Esther the Wonder Pig, czyli jak dwóch facetów pokochało świnię - Steve Jenkins, Derek Walter, Carpice Crane

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Życie bez dreszczyku emocji jest nic niewarte. Co innego jednak zwykły dreszczyk, a co innego dudniący pociąg towarowy, regularnie wdzierający się do waszej sypialni o trzeciej nad ranem.

Nazywamy to Świńską Defiladą.

Brzmi niegroźnie? W rzeczywistości to nic przyjemnego, kiedy ze snu wyrywa was biegnąca korytarzem trzystukilowa locha. Najpierw cały świat zaczyna drżeć, łącznie z materacem, co w końcu dociera do waszej uśpionej świadomości; macie tylko chwilę, by zorientować się w sytuacji i zrobić miejsce olbrzymce, która zamierza umościć sobie gniazdko W WASZYM ŁÓŻKU. Poduszki lecą na wszystkie strony, ludzie, psy i koty zwiewają (ratuj się, kto może!), stukot racic uderzających o parkiet staje się coraz donośniejszy. Wystarczy raz usłyszeć ten dźwięk, by już nigdy go nie zapomnieć i za każdym razem reagować jak pies Pawłowa. (W rzeczy samej nasze ukochane psy, Reuben i Shelby, świetnie wiedzą, co wtedy robić. Koty, Delores i Finnegan, też nieźle sobie radzą). Dudnienie przypomina walące w ziemię pioruny; dom praktycznie się trzęsie przy każdym susie świni, a czasami dochodzi jeszcze rumor przewracanych mebli. Słyszymy, że ona nadchodzi, czujemy to w każdej kosteczce, ale nic nie możemy poradzić. Nasza najdroższa księżniczka wpada do pokoju, najprawdopodobniej wystraszona przez jakiś nocny odgłos. Rzuca się na łóżko z takim samym impetem, z jakim wkroczyła w nasze życie. I chociaż szamoczemy się wściekle, żeby zrobić jej miejsce, jednocześnie prawie płaczemy ze śmiechu. Nigdy byśmy z tego nie zrezygnowali.

* * *

Może matkowanie świni było mi pisane? Zawsze kochałem zwierzęta. Gdybym napotkał złapanych w sidła człowieka i psa, to, szczerze mówiąc, najpierw pomógłbym temu drugiemu. Zwierzęta potrzebują ludzi, a ja, odkąd pamiętam, czułem się ich obrońcą.

Moim pierwszym przyjacielem była suka o imieniu Brandy, skundlony wilczur - czarny, podpalany, z klapniętymi uszami i długim prostym ogonem. Jej sierść ładnie kontrastowała z moją niemal białą kędzierzawą czupryną, chociaż brakowało mi klapniętych uszu i ogona. (Wyglądałem jak Dennis Rozrabiaka, a niektórzy twierdzili, że dzielę z nim również pewne cechy charakteru. Aczkolwiek Steve Rozrabiaka już nie brzmi tak dobrze). Brandy i ja staliśmy się nierozłączni. Chodziła ze mną wszędzie - do kolegów, do parku, nawet z jednego pokoju do drugiego.

Mieszkaliśmy w Mississaudze, całkiem sporym mieście, ale to były inne czasy - żyło się wtedy dużo prościej i bezpieczniej. Ja i siostra jeździliśmy na rowerach i wałęsaliśmy się po okolicy aż do zmroku, gdy musieliśmy wracać do domu.

Kiedy jeszcze nie mieliśmy żadnych zwierząt, jako przedsiębiorczy sześciolatek zaglądałem na cudze podwórka w poszukiwaniu nowych przyjaciół. Rodzice do dziś nie dają mi zapomnieć o tym jednym razie, kiedy zignorowałem nienaruszalną zasadę powrotu o zmierzchu. Tamtego dnia bawiłem się z psem sąsiadów, aż jego właściciele kazali mi wreszcie iść do domu. Zszedłem im z oczu, gdy jednak zniknęli za drzwiami, znowu przekradłem się na podwórze do mojego kumpla psa. Dzieci nie zawracają sobie głowy takimi drobnostkami jak zaniepokojeni rodzice czy wtargnięcie na cudzy teren.

Mój podstęp wyszedł na jaw, gdy podczas emocjonującego aportowania patyk trafił w szybę. (Widzicie, jak ładnie udało mi się obwinić patyk? Zrobiłem to tylko dlatego, że nijak nie da się zwalić winy na psa).

Kiedy sąsiadka odsłoniła okno i wyjrzała, by sprawdzić, co spowodowało hałas, zamarłem. Próbowałem stać się kameleonem i wtopić w otoczenie. Cóż, może powinienem był jednak stać się wojownikiem ninja, bo numer nie zadziałał. Najwyraźniej nie byłem niewidzialny. Natomiast ta kochana kobieta zaprosiła mnie razem z psem do domu, gdzie mogliśmy bawić się dalej bez szkody dla szyb...

Wzruszająca, podnosząca na duchu scenka, prawda?

Choć jej ogląd bardzo się zmienia, kiedy do drzwi puka policja.

Bo takie właśnie było zakończenie tej historii. Do domu sąsiadów weszli funkcjonariusze przeczesujący okolicę na prośbę moich przerażonych rodziców. (Miło wiedzieć, że tak im na mnie zależało). Naprawdę nie miałem pojęcia, jakie wrażenie zrobiło moje zniknięcie, ale wierzcie mi, kiedy wróciłem do domu, zostałem o tym dokładnie poinformowany. Mama i tata gadali tylko o tym aż do chwili, gdy poszedłem spać.

W każdym razie za swój wybryk dostałem coś w rodzaju nagrody. Jeszcze w tym samym tygodniu rodzice wzięli Brandy, aby podobna przygoda więcej się nie powtórzyła.

Ilekroć gdzieś wyjeżdżali, mną i siostrą opiekowała się babcia - mama taty, która dorastała w Szkocji podczas drugiej wojny światowej. Nie nazwałbym jej przesadnie surową, ale doskonale wiedziałem, że "nie" babci zawsze znaczy "nie". Niezależnie do tego naprawdę ją uwielbiałem. Łączyła nas wyjątkowa więź, chociaż zostawała z nami głównie dlatego, że czułem wobec niej respekt.

Pewnego razu, kiedy rodzice wyjechali, poszedłem do sąsiadów. Z jakiegoś powodu babcia nie pozwoliła mi wziąć ze sobą Brandy. Wiedziałem, że suczka się zdenerwuje, ale nie było dyskusji.

Wtedy widziałem swojego psa po raz ostatni.

Byłem na podwórku obok, więc Brandy słyszała, jak się śmieję i bawię z innymi dzieciakami. Nie mogła znieść rozłąki, musiała się do mnie dostać. Wiedziała, że jestem tuż za płotem, więc spróbowała go przeskoczyć. Niestety zaczepiła obrożą o sztachetę i się na niej powiesiła.

Na szczęście ja tego nie widziałem - dowiedziałem się o wszystkim od rodziców - ale sama świadomość była potworna. Jeśli czytacie tę książkę, pewnie kochacie zwierzęta i też przejęliście się moją opowieścią. Potraficie więc sobie wyobrazić, jakim ciosem było to zdarzenie dla mnie, dziecka, które traktowało Brandy jak członka rodziny.

Wielu z nas przeżyło tragiczną śmierć ukochanego zwierzaka pod kołami samochodu. Zgadzam się, to bolesna strata. Ale okoliczności śmierci Brandy były po prostu druzgocące. Nie potrafiłem się uwolnić od tego obrazu: moja kochana psina wisząca na płocie bez życia, tylko dlatego że chciała się ze mną pobawić. Odchodziłem od zmysłów, wyobrażając sobie tę scenę wciąż na nowo.

Większość moich wspomnień z dzieciństwa jest dość zamazana, lecz to jedno pozostaje wyraźne. Wtedy po raz pierwszy miałem złamane serce. Czułem, że utraciłem kogoś, kto - jak sądziłem - już zawsze będzie przy mnie. Dzieci nie rozmyślają zbyt wiele nad niesprawiedliwie krótkim życiem swoich ulubieńców - po prostu zakładają, że czworonożni przyjaciele zawsze z nimi będą. Gdyby jednak ktoś mnie nawet uprzedził, że za dziesięć lub czternaście lat będę musiał pozwolić Brandy odejść, nie spodziewałbym się czegoś tak potwornego. Do dziś na samą myśl łzy stają mi w oczach.

Niemal wszystkie moje wspomnienia z dzieciństwa dotyczą wakacji i jazdy na rowerze dookoła pobliskiego jeziora. Oraz, rzecz jasna, szwendania się po okolicy i płatania figli w stylu Dennisa Rozrabiaki. Śmierć Brandy była jedynym tak rozdzierającym wydarzeniem, nadal tak rzeczywistym, jakby zdarzyła się wczoraj. Wciąż pamiętam ten ostry ból połączony z dotkliwym poczuciem winy, bo przecież Brandy chciała tylko się do mnie dostać. Miesiącami budziłem się w środku nocy i wołałem jej imię. Wybuchałem płaczem, kiedy zdawałem sobie sprawę, że to nie zły sen, że Brandy naprawdę nie żyje. Czułem się odpowiedzialny za jej śmierć. Chyba właśnie wtedy postanowiłem, że nigdy nie porzucę żadnego zwierzęcia, które będzie mnie potrzebowało. Coś mnie do tych stworzeń przyciąga jak magnes. I niekiedy pakuje w kłopoty.

Mieszkaliśmy w Georgetown wszyscy razem: dwóch facetów, przejściowo jedna dziewczyna, dwa psy i dwa koty. Było nam trochę ciasno. Ten parterowy dom składał się z kuchni otwartej na salon oraz trzech pokoi. Derek i ja zajmowaliśmy jeden, nasza współlokatorka - drugi, a w ostatnim urządziliśmy coś w rodzaju biura, którego używaliśmy według swoich potrzeb: ja handlowałem nieruchomościami, Derek - prestidigitator - dzwonił do klientów, umawiając się na występy.

Jedyny telewizor znajdował się w salonie, tak małym zresztą, że kiedy - rzadko - usiłowaliśmy obejrzeć coś wszyscy razem, nie mieliśmy gdzie usiąść. Że już nie wspomnę o dwóch psach, które również musiały sobie znaleźć wygodne legowiska - no a spędzanie zwierzaków z naszych trzech foteli wydawało się nie w porządku, jeśli usiadły tam pierwsze. Wychodząc z założenia, że wszyscy domownicy mają równe prawa, człowiek często lądował na podłodze (jak miał szczęście, to z poduszką).

Dzieliliśmy jedną łazienkę, a jeśli kiedykolwiek zdarzyło wam się mieszkać ze współlokatorami (lub, co gorsza, z dziećmi), to wiecie, że wspólna toaleta budzi w ludziach demony. Słyszycie rano czyjeś kroki i wyskakujecie z łóżka, żeby zdążyć przed tą osobą. Inaczej musielibyście czekać ze dwadzieścia minut - niekiedy bardzo długie dwadzieścia minut - aż ta druga osoba się ogarnie. Był to na pewno jeden z trudniejszych aspektów życia w stadzie. Zbyt często się zdarzało, że nasze plany ze sobą kolidowały: ja miałem pilne spotkanie, Derek wybierał się na pokaz, a wszyscy naraz musieliśmy skorzystać z pewnego pomieszczenia. Zawsze ktoś się spieszył... a ktoś inny zawsze wtedy musiał siku.

Nawet kiedy nie walczyliśmy o pole position do kibelka, bez przerwy na siebie wpadaliśmy w tej ciasnocie. Próbowaliśmy więc dawać sobie jak najwięcej przestrzeni. Często zabierałem laptopa do salonu i tam pracowałem, kiedy Derek siedział w biurze. Tak właśnie przedstawiały się sprawy, gdy dostałem na Facebooku wiadomość od byłej dziewczyny z liceum, z którą nie miałem kontaktu od piętnastu lat.

Cześć, Steve. Pamiętam, że zawsze bardzo kochałeś zwierzęta. Mam świnkę miniaturkę, która źle się dogaduje z moimi psami. W dodatku właśnie urodziło mi się dziecko i nie mogę dłużej jej trzymać.

Byłem akurat sam w salonie i od razu poczułem się zaintrygowany. Niewykluczone, że spojrzałem w prawo i w lewo, sprawdzając, czy nikt nie widzi ekranu laptopa ani mojej rozanielonej miny. Świnka miniaturka? Czarujący pomysł. Kto NIE CHCIAŁBY malutkiej świnki?

