Errata ,,Majora". Wywiad rzeka z Dariuszem Olszewskim - oficerem kadrowym Solidarności Walczącej - Joanna Dardzińska

Kup ebooka

30.00 zł
25.50 zł (10,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wstęp

Pod pseudonimem "Major"1 kryje się postać Dariusza Olszewskiego - wrocławskiego działacza opozycji demokratycznej pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, powiązanego z podziemnymi strukturami dolnośląskiej "Solidarności", a następnie członka Solidarności Walczącej2. Uczestniczył on w wielu ważnych wydarzeniach historycznych tego okresu, nie tylko na terenie Wrocławia i szerzej - Dolnego Śląska, lecz także w Stanach Zjednoczonych. W stanie wojennym brał udział w strajku w Zakładach Górniczych "Rudna" w Polkowicach, za co stracił pracę. Był kolporterem ulotek antysystemowych i wydawnictw drugoobiegowych Regionalnego Komitetu Strajkowego NSZZ "Solidarność" Dolny Śląsk oraz organizatorem sieci dystrybucji pism podziemnych, m.in. "Z Dnia na Dzień", "Solidarność Walcząca", "Biuletyn Dolnośląski". Jako członek Solidarności Walczącej we Wrocławiu brał udział w ulicznych akcjach protestacyjnych skierowanych przeciwko reżimowi komunistycznemu. Projektował i drukował znaczki podziemnej Poczty SW. Odpowiadał też za ochronę Kornela Morawiec­kiego i Władysława Frasyniuka - jednych z najważniejszych przeciwników systemu komunistycznego na Dolnym Śląsku. Zaangażowanie Dariusza Olszewskiego w działalność opozycyjną było powodem wszczęcia przeciwko niemu w 1984 r. przez wrocławską Służbę Bezpieczeństwa sprawy operacyjnego sprawdzenia o kryptonimie "Aster". Zakończono ją dwa lata później w związku z jego emigracją do Stanów Zjednoczonych. Za oceanem włączył się w życie kulturalne i społeczne amerykańskiej Polonii. Organizował wystawy, koncerty i spotkania, a także akcje dobroczynne na rzecz Solidarności Walczącej. Kolekcjonował polonika, popularyzował wiedzę na temat ważnych osób i wydarzeń z najnowszej historii Polski, m.in. o żołnierzach wyklętych czy rtm. Witoldzie Pilec­kim, ale przede wszystkim o SW. Jako wolontariusz niósł pomoc polskim weteranom, którzy po II wojnie światowej pozostali na emigracji w USA. Przyjaźnił się z nimi, opiekował i towarzyszył im w ostatniej drodze.

W 2022 r. Dariusz Olszewski przekazał do zasobu archiwalnego IPN gromadzone przez kilkadziesiąt lat niezwykle cenne dokumenty i pamiątki dotyczące zarówno Solidarności Walczącej, jak i polskich kombatantów, zrzeszonych głównie w Stowarzyszeniu Weteranów Armii Polskiej w Ameryce.

Nadzwyczajne zaangażowanie Dariusza Olszewskiego w działalność niepodległościową i jego oddanie sprawie wolnej Polski, a także ogrom posiadanych przez niego informacji na temat wrocławskiej opozycji antykomunistycznej oraz funkcjonowania Polonii w Stanach Zjednoczonych w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych XX w. były powodem opublikowania niniejszego wywiadu. Przeprowadzono go w ciągu kilku miesięcy na przełomie 2022 i 2023 r., zarówno w czasie bezpośrednich spotkań, jak i przy wykorzystaniu jednego z komunikatorów społecznościowych. Rozmówca otrzymywał za jego pośrednictwem nagrane pytania, na które przesyłał odpowiedzi. Prowadzona w ten sposób rozmowa była na bieżąco spisywana. Przyjęta metoda uniemożliwiała jakąkolwiek ingerencję w wypowiedź interlokutora w trakcie jej trwania, przywoływanie do ściślejszej odpowiedzi na konkretne pytanie czy prowadzenie bieżącej analizy treści w kontekście tego, co już zostało powiedziane. Rozmowę starano się prowadzić według porządku chronologicznego. Jednak zdaniem Dariusza Olszewskiego wiele poruszanych kwestii wymagało zarysowania obszernego kontekstu lub paru dygresji. W ten sposób pojawiały się częste powtórzenia zaburzające nieco chronologię zdarzeń, które na etapie redakcji próbowano usuwać. Ostatecznie udało się przygotować zapis, który oddaje ducha bezpośredniej, swobodnej rozmowy.

Publikacja zaczyna się od przedstawienia pobudek Dariusza Olszewskiego związanych z udzieleniem poniższego wywiadu. Odbiorca od razu orientuje się, że rozmówca czuje potrzebę opowiedzenia o swoim życiu, działalności opozycyjnej, a następnie dobroczynnej i społecznej, której poświęcił się na emigracji. Chęć przeprowadzenia rozrachunku powodowała, że udzielał wyczerpujących odpowiedzi nawet na bardzo trudne i osobiste pytania. Nie ukrywał niewygodnych dla siebie faktów i negatywnych emocji. W trakcie rozmowy objaśniał swój stosunek do świata, przybliżał relacje z innymi ludźmi, tłumaczył motywy swoich działań oraz przedstawiał zalety i wady swojego charakteru.

"Zeznania" tytułowego "Majora" w barwny sposób ukazują obraz życia w PRL, ale przede wszystkim historię Solidarności Walczącej z punktu widzenia jej aktywnego członka średniego szczebla, obracającego się zarówno w kręgu liderów SW, jak i dolnośląskiej "Solidarności". Dariusz Olszewski opowiada o faktach z życia organizacji, które dotychczas nie były znane nawet dla innych działaczy SW. Wynikało to głównie z głęboko zakonspirowanej struktury organizacji, w której ludzie często działali w pojedynkę lub w bardzo wąskim gronie. W ten sposób otrzymujemy inne spojrzenie na niektóre zdarzenia czy idee. Warto wziąć pod uwagę, że historię organizacji tworzą nie jej liderzy, lecz przede wszystkim zwykli działacze, dlatego bez tego typu relacji nie jest możliwe pełne zrozumienie istoty działania SW.

Chociaż rozmówca podczas wywiadu stara się być zdystansowany i obiektywny, to jednak wydarzenia i osoby, z którymi utrzymywał kontakty, charakteryzuje - co nie może dziwić - przez pryzmat osobistych przeżyć i doświadczeń. Bywa ironiczny, zabawny, często się wzrusza. Momentami można odnieść wrażenie, że gloryfikuje niektóre fakty i osoby, by po chwili ukazać ich słabe strony.

Publikacja ma charakter popularyzatorski, a nie naukowy. W celu lepszego zrozumienia opisywanych zdarzeń i osób w przypisach zamieszczono krótkie wyjaśnienia kontekstowe lub notki biograficzne, ograniczające się tylko do dat życia, zawodu lub roli w opozycji w omawianym okresie. Przygotowano je na podstawie dostępnych opracowań i Encyklopedii ­Solidarności3. Dotyczą jedynie osób mających największy wpływ na wydarzenia wspomniane w niniejszej książce, dlatego analogicznych przypisów nie mają postaci mało znane lub występujące epizodycznie. Na temat niektórych wymienionych osób nie udało się niestety odnaleźć jakichkolwiek informacji. W publikacji zamieszczono także liczną ikonografię ze zbiorów Dariusza Olszewskiego odnoszącą się do tematów poruszanych w książce. Należy podkreślić, że wiele zdjęć i skanów dokumentów opublikowano po raz pierwszy.

Jak wiadomo, chwytliwy tytuł potrafi zachęcić czytelnika do sięgnięcia po książkę. Dariusz Olszewski podał mi go już na pierwszym spotkaniu. W ten sposób potwierdził, że myślał o swojej "spowiedzi" od dawna. Jak podkreślił, wiele razy miał okazję do zaprezentowania swoich opinii i komentarzy na forum publicznym, ale zawsze ograniczały go własne kompleksy i brakowało mu odwagi. Teraz postanowił z tej szansy skorzystać.

* * *

Publikacja powstała w ramach projektu Archiwum Pełne Pamięci, realizowanego przez archiwum IPN. Dziękuję moim koleżankom i kolegom pracującym przy wymienionym projekcie za życzliwość i wsparcie.

Szczególne podziękowania należą się mojemu rozmówcy - Dariuszowi Olszewskiemu - za zaufanie i podzielenie się swoimi najbardziej osobistymi przeżyciami i przemyśleniami.

Dziękuję recenzentom dr. Łukaszowi Kamińskiemu i dr. Grzegorzowi Waligórze za krytyczne spojrzenie i cenne uwagi, które niewątpliwie wzbogaciły przesłany im maszynopis.

Wyrazy wdzięczności przesyłam pierwszym czytelnikom wywiadu rzeki dr. Stefanowi Białkowi i Łukaszowi Sołtysikowi za poświęcony czas, bezcenne spostrzeżenia oraz inspirujące sugestie.

Serdeczne podziękowania kieruję również do Hanny Łukowskiej-Karniej i Bogdana Rymanowskiego za rekomendację wywiadu oraz zgodę na jej zamieszczenie na okładce książki.

Joanna Dardzińska

1 Solidarność Walcząca postrzegała siebie jako kontynuatora Armii Krajowej, gdzie obowiązywała hierarchia wojskowa. Dariusz Olszewski uważał, że jego funkcja w SW była odpowiednikiem stopnia majora w strukturze wojskowej, więc przybrał taki pseudonim.

2 Solidarność Walcząca powstała w czerwcu 1982 r. z inicjatywy Kornela Morawiec­kiego i jego bliskich współpracowników, m.in. z Politechniki Wrocławskiej i współtworzących niezależne pismo pt. "Biuletyn Dolnośląski". Jej celem było całkowite odsunięcie od władzy komunistów i przywrócenie Polsce niepodległości. Działalność SW koncentrowała się przede wszystkim na upowszechnianiu idei wolności, zwalczaniu propagandy komunistycznej oraz umożliwieniu społeczeństwu dotarcia do prawdziwych informacji, zarówno historycznych, jak i bieżących. Organizacja Kornela Morawiec­kiego brała też pod uwagę bardziej radykalne metody walki z komunizmem, tj. demonstracje uliczne, w czasie których dochodziło do starć z funkcjonariuszami aparatu represji. Bezkompromisowy charakter działań SW oraz odwoływanie się do tradycji AK sprawiły, że bohater książki związał się z nią na całe życie.

