2
John Wagner wysuwa szufladę swojego biurka na posterunku policji w December i zagląda do niej. Pudełka, blistry, kolejne pudełka, kilka zamykanych torebek z różnymi proszkami, kubeczek o pojemności decylitra, inny o pojemności łyżki stołowej. Szarpie się za włosy, przyglądając się bałaganowi złożonemu z różnych suplementów diet, witamin i cudownych leków. Jak w pieprzonym kotle czarownicy.
"Co ja, do cholery, miałem wziąć?"
Przesuwa brązowy zszywacz, który wygląda, jakby leżał w tej szufladzie od lat siedemdziesiątych, i podnosi zestawienie tabletek.
"Suplement żelaza? Antyoksydanty? Czy może kreatynę?"
Choćby nie wiadomo, jak wysilał mózg, nie może sobie przypomnieć, o czym myślał zaledwie dziesięć sekund wcześniej. To ta piekielna mgła mózgowa. Właśnie ją próbuje zwalczyć tymi czarodziejskimi miksturami, które zebrał w szufladzie jak jakiś nawiedzony foliarz.
"Nie masz jednak pojęcia, jak byś wyglądał bez tych suplementów" - próbuje przekonywać sam siebie, wyciągając na chybił trafił jakieś opakowanie i wysypując z niego na dłoń dwie kapsułki. Są przezroczyste, napełnione białym proszkiem. Patrzy na opakowanie. Resveratrol. No właśnie. Suplement, który podobno ma sprawić, że będzie żył dłużej.
"A niby dlaczego miałbym tego chcieć?"
Ten cały bałagan w szufladzie wyraźnie jednak świadczy o tym, że właśnie tego tak naprawdę chce. Mimo że przybył do December niespełna miesiąc temu - w teorii tylko po to, żeby zbadać sprawę żony Sary i syna Mattiasa, którzy zaginęli - i mimo że minęły ledwie dwa tygodnie od czasu, kiedy dał się przekonać, by zatrudnić się w policji w December, i choć raz na jakiś czas wmawia sobie, że jest tu obcy, szuflada zdradza prawdę: zaczął się tu zadomawiać.
Patrzył na przyniesiony przez siebie z domu kubek i zdjęcie Sary i Mattiasa też leżące w szufladzie. Wszystkie samoprzylepne karteczki, notatki, teczki i segregatory zakrywające biurko. Haczyk na ścianie, który już uważa za swój.
"Jak do tego, kurwa, doszło?"
Wzdryga się i spogląda na wymiennik ciepła. Szefowa Mona Ott Öster wreszcie uruchomiła go na nadchodzący sezon. Posterunek policji w December to stary, przebudowany kamienny kościół, przez co powietrze wewnątrz jest lodowate nawet latem. Teraz, pod koniec jesieni, na oprawionych w ołów oknach czasami pojawia się nocny szron. Ogrzanie starego kamiennego kościoła to syzyfowa praca, którą trudno porównać z czymkolwiek innym.
"Może to i dobrze. Zamiast brać lodowate kąpiele, wystarczy pójść do pracy".
John opuszcza rękawy koszuli i stara się zapamiętać, żeby przynieść polar, który będzie mógł nosić w środku. Myśl ta prawdopodobnie za chwilę uleci gdzieś w przestrzeń, jeśli dobrze zna swój nieszczęsny mózg.
Za blatem recepcji siedzi macho gej Valle, bardzo zajęty cichą rozmową przez telefon. Trochę dziwnie myśleć o nim w ten sposób, ale Valle sam na to nalega, więc John nie będzie protestował. Valle i Mona jako jedyni są w pracy w stu procentach dla niego mili. Wydaje się, że uważają go za cenny nabytek policji w December, podczas gdy pozostali trzymają się trochę na dystans. Jimmy w sumie też już jest w porządku, po tym przypadku z Alvarezem, kiedy John mimo wszystko poprowadził go we właściwym kierunku, bo szukali igły w stogu siana. Igły, która później - w bardzo dogodny sposób - zniknęła po prostu gdzieś w próżni.
"Ach, ci Ackermannowie" - myśli i dodaje "Przyjrzeć się tej rodzinie bliżej" do swojej długiej i nieustannie rozrastającej się listy rzeczy do zrobienia, o której w dodatku ciągle zapomina.
No tak. Jimmy, Valle i Mona przynajmniej teraz dobrze się w stosunku do niego zachowują. Nie mają wątpliwości, czy w ogóle powinien tu pracować, tak jak Juliette. Ani go nie unikają, milcząco oceniając, jak Frank.
Axel Luo też chyba jest w porządku, ale tylko dlatego, że jest niemiły dla wszystkich, nie tylko dla Johna. Miał nocną zmianę i jeszcze nie przyszedł, ale w jego przypominającym klatkę biurze, przyklejone do tyłu monitora, wisi wydrukowane zdjęcie jego twarzy, która surowo przygląda się całej reszcie.
"Zawsze musi być na miejscu co najmniej jeden czarny" - wyjaśnił, kiedy John go o to zapytał. "Za dużo razy już widziałem, jak to się kończy, kiedy strażnicy prawa to same cholerne białasy".
Juliette "Superglina" Cortas - która w świecie Axela powinna być traktowana jako biała, chociaż pochodzi z Libanu - siedzi, szybko uderzając palcami w klawiaturę, skupiona jak tysiąc superbohaterek. Gdyby mieszkała w Sztokholmie, prawdopodobnie już by go prześcignęła, jeśli chodzi o karierę.
"A kto nie?" - myśli John. Kto by nie wyprzedził detektywa, który się wypalił, cierpi na wstrząs pourazowy i według połowy załogi stoi za zaginięciem żony i syna. Fantastyczne CV...
W drugim z dwóch szklanych akwariów stoi Jimmy, o kolejny dzień bliższy wytęsknionej emerytury, a obok niego siedzi śmierdzący owczarek Bulten, też o jeden dzień bliższy śmierci. Jimmy wydaje się bardzo zajęty czymś w rodzaju biurowej jogi.
Nowicjusz Frank też jeszcze nie przyszedł do pracy. Ogólnie rzecz biorąc, na posterunku obowiązuje przyjemne tempo. Zupełnie inne niż tydzień czy dwa temu. Wtedy, kiedy życie całej doliny wywróciło się do góry nogami i zło rozlazło się aż do podnóża gór, jak straszna i zaraźliwa choroba.
Najpierw ten gang ze Sztokholmu uznał, że okolice December to fantastyczne miejsce do produkcji narkotyków i wyrzucania trupów, co spowodowało, że John już nigdy nie spojrzy w ten sam sposób na jezioro, nad którym próbuje mieszkać. Nie mówiąc już o tej wielkiej strzelaninie. A potem dramacie z zakładnikami w hucie, dosłownie następnego dnia. Tym, po którym rodzina Ackermannów gorączkowo stara się teraz posprzątać, przeciągając w nieskończoność dochodzenia. I prawdopodobnie smarując, gdzie trzeba.
Były to dwa piekielne tygodnie. Gdyby nie Kim, John najpewniej by się poddał i utopił w jeziorze. Jeden trup więcej czy mniej...
Na myśl o Kim John zatrzaskuje szufladę trochę za mocno. Słynna psycholożka z December. Ta, która pomogła mu zarówno z gangsterami, jak i uwolnieniem zakładników. Kim ze swoimi rudymi jak jesienne liście włosami i złocistym uśmiechem. Ostrym jak brzytwa umysłem. Głębokimi ciemnoniebieskimi oczami. Dołeczkiem w policzku pojawiającym się przy każdym uśmiechu...
Od tego wieczoru w pubie Lyckoslanten, kiedy bawiła się kartami tarota, ujawniając jedną czy dwie niewygodne prawdy, trzymał się od niej z daleka.
"Kartami tarota Sary".
Wyrzuty sumienia dręczą go od tego wieczoru, a może nawet od chwili, gdy pierwszy raz zobaczył Kim i szczęka opadła mu do samej ziemi. Wydaje się, jakby to było całe życie temu. Musi skupić się na tym, co trzeba, a nie jest to Kim Cordell.
"Sara. Sara i Mattias".
Przygryza policzek i właśnie ma wrócić do notatek, które zrobił na temat "Major" - tak nazywała siebie kobieta z terenów przemysłowych Lyckan - kiedy otwierają się szerokie podwójne drzwi posterunku i... coś wchodzi.
"Co, do chuja?"
Valle podnosi wzrok znad tego, czym zajmował się w recepcji. Otwiera szeroko oczy. To, co przechodzi przez drzwi, wygląda jak kosz na śmieci na dwóch nogach. Jeden z tych ulicznych, miejskich. Takich, które stoją przy krawężniku. Valle wypowiada kilka słów i gestykuluje w stronę biurka Johna, po czym śmietnik skręca i rusza w jego kierunku.
"Co to, kurwa, jest?"
Kiedy kosz podchodzi bliżej, John zauważa, że jest u góry pokryty sadzą. Czuć słaby zapach spalonego papieru. Zza blachy wystaje głowa z wianuszkiem ciemnych włosów.
- Czekaj, czekaj - dyszy mały człowieczek dźwigający kubeł. Stawia go pośrodku biurka Johna, patrząc na niego wyzywająco.
Policjant rzuca okiem na Vallego i widzi, że ten zaśmiewa się po cichu. Juliette przestała stukać w klawiaturę i patrzy zaskoczona na kosz, który wprowadza chaos we wszystkich teczkach i karteczkach na biurku Johna.
Człowieczek wyciąga z kieszeni na piersi garnituru jedwabną chusteczkę i wyciera starannie łysinę i czoło, po czym znajduje sobie krzesło i siada.
- No więc... dzień dobry? - zaczyna John.
- To ten cholerny Felix Leijon - oświadcza mężczyzna, wskazując na kosz z wypaloną zawartością. - Jestem pewien. Musicie go aresztować.
- To znaczy zatrzymać?
- To znaczy, że macie go wsadzić do więzienia i wyrzucić klucz.
"Okej. Jakiś wariat. Cudownie" - myśli John i zmienia pozycję na krześle, obserwując mężczyznę.
Jest niewysoki i pulchny, ubrany w trzyczęściowy, szary tweedowy garnitur. Na szyi ma muchę w kolorze musztardy. Poprawia ją, kiedy zauważa wzrok policjanta.
- Muszkę dostałem od Salmana Rushdiego w dziewięćdziesiątym drugim roku - informuje z dumą, tak jakby to wszystko wyjaśniało.
- Fantastycznie. A pan to...?
Mężczyzna przez chwilę wydaje się zaskoczony. Potem jego spojrzenie się rozjaśnia, tak jakby zdał sobie sprawę, że zanurzony we własnej historii przyjął za pewnik, że wszyscy inni równie dobrze ją znają. Uśmiecha się, przez co jego twarz staje się miękka i pełna zmarszczek. Miła.
- Proszę o wybaczenie - mówi, wstając z wyciągniętą ręką. - Mam na imię Sylvester. To właśnie ja jestem tu w December bibliotekarzem.
John potrząsa jego ręką.
- A to jest - pyta, wskazując kosz na śmieci - pański przyjaciel Felix?
Bibliotekarz cofa się nieco zaskoczony, a Valle w recepcji wybucha głośnym śmiechem. Sylvester mruży oczy.
- Przepraszam... co? - Odwraca się w stronę Vallego i podnosi głos: - Ten tutaj jest trochę cofnięty, nie?
- Tylko troszkę. - Śmieje się Valle. - Mów powoli, to w końcu zrozumie.
John wzdycha.
- Przychodzi pan tutaj i stawia ten... przedmiot na moim biurku, mówiąc, że to Feliks Leijon. A jednak tak nie jest.
Zwraca uwagę, że jednak cieszy go to wydarzenie. Bo jeszcze kilka minut temu jego myśli ciągle wracały do czegoś, co jest nie do wytrzymania.
"Mattias. Sara. Kim... Rude włosy. Dołeczek w policzku".
- No i? Halo?
- Przepraszam - mówi John, zauważywszy, że znów gdzieś odleciał.
Bibliotekarz patrzy na niego z takim niepokojącym ciepłem w oczach, jakie zazwyczaj jest zarezerwowane dla dziadków.
- Czy wszystko w porządku? Gdzie pan odpłynął?
