Europa i jej narody - Krzysztof Pomian

Reflow text when sidebars are open.
Tylko kiepska geografia, nieuwzględniająca upływu czasu, może wpisywać Europę w stałe kontury. Te bowiem ciągle się zmieniały. I tylko historia niepomna własnych założeń może nadawać Europie treść jedyną i niezmienną: religijną czy prawną, gospodarczą, etyczną czy kulturalną. Albowiem Europę zawsze wypełniały treści wielorakie, odmienne, niekiedy niezgodne; ich znaczenia, przejawy i skutki zmieniały się z czasem i różniły zależnie od miejsca.
Historia Europy jest historią jej granic. I historią treści, jakie nadawano jej słowem lub czynem. A także sił, które świadomie lub bezwiednie działały na rzecz zjednoczenia pokawałkowanego zrazu obszaru - i sił przeciwnych, które niszczyły to, co zbudowały tamte. Jest to zatem historia konfliktów. Konfliktów między Europą a tym, co z zewnątrz hamowało ją lub odpychało. I wewnętrznego konfliktu między dążeniami ku zjednoczeniu i ujednoliceniu Europy a tymi, które dzieliły ją i różnicowały. Z takiej właśnie perspektywy dobrałem fakty, które stanowią tkankę tej książki.
Europę spotkałem po raz pierwszy w kwietniu lub w maju 1946. Skład wagonów bydlęcych - lecz dostosowanych do przewozu ludzi - przekraczał Wołgę w drodze z północnego Kazachstanu. Pociąg toczył się wolno po świeżo odbudowanym moście. Dorośli byli wzruszeni. Ktoś powiedział: "wreszcie jesteśmy w Europie". I zrozumiałem, że przekroczyliśmy rzeczywistą granicę, choć od znacznie trudniejszej do przebycia granicy ZSRR dzieliło nas jeszcze wiele dni drogi.
Europa, którą znalazłem w Warszawie, mym mieście rodzinnym, była jednym zwałem gruzów. Dopiero w Pradze, gdzie nieco później byłem na koloniach, zobaczyłem miasto choć trochę podobne do przedwojennej Warszawy, jaką zachowałem w pamięci: neony na Václavském námesti, natężony ruch uliczny, wystawy pełne przedmiotów, o których nie wiedziałem nawet, że istnieją. Później mieszkałem w Brukseli. Potem znowu i długo w Warszawie. Od szesnastu lat mieszkam w Paryżu. Jako historyk zajmuję się historią społeczno-kulturalną Francji, ale również Polski i Włoch; niekiedy także innych krajów. Europa jest dla mnie fragmentem biografii i przygodą intelektualną.
W książce tej próbuję przedstawić dzieje Europy tak, by można je było ogarnąć jednym spojrzeniem. Nie zamierzam wchodzić w szczegóły. Chcę dać obraz całości. Zaproponować ujęcie, które pozwoli zrozumieć fakty. Dlatego liczbę nazwisk ograniczam do ścisłego minimum i przyjmuję dziesięciolecie jako najmniejszą jednostkę czasu. Ale pewne daty można znaleźć w indeksie, który pełni również funkcję tablicy chronologicznej.
Mam nadzieję, że patrzę tu na historię Europy z punktu widzenia, który nie jest ani polono-, ani frankocentryczny. Z punktu widzenia europejskiego.
Rzym rządził światem otaczającym Morze Śródziemne i bronionym na zewnątrz przez limes. Północna część limes przechodziła przez Wyspy Brytyjskie i przecinała na dwoje kontynent europejski między Morzem Północnym a Czarnym, z grubsza - wzdłuż Renu i Dunaju. Południe zajmowali Rzymianie. Północ - barbarzyńcy.
Na południu: cywilizacja oparta na rolnictwie, lecz miejska, z kilkoma wielkimi metropoliami i setkami miast różnej wielkości, które miały jednak prawo wybierać swe władze i zarządzać własnymi sprawami, i gdzie życie publiczne rozgrywało się na forum czy na agorze. Również na południu: villae, wielkie posiadłości ziemskie, przeważające nad małymi gospodarstwami rolnymi i często należące do nieobecnych właścicieli; zatrudniano tam siłę roboczą złożoną po części z niewolników, po części z dzierżawców. Jeszcze na południu: wydobywanie, zazwyczaj rękami niewolników, metali i surowców budowlanych, przemysłowa produkcja broni, ceramiki, wyrobów szklarskich i artykułów zbytku; wymiana handlowa na skalę lokalną i między odległymi obszarami; wszędzie takie samo odżywianie się z przewagą pszenicy, wina i oliwy; a także, przynajmniej w miastach, te same ubiory, nawyki higieniczne i sposoby dbania o ciało.
Wciąż na południu: dwa języki, łacina i greka, używane jeden na zachodzie, drugi na wschodzie, w pewnych regionach tylko przez mieszkańców miast, w innych przez całą ludność; pismo, którego powszechną znajomość poświadczają tysiące inskrypcji; kamienna architektura, po której pozostały widoczne do dziś areny i amfiteatry, świątynie i termy, akwedukty, mosty i drogi równomiernie znaczone słupami milowymi, kolumny i posągi. Na południu wreszcie: władza centralna - cesarz ze swymi urzędnikami i legionami - zapewniająca ze zmiennym powodzeniem obronę granic i pokój wewnętrzny, co pozwala podróżować ludziom, krążyć towarom i rozprzestrzeniać się wiarom i modom; pieniądz złoty lub srebrny o stałej wartości na całym terytorium; kalendarz, rachuba czasu i boski kult cesarza nadbudowane nad kalendarzami, rachubami czasu i kultami lokalnymi, podobnie jak prawo rzymskie, pisane i równe dla wszystkich, nadbudowało się nad zwyczajowymi prawami miast i prowincji.
