Amerykanom udało się doprowadzić do założenia Organizacji Europejskiej Współpracy Gospodarczej (Organisation for European Economic Cooperation, OEEC).

Delegacja amerykańska obecna w Hadze oraz Churchill chcieliby, żeby OEEC stała się fundamentem dla Zjednoczonej Europy: stałą organizacją współpracy powiązaną ze Stanami Zjednoczonymi. Konserwatywne i atlantyckie plany Churchilla kontrastują z federalizmem personalistycznym, do którego aspirują Sforza, Rougemont i Brugmans. Nie szczędziła im krytyki także brytyjska Partia Pracy, która nawet prosiła swoich członków o niebranie udziału w tym kongresie.

Tym można wyjaśnić nieobecność belgijskiego socjalisty Paula-Henriego Spaaka. Chociaż podziwia wojenne przywództwo Churchilla, nie chce zrazić do siebie brytyjskich labourzystów. Tak czy inaczej, sporo z nich nie posłuchało oficjalnych zaleceń partii i przybyło do Hagi wiedząc, że wielu uczestników nie podziela politycznej linii Churchilla i są tam, żeby pracować dla Europy, poza wszelkimi ideologiami.

Po tym, jak burmistrz powitał delegatów, w kierunku sceny rusza Churchill, jego zaokrągloną sylwetkę trudno pomylić z kimś innym. Towarzyszy mu aplauz i rozbudzone nadzieje audytorium. Pozdrawia ich królewskie mości i inne osobistości... i przede wszystkim pozdrawia Niemców. Delegacja niemiecka, która nie jest liczna i nie ma w niej ważnych figur, przyjmuje to z zadowoleniem. Na jej czele stoi były burmistrz Kolonii Konrad Adenauer, który skinięciem uprzejmie reaguje na słowa Anglika.

"W tym trudnym czasie zjednoczenie Europy jest rzeczą kluczową dla samej Europy, jak i dla świata" – mówi Churchill. "Od kiedy poruszyłem tę sprawę w 1946 roku w Zurichu1 i od czasu założenia naszego Brytyjskiego Ruchu na rzecz Zjednoczonej Europy w 1947 roku wydarzenia nadały naszej sprawie nieoczekiwany bieg. Ta sprawa jest albo najwyższej wagi albo jest czysto akademicka. Gdyby była akademicka, sczezłaby na boku drogi; ale jeśli miałaby być najwyższej wagi dla Europy i świata w tej czarnej godzinie, to iskra wznieci ogień, który rozpali serca i umysły mężczyzn i kobiet w wielu krajach. I tak rzeczywiście się stało". Zachęca 16 państw OEEC do zacieśniania współpracy gospodarczej i wychwala sojusz militarny zawarty w Brukseli przez pięć mocarstw. Sojusz, który w żadnym razie nie uważa Niemiec za wroga.

"Europa wymaga tego, co mogą dać Francuzi, Niemcy i każdy z nas. Tak więc witam tu, pośród nas, delegację niemiecką. Dla nas niemieckim problemem jest odbudowa gospodarki Niemiec oraz przywrócenie narodowi niemieckiemu dawnej chwały bez narażania ich sąsiadów i nas samych na odbudowę ich potęgi militarnej".

Punktualnie o 16.15 Churchill kończy swoje przemówienie i następuje piętnastominutowa przerwa. Kiedy o 16.30 sesji ma przewodniczyć Paul Ramadier, z trudem udaje mu się uciszyć delegatów i sprawić, żeby powrócili na swoje miejsca. Ten były premier Francji i historyk ruchu oporu jest także jednym z autorów konstytucji IV Republiki. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej sprawował swą funkcję, jednak niepokoje społeczne i strajki zmusiły go do dymisji w listopadzie. Władzę po nim przejęła partia konserwatywna MRP (Mouvement Républicain Populaire, ludowy ruch republikański) z Robertem Schumanem na czele. Ramadier tymczasem nie traci zapału i rozpala emocje zgromadzonych, kończąc swoje przemówienie okrzykiem "Europa albo śmierć!".

Po nim na mównicę wstępuje hrabia Richard Coudenhove-Kalergi, człowiek instytucja. On i jego żona są członkami delegacji francuskiej. W wieku 54 lat wzniósł się na szczyty jako szanowany orędownik sprawy europejskiej. W 1922 roku swym manifestem nawoływał do budowy "Paneuropy", co było nie lada wyczynem. W tej chwili przypomina te lata pracy: "Ten kongres upamiętnia 25 rocznicę istnienia Ruchu Paneuropejskiego, 25 lat walki o pokój i wolność w Europie. Nie jest to dużo w ujęciu historycznym, ale dla jednego pokolenia to szmat czasu".

