Eri czarodziejka - Jacek Inglot

-
Proszę czekać

I. Nauka u Maru­szy

- Och, Eri, to zupeł­nie nie tak! - Maru­sza, nie­za­do­wo­lona z postę­pów dziew­czynki, ciężko wes­tchnęła.

Eri czuła się zmę­czona cią­gnącą się od rana lek­cją. Prawdę mówiąc, głowa ją roz­bo­lała od tych wszyst­kich ziół, któ­rych nazw musiała się nauczyć na pamięć. A każde było od cze­goś innego, na coś innego poma­gało lub mogło szko­dzić. Na doda­tek w cha­cie szep­tu­chy pano­wał zaduch. Poprzed­niego dnia zbie­rały na łące macie­rzankę. Teraz jej pęczki suszyły się u powały, wypeł­nia­jąc powie­trze cięż­kim, słod­ka­wym zapa­chem.

- Chore rośliny pod­le­wamy napa­rem z rumianku, a nie z mięty - pouczała Maru­sza. Przed nią na stole leżały zasu­szone białe kwiatki z żół­tym oczkiem. - Możemy też posa­dzić rumia­nek obok sła­bej i cho­rej rośliny, a wnet odzy­ska ona zdro­wie i siły. Miętę nato­miast... - tłu­ma­czyła dalej, wska­zu­jąc na zie­lone listki - ...warto posa­dzić przy kapu­ście. Wyro­śnie piękna i dorodna. Wywar z mięty pomaga ludziom na bolące brzu­chy...

To aku­rat Eri dobrze wie­działa. Nie­raz bowiem mama parzyła miętę jej ojcu i bratu, gdy zje­dli za dużo na obiad czy kola­cję.

- Dobrze jest wtedy wypo­wie­dzieć zaklę­cie: Brzydka bole­ści, zni­kaj bez wie­ści.

Eri ski­nęła głową, sta­ra­jąc się wszystko dokład­nie zapa­mię­tać. Od pół roku uczyła się u szep­tu­chy, wpro­wa­dzana w sekrety, które od poko­leń prze­ka­zy­wały sobie wiedźmy i zie­larki. W przy­szło­ści sama chciała zostać cza­ro­dziejką tak powa­żaną jak Maru­sza.

- A fasola do czego służy? - zapy­tała, wska­zu­jąc kupkę zia­re­nek leżącą w rogu stołu.

Maru­sza wzięła jedno i pod­rzu­ciła na dłoni.

- To tali­zman chro­niący przed złymi mocami. Dla­tego mamy wkła­dają fasolę do dzie­cię­cych łóżek, aby jej moc odpę­dzała nie­do­bre sny, które przy­cho­dzą do śpią­cych, by im noc uprzy­krzyć. Moc podobną, choć znacz­nie więk­szą, posiada też czo­snek, któ­rego woń pło­szy złe duchy i nocne widzia­dła.

Dziew­czynka przy­glą­dała się roz­ło­żo­nym na stole zio­łom, korzon­kom i ziar­nom, zbie­ra­nym w lesie i na pobli­skiej łące lub w przy­do­mo­wym ogródku. Spoj­rzała też na zawie­szoną nad sto­łem półkę. Szep­tu­cha trzy­mała tam wiel­kie moź­dzie­rze; ucie­rała w nich na pro­szek lecz­ni­cze zioła i korzonki. Koło naj­więk­szego moź­dzie­rza sie­dział kot Puszek, pupil Maru­szy. Jak zwy­kle obser­wo­wał lek­cję i nawet ją komen­to­wał gło­śnym mru­cze­niem. Na skraju półki Eri zauwa­żyła okrą­głe zie­lone puz­derko. Wczo­raj go nie było!

- Maru­szo, a co to jest? - zapy­tała, wska­zu­jąc puz­derko pal­cem.

Wiedźma się zawa­hała.

- Tego ci nie wolno ruszać - oznaj­miła po chwili. - To magiczny pro­szek z man­dra­gory, rośliny rosną­cej w dale­kich kra­jach. Mogą go uży­wać tylko osoby wta­jem­ni­czone w naj­więk­sze sekrety naszej nauki, potrafi on bowiem prze­mie­niać jedno w dru­gie... - Zamil­kła i wycią­gnęła rękę, jakby chciała zdjąć z półki zie­lone puz­derko, ale wtedy skrzyp­nęły drzwi i do chaty zaj­rzał skrzat Deczko, który słu­żył u Maru­szy jako odźwierny.

- Szep­tu­cho - rzekł gło­śno - ze wsi przy­szła stara Hana z jesz­cze jedną kobietą. Przy­nio­sły w kobiałce nie­mowlę, chore i ze straszną wysypką. Pro­szą cię o pomoc.

Rze­czy­wi­ście z dworu dobiegł płacz dziecka. Maru­sza szybko wyszła z chaty, gdyż ni­gdy nie odma­wiała pomocy potrze­bu­ją­cym. Dziew­czynka się ucie­szyła, że będzie miała chwilę prze­rwy. Zaczęła sobie na stole ukła­dać z zia­re­nek fasoli różne wzorki - kółka i ser­duszka - ale to ją znu­dziło. Coraz czę­ściej zer­kała na zie­lone puz­derko, które wyda­wało się jej wyjąt­kowo piękne i kuszące. A gdyby tak szybko coś prze­mie­nić, zanim wróci Maru­sza? Wzrok Eri padł na zasu­szoną łodyżkę lawendy. Może prze­mie­nić ją w kwiat róży...?

Wię­cej się nie zasta­na­wiała. Wspięła się na stół i się­gnęła po puz­derko. Otwo­rzyła wieczko i zaj­rzała do środka. Poczuła się roz­cza­ro­wana, zoba­czyw­szy szary pro­szek podobny do popiołu. Wcale nie wyglą­dał na magiczny. Się­gnęła jed­nak po szczyptę, zamie­rza­jąc posy­pać lawendę... Pomy­ślała, że przy­da­łoby się zaklę­cie, ale go nie znała. O prze­mia­nach jesz­cze się nie uczyła.

- Stań się różą - powie­działa po pro­stu. I syp­nęła pro­szek.

Wtedy stało się nie­szczę­ście. Sie­dzący do tej pory spo­koj­nie Puszek nie­spo­dzie­wa­nie hyc­nął na stół, pro­sto na lawendę. I magiczny pro­szek, zamiast na roślinę, spadł na jego futerko.

Bły­snęło i buch­nęło dymem. Kiedy opar się roz­wiał, prze­ra­żona Eri zoba­czyła, że na stole, zamiast kotka, biega w kółko... mała szara myszka, wyraź­nie prze­stra­szona. Dziew­czynka zamknęła oczy i potrzą­snęła głową, mając nadzieję, że to przy­wi­dze­nie. Nie­stety, kiedy je otwo­rzyła, po stole wciąż krę­ciła się mysz. A Puszek znik­nął! Eri rozej­rzała się roz­pacz­li­wie po cha­cie, ale ulu­bieńca szep­tu­chy ni­gdzie nie było.

Spoj­rzała znowu na myszkę. I wtedy do głowy zakra­dła się jej nie­przy­jemna myśl: czyżby prze­mie­niła w nią Puszka? Pochy­liła się nad zwie­rząt­kiem i przyj­rzała mu się uważ­nie, ale nie wyda­wało się podobne do zagi­nio­nego kota. Choć myszka była tak samo jak on łakoma, bo przy­sta­nęła przy uło­żo­nym z fasoli ser­duszku i zaczęła chru­pać zia­renka.

Drzwi skrzyp­nęły i w izbie poja­wiła się Maru­sza.

- Uży­łam uzdra­wia­ją­cego zaklę­cia i dziecku już lepiej, wysypka znika - powie­działa, a widząc zmar­twioną minę Eri, zapy­tała: - Czy coś się stało? - I spoj­rzała na stół.

Łakoma myszka wzięła się wła­śnie do pogry­za­nia korzon­ków. Wzrok Maru­szy padł na zie­lone puz­derko z otwar­tym wiecz­kiem.

- Mówi­łam ci, abyś go nie ruszała!

Dziew­czynka ze wstydu poczer­wie­niała jak piwo­nia.

- Nnno bbo ja chcia-chcia­łam... - jąkała się - ale wtedddy Pu-pusz­szekkk...

Wiedźma kolejny raz tego dnia ciężko wes­tchnęła i pokrę­ciła z rezy­gna­cją głową. Deli­kat­nie ujęła myszkę, uło­żyła sobie na dłoni i pochy­la­jąc się nad nią, szep­nęła kilka słów, któ­rych Eri nie dosły­szała, choć cie­ka­wie nad­sta­wiała ucha... Było to coś o odmia­nie i sta­wa­niu się na powrót. Po wypo­wie­dze­niu zaklę­cia Maru­sza poło­żyła zwie­rzątko na stole, wzięła odro­binę proszku z puz­derka i syp­nęła na mysie futerko. Tak jak poprzed­nio bły­snęło, zady­miło... i przed nimi na stole sie­dział wyraź­nie oszo­ło­miony, ale cały i zdrowy Puszek. Koci­sko miauk­nęło i sko­czyło na półkę, gdzie scho­wało się za wiel­kim moź­dzie­rzem.

- Zawsze słu­chaj swo­ich nauczy­cieli - przy­ka­zała Maru­sza. Zamknęła puz­derko i wrzu­ciła do jed­nej z prze­past­nych kie­szeni w far­tu­chu. - Tym razem skoń­czyło się dobrze, ale musisz się jesz­cze dużo nauczyć o cza­ro­wa­niu.

Zawsty­dzona dziew­czynka spu­ściła oczy. Maru­sza jak zwy­kle miała rację.

- Na czym to skoń­czy­ły­śmy? Aha, na czosnku... a te zie­lone listki przy­po­mi­na­jące nać pie­truszki to lub­czyk, ziele o wiel­kiej mocy...

*

Następ­nego dnia, w ramach kary za swoją nad­mierną cie­ka­wość i oka­zane nie­po­słu­szeń­stwo, Eri musiała cały ranek poma­gać skrza­towi w pra­cach gospo­dar­skich. Deczko miał dla niej wiele zadań - a to wody w wia­derku przy­nieść, a to dre­wie­nek do pale­ni­ska dorzu­cić, o to zagnieść cia­sto na pod­pło­myki. W tym cza­sie Maru­sza sie­działa na zydlu w kącie izby i czy­tała wielką księgę opra­wioną w czer­woną skórę, mocno już wytartą od czę­stego uży­wa­nia. Od czasu do czasu zer­kała na Eri, aby spraw­dzić, czy dziew­czynka z nale­żytą pil­no­ścią wyko­nuje zle­cone jej zaję­cia. Karty księgi były pokryte tajem­ni­czymi zna­kami. Eri wie­działa już, że to są runy - za ich pomocą mago­wie zapi­sują swoją wie­dzę. Miała nadzieję, że kie­dyś nauczy się je odczy­ty­wać. Maru­sza jej to obie­cała, pod warun­kiem że Eri będzie czy­nić postępy.

Koło połu­dnia szep­tu­cha uznała, że jej uczen­nica już wystar­cza­jąco odpo­ku­to­wała swoje nie­po­słu­szeń­stwo, zamknęła książkę i ski­nęła na dziew­czynkę, która wła­śnie koń­czyła skro­ba­nie mar­chewki na zupę.

- Zostaw to i podejdź do stołu. Co tam widzisz?

Eri wyko­nała pole­ce­nie. Na bla­cie dostrze­gła kilka kolo­ro­wych kamy­ków uło­żo­nych w rzą­dek.

- To kamie­nie szla­chetne - pouczyła ją Maru­sza. - Róż­nią się od polnych kamieni czy rzecz­nych oto­cza­ków tak samo jak zioła od zwy­kłej trawy. Posia­dają magiczne wła­ści­wo­ści, wzmac­niają też dzia­ła­nie cza­rów.

Wiedźma pode­szła do stołu i pod­nio­sła krwi­sto­czer­wony, przej­rzy­sty kamyk wiel­ko­ści ziarna bobu. Błysz­czał w świe­tle pada­ją­cym od okna. Eri wydał się piękny.

- To rubin - wyja­śniła nauczy­cielka. - Znany jest z tego, że odbiera lękli­wość i nastraja czło­wieka rado­śnie. Powinni go nosić przy sobie ludzie bojaź­liwi i skłonni do smutku. Pomaga też w miło­ści. Jeśli chło­pak wprawi go w pier­ścień i ofe­ruje swej wybrance, może być pewien, że jej uczu­cie pozo­sta­nie silne i trwałe. Także jeśli szep­tu­cha pod­czas przy­rzą­dza­nia lub­czyku... napoju na wznie­ce­nie miło­ści, już ci o nim mówi­łam... położy rubin obok naczy­nia, wywar nabie­rze podwój­nej mocy i sku­tecz­no­ści, wła­śnie za sprawą kamie­nia.

Odło­żyła go na bok i się­gnęła po podłużny jasno­zie­lony kamyk, nie więk­szy od małego palca u dłoni. Wyda­wał się prze­źro­czy­sty niczym woda w leśnej sadzawce.

- A to jest szma­ragd, kamień życia, wzro­stu i plen­no­ści. Pole­cany rol­ni­kom i ogrod­ni­kom, pomoże w dobrych zbio­rach. Noszą go także przy sobie ludzie, któ­rym pogar­sza się wzrok i pamięć...

- I co, im też pomaga? - wtrą­ciła Eri.