Na północy, w Germanii i Scytii: mieszkańcy lasów i równin, po części koczownicy, po części osiadli w drewnianych wioskach. Rolnictwo na polanach, produkcja rzemieślnicza na miejscowy użytek, handel w stadium wymiennym; w wyżywieniu - żyto, piwo i masło. Wielość plemion mówiących różnymi językami, zawsze gotowych walczyć ze sobą; każde z własnym wodzem, wojownikami i kapłanami, z własnymi zwyczajami, obyczajami i wierzeniami przekazywanymi z pokolenia na pokolenie przez tradycję wyłącznie ustną. Rzymskie obozy wojskowe, które miały strzec limes i zapobiegać najazdom barbarzyńców, stanowiły w czasach pokoju miejsce spotkania i wymiany między dwoma światami. Nie oznaczało to jednak likwidacji dzielących je różnic - zdaniem Rzymian tak wielkich, że można je było przyrównać do różnicy, jeśli nie między ludźmi a zwierzętami, to przynajmniej między naturą a kulturą. Zarazem jednak limes nigdy nie był szczelny, ani po jednej, ani po drugiej stronie. Południe wysyłało na północ przede wszystkim przedmioty zbytku i wino; wyjątkowo także pszenicę dla zaprzyjaźnionych ludów w potrzebie. Północ płaciła głównie niewolnikami, ale również surowcami i na przykład bursztynem. Wszystko to kształtowało sposób życia ludów bezpośrednio wystawionych na wpływy rzymskie i oddziaływało nawet na znaczną odległość.
U szczytu swej potęgi Rzym rozciągał się na wschodzie aż do Eufratu i dotykał Kaukazu; na południu obejmował Afrykę berberyjską i Egipt. Handlował zarówno z Chinami wzdłuż szlaku jedwabnego, jak z Indiami, a nawet z Indochinami i Sumatrą. Ale ta wymiana, zresztą pośrednia, między cywilizacjami, które nie znały się nawzajem, miała dla każdej z nich tylko uboczne znaczenie i nie naruszała ich stabilności. Z barbarzyńcami było inaczej. Aby otaczać się rzymskim zbytkiem, musieli w zamian dostarczać niewolników, gdyż rzadko dysponowali inną zapłatą. Aby zaopatrywać się w niewolników, musieli prowadzić wojny. Do prowadzenia wojen potrzebowali coraz więcej wojowników i broni; za broń trzeba było płacić, wojowników należało wynagradzać. A dostatecznie napełnić w tym celu skarb pozwalały tylko dwie drogi, niekiedy dopełniające się, niekiedy sprzeczne: albo powiększać nierówności wewnętrzne, albo podbijać obcych, czyli prowadzić wojnę tak, by sama zarabiała na siebie. Toteż choć legiony w bezpośrednim sąsiedztwie limes utrzymywały pokój, dalej srożyła się wojna, wojna endemiczna. Nomadów zmuszała do opuszczania terenów łowieckich. Ludy osiadłe wypędzała z siedzib przodków i zmieniała w bandy błądzące w poszukiwaniu nowego miejsca pobytu. I które tymczasem mogły żyć tylko z wojny.
Światem barbarzyńskim - na północy sięgającym aż oceanu, a na wschodzie Chin, których granica, Wielki Mur, powodowała podobne skutki co limes - wstrząsały okresowo fale wywoływane lokalnymi zaburzeniami równowagi demograficznej, wojnami i głodem oraz nadzieją rzekomo łatwego łupu w krajach cywilizowanych. Takie fale, które wprawiały w ruch spokojne dotąd ludy, nie były same przez się niczym nowym. Jednak pod destabilizującym - tak na wschodzie, jak na zachodzie - wpływem kontaktów z cywilizacją zaczęły stopniowo przybierać na sile. W III wieku zachodnia część Cesarstwa Rzymskiego przeżyła pierwszy poważny alarm. Władza centralna zdołała wówczas przywrócić pokój i przez jakiś czas sprawa wydawała się załatwiona. Ciągle jednak - dotyczy to zwłaszcza tej części limes, która ciągnęła się wzdłuż Dunaju - ludy barbarzyńskie pod naporem innych barbarzyńców uciekały się pod opiekę Rzymu, by uniknąć niewolnictwa, i żądały prawa osiedlania się w Cesarstwie, uprawiania jego ziem i walki w jego obronie. Takie żądania były zarazem ofertą i groźbą. Można je było spełniać i czekać, by romanizacja dokonała swego dzieła, póki władza była silna, a legiony potężne. Ale wobec słabnięcia instytucji państwowych zgoda na osiedlanie się barbarzyńców wystawiała na ryzyko grabieży wnętrze Cesarstwa, które, nawet gdy wszystko szło dobrze, i tak barbaryzowało się coraz bardziej. Otóż w miarę potęgowania się waśni wewnętrznych machina państwowa rozpadała się i malała zdolność Cesarstwa do samoobrony. Równocześnie wzrastał napór z zewnątrz.