Nie mogło zabraknąć słów przywołujących prekursora Aristide'a Brianda; przemówienie francuskiego prezydenta na forum Ligi Narodów 5 listopada 1929 roku wzywało do federalizacji Europy i było próbą przełożenia manifestu Coudenhove'a-Kalergiego na język polityki. Projekt się nie powiódł, a najgorsze obawy stały się rzeczywistością. "Gdyby mnie się powiodło, nie byłoby ani Trzeciej Rzeszy ani II wojny światowej" – mówi hrabia. Pora, żeby ziściło się to marzenie: "Chcę konstytuanty kontynentalnej z europejskimi posłami!".

Brugmans popiera tę propozycję. Tak, trzeba zwołać zgromadzenie konstytucyjne, żeby zacząć federalizację Europy na wspólnych demokratycznych podstawach. Tego właśnie broni w swoim wystąpieniu. Chce jedności. Europa jest "kwestią pierwotną", celem nadrzędnym, ponad jakimikolwiek podziałami ideologicznymi, interesami ekonomicznymi czy priorytetami narodowymi. II wojna światowa skończyła się, ale żelazna kurtyna rzuca cień na Europę, przypominając o możliwości wybuchu nowej wojny. "Najpierw trzeba zjednoczyć Europę" – nalega Brugmans. W świecie, który wydaje się zmierzać do konfliktu, narody europejskie będą pierwszymi ofiarami. Podzielone i bezradne, poddają się bezwolnie polityce międzynarodowej.

"Poza traktatami, które zawsze można wymówić, poza konwentyklami, które często bywają nużące, chcemy europejskich instytucji federalnych, które miałyby autorytet, instytucji zdolnych do stworzenia nowego społeczeństwa składającego się z narodów. Powiedzmy śmiało światu, który ma prawo być sceptyczny, że nie interesują nas w ogóle, w żadnym wypadku, konstrukcje dyplomatyczne w stylu dawnej Ligi Narodów czy jakaś tam ONZ europejska, sparaliżowana prawem veta".

Madariaga się zgadza. Osobiście doświadczył wad i porażek Ligi Narodów, brał przecież udział w jej inauguracji w Genewie po I wojnie światowej. Pod koniec sesji podchodzi do Brugmansa, żeby z nim porozmawiać i razem idą do hotelu trochę odpocząć i przebrać się przed kolacją.

Po przyjęciu wydanym przez rząd holenderski w pałacu Wassenaar goście wsiadają do tramwaju i jadą na nadmorski bulwar, gdzie znajduje się Scheveningen Kurhaus, imponujący pałac, dziś hotel, gdzie goście będą jedli kolacje w dni obrad.

Zbudowany pod koniec XIX wieku na miejscu kąpieliska termalnego Scheveningen Kurhaus jest jednym z najbardziej ekskluzywnych hoteli Europy. Stołownicy, zapowiadani przez głośniki, przechodzą przez wielki hall ze wspaniałą klatką schodową i wyszukanymi lampami. W tym hotelu mieszka Winston Churchill z żoną, a także Anthony Eden, minister spraw zagranicznych rządu torysów; z wąsami a la Clark Gable jest w centrum zainteresowania pań.

Faworyzowanie Anglików przez burmistrza nie spodobało się Francuzom. Narzekają, że mieszkają daleko od siebie, niektórzy kilka kilometrów od Hagi, a Brytyjczycy są zakwaterowani w luksusowych hotelach.

Dla Adenauera przyjęcia, bankiety i towarzysząca im etykieta są tylko utrapieniem. Burmistrz zawsze był człowiekiem zamkniętym w sobie, nie przepadał za towarzystwem ani za luksusem. Tym bardziej teraz, kiedy jest w żałobie po śmierci żony Augusty, zmarłej dwa miesiące wcześniej. Jeśli znalazł się tu, w Hadze, w tym wspaniałym hotelu, to przez politykę. Albo lepiej powiedzieć, że z poczucia obowiązku: uważa, że jest odpowiedzialny za wyciągnięcie swojego kraju z kryzysu i uwolnienie go od poczucia wstydu za nazizm. Tu ma świetną okazję, żeby porozmawiać z każdym z przywódców Europy jak równy z równym, a nie jak zwyciężony ze zwycięzcą.