- Jeśli ma w środku skazę, to nie. Magiczne wła­ści­wo­ści posia­dają bowiem tylko naj­czyst­sze kamie­nie... o, takie jak ten sza­fir. - Maru­sza ujęła w palce nie­bie­ski okruch, rze­czy­wi­ście nie­ska­zi­telny jak bez­chmurne niebo. - Przy­nie­sie wła­ści­cie­lowi życiowe powo­dze­nie i szczę­ście... a zara­zem zabez­pie­czy przed róż­nymi przy­kro­ściami. Z kolei ten prąż­ko­wany, czyli agat...

W tym momen­cie na para­pe­cie otwar­tego okna wylą­do­wał z ogłu­sza­ją­cym łopo­tem skrzy­deł dorodny kruk, strą­ca­jąc doniczkę z brat­kami. Huk­nęła o deski pod­łogi i roz­pę­kła się na pół. Pta­szy­sko gło­śno skrzek­nęło i spoj­rzało na Maru­szę. Dziew­czynka zauwa­żyła, że kruk do pra­wej łapy ma przy­tro­czony drew­niany kołek pokryty tajem­ni­czymi zna­kami. Poznała runy, takie same jak na kar­tach księgi czy­ta­nej przez Maru­szę.

Kruk jesz­cze raz skrzek­nął, zesko­czył na stół i nie­zdar­nie poczła­pał w stronę wiedźmy. Ta nie oka­zała naj­mniej­szego zdzi­wie­nia. Odwią­zała kołek od jego nogi i zbli­żyła do oczu. Przy­glą­dała mu się dłuż­szą chwilę, odcy­fro­wu­jąc drobne znaki.

- Oba­wiam się, Eri, że na jakiś czas musimy prze­rwać nasze lek­cje - powie­działa, cią­gle z zasta­no­wie­niem przy­glą­da­jąc się kołecz­kowi.

- Dostała wia­do­mość z Czte­rech Wież - szep­nął Deczko do ucha dziew­czynki. - Za pomocą kru­ków mago­wie prze­sy­łają sobie wia­do­mo­ści.

Ptak spoj­rzał pyta­jąco na szep­tu­chę i po raz kolejny skrzek­nął. Maru­sza ski­nęła głową, wtedy obró­cił się i wsko­czył na para­pet, skąd skrzat w ostat­niej chwili zabrał doniczkę z pięk­nie kwit­ną­cym ole­an­drem. Kruk roz­po­starł skrzy­dła i tyle go widzieli.

Deczko sap­nął poiry­to­wany i zabrał się do sprzą­ta­nia po nie­spo­dzie­wa­nym gościu. Bratki na szczę­ście nie­zbyt ucier­piały i Eri miała nadzieję, że uda się je prze­sa­dzić. Spoj­rzała na wciąż zamy­śloną wiedźmę.

- Jak długo cię nie będzie? - zapy­tała.

Maru­sza ciężko wes­tchnęła i poło­żyła kołek na stole.

- Trudno powie­dzieć. Nie piszą, po co jestem wzy­wana. Mam przy­je­chać jak naj­szyb­ciej. Może wrócę dopiero zimą.

Eri nie kryła roz­cza­ro­wa­nia. Bar­dzo pra­gnęła kon­ty­nu­ować naukę. Tyle cie­ka­wych rze­czy chciała się jesz­cze dowie­dzieć. Zda­wała sobie jed­nak sprawę, że wezwa­nia od Wiel­kiej Rady magów nie wolno lek­ce­wa­żyć. Nie pozo­stało jej nic innego, jak pomóc skrza­towi w przy­go­to­wa­niach do podróży. Szep­tu­cha zamie­rzała wyru­szyć wcze­snym ran­kiem w jego towa­rzy­stwie. Uczen­nicy pole­ciła, aby opie­ko­wała się chatą i dbała o rośliny.

"Pod­le­wa­nie kwiat­ków to nie to samo co pozna­wa­nie zaklęć" - pomy­ślała Eri. Z dru­giej strony, jak czę­sto mawiał jej brat Janis, lep­szy rydz niż nic. Nieco tym pocie­szona poszła do spi­żarni po suchary i koła­cze. Maru­szy i Decz­kowi droga do Zamku Magów zaj­mie co naj­mniej trzy dni, musieli po dro­dze coś jeść.

II. Połu­dnice

Począt­kowo Eri cie­szyła się, że nie musi już wsta­wać o wscho­dzie słońca, aby wcze­snym ran­kiem zdą­żyć do Maru­szy na pierw­szą lek­cję. Szep­tu­cha była pod tym wzglę­dem bar­dzo wyma­ga­jąca, twier­dziła, że śpio­chy to naj­gorsi ucznio­wie. "Kto się wyle­guje do połu­dnia w łóżku, ten cza­ro­dzie­jem nie zosta­nie" - zwy­kła mawiać na widok zie­wa­ją­cej dziew­czynki.

Po wyjeź­dzie Maru­szy Eri mogła co dzień pospać dłu­żej. Szybko jed­nak stwier­dziła, że jej się zwy­czaj­nie... nudzi. Zaj­mo­wała się prze­waż­nie swoim małym bra­cisz­kiem Miszą. Prze­wi­jała go, kar­miła i koły­sała, nucąc przy tym pod nosem, co maluch bar­dzo lubił. Dzięki temu jej mama miała wię­cej czasu na pracę w gospo­dar­stwie, a że nastał czas żniw, całe dnie spę­dzała w polu z tatą i Jani­sem. Eri zosta­wała w domu sama z Miszą. Już po kilku dniach zro­zu­miała, jak bar­dzo bra­kuje jej lek­cji z szep­tu­chą. Zawsze dowia­dy­wała się na nich cze­goś nowego i cie­ka­wego. Teraz przez więk­szość dnia towa­rzy­szył jej gawo­rzący chłop­czyk. Opieka nad nim nie była tak zaj­mu­jąca jak pozna­wa­nie zaklęć i magicz­nych wła­ści­wo­ści ziół i kamieni.

Pole­cono jej też, aby pod­czas nie­obec­no­ści star­szych doglą­dała zwie­rząt w gospo­dar­stwie, zwłasz­cza tych mniej­szych - kur i kró­li­ków (kro­wami i świ­niami zaj­mo­wał się Janis). Musiała dbać, aby regu­lar­nie dosta­wały karmę i wodę. Czę­sto brała ze sobą Miszę, chłop­czyk bowiem uczył się cho­dzić i potra­fił już samo­dziel­nie zro­bić nawet kil­ka­na­ście kro­ków. Musiała go pil­no­wać, bo gdy na przy­kład sypała ziarno kurom, potra­fił nie­spo­dzie­wa­nie odbiec i scho­wać się w jakimś zaka­marku podwórka. Kie­dyś wlazł do psiej budy i sie­dział tam, psot­nik jeden, cicho jak tru­sia, aż w końcu zasnął. Ileż ona się go wtedy naszu­kała i nawo­łała! W końcu go zna­la­zła, jak spał wtu­lony w futro Burka, kudła­tego owczarka pil­nu­ją­cego obej­ścia.

Kilka dni po tym, jak Maru­sza wyru­szyła do Zamku Magów, ludzie we wsi zaczęli mówić o połu­dni­cach.

Eri wie­działa, co to za istoty, opo­wia­dała o nich kie­dyś stara Hana, a i Maru­sza coś wspo­mi­nała. Ci, któ­rzy je widzieli, opi­sy­wali połu­dnice jako rodzaj zjaw, duchów jakby utka­nych z mgły. Zwano je także polnymi marami. Poja­wiały się latem i snuły w powie­trzu skra­jem pól niczym dym, czy­ha­jąc na nie­ostroż­nych i cie­kaw­skich żni­wia­rzy. Nie były to bowiem istoty ludziom przy­ja­zne - gdy połu­dnica napo­tkała samot­nego paste­rza czy ora­cza, przy­bie­rała postać powab­nej nie­wia­sty i przy­zy­wała go do sie­bie. Gdy ten dawał się oma­mić, rzu­cała na niego czar nie­wo­lący. Nie­szczę­śnik, spę­tany zaklę­ciem, podą­żał za nią przez wiele dni i nocy, speł­nia­jąc każde jej pole­ce­nie, dopóki nie omdlał ze zmę­cze­nia. Zapa­dał wtedy w sen trwa­jący tyle samo, ile nie­wola. Wra­cał potem do domu chory i wynędz­niały, aby jesz­cze dru­gie tyle w łożu odle­żeć i dopiero wró­cić do zdro­wia.

Ale połu­dnice czy­hały nie tylko na doro­słych. Stara Hana opo­wie­działa kie­dyś inną, znacz­nie bar­dziej dra­ma­tyczną histo­rię.

- Kil­ka­na­ście lat temu połu­dnice poka­zały się na polach leżą­cych nie­opo­dal Lasu. Tak jakby z niego wyszły. Potem, pod wie­czór, poja­wiły się na skraju wsi. Ludzie rzu­cili się do domów po suszone liście jemioły, bo dym z nich odpę­dza polne mary. Roz­pa­lili liście w kocioł­kach i poszli tam, gdzie widziano zjawy. A one tym­cza­sem zakra­dły się do jed­nej chaty, gdzie w koły­sce leżał mały chło­piec...

Stara kobieta prze­rwała i otarła łzę z policzka.

- To był syn mojej córki, Karik. Nie miał nawet roczku... Matka, podob­nie jak inni, poszła na skraj wsi z garn­kiem peł­nym tlą­cej się jemioły. Gdyby została w domu i pil­no­wała koły­ski, mogła­bym widzieć, jak mój wnuk dora­sta...

- A co te połu­dnice z nim zro­biły? - zapy­tała wów­czas Eri, która wraz z innymi dziećmi słu­chała opo­wie­ści Hany.

- Wcze­śniej, zanim przy­były, po oko­licy roze­szła się wieść, że w Lesie poja­wiła się Widara, zła cza­ro­dziejka. To ona nasłała połu­dnice, aby szko­dziły ludziom. Powia­dano, że nie­raz już roz­ka­zy­wała im porwać małego chłopca. Zmie­niała go we włuka, stwora o gło­wie wilka i ciele czło­wieka, który sta­wał się jej wier­nym, naj­wier­niej­szym sługą. O, jestem pra­wie pewna, że wła­śnie ten los spo­tkał mojego nie­szczę­snego Karika... Dla­tego kiedy tylko zoba­czy­cie połu­dnice, pil­nuj­cie koły­sek - prze­strze­gała stara kobieta - i nawet na chwilę od nich nie odchodź­cie!

Tego dnia doro­śli wyszli w pole bar­dzo wcze­śnie. Ziarno doj­rze­wało i nale­żało jak naj­szyb­ciej sko­sić zboże, żeby zdą­żyć przed desz­czem. Eri jak zwy­kle została w domu z Miszą. Posprzą­tała po śnia­da­niu, zamio­tła izbę i wyszła na podwórko. Rzu­ciła kurom prosa, a kró­li­kom dała świe­żej trawy, któ­rej zawczasu naciął Janis, jesz­cze zanim poszedł poma­gać rodzi­com przy żni­wach. Tro­chę bawiła się z Miszą, nakar­miła go kaszką z mle­kiem, a gdy mały bra­ci­szek zasnął, zabrała się do przy­go­to­wy­wa­nia obiadu. Rodzice i Janis mieli wró­cić z pola bar­dzo późno i chciała, aby cze­kała na nich gorąca i pożywna zupa.

Na tych i innych gospo­dar­skich zaję­ciach zeszło jej do popo­łu­dnia. W pew­nej chwili, gdy Eri usta­wiała gar­nek na piecu, usły­szała dobie­ga­jące z dworu pod­nie­sione głosy. Zer­k­nęła przez okno i zoba­czyła sąsiada, kowala Sam­sona, i jego dwóch synów. Wszy­scy trzej pędzili ku polom z dymią­cymi kocioł­kami w rękach. Ten widok przy­po­mniał Eri słowa Hany. Zanie­po­ko­jona wyszła przed dom. W oddali, na skraju wio­ski, dostrze­gła dwie wyso­kie mgli­ste posta­cie. Przy­po­mi­nały kobiety ubrane w prze­wiewne szaty utkane z paję­czyny. Nie­wąt­pli­wie były to widma, prze­świ­ty­wało przez nie słońce. Wyglą­dały, jakby na coś lub kogoś cze­kały. Prze­stra­szona dziew­czynka czym prę­dzej wró­ciła do chaty i usia­dła przy koły­sce brata. Mały psot­nik Misza na­dal słodko spał, uśmie­cha­jąc się przez sen.

Po pew­nym cza­sie Eri usły­szała głosy wra­ca­ją­cych sąsia­dów. Roz­ma­wiali gło­śno. Cie­szyli się, że połu­dnice na ich widok, a zapewne rów­nież z powodu woni palo­nej jemioły, pierzch­nęły jak nie­pyszne, a wła­ści­wie roz­pły­nęły się w powie­trzu jak dym z ogni­ska roz­wiany nagłym podmu­chem wia­tru. Eri ode­tchnęła z ulgą i popa­trzyła na nie­świa­do­mego zagro­że­nia bra­ciszka, który wciąż uśmie­chał się przez sen. Pew­nie mu się śniła zabawa z Bur­kiem. Eri pomy­ślała, że powinna wyjść na dwór i sama spraw­dzić, co z tymi połu­dni­cami. Nie­dawno, pod­czas pobytu u szep­tu­chy, pod­słu­chała, jak Maru­sza, chcąc odpę­dzić ptaki wyja­da­jące groch z ogródka, wyma­wia zaklę­cie, które miało je odstra­szyć. Usi­ło­wała je sobie teraz przy­po­mnieć. Cie­kawe, czy zadzia­ła­łoby też na połu­dnice...

