Europa 20.51 - Bruno Wildeboy

Kup ebooka

30.29 zł
25.14 zł (25,75 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 5Brunatne robactwo wypełza spod kamieni

Stary kontynent znów jak przed niemal wiekiem zapłonął i stał się areną krwawych walk.

I znowu podobnie jak w obu poprzednich wojnach światowych nieszczęście na Europę ściągnęły udające "zatroskanych obywateli" brunatne kanalie.

Znowu jak zawsze w przypadku nacjonalistycznych czystek i szajb, nie żadni obcy, nie żadni "oni", tylko właśnie ci udający patriotów nacjonaliści doprowadzili do śmierci własnych rodaków. A swoje kraje zamienili w zanarchizowane pobojowiska, otwierając tym samym wolną drogę dżihadowi.

Brunatne robactwo po siedemdziesięciu latach uśpienia, konspiracji bądź udawania normalnych już pod koniec drugiej dekady wylazło spod kamieni i od razu wysoko uniosło swój wredny nazistowski łeb.

Miliony osób mogły wreszcie zrzucić krępujące maski ze swoich twarzy. Po raz kolejny chcieli przejąć władzę, by podpalić świat. I na zgubę wielu narodów przejęli.

Kraj po kraju legalnie i demokratycznie wygrywali wybory w całej niemalże Europie. Mechanizm był prosty i wielokrotnie sprawdzony.

Wyczekanie na większy kryzys gospodarczy lub migracyjny, wykorzystanie nierówności i napięć społecznych, prymitywna krzykliwa propaganda o spiskach elit, o wrogach ludu, o zdrajcach, winowajcach, imigrantach i innych "winnych" niedoli szerokich mas. Równocześnie wskazanie bezpośrednich kozłów ofiarnych, tych, którzy są rzekomo winni wszystkiemu co złe. Najczęściej jakieś mniejszości lub imigrantów właśnie.

Do tego powtarzane do znudzenia populistyczne hece o oczyszczeniu kraju z tych "złych", z tych obcych, bajki o gospodarczych programach, które jakoby "znowu przyniosą dumę z własnego kraju i poprawę losu milionów z was".

Dzięki takiej retoryce sukces przy urnach był pewny.

Każdy, kto grał wówczas imigrantami, od razu mógł liczyć na kilkanaście, w niektórych krajach nawet na kilkadziesiąt procent głosów wyborczych więcej. Recepta ta sprawdzała się wszędzie.

Nie pomagały nauczki z niektórych państw, gdzie rządzili już populiści, jak choćby Węgier Viktora Orbana, Polski Jarosława Kaczyńskiego czy Stanów Zjednoczonych Donalda Trumpa.

Nic nie dawało cierpliwe tłumaczenie, że to wszystko to stek bzdur, cyniczne kłamstwa i propaganda, wyłącznie celem przejęcia władzy. Niczego to nie zmieniło. Retoryka nienawiści i szczucia ludzi przeciwko sobie zwyciężała.

Zakamuflowanych, "uśpionych", czekających na swój czas nazioli nagle wszędzie zrobiło się pełno.

Wyłazili zewsząd niczym obślizłe robactwo spod zmurszałych kamieni.

Generacje wychowane przez tych, co "nie popierali Hitlera", tych, którzy nie "sprzedawali żydów", "nie kolaborowali z wrogiem", potomkowie lub wielbiciele tych różnych Edwardów VIII, Mosley'ów, Doriotów, Petainów, Quislingów, Clausenów, Geelkerkenów, Paveliców, księdza Tiso czy Tuka, te skrzywione psychicznie męty długo czekały na taki moment.

Niczym za czasów świętej inkwizycji i "procesów czarownic" wyległy ze swoich nor, aby z dziką radością obserwować katowanie, mordy lub publiczne egzekucje kolejnych "wrogów ludu", "odmieńców" czy "zdrajców białej rasy". A przy tym i samemu coś szturchnąć, kogoś uderzyć, jak się uda może nawet i zabić.

Tyle że teraz nie płonęły już stosy, nie topiono niewinnych kobiet, nie gotowano żywcem, nie ćwiartowano, nie bawiono się jak kiedyś w krwawe publiczne spektakle.

Za to strzelano z zaskoczenia w plecy, dźgano nożem, wysadzano, porywano. Tam, gdzie władzę zdobyli już nacjonaliści, często kogoś po prostu któregoś pięknego dnia aresztowano, po czym wszelki słuch o nim zanikał.

Wcześniej wrogiem byli ludzie, którzy śmieli głosić prawdę i mogli tym samym podważyć autorytet Kościoła, współcześnie wrogiem byli ci słynni "oni". "Oni", "tamci", czyli nie my...

Nie my miernoty, tylko oni, skorumpowane elity, establishment, intelektualiści, zły system, lewactwo, wszyscy inaczej myślący. Z czasem na celowniku znaleźli się także pozostali ludzie sukcesu lub choćby tylko wykształceni.

Wrogiem był każdy, kto był lepszy czy inny od "wir sind das Volk". Albo chociażby tylko inaczej myślał. Jak za Hitlera, Stalina i Franco.

Ciemne masy znowu poczuły się kimś ważnym, znowu mogły kogoś bezkarnie uderzyć, poniżyć, opluć. A jak nadejdzie "właściwy czas", to i zabić.

Głupim i złym pomogły zdobyć władzę okoliczności, ówczesne społeczno-polityczne realia.

Nie wygraliby oni wtedy na taką skalę wyborów prawdopodobnie nigdzie, gdyby nie rozpętany przez USA gnój na Bliskim Wschodzie i te ich "Arabskie wiosny" w Północnej Afryce. To właśnie napływający z tamtych regionów muzułmańscy uchodźcy przyczynili się w największym stopniu do przejęcia władzy przez neonazistów.

Nie żadne cudowne programy gospodarcze, nie charyzmatyczni przywódcy, tylko zwykli uchodźcy...

Pamiętny najazd muzułmanów na Europę z 2015 roku, który nie został na czas powstrzymany, był katalizatorem całego nacjonalistycznego amoku i zwycięskiego marszu populistów. To na tej pożywce zbudowali oni swój wyborczy triumf.

Rządzące wówczas tradycyjne partie nie potrafiły podjąć stosunkowo prostych prawnie, organizacyjnie i logistycznie kroków, aby samemu zrealizować część oczywistych rozwiązań oraz społecznych postulatów.

Gdyby kierująca wówczas Niemcami koalicja CDU/CSU-SPD sama po swojemu przeprowadziła postulowane nie jedynie przecież wyłącznie przez AfD działania, nie tylko odebrałaby populistom cenną amunicję, ale i natychmiast powstrzymała gwałtowny odpływ własnych wyborców do tamtej AfD właśnie i w ogóle na prawo.

Wiedział to każdy, kto mieszkał wtedy w Niemczech. Wiedział to także przysłowiowy średnio inteligentny szympans z berlińskiego ZOO, tylko nie kierownictwa tych partii. Wystarczyło wprowadzić natychmiast nowe regulacje prawne oraz przeprowadzić kilka zdecydowanych działań, aby uspokoić własny naród. A zwłaszcza jego ziejący nienawiścią rdzeń, Volkskörper, szczególnie niebezpieczny właśnie w przypadku Niemiec.