3 Zob. Encyklopedia Solidarności, https://encysol.pl/, dostęp 12 III 2024 r.

WprowadzenieJeden z najodważniejszych w Solidarności Walczącej - Strażnik pamięci - Pokochać ojczyznę - Wdzięczny komandos

Chicago, ciepłe, słoneczne lato 2022 r. Przed nami cykl spotkań, które spędzimy na rozmowie dotyczącej twojego zaangażowania w walkę z komuną, ale nie tylko. Mam nadzieję, że uda nam się nakreślić twój rys psychologiczny i portret opozycjonisty: drukarza, kolportera, jednego z najodważniejszych uczestników wrocławskich zadym ulicznych, bohatera nietuzinkowych akcji Solidarności Walczącej. Zgadzasz się z tą opinią?

Tak. Osoby, które znają moje niektóre dokonania głównie w Solidarności Walczącej, nazywają je spektakularnymi akcjami w podziemiu w latach osiemdziesiątych, kiedy walczyliśmy z reżimem komunistycznym. Nie wszystkie teraz pamiętam, ale to były skrajne historie, gdy adrenalina była bardzo wysoka, kiedy człowiek ryzykował życiem. Przykładem może być sytuacja z początku stanu wojennego. Przewoziłem wtedy z Zagłębia Miedziowego do Wrocławia komponenty do produkcji materiałów wybuchowych. Autobus, którym jechałem, został zatrzymany do kontroli przez wojskowy patrol koło Legnicy, a ja miałem całą torbę niedozwolonych materiałów: zapalniki, lonty itp. Bałem się, nie było gdzie uciekać, zima, śnieg, otwarta przestrzeń, samochody opancerzone... Myślałem wówczas, że tylko opatrzność Boża może mi pomóc, no i tak się stało, udało mi się z tego wyjść.

Czy myślisz, że twoja opowieść znajdzie odbiorcę? Co chcesz nią przekazać? Może ma to być przesłanie do młodego pokolenia Polaków?

Nie czuję się aż tak ważny, żeby przekazywać przesłania do młodych pokoleń. Wydaje mi się, że od tego są inni ludzie, tacy jak pedagodzy, filozofowie, ludzie, którzy mają większą wiedzę ode mnie. Życie każdego człowieka to pewien ciąg zdarzeń, zawsze coś się wokół niego dzieje. Jest jednocześnie uczestnikiem historii i ją tworzy, chociażby historię swojej rodziny. Cyprian Kamil Norwid napisał: "Przeszłość jest to dziś, tylko cokolwiek dalej"1, i to jest prawda. Żyliśmy w latach osiemdziesiątych, w czasach bardzo dynamicznych. Wiele razy człowiek musiał podejmować trudne decyzje. Jeśli mógłbym coś przekazać młodemu pokoleniu, to może to, że trzeba być aktywnym obserwatorem życia, które się wokół niego toczy. Reagować na nieszczęście i krzywdę drugiego człowieka, nie odwracać głowy, bo to odciśnie piętno na sumieniu.

My akurat mieliśmy cały wachlarz możliwości pomagania potrzebującym, dlatego że system komunistyczny był antyludzki. Uważam, iż nasza walka z tym reżimem może być przykładem dla młodego pokolenia. Wskazówką, że należy bronić ojczyzny. Sądzę, iż byliśmy nową generacją armii podziemnej, bo wzorowaliśmy się na żołnierzach Armii Krajowej. Teraz my jesteśmy weteranami i jedyne, co możemy zrobić, to przekazać nasze doświadczenia następnemu pokoleniu. Jak wiadomo, Polacy na przestrzeni dziejów wielokrotnie musieli bronić niepodległości i ciągłości trwania narodu. Ten obowiązek przechodził z ojca na syna. Mieliśmy Legiony Polskie, obronę Warszawy w 1920 r., heroiczny bój w 1939 r., powstanie warszawskie, żołnierzy wyklętych i potem zrywy w latach 1956, 1968, 1970, Radom w 1976 r., wydarzenia lat osiemdziesiątych. To jest taki łańcuch pokoleń. My jesteśmy teraz w tym łańcuchu ostatnim ogniwem, które walczyło o wolność Polski. Chodzi o to, żebyśmy poprzez nasze świadectwo zobowiązali następne pokolenie do obrony ojczyzny, polskiej kultury i tradycji.

Nie jest to jednak główny powód powstania tego wywiadu. Dlaczego zatem zgodziłeś się na obszerny wywiad w formie publikacji?

Główny motyw wiąże się trochę z tym, że mam "wdrukowany błąd fabryczny" - kolekcjonuję wszystko, co jest związane z Polską, naszą historią i patriotyzmem. Gromadzę wszelkiego rodzaju pamiątki narodowe, dokumenty po żołnierzach Błękitnej Armii czy różnych formacji z czasów I i II wojny światowej, mundury, broń białą i wszystko, co z orzełkiem w koronie. Jedynie pieniędzy nie zbieram.

Byłem członkiem Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce2, przez co otrzymywałem i kupowałem pamiątki po kombatantach. Jestem właścicielem jednej z największych kolekcji filatelistycznych z wizerunkiem marszałka Józefa Piłsudskiego. I skoro tyle już uzbierałem, to chcę to przekazać w ręce profesjonalistów. Mam też olbrzymi zbiór dotyczący Solidarności Walczącej. Jako jeden z niewielu kolekcjonowałem wszystko, co jest związane z Kornelem Morawiec­kim3, łącznie z jego genialną wizytą w Stanach Zjednoczonych w 1988 r.4

Będąc na emigracji, zaobserwowałem, że prawie każdy żołnierz, którego poznałem, a którego czas ziemski dobiegał końca, pisał swoje wspomnienia. Zwykle miało to formę takiej małej książeczki, zawierającej informacje, skąd pochodził, gdzie spędził dzieciństwo, w jakich formacjach walczył, no i jaką prowadził działalność na rzecz Polonii amerykańskiej. Ja też czuję się weteranem i chciałbym opowiedzieć o swojej działalności, tak jak to zrobił Aleksander Kajkowski5 czy nasz słynny pilot Tadeusz Maj6, który walczył w Tobruku "na oku" (punkcie obserwacyjnym), a potem był lotnikiem. Poznałem tych ludzi i mam po nich pamiątki, z których sporą część przekazałem już do Polski. Obawiam się jednak, że to, co uzbierałem po weteranach, jak i ślady działalności Solidarności Walczącej, przede wszystkim Kornela Morawiec­kiego, gdzieś przepadną.

Przytoczę historię Rudolfa Dettlaffa7. Był on Kaszubem, Niemcem, chociaż w sumie Polakiem wcielonym do Wehrmachtu, walczył pod Stalingradem, a potem służył w Polskich Siłach Zbrojnych. Po wojnie stworzył olbrzymią kolekcję. Całe mieszkanie zajmowały książki, archiwalia, militaria, monety itp. Dziwiłem się, jak strop to wytrzymuje. Przez jego dom przebiegały ścieżki, umożliwiające mu przejście jedynie z łóżka do kuchni czy toalety. Gdy zachorował i zmarł, część tych fantastycznych zbiorów przepadła. Ktoś to wykupił po nim. Ja się o jego śmierci dowiedziałem dość późno. Jak przyjechałem samochodem pod dom, to z kubłów na śmieci wyjmowałem książki o wojsku itp. W śmieciach po Dettlaffie znalazłem zawinięty w folię oryginał ostatniego rozkazu powstania warszawskiego nadanego przez radiostację "Błyskawica", który podpisał komendant Okręgu AK Warszawa-Miasto płk Antoni Chruściel "Monter" i dowódca AK gen. Tadeusz Komorowski "Bór". Przekazałem go do Muzeum Armii Krajowej w Krakowie.

Jeszcze w Warszawie mówiłeś mi, że oprócz dania świadectwa temu, w czym uczestniczyłeś, chciałbyś w naszej rozmowie komuś podziękować.

Moje kolekcjonerskie zapędy nie są i nie były wynikiem jakiejś pychy. Chciałem tylko udokumentować to, co się wokół mnie działo. Miałem okazję uczestniczyć w ważnych wydarzeniach w historii kraju. Pracowałem w kopalni, gdy komuniści wprowadzili stan wojenny, potem byłem w strukturach Solidarności Walczącej. Nie byłem wielkim działaczem, profesorem, naukowcem, ale ramię w ramię z ludźmi wybitnymi brałem udział w zwalczaniu systemu komunistycznego. Było dla mnie dużym szokiem, że ja, który ukończyłem tylko szkołę średnią i pracowałem fizycznie, nagle jestem bliskim przyjacielem osób nieprzeciętnych. To mnie nobilitowało. Może nie ukończyłem studiów, ale jak ich słuchałem, to przesiąkałem tą ich wiedzą. Oczywiście nie miałem szans, by w ten sposób poznać zagadnienia fizyczno-matematyczne od Zbyszka Oziewicza8, Kornela Morawiec­kiego czy Jurka Kocika9, bo to są sfery zbyt odległe dla mnie, ale kwestie etyczne już mogłem pojąć. Ci ludzie pokazywali mi, że są inne wartości, i te wartości nazywali po imieniu. Nie tylko je wówczas poznałem. Zacząłem też rozpoznawać, co to jest dobro, co to jest zło, kim my Polacy jesteśmy. Dlatego jestem im tak bardzo wdzięczny za tę naukę.

