Kapitan James Evelyn Broussard
Nie ma mowy, żeby udało mi się to jeszcze dziewięćdziesiąt osiem razy, pomyślał Jim Broussard. Brudnoszare obłoczki wybuchających pocisków artylerii przeciwlotniczej wymacywały pułap ich lotu. Setka zaliczonych misji wydawała mu się w tej chwili całkowicie niedorzecznym pomysłem; zaliczenie dwóch misji też graniczyło z niemożliwością, bo eskadra weszła właśnie w najlepiej chyba broniony obszar powietrzny na świecie.
Broussard nie miał pojęcia, kto odpowiadał za wydanie rozkazu, że po stu lotach bojowych ma następować wymiana pilotów myśliwców i bombowców. Kimkolwiek jednak był, z pewnością nigdy nie zagnało go nad Szósty Obszar, który obejmował Hanoi i Hajfong. Fala uderzeniowa dwóch kolejnych wybuchów targnęła samolotem, a Broussardowi serce skoczyło do gardła.
Wczorajsza wyprawa nad Pierwszy Obszar, wysuniętą najdalej na południe część Wietnamu Północnego, była ekscytująca, wiedzieli bowiem, że wrogie oczy i działa śledzą każdy ruch eskadry. Powiedziano mu, że kiedy będzie leciał nad tym obszarem, wietnamscy artylerzyści dadzą mu spokój, musi tylko odwdzięczyć się im podobną uprzejmością. I tak się stało. Ich lot nie spotkał się z żadną wrogą reakcją, nawet kiedy zrzucili bomby na niewidoczny cel - kamuflaż był tak doskonały, że nawet doświadczeni piloci nie potrafili powiedzieć, czy udało im się rozwalić ten parking ciężarówek, czy nie.
To jednak była najbardziej przerażająca rzecz, jakiej doświadczył. Strach był jak małe zwierzątko, które wgryzało się w brzuch. Zdał sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu jest o włos od prawdziwej paniki. Nigdy nie wyobrażał sobie nawet, że może być aż tak źle.
Jeden byle jaki lot, pomyślał, i zaraz potem coś naprawdę wielkiego: przedmieścia Hanoi! Istne Dodge City! Mimo uciskających go pasów i uprzęży spadochronu, Broussard poruszył ramionami, starając się rozluźnić mięśnie i znów stać się spokojnym, godnym zaufania pilotem myśliwca, za jakiego go uważano. Nie udało się. Zorientował się, że nie zajmuje już pozycji lewego skrzydłowego i powoli zostaje w tyle. Starając się dogonić dowódcę eskadry, spróbował pchnąć do przodu dźwignię ciągu. Dźwignia jednak była przesunięta do oporu i wiedział, że jeśli nie przestawi jej na dopalacz, ma nikłe szanse powrócić na właściwą pozycję. O ile jednak go włączy, najprawdopodobniej wyprzedzi z prawej prowadzącego i wbrew własnej woli zajmie miejsce dowódcy eskadry - on, który nie ma pojęcia, gdzie jest! Niezbyt uspokajająca myśl jak na drugą misję, w dodatku pierwszy raz czuł, że ktoś naprawdę próbuje go zabić. Nie, będzie musiał po prostu zaakceptować, że jego samolot jest nieco wolniejszy niż maszyna dowódcy i mieć nadzieję, że Osioł zorientuje się, jaki ma kłopot.
Jim śledził oddalający się samolot dowódcy i starał się podjąć najwłaściwszą w tej sytuacji decyzję. Mógł wywołać dowódcę, ale Osioł był teraz zajęty, próbując wypatrzyć cel we mgle, która stale zalegała ponad Wietnamem Północnym i na pewno nie życzyłby sobie, żeby go ktoś teraz dekoncentrował. Jim brał również pod uwagę sprawdzenie pozycji dwóch myśliwców drugiej pary, ale ani na chwilę nie śmiał spuścić oka z prowadzącego. Ostatnia rzecz, jakiej pragnął, to zgubić się i pozostać na tym obszarze w pojedynkę. Wzdrygnął się na widok niewielkich pomarańczowych kul ognia artylerii przeciwlotniczej, które podążały śladem eskadry i rozwiewały się, kiedy maszyny je wyprzedzały.
Rozważył możliwe rozwiązania. Mógł włączyć dopalacz, ale zużycie paliwa byłoby tak duże, że w drodze powrotnej prawdopodobnie nie doleciałby do tankowca - nie miał przy tym pewności, że tak długo pożyje. Nie pragnął także stać się samozwańczym dowódcą eskadry Cadillac. Do diabła z tym. Mógł poprosić przez radio, żeby zwolnili, ale nie miał pewności, czy porozumie się z Osłem na przeciążonej częstotliwości bojowej zagłuszanej przez dziesiątki rozmów i pisk detektora opromieniowania radarowego, który skrzeczał w słuchawkach, niczym potępieniec, bo wykrył wrogie radary. Jim postanowił lecieć dalej najlepiej jak potrafił w nadziei, że nie straci z oczu prowadzącego.
Nagle maszyna dowódcy odbiła od IP1 i popędziła w stronę celu, którym tym razem była rafineria ropy. Atak miał się rozpocząć od zwrotu przez lewe skrzydło i przejścia do bombardowania w locie nurkowym. Kiedy nadlatywali nad cel, intensywny wibrujący dźwięk stawał się coraz głośniejszy i wyższy. Dłonie Jima śmigały po kabinie, przerzucając włączniki uzbrajające bomby. W końcu przestawił główną dźwignię zrzutu na pozycję bojową. Gdy podniósł wzrok, okazało się, że coraz bardziej zostaje w tyle.
Od IP do zwrotu przez skrzydło wszelkie zbędne ruchy ograniczą się do minimum: elektroniczne urządzenia zagłuszające i modlitwa będą ich jedyną obroną do chwili, gdy skończy się nurkowanie nad cel i zrzucą bomby. Dopiero wtedy włączą dopalacze i na niskim pułapie pomkną ku zbawczym wzgórzom na północny zachód od miasta. Po drodze myśliwce ponownie będą musiały stawić czoło zmasowanemu ostrzałowi artylerii przeciwlotniczej i rakietom ziemia-powietrze. Jim nie zapominał także, że eskadra jest w zasięgu małych i zwinnych, naprowadzanych radarem MiG-ów-17 i -21. Tak, różnice między Szóstym Obszarem i Pierwszym były naprawdę ekscytujące.
Na częstotliwości bojowej słyszał podniesione głosy załóg samolotów zwalczających artylerię przeciwlotniczą, które już skupiły na sobie uwagę obrony. Myśliwcem ponownie rzuciło; obłok wybuchu pojawił się prawie przed samym nosem maszyny - środek brudnoszarej masy promieniujący czerwienią. Zdawało mu się, że słyszy odłamki metalu uderzające w kadłub, choć z racji ciasno dopasowanego hełmu i przeraźliwego pisku detektora promieniowania radarowego było to mało prawdopodobne. Nim zdążył ściągnąć drążek, obłok już zniknął za jego plecami. Roje eksplodujących pomarańczowych pocisków z działek kalibru 37 i 55 mm cięły powietrze między nim a maszyną dowódcy. Tym razem odruchowo wykonał unik i wymknął się zabójczemu strumieniowi pocisków.
Starał się zignorować pomarańczowe koraliki goniące eskadrę, ale widział je kątem oka i mimowolnie śledził uważnie. Zdawały się zmierzać prosto ku niemu i w ostatniej chwili gwałtownie zmieniały kierunek. Większość brudnoszarych obłoczków wybuchała na godzinie pierwszej, na tyle blisko, że zawarte w nich kule ognia miały czerwoną obwódkę. Gdy zdołał w końcu oderwać wzrok od salw artylerii, prędkościomierz wskazywał prawie 900 kilometrów na godzinę. Prowadzący nadal powoli zwiększał dystans. Eskadra Cadillac leciała niemal z maksymalną prędkością, jaką mogły osiągnąć maszyny, obciążone podwieszonymi pod brzuchem bombami.
Jim skorygował kurs i znowu spuścił wzrok, by zerknąć szybko na wskazania przyrządów. W tej samej chwili dowódca postanowił rzucić samolot do lotu nurkowego i prawie udało mu się zgubić Jima. Myśliwiec zrobił półbeczkę i wisiał tak kilka sekund zawieszony w powietrzu, a w tym samym czasie Osioł wypatrywał celu skrytego we mgle. Potem runął w kierunku ziemi, a za nim w dzikiej pogoni popędził Cadillac Dwa - Jim Broussard.
Rzut oka na wysokościomierz powiedział mu, że są już na trzech tysiącach metrów i, chociaż pozycja Jima względem prowadzącego nieco się poprawiła, wciąż znajdował się daleko od miejsca, w którym powinien być. Nagle ogarnęło go przerażenie: 3000 metrów! Jezu! Na odprawie kazali im zrzucić bomby na dwóch tysiącach, a on nawet nie odszukał celu! Rozgorączkowany oderwał wzrok od dowódcy, spojrzał w dół i jeszcze raz na maszynę prowadzącego, w samą porę, by dostrzec, jak wszystkie sześć 750-funtowych bomb odrywa się od kadłuba samolotu Osła. Nic nie wskazywało położenia wyznaczonego celu, więc szybko wcisnął przycisk na drążku sterowniczym i, w momencie gdy bomby poszły w dół, odczuł zmianę masy myśliwca.
Kiedy wyprowadzał maszynę z lotu nurkowego, starając się podążyć śladem Osła, w oczach pociemniało mu od przeciążenia. W rezultacie dopiero po chwili zauważył, że myśliwiec prowadzącego włączył dopalacz i oddala się bardzo szybko. Pchnął do oporu dźwignię ciągu i dodatkowa moc wtłoczyła go w fotel. Oba samoloty leciały na wysokości dwustu metrów. Broussard starał się naśladować szaleńcze manewry Osła, ale to także nie bardzo mu się udawało. Kiedy zakładał, że prowadzący skręci w danym kierunku, ten zwykle wybierał przeciwny.
Odrzutowce leciały teraz na tyle nisko, że wieśniacy mogli skierować na nie swoje nowiutkie i błyszczące rosyjskie karabiny. Chłopi ostrzeliwali obszar powietrzny wyznaczony im przez Północnowietnamskie Dowództwo Obrony. Mieli nadzieję, że jankescy piraci nadzieją się na jeden z ich pocisków kalibru 7,62 mm, które, jeśli tylko trafiły we właściwe miejsce, były równie zabójcze jak artyleria.
Na niskim pułapie nieustannie ścigały ich białe wybuchy pocisków z 23- i 37-milimetrowych działek. Były zupełnie inne niż czarne obłoczki eksplodujących pocisków z dział kalibru 85 i 105 mm, które widział na dużej wysokości. Jim siedział jak sparaliżowany, zupełnie jakby ktoś inny pilotował maszynę, a on tylko beznamiętnie obserwował lot. Dłonie i stopy reagowały bez żadnego udziału z jego strony. Do rzeczywistości przywrócił go głos Osła. Odezwał się do niego pierwszy raz, odkąd dotarli do IP. Dowódca nie był zachwycony swoim najnowszym nabytkiem.
- Cadillac Dwa - zabrzmiał głos Osła z prowadzącego myśliwca - jeśli będę musiał wyłączyć dopalacz, żebyś mógł do mnie dojść, to kiedy wrócimy, wkopię ci dupę w hełm.
Jezu, powiedział do siebie Jim, śledząc rozpaloną dyszę jego samolotu, robimy ponad 1 macha, dwieście metrów nad drzewami, wszyscy co do jednego próbują nas zabić, a on ma jeszcze czas na obserwowanie i krytykę. Myśliwiec podskoczył kolejny raz, więc zanim Jim odpowiedział, uporał się z wyprowadzeniem go na pułap eskadry.
- Zrozumiałem. Próbuję dołączyć.
Nie miał nic więcej do powiedzenia.
Przedmieścia zostały z tyłu. Maszyny rozsypały się i z dużą szybkością zaczęły stopniowo wznosić się ponad strome i zalesione wapienne wzgórza, które na odprawie nazywano Wzgórzami Thudów. Wyglądało na to, że nikt nie ma pojęcia, skąd wzięła się taka nazwa, wiedziano tylko, że obszar ten stał się azylem dla samolotów powracających z ataków na okolice Hanoi. Teren był zbyt górzysty, aby można na nim ustawić wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych, drzewa ograniczały czas celowania wszelkich rozmieszczonych tam rodzajów artylerii przeciwlotniczej, a wzniesienia zakłócały działanie wietnamskich radarów. Wieść niosła, że jeśli zdołasz dotrzeć do wzgórz, masz dużą szansę przeżyć kolejną misję. Chyba że tego dnia znajdą się tam MiG-i, albo zdarzy ci się zapuścić za daleko na północ w kierunku Yen Bai, gdzie artylerzyści i obsługa rakiet byli podobno wyjątkowo zawzięci.
Przez następne kilka minut dowódca leciał nisko, kierując eskadrę to w lewo, to w prawo, unikając serii z broni maszynowej, która się w nich wstrzeliwała, następnie rozpoczął powolne wznoszenie się na ustaloną na odprawie wysokość sześciu tysięcy metrów. Jim Broussard leciał po prawej stronie Osła, kiedy ten wyłączył dopalacz. Nie mogą wciąż robić ze mnie głupka, pomyślał Jim, i zerknął szybko na prawo, jak leci druga para. Obie pozostałe maszyny eskadry znajdowały się dokładnie tam, gdzie powinny.
- Cadillac, mówi dowódca - nadał przez radio Osioł, którego głos ledwie przebijał się przez gąszcz rozmów pilotów kolejnych eskadr przystępujących do ataku. - Przejdźmy na częstotliwość eskadry i zróbmy sobie przerwę na drinka. - Częstotliwość eskadry, używana wyłącznie przez ich czwórkę, pozwalała wyeliminować gadaninę setek pilotów znajdujących się w powietrzu.
- Cadillac Dwa, podejdziesz i rzucisz na mnie okiem? Chyba dostałem, wychodząc znad celu. Zdaje się, że w tylną część kadłuba.
W czasie, kiedy eskadra przechodziła na nową częstotliwość, Jim pośpiesznie pociągnął łyk wody z rurki przymocowanej do umieszczonej w kabinie butelki, i zaczął zbliżać się do prowadzącego. W radiu odezwał się czyjś głos:
- Skipper, tu Cadillac Trzy. Osioł, chcesz żebym cię obejrzał? - To był kapitan Andrew Pritchard, dowódca drugiej pary.
Najwyraźniej uważa, że nie jestem wystarczająco dobry, by lecieć w ciasnym szyku, pomyślał Jim.
- Odmawiam, Trójka. Leć przodem i korzystaj z przerwy na drinka. Nawet nowicjusz powinien umieć powiedzieć, czy dziura w kadłubie powstała w fabryce.
Broussard pośpiesznie zapiął maskę tlenową i wcisnął przycisk mikrofonu na dźwigni ciągu:
- Prowadzący, Dwójka podchodzi.
Delikatnie przesunął drążek w prawo, a stopą nacisnął prawy pedał orczyka. F-105 natychmiast zareagował i rozpoczął łagodny ślizg w kierunku maszyny Osła. Skontrował, żeby zapobiec dalszemu skrętowi w prawo, i ustawił się dokładnie pod ogonem samolotu prowadzącego. Lecąc tak, Jim mógł zerknąć do góry i ujrzeć piekło szalejące w dyszy ogromnego silnika odrzutowego. Gazy wylotowe, uderzające w poszycie ogona jego myśliwca, sprawiały, że stery dygotały. W kadłubie samolotu dowódcy bez trudu dostrzegł kilka niewielkich wystrzępionych otworów. Ponownie przesunął drążek i po kilku sekundach wrócił na pozycję na lewym skrzydle prowadzącego.
- Cadillac Jeden, tu Dwójka. Wygląda na to, że masz na spodzie kadłuba dziesięć do dwunastu małych dziur po odłamkach. Nie zauważyłem żadnych innych uszkodzeń ani wycieków.
- OK, dzięki, Dwójka. Wszystkie odczyty mam w normie, więc chyba ten wielki skurczybyk dowiezie mnie do domu.
Kiedy eskadra przelatywała nad względnie bezpiecznymi górami zachodniej części Wietnamu Północnego, Broussard oddał się swobodnym rozmyślaniom. Zastanawiał się, czy przydział do dywizjonu F-105 oznaczał, że jest szczęściarzem, czy może wręcz przeciwnie? Thud, bo pod taką nazwą samolot znany był w Siłach Powietrznych, w niczym nie przypominał zwinnych małych i szybkich odrzutowców treningowych T-38, na których latał przez cztery ubiegłe lata jako instruktor pilotażu w Dowództwie Szkolenia. To jakby porównywać araba pełnej krwi z perszeronem. Każda z maszyn miała inne przeznaczenie. Talon zachowywał się w powietrzu tak, jakby potrafił przewidzieć, co zrobi pilot; miało się wrażenie, że każdy manewr sprawia mu radość. Stery miał lekkie i czułe, i wybaczał błędy niezdarnym uczniom, którzy dopiero zaczynali odnajdywać własną ścieżkę na powietrznych pustkowiach.
Thuda z kolei zaprojektowano i wyprodukowano w czasach, gdy jedyną przewidywaną formą walki powietrznej był atak nuklearny. Thunderchiefa, bo tak się oficjalnie nazywał, stworzono, by osiągał ogromną szybkość w locie poziomym i miał równie wielki udźwig, bo to, czy przetrwa, niosąc jedną olbrzymią bombę, zależało od przewagi prędkości w locie poziomym. Potrafił także, aczkolwiek nieco opornie, wykonywać wszelkie typowe dla myśliwca manewry, ale jego rzeczywistą siłę stanowił lot poziomy. Wciąż pozostawał najszybszym samolotem bojowym na świecie. Zabierał sześć ton bomb, pod tym względem nie dorównywał mu żaden inny samolot szturmowy. Jednak ogrom tego myśliwca-potwora stawał się znaczącą wadą podczas ucieczki przed rakietami oraz w pojedynkach z mniejszymi i zwrotniejszymi MiG-ami.
Thud - wieść niosła, że przydomek ten wziął się od dźwięku, jaki wydaje rozbijający się o ziemię samolot - pod kilkoma względami przewyższał inne amerykańskie konstrukcje. Przede wszystkim ci, którym udało się przeżyć sto wymaganych misji bojowych, byli gorącymi zwolennikami jego niezwykłej odporności. Thud potrafił dolecieć do bazy z takimi uszkodzeniami, które inny samolot zmieniłyby w kupę złomu. Ogromną jego zaletą było także i to, że w czasach, kiedy pełnił rolę najważniejszego samolotu TAC2 przenoszącego broń nuklearną, Siły Powietrzne wyposażyły go w niezliczone nowinki techniczne. Uzasadniało to decyzję o wykorzystaniu go jako podstawowego środka ataku, jeśli planowało się wkroczenie do najlepiej bronionego regionu świata i rozwścieczenie jego mieszkańców zrzucanymi na nich bombami.
Broussard chciał wrócić do domu, więc jeśli był to samolot zdolny przetrwać wraz z nim sto lotów bojowych, Jim cieszył się, że siedzi za jego sterami. Z drugiej strony, jeśli musiałby wykonać sto takich lotów jak dzisiejszy, tylko dlatego, że pilotuje ten konkretny samolot, wolałby raczej siedzieć w kabinie transportowego C-123 latającego po bazach Wietnamu Południowego. To zajęcie nie było z pewnością odskocznią do awansu. Od Sił Powietrznych oczekiwał tylko, by pozwolono mu być sobą: żeby mógł pojechać do domu, zdjąć mundur i podjąć poważne rozmowy z dużymi liniami lotniczymi. W głębi serca czuł, że nie jest przygotowany na ryzyko związane z wykonywaniem zawodu pilota myśliwskiego, ale cywilem, któremu przez ostatnie parę lat zdarzyło się nosić mundur i latać odrzutowcami dla Sił Powietrznych Stanów Zjednoczonych. Spojrzał w dół i porównał Czarną Rzekę do linii na rozpostartej na kolanach mapie. Mapa rozpoczynała misję w postaci porządnie złożonego pakiecika, ale teraz przypominała niedzielną gazetę, którą ktoś bawił się z psem. Złożył ją, nadając jej jako tako możliwy do przyjęcia kształt, i bardzo był z siebie zadowolony, gdy dzięki niej udało mu się prawidłowo przewidzieć, że Osioł skręci na południe, aby uniknąć zaporowego ognia baterii przeciwlotniczych rozlokowanych w dolinie Dien Bien Phu. Za kilka minut wejdą w przestrzeń powietrzną Laosu, gdzie tak długo, jak zachowają wysoki pułap, z ziemi nie zagrozi im żadne poważniejsze niebezpieczeństwo.
- Eskadra Cadillac, tu dowódca. Sprawdzić paliwo.
Broussard szybko odczytał wskazania przyrządów i złożył meldunek prowadzącemu. Uważnie przysłuchiwał się, jak dwa samoloty drugiej pary kolejno składają raporty.
Wiedział, że ma znacznie mniej paliwa niż pozostali piloci eskadry i wstydził się ogłaszać całemu światu, a przynajmniej każdemu, kto mógł ich usłyszeć, że nadużywał ciągu, bo nie potrafił inaczej utrzymać pozycji w szyku. Wnikliwy obserwator wyciągnąłby z tego wniosek, że jest nowicjuszem albo zwyczajnym niedołęgą. A być może jednym i drugim.
- OK, Dwójka - nadał Osioł. - Jesteś pierwszy do cysterny; po tobie Czwórka, Trójka, potem prowadzący. Przechodzimy na częstotliwość tankowców.
Samolot z małym zapasem paliwa zwykle próbował podchodzić pierwszy, na wypadek, gdyby z jakiegoś powodu tankowanie okazało się niemożliwe. Dzięki temu miał szansę dotrzeć na zapasowe lotnisko przed wyczerpaniem paliwa. Było normą, że maszynę taką pilotował jeden ze skrzydłowych, ponieważ musieli oni utrzymywać stałą pozycję względem prowadzącego.
Gdy Osioł opuścił nos samolotu, schodząc w dół na przewidziany pułap tankowania, Jim dostosował swoją pozycję do jego myśliwca. Cysterna powinna krążyć tuż nad granicą z Tajlandią bądź po trasach wyznaczonych do uzupełniania paliwa. Osioł bardzo spokojnie prowadził eskadrę, dzięki czemu Jim bez trudu utrzymywał pozycję w szyku. Próbując się zrelaksować, dotykał samymi tylko koniuszkami palców dźwigni ciągu i usianego rozmaitymi przyciskami drążka sterowego. W normalnych warunkach nie miał większych kłopotów z utrzymaniem szyku, był przecież instruktorem, który wielu kadetów nauczył latania w bezpośredniej bliskości innej maszyny. Zrozumiał, że trudności jakie napotkał w trakcie nalotu wzięły się stąd, że pilotował wolniejszy samolot, a w walce nie potrafił dokładnie przewidzieć, co zrobi jego prowadzący. Teraz czynniki te nie odgrywałyby większej roli, ponieważ zwolnili do prędkości przelotowej.
Dobra technika latania w szyku - to całkowicie wystarczało, aby pobrać paliwo z ogromnej latającej cysterny K-135. Tyle że przyzwoite latanie w szyku nad równinami zachodniego Teksasu i robienie tego pod aluminiowym sklepieniem brzucha tankowca we wschodniej Tajlandii to dwie całkowicie odmienne sprawy. Tutaj musiał utrzymać pozycję albo wracać do bazy na piechotę.
W grę wchodził teraz jeszcze jeden czynnik. Kiedy pozostali piloci eskadry, czekając na swoją kolej, ulokują się już w pobliżu cysterny, będą mogli z bliska i bez żadnych przeszkód ocenić jego umiejętności latania. Nie była to wymarzona sytuacja dla kogoś, kogo denerwują występy przed większą publicznością, a w publicznych łaźniach czuje się wyjątkowo nieswojo.
- Czerwona Kotwica Dwa Jeden, mówi dowódca Cadillac.
Osioł wywoływał cysternę krążącą wokół zaplanowanego wcześniej punktu spotkania. Odpowiedź z powietrznej cysterny nadeszła natychmiast:
- Prowadzący Cadillac, tu Czerwona Kotwica Dwa Jeden. Słyszymy cię głośno i wyraźnie. Krążymy na lewo od was. Nadaj coś, żebyśmy się zgrali.
- Zrozumiałem. Tu prowadzący Cadillac. Odliczam: jeden, dwa, trzy, cztery, pięć, cztery, trzy, dwa, jeden, prowadzący Cadillac.
- OK, Cadillac. Pięć stopni w lewo. Mamy potwierdzenie identyfikacji waszego nadajnika. Ustawiajcie się.
- Zrozumiałem. Pierwszy podchodzi Cadillac Dwa, za nim Czwórka, potem Trójka, na końcu prowadzący. Chcemy pod korek, ale mamy dość paliwa, żeby każdy z nas podszedł tylko raz, jeśli to możliwe, wolelibyśmy uniknąć kilkakrotnego podchodzenia.
- Nie ma sprawy, mamy dzisiaj zatrzęsienie paliwa.
Eskadra F-105 weszła na pułap tankowania. Jim nie zaprzątał sobie głowy poszukiwaniem cysterny, lecz skoncentrował się na utrzymaniu właściwej pozycji samolotu w szyku. Osioł przechylił się ostro na prawe skrzydło, nakazując utworzenie szyku "schody". Dobrze. Jim lekko zredukował ciąg i użył kombinacji orczyka i lotek, by prześlizgnąć się pod samolotem dowódcy i wskoczyć w lukę, którą stworzyła dla niego druga para. Po lewej stronie od nosa samolotu każdy z nich miał teraz przed sobą inną maszynę, lecącą względem niego pod kątem 45 stopni.
- Czerwona Kotwica Dwa Jeden, tu prowadzący Cadillac. Mam was dokładnie na dwunastej. Wyłączymy radio.
- Zrozumiałem, wyłączam naprowadzanie. Rozumiem, że podczas tankowania oczekujesz ciszy radiowej.
Nie było żadnej szczególnej potrzeby, aby w trakcie pobierania paliwa obowiązywała cisza radiowa, pomyślał Broussard, chyba że "Osioł" Sheehan chciał sprawdzić umiejętności nowego skrzydłowego. Poza tym, gdyby żółtki chciały wiedzieć, ile Thudów ich dzisiaj bombardowało, wystarczyłoby, żeby wyszli na dwór i policzyli przelatujące nad nimi maszyny.
Eskadra szybko znalazła się na pozycji obserwacyjnej, jakieś trzydzieści metrów z tyłu i około dziesięciu poniżej cysterny. Wyrównali i Jim zaczął powoli podprowadzać swoją maszynę pod brzuch większego samolotu. Starał się nie myśleć o tym, że pozostali piloci uważnie śledzą i oceniają jego poczynania. Rzucił spojrzeniem na tablicę przyrządów, aby upewnić się, że wszystkie przełączniki są we właściwym położeniu. W ostatniej chwili spostrzegł, że nie otworzył drzwiczek instalacji do odbioru paliwa, i pośpiesznie naprawił niedopatrzenie. Jezu! Co powiedziałby Osioł, gdyby z powodu tego przeoczenia obsługa tankowca odprawiła go z kwitkiem!
Ostrożnie pchnął dźwignię ciągu i gdy tylko myśliwiec zareagował, natychmiast cofnął ją do poprzedniego położenia. Ze wszystkich sił starał się ograniczyć do minimum ruchy samolotu i dostosować wysokość do cysterny. Na spodzie kadłuba tankowca zamontowano światła, aby ułatwić pilotowi utrzymanie właściwej pozycji w trakcie pobierania paliwa. Przednie światełko mrugało teraz do niego, pomagając mu wprowadzić myśliwiec w pole tankowania. Zignorował je, koncentrując się po prostu na tym, by lecieć w dobrym, ciasnym szyku z transportowcem. Z treningu w RTU3 zapamiętał, że światła bardziej go rozpraszały, niż mu pomagały. Prawdopodobnie dla większego samolotu, takiego jak B-52, byłyby bardziej użyteczne.
Operator przewodu paliwowego, który leżał twarzą w dół na dostosowanej do kształtu ciała leżance, umieszczonej w przezroczystej bańce pod ogonem cysterny, zwolnił umocowany w tym miejscu kadłuba metalowy wysięgnik w kształcie dyszla. Posługując się sterownicą podobną do drążka sterowego, sprawił, że sonda wysięgnika przesunęła się w kierunku gniazda wlewu paliwa myśliwca.
Jim zajął docelową pozycję pod ogonem KC-135, spoglądając na wysięgnik, który zatrzymał się nad nosem myśliwca, potem błyskawicznie wydłużył się i ze zgrzytliwym szczęknięciem wsunął się do gniazda wlewu paliwa. Było w tym coś nieprzyzwoicie seksualnego; przypominali dwa wielkie ptaki kopulujące w locie.
Mimo ustawienia regulatora dopływu tlenu na pełną moc, nadal czuł zapach oparów wpływającego do zbiorników lotniczego paliwa JP-4. Po kilku minutach, w miarę jak otrzymywał coraz więcej życiodajnej nafty lotniczej, która była pożywieniem myśliwca, dłonią w rękawiczce wyczuł, że stery robią się twarde i zaczynają reagować z opóźnieniem.
Zważywszy, że litr paliwa dla odrzutowców waży prawie dwa kilogramy, nic dziwnego, że samolot zrobił się ciężki, pomyślał. Ładunek paliwa przewyższał często tonaż bomb, które mógł zabrać Thud. Jim stale zwiększał moc silnika, aby zrekompensować przyrost masy; w końcu przewód z hukiem wyskoczył z gniazda, śmignął gdzieś w bok, i zniknął mu z oczu.
Zmniejszył ciąg, powoli wycofując się spod cysterny, aż wrócił na swoje miejsce w szyku eskadry. Cadillac Cztery, Bob Packard, wyrwał do przodu tak szybko, jakby miał wokół mnóstwo miejsca. Nieco uspokojony tym, że ma dość paliwa, by dotrzeć do prawie każdej bazy w Azji Południowo-Wschodniej, Jim przyglądał się, jak pozostałe myśliwce podchodzą do tankowca i odlatują z pełnymi zbiornikami. Gdy wszystkie samoloty wróciły do szyku, Osioł przerwał ciszę radiową.
- Czerwona Kotwica Dwa Jeden, tu prowadzący Cadillac. Dobra robota, chłopaki. Jeszcze kiedyś się zobaczymy. Adios.
- Adios, Cadillac. Cieszymy się, że dzisiaj wszyscy wyszliście cało. Do zobaczenia.
Czterdzieści minut później w zielonym krajobrazie pojawił się betonowy pas bazy Królewskich Sił Powietrznych Tajlandii w Takhli, która była domem 318. Skrzydła Myśliwców Taktycznych, w skład którego wchodziła eskadra Cadillac. Osioł ponownie ustawił eskadrę w prawym szyku schodowym, by mogli się rozejść na boki i wykonać beczkę - ulubioną figurę pilotów myśliwców przed lądowaniem. Zbili się ciasno jeden obok drugiego i przelecieli w pierwszym podejściu nad pasem startowym, z pełną świadomością, że nie ma w bazie pilota, który słysząc samoloty, nie spojrzy odruchowo w górę.
1 Initial Point - punkt orientacyjny w terenie, wyznaczający początek procedury naprowadzania samolotu na cel [przyp. tłum.].
2 Tactical Air Command - Dowództwo Lotnictwa Taktycznego [przyp. tłum.]
3 Replacement Training Unit - jednostka treningu operacyjnego, prowadząca przeszkolenie pilotów na konkretnych typach samolotów bojowych, przed skierowaniem do jednostek liniowych [przyp. red.].