Motłoch, który z przerażeniem patrzył na to, co się wówczas w ich kraju działo. Jak tydzień w tydzień tysiącami przybywa ich konkurencja. Konkurencja nie na wyższe uczelnie, nie po bilet do teatru czy opery, tylko konkurencja do chlewa. Do darmowego koryta, do świadczeń socjalnych, do mieszkanka za grosze, do Tafel, do darmowej państwowej kasy, z której to w międzyczasie ich własne niemieckie biedaki nauczyły się wygodnie żyć.

To były ich rzeczywiste strachy i prawdziwy zapalnik tego, co stało się potem, nie jacyś obmacywacze czy złodziejaszki. I to właśnie przegapili rządzący, a tak bezwzględnie wykorzystali brunatni populiści. Ludzkie lęki, zwyczajny egzystencjalny strach o utratę własnych przywilejów. Obawy swojej własnej biedoty, które z czasem rozlały się na resztę gniewnego motłochu.

Łatwiej nie dało się już zyskiwać głosów na nastrojach społecznych. Kalkulacja neonazistów była prosta, arytmetyka nigdy przecież nie kłamie.

Głupich jest więcej niż mądrych, biednych i niezadowolonych więcej niż bogatych i sytych. A skoro ich glosy liczą się tak samo, to zagrać trzeba właśnie nimi, hołotą, jak przytomnie kalkulowali populiści. W Niemczech ich gierka była zresztą banalnie prosta, gdyż kraj ten przyjął najwięcej uchodźców.

Maksymalnie podkręcić nastroje społeczne, podburzyć jednych przeciw drugim, a siebie ustylizować na jedynego przedstawiciela głosu ludu, tego tak zwanego prostego ludu. Tego, którego wszędzie jest najwięcej. Czasy ku temu były wspaniale.

Nie trzeba było nawet mieć jak dawniej dostępu do telewizji, radia, placów czy mównic, niepotrzebne były wielkie budżety ani sztaby. Media i tak nakręcały histerię. Populistom wystarczyły umiejętnie prowadzone kampanie nienawiści w Internecie.

O wynikach wyborów w poszczególnych krajach Europy zadecydowała dokładnie taka sama hołota, jak wcześniej w USA, w Polsce i jeszcze wcześniej na Węgrzech.

Wszelkiej maści szuje, szukający na kimś "zemsty" przegrańcy, bezrobotni, nisko opłacani wyrobnicy, szubrawi urzędnicy, sfrustrowani przedsiębiorcy, schorowani emeryci i renciści, rozczarowani życiem średniolatkowie, ale też niemała rzesza środowisk dotychczas raczej neutralnych, ogłupionych już jednak do reszty przez lokalnych demagogów i "patriotów".

Myślący, czy też zwyczajnie dobrzy ludzie zrozpaczeni lub zniechęceni sytuacją i brakiem sensownej dla siebie alternatywy do urn w znacznej części nie poszli w ogóle. Wielu niezdecydowanych zagłosowało z kolei dla draki właśnie na populistów.

Motłoch i nienawistnicy stawili się natomiast jak zawsze w komplecie. Europejska hołota dostała nagle szansę "zemsty" za swoje własne nieudacznictwo, nieustanne pasma życiowych klęsk i niepowodzeń.

Partacz mógł dokopać komuś kompetentnemu, śmieć komuś wartościowemu, wiecznie niezadowolony robotnik swojemu pracodawcy, leniuch pracowitemu, prostak i cham wykształconemu, głupi mądremu...

Rozdział 8NATO- Not action, talk only.... a co na to "mądre głowy"?

Dokładnie sto lat potem ten sam Berlin znowu zadziwił świat... Herzlich willkommen!

Brodaci mędrcy zza Bosforu tylko na to czekali.

Nie mogli uwierzyć własnym uszom. A potem także i oczom.

Dla mózgów sterujących operacją "IE" był to upragniony sygnał, zielone światło, układ marzeń wręcz.

W porównaniu z polityką imigracyjną Australii, USA czy choćby nawet sunnickich braci owych muzułmańskich najeźdźców z kilku arabskich krajów znad Zatoki Perskiej, było to niczym serdeczne zaproszenie. Niczym rozdawanie darmowych wejściówek na koncert ulubionej gwiazdy.

Postanowiono więc skorzystać z okazji i przyśpieszyć działania. Zdecydowano "dorzucić" jeszcze dodatkowe kilkaset tysięcy osób do pierwszej fali.

Europa została zaatakowana, a Unia i NATO nie kiwnęły nawet palcem... Nic, nothing, null komma nix.

Nie mrugnął powieką nawet specjalnie wydawałoby się do takich celów powołany Frontex, ani liczący kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy Eurokorpus NATO.

Po raz kolejny potwierdziła się smutna prawda o utrzymywanym kosztem miliardów z podatków zwykłych obywateli skompromitowanym Pakcie Północnoatlantyckim.

NATO, "Not Action, Talk Only"...

Atak właściwy planowany był dopiero w chwili, gdy Europa będzie "gotowa".

Do tego czasu najważniejszym zadaniem było przerzucenie tam jak największej ilości wyznawców Ałłaha. Ilu tylko się da.

Mieli oni przygotowywać odpowiedni grunt pod planowany na odpowiedni moment atak zbrojny. I przerzucano.

Europa zalewana była islamem w zatrważającym tempie

Nie jego awangardą jednak, nie wykształconymi w koledżach biznesmenami, lekarzami, inżynierami czy ludźmi nauki, tylko ich przeciwieństwem.

Europę zalewały niezliczone hordy troglodytów z kilku państw Bliskiego Wschodu, Maghrebu oraz południa Azji.

Hordy złowrogiej, gotowej na wszystko, fanatycznej religijnie dziczy. Europejskie społeczeństwa kolejno traciły cierpliwość do własnych rządów. Ksenofobia, frustracja i gniew eskalowały.

Jedynie kraje dawnego Bloku Wschodniego nie zamierzały udawać dobrego wujka z Ameryki, ani też silić się na poprawną politycznie solidarność. Nie chcieli u siebie żadnych mahometan. Absolutnie żadnych.

Nikt nie zamierzał tam udawać, że problemu muzułmanów nie ma, jak to działo się w krajach "Starej Unii". Problem muzułmanów był. I do tego narastał.

Społeczeństwa Węgier, Słowacji, Czech i Polski nie były w żaden sposób zainteresowane "ubogacaniem" swojej kultury, kulturą islamu. Narody Europy środkowo-wschodniej dały muzłom jasno i wyraźnie do zrozumienia, że nie tylko ich tam nie chcą, ale i że zostaną tam potraktowani dokładnie tak, jak oni sami mają w zwyczaju traktować innych.

Sygnał został właściwie zrozumiany przez zarządzające islamską nawałą mózgi. Nie było za wielu chętnych do osiedlenia się w Polsce, w Czechach czy na Słowacji. I to nie tylko z powodów czysto ekonomicznych.

Mimo środowisk oficjalnie przyjaznych uchodźcom, zwyciężył tam zdrowy rozsądek i cicha społeczna umowa ponad podziałami. Wiedziano i wciąż głośno powtarzano, że wszędzie, gdzie pojawi się inwazja islamu, tam po krótkim czasie zaczynają się problemy.

Wiedziano, że wszyscy mogą koegzystować ze wszystkimi; buddyści z chrześcijanami, chrześcijaństwo z judaizmem, judaizm z hinduizmem, etc i że tylko jedna jedyna religia przynosi ze sobą prędzej czy później katastrofę i zniszczenie. Religii tej tam nie chciano. Nie chciano ani ich wiary, ani ich samych.

