Erhard Loretan. Ryczące ośmiotysięczniki - Jean Ammann, Erhard Loretan


Reflow text when sidebars are open.
Nie o to chodzi, aby życie narażać.
To pretensjonalna formułka.
Nie jestem wielbicielem toreadorów.
Nie niebezpieczeństwo kocham.
Wiem, co kocham. Życie[1].
ANTOINE DE SAINT-EXUPÉRY
ZIEMIA, PLANETA LUDZI
Kiedy wyczuwam spokojną energię
Która go unosi, odkrywam, że
Sensem życia jest wzlot
Kiedy śledzę jego spokojne ruchy
Rozumiem, że istotą wzlotu
Jest równowaga
I wkrótce pojmuję, że
Istotą równowagi jest kreacja
Pamiętam jego mocne dłonie
I dziwię się - czym jest kreacja?
Próbuję dostrzec
To, co tworzy
I to, co bez śladu bywa tworzone
Nagle złe wieści przychodzą od niego
I zaczynam rozumieć
Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo
WOJTEK KURTYKA, WSPOMNIENIE O ERHARDZIE LORETAN
Spośród nich wszystkich
łańcuch Gastlosen
pozostaje moim ulubionym.
ERHARD LORETAN
Każdy, kto się wspina, wie, że kluczową rolę w pierwszych sukcesach alpinistycznych odgrywa szczęście. Niech ten, kto nigdy nie był młody, pierwszy rzuci kamieniem.
ANDERL HECKMAIR
Ile mogę mieć lat? Są lata sześćdziesiąte. Siedem? Dziesięć? Wiszę na gałęziach drzewa, które wpadło na doskonały pomysł i wyrosło tuż przed naszym domem. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że w tej chwili, kilka metrów nad ziemią, pracuję na swoje przezwisko: inne dzieci wołają na mnie "małpa". Chcą w ten sposób upokorzyć kogoś, kto wznosi się w górę, kto nadaje życiu dodatkowy wymiar. Blisko trzydzieści lat później nadal mam w pamięci zadowolenie, które towarzyszyło mi podczas każdej z tych podniebnych ucieczek: od zawsze najlepiej czułem się w chwilach, gdy zbliżałem się do nieba. Kiedy już dotrzemy do wierzchołka drzewa, rozglądamy się wokół siebie. I orientujemy się, że ten wierzchołek wznosi się ponad ulotnym światem. Jeszcze wyżej są góry. Nasi sąsiedzi, rodzina Dousse'ów, zabierają mnie tam na grzyby. Lubię grzyby, ponieważ rosną w górach. Wszystkie grzyby są dobre, o ile rosną w górach. W Bulle[2], obok mojego domu przy ulicy Abbé-Bovet - nazwanej tak na cześć opata, który skomponował Starą chatę i jej czarujące strofy ("Tam wysoko w górze...") - mieszkał też Michel. Michel Guidotti.
W każdy weekend patrzyłem w napięciu, jak wyrusza w drogę, a sprzęt chrzęści mu w plecaku. Dla mnie, wtedy jeszcze dziecka, alpinizm ma jedno imię: Michel. Dziś, kiedy wracam do tych wspomnień, do tego pociągu do podniebnych przygód, do fascynacji Michelem Guidottim, myślę, że mój los był przesądzony.
W wieku siedmiu czy ośmiu lat postanawiam, że zostanę przewodnikiem wysokogórskim. Ktoś z większą skłonnością do teatralnych gestów znalazłby jakąś ładną formułkę, coś w rodzaju: "Zostanę Bonattim albo nikim". Ja jednak zadowalam się dziecięcym uporem: zostanę przewodnikiem wysokogórskim. To silne postanowienie opieram na skrawkach rzeczywistości - widoku obładowanego Michela, wyruszającego na podbój górskich otchłani - i na wielu fikcyjnych elementach: w telewizji leci właśnie puszczana w odcinkach ekranizacja książki Pierwszy na linie. Inni nie zdołali się nigdy otrząsnąć po Ivanhoe, mnie zaś ukształtował właśnie Pierwszy na linie. Walter Scott kontra Frison-Roche - z mojej perspektywy był to nierówny pojedynek.
Pewnego dnia mój bohater, nieco skrępowany podziwem, którym go darzyłem, zaproponował mi związanie marzeń liną i wkroczenie na drogę ich realizacji. Stało się: Michel Guidotti postanowił zabrać mnie na mierzący 1829 m n.p.m. szczyt Dent de Broc, na który mieliśmy wejść przez zachodnią grań! Wybierałem się na tę wyprawę z Michelem! Byłem w siódmym niebie, a właściwie w jego przedsionku, gdzie - jak się szybko przekonałem - spało się naprawdę kiepsko. Tamtej nocy nie zmrużyłem oka, nie mogłem przestać myśleć o wspinaczce na szczyt majaczącej za oknem góry, która zdawała się ze mnie drwić.
Od mojej pierwszej wspinaczki na Dent de Broc przez zachodnią grań do wspinaczki na Kanczendzongę minęło dwadzieścia pięć lat. Nie pamiętam już szczegółów tamtej ekspedycji. Wiem, że było nas trzech. Prowadził Michel, ja szedłem w środku, a pochód zamykał Fred Sottas. Pamiętam szok, jakim dla mojego ciała była ta pierwsza wyprawa. Cały się trząsłem. Jakbym po latach poszukiwań i przemian odnalazł wreszcie swój żywioł. Stan ten przypominał ekstazę gąsienicy, która pewnego pięknego ranka odkrywa, że wyrosły jej skrzydła. Jest 1970 rok. Po jedenastu latach od momentu, gdy poczułem w sobie powołanie, i po przejściu inicjacji klasyfikowanej jako DT (dość trudna) ślubuję górom wierność.
Wszystko zmienia się w jednej chwili. Trenowałem dotąd biegi - dziś na stadionie jest mi za ciasno, a lekkoatletyka straciła dawny powab. Moje marne kieszonkowe zasila sklepy ze sprzętem sportowym, a oceny w dzienniczku doprowadzają do rozpaczy matkę, która bezradnie patrzy, jak jej syn ćwiczy niebezpieczne podciągnięcia, zamiast skupić się na nauce. Odkąd zafascynowałem się wspinaczką, szkoła śmiertelnie mnie nudzi. Zadowalam się ocenami tuż powyżej minimum, już od najmłodszych lat wykazując zamiłowanie do wszystkiego, co na krawędzi. Ach! Oczywiście! W tamtych czasach zaniedbuję edukację szkolną, ale jedna książka rozpala moją żarliwość. Napisał ją profesor ostrzyżony na jeża, noszący charakterystyczny żakardowy sweter. Ten profesor to Gaston Rébuffat, a książka nosi tytuł Lód, śnieg i skała. Poznaję w ten sposób podstawy alpinizmu, chłonę sentencje podobne do tej: "Żeby dobrze widzieć, nie wystarczy otworzyć oczu, trzeba najpierw otworzyć serce", a w wolnych chwilach rozmyślam nad węzłem ratowniczym i ósemką. Dzięki mojemu drzewu, które przygotowuję do wspinaczki z dokładnością godną radzieckiej wyprawy na Kanczendzongę, przechodzę gładko od teorii do praktyki. I tak oto poznaję tajniki tego zawodu zupełnie sam, czy może - bądźmy uczciwi - z drobną pomocą Gastona Rébuffata.
Loretanowie pochodzą z miasteczka Lo?che-les-Bains (Leukerbad) znajdującego się w kantonie Valais, ale kilku spośród nas podczas sezonowego wypasu zwierząt przekroczyło przełęcz Gemmi i od dwóch pokoleń żyje w Kandersteg. W ten oto sposób mój kuzyn Fritz Loretan, przewodnik górski, dostał przydział i objął pieczę nad schroniskiem Fründenhütte znajdującym się w Oberlandzie Berneńskim. W 1970 roku zatrudnił mnie jako pomocnika. Dwa miesiące na wysokości 2500 metrów - o czym więcej mógłbym marzyć? Dwa miesiące mogłem tam spędzić tylko w pierwszym roku, w kolejnym bowiem moja matka, jedyna w domu przedstawicielka władzy rodzicielskiej, zdecydowała, że będę towarzyszył mojemu bratu Danielowi podczas letnich kolonii. Po miesiącu opuściłem zatem Fründenhütte z nosem na kwintę i wyruszyłem do Langrune-sur-Mer w Normandii. Ktoś musi mi kiedyś wyjaśnić, dlaczego tak wielu ludzi marzy o powrocie do ukochanej Normandii...