Usłyszawszy, że przybył Churchill, podchodzi do niego, żeby się przywitać, zanim pójdzie zająć swoje miejsce przy jednym z głównych stołów. Dziękuje mu za niedopuszczenie do podziału Niemiec. Przed zakończeniem walk wśród aliantów krążył pomysł podziału Niemiec na cztery części. Słynny plan Morgenthau (opracowany w Stanach Zjednoczonych i popierany przez szerokie kręgi w Wielkiej Brytanii i Francji) zakładał zmianę modelu ekonomicznego Niemiec i przekształcenie ich z potęgi przemysłowej w kraj rolniczy. Według tego planu Niemcy miały zostać podzielone w następujący sposób: zachód miał przypaść Francji, wschód Polsce, a reszta Niemiec miała składać się z dwóch części, południowej i północnej. W ten sposób położono by kres ekspansjonistycznym ambicjom pruskich Niemiec. Chociaż wciąż można znaleźć zwolenników podziału Niemiec, plan Morgenthau został odrzucony z powodu zmasowanej krytyki; jednym z największych krytyków jest Churchill.

Churchill przyjmuje słowa wdzięczności od Adenauera i przekazuje mu najlepsze życzenia. Słyszał o nim. Były burmistrz Kolonii został odsunięty od polityki najpierw przez nazistów, a potem w 1945 roku przez Brytyjczyków, kiedy administrowali Nadrenią, jego regionem2. Brytyjski zakaz trwał tylko dwa miesiące, a kiedy szwagier Adenauera zastąpił go w ratuszu, on sam w tym czasie jeździł po Niemczech, tworząc nową partię CDU, której teraz przewodzi.

Od śmierci Gusie, jak pieszczotliwie nazywał swoją żonę, 3 marca, całkowicie poświęcił się pracy i nie myśli o niczym innym, chce zostać kanclerzem. Jego dzieci są już dorosłe; Gusie była jego drugą żoną, znacznie młodszą od niego, on ma teraz 72 lata i nigdy nie przypuszczał, że ją przeżyje.

Ostatnie kilka tygodni było bardzo ciężkich, ponieważ prawie jej nie widywał. Na początku choroby spędzał dużo czasu przy jej łóżku. Wtedy brytyjskie władze ograniczyły mu swobodę poruszania się i uniemożliwiły zamieszkanie z rodziną. Pozwolono mu widywać się z Gusie tylko przez kilka godzin. Mimo to Gusie wstawała i przygotowywała jemu i jego kierowcy kanapki i kawę w termosie, wiedząc, że źle jedzą w drodze. Ta przymusowa separacja z żoną w najcięższych godzinach będzie najtrudniejsza do wybaczenia Anglikom. Jednak teraz nadszedł czas, aby przełknąć tę gorzką pigułkę i pracować na rzecz przyszłości.

Przez ostatnie dwa lata Adenauer starał się zostać równorzędnym partnerem w rozmowach z aliantami i bezpośredni kontakt z Churchillem przyniesie mu duże korzyści. Chce też porozmawiać z przewodniczącym francuskiej delegacji konserwatystów MRP. Chociaż jej prezes, George Bidault, nie przebywa w Hadze, wysłał swoją prawą rękę, Roberta Bicheta. Bichet jest posłem do parlamentu i bliskim przyjacielem Bidaulta, odkąd walczyli razem w ruchu oporu. Celem Adenauera na dzisiejszy wieczór jest realizacja strategii neutralizacji drugiego kandydata na kanclerza Niemiec, Josepha Müllera, popieranego przez zachodnie partie konserwatywne. Na szczęście Müller nie przyjechał do Hagi, to dobra wróżba dla Adenauera.

Historia tego bawarskiego polityka podbiła serca Amerykanów, którzy uczynili go swoim faworytem. W wieku 50 lat Müller jest bohaterem katolickiego ruchu oporu przeciwko Hitlerowi i ma przed sobą obiecującą przyszłość. Ufają mu USA, francuska konserwatywna MRP, włoska Chrześcijańska Demokracja, a nawet Stolica Apostolska! II Armia amerykańska uwolniła go pod koniec wojny z obozu koncentracyjnego w Dachau, a tajne służby przewiozły na włoską wyspę Capri na przesłuchanie. Przed powrotem do domu w maju 1945 roku zatrzymał się w Rzymie w związku z audiencją u papieża Piusa XII i planowaną rozmową z Alcide de Gasperim. Szef włoskiego rządu był pod wrażeniem Bawarczyka i powiedział swoim przyjaciołom z MRP, że powinni z nim współpracować.