Europa polaryzowała się i dzieliła mentalnie.

W publicznej debacie padały najróżniejsze głosy.

Niewzruszony spokój w tamtym czasie zachowywała jedynie część starszych, najbardziej doświadczonych życiem obserwatorów historii ludzkości. Tak zwane siwe mądre głowy.

Wszystko ze spokojem tłumaczyli mechanizmami ewolucji, cyklicznością życia i prawami fizyki. Zwłaszcza drugą zasadą termodynamiki i nieuniknioną entropią, od której uciec się nie da.

W ich ocenie nie był to żaden planowany atak islamu wymierzony w Europę, a normalny, sterowany przez samą naturę proces wymiany ciężko schorowanych i zdegenerowanych biologicznych odpadów, jakimi w dużej mierze były ówczesne społeczeństwa europejskie, na nowe zasoby, z punktu widzenia natury znacznie korzystniejsze.

Proces pozbywania się przez naturę ewolucyjnych śmieci, ludzi starych i schorowanych, którzy stanowić zaczęli niebezpiecznie duży odsetek europejskiej populacji. Proces ich wymiany na jednostki młode, zdrowe, pożądane genetycznie.

Doszło do tego ponieważ na kontynencie tym już zbyt długo nie miała miejsca żadna większa selekcja naturalna. Jak choćby grypa "Hiszpanka" z początku dwudziestego wieku albo wcześniej dżuma, czarna ospa, cholera. Zarazy te dziesiątkowały ludność, zachowując przy życiu jednostki najsilniejsze, najbardziej odporne.

Od ponad stu lat nie było tam żadnej pandemii ani procesu masowego wymierania. Wręcz przeciwnie.

Nowoczesna medycyna sztucznie utrzymywała przy życiu coraz więcej starych, schorowanych, ledwo żywych ludzkich wraków. I to niekiedy przez dziesiątki lat.

Mówiąc brzydko, na początku trzeciego tysiąclecia byle kto dożywał osiemdziesięciu, dziewięćdziesięciu lat.

Po raz pierwszy w dziejach ludzkości pojawiła się generacja, która jedną czwartą swojego życia spędzała na sztucznej wegetacji, na sztucznym podtrzymaniu procesów życiowych. W końcu więc natura upomniała się o swoje.

Według "mądrych głów" Europa była nie tylko zbyt stara i chora, aby sama się oczyścić i uratować, ale także zbyt zdegenerowana.

Jej model społeczno-gospodarczy zbudowany był na spekulacji, lichwie, wyzysku, oszustwie, bezwzględnej pogoni za zyskiem i wydajnością i właśnie dlatego system ten wraz z większością mieszkańców zostanie zniszczony i wymieniony na nowy. Zasiedlą Europę jednak nie tak samo zepsuci, starzy i schorowani zamożni emeryci z Florydy, tylko młodzi, zdrowi i biedni Afrykanie.

Twierdzili, że to co się dzieje obecnie, to jest jedynie początek, zaledwie drobna przygrywka do tego, co w następnych dekadach dopiero się wydarzy.

Że na razie to tylko zwykła forpoczta, niewielki jeszcze ekonomiczno-socjalny exodus części ludności z krajów dotkniętych wojnami lub nędzą. Głównie muzułmańskich. Zwyczajny transfer tamtejszej biedoty, ze wszystkimi jej patologiami. W tym także narastającej latami w tamtych rejonach świata nadwyżki bolących z braku normalnego dostępu do samic jąder, niezagospodarowanych, buzujących testosteronem samców, poszukiwaczy przygód oraz zdeterminowanych, pozbawionych perspektyw na normalne życie osób. I że owszem będą z nimi kłopoty, ponieważ w tak olbrzymiej masie znajdzie się zapewne także wielu dżihadystów oraz pospolitych kryminalistów.

Jednak prawdziwy problem czeka Europę dopiero za kilka, góra kilkanaście lat, gdy zaczną zalewać ją nie jak dotąd setki tysięcy imigrantów rocznie, a miliony. Gdy na dobre ruszy Afryka, w tym ta subsaharyjska.

Ludzie ci nie przybędą by asymilować się, uczyć manier, galanterii, czy zasad savoir-vivru. Przybędą, by szybko nadrabiać ekonomiczne zaległości i odbijać sobie dziejowe krzywdy.

Ich głównymi ofiarami będą nie młode golasy na dorobku, jacyś śmieszni studenci, robotnicy czy inna biedota. Tacy to tylko od czasu do czasu dostaną w mordę lub kosę.

Faktycznymi ofiarami będą bogate staruchy. Staruchy, czyli w ich mniemaniu wszystkie te dziwnie spowolnione, pomarszczone i brzydkie kreatury, których w Europie tak gwałtownie przybywa. Przede wszystkim zamożni emeryci i renciści, ludzie którzy swoją biologiczną rolę dawno wypełnili i teraz jedynie zawadzają, zajmują miejsce generacjom wchodzącym.

Innym ich celem staną się zapewne także osoby nieco młodsze, w sile wieku. A dokładnie mówiąc ich dobra materialne, cargo.

W ocenie senioratu w ciągu najbliższych piętnastu, dwudziestu lat na drodze przemocy fizycznej nastąpi w Europie poważna redystrybucja dóbr. Odbędzie się ona gwałtownie, w formie krwawych zamieszek, napadów, rozbojów i starć pomiędzy siłami porządkowymi reprezentującymi klasę posiadaczy oraz wyzyskiwaną, wegetującą za coraz marniejsze grosze biedotą, w tym także nowymi afrykańskimi najeźdźcami.

Najgroźniejsze dla Europy będzie ulokowanie tej proletariackiej rewolucji w czasie. Gorszego momentu wybrać już się nie da, ponieważ częściowo nałożą się wówczas na siebie trzy potężne konflikty jednocześnie: paneuropejska rewolucja przeciwko wyzyskowi i nierównościom społecznym, skokowa ekspansja islamu w krajach "Starej Unii" oraz równoczesny najazd na Europę milionów uchodźców z Afryki i Azji. Z powodów tych zarówno sama skala zamieszek, jak i ilość ofiar będą zwielokrotnione.

Wszystkie te trzy grupy roszczeniowe, zarówno razem, jak i każda z osobna próbować będą uzyskać dla siebie maksimum korzyści. Głównie kosztem tych, którzy w ich ocenie wzbogacili się niesprawiedliwie, na rażącej krzywdzie innych.

Wróg będzie wprawdzie wspólny, za to motywacje już mocno odmienne. Europroletariat szukać będzie sprawiedliwości społecznej, czarni sprawiedliwości dziejowej, muzułmanie zaś sprawiedliwości po swojemu, a'la Ałłah.

Całość tych zdarzeń rozegra się zdaniem siwych głów do tego niestety w Europie już ciężko rannej, rozdartej wewnętrznie po latach nacjonalistycznego amoku. Być może już nawet po formalnym rozpadzie europejskiej jedności, co tylko dodatkowo pogorszyłoby jej sytuacje. Nie były to dla Starego Kontynentu dobre wieści.

Ponure prognozy senioratu budziły w wielu kręgach szok, przerażenie lub przynajmniej niedowierzanie.

Z drugiej strony już od końca ubiegłego wieku wydawało się oczywiste, że tylko kwestią czasu jest tam wybuch jakieś poważnej społecznej rewolty.

Rozdział 9Experyment Calhouna... tyle że na ludziach

Nożyce bogactwa i biedy stawały się nie do wytrzymania, zbyt nieznośne i rażące.

Coraz więcej ludzi nie było w stanie utrzymać się ze swojej pracy. Tamtejsze rynki pracy manipulowane były sprytnie tak, aby podaż taniej siły roboczej ciągle była jak największa.

Stałe, porządne etaty pozamieniano na jakieś okresowe śmieciówki i inne pseudoumowy.

W tym samym czasie menedżerskie elity i zarządy wypłacały sobie astronomiczne premie, bonusy, dywidendy. Praktycznie za nic, czasem wręcz za popełnione przez siebie fatalne, kosztowne dla akcjonariatu czy pracobiorców błędy.

"To nie skończy się mili państwo dobrze, to skończy się chryją, jeśli nie krwawą rewoltą" - już wtedy głośno ostrzegała starszyzna.

Przypominali też regularnie o innych zagrożeniach.

Seniorat już wcześniej wielokrotnie, lecz bezskutecznie apelował, aby wyciągnąć wreszcie wnioski z Eksperymentu Calhouna.

Ostrzegał, czym dla ludzkości skończy się nieograniczony dostęp do żywności, zwłaszcza wysoce przetworzonej, tej najbardziej dostępnej. Co przyniesie gigantyczna nadwyżka spożywanych dziennie kilokalorii w stosunku do dobowego wydatku energetycznego oraz rozwiązania techniczne zastępujące wysiłek fizyczny.

Wszystko nadaremnie, nie zmieniało się w tym zakresie prawie nic. Zysk był ważniejszy. Pasza dla biedoty stawała się coraz tańsza i coraz bardziej toksyczna. Kolejne pokolenia Europejczyków degenerowały się w niezwykle szybkim tempie. Każda kolejna generacja była bardziej upośledzona, coraz większy jej odsetek stanowiły różne biologiczne pomyłki, kurioza, kancery, fizyczne lub psychiczne kaleki.

Siwe głowy zwracały uwagę także na coś jeszcze; mianowicie, że sinusoida ewolucyjnego cyklu Homo sapiens nie tylko znowu zmienia właśnie kierunek, ale i cięgle przyśpiesza.

Przypominały, że po raz pierwszy na taką skalę Afryka najechała Europę przed około czterdziestu tysięcy laty. Jednak przybyłe tam wtedy ludy "wygaszały" jej dotychczasowych mieszkańców przez wiele tysięcy lat.

Przed kilkuset laty, kiedy to Europa napadła Afrykę, łupiąc ją i zniewalając miliony jej mieszkańców, proces ten trwał kilka wieków. Obecny atak trwać może lat zaledwie kilkadziesiąt. W ocenie "mądrych głów" perspektywy rdzennych Europejczyków delikatnie mówiąc nie wyglądały dobrze.

Ostrzegali oni również, że wielki problem Europa będzie miała nie tylko z napływającymi muzułmanami, ale także z tymi już w niej urodzonymi bądź też przybyłymi jako dzieci. I że jeśli religijne szaleństwo oraz nacjonalistyczne podziały nadal będą się tak pogłębiać, to paradoksalnie religią, która będzie dominować na tym kontynencie w przyszłości stanie się islam. Gdyż to właśnie islam jest największym naturalnym wrogiem i jednocześnie przeciwieństwem gnijącego, zepsutego chrześcijaństwa. Z jego wszystkimi wypaczeniami, wszechogarniającą obłudą, hipokryzją, powierzchownością, sztucznością, narastającą pogardą dla ubogich, tolerancją patologii i wynaturzeń we własnych szeregach. Ze swoją groteskową fasadowością i brakiem czytelnych zasad. Szybkość ekspansji islamu uzależniona jest wyłącznie od wewnętrznej słabości organizmu żywiciela; im słabsza wewnętrznie, im bardziej rozbita Europa, tym szybciej zaatakowana, ukatrupiona i skonsumowana zostanie przez dżihad.

Tłumaczono, że to nic nowego, bo wcześniej przecież także chrześcijaństwo, a konkretnie jego najbardziej ekspansywna i agresywna sekta, czyli Kościół Rzymskokatolicki krwawo podbijał coraz to nowe tereny, aby siłą narzucić swoją religię innym. W tym także tereny, na których mahometanizm panował już wtedy.

Teraz zaś dokładnie to samo czynić będzie wojujący islam.

Ponieważ stał się w międzyczasie religią jeszcze bardziej ekspansywną.

Wytykali niektórym panikarzom histerię i tłumaczyli cierpliwie, że Europę dlatego zalewają młodzi mężczyźni, gdyż właśnie tacy najlepiej nadają się do podbojów, do ryzykownej, często wielomiesięcznej tułaczki, a nie rodziny z małymi dziećmi czy kulawe dziady. Że napastują oni młode i ładne Europejki, bo niby kogo mają napastować, stare i grube? Że powodem tych napaści jest olbrzymia przepaść obyczajowa, że dla tych jurnych, wyposzczonych przybyszów obrazy z niektórych europejskich ulic, dyskotek czy plaż to taki sam szok, jakim dla nas byłoby przybycie do kraju, w którym kobiety chodzą nago, na czworaka i zachęcając, aby ktoś uprzejmie zapakował im "ogóra".

Ostrzegali, że na gruncie czysto obyczajowym dojdzie do wielu jeszcze tragedii, ale prawdziwy dramat przyniesie Europie dopiero szaleństwo religijne.

Na koniec uspokajali jednak, że nic nie stanie się z dnia na dzień, a sam proces ekspansji islamu rozłoży się na wiele generacji. I że to tylko zwykła masowa wędrówka ludów jakich było już wiele i jakie w historii ludzkości powtarzają się po prostu co jakiś czas. Afryka i Azja idą do Europy, a my będziemy musieli z czasem ustąpić im miejsca albo się wtopić.

Ewolucja wymaga nowych genów i skoro my nie idziemy do nich, to oni idą do nas.

W kolejnych dekadach nastąpi proces dalszego krzyżowania się ras i wymieszanie ludności nie posiadającej "skazy nieandertalskiej", a więc ludności afrykańskiej z ludami zamieszkującymi pozostałe kontynenty. Dlatego też w pierwszej kolejności Europa zalewana będzie mieszkańcami Afryki i części Bliskiego Wschodu, bo właśnie ich genotypy pozbawione są tej skazy. W opinii senioratu nastąpiłoby to wcześniej lub później tak czy owak, a obecna skala tego exodusu proporcjonalna jest do konsekwencji rozpierduchy w tamtych regionach świata, z których pochodzi większość uchodźców.

Szybka islamizacja Europy była ich zdaniem z kolei czynnikiem sekundarnym, związanym z gwałtownie rosnącym procentowym udziałem mahometan w całości jej populacji, upadkiem chrześcijaństwa oraz dezintegracją samej UE. A nie celem samym w sobie. Nikt nie sterował całym procesem migracji, przynajmniej na początku, jak twierdzili owi sędziwi mędrcy.

Rozdział 12Początek końca

Prawdziwy dramat zaczął się z chwilą, gdy dżihadystom udało się zdobyć broń masowej zagłady.

Ich brudne bomby, ataki biologiczne, chemiczne, zatrucia wody oraz żywności zdziesiątkowały w kilku regionach miejscową ludność, innych zmusiły do wyjazdu. Do połowy lat dwudziestych nic jeszcze nie zapowiadało kataklizmu, jaki nastąpił potem.

Trzecia Wojna Światowa, wojna napędzanych religią morderców z cywilizowanym światem wkraczała powoli w kolejną fazę. Jak się wówczas zresztą wydawało, suwerennie kontrolowaną przez "Neandertalów". W większości krajów zachodniej Europy twardą ręką bądź co bądź zaczynała rządzić skrajna prawica.

Lokalne oddziały "samoobrony", składające się głównie z naziolskich bojówek, toczyły regularne boje z islamskimi gangami.

W pierwszym okresie wyraźną przewagę uzyskali neonaziści. Byli dobrze zorganizowani i wyposażeni, sprzyjała im także policja. Z czasem jednak niezborne dotąd działania salafistów zamieniły się w precyzyjnie planowane operacje. Już nie tylko nękające Europę co kilka tygodni pojedyncze zamachy, ale i skoordynowane operacje bojowe siały odtąd zniszczenie i śmierć. Po obu stronach narastała liczba ofiar.

Problem Europejczyków polegał na zastępowalności.

Christów stale ubywało, muzułmanów zaś szybko przybywało.

Sytuacja demograficzna zaczęła się drastycznie zmieniać na niekorzyść tych pierwszych po przybyciu trzeciej fali hidżry.

Imigranci z Afryki, Bangladeszu i Indonezji nie dość, że mnożyli się jak myszy, to część z nich od razu dołączała do dżihadu. Kiedy Europa zalana została falą "uchodźców klimatycznych" uliczne potyczki zamieniły się w wielodniowe walki wykraczające niekiedy poza obszar miast.

Dowództwa NATO i PESCO nadal jednak kategorycznie odmawiały interwencji zbrojnej. Czekano jakoby na dalszy rozwój wydarzeń. I się doczekano...

Pod koniec lat dwudziestych w miejsce lokalnych bijatyk i strzelanin pojawiły się pierwsze regularne bitwy z użyciem broni automatycznej, ręcznych wyrzutni rakietowych, granatów.

Początkowo ze starć tych wychodziły na ogół zwycięsko bojówki skrajnej prawicy. Górowali wyposażeniem, wciąż mieli jeszcze także przewagę liczebną. Z czasem jednak to muslimy zaczęli wygrywać.

Gotowych do walki Christów zaczynało niepokojąco szybko ubywać, a zajęte formalnymi sporami wewnętrznymi NATO i PESCO nadal uchylały się od interwencji.

Naziole mocni byli głównie w gębie i podobnie jak ich poprzednicy z SA również odważni wyłącznie w grupie.

Dżihadyści szybko zorientowali się, że wystarczy odpowiednio drastyczna demonstracja okrucieństwa, a "łyse pały" wiały jeszcze zanim rozpoczynała się prawdziwa walka.

Z chętnie towarzyszących wszystkim "operacjom deratyzacyjnym", jak je w brunatnych kręgach nazywano, tysięcy "zatroskanych obywateli", czyli wiwatujących na cześć nazioli gapiów, najpierw zrobiły się marne setki, a po kolejnych egzekucjach złapanych Christów, "zatroskani obywatele" wrócili po cichutku tam, skąd przyszli. Do skromnych czynszówek, zamieszkałych przez bezrobotnych, rencistów, tumanów bez szkół, biedotę i wariatów. Motłoch przestraszył się na dobre.

I to pomimo iż ciągle jeszcze miał znaczną przewagę liczebną. Strach o własne życie robił jednak swoje. Za każdego ubitego muslima leciały średnio trzy "łyse pały".

Do tego co jakiś czas dyndało na płotach truchło paru "zatroskanych obywateli", którym zachciało się widowisk na żywo i nie zdążyli w porę uciec. Na nazioli padł blady strach.

A przecież jeszcze zaledwie kilka lat wcześniej to przecież oni straszyli muzułmanów nowym Holocaustem.

U schyłku lat dwudziestych stopniowo jednak cichli i przestali być tak aktywni jak kiedyś. Coraz rzadziej przeprowadzali też swoje słynne "operacje oczyszczania terenu". Za to coraz częściej wyjeżdżali na wakacje i nigdy już z nich nie wracali...

Od kiedy salafiści wzięli się za lokalizowanie i metodyczną eliminację członków grup bojowych prawicy, uciekali oni z Europy lub próbowali przedostać się do bezpiecznych państw środkowowschodniej części kontynentu.

Sytuacja w ich krajach ciągle bowiem eskalowała, a naziole z myśliwych stali się zwierzyną łowną.

Nowoczesne technologie okazały się przekleństwem ściganych, zaś sprzymierzeńcem polujących na nich łowców. Strach było cokolwiek publikować w sieci, bo jeszcze tego samego dnia można było stracić głowę. I to stracić dosłownie.

Dżihadyjskie komórki egzekucyjne przeprowadzały w tamtym czasie spektakularną akcję zastraszania niewiernych o niewinnie brzmiącym kryptonimie; "Co dwie głowy, to nie jedna".

Operacja ta miała na celu zastraszenie Europejczyków i zniechęcenie ich do czynnych działań przeciw "Bojownikom Prawdy".

Grupy siepaczy likwidowały podejrzewanych o przynależność do bojówek skrajnej prawicy. Napadano ich w biały dzień, obcinano głowy, następnie mocowano je w jakimś widocznym punkcie lub wysypywano z wora w zatłoczonych miejscach takich jak dworce, kina, centra handlowe. Salafiści wiedzieli, że dekapitacja najsilniej działa na wyobraźnię niewiernych.

Stosunkowo częstym widokiem były wówczas także tak zwane latające głowy. Podrzucano je z jadących samochodów lub zrzucano na przechodniów z okien i dachów.

Zdarzało się, że latająca głowa trafiała z impetem jakąś "gadającą głowę", zabijając na miejscu jej właściciela. Niczym w kilku koszmarnych bitwach podczas Pierwszej Wojny Światowej.

Jednym z bardziej makabrycznych wynalazków był tak zwany Sprungkopf; obcięta ludzka głowa, umocowana na stylizowanym na mundur Waffen SS korpusie, osadzonym na dwóch grubych sprężynach.

Używano jej głównie na terenie Niemiec oraz w modnych kurortach i turystycznych destynacjach, gdzie bywała liczna klientela niemieckojęzyczna. Konstrukcja ta podskakując poruszała prawą ręką, parodiując nazistowskie pozdrowienie.

Efekt był rzeczywiście mrożący krew w żyłach, choć nie dosłownie, bo krew wyciekająca czasem jeszcze z głowy bryzgała na wszystkie strony wywołując dodatkowe przerażenie.

"Bojownicy Prawdy" preparowali sprytnie głowę świeżo po obcięciu, zaklejając od dołu specjalną folią, która dopiero podczas sprężynowania ulegała przebiciu.

Na plastikowym "korpusie" instalowano głośnik emitujący jakieś wściekłe przemówienie Hitlera.

Nierzadko zdarzało się, że członkowie grup, z których pochodzili zamordowani, jeszcze tego samego dnia pakowali manatki. Był to, jak się potem okazało, moment przełomowy dla dalszego przebiegu tej fazy wojny.

Jednak nie tylko oni przewidywali taki scenariusz.