Na szczęście wygnanie nad morze trwało tylko jeden sezon i aż do 1974 roku dwumiesięczne wakacje znów spędzałem we Fründenhütte. Dorobiłem się nie tylko wspomnień, ale też mięśni, bo regularnie przenosiłem 20-kilogramowe pakunki. Oprócz obowiązków związanych z opieką nad schroniskiem każdego dnia miałem kilka godzin na wdrażanie nauk profesora Rébuffata. Spędzałem długie godziny na małej ściance powyżej budynku, gdzie wbijałem niezliczone ilości haków i rozstawiałem biwaki. Znajdowałem się dwadzieścia metrów nad ziemią, jeszcze bliżej nieba, i robiłem wszystko, by upodobnić się do bohaterów książek, które czytałem. Od czasu do czasu Fritz oznajmiał: "Jutro idziemy się wspinać". Od tego momentu przestawałem normalnie funkcjonować, nie mogłem też spać. Odżywałem dopiero w momencie, gdy wyruszaliśmy w drogę. To właśnie u boku kuzyna Fritza odbyłem pierwsze większe wspinaczki: zdobyłem północną ścianę Doldenhornu (3638 m n.p.m., poziom: bardzo trudny), południowo-zachodnią grań Fründenhornu (3368 m n.p.m., trudny), wschodnią grań Doldenhornu (trudny plus)... Miałem też bardzo dobre czasy, pokonanie północnej ściany Doldenhornu zajęło nam na przykład cztery godziny.
Gromadzę zatem doświadczenia. Robię to na tyle skutecznie, że po powrocie do Gruy?re okazuje się, że uczeń przerósł mistrza - gdy mistrz pewnego dnia, podczas przejścia drogą Martiego w łańcuchu Gastlosen, doznaje kontuzji. Częściowo z winy poziomu trudności, a częściowo z winy służby wojskowej, która dała mu w kość przez wcześniejsze trzy tygodnie, Michel Guidotti potyka się na słynnej Czerwonej Ścianie. Tych kilka metrów budzi postrach wśród początkujących wspinaczy i czyni to przejście sławnym. Patrzę na swojego prowadzącego, widzę, jak ciężko oddycha, i proponuję, że go zastąpię. Wypowiadając te słowa, mam absolutną pewność, że ta ściana mi się nie oprze. Ruszam naprzód. Po raz pierwszy prowadzę. Lina wisi teraz między moimi nogami, a do mnie dociera skala przewrotu, który się przed chwilą dokonał. Węzły trzymają, ale robi się coraz trudniej, a haki są oddalone od siebie dwa razy bardziej niż wcześniej. Kończę przejście, prowadząc. Odtąd podczas wspinaczek to ja będę prowadzącym - stwierdzam to z niekłamaną dumą. Tego pamiętnego dnia spotkam Vincenta Charri?re'a i Pierre'a Moranda, którzy wkrótce dołączą do mnie podczas wszystkich górskich eskapad. Mają po czternaście lat, co pozwala im dołączyć do sekcji młodzieżowej Szwajcarskiego Klubu Alpejskiego (Swiss Alpine Club). Ja natomiast mam dopiero trzynaście lat. Mamo, dlaczego urodziłem się o rok za późno?
W 1973 roku, jeszcze jako uczeń szkoły średniej w Gruy?re, dostrzegam nagle w oddali sylwetki, które widziałem w Gastlosen. Vincent Charri?re i Pierre Morand podchodzą do mnie i pytają, czy chciałbym zostać członkiem ich drużyny. Wspinają się we trzech, razem z Jeanem-Maurice'em Chappaleyem. Ponieważ liczbę trzy trudno podzielić na dwa, uznają, że czteroosobowa grupa sprawdziłaby się zdecydowanie lepiej. "Nie chciałbyś się z nami wspinać?". Czuję, że znalazłem się wśród równych sobie. Jestem w siódmym niebie. Przyjmuję propozycję, nie konsultując tego z matką. Pozostaje mi tylko ją przekonać. Nie przychodzi to łatwo, ale wydaje mi się, że matka bardzo szybko pojmuje, że góry będą mnie przyciągały jak magnes przez resztę życia.
Odtąd byłem rozdarty między dwoma światami, tym w górze i tym na dole - niebem i piekłem. Moja matka bezwzględnie wykorzystywała tę sytuację w celach wychowawczych: jeśli w ciągu tygodnia brakowało mi dyscypliny, w weekend skazywała mnie na niziny. Co za piekło! U kresu pięciu długich dni w szkole majaczący na horyzoncie weekend stawał się dla mnie sensem życia. Tych pięć dni wyczekiwania tylko podsycało płonący we mnie ogień. Ilekroć miałem pół dnia wolnego, ruszałem się wspinać; ilekroć miałem godzinę wolnego, pochłaniałem książkę o górach. Wspinałem się na wszystko, co znalazło się na mojej drodze: filary mostu kolejowego, ceglane mury napotykane podczas miejskich wycieczek, półki skalne... Te cenne chwile wykradane codziennej rutynie podsycały moją pasję. Zrobiłbym wszystko, nawet najgłupszą rzecz, byle tylko wyruszyć w góry.
Tak właśnie się stało. Pamiętam pewien wypad, na który wypuściliśmy się z Pierre'em Morandem - w imię prawdy historycznej będę go odtąd nazywał Pommelem. Otóż mieliśmy z Pommelem straszną ochotę powspinać się w Gastlosen, tym wapiennym łańcuchu oddalonym o 30 kilometrów od mojego domu. Dysponowaliśmy nie tylko dobrymi chęciami, ale też motorowerem. Jeden motorower na dwie osoby nie wystarczył: kilka centymetrów sześciennych pojemności skokowej silnika do podziału na dwie osoby i sprzęt to było zdecydowanie za mało! Pojechałem zatem autobusem do Bellegarde, a Pommel pomknął tam motorowerem. Z Bellegarde zostało nam do pokonania już tylko kilka kilometrów. Opracowaliśmy zatem trzyetapowy plan: w pierwszej kolejności Pommel weźmie dwa plecaki i ruszy naprzód motorowerem, a ja pobiegnę za nim; następnie, po pokonaniu odległości, którą uzna za stosowną, porzuci motorower i dwa plecaki, po czym ruszy dalej biegiem; na koniec ja dotrę do motoroweru, wsiądę na niego i dogonię Pommela. Następnie wrócimy do punktu pierwszego. Nie wiem, czy stało się to dzięki tej intensywnej rozgrzewce, w każdym razie tego dnia zdobyliśmy Dünnefluh, najtrudniejszą dla nas drogę w tamtym okresie, klasyfikowaną jako bardzo trudna plus, co oznaczało, że każdy powinien wybić sobie zęby już na pierwszym wyciągu. Na szczycie Dünnefluh, wyniesieni ku niebu przez entuzjazm typowy dla piętnastolatków, triumfując po pokonaniu tych kilku "niezwykle trudnych kroków", czuliśmy się niepokonani.
Nasi rodzice mieli szczęście: niepokonane dzieci to przywilej, który nie spotyka każdego. Trzeba umieć wstawać o świcie, choćby o czwartej rano, kiedy duet niepokonanych planuje zdobycie "drogi Emile'a" na południowej ścianie Grand-Pouce (bardzo trudna) i powrót koło południa.
W 1975 roku mamy już za sobą wszystkie okoliczne trasy. Uznajemy, że nadeszła pora, by zaznaczyć własną obecność na tym świecie. Wraz z Vincentem Charri?re'em postanawiamy wytyczyć swoją pierwszą drogę na południowej ścianie Dent de Broc. Wracam zatem w miejsce mojej inicjacji. Tym razem zamierzam jednak pójść drogą nietkniętą jeszcze ludzką stopą.
Na myśl o tym, że szliśmy tamtędy jako pierwsi, ogarniał mnie ogromny entuzjazm. Nie opuszczało mnie też poczucie, że urzeczywistniam opowieści z kart książek o alpinizmie. Czytałem Bonattiego, a teraz robiłem to samo. Czy Bonatti pił kawę, kiedy otwierał nową drogę? W kółko zadawałem sobie to pytanie. Matka Vincenta przygotowała nam termosy z kawą, którą poiliśmy się przez cały dzień. A teraz, wisząc w naszym biwaku, mogliśmy osobiście potwierdzić pobudzające właściwości kofeiny. "O jedenastej wieczorem pojawia się na niebie Księżyc. Piętnaście po północy podnoszę się, by szukać linii drogi w jego poświacie" - zanotowałem w dzienniku z wyprawy.