Francuzi poszli za radą De Gasperiego i dwa lata wcześniej Müller był jedynym niemieckim gościem zaproszonym na kongres MRP. Zarówno Georges Bidault, jak i Robert Schuman lubili go i spodziewali się, że będzie błyszczał w niemieckiej polityce. Ale na szczęście dla Adenauera Joseph Müller zdyskredytował się: w ostatnich miesiącach wzywał do zbliżenia ze Związkiem Radzieckim jako strategii prowadzącej do zjednoczenia Niemiec. Ani Waszyngton, ani Londyn nie doceniły jego uwag. Adenauer uważa, że jest odwrotnie: według niego demokratyczne Niemcy nie mogą niczego oczekiwać od Moskwy.

Teraz MRP wydaje się być zadowolona z przejęcia przywództwa przez Adenauera i próbuje nawiązać z nim bezpośredni kontakt, i odbudować zaufanie. Dlatego też Robert Bichet chce rozmawiać z Adenauerem w Hadze. Po deserze, gdy goście wychodzą na taras, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, Bichet podchodzi do stołu, przy którym jedzą Niemcy. Adenauer rozmawia z dwoma innymi członkami swojej delegacji, prawnikiem Heinrichem von Brentano i profesorem Walterem Hallsteinem.

Inni delegaci przyglądają się tej dziwnej parze, gdy Bichet i Adenauer przyjacielsko ściskają sobie ręce i wychodzą na nabrzeże. Zaciekawieni obserwatorzy nie są świadomi, że oni już się znają. Spotkali się potajemnie w marcu w Szwajcarii. Nawet jeśli francuska opinia publiczna odrzuca jakiekolwiek formalne kontakty z Niemcami, Bidault uważa, że nieformalne spotkania muszą rozpocząć się jak najszybciej. Dlatego zorganizował całą serię tajnych spotkań konserwatywnych przywódców; mityngi te znane są pod nazwą "Kręgu Genewskiego", jako że odbywają się w Genewie. Wielka w tym zasługa przyjaciela Bidaulta, Victora Koutzine'a, który użycza im swojego mieszkania. Ich celem jest koordynacja działań liderów chrześcijańskiej demokracji w Europie.

MRP po raz pierwszy skontaktował się z Adenauerem dwa miesiące temu, aby zaprosić go na jedno z tych spotkań. Wśród uczestników byli także Müller i Bidault. Adenauer przyjął zaproszenie bez żadnych warunków. Jednak teraz, gdy już zaplanowali kolejne spotkanie na październik, Adenauer chce być jedynym reprezentantem Niemiec. Stanowczo odrzuca wszelkie pomysły zbliżenia z Moskwą. Dla Bidaulta i Bicheta staje się jasne, że ten doświadczony polityk jest osobą, której potrzebują w Bonn.

Podczas spaceru Bichet pyta Adenauera o możliwość wspólnego zarządzania produkcją węgla i stali we Francji i Niemczech. Bichet rozmawiał o tym z Bidaultem w Genewie. Bidault okazał zainteresowanie. Wyjeżdżając z Genewy, Adenauer przekazał Koutzine'owi wiadomość dla Bidaulta: powinien znaleźć grupę francuskich ekspertów, którzy zbadają wykonalność projektu, a on znajdzie grupę Niemców, którzy zrobią to samo.

Bichet przekazuje w Hadze wiadomość od Bidaulta: eksperci już badają projekt. Ma jednak również prośbę od swojego szefa: Adenauer musi zdecydować, czy chce należeć do NEI (Nouvelles Équipes Internationales, "Nowe Międzynarodowe Drużyny"). Ta oddolna organizacja jest osobistą inicjatywą Bidaulta, który chce, aby przyłączyła się do niej niemiecka CDU.

Jeszcze przed końcem wojny Bidault był aktywny w tworzeniu oddolnej sieci "drużyn" powiązanych z chrześcijańskimi partiami politycznymi. Nie był to jego pomysł, ale włoskiego księdza Luigiego Sturzo, założyciela Włoskiej Partii Ludowej, powstałej w 1919 roku. W 1926 roku usiłował on powołać Międzynarodowy Sekretariat Partii Demokratycznych inspirowanych wartościami chrześcijańskimi (SIPDIC) na wzór utworzonej w 1923 roku Międzynarodówki Robotniczej i Socjalistycznej, ale mu się to nie udało. Sturzo uciekł przed włoskim faszyzmem, przed II wojną światową szukał schronienia najpierw w Wielkiej Brytanii, a później w Stanach Zjednoczonych.