Dziś oczywiście wiem, że okoliczności były podejrzane. W końcu nie miałem kontaktu z tą dziewczyną od piętnastu lat. Ale to chyba dobry moment, żeby do czegoś się przyznać. (Lepiej mi uwierzcie, bo ten temat wróci). Zawsze ZA BARDZO ufałem ludziom. Zwykle po prostu daję się nabrać. W tamtym momencie nawet przez myśl mi nie przeszło, że to śmierdząca sprawa. Powiedziałem sobie coś w stylu: "Hej, Amanda się odezwała, jak fajnie!". Sytuacja wcale nie wydała mi się dziwna, ani trochę. Stwierdziłem w duchu, że to ładnie ze strony Amandy - pomyślała właśnie o mnie!

Nie załączyła zdjęcia, byłem więc zdany wyłącznie na swoją wyobraźnię. Nie potrzebowałem jednak żadnej fotki, aby wiedzieć, że jestem zainteresowany. Odpisałem dość wymijająco, że się zastanowię i dam znać, ale już wtedy czułem, że chcę mieć świnkę - musiałem tylko wykombinować, jak się do tego zabrać.

Sprowadzenie do domu świni, nawet miniaturowej, to poważna sprawa, jeśli się mieszka z partnerem. I z innymi zwierzakami. I ze współlokatorką (nawet jeśli nie miała zostać długo). W dodatku zaledwie dziewięć miesięcy wcześniej przyniosłem do domu kota, nie pytając Dereka o zdanie. Jak się pewnie spodziewacie, mój chłopak nie był zachwycony (o co mogłem winić wyłącznie siebie).

Tym razem musiałem wszystko zaplanować. Nie chciałem, aby Derek doszedł do wniosku, że znowu robię coś za jego plecami, chociaż właśnie to robiłem, a jakże. Chodziło o to, żebym miał CZYSTE RĘCE; ta świnia musiała nam się po prostu... przytrafić.

Bo świnie po prostu się przytrafiają, nie?

Niedługo później dostałem kolejną wiadomość od Amandy.

Mam drugiego chętnego, więc powiedz, czy ją chcesz. Inaczej oddam ją tej osobie.

Pewnie jesteście dość bystrzy, aby rozpoznać technikę manipulacji. I ja normalnie też jestem dość bystry - w końcu sprzedaję nieruchomości. Ale kiedy czegoś chcę, po prostu muszę to mieć, a wtedy moje IQ spada... jak nisko? Prawie do zera.

Nie mogłem pozwolić, żeby świnka wymknęła mi się z rąk.

Nie wiem czemu. Przecież nawet jej nie widziałem. Ale na samą myśl, że weźmie ją ktoś inny, poczułem zbliżający się atak paniki. Liczyłem, że będę miał więcej czasu do namysłu. Myślałem, że poczytam trochę na temat świnek miniaturek i może nawet (w końcu dlaczego by nie?) porozmawiam z Derekiem. Nie sądziłem, że w ciągu dwóch godzin będę musiał się zadeklarować. No cóż. Perspektywa utraty świnki przesądzała sprawę. Bez zastanowienia napisałem Amandzie, że się zgadzam. Podałem jej adres mojej agencji i umówiliśmy się na rano.

Chodziło mi przede wszystkim o to, by zerwała rozmowy z tym drugim zainteresowanym. Jeśli w ogóle był jakiś drugi zainteresowany. Powtarzam jednak - podobne wnioski nie nasuwają się ludziom tak ufnym jak ja. (Albo tak naiwnym).

Tak czy inaczej, umówiłem się z Amandą, po czym zrozumiałem, że przydałoby się najpierw odrobić pracę domową. Nic nie wiedziałem o świnkach miniaturkach. Nie miałem pojęcia, czym się je karmi ani jak duże rosną. Zacząłem więc grzebać w internecie. Szybko znalazłem parę wpisów przemawiających za tym, że nie ma czegoś takiego jak świnka miniaturka, i owszem, w tym momencie w mojej głowie powinien był rozdzwonić się alarm, ale zaślepiła mnie wiara w Amandę (oraz nagłe, niewytłumaczalne pragnienie posiadania świnki). Przecież znałem tę dziewczynę. Chodziłem z nią do szkoły. Nie była obcą osobą. Skoro twierdziła, że świnka jest miniaturką, wierzyłem jej. Dlaczego miałaby kłamać?

Natychmiast więc przestałem zaprzątać sobie głowę tą ewentualnością, zwłaszcza że zacząłem natrafiać w internecie na różne cudeńka o świnkach miniaturkach. Wyglądało na to, że takie stworzonko może osiągnąć góra trzydzieści kilogramów. Mniej więcej tyle miała Shelby, nasza suka. Wyobraziłem więc sobie drugą Shelby. Może ciut bardziej NABITĄ Shelby. To było do przyjęcia! No i jaka odmiana! Świnka!

Powiedziałem Derekowi, że jadę na festiwal szkocki do Kincardine, które leżało o dwie godziny drogi na północ od nas. W rzeczywistości zamierzałem najpierw wstąpić do agencji i wreszcie poznać różową księżniczkę, a potem zdecydować, co dalej.

Wcale nie skłamałem, naprawdę wybierałem się do Kincardine. Decyzja zapadła dwa tygodnie wcześniej, zanim w ogóle usłyszałem o śwince. A teraz musiałem dokonać tylko drobnej korekty kursu i przy okazji zyskać nieco na czasie. Chciałem powiedzieć Derekowi, że znalazłem świnkę po drodze z Kincardine. To w końcu dosyć prawdopodobne, nie? Można by nawet uznać, że Derek powinien się po mnie spodziewać czegoś podobnego - po tych wszystkich wspólnie spędzonych latach. Mój chłopak zna mnie lepiej niż ktokolwiek i nie jest dla niego tajemnicą, że kocham zwierzęta. Ani też to, że mam zwyczaj zabierać je do domu bez pytania kogokolwiek o zdanie.

Zarezerwowałem pokój w pewnym hotelu, który mijałem po drodze na festiwal. Zamierzałem ulokować tam nasz nowy nabytek na parę godzin i przez ten czas obmyślić strategię. A także wypić kilka piw i omówić sprawę z przyjaciółmi. Po czym wrócić do pokoju i spokojnie przenocować z prosiątkiem, a jeszcze później powtarzać wszystkie wspomniane czynności, aż nadejdzie właściwa chwila, by wrócić do domu i przedstawić partnerowi historyjkę dopracowaną w najdrobniejszych szczegółach. (Tak, wiem. Niektóre moje intrygi są bardziej skomplikowane niż skok na kasyna w Ocean's Eleven).

Kiedy jednak ujrzałem Esther i wziąłem ją na ręce, plan trafił szlag.

Ale po kolei, zanadto wybiegam w przyszłość. Gdy Amanda zatrzymała auto przed moim biurem, nie było widać żadnej świnki, jedynie kosz na brudy na przednim siedzeniu, przykryty flanelowym kocykiem. Obeszliśmy samochód i moja eks otworzyła drzwiczki, po czym pociągnęła za kocyk.

A ona tam była. Malutka. Patrząca mi prosto w oczy. Niewinna. Czarująca. Z raciczkami pomalowanymi różowym lakierem do paznokci... co? Tak właśnie, z paskudnym, odrapanym lakierem na pazurkach. Biedactwo. Na szyi miała postrzępioną kocią obróżkę z cekinami i wystającymi nitkami. Pamiętam, że pomyślałem: "Jakim cudem to maleństwo zdążyło się już tak załatwić?". Wyglądała żałośnie, a przy tym słodko. Musiałem ją wziąć na ręce. Natychmiast. Ale nie na dworze, gdzie ktoś mógłby ją zobaczyć i gdzie mogłaby się czegoś przestraszyć. Nakryliśmy więc kosz z powrotem i zanieśliśmy do mojego gabinetu. Tam wreszcie po raz pierwszy ją przytuliłem.

Była tycia - może ze dwadzieścia centymetrów od nosa do koniuszka ogona. Mogłem ją trzymać jedną ręką. Chociaż, szczerze mówiąc, ta moja maciupeńka świnka nie wyglądała za dobrze. Uszy miała całkiem spieczone od słońca (aż mi się przypomniała baba opalona na frytkę ze Sposobu na blondynkę). W sumie była jednak rozbrajająca - jak smutny, mokry szczeniaczek. Zanim ją zobaczyłem, po prostu uważałem, że to bombowy pomysł. Świnka w domu! Rewelka! Ale teraz pomyślałem: "Boże, co oni ci zrobili?!". Wyraźnie widziałem kości jej miednicy. A te uszy? Wiedziałem, że muszę wyleczyć jej uszy. Tak jak wiedziałem, że właśnie się zakochałem.

Amanda powiedziała, że świnka ma sześć miesięcy i została wysterylizowana. Powiedziała też, że ma ją od tygodnia. Kupiła maleństwo od hodowcy za pośrednictwem serwisu Kijiji. Przyglądałem się, jak traktuje świnkę, słuchałem, jak o niej mówi, i zdałem sobie sprawę, że w ogóle się do niej nie przywiązała. Nie mogłem tego zrozumieć i trochę się przestraszyłem, co też mogłaby zrobić z tym ślicznym prosiątkiem, gdybym go nie wziął.

Więc je wziąłem.

A to zmieniło wszystko. Nie tylko tory, jakimi toczyło się moje życie. Również sam plan załatwienia sprawy z Derekiem, ze wszystkimi starannie obmyślonymi machinacjami, wziął w łeb. Bo pokochałem tę świnkę. Znałem ją raptem dwanaście minut, a już darzyłem ją bezwarunkową miłością, która mówiła mi do ucha: "Nie możesz zostawić tej małej w hotelowym pokoju i pójść się bawić na festiwalu". Przecież ona była dzieckiem. Potrzebowała mnie.

Zrezygnowałem z podróży na północ, co oznaczało, że muszę przygotować dla Dereka odpowiedzi już na dwa pytania: "Dlaczego nie dotarłeś do Kincardine?" i "Dlaczego przywiozłeś do domu świnię?". W pierwotnej wersji wydarzeń odgrywałem rolę bohatera. "Uratowałem to prosiątko! Oczywiście wcale nie chciałem go zabierać, ale cóż było robić?". Naprawdę czułem, że ten plan wypali, ale wtedy los się okręcił i ugryzł mnie w tyłek.

Myślałem, że będę miał parę dni na wymyślenie przekonującej bajeczki z pomocą przyjaciół, a teraz wszystko przepadło, bo zakochałem się na zabój. Musiałem wrócić do Dereka jeszcze tego samego dnia, miałem więc tylko kilka godzin na przygotowanie własnej wersji wydarzeń.

Wtedy naprawdę się zestresowałem.

Zadzwoniłem do przyjaciół, którzy czekali na mnie w Kincardine, i powiedziałem im, dlaczego nie mogę przyjechać. Uznali, że to szalenie zabawne. Wiedzieli, rzecz jasna, że Derek wyjdzie z siebie, więc koniecznie chcieli być informowani na bieżąco o rozwoju sytuacji. Mieli do mnie dwie prośby. Po pierwsze - żebym przysłał zdjęcie świnki. Po drugie - żebym przysłał zdjęcie miny Dereka.

Potem zatelefonowałem do Erin i Wally'ego, innych naszych przyjaciół. Poprosiłem, by zajęli się zwierzątkiem, kiedy ja będę kupował produkty niezbędne do przyrządzenia wykwintnej kolacji - jednej z tych w rodzaju: "Przepraszam, że przywiozłem do domu świnię". W zasadzie nie powiedziałem im: "Zaopiekujcie się świnką". Chyba wyraziłem się wymijająco, bo nie mieli pojęcia, co ich czeka, dopóki nie przyjechałem i nie wypuściłem prosiaczka w ich kuchni. Erin osłupiała. Zdołała tylko wykrztusić: "Jasna cholera, Derek cię zabije". A ponieważ umawiała się z Derekiem w szkole średniej, zna go prawie tak dobrze jak ja.