Od razu nabrałem nawyku spisywania wrażeń na bieżąco. Skąd ta mania pisania, skoro w szkole unikałem tego jak ognia? Może stąd, że w górach życie wydaje nam się bardziej ulotne niż gdziekolwiek indziej i przychodzi nagląca potrzeba dania czegoś w rodzaju świadectwa? Rozpoczęliśmy na nowo wspinaczkę pod życzliwym okiem Księżyca i rano mieliśmy już wytyczoną naszą pierwszą drogę. Była to solidna trasa oznaczona jako BT (bardzo trudna), poprowadzona w duchu naszego mistrza Emile'a Sonneya, zwolennika ograniczonego używania haków. Do dziś nie znoszę, kiedy wbija się dodatkowe haki na drogach, które wytyczyłem! Na samą myśl o tym mam ochotę kogoś zabić. Kiedy wracaliśmy, niebo postanowiło oblać nasz sukces. Z nieba leciały krople wielkości kamieni i tylko dzięki kaskom nie ucierpiały tego dnia nasze mózgi - a przynajmniej to, co pełniło ich funkcję.
Jeśli bowiem mózg ma być stróżem rozsądku, to jak wytłumaczyć to, że godził się na te wszystkie niedorzeczności? Miałem szesnaście lat, kiedy - nie odczuwając podczas wspinaczek żadnych fizycznych ograniczeń - postanowiłem zbadać granice swojej psychiki. Ponieważ wychodziłem zwycięsko z wszystkich prób, musiałem znaleźć coś nowego. Zacząłem ruszać na samotne wspinaczki. Kiedy wróciłem z solo na Gross Turm (BT+), zapisałem w dzienniku: "Ta przygoda to moje pierwsze wielkie doświadczenie alpinistyczne i etyczne. Wiele się dzięki niej dowiedziałem zarówno o technice wspinaczki, jak i o sobie samym". W ferworze działania nie rozumiałem oczywiście, co działo się w moim wnętrzu, ale przekroczyłem cienką granicę, która oddziela odwagę od ignorancji. Dziś jestem zmuszony przyznać, że uległem w tamtym okresie fascynacji czystym ryzykiem. Tym, co najbardziej podobało mi się w wyprawach solo, była gra ze śmiercią, świadomość, że najmniejszy błąd może się okazać fatalny w skutkach. I to nie tylko błąd ludzki, który miałem szansę popełnić, ale także defekty sprzętowe: wystarczyło, żeby puścił jeden hak, a runąłbym w dół. Chciałem zbadać własne ograniczenia psychiczne, zrealizowałem swój cel - i zostałem uleczony.
Moi koledzy podchodzili do solo bardzo nieufnie, ja natomiast bez reszty oddawałem się samotnym wyprawom. Aż pewnego dnia podczas wyprawy na Grand-Pfad (Pfadflue, 2064 m n.p.m.) przez ułamek sekundy miałem pewność, że pożegnam się z życiem. Mój kolega Jean-Claude Sonnenwyl ostrzegał mnie przed tym, ale byłem tak pochłonięty swoją misją, że go zignorowałem. Oto relacja, którą spisałem w dzienniku: "Siódma rano. Ruszam. Pierwsze metry okazują się męczące, a podłoże rozmokłe. Zakładam linę zgodnie z moją techniką: jestem maksymalnie skupiony na wspinaczce. Przy piątym wyciągu poprawiam kilka haków, które wydają się źle wbite. To ciężka próba dla moich ramion, dopadają mnie skurcze. Krótkie przejście ze spitami w prawo i docieram do porośniętej darnią półki skalnej. W tym miejscu jest tylko jeden spit. Zakładam przelot i pokonuję 10 metrów, wpinam się w hak i montuję linę na przelocie, który znajduje się nieco niżej. Znów się wczepiam, likwiduję punkt asekuracyjny na sześciometrowej linie, podciągam się na haku i nagle wszystko pęka, a ja lecę do tyłu. Tym razem już po mnie. Uderzam ramieniem w półkę skalną, następuje kolejny wstrząs i znów lecę w dół. Cholera! Autoasekuracja zawiodła. Żegnaj, życie.
Po chwili, która wydaje się wiecznością, nadchodzi kolejny wstrząs, a ja zostaję unieruchomiony: wiszę 25 metrów pod wyciągiem. Co się ze mną dzieje? Jak to możliwe, że wciąż tu jestem? Przecież to niemożliwe, to cud. Puszczają mi nerwy i po raz pierwszy w życiu płaczę w górach. Co robić? Wspinać się, schodzić, czekać? Wiszę tak bez ruchu przez dziesięć minut. Na szczęście Nicole tego nie widzi. Na co czekam? No już, weź się w garść. Wróć do wyciągu. Za pomocą prusików powoli pnę się w górę, obawiając się, że w każdej chwili wszystko może puścić. Docieram do półki skalnej. Wyjmuję linę i postanawiam zejść. Zostały tylko trzy wyciągi. Jest południe, rozpoczynam długi zjazd na linie, w pięciometrowych odcinkach. Wkrótce docierają do mnie głosy, które dodają mi otuchy. To Nicole, Françoise i ich matka. Zjeżdżam ostatnich 80 metrów i stawiam wreszcie stopę na podłożu. Okazuje się, że ledwo mogę chodzić. Moje ciało pokrywają krwiaki. Miałem szczęście czy raczej pecha?". Z czysto fizycznego punktu widzenia, powiedzmy, że runąłem 35 metrów w dół na spicie i przelocie, z podwójnie przełożoną liną. Specjaliści od siły ciężkości z pewnością to docenią. Na zawsze zapamiętam hak, który wystawił mnie do wiatru. Był żółty jak mlecz i niewiele brakowało, a wąchałbym go od spodu! W tamtym okresie środowisko wspinaczy uważało mnie za ignoranta, wszyscy byli pewni, że nie dożyję starości. Tego typu anegdoty były niezbyt przekonującym kontrargumentem.
Tamten okres, który część moich przyjaciół uznawała za szalony, był też czasem wielkich wspinaczek. W 1975 roku, między 27 lipca a 3 sierpnia, odkrywaliśmy Chamonix. Zakładałem, że zobaczę miejsce bliższe czasom Armanda Charleta niż René Desmaisona. Wyobrażałem sobie miasteczko przedzielone główną ulicą, na której końcu mieści się słynne biuro przewodników wysokogórskich. Okazało się jednak, że góra urodziła wielkie miasto. Jean-Maurice, Vincent, Pierre i ja niczym muszkieterowie ruszamy najpierw na grzbiet P?lerins, a następnie na drogę na Aiguilles du Diable. Szczyt postanowił dowieść, że w pełni zasłużył na swoje imię[3], a diabeł za wszelką cenę usiłował przypomnieć nam o swojej obecności. Przechodzi pierwsza nawałnica, a potem druga, jeszcze gwałtowniejsza. Czekany migocą w świetle błyskawic, wokół nas nieustannie rozlegają się grzmoty. Powietrze naładowane jest elektrycznością. Mamy po szesnaście lat i nie wiemy, którędy wiedzie droga w dół. Nagle słyszymy głosy - trafiamy na innych wspinaczy. Koło dwudziestej pierwszej otwieramy drzwi schroniska Les Cosmiques. Opiekun schroniska, stary, miły człowiek, który ma zapewne więcej lat niż my czterej razem wzięci, przygląda nam się i pyta: "Zobaczyliście diabła?".
W 1976 roku mam okazję poznać z bliska inny cel alpinistycznych pielgrzymek - Cima Ovest di Lavaredo. Rankiem 15 lipca ruszam w drogę w towarzystwie Pommela, drugiego na linie. Postanawiam nie sugerować się zanadto rzeźbą terenu. Można by odnieść wrażenie, że została ona stworzona po to, by Riccardo Cassin nie miał następcy. Nigdy nie szedłem tak długą drogą i wiem, że musimy skończyć za dnia. Historyczny wymiar Cima Ovest onieśmiela Pommela. Jego ruchy cechuje nietypowa dla niego sztywność. Docieramy do słynnej drogi Cassina. Haki są tu powbijane co metr, więc raczej nam nie odfrunie. Kończy się półką skalną tak szeroką, że można by ją przebyć na rowerze. Kiedy dochodzimy na szczyt, mamy w rękach osiem godzin wysiłku, w żołądkach po pół jabłka, a w gardłach po kilka decylitrów wody, która dawno zdążyła wyparować.
Rébuffat pisał w Lodzie, śniegu i skale: "Wspinaczka to również przyjemność płynąca z porozumiewania się z górą tak, jak rzemieślnik porozumiewa się z drewnem, kamieniem albo żelazem, które obrabia". Potraktowałem tę definicję wspinaczki dosłownie: równolegle z nauką alpinizmu zacząłem kształcić się na stolarza u drobnego rzemieślnika z Bulle. Dla mnie góry zaczynały się w piątek wieczorem. Dla niego praca kończyła się w sobotę rano. Te dwie aktywności pokrywały się więc czasowo przez kilka godzin. Mój pracodawca nie patrzył na to zbyt przychylnie i zlecał mi dodatkowe zadania, jakby chciał skuteczniej przykuć mnie do warsztatu. Przez dwa lata wykonywałem złącza płetwowe - zrobiłem ich tysiące. Lubiłem drewno, lubiłem ten zawód, ale do tego człowieka czułem wyłącznie nienawiść. Pewnego pięknego dnia po prostu powiesiłem fartuch na kołku. W tym przypadku warto się zastanowić nie nad tym, w jaki sposób odszedłem, ale nad tym, co sprawiło, że zdołałem wytrzymać dwa lata w takiej atmosferze. Znalazłem pracę w firmie zajmującej się składaniem mebli, ukończyłem tam praktyki i zdobyłem świadectwo.
W żadnym wypadku nie wyparłem się pierwotnego planu: nadal zamierzałem zostać przewodnikiem wysokogórskim. W 1978 roku, nie mając jeszcze dwudziestu lat, uświadomiłem sobie nagle, jak istotną rolę odgrywają góry w moim życiu. Zdążyłem już zrobić wszystko, co wspinacz może zrobić w Alpach. Moja lista dokonań obejmowała: skałę wapienną w łańcuchu Gastlosen i w Dolomitach; granit na Aiguille du Midi; skałę mieszaną w Oberlandzie i masywie Mont Blanc; wyprawy zimowe w Gastlosen; pierwsze drogi ultratrudne (UT); wielkie klasyki takie jak Brenva i Major; rzadko uczęszczane drogi takie jak Superkorytarz na Mont Blanc du Tacul.
Bardzo szybko zrozumiałem, że góry to gra i tak jak w każdej grze obowiązują tu określone reguły. Ledwo uniknąłem pochłonięcia przez lawinę na Dent de Broc, widziałem też, jak mojego kolegę porywa lawina kamieni; na Aiguilles du Diable usłyszałem dźwięk, jaki wydaje góra, gdy nad tobą zawisa - ten grzmot zamykającej się pułapki. Doceniłem wartość przyjaźni wykutej w działaniu. W oczach moich przyjaciół, w pięknie pewnych gestów, w nieskazitelności krajobrazów, w świetle niektórych poranków i w zmierzchu niektórych dni pojąłem znaczenie słowa "szczęście". Między dziesiątym a dwudziestym rokiem życia zgromadziłem tyle doświadczeń, ilu niejeden nie zgromadziłby przez całe życie, dla mnie bowiem życie pozostawało ściśle splecione z górami. Nigdy nie zadawałem sobie pytania, dlaczego się wspinam - tak jak nigdy nie zadawałem sobie pytania, dlaczego żyję.
Alpinizm i instynkt macierzyński to nie jest dobre połączenie. Renata Loretan, matka Erharda, wiedziała o tym od dawna, od momentu gdy syn porzucił ją dla gór. Już od dwudziestu sześciu lat żyje z lękiem, który stanowi istotę matczynej miłości. Od tamtego dnia w 1970 roku, kiedy Erhard wyruszył w góry, a następnie przepadł bez reszty w alpejskim polu grawitacyjnym, Renata Loretan nie chciała wyobrażać sobie podniebnych akrobacji, które wykonywał. Zgoda na to, by syn poszedł za powołaniem, to jedna rzecz. Czy jednak od matki trapezisty można oczekiwać, by oklaskiwała wyczyny swojej latorośli? "Moja matka nie chce wiedzieć, co robię. Tym lepiej! Na jej miejscu też bałbym się patrzeć, jak syn wyrusza w Himalaje" - przyznał Erhard Loretan.
Usiłował przekonać ją do alpinizmu. Zabrał na "wycieczkę po górach", jak to określił. Jego matka znalazła się niespodziewanie u stóp Eggturmu, na kultowej drodze, drodze-inicjacji, obowiązkowym przejściu wszystkich aspirujących wspinaczy w kraju. "Na szczycie - wspominała później - czułam dumę. Zaczęłam rozumieć, co czuł Erhard...". Uczestniczyła też w prowadzonym przez niego trekkingu do Sanktuarium Annapurny. Również podczas tego trzynastodniowego marszu zależało jej na tym, by "przekonać się, co tak bardzo pociąga syna".
Usiłowała zatrzymać go w gnieździe już od pierwszych chwil, kiedy zatrzepotał skrzydłami. Ale czyż zatrzymuje się ptaka wędrownego, który marzy o Księżycu? "Kiedy dowiedziałam się, czym się zajmuje, byłam przerażona. Zadzwoniłam do mamy Pierre'a Moranda. Zrozumiałam, że podzielamy te same lęki i obawy. Wytłumaczyła mi jednak, że nie powinnyśmy zakazywać im chodzenia w góry, bo tylko byśmy ich w ten sposób unieszczęśliwiły...". Syn Renaty Loretan tak bardzo chciał się zbliżyć do nieba, że i ona tam się zwróciła. Wzywała na pomoc Matkę Boską z Bourguillon i Matkę Boską z Marches. Wyszyła synowi na koszuli medalik przedstawiający Pannę Świętą. Erhard zgodził się na tę boską protekcję, a w wieku szesnastu lat uznał, że zawdzięcza jej życie. "Kiedy podczas jednej z samotnych wspinaczek spadł, po powrocie do domu twierdził, że ocalił go właśnie medalik" - wspomina Renata. Syn wybrany przez Boga: oto myśl, która uspokaja matkę. W Świętej Rodzinie wszyscy wiedzieli, że wykształcenie pierworodnego syna to nie przelewki, a Maria od zawsze współczuła cierpiącym matkom. Do dziś w sklepie sportowym należącym do Renaty Loretan Panna Święta czuwa pośród pocztówek ze wszystkich zakątków świata. Rozpina miłosierne ramiona między zachodnim filarem Makalu a północną ścianą Everestu, które pełnią tu funkcję osobliwych kapliczek.
Renata Loretan nie czekała z wzywaniem boskiej pomocy, aż Erhard zacznie realizować swoje alpinistyczne powołanie. Po rozwodzie została sama z dwójką dzieci. Erhard miał osiem lat, a Daniel pięć.
Musiała pójść do pracy, żeby pieniędzy wystarczało do końca miesiąca. Spędzała całe dnie w fabryce czekolady albo w warsztacie krawieckim. Pierworodny Erhard zrozumiał, na czym polega odpowiedzialność, w wieku, w którym jego rówieśnicy wiedli jeszcze beztroskie dziecięce życie. Kiedy Renata wracała wieczorami do domu, regularnie znajdowała rany i skaleczenia - raz na kolanie syna, innym razem na głowie. "Zawsze uwielbiał ruch - wspomina. - Kiedy miał niespełna dwa lata, musiałam spacerować z nim całymi dniami. Zawsze był nierozważny. Od małego. A od pewnego momentu nie zdarzały się już dni bez wypadków". Nie chcąc spędzać niezliczonych godzin w poczekalniach, Renata uznała, że lepiej powierzyć syna opiece Boga niż lekarzy: poprosiła znajomego kapucyna o pobłogosławienie Erharda. "Może was to rozbawi, ale od tamtej pory problemów zrobiło się naprawdę mniej". Mimo to, gdy chłopiec miał około dziesięciu lat, przy uprawianiu gimnastyki artystycznej przydarzył mu się poważny wypadek: niewiele brakowało, by w wyniku złamania łokcia pozostał kaleką na resztę życia. Gdyby nie interwencja renomowanego ortopedy, Erhard miałby dziś sparaliżowaną rękę.
Łokieć odzyskał jednak sprawność, a Erhard wrócił do marzeń o alpinizmie. W wieku trzydziestu siedmiu lat pozostaje namiętnym himalaistą, który nie potrafi przeżyć roku bez wysokogórskiej ekspedycji. Renata Loretan musi zaś zadowolić się rolą zrezygnowanej matki.
On mówi o "trudnych pożegnaniach", ona zaś o "przepłakiwaniu całych dni". Ilekroć Erhard wyrusza na wyprawę, mówią sobie: "Do zobaczenia", choć oboje doskonale wiedzą, że być może należałoby raczej powiedzieć: "Żegnaj". "Zdaję sobie sprawę, że wielu jego kolegów stamtąd nie wróciło" - wyznaje Renata. Z początku wierzyła, że liczba wypadków zniechęci jej syna do gór, że wyprze się on fałszywego bożka. Musiała jednak ustąpić wobec oczywistej prawdy: mimo kolejnych okresów żałoby jego pasja nie umarła. Na czas ekspedycji Renata za każdym razem odcina się od świata. Żadnego radia, żadnych gazet - niczego, co mogłoby zwiastować tragedię. Niczego, co mogłoby przypominać tę skargę Hioba, jednogłośny lament nieszczęśników: "Spotkało mnie, czegom się lękał[4]". Renata nie potrzebuje zresztą mediów, by towarzyszyć synowi podczas wędrówek po świecie. Erhard odwiedza ją w snach. Tak jak wtedy, gdy zobaczyła, jak zarobił w dziób. Był 1993 rok, a on po powrocie wyznał, że miał utarczkę z tragarzami. "Matka wyczuwa takie rzeczy" - powiedziała. Pewnego dnia dostała list od swojego skrytego zazwyczaj chłopca. "To był cudowny list. Pomyślałam, że musiał się bardzo przestraszyć, skoro napisał tak piękne rzeczy. Miał wtedy pewnie ze dwadzieścia pięć lat...". Udało mu się wyjść cało z wyprawy na Annapurnę.
Dzięki Bogu! Erhard zawsze wraca. I tylko to się liczy: "Nie obchodzi mnie, czy zdobył szczyt!". Mówi się, że Erhard jest największym himalaistą swojej epoki. Co o tym myśli matka? "Oczywiście odczuwam pewnego rodzaju dumę. Ale za jaką cenę? Trudno być matką dziecka, które porywa się na tak niebezpieczne czyny".
Cóż za dziwny los: Renata Loretan, z domu Brancale, przybyła z ryżowisk Lombardii, by wydać na świat himalaistę światowego formatu.
W takim wypadku wydostać się z lawiny da się tylko wówczas, gdy wszyscy zdołają wyskoczyć ze śniegu pozostającego w ruchu na śnieg, który się nie porusza...
ALBERT F. MUMMERY
Zamierzając wdrapać się na Nanga Parbat, wspięliśmy się na pięć szczytów Kordyliery Białej, a marząc o Karakorum, poprowadziliśmy trzy nowe drogi w Andach: na Caraz I (6025 m n.p.m.), Palcaraju (6274 m n.p.m.) i Ranrapalca (6162 m n.p.m.).
W 1976 roku mam siedemnaście lat i trudno mi się uwolnić od lektur. Czerpię inspirację z kart najważniejszych alpinistycznych książek, pisanych przez wielkich bohaterów, moich absolutnych idoli. Do tego grona niewątpliwie zalicza się Hermann Buhl. Zadziwia mnie historia człowieka, który w 1953 roku wyruszył samotnie z wysokości 6900 metrów, by zaatakować szczyt Nanga Parbat. Odniósł triumf po siedemnastu godzinach wspinaczki, a po drodze pozbył się wszystkiego, co mogło go spowalniać, i wrócił w samą porę, by usłyszeć, jak opłakiwali go żywi. Nie dowierzał we własny, wyprzedzający epokę wyczyn. Chętnie widziałbym się w roli głównego bohatera dzieła zatytułowanego, dajmy na to, Loretan z Nanga Parbat. Postanowiłem zatem, że moim pierwszym pozaalpejskim doświadczeniem będzie właśnie ta góra.
Zdołaliśmy przekonać Vincenta, że to on, dzięki swojej ogładzie, wykształceniu i dobrym manierom, najlepiej nadaje się do zabiegania o rozmowę z Yannickiem Seigneurem, panem Yannickiem Seigneurem, który wrócił właśnie z Nanga Parbat. Yannick Seigneur zgodził się rzucić kilka ochłapów swojej wiedzy garstce ignorantów, bez pojęcia o prawdziwych wysokościach. Udzielił nam audiencji w swoim domu w Chamonix. Jean-Claude Sonnenwyl, Pierre Morand, Vincent Charri?re i ja dotarliśmy pod jego drzwi i zapukaliśmy, cali roztrzęsieni. Cisza. Pan Yannick, choć jest takim panem, wystawił nas do wiatru. Drugie spotkanie. Tym razem Yannick Seigneur zaszczyca nas swoją obecnością, ale jasno daje do zrozumienia, że ten niezwykły przywilej ma ściśle określone ramy. "Mogę wam poświęcić trzydzieści minut, zadawajcie swoje pytania!". Ten życzliwy ton dodaje nam odwagi i nagle mamy pustkę w głowach, zapomnieliśmy wszystkich pytań. Od tamtej chwili minęło dwadzieścia lat i nie pamiętam, czego dowiedzieliśmy się z tej rozmowy, za to doskonale wiem, co myślę o Yannicku Seigneurze.
Okienko "Nanga Parbat" zamknęło się z suchym trzaskiem. Tęsknota za dalekimi horyzontami nie zniknęła, ale obniżyliśmy nieco - dosłownie - próg oraz ambicje i postanowiliśmy wyruszyć do Peru. Na Andy porywało się już wcześniej kilku alpinistów z naszego regionu.
Pierwsza ekspedycja oznaczała pierwszy budżet, który trzeba było dopiąć, choć ledwo się dopinał i ledwo wiązaliśmy koniec z końcem. W tamtych czasach sponsoring nazywano patronatem, ale cały proces wyglądał jak dziś. Musieliśmy schować dumę do kieszeni w nadziei, że do tej kieszeni wpadnie nam wkrótce coś bardziej konkretnego. Zrobiliśmy rundkę po aptekach i zebraliśmy woreczki z żywnością dla niemowląt. Objuczeni tymi właśnie woreczkami 11 czerwca 1980 roku wyruszyliśmy z Zurychu do Limy, stolicy Peru. Ostatecznie polecieliśmy we trzech, bo Vincent wolał kopać piłkę. W Szwajcarii futbol jest najbardziej kontuzjogennym sportem, a w samym 1979 roku doszło na murawie do 25 tysięcy 770 wypadków. Trzeba przyznać, że Vincent, w ciągu tych lat, kiedy grał, starał się, jak mógł, by futbol zachował zaszczytne miejsce na szczycie statystyk Szwajcarskiego Zakładu Ubezpieczeń. Zapewne miał też znaczący udział w tym, że ten sport kosztował pozostałych podatników 38 milionów 772 tysiące 61 franków. Jak się domyślacie, nie pochwalaliśmy jego przygód piłkarskich. Docieramy zatem we trzech - Jean-Claude Sonnenwyl, Pierre Morand i ja - do Limy. Stamtąd zaś ruszamy autobusem do Huaraz. Podróżuje z nami jeszcze jeden gringo, René Desmaison. Nie wiem, czy mi uwierzycie, ale nas nie rozpoznał...
Huaraz, andyjski odpowiednik Chamonix, wznosi się na wysokości średnio 3050 metrów. Mimo pory roku - na półkuli południowej trwa właśnie zima - jest zaskakująco ciepło. Przed wyruszeniem w stronę szczytów, które wznoszą się ponad miastem, planujemy fazę aklimatyzacji. Gardząc przesądami i ludźmi przesądnymi, wyruszamy z Huaraz taksówką w piątek trzynastego. O siedemnastej zakładamy obóz na wysokości około 4000 metrów. W naszych głowach rozlega się nieznany szum. Jeszcze nigdy głowa nie bolała mnie tak bardzo jak tutaj, w Kordylierze Białej. Te brutalne ciosy raz za razem przeganiają sen. Koło siódmej rano pakujemy się i ruszamy w górę, w kierunku przełęczy, która znajduje się na wysokości 5100 metrów. Ból nie ustępuje, wręcz przeciwnie - każdy krok wstrząsa moim mózgiem. Dopiero schodząc, na wysokości 3700 metrów rejestruję poprawę. Co się stało? Po raz pierwszy w życiu alpinisty natrafiłem na wroga, którego odtąd nigdy już nie stracę z oczu: chorobę wysokościową. W tamtym okresie nie miałem pojęcia o istnieniu wysokościowego obrzęku mózgu. Na szczęście jednak wyszliśmy cało z tej pierwszej walki.