Ale żad­nych mar polnych nie zauwa­żyła, pew­nie poszły tam, skąd przy­szły. Zresztą nie mogła sobie przy­po­mnieć zaklę­cia. Wtem od strony kur­nika dobie­gło ją gło­śne gda­ka­nie prze­stra­szo­nych kur. Ani chybi do środka musiała się dostać łasica. Widziała taką jedną, rudą z bia­łym kra­wa­tem, jak krę­ciła się w pobliżu domu. W przy­stę­pie gniewu Eri chwy­ciła sto­jącą w sieni mio­tłę i pobie­gła przez podwórko do kur­nika, aby prze­go­nić ama­tora dar­mo­wych jajek.

- Mam cię, łobu­zie! - wrza­snęła, wpa­da­jąc do środka.

Przy­wi­tało ją ner­wowe gda­ka­nie. Kury wyglą­dały na poru­szone, ale gdyby w kur­niku znaj­do­wała się łasica, dar­łyby się wnie­bo­głosy. Dziew­czynka rozej­rzała się uważ­nie, ale ni­gdzie nie zauwa­żyła futrza­stego intruza. Zaj­rzała pod grzędy, we wszyst­kie kąty, łasicy jed­nak nie zna­la­zła. Mimo to drób wciąż nie chciał się uspo­koić. Kiedy tak stała, zasta­na­wia­jąc się, co też mogło się stać z leśnym zwie­rzę­ciem, wydało jej się, że sły­szy odle­gły dzie­cięcy płacz...

Misza! Zosta­wiła go samego!

Wypa­dła z kur­nika jak strzała, wciąż z mio­tłą w ręku, i popę­dziła do domu, pro­sto do koły­ski. Miała wra­że­nie, że dostrzega nad nią coś jakby mgli­sty cień czy opar... Spoj­rzała na posła­nie, gdzie jesz­cze przed chwilą spał jej młod­szy bra­ci­szek.

Lecz Miszy w koły­sce nie było!

Stała nad pustą kolebką, nie wie­rząc wła­snym oczom. Serce trze­po­tało jej w pier­siach niczym prze­stra­szony ptak. Z tru­dem docie­rała do niej straszna prawda.

Jej małego brata porwały połu­dnice!

III. Znajdź Ennę!

Ludzie począt­kowo myśleli, że mała Eri osza­lała.

Dziew­czynka, gło­śno szlo­cha­jąc, gorącz­kowo bie­gała po wsi, zaglą­da­jąc w każdy kąt i nawo­łu­jąc po imie­niu młod­szego brata. Chciała zaj­rzeć do każ­dej chaty, obórki, sto­doły, psiej budy, nie­le­d­wie pod każdą ławę. Wypy­tu­ją­cym mówiła nie­skład­nie o malcu, kur­niku, łasicy, pustej koły­sce i połu­dni­cach. Wtedy dopiero zro­zu­miano, że Misza znik­nął, naj­pew­niej za sprawą mgli­stych zjaw. Jeden z synów kowala Sam­sona natych­miast pognał na pole, aby zawia­do­mić rodzi­ców chłopca.

Eri, gdy w końcu zro­zu­miała, że nie znaj­dzie malca, usia­dła w pia­sku na środku bie­gną­cej przez osadę drogi i roz­pła­kała się na cały głos, wci­ska­jąc piąstki do oczu. Tak ją zna­leźli mama, tato i Janis. Mama, z twa­rzą białą jak prze­ście­ra­dło, nie krzy­czała na córkę, ale z jej przy­mknię­tych oczu pły­nęły łzy. Usia­dła obok dziew­czynki i objęła ją mocno. Sto­jący nad nimi ojciec miał chmurne czoło i posępną minę, podob­nie jak star­szy brat. Męż­czyźni wymie­nili poro­zu­mie­waw­cze spoj­rze­nia, a potem zer­k­nęli na gości­niec pro­wa­dzący w stronę Lasu. Wtedy pode­szła do nich Hana wraz z kowa­lem Sam­so­nem. Stara kobieta wyglą­dała na bar­dzo prze­jętą i zgnę­bioną.

- Widara musiała powró­cić - powie­działa gło­sem peł­nym nie­po­koju. - To mi wygląda na jej sprawkę. Wysłała połu­dnice, aby upro­wa­dziły jej dziecko, tak jak kie­dyś mego wnuka Karika. Chce z niego zro­bić swego sługę, włuka, wil­ko­człeka.

Sły­sząc te słowa, Janis pod­niósł sierp, któ­rym ciął zboże na polu, i groź­nie nim potrzą­snął.

- Prze­klęta wiedźma! - zakrzyk­nął. - Ni­gdy nie pozwolę, aby zamie­niła mojego brata w potwora. Pójdę do Lasu i znajdę Miszę!

Ojciec długo mil­czał, ciężko wzdy­cha­jąc. Eri widziała, jak bar­dzo cierpi z powodu straty młod­szego syna. W końcu się ode­zwał. Mówił powoli, cicho, ale zde­cy­do­wa­nie.

- Razem pój­dziemy. I nie wró­cimy, chyba że z dziec­kiem.

Hanie słowa obu męż­czyzn bar­dzo się nie spodo­bały. Z miną pełną dez­apro­baty ener­gicz­nie pokrę­ciła głową.

- Nie wie­cie, z kim macie do czy­nie­nia. Widara to potężna cza­ro­dziejka o złym sercu i wiel­kiej mocy. My, zwy­kli ludzie, nie powin­ni­śmy się z nią mie­rzyć. Wej­dzie­cie do Lasu i ni­gdy z niego nie wyj­dzie­cie, bo ona na to nie pozwoli. Nim się obej­rzy­cie, pad­nie­cie ofiarą jej cza­rów, naśle na was swoje sługi. Nie po to kazała porwać dziecko, aby je oddać. To nie prze­lewki! Z tak groźną wiedźmą może się zmie­rzyć tylko któ­raś z wie­dzą­cych, szep­tu­cha strze­gąca wio­ski od złego... Ach, gdyby tu była Maru­sza!

Hana z rezy­gna­cją potrzą­snęła głową. Wtedy ode­zwał się kowal Sam­son, czło­wiek powszech­nie sza­no­wany za rozum i roz­wagę.

- Hana ma rację, nie nam, zwy­kłym ludziom, mie­rzyć się z cza­rami, a już na pewno nie ze złą magią. Misza prze­padł, pogódź­cie się z tym.

Przy­tu­lona do boku matki Eri prze­stała chli­pać i usły­szała swój piskliwy gło­sik:

- Ja pójdę...

Matka drgnęła gwał­tow­nie i odsu­nęła ją od sie­bie. Otarła łzy i spoj­rzała na córkę z gnie­wem.

- Ani mi się waż! - krzyk­nęła. - Nie dość, że Misza... - Głos jej się zała­mał i wybuch­nęła pła­czem. - Nie pozwolę, abyś i ty... - wyszep­tała.

Lecz dziew­czynka nie zamie­rzała rezy­gno­wać.

- No bo ja też jestem cza­ro­dziejką... Dużo się dowie­dzia­łam od Maru­szy, sporo już umiem, cza­ro­wać i nie tylko... - mówiła coraz pew­niej­szym tonem, zer­ka­jąc z nadzieją na doro­słych.

Ale oni, wstrzą­śnięci, nie chcieli o niczym sły­szeć.

- Moje dziecko, cał­kiem rozum postra­da­łaś! - wołała matka, łapiąc córkę za rękę. - Ni­gdzie nie pój­dziesz! Nie pozwa­lam!

- Mama ma rację - dodał ojciec. - Kim ty jesteś, aby wal­czyć z tak potężną i złą cza­ro­dziejką! To sprawa doro­słych!

- Mam w kuźni miecz i włócz­nię, które wyko­na­łem dla jed­nego ryce­rza, ale on się już wię­cej nie poja­wił i oręża nie ode­brał - wtrą­cił kowal. - Zajdź­cie do mnie, to wam je dam, może się na coś przy­da­dzą.

Tylko stara Hana mil­czała. Od dłuż­szej chwili stała lekko pochy­lona, pocie­ra­jąc czoło, jakby się nad czymś zasta­na­wiała. Rzu­cała na Eri uważne spoj­rze­nia. Nagle wypro­sto­wała się gwał­tow­nie.

- Żelazo na nic się zda prze­ciwko cza­rom - oznaj­miła. - Moc można zwal­czyć tylko inną mocą. Złą moc - dobrą. A ona - wska­zała na dziew­czynkę - ją ma.

- Uwa­żasz, że powinna pójść do Lasu szu­kać chłopca? - zapy­tał kowal.

Stara kobieta przy­tak­nęła, a potem pogła­dziła Eri po rudych wło­sach.

- Nie ina­czej. To nie jest dziecko podobne do innych. Pamię­ta­cie, jak pora­dziła sobie z Widu­kin­dem...? Jeśli nie Maru­sza, to tylko ona. W tym drob­nym ciele drze­mie moc więk­sza, niż wam się wydaje. Z całej naszej wsi tylko ta mała dziew­czynka może się prze­ciw­sta­wić Wida­rze i oca­lić brata przed zamianą w wil­ko­człeka... Czasu zostało mało, bo tak wiel­kie czary są odpra­wiane przy pełni księ­życa... Bra­kuje tylko kilku dni. Powinna iść natych­miast!

- Obie postra­da­ły­ście rozum! - Ojciec Eri nie krył wzbu­rze­nia. - Moja córka ni­gdzie nie pój­dzie. Wyru­szymy z Jani­sem przed świ­tem, a ona ma zostać z matką! Tak powie­dzia­łem i tak się sta­nie! A teraz wra­camy do domu.

Eri i jej matka wstały, otrze­pu­jąc suk­nie z pia­sku. Dziew­czynka poczuła, jak rodzi­cielka mocno ujmuje ją za rękę. Za drugą dłoń zła­pał Janis, jakby się bał, że sio­stra posłu­cha sta­rej kobiety i nie zwa­ża­jąc na ojcow­skie zakazy, puści się pędem po gościńcu w stronę wid­nie­ją­cej za wio­ską pusz­czy. Poszli razem w stronę domu, ale nim prze­kro­czyli jego próg, Eri obej­rzała się za sie­bie. Hana wciąż stała pośrodku drogi i patrzyła na nią prze­ni­kli­wie.

Mała cza­ro­dziejka już wie­działa, co powinna zro­bić.

*

W domu męż­czyźni zaczęli przy­go­to­wy­wać się do drogi. Spraw­dzali buty i odzież podróżną, łatali dawno nie­uży­wane płasz­cze, w któ­rych mole wygry­zły dziury. Mama szy­ko­wała im jedze­nie, w czym poma­gała jej wciąż pocią­ga­jąca nosem Eri. Razem pie­kły pod­pło­myki, goto­wały boczek i pod­wę­dzały ser. Zapasy musiały być obfite, zano­siło się bowiem na długą wyprawę. Ojciec oświad­czył, że nie zamie­rzają wra­cać bez Miszy. Będą go szu­kać aż do skutku, choćby nawet mieli scho­dzić wzdłuż i wszerz cały Las, zaglą­da­jąc pod każdy krzak.

Jeśli mama, tato i Janis mieli do Eri pre­ten­sje o nie­do­pil­no­wa­nie malca, sta­rali się tego nie oka­zy­wać. Matka uspo­ka­jała popła­ku­jącą córkę, mówiąc, że to prze­cież nie jej wina, skoro za porwa­niem stoi potężna i okrutna cza­ro­dziejka. Czyż mogła się jej prze­ciw­sta­wić dziew­czynka, sama będąca jesz­cze dziec­kiem?

- Nic nie pora­dzisz prze­ciwko złym cza­rom - powie­działa mama, ze smut­kiem spo­glą­da­jąc na pustą koły­skę. - To połu­dnice wywa­biły cię na podwórko, abyś im nie prze­szko­dziła zabrać Miszy. Złe, pod­stępne istoty. Nie powin­naś się winić, tato i Janis na pewno go odnajdą.

Eri słu­chała pocie­szeń w mil­cze­niu i łykała łzy. Dobrze wie­działa, że to ona zawi­niła, nie powinna była spusz­czać z oka koły­ski, choćby nawet sto łasic gra­so­wało w kur­niku. Zbyt pewna sie­bie, sądziła, że ona, uczen­nica słyn­nej Maru­szy, da sobie radę nie tylko z łasi­cami, lecz także połu­dni­cami. Lecz mary oka­zały się spryt­niej­sze, wywio­dły ją w pole. Tak, szep­tu­cha miała rację: Eri musi się jesz­cze wiele nauczyć.

Przy­go­to­wa­nia do wyprawy prze­cią­gnęły się do nocy. Gdy na ciem­nie­ją­cym nie­bie poka­zał się księ­życ, cała rodzina poło­żyła się spać. Męż­czyźni zamie­rzali wyru­szyć w drogę przed świ­tem. Liczyli na to, że połu­dnice nie zdo­łały się zbyt­nio odda­lić i że dogo­nią je w ciągu dnia. Byle tylko nie weszły zbyt głę­boko w pusz­czę, bo tam mogły się łatwo ukryć.

Eri nie zmru­żyła oka. Leżąc w łóżku, cier­pli­wie cze­kała, aż reszta rodziny zaśnie. Gdy z sąsied­niego pokoju usły­szała pochra­py­wa­nie taty, a z kuchni poświ­sty­wa­nie śpią­cego na ławie Janisa, pod­nio­sła się i po cichutku zaczęła się ubie­rać. Prócz butów i sukienki wło­żyła grubą pele­rynę z kap­tu­rem, ponie­waż noc w lesie mogła być chłodna, spod łóżka wycią­gnęła przy­go­to­waną wcze­śniej płó­cienną torbę. Poru­szała się bez­sze­lest­nie. Weszła do kuchni, ostroż­nie omi­ja­jąc śpią­cego brata. Spa­ko­wała duży, jesz­cze cie­pły kołacz, upie­czony przez mamę na śnia­da­nie, oraz kawa­łek wędzo­nego sera. Tyle musiało jej wystar­czyć.

