Eryk i Mela. Poszukiwacze przygód - Gabriela Gargaś

Kup ebooka

24.90 zł
20.42 zł (20,32 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 2 Co z tą marzanną?

Po­my­słem zro­bie­nia ma­rzan­ny dzie­ci po­dzie­li­ły się z dzia­dziu­siem An­drzej­kiem, bo prze­cież tak zu­pe­łnie same mo­gły­by nie dać rady. Dzia­dziuś, jak to dzia­dziuś, roz­pi­sał dzie­ciom cały plan przed­si­ęw­zi­ęcia. Wy­pi­sał im ma­te­ria­ły, któ­re na­le­ży ze­brać, by zro­bić zi­mo­wą pan­nę, a ta­kże krót­ką in­struk­cję, jak ją wy­ko­nać.

- Po­trzeb­ne będą ga­ze­ty - czy­ta­ła kart­kę Mela. - Dwa dłu­gie pa­ty­ki, sta­re ubra­nia, sznu­rek, tro­ci­ny...

- Tro­ci­ny? Ta­kie ja­kie ma w klat­ce nasz cho­mik? - za­py­tał Oskar, marsz­cząc brwi.

- Wła­śnie ta­kie. Do tego sta­re ubra­nia, wstążki i ko­ra­li­ki.

- To ja się zaj­mę ko­ra­li­ka­mi i ozdo­ba­mi dla na­szej ma­rzan­ny - po­wie­dzia­ła Zu­zia. - Mam w domu pe­łno ta­kich rze­czy. Wie­cie - pu­ści­ła oko do przy­ja­ció­łek - po­trzeb­ne do fil­mi­ków.

- I jesz­cze trze­ba przy­nie­ść pa­pier to­a­le­to­wy. - Eryk wy­pi­ął dum­nie pie­rś.

- A po co pa­pier to­a­le­to­wy? - za­py­tał zdzi­wio­ny Oli­wier.

- Trze­ba będzie nim owi­nąć pa­ty­ki, tak by wy­gląda­ły jak ręce i nogi. Z tro­cin i ga­ze­ty zro­bi­my wiel­ką kulę. To będzie gło­wa.

Plan wy­glądał na pro­sty, więc szyb­ko po­bie­gli po nie­zbęd­ne ma­te­ria­ły. Oka­za­ło się, że pa­pie­ru to­a­le­to­we­go ze­bra­li nie na jed­ną ma­rzan­nę, ale co naj­mniej na kil­ka, bo ka­żdy przy­nió­sł po rol­ce. Wszy­scy byli prze­ko­na­ni, że po­zo­sta­li o nim za­pom­ną.

Go­dzi­nę pó­źniej dzie­ci wraz z dzia­dziu­siem Ery­ka i Meli za­bra­ły się do ro­bie­nia ma­rzan­ny. Zu­zia włączy­ła na­gry­wa­nie fil­mi­ku. Chcia­ła udo­ku­men­to­wać ich pra­cę.

Dzia­dziuś za po­mo­cą sznur­ka zwi­ązał kije, tak że utwo­rzy­ły krzyż, któ­ry stał się szkie­le­tem dla ku­kły.

- No, to te­raz czas na was - za­rządził. - Bierz­cie pa­pier i owi­jaj­cie ręce i brzuch.

Dzie­ci si­ęgnęły po rol­ki pa­pie­ru to­a­le­to­we­go i wzi­ęły się do pra­cy. Przy tym ca­łym owi­ja­niu było mnó­stwo śmie­chu. Rol­ki pa­pie­ru tur­la­ły się po ca­łym po­ko­ju.

Kie­dy dzie­cia­ki sko­ńczy­ły owi­jać ma­rzan­nę, wpa­dły na po­my­sł, by za­cząć owi­jać sie­bie na­wza­jem. Śmie­chu było co nie­mia­ra, bo fi­nal­nie w po­ko­ju dziad­ków sta­ły czte­ry mu­mie owi­ni­ęte pa­pie­rem i kil­ko­ro zom­bia­ków, jak uznał Sam, czy­li ta­kich owi­ni­ętych tyl­ko tro­chę. Zu­zia zro­bi­ła im zdjęcie.