W 1944 roku Bidault odwiedził go w Nowym Jorku. Zgodzili się zorganizować zjazd wszystkich partii chrześcijańsko-demokratycznych, gdy tylko wojna się skończy. Włoch obiecał wesprzeć Bidaulta swoimi pomysłami i kontaktami. Tak więc w 1945 roku Francuzi przejęli inicjatywę i zaprosili innych przywódców chrześcijańskich na kongres, który MRP zorganizował w Paryżu. Bichet był odpowiedzialny za budowę struktur nowej organizacji.

Przez ostatnie dwa lata Bichet bez rozgłosu pracował nad projektem o nazwie Nouvelles Équipes Internationales. W 1946 roku odbył podróż do Belgii, Austrii i Włoch, gdzie spotykał się m. in. z Van Zeelandem i De Gasperim. Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy chcieli w nim uczestniczyć, ale każdy z nich miał na myśli inny rodzaj organizacji.

W końcu NEI zostały oficjalnie ukonstytuowane w Li?ge (Belgia) w marcu 1947 roku; Bichet zostaje ich prezesem. Jednak ich struktura i cele są nadal niejasne. W przeciwieństwie do nowo powstałej Międzynarodówki Liberalnej, NEI nie reprezentują partii politycznych, lecz osoby, które chcą zostać ich członkami. Etykieta "chrześcijański" jest przyczyną nieporozumień i powodem wyboru tej nijakiej nazwy (Nowe Międzynarodowe Drużyny). Włosi i Austriacy chcą Międzynarodówki Chrześcijańsko-Demokratycznej, podczas gdy Francuzi i Belgowie nie mogą zaakceptować słowa "chrześcijański" w nazwie organizacji politycznej. Mówią, że ogranicza ono zakres i jest sprzeczne ze świeckimi zasadami Republiki Francuskiej. Widzą w tym klerykalny podtekst, który im się nie podoba. Holendrom jest bliżej do Francuzów i Belgów.

Kiedy spotkali się w Genewie, Bichet poprosił Adenauera o wyznaczenie niemieckiej delegacji do NEI, ale jak dotąd nie otrzymał od niego odpowiedzi. Francuski przywódca nie wie, że Adenauer po prostu próbuje kupić czas, dopóki nie będzie miał silniejszej kontroli nad własną partią. Nie interesują go ani NEI, ani przewlekłe dyskusje na temat nazwy organizacji czy roli religii. Ale bardzo interesują go tajne spotkania Kręgu Genewskiego, ponieważ otwierają one drzwi do bezpośredniego kontaktu z Francją. Rozmowy te mogłyby dyskretnie utorować drogę do odzyskania przez Niemcy pełnej suwerenności, a jemu pomóc w zdobyciu międzynarodowego uznania i politycznego poparcia w staraniach o kanclerską tekę.

SOBOTA, 8 MAJA

Delegaci zaczynają przybywać do Ridderzaal około 9.00 rano. Tym razem wystąpienia mówców zastąpiono trzema dyskusjami przy okrągłym stole na tematy ekonomiczne, polityczne i kulturalne. Po korytarzach błądzą grupy decydentów, biznesmenów, profesorów i związkowców.

Nie codziennie można zobaczyć związkowców Generalnej Konfederacji Pracy (CGT) rozmawiających z biznesmenami, takimi jak włoscy przemysłowcy Adriano i Massimo Olivetti. Kilku bankierów, przedstawicieli różnych europejskich izb handlowych i renomowanych profesorów próbuje stworzyć komitet ekonomiczno-społeczny. Grupie przewodniczy Paul Van Zeeland, który ma kierować tym spotkaniem. Proszą organizatorów noszących w klapie niebieskie identyfikatory, aby wskazali im drogę do jednego z pomieszczeń w budynku Ridderzaal.

Do komitetu ds. kultury trafią Rougemont, Brugmans i Madariaga, a także artyści, muzycy, architekci, intelektualiści, tacy jak Bertrand Russel, i uznani pisarze, jak Brytyjczyk T.S. Eliot czy amerykański dziennikarz Walter Lippman. Razem idą na górę do pokoju sąsiadującego z salą, w której obraduje komisja ekonomiczna. W międzyczasie uczestnicy komitetu politycznego opuszczają budynek i udają się do większego pomieszczenia na zewnątrz, obok ogrodów botanicznych. Francuzi, dużą grupą, przychodzą na konferencję polityczną. Jest wielu wybitnych uczestników ruchu oporu, w tym Paul Reynaud, Leon Blum i Edouard Daladier. Ten ostatni został osądzony i przekazany Niemcom w 1942 roku, w wyniku czego spędził prawie trzy lata w więzieniu, aż do wyzwolenia w 1945 roku. Inni nie są tak sławni, jak na przykład młody minister François Mitterrand, mianowany przez przewodniczącego Rady Roberta Schumana odpowiedzialnym za sprawy kombatantów i ofiar wojny. Schuman nie przybył, ale wysłał w swoim imieniu Mitterranda w towarzystwie ministra obrony Pierre'a-Henri Teitgena. Premier lubi Mitterranda i w pełni mu ufa.

