Erotyki - Kazimierz Przerwa-Tetmajer

Kup ebooka

8.49 zł
6.96 zł (3,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Hymn do miłości

Tyś jest najwyższą z sił, wszystko ulega tobie miłości. Życie jest żądzą, o tyś z żądz największą, prócz samej żądzy życia; duszą duszy i sercem serca życia tyś jest miłości. Jeśli najwyższem szczęściem zapomnienie, bezwiedza i niepamięć własnego istnienia: toś ty jest szczęściem szczęścia, ty, co dajesz omdlenie duszy i omdlenia zmysłom i myśli kładziesz kres upajający miłości. Jeśli złudzenia są jedynem dobrem: toś ty największem dobrem, najsilniejsze ze wszystkich złudzeń, ty, moc mocy, pierwotna, dzika, nieznająca kiełzań, święta potęgo miłości. Jeśli pragnienia są jedyną ową poręczą, która chroni od upadnięcia w przepaść rozpaczy i wstrętu; jeśli są jedynym mostem, po którym można iść nad odmęt nudy;

jeśli jedynem są lekarstwem, które broni od cierpień zwątpienia i zbrzydzeń, pogardy świata i od samowzgardy: o ty, o matko pragnień, jesteś ową poręczą, mostem i lekarstwem, jesteś zbawczynią ludzi, miłości. Czas idzie i zmieniają się wiary, bóstwa w proch upadają jedne po drugich, dziś czczone, jutro deptane przechodzą przed oczyma ludzkości, by więcej nie powrócić: ty trwasz wieczysta, jak strach, głód i zawiść, pierwotna, tak jak one, jak one tryumfalna, nad wszystko wyniesiona, niepokonana niczem i nigdy, tak, jak one, pierwotna, dzika potęgo miłości. Wdzięku, piękności natury, kędyś jest wobec wdzięku i piękna miłości? jesteś, jak rama do obrazu, jak otęcz promieni skrzącemu kręgowi słońca. Kędyś jest, liściu róży, wobec ust ukochanej?

Kędyś szafirze niebios, morza błękicie wobec ócz ukochanej? Kędyś szumie jaworów i śpiewie ptaków w wiosenne rano, wobec głosu ukochanej? Kędyś ciszo grot pośród paproci, pod gęstemi zaplotami bluszczów, wobec milczenia ukochanej? Kędyś jest śniegu, różowiony blado od blasku słońca, wobec koloru ciała ukochanej? Kędyście linie cudowne gór i skał, kędy łuk tęczy świetlisty, kędy przepysznych wodospadów wstęgi, smukłe narcyzy, palmy wybujałe, kędy obłoki lotne i powiewne, wobec kształtów ciała ukochanej? Kędyś mchu miękki, liściu aksamitny, wobec jej piersi dotknięcia i dłoni? Kędyś marmurze gładki, grzany słońcem, wobec jej białych bioder, spływających cudowną linią w odurzający wzrok, dech wstrzymujący kształt, który rękę przykuwa do siebie? Kędyś jest czarze nocy księżycowej, czarze poranku, kiedy słońce wschodzi

z za gór dalekich; uroku jezior, co się nagle jawią pośród skał, senne, i tej zieleni złocistej, ze szczytów widzianej w dali, wobec czaru ukochanej? Kędyś jest melancholio wieczorów jesiennych wobec jej smutku? Kędyś wesele letniego południa przy jej radości? Kędy o sławie sny, sny o potędze, zwycięstwach dumy, odpłaceniu krzywdy, o nieznoszeniu niesprawiedliwości, wobec snów o ukochanej? Kędyś pragnienie posiadania złota przy posiadania jej ciała pragnieniu? Kędyś jest żądzo poznania wszystkiego co jest poznanem, albo niem być może, wobec pragnienia poznania wskroś duszy ukochanej kobiety? Tak, tyś najwyższą z sił, tyś życiem życia miłości. Najsłodszą rozkosz i najsroższą boleść ty sprawiasz; tyś jest tak, jak śmierć, królową wszechistnień ziemskich, pierwotna potęgo miłości.

Narodziny Afrodyty

Złocisty-to był dzień. Błękitne zadumanie objęło cały świat. Na modrym oceanie słoneczny zasnął blask. Na ziemi i na niebie cisza zdawała się wsłuchiwać sama w siebie. Omdlewał w okrąg świat od światła i gorąca, różany płonął kwiat, srebrniała lilia drżąca, nad cichą, modrą toń nieskończonego morza płynęła kwiatów woń, jak lutni dźwięk w przestworza. Wtem - jakby zwiewny rój motyli skrzydłem drżącem potrącił śpiący blask i śpiącą głąb pod słońcem: zadrgała senność sfer i kwiaty zaszeptały, niepokój jakiś świat ogarnął nagle cały, oczekiwanie - cud jakiś się dziwny ziści, - z błękitno-złotych wód, z zielono-złotych liści dźwięczący wybiegł szmer, lękliwy i radosny, zadrgała senność sfer, jak w narodziny wiosny.

I ze srebrzystych pian, co w słońcu nieruchomie w tęczach świetlanych skier leżą na wód ogromie, wśród blasku, ciepła, mgieł złocistych, z wód kryształu nagi niewieści kształt wynurza się pomału... Zdumienie zdjęło świat: przejrzyste milkną sfery, drżeć przestał róży kwiat, liliowe ścichły szmery, jakby zaklęta, woń stanęła skrysztalona, i w zadziwieniu w toń spojrzała nieb opona. A ze srebrzystych pian Afrodis wyszła biała i naprzód słońcu swój promienny uśmiech słała, potem przez modrą głąb powoli szła ku ziemi, znacząc swej drogi ślad kroplami świetlistemi, i boski uśmiech śle niebiosom, lądom, wodzie, a świat dziwował się przecudnej jej urodzie, blask ją osuszać biegł, woń obcierała z rosy, u nóg jej śnieżnych legł ocean modrowłosy. A ona w słońcu swe suszyła ciało białe, zefiry pieszczą ją z rozkoszy oszalałe, ślizgają się do stóp po nogach jej do łona, całują piersi jej i szyję i ramiona, spijają perły pian z jej zagięć i lubieżne w lotny okrążą tan jej uda smukłe, śnieżne, zwolna się suną wzdłuż jej pełnych biódr, a potem ku ustom z wonią róż wzlatują nagłym wzlotem.

Muskają włosy jej złociste, miękkie, śliczne, złocisty szafir ócz owieją balsamiczne, i omdlewając już do stóp jej kornie padną... A ona rękę swą podniosła światowładną i naga stała tam, a dziwna jej potęga aż do Hadesu bram nieprzekroczonych sięga, i zadrżał wszechświat w krąg, bo z morskich głębokości sprawczyni wyszła mąk najsroższych dla ludzkości.