Zrobiłem zakupy i odebrałem świnkę od przyjaciół. Posadziłem ją na fotelu pasażera - wydawała się zdenerwowana i zdezorientowana. Mówiłem do niej cały czas i głaskałem ją, kiedy jechaliśmy bocznymi drogami. Potem wniosłem ją do domu i wypuściłem psy na dwór. Tylko we dwoje usiedliśmy sobie w salonie i zacząłem się zastanawiać, co by tu jej dać do zjedzenia. (Jakoś mi umknęło, że nie wiem, czym się karmi prosięta, i oczywiście niczego nie kupiłem). Podsunąłem jej sałatę, psią karmę, pomidory... wszystko, co tylko przyszło mi do głowy. Zdecydowała się na sałatę i żarcie dla królików.

Kiedy zjadła, zabrałem się do sprzątania i gotowania. Stwierdziłem, że najlepiej będzie wysprzątać dom od góry do dołu, przyrządzić dobrą kolację i zaprezentować to Derekowi jako cudownie romantyczny gest. Psy z początku zostały na dworze, żeby świnka mogła się przyzwyczaić do nowego otoczenia. Koty oczywiście były zaciekawione, ale nie na tyle, by ją zaczepiać. Kiedy w końcu wpuściłem psy, mocno przytrzymałem świnkę i nie pozwoliłem im podejść zbyt blisko. Shelby i Reuben strasznie się ekscytują na widok dzieci i innych małych stworzonek, więc oczywiście nie obyło się bez skomlenia i radosnych podskoków. Po chwili pozwoliłem im powąchać prosiątko, a nawet polizać je z sympatią, potem jednak zaniosłem świnkę do gabinetu. Wolałem najpierw wprowadzić Dereka w dobry nastrój, a dopiero później pokazać mu nowego domownika. Zresztą zwierzęta wydawały się trochę oszołomione, więc lepiej było trochę potrzymać maleństwo w odosobnieniu.

Sprzątnąłem dom, na ile się dało w tak krótkim czasie, a potem przyrządziłem ulubiony posiłek Dereka: burgery z serem i bekonem oraz domowe frytki z czosnkiem. Scenografia została przygotowana. Wino - nalane. Zapaliłem kilka świec, żeby zrobiło się jeszcze bardziej nastrojowo. No i czekałem...

ROZDZIAŁ DRUGI

Dochodziło wpół do dziewiątej. Wiedziałem, że Derek wróci zmęczony po całym dniu pokazywania magicznych sztuczek i że to pewnie nie najlepszy moment na niespodzianki, ale nie miałem wyjścia. Poza tym mogłem choćby najwspanialej przygotować dom na przywitanie, a i tak pozostawał jeden intrygujący szczegół: dlaczego w ogóle wróciłem. Miałem przecież pojechać na festiwal.

Derek musiał zacząć coś podejrzewać, kiedy tylko zobaczy mój samochód. Okropnie zdenerwowany, niespokojnie krążyłem po domu, powtarzając w myślach swoją historyjkę, upewniając się, że wszędzie panuje nienaganny porządek i że wszystko wygląda wręcz idealnie. Usiłowałem przewidzieć rozwój wydarzeń i wszelkie możliwe reakcje Dereka. Przypominało to szachy - w tej grze też trzeba odgadnąć ruch przeciwnika i odpowiednio na niego zareagować. Grunt to taktyka. I właśnie dlatego nigdy nie nauczyłem się grać w szachy. Nie wspominając już nawet, że tak naprawdę miałem do czynienia nie z przeciwnikiem - a już na pewno nie z pionkiem! - tylko ze swoim partnerem, a zwycięstwem w tej grze mogło być wyłącznie zadowolenie nas obu. Chodziłem więc z kąta w kąt i wyobrażałem sobie różne wspaniałe lub potworne scenariusze, aż wreszcie usłyszałem samochód Dereka na podjeździe. Wziąłem głęboki oddech.

Derek wszedł do środka, rozejrzał się i od razu dostrzegłem, że wietrzy podstęp. Przede wszystkim cały dom był wysprzątany. Nie jesteśmy bałaganiarzami, ale kiedy Derek wraca, wnętrza na ogół nie wyglądają tak, jakby agent nieruchomości zamierzał je pokazać potencjalnym kupcom. Choć dbam o równy podział obowiązków w naszym związku, sprzątanie i gotowanie to stanowczo nie są moje mocne strony. Zwłaszcza sprzątanie. Derek czasem mówi, że gdziekolwiek się ruszę, rozsiewam dookoła siebie pokrywki, nakrętki, notatki - i można mnie odnaleźć, idąc po śladach. "Tutaj zdjął kapelusz, tu odłożył klucze, tu usiadł i wypił drinka przed telewizorem". Tego wieczoru jednakże nasz dom faktycznie wyglądał jak wystawiony na sprzedaż. To naprawdę odbiegało od normy. No i zrobiłem kolację. Ja nigdy nie robię kolacji. Zwykle to Derek zajmuje się gotowaniem, i nie bez powodu. Przy tych nielicznych okazjach, kiedy próbowałem swoich sił w kuchni, porywałem się na jakieś absolutnie dziwaczne dania i niemal zawsze ponosiłem kompletną porażkę. Moje potrawy wyglądały zupełnie jak na tych zdjęciach na Pintereście, z których wszyscy się śmieją.

A oto na stole stało jedyne danie, które potrafiłem zrobić.

Było jasne, że z jakiegoś powodu czuję się winny.

Derek wciąż jeszcze trzymał torbę z rekwizytami. Popatrzył na mnie podejrzliwie. Czuł, że coś jest na rzeczy.

- Co się stało? - zapytał.

Spróbowałem od niechcenia podać mu kieliszek wina, całkiem jakby nasze życie wcale nie miało się zaraz całkowicie - i drastycznie - zmienić. Serce podeszło mi do gardła. "Co się stało?" - zadudniło w mojej głowie i odbiło się echem. Powinienem się był spodziewać tak oczywistego pytania, ale wszystkie przygotowane odpowiedzi nagle wywietrzały mi z głowy.

Mike Tyson, owiany złą sławą bokser, mawia, że można mieć plan, ale tylko do momentu gdy dostanie się w zęby. I chociaż nie należę do jego fanów, w tamtej chwili całkowicie się z nim zgadzałem. Nie spodziewałem się tych podejrzliwie zmrużonych oczu i zmarszczonych brwi już od wejścia! Od razu zacząłem się zastanawiać, czy Derek czasem nie rozmawiał z Erin i Wallym. Obiecali dyskrecję, ale kto wie, czy dotrzymali słowa... A jeśli Erin go uprzedziła?

- Rozmyśliłem się - powiedziałem. - Nie chciało mi się wyjeżdżać. Nie miałem ochoty na imprezowanie.

- Doprawdy? - Na twarzy Dereka pojawił się cień ironicznego uśmiechu. Najwyraźniej równie dobrze mógłbym powiedzieć, że dostałem własny program kulinarny w telewizji. (Co, nawiasem mówiąc, nie byłoby takie głupie - wreszcie pokazaliby coś naprawdę śmiesznego). Derek wiedział, że uwielbiam jeździć do Kincardine. Zawsze z niecierpliwością czekałem na festiwal.

Wiedział więc, że skłamałem.

Ale zanim zdążyłem zaserwować mu następne z dobrze przećwiczonych łgarstw, coś przykuło jego uwagę. Spojrzał w koniec korytarza i zobaczył Shelby i Reubena przed gabinetem, zaglądających do środka przez przeszklone drzwi. Nigdy nie zamykaliśmy tych drzwi, a psy nigdy przed nimi nie przesiadywały.

Od razu się zorientował, że cokolwiek zaszło, ma jakiś związek z pokojem na końcu korytarza. Próbowałem znaleźć właściwe słowa, ale miałem w głowie zupełną pustkę. A on nie zamierzał spokojnie czekać, aż zbiorę się na odwagę, spróbuję go urobić - bez wątpienia dzięki paru kieliszkom wina - i wreszcie wyznam okropną prawdę. Zamarłem przerażony, wiedząc, że za kilka chwil pozna najnowszego członka rodziny.

Derek szybkim krokiem ruszył w stronę gabinetu, a ja pobiegłem za nim, protestując i usiłując nie rozlać wina.

Gwałtownie otworzył drzwi, po czym zastygł w progu, z jedną ręką na framudze, a drugą wciąż na klamce. Na jego twarzy w ułamku sekundy odmalowało się mnóstwo emocji, wśród których na pewno nie było nieziemskiej radości. Nie posłał mi nawet jednego spojrzenia. Wiedziałem, że ma na to ochotę; rozglądał się po pomieszczeniu, usiłując zrozumieć sytuację, ale przede wszystkim patrzył nieruchomym wzrokiem na świnkę. Był zszokowany, przerażony i wściekły. Podejrzewałem, że się zezłości, ale nie wiedziałem jak bardzo. Już prawie byłem pewien, że maleństwo wyląduje na bruku.

Nie miałem pojęcia, jak rozwinie się sytuacja w ciągu następnych minut. Rodzina Dereka zawsze lubiła popadać w skrajności, więc równie dobrze mógł mi zrobić awanturę i wypaść z domu albo stwierdzić, że wszystko świetnie i cieszy się tak samo jak ja. (Tak, ta druga opcja była nadmiernie optymistyczna i zdecydowanie mało prawdopodobna, ale chyba miałem prawo do nadziei, prawda?).

- Hm - mruknął Derek. - W moim domu jest świnia. Tego się nie spodziewałem.

I rzeczywiście była. Malusieńka świnka, szybko przebierająca chudziutkimi nóżkami.

Znalazła się w obcym miejscu i była mocno wystraszona. Kiedy tylko otwierałem drzwi, rzucała się do ucieczki, ale jej raciczki ślizgały się po podłodze, przez co bardzo przypominała Strusia Pędziwiatra - malutkie nóżki rozjeżdżały się w różnych kierunkach. Kiedy zaglądałem do niej wcześniej podczas gotowania, uruchamiała raciczki, przez sekundę kręciła nimi młynka w miejscu, a potem jeździła jak po lodowisku, dopóki nie znalazła jakiegoś schronienia: fotela, swojego transportera lub szafki na dokumenty. Za moment jednak wystawiała ryjek z kryjówki, jakby chciała mi powiedzieć: "Cześć". Była urocza.

Miałem nadzieję, że Derek dojdzie do podobnego wniosku.

Rzecz jasna, w mgnieniu oka odgadł, co zrobiłem, jak świnka do nas trafiła i jaki był mój plan. Kolejne zwierzę w naszym wspólnym domu, i to w dodatku świnia.

Wściekły, odwrócił się do mnie, zanim zdążyłem wyjąkać choć słowo wyjaśnienia.

- Mowy nie ma. Wykluczone, nie bierzemy następnego zwierzaka. I, kurwa, w żadnym razie nie będziemy tu trzymać świni. Nie ma miejsca w gospodzie!

Nagle się roześmiał, jakby przyszło mu na myśl: "To musi być żart. Steve robi sobie jaja, prawda? Przecież nie może być aż tak głupi".

(Och, wierzcie mi, mogę).

A potem do niego dotarło: "Cholera, Steve jest aż tak głupi".

- Dopiero dziewięć miesięcy temu wzięliśmy Delores! - przypomniał mi zupełnie niepotrzebnie. - Masz jakiś harmonogram? Zaplanowałeś wziąć świnię już w dniu, w którym zgodziłem się na kota?

Brzmi zabawnie? Ale Derek wcale nie żartował; był okropnie zły. Trzasnął drzwiami i poszedł prosto do sypialni, żeby się przebrać. Rzucił ciuchy na łóżko, gwałtownie zerwał koszulę z wieszaka, załomotał szufladami komody. Tak przejawiało się jego upodobanie do dramatyzmu, przekazywane w tej rodzinie z pokolenia na pokolenie.

Poszedłem za nim. Próbowałem go trochę uspokoić swoją zgraną śpiewką, ale wciąż tylko mówił z gniewem, jaki jestem nieodpowiedzialny i że w ogóle go nie szanuję, skoro robię coś takiego za jego plecami. Zaznaczył również (zgodnie z prawdą), że żaden z nas nie umie się opiekować prosiątkiem. Przyszło mi do głowy wyłącznie jedno w miarę szczere pocieszenie: "To świnka miniaturka! Zawsze będzie malutka!".

Wtedy nie zdawałem sobie sprawy, że to też jest kłamstwo.