Często wyprawa wiąże się nieuchronnie z pewnym szokiem kulturowym. W naszym przypadku szok miał charakter raczej sanitarny niż kulturowy. Nazajutrz po udanej aklimatyzacji przekonujemy się z Pommelem, że podróże kształcą przede wszystkim układ odpornościowy - a dla wielu podróżników egzotyczne horyzonty ograniczają się do horyzontalnej egzotyki latryn. Żaden pies nie chorował nigdy tak gwałtownie jak my podczas tych dwóch dni, które upłynęły nam na kursowaniu między łóżkiem a toaletą. W końcu zbieramy resztki sił i szukamy lekarza. Znajdujemy go w gabinecie, który pod inną szerokością geograficzną pełniłby zapewne funkcję wygodnego garażu. Lekarz przyjmuje nas za stertą opon, sięga po strzykawkę i nakłuwa nas po kolei, nie wymieniając strzykawki ani nawet jej nie dezynfekując! Nie mam pojęcia, co nam podał, innymi słowy - nie mam pojęcia, co zaaplikował nam w tyłki, ale dwa dni później siedzieliśmy już nad stekiem z frytkami, a w piątek 20 czerwca ruszyliśmy w kierunku Ranrapalki.
Geografowie chętnie powiedzą, że Andy, a konkretnie Kordyliera Biała, to góry wyjątkowe ze względu na położenie blisko równika. Potwierdzamy te rozpoznania: to góry osobliwe. Panują tu inne prawa, egzekwowane z surowością bezlitosnego tyrana. Andy pozostają w ciągłym ruchu, grzbiety zdają się składać z pozlepianego cukru, nawisy śnieżne wykazują ponurą skłonność do osuwania się, a obiektywne zagrożenia częściej niż gdziekolwiek stają się subiektywne.
Ranrapalca to doskonały przykład tych szczególnych warunków. Przed chwilą wspięliśmy się w dwa dni na zachodni grzbiet tego liczącego 6162 m n.p.m. szczytu, idąc nową drogą, tak prostą, jak tylko pozwalały na to ogromne kotły. Musimy teraz zacząć planować zejście. Mamy do wyboru śnieg rozmokły na ścianie północnej albo ten sypki (około metra) na ścianie południowej. Namiot znajduje się na wysokości mniej więcej 5400 metrów, u podnóża zbocza, które czeka tylko na nasz ciężar, żeby się osunąć. Tym razem toleruje naszą obecność. Kiedy docieram na dół, czuję, jak ciężko doświadczone zostało moje ciało: na skutek ciągłego wbijania czekana w ten miękki lód i wyciągania go odczuwam w klatce piersiowej ból, który stanie się podczas tego zejścia uporczywym źródłem coraz gwałtowniejszego pulsowania.
Nazajutrz musimy pokonać szczelinę brzeżną. Jean-Claude rusza pierwszy. Później napisze w dzienniku: "Czujemy napięcie, słysząc koncert seraków, które zagrażają zejściu. 40-metrowy zjazd na linie, żeby pokonać szczelinę brzeżną na przełęczy. Niżej, kiedy przebywam zwężenie górujące nad wielkim murem seraków i wbijam czekan, rozlega się przerażający trzask. Moi towarzysze, którzy asekurują mnie 15 metrów wyżej, odczuwają obsunięcie jeszcze przede mną, serak zaczyna pękać, w dole odpadają lodowe bloki, żołądek ściska mi się ze strachu...". Zbocze pod nami wpada w potężne wibracje. Kiedy nadchodzi moja kolej, spowalniam każdy gest, wstrzymuję oddech, unikam wbijania czekana, tak jakby jedno uderzenie wystarczyło, by ta kryształowa ściana rozprysła się na tysiąc kawałków... Czuję, że moja obecność przeszkadza górze, która zaczyna pękać, charczeć i rzęzić. Mam właśnie przeskoczyć przez ostatnią szczelinę brzeżną, wierzę, że na dziś zakończyłem już chodzenie po jajkach - a chodzenie po jajkach nie należy do łatwych, kiedy ma się na butach raki - ale nagle, najwyraźniej licząc na piękny finał, serak się zapada! Oceniam szerokość lawiny i biegnę, żeby uciec z linii uderzenia. Pierre i Jean-Claude są tymczasem 30 metrów pode mną, kompletnie bezradni. Szamoczę się i miotam, ale nie mam złudzeń: zostanę zaduszony przez chmurę śniegu. Chronię się, jak mogę. Po kilku sekundach podłoże nieruchomieje. Cud! Wciąż jesteśmy wśród żywych. Brakuje czasu, by radować się tym odkryciem - czym prędzej biegniemy po ogromnych blokach, które jakimś cudem na chwilę zamarły. Koło południa, po ośmiu godzinach wysiłku, docieramy wreszcie do schronienia. Spotykamy czterech Francuzów, którzy zamierzają wejść na Ranrapalcę naszą trasą. Pozostaje życzyć im szczęścia. My tymczasem staramy się rozgrzać zimny pot na słońcu, w tych górskich tropikach.
Huaraz, jego knajpki, jego dansingi. Przez cztery dni odzyskujemy siły, które Ranrapalca wyraźnie nadwerężył. Wieczorem, w sobotę 28 czerwca, dołącza do nas Pierre Perroud, znajomy z Romont. Towarzyszy mu Chilijka. Uświadamiamy sobie, że od czasów Ulissesa nic się nie zmieniło: mężczyznę od zarania dziejów pociągają kobiety i przygody. Niewykluczone, że gdyby nie nasza obecność, Pierre Perroud wybrałby w tej sytuacji kobietę. Dla zbłąkanej duszy przyjaźń stanowi jednak niezłomną poręcz, dzięki czemu udaje nam się sprowadzić towarzysza na właściwą ścieżkę. Pół godziny później ruszamy we czterech w kierunku wschodniej ściany Artesonraju (6025 m n.p.m.). Pierre Perroud jest operatorem naszej drużyny, ma za zadanie nakręcić film z ekspedycji. Chciałby jednak, żeby ekspedycja dostosowała swój rytm do możliwości ekipy filmowej. Koło południa dzieli się ze mną swoimi żądaniami: "Idziemy bez przerwy od trzeciej nad ranem. Domagam się przynajmniej półgodzinnej przerwy, a później się zastanowię". Mija trzydzieści minut, ekipa filmowa wypracowuje stanowisko i zgadza się ruszyć w dalszą drogę. Dwie godziny później stoimy już na szczycie Artesonraju. Schodzimy "direttissimą", zboczami nachylonymi pod kątem 45-50 stopni, pokrytymi niepewną warstwą śniegu. O siódmej wieczorem jesteśmy z powrotem w namiocie.
Piątek 4 lipca poświęcamy na przenosiny - z Artesonraju przechodzimy do bazy pod Caraz - a także na rozmyślania. Wiemy, że wylot Caraz I zagradza ogromny serak, wiemy, że Pierre Perroud doświadczył już sporej dawki emocji podczas wspinaczki na Artesonraju, wiemy, że warunki są tutaj zdradliwe. Czy w tej sytuacji rozsądna jest próba wejścia na ścianę południową? Często przy tego typu przedsięwzięciach odwagą trzeba się wykazać jedynie w momencie podejmowania decyzji. Kiedy decyzja jest już podjęta, bieg wydarzeń nie zostawia miejsca na pytania czy wątpliwości. Pozwalam myślom błądzić. Przed oczami pojawiają mi się twarze bliskich - Nicole i matki - dzięki którym wolno mi się nazywać szczęśliwym człowiekiem. Przychodzi mi do głowy myśl, że trzeba wyjeżdżać, żeby mocniej kochać. Na miesiąc podróży wydałem 200 franków... Sen przerywa te filozoficzno-materialistyczne rozważania.