Wśród Włochów są dwie kluczowe postaci: minister Sforza i niezatapialny Altiero Spinelli, który jest tak samo prominentny w kręgach europejskich jak Coudenhove-Kalergi, ale znacznie młodszy. Był radykalnym socjalistą – za co został skazany przez faszystowski reżim na 16 lat więzienia – i stał się jednym z głównych orędowników federacji europejskiej.

Dużo mówi i pisze o zjednoczonej Europie: zjednoczonej politycznie, finansowo i społecznie, dobrze zakorzenionej w wolności i demokracji parlamentarnej. Jego manifest dla Europy, napisany w 1941 roku podczas pobytu w więzieniu na wyspie Ventotene z przyjacielem i towarzyszem Ernesto Rossim, był przełomem w proeuropejskim piśmiennictwie. Dostarczył federalistom praktycznych wskazówek co do obrony tego sensownego projektu politycznego.

Spinelli wyszedł na wolność pięć lat temu; od tamtej pory cały swój czas poświęca idei federalizmu. Działa poprzez założoną przez siebie organizację: Europejski Ruch Federalny. Jego wpływ w komitecie politycznym jest znaczący.

Trzy komisje pracują nad projektami uchwał, które zostały wcześniej przygotowane przez organizatorów i wysłane do delegatów. Najbardziej ambitna, zgłoszona przez Spinellego w komitecie politycznym, miałaby stworzyć zgromadzenie reprezentujące obywateli Europy i stanowić przeciwwagę dla rządów krajowych.

Jest wielu, którzy uważają, że opracowywanie planów jakiejkolwiek wspólnej formy rządów przed rozwiązaniem pilniejszych i potencjalnie wybuchowych problemów, takich jak kwestia Zagłębia Ruhry i Saary, jest przedwczesne. To jest naprawdę gorący temat, ponieważ dotyka samego sedna konfliktu na granicach Niemiec po wojnie i ich potencjału przemysłowego. Zagłębie Saary zyskało status niepodległego regionu – a jego przedstawiciele uczestniczą w tym zjeździe – podczas gdy Zagłębie Ruhry jest na razie administrowane przez aliantów. Jednakże status Zagłębia Saary i Ruhry nie jest jeszcze zdefiniowany.

Poseł do parlamentu i silna postać MRP, Maurice Schumann, otwarcie wzywa do przyłączenia do Francji terytorium Niemiec aż do Renu, tak aby rzeka stała się naturalną granicą. W tym popierają go gaulliści, wciąż opowiadający się za rozbiorem Niemiec.

Adenauer musi ugryźć się w język. Nie może znieść arogancji Maurice'a Schumanna i jego protekcjonalnej postawy wobec "problemu niemieckiego", nie podoba mu się także, kiedy Francuz cytuje specjalne wydanie czasopisma "L'Esprit", które było w całości poświęcone Niemcom i temu, jak ich "reedukować", zanim kraj zostanie przyjęty do europejskiej rodziny. Adenauer wie, że nie może sprawiać złego wrażenia ani zachowywać się agresywnie. Na korytarzach mówi się, że udział Niemiec w europejskiej federacji może być rozwiązaniem problemu Zagłębia Ruhry.

O 13.00 delegaci udają się na obiad. Przy stołach w restauracjach trwają gorące debaty. Madariaga, Brugmans i Rougemont wybierają Nowe Towarzystwo Literackie i jego proste, ale atrakcyjne menu. Przerwę obiadową wykorzystują na omówienie projektu, o którym myśleli od dłuższego czasu: uniwersytetu europejskiego, gdzie młodzi będą poznawać wspólne korzenie kontynentu, z dala od uczuć nacjonalistycznych i historii wykładanej jako szereg bitew i pochód narodowych bohaterów. Uczelnia nie ma jeszcze funduszy ani siedziby, one pojawią się później. Rougemont ma jeszcze jedną prośbę: centrum kulturalne, w którym wspólna historia będzie badana i pielęgnowana: od Homera do Victora Hugo, prawie trzy tysiące lat Europy, historia, o której nikt nie powinien zapomnieć.

To trio nie jest jedyną nieśpieszącą się po obiedzie grupą. Bardzo emocjonalne dyskusje w nieunikniony sposób doprowadzają do opóźnienia popołudniowej sesji. Nie mogąc zrealizować porządku obrad, uczestnicy muszą wrócić po kolacji do sali konferencyjnej w pałacu Scheveningen. Noc jest długa, projekty uchwał są wreszcie gotowe do ostatecznej debaty i głosowania następnego dnia rano.

NIEDZIELA, 9 MAJA

Przed głosowaniem prezydencja oddaje głos uczestnikom nienależącym do oficjalnych delegacji, ponieważ reprezentują kraje niedemokratyczne. Na czele grupy Hiszpanów stoi socjalista Indalecio Prieto, który wzywa Europę, by nie odwracała się od Hiszpanii. W poruszającym przemówieniu prosi uczestników o izolowanie Franco, który współpracował z Hitlerem i Mussolinim. Przemawia w imieniu wielu Hiszpanów, którzy walczyli o wolną Europę z przekonaniem, że Europejczycy pomogą uwolnić Hiszpanię od dyktatora. Teraz otacza ich mur obojętności.

Delegacje środkowo i wschodnioeuropejskie podzielają te same obawy: że ich historyczna europejskość będzie zapomniana i zostanie pod drugiej stronie żelaznej kurtyny. Polacy, Czechosłowacy, Węgrzy... wszyscy mieli zjednoczeniowe marzenia dekady temu, a teraz są wykluczeni z oficjalnych rozmów z powodu braku wolności w ich krajach. Organizatorzy kongresu wiedzieli o braku akceptacji Moskwy dla inicjatywy zaproszenia oficjalnych delegacji z sowieckiej strefy wpływów. W ostatnich tygodniach poczyniono jednak pewne kroki, żeby zaprosić kilka osób przebywających na uchodźstwie.

Sami zaproszeni do końca nie byli pewni, czy ich nazwiska znajdą się na liście uczestników. Ostatecznie przybyło jakieś trzydzieści osób w charakterze obserwatorów. Duncan Sandys wcześniej nawiązał kontakt z uchodźcami i zachęcał ich do wstąpienia do Ruchu Europejskiego. W tym przedsięwzięciu pomoc Józefa Retingera, polskiego polityka, honorowego Sekretarza Generalnego Ruchu Europejskiego, który schronił się w Londynie w czasie II wojny światowej, była kluczowa. Stamtąd mozolnie tworzył sieć powiązań między demokratami na wygnaniu i zainicjował projekt współpracy gospodarczej wspólnie z Belgiem Paulem Van Zeelandem.

Oprócz Retingera, biorącego udział w kongresie w ekipie organizatorów, delegacja polska składa się z pięciu osób. Są to: polityk i pisarz Tadeusz Bielecki – także na uchodźstwie, ale w opozycji do polityki szefa rządu na uchodźstwie Władysława Sikorskiego, Tadeusz Romer, były minister spraw zagranicznych rządu na uchodźstwie, socjaliści Franciszek Góralczyk i Zygmunt Zaremba oraz analityk polityczny Rowmund Piłsudski. Wszyscy żywią nadzieję, że odnowiony europejski impet zjednoczeniowy obejmie także ich.

W imieniu narodów, które nie są oficjalnie reprezentowane, zabiera głos Węgier, hrabia György Apponyi: "Chcę potwierdzić naszą wolę bycia wysłuchanymi jako część jednej i niepodzielnej Europy. Arbitralna linia dzieląca obecnie Europę nie ma nic wspólnego z naszą europejskością i, jeśli państwo pozwolą, z europejskością być może bardziej świadomą". I kontynuuje: "Prosimy, żeby państwo traktowali nas jako Europejczyków, takich samych jak wy, prosimy, żebyście dyskutowali i zastanawiali się nad naszymi problemami w duchu godnym tego znakomitego zgromadzenia, w duchu wolności, sprawiedliwości i jedności".

Po przemówieniach i krzepiącej kawie delegaci udają się en masse do Amsterdamu, gdzie tłumy będą entuzjastycznie witać nowo narodzoną Europę. O 14.30 ze stacji Staatsspoor w Hadze odjeżdża specjalny pociąg.

Manifestacja rozpoczyna się o godzinie 16.00 na placu Dam, w pobliżu pałacu królewskiego i handlowego centrum miasta. Setki flag z krajów europejskich zdobią ulice i domy naprzeciw kanału i ratusza. Ponad 10 000 osób przyszło tutaj, aby wysłuchać przywódców i zobaczyć, jak wyglądają.

Po przemówieniach Ramadiera i Brugmansa zabiera głos Churchill. Honorowy przewodniczący kongresu potępia "wszelkie formy totalitarnej tyranii", co wywołuje owację. Przy akompaniamencie miejscowego zespołu uczestnicy śpiewają hymn w języku niderlandzkim skomponowany na tę okazję: Europa Één.

Okazuje się, że sprowadzenie wszystkich z powrotem do Scheveningen na pożegnalny bankiet jest logistycznym wyzwaniem. Pociąg odjeżdża o 17.45, potem krótki odpoczynek w hotelu i uroczysta kolacja, w której weźmie udział 1200 gości.

Olbrzymie stoły ozdobione są czerwonymi tulipanami i flagami z czerwoną literą "E". Burmistrz zadbał o każdy szczegół i odpowiedni zapas wina. Stało się ono produktem luksusowym i bardzo drogim, nie starczyło go dla wszystkich. Wielu będzie musiało wznosić toast wodą.

Kiedy pojawia się deser, jak to jest w zwyczaju na dużych weselach, kelnerzy oferują uczestnikom cygara. Churchill uśmiecha się z zadowoleniem i zaprasza wszystkich do wzniesienia toastu za przyszłość Europy, co oczywiście wszyscy przyjmują z wielkim entuzjazmem.

WTOREK, 11 MAJA

Pierwsza rezolucja, nad którą głosowano rano, pochodzi od komisji ekonomicznej, której przewodniczy Belg, Van Zeeland. Niektórzy wciąż nalegają na negocjacje na korytarzach. Liberałowie próbują narzucić swoją wizję rynku, a związkowcy szukają poparcia dla minimalnych standardów socjalnych. Na koniec udaje im się zamieścić punkt o prawie pracowników do partycypacji – poprzez swoich przedstawicieli – w procesie zarządzania Europą w aspekcie ekonomicznym. Tekst został przyjęty jednogłośnie.

Rezolucja polityczna wzywa państwa europejskie do przeniesienia części swoich suwerennych praw na wyższą instytucję, aby zagwarantować wspólne działania gospodarcze i polityczne. Chce również Zgromadzenia Europejskiego, Karty Praw Człowieka i ustanowienia Trybunału Sprawiedliwości, aby wdrożyć Kartę i nakładać sankcje w razie potrzeby.

Ceremonia zamknięcia rozpocznie się o godzinie 18.35 odczytaniem wiersza napisanego przez jednego z uczestników. Następnie wszystkie uchwały będą odczytane na głos. Salvador de Madariaga nie może zostać dłużej, przeprasza i wyjaśnia, że śpieszy się na statek.

Denis de Rougemont czyta deklarację: "Godność ludzka jest największym osiągnięciem Europy, wolność jej prawdziwą siłą. Obie są zagrożone. Zjednoczenie naszego kontynentu jest teraz potrzebne nie tylko dla zachowania wywalczonych wolności, ale także dla rozszerzenia ich dobrodziejstw na całą ludzkość".

Z prawie godzinnym opóźnieniem Kongres kończy się o godzinie 20. Niektórzy wyjeżdżają w pełni usatysfakcjonowani. Inni, jak Spinelli, mają na twarzach wyraz rozczarowania. Rezultatem jest kompromis między ostrożnym realizmem delegatów brytyjskich i nordyckich a entuzjastycznym idealizmem federalistów włoskich i francuskich. Duncan Sandys i Ruch Europejski przyrzekają przekuć rezolucje w konkrety, które będą wiążące dla rządów. Proponują, aby komisje narodowe Ruchu Europejskiego skontaktowały się z ministerstwami spraw zagranicznych i premierami w swoich krajach, aby przekonać ich o konieczności ich realizacji.

1 16 września 1946 roku Winston Churchill wygłosił na Uniwersytecie w Zurychu historyczne przemówienie: "[...] istnieje pewien środek, który [...] mógłby [...] w kilka lat uczynić Europę [...] wolną i szczęśliwą [...]. Polega [on] na odtworzeniu tkanki Europy, przynajmniej jej części, i nadaniu jej struktury umożliwiającej życie w pokoju, bezpieczeństwie i wolności. Musimy zbudować pewnego rodzaju Stany Zjednoczone Europy".

2 W 1945 roku, po II wojnie światowej, zwycięskie potęgi podzieliły Niemcy na cztery strefy okupacyjne, kontrolowane przez Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Francję i Związek Radziecki.