Następnego dnia nie było ani trochę lepiej. Derek nie chciał nawet spojrzeć na świnkę, nie chciał wziąć jej na ręce. W ogóle nie zamierzał mieć z nią nic do czynienia. Dopiero po dwóch dniach jej dotknął, a i to tylko dlatego, że go zmusiłem. Groził: "Ja albo świnia!". Oczywiście wcale tak nie myślał - wciąż powtarza, że nigdy mnie nie opuści. Po prostu chciał mi napędzić stracha. Niespecjalnie mu się udało, ale mimo to sytuacja nie wyglądała różowo. Łagodnie mówiąc.

Wiedziałem, że zawaliłem sprawę. Starałem się jednak myśleć pozytywnie, być potulnym barankiem i zachować nadzieję. Kiedy pojawiał się kolejny problem - a nie ukrywam, że pojawiały się bez przerwy - robiłem beztroską minę i zapewniałem Dereka, że wszystko jest super. Nieustannie wmawiałem sobie i jemu, że będzie okej. Usiłowałem przekonać swojego chłopaka, by zaakceptował świnkę, a siebie - że to możliwe.

Derek nie dał się nabrać i z każdym dniem moja nadzieja gasła. On nie był po prostu zirytowany, bo to nie była sytuacja taka jak inne. Złość mu nie przechodziła. Tak, spodziewałem się, że trochę się zdenerwuje, ale pokocha świnkę. To jednak nie nastąpiło. Tym razem naprawdę przegiąłem, ale on jeszcze nigdy nie był na mnie taki zły. W końcu zacząłem podejrzewać, że będę musiał oddać prosiątko. Potem zacząłem sobie wyobrażać, jak zareaguję, jeśli Derek wykopie biedne maleństwo na głód, chłód i poniewierkę; snułem coraz straszniejsze scenariusze.

Ale najgorsze było to, co wciąż powtarzał mój partner: "Wcale nie chodzi o świnkę. Chodzi o to, że wziąłeś ją bez pytania, za moimi plecami". Twierdził, że nie jest wściekły, tylko rozczarowany, a jednak musiał czuć i to, i to - nie bez przyczyny. Naprawdę miałem ogromne wyrzuty sumienia, choć wciąż sądziłem, że jakoś uda mi się wszystko wyprostować. Kochałem Dereka i nasze wspólne życie. Zawiodłem go, ale wierzyłem, że kiedyś mi wybaczy.

A potem, może z tydzień później, w samym środku tego dramatu, Derek nagle się zakochał. Stracił głowę dla świnki. I zaczął czerpać radość z tych różnych drobiazgów, które się wydarzają, kiedy bierzesz do domu nowe stworzenie.

Gdy przyniosłem Delores, Derek w pierwszej chwili nie chciał jej nadać imienia. Tak samo teraz - nazywał świnkę Kijiji, bo uważał, że nie zostanie u nas na zawsze. Po dwóch tygodniach jednak dał spokój i wybraliśmy prawdziwe imię. Nie jestem pewien, dlaczego zdecydowaliśmy się na Esther. Chyba to imię kojarzyło nam się z mądrością i wyglądało na odpowiednie. A ponieważ świnka zaczęła na nie reagować, szybko się przyjęło.

Od początku wiedziałem, że Derek pokocha Esther. Ma gadane, ale tak naprawdę mięczak z niego. No i dajcie spokój, kto by nie pokochał Esther? Takiej kilogramowej kruszyny o wspaniałej osobowości? Całe szczęście, że była świnką miniaturką i nie mogła urosnąć.

Przynajmniej tak nam się zdawało. Rany, ale byliśmy naiwni.

Dobra, ja byłem naiwny.

W sumie jednak to lepiej, że nie zdawaliśmy sobie z niczego sprawy. Raczej byśmy nie zatrzymali Esther, gdybyśmy wiedzieli, co nas czeka. Poza wszystkim: podjęliśmy się opieki nad prosiątkiem, chociaż nie mieliśmy o tym zielonego pojęcia. Raczej nie traficie w lokalnej księgarni na poradnik Domowy chów trzody chlewnej dla opornych, bo nic takiego nie istnieje. Co zrozumiałe. Trzymanie świnki to niełatwa sprawa - nie sposób tego porównać z doglądaniem innego zwierzaka czy nawet dziecka. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak trudno jest zabezpieczyć dom przed prosiakiem (świnie są dużo sprytniejsze, niż wam się wydaje) albo znaleźć opiekunkę na czas wyjazdu. Zwykle łatwo daje się kogoś namówić, by zaglądał do kota, a psa można zostawić w hotelu dla zwierząt. Nie ma jednak godnych polecenia placówek dla świnek. No a o osobowości świń i ich huśtawce nastrojów mógłbym opowiadać godzinami (nie mówiąc już o świńskim zespole napięcia przedmiesiączkowego!).

Gdyby więc ktoś mnie uprzedził, jak poważne zmiany nas czekają, pewnie stanowczo bym odparł: "Mowy nie ma!". Ale Esther nas oczarowała. Każdego dnia kochaliśmy ją bardziej, kiedy więc pojawiały się problemy, po prostu szukaliśmy rozwiązania (lub usprawiedliwienia dla rzeczy, których nie dawało się zmienić) i żyliśmy dalej. Świnka stała się członkiem rodziny.

Zabawne, jak zapadła ta decyzja. Któregoś wieczoru jedliśmy kolację i nagle Derek zaczął wybiegać w przyszłość dużo dalej niż zwykle: "Gdzie będzie się załatwiać? Czy powinniśmy jej zbudować chlewik?". To wyglądało na poważne zobowiązanie. Ludzie nie budują chlewika dla zwierzaka, którego zamierzają się wkrótce pozbyć. Byłem przeszczęśliwy. Już wiedziałem, że Derek zmiękł.

- Więc ją zatrzymamy? - zapytałem z głupawym uśmiechem, choć przecież znałem odpowiedź. Byłem w siódmym niebie.

* * *

Nawet kiedy jeszcze myśleliśmy, że Esther jest miniaturką, nasi bliscy byli zupełnie zdezorientowani. Rodzice Dereka z pewnym trudem przyjęli do wiadomości nasz związek, a teraz rodzina myśliwych i rolników miałaby się pogodzić z tym, że mieszkamy ze świnią? Jako domowym zwierzątkiem?

Myśleli, że oszaleliśmy. Świnie się jada! Świnie są brudne! (Tak naprawdę Esther wcale nie jest brudna, przeciwnie. Ślicznie pachnie!).

Próbowali uszanować naszą decyzję, ale kiepsko im to wychodziło. Mówili rzeczy w stylu: "Babcia wciąż nie wierzy, że masz świnię" albo: "Trzymasz świnię w domu? Dziadek przewraca się w grobie!".

Przyznaję, na początku było mi trochę przykro. Życie jest dostatecznie skomplikowane i bez ciągłego zamartwiania się tym, czy rodzina akceptuje nasze poczynania. Ze wszystkich sił szukałem akceptacji rodziców Dereka, bo wiedziałem, że ich opinia wiele dla niego znaczy, cokolwiek by na ten temat mówił. Mnóstwo razy miałem ochotę z nim porozmawiać, zmusić go, by stanął w obronie naszego stylu życia i naszych decyzji. Ale tego nie zrobiłem. Rodzina Dereka przeszła bardzo długą drogę i pogodziła się już z wieloma rzeczami - na przykład z tym, że Derek jest gejem - więc po prostu przyjąłem, że teraz będzie potrzebować trochę więcej czasu. Poza tym to nie było wcale takie trudne - wziąć nas za nieszkodliwych wariatów. Pozwoliliśmy im mówić, co zechcą. Wiedzieliśmy, że kiedyś nas zrozumieją.

Rodzice Dereka byli (oczywiście) oszołomieni, tymczasem moja mama podeszła do sprawy na luzie. Całymi latami patrzyła, jak jej syn zakochuje się w każdym napotkanym zwierzątku, i prawie wcale się nie zdziwiła, że któregoś dnia wróciłem do domu ze świnką.

Derek uparł się przy jednej rzeczy - ponieważ to ja sprowadziłem Esther pod nasz dach, na mnie miała spoczywać cała odpowiedzialność. On wyprowadzał psy i sprzątał po nich (a także po mnie), więc miał już dość obowiązków.

Siedzieliśmy w kuchni, rozważając, co by tu zjeść na kolację, kiedy Esther popatrzyła na nas słodko i nagle nasiusiała na podłogę. Oczywiście natychmiast poczułem się winny. Wiedziałem, że tego nie chciała (Derek też wiedział), ale i tak było to kłopotliwe. Minęła dłuższa chwila.

- Będziesz musiał się tym zająć - powiedział wreszcie Derek.

Zamierzałem, rzecz jasna, choć może nie tak od razu. Chyba mnie zaskoczyła.

- Jasne - odparłem. Oderwałem parę kawałków ręcznika papierowego i wytarłem kałużę.

- Nie chodziło mi tylko o to tutaj - doprecyzował Derek. - Ty wziąłeś Esther, więc jeśli mamy ją zatrzymać, musisz wziąć za nią odpowiedzialność.

- Rozumiem - zapewniłem go, pokazując wymownie, że przecież jestem na podłodze i na czworaka sprzątam świńskie siuśki. - Właśnie biorę.

- Będziesz ją karmił, wyprowadzał i sprzątał po niej.

Zupełnie jak wtedy, kiedy mój tata zgodził się na pieska. Poczułem, że dostaję coś fajnego, co jednak może mi zostać odebrane, jeśli nie będę grzeczny. Ale z drugiej strony będę mógł to zachować, jeśli okażę się dobrym chłopcem.

- Okej! - potwierdziłem rozpromieniony.

- No to okej - mruknął Derek i przez jakiś czas rzeczywiście sam zajmowałem się Esther. Nie miałem nic przeciwko. Jeśli dzięki temu mogłem ją zatrzymać - w porządku, będę po niej sprzątał. Radziłem sobie całkiem nieźle.

Ale nawet kiedy była malutka, przyuczanie jej do czystości sprawiało nam mnóstwo kłopotów. Nie nadążaliśmy z kupowaniem ręczników papierowych. Wciąż szukałem nowych sposobów, by zatrzymać ją w jednym miejscu. Najpierw kupiłem kojec dla dziecka (na Kijiji, rzecz jasna). Wytrzymał jakiś tydzień, bo potem przesiąkł na wylot moczem. Później umieściłem Esther w dużym kojcu dla psa, z kuwetą i kilkoma kocykami, aby było jej miękko. Ten kojec miał plastikową podłogę, więc łatwiej było go czyścić. Próbowałem sprzątać odchody, zanim Derek je zobaczy, a dowody wpychałem głęboko do śmietnika, by zachować pozory kontroli nad sytuacją. Chciałem pokazać partnerowi, że całkiem łatwo i przyjemnie jest się zajmować taką małą świnką. A kiedy zdaliśmy sobie sprawę, że przez nasze zużycie ręczników papierowych lasy deszczowe mogą zniknąć z tej planety, przerzuciliśmy się na zwykłe ścierki, które praliśmy w pralce. Rozwiązanie nie tylko tańsze, lecz także z korzyścią dla środowiska.

Jako odpowiedzialny opiekun postanowiłem zabrać Esther do weterynarza. Szukając w sieci sposobów przyuczania świnek do czystości, trafiłem na hodowcę z Orangeville, miasteczka o godzinę drogi na północny zachód od Georgetown, a on polecił mi pewną panią weterynarz. Lekarka zasugerowała przez telefon różne rozwiązania, wszystkie jednak już wypróbowałem. Powiedziała również, że jej zdaniem Esther może cierpieć na kamicę nerkową, częstą chorobę świń. Skierowała mnie do weterynarza, który prowadził praktykę na południe od Orangeville i miał więcej do czynienia ze świnkami miniaturkami (w każdym razie więcej niż ona). A ponieważ zdawałem sobie sprawę, że świnki to nie to samo co psy i koty, rzeczywiście wolałem kogoś z doświadczeniem.

Zapakowałem Esther do kociego transporterka i pojechaliśmy. W ogóle nie było jej widać, więc nikt nie zwracał na nią uwagi. Choć nie wiem, kto miałby się na nią gapić ani dlaczego tak bardzo zależało mi na utrzymaniu jej istnienia w sekrecie: pewnie po prostu nie chciałem zbiegowiska. Umieściłem transporter w aucie tak, że cały czas miałem go w zasięgu wzroku, i co chwila zerkałem na wyglądającą z niego Esther. Robiła wrażenie całkiem zadowolonej z wycieczki. Strasznie się ekscytowałem tą pierwszą kontrolą u weterynarza, bo oczekiwałem, że usłyszę: "Tak, ma kamienie. Wyleczymy ją i koniec z sikaniem, gdzie popadnie". Łatwizna. Oto jak byłem nastawiony tamtego dnia - absolutny optymizm. "Cała ta sprawa to nic takiego. Moja świnka zaraz się stanie chodzącym ideałem" - myślałem.

* * *

Esther wciąż była malutka, ale weterynarz, gdy tylko na nią spojrzał, przeniósł na mnie zdumiony wzrok.

- Co pan wie o tej śwince? - zapytał.

Hm. To zabrzmiało odrobinę złowieszczo.

Opowiedziałem mu historię Esther - przynajmniej tę jej część, którą sam znałem.

- No cóż, coś się tu nie zgadza. Proszę spojrzeć na jej ogonek.

Posłusznie spojrzałem na ogonek. Nie wiedziałem, co niby miałbym tam zobaczyć. Nie miałem w życiu wiele do czynienia ze świńskimi ogonkami. Ale mimo to udałem, że przyglądam mu się bardzo pilnie.

- Został obcięty - zauważył weterynarz.

- Dlatego tu jest taki jakby guziczek? - upewniłem się.

- Właśnie - potwierdził. - Świniom hodowlanym, tym dużym, z reguły przycina się ogony. To ogranicza ryzyko okaleczeń. Wie pan, świnie trzymane na fermach, narażone na stres z powodu przegęszczenia, często obgryzają sobie ogony.

To brzmiało okropnie... ale co miało wspólnego z tym, że jakiś potwór obciął mojej małej Esther ogonek? Nic nie rozumiałem, chociaż prawda wisiała już w powietrzu.

- Jeśli pańska znajoma mówiła prawdę i Esther naprawdę ma sześć miesięcy, możemy mieć do czynienia z osobnikiem karłowatym świni hodowlanej.

Zaparło mi dech.

- Myśli pan, że skłamała? - zapytałem, próbując pogodzić się z możliwością oszustwa. - Przecież ja ją znam.

- Ale ja nie. W każdym razie to może być osobnik karłowaty, najsłabszy z miotu...

"Hej, nie nazywaj tak mojej dziewczynki...".

- ...i wtedy moje podejrzenia byłyby bezpodstawne. W takim wypadku osiągnęłaby najwyżej trzydzieści kilogramów.

- Okej. - Tego się spodziewałem. Nie powiedział mi nic nowego.

- Ale jeśli nie... Nieważne, będziemy się martwić, jak przyjdzie co do czego.

Doktor wyjaśnił, że musimy zważyć Esther oraz rozpocząć jej regularne pomiary. Powiedział, że świnie rosną w ściśle określonym tempie, więc będzie mógł porównać wyniki naszego prosiątka ze standardowymi. Dzięki temu upewnimy się co do jej wieku i zobaczymy, jak szybko przybiera na wadze.

Przez kilka następnych miesięcy poznawaliśmy Esther coraz lepiej i stopniowo wyrabialiśmy sobie nowe przyzwyczajenia. Choć wciąż nie mogliśmy się nadziwić, że mamy w domu prosię. Nasi goście wybuchali śmiechem, patrząc, jak Esther truchta lub śpi w przedziwnych pozycjach - najchętniej z łebkiem i raciczkami na nawiewie ciepłego powietrza przy podłodze. Wydłubywała zaślepkę i po prostu przyciskała się do źródła ciepła.

Późnym wieczorem zabieraliśmy ją na spacer razem z psami. Wciąż była od nich mniejsza, więc nie za bardzo rzucała się oczy. Czasami ktoś przystawał, by o nią zapytać, ale raczej nie spotykały nas żadne przygody. Pomijając fakt, że Esther upierała się przy rozkopywaniu trawników. Nasze psy tego nie robiły, najwyraźniej nie odczuwały niepowstrzymanej potrzeby rycia w ziemi. Musieliśmy się nieźle natrudzić, żeby utrzymać Esther na smyczy. O, tak. Ale dawaliśmy radę. Chodziliśmy na spacery całą rodziną i wszystko było pod kontrolą.

Podczas następnej wizyty u weterynarza musiałem przyznać, że Esther rośnie w zastraszającym tempie. Wcale nie minęło dużo czasu, a ona prawie dobiła już do trzydziestu sześciu kilogramów, choć przecież miała docelowo osiągnąć nie więcej niż trzydzieści.

Próbowałem wyciągnąć od Amandy jakieś wyniki badań Esther - między innymi po to, by się upewnić, że naprawdę została wysterylizowana - ale nie mogłem się ich doprosić. Nasza świnka miała na brzuchu bliznę, która mogła jej zostać właśnie po zabiegu, nie było jednak żadnej pewności. Ponownie skontaktowałem się z Amandą, gdyż chodziło o zdrowie Esther - niewysterylizowane zwierzęta są obciążone sporym ryzykiem wystąpienia nowotworu. Ona jednak pominęła moje pytania milczeniem, co w sumie powinno było dać mi do myślenia.

Teraz już rozumiem, o czym świadczyło rozmyślne ignorowanie esemesów i mejli. Powoli do mnie docierało, że Amanda wpuściła mnie w maliny. I że świetnie zdawała sobie sprawę, co robi. Pisałem do niej, nie zrażając się, zawsze przyjaźnie i bez gniewu. Po prostu prosiłem o informacje na temat hodowcy i pytałem o sterylizację. Próbowałem zachować optymizm, lecz w głębi ducha wiedziałem, że coś tu nie gra. Jeszcze nie podejrzewałem, że Esther może być świnią hodowlaną, czułem jednak, że Amanda czegoś mi nie powiedziała. Oczywiście przed Derekiem zgrywałem luzaka, ale nie mogłem przestać o tym myśleć. Dlaczego wcześniej Amanda normalnie ze mną rozmawiała, a teraz jakby zapadła się pod ziemię?

W tej sytuacji mieliśmy dwa wyjścia. Operacja byłaby ryzykowna, bo świnie źle znoszą narkozę. Poza tym operować tylko po to, żeby sprawdzić, czy wcześniej wykonano zabieg? Niezbyt zachęcająca perspektywa. Mogliśmy też poczekać, aż Esther podrośnie, i zobaczyć, czy dostanie rui, co również przedstawiało pewne ryzyko. Niewysterylizowane świnie dostają rui nawet co miesiąc i robią się wtedy bardzo agresywne. Gdybyśmy więc zaczekali, Esther mogłaby okazać się groźna, no i wówczas operacja byłaby jeszcze większym ryzykiem. Świnie z upływem czasu tyją, a przy tuszy nietrudno o przypadkowe nacięcie żyły lub tętnicy. Byłby też problem ze zlokalizowaniem źródła krwotoku i nasza księżniczka mogłaby się wykrwawić.

Tak czy inaczej - ryzyko. Potwornie trudno było podjąć tę decyzję i przez dłuższy czas się wahaliśmy. Bardzo kochaliśmy Esther. To znaczy ja oczywiście zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, ale z czasem moje uczucie przerodziło się w prawdziwą głęboką miłość. Esther była członkiem naszej rodziny. Derek, choć udawał twardziela, też kochał ją całym sercem.

Ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na natychmiastową operację i do dziś nie wiemy, czy dokonaliśmy właściwego wyboru.

Temat wagi Esther powrócił jak bumerang. Podczas kolejnej kontroli weterynarz stwierdził, że jeśli Esther rzeczywiście miała sześć miesięcy, kiedy ją wzięliśmy, i naprawdę była osobnikiem karłowatym - to przy swoim tempie wzrostu i tak może osiągnąć w dorosłym życiu około stu dziesięciu kilo.

W najlepszym wypadku.

A jeśli Esther wcale nie była sześciomiesięcznym osobnikiem karłowatym, kiedy ją wzięliśmy? (Dobra: kiedy ja ją wziąłem). Jeśli miała wtedy zaledwie sześć tygodni i była pełnowymiarową świnią hodowlaną? Wówczas jej ostatecznej wagi nie dałoby się przewidzeć.

Próbowałem jakoś przetrawić te szokujące informacje. Wszystkie kawałki układanki zaczynały do siebie pasować: adoptowałem świnię, która mogła potwornie urosnąć. Oczywiście zrobiłem to nieświadomie, Amanda wprowadziła mnie w błąd, co jednak wcale nie poprawiało sytuacji.

Jeszcze w gabinecie weterynarza wszedłem do internetu. Chciałem się zorientować, jak wygląda świnia o wadze stu dziesięciu kilogramów. Nie potrafiłem sobie tego wyobrazić. Człowiek, który tyle waży, jest pokaźnych rozmiarów. Z ulgą odkryłem jednak, że u świń ciężar inaczej się rozkłada, więc zwierzęta są mniejsze niż ludzie o tej samej wadze. Choć jak na domowego ulubieńca to nadal całkiem sporo. No i wciąż istniało ryzyko, że Esther nie została wysterylizowana i co miesiąc przez tydzień będzie agresywna. Czy to oznaczało, że nasz dom będzie pustoszyć wściekły studziesięciokilowy buldożer? Bardzo się zdenerwowałem. Jak miałem to wszystko wytłumaczyć Derekowi? Dał się przekonać do nowego domownika, ale nie miał pojęcia, że Esther będzie ważyć więcej niż my. (Jak się później okazało, więcej niż my obaj razem wzięci).

Powinno było dać nam do myślenia to, że ludzie wykrzykiwali na jej widok: "Jezu, jaka wielka!".

Widywaliśmy Esther codziennie, dlatego, choć pewnie dziwnie to zabrzmi, nie zauważaliśmy zmian. Cóż, tak samo człowiek nie dostrzega, że on sam albo też jego małżonek przybrał na wadze. (W każdym razie lepiej jest udawać, że się nie dostrzega). My jednak naprawdę niczego nie widzieliśmy, bo cała ta sytuacja była dla nas nowością. Teraz sobie przypominam, że Michelle, jedna z moich najlepszych przyjaciółek, nazwała Esther Spaślakiem Olbrzymim. Chyba po prostu wmawialiśmy sobie, że nic się nie dzieje. Wyparcie działa cuda.

Miałem mętlik w głowie, gdy wracałem z Esther od weterynarza. Wiedziałem, że w domu czeka mnie trudna rozmowa z Derekiem.

Zawsze staram się mu przedstawiać najbardziej optymistyczną wersję problemu. O najgorszym możliwym rozwoju wypadków wspominam tylko wtedy, gdy jest to absolutnie niezbędne. Teraz też wiedziałem, że na razie nie jest gotowy na całą prawdę. A jeśli myślicie, że stchórzyłem, to macie rację.

Po drodze kupiłem ulubione wino Dereka, shiraz, aby złagodzić potencjalny cios albo przynajmniej pozwolić mu go przyjąć po pijaku. Usiedliśmy na kanapie, Esther między nami, z łebkiem na poduszce. Byłem zupełnie szczery, mówiąc o swoich rozterkach związanych ze sterylizacją, i dłuższą chwilę o tym dyskutowaliśmy. Później przeszedłem do drugiej sprawy.

- Och, jeszcze jedno - zacząłem. - Lekarz uważa, że Esther może urosnąć trochę bardziej, niż sądziliśmy.

Derek uniósł brew, ale nic nie powiedział. Zdenerwowany, próbowałem jak najłagodniej przekazać mu wieści:

- Istnieje ryzyko, że ona jednak nie jest świnką miniaturką.

- Jak duże ryzyko?

- No, jest całkiem prawdopodobne, że urośnie, bo... hm... już jest większa, niż zakładaliśmy.

Derek popatrzył na Esther. Sporo kochanego ciałka.

- Rzeczywiście. Większa, niż miała być.

- No i - kontynuowałem - chciałbym być z tobą zupełnie szczery...

(Jasne).

- Ile będzie ważyć? - przerwał mi Derek.

- Hm. Czterdzieści pięć, może pięćdziesiąt pięć kilo. Więc bez przesady.

Westchnął ciężko i przygarbił plecy. Nie rozzłościł się - raczej zmartwił. Mój optymizm był nieuzasadniony, a Derek świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Jak zwykle wmawiałem mu, że wszystko pójdzie dobrze, ale z jego twarzy od razu wyczytałem: "Wiedziałem, że tak będzie".

I wtedy, w najlepszym możliwym momencie, Esther uniosła łebek, oparła się o nogę Dereka i spojrzała na niego swoimi łagodnymi oczętami. Brawo, Esther!

Derek tylko potrząsnął głową ze śmiechem. Naprawdę myślałem, że wpadnie w szał. Miał do tego święte prawo. A zareagował tak dobrze, że nie wierzyłem we własne szczęście. Oczywiście się przejął, to jasne, ale nie wyczerpałem jeszcze kredytu zaufania. (Pytanie tylko, czy na niego zasługiwałem!). Wszystko dlatego, że Derek kochał Esther. Wiedziałem, że nawet jeśli świnka urośnie, nie odda jej tak po prostu. Może i wściekł się, kiedy sprowadziłem ją pod nasz dach, ale już tu była, należała do rodziny i tyle.

Cóż, nie jestem pewien, czy Derek zareagowałby równie spokojnie, gdybym powiedział mu prawdę o podejrzeniach weterynarza. Przekonując go, że Esther co najwyżej osiągnie rozmiary dużego psa, w głębi ducha byłem przerażony.

Oczywiście niczego nie dałem po sobie poznać. Chyba tak naprawdę już wtedy wiedziałem, że Esther okaże się świnią hodowlaną, ale przysięgam, nie miałem pojęcia, że aż tak urośnie i przytyje. Sto trzydzieści kilo? Na to nie byłem gotowy. Choć w gruncie rzeczy jej waga nie miała znaczenia. Ogromna czy nie, i tak musiałem ją zatrzymać. Zamierzałem bagatelizować problem i liczyć, że nikt nic nie zauważy.

Jak już mówiłem, wyparcie działa cuda.

Mniej więcej w tym okresie Esther wreszcie poczuła się u nas jak w domu. Chciała się bawić i przytulać, turlać psie zabawki. A my nie widzieliśmy poza nią świata.

Jeśli nigdy nie mieliście świnki - a tak zapewne może powiedzieć większość z was - raczej tego nie rozumiecie. Te zwierzęta po prostu są bardzo uczuciowe, przyjazne i kochane, całkiem jak psy czy koty. (Szczerze mówiąc, bardziej niż niektóre koty).

Nigdy nie spotkałem człowieka, którego nie rozczuliłoby małe zwierzątko. U mnie ten syndrom jest jeszcze mocniejszy. Zawsze wyobrażałem sobie, że kiedyś będę miał dom pełen zwierząt - po dwa zwierzaki każdego gatunku. Chciałem je poznawać, głaskać, przebywać wśród nich. Ale nie zamierzam kłamać - Esther zafascynowała mnie szczególnie. Kiedy ją wzięliśmy, świnki rzadko były trzymane w domach. (Zresztą nawet teraz nie grozi im prześcignięcie pod tym względem kotów i psów). Esther była dla mnie wyjątkowa - nigdy wcześniej nie miałem do czynienia ze świnką - i sama myśl o opiekowaniu się prosiaczkiem wydawała mi się rewelacją. Szczerze? Mogłem trafić na jakieś inne niezwykłe zwierzę i moja reakcja byłaby taka sama. Na przykład zawsze marzyłem o małpce. Dałbym wszystko, żeby mieć małpkę. Wcale nie wiedziałem, że pragnę mieć świnkę, ale kiedy ją wzięliśmy i upewniłem się, że zostanie, poczułem niesamowitą radość. Nie posiadałem się ze szczęścia.

Z Esther wszystko było inne i nowe. Obserwowaliśmy jej nawyki, sposób, w jaki truchta po domu, ślizgając się na małych raciczkach. Słuchaliśmy komicznych dźwięków, które wydawała podczas zabawy. Była naszym skarbem. Chrząkała i puszczała bąki dużo częściej niż psy, co już mniej nam się podobało, ale okropnie nas śmieszyło. Jeszcze pod jednym względem różniła się od reszty czworonogów moich i Dereka: wsuwała nos w nasze dłonie. To przynosiło jej ulgę i pomagało się uspokoić. Najwyraźniej czuła się bezpiecznie, mając nas tak blisko. Lizała nas po rękach i ocierała się ryjkiem, kiedy zasypiała. Czy można pozostać obojętnym na coś takiego? Była po prostu przeurocza.

Z każdym domowym zwierzakiem jest tak, że kiedy pierwszy raz wyda jakiś odgłos, zachowa się w określony sposób lub po prostu popatrzy wam w oczy, wychodzicie ze skóry, żeby zrozumieć, o co mu chodzi. Chcecie odkryć, co to zwierzę - wasze zwierzę, członek waszej rodziny - myśli i czuje, bo wam na nim zależy. I chcecie też, aby ono wiedziało, że jest ważne, że zrobicie dla niego wszystko, zupełnie jak dla reszty rodziny, dla osób, które się kocha.

Kiedy tylko otworzycie serce przed tym stworzeniem, zaczniecie otwierać również umysł na to, co próbuje wam powiedzieć. Szukacie ukrytych znaczeń w jego zachowaniu. Czy ten pisk był piskiem zachwytu, strachu, głodu czy zdumienia? Czy to przekrzywienie głowy sugeruje ciekawość, zaniepokojenie czy może niepewność? Czy ona da mi znać, kiedy źle się poczuje, i czy ja będę dość uważny, by to dostrzec?

Jednego na pewno się nie spodziewałem - że Esther z usposobienia będzie tak bardzo podobna do psów. Bawiła się jak one, chwytając zabawkę, potrząsając nią i tarmosząc z całej siły. Tak samo jak psy garnęła się do nas, kiedy była zmęczona, i właziła na kolana, żeby się poprzytulać. Wtulała się w nasze dłonie, wysuwając koniuszek języka, i ocierała się łebkiem.

I tak samo jak psy często domagała się uwagi. Przepychała się, żeby otrzymać swoją porcję pieszczot. Jeśli skupialiśmy się na którymś z pozostałych zwierząt, ona też musiała tam być. Oczywiście nie umiała podkraść się do nas cicho jak kot, za bardzo rzucała się w oczy. Szczerze mówiąc, w ogóle nie potrafiła się ukrywać. (Świnia nie jest najlepszym kandydatem na wojownika ninja).

Trudno sobie wyobrazić, żeby czterdziestopięciokilowe prosię, stukające raciczkami po drewnianej podłodze, musiało dodatkowo przyciągać ludzką uwagę - tak na wszelki wypadek, bo może jednak zapomnieliśmy o jego istnieniu. Ale Esther tak właśnie robiła. I pewnie nie była w tym odosobniona.

Wreszcie coś zaczęło do nas docierać. Esther była dla mnie i Dereka kimś szczególnym, to prawda. Uwielbialiśmy ją. A jednak inne świnki też musiały być indywidualnościami. Świnie naprawdę mają różne dziwactwa i cechy charakteru, podobnie jak setki milionów psów na całym świecie. Nie zrobiliśmy nic, aby nasza świnka stała się właśnie taka, a nie inna. Nie uczyliśmy jej niczego specjalnego, po prostu intuicyjnie traktowaliśmy ją jak psa. Zaczęła się bawić, robić te wszystkie śmieszne i mądre rzeczy z własnej woli. Widzieliśmy błysk w jej oczach i tę charakterystyczną minkę, kiedy goniła za kotami albo szarpała psią zabawkę. Im częściej ją obserwowaliśmy wśród naszych zwierzaków, tym bardziej nam je przypominała. Nie fizycznie - osobowościowo. A to dało nam do myślenia.

* * *

Dlaczego świnie są traktowane inaczej? Dlaczego hoduje się je na mięso i trzyma w niewoli, podczas gdy psy i koty są naszymi domownikami, członkami rodziny? Pomijając wygląd, nie widzieliśmy żadnych różnic między Esther a psami. (No dobra, Esther nie machała ogonem. Ale gdyby jej go nie ucięto, pewnie merdałaby cały czas).

Dlaczego to świnie nie miały szczęścia? Czemu wcześniej nie zdawaliśmy sobie sprawy, że są tak interesujące i inteligentne? I gdzie byłaby teraz Esther, gdyby nie trafiła do naszego domu?

Przez ostatnie lata wiele rozmyślaliśmy nad podobnymi sprawami, wtedy jednak po prostu się cieszyliśmy, że mamy naszą słodką, kochaną, chrumkającą dziewczynkę. W epoce przed Esther niczego nam nie brakowało - Derekowi bardziej niż mnie, rzecz jasna - ale nie potrafiliśmy już sobie wyobrazić domu bez świnki. Stała się tak nieodłączną jego częścią jak fundamenty, ściany i grunt pod stopami.

Grunt, który wkrótce miał zostać przesikany na wylot. Naprawdę na wylot. Ale do tego jeszcze wrócimy.

ROZDZIAŁ TRZECI

To było chyba któregoś wieczoru pod koniec września. Mieliśmy Esther dopiero od kilku tygodni. Siedziałem przy komputerze, a Derek przyrządzał kolację. Zazwyczaj jedliśmy około siódmej. Włączałem sobie cicho telewizor, kiedy mój chłopak gotował, ale byłem blisko, przy stole w jadalni, i dotrzymywałem mu towarzystwa, gdy w tle coś leciało: Kroniki Seinfelda lub Bobby kontra wapniaki. Kuchnia była otwarta na jadalnię, oddzielona od niej blatem, lecz na wyciągnięcie ręki. Siedziałem w jadalni, a jednocześnie mogłem rozmawiać z Derekiem, wszystko widzieć, słyszeć i czuć woń przygotowywanej potrawy.

Jesień to gorący okres dla rynku nieruchomości, więc miałem sporo pracy - dużo załatwiania i podpisywania umów z nowymi klientami. Zimą natomiast wszystko nieuchronnie zwalnia. Derek, ze swoim świetnym wyczuciem stylu i designu, często mi pomagał. Wspólnie urządzaliśmy domy wystawione na sprzedaż i omawialiśmy wygląd folderów reklamujących poszczególne nieruchomości. Także na tym polu tworzyliśmy zgrany zespół.

Tamtego konkretnego wieczoru jedliśmy śniadanie na kolację - coś, czego powinien od czasu do czasu spróbować każdy dorosły, po prostu dlatego, że może. Pracowałem akurat nad nowym folderem, Derek kręcił się przy kuchence, Esther plątała mu się pod nogami, niezmiernie ciekawa, co też on gotuje. (Zupełnie jak pies, mówiłem przecież). Od czasu do czasu zerkałem w ich stronę. Esther zawsze chrząkała, piszczała lub chrumkała, no i prawie machała ogonem, kiedy krzątaliśmy się po kuchni, bo chciała dostać coś do jedzenia. A my nie byliśmy zbyt konsekwentni - zdarzało się, że rzucaliśmy jej jakiś smaczny kąsek.

Tak to więc wyglądało. Derek zaczął układać obok siebie wszystko, czego potrzebowaliśmy - podpieczone bułeczki, ser, jajka i oczywiście... bekon.

Po tym jak Esther pojawiła się w naszym życiu, w żaden sposób nie zmieniliśmy nawyków żywieniowych. Wcinaliśmy burgery wołowe. Jedliśmy pizzę z pepperoni. Ale już od dłuższego czasu unikaliśmy bekonu. Nie podjęliśmy decyzji, po prostu tak się złożyło. Żaden szczególny powód nie przychodził nam do głowy.

A jednak tego wieczoru Derek smażył bekon.

I nagle przełączył mi się jakiś pstryczek w mózgu.

Przypomniałem sobie, jak weterynarz nazwał Esther świnią hodowlaną. To oznaczało, że jej jedynym przeznaczeniem było zostać zjedzoną przez ludzi. Taki właśnie los spotyka świnie. Nie ciągną sań w Jukonie ani bryczek w parku. Robi się z nich schabowe, golonkę, kiełbaski i...

No właśnie.

Słyszałem skwierczenie bekonu na patelni. Płynął ku mnie dobrze znany aromat. Ten zapach, tak pociągający nie tylko dla mnie, lecz także, bądźmy szczerzy, dla wszystkich mięsożerców, nagle wydał mi się ohydny.

To zapach śmierci.

Popatrzyłem na Dereka, potem na uśmiechnięty ryjek Esther i dotarło do mnie, co widzę. Derek spoglądał to na kuchenkę, to na słodką, zadowoloną z życia, pochrumkującą Esther. Jestem pewien, że myślała coś w stylu: "Hej, tatuśku! Co tam pichcisz? Dla mnie też starczy?".

O Jezu.

Co my robimy?

Kiedy człowiek je mięso każdego dnia (a przynajmniej prawie każdego), próbuje bronić przed sobą tej decyzji. Ja przynajmniej tak robiłem - chociaż znam mnóstwo ludzi, którzy całkiem bezrefleksyjnie pochłaniają trzy mięsne posiłki dziennie. Słyszy się, że to może być szkodliwe, zwłaszcza gdy jemy mięsa zbyt dużo, ale życie w ogóle jest niebezpieczne, prawda?

"W jedzeniu zwierząt nie ma niczego złego" - myślicie sobie. Jak większość ludzi.

Samo pojawienie się prosiątka w naszym domu nie oznaczało dla mnie natychmiastowej zmiany jadłospisu. Nie stałem się automatycznie wegańskim superbohaterem, z pogardą patrzącym na mięsożerców. (Człowiekiem Jarmużem, pokonującym całe pola kukurydzy jednym susem!).

Kiedy jednak zdałem sobie sprawę, że Esther miała skończyć jako czyjaś kolacja, niespodziewanie straciłem zdolność rozgraniczania tych dwóch rzeczy: jedzenia bekonu i trzymania świnki jako domowego zwierzątka. Gdybym teraz zjadł bekon, byłoby to tak, jakbym pożarł któregoś z naszych psów. Albo w ogóle jakiegokolwiek psa. Nagle doznałem czegoś w rodzaju olśnienia. Przypomniałem sobie psy biegające po podwórzu i siebie bawiącego się z nimi, a potem również malutką Esther, która chciała do nas dołączyć.

"Moment" - pomyślałem. Zerknąłem na Dereka, ciekaw, co dzieje się w jego głowie. Patrzył to na przyrządzany posiłek, to na Esther, tam i z powrotem. To była mocna scena. Cichutkie chrumkanie, powietrze przesycone zapachem... tym charakterystycznym zapachem smażonej wieprzowiny. Tutaj, w naszej kuchni.

W życiu nie zjadłbym psa. I nie mogłem już jeść bekonu.

Nawet się nie zawahałem. Wszedłem do kuchni i zwróciłem się do Dereka:

- Chyba tego nie zjem.

Poprosił, żebym powtórzył, a wtedy powiedziałem:

- Nie dam rady tego zjeść, nie mogę patrzeć na bekon. Robi mi się niedobrze.

Jego odpowiedź mnie zaskoczyła.

- Wiesz co? Mnie też.

To było niesamowite. Derek w ogóle nie kwestionował mojej decyzji. Zupełnie jakby równocześnie wpadł na tę samą myśl.

Dalej zajadaliśmy się kanapkami z jajkiem. Jak powiedziałem, nie staliśmy się weganami z dnia na dzień. Na razie powiedzieliśmy sobie tylko, że nie możemy jeść "Esther". A więc wciąż jedliśmy jaja i sery, trochę nawet żartowaliśmy, że to nie to samo co pożarcie świni. Nie znaliśmy też osobiście żadnych krów ani kurczaków, były dla nas zwykłymi zwierzętami rzeźnymi. Nie mieliśmy do nich emocjonalnego stosunku. Świniom za to poświęcaliśmy mnóstwo uwagi - poszperaliśmy w internecie i dowiedzieliśmy się, że są bardzo mądre. A skoro już mowa o internecie, to kiedy człowiek szuka informacji na temat świń, trafia na opisy wstrząsających warunków, w jakich są hodowane. To właśnie umocniło naszą więź z Esther. Patrzyliśmy na bekon i widzieliśmy naszą dziewczynkę. Ale kiedy patrzyliśmy na burgera z wołowiny, nadal widzieliśmy burgera. Esther nagle znalazła się wśród zwierząt "równiejszych", jeszcze nie dołączyli do niej inni mieszkańcy fermy. To świetny przykład na to, jak my, ludzie, nauczyliśmy się manipulować faktami i jaki wybudowaliśmy wokół siebie mur.

* * *

Kiedy kilka dni później Derek i ja szukaliśmy na Netfliksie czegoś do obejrzenia, naszą uwagę przykuł dokument pod tytułem Vegucated. Opowiada on o trojgu zadowolonych z życia mięsożernych nowojorczykach, którzy na sześć tygodni przechodzą na dietę wegańską. Wcześniej wcale nie rozglądaliśmy się za podobnymi filmami - sceny zabijania zwierząt są dla mnie nie do zniesienia - ale ten opisano jako niezbyt drastyczny.

Uwielbiam dowiadywać się nowych rzeczy. Przepadam za dokumentami. Fascynują mnie filmy o technice i historii, no i oczywiście przyrodnicze - chyba że akcja rozgrywa się w Afryce. Pięknie dziękuję za te wszystkie historie o drapieżnikach i ich ofiarach, typu "silniejszy zjada słabszego, bo taka jest naturalna kolej losu". Zawsze kończą się sceną z zebrą rozdzieraną na strzępy przez lwa i chociaż rzeczywiście przyroda rządzi się swoimi prawami, nie znoszę na to patrzeć.

Gdy na ekranie naszego telewizora pojawiła się zapowiedź Vegucated, stwierdziłem jedynie, że to może być coś ciekawego. Derek nawet nie patrzył, co wybieram - typowe! Siedział z nosem w telefonie, czytając mejle. Kliknąłem więc i tak to się zaczęło. A kiedy Derek zobaczył, że nie jest to jeden z dokumentów, którymi zwykle go katowałem, na przykład o budowie airbusa A380 lub turbin na Morzu Północnym w pobliżu Holandii, nagle się zainteresował. Odłożył komórkę.

Zanim film dobiegł końca, obaj zaczęliśmy się zastanawiać nad swoim podejściem do mięsa. Potem obejrzeliśmy następne dokumenty. Korporacyjna żywność opowiadała o hodowli przemysłowej zwierząt w Ameryce. Czarna ryba - o trzymanych w nieludzkich warunkach orkach, które z frustracji zabijały ludzi. Dowiedzieliśmy się bardzo wiele o tym, skąd pochodzi żywność i jak traktowane są zwierzęta. W tym systemie pełno jest okrucieństwa, nawet w obszarach, które wcześniej wydawały nam się w porządku.

Zawsze miałem się za wielbiciela zwierząt. A teraz byłem zły o to, co nam przez całe życie powtarzano, byłem zły, bo kazano nam wierzyć, że to "tylko zwierzęta hodowlane". Pewnie moglibyśmy wcześniej poznać prawdę, gdybyśmy jej szukali. Ale nie wpadliśmy na to. Łatwiej było po prostu zaakceptować jedzenie mięsa i cieszyć się życiem.

Tamtego dnia coś się we mnie przełamało. Koniec z mięsem. Uznałem, że pora przejść na weganizm, nauczyć się jeść inne rzeczy.

Dobra, to nie do końca było tak. Chociaż bardzo chciałem rzucić mięso ze względów etycznych, miałem jeden poważny problem.

Nie cierpiałem warzyw.

Szczerze? Dalej ich nie cierpię.

Potrafiłem wyczuć plasterek cebuli w potrawie i tak długo w niej grzebać, aż się go pozbyłem. Niech Bóg broni, żebym jakiś rozgryzł - cześć pieśni. Miałem zawsze wybitnie prostackie upodobania kulinarne. Zabieranie mnie do szykownej restauracji było marnowaniem żywności - wolałem zwykłego burgera lub makaron. Czasami specjalnie jadłem wcześniej w domu, bo wiedziałem, że raczej nie przypadnie mi do gustu żadna pozycja z menu. Lepiej więc było nażreć się przed wyjściem do knajpy.

Po obejrzeniu dokumentu Derek spytał, czy moim zdaniem powinniśmy zostać weganami, a ja zacząłem pochrząkiwać z zakłopotaniem. Jako zaprzysięgły przeciwnik warzyw nie bardzo potrafiłem to sobie wyobrazić. Wiedziałem, co lubię, a czego nie. Bałem się jedzenia rzeczy, których nie znoszę, lub, co gorsza, próbowania zupełnie nowych produktów. Wszystko zresztą byłoby nowe, a nieznane jedzenie budzi we mnie lęk. Zresztą cały ten weganizm wydawał mi się przerażający, nic tylko kuskus i komosa ryżowa. Czym, do licha, jest komosa i dlaczego miałbym ją jeść? Acai? Nawet nie wiedziałem, jak to się wymawia!

Wiedziałem za to, że nie chcę jeść zwierząt. Zaczęło do mnie również docierać, że kurczaki i krowy tak naprawdę nie różnią się od psów i kotów (oraz świń, rzecz jasna, które zdążyły już podbić nasze serca). Teraz więc chodziło mi po głowie tylko jedno: "Skoro nie mogę jeść mięsa, to co będę jadł? Nie znoszę sałatek. Nie cierpię dziwacznych jarzyn, a prawie wszystkie wydają mi się dziwaczne. Co pozostaje? Nasiona i orzechy? A może Derek któregoś dnia wróci do domu i zobaczy, że stałem się kanarkiem?".

Oczywiście wcale nie powiedziałem tego na głos. Wręcz przeciwnie, stwierdziłem, że jasne, czemu nie. Nie chciałem być hamulcowym naszego duchowego rozwoju.

Wybrałem metodę małych kroków - najpierw ograniczyłem spożycie mięsa. Nie było ono już podstawą mojej diety. Jadłem więcej chleba z masłem, od czasu do czasu wcinałem jednak jakiegoś burgera. Nadal piłem też mleko. Próbowałem sam się przed sobą usprawiedliwiać i szło mi całkiem nieźle. Nigdy nie miałem z tym kłopotów.

W głębi ducha dobrze jednak wiedziałem, że tylko się oszukuję. Im więcej wysiłku wkładałem w wyparcie pewnych rzeczy, tym wyraźniej widziałem, jak jest naprawdę. Udawałem, że się nabieram na takie reklamowe zagrania jak "wolny wybieg" czy "karmione trawą". Myślałem sobie: "Okej, to była szczęśliwa krowa, zjedzenie jej jest w porządku" lub: "Te kurczaki wiodły szczęśliwe życie pośród pięknych zielonych łąk, więc mogę je zjeść".

No i ostatnia ważna wymówka, której trzymałem się miesiącami: "Krowom dojnym nie dzieje się żadna krzywda".

Trudno uwierzyć, jak bardzo się myliłem.

Zawsze wyobrażałem sobie dojenie krów na malowniczej farmie pośród wzgórz. Jakaś słodka mała Holenderka z kucykami podtykała skopek kochanej starej Bessie. Kochana stara Bessie chciała zostać wydojona. Z radością dostarczała mleka tej rodzinie, a oni ją za to kochali. Tak to właśnie jest z mlekiem, prawda?

Raz jeszcze się okazało, że wystarczy poszukać informacji.

Obejrzałem parę filmików i dowiedziałem się, że współcześnie krowy na fermach przemysłowych są traktowane po prostu potwornie. Mimowolnie zacząłem kojarzyć fakty, czego wcześniej nie robiłem. Odkryłem, że tylko ludzie piją mleko po tym, jak wyrastają z niemowlęctwa. Jesteśmy również jedynymi stworzeniami, które piją mleko zwierząt innego gatunku. To naprawdę dziwne. Czasem się słyszy, jak ktoś po raz pierwszy wydoił krowę i napił się świeżego mleka. Mniejsza o tego gościa, ale co z krową? Jak sądzicie, co ona sobie pomyślała? "Co ty właściwie, koleś, wyprawiasz?".

Na wczesnym etapie przechodzenia na weganizm, o ile można to tak nazwać, Derek i ja chodziliśmy na różne imprezy i jedliśmy wszystko, co nam podtykano pod nos. Umieliśmy to sobie wytłumaczyć.

"Ja tego nie kupiłem".

"Skoro już tu jest...".

"Przecież się zmarnuje".

"Ktoś zadał sobie trud i to ugotował".

Minęło dobrych parę miesięcy, nim doszedłem do wniosku, że tak naprawdę nieważne, kto kupuje mięso - i tak nie powinienem go jeść. A im lepiej poznawałem Esther, im mocniejsza stawała się nasza więź, tym częściej mimowolnie porównywałem ją do krów oraz innych zwierząt hodowlanych.

Gdzie skończyłaby Esther, gdybyśmy jej nie wzięli? W ścisku wśród innych zwierząt rzeźnych. Zastanawiałem się, co się stało z resztą jej rodzeństwa. Skąd mam wiedzieć, czy w opakowaniu bekonu w sklepie nie znajdę członka rodziny Esther? To przecież mogłoby być dziecko jej siostry. A nawet jeśli nie, to nadal było ciało zamordowanej świni. Świni obdarzonej inteligencją i charakterem, zdolnej do miłości i okazywania uczuć - tak jak Esther.

Esther była dla nas powiewem świeżości, ale z czasem, kiedy dowiedzieliśmy się więcej na temat chowu przemysłowego, stała się punktem wyjścia, od którego wszystko się zaczęło - głównie oglądanie tych okropnych zdjęć w internecie i filmów. Gdy patrzyłem, jak się bawi na dworze, nagle przychodziło mi na myśl przeznaczone na rzeź cielątko na uwięzi, niemogące się poruszyć w ciasnym boksie. Albo podawałem Esther kolację i widziałem, jak cieszy ją każdy kawałek melona czy mango, i nagle wyobrażałem sobie smutną, przerażoną świnię na fermie. Niczym dumny tatuś obserwowałem, jak nasza mała osiąga kolejne sukcesy, na przykład uczy się korzystać z kuwety i używać zabawek, jak się rozwija, a potem w sklepie w alejce z mięsem robiło mi się niedobrze, bo nagle wszędzie widziałem oczy zwierząt. Nie potrafiłem już traktować steków czy bekonu wyłącznie jako produktów spożywczych. Esther mogła być każdym z tych kotletów schabowych i nie umiałem sobie z tym poradzić.

Im więcej czasu spędzaliśmy z Esther i im dłużej patrzyliśmy, jak kształtuje się jej charakter, tym lepiej rozumieliśmy, że to całe gadanie o zwykłych zwierzętach hodowlanych to jedna wielka bzdura. Nasza świnka pod względem osobowości dorównywała każdemu psu. Nie miałem pojęcia, co jeszcze w niej drzemie, ale ciągle odkrywała przed nami coś nowego (chociaż czasami to nowe okazywało się na maksa wkurzające, na przykład otwieranie zamkniętych szafek i kradzież żywności). Jej niepodważalnie wysoka inteligencja sprawiła, że zmieniliśmy swoje życie. Zrozumieliśmy, że skoro ona jest bystra, to każda świnka musi taka być.

* * *

Zabawne. Nawet kiedy już wiemy te wszystkie rzeczy, nie od razu do nas docierają. Zupełnie jak z paleniem - przecież każdy rozumie, że palenie szkodzi, że papierosy zabijają, ale ludzie dalej szukają pretekstów, aby nie przestawać palić. Palą, dopóki nie trafi się naprawdę ważny powód.

Dla nas była nim Esther. Dzięki niej poznaliśmy prawdę o przemysłowej produkcji mięsa i wywróciliśmy swoje życie do góry nogami.

Nie twierdzę, że przejście na weganizm to najłatwiejsza rzecz, jaką w życiu zrobicie. Wszystko nagle okazuje się zupełnie inne, a to bywa irytujące. Zakupy na początku trwają strasznie długo, bo trzeba czytać etykiety. Ludzie szukają wymówek, mówią, że nie mają czasu lub że to za trudne. Ale szczerze - to wcale nie jest takie trudne. Po prostu człowiek musi nauczyć się na nowo rzeczy, które robił od urodzenia.

I jeśli podchodzi się do tematu poważnie, trzeba zrezygnować ze wszystkiego. Żadnego mięsa, żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego. (A wiecie już, jakie to było w moim przypadku wyzwanie). Derek i ja zdecydowaliśmy, że już nigdy nie będziemy jeść zwierząt, i chcieliśmy, żeby to coś znaczyło.

Kiedy postanowiliśmy naprawdę zostać weganami, rozpoczął się interesujący proces. Chodziliśmy na zakupy i wracaliśmy bardzo z siebie zadowoleni, ale potem się okazywało, że nasze ulubione nachos zawierają mleko. Albo że pod dziwaczną, chemicznie brzmiącą nazwą kryje się coś wyprodukowanego ze ścięgien krowy. Sama rezygnacja z mięsa to bułka z masłem w porównaniu z odkryciem, jak wiele różnych produktów ma w sobie składniki odzwierzęce. Na tym właśnie polega trudność bycia weganinem. Nie zliczę, ile razy któryś z nas przyniósł ze sklepu pozornie wolny od okrucieństwa produkt, w którym drugi zaraz znalazł coś z czarnej listy. Robienie zakupów spożywczych było mało zabawne nawet wtedy, kiedy jeszcze jedliśmy mięso, ale teraz godzinna wyprawa do sklepu przekształcała się w trzygodzinny maraton. W nieskończoność tkwiliśmy w różnych alejkach z dwoma prawie identycznymi produktami w ręce, próbując zgadnąć, który jest wegański.

* * *

Podczas gdy my zajmowaliśmy się zmianą diety, Esther rosła... i rosła... i rosła. Nauczenie jej odpowiedniego zachowania w domu okazało się nadspodziewanie trudne, a czekał nas jeszcze większy stres. Związany z hektolitrami świńskiego moczu i tonami kupy.

Mówiono nam, że uczenie zwierząt korzystania z kuwety to pestka. "Po prostu pokażcie jej kilka razy, o co chodzi". Najpierw napełnialiśmy kocią kuwetę podkładami higienicznymi. (Nie mogliśmy użyć żwirku, bo świnie go zjadają - dlatego właśnie doradzono nam podkłady lub trociny). Kupiliśmy największą krytą kocią toaletę, jaką znaleźliśmy. Plan był prosty - Esther wchodzi, załatwia się i wychodzi.

Z częścią pierwszą nie było problemów, za to potem zaczynały się schody. Ponieważ kuweta miała określony kształt (podobnie zresztą jak Esther), świnka nie mogła się w środku obrócić. Kiedy sikała, strumień moczu trafiał tuż za toaletę. Czyli postępowała jak należy, ale efekt był do niczego. Kupiliśmy więc jeszcze większą kuwetę i zaczęliśmy uczyć Esther do niej wchodzić, zawracać, po czym kucać i się załatwiać. Okazało się to niewiarygodnie skomplikowane. W dodatku gdy Esther rosła, wraz z nią musiały się powiększać kuwety. Serio, mówię tu o kuwecie rozmiarów kanapy; a jeśli potraficie sobie wyobrazić kanapę zamkniętą w gigantycznym pudle, to już wiecie, jak wielka była to świńska łazienka. (Jeżeli mieszkacie w dużym mieście, prawdopodobnie sami macie łazienkę mniejszych rozmiarów). Za każdym razem kiedy zmienialiśmy kuwetę, musieliśmy na nowo przyuczać do niej Esther. Wprowadzaliśmy świnkę do środka, ona się obracała i załatwiała swoją potrzebę. Zaczęliśmy kłaść na spód nieaktualne płachty reklamowe wieszane na nieruchomościach przeznaczonych na sprzedaż, no i dodatkowo trociny.

Jak się pewnie domyślacie, sprzątanie było koszmarem. A ponieważ chodziło o krytą kuwetę, nie mogliśmy się po prostu nachylić i użyć zwykłej łopatki. (Tak, macie rację: w naszym przypadku przydałby się raczej szpadel). Nie, musieliśmy się wgramolić do środka. To była dosyć ciężka praca i, powiedzmy sobie szczerze, obrzydliwa, ale wykonywaliśmy ją sumiennie co kilka dni.

W tamtym okresie Esther piła dużo więcej wody niż teraz, pewnie dlatego, że rosła. Jedna wizyta przy misce oznaczała jakieś jedenaście litrów! (Chyba macie pojęcie, jak wielka musiała to być miska). Oczywiście Esther nie zawsze zdążała do kuwety, a jedenaście litrów czegokolwiek to bardzo dużo, jeśli nagle pojawia się w niepożądanym miejscu. Próbowaliśmy w razie potrzeby przysuwać jej kuwetę, ale wszyscy dopiero się uczyliśmy. Zdarzały się więc wypadki, całkiem jak z małym kotkiem lub pieskiem, tylko na nieporównywalnie większą skalę. Bardziej przypominało to przyuczanie do czystości zawodnika NFL. Lub nawet dwóch.

Kiedy ruchoma łazienka Esther - trudno już było nazwać ją kuwetą, bo przypominała raczej wielgachny nocnik - osiągnęła maksymalne rozmiary, przenieśliśmy ją do niewykończonej piwnicy, gdzie już została. Dookoła stworzyliśmy plac zabaw, żeby trzymać tam świnkę podczas naszej nieobecności, bo raczej nie mogliśmy jej pozwolić zostać na górze.

Problem z głowy, prawda?

Nawet kiedy ograniczaliśmy Esther zasięg, mimo tych wszystkich improwizowanych wynalazków oraz zwracania uwagi na szczegóły wciąż zdarzały się nieszczęśliwe wypadki. Sprzątanie po świni było jedną z prac Heraklesa, okropną harówką, przy której człowiek cały się brudził. Po wszystkim myśleliśmy, że zyskamy chwilę spokoju. Spędzaliśmy w piwnicy z godzinę, rozbierając konstrukcję, dezynfekując wszystko, usuwając podkład higieniczny, zmywając podłogę mopem i wpychając odpady do plastikowych worków. Wyglądaliśmy jak nieboskie stworzenia, bo robiliśmy to na czworakach. Ale przynajmniej przez moment był porządek.

Przebieraliśmy się więc, braliśmy głęboki oddech i próbowaliśmy odsapnąć, a pięć minut później Esther o włos chybiała celu i cała piwnica znowu była zasikana. Musieliśmy zaczynać od początku.

Usiłowaliśmy jakoś wytrzymać. Jak już wspomniałem, z początku Derek zrzucał tę robotę na mnie, a ja nie bardzo mogłem protestować, skoro przygarnąłem Esther bez uzgodnienia. Z czasem jednak, ku mojej wielkiej wdzięczności, zaczął mi pomagać i potem wspólnie dźwigaliśmy ten ciężar.

Esther się uczyła i stopniowo radziła sobie coraz lepiej, czasami jednak nadal załatwiała się byle gdzie. Już myśleliśmy, że opanowała zasady, a tymczasem wpadała do salonu, kucała tuż przed nami i... odkręcała kurek.

Oczywiście wrzeszczeliśmy wtedy: "Nie!", lecz ta instynktowna reakcja często tylko pogarszała sprawę. Esther orientowała się, że zrobiła coś złego, zbierała się w sobie i ruszała truchtem z jednego końca domu na drugi, a jej siuśki tryskały na prawo i lewo. I znowu musieliśmy zasuwać ze ścierą i środkiem do prania dywanów. Pralka chodziła non stop, cierpliwość nam się kończyła. Po czymś takim skazywaliśmy świnkę na zesłanie w piwnicy, bo była niegrzeczna, ale, choć może trudno w to uwierzyć, na tym się nie kończyło.

Bo wtedy Esther zaczynała krzyczeć.

A jej krzyk przypomina ryk silników odrzutowca. To po prostu głośne, przeciągłe wycie.

Serce się od niego kraje. Siedziałem w salonie i próbowałem zająć się czymkolwiek, ale słyszałem jej - bądźmy szczerzy - niemożliwy do zignorowania krzyk. Za wszelką cenę pragnąłem ją wypuścić oraz zapewnić, że wszystko jest w porządku.

To zupełnie jak wtedy, kiedy pies wlepi w was wielkie, smutne oczy albo kiedy płacze dziecko - robicie wszystko, by je pocieszyć. Wiedziałem, że dobrzy rodzice muszą czasami (pewnie dość często) wskazywać dzieciom błędy w ich postępowaniu. Rozumiałem też, że musimy zapanować nad Esther, bo inaczej w domu zapanuje terror i zniszczenie. A jednak nie mogłem wytrzymać, kiedy tak się denerwowała. To zabrzmi jak banał, ale z całej siły zaciskałem wtedy zęby.

Jednocześnie martwiłem się, czy to wszystko nie przytłoczy zanadto Dereka. Kochał Esther, ale mimo wszystko mógł któregoś dnia stwierdzić: "Ten układ się nie sprawdza". Wciąż się zamartwiałem, że stracę świnkę, jeśli nie zdołam jej wziąć w ryzy.

Postanowiłem więc wykazać większą stanowczość. Musieliśmy być bardziej konsekwentni. Wiedzieliśmy, że inaczej Esther będzie nieszczęśliwa, a my wraz z nią. Ona wcale nie chciała być niegrzeczna. Ale trzeba było ją trochę udomowić.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki