Euforia - Lily King

-
Proszę czekać
1

Gdy odjeżdżali, jeden z Mumbanyów czymś za nimi rzucił. To coś wpadło do wody kilka jardów od rufy i było jasnobrązowe.

- Kolejne martwe niemowlę - skwitował Fen.

Zdążył stłuc jej okulary, nie widziała więc, czy żartuje.

Kanoe zmierzało ku zakolu ciemnozielonego lądu otwierającego się na jasny przesmyk. Skupiła się na tym. Więcej nie spojrzy w ich stronę. Na plaży paru Mumbanyów biło w gong śmierci i śpiewało za nimi, ale ona już się nie odwróciła. Co jakiś czas, gdy ich czterech stojących wioślarzy - pokrzykujących do swoich na brzegu lub tych na wodzie, w innym kanoe - równocześnie odpychało łódź, lekki podmuch wiatru muskał jej wilgotną skórę. Rany piekły i się obkurczały, jakby dotyk suchego powietrza przyspieszał gojenie. Wiatr ustawał i się wzmagał, ustawał i się wzmagał. Rejestrowała odstęp pomiędzy odczuwaniem a świadomością; najwidoczniej wracała jej gorączka. Mężczyźni przestali wiosłować. Ogłuszyli wężoszyjego żółwia i wciąż rzucającego się wciągnęli na łódź. Z tyłu Fen zaintonował dla niego pieśń żałobną głosem tak niskim, że nikt prócz niej nie mógł go usłyszeć.

Motorówka czekała na nich w miejscu, gdzie schodzą się rzeki Yuat i Sepik. Na pokładzie oprócz sternika, mężczyzny o imieniu Minton, którego Fen znał z Cairns, były jeszcze dwie pary białych. Kobiety ubrane w suknie z szeleszczących tkanin i jedwabne pończochy, ich towarzysze w smokingach. Nie narzekali na upał, co znaczyło, że są stąd; mężczyźni doglądają pewnie plantacji lub kopalni albo egzekwują wymyślone dla ich ochrony prawa. Przynajmniej nie są misjonarzami. Dzisiaj by ich nie zniosła. Jedna z kobiet miała jasnozłote włosy, druga rzęsy niczym czarne paprocie. Obie trzymały wysadzane kamieniami wizytowe torebki. Jedwabista biel ich ramion wyglądała jak sztuczna. Miała ochotę dotknąć tej, która była bliżej, podciągnąć jej rękaw i sprawdzić, jak wysoko sięga ta biel - tak jak tubylcy musieli jej samej dotykać, gdziekolwiek się pojawiała po raz pierwszy. Dostrzegła współczucie w oczach kobiet, gdy w zgrzebnych brudnych ubraniach weszli z Fenem na pokład i potoczyli malarycznym wzrokiem.

Motorówka ruszyła z głośnym i przerażającym hukiem, musiała jak dziecko unieść dłonie i zakryć uszy. Zauważyła, że Fen drgnął w takim samym geście, i uśmiechnęła się odruchowo, ale jemu się nie spodobało, że to spostrzegła, i odszedł do Mintona. Zajęła miejsce obok kobiet na ławce przy rufie.

- Z jakiej to okazji? - zapytała Tillie, tę złotowłosą.

Gdyby ona miała takie włosy, tubylcy nigdy nie przestaliby ich dotykać. Nie dałoby się pracować w terenie z włosami jak te.

Mimo huku silnika Fen także dosłyszał odpowiedź i obydwoje parsknęli śmiechem.

- Głuptasie, przecież jest Wigilia.

Pozostali najwyraźniej już coś pili, chociaż południe nie mogło minąć dawno temu; byłoby jej łatwiej znieść miano głuptasa, gdyby nie miała na sobie niemożliwie brudnej bawełnianej koszulki naciągniętej na piżamę Fena. Do tego licznych obrażeń, świeżej rany na ręce od kolca sagowca, zwichniętej kostki u prawej nogi, zadawnionego zapalenia nerwu w jednym i drugim ramieniu oraz swędzącego pieczenia między palcami u stóp - mogła tylko mieć nadzieję, że nie jest to nowy rzut grzybicy. Dobrze znosiła takie niewygody podczas pracy, ale tutaj bardziej jej doskwierały, przy tych kobietach w perłach i jedwabiach.

