Od momentu wybuchu wojny rola niemieckiej kobiety zaczęła ewoluować. Już nie była tylko matką i żoną, już nie musiała spełniać się jedynie w tych obszarach, co do tej pory było priorytetem w niemieckiej polityce. Wiele Niemek włoży mundur, choć nie zawsze będą miały one cokolwiek wspólnego z kobiecą polityką nazistowskiego rządu. Teraz mogły uczestniczyć w działaniach wojennych, wspierając mężczyzn swoją wzorową postawą i gotowością podjęcia pracy jako personel pomocniczy.
Chęć aktywnego uczestnictwa w życiu politycznym kraju, spełnianie swoich ambicji czy nawet otrzymanie pozwolenie na broń mogły być wystarczającymi bodźcami do podjęcia specyficznej pracy w obozach koncentracyjnych. Przede wszystkim jednak słowo "służba" odgrywa w tym wypadku decydującą rolę - dzięki tej pracy młode kobiety wstępowały do wspólnoty SS, która od tej chwili zastępowała im ich własne rodziny[24].
W przypadku "Krwawej Brygidy" być może miało to znaczenie, ponieważ urodziła się jako najmłodsza z trójki rodzeństwa ze związku niezamężnej gospodyni domowej i mistrza ślusarskiego (według innych źródeł był maszynistą). Było to w czasach, gdy nieślubne dzieci były hańbą i dla matek biednych, i bogatych. Hildzia nigdy nie poznała swojego ojca. Z akt CIA wynika, że nazywał się Otto Bormann i zmarł w 1936 roku.
Od szóstego roku życia była członkinią Niemieckiego Towarzystwa Gimnastycznego, a po ukończeniu szkoły podstawowej wstąpiła do Bund Deutscher Mädel (Związku Niemieckich Dziewcząt), gdzie zapoznała się z ideami narodowosocjalistycznymi, gdyż była to po prostu sekcja żeńska nazistowskiej organizacji młodzieżowej Hitlerjugend okresu Republiki Weimarskiej i III Rzeszy. W wieku siedemnastu lat wstąpiła do NSDAP[25].
W międzyczasie rozpoczęła naukę, uczyła się na krawcową. Rzuciła jednak szkołę. W okresie od lipca 1938 roku do marca 1939 roku, będąc członkinią Nationalsozialistische Volkswohlfahrt (Narodowosocjalistyczna Ludowa Opieka Społeczna) NSDAP w Berlinie, uczęszczała do Szkoły Kolonialnej, mieszczącej się na Fehrbelliner Platz w Berlinie. Placówką kierował były generał Wehrmachtu z pierwszej wojny światowej Franz Ritter von Epp, który był Bundesführerem Reichskolonialbund.
Wszyscy uczniowie byli oczywiście członkami NSDAP o dobrej opinii. Zgłosili się na ochotnika do tego szkolenia, które odbywało się popołudniami przez sześć dni w tygodniu. Celem kursu było przygotowanie każdego ucznia do ogólnej pracy w byłych koloniach niemieckich w Afryce. Szkolenie przedmiotowe miało na celu przysposobienie Hildegard Lächert do pracy w charakterze pielęgniarki, najlepiej u rodziny brytyjskiej związanej ze służbą dyplomatyczną. W tym celu w ramach kursu pobierała także lekcje języka angielskiego.
"Krwawa Brygida" po latach twierdziła, że na początku 1939 roku była w szkole przesłuchiwana przez nieznanego mężczyznę, który powiedział, że ze względu na jej przeszłość w partii została ona, jako członkini małej grupy, wybrana do ewentualnego specjalnego zadania w pracy wywiadowczej w niemieckich koloniach w Afryce. Zgodziła się i rozpoczęła specjalne szkolenie. Wspominała, że zdobywała wiedzę jedynie na temat Brytyjskich Sił Zbrojnych: organizacji służb, policji i ich umundurowania, uzbrojenia, lotnictwa, marynarki handlowej i wojennej itp.
Krótko po rozpoczęciu szkolenia odkryła, że jest w ciąży, i ze względów finansowych musiała zrezygnować z kursu. Dowiedziała się później, że pozostałe wybrane osoby w ogóle nie przystąpiły do realizacji swoich zadań ze względu na pogorszenie stosunków między Wielką Brytanią a Niemcami. Przypuszczała, że szkolenie, jeśli nie cały projekt szkoły, było kierowane przez Abwehrę. Spośród wykładowców zapamiętała nazwisko tylko jednej osoby, był to "Herr Zimmer", którego opisała jako mającego wówczas około pięćdziesięciu lat. Dodała, że był on znawcą Afryki i jej zdaniem został stamtąd oddelegowany w 1928 roku.
W związku z obowiązkiem pracy po zrezygnowaniu ze szkolenia była zatrudniona jako robotnica w różnych fabrykach, aż do 23 sierpnia 1939 roku, kiedy urodziła nieślubnego syna. Ale już we wrześniu podjęła ponownie obowiązkową pracę w fabryce amunicji. "Była wojna. Każdy musiał w czasie wojny zrobić coś dla swojej ojczyzny - tłumaczyła - począwszy od tych najmniejszych aż do żon generałów, które musiały pracować w fabrykach amunicji lub innych. My również musieliśmy. Młodzi w równym stopniu ze starszymi, a starsi z młodymi"[26].
O ojcu dwójki swoich dzieci, syna Dietera Hansa Jurgena i córki Karin Reginy Giseli (urodzona 3 kwietnia 1941 roku), który służył w Luftwaffe, opowiadała po wojnie przed śledczym Janem Sehnem w Krakowie w 1947 roku:
"Byłam zaręczona z Walterem Hinnrichsem, oficerem rezerwy wojsk lotniczych, który zaginął z końcem 1942 roku, przebywając na froncie, a jak później dowiedziałam się, zginął on i otrzymałam urzędowe zawiadomienie. Z nim miałam dwoje dzieci i ponieważ on przebywał na froncie, szwagier jego, Hans Peter Meister, SS-Hauptsturmführer[27], współpracownik Göbelsa w "Reichskulturkammer" i pracujący także w kancelarii Hitlera, z polecenia mego narzeczonego miał staranie o moje dzieci. Ze względu na dzieci nie chciałam i nie mogłam pracować w szpitalu, gdyż moja matka ciężko chorowała na nogi i nie mogła podołać zajęciom domowym. Szwagier mego narzeczonego z racji swego stanowiska postarał się o zajęcie dla mnie w obozie w Ravensbrück, gdzie mogłam pozostać razem z moimi dziećmi, a dzieci przebywały w tzw. Kindergarten wraz z dziećmi innych nadzorujących, a staranie o te moje dzieci miałby ówczesny Schutzhaftlagerführer SS-Hauptsturmführer Majer[28] i jego żona"[29].
Potem okazało się, że jej narzeczony nie zginął na froncie. W aktach CIA z 1957 roku znajduje się informacja o tym, że wraz z nową rodziną mieszka i pracuje jako architekt w Berlinie Zachodnim. Tej informacji prawdopodobnie nie przekazano Hildegard Lächert, która pracowała jako pielęgniarka w szpitalu lotniczym Berlin-Tegel. W końcu marca 1942 roku otrzymała wezwanie z urzędu pracy do stawienia się l kwietnia w FKL Ravensbrück. W obozie Lächert mogła przebywać razem ze swoimi dziećmi, gdyż dla dzieci funkcjonariuszy istniało tam specjalne przedszkole.
"W Ravensbrück przebywałam od kwietnia do października 1942 roku - opowiadała po wojnie - przy czym zabrałam ze sobą moją córkę, chłopak został przy mojej matce. Córki jednak w obozie nie widywałam, zresztą po trzech miesiącach zachorowała i wysłano ją do szpitala w Berlinie, gdzie przebywała około dziewięciu miesięcy i potem wróciła do mej matki, która nie chciała się zgodzić, ażeby dziecko przebywało w obozie"[30].
Karierę obozową rozpoczęła zatem już w wieku dwudziestu jeden lat od przeszkolenia w obozie Ravensbrück, gdzie zapoznano ją z brutalnym rzemiosłem tych, którzy mieli być narzędziami "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej" oraz zarządzania i niszczenia wszelkiego niewygodnego życia: strażników w obozach koncentracyjnych i obozach zagłady. W październiku 1942 roku, mając zaledwie dwadzieścia dwa lata, przybyła do Majdanka, gdzie początkowo pracowała na zewnątrz obozu, później w samym obozie. Nigdy nie zajmowała tam specjalnego stanowiska, była, jak to się powszechnie mówi, małą lampką, pomocnikiem planistów obozowych, czasem pomocną tu, czasem tam.
Warto zastanowić się, jakimi motywami kierowały się młode dziewczyny decydujące się na pracę w kacetach. Dlaczego Niemki gotowe były poświęcić rodzinę dla pracy na rzecz III Rzeszy i w jakim stopniu przyszłe nadzorczynie SS uległy propagandzie hitlerowskiej? Co sprawiało, że kobiety tak chętnie z własnej woli zgłaszały się w początkowych latach wojny do pracy w obozach koncentracyjnych?
Odpowiedzi może być wiele, tak jak wiele było powodów, dla których Niemki postanawiały przystąpić do służby w formacji SS-Gefolge. Najczęściej przyciągało je poczucie nie misji ideologicznej, lecz perspektywy na awans społeczny. Wiele z nich było biednych i niezamężnych, bez kwalifikacji zawodowych, a obóz zapewniał stałe zatrudnienie z przyzwoitą płacą[31].
Standard życia esesmanów zależny był przede wszystkim od ich dochodów, a zatem od żołdu pobieranego stosownie do stopnia służbowego i grupy zaszeregowania - w taryfikatorze płac. Jeśli bowiem szeregowcy rezerwiści pobierali żołd istotnie niewielki, w wysokości 30-36 marek miesięcznie, to podoficerowie otrzymywali od 42 do 64 marek, zaś oficerowie młodsi od 72 do 96 marek (stawki dla Untersturmführera i Hauptsturmführera). Do tego dochodziły jednak różnego rodzaju dodatki służbowe i socjalne, co powodowało, że nawet po odliczeniu pewnych kwot (składki partyjne itp.) rzeczywista pensja esesmana była o ponad połowę wyższa[32].
Fot. 04. Aufseherinnen KZ Ravensbrück w oczekiwaniu na wizytę Reichsführera SS Heinricha Himmlera
Poza tym obóz stworzył dla kobiet atrakcyjną infrastrukturę. Proponowano im nie tylko mieszkanie i odzież, lecz także opiekę nad dziećmi. Od 1941 roku w obozie Ravensbrück istniało przedszkole, w którym zarówno kobiety zamężne, jak i niezamężne mogły pozostawiać swoje dzieci. Oswald Pohl, szef Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego SS, 16 sierpnia 1943 roku, po wizycie w obozie Auschwitz, wydał rozkaz o stworzeniu również na jego terenie przedszkola oraz izby położniczej. Przyjmowano już nawet noworodki, po to, żeby umożliwić kobietom jak najszybszy powrót na stanowisko pracy.
Na przykład Hildegard Lächert, do jesieni 1943 roku pełniąca obowiązki nadzorczyni SS w obozie w Majdanku, po urodzeniu drugiego syna już w kwietniu 1944 roku wróciła do służby obozowej w Auschwitz. Dziećmi opiekowały się wykwalifikowane przedszkolanki oraz więźniarki - świadkowe Jehowy. W 1944 roku w przedszkolu w Ravensbrück znajdowało się blisko dwadzieścioro dzieci. Ponadto nadzorczyniom proponowano wiele innych udogodnień, jak choćby sprzątanie mieszkań służbowych przez więźniarki czy salon fryzjerski do własnej dyspozycji[33].
Kobiety zgłaszające się do pracy jako strażniczki miały zapewnione umundurowanie w postaci uniformów o wojskowym kroju, elementów bielizny czy butów, co - jak zauważa Joanna Czopowicz - w przypadku gorszych warunków egzystencji w czasie wojny mogło także zachęcać młode kobiety do wstąpienia w szeregi SS-Gefolge. Również w pełni wyposażone lokale mieszkalne na terenie samego obozu były ofertą na tyle poważną, aby ją rozpatrzeć.
Strażniczki miały do dyspozycji najlepsze mieszkania, były opłacane według stawek, których nie mogły osiągnąć nigdzie indziej, nie przeciążano ich obowiązkami służbowymi. Stworzono cały system zachęt i udogodnień. SS-Obergruppenführer Oswald Pohl i sam Reichsführer SS Heinrich Himmler nakazywali poszczególnym komendantom obozów koncentracyjnych liczyć się z ich życzeniami. Wynikało to z ciągle niewystarczającej liczby strażniczek. Nie chciano tracić personelu już wykonującego swoje zadania. Uzupełnienie wakatów w tym zakresie, zwłaszcza w obozach na terytoriach wschodnich okupowanych przez III Rzeszę, było niezwykle trudne[34].
Do 1938 roku przeciętna niemiecka kobieta akceptowała propagandowe hasło "miejsce kobiety jest w domu", nic nie robiąc sobie z plakatów, anonsów i ogłoszeń zachęcających ją do służby wartowniczej. Sytuacja zmieniła się w przededniu drugiej wojny światowej. Dnia 22 czerwca 1938 roku wydano rozporządzenie o zaspokojeniu zapotrzebowania na siłę roboczą. Za sprawą owego rozporządzenia urzędy pracy zmobilizowały do służby w obozach koncentracyjnych około dwudziestu procent byłych nadzorczyń, ale problem braku kobiecego personelu wciąż narastał[35].
Mimo takich zachęt Niemki niechętnie decydowały się na pracę w charakterze nadzorczyń. Wszystkie świadczenia oferowane przez państwo nie wzbudzały większego zainteresowania służbą wartowniczą. Kobiety zamężne obawiały się utraty pożyczki małżeńskiej, a żony żołnierzy straty dodatku pieniężnego na utrzymanie rodziny[36]. Dlatego w początkowej fazie wojny do służby zgłaszały się przeważnie młode, bezrobotne panny nieotrzymujące od państwa wsparcia finansowego.
Posada nadzorczyń była dla nich szansą na lepsze życie i akceptację społeczeństwa oraz pozwalała zdobyć kwalifikacje zawodowe. Wzmiankuje o tym w swoich wspomnieniach komendant KL Auschwitz Rudolf Höss: "Mimo gorliwej akcji werbunkowej prowadzonej przez narodowosocjalistyczne organizacje kobiece do służby w obozach koncentracyjnych zgłaszało się bardzo niewiele kandydatek"[37].
Decyzja o podjęciu pracy w charakterze nadzorczyni dla większości kobiet była niełatwa. Istotne znaczenie miały różnego rodzaju czynniki natury społecznej i ekonomicznej. Ba, pozyskiwanie kobiet do służby w obozach koncentracyjnych od początku budziło opór w społeczeństwie niemieckim, co wiązało się silnie ze stereotypami i propagowanym społecznym wyobrażeniem na temat tego, czym jest kobiecość i jaka jest społeczna rola kobiet.
Dlatego starano się różnymi sposobami zachęcać kobiety do wstępowania w szeregi Aufseherinnen. Poza akcjami propagandowymi prowadzonymi przez organizacje kobiece i młodzieżowe do podjęcia służby w obozach zachęcały plakaty propagandowe i ogłoszenia w prasie. Skuteczność tych przekazów miała zapewnić argumentacja, nawiązująca do swoistej misji wychowawczej, być może nieprzyjemnej, ale koniecznej z punktu widzenia dobra całego społeczeństwa[38].
"Waszym jedynym zadaniem - zapewniał materiał reklamowy - będzie pilnowanie więźniów, zatem kandydatki w wieku 21-45 lat nie muszą przechodzić zawodowego szkolenia. Wysokość wynagrodzenia Aufseherinnen zatrudnionych na terenie Rzeszy określa [wykaz] SOA IX; zostanie ono podwyższone po przepracowaniu próbnych trzech miesięcy. Zapewnia się wyżywienie oraz "dobrze umeblowane mieszkanie", a także ubrania służbowe (bieliznę i mundury)"[39].
Służba Pracy wolała zatrudniać kobiety bez formalnego wykształcenia (ohne berufliche Kenntnisse), ponieważ strażniczki miały "tylko pilnować więźniów". Mało kto chciał jednak z własnej woli pracować w obozach. Uważano, że zatrudnienie się w roli strażniczki obozowej wykracza poza normę obowiązującą niemieckie kobiety[40].
Zgodnie z założeniami narodowego socjalizmu świadoma swej roli niemiecka kobieta powinna rodzić jak najwięcej zdrowych aryjskich dzieci, by rasa panów była coraz liczniejsza. Dlatego też kobiet odbywających służbę w obozach nie było wiele, ale ich udział w zbrodniach był relatywnie duży. Główną rolę w agitowaniu młodych dziewcząt do służby obozowej odegrał Związek Niemieckich Dziewcząt (Bund Deutsche Mädel), wyśmiewany często przez samych nazistów (mężczyzn), którzy pogardliwie rozwijali skrót BDM jako: Bund Deutscher Milchkühe ("Liga Niemieckich Krów Mlecznych") lub bardziej brutalnie: Bedarfsartikel für deutscher Männer ("Produkty przydatne dla niemieckich mężczyzn")[41].
Jak podaje Joanna Czopowicz, ogłoszenia werbunkowe publikowane w codziennej prasie lub pismach skierowanych do kobiet nie mówiły wprost o charakterze tej pracy. Dokładniejsze informacje kandydatki uzyskiwały podczas indywidualnej rozmowy lub w momencie otrzymania pisma urzędowego z kancelarii danego obozu.
Fot. 05. Ogłoszenie z 1940 roku o naborze dziewcząt do Waffen-SS w charakterze służby pomocniczej
Fakt, że obozy koncentracyjne ciągle poszukiwały nowych kandydatek, świadczyć może o tym, że kobiety nie miały wystarczającej motywacji do podejmowania pracy wartowniczek bądź bały się drastycznych wymogów stawianych przez Sztafety Ochronne NSDAP w czasie szkoleń na nadzorczynie[42].
W teście dla kandydatek na funkcję pomocnicy SS, który miał sprawdzić ogólną wiedzę kobiet starających się o służbę w SS-Gefolge, zamieszczono kilkanaście pytań. Dotyczyły one głównie ważnych wydarzeń historycznych dla Niemiec. Jednak w teście znalazły się także zadania z dziedziny matematyki, geografii oraz ogólnej wiedzy dotyczącej Rzeszy Niemieckiej, jak na przykład: "Kiedy i gdzie urodził się Führer?", "Co oznacza skrót SS?", "Kiedy odbył się pucz monachijski?", "Kto był wynalazcą druku?", "Ile waży kilogram żelaza?"[43].
"W związku z podaniem w sprawie zatrudnienia na stanowisku dozorczyni chcemy poinformować Panią o zakresie przyszłych obowiązków. W obozie koncentracyjnym Ravensbrück umieszczono kobiety, które popełniły wobec państwa różnego rodzaju wykroczenia, a ich izolacja ma na celu zapobieganie dalszym szkodom na rzecz społeczeństwa. Do Pani obowiązków należałoby nadzorowanie tych kobiet w trakcie pracy wewnątrz, jak i poza obozem. Ponieważ chodzi wyłącznie o nadzór nad więźniarkami, nie ma potrzeby wykazania się konkretnymi zdolnościami zawodowymi.
Fot. 06. Przedwojenny plakat propagandowy
Odzież robocza, umundurowanie, a także częściowo bielizna należą do typowego wyposażenia. Istnieje także możliwość zakwaterowania w kompletnie wyposażonych mieszkaniach służbowych. Przy posiadaniu odpowiednich kwalifikacji, jak i odpowiedniego stażu istnieje możliwość awansu do stopnia kierowniczki podobozu Ravensbrück. Pracując w charakterze dozorczyni, przynależy się do organów wspomagających Waffen-SS, a czynności wykonywane są równoznaczne z udziałem w operacjach wojennych.
Warunkami przyjęcia do pracy są niekaralność, a także odpowiednie zdrowie. Prosimy zatem o dostarczenie następujących dokumentów:
- zaświadczenie o niekaralności
- życiorys
- zdjęcie
- świadectwo zdrowia
- zaświadczenie z urzędu pracy o przydziale pracy.
Prosimy o dokładne wypełnienie załączonego kwestionariusza osobowego, po czym prosimy czekać na naszą odpowiedź. Kwestia ewentualnego zatrudnienia zależy w każdym przypadku od badania miejscowego lekarza garnizonowego. Zatrudnienie może rozpocząć się z dniem 1 lub 15 dnia następnego miesiąca"[44].
Takie były założenia, natomiast efekty akcji werbunkowej były niezadowalające, w związku z czym przyjmowano praktycznie wszystkie zgłaszające się chętne. Zaprzestano prowadzenia weryfikacji poziomu moralnego kandydatek. Z tego powodu po zakończeniu wojny częste były opinie, iż do tej służby trafiały kobiety z zapadłej prowincji, mające słabe kwalifikacje lub niepotrafiące dla siebie znaleźć innego miejsca w życiu.
Gdy większość obozów koncentracyjnych włączono w system realizacji "ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej", nastąpił gwałtowny wzrost liczby więźniów. Przed urzędnikami SS zarysował się poważny problem dotyczący braku kadry wartowniczej. Władze nazistowskie podjęły wówczas decyzję o oddelegowywaniu pracownic zakładów przemysłowych do służby w obozach zagłady. Dowodem na to był nabór nadzorczyń w fabryce lotniczej "Arado-Flugzeugwerk" w Wittenberdze, gdzie zachęcano robotnice do dobrowolnej służby w SS-Gefolge[45].
Kobiety zatrudniano na stanowiskach administracyjnych w niemal każdym resorcie nazistowskiego rządu oraz wojska, również w SS. Praktycznym rozwiązaniem okazało się włączenie ich do programu germanizacji obszarów wschodnich. Kobiety te uważały się za pionierki, podobne do osadniczek z Dzikiego Zachodu lub brytyjskich kolonistek w Afryce, krzewiące cywilizację na "czarnym kontynencie" zamieszkanym przez ludy dzikie i bezwartościowe. Żydów należało zmieść z powierzchni ziemi, sowieckich komisarzy bezzwłocznie zlikwidować, a partyzantów wyłapać. Rdzenną ludność można było pozostawić w spokoju, o ile zgodzi się ona podporządkować nowym panom[46].
Esesmani mieli świadomość, że mało zmotywowany personel wartowniczy nie przyniesie pożytku, dlatego werbując kandydatki, używali perswazji, a nie przymusu. Od połowy 1943 roku urzędy pracy w kooperacji z przedstawicielami fabryk jeszcze bardziej niż uprzednio starały się zachęcać kobiety do obejmowania stanowisk aufzejerek. Przedsiębiorstwa typowały spośród własnego personelu ich zdaniem najodpowiedniejsze Niemki do służby obozowej, przekazując ich kandydatury odpowiednim organom powołującym. Te, postępując zgodnie z przepisami, wybierały głównie młode, zdrowe panny, których praca nie miała strategicznego znaczenia dla przemysłu wojennego[47].
Zanim nadzorczyni trafiła do któregoś obozu, Gestapo przeprowadzało ocenę poglądów politycznych i życia kandydatki, ponadto musiała ona złożyć pisemną deklarację lojalności wobec narodowego socjalizmu[48]. Warunkiem przyjęcia była też dobra kondycja fizyczna. Ba, kobiety zatrudnione do pełnienia służby w obozach jako Aufseherinnen weryfikowane były pod względem wcześniejszej niekaralności.
Dopiero stwierdzenie spełnienia tego formalnego wymogu jako przesłanki sine qua non umożliwiało rozpoczęcie wykonywania czynności. Wydaje się to zaskakujące, gdyż w kontekście późniejszych popełnionych zbrodni wojennych i zwykłych przestępstw pospolitych w tak przytłaczającej liczbie osoby te miały dawać gwarancję prawidłowego wykonania funkcji nadzorczyń w obozach koncentracyjnych.
Jak pokazują fakty, wśród ochotniczek były też i takie kobiety, które zostały oszukane oraz podstępem wciągnięte w bezwzględny mechanizm eksterminacji. Wmawiano im, że będą pracować w biurze, zajmując się mało skomplikowaną dokumentacją, lub że zostaną stenotypistkami w jakimś przyfrontowym sztabie. Zachowane dokumenty świadczą jednak, że większość zdawała sobie sprawę, gdzie i do jakich zadań będą oddelegowane[49].