Wstaje słońce - a ja wraz z nim. Wyruszam wraz z Jeanem-Claude'em i Pommelem, by przyjrzeć się południowej ścianie Caraz. Przy bliższej inspekcji okazuje się ona mniej odstraszająca, niż początkowo zakładaliśmy: ostatnia część drogi nie składa się z seraka, tylko z ośnieżonego zbocza zwieńczonego skalistą ścianą. To tak, jakby góra na chwilę opuściła gardę. Postanawiamy zatem błyskawicznie zadać jej cios podbródkowy, wyprowadzić mocny hak. W niedzielę 6 lipca wyruszamy ku ścianie południowej. To dość szczególne podejście pod ścianę: raczej się wspinamy, niż maszerujemy. W niektórych miejscach musimy zdejmować plecaki, żeby zapewnić sobie odrobinę swobody. W końcu instalujemy biwak u podnóża ściany. Nie pozwalamy nocy przeminąć. O dwudziestej drugiej dzwoni budzik, pochłaniamy po trzy paczki żywności dla niemowląt i o 22:30 rozpoczynamy trawers lodowca. Trzy godziny zajmie nam pokonanie tego labiryntu i rozpoczęcie właściwej wspinaczki po ścianie.
W południe napotykamy największe trudności. Zdarzają się przejścia po lodowej tafli o nachyleniu 80 stopni. Lód jest tak cienki, że muszę wbić hak. Mimo wysokości jestem w świetnej formie. Po trzech wyciągach docieram do stóp skalnej płyty. Czym jest 20 metrów w ludzkim życiu? To mniej niż długość basenu, mniej niż rekord świata w pchnięciu kulą, mniej niż rekord w pluciu na odległość pestką wiśni... To jednak więcej, niż trzeba, żeby mnie zniechęcić. Najpierw próbuję wbić się w sam środek, ale kilkumilimetrowa warstwa lodu, która pokrywa skałę, nie pozwala mi na założenie odpowiednio mocnego punktu asekuracyjnego. Pommel, przekonany, że najcenniejsze są porady udzielane z boku, sugeruje, żebym spróbował po lewej. Stosuję się do jego rady. Pokonuję kilka metrów i wbijam pierwszy hak. Im dalej się posuwam, tym trudniej mi zobaczyć koniec tej historii. W tym miejscu geologia wahała się najwyraźniej między skałą a piaskiem. Ostatecznie postawiła na piasek: cała skała jest popękana. Próbuję z prawej. Ta sama rzeźba. Zaczynam tracić nadzieję i czuję, że moje życie zależy już tylko od tych sił, które fizyka bagatelizuje - sił tarcia. Niewiele trzeba, abym spadł i roztrzaskał się poniżej tego występu skalnego, nie mogę liczyć jedynie na psychologiczne działanie haka. Odwiązuję linę, a Jean-Claude podaje mi kilka haków. Wbijam jeden z nich, ale doskonale wiem, że to nie wystarczy, żebym ruszył dalej. Przesuwam się w prawo, wbijam w podłoże "V-kę", hak w kształcie litery "V", i osadzam przelot, a następnie wbijam kolejny hak. To już nie alpinizm, zaczyna to przypominać ciesielstwo. Jestem zlany potem. Jean-Claude zbiera sprzęt, a Pommel wspina się po linie. Tych ostatnich 20 metrów zajęło mi dwie godziny! Wspinamy się po grani i o siedemnastej docieramy na szczyt. Słabnące światło ogranicza naszą wylewność: została nam najwyżej godzina dnia.
Zbiegamy w kierunku lodowca, ale wkrótce zapada noc, a nasze latarki tylko niemrawo rozrzedzają ciemność. Biwak wydaje się niezbędny. Nie mamy sprzętu, śpiworów, namiotu, niczego, co pozwoliłoby nam się ogrzać i złagodzić surowość andyjskiej nocy. Postanawiamy zatem wykopać igloo. Igloo? To zbyt duże słowo jak na tę marną dziurę, która wbija się w bok góry. Pommel rezygnuje z pracy robotnika ziemnego, bo ma klaustrofobię. Pozostaje zatem tylko dwóch ochotników. Zgodnie ze starym górskim powiedzeniem, że cały czas poświęcony na przygotowywanie biwaku to czas, którego się w tym biwaku nie spędzi na odpoczynku, wykopanie igloo zajmuje nam dwie godziny. Pommel na tę jedną noc przełamuje fobię. We trzech dzielimy się naszą krecią norą i zamarzniętą pomarańczą, nie mamy już nic do picia. Noc jest długa. To podczas jednej z takich nocy Ramuz zadawał sobie zapewne pytanie: "A jeśli słońce już nie wróci?". Jednak wbrew naszym obawom słońce wraca, a my przed wyruszeniem w dół staramy się zgromadzić maksimum ciepła. Kluczymy między serakami i rumowiskami, a kiedy docieramy do grani, gratulujemy sobie, że nie próbowaliśmy pokonać tej drogi w nocy. Radość z własnego wyboru to dla zwykłego śmiertelnika źródło wielkiego szczęścia. W obozie coś przekąszamy, a w bazie alpiniści hiszpańscy i genewscy studiują naszą trasę i orzekają, że to nowa droga. Nie mamy nic przeciwko.
W środę 16 lipca 1980 roku wyruszamy we czterech (Pierre Perroud jest już częścią drużyny) na ścianę południową Palcaraju. Nikt jej nigdy nie pokonał. Po prawdzie, biorąc pod uwagę nasze doświadczenia, trudno dziwić się naszym nieistniejącym poprzednikom. Tylko Pommel traci zainteresowanie tą ścianą: o jego ludzkiej, kruchej kondycji gwałtownie przypominają mu problemy żołądkowe. Około siedemnastej docieramy do przełęczy, która okazuje się zwykłym nawisem śnieżnym, nieco niższym od pozostałych. Biwakujemy pośród wiatru, przy szumie palnika gazowego. Nazajutrz docieramy do nawisów, których nie mamy odwagi pokonywać. Zakładamy w ścianie stanowisko zjazdowe, zostawiamy plecaki i ruszamy nieobciążeni na szczyt. Kiedy już jesteśmy na ostatnim wypłaszczeniu, wyrasta przed nami potężny lodowy grzyb.
W obliczu tych przeciwności rezygnujemy z ataku szczytowego i wracamy do plecaków. Zbliżamy się właśnie do pokrytego śniegiem nachylenia, które ogrzewały promienie słoneczne, kiedy nagle rozlega się jakiś odgłos. Towarzyszy mu dziwne uczucie pod stopami... Wtedy uświadamiam sobie, że znajdujemy się na desce lawinowej, ogromnej desce lawinowej! Całe zbocze zaczyna się osuwać! Na szczęście do pęknięcia doszło metr pod naszymi stopami. Biegniemy i zeskakujemy z płyty, która ma dobre półtora metra wysokości. Wbijamy czekany w lód i słyszymy, jak cały kawał góry mknie w kierunku kuluaru, który otwiera się pod naszymi nogami. Przed chwilą odpadła płyta o długości 800 i szerokości 600 metrów... Cała nasza czwórka, połączona liną i wczepiona w zbocze kordyliery andyjskiej, dziękuje opatrzności, która umieściła nas we właściwym miejscu o niewłaściwej porze. Kilka metrów niżej - i ruszylibyśmy windą ku otchłani.
Opatrzność się nad nami zlitowała, ale opatrzność pochłonęła też nasze plecaki. Wszystkie nasze rzeczy zostały pod sąsiednią płytą, która runie lada chwila. Jest już poprzecinana zmarszczkami, łatwo będzie jej pomknąć w dół. Jean-Claude ostrożnie schodzi na płytę, ale 80-metrowa lina nie pozwala mu dosięgnąć plecaków. Wypina się. Pokonuje krok po kroku dystans 40 metrów dzielących go od naszego dobytku. Obserwujemy, jak pracuje bez zabezpieczenia. Wraca na górę z dwoma plecakami i pada na śnieg. Nadeszła moja kolej. Na końcu liny kończy się też poczucie bezpieczeństwa. Schodzę, jak najdelikatniej stawiając kroki. Podnoszę plecaki. I ruszam z powrotem w górę, przeklinając ciężar, który towarzyszy każdemu mojemu ruchowi i sprawia, że każda sekunda obecności na tej delikatnej płycie ciągnie się w nieskończoność. Wreszcie docieram do liny.
Potem wyciąg. Jestem wyczerpany. Wyczerpany tak, jakby wszystkie moje siły zostały na desce lawinowej. Pędzimy w kierunku bazy. Wieczorem piszę w dzienniku, że wszyscy odpoczniemy przez noc. Między "odpoczynkiem" a "wiecznym odpoczynkiem" istnieje w języku subtelna różnica - w życiu zaś zdarza się tak, że granicę między tymi dwoma stanami wyznacza łut szczęścia.