Kilku przytomnych unijnych polityków w dramatyczny sposób ostrzegało, że jeśli "Bruksela" natychmiast nie uczyni czegoś zdecydowanego, to "radykalny islam utopi nas we krwi". Jak mówili:

- Europa zostanie zniszczona i splądrowana, a Zachodnia Cywilizacja, jej kultura i budowany przez trzy tysiąclecia dorobek zostaną zniszczone. Pamiętajcie, że proces islamizacji jest procesem nieodwracalnym, a wy odpowiadacie za to przed historią. Nic nie da się potem już cofnąć, ani naprawić. Prawie wszyscy zginiecie, a największe europejskie zabytki zrównane zostaną z ziemią...

Tak brzmiały ich prorocze słowa. Wszystko nadaremnie.

Mimo wielu pozorowanych działań, mimo stanowczych deklaracji, pomimo stopniowego zaostrzania prawa, muzułmanów wciąż przybywało.

Z każdym jednym docierającym do Europy tysiącem mahometan zaciskała się pętla na gardle cywilizowanego, łacińskiego, czy raczej greko-romańskiego świata.

Pętla, którą Europejczycy sami sobie na tę szyję założyli.

Nowotwór rozwijał się w zawrotnym tempie, a pacjent zamiast go leczyć, robił wszystko, aby jeszcze bardziej przyśpieszyć metastazę, aby rak zaatakował cały organizm.

Mimo rozpaczliwych apeli znanych osób, mimo narastających protestów społecznych i rozpaczliwych prób samoobrony mieszkańców przed lokowaniem u nich azylanckich hajmów, unijni sternicy latami dolewali oliwy do ognia. Do Europy wpuszczano kolejne tysiące wyznawców Ałłaha.

Najdziwniejsza w tym zakresie wydawała się polityka Niemiec, rządzonych w tamtych kluczowych dla losów tego kontynentu latach cztery pełne kadencje przez Chadeków. Z ich coraz bardziej nieprzewidywalną, a tym samym wielce niebezpieczną dla Europy, niezniszczalną panią kanclerz Angelą Merkel na czele.

Niewiele pomogła nawet bolesna nauczka, jaką partia ta, a właściwie całe demokratyczne Niemcy, dostały podczas wyborów do Bundestagu w 2017 roku.

Nie posiadająca żadnego poważnego programu politycznego, AfD odebrała CDU-CSU, ale także wszystkim pozostałym partiom mnóstwo wyborców, szermując jedynie tanimi populistycznymi hasełkami.

"Alternatywa dla Niemiec" z dnia na dzień stała się trzecią siłą polityczną w kraju i już w 2017 roku wprowadziła prawie setkę swoich ludzi do parlamentu. Niebywały ten sukces AfD osiągnęła dzięki, uzasadnionej zresztą krytyce rządzącej wtedy koalicji CDU/CSU-SPD, która skompromitowała się swoją polityką w sprawie uchodźców.

Ta populistyczna antyimigrancka partia próbująca zgrywać oficjalnie pozory demokracji jako jedyna miała odwagę nazwać rzeczy głośno po imieniu i co najważniejsze wyrażała przy tym opinie nie tylko zakamuflowanych wtedy jeszcze w znacznej przecież mierze neonazistów, ale i większości zwyczajnych Niemców. AfD została trzecią siłą w Bundestagu, grając właściwie jednym, oczywistym dla wszystkich innych, tylko nie dla rządzących argumentem.

Co najdziwniejsze, nawet tamta tak gorzka dla tradycyjnych partii lekcja z jesieni 2017 roku niczego ich najwyraźniej nie nauczyła. Islam nadal zalewał Europę.

Dziś wydaje się to niedorzeczne, nie do uwierzenia, a jednak tak właśnie było.

Casus AfD nie spowodował żadnego kluczowego przełomu wśród rządzących, jak to spodziewało się wtedy wielu politycznych obserwatorów. Nie mówiąc już o coraz bardziej zatroskanych sytuacją kraju zwykłych obywatelach, którzy kolejne cztery lata musieli przyglądać się postępującej islamizacji Niemiec.

Nowa koalicja nadal z uporem maniaka brnęła w bagno, lekceważąc obawy i lęki własnego społeczeństwa.

Rozdział 15Ibiza-Party... gangrena pożera Europę

Prawdziwy dramat Starego Kontynentu rozpoczął się w latach dwudziestych. Muzułmanów wciąż przybywało, nasilały się dysonanse socjalne, coraz większe były napięcia na tle religijnym i etnicznym.

Nadchodzący kryzys gospodarczy tradycyjnie najmocniej uderzył w biedotę i motłoch. Gdy do władzy doszli neonaziści, rozpoczęła się europejska Civil War.

Niepokoje zamieniły się w zamieszki, potem w regularne bitwy. Ulice stały się areną krwawych walk. Przyczajeni w kilkunastu państwach dżihadyści tylko na to czekali. W panującym wówczas chaosie tworzyli komórkę za komórką, oddział za oddziałem. Jak grzyby po deszczu powstawały współpracujące z dżihadystami kryminalne gangi. Gangrena ta dotknęła kraje, gdzie najliczniej występowała społeczność muzułmańska. Pod koniec lat dwudziestych były ich w Europie już tysiące. Tysiące przestępczych, głównie arabskich, bałkańskich i kaukaskich gangów, które z codziennego życia mieszkańców wielu miast uczyniły piekło.

Kiedy naziolom udało się ostatecznie rozbić europejską jedność i mocno zranić samą Europę, znad Zatoki Perskiej nadeszły długo oczekiwane rozkazy.

Mimo znacznej przewagi liczebnej, jaką pod koniec trzeciej dekady posiadały jeszcze Christy, dowodzący operacją "IE" szejkowie nakazali podjęcie bezpośrednich działań bojowych; rozpoczęcie zbrojnego ataku na Europę.

Pogromy, zamachy na nieznaną od czasu WTC skalę, paraliże komunalnej infrastruktury, lotnisk, dworców, portów, centrów handlowych, węzłów komunikacyjnych, serwerowni, sieci energetycznych. Nieustanny terror wobec niewiernych, a nawet wobec części współwyznawców. Tych niewystarczająco religijnych.

Trzecia Wojna Światowa przeszła w kolejną fazę.

W wielu miejscach naraz wybuchły walki. Z czasem używano coraz cięższego sprzętu. W wojnie tej nie było jednak klasycznych linii frontu jak kiedyś. Toczyła się ona w każdym niemal większym mieście Europy, z wyłączeniem terytoriów kilku państw dawnego Bloku Wschodniego oraz Finlandii.

Toczyła się na ulicach, placach i parkingach, na stadionach i w halach sportowych, w kościołach i meczetach, w fabrykach, urzędach i biurowcach, w centrach handlowych i w parkach rozrywki. A także w zwykłych sklepach, kinach, knajpach czy obiektach użyteczności publicznej. Wszędzie tam, gdzie dżihadyści atakowali Christów, albo Christy ich.

Dramatem cywilizowanego świata było to, że walka była najczęściej nierówna; ślepy musiał bronić się przed doskonale widzącym i zakonspirowanym wrogiem.

To tak jakby w jakieś letnie popołudnie próbowano na plaży Copacabana w Rio zapobiec, aby ktoś z kąpiących się nie nasikał do wody. Z tysięcy ludzi wchodzących do Atlantyku, w ciemno próbować wyłapać tych, którzy go zanieczyszczą...

Zadanie niewykonalne. Mimo zaawansowanej techniki wtedy jeszcze niewykonalne. Pomimo olbrzymich wysiłków i środków bezpieczeństwa nie udało się zapobiec także najgorszemu.

Pierwsze "próbne" skażenia radioaktywne miały miejsce w połowie lat dwudziestych. Broń tę przetestowano na niewielkim izolowanym obszarze w paru szyickich wioskach na Bliskim Wschodzie oraz dwóch dużych, starannie wybranych dyskotekach na terenie Europy, które renomę i popularność zyskały dzięki nieprzejednanej postawie w sprawie wpuszczania ostentacyjnych "multi-kulti". Ich właściciele nie tolerowali żadnych tradycyjnie ubranych muzułmanów, szczególnie brodatych i krzykliwych, niezależnie od zasobności ich portfeli czy kontaktów w półświatku.

Użyto tam niewielkich jedynie gramatur i bacznie obserwowano reakcję władz, służb ratowniczych, analizowano efekty destrukcyjne. Akcje powiodły się wprawdzie tylko częściowo, wyciągnięto jednak wnioski na przyszłość.

Pracujący dla salafistów "naukowcy" dokonali niezbędnych korekt i niecały rok później, podczas jednej z gorących sierpniowych nocy, w samym szczycie letniego sezonu turystycznego brudnymi bombami zaatakowano jedną z wysp na Archipelagu Baleary. Uwielbianą przez młodych ludzi Ibizę.

Terrorystom udało się tam osiągnąć więcej niż sami chyba się spodziewali. Uderzono w sześciu punktach wyspy jednocześnie, tuż po północy z soboty na niedzielę. Dokładnie wtedy kiedy hordy pijanych, beztrosko rozbawionych niewiernych wałęsały się po deptakach i w okolicach klubów.

Aby zdezorientować hiszpańskie służby porządkowe, odpalono wcześniej kilka ładunków wybuchowych w trzech największych portach i otworzono ogień do kręcących się ludzi. Gdy mundurowi skierowali siły w okolice marin i walczyli z pożarami wiat, magazynów i samymi napastnikami jednocześnie, w centrach głównych kurortów wyspy urządzono coś a'la "strzelanie do indyków na Marianach".

Kilkudziesięciu brodatych strażników cudzych majtek z naciągniętymi na twarz maskami z podobizną Breyvika przez prawie godzinę opróżniało magazynki w kierunku tak przez nich znienawidzonych wulgarnych, poubieranych jak kurwy, zachlanych w trzy dupy kobiet.

Jak powiedział przed sądem jeden z dwóch ocalałych zamachowców, on zabijał nie ludzi, tylko dzikie zwierzęta. Jakieś półnagie stwory, brudne szmaty, zepsute do cna prostytutki, zwykłe wory na odchody, jak określił je ów wzburzony strażnik moralności. Nie oszczędzono też żadnego faceta, który pojawił się w zasięgu wzroku. Ostrzeliwano każdy deptak, plac, zaułek i kąt.

Opublikowany w sieci już następnego dnia dwugodzinny "film" z tej nocnej rzezi, a właściwie chaotyczny kolaż pojedynczych sekwencji był przerażający. Wiele osób, zanim zorientowało się, o co chodzi, przyjaźnie pozdrawiało "Breyvików". Jedni próbowali żartować, inni wysilali się nawet na nazistowskie "Heil Hitler" i szykowali do zrobienia wspólnych zdjęć. Dopiero kiedy zaczynała się kanonada, zszokowani próbowali ratować się ucieczką, zasłonić się lub chować za innymi.

Grozę budziły szczególnie ujęcia konających osób. Niektórzy z odstrzeloną dłonią, fragmentem kończyny, kawałkiem twarzy, rozłupaną czaszką albo wypadającymi wnętrznościami wydawali jakieś niezrozumiałe dźwięki, próbowali czołgać się lub zasłonić. Kto mógł, bezskutecznie wzywał pomocy, inni udawali zabitych, jeszcze inni pełzali na tej krwawej masie jak jakieś spowolnione chłodem gady. Jeden na drugim, miejscami nawet w trzech, czterech warstwach czerwonej miazgi. Szczególnie kuriozalne wrażenie robiły ofiary zaskoczone podczas oddawania moczu lub, jak jeden z nieszczęsnych bohaterów filmu, podczas defekacji. Zwłoki leżące nieraz w tragikomicznych pozycjach, ze spuszczonymi na buty spodniami czy podwiniętymi spódniczkami. Na filmie widać było też dziewczyny zaskoczone podczas przebierania się, zmiany obuwia, bielizny, tamponów oraz trafione podczas seksu parki.

Zakrwawione, rozebrane ciała, niektóre podziurawione jak sita, inne z pourywanymi fragmentami kończyn czy odstrzeloną częścią twarzy, nieraz w groteskowych pozach, niczym zasuszone trupy z anatomicznych spektakli Gunthera von Hagensa.

"Furorę" w sieci zrobiły ujęcia leżącej, właściwie pokładającej się jakby od pasa w górę na kamiennym stole do ping-ponga dziewczyny, stojącej z rozstawionymi na boki nogami, obutymi w kilkunastocentymetrowe szpilki i z naciągniętą na głowę beżową sukienką. Za nią stał opalony wysoki chłopak z wiszącymi na łydkach spodniami. Młodzieniec ten był wschodzącą gwiazdą tenisa, kilka tygodni wcześniej wygrał nieźle obsadzony turniej i awansował do pierwszej setki ATP. Śmierć musiała dosięgnąć ich w trakcie dymanka, bo chłopak był od środka jakby zakleszczony. Stał nienaturalnie, na ugiętych nogach, z obiema rękoma opuszczonymi wzdłuż tułowia, jak jakiś westernowy rewolwerowiec. Jego głowa, trzymająca się na samej skórze i kręgosłupie, zwisała na plecach. Widok był okropny. Z szyi i głowy krew ociekała siłą grawitacji w dół i krzepła na długich jasnych włosach, które wylewały się zza bawełnianej opaski na jego skroniach.

Internetowe hieny parę tę ochrzciły "tenisista i pingpongistka". Potem, gdy okazało się, że dziewczyna miała na imię Margareth, przemianowano ich na "Mistrz i Małgorzata". Tygodniami trwały żenujące spekulacje na ich temat, czy byli przed, czy po, czy w gumie czy bez, a jaką on miał fujarę, a czy ona miała ogoloną, a skąd się znali, a co pili i temuż podobne bulwarowe sensacje. Podczas gdy ich rodziny cierpiały, a w szpitalach umierały napromieniowane i ranne osoby. Okazało się, że para ta jako jedyni na wyspie zginęli nie od kul, wybuchów ani brudnych bomb, a od noża. Morderca podszedł ich z tyłu. Najpierw poderżnął gardło chłopakowi, potem zadźgał dziewczynę. W czasie nagrywania musiała ona jeszcze żyć, inaczej nieszczęśnik nie stałby tak dziwacznie. Doszło tam zapewne do tak zwanej pochwicy. Pannica miała jedenaście głębokich ran kłutych, wszystkie w okolicy nerek i kręgosłupa.

Kiedy po rzezi "Breyviki" walczyli z przybyłymi antyterrorystami, do akcji włączyli się główni aktorzy tamtej operacji, o których siły porządkowe nie miały pojęcia. Kolejna sekcja dżihadystów ubrana w specjalne kombinezony odpalała brudne bomby w miejscach, gdzie gromadziły się tłumy, którym udało się przeżyć strzelaninę. Zabiły one w sumie więcej osób, niż zginęło od eksplozji i pocisków. Na wyspie oraz w hiszpańskich szpitalach, do których przetransportowano rannych, doliczono się ostatecznie jedenastu tysięcy ośmiuset czternastu zabitych i zmarłych. Ponad połowa z nich nie miała ukończonych dwudziestu pięciu lat.

Kilka tysięcy osób zostało rannych, prawie wszyscy napromieniowani. Część z nich umierała jeszcze wiele miesięcy po samym ataku. Na Ibizie chodziło salafistom o jak największą liczbę ofiar, o wywołanie jak największej paniki i zbiorowego strachu wśród "zdemoralizowanych świń", jak ci religijni fanatycy nazywali młodych ludzi, którzy pili, palili, lubili się zabawić i szukali mocnych wrażeń. Ibiza była miejscem szczególnym. Od wielu dekad przyciągała miłośników i miłośniczki wakacyjnych przygód, cielesnych uciech i ostrej zabawy.

Dżihadyści wielokrotnie ostrzegali, że zrobią z tym porządek, że wkrótce ukrócą te niecne, hedonistyczne obyczaje. Zamachów spodziewano się jednak raczej podczas ściągających wielką publikę koncertów, wydarzeń sportowych czy też w dużych i niegościnnych dla Arabów dyskotekach. Inna sprawa, że niektóre postulaty muzułmanów znajdowały poparcie i posłuch wśród samych "Neandertali". Dramat na Balearach wiele zmienił.

Pod koniec lat dwudziestych część mediów opamiętała się trochę, zmiany na lepsze widoczne stały się nawet na ulicach i w klubach. Istotną rolę odegrała tu naturalnie także sama wojna, toczące się wtedy konflikty zbrojne.

Podczas głośnego procesu zamachowców z Ibizy pod gmachem sądu gromadziły się grupki Christów z hasłami poparcia dla walki z zepsuciem i obyczajową degeneracją. Na kilku transparentach wręcz dziękowano za "nauczkę i wezwanie do opamiętania się".

W latach dwudziestych rzeczywiście doszło do upadku obyczajów, demoralizacji i zepsucia na nienotowaną nigdy wcześniej skalę. Nie mogło się z tym równać nawet gnijące moralnie przed upadkiem, czy raczej "ucieczką do przodu", Cesarstwo Rzymskie.

Kobiety, głównie za sprawą mediów, ogłupiających ruchów feministycznych bądź chęci lanserki za wszelką cenę szmaciły się od kilku dekad coraz bardziej. Tysiące portali randkowych oraz media społecznościowe dały nagle każdej byle dziuni możliwość zaistnienia, pokazania się, wypięcia dupy. Młode, głupiutkie w większości jak koala dziewczęta oraz dorosłe kobiety, a nawet stare, grubo ponad czterdziestoletnie matrony, rozklapichy i zardzewiałe rury przekraczały kolejne granice śmieszności, próżności i upodlenia. Wahadło kobiecej przyzwoitości i skromności wychyliło się w niewłaściwą najwyraźniej stronę.

Zaledwie jeszcze dwie, trzy generacje wstecz ówczesna obyczajowość trzymała kobiety w zbyt surowych ryzach, panie posiadały niewiele praw, niewiele zawodowych możliwości, jedną tradycyjną ścieżkę kariery czy spełnienia się w życiu, a ich publiczny wizerunek musiał być więcej niż skromny. Nie mówiąc już o jakichkolwiek ekshibicjonistycznych czy obyczajowych ekscesach, zarezerwowanych wówczas wyłącznie dla różnych damskich brudów, a więc zawodowych utrzymanek, kokot, kurtyzan, striptizerek i innych prostytutek. Surowe ówczesne normy sprawiały, że kobiety, niezależnie od stanu czy wieku nie tylko w znakomitej większości prowadziły się przyzwoicie i skromnie, ale także mocno chroniły własną intymność.

Feministyczna szajba w ciągu zaledwie kilkudziesięciu lat wywróciła wszystko do góry nogami. Zamiast dbać o ich prawa, uczyniła z kobiet ordynarny towar handlowy.

To kobiety same zrobiły z siebie sprzedajne dziwki i zwykłe, zredukowane do paru szczegółów anatomicznych mięcho. To kobiety same, właśnie w efekcie uzyskanej wolności i praw, doprowadziły do sytuacji, że marzeniem nastolatki było mieć dzianego faceta i wyglądać jak współczesne idolki, czyli składać się z wielkich wydętych ust, dmuchanych cycków i cipy.

To wszystko dzięki feministkom i celebrytkom właśnie, a nie żadnym "złym facetom", jak to kłamliwie utrzymywały.

Gdy szwedzcy szczypiorniści podczas Mistrzostw Europy w 2016 roku zaprotestowali przeciwko upokarzającemu myślące kobiety popisowi półnagich polskich cheerleaderek, które pomyliły występ na meczu z dance-show w klubie dla panów, to najbardziej faktem tym oburzony był nie kto inny, jak... owe cheerleaderki właśnie.

Symptomatyczne, że zniesmaczeni takim uprzedmiotowieniem i samoszmaceniem kobiet na imprezach sportowych były zawsze nie muslimy, którzy z uciechą oglądali erotyczne popisy idiotek, tylko Europejczycy, najczęściej Skandynawowie. Taka była dosłownie i w przenośni "naga prawda".

To "gwiazdy" i popaprane feministki tak zeszmaciły kobiety, nie faceci. To one doprowadziły do tego, że w latach dwudziestych dwudziestego pierwszego wieku kobiety dobiły dna.

Choć zaledwie jeszcze pięćdziesiąt lat wcześniej, pojawienie się na ulicach Europy dziewczyn w miniówkach, w nawet tak "wyzwolonych" miastach, jak Paryż, Londyn czy Berlin wywoływało zgorszenie, szok i oburzenie wielu przechodniów.

Feministyczno-matrialchalna paranoja doprowadziła także do wypaczenia samego prawa. Sądy w wielu krajach latami nieobiektywnie wyrokowały w sprawach, gdzie jedną ze stron była kobieta. W państwach byłego Bloku Wschodniego doszło do jurystycznej paranoi, do istnej kpiny z prawa. Zwłaszcza w sprawach rozwodowych, gdzie dziecko niejako "z automatu" przyznawane było po rozwodzie matkom. Nawet gdy ta miała poważne problemy psychiczne, prostytuowała się, była alkoholiczką czy nawet narkomanką.

Innym polem skandalicznych nadużyć były sprawy przemocy domowej, rzekomych gwałtów i różnych form, tak modnego wtedy molestowania. Stały się one łatwym i dostępnym na każde zawołanie, dla każdej najgłupszej nawet lali narzędziem manipulacji, szantażowania lub zastraszania. Większość zgłaszanych "gwałtów" lub przypadków rzekomego molestowania była pomówieniem, perfidnym kłamstwem. Wymyślonym i zaaranżowanym wyłącznie w celu osiągnięcia konkretnych korzyści, bądź jako forma zemsty. Najczęściej na byłym mężu, chłopaku, osobie ze środowiska zawodowego, niespełnionej miłości czy tak zwanym frajerze, na ogół jakimś dzianym naiwniaku, idealnym klajencie do łatwego pociągnięcia kasy lub nawet stałego życia na jego koszt.