- Jak sądzisz, będzie tam porucznik Boswell? - zwróciła się Tillie do czarnorzęsej.

- Ona uważa, że jest boski. - Eva była wyższa, postawna i bez rękawiczek.

- Wcale nie. Zresztą ty też tak uważasz - odpaliła Tillie.

- Ale ty jesteś mężatką, moja droga.

- Nie sądzisz chyba, że ludzie przestają zauważać innych od chwili, gdy wsadzą palec w obrączkę.

- Nie sądzę. Ale twój mąż owszem.

Nell notowała w głowie:

- ozdoby na szyi, nadgarstkach, palcach

- farba wyłącznie na twarzy

- podkreślenie warg (ciemnoczerwony) oraz oczu (czarny)

- podkreślone biodra poprzez zaciśnięcie popręgu na talii

- dialog rywalizujący

- wartość: mężczyzna; niekoniecznie posiadanie, ale zdolność przyciągania jego uwagi

Nie potrafiła przestać.

- Czy zajmujesz się badaniem tubylców? - zapytała ją Tillie.

- Ha ha, nie widzisz? Ona wraca z Balu do rana, prosto z Pałacu na Wodzie...! - Eva wypowiadała słowa z mocnym australijskim akcentem, prawie jak Fen.

- Tak, zajmuję się - odparła - od lipca. To znaczy od poprzedniego lipca.

- Półtora roku tkwiłaś gdzieś na brzegu tej rzeczki?! - dopytywała się Tillie.

- Dobry Boże - zawtórowała Eva.

- Najpierw rok w górach na północ stąd, z ludem Anapa - odrzekła Nell - a potem kolejne pięć i pół miesiąca z Mumbanyami, w górnym biegu Yuatu. Wyjechaliśmy przed czasem. Nie polubiłam ich.

- Nie polubiłaś? - powtórzyła Eva. - Myślę, że w tym wypadku ważniejsza byłaby troska o zachowanie głowy na szyi.

- Czy to kanibale?

Nierozważnie byłoby odpowiedzieć uczciwie. Nie wiedziała, kim są ich mężczyźni.

- Nie. Dobrze rozumieją, że trzeba podporządkować się nowemu prawu.

- Prawo nie jest nowe - zauważyła Eva. - Ogłoszono je cztery lata temu.

- Przypuszczam, że dla pierwotnego plemienia wydaje się nowe. Ale przestrzegają go - odparła.

I niemożności zabijania przypisują swój zły los...

- Czy rozmawiają o tym? - zapytała Tillie.

Czemu wszyscy biali zawsze pytają o kanibalizm? Przypomniała sobie, jak Fen wrócił z dziesięciodniowego polowania i zasmucony unikał przykrego tematu. Spróbowałem, wreszcie wykrztusił. I mają rację, smakuje jak stara wieprzowina. Tak żartowali Mumbanyowie o misjonarzach: że smakują jak stare wieprze.

- Rozmawiają, z tęsknotą.

Nawet cyniczna Eva wzdrygnęła się lekko.

Po chwili Tillie indagowała dalej.

- Czytałaś książkę o Wyspach Salomona?

- Na których wszystkie dzieciaki bzykają się po zaroślach? - dorzuciła jej przyjaciółka.

- Eva!

- Czytałam. - Po chwili Nell dodała, nie mogąc się powstrzymać: - Spodobała ci się?

- Bo ja wiem - odparła Tillie. - Nie rozumiem, o co tyle zamieszania.

- A jest zamieszanie? - zapytała Nell. Nie miała pojęcia, jak jej książkę przyjęto w Australii.

- Powiedziałabym, że tak.

Chciała zapytać kto i dlaczego, ale podszedł jeden z mężczyzn z gigantyczną butlą ginu i dopełnił im szklanki.

- Twój mąż powiedział, żeby tobie nie nalewać - zwrócił się do niej przepraszająco, bo nie miał dodatkowego naczynia.

