Rozdział 2 Wszystko, co powinniście wiedzieć o zabawie w błocie
Przyjaciele z Osiedla Pogodnego nie mogli nacieszyć się latem. Biegali po polance, wspinali się na drzewa. A kiedy trafiła im się też deszczowa środa: skakali wtedy przez kałuże.
Za polanką rosły krzewy, między którymi dzieciaki zrobiły sobie labirynt. Zabawy trwały od świtu do nocy i tylko czasami któraś z mam wołała na całe gardło, żeby jej pociecha wróciła do domu na obiad.
Któregoś dnia na polance zawitała babcia Danusia. Zdjęła klapki i chodziła po trawie boso. Uśmiechała się przy tym promiennie. Eryk z Melą, podobnie jak ich koledzy i koleżanki, patrzyli na babcię oniemiali.
- Babciu, czy wszystko w porządku? - zapytała dziewczynka.
- Tak. - Babcia nie przestawała się uśmiechać. - Kiedy byłam w waszym wieku, biegałam na bosaka przez całe lato.
- Nie miałaś butów?
- Miałam, ale mi się rozwaliły. A tenisówki, które nosiłam po swojej starszej siostrze, uwierały mnie w palce, dlatego wolałam biegać po łące boso. Nie mieliśmy smartfonów ani komputerów i od rana do wieczora biegaliśmy po podwórku.
- My też biegamy i się nie nudzimy.
- I bardzo się z tego powodu cieszę. Rozwój techniki jest ważny, ale nie można zapominać o tym, co najważniejsze: ruchu, zabawie, przyjaciołach i spędzaniu jak najwięcej czasu na świeżym powietrzu. Wychowywałam się na wsi i całe lato mieszkałam u dziadków. Mój dziadziuś miał duże gospodarstwo.
- To tak jak mój - do rozmowy wtrąciła się Kalina, której dziadkowie mieszkali na mazurskiej wsi. Dziewczynka z ekscytacji klasnęła w dłonie. Wtedy Mela zauważyła, że przyjaciółka ma paznokcie pomalowane na fioletowo. W dodatku lakier był brokatowy i lśnił w słońcu. Mela odnotowała w głowie, że ona też musi poprosić mamę, by pomalowała jej paznokcie.
- To cudownie!
- O tak! Ma mnóstwo zwierzaków - wyliczała Kalina: - króliki, kury, kaczki i dwie gęsi.
- Mój dziadziuś miał cztery konie, pięć krów i trzy świnki - stwierdziła babcia.
- Wow! - Sam złapał się za głowę. - To trochę tego zwierzyńca było!
- Było - potwierdziła babcia Danusia.
- Marcelek byłby w siódmym niebie, gdyby zobaczył świnkę na żywo - powiedział Oliwier. Jego młodszy brat był zafascynowany Świnką Peppą. Ostatnio polubił też Kota Filemona, ale to Świnka Peppa pozostawała jego faworytką.
- Króliki karmiłam trawą, a kury ziarnem, które sypałam z garnuszka - mówiła dalej babcia Danusia.
- Też sypię ziarno kaczkom, gęsiom i kurom - dopowiedziała Kalina. Dziewczynka była bardzo podekscytowana tym, że znalazła z babcią Danusią wspólny temat do rozmów. - Mój dziadziuś zbudował dla mnie domek na drzewie - dorzuciła Kala.
- Naprawdę? - Mela nie kryła zachwytu.
- Tak. - Skinęła głową Kalina. - Raz nawet spałyśmy tam z kuzynką.
- Ale świetnie! - pozostałe dzieci westchnęły z zazdrością.
- I wiecie co?
- No, mów! - Oliwier chciał się dowiedzieć, co jeszcze robi Kalina u dziadków na wsi.
- Z kamieni zbudowałyśmy tamę na rzece, dzięki czemu w tym miejscu stała się głębsza i mogłyśmy tam pływać na dętkach od traktora.
- Serio pływałyście na dętkach od traktora?
- Tak. To świetna zabawa!