Solidarność Walcząca, ta pierwsza grupa - Rada Solidarności Walczącej - była organizowana głównie przez wybitnych naukowców: matematyków, fizyków, chemików itd. Tam na początku nie było takich osób jak ja - techników, którzy gdzieś pracowali fizycznie. Później zobaczyłem, że ci mądrzy ludzie nie tylko są od myślenia, ale też noszą bibułę i tracą stanowiska na uczelni. To nie była formacja kanapowa, że usiadło kilku mędrców, obmyśliło plan, a wy "zróbta" ludzie. Oni to fizycznie, organicznie robili, a nas, tych młodych ludzi, którzy wykonywali różne ryzykowne zadania, niesamowicie szanowali. Często mówili: "Co my tam możemy, napisać ulotkę? Ale to wy musicie ją wydrukować, roznieść, wy jesteście ważniejsi niż my, bo my mamy tylko teorię, jak coś zrobić". Przykładem może być aresztowanie Kornela Morawiec­kiego, który 9 listopada 1987 r. poszedł zanieść książkę do składania do mieszkania, które było wcześniej namierzone. Mówiono mu, żeby nie szedł, bo mieliśmy taki system ostrzegawczy, taki kontrwywiad, a on zaryzykował i wpadł. I tak samo Zbyszek Oziewicz, który mimo że stracił pracę, jeździł z tą bibułą po całej Polsce, zakładał oddziały, m.in. w Lublinie, Krakowie, Katowicach, a był jednym z najwybitniejszych fizyków na świecie. Widziałem, jak oni się poświęcali, i też chciałem się tak angażować. Jednak to moje poświęcenie było ograniczone. Poszedłem np. na zadymę, coś tam wydrukowałem, jakiś znaczek narysowałem, a oni stawiali na szali całą swoją zawodową przyszłość, bo naukowiec, który wypada z pracy badawczej na ileś lat, raczej nie ma szans na powrót. Akurat Zbyszkowi się to udało i zrobił piękną karierę w Mexico City. Kornel wrócił jeszcze na uczelnię, ale nie dogonił już tego straconego czasu. Nigdy nie doświadczyłem jakichkolwiek sugestii, że nie jestem wykształcony albo że nie mam wiedzy. Oni nam bardzo pomagali. Nie zapomnę wykładów z historii wygłaszanych przez Zbyszka Oziewicza w Kornelówce10 w Pęgowie. Oni na tych tajnych spotkaniach cały czas nas uczyli. Bardzo o nas dbali i się troszczyli, mimo że nie musieli. Czuliśmy się dowartościowani. Dorastanie w ich cieniu pozwalało nam się rozwijać i poszerzać horyzonty, za to chciałem im podziękować. Czasami nie rozumieliśmy tego, co się dzieje na świecie, gdzieś tam za wielką wodą. Ich to nigdy nie irytowało, tylko chętnie tłumaczyli, co myślą i jak myślą.

Byłem na kilku posiedzeniach Rady SW, m.in. gdy trzeba było zdecydować, co zrobić z Kazimierzem Klementowskim11, który po aresztowaniu przez SB wydał ponad czterdzieści osób z SW. Miałem już wówczas zorganizowaną grupę, którą Zbyszek Oziewicz nazywał grupą komandosów do zadań specjalnych, jak np. rozpoczynanie zadym. Ciężko mi było z myślą, że zdradził zaprzysiężony członek SW. Uważałem, iż jako organizacja poakowska musimy karać zdrajców. Myślałem, że będzie wyrok śmierci i zastanawiałem się, czy ja byłbym w stanie go wykonać. Był też pomysł, żeby go porwać i zmusić do drukowania. Tak naprawdę każdy z tych pomysłów technicznie był nie do wykonania, bo ta grupa nie była tak dobrze zorganizowana i w końcu żaden wyrok nie zapadł. Z perspektywy czasu myślę, że Kornel to robił z premedytacją. Wszystkim tym wściekłym, którzy chcieli ukarać Klementowskiego, pozwolił wypluć tę żółć, tę naszą złość, że nas zdradził. On z góry wiedział, że Klementowskiemu trzeba wybaczyć. Myśmy tam z cztery godziny na niego nadawali i w końcu się skończyło na niczym. I za to też chciałem podziękować, bo dzisiaj być może chodziłbym z tym piętnem Kaina. Wtedy przynajmniej powstał pomysł, że Kornel i Rada nie mogą sami decydować o takich rzeczach, że to muszą być prawnicy, którzy będą takie sprawy rozpatrywać w odniesieniu do prawa. Jednak dla mnie istotne jest - za co jestem wdzięczny, chociaż przez wiele lat śmiano się ze mnie, że ja ciągle tym żyję - że nigdy nie zawiodłem tych mądrych ludzi. Oni byli mi za to naprawdę wdzięczni i moja wartość rosła przy nich. Mogłem zostać w kopalni, jakbym nie zachował się jak trzeba. Mógłbym tam zginąć, trafić w złe środowisko, wpaść w alkoholizm, a ja dzięki nim tak naprawdę pokochałem ojczyznę.

1 Fragment wiersza Cypriana Kamila Norwida pt. Przeszłość z 1865 r., drugiego utworu z cyklu "Vade-mecum".

2 Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce jest najstarszą polską organizacją kombatancką na świecie, która została założona w 1921 r. Jej geneza wiąże się z ochotniczą służbą przedstawicieli amerykańskiej Polonii w Armii Polskiej we Francji w czasie I wojny światowej.

3 Kornel Morawiec­ki (1941-2019) - fizyk, pracownik naukowy, działacz opozycji w PRL, polityk. W 1980 r. współorganizował NSZZ "Solidarność" na Dolnym Śląsku, od 1982 r. w składzie Regionalnego Komitetu Strajkowego, który opuścił w związku z odmienną od Władysława Frasyniuka opinią na temat metod działania tej organizacji. Od 1982 do 1990 r. współzałożyciel, a następnie przywódca Solidarności Walczącej. W latach 1981-1987 oraz 1988-1990 żył i działał w ukryciu. W 1987 r. aresztowany, a w 1988 r. zmuszony do opuszczenia kraju. W tym samym roku powrócił do Polski i ponownie stanął na czele SW.

4 Kornel Morawiec­ki w kwietniu 1988 r. został zmuszony do opuszczenia kraju. Pierwszą próbę powrotu do Polski podjął 2 maja, jednak został zatrzymany na lotnisku na warszawskim Okęciu i deportowany do Wiednia. Przed kolejną próbą przyjazdu do ojczyzny postanowił spotkać się działaczami emigracyjnymi, m.in. w Londynie, Stanach Zjednoczonych i Kanadzie. W USA spotkał się z Janem Nowakiem-Jeziorańskim, Zbigniewem Brzezińskim i przedstawicielami Departamentu Stanu. Z Kanady Morawiec­ki powrócił do Wiednia, skąd samochodem nielegalnie dotarł do Polski.

5 Aleksander Kajkowski (1908-1999) - inżynier mechanik. Uczestnik kampanii polskiej 1939 r., a następnie żołnierz PSZ. Po wojnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie działał na rzecz Polonii, m.in. prezes Stowarzyszenia Polskich Kombatantów oraz Komitetu Katyńskiego przy Kongresie Polonii Amerykańskiej, od 1979 r. delegat Rządu RP na Uchodźstwie na Stany Zjednoczone.

6 Tadeusz Maj (1916-2013) - uczestnik kampanii polskiej 1939 r., a następnie żołnierz Samodzielnej Brygady Strzelców Karpac­kich, uczestnik walk o Tobruk, w 1943 r. trafił do Wielkiej Brytanii, gdzie po przeszkoleniu lotniczym latał jako radionawigator w 300. Dywizjonie Bombowym "Ziemi Mazowiec­kiej". Po wojnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych, gdzie działał na rzecz Polonii.

7 Rudolf Dettlaff (1921-2012) - Kaszub, w czasie II wojny światowej został wcielony do armii niemiec­kiej, z którą brał udział w oblężeniu Leningradu i okupacji Norwegii, przerzucony na front w Normandii, gdzie trafił do alianc­kiej niewoli, następnie dostał się do PSZ, żołnierz 1. Dywizji Pancernej, walczył w Belgii i Holandii. Po wojnie wyemigrował do Stanów Zjednoczonych.

8 Zbigniew Oziewicz (1941-2020) - fizyk, pracownik naukowy, działacz opozycji w PRL. Od 1980 r. w "Solidarności", w 1981 r. współorganizator RKS Dolny Śląsk, w 1982 r. współorganizator SW, członek Rady SW, kolporter wydawnictw podziemnych, autor artykułów, współpracownik Radia SW. Represjonowany za działalność opozycyjną.

9 Jerzy Kocik (ur. 1953 r.) - fizyk, pracownik naukowy, działacz opozycji w PRL. Od 1980 r. w "Solidarności", w 1982 r. uczestnik manifestacji ulicznych, członek Rady SW. Od 1984 r. na emigracji w Stanach Zjednoczonych.

10 Chodzi o letni dom Kornela Morawiec­kiego, zbudowany w latach siedemdziesiątych XX w. w okolicy miejscowości Pęgów. Odbywało się tam wiele spotkań wrocławskich środowisk opozycyjnych, miały miejsce wykłady Latającego Uniwersytetu, zebrania redakcji "Biuletynu Dolnośląskiego", a także drukowano wydawnictwa bezdebitowe. Budynek spłonął w 1992 r.

11 Kazimierz Klementowski (ur. 1948 r.) - geograf, pracownik naukowy, działacz opozycji w PRL. Od 1982 r. w SW, organizator i koordynator druku i kolportażu SW. W grudniu 1983 r. został zatrzymany, co doprowadziło do dekonspiracji części drukarni i mieszkań konspiracyjnych oraz aresztowania ponad czterdziestu działaczy tej organizacji.

Rozdział IGarbate dzieciństwo - As sportu - Koniec z kompleksami - Fascynacja sztuką - Szukając zaczepki - Brat z wyboru - Sympatyczny drań - Kmicicem być... - Sporty walki - Pod szyldem szczepu "Orkan" - Buntownik z koszar - Rodzinna retrospekcja - Fucha w kopalni

Określone wartości i umiejętność rozpoznawania dobra i zła zwykle wynosimy z domu. Zacznijmy więc od początku. Opowiedz mi proszę o sobie, swojej rodzinie i o tym, jak wyglądało twoje dzieciństwo.

Urodziłem się 13 maja 1957 r. we Wrocławiu. Moje dzieciństwo nie było zbyt ciekawe, dlatego że mój tato nadużywał alkoholu. Kiedyś miałem o to do niego żal. Przeskoczę trochę w czasie. Gdy byłem na emigracji, wysyłałem mu wędki itp. Zawsze chciałem z nim porozmawiać, jak dorosły syn z ojcem. Niestety nie udało mi się, chociaż parę razy próbowałem. Nie dlatego, że ojciec nie chciał, tylko tak przez ten ocean, przez ten telefon, to nie było to samo. Wyjechałem z zakazem powrotu do kraju, więc pierwszy raz przyjechałem z emigracji do Polski dopiero po siedmiu latach. Ojciec nie był wyjątkiem w tym nałogu. W środowisku robotników alkohol był powszechny, po prostu taki był system. Bywało, że moja mama czekała pod bramą zakładu pracy w dniu wypłaty, żeby uratować jakieś pieniądze. W domu raczej była bieda, chociaż bywały też nieco lepsze momenty. Mieszkaliśmy we Wrocławiu przy ulicy Sienkiewicza 49 przez 13. Warunki mieszkaniowe nie były komfortowe, ponieważ mieliśmy dwa małe pokoje. Rodzice na zmianę opiekowali się babcią. Później, gdy starszy brat się ożenił i przyszło na świat dziecko, zajął z rodziną jeden pokoik. Rodzice z młodszym bratem mieszkali w drugim, a ja spałem w przedpokoju. Mam w pamięci taki obrazek, jak tato rano wstawał do pracy, to przechodził przeze mnie, robił sobie jakieś kanapki, kawę i wychodził na tramwaj. Często nie było w co się ubrać. Czasami nie można było iść na jakąś zabawę, bo nie było odpowiednich butów czy spodni. Ja jestem średnim bratem. Mój starszy brat Andrzej nie żyje - zmarł w wieku 53 lat na zawał w Niemczech Zachodnich. Też miał problemy - i z hazardem, i alkoholem. Był bardzo dobrym i uczynnym człowiekiem, wszystkim bezinteresownie pomagał. Dopiero na jego pogrzebie w Niemczech zobaczyłem, jak wiele osób przyszło go pożegnać. Miał wielu przyjaciół różnych narodowości i kultur. Młodszy o 9 lat brat, Piotr, mieszka we Wrocławiu. Łączy nas silna więź rodzinna.

Początek mojego dzieciństwa był trudny. Mój starszy brat dobrze się uczył, dobrze czytał, a ja byłem bity za to, że nie potrafiłem się nauczyć. Nikt mi też nie tłumaczył, jak przyswajać wiedzę, więc niosłem taki garb, że jestem baranem, osłem i nic nie umiem. Robiłem błędy ortograficzne, nawet wyrazy "książka" czy "góral" raz pisałem tak, a innym razem inaczej. W ogóle nie mogłem zapamiętać pisowni. Jak mnie wywoływano do tablicy, to prawie sikałem ze strachu. Stawałem przed mapą z geografii i zamiast Australii pokazywałem Afrykę. Żyłem w wiecznym stresie, ledwo słyszałem, co mówili do mnie nauczyciele. Nie czułem się dobrze w szkole, dlatego często chodziłem na wagary. Dziś wiem, że mam dysleksję, której wówczas nie diagnozowano u dzieci. Byłem zamknięty w sobie, czwartą klasę powtarzałem. Ostatecznie z wielkim trudem skończyłem Szkołę Podstawową nr 84 we Wrocławiu.

W szkole najważniejszy był dla mnie sport. Grałem w piłkę nożną i muszę przyznać - byłem bardzo dobrym piłkarzem. Bywało, że koledzy bili się o to, w czyjej mam być drużynie. Grałem w rezerwie drużyny juniorów Śląska Wrocław, ale doznałem poważnej kontuzji i o karierze piłkarskiej mogłem zapomnieć. Nauczyciele znali nasze rodzinne problemy i patrzyli na mnie jak na dziecko z takiej trochę patologicznej rodziny, gorszego sortu, z którego nic nie będzie. Dopiero w siódmej czy ósmej klasie niektórzy nauczyciele dostrzegli moją osobowość. Zauważyli, jak zachowuję się na boisku, że jestem kapitanem, że grzecznie rozstrzygam kłótnie między kolegami. Mój sportowy talent sprawił, że reprezentowałem szkołę w wielu dyscyplinach. Moim nauczycielem wychowania ­fizycznego był Jacek Majchrowski, późniejszy trener polskich miotaczy. Bardzo mnie wspierał i długo utrzymywałem z nim kontakt. Byłem ambitnym, ale też wytrzymałym zawodnikiem i dużo trenowałem. Mimo że jestem niskiego wzrostu, mam krótkie nogi, wytrzymywałem biegi sprintem na 400 m i średniodystansowe. Oczywiście nie mogłem osiągnąć dobrych wyników, ponieważ decydują też warunki fizyczne, ale starałem się nie zawieść pokładanych we mnie nadziei mojego opiekuna. Pamiętam zawody sportowe na Stadionie Olimpijskim, mistrzostwa okręgu szkół, kiedy to przez przypadek załapałem się do finału. Miałem najgorszy czas w biegu na 800 m i na ostatniej prostej, gdy byłem już prawie nieprzytomny, zacząłem przyspieszać i w rezultacie chyba przybiegłem jako czwarty. Grałem też mecze o pieniądze. Gdy byłem jeszcze juniorem, starsi zawodnicy prosili mnie, żebym grał u nich, więc grałem. Bramki strzelałem na każdej pozycji i to podnosiło moją samoocenę. Gdzieś tam te moje ambicje były spełnione.

Skończyłem szkołę podstawową. Z moimi wynikami nie mogłem pójść do żadnej szkoły średniej. Zawsze marzyłem o pływaniu. Czytałem taką serię wydawniczą "Miniatury Morskie", m.in. o samotnym rejsie Leonida Teligi, wyspach Fidżi1, i chciałem zostać marynarzem, więc poszedłem do Zasadniczej Szkoły Żeglugi Śródlądowej przy ulicy Brücknera. Od samego początku nauka szła mi źle. Nie radziłem sobie z przedmiotami technicznymi, na dziewięć ocen dostałem siedem lub osiem dwój. Wezwano mamę do szkoły i sugerowano, żeby mnie z niej zabrała, dali mi dwa tygodnie na poprawę ocen. Próbowałem uczyć się na pamięć całych stron z podręcznika. Jeden z nauczycieli, chyba jakiegoś technicznego przedmiotu, zauważył, z czym mam problem, przysiadł i wytłumaczył mi, jak należy się uczyć, żeby zapamiętywać hasła, przypominać je sobie i mówić własnymi słowami. Jego rady sprawiły, że w następnym roku byłem wzorowym, najlepszym uczniem w całej szkole i dzięki temu poszedłem do Technikum Mechanicznego nr 2 przy ulicy Poznańskiej. W szkole średniej zaangażowałem się w harcerstwo - zostałem podharcmistrzem, ratownikiem, nauczyłem się żeglować i zacząłem funkcjonować w sferach, które mnie interesowały. Gdy miałem 17-18 lat, pasjonowałem się sportami obronnymi: judo i karate. Oczywiście nadal żeglowałem. Po zdobyciu uprawnień ratownika, zapisałem się do klubu płetwonurkowego Zorba przy ulicy Teatralnej. Tam widywałem Marka Petrusewicza2 - rekordzistę świata w pływaniu metodą klasyczną na 100 m. Obserwowałem jego wyczyny na basenie, byłem zachwycony jego stylem. Żeglowanie, nurkowanie i potem straż pożarna - wszystko to pomogło mi nadrobić pewne zaległości i poczuć się w czymś dobrym, ale braki w edukacji nie pozwalały mi zdobyć wyższych stopni. Na przykład jak uzyskałem patent sternika, to chciałem zrobić kapitana, ale astronawigacja i wzory na całą ścianę przerosły moje możliwości. Podobna sytuacja miała miejsce, gdy postanowiłem zostać instruktorem nurkowania. Trzeci stopień zdobyłem, ale następnego, gdzie trzeba było uczyć się o przemianach chemicznych i gazowych w organizmie, nie dałem rady. Jednak te wszystkie średnie stopnie w takich dziedzinach, jak żeglarstwo, nurkowanie, judo, karate czy strzelanie posiadam.

W technikum okazało się, że jestem uzdolniony artystycznie, malowałem, rysowałem grafiki, potrafiłem skopiować obraz. Zainteresowania związane ze sztuką dawały mi wiele satysfakcji, szczególnie po traumie szkoły podstawowej, kiedy czułem się stłamszony, gorszy i wiele nocy przepłakałem, bo nie byłem akceptowany. Umiejętności plastyczne przydały mi się potem w podziemiu, ponieważ rysowałem też znaczki Solidarności Walczącej. Zanim rozpocząłem naukę w technikum, chciałem iść do liceum plastycznego, bo czułem już duży pociąg do humanizmu, do piękna. Gdy byłem w pierwszej klasie szkoły średniej, kiepsko nam się powodziło. Mama dała mi 200 zł i wysłała po nowe buty, bo chodziłem w parcianych tenisówkach z dziurą, a szła już zima. W drodze do sklepu zobaczyłem w witrynie księgarni gruby album na temat polskiego modernizmu. Stałem i patrzyłem na swoje buty i na tę książkę, nie mogąc się zdecydować. Ostatecznie kupiłem książkę. Wróciłem do domu i pokazałem ją mamie. Mama zapytała: "Buty kupiłeś?", ja: "Zobacz, co zdobyłem, tutaj Śliwiński, tutaj Młoda Polska, obrazy...". A mama odpowiedziała: "No to, niestety, zimę przechodzisz w tenisówkach". I tak było.

Ten modernizm, książki o sztuce, one też mnie kształtowały. Zacząłem kupować albumy. Bardzo przeżywałem to, co w nich oglądałem, przerysowywałem zamieszczone w nich dzieła i uczyłem się epizodów z historii, które przedstawiały. Duże wrażenie zrobił na mnie album Marka Rostworowskiego Polaków portret własny, tom pierwszy zawierał obrazy, a drugi opisy do nich3. W sposób szczególny poruszyło mnie malowidło Walerego E. Radzikowskiego pt. Śmierć Stanisława Żółkiewskiego pod Cecorą. W opisie przeczytałem, że hetman zginął, mając 73 lata. Byłem zdziwiony, co za geniusz, w tym wieku i walczył do końca! O co chodzi? Czytam dalej, że Turcy mu głowę odcięli i zawiesili nad wejściem do pałacu sułtańskiego w Stambule. Wykupiła ją później żona Regina, żeby go godnie pochować. Potem się okazało, że na jego grób chodził młody Jan Sobieski i przysiągł się zemścić, bo tak było napisane na nagrobku, żeby z krzywdy jego zrodził się mściciel. Postawa hetmana Żółkiewskiego była dla mnie przykładem patriotyzmu i najwyższego poświęcenia. Dla mnie to było odkrywanie, kim ja jestem. Przecież jestem potomkiem tych ludzi.

Wtedy też odkryłem secesję: Alfons Mucha, Auguste Rodin. Polska secesja to było dla mnie coś niesamowitego, głównie ze względu na elementy patriotyczne i narodowe. Dzieła Stanisława Wyspiańskiego, Jacka Malczewskiego, wszystko to takie piękne... Chodziłem do szkoły technicznej, a pod ławką oglądałem albumy o sztuce. Na niektórych przedmiotach siedziałem i nic nie rozumiałem, np. na matematyce, geometrii, bo miałem zaległości z podstawówki, ale byłem też trochę leniwy, to trzeba jasno powiedzieć. Ostatecznie brak intelektualnego zaplecza sprawił, że nie kształciłem się dalej w tym kierunku.

W stanie wojennym chodziłem sobie na kursy przygotowawcze do profesora, którego wyrzucili ze szkoły plastycznej za poglądy - jeszcze mu bibułę przynosiłem. To była taka szkółka przygotowawcza do studiów artystycznych. Uczęszczała tam młodzież z elitarnych rodzin, ludzie mądrzejsi ode mnie, którzy z braku miejsc nie dostali się na studia plastyczne. Byłem dumny, gdy profesor zwracał uwagę na moją bardzo mocną, ciekawą kreskę czy chwalił światło. Potrzebowałem tych pochlebstw. Myślę, że jak ktoś jest bardzo skromny, to nie jest szczery. Po to się przecież coś robi, żeby ktoś mógł to coś docenić.

Ukończyłem technikum mechaniczne, niestety bez matury, aczkolwiek było blisko. Zatrudniłem się w stoczni rzecznej, gdzie miałem kiedyś praktyki. Po paru miesiącach zauważyłem dziwnie niskie wypłaty i opisy strat, które zakład pracy poniósł rzekomo z mojej winy. Wkurzyłem się, zacząłem wyzywać mojego kierownika od komunistów i złodziei, bo to były jego zniszczenia. Wszyscy się gdzieś pochowali. Wiedzieli, że trenuję sporty obronne i jestem agresywny, więc jak hałasuję i krzyczę, to lepiej się chować.

Z czego brała się twoja agresja? Przecież sporty walki, które uprawiałeś, mają pewne zasady, którymi należy kierować się również w życiu. To nie tylko podniesienie sprawności fizycznej, ale też rozwój moralny i intelektualny.

Myślę, że chciałem się sprawdzać, czasami prowokowałem potencjalnego przeciwnika. Owszem, judo ma swoje zasady, ale u mnie to nie było tak bardzo podbudowane. Moim trenerem był Krzysztof Kopij - kolega z klasy, mistrz juniorów w judo, zabierał mnie na treningi do Gwardii, chociaż nie byłem ligowym zawodnikiem. W środowisku szkół średnich i Wrocławia uchodził za "bandytę" numer jeden. Zawsze bowiem szukał zaczepki. Pamiętam taką sytuację, jak Krzysiek przyszedł do naszego technikum, stanął przed klasą i chciał mnie złapać za czułe miejsce. Ja go odepchnąłem i kopnąłem. On, zawsze elegancko ubrany, gdy zobaczył, że ma plamę tam na spodniach, rzucił się na mnie. Spięliśmy się jak dwa koguty, z drugiego piętra zlecieliśmy w stos krzeseł. Wiedziałem, że on jest lepszy, bo mnie uczył, a poza tym był najsilniejszy w swojej wadze we Wrocławiu, nie tylko w judo. Trzymałem go jakimś sposobem i też go trochę obiłem. Wtedy przybiegła dyrekcja i jak zobaczyła, że ja mam tylko trochę wargę skaleczoną, a on cały zakrwawiony, to była szczęśliwa. Trenerzy Gwardii często zaglądali do szkoły, by "negocjować" oceny swoich zawodników, w tym Krzyśka, takie to były czasy. Ostatecznie zostałem zawieszony w prawach ucznia. Dzisiaj, już z taką większą ­moralnością i etyką, bym się na takie coś nie szarpnął, ale to też nie te czasy.

Sytuację tę dobrze zapamiętał mój kolega ze szkoły średniej Krzysztof Kida, który pomagał mi w nauce. Parę lat temu zaprosiłem go do Stanów Zjednoczonych w ramach podziękowania, bo bez niego szkoły średniej chyba bym nie skończył. Wspominał, że nikt by się nie odważył rzucić na Kopija i jak dyrekcja nie mogła nas rozdzielić. Kiedyś pewna pani antropolog stwierdziła, że pewnie mam geny tatarskie, bo jestem taki zawzięty - jak coś sobie ubzduram, to muszę to zrobić. Ta cecha mojej osobowości okazała się przydatna w konspirze. Z upływem lat i wraz z doświadczeniem mój portret własny się zmieniał. Po trudnym dzieciństwie, dzięki fascynacji humanizmem i sztuką, moje serce rosło, lecz potem często się okazywało, że bez matury i wykształcenia nie mogę zbyt wiele dokonać.

Twoje osiągnięcia sportowe i talent plastyczny jednak sprawiły, że zmieniłeś myślenie o sobie samym. Poczułeś się bardziej dowartościowany?

Myślę, że za bardzo się nad sobą nie zastanawiałem, ale czułem, że trudności z nauką bardzo mnie ograniczały. Nie miałem jasno wytyczonej drogi i przyszłości. Wydawało mi się, że nic dobrego mnie już w życiu nie spotka. I właśnie wtedy zacząłem odkrywać siebie w sporcie i sztuce. Ludzie się zachwycali. W szkole podstawowej za zrobienie zadań z matematyki wykonywałem za kolegów akwarele czy rysunki i wszystkie były na wystawie. Bardzo mnie to cieszyło. Jednak przez całe życie brakowało mi pewności siebie. W 2010 r. powiedziałem sobie: koniec z kompleksami! Skoro Bóg chciał, żebym był na tym świecie, to niech teraz on się o mnie martwi. Koniec z ukrywaniem, zamiataniem pod dywan własnej historii, własnych niedoskonałości, bo każdy człowiek ma wiele zalet. A jeśli ktoś napiętnuje moje braki, to jest to jego słabość, ponieważ zajmuje się moimi niedostatkami i myśli, że jest lepszy tylko dlatego, że ja jestem gorszy.

Czy potem - w dorosłym już życiu - udało ci się nawiązać relacje, które wpłynęły na wzmocnienie twojej samooceny? Poznałeś osobę, dla której poczułeś się ważny, potrzebny?

Chciałbym opowiedzieć o mojej przyjaźni z Bohdanem Urbankowskim4, który nazywał mnie swoim bratem z wyboru. Poznałem go na emigracji prawie 30 lat temu. On był najwybitniejszym żyjącym polskim myślicielem, filozofem, poetą, historykiem, tyle książek napisał, m.in. o polskiej filozofii narodowej, monografię o papieżu, o Piłsudskim, Mic­kiewiczu, Herbercie, a przyjaźnił się ze mną.

Zauważył w tobie wartość i pewnie byłeś dla niego dobrym towarzystwem.

Nie chciałem tego tak nazwać. Wolałem, żeby ktoś to zrobił. Chyba docenił to, że jestem uczciwy, że nie szukam profitów z tego, co robię, i że większość mojego życia polega na pomaganiu innym. Nigdy niczego ode mnie nie potrzebował. Bohdan mówił, że zawsze chciał mieć takiego szalonego brata jak ja. Zadedykował mi dzieło swojego życia, tę filozofię narodową: "Dla Darka Olszewskiego - brata z wyboru". Człowiek, który miał żonę, córkę i znał wielu wybitniejszych i lepszych niż ja. Gdy tworzył to swoje dzieło, bardzo go dopingowałem, pospieszałem, twierdząc, że chcę to przeczytać. Oczywiste było, że tego szybko nie zrobię, o ile w ogóle. Wciąż jestem w średniowieczu, na Witelonie, bo to są cztery tomy po osiemset stron, od średniowiecza do Jana Pawła II5.

Opowiadałem mu różne moje przygody dziwnego wojaka Szwejka w Solidarności Walczącej i o mojej działalności na emigracji. Mieliśmy dobre relacje. Kiedy zaprosiłem do Chicago Krzyśka Kidę z jego córką, to w tym samym czasie na takie wakacje zaprosiłem też córkę Bohdana Urbankowskiego. Był mi bardzo wdzięczny. Następnego roku, gdy otrzymał nagrodę literacką, chyba od Instytutu Piłsudskiego w Nowym Jorku, po odbiór której przyjechała jego córka, to ja wtedy również pojechałem do Instytutu i siedziałem obok Hani jako rodzina. Jak ludzie pytali ją, kim jestem, to Hania mówiła o mnie wujek.

Darku, kto twoim zdaniem miał największy wpływ na twoje życie, stosunek do świata i podejmowane decyzje? Rodzina, nauczyciele czy rówieśnicy?

Miałem wyrozumiałą wychowawczynię - panią Warchołowską, która uczyła języka polskiego. Pamiętam, że pod koniec ósmej klasy, gdy wystawiała oceny, wołała do siebie każdego ucznia i uzasadniała proponowany stopień. W końcu i mnie poprosiła do swojego biurka. Myślałem, że to koniec, znowu będę musiał poprawiać. Ona wzięła mnie za rękę, spojrzała, uśmiechnęła się do mnie i powiedziała: "Darek, jesteś draniem, ale tak sympatycznym i tak inteligentnym draniem, że daję ci trójkę, nie zmarnuj tego". To było coś niesamowitego. Jak widać, zdarzali się nauczyciele, którzy doceniali moją osobowość. Noty w dzienniku nie odzwierciedlały tego, kim byłem. Wiele razy traktowali mnie indywidualnie, chociaż nie powinni.

W naszej kamienicy mieszkała nauczycielka, z którą mieliśmy chyba wychowanie obywatelskie czy coś takiego. Nie lubiła mnie. Przez wiele lat krzyczała na mnie, bo komuś z jej rodziny coś złamałem czy zepsułem i ona to pamiętała. Pewnego dnia na długiej przerwie lekcyjnej zaobserwowała moje zachowanie w trakcie gry w piłkę nożną. Nie przypominałem jej tego ucznia, który zwykle siedzi przestraszony w kącie klasy i z którego inni uczniowie się śmieją. Na boisku miałem autorytet wśród kolegów, cenili moje umiejętności. Świadomość, że niektórzy nauczyciele widzieli dualizm mojej osobowości, sprawiała, iż nie czułem się stracony.