Ze szczęściem jest jak ze sznurówkami: jeśli za mocno się ciągnie, w końcu się zerwą. Wybieramy nieco prostszą drogę na Huascarán (6768 m n.p.m.). Pokonujemy ją w dwa dni, mimo że miałem ochotę zdobyć górę w ciągu jednej doby. 26 lipca o dziesiątej rano docieramy na szczyt Huascarán.
Krótki artykuł zatytułowany "Suizos escalan bellas paredes de 4 nevados" ukazuje się w peruwiańskiej prasie 2 sierpnia 1980 roku. Oznacza to: "Szwajcarzy wspięli się na piękne ściany czterech szczytów". Żeby zasłużyć na słowa o "sensacionales escaladas vírgenes"[5], musieliśmy wystrzegać się tysięcy niebezpieczeństw czyhających na alpinistów, którzy postanawiają zostać andynistami, pośród "vertiginosas paredes de la Cordillera blanca"[6].
I pomyśleć, że taksówkarz, który wiózł nas w kierunku Palcaraju, ostrzegał: "Nie wspinajcie się tam, schodzi mnóstwo lawin!". Zawsze warto słuchać taksówkarzy. I matki.
Kim byliby śmiałkowie bez kobiet? Czy Odyseusz oślepiłby cyklopa-ludożercę, czy uciekłby potwornej Scylli i Charybdzie, gdyby nie usychał z tęsknoty za Penelopą? Czy Jazon zdobyłby złote runo, gdyby nie pokochał Medei? Czy Lancelot nie pokonał nikczemnego Malaganta po to, by oczarować królową Ginewrę? Nicole Niquille i Erhard Loretan dwanaście lat spędzili obok siebie - a właściwie jedno za drugim.
Wszystko zaczęło się tak, jak musiało się zacząć w przypadku alpinistów: uczucie spadło na nich jak grom z jasnego nieba. Pewnego dnia Erhard, wyprzedzany już przez reputację, zjawił się na obozie wspinaczkowym. Ją "od razu zaciekawił ten chłopak", a jego oczarowały, jak w piosence, te żywe oczy i gęste jasne włosy. Ona miała dwadzieścia lat i citroëna 2CV, a on siedemnaście i motorower. Od tego momentu citroën stał bezczynnie na rogu ulicy. Nadszedł czas na nowe przygody! Nicole i Erhard wspólnie eksplorowali łańcuch Gastlosen, otwierali nowe, niezwykle trudne drogi, zaliczyli kilka alpejskich klasyków, a wreszcie wyruszyli na podbój najwyższych gór świata - K2 w 1985 i Everestu w 1986 roku. Była to miłość heroiczna.
W 1986 roku Nicole Niquille została pierwszą szwajcarską przewodniczką wysokogórską. "Kobietą jestem od zawsze. Praca przewodnika sprawia mi przyjemność. A to, że jestem pierwsza, to tylko kwestia szczęścia", odpowiadała tym, którzy dziwili się, że przewodnikiem została przedstawicielka słabej płci. Mniej więcej w tym okresie Nicole i Erhard zdecydowali się przeciąć linę, która ich łączyła. "Zamierzałam żyć z gór, a Erhard musiał zaakceptować to, że będę żyła bez niego. Ja miałam swoich klientów, a on swoich. Ten zawód, zamiast nas zbliżyć, ostatecznie nas rozdzielił".
Przez tamtych dwanaście lat tęsknota miała dla Erharda jedno imię: Nicole. Kiedy w Peru ogarniał go strach, wzywał Nicole. Kiedy na Dent de Broc porwała go lawina, rozgrzewała go myśl o Nicole. Kiedy podczas samotnej wspinaczki bał się, że runie w przepaść, prosto w objęcia śmierci, życie kojarzyło mu się z ciepłem Nicole.
Nicole, jego oparcie, opoka. Musiała mieć cierpliwość godną żon marynarzy. Spędzała długie godziny wczepiona w stanowiska asekuracyjne i obserwowała, jak Erhard pokonuje albo otwiera kolejne drogi, rzucając co pewien czas dwie krótkie komendy: "wybierz linę" i "wydaj luz". Nicole, jego asekuracja. Była w niego wpatrzona jak w obrazek i zniosłaby u jego boku absolutnie wszystko.
"Pierwsza nasza poważna wyprawa to wspinaczka na Mont Blanc przez przełęcz Brenva. Nigdy wcześniej nie nosiłam raków, ale to nie miało dla mnie znaczenia, bo towarzyszył mi Erhard. Poszłabym za nim wszędzie, o ile tylko wiedziałabym, że jest na drugim końcu liny. Miałam rację, że mu ufałam. Nigdy nic nam się nie stało". Dla dwojga alpinistów miłość polega na tym, by wspólnie patrzeć w tym samym kierunku - w kierunku szczytu. "Kiedy dwie osoby odczuwają to samo zagrożenie, zbliżają się do siebie", twierdzi Nicole Niquille. U żadnego himalaisty, czy to Jeana Troilleta, czy Pierre'a Béghina, nie widziała takiej siły i pewności siebie.
Miłość i sport. Uczucie nigdy nie spowolniło rozwoju alpinisty. W 1982 roku Norbert Joos zaproponował Erhardowi wyprawę na Nanga Parbat. Ta "Królowa Gór" uchodziła za współczesnego cyklopa, pożeracza ludzi, który pochłonął już czterdzieści istnień. "Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, by kazać mu wybierać między mną a górą. Kochałam Erharda mężczyznę - i górala, którego w sobie nosił". Nicole Niquille przygotowywała razem z nim ekspedycję na Nanga Parbat, cieszyła się razem z nim, wiedząc, że wspólna radość wyraża miłość silniej niż współczucie. W ten sam sposób kochali góry, w ten sam sposób doceniali siłę charakteru i w ten sam sposób patrzyli na potencjalne zagrożenia. "Gdyby był moim bratem... Właściwie powinien być moim bratem", powiedziała. W przeciwieństwie do więzów krwi uczucia mogą ulec zmianie.
W maju 1993 roku wspólnie zapisana kartka jest już od dawna odwrócona. Pozostaje tylko rozdzierający smutek, kiedy zwykłe grzybobranie przynosi tragiczny finał: Nicole Niquille jest kilkaset metrów od swojego domu, gdy spadający ze zbocza kamień uderza ją w głowę i uszkadza jej mózg. Trzy lata po wypadku Nicole nadal jest przykuta do wózka. Wróciła z K2, wróciła z Everestu, a na koniec została pokonana przez niedzielne grzybobranie... "Kto uniknął wielkich niebezpieczeństw, łatwo może od błahostki zginąć" - ostrzegał bajkopisarz[7]. Ta tragedia, tłumaczy Nicole, odebrała jej wszystko, czym była. Głęboko wierzy, że nie ma przypadków i że tamtej nieszczęsnej niedzieli została wezwana do tego, by zbudować siebie na nowo, by się zmienić. Natomiast Erhard dostrzega w tym zdarzeniu rękę przeznaczenia: nasz los jest zdeterminowany i nasza godzina nieuchronnie wybije, cokolwiek zrobimy, gdziekolwiek będziemy. Czy Erhard fatalista wie, że zdaniem Nicole jego godzina nigdy nie nadejdzie? "Mam wrażenie, że Erhard jest wieczny. Nie może zginąć w górach. Nigdy nie runie w przepaść".
Tytuł oryginału: Erhard Loretan, Les 8000 rugissants
Redakcja: Jacek Świąder
Korekta: Jacek Bławdziewicz
Projekt graficzny okładki: Krzysztof Rychter
Konsultacja merytoryczna: Jerzy Porębski
Opracowanie graficzne: ProDesGraf
Zdjęcie na okładce: Erhard Loretan
Źródła zdjęć: Erhard Loretan, Jean Troillet, Wojtek Kurtyka, Romolo Nottaris, Reto Hügin, Claude Glunz
WYDAWCA
ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa
www.wydawnictwoagora.pl
WYDAWNICTWO KSIĄŻKOWE:
Dyrektor wydawniczy: Małgorzata Skowrońska
Redaktor naczelny: Paweł Goźliński
Koordynacja projektu: Magdalena Kosińska
? copyright by Agora SA 2019
? Editions La Sarine, Fribourg Suisse
? copyright for Polish translation by Maria Zawadzka-Strączek 2019
Wszelkie prawa zastrzeżone
Warszawa 2019
ISBN 978-83-268-2859-1 (epub), 978-83-268-2860-7 (mobi)
Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.
Szanujmy cudzą własność i prawo!
Polska Izba Książki
Konwersja publikacji do wersji elektronicznej