Eryk zamyślił się. Trochę pozazdrościł Kalinie tych wyjazdów do babci i dziadka na wieś.
- Cudne są te wyjazdy, ale póki jesteście tutaj, też możecie wymyślać sobie przeróżne zabawy - powiedziała babcia.
Dzieci posłuchały babci i chętnie wymyślały dla siebie zabawy. Bawiły się w berka i w podchody, grały w kulki i badmintona.
-
W piątkowe południe Eryk wysiadł z samochodu. Właśnie wrócił z treningu piłki nożnej, na którym uczył się dryblowania. Eryk był w tym dobry i sprawnie omijał przeciwników. Przed blokiem chłopiec zobaczył kolegów. Podszedł do nich i się z nimi przywitał.
- Tato, mogę zostać na podwórku? - zapytał pana Psotnickiego.
Tata skinął głową. Chłopcy powiedzieli chórem "dzień dobry", a pan Psotnicki im odpowiedział. Eryk się uśmiechnął. Pełna kultura ci moi przyjaciele - pomyślał. Mama mówiła, że dziewczynki niekiedy są tak zaabsorbowane zabawą, że zapominają jej powiedzieć "dzień dobry", a ona była na te sprawy bardzo wyczulona. Za to jego koledzy nie zawiedli.
- Idę do domu - powiedział tata. - Nie odchodźcie daleko.
- Proszę pana, a możemy pójść na polankę? - zapytał tatę Sam.
- Tak, ale nie dalej. - Tata pomachał im i wszedł do klatki.
Wśród chłopców zapanowało ożywienie.
- Nie uwierzysz - zaczął podekscytowany Oliwier. - Na polance stoi wózek.
- Wózek? - zdziwił się Eryk.
- Taki ze sklepu - powiedział Oskar.
Eryk odruchowo przetarł oczy.
- Moglibyśmy do niego wejść i nim pojeździć! - Wiktor był wyraźnie podekscytowany.
- No to chodźmy! - zarządził Eryk.
Wszyscy razem pobiegli w stronę polany.
Kiedy znaleźli się na miejscu, zobaczyli stojący na środku sklepowy wózek. Czym prędzej do niego podbiegli.
- Plan jest taki - powiedział Sam, odgarniając z czoła kilka kosmyków rudych włosów. - Trzech z nas wsiada do wózka, dwóch go pcha, a potem zamiana.
- Ale jeśli dwóch pcha, to potem dwóch jedzie, a trzech pcha - zauważył rozsądnie Eryk.
- To zróbmy tak - zarządził Oskar - że jeden będzie zostawał w środku na dwie kolejki, i tak na zmianę.
Wszyscy się zgodzili.
Zabawa była przednia. Chłopcy jeździli wózkiem dookoła polany, chociaż nie było łatwo go pchać. W nocy padał deszcz i w niektórych miejscach zrobiło się błoto. Na środku polany utworzyła się wielka niczym jeziorko kałuża.
Chłopcy piszczeli, wrzeszczeli, aż w końcu podczas jednej z rajdowych kolejek dookoła polany Sam z Wiktorem popchnęli wózek odrobinę za mocno. Pojazd się przechylił, a Eryk, Oskar i Oliwier wylądowali w kałuży. Chłopcy byli mokrzy i oblepieni błotem, wyglądali jednak na bardzo szczęśliwych.
- To my też - powiedział Sam i wskoczył do kałuży, a Wiktor za nim. Zaczęli szalone pląsy w błocie. Oblewali się wodą i w niej siadali. Eryk wpadł nawet na pomysł, by lepić z błota wielkie kule i się nimi obrzucać.
Po chwili wszyscy chłopcy byli oblepieni błotem od stóp do głów. Sam ulepił wielką kulę, zamachnął się i rzucił nią. Oskar zdążył się uchylić, kula przeleciała nad jego głową i wylądowała na twarzy sąsiadki, pani Klementyny. Wszyscy zamarli, włącznie z panią Klementyną. Po chwili kobieta zaczęła wymachiwać rękami, jakby chciała odlecieć.
- Co się tutaj dzieje?! - usłyszeli jej głos.
- Ja... Ja bardzo panią przepraszam, to nie było umyślnie - tłumaczył się Sam.
- Bawicie się w błocie sklepowym wózkiem?! - Pani Klementyna była czerwona ze złości. - Czy wasze mamy o tym wiedzą? - Kobieta przecierała twarz chusteczką, którą wyjęła z torebki.
- Tata wie - powiedział cicho Eryk.
Zanim pani Klementyna odeszła, Sam przeprosił ją jeszcze co najmniej dziesięć razy. Po czym wszyscy jak na zawołanie ponownie wskoczyli do kałuży.
Kilka chwil potem Wiktor zobaczył mamy swoją i Eryka, które biegły w ich stronę. Długie włosy pań powiewały na wietrze. Wymachiwały rękami, a mama Eryka coś krzyczała.
- Eee... - Wskazał palcem Oliś w stronę nadbiegających.
- Wasze mamy tu biegną.
- Trzeba im pomachać - Oskar podniósł rękę i zaczął machać do mam. Eryk zrobił to samo. - Może chcą się z nami potaplać w kałuży.
- Nie sądzę. - Eryk pokręcił głową. - Nie wyglądają na takie, które chciałyby się bawić.
- Co wy tu wyprawiacie? - zapytała pani Sylwia, mama Wiktora i Oskara.
- No co? Bawimy się! - Wiktor wzruszył ramionami.
- Spójrzcie na siebie - powiedziała mama Eryka.
- Upierze się... - stwierdził Oliwier. I właściwie miał rację. Co w tym strasznego, że się pobrudzili?
- Mamo - powiedział Eryk - babcia Danusia powtarza, że dzieci powinny się wyszaleć, zanim dorosną. I że każdy etap w życiu ma sens. Nawet taplanie się w błocie.
- Kiedy babcia Danusia powiedziała ci, że taplanie się w błocie ma sens? - Mama Eryka zmrużyła oczy. Syn znał to spojrzenie. Mamy już takie są, niekiedy mało rozumieją.
- W domyśle tak powiedziała - zaczął tłumaczyć się Eryk. - Nie że powiedziała to na głos, ale dała do zrozumienia.
Eryk widział, że mamy Wiktora i jego wymieniają spojrzenia. Chciało im się śmiać, ale były mamami, a te niekiedy muszą karcić swoje dzieci. Jego powtarzała, że młodzi ludzie powinni znać granice.
- Wszyscy wychodzimy z kałuży, raz, dwa. - Zaklaskała mama Oskara i Wiktora.
- Kąpiel w domu, a potem niech każdy się zastanowi, co moglibyście zrobić konstruktywnego. Jest czas na robienie głupotek i taplanie się w błocie i czas na rozwijanie swoich pasji - dorzuciła mama Eryka.
Chłopcy popatrzyli po sobie. Mamy czasami nie mają racji, ale tym razem powiedziały fajną rzecz, o pasjach, o których mówili już dziadek i babcia Danusia. Bo każdy z nas coś lubi. I każdy z nas o czymś marzy. Oliwier o tym, by zostać zawodowym pływakiem, Eryk - piłkarzem, Oskar - policjantem, a Wiktor chciałby skonstruować takiego robota, który sprzątałby za niego pokój.
- Wymyślcie coś, co pozwoli wam doskonalić swoje umiejętności. Pomoże się wam rozwijać. Jeśli nie macie żadnych pasji, spróbujcie się zastanowić, co lubicie robić, w czym chcielibyście być naprawdę dobrzy.
- Mnie się marzy przepłynięcie całej długości basenu pięć razy - powiedział z namysłem Oliwier.
- A ja chcę skakać na rowerze jak Eryk. Zrobić taki skok ze schodków - powiedział Oskar.
- Możecie się też uczyć od siebie nawzajem - powiedziała z powagą w głosie mama Wiktora i Oskara.
Chłopcy, wciąż ociekając wodą i błotem, uśmiechnęli się pod nosem. Wiedzieli, że nie ma co teraz dyskutować z mamami.