Szkoła średnia stanowiła przełom w moim życiu. Jeden z nauczycieli, zatwardziały komunista, dał mi możliwość namalowania w holu - przy wyjściu ze szkoły - bitwy o Westerplatte. On też wciągnął mnie do harcerstwa. Zostałem jednym z najmłodszych podharcmistrzów. Miałem piękny mundur, sznury, wyjeżdżałem na obozy, rozwijałem się i to mnie nobilitowało.

Dobrym przewodnikiem życiowym była moja babcia z Piotrkowa Trybunalskiego. Ona znała wiele tzw. życiowych mądrości, np. dłub w zębach, nawet jakżeś ziemniaki jadł, niech ludzie myślą, że jadłeś kotleta, coś takiego. Babcia pomagała rodzicom poprawiać naszą sytuację materialną. Pamiętam, że jako dziecko wstawałem o drugiej-trzeciej w nocy i kompletnie nieprzytomny jechałem z dorosłymi na plac ­Kromera, gdzie kupowaliśmy owoce i jarzyny, które rano sprzedawaliśmy na placu Grunwaldzkim. Zamiast iść do szkoły, sprzedawałem na placu. Wbrew pozorom to trudne dzieciństwo mnie kształtowało i hartowało. Zainteresowania sportowe i działalność harcerska przydały mi się potem w walce na ulicy. Zdolności plastyczne sprawiły, że mogłem projektować znaczki Poczty SW. To, że byłem wysportowany i miałem taki zmysł, iż dostrzegałem więcej niż inni, było istotne i pozwalało mi robić wiele skrajnych rzeczy.

Miałem też nauczyciela od karate - Jarek Kaczmarek, znany we Wrocławiu. On był szefem karate kyokushin. Pod wpływem jednego uderzenia jego dłoni pękało dziesięć-dwanaście cegieł, a co robił w życiu prywatnym? Rzeźbił krzyże, tzw. Chrystusy, i zanosił je na onkologię ludziom, którzy umierali, żeby księża mieli przy czym udzielać ostatniego namaszczenia. Przedobry człowiek, mistrz karate, przed którym każdy uciekał, bo miał ręce jak bochenki. W latach dziewięćdziesiątych trenował gromowców, a w życiu prywatnym rzeźbił świątki dla ludzi potrzebujących. Nikt by się po nim tego nie spodziewał. Dopiero po latach do mnie dotarło, że droga każdego jest "z góry" wyznaczona.

Gdy wyjeżdżałem na emigrację bez prawa powrotu, to w prywatnej willi jednego z czołowych kontestatorów, położonej w okolicach mostu Szczytnic­kiego, zorganizowano dla mnie pożegnanie, w którym uczestniczyła elita opozycji, głównie z SW. Miał być też Frasyniuk6, ale nie dojechał. Na pewno był Józef Pinior7, mecenas dr Aranka Kiszyna8 i pani Jadwiga Morawiecka9 z rodziną. Gospodarz domu wziął mnie na bok i mówi: "Darku, jak ty to zrobiłeś? Wcześniej nie działałeś w podziemiu, a w ciągu paru lat zdobyłeś uznanie tylu osób". Pytam go: "Ty poważnie to mówisz?". On: "Tak, no zobacz, ile osób przyszło, żeby cię pożegnać i zna twoje osiągnięcia. My tutaj Związek budowaliśmy, a ty przyszedłeś nikomu nieznany i potrafiłeś tak szybko zbliżyć się do Kornela i innych". Wydaje mi się, że to zasługa mojej autentyczności. Nie miałem wielkich oczekiwań. Chciałem być tylko pomocny i wówczas tę przestrzeń do realizacji swoich potrzeb otworzyli przede mną ludzie z Solidarności Walczącej.

Gdy byłeś nastolatkiem, jak wyobrażałeś sobie swoją przyszłość? Jakie były twoje ideały, marzenia?

Teraz dokładnie nie pamiętam, ale miałem romantyczną wizję swojej przyszłości. Byłem zafascynowany ekranizacjami powieści historycznych Henryka Sienkiewicza, takimi jak Krzyżacy czy Potop. Wgapiałem się w ekran telewizora, chciałem być tym rycerzem, chciałem walczyć jak oni za ojczyznę, być Kmicicem, jako Babinicz wysadzić działa albo przepędzić Niemców jak w Czarnych chmurach. Filmy z czasów komuny są dużo lepsze. One oddziaływały na moją patriotyczną wrażliwość i wykreowały moje romantyczne serce. Miałem też marzenia artystyczne. Szkoda, że zmarnowałem swój talent i przestałem rysować. Gdy oglądałem zdjęcia Wyspiańskiego w Paryżu czy czytałem o trudnej sytuacji materialnej Norwida, to myślałem, że zgodziłbym się na tę ich biedę, żeby tylko móc stworzyć coś mądrego, pięknego, coś wartościowego, co przyda się innym. I gdy potem przytrafiła mi się życiowa okazja wzięcia udziału w czymś ważnym, nie odwróciłem głowy, jeżeli chodzi o tę moją działalność podziemną. To jest jak odjeżdżający pociąg - widzisz ostatni wagon i musisz podjąć decyzję: wsiadasz czy zostajesz.

Później były marzenia o żeglowaniu, pochłaniałem te "Miniatury Morskie". Pamiętam taki kadr z dzieciństwa, przyjechał z Piotrkowa Trybunalskiego i mieszkał z nami dłuższy czas mój starszy brat Mirek, a właściwie Henryk - z pierwszego małżeństwa ojca. Oglądaliśmy razem Przygody Tomka Sawyera i potem te historie odtwarzaliśmy. Zamiast do szkoły chodziliśmy na wagary do parku Szczytnic­kiego. Tam były fosy z czasów wojny, teren wokół był jeszcze nieuporządkowany. Budowaliśmy tratwy, na których pływaliśmy jak filmowy Tomek, często pod prąd. Inne dzieci w szkole, a my pływamy. Fajnie było, ale źle się skończyło, bo kiedy uzupełnialiśmy lekcje, aby ukryć, że wagarowaliśmy, do domu wróciła mama i zapytała, co my tu robimy. Często te ucieczki były podszyte tym romantyzmem polskim i chęcią przeżycia jakiejś przygody.

A skąd się wzięło twoje zainteresowanie sztukami walki?

Kiedy dorastałem, Bruce Lee i karate to były sprawy kultowe. Co drugi chłopak chciał ćwiczyć kyokushin, robił pompki i latał w kimonie. Ta dyscyplina sportu cieszyła się wtedy ogromną popularnością, a o miejsce na treningach nie było łatwo. Na zapisy do sekcji karate młodzież ustawiała się w kolejkach. Raz czy dwa się nie dostałem, bo mam za krótkie nogi, jednak byłem zawzięty, dużo sam ćwiczyłem, dopóki nie uzyskałem odpowiedniej budowy i siły fizycznej. Miałem psychikę stworzoną do walki.

Jest coś, co dręczy twoje sumienie?

Kiedyś w konspirze do swojej sekcji wziąłem młodszego brata Piotra, który wtedy liczył 16 lat. Miałem już spore umiejętności i czułem przewagę nad innymi, co powodowało, że szukałem przeciwnika i czasami swoją siłę okazywałem w niewłaściwy sposób. Kierowanie się normami etyczno-moralnymi w sportach walki jest niezwykle istotne, żeby w dobrej wierze wykorzystywać swoje umiejętności. Ja jednak jeszcze wtedy nie miałem tych moralnych przestrzeni dobrze poukładanych. Pamiętam, że miałem konflikt z młodszym bratem, bo on czuł się już wytrenowany i silny. Gdy w domu doszło do spięcia między nami o coś niezbyt ważnego, dwa razy uderzyłem go z dużą siłą, co spowodowało, że skulił się z bólu. Do dzisiaj mam do siebie o to żal w sercu. Uważam, że to było najgorsze, co mogłem zrobić własnemu bratu. Uderzyć go tylko po to, żeby mu udowodnić, że to ja mam rację i jestem silniejszy. A chodziło o jakąś kompletną bzdurę, wyniesienie śmieci czy coś.

Wróćmy do twoich treningów.

Treningi karate były płatne i odbywały się w szkołach, po lekcjach. Instruktorzy wynajmowali sale, na których prowadzili zajęcia. Na początku rodzice dawali mi pieniądze na ten cel, ale gdy byłem w szkole średniej, dorabiałem na budowie u wujka. Jako młody chłopak latałem z taczką pełną betonu na trzecie piętro, ciężko pracowałem przez część lata, żeby móc jechać na wakacje. A jak już skończyłem 16 lat, mogłem pracować jako ratownik, jechałem nad morze i pracując tam, miałem jednocześnie wakacje. Nieduże pieniądze przynosiłem jeszcze do domu. Z braćmi pomagaliśmy też rodzicom przy sprzedaży warzyw i owoców na targu i wtedy też mieliśmy pieniądze, albo jechaliśmy pomóc dziadkom przy żniwach.

Przypomniała mi się taka śmieszna sytuacja, jak poszedłem do szkoły żeglugi śródlądowej. Nie byłem jeszcze dobrym pływakiem, ale przez to harcerstwo już byłem aktywny i zacząłem robić wiele rzeczy pod szyldem szczepu "Orkan". Pewnego dnia wzięto mnie do drużyny pływac­kiej, bo brakowało jednej osoby do sztafety, potem wystawiono mnie w konkurencji, w której płynąłem sam na 50 m. Nawet dobrze mi szło, ale nie miałem techniki. Cały w nerwach, spięty wskoczyłem do wody. Basen miał długość 25 m. Płynąc, machałem rękoma jak cepami i myślałem o tym, jak wykonać wcześniej zaobserwowany nawrót fikołkowy przy ścianie basenu. Koledzy, którzy umieli pływać, znacznie mnie wyprzedzili. Gdy dopłynąłem do końca swojego toru, wykonałem nawrót w taki sposób, że z powrotem obróciłem się przodem do ściany basenu. Patrzę, nikogo nie ma, a że zupełnie nie wiedziałem, co się dzieje, pomyślałem, że wygrałem. Nagle usłyszałem, jak cały basen się śmieje, i po raz kolejny przeżyłem ogromną kompromitację. Orientowałem się już, że to nie są amatorscy pływacy, tylko świetnie zgrane zespoły i jak bardzo liczył się wynik. Wówczas postanowiłem zmontować własną drużynę z kolegów ze szkolnego klubu płetwonurków. Nie chciałem czuć się pognębiony. Pomyślałem sobie, że im pokażę. Zawziąłem się - cały rok trenowałem, dwa razy dziennie chodziłem na basen. Patrzyłem i podglądałem, jak pływają zawodnicy na Racławic­kiej czy w Śląsku. Czytałem książki na ten temat i trenowałem. Kolejne zawody wygraliśmy w całości: ja dostałem trzy dyplomy, byłem pierwszy na 25 m w kapoku, w sztafecie zdobyliśmy srebrny medal i jeszcze jeden w czymś. Co ważne, żeby zdobyć pierwsze miejsce i mieć najlepszą drużynę na Dolnym Śląsku, musiałem oszukiwać, przerabiając płetwonurków na harcerzy, bo to były zawody harcerskie. Trochę mnie bolało, że nie można było uczciwie wygrać. Byłem w stanie sformować najlepszą drużynę amatorską, ale wiedziałem, że przegram, bo tam są zawodowi pływacy, którzy też są przerobieni na harcerzy. Jednak wszedłem w taki układ. Na naszych sukcesach skorzystał Jurek Żarnowski, który był komendantem naszego szczepu. Dostał jakiś awans i poszedł do komendy chorągwi. Wtedy zrezygnowałem z tego komunistycznego harcerstwa.

Pamiętasz, kiedy zaczął się kształtować twój stosunek do systemu komunistycznego?

Niestety w domu nie było żadnej historii. Nikt mnie nie uczył i nie kształtował moich poglądów, ale wydaje mi się, że byłem dosyć dobrym obserwatorem i lubiłem analizować różne zdarzenia. Zawsze wiedziałem, że jak mówią, iż coś jest, to tego nie ma, albo że gdzieś jest pokój, to tam się dzieje źle. Pamiętam, że jeszcze przed usunięciem Edwarda Gierka w 1980 r., kiedy nieustannie prezentowano sukcesy władzy, wiedziałem, że to nie jest prawda. Czułem, że ten system się zaraz rozleci. Miałem nieco utrudnioną sytuację, bo nie mogłem dojrzeć politycznie - jak inni ludzie na zewnątrz w trakcie strajków - i wtedy jeszcze nie znałem ­środowiska opozycyjnego. Po pracy w stoczni, skąd po wcześniej wspomnianej awanturze zostałem wyrzucony, i wskutek trudnej sytuacji mieszkaniowej postanowiłem spróbować szczęścia w kopalni. Zostałem przyjęty do pracy, ale w kwietniu 1980 r. dostałem powołanie do wojska. W czasie gdy odbywałem obowiązkową służbę wojskową, nastąpił wybuch strajków solidarnościowych. Żołnierze byli wówczas izolowani od wszelkich informacji z zewnątrz. Początek służby spędziłem na zawodach i treningach. Byłem już znany z udziału w sportach paramilitarnych. Startowałem w trójboju siłowym składającym się z trzech dyscyplin: pływania, strzelania i biegu. Byłem reprezentantem okręgu, grałem w piłkę nożną, doskonaliłem swoją sprawność fizyczną w wojskowym małpim gaju, chodziłem do półrocznej Szkoły Podoficerskiej Wojsk Inżynieryjnych w Nysie, w której zdobywałem kwalifikacje saper-miner. Uczyłem się tam m.in. zaminowywania, rozminowywania, wysadzania mostów, co mi się potem przydało. Jednym z moich obowiązków było sprzątanie kancelarii. Raz w trakcie sprzątania wydrukował się dalekopis adresowany do dowództwa jednostki. Przeczytałem go - to był pierwszy sygnał, kiedy zauważyłem, jak jesteśmy robieni w trąbę. Zawierał informacje przeznaczone dla wyższej kadry oficerskiej, informacje dla personelu cywilnego, a następnie dla poborowych. Kadrę informowano o ciężkiej sytuacji w kraju, a personel, że socjalizm zwycięża. Wszystko na takiej jednej długiej kartce. Przeczytałem kilka takich dalekopisów, co ­otworzyło mi troszkę oczy na to, że coś jest nie tak. Wcześniej wiedziałem, czym jest komuna, ale nie miałem głębszej wiedzy. Wówczas zacząłem się już buntować przeciwko temu systemowi. Chciałem dołączyć do tych, którzy odmawiają składania przysięgi wojskowej. I kiedy przyszedł moment ślubowania, w którym miał uczestniczyć jakiś ruski generał, poszedłem do dowódcy jednostki i powiedziałem, że nie będę przysięgał na wierność Armii Czerwonej. On poinformował mnie, że grozi mi za to areszt. Przeprowadził kilka rozmów dyscyplinujących i w końcu mówi: "Zrozum, nie chcę mieć problemów. Jak chcesz, to nie przysięgaj, ale idź na ten plac". W dniu przysięgi, kiedy cały pluton wojska stał czwórkami na placu, doszło do niesamowicie sprzyjającego mi zdarzenia. Gdy mieliśmy wypowiadać słowa przysięgi, jeden ze stojących za mną żołnierzy zemdlał i zrobiło się zamieszanie. Pewnie było mu za gorąco, ponieważ stojąc w mundurach w palącym słońcu, czuliśmy się bardzo zmęczeni. Ostatecznie udało mi się uniknąć ślubowania na wierność Armii Radziec­kiej, a moją odmowę zakamuflowano. W wojsku wszystkim poborowym z urzędu wręczano legitymacje przynależności do różnych socjalistycznych organizacji młodzieżowych. Ja również taką otrzymałem, chociaż bez mojego zdjęcia. Oponowałem, tłumaczyłem, że ja do żadnej organizacji nie należę i z komuną nie chcę mieć nic wspólnego. Przełożeni jednak twierdzili, że wszyscy poborowi muszą należeć, i podbijali nam te legitymacje. Buntowałem się przeciwko tym absurdom. Doświadczałem tego, jak zakłamany jest komunizm. Nie była to jednak jeszcze taka świadomość, gdzie miałbym wszystko poukładane.

Po ukończeniu szkoły saperów w Nysie i po tym konflikcie przysięgowym przewieźli nas do jednostki wojskowej w Gorzowie Wielkopolskim. Mało tam było wojska, gdyż część jednostki wysłano na jakąś misję. W mieście wyraźnie czułem, że jesteśmy izolowani i nie docierają do nas wiadomości z zewnątrz, bo to już był czas "Solidarności". Doskwierało mi to i chciałem się wszystkiego dowiedzieć. Pomimo starań nie mogłem dostać przepustki, więc przeskakując przez płot, uciekałem z koszar. Zabierałem swój wyjściowy mundur, właściwie kradłem go i wiałem do miasta, bo np. dowiedziałem się, że w kinie mają grać film Robotnicy ?8010. Przez te ucieczki wchodziłem w konflikt z przełożonymi.

Jeszcze wcześniej - jako utalentowanemu plastycznie żołnierzowi - powierzono mi wymalowanie świetlicy. Namalowałem Tadeusza Kościuszkę, żołnierzy, ale brakowało w tym odniesień komunistycznych. Moje dzieło przyszli oglądać oficerowie polityczni. Podobało im się, jednak chwaląc, rozglądali się, gdzie są te akcenty polityczne. A tam żadnego czerwonego nie było, tylko same zwycięstwa Kościuszki i Pułaskiego.

Pamiętam, że w wojsku mieliśmy zajęcia polityczne. Przychodził oficer i nas indoktrynował socjalistycznie. Wśród moich kolegów było kilka osób, które orientowały się w sytuacji na zewnątrz i zadawały mu trudne pytania. Oficer polityczny wpadał wówczas w panikę. W końcu za moją aktywność, wymalowanie świetlicy i osiągnięcia sportowe dostałem urlop na święta do domu. Potem jednak doszli do wniosku, że im się nie podoba moje polityczne myślenie, i mi go zabrali. Chcieli mnie też zdegradować. Bardzo się zdenerwowałem, miałem ochotę zemścić się na czerwonych i zacząłem częściej uciekać z jednostki do miasta. Jak wracałem, to specjalnie po apelu, żeby się doliczyli, że mnie nie ma. Innym razem, gdy pełniłem służbę podoficera dyżurnego, zarządziłem zbiórkę dla członków PZPR i innych ugrupowań politycznych. Drzwi się pozamykały, nikt nie wyszedł. Dobrze wiedziałem, którzy to są, ponieważ często mieli zbiórki w podgrupach, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba było coś zrobić. Bardzo mnie to denerwowało, bo to było niesprawiedliwe, że inni pracowali, a komuniści w tym czasie zbiórkę robili. No to chodziłem, otwierałem salę, gdzie byli żołnierze, i pytałem o przynależność do komunistów. Wyciągałem ich i pamiętam, że dziewięciu zamknąłem w ubikacji, a następnie trzymałem kilka godzin. Wypuściłem ich tuż przed pobudką. Za działania niezgodne z regulaminem oficer polityczny chciał mnie ukarać, bo przecież nie ma takiej komendy: "czerwoni" na zbiórkę. A że w jednostce zajmowałem się sprawami kulturalnymi, miałem kontakt z córką dowódcy, ponieważ chodziliśmy do jej liceum na potańcówki. Tańczyłem z nią, a ten dowódca pułku mnie obserwował i zauważył, że nie jestem taki zły, jak ten polityczny mu gadał. Kiedy znalazłem się na dywaniku u dowódcy pułku, spokojnie tłumaczyłem obu, odwołując się do historii, że taki podział był od powstania styczniowego, że byli "biali" i "czerwoni", więc ja robiłem "czerwonym" zbiórkę. Dodałem, że "czerwony" to nie jest nic obraźliwego, tylko fakt historycznie udokumentowany. Wiedziałem, że major polityczny jest słaby z historii. Dowódca pułku przy tym majorze był twardy i stanowczy, ale szybko się go pozbył. Zawołał mnie do biurka, napisał mi na kartce imię i nazwisko jakiegoś lekarza i powiedział: "Słuchaj, ja widzę, że ty masz kłopot ze zdrowiem. Miałeś problem z kręgosłupem, więc ja ciebie wyślę na badania konkretne. Wydaje mi się, że ty nie dajesz rady fizycznie, dlatego jesteś taki nerwowy. Jedź do tego lekarza i powiedz prawdę. Nie ukrywaj tej choroby z kręgosłupem". I tak było - za dwa dni gazikiem z tej jednostki zawieźli mnie do Poznania, zrobili badanie i zwolnili mnie do rezerwy ze względu na stan zdrowia. Ten pułkownik po prostu się mnie pozbył, nie chciał mnie karać, w przeciwnym razie mógł mnie wsadzić do więzienia.

Jednak zanim zwolnili mnie z dalszego odbywania służby, była jeszcze jedna afera. Przywiozłem do jednostki album Jacka Malczewskiego i przerysowałem jego obraz Chrystus przed Piłatem. Jakiś politruk wszedł do tej naszej podoficerówki. Album był zamknięty, ale na łóżku leżał idealnie przerysowany Chrystus przywiązany do bambusowej łodygi przed obliczem Piłata. Politruk od razu dostał wścieklizny z tego powodu, bo jak to, wojsko socjalistyczne, a tu jakiś Chrystus. Pamiętam, że tłumaczyłem się w ten sposób, że to jest przecież obraz z legalnej książki Jacka Malczewskiego. Oni pytali, czy nie mogłem czegoś innego przerysować, a nie Chrystusa. Pomyślałem sobie, dobrze "czerwoni", jak was Chrystus boli, to dobrze. Mieli wielkie pretensje o ten rysunek.

Czyli jak wstępowałeś do służby wojskowej, nie miałeś określonego nastawienia do wojska i komunizmu? Szedłeś, bo nie było wyboru. Natomiast po zetknięciu się z panującymi tam zasadami i pod wpływem propagandy zmienił się twój stosunek czy zaostrzył?

On się zaostrzył, wiedzę miałem. Jeden z moich sąsiadów, Tadeusz Rokoszewski, który mieszkał piętro wyżej, opowiadał mi o wydarzeniach Grudnia ?70. Pan Tadeusz był kierownikiem budowy, skończył studia, dobry gościu, ale pił, jak to w tamtych czasach na budowie. Zastępował mi ojca. Mówił mi dużo o historii, o Katyniu, o Piłsudskim, o Legionach. Pamiętam, jak wspólnie oglądaliśmy to, co się działo na Wybrzeżu. Miałem wtedy 13 lat i coś tam już rozumiałem, więc on tłumaczył mi, co się dzieje, również późniejsze strajki i robotnicze protesty w Ursusie, Radomiu i Płocku. On też pilnował, żeby nie prowadzić żadnej wszechnicy, bo ktoś mógł donieść. U nas była bieda, a on miał brata w Ameryce i dobrze im się wiodło jak na tamte czasy. Pamiętam, jak kupił samochód Syrenę 104 i zaprosił mnie na wspólną przejażdżkę, ponieważ mnie bardzo lubił i cenił, a ja czułem się wyróżniony. Pan Tadeusz miał swoją rodzinę, młodszego od nas syna i żonę, ale mimo wszystko poświęcał nam czas, tzn. mi i mojemu bratu Piotrowi. Lubiliśmy do niego przychodzić, bo u niego był ten dobrobyt. Zawsze nas czymś częstował, miał wyświetlacz do slajdów i czasami wyświetlał i czytał nam bajki. On był dla mnie autorytetem. Pokazywał nam i tłumaczył, co się dzieje w kraju, chociaż sam też musiał w tym systemie funkcjonować. Nie wiem, czy należał do partii, raczej nie. Kiedyś chciałem mu zaimponować i napisałem wiersz o Piłsudskim, błędnie zapisując nazwisko marszałka. Był ze mnie taki dumny, tylko delikatnie zwrócił mi uwagę na niewłaściwą pisownię.

Konflikt między systemem a mną narastał w wojsku. Wiedziałem, że jesteśmy okłamywani, ponieważ co innego czytałem w dalekopisach, a co innego nam mówiono. Myślę, że przeniesiono mnie do rezerwy ze względu na stan zdrowia. Jednak tak naprawdę to chyba mnie rozgryźli, że jestem zdolny do czynów, których oni sobie nawet nie mogą wyobrazić. Raz w trakcie ucieczki z jednostki przez płot nakrył mnie wartownik i krzyczy: "Stój, bo strzelam!". Ja mówię: "To strzelaj, jak chcesz". Miałem taką odporność psychiczną, że się nie bałem. Mógł strzelić albo nie. Potrafiłem takiego wartownika zamrozić. Mówię: "Odpuść". Specjalnie wracałem po apelu, kiedy wszyscy musieli się rozliczyć. Żołnierze z mojego plutonu ustawiali się tak, żeby nie było widać, że mnie nie ma. Dowódca plutonu meldował, że jestem, a ja na płocie, a za płotem stoi wartownik z karabinem. Taką miałem fantazję. W wojsku często wchodziłem w konflikt z innymi żołnierzami. Biliśmy się, aż krew się lała. Miałem tam kolegę, którego poznałem w szkole wojskowej w Nysie. On był bokserem, chyba rok młodszy ode mnie, taki wysoki chłopak, razem przyjechaliśmy do Gorzowa Wielkopolskiego. Starsi żołnierze próbowali nas ustawiać. Kazali nam robić pompki itd., więc my stawaliśmy z nimi w szranki, ich czterech, a nas dwóch. Zawsze było tak, że jak ktoś mnie obraził albo uraził mój honor, to nie obchodziły mnie konsekwencje. Męstwo i zasady walki brały górę nad odpowiedzialnością. Za bicie się na służbie groziły chyba trzy lata więzienia, ale ja to robiłem.

Miałeś trochę szczęścia...

Czuję, że przez całe życie czuwa nade mną opatrzność. Odnoszę wrażenie, że te wszystkie przygody, które mi się przydarzyły, nie powinny się tak skończyć, bo to nie było możliwe. A jednak... Te wszystkie skrajne sytuacje, pokonywanie strachu w trakcie akcji ulicznych, decyzje, w którą stronę uciekać przed ZOMO, dzisiaj wierzę, że to nie ode mnie zależało. Podam przykład - po powodzi w ramach klubu płetwonurków czyściliśmy turbiny z rzeczy, które do nich wpłynęły i je blokowały. W trakcie wyciągania zalegających przedmiotów nagle zobaczyłem, że kończy mi się powietrze i coś blokuje moje ruchy. W panice zacząłem się szarpać, a że byłem na lince, bo tam było ciemno, to pociągnąłem za nią, żeby koledzy mnie wyciągnęli. Jedna z czterech turbin była tak ustawiona, że było wyjście przez taką betonową dziurę do góry. Nagle linka się zerwała. Zostałem na jednym wdechu w czarnej wodzie i miałem cztery otwory, z których tylko jeden prowadził do wyjścia. Musiałem w ciemno zdecydować, którędy próbować się wydostać. Gdybym się pomylił, tobym nie przeżył.

Dalsza część w wersji pełnej

1 Seria "Miniatury Morskie" ukazywała się nakładem Wydawnictwa Morskiego w latach 1958-1978. Leonid Teliga w 1970 r. wydał w niej pozycje: Opty od Gdyni do Fidżi, Opty od Fidżi do Casablanki.

2 Marek Petrusewicz (1934-1992) - pływak, prawnik, działacz opozycji w PRL. Pierwszy polski rekordzista świata w pływaniu stylem klasycznym na 100 m. Od 1980 r. w "Solidarności", w latach 1982-1990 współpracownik SW, której udostępnił własne mieszkanie do prowadzenia działalności drukarskiej, prowadził nasłuch radiowy SB i działalność kolportażową.

3 Polaków portret własny, cz. I: Ilustracje, cz. II: Opisanie ilustracji, oprac. zbiorowe pod red. M. Rostworowskiego, Warszawa 1983, 1986.

4 Bohdan Urbankowski (1943-2023) - pisarz, poeta i filozof. Twórca i teoretyk ruchu nowego romantyzmu, związany z nurtem niepodległościowym opozycji w PRL. Współredaktor pism i wydawnictw podziemnych, przede wszystkim KPN i "Solidarności". Autor dramatów, esejów, zbiorów poezji, prac filozoficznych, sztuk teatralnych i radiowych, a także monografii.

5 Zob. B. Urbankowski, Źródła. Z dziejów myśli polskiej, t. 1-4, Warszawa 2017.

6 Władysław Frasyniuk (ur. 1954 r.) - kierowca, działacz opozycji w PRL, przedsiębiorca, polityk. W sierpniu 1980 r. uczestnik strajku w MPK Zajezdnia nr 9, a następnie członek "Solidarności" oraz przewodniczący Zarządu Regionu Dolny Śląsk. W stanie wojennym tworzył podziemne struktury Związku. W latach osiemdziesiątych dwukrotnie więziony za działalność polityczną.

7 Józef Pinior (ur. 1955 r.) - prawnik, nauczyciel akademic­ki, działacz opozycji w PRL, polityk. Od 1980 r. wraz z Frasyniukiem współorganizator "Solidarności" na Dolnym Śląsku, m.in. rzecznik finansowy Związku. W 1981 r. doprowadził do wypłaty z banku funduszy związkowych (80 mln), które zdeponował u abp. Henryka Gulbinowicza. Związany również z Ruchem "Wolność i Pokój" oraz Pomarańczową Alternatywą. W 1987 r. współzałożyciel i wiceprzewodniczący PPS, od 1988 r. w PPS-Rewolucji Demokratycznej. W 1989 r. współzałożyciel Solidarności Polsko-Węgierskiej. Represjonowany za działalność opozycyjną.

8 Halina Aranka Ostrihansky-Kiszyna (1924-2008) - adwokat. W czasie II wojny światowej żołnierz AK, w stanie wojennym obrońca dolnośląskich opozycjonistów w procesach politycznych.

9 Jadwiga Morawiecka (ur. 1931 r.) - chemik, nauczycielka, działaczka SW, żona Kornela Morawiec­kiego.

10 Pełnometrażowy film dokumentalny w reżyserii Andrzeja Zajączkowskiego i Andrzeja Chodakowskiego. Jest to relacja z przebiegu akcji strajkowej w sierpniu 1980 r. i negocjacji Między­zakładowego Komitetu Strajkowego z przedstawicielami Komisji Rządowej. Premiera miała miejsce w 1980 r.