Fen stał odwrócony tyłem, ale ze zgarbionych pleców i lekko uniesionych pięt odczytywała wyraz jego twarzy. Zwykł kompensować wymięte ubranie oraz dziwną pracę twardym męskim spojrzeniem. Na uśmiech, niewielki, pozwalał sobie tylko wtedy, kiedy sam opowiadał dowcip.

Wzmocniona paru łykami Tillie wróciła do przepytywania.

- I co napiszesz o tych plemionach?

- Wciąż mam mętlik w głowie. Nigdy nie jestem niczego pewna, dopóki nie siądę przy własnym biurku w Nowym Jorku.

Przywołując nowojorskie biurko, rozpoznała w sobie odruch rywalizacji, potrzebę górowania nad tymi czystymi, pięknymi kobietami.

- Czy właśnie tam teraz wracasz, do swojego biurka?

Własny gabinet. Skośne okno wychodzące na Amsterdam i Sto Osiemnastą. Czasami odległość odczuwało się klaustrofobicznie.

- Nie, jedziemy najpierw do Wiktorii, badać Aborygenów.

- Biedactwo - skwitowała Tillie, wydymając wargi. - Wyglądasz na wystarczająco umęczoną.

- Możemy ci tu i teraz opowiedzieć wszystko, co chcesz wiedzieć o tych dzikusach - dodała Eva.

- Męczące było tylko ostatnie pięć miesięcy i ostatnie plemię.

To prawda, nie miała pomysłu, jak ich opisać. Z Fenem nie zgadzali się co do niczego na temat Mumbanyów. Podważył wszystkie jej poglądy. Teraz zdumiewała się ich brakiem. Tillie wpatrywała się w nią ze skupieniem za sprawą drinków pozbawionym uwagi.

- Czasami po prostu natykasz się na kulturę, która łamie ci serce - dokończyła Nell.

- Nellie! - zawołał ją Fen. - Minton mówi, że Bankson wciąż tutaj jest. - Wskazał ręką w górę rzeki.

Oczywiście, że jest, pomyślała, lecz nie powiedziała tego na głos.

- Ten, który ukradł twoją siatkę na motyle? - spróbowała zażartować.

- On nic nie ukradł.

Jak on to opowiadał? Byli na statku w drodze powrotnej z Salomonów i prowadzili jedną z pierwszych rozmów. Plotkowali o profesorach. Haddon mnie lubił, powiedział Fen, ale to Banksonowi sprezentował swoją siatkę na motyle.

Bankson pokrzyżował im plany. W trzydziestym pierwszym przyjechali, aby zbadać dwa plemiona z Nowej Gwinei. Ale ponieważ Bankson już się ulokował nad rzeką Sepik, ruszyli dalej na północ, w góry, do Anapów. Mieli nadzieję, że kiedy po roku wrócą na dół, jego już nie będzie i wybiorą sobie nadrzeczne plemiona, których mniej izolowana kultura jest bogata w artystyczne, ekonomiczne i duchowe obyczaje. Tymczasem on wciąż tu tkwił i badał Kionów. Poszli więc w stronę przeciwną, wzdłuż Yuatu, dopływu Sepiku, i znaleźli Mumbanyów. Już po pierwszym tygodniu wiedziała, że praca z tym plemieniem to pomyłka, ale musiało upłynąć pięć miesięcy, zanim zdołała przekonać o tym Fena.

- Powinniśmy się z nim zobaczyć. - Fen stanął tuż za nią.

Nigdy dotychczas tego nie proponował. Skąd taki pomysł teraz, kiedy mają załatwioną Australię? Z Haddonem, Banksonem i siatką na motyle zetknął się cztery lata temu w Sydney i nie wyglądało na to, aby zbytnio przypadli sobie do gustu.

Kionowie Banksona to wojownicy, dzierżyli władzę nad dorzeczem Sepiku, zanim jeszcze rząd Australii porozdzielał wsie - nadając im grunty, których ludzie nie chcieli - a przeciwników parcelacji powsadzał do więzień. Mumbanyowie, sami bardzo waleczni, opowiadali legendy o dzielności Kionów. Pewnie dlatego Fen chce odwiedzić Banksona. Plemię na drugim brzegu rzeki bardziej lśni, zawsze mu to mówiła. Ale nie da się nie zazdrościć innym ludziom ich ludów. Dopóki nie uporządkujesz wszystkiego na papierze, twoje własne plemiona są bezładną masą.

- Sądzisz, że spotkamy go w Angoram? - zapytała.

Nie powinni się uganiać za Banksonem. Postanowili przecież jechać do Australii. Pieniędzy starczy im najwyżej na pół roku, a minie wiele tygodni, nim zdołają urządzić się wśród Aborygenów.

- Wątpię. Jestem pewien, że trzyma się daleko od rządowych placówek.

Łódź mknęła z szybkością utrudniającą orientację przestrzenną.

- Fen, musimy jutro załapać się na szalupę do Port Moresby. Gunajowie to dobry wybór.

- O Mumbanyach też tak mówiłeś, kiedy do nich jechaliśmy. - Zagrzechotał lodem w pustej szklance. Widać było, że ma więcej do powiedzenia, ale odszedł do Mintona i reszty mężczyzn.

- Długo po ślubie? - zapytała Tillie.

- W maju miną dwa lata - odpowiedziała Nell. - Uroczystość odbyła się dzień przed wyjazdem tutaj.

- W takim razie mieliście elegancki miesiąc miodowy...

Parsknęły śmiechem. Butelka ginu zrobiła kolejną rundę.

Przez następne cztery i pół godziny Nell obserwowała, jak wystrojone pary piją, dokuczają sobie, flirtują, nawzajem się ranią, zbywają śmiechem, przepraszają, rozstają się i na powrót godzą. Przyglądała się ich młodym, niepewnym twarzom, widziała, jak cienka jest warstwa odmalowanego na nich poczucia własnej wartości i jak łatwo opada, kiedy wydaje im się, że nikt na nich nie patrzy. Od czasu do czasu mąż Tillie wyciągniętą ręką wskazywał coś na brzegu: dwóch chłopców z siatką, niełaza zwisającego z gałęzi niczym sflaczały worek, rybołowa sunącego w kierunku gniazda, czerwoną papugę przedrzeźniającą warkot silnika. Próbowała nie myśleć o wioskach, które mijali, o wzniesionych w nich chatach, o paleniskach, dzieciach polujących z dzidami na węże pochowane w strzechach. O ludach, których jej brakuje, o plemionach, których nigdy nie pozna, o słowach, których nigdy nie usłyszy, o niepokoju, że może właśnie mijają tych, których powinna badać, lud, którego geniusz by się ujawnił dzięki niej, a jej własny dzięki niemu, lud wiodący życie, w którym dostrzegłaby sens. Tymczasem obserwuje zachodnich Europejczyków oraz Fena, twardo przemawiającego do mężczyzn, agresywnie wypytującego o ich pracę, odpierającego atak, kiedy oni pytają o jego zajęcie, szukającego jej, po czym wymierzającego jej karę ciętym słowem i bezceremonialnym odwrotem. Kilkakrotnie zrzucił w ten sposób na nią swoją frustrację, nieświadomy, że tak czyni. Jeszcze nie przestał wyżywać się na niej za to, że postanowiła zostawić Mumbanyów.

- Przystojny jest ten twój mąż, nieprawdaż? - odezwała się Eva, kiedy nikt inny nie mógł ich usłyszeć. - Założę się, że potrafi nieźle zaskoczyć prezencją.

Motorówka zwolniła, w świetle zachodzącego słońca woda lśniła łososiowo. Dopłynęli. Z Angoram Club wybiegło trzech portowych chłopaków, by przycumować łódź. Ubrani byli w białe spodnie, niebieskie koszule i czerwone czapki.

- Atencja, szczyle - warknął do nich Minton w pidżynie - Isi isi.

Między sobą mówili w plemiennym języku, najprawdopodobniej w tawajskim. Wysiadających pasażerów pozdrowili jednak z poprawnym brytyjskim akcentem.

Zastanawiała się, jak daleko może sięgać ich znajomość angielskiego.

- Jak leci? - zapytała najwyższego z chłopców.

- Dobrze, dziękuję, madame.

Przypominał jej pewnego chłopaka spośród Anapów, strzelca, tak samo pewnego siebie i równie skorego do szerokiego uśmiechu.

- Słyszę, że dzisiaj Wigilia.

- Tak, madame.

- Obchodzicie ją?

- O tak, madame.

Misjonarze musieli się już do nich dobrać.

- A ty co chciałbyś dostać? - zapytała nieco mniejszego.

- Sieć rybacką, ma'am - starał się wypowiedzieć krótko i bez emocji, jak poprzednik, ale nie wytrzymał - taką samą, jaką w zeszłym roku dostał mój brat!

- I od razu zarzucił ją na mnie! - krzyknął najmłodszy.

Wszyscy trzej się roześmiali, błyskając białymi zębami. Wśród Mumbanyów większość chłopców w ich wieku miała już niewiele zębów, potracili je od próchnicy lub w bijatyce, a te, które im zostały, zabarwione zwykle były na purpurowo od żutego stale betelu.

Kiedy najstarszy chłopak zaczął mówić, od rampy zawołał na nią Fen. Obie pary białych zeszły już na ląd i pokpiwały z nich, z kobiety w brudnej męskiej piżamie próbującej rozmawiać z tubylcami oraz wychudłego brodatego Australijczyka, który może i potrafi się dobrze prezentować, ale teraz chwiejnie wynosi bagaże i woła na swoją żonę.

Życzyła chłopcom wesołych świąt, co uznali za zabawne, i życzyli jej tego samego. Najchętniej przesiedziałaby całą noc z nimi w kucki na rampie.

Spostrzegła, że Fen wcale nie jest wściekły. Zarzucił obie torby na lewe ramię i zaoferował jej prawe, jak gdyby i ona miała na sobie suknię wieczorową. Wyciągnęła lewą dłoń, on ją mocno uchwycił. Poczuła zadawniony ból w ramieniu.

- Rany boskie, jest przecież wigilia Bożego Narodzenia. Czy ty zawsze musisz pracować?

Brzmiało to jednak żartobliwie, prawie ze skruchą. Jesteśmy teraz tu, jak się rzekło, jej dłoń w jego ręce. Koniec z Mumbanyami. Pocałował ją i to również zaostrzyło ból, ale nie zaprotestowała. Nie lubił, kiedy była silna, ani nie lubił, kiedy była słaba. Wiele miesięcy temu sam uznał, że ma dość chorowania i bólu. Jeśli rosła mu gorączka, szedł na czterdziestomilową wspinaczkę. Kiedy na nodze pod skórą zaczęła mu się wylęgać gruba biała larwa, wyciął ją sobie sam scyzorykiem.

Dostali pokój na pierwszym piętrze. Od muzyki w klubowej jadalni drżała podłoga.

Sprawdziła jedno z dwóch łóżek. Pościelone było białymi sztywnymi prześcieradłami i grubą poduszką. Podniosła wierzchnie prześcieradło, wyciągając je z ciasnego zasłania, i wsunęła się do środka. Była to zwykła stara, wąska wojskowa prycza, ale jej się zdało, że to obłok, czysty gładki wykrochmalony obłok, który, poczuła, zabiera ją w sen, onegdajszy kamienny sen znany z dzieciństwa.

- Dobry pomysł - rzucił Fen, zzuwając buty. Miał dla siebie całe drugie łóżko, ale wcisnął się obok niej, tak że musiała się obrócić na bok, aby nie spaść. - Czas na prokreację - zamruczał śpiewnie.

Przeciągnął dłońmi wzdłuż jej płóciennych spodni i mocno schwyciwszy ją za pośladki, przycisnął do swoich lędźwi. Pamięta, że tak samo zderzała papierowe lalki, kiedy już z nich wyrosła, ale jeszcze ich nie porzuciła. Ponieważ nie zadziałało, wziął jej rękę i przesunął w dół, a gdy mocno go złapała, przykrył jej dłoń swoją i poprowadził z góry na dół w rytmie dobrze jej przecież znanym, choć nigdy nie dał jej samodzielnie go wypróbować. Oddychał coraz szybciej i z trudem, ale minęło sporo czasu, zanim członek przejawił jakąkolwiek oznakę sztywnienia. Wiotki drżał pod ich dwiema dłońmi niczym meduza. Zresztą to i tak nie był dobry moment. Lada chwila miała dostać miesiączkę.

- Cholera - mruknął Fen. - Szlag by to trafił.

Złość posłała na dół jakąś falę i nagle wystrzelił im w dłoniach wielki, twardy i cały w fioletowych pąsach.

- Wepchnij go - powiedział. - Wpychaj go, teraz.

Nie było sensu dyskutować, mówić o suchości ani o kalendarzyku, ani o nasileniu gorączki, ani o ranach, które znowu się otworzą od pocierania o prześcieradło. Zostawią krwawe plamy, tawajska pokojówka pomyśli, że to krew menstruacyjna, i zgodnie z przesądem będzie musiała spalić prześcieradła, takie piękne świeże, czyste prześcieradła.

Wepchnęła. Nieobolałe fragmenty jej ciała były odrętwiałe, jeśli nie wręcz martwe. Fen pompował w nią.

- No i masz dzidziusia - powiedział, kiedy było po wszystkim.

- Przynajmniej jedną nóżkę albo dwie - odparła, odzyskawszy panowanie nad głosem.

Roześmiał się. Mumbanyowie wierzyli, że za jednym razem nie da się zrobić całego dziecka.

- W nocy, później, weźmiemy się do ramionek. - Odwrócił głowę w jej stronę i pocałował ją. - Teraz szykujmy się na przyjęcie.

W odległym rogu stało gigantyczne bożonarodzeniowe drzewko. Wyglądało jak prawdziwe, jakby przypłynęło prosto z New Hampshire. Tłum w pomieszczeniu stanowili głównie mężczyźni, właściciele i nadzorcy, rzeczni taksówkarze, rządowi kiapi[*], łowcy krokodyli razem z roznoszącymi charakterystyczną woń preparatorami zwierząt, handlarze, przemytnicy i kilku pastorów, nałogowych alkoholików. Piękne kobiety z łódki błyszczały, każda w swoim wianku mężczyzn. Tawajscy służący w białych fartuszkach roznosili tace z szampanem. Mieli długie kończyny i długie, wąskie nosy, pozbawione kolczyków i blizn. Odgadła, że są pokojowym ludem, jak Anapowie. Co by było, gdyby założono rządowy posterunek nad rzeką Yuat? Nie da się zawiązać białego fartuszka na Mumbanyo. Poderżnęliby ci gardło, gdybyś spróbował.

Z podsuniętej tacy wzięła kieliszek. Na drugim końcu sali, za uniesionym z nią ramieniem Tawaja, dostrzegła mężczyznę, całkiem prawdopodobnie wyższego od choinki, który dotykał palcami gałązek.

Bez okularów mogła widzieć moją twarz najwyżej jako jedną z wielu rozmazanych plam, ale zdaje się, że kiedy podniosłem głowę, dostrzegła w niej - mnie.

Ciąg dalszy w wersji pełnej

[*] Kiap - (z kreolskiego, od niem. Kapitän) w Papui-Nowej Gwinei lokalny państwowy strażnik bezpieczeństwa (przypisy od tłumacza).

Podziękowania

Choć powieść, którą trzymasz, Czytelniku, jest fikcją, zainspirował ją opis pewnej chwili zawarty w wydanej w 1984 roku biografii Margaret Mead: A Life, pióra Jane Howard, oraz moje późniejsze lektury wszystkiego, co zdołałam znaleźć na temat antropologów Margaret Mead, Reo Fortune'a oraz Gregory'ego Batesona i ich kilku miesięcy wspólnie spędzonych w 1933 roku nad rzeką Sepik, na ziemiach ówczesnego Terytorium Nowej Gwinei. Zaczerpnęłam wiele z życia i doświadczeń owej trójki ludzi, ale opowiedziałam historię inną.

Większość występujących w książce plemion i wiosek należy do fikcji. Czytelnik nie znajdzie Tamów ani Kionów na mapie, choć wykorzystałam prawdziwe szczegóły charakteryzujące istniejące plemiona, które Mead, Fortune i Bateson badali w tamtym czasie: są to, według angielskiego nazewnictwa, plemię Tchambuli (dzisiaj zwane Chambri), plemię Iatmul, Mundugumor oraz Arapesh. Książka, której w tekście dałam tytuł Arc of Culture, jest wzorowana na pracy Ruth Benedict Wzory kultury.

Wielką pomocą służyły mi w pracy następujące książki: Naven Gregory'ego Batesona; With a Daughter's Eye: A Memoir of Margaret Mead and Gregory Bateson Mary Catherine Bateson; Wzory kultury Ruth Benedict; Ostatni ludożercy Jensa Bjerre'a; Return to Laughter Elenore Smith Bowen; One Hundred Years of Anthropology pod redakcją J.O. Brew; Droga człowiecza Samuela Butlera; To Cherish the World: Selected Letters of Margaret Mead pod redakcją Margaret M. Caffrey oraz Patricii A. Francis; Sepik River Societies: A Historical Ethnography of the Chambri and Their Neighbors Deborah Gewertz; Women in the Field: Anthropological Experiences pod redakcją Peggy Golde; Margaret Mead: A Life Jane Howard; Papua New Guinea Phrasebook Johna Huntera; Kiki: Ten Thousand Years in a Lifetime; An Autobiography from New Guinea Alberta Maori Kiki; Margaret Mead and Ruth Benedict: The Kinship of Women Hilary Lapsley; Gregory Bateson: The Legacy of a Scientist Davida Lipseta; Argonauci Zachodniego Pacyfiku Bronisława Malinowskiego; Deszcz oraz Other South Sea Stories Somerseta Maughama; The Mundugumor Nancy McDowell; Blackberry Winter: My Early Years Margaret Mead; Dojrzewanie na Samoa Margaret Mead; Cooperation and Competition Among Primitive Peoples pod redakcją Margaret Mead; Dorastanie na Nowej Gwinei Margaret Mead; Letters from the Field, 1925-1975 Margaret Mead; Płeć i charakter w trzech społecznościach pierwotnych Margaret Mead; Four Corners: A Journey into the Heart of Papua New Guinea Kiry Salak; Malinowski, Rivers, Benedict, and Others: Essays on Culture and Personality pod redakcją George'a W. Stockinga Jr.; Observers Observed: Essays on Ethnographic Fieldwork pod redakcją George'a W. Stockinga Jr.; Village Medical Manual: A Layman's Guide to Health Care in Developing Countries - Volume II: Diagnosis and Treatment Mary Vanderkooi MD.

Jestem wdzięczna następującym osobom za ich skrupulatną i wnikliwą lekturę wcześniejszych wersji książki: Tylerowi Clementsowi, Susan Conley, Sarze Corbett, Caitlin Gutheil, Anji Hanson, Debrze Spark, mojej siostrze Lisie, mojej nadzwyczajnej agentce Julie Barer, Williamowi Boggessowi, Gemmie Purdy oraz ukochanej, znakomitej i mądrej redaktorce Elisabeth Schmitz. Wdzięczna jestem także Morgan Entrekin, Deb Seager, Charlesowi Woodsowi, Katie Raissian, Amy Hundley, Judy Hottensen oraz wszystkim w Grove Atlantic. Nieoceniony okazał się życzliwy rzut antropologicznego oka Lizy Bakewell na ostateczną wersję tekstu. Wielkie podziękowania dla luksusowego hotelu Inn by the Sea nieopodal Portland, w którym sczytywałam ostateczną redakcję otoczona istną błogością w promocyjnej cenie. Kolejne dla Cornelii Walworth, która pewnego dnia zawiozła mnie do księgarni.

Specjalne, niemające końca podziękowania dla mojego męża Tylera oraz dla naszych córek Calli i Eloise. Moje serce należy do was.