Po­tem, przy­wo­ła­ni do po­rząd­ku przez dziad­ka, zro­bi­li gło­wę zi­mo­wej pan­nie. Tro­ci­ny zbi­li w kulę i owi­nęli je ga­ze­tą. Za po­mo­cą no­ży­czek po­ci­ęli marsz­czo­ną bi­bu­łę w pa­ski i przy­mo­co­wa­li ją kle­jem do gło­wy lal­ki, two­rząc ma­rzan­nie wło­sy. Kala na­ma­lo­wa­ła fla­ma­strem na gło­wie oczy i usta, a Do­ro­ta na czub­ku gło­wy przy­kle­iła kwia­tek z ko­ra­li­ka­mi. Ich ma­rzan­na wy­gląda­ła ko­lo­ro­wo i wio­sen­nie, choć mia­ła prze­cież sym­bo­li­zo­wać zimę. Ale oni się tym nie przej­mo­wa­li. Naj­wa­żniej­sze, że była nie­mal go­to­wa.

Na ko­niec Eryk wło­żył ma­rzan­nie su­kien­kę, któ­rą kie­dyś no­si­ła Mela, ale któ­ra już daw­no była na nią za mała. Te­raz mo­gli pu­ścić ku­kłę na wodę.

Oka­za­ło się jed­nak, że w po­bli­żu miej­sca za­miesz­ka­nia nie ma ani stru­my­ka, ani rze­ki. Wcze­śniej zu­pe­łnie o tym nie po­my­śle­li!

- I co te­raz zro­bi­my? - za­sta­na­wiał się Oskar.

- Może za­mo­czy­my ją w ka­łu­ży? - za­pro­po­no­wa­ła Kala. - Może to wy­star­czy.

Wszy­scy ja­koś tak dziw­nie na nią spoj­rze­li. Jak to: w ka­łu­ży? Prze­cież ni­g­dzie nie od­pły­nie. A zima musi od­pły­nąć, żeby na­sta­ła wio­sna. Tak mó­wił dzia­dziuś.

- To co te­raz? - za­sta­na­wia­ła się na głos Do­ro­ta. Dziew­czyn­ka nie lu­bi­ła zimy i chcia­ła, by już ode­szła.

- Ona nie może z nami zo­stać, bo będzie buro i po­nu­ro cały rok, aż do na­stęp­nej zimy! - stwier­dził rze­czo­wo Eryk.

- A więc może wsa­dzi­my ją do ba­ga­żni­ka sa­mo­cho­du mo­je­go taty albo two­je­go i ma­rzan­na od­je­dzie? - za­pro­po­no­wał Oli­wier.

Wszy­scy stwier­dzi­li, że war­to spró­bo­wać. Od­jazd to nie to samo, co od­pły­ni­ęcie, ale być może w ca­łym tym zwy­cza­ju cho­dzi­ło tyl­ko o ruch? No i tak będzie bar­dziej eko­lo­gicz­nie.

O siód­mej trzy­dzie­ści rano Eryk z Melą i ma­rzan­ną wy­mknęli się na par­king. Mama po­wie­dzia­ła, że otwo­rzy im sa­mo­chód. Wta­jem­ni­czy­li ją w ich plan. W ko­ńcu kie­dyś sama ro­bi­ła wszyst­ko, żeby wio­sna szyb­ciej przy­szła, i ku­kłę też z dzia­dziu­siem nie­raz two­rzy­ła.

Do­szli do nis­sa­na taty, mama na­ci­snęła przy­cisk na klu­czy­ku i mo­gli otwo­rzyć ba­ga­żnik. Wło­ży­li ma­rzan­nę do środ­ka. Mela przy­kry­ła ją ko­cy­kiem, aby tata jej nie za­uwa­żył. Szyb­ko za­mknęli ba­ga­żnik i wró­ci­li do domu.

Jak się oka­za­ło, plan jed­nak nie był taki do­sko­na­ły, bo ma­rzan­na wró­ci­ła z tatą na par­king, kie­dy ten przy­je­chał do domu z biu­ra.

- Hmmm... Mo­gli­śmy to prze­wi­dzieć - po­wie­dział zre­zy­gno­wa­ny Eryk.

- No tak, sko­ro tata nie wie­dział, że w ba­ga­żni­ku jest na­sza ma­rzan­na, to z nią wró­cił do domu. Może gdy­by jej ten ba­ga­żnik otwo­rzył, toby sama wy­sko­czy­ła na mia­sto.

Dzie­ci za­częły się śmiać. Spo­tka­ły się z przy­ja­ció­łmi na po­dwór­ku i o wszyst­kim im opo­wie­dzia­ły.

- Mam lep­szy po­my­sł - po­wie­dzia­ła w pew­nym mo­men­cie Do­ro­ta. - Wsa­dzi­my ma­rzan­nę do tram­wa­ju albo au­to­bu­su i... niech je­dzie.

- To się może udać!

Mu­sia­ło się udać - w ko­ńcu na­za­jutrz przy­pa­dał pierw­szy dzień wio­sny.

Dzie­ci wsta­ły bar­dzo wcze­śnie rano. Ku­pi­ły ma­rzan­nie bi­let sze­śćdzie­si­ęcio­mi­nu­to­wy - uzna­ły, że to dość cza­su, by ku­kła zna­la­zła się da­le­ko od ich osie­dla - i ru­szy­ły z nią na przy­sta­nek. Szły tak szyb­ko, że gło­wa jej od­le­cia­ła i po­tur­la­ła się pod nogi ja­kie­jś ko­bie­ty, któ­ra krzyk­nęła z prze­ra­że­nia.

- Prze­pra­sza­my! - Wik­tor pod­bie­gł w stro­nę nie­zna­jo­mej i pod­nió­sł zgu­bę. - Gło­wa nam od lal­ki od­le­cia­ła - wy­tłu­ma­czył.

- Mam sznu­rek! - Oskar wy­jął z kie­sze­ni kurt­ki lin­kę i przy­twier­dził nią gło­wę lal­ki do resz­ty jej cia­ła.

Zu­zia oczy­wi­ście cały czas kręci­ła fil­mik z pod­ró­ży ma­rzan­ny, ko­men­tu­jąc wy­da­rze­nia.

- Tro­chę mi będzie szko­da tak ją od­sy­łać w pod­róż - po­wie­dział Oli­wier, wzru­sza­jąc ra­mio­na­mi.

- Mnie też - jęk­nęła Do­rot­ka. - Taka ład­na nam wy­szła.

- Słu­chaj­cie, trze­ba wzi­ąć się w ga­rść i wsa­dzić ją do tram­wa­ju. Niech je­dzie. Mia­sta tro­chę zwie­dzi, może spodo­ba jej się gdzieś in­dziej. - Eryk chwy­cił ma­rzan­nę za ręce, a Wik­tor za su­kien­kę u dołu.

Nad­je­chał tram­waj, któ­ry był w mia­rę pu­sty. Drzwi się otwo­rzy­ły. Eryk po­sa­dził ma­rzan­nę na sie­dze­niu, Wik­tor ska­so­wał bi­let i po­ło­żył go na ko­la­nach lal­ki, żeby w ra­zie kon­tro­li nikt nie wle­pił jej man­da­tu. Oskar z przy­stan­ku ma­chał do nich ręko­ma, by wy­sia­da­li. Bał się, że mo­tor­ni­czy za­mknie drzwi i przy­ja­cie­le od­ja­dą wraz z ma­rzan­ną. Na szczęście w porę wy­sko­czy­li z po­jaz­du. Kie­ru­jący tram­wa­jem za­mknął drzwi i ich ma­rzan­na od­je­cha­ła.

- No to te­raz będzie już tyl­ko wio­sna! - Mela aż kla­snęła w ręce, ma­rząc o cie­płych pro­mie­niach sło­ńca pa­da­jących im na twa­rze.

Ale to jesz­cze nie był ko­niec pla­nów na ten dzień.

Rozdział 1 Wiosna na osiedlu Pogodnym

Tego roku za­po­wia­da­ło się na to, że wio­sna na­dej­dzie szyb­ko, ale ja­koś nie mo­gła się zde­cy­do­wać. Na uli­cach po śnie­gu zo­sta­ło już tyl­ko wspo­mnie­nie. Mela Psot­nic­ka usły­sza­ła w te­le­wi­zji, że tyl­ko w naj­wy­ższych par­tiach gór leży go jesz­cze tro­chę, i za­sta­na­wia­ła się, czy tak wy­so­ko, wy­so­ko bia­ły puch kie­dy­kol­wiek top­nie­je. Jej brat, Eryk, twier­dził, że nie, bo im wy­żej, tym zim­niej, ale Mela nie chcia­ła mu wie­rzyć na sło­wo. W ko­ńcu po­sta­no­wi­ła za­py­tać dziad­ka An­drzej­ka - on wie­dział bar­dzo dużo, je­śli nie wszyst­ko.

Tego dnia dziew­czyn­ka wyj­rza­ła rano przez okno. Na drze­wach bar­dzo po­wo­li po­ja­wia­ły się zie­lo­ne pąki, choć nie było ich jesz­cze za wie­le. Sło­ńce wspi­na­ło się co­raz wy­żej na nie­bie i sły­chać było świer­got pta­ków, któ­re na zimę od­le­cia­ły do cie­płych kra­jów, a te­raz po­wró­ci­ły do Pol­ski. Za­czy­na­ły bu­do­wać gniaz­da, by mieć gdzie wy­sia­dy­wać jaja po tym, jak je zło­żą. Na dwo­rze zno­wu sły­chać było od­gło­sy zwie­rząt.

Mela i Eryk co­raz wi­ęcej cza­su spędza­li z przy­ja­ció­łmi na świe­żym po­wie­trzu. Ale trze­ba przy­znać, że cho­ciaż wszy­scy mie­li już dość śnie­gu i mro­zu, tro­chę się nu­dzi­li. Było jesz­cze zde­cy­do­wa­nie za zim­no, żeby wspi­nać się po drze­wach, a w za­pi­ętych kurt­kach nie bie­ga­ło się naj­wy­god­niej. Dni ro­bi­ły się co­raz dłu­ższe. Na zmia­nę to nie­śmia­ło wy­cho­dzi­ło sło­ńce, to pa­dał deszcz. Zimą, jak spad­nie śnieg, mo­żna było le­pić ba­łwa­na, zje­żdżać na san­kach albo urządzić wiel­ką bi­twę na śnie­żki. A co ro­bić przy ta­kiej nie­zde­cy­do­wa­nej po­go­dzie? Jak przy­spie­szyć na­de­jście pi­ęk­nych, sło­necz­nych dni, kie­dy będzie mo­żna ca­ły­mi po­po­łud­nia­mi grać z chło­pa­ka­mi w pi­łkę, je­ździć na ro­we­rze czy rol­kach albo po pro­stu wy­nie­ść na traw­nik koc i zro­bić so­bie pik­nik? Tego dzie­ci nie wie­dzia­ły.

Roz­wi­ąza­nie pod­su­nęła im mama. Wi­dząc, że dzie­ci cho­dzą po po­dwór­ku zu­pe­łnie bez celu, opo­wie­dzia­ła im, jak to, kie­dy sama była mała, wraz z przy­ja­ció­łka­mi ka­żde­go roku po­szu­ki­wa­ła oznak wio­sny, dzi­ęki cze­mu mia­ła wra­że­nie, że przy­cho­dzi­ła ona szyb­ciej.

- To była taka na­sza mała tra­dy­cja! - za­ko­ńczy­ła mama, a Ery­ko­wi aż za­świe­ci­ły się oczy.

"Tra­dy­cja" - to sło­wo brzmia­ło ta­jem­ni­czo jak przy­go­da! Jak coś jed­no­cze­śnie bar­dzo sta­re­go i ma­gicz­ne­go, a za­ra­zem coś na wy­ci­ągni­ęcie ręki. Tro­chę jak se­kret i tro­chę jak coś oczy­wi­ste­go. Pa­mi­ętał, że po­do­ba­ło mu się już wte­dy, kie­dy usły­szał je po raz pierw­szy. Wte­dy nie wie­dział jesz­cze, że ozna­cza po­wta­rzal­ne dzia­ła­nia, któ­re ze zwy­kłych rze­czy ro­bią nie­zwy­kłe, jak sian­ko pod ob­ru­sem w Wi­gi­lię czy da­wa­nie ma­mie kwiat­ka dwu­dzie­ste­go szó­ste­go maja.

I od tej chwi­li było po­sta­no­wio­ne. Tej wio­sny Eryk zo­sta­nie łow­cą tra­dy­cji. Oczy­wi­ście kie­dy po­wie­dział o tym sio­strze, Mela uzna­ła, że ona też chce być łow­czy­nią tra­dy­cji, ale wca­le mu to nie prze­szka­dza­ło. We dwo­je na pew­no od­kry­ją ich wi­ęcej. A jak jesz­cze wci­ągną w to swo­ich przy­ja­ciół...

-

Pew­ne­go nie­dziel­ne­go przed­po­łud­nia Eryk i Mela uzna­li, że jak ich mama w daw­nych cza­sach, spró­bu­ją po­ba­wić się w de­tek­ty­wów i po­szu­kać wio­sny. Je­śli ona tak ro­bi­ła, to oni tym bar­dziej mogą. I wte­dy będzie mo­żna po­wie­dzieć, że mają tra­dy­cję prze­ka­zy­wa­ną z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie - bo mama, jak wy­ja­śni­ła to kie­dyś dzie­ciom bab­cia Da­nu­sia - na­le­ża­ła do in­ne­go po­ko­le­nia niż oni, a bab­cia do jesz­cze in­ne­go. Taka mi­ędzy­po­ko­le­nio­wa tra­dy­cja jest bar­dzo do­bra na start, uznał Eryk.

W swo­je pla­ny chło­piec wta­jem­ni­czył naj­lep­szych przy­ja­ciół: Wik­to­ra i Oska­ra - dwóch bra­ci, któ­rzy wca­le nie byli do sie­bie po­dob­ni, ru­de­go Sa­mu­ela, na któ­re­go wszy­scy wo­ła­li Sam, i Oli­wie­ra, któ­ry był świet­nym pły­wa­kiem. Mela do gro­na po­szu­ki­wa­czek oznak wio­sny za­pro­si­ła swo­je przy­ja­ció­łki, naj­lep­sze z naj­lep­szych: za­kręco­ną Zuz­kę, roz­ta­ńczo­ną Kalę, do któ­rej nikt nie mó­wił Ka­li­na (choć tak wła­śnie mia­ła na imię), i uwiel­bia­jącą zwie­rzęta Do­ro­tę.

Umó­wi­li się pod blo­kiem o je­de­na­stej. Wszy­scy wzi­ęli ze sobą no­te­sy, a Oskar ze­staw ma­łe­go de­tek­ty­wa, w któ­rym znaj­do­wa­ły się dwie lupy i siat­ka na mo­ty­le. Oli­wier za­ło­żył na­to­miast ka­pe­lusz de­tek­ty­wa, któ­ry wy­glądał jak w tych wszyst­kich se­ria­lach ogląda­nych wie­czo­ra­mi przez bab­cię Da­nu­się.

- Wow! Ale czad! - wy­krzyk­nął Eryk, wska­zu­jąc ręką na­kry­cie gło­wy ko­le­gi. - Skąd taki wy­trza­snąłeś?

- Od dziad­ka Pio­tra. Bo mój dzia­dek był kie­dyś de­tek­ty­wem - po­wie­dział dum­nie Oli­wier, choć sam do ko­ńca nie wie­dział, czy tak na­praw­dę było. Ale kie­dyś usły­szał, jak bab­cia mówi z czu­ło­ścią do męża: "Mój ty de­tek­ty­wie! Cia­stecz­ka to ty za­wsze znaj­dziesz". Bab­cie ni­g­dy nie kła­mią, a to ozna­cza­ło, że z dziad­ka mu­siał być praw­dzi­wy de­tek­tyw. Zresz­tą miał prze­cież ten ka­pe­lusz, praw­da?

- Słu­chaj­cie, po­dzie­li­my się na dwie dru­ży­ny. Wy­gry­wa ta, któ­ra znaj­dzie naj­wi­ęcej oznak wio­sny - za­rządził Eryk.

- A co, je­śli któ­raś z dru­żyn oszu­ka? - za­py­ta­ła bra­ta Mela, od­gar­nia­jąc na ple­cy swo­je dłu­gie blond wło­sy.

- Oj nie, nie! - Eryk po­gro­ził sio­strze pal­cem. - Je­śli wy wy­gra­cie, to będzie­cie mu­sia­ły nam po­ka­zać wszyst­kie śla­dy wio­sny, ja­kie zna­la­zły­ście. I będzie­my od­kre­ślać je w no­te­sie.

- Ale jak tak, to wy nam też mu­si­cie swo­je po­ka­zać! - za­strze­gła Do­ro­ta.

Wszy­scy zgod­nie po­ki­wa­li gło­wa­mi.

- Czy­li, je­śli do­brze ro­zu­miem, w no­te­sie za­pi­su­je­my to, co zna­la­zły­śmy? - do­py­ty­wa­ła Zu­zia.

- Tak. A po za­ko­ńczo­nej za­ba­wie wy­gra­na dru­ży­na po­ka­zu­je swo­je śla­dy dru­ży­nie prze­gra­nej.

Dru­ży­na dziew­czy­nek po­bie­gła w pra­wo, a ta chłop­ców w lewo, żeby nie prze­szka­dza­li so­bie na­wza­jem. Sąsie­dzi ob­ser­wo­wa­li ich zza fi­ra­nek i za­sta­na­wia­li się, co też znów wy­my­śli­ły dzie­cia­ki z sąsiedz­twa.

Tym­cza­sem obie gru­py z za­pa­łem szu­ka­ły już pierw­szych wio­sen­nych kwia­tów: prze­bi­śnie­gów i kro­ku­sów, a ta­kże bazi na wierz­bo­wych ga­łąz­kach i zie­lo­nych źdźbeł tra­wy.

W pew­nym mo­men­cie chłop­cy we­szli na jed­ną z po­bli­skich gó­rek i utknęli po ko­la­na w bło­cie.

- Co po­wie­my ro­dzi­com? - Wik­tor spoj­rzał na swo­je brud­ne spodnie.

- Praw­dę. Że wio­sny szu­ka­li­śmy. Będą mu­sie­li się z tym po­go­dzić. - Eryk wzru­szył ra­mio­na­mi.

- Na­szej ma­mie ja­koś trud­no będzie się po­go­dzić z ko­lej­nym pra­niem. - Oskar po­kręcił gło­wą, spo­gląda­jąc na swo­je upa­ćka­ne no­gaw­ki. - Do­pie­ro co jed­no roz­wie­sza­ła, kie­dy wy­cho­dzi­li­śmy z domu.

Przy­ja­ciel jed­nak wca­le go nie słu­chał.

- Są! - krzyk­nął na całe gar­dło, gło­wą wska­zu­jąc na ga­łąz­ki wierz­by, na któ­rych ni­czym pu­szy­ste ko­cia­ki wid­nia­ły ba­zie.

Wik­tor za­pi­sał pierw­szy punkt w no­te­sie: "kot­ki-pstrot­ki zwa­ne ba­zia­mi".

- Na­rwie­my bazi dla na­szych mam - za­pro­po­no­wał Sam. - Na pew­no się ucie­szą i może ja­koś za­pom­ną o tym, że je­ste­śmy cali w bło­cie.

Wszy­scy się z nim zgo­dzi­li. Ostro­żnie zry­wa­li ga­łąz­ki bazi, któ­re roz­sy­py­wa­ły do­oko­ła żó­łty py­łek.

- A wie­cie, że drze­wa, z któ­rych zry­wa­cie ba­zie, to wierz­by? - usły­sze­li na­gle za sobą dam­ski głos. Aż pod­sko­czy­li!

Chłop­cy obej­rze­li się za sie­bie. Sta­ła tam pani Kle­men­ty­na, sąsiad­ka bab­ci Da­nu­si.

- Dzień do­bry, pani Kle­men­ty­no - po­wie­dzie­li chó­rem. Pani Kle­men­ty­na by­ła­by nie­za­do­wo­lo­na, gdy­by dzie­ci się z nią nie przy­wi­ta­ły. "Tego wy­ma­ga kul­tu­ra", po­wie­dzia­ła kie­dyś, a jak wia­do­mo, dzie­ci z osie­dla Po­god­ne­go są bar­dzo kul­tu­ral­ne, dla­te­go za­wsze grzecz­nie wi­ta­ją się z do­ro­sły­mi.

- Pu­cha­te ba­zie, przez nie­któ­rych na­zy­wa­ne kot­ka­mi, to kwia­to­sta­ny wierz­by. Ba­zie kot­ki to naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ne ob­ja­wy wio­sny - po­wie­dzia­ła star­sza pani, uśmie­cha­jąc się do chłop­ców.

- No to na­sza dru­ży­na zdo­by­ła naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­ną ozna­kę wio­sny! - ucie­szył się Oli­wier. - Bra­wo my!

- Nie­któ­rzy twier­dzą, że wierz­ba jest drze­wem ma­gicz­nym, po­nie­waż przy­ci­ąga do­bro, a od­py­cha zło - ci­ągnęła tym­cza­sem sąsiad­ka bab­ci. - Po­noć daw­no temu na świe­cie żyła pi­ęk­na ko­bie­ta, Blin­da, któ­ra co roku ro­dzi­ła dziec­ko. Wszy­scy do­oko­ła za­zdro­ści­li jej tej gro­mad­ki dzie­ci. Gdy usły­sza­ła o niej Mat­ka Zie­mia, też była za­zdro­sna, bo to ona chcia­ła mieć ich naj­wi­ęcej. Uka­ra­ła Blin­dę, zmie­nia­jąc ją w drze­wo. Nie sądzi­ła, że na ga­łąz­kach drze­wa będą wy­ra­stać pi­ęk­ne pu­cha­te ba­zie, któ­ry­mi wszy­scy będą się za­chwy­cać - za­ko­ńczy­ła opo­wie­ść pani Kle­men­ty­na.

- Wi­dzi­cie, do cze­go może do­pro­wa­dzić za­zdro­ść? - słusz­nie za­uwa­żył Oskar. - Mat­ka Zie­mia była za­zdro­sna o Blin­dę i za­mie­ni­ła ją w drze­wo, bo my­śla­ła, że daje jej karę. A na jej ga­łąz­kach po­ja­wi­ły się ta­kie cu­de­ńka, któ­ry­mi do tej pory za­chwy­ca­ją się lu­dzie. - Wska­zał ręką na ba­zie, któ­re trzy­mał w dru­giej dło­ni.

- Tak - zgo­dzi­ła się z nim pani Kle­men­ty­na. - Za­zdro­ść za­wsze ude­rza w tego, kto jest za­zdro­sny. Za­miast za­zdro­ścić cze­goś in­nym, po­win­ni­śmy się po­sta­rać sami ro­bić lep­sze rze­czy. Mi­łe­go dnia! - Po­ma­cha­ła im na po­że­gna­nie i ode­szła w stro­nę po­bli­skich blo­ków, za­pew­ne przy­go­to­wy­wać obiad.

Dru­ży­na chłop­ców za­częła się roz­glądać za ko­lej­ny­mi tro­pa­mi.

-

W tym sa­mym cza­sie dziew­czyn­ki zna­la­zły dwa inne śla­dy nad­cho­dzącej wio­sny.

Pod ha­łdą top­nie­jące­go śnie­gu Mela zo­ba­czy­ła nie­po­zor­ny bia­ły kwia­tu­szek o de­li­kat­nych płat­kach.

- Cho­dźcie tu­taj! - za­wo­ła­ła do ko­le­ża­nek. Wszyst­kie dziew­czyn­ki ukuc­nęły do­oko­ła bia­łe­go dzwo­necz­ka.

- Jaki de­li­kat­ny! - za­chwy­ci­ła się Kala.

- To prze­bi­śnieg - po­wie­dzia­ła Do­ro­ta, któ­ra ogląda­ła ostat­nio z mamą pro­gram przy­rod­ni­czy.

- A za­sta­na­wia­ły­ście się kie­dyś nad tą pi­ęk­ną na­zwą? - wtrąci­ła się do roz­mo­wy Zuza. - Prze­bi­śnieg, bo prze­bi­ja się przez śnieg.

- No tak! - krzyk­nęła ura­do­wa­na Kala, jak­by przed chwi­lą od­kry­ły jed­ną z wa­żniej­szych rze­czy. A one prze­cież wio­snę od­kry­wa­ły.

Szyb­ko za­no­to­wa­ły zna­le­zi­sko i ru­szy­ły na dal­sze po­szu­ki­wa­nia. Nie mo­gły do­pu­ścić, żeby chłop­cy prze­ści­gnęli je tyl­ko dla­te­go, że one za dużo cza­su spędzi­ły nad kwia­tem.

Kil­ka­na­ście mi­nut pó­źniej obie dru­ży­ny spo­tka­ły się na ma­łym pla­cu za­baw. Bo na osie­dlu były dwa pla­ce za­baw - je­den dla młod­szych dzie­ci, a dru­gi dla star­szych. Eryk i ko­le­dzy oczy­wi­ście za­wsze cho­dzi­li na tam­ten dru­gi plac za­baw, ale ten był bli­żej, dla­te­go to tu­taj do­szło do spo­tka­nia dru­żyn. Oka­za­ło się, że za­rów­no dziew­czyn­ki, jak i chłop­cy zna­le­źli po sie­dem oznak wio­sny. Ptasz­ki wi­jące gniaz­da, pierw­sze­go bo­cia­na, fio­le­to­wy kro­kus...

- I co te­raz? - za­py­tał Oli­wier.

- Re­mis. I czas na obiad - stwier­dzi­ła Do­rot­ka.

W tej sa­mej chwi­li Sa­mo­wi gło­śno za­bur­cza­ło w brzu­chu, jak­by na po­twier­dze­nie.

-

Po po­si­łku dzie­ci znów spo­tka­ły się na po­dwór­ku.

- Słu­chaj­cie! - po­wie­dział pod­eks­cy­to­wa­ny Eryk. - Mam taki po­my­sł, że nor­mal­nie pad­nie­cie.

- Mów - nie­cier­pli­wił się Oskar.

- Dzia­dziuś po­wie­dział mi o ko­lej­nych wio­sen­nych zwy­cza­jach. I tak so­bie my­ślę, że nie­któ­re trze­ba wpro­wa­dzić w ży­cie i u nas! - Uśmiech­nął się prze­bie­gle.

- Ja­kie to zwy­cza­je? - za­py­ta­ła Zu­zia i włączy­ła ta­blet. Była na sie­bie tro­chę zła, że nie za­bra­ła go już wcze­śniej. Nie mo­gła się do­cze­kać, kie­dy na­kręci film o wio­sen­nych tra­dy­cjach i pu­ści go na swo­im ka­na­le na YouTu­bie. Zu­zia bar­dzo chcia­ła zo­stać youtu­ber­ką i jej fil­mi­ki były co­raz lep­sze. Po­tra­fi­ła je przy­ci­nać, do­da­wać do nich na­pi­sy, a na­wet efek­ty spe­cjal­ne. Mia­ła też co­raz wi­ęcej ob­ser­wa­to­rów.

- Je­den zwy­czaj to to­pie­nie ma­rzan­ny.

- Co to jest ma­rzan­na? - za­py­ta­ła Kala, mru­żąc oczy, bo ośle­pia­ło ją sło­ńce. Była pew­na, że już kie­dyś sły­sza­ła to sło­wo, ale zu­pe­łnie nie mo­gła so­bie przy­po­mnieć gdzie.

- To taka lal­ka, któ­rą się pod­pa­la - po­wie­dzia­ła Mela.

- A ty skąd wiesz? - Eryk oba­wiał się, że sio­stra pod­słu­cha­ła jego roz­mo­wę z dziad­kiem.

- Prze­czy­ta­łam w ja­kie­jś ksi­ążce. - Mela mach­nęła ręką. Lu­bi­ła czy­tać ksi­ążki pod­ró­żni­cze i te o zwy­cza­jach w ró­żnych kra­jach.

- Nie kłó­ćcie się - po­pro­sił Oli­wier - tyl­ko do­ko­ńcz­cie opo­wia­dać o tej ma­rzan­nie.

- Ma­rzan­na to taka lal­ka, któ­rą się pod­pa­la i pusz­cza na rze­ce, by so­bie od­pły­nęła - wy­ja­śnił Eryk.

- Ale po co to się robi? - za­sta­na­wiał się na głos Wik­tor.

- Daw­niej tak się że­gna­ło zimę, a wi­ta­ło wio­snę. Dzia­dziuś po­wie­dział, że kie­dyś taką lal­kę ro­bi­ło się ze sło­my i ko­lo­ro­wych wstążek. I pod­pa­la­ło. Te­raz mu­si­my dać so­bie spo­kój z pa­le­niem, bo to nie­bez­piecz­ne, poza tym nikt nam nie da za­pal­nicz­ki. Ale mo­że­my zro­bić taką lal­kę z re­cy­klin­gu, ze sta­rych kar­to­nów, sta­rych ubrań, a po­tem wrzu­ci­my ją do po­bli­skie­go stru­my­ka. I niech pły­nie.

- To jest po­my­sł. Ale mó­wi­łeś coś o jesz­cze jed­nym zwy­cza­ju? - Do­rot­ka od­gar­nęła wło­sy za ucho.

Oczy Ery­ka błysz­cza­ły.

- Ha, mó­wi­łem! - za­śmiał się. - I to jest naj­lep­szy zwy­czaj, o ja­kim sły­sze­li­ście.

- No mów! - nie­cier­pli­wił się Sam.

- Tego sa­me­go dnia, kie­dy topi się ma­rzan­nę, jest też dzień wa­ga­ro­wi­cza.

Wik­tor zmarsz­czył brwi.

- Czy­li że mo­żna bez­kar­nie cho­dzić na wa­ga­ry?

Eryk po­ki­wał gło­wą.

- Mo­żna nie iść do szko­ły i będzie nam wy­ba­czo­ne. Zgod­nie z tra­dy­cją - od­pa­rł z na­masz­cze­niem.

- A jaki to dzień? - za­in­te­re­so­wa­ła się Mela.

- Pierw­szy dzień wio­sny, czy­li dwu­dzie­sty pierw­szy mar­ca. Dzia­dziuś się wy­ga­dał, a po­tem był na sie­bie zły, że mi o tym po­wie­dział. Bo jego zda­niem je­ste­śmy jesz­cze za mali na uciecz­ki ze szko­ły. Poza tym ro­dzi­ce nas do niej od­pro­wa­dza­ją, więc za bar­dzo nie ma jak zwiać.

- A jak­by­śmy po­szli i scho­wa­li się w tej sali, gdzie jest la­bo­ra­to­rium, z któ­re­go nikt nie ko­rzy­sta? - pod­su­nął Wik­tor.

Dzie­ci wy­mie­ni­ły się ło­bu­zer­ski­mi uśmie­cha­mi.