"Do scenariusza, w którym znajduję tego, kto porwał Sarę i Mattiasa. W którym oboje żyją. Moja ukochana rodzina. A jednocześnie do innego, równoległego świata, w którym Kim i ja żyjemy długo i szczęśliwie. Nie wiem dokładnie, czy śpię, czy nie, ostatnio jedno z drugim mi się zlewa" - myśli zaniepokojony John i znów wzdycha. Ostatnio bez przerwy wzdycha.
- Proszę mówić - zachęca, wskazując zmęczonym gestem na kosz na śmieci brudzący mu biurko.
- To nie jest Felix Leijon - tłumaczy Sylvester powoli, jakby mówił do dziecka. - Ale to Felix Leijon go spalił. Ja w każdym razie myślałem, że biblioteka postoi przynajmniej do czasu, aż przejdę na emeryturę. Błagam, cztery lata. Dajcie mi to. A potem może sobie podpalać, co mu się żywnie podoba. Wtedy ten gówniarz będzie szczęśliwy, a jednocześnie da upust swoim piromańskim chuciom.
Sylvester wyjmuje z kieszonki kamizelki srebrny pojemniczek z wymyślnie zdobioną pokrywką i mocno wciąga aromatyczną tabakę z zagłębienia między kciukiem a palcem wskazującym, po czym kicha i kończy ze łzami w oczach:
- No i co powiecie?
- Ten wspomniany gówniarz - wyjaśnia Valle, który podszedł do biurka Johna - to Felix Leijon, właściciel księgarni i sklepu papierniczego Brunnens po drugiej stronie rynku. Jest chyba po trzydziestce.
Odwraca się w stronę Sylvestra.
- Już samo to, że ma księgarnię, mówi, że raczej nie byłby zadowolony, gdyby biblioteka spłonęła. To klasyczny mól książkowy.
Mężczyzna głośno prycha, słysząc te ostatnie słowa, ale Valle kontynuuje:
- A do tego od piętnastu lat pisze swoją pierwszą powieść. Przypuszczam, że dla niego pożar biblioteki to prawie jak jedenasty września. Felix na pewno by nie chciał, żebyś się spalił, Syl.
- No to jak to wyjaśnisz? To ten kosz, który stoi tuż przy naszym wejściu. - Bibliotekarz wskazał na dowód rzeczowy.
Spogląda na zegarek. Wzdycha.
- Boże, do tego jestem spóźniony! Zakładam, że zajmiecie się tym i dopilnujecie, żeby Feliksa spotkała zasłużona kara?
Valle uśmiecha się i kiwa głową w stronę Johna.
- Nasz nowy pracownik zadba o to, żeby wszystko zostało sprawdzone, nawet najdrobniejszy płatek sadzy, obiecuję. Czy Syl opowiedział ci swoją historię o Rushdiem? - pyta Johna.
Sylvester wygląda teraz, jakby był rozdarty. Widać wyraźnie, że naprawdę mu się spieszy, ale też bardzo chce opowiedzieć historię o muszce, którą z dumą nosi na szyi. W końcu podejmuje decyzję i ostatni raz wskazuje bałagan na biurku Johna.
- Innym razem. Ukarzcie tylko tego gnojka. Dobrze wiecie, jak źle może się skończyć pożar w December.
Wychodzi, zostawiając za sobą Johna, Vallego i wypalony kosz na śmieci. Juliette na swoim krześle wybucha śmiechem, gdy tylko za Sylvestrem zamykają się drzwi.
Mona wychodzi ze swojego biura, też z uśmiechem na ustach.
- Opowiedział o muszce? - pyta tak, jakby stała tuż za drzwiami i podsłuchiwała.
John czuje się niekomfortowo. Tak jakby był obiektem drwin, o czym wiedzą wszyscy poza nim samym. Odmieńcem, z którego można sobie do woli stroić żarty. Właśnie ma coś wymamrotać, chwytając kosz, żeby go przenieść, kiedy ze swojego akwarium wychodzi Jimmy z zaniepokojonym wyrazem twarzy.
- Możecie się tym zająć później - mówi. - Właśnie odebraliśmy zgłoszenie. Ktoś znalazł trupa tuż przed tablicą z nazwą miasta.