Pode­szła do drzwi i otwo­rzyła je, bar­dzo uwa­ża­jąc, aby nie skrzyp­nęły. Szyb­kim kro­kiem prze­mie­rzyła podwórko i zna­la­zła się na dro­dze. Pia­sek na gościńcu lekko lśnił w świe­tle księ­życa. Wieś jesz­cze spała, tylko cza­sem dało się sły­szeć pia­nie zbyt wcze­śnie prze­bu­dzo­nego koguta.

Postą­piła parę kro­ków i przy dro­dze dostrze­gła wro­śnięty w zie­mię duży głaz. Kowal Sam­son skuł kie­dyś na pła­sko jego wierz­cho­łek, for­mu­jąc rodzaj sze­ro­kiej ławy. Mogli na niej odpo­cząć wędrowcy, któ­rzy prze­cho­dzili przez ich osadę. Eri ze zdzi­wie­niem stwier­dziła, że mimo głę­bo­kiej nocy ktoś tu sie­dzi...

- Podejdź bli­żej, cze­ka­łam na cie­bie - usły­szała zna­jomy głos.

No tak, mogła się tego spo­dzie­wać! To była Hana. Stara kobieta ski­nęła na dziew­czynkę i wska­zała jej miej­sce obok sie­bie. Przez dłuż­szą chwilę obie mil­czały.

- Wiem, że jesteś za mała na to, co cię czeka - ode­zwała się w końcu Hana. - Ale musisz pójść do Lasu, bo tylko ty możesz oca­lić Miszę. Nikt inny, tylko ty - powtó­rzyła.

Eri ski­nęła głową. Wie­działa to dosko­nale. Z jej winy doszło do porwa­nia bra­ciszka i to ona musiała go ura­to­wać, napra­wić to, co zepsuła. Nikt jej w tym nie wyrę­czy.

- Mam sio­strę, Ennę, ale ostatni raz widzia­ły­śmy się przed wie­loma laty. To zie­larka, zna się też na cza­rach. Doszły do mnie wie­ści, że zamiesz­kała w Lesie, w zakątku zwa­nym Wrzo­so­wym Uro­czy­skiem. Enna ci pomoże, dla­tego koniecz­nie musisz ją odna­leźć.

- A gdzie jest to uro­czy­sko? - zapy­tała Eri.

- Tego nie wiem, sły­sza­łam tylko, że na wscho­dzie. Gdy wej­dziesz do Lasu, idź w stronę wscho­dzą­cego słońca. I pytaj o Ennę tych, któ­rych napo­tkasz.

Hana wes­tchnęła i spoj­rzała na księ­życ, wielki i jasny. W jego świe­tle, pra­wie tak wyraź­nie jak w dzień, było widać piasz­czy­stą drogę i pobie­lane wap­nem ściany chat.

- Do pełni zostało pięć dni... Tyle masz czasu. Musisz zapo­biec prze­mia­nie, bo gdy Widara dokona obrzędu, Misza sta­nie się włu­kiem, być może już na zawsze. Tak jak mówi­łam, Enna ci pomoże. Pokaże, jak powin­naś użyć mocy, którą masz, aby poko­nać złą cza­ro­dziejkę. Idź już, zanim twoi wstaną i zoba­czą, że cię nie ma.

Hanna wycią­gnęła zza pazu­chy cał­kiem spory węze­łek zro­biony z wzo­rzy­stej chu­sty i wci­snęła dziew­czynce do rąk.

- Tu masz tro­chę chleba, wędzo­nej kieł­basy i suszoną rybę na drogę. W lesie będziesz mogła zbie­rać jagody, jeżyny i grzyby suro­jadki, szu­kaj też dzi­kich jabłek. Enna też cię nakarmi. - Hana rap­tow­nie wstała. - Chodźmy, nie­długo będzie świ­tać. Odpro­wa­dzę cię kawa­łek.

Roz­stały się na skraju wio­ski. Stara kobieta, wyraź­nie wzru­szona, długo przy­ci­skała do sie­bie Eri. Na koniec pogła­dziła ją po gło­wie, po czym odwró­ciła się i podą­żyła do swo­jej chaty. Niebo na wscho­dzie poró­żo­wiało i dziew­czynka zro­zu­miała, że musi jak naj­szyb­ciej znik­nąć w Lesie, nim jej bli­scy zechcą ją zatrzy­mać.

Choć bar­dzo jej cią­żyła torba, do któ­rej wło­żyła zapasy otrzy­mane od Hany, szła szybko. Do kępy buków ozna­cza­ją­cych gra­nicę pusz­czy dotarła wraz z pierw­szymi pro­mie­niami słońca. Wtedy się zorien­to­wała, że nogi bez­wied­nie zanio­sły ją do miej­sca, gdzie zaczy­nała się ścieżka pro­wa­dząca na polanę z chatą Maru­szy. Eri pomy­ślała, że wła­ści­wie mogłaby tam zaj­rzeć. Co prawda przed­wczo­raj pod­le­wała kwiatki, ale chyba powinna to zro­bić jesz­cze raz, na zapas... A może szep­tu­cha wró­ciła? Opo­wie­dzia­łaby jej, co się przy­da­rzyło Miszy!

Raźno podą­żyła ścieżką i po kilku chwi­lach dostrze­gła prze­świ­tu­jące mię­dzy drze­wami ściany i strze­chę domo­stwa cza­ro­dziejki. Od razu jed­nak zauwa­żyła, że z komina nie uno­sił się dym - a Deczko zwy­kle już o świ­cie roz­pa­lał ogień pod kuch­nią. Jej nauczy­cielka, zgod­nie ze swoją zapo­wie­dzią, jesz­cze nie wró­ciła z Zamku Magów.

Eri minęła ostat­nie drzewa i wnet zna­la­zła się u drzwi chaty. Nie były zamknięte. Maru­sza cie­szyła się takim powa­ża­niem wśród oko­licz­nych miesz­kań­ców, że nie musiała się oba­wiać intru­zów czy zło­dziei. Bo kto o zdro­wych zmy­słach zadzie­rałby z cza­ro­dziejką? Dziew­czynce przy­szło do głowy, że mogłaby wyko­rzy­stać pobyt w cha­cie szep­tu­chy i nie tylko pod­lać rośliny, lecz także poży­czyć sobie od niej to i owo... Poznała już tro­chę zaklęć, wie­działa też, że przy­da­łoby się wzmoc­nić ich dzia­ła­nie odro­biną magicz­nych sub­stan­cji. Gospo­dyni pew­nie nawet nie zauważy braku paru pęcz­ków ziół czy kłę­buszka wełny... A zresztą odda jej po powro­cie.

Eri ostroż­nie uchy­liła skrzy­piące drew­niane odrzwia i wsu­nęła się do środka. Z lubo­ścią ode­tchnęła powie­trzem prze­peł­nio­nym moc­nym aro­ma­tem ziół i kwia­tów. Po czym zaczęła mysz­ko­wać, zaglą­da­jąc na półki i do roz­ma­itych koszy i pude­łek, w któ­rych jej nauczy­cielka prze­cho­wy­wała magiczne przed­mioty.

W pew­nej chwili, gdy szu­kała fla­szeczki z goto­wym wywa­rem z lub­czyku, dostrze­gła na półce zna­jome zie­lone puz­derko. Aż zamarła ze zdu­mie­nia: tak mocny cza­ro­dziej­ski pro­szek, a Maru­sza nie zabrała go ze sobą? Odru­chowo obej­rzała się za sie­bie, jakby szep­tu­cha czy Deczko mogli ją widzieć, i zgar­nęła pude­łeczko do kie­szeni płasz­cza. Potem szybko pod­lała rośliny, rozej­rzała się, by spraw­dzić, czy wszystko w porządku, i wyszła z chaty. Sta­nęła, patrząc na skraj Lasu i zasta­na­wia­jąc się, w którą stronę powinna pójść. Z polany w głąb pusz­czy pro­wa­dziło kilka ście­żek wydep­ta­nych przez Maru­szę, bo inni bali się zapusz­czać dalej. Gadali, że w Borach Fan­do­riań­skich mieszka roz­ma­ite licho, z któ­rym lepiej nie mieć do czy­nie­nia. Sły­sząc to, Eri zawsze się uśmie­chała pod nosem, bo Las prze­cież wcale nie był taki straszny. Ona w każ­dym razie ni­gdy się go nie bała.

Ale dokąd teraz iść? Hana kazała jej udać się na wschód, tam miało być to Wrzo­sowe Uro­czy­sko, gdzie miesz­kała Enna. Powinna posłu­chać i poszu­kać zie­larki.

Kiedy spoj­rzała na wschodni skraj polany, zauwa­żyła, że tuż obok wiel­kiego dębu, na obro­słym mchami pniaku, ktoś sie­dzi...

IV. Nie­zna­jomy

Chło­piec sie­dział na sta­rym pieńku i, wesoło pogwiz­du­jąc, bez­tro­sko kiwał nogą, stu­ka­jąc piętą o omszałe drewno.

Wyda­wał się nie­wiele star­szy od jej brata Janisa i podob­nej do niego, smu­kłej postury. Twarz miał pocią­głą i był skrom­nie ubrany - w zie­lony kubra­czek, szare spodnie i zie­loną okrą­głą czapkę z piór­kiem, także zie­lonym. Eri doszła do wnio­sku, że zie­leń to jego ulu­biony kolor. Mło­dzian wcale nie wyglą­dał na zasko­czo­nego jej wido­kiem, prze­ciw­nie, spra­wiał wra­że­nie, jakby znał ją od dawna! Mru­gnął do niej poro­zu­mie­waw­czo i zesko­czył z pniaka. Pod­niósł leżącą na tra­wie wielką skó­rzaną sakwę i zarzu­cił na ramię.

- To co, idziemy? - zapy­tał, wska­zu­jąc na ścieżkę pro­wa­dzącą do Lasu. - Komu w drogę, temu czas.

Zmie­szana Eri spoj­rzała na niego ze zdu­mie­niem. Skąd mu przy­szło do głowy, że gdzie­kol­wiek z nim pój­dzie? Prze­cież ni­gdy go nie spo­tkała! Zja­wił się na pola­nie, jakby wysko­czył kugla­rzowi z cudow­nego worka, a ona ot tak sobie miała mu zaufać? Bo nosi kape­lu­sik z zie­lo­nym piór­kiem? Zaiste, ten mło­dzie­niec poczy­nał sobie nadto zuchwale.

- Hola, mój panie! - zawo­łała. - Jak mam z tobą iść, skoro nie raczy­łeś się nawet przed­sta­wić! Nie zwy­kłam ni­gdzie cho­dzić z ludźmi, któ­rych pierw­szy raz widzę. Kim ty w ogóle jesteś?

Chło­pak zro­bił zakło­po­taną minę, po czym odło­żył sakwę na pniak, zdjął czapkę i wyko­nał przed Eri głę­boki, wręcz dwor­ski ukłon, pra­wie zamia­ta­jąc piór­kiem zie­mię.

- Pani, wybacz mi nie­takt - zaczął prze­pra­sza­ją­cym tonem. - Istot­nie, zapo­mnia­łem się przed­sta­wić. Jestem Miko, obie­ży­świat i bajarz, poszu­ki­wacz opo­wie­ści, nie­stro­niący też od przy­gód. Naj­lep­szą opo­wie­ścią jest wszak ta, którą się samemu prze­żyło.

Sły­szała o takich osob­ni­kach, a nawet przed dwoma laty spo­tkała jed­nego baja­rza. Odwie­dził wieś i został kilka dni - codzien­nie prze­by­wał u innego gospo­da­rza, a gdy już wszy­scy domow­nicy zakoń­czyli pracę i zeszli się w izbie przy buzu­ją­cej kuchni, odwdzię­czał się za gościnę opo­wia­da­niem o dale­kich kra­jach, dziel­nych rycer­zach, pięk­nych księż­nicz­kach i groź­nych smo­kach. Na te baja­nia scho­dzili się i sąsie­dzi, rewan­żu­jąc się za dobrą opo­wieść kawał­kiem koła­cza, por­cją wędzonki czy nawet jakimś gro­szem. Eri wysłu­chała wów­czas mię­dzy innymi słyn­nej histo­rii o dziel­nym Try­gła­wie oraz pięk­nej i szla­chet­nej Bitis. Dzieje ich miło­ści bar­dzo ją wzru­szyły. Jed­nak tam­ten bajarz był czło­wie­kiem w sile wieku, o dłu­giej bro­dzie i wło­sach przy­pró­szo­nych siwi­zną.

- A nie za młody jesteś na taką pro­fe­sję? - zapy­tała podejrz­li­wie.

- Nie wiek się liczy, lecz talent - odparł Miko i dodał: - Ludzie słu­chają mnie nie dla siwych wło­sów, lecz dla­tego, że cie­ka­wie opo­wia­dam.

Chyba czy­tał w jej myślach. Mimo­wol­nie poczer­wie­niała, jakby ją przy­ła­pał na pod­wę­dze­niu z bryt­fanki kawałka mio­do­wego cia­sta.

- Ale co wła­ści­wie tutaj robisz? - Na­dal mu nie dowie­rzała. - Opo­wia­dasz bajki prze­piór­kom gnież­dżą­cym się na tej łące?

Zaśmiał się, ale zaraz spoj­rzał na nią wzro­kiem by­naj­mniej nie chło­pię­cym. Tak zwykł patrzeć na nią tata, gdy zamie­rzał powie­dzieć coś istot­nego.

- Cze­ka­łem na cie­bie - oznaj­mił z powagą.

Cof­nęła się, czu­jąc w pier­siach ukłu­cie stra­chu. A jeśli ten nie­zna­jomy nie ma dobrych zamia­rów? Była gotowa okrę­cić się na pię­cie i uciec, gdzie pieprz rośnie. Miko, widząc jej nie­po­kój, rzu­cił pośpiesz­nie:

- Cokol­wiek zro­bisz, naj­pierw mnie wysłu­chaj! Pro­szę! To ważne.

W jego zie­lo­nych oczach wyczy­tała prośbę, nie groźbę. Ski­nęła głową, przy­zwa­la­jąc, by mówił dalej.

- Do waszej wio­ski dotar­łem wcze­snym ran­kiem, pano­wał w niej wielki rwe­tes. Wszy­scy szu­kali pew­nej małej dziew­czynki, uczen­nicy miej­sco­wej szep­tu­chy, która nagle znik­nęła... Wiem też o połu­dni­cach, o twoim bra­cie... To rze­czy­wi­ście wygląda na sprawkę Widary, wiele złego sły­sza­łem o tej cza­ro­dziejce. Ale sły­sza­łem też o tobie. Wśród baja­rzy krążą od pew­nego czasu opo­wie­ści o małej dziel­nej Eri, która uchro­niła smo­cze jajo przed zaku­sami nie­cnego Widu­kinda. Wyda­rze­nia w Zamku o Czte­rech Wie­żach odbiły się sze­ro­kim echem. Pomy­śla­łem sobie, że twoje przy­gody to temat na nową zaj­mu­jącą histo­rię, a każdy sza­nu­jący się bajarz wciąż takich szuka...

- Nie mam czasu ci o tym opo­wia­dać - prze­rwała mu, może nieco zbyt obce­sowo. - Muszę iść do Lasu, bo...

- Tak, wiem, zagi­niony bra­ci­szek... - Się­gnął po odło­żoną sakwę i zarzu­cił ją na ramię. - Pory­wa­nie małych dzieci i zamie­nia­nie ich w potwory jest złem i nie powin­ni­śmy się na to godzić. Dla­tego pójdę z tobą, pomogę ci ura­to­wać malca, a ty po dro­dze opo­wiesz mi swoją histo­rię. Możemy się tak umó­wić?

Eri ze zdu­mie­nia otwo­rzyła usta. Ten oto chu­der­lawy chłop­czyna chce z nią iść do Lasu? Do budzą­cych powszechny strach Borów Fan­do­riań­skich, dokąd bały się zapusz­czać naj­więk­sze zuchy z jej wsi?! Musiała się chyba prze­sły­szeć.

- Dobrze zro­zu­mia­łam? Chcesz iść ze mną do Lasu? Nie boisz się?

Spoj­rzał na nią z uśmie­chem, ale oczy miał poważne. Znowu wydał się jej nad wiek doj­rzały. Tak patrzyli doro­śli.

- Dla­czego miał­bym się bać, skoro ty się nie boisz? - odpo­wie­dział pyta­niem. - Jak już wspo­mnia­łem, lubię przy­gody. A coś mi się zdaje, że dzielna mała Eri wła­śnie zaczyna kolejną.

Wyrzekł te słowa lekko, jakby nie­świa­dom nie­bez­pie­czeństw, które na nich cze­kały. Pomy­ślała, że to musi być wielki dzi­wak lub czło­wiek pozba­wiony uczu­cia stra­chu. Na pewno nie był głup­cem, zie­lone oczy patrzyły bystro i z powagą... Kogoś jej przy­po­mi­nały... Nie mogła się jed­nak nad tym zasta­na­wiać, bo miała do niego jesz­cze jedno ważne pyta­nie:

- Jak mnie tu zna­la­złeś?

Pokrę­cił z roz­ba­wie­niem głową, jakby się nie mógł nadzi­wić docie­kli­wo­ści dziew­czynki.

- Pomy­śla­łem sobie, że uczen­nica szep­tu­chy zaj­rzy do jej chaty przed podróżą, bo może cze­goś potrze­bo­wać... Pewna stara kobieta powie­działa mi, gdzie to jest.

No tak, Hana, któż by inny. Ale dla­czego go tutaj przy­słała? Czy chciała, aby jej towa­rzy­szył w dro­dze przez Las? Lecz po co? W czymże mógł być pomocny ten zbie­racz opo­wie­ści? Bajdy przy ogni­sku nie pomogą jej w zma­ga­niach z Widarą. Wtedy pomy­ślała o Miszy, malu­chu, który pew­nie nie rozu­mie, co się stało, dla­czego nie jest w domu, i pła­cze, prze­ra­żony i samotny... Serce jej się ści­snęło i pew­nie by się roz­pła­kała, gdyby nie Miko. Chło­pak, uznaw­szy widocz­nie, że wszystko już sobie wyja­śnili, popra­wił sakwę na ramie­niu, obró­cił się na pię­cie i poszedł w kie­runku dwóch wiel­kich buków, sto­ją­cych na skraju Lasu niczym bra­cia bliź­niacy. Ich potężne pnie sta­no­wiły rodzaj bramy wej­ścio­wej, pro­wa­dzą­cej w głąb przed­wiecz­nej mrocz­nej pusz­czy.

Miko wszedł mię­dzy buki i znik­nął jej z oczu.

Eri otarła łzy wzbie­ra­jące w kąci­kach oczu, postała chwilę, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, po czym wes­tchnęła i podą­żyła w ślad za mło­dym baja­rzem.

*

Tę część pusz­czy znała, bo kilka razy prze­mie­rzała ją z Maru­szą ścieżką wijącą się mię­dzy bukami i jesio­nami. Pro­wa­dziła do nie­wiel­kiej polany, na któ­rej szep­tu­cha zbie­rała leśne zioła i owoce: dzię­giel, mlecz, czy­ściec, widłak, poziomki, jagody czy borówki, rosnące tutaj w wiel­kiej obfi­to­ści. Zawsze wra­cały stąd z peł­nymi koszami.

Teraz jed­nak Eri nie myślała o zio­łach. Nie­po­koił ją Miko, zacho­wy­wał się bowiem tak, jakby się w lesie uro­dził: zręcz­nie omi­jał wysta­jące z ziemi kamie­nie czy pnie powa­lo­nych drzew, bez­błęd­nie odnaj­do­wał ledwo widoczną ścieżkę. Dawno nie przy­cho­dziły na tę polanę z Maru­szą i szlak zdą­żył już zaro­snąć, nawet Eri ledwo go dostrze­gała. Ale młody bajarz naj­wy­raź­niej nie miał z tym pro­ble­mów, szedł tak pew­nie i szybko, że wyprze­dził ją o kil­ka­na­ście kro­ków. I w rze­czy­wi­sto­ści to on ją pro­wa­dził, a nie ona jego. W pew­nym momen­cie tak się odda­lił, że znowu znik­nął dziew­czynce z oczu.

Tro­chę ją to nie­zbyt uprzejme trak­to­wa­nie roz­zło­ściło. Kiedy dotarła na polanę, zauwa­żyła, że Miko klę­czy przy wiel­kiej kępie jagód, zbiera owoce i łako­mie, całymi gar­ściami, pakuje do ust. Miał przy tym tak komiczną minę, że roz­śmiała się ser­decz­nie i cała złość na chło­paka jej prze­szła.

- Wybacz, ale nie jadłem dziś śnia­da­nia - powie­dział Miko. - Pomy­śla­łem, że na łące znajdę coś smacz­nego. No i popatrz, zatrzę­sie­nie jagód. Star­czy i dla cie­bie. - Wycią­gnął ku niej dłoń pełną owo­ców.

Przy­jęła pre­zent i zre­wan­żo­wała się kawał­kiem koła­cza, który zabrała z domu. Dosko­nale sma­ko­wał z jago­dami.

- A dokąd wła­ści­wie chcemy pójść? - zapy­tał z ustami peł­nymi cia­sta. - Jak rozu­miem, zamie­rzasz odna­leźć sie­dzibę Widary?

Przy­tak­nęła ruchem głowy, prze­ły­ka­jąc jagody, bar­dzo w tym roku dorodne, pra­wie tak wiel­kie jak ziarna fasoli.

- Przed­tem muszę zna­leźć zie­larkę Ennę, ona mi pomoże. Mieszka na Wrzo­so­wym Uro­czy­sku. Tylko nie wiem, gdzie to jest.

Miko się zasę­pił i powiódł wzro­kiem po drze­wach ota­cza­ją­cych polanę. Dopiero wtedy zauwa­żyła, że niebo zasnuło się ciem­nymi chmu­rami. Bała się, że zaraz się roz­pada, a to z pew­no­ścią utrudni im wędrówkę. Chło­pak chyba też się tego oba­wiał, ponie­waż ener­gicz­nie wytarł popla­mione jago­dami ręce o kępkę trawy i wstał.

- Hm... Bory Fan­do­riań­skie są bar­dzo stare i bar­dzo roz­le­głe, więk­sze od nie­jed­nego kraju. Można przez nie iść wiele dni i nie zoba­czyć słońca spoza gęstych, sple­cio­nych koron wie­ko­wych drzew... Tak powia­dają bajdy, które sły­sza­łem, i nie mam powodu im nie wie­rzyć. Stara kobieta we wsi powie­działa mi, że mamy czas do pełni księ­życa. Możemy jed­nak do tej pory nie odna­leźć zie­larki, błą­dząc po pusz­czy, wiele tu bowiem uro­czysk i tajem­nych zakąt­ków...

Eri przy­po­mniała sobie wska­zówkę Hany.

- Wrzo­sowe Uro­czy­sko jest na wscho­dzie. Tak mówiła Hana, ta stara kobieta. Enna to jej sio­stra.

- To już coś mamy. Ba, tylko gdzie jest wschód? - Miko zsu­nął czapkę na tył głowy i raz jesz­cze spoj­rzał na zachmu­rzone niebo. - Słońce nam tego nie­stety nie powie.

Wtedy jego wzrok padł na duży kamień widoczny pod wiel­kim dębem na skraju polany. Ski­nął na Eri i razem pode­szli w jego stronę. Miko obej­rzał głaz dokład­nie i wska­zał dziew­czynce bok poro­śnięty obfi­cie mchem.

- Kamie­nie w lesie obra­stają mchem od pół­nocy, patrz, pień dębu też tak obrósł, bo to stare drzewo. Jeśli sta­niemy twa­rzą na pół­noc, wschód będziemy mieli po pra­wej ręce. - Mach­nął dło­nią, wska­zu­jąc kie­ru­nek, w któ­rym powinni iść.

Eri znowu pomy­ślała, że chło­pak sporo wie o lesie. Czyżby się w nim wycho­wy­wał? Już otwie­rała usta, aby go o to zapy­tać, lecz Miko ener­gicz­nie ujął dziew­czynkę za rękę i pocią­gnął za sobą, mię­dzy drzewa.

Kiedy zna­la­zła się w ciem­nym, gęstym Lesie, gdzie nie było już ani śladu ścieżki wydep­ta­nej ludzką stopą, poczuła, że dopiero teraz na dobre zosta­wiła za sobą dotych­cza­sowe życie: rodzi­ców, Janisa, Maru­szę, wieś... i że w grun­cie rze­czy w tej chwili zaczęła się jej wędrówka. I po raz pierw­szy poczuła lęk przed tym nie­zna­nym Lasem. Ale wie­działa, że nie może zawró­cić, jeśli chce jesz­cze kie­dy­kol­wiek zoba­czyć małego Miszę.

*

Miko znowu pro­wa­dził, idąc przo­dem, ale już nie czuła o to do niego pre­ten­sji. Wła­ści­wie musiała przy­znać, że chyba by sobie bez niego nie dała rady. Do tej pory poznała tylko skrawki Lasu na obrze­żach, nie zda­wała sobie sprawy, że w głębi jest tak gęsty i mroczny, chwi­lami wyda­wał się wręcz nie do prze­by­cia. Ale młody bajarz poru­szał się po nim z zadzi­wia­jącą wprawą, jakby prze­by­wał tu już nie­raz. Jego bystre oczy wypa­try­wały w buj­nym poszy­ciu nie­wi­doczne dla Eri doły, konary przy­sy­pane liśćmi i tym podobne pułapki. Gdyby nie Miko, na pewno wpa­dłaby do zama­sko­wa­nej przez trawę dziury i pew­nie skrę­ciła nogę. Dopiero teraz zdała sobie sprawę, jak nie­oce­niona jest jego pomoc.

Gęste korony drzew zasła­niały zachmu­rzone niebo, pano­wał taki mrok, że widziała zale­d­wie na odle­głość kil­ku­na­stu kro­ków. Stra­ciła też poczu­cie czasu, wyda­wało się jej, że idą już bar­dzo długo, że dzień ma się ku koń­cowi i wkrótce zapad­nie noc. Nie wie­działa, czy zmie­rzają na wschód, ponie­waż wiele razy musieli obcho­dzić wykroty, powa­lone drzewa i zdra­dliwe bagienne oczka. Ale Miko za każ­dym razem zapew­niał, że kie­ru­nek jest dobry - i poka­zy­wał obro­śnięty mchem kamień lub pniak.

- Tak już jest z tym mchem. Zawsze, nawet w naj­mrocz­niej­szym zaka­marku, rośnie od pół­noc­nej strony - wyja­śnił. - Kto o tym wie, w lesie się nie zgubi.

Omi­nęli wielki wykrot powstały po upadku rosłego buka. Wtedy Eri zdała sobie sprawę, że od pew­nego czasu ktoś ich obser­wuje. Przy­sta­nęła gwał­tow­nie i zamknęła oczy, usi­łu­jąc się sku­pić i wyci­szyć umysł, tak jak uczyła ją Maru­sza. Wyczu­wała żywą istotę, nie­da­leko i wysoko. Zapewne ptak, i to spory.

- Patrzy na nas - dobiegł ją głos Miko. - Chyba nas śle­dzi.

Otwo­rzyła oczy i spoj­rzała na chło­paka podejrz­li­wie. Czyżby naprawdę umiał czy­tać w myślach? Nie sły­szała, aby baja­rze to potra­fili. Podobno tę sztukę mogli opa­no­wać jedy­nie naj­więksi mago­wie, i to po wielu latach nauki. Już miała go wprost o to zapy­tać, kiedy z głębi lasu dobie­gło nie­mow­lęce kwi­le­nie... Zamarła, nie wie­rząc wła­snym uszom. Misza tutaj?! Prze­mknęło jej przez głowę, że połu­dnice porzu­ciły małego w pusz­czy i teraz pła­cze, leżąc gdzieś pod drze­wem. Kwi­le­nie prze­szło w gło­śne dzie­cięce zawo­dze­nie i Eri bez namy­słu byłaby pobie­gła w tamtą stronę, gdyby nie Miko, który zła­pał ją mocno za ramię.

- To lelek, a nie twój brat! - krzyk­nął jej wprost do ucha. - Chce nas zwieść, zwa­bić w pułapkę!

Szarp­nęła się, bo płacz stał się roz­dzie­ra­jący. Mały bra­ci­szek potrze­bo­wał pomocy! Musiała tam biec! Ale Miko nie pusz­czał, trzy­mał jej ramię w żela­znym uści­sku.

- To nie twój brat, to lelek - powtó­rzył spo­koj­niej. - Ni­gdy o nim sły­sza­łaś? O leśnej isto­cie, zło­śli­wym duszku, podob­nym do dużej jaskółki z prze­ro­śniętą głową? Zwo­dzi ludzi, wyda­jąc z sie­bie głos podobny do kwi­le­nia dziecka. A gdy ktoś pój­dzie w jego kie­runku, aby je odna­leźć, lelek odla­tuje i znowu kwili. I tak mami czło­wieka, dopóki nie zapro­wa­dzi go na moczary, a gdy nie­szczę­śnik w nich ugrzęź­nie, śmieje się z niego, patrząc, jak gryzą go pijawki i komary.

Spo­kojny ton głosu chło­paka i jego rze­czowe argu­menty spra­wiły, że prze­stała się szar­pać.

- Pomyśl chwilę - kon­ty­nu­ował Miko. - Prze­cież Widara nie po to zle­ciła połu­dni­com porwa­nie Miszy, aby go porzu­ciły gdzieś w lesie. Ona potrze­buje two­jego brata, chce go prze­mie­nić we włuka. Jestem pewien, że to wiedźma nasłała tego lelka, aby nas zwiódł i wypro­wa­dził na bagna.

To, co mówił, brzmiało roz­sąd­nie. Eri się uspo­ko­iła, przy­po­mi­na­jąc sobie zara­zem opo­wie­ści Hany o stwo­rach zalud­nia­ją­cych Las. Był wśród nich pta­ko­po­dobny duszek naśla­du­jący ludz­kie głosy. Miko miał rację, to wcale nie Misza pła­kał tak roz­dzie­ra­jąco.

Chło­piec puścił jej ramię i wska­zał przed sie­bie, na oka­zały jesion.

- Tam się przy­czaił, widzisz go? Na trze­ciej gałęzi od dołu.

We wska­za­nym miej­scu zoba­czyła puchatą kuli­stą postać z wiel­kim dzio­bem i parą okrą­głych, gore­ją­cych oczu. Lelek, pew­nie nie­świa­dom, że go widzą, otwo­rzył dziób i wydał z sie­bie głos pra­wie taki sam jak Misza, gdy był głodny.

- A to prze­brzy­dłe stwo­rze­nie! - zawo­łała Eri. - Tak mnie zwieść! O mało mi serce nie pękło!

Miko spo­glą­dał na wydzie­ra­ją­cego się lelka z zasę­pioną miną.

- Nie­do­brze, moim zda­niem nie natknę­li­śmy się na niego przy­pad­kowo. Ani chybi nasłała go Widara... a to by zna­czyło, że wie o naszej obec­no­ści w Lesie. Co gor­sza, ten stwór się od nas nie odczepi i będzie podą­żał w ślad za nami.

Lelek rap­tow­nie zamilkł, widocz­nie znie­chę­cony tym, że nie zare­ago­wali na jego zwod­ni­cze trele. Patrzył na nich wyłu­pia­stymi oczyma i naj­wy­raź­niej nie miał ochoty odle­cieć. Eri pomy­ślała, że chyba mogłaby mu w tym pomóc. Zamknęła oczy, usi­łu­jąc przy­wo­łać zaklę­cie, któ­rego uży­wała Maru­sza do odpę­dza­nia nie­pro­szo­nych gości... Unio­sła dłoń, poczuła moc pły­nącą od serca... I wtedy je sobie przy­po­mniała. Wcale nie było skom­pli­ko­wane.

- Maraś ty czy bies, wra­caj, ską­deś jest! - wyre­cy­to­wała.

Pta­szy­sko łyp­nęło na nią, z łopo­tem skrzy­deł pode­rwało się z gałęzi i skrze­cząc niczym wrona, pole­ciało w głąb lasu. Miko z uzna­niem poki­wał głową.

- No pro­szę, sporo już umiesz, jeśli cho­dzi o cza­ro­dziej­skie sztuczki. Powin­ni­śmy jed­nak odejść stąd czym prę­dzej, jak Widara zoba­czy tego stwora, każe mu wra­cać i znowu nas szu­kać. Lepiej stąd zni­kajmy... o, tędy... - Wska­zał ścieżkę wijącą się mię­dzy drze­wami, naj­pew­niej wydep­taną przez zwie­rzęta. - Zauwa­ży­łaś, że nie widzie­li­śmy żad­nych saren ani dzi­ków? Nie ma ich tu, cie­kawe dla­czego.

Eri też się nad tym zasta­na­wiała. Żyjące w lesie zwie­rzęta potra­fiły pod­cho­dzić aż do chaty Maru­szy, sama nie­raz widziała wie­wiórki bez­tro­sko hasa­jące po drze­wach czy liski prze­my­ka­jące pod krza­kami. Teraz nie sły­szała nawet stu­ka­nia dzię­cioła. Z jakie­goś powodu leśnie stwo­rze­nia po pro­stu znik­nęły.

Miko postą­pił kilka kro­ków, po czym obró­cił się w stronę Eri.

- Śpieszmy się, za chwilę będzie ciemno. Chyba spad­nie deszcz. Przy­da­łoby się zna­leźć schro­nie­nie.

Wes­tchnęła ciężko i spoj­rzała na gałąź, na któ­rej przed chwilą sie­dział lelek. Pomy­ślała o Miszy, zda­nym na łaskę złej cza­ro­dziejki, i wielki smu­tek ści­snął jej serce żela­zną obrę­czą. Nie miała jed­nak czasu na roz­pa­mię­ty­wa­nie, Miko miał rację, powinni się pośpie­szyć, bo zapa­dała już noc.

V. Straż­nik Lasu

Schro­nie­nie przed nad­cią­ga­jącą ulewą Miko zna­lazł w ostat­niej chwili.

Bar­dzo wycią­gali nogi, aby czym prę­dzej odda­lić się od miej­sca, gdzie spo­tkali lelka. Nie chcieli, aby ten szpieg Widary znowu tra­fił na ich trop. Wędrówka po pusz­czy sta­wała się jed­nak coraz trud­niej­sza, w gęst­nie­ją­cych ciem­no­ściach z led­wo­ścią było widać pnie mija­nych drzew. W pew­nej chwili Eri z prze­ra­że­niem zauwa­żyła, że nie może dostrzec wycią­gnię­tej przed sie­bie ręki. Co gor­sza, nie widziała także Mika! Chło­pak gdzieś znik­nął, nawet nie zauwa­żyła kiedy. Miara nie­szczę­ścia się dopeł­niła, gdy na jej twarz spa­dły pierw­sze kro­ple desz­czu.

Zatrzy­mała się, by w czar­nym jak smoła mroku nie wpaść do jakiejś dziury. Bała się skrę­cić albo zła­mać nogę. Nie wie­działa, co dalej. Deszcz, na który zbie­rało się od popo­łu­dnia, stał się już ulewą, coraz bar­dziej inten­sywną. Eri czuła, że mimo gru­bego okry­cia zaraz prze­mok­nie do suchej nitki.

- Miko! - zawo­łała. - Gdzie jesteś?

Tuż obok zasze­le­ściło i ktoś dotknął jej ramie­nia.

- Nie krzycz, bo ścią­gniesz jakieś licho - usły­szała zna­jomy głos. - Zna­la­złem dla nas schro­nie­nie.

Chło­pak zła­pał ją za rękę i pocią­gnął za sobą. Szedł pew­nie, bez waha­nia, jakby widział w ciem­no­ściach. Chciała go nawet o to zapy­tać, ale wtedy rap­tow­nie przy­sta­nął. Eri ze zdzi­wie­niem odkryła, że choć sły­szy szum desz­czu sie­ką­cego liście, już nie czuje go na twa­rzy.

- Gdzie jeste­śmy? - zapy­tała.

Puścił jej dłoń i przy­kuc­nął. Ujrzała iskry - krze­sał więc ogień. Po chwili zoba­czyła pło­myki bucha­jące spo­mię­dzy uło­żo­nych w sto­sik paty­ków.

- Jeste­śmy pod dębem, bar­dzo sta­rym - wyja­śnił Miko. - Może tak sta­rym, że pamię­ta­ją­cym początki tej pusz­czy. Ma tyle gałęzi i tak gęste listo­wie, że nie powinna nas dosię­gnąć nawet kro­pla. - Dorzu­cił jesz­cze kilka paty­ków do ognia, który żywiej zapło­nął. - Myślę, że możemy sobie pozwo­lić na małe ogni­sko. W tej ule­wie nikomu, nawet lel­kowi, nie będzie się chciało pałę­tać po lesie.

Istot­nie, roz­pa­dało się na dobre. Szum desz­czu prze­szedł w regu­larne bęb­nie­nie. Miko usiadł przy ogni­sku i wska­zał jej miej­sce obok sie­bie.

- Ogrzej się i wysusz. Będzie się lepiej spało.

Dopiero w biją­cym od ognia cie­ple poczuła, że jest bar­dzo głodna. Nie jadła nic od rana, gdy podzie­liła się koła­czem z mło­dym baja­rzem. Przy­po­mniała sobie, że cał­kiem sporo go jesz­cze zostało. Na tyle dużo, że star­czy dla nich obojga. Miko też miał się czym odwdzię­czyć, dobył ze swo­jej prze­past­nej sakwy pękatą fajan­sową flaszkę, wypeł­nioną oso­bli­wie słodką wodą. Upiła pierw­szy łyk i zdała sobie sprawę, jak bar­dzo jest rów­nież spra­gniona.

- Doda­łem miodu - wyja­śnił Miko. - Bar­dziej wtedy krzepi, zwłasz­cza w podróży.

Eri jesz­cze się napiła i wpa­trzyła się w pło­mie­nie. Jej myśli wciąż krą­żyły wokół zagi­nio­nego brata. Wra­cała w nich do chwili, gdy ode­szła od koły­ski, nara­ża­jąc go na nie­bez­pie­czeń­stwo. Jak mogła być aż tak lek­ko­myślna! Z całej siły pra­gnęła, aby ten kosz­mar się nie zda­rzył. Ale czasu cof­nąć nie­po­dobna. Jej ojciec czę­sto powta­rzał: "Co się stało, to się nie odsta­nie". Co ozna­czało, że każdy powi­nien zwa­żać na skutki swo­ich czy­nów, bo nie spo­sób ich odwró­cić. Nie da się ich wyma­zać jak rysunku na pia­sku.

Gdy tak sie­działa przy buzu­ją­cym ogniu, Miko nie próż­no­wał. Nie do końca widać ufał dębo­wemu listo­wiu jako ochro­nie przed desz­czem, zaczął bowiem maj­stro­wać z kilku dłu­gich kij­ków coś w rodzaju namiotu. Z sakwy wycią­gnął obszerną opoń­czę z gru­bej tka­niny i roz­piął na rusz­to­wa­niu z kij­ków, robiąc z niej cał­kiem zgrabny daszek. Nazgar­niał pod niego suchych liści, któ­rych pod drze­wem nie bra­ko­wało i zasłał to zaim­pro­wi­zo­wane leże weł­nia­nym kocy­kiem, który też zna­lazł się w jego sakwie. Kiedy uznał, że schro­nie­nie jest już gotowe, wska­zał je dziew­czynce, wyko­nu­jąc przy tym dworny ukłon, jakby była jakąś księż­niczką.

- Pani, zapra­szam na pokoje - powie­dział z uda­waną powagą. - Mam nadzieję, że będzie ci wygod­nie.

Pra­wie że par­sk­nęła śmie­chem, tak komicz­nie wyglą­dali - i "pan dwo­rza­nin", i jej "pałac".

- A ty gdzie będziesz spał? - zapy­tała.

Miko nie odpo­wie­dział. Spoj­rzał na ciemny las i przez dłuż­szą chwilę wsłu­chi­wał się w nocne odgłosy. Eri nie sły­szała nic prócz mono­ton­nego szumu desz­czu.

- Ktoś musi stać na straży - oznaj­mił wresz­cie chło­piec. Usiadł przy ogni­sku, ale nie dorzu­cił do niego nowych gałą­zek. - Ten las mi się nie podoba. Zwie­rzęta nie znik­nęły bez powodu. Coś je prze­pło­szyło.

- Myślisz, że grozi nam nie­bez­pie­czeń­stwo?

- Nie wiem... ale ni­gdy za wiele ostroż­no­ści. Ty jed­nak połóż się spać, widzę, że jesteś bar­dzo zmę­czona.

Nie musiał jej tego mówić. Dawno się tyle nie nacho­dziła, czuła ołów w nogach, zupeł­nie jak pod­czas wędrówki ze smo­czym jajem. Raz jesz­cze spoj­rzała w ciem­no­ści roz­cią­ga­jące się za krę­giem świa­tła z ogni­ska. Las trwał cichy i nie­ru­chomy w stru­gach desz­czu. Na twarz skap­nęła jej zimna kro­pla. Tak jak prze­wi­dy­wał Miko, listo­wie wie­ko­wego dębu jed­nak prze­cie­kało. Czym prę­dzej wsu­nęła się do namiotu. Poło­żyła się na zaska­ku­jąco mięk­kim posła­niu i otu­liła się szczel­nie swoją grubą pele­ryną. Powieki bar­dzo jej już cią­żyły, pomy­ślała jesz­cze, że bajarz pew­nie zmok­nie, ale po chwili, nie mogąc się oprzeć znu­że­niu, zapa­dła w głę­boki sen.

*

Zoba­czyła ją we śnie - wysoką kobietę o szczu­płej, wręcz kości­stej twa­rzy, bia­łych jak śnieg wło­sach i ogrom­nych czar­nych oczach, któ­rymi groź­nie wpa­try­wała się w Eri. Dziew­czynka wie­działa, że to Widara. Cza­ro­dziejka stała w mrocz­nej jaskini, w głębi któ­rej pło­nęły ognie, try­ska­jące, jak się jej wyda­wało, wprost ze skały. Widara uczy­niła gest, jakby odpy­chała ją od sie­bie, i Eri poczuła, że spada w otchłań, w ciemną stud­nię bez dna...

Krzyk­nęła i się prze­bu­dziła. Było już jasno, deszcz nie padał, prze­ciw­nie, świe­ciło słońce, o czym świad­czyły uko­śne pro­mie­nie prze­bi­ja­jące się przez korony drzew. Miko krzą­tał się przy wyga­szo­nym ogni­sku. Przy­go­to­wał śnia­da­nie, gustow­nie uło­żone na liściach łopianu. Się­gnął po wła­sne zapasy: zoba­czyła maślaną bułeczkę, kawa­łek wędzo­nego sera i garść orze­chów.

- Pośpiesz się, nie powin­ni­śmy tu dłu­żej zosta­wać - powie­dział, roz­glą­da­jąc się nie­spo­koj­nie.

- A to dla­czego? - spy­tała, łap­czy­wie się­ga­jąc po bułeczkę. - Lelek wró­cił?

Poważna mina chło­paka świad­czyła o tym, że cho­dzi o kogoś znacz­nie groź­niej­szego.

- Nad ranem, gdy prze­stał padać deszcz, usły­sza­łem w lesie coś... nie­po­ko­ją­cego. Rumor, trzask łama­nych gałęzi, jakby ktoś bar­dzo wielki prze­dzie­rał się przez pusz­czę. Nie budzi­łem cię, bo działo się to dość daleko na zacho­dzie i po pew­nym cza­sie uci­chło, ale, tak myślę, im szyb­ciej się od tego cze­goś czy kogoś odda­limy, tym lepiej. Zwłasz­cza że wciąż nie zauwa­ży­łem żad­nych zwie­rząt, nawet ptaki gdzieś odle­ciały.

Rze­czy­wi­ście, wokół pano­wała cisza, tylko sze­le­ściły liście poru­szane lek­kim wia­trem. Eri prędko pochło­nęła bułkę, zagry­za­jąc ją serem. Orze­chami chciała się podzie­lić z towa­rzy­szem, ale chło­pak odmó­wił.

- Już jadłem - oznaj­mił, zdej­mu­jąc opoń­czę z kij­ków i paku­jąc do sakwy. - Chodźmy.

Posłusz­nie podą­żyła za nim - na wschód, co poznała po mchu obra­sta­ją­cym pień sta­rego dębu. Miko, podob­nie jak wczo­raj, toro­wał jej drogę, spraw­nie wyszu­ku­jąc w poszy­ciu wydep­tane przez zwie­rzęta szlaki, któ­rymi szło się naj­ła­twiej. Co jakiś czas przy­sta­wał i pil­nie nasłu­chi­wał. Ona też się zatrzy­my­wała i, wstrzy­mu­jąc oddech, nad­sta­wiała uszu, lecz w Lesie pano­wała cisza - i to było bar­dzo nie­po­ko­jące. Eri nie przy­po­mi­nała sobie, aby kie­dy­kol­wiek przed­tem doświad­czyła cze­goś podob­nego. A nie­raz prze­cież bywała w pusz­czy, zarówno sama, jak i z Maru­szą.

Wędro­wali przez opu­sto­szały i pogrą­żony w ciszy Las, aż koło połu­dnia doszli do wiel­kiego, jak począt­kowo sądzili, wia­tro­łomu - pasa drzew oba­lo­nych przez trąbę powietrzną. Wtedy Miko zauwa­żył coś, co wyda­wało się z daleka plą­ta­niną bia­łych lin zwi­sa­ją­cych z na poły prze­wró­co­nego buka. Eri ni­gdy cze­goś takiego nie widziała. Bajarz też wyglą­dał na zasko­czo­nego. Pode­szli bli­żej, aby lepiej się temu przyj­rzeć.

- Jakby duża sieć - zauwa­żyła Eri. - Tylko kto w środku lasu chciałby łowić ryby?

- Wie­lo­ryby raczej - popra­wił ją Miko, patrząc na śnież­no­białe liny, grube jak prze­gub męskiej dłoni. - Strasz­nie to duże i przy­po­mina mi bar­dziej... paję­czynę... - Zasta­na­wiał się, sku­biąc dolną wargę.

Rze­czy­wi­ście, gdy się lepiej przyj­rzała, dostrze­gła, że część lin two­rzy wiel­kie pro­sto­kątne oka, tak duże, że żad­nej ryby by nie zatrzy­mały. Ale jak wielki musiałby być pająk, aby coś takiego zro­bić! Zacie­ka­wiona chciała podejść i dotknąć nisko zwi­sa­ją­cej liny, lecz Miko ją powstrzy­mał.

- To może być nie­bez­pieczne! - ostrzegł. - Zwy­kle paję­czyna jest bar­dzo lepka.

Pod­niósł z ziemi patyk i dotknął nim bia­łej liny. Koniec kijka przy­lgnął do niej i chło­pak nie mógł go ode­rwać, mimo że natę­żył wszyst­kie siły. Usły­szeli suchy trzask i patyk pękł. Zdu­miony Miko patrzył na uła­many koniec kijka.

- Wygląda mi to na pułapkę - mruk­nął. - Cie­kawe, czy to dla­tego znik­nęły zwie­rzęta.

Zaczął się przy­pa­try­wać innym powa­lo­nym drze­wom. Teraz także Eri zauwa­żyła, że na wielu z nich było widać frag­menty śnież­no­bia­łych lin, dłu­gie na kil­ka­dzie­siąt łokci. Co takiego mogło je zosta­wić?

- No cóż, to chyba nie wiatr oba­lił te drzewa - powie­dział chło­pak. Oboje od pew­nego czasu myśleli o tym samym. O stwo­rze­niu, które wytwa­rza paję­czynę.

- W Lesie nie ma tak wiel­kiego pająka. Sły­sza­ła­bym o nim. Ten stwór musiałby być więk­szy od naj­star­szych dębów!

Miko się zaśmiał i rzu­cił patyk na zie­mię.

- I może taki jest. I może to jego sły­sza­łem nad ranem.

Dziew­czynka wzdry­gnęła się i poczuła w piersi ukłu­cie stra­chu. Las, któ­rego prze­cież ni­gdy się nie bała, sta­wał się coraz bar­dziej obcy i groźny.

- Choć te aku­rat drzewa oba­lono zapewne przed kil­koma dniami. Popatrz, liście zaczy­nają usy­chać... Poza tym tam­ten hałas sły­sza­łem na zacho­dzie, a idziemy na wschód.

Wcale nie poczuła się lepiej.

- Chodźmy stąd - powie­działa, roz­glą­da­jąc się lękli­wie. - A jeśli on wróci?

- Racja. Każdy myśliwy spraw­dza zasta­wione przez sie­bie pułapki.

Bez dal­szej zwłoki prze­szli przez otwarty teren i znowu zanu­rzyli się w gęstwi­nie. Eri ode­tchnęła z ulgą. Bli­sko rosnące jesiony, dęby i buki dawały poczu­cie bez­pie­czeń­stwa, można się było za nimi scho­wać, gdyby poja­wił się jakiś krwio­żer­czy gigant.

*

Szli długo i z mozo­łem, dotarli bowiem do star­szej czę­ści pusz­czy: drzewa o gru­bych pniach rosły gęsto, na doda­tek poszy­cie było zaście­lone uła­ma­nymi gałę­ziami i próch­nie­ją­cymi reszt­kami obumar­łych drzew two­rzą­cymi zapory nie do prze­by­cia. Musieli się nie­kiedy cofać, by omi­nąć prze­szkody. Eri zupeł­nie stra­ciła poczu­cie czasu, nie mogła spraw­dzić, jaka jest pora dnia, ponie­waż roz­ro­śnięte korony wie­ko­wych dębów i buków two­rzyły rodzaj szczel­nego dachu, przez który tylko tu i ówdzie prze­bi­jało słońce, szli więc głów­nie w pół­mroku. Czuła się już bar­dzo zmę­czona, kiedy nagle stara pusz­cza skoń­czyła się jak ucięta nożem. Zna­leźli się na skraju polany poro­śnię­tej bujną trawą. Wtedy dopiero Eri prze­ko­nała się, patrząc na niebo, że połu­dnie już minęło.

Postą­piła parę kro­ków i przy­sia­dła na wysta­ją­cym z trawy kamie­niu, przy­jem­nie nagrza­nym przez słońce. Z ulgą wycią­gnęła obo­lałe nogi, spo­glą­da­jąc na swo­jego prze­wod­nika i opie­kuna z prośbą w oczach. Bar­dzo potrze­bo­wała odpo­czynku. Miko nie pro­te­sto­wał, ale sam poszedł dalej na łąkę. Pew­nie chciał spraw­dzić, czy nic im nie zagraża. Roz­glą­da­jąc się uważ­nie, znik­nął za kępą aka­cji. Eri zdjęła buty i skar­pety, sta­wia­jąc stopy na mięk­kiej tra­wie. Lubiła cho­dzić boso po łące. Zda­rzało jej się wtedy czuć bijącą od ziemi moc, od któ­rej cier­pły palce. Maru­sza tłu­ma­czyła, że wie­dzący wyczu­wają w ten spo­sób pły­nące głę­boko cieki wodne, które są dla ziemi tym, czym tęt­nice wypeł­nione krwią dla czło­wieka.

Spoza drzew aka­cjo­wych wynu­rzył się Miko. W zło­żo­nych dło­niach niósł jakieś owoce. Gdy pod­szedł bli­żej, poznała jeżyny, bar­dzo dorodne i, jak się zaraz prze­ko­nała, cierpko-słod­kie. I sycące. Od razu poczuła, że jej wiel­kie zmę­cze­nie ustę­puje.

- Zjedz wszyst­kie, wzmoc­nisz się, przed nami pew­nie jesz­cze sporo drogi - powie­dział.

- A ty nie jesz? - zapy­tała. Nie­po­trzeb­nie, bo na policz­kach miał ciemne ślady jeży­no­wej uczty. Roze­śmiał się.

- Mam dosyć jeżyn do następ­nego lata! - Ale zaraz zmarsz­czył czoło, jakby się nad czymś zasta­na­wiał. - Tam dalej na łące widzia­łem dużo świe­żych śla­dów zwie­rząt. Wszyst­kie tropy zbie­gają się w jedną ścieżkę, która wie­dzie tam, gdzie i my idziemy, na wschód. Cie­kawe dla­czego.

Nie znaj­du­jąc wyja­śnie­nia, wło­żyła od ust ostat­nią jeżynę i uśmiech­nęła się z wdzięcz­no­ścią do chłopca. On jed­nak wciąż dumał, swoim zwy­cza­jem sku­biąc dolną wargę.

- Pój­dziemy tą ścieżką - oznaj­mił w końcu. Zer­k­nął na jej bose stopy. - Wkła­daj trze­wiki, moja pani, nie mamy zbyt wiele czasu. - Spoj­rzał na słońce, które skła­niało się już ku zacho­dowi.

Tak jak mówił, gdy minęli aka­cje, zauwa­żyła mnó­stwo śla­dów więk­szych i mniej­szych zwie­rząt. Łączyły się w jeden wspólny szlak, bie­gnący przez śro­dek łąki. Wyglą­dało to tak, jakby dzicy miesz­kańcy lasu dokądś wspól­nie ucie­kali. Eri pomy­ślała, że zwie­rzęta, które naj­wy­raź­niej wynio­sły się z tych czę­ści Lasu, przez które wędro­wali, musiały się gdzieś podziać. Czyżby ten odkryty przez nich szlak pro­wa­dził do tego miej­sca?

Dotarli do prze­ciw­le­głego skraju polany. Za nią roz­cią­gał się młody, naj­wy­żej kil­ku­letni las. Zwie­rzęcy szlak pro­wa­dził na ukos przez ten młod­niak, co było widać po zdep­ta­nej i zry­tej ściółce, poła­ma­nych krze­wach. Eri roz­po­zna­wała liczne ślady racic dzi­ków i jeleni, lisich łap, drob­nych łapek wie­wió­rek. Prze­szła tędy praw­dziwa zwie­rzęca armia! Podzie­liła się tą uwagą z chłop­cem. Miko przy­tak­nął.

- Setki zwie­rząt - stwier­dził. - Coś je skło­niło do opusz­cze­nia żero­wisk. A może raczej wystra­szyło...

Las się prze­rze­dził. Szli teraz wyraź­nie pod górę, w stronę rysu­ją­cego się przed nimi grzbietu spo­rego wznie­sie­nia. Tropy zwie­rząt zani­kały, odbie­gały na boki, jakby miesz­kańcy lasu od tego miej­sca posta­no­wili zdą­żać innymi dro­gami. Ale oni wciąż zmie­rzali ku szczy­towi wzgó­rza - Miko doszedł do wnio­sku, że stam­tąd będą mogli się rozej­rzeć po oko­licy. "Z góry zawsze lepiej widać" - powie­dział i trudno się było z nim nie zgo­dzić, choć Eri bar­dzo się zasa­pała. Zde­cy­do­wa­nie wolała scho­dzić, niż się wspi­nać.

Tego, co zoba­czyli po wej­ściu na szczyt, nie zna­leź­liby w opo­wie­ści naj­bar­dziej nawet uta­len­to­wa­nego i obda­rzo­nego bujną fan­ta­zją baja­rza - co Miko uczci­wie przy­znał.

Przed nimi roz­cią­gała się sze­roka dolina, środ­kiem któ­rej pły­nęła bystra rzeczka. Nie to było nie­zwy­kłe, lecz to, że nad jej brze­gami prze­by­wało mnó­stwo zwie­rząt - widzieli setki, jeśli nie tysiące saren, jeleni, dzi­ków, lisów, nawet łosi, nie licząc mro­wia leśnego dro­bia­zgu. Gałę­zie drzew pora­sta­ją­cych nad­rzeczne łąki dosłow­nie ugi­nały się od raj­cu­ją­cego ptac­twa. Zwie­rzęta pasły się, bawiły lub piły wodę, a wzdłuż rzeki nio­sły się pory­ki­wa­nia, chrum­ka­nia, kwi­cze­nia i poszcze­ki­wa­nia.

- A więc są tutaj! - zawo­łała Eri. - Chodźmy do nich.

Zanim zdą­żył zare­ago­wać, zaczęła zbie­gać po stoku wzgó­rza, na szczę­ście w tym miej­scu wyjąt­kowo łagod­nym. Miko nie­za­do­wo­lony tylko wes­tchnął i poszedł jej śla­dem. Dziew­czynka, mimo zmę­cze­nia, znacz­nie go wyprze­dziła.

Zatrzy­mała się nad samym brze­giem rzeczki. Obok pasło się stadko czte­rech sare­nek. Obej­rzały się na nią, wcale nie oka­zu­jąc lęku. Jedna nawet zaczęła się zbli­żać ku Eri, wycią­ga­jąc cie­ka­wie szyję, ale spło­szyło ją i jej sio­stry nadej­ście mło­dego baja­rza. Eri unio­sła wtedy rękę i łagod­nym gestem wezwała sarenki do sie­bie. Pode­szły, posłuszne wezwa­niu, zer­ka­jąc z obawą na chło­paka.

- Miko nic wam nie zrobi - zapew­niła Eri i pogła­skała sarenkę, która naj­bar­dziej się zbli­żyła. Bar­dzo przy­po­mi­nała Basię... Nagle tamta wędrówka wydała się dziew­czynce tak odle­gła, jakby przy­da­rzyła się komuś innemu w jakimś innym życiu.

Chło­pak przy­pa­try­wał się zwie­rzę­tom łaszą­cym się do małej cza­ro­dziejki.

- A więc tak wygląda ten dar - powie­dział po dłuż­szej chwili. - Sły­sza­łem od ludzi i innych baja­rzy, że wie­dzące, cza­ro­dziejki, zie­larki i szep­tu­chy potra­fią obła­ska­wiać zwie­rzęta, nawet naj­groź­niej­sze. Prawdę mówiąc, nie bar­dzo w to wie­rzy­łem...

Kiedy to mówił, z kępy buksz­panu wynu­rzył się rosły dzik. Na widok Eri i baja­rza nastro­szył się i groź­nie sap­nął, ale drobny ruch ręki dziew­czynki wystar­czył i dzik, nie oka­zu­jąc im wię­cej zain­te­re­so­wa­nia, potruch­tał spo­koj­nie ku brze­gowi rzeki, gdzie zaczął pić. Zaspo­ko­iw­szy pra­gnie­nie, zawró­cił w stronę krzaka.

- ...ale teraz chyba zacznę - dokoń­czył Miko. - Zaiste, opo­wie­ści nie kła­mią.

Wokół dziew­czynki tym­cza­sem gro­ma­dziło się coraz wię­cej zwie­rząt. Prócz sare­nek poja­wiły się wie­wiórki, łasice, kuny, kró­liki, lisy, przy­biegł nawet jakiś roso­mak, a potem ryś. Ota­czały małą cza­ro­dziejkę coraz cia­śniej­szym krę­giem. A kiedy na skraju łączki poka­zało się stadko dorod­nych jeleni, Miko uznał, że dosyć tej zabawy.

- Za duże robimy zbie­go­wi­sko - powie­dział. - Każ im odejść, nie możemy się zatrzy­my­wać, czas nas goni.

Usłu­chała z pewną nie­chę­cią, bo zauwa­żyła, że jej dar zro­bił na nim wra­że­nie. Pew­nie ta przy­goda znaj­dzie się w jed­nej z jego opo­wie­ści. Chło­pak chyba jed­nak wcale o tym nie myślał, bo kiedy posłuszne jej woli zwie­rzęta się roze­szły, wska­zał na rzekę, w tym miej­scu roz­laną sze­rzej i, jak się wyda­wało, płytką.

- Tam pew­nie jest bród - oznaj­mił. - Ide­alne miej­sce, aby­śmy prze­szli na drugą stronę.

Miał rację, woda się­gnęła im zale­d­wie do połowy łydek. Musieli tylko zdjąć buty i skar­pety. Na dru­gim brzegu zwie­rząt było jesz­cze wię­cej. Ledwo tam dotarli, natknęli się na buszu­jącą w buj­nej tra­wie liczną rodzinę nor­nic.

- Wygląda to tak, jakby zebrały się w tej doli­nie zwie­rzęta z całej pusz­czy - zauwa­żył Miko, gdy sie­dzieli na brzegu, susząc stopy w słońcu, w czym poma­gał też miły lekki wia­te­rek. - Ale dla­czego aku­rat tutaj?

Eri też się nad tym zasta­na­wiała. Miała pewne podej­rze­nia i już zamie­rzała się nimi podzie­lić z towa­rzy­szem, kiedy usły­szeli gło­śny sze­lest i odgłos czy­je­goś stą­pa­nia. Z odda­lo­nego może o sto kro­ków lesz­czy­no­wego zagaj­nika wynu­rzyła się postać wysoka na ponad cztery łok­cie i ruszyła w ich stronę.

Począt­kowo myśleli, że to wyjąt­kowo wysoki czło­wiek, ale szybko pojęli swoją pomyłkę. Rze­czy­wi­ście z daleka mógł przy­po­mi­nać potęż­nego starca, ale kiedy pod­szedł bli­żej, zoba­czyli, że jego głowę zamiast wło­sów pora­stają roz­ma­ite liście - klo­nowe, dębowe, bukowe - a pomarsz­czona skóra twa­rzy przy­po­mina spę­kaną korę. Tylko oczy - ciem­no­szare i przy­glą­da­jące się im z uwagą - wyda­wały się ludz­kie. Okry­wała go długa kapota sple­ciona z wicio­krzewu, w dłoni zaś, podob­nej do sęka­tej gałęzi, dzier­żył kostur. Nie spra­wiał wra­że­nia groź­nego, prze­ciw­nie, nor­nice hasa­jące bez­tro­sko w tra­wie, zwy­kle stra­chliwe, obsko­czyły go i zaczęły sku­bać jego roślinną kapotę.

Zdu­miona Eri wstrzy­mała oddech i patrzyła na przy­by­sza otwar­tymi sze­roko oczami, zasta­na­wia­jąc się, któż to może być. Ale Miko nie miał żad­nych wąt­pli­wo­ści. Skło­nił się z sza­cun­kiem.

- Witam, panie Borowy - rzekł. - Wraz z moją towa­rzyszką pro­szę o opiekę i ochronę.

Eri zła­pała się za głowę. Jak mogła go nie poznać?! Borowy, zwany też Leszym, był straż­ni­kiem lasu, opie­ku­nem drzew i paste­rzem zwie­rząt. Wiele razy sły­szała o tej tajem­ni­czej isto­cie. Nie­któ­rzy twier­dzili, że jest tak stary jak Bory Fan­do­riań­skie, któ­rych strzegł. Powia­dano, że nie lubił intru­zów, zwłasz­cza ludzi. I nie­jed­nego śmiałka, co się odwa­żył zapu­ścić do pusz­czy, zwo­dził, plą­tał mu ścieżki, rzu­cał kłody pod nogi i stra­szył, zmie­nia­jąc się w niedź­wie­dzia. Zazdro­śnie pil­no­wał swo­jego leśnego kró­le­stwa i biada temu, kto mu się nara­ził.

- Witaj­cie - usły­szeli nieco skrzy­piący głos Boro­wego. - Kto o gościnę prosi, ten ją otrzyma.

VI. W mocy Szem­rina

Eri nie przy­pusz­czała, że Borowy, w opo­wie­ściach uka­zy­wany jako groźny straż­nik lasu, może się oka­zać tak miłym i gościn­nym gospo­da­rzem.

Sie­dzieli teraz przy wiel­kim pła­skim gła­zie peł­nią­cym funk­cję stołu w jego domu, a może raczej dwo­rzysz­czu - jeśli tak można nazwać pla­cyk oko­lony przez grupę dorod­nych kasz­ta­nów, rosną­cych tak gęsto, że ich pnie sta­no­wiły jakby ściany, sple­cione zaś ze sobą korony two­rzyły rodzaj bal­da­chimu. Stół był zasta­wiony roz­ma­itymi leśnymi sma­ko­ły­kami: jago­dami, jeży­nami, poziom­kami, orze­chami, dzi­kimi jabłusz­kami (wcale nie­kwa­śnymi, jak się prze­ko­nała Eri), grzy­bami suro­jad­kami, a także jadal­nymi korze­niami nie­zna­nych im roślin. Mięsa ani chleba nie było, ponie­waż, jak wyja­śnił leśny sta­rzec, w jego kró­le­stwie nikt nie polo­wał ani nie upra­wiał zboża.

- Żyjemy tu tak, jak na początku, nim jesz­cze poja­wili się ludzie i nastała era ognia i żelaza - wyja­śnił. - Dla­tego musi­cie się poży­wić tym, co daje Las. Dla nas jest wystar­cza­jąco hojny.

Nie narze­kali na jadło­spis, bo słod­kie owoce i chru­piące korzonki sma­ko­wały im nad­zwy­czaj­nie. Jak powie­dział Borowy, pocho­dziły z jego ogrodu, który miał tę wła­ści­wość, że wszystko rosło i doj­rze­wało w nim przez cały rok, nie­za­leż­nie od tego, czy była zima, czy lato.

- Dla­tego zawsze mam czym poczę­sto­wać nie­spo­dzie­wa­nych gości - wyja­śnił. - Choć ostatni czło­wiek odwie­dził mnie wiele lat temu. Zawi­tała tu pewna zie­larka, pra­gnąca osie­dlić się w Lesie...

Eri natych­miast prze­stała zaja­dać smaczny korzo­nek i nad­sta­wiła ucha.

- Zie­larka? - zapy­tała. - Czy nazy­wała się Enna?

Borowy popa­trzył na nią uważ­nie.

- Tego nie wiem - odparł po namy­śle. - Nie wyja­wiła mi swego imie­nia. Bar­dzo była cie­kawa ziół rosną­cych na mojej łące, wypy­ty­wała o ich moc i wła­ści­wo­ści.

Dziew­czynka nie miała wąt­pli­wo­ści - to musiała być Enna. Kogóż innego inte­re­so­wa­łyby takie sprawy?

- A dokąd stąd poszła?

Wło­darz lasu odchy­lił się nieco i spo­glą­dał przez dłuż­szą chwilę to na Eri, to na Mika, który się nie odzy­wał, uda­jąc, że jest bar­dzo zajęty spo­ży­wa­niem pozio­mek, dorod­nych jak tru­skawki.

- A dokąd wy idzie­cie, jeśli można wie­dzieć? - odpo­wie­dział wresz­cie Borowy pyta­niem na pyta­nie. - Dwoje dzieci wędru­ją­cych przez groźne i budzące lęk u ludzi Bory Fan­do­riań­skie to nie­co­dzienny widok. Co was tu spro­wa­dza?

Eri poczuła bole­sne ukłu­cie w sercu. Znowu sta­nął jej przed oczyma mały bra­ci­szek. Nie mogła się powstrzy­mać i wybuch­nęła pła­czem. Szlo­cha­jąc i łyka­jąc łzy, opo­wie­działa o wszyst­kim: o pil­no­wa­niu Miszy, łasi­cach, połu­dni­cach, Wida­rze i posta­no­wie­niu, że bez chłop­czyka nie wróci do domu, i o poszu­ki­wa­niu zie­larki. Borowy słu­chał i kiwał ze zro­zu­mie­niem liścia­stą głową, a dziew­czynka powoli się uspo­ka­jała. Gdy skoń­czyła swoją histo­rię, ode­zwał się:

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki