Rok wcześniej
.
To moje życie było tekstem.
Moje ciało, moja skóra, moje białe, lśniące nadgarstki kierujące rowerem, gdy jechałam przez Devon. Gdy widziałam kogoś znajomego, przebiegał mnie dreszcz, jakby nerwy i naczynia krwionośne tworzyły gęstą siateczkę na zewnątrz mnie, a serce było moimi ustami, to ono przemówiło, wyrzucając z siebie "Cześć!", gdy spotkałam sąsiadkę (żonę dyrektora banku), przyglądającą mi się za każdym razem tak, jakby sprawdzała, czy jestem normalna.
Serce biło w samym centrum mnie. W moich ustach. W moich czerwonych ustach. To ja byłam przedmiotem, samym motywem, jak w takiej sytuacji miałam sięgnąć poza siebie i stworzyć inne motywy? Jak miałam umiejscowić siebie z dala od centrum samego motywu?
Ted o tym wiedział, właśnie dlatego się ze mną ożenił: Byłam nerwami, byłam krwią, byłam sercem, byłam białą skórą, byłam naszyjnikiem z pereł, byłam marmurem, byłam gołębicą, byłam łanią, byłam martwym kretem, którego znaleźliśmy na ziemi, byłam dziewczyną, byłam kobietą, byłam matką jego dzieci. Byłam Ameryką, byłam całym kontynentem, byłam przyszłością, byłam motywem, który on pragnął odkryć, byłam kimś, kogo chciał skolonizować, chciał mnie pożreć, chciał mnie zasiedlić, chciał mnie zachować. Chciał przywieźć mnie do domu z Ameryki, gdzie przyszłam na świat, bym poczuła w sercu puls londyńskiego życia, a potem chciał mnie umieścić w domu na wsi, w Devon, pośród narcyzów i ptaków. Kupił mi rower. Pieprzył mnie ostro na kanapie w zimnym salonie, byłam pod nim jak ciepła, wilgotna kałuża, a on w nią wchodził. Pachniało mięsem i krwią. Spermą. Potem czuł się wszechmocny. Podbił Amerykę, poszerzył swoje granice, zdefiniował motyw: Kobieta, która musi umrzeć.
Kobieta skazana na śmierć.
Stworzył mnie.
Podniosłam się z kałuży i poszłam się umyć, z uśmiechem szczęścia na twarzy, zaszczepił we mnie swoje dziecko, swoje marzenie, swoje obietnice. Anglię. Byłam na jego ziemi. Na jego terenie łowieckim. Pośród jego jabłoni, dokładnie siedemdziesięciu jeden sztuk (ja doliczyłam się siedemdziesięciu dwóch). Wśród jego słów, jego drzew, jego pisania. W jego głosie. Dopełniałam mu życie. Wydałam na wszechświat jego dziecko, wypadło prosto z mojego ciała. Frieda. Jak jabłko zrodzone z jabłoni. Czerwone usta, czerwone serce, czerwony puls. Wówczas ja również poczułam, że żyję. "Nic nie uszczęśliwia mnie tak jak dzieci", napisałam w liście do domu, do mojej matki. Ale wiedziałam też, że wszystko, co mówiłam i co pisałam (CAŁY MÓJ GŁOS; TO, KIM BYŁAM), pewnego dnia obróci się przeciwko mnie. Moja rzeczywistość zmieniała kształt w każdej minucie, Ted o tym wiedział, w jednej chwili byłam zadowolona, w drugiej szczęśliwa, w trzeciej zrozpaczona, w czwartej płakałam, pociłam się, tęskniłam, pragnęłam i miałam nadzieję.
Właściwie nic z tego nie mogło być brane na poważnie.
Kiedy więc żona dyrektora banku natknęła się na mnie w centrum, gdy zgramoliłam się z siodełka (znów byłam w zaawansowanej ciąży), zapragnęłam być nią, bym to ja JĄ widziała, a nie ona mnie. Ja, Sylvia, musiałam być o wiele milsza dla oka, a mimo to nie mogłam dostrzec samej siebie!
Uśmiechnęłam się z wysiłkiem, z trudem łapiąc oddech, starłam z twarzy perełkę potu. Było mi gorąco w ciepłym ubraniu. Centrum już udekorowano, zostało tylko kilka tygodni do Bożego Narodzenia. Żona dyrektora banku kupiła coś, co ja właściwie też powinnam była kupić, i naraz sobie uzmysłowiłam, że nie pozwoliłam jej w pełni zająć należnego jej miejsca, że ja też, bezwiednie, już ją skolonizowałam, zagarnęłam coś z tego jej małomiasteczkowego objawienia się w centrum i przekazałam jej władzę, by roznieciła we mnie lęk i stres.
- Masz przesyłkę do odebrania? - zapytała.
- W rzeczy samej. Zależy mi na utrzymywaniu prenumeraty pewnych amerykańskich pism - odparłam i natychmiast pożałowałam, iż udzieliłam jej tak długiej i zawiłej odpowiedzi na bardzo proste pytanie.
Ciekawiło mnie, jakie to uczucie być jej przyjaciółką, lecz odegnałam tę myśl całkiem inną myślą: Boże, cóż za okropny płaszcz.
- A gdzie Frieda? - zapytała.
Posłałam jej krzywy uśmiech spod moich potów.
- W domu, ze swoim tatą - rzuciłam dumnie.
- Jakiż on dzielny, ten twój mąż - orzekła żona dyrektora banku.
- Ted - przypomniałam jej. - Ted Hughes.
Żona dyrektora banku potaknęła. Wyglądała tak, jakby formowała w głowie jakąś myśl.
- Może wpadniecie do nas kiedyś na kolację? Posiedzimy razem przy stole. Pomyślałam, że może już nadeszła pora, byśmy się poznali, jako sąsiedzi. Pasuje wam... jutro?
Jakież to... poprawne. No jasne. Złapała mnie - proszę, jak sprytnie! Tutejsze znajomości w niczym nie przypominały tych w moim rodzinnym kraju, tam można było powiedzieć I Love You do kogoś, z kim spożyło się tylko jeden nudny posiłek. I Love You - z łatwością odłamywało się kawałek swojego serca i wcale nie musiało to oznaczać, że wchodzi się z tym kimś w intymną relację. Lecz tu, w Anglii, miałam wrażenie, że obcowanie z innymi odbywało się według surowych reguł, nie robiło się tego dla przyjemności, ale z dziwacznego poczucia obowiązku. Może nadeszła już pora, byśmy się poznali jako sąsiedzi. Musimy. Nie możemy żyć obok siebie, widywać się każdego dnia, nie zdradziwszy sobie, kim naprawdę jesteśmy i jakie stare, zakurzone meble stoją w naszym domu. Uch, nie miałam na to siły. Ale nie miałam też siły, by spojrzeć jej w oczy i powiedzieć: Nie. Nie! Nie chcę! Zapomnij o tym!
Paczkę wręczył mi młody mężczyzna zatrudniony w punkcie pocztowym i coś w mojej postaci sprawiło, że niepewnie błądził wzrokiem, może siateczka nerwów, może usta jak serce, czerwone i tętniące, tętniące. Podenerwowanie.
Odwróciłam się do babsztyla.
- Oczywiście! - rozpromieniłam się. - Nie mamy żadnych planów. Bardzo chętnie.
Żona dyrektora banku uśmiechnęła się z ukontentowaniem w swoim futrzanym płaszczu. Zaszczebiotała. Niech będzie, pomyślałam: Oto udało mi się kogoś zadowolić.
- Lovely, honey! - wykrzyknęła na cały rynek.
Czy ja nigdy się nie nauczę? Odbieranie przesyłek, załatwianie sprawunków, jeżdżenie na rowerze, wyrzucanie z siebie "cześć" i "dziękuję", robiłam to tak, jakby były to najtrudniejsze rzeczy na świecie. Ludzie na co dzień zajmowali się sprawami o wiele bardziej wymagającymi, a wszystko, co robiłam ja, sprowadzało się do: (1) bycia w ciąży i (2) jeżdżenia na rowerze do centrum i nawet z tym sobie nie radziłam, nawet tego nie byłam w stanie zrobić, nie pozostawiając po sobie jakiegoś odcisku w świecie.
Czy muszę? Czy naprawdę muszę? Muszę być chodzącym cyrkiem? Muszę mieć serce? Muszę ludziom o czymś przypominać - o ich własnych uczuciach i pobudkach? Muszę być kręcącym się po okolicy na rowerze uosobieniem odliczania czasu?
Wiozłam paczkę na bagażniku, niepewnie poruszałam kierownicą, czułam rozczarowanie, bo załatwiłam już sprawunki w centrum i to, na co liczyłam - że coś się wydarzy, że objawi się jakaś myśl, że z wysiłku zrodzi się linijka wiersza, że ot tak zdarzy się coś zabawnego, coś fajnego - nie doszło do skutku. W głowie nie zaświtało ani jedno słowo, żaden początek rozdziału, żadna powieść, nie przybrała formy żadna postać. Nic.
Wybiła druga, gdy wchodziłam po schodkach na ganek, potężna i ciężka niczym górski troll. Znów byłam w domu. W królestwie Teda Hughesa oraz moim.
I Friedy. Podbiegła do mnie, naparła na mnie swoim małym jednorocznym ciałkiem. Umknęłam jej, mówiąc: mama nie może cię teraz nosić, jesteś za ciężka. Prawie odegnałam ją kopniakami, wyplątując się z kurtki, zostawiłam na sobie wełniany sweter.
Ku memu wielkiemu zdziwieniu odkryłam, że Ted siedzi i pisze, w moim gabinecie.
Do tej pory jeszcze mnie nie zauważył, lecz teraz podniósł się z krzesła, zza maszyny do pisania, i poczłapał schodami w dół.
- Piszesz? - zapytałam.
Wyglądał tak, jakbym przyłapała go na gorącym uczynku. Zdobyłam się na mój najbardziej zadziwiony uśmiech, ten, który wystrzelał z taką siłą.
- Tak, napisałem kilka linijek - przyznał. - Chcą, żebym dostarczył więcej materiału dla BBC.
Wysoki, potężny Ted. Brązowe włosy, podłużna twarz, wyrazisty nos. W naszym domu panował chłód, na górze i na dole było wręcz lodowato, należało napalić w piecu. Nie powinien był siadać i pisać, kiedy mnie nie było, to JA miałam mieć wolną chwilę, ja miałam być wolna, w centrum, na rowerze. A mimo to... Mimo to on pisał?
- Jak ci się to udaje? - zapytałam, schylając się do córki, wytarłam jej nos. - Gdy tylko ja próbuję coś zrobić, ona natychmiast przychodzi, szarpie mnie i ciągnie.
Ted wzruszył ramionami.
- Jak wspomniałem, chciałem napisać tylko parę linijek.
Frieda potrzebowała odrobiny rodzicielskiej bliskości i miłości, miałam wrażenie, że widzę po niej, iż dłuższy czas była sama. I teraz potrzebowała, by ktoś przy niej był. Kleiła się do mojego biodra, ale byłam zbyt zmęczona jazdą na rowerze.
- Masz przesyłkę? - spytał Ted.
Prychnęłam na pakunek - stracił już cały swój urok. Nie było o czym mówić.
- Ech... - westchnęłam wymijająco. - To tylko jakieś pisma dla gospodyń domowych od mamy.
- Brzmi wspaniale - odparł Ted. - Dobrze jest sprawić sobie radość.
Czy on mówił serio? Podniosłam na niego wzrok. Droczył się ze mną. To musiała być ironia. Nie mógł przecież na poważnie... Naprawdę sądził, że kilka wnętrzarskich i lifestyle'owych pisemek sprawi mi radość?
- Już mówiłam, to nic ważnego - odrzekłam i wyprostowałam się, czując przemożną chęć, by odepchnąć od siebie Friedę, wpiła się w moje biodro jak szczenię w kość.
- Jutro jesteśmy zaproszeni na kolację - wystękałam, siedząc na krześle i próbując wciągnąć wełniane rajstopy. - Może u nich będzie trochę cieplej. U Tyrerów. W centrum spotkałam żonę dyrektora banku.
- Rozumiem - odezwał się Ted. - Będę mógł opowiedzieć o moich zleceniach dla BBC komuś, kto być może będzie tym zainteresowany.
Co chciał przez to powiedzieć? Dlaczego od słów, które właśnie wypowiedział, wionęło całą galaktyką pełną czarnej mazi? Był zmęczony? Albo zły? Czyż zmęczenie i wściekłość nie były zarezerwowane dla mnie? Poderwał się we mnie niespokojny motyl, drzemał gdzieś w ukryciu przez cały dzień, a teraz jego kruche skrzydełka wprawiły mnie w drżenie. Był uwięziony, szukał wyjścia i napierał prosto na moje ciało. Zastanawiałam się nad odpowiednim słowem.
- Czy Frieda spała? - zapytałam w zamian.
- Nie, połóż ją teraz - odparł Ted.
- A jadła lunch? Już druga!
- Jest bekon.
- A co ty jadłeś?
- Nie miałem ochoty na lunch.
Westchnęłam, otworzyłam drzwiczki kominka w salonie i wrzuciłam na kupkę żaru kawałek drewna, lecz ogień nie zamigotał i nie zaczął go lizać, jak się spodziewałam; zamiast tego klocek zdusił żar, palenisko zagasło. W naszym domu było potwornie zimno - położna zwróciła nam uwagę, że musimy mieć cieplej w styczniu, kiedy urodzi się dziecko.
- JADŁA BEKON NA ŚNIADANIE! - wrzasnęłam tak, że dziecko w moim brzuchu zrobiło woltę z wysiłku.
- To daj jej papier śniadaniowy! Mamy tylko bekon!
Nie miałam na to odpowiedzi.
- Idę napisać do końca ten wiersz! - dodał Ted ze zniecierpliwieniem, wszedł na górę i zamknął za sobą drzwi.
- Bekon - powiedziałam do Friedy i sama poczułam wilczy głód.
Zdjęłam patelnię z haczyka, poddałam się głodowi. Na moją pamiątkę wylał się ze mnie kawalątek mnie. Miałam na sobie duży, kobaltowoniebieski sweter, napięty na brzuchu jak namiot, nie oddawał sprawiedliwości mojej urodzie. Na samym czubku wielkiej góry (czyli mnie) pojawiła się wielka tłusta plama. Stałam i patrzyłam, jak rozrasta się na materiale. Wybuchnęłam płaczem, mrugałam oczami, żeby zatrzymać łzy, ale nie chciały odejść i zapiekły mnie pod powiekami. Pieprzony wiersz! Długi pasek bekonu leżał już na patelni i pryskał od dłuższej chwili, na talerzu zrobił się sztywny i twardy. Pokroiłam go Friedzie na kawałki. Zaczęła przeżuwać i skrzywiła się z obrzydzenia, mięso było gorzkie i za słone. Za mocno je przysmażyłam. Wyszarpnęłam jej talerz, wzięłam nowy plaster tłustego bekonu i rzuciłam go na patelnię; zmniejszyłam drgający płomień pod naczyniem.
Ja musiałam zadbać o to, żeby wszystko było dobrze.
Kiedyś była czysta i niewinna, piła wyłącznie mleko z mojego wnętrza, mleko tryskające z moich piersi, nie było dla mnie całkiem jasne, skąd się brało. Mleko. Białe, ciepłe mleko. Piersi były duże i wrażliwe również teraz, a w ostatnim trymestrze byłam strasznie napalona, miałam ochotę w każdą noc. Lecz Ted nie do końca pojmował, co wyprawiam. Wtulałam się w niego na łyżeczkę, ale mój brzuch wbijał się w jego plecy i nie mieliśmy prawdziwego kontaktu. Wzdychał i się odsuwał. Ja podążałam za nim, moje ręce i nogi buchały gorącem, chociaż mieliśmy zimno w sypialni.
No, jedz, dziecko. Dałam Friedzie miększy plasterek bekonu. Possała go i zaniosła się śmiechem. Śmiech był wyryty w niej na stałe: może to sposób na obronę, pomyślałam, pancerz chroniący przed mrokiem, jaki dostrzega w rodzicach, może strażnik śmiech nie wpuszcza go do środka. Frieda jest twarda jak skała, pomyślałam również. Przeżyje nas wszystkich.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki