Rozdział 2
Łotr zwany łowcą
Joseph Cooper od kilku dni obozował nad brzegiem jeziora Denvel. Ten poranek nie różnił się zbytnio od innych. Dopiero co wzeszło słońce, więc było jeszcze dosyć chłodno jak na letnią porę. Co prawda, w cieśninie Vertz zima przypominała lato, lecz mimo to ludzie zamieszkujący te tereny narzekali na bolące kości przy najdrobniejszej zmianie pogody. Idealny czas na trening - pomyślał mężczyzna.
Ogromny cedr rosnący niedaleko brzegu dawał wiele cienia przez większość dnia. Cooper zwisał na jednej z gałęzi, mocno wygiętej ku ziemi, ale solidnie wyglądającej. Był pewnie nieco po trzydziestce, twarz miał groźną, choć jednocześnie przystojną. Oczy paliły się błękitnym blaskiem, a szczękę i szyję pokrywały zacięcia po goleniu brody. Długie ciemne włosy, sięgające nieco za barki, nosił rozpuszczone. Jego ponaddwumetrowe ciało było dobrze zbudowane, o wadze z pewnością dorównującej dwóm dorosłym dzikom. Plecy wydawały się szerokie jak stodoła, do tego dochodziły potężne ręce przypominające młoty i rozbudowane kaptury. Szczególnie rozwinięta była tylna część ramienia, która wyglądała, jakby żyła własnym życiem i chciała odejść od reszty ciała. Barki prążkowały przy każdym ruchu, jeszcze bardziej uwydatniając pulsujące żyły widoczne na każdym mięśniu. Jedno było pewne: przerośnięty mężczyzna był wielkim łotrem.
Cooper podciągał się miarowo i powoli, rozmyślając o zleceniach. Miał na sobie tylko ciemne, sztywne i szorstkie spodnie z wieloma kieszeniami. Widać było, że zostały dobrze wykonane, prawdopodobnie uszyto je na miarę, z bawełny oraz wysokiej jakości pikowanej skóry, która wzmacniała miejsca na kolanach czy po bokach uda. Z przodu spodni na udzie mieściły się przyszyte grubą nicią skórzane paski. Jeden z nich był większy, a pozostałe dwa nieco mniejsze i nachylone pod małym kątem, by dało się w nich umieszczać noże. Do tego mężczyzna nosił wojskowe buty o grubych podeszwach, przypominające te noszone przez kawalerzystów z południa. Sięgały aż do kolan, co miało chronić między innymi przed jadowitymi wężami. Buty zostały dodatkowo wyposażone w stalowe wstawki, gładkie i błyszczące, które zabezpieczały stopy oraz kości piszczelowe przed złamaniem. Zapewniały także mocne, a nawet śmiertelne kopnięcia. Na tyle cholewy jednego z butów, na wysokości łydki, można było dostrzec kolejny pasek na nóż.
Dwadzieścia trzy, dwadzieścia cztery... - liczył w myślach Cooper, a każdy ruch wydawał mu się bardzo długi. - Głowa nersaża jest warta dwadzieścia złotych monet, za smoka morskiego dostanę trzydzieści pięć, ale to bardziej ryzykowne zajęcie - myślał. - Walka w wodzie jest trudna i bardziej męcząca niż na lądzie. Trzeba by kupić nowe sieci, gdyż ostatnie zniszczyły sumy.
W cieśninie Vertz, między państwem morskim Gravadzzk a państwem Sevillith, oraz na północny wschód od Sevillith, w najszerszym punkcie dopływu rzeki Wertis sumy dorastały nawet do piętnastu stóp i były zadziwiająco silne. Pojedynczy okaz mógł sam wywrócić na bok małą łódź.
Kurwa, pięć lat mi służyły... Trzydzieści jeden, trzydzieści dwa... - liczył dalej. - Do tego dochodzi dopłata za przebycie granicy i prom. Sevillici są pojebani, biorą pięć złotych monet, to więcej niż w burdelu u Freziego. Może naprawiłby i uruchomił starego skorpiona... Ach, Will... on wiedziałby, co zrobić...
- Witaj! - rzucił ktoś z oddali.
- Kurwa!
Przy trzydziestym siódmym podciągnięciu Cooper usłyszał trzask i poczuł mocny ból w okolicy krzyża. Gałąź nie wytrzymała. Łowca podniósł się ociężale z ziemi. Do jego spoconych pleców przykleiły się źdźbła trawy oraz trochę ziemi. Położył dłonie na bokach i skręcał tułów, by rozciągnąć plecy; grymas na jego twarzy tworzył obraz trudny do opisania. Kątem oka zauważył lekko chwiejącego się na nogach starszego mężczyznę, kroczącego ociężale w jego stronę.
Pięknie, jeszcze tego tu brakowało - pomyślał Cooper.
- Mogłem się domyślić, że gdzie się nie pojawisz, zawsze komuś staje się nieszczęście. Widziałem cię w wiosce, jesteś przeklęty czy co, dziadku? - powiedział, wbijając palce w obolałe mięśnie.
- Witaj, synu! Nic ci się nie... hik!... stało? - spytał przybysz, nieudolnie próbując ukryć czkawkę. - Szedłem przypadkiem obok i widziałem, jak... hik!... upadłeś. Nic ci nie jest? Może posłać po medyka?
Postarzały mężczyzna był niski i chudy jak patyk. Skórę na twarzy miał pomarszczoną i nieco czerwoną, szczególnie w okolicy nosa. W jednej ręce trzymał skręta, a w drugiej butelkę w połowie napełnioną mętną cieczą, najpewniej tanim bimbrem. Ubrany był w lnianą, pierwotnie kremową koszulę w kratę, teraz umazaną błotem oraz jakąś dziwną ciemną substancją, która cuchnęła na kilometr. Dolną część stroju stanowiły podarte spodnie i jeden but.
- Skończ pieprzyć, starcze, doskonale wiem, że nie przyszedłeś tu w trosce o moje zdrowie. - Cooper podszedł do wątłego mężczyzny, który wyglądał przy nim jak niezbyt urodziwe dziecko, i spojrzał z góry w jego oczy.
- Ale czemu od razu tak z mordą, co? Talus usmaży cię za te plugastwa. - Starzec uśmiechnął się kpiąco. - Potrzebuję tylko kilku srebrnych monet.
- Znów schlejesz się jak wieprz, córka cię za to zabije. Pamiętam, co zrobiłeś w wiosce, obraz godny pogardy - podjął Cooper.
- Nie twój problem - wymamrotał obrażony starzec.
Cooper się roześmiał.
- Racja, nie mój. Ale muszę przyznać, że to było dość zabawne i widowiskowe obserwować cię w takim stanie. Później ponoć znaleźli cię nagiego, ulanego po łokcie w chlewie, śpiącego obok świń. Mówiono też, że przyprowadziłeś ze sobą kozła. Prawda to, starcze? Słyszałem też, że dwa tygodnie temu...
- Dobrze, już dobrze... hik! Poratujesz czy nie?
- Słuchaj, nie mam czasu się z tobą kłócić. Masz i spieprzaj.
Starzec złapał wystrzeloną przez Coopera srebrną monetę z wizerunkiem dojrzałego mężczyzny o poważnej twarzy i z cylindrem na głowie. Pod jego podobizną znajdował się napis Rosh.
- Dziękuję, dziękuję! Zawsze wiedziałem, że jesteś dobrym człowiekiem, przybyszu, naprawdę - ucieszył się dziadek. - Mógłbyś jednak być tak miły, by podzielić się ze mną jeszcze jedną monetą? - spytał bezczelnie.
- Zamknij się, nie jestem Bankiem Centralnym. Przybyłem tu niedawno i nie masz pojęcia, jakie rzeczy chodzą mi po głowie. Lepiej więc będzie dla ciebie, jeśli stąd pójdziesz, zanim wrzucę cię do jeziora - odparł łotr, rozbierając się.
Dziadek wzdrygnął się na te słowa. Nie znosił kąpieli, ostatnio kąpał się jakieś wieki temu.
- O nie, nie! - zaprotestował. - Chyba nie myślisz... hik!... mój dobrodzieju, że pozostawię cię z pustymi rękoma, co?
- Zawsze to robisz. Nie możesz mi nic zaoferować poza swoim żałosnym towarzystwem. - Po tych słowach Cooper wszedł do jeziora. Woda była zimna, tak jak lubił.
Staruszek przyglądał mu się przez chwilę, ale nie odpuścił.
- A mogę! Mam dla ciebie informację, cenną informację... hik! Uważasz? Słuchaj. Za tydzień w Gravadzzku, w Mieście Postępu odbędzie się turniej karciany. Zjadą się te, jak to mówią, no, te... eleganty i piękne kobiety z południa... hik! Poza tym stawka jest duża, podobno sto złotych Hawkinsów za samo trzecie miejsce, nie mówiąc już o reszcie.
- Nie gram już w karty, stary moczymordo. Poza tym do Gravadzzka jest pięć dni drogi konno. Pięć dni bez przerwy w twardym siodle. Chcesz, abym odparzył sobie dupę? - Cooper popatrzył na niego zniechęcony.
- No to co, łowco? Nagroda jest warta wysiłku. - Starzec wzruszył ramionami. - A szkoda, żebyś marnował swój talent, synu. Pamiętam, jak przybyłeś tu pierwszy raz i bez problemu ograłeś jednookiego Bena. Karta ci szła, powinieneś spróbować raz jeszcze. Tak czy inaczej, zrobisz, jak uważasz. Nie musisz mi dziękować - powiedział, po czym odszedł, zataczając się.
- Ja miałbym dziękować tobie? - prychnął Cooper. - Stary moczymorda - mruknął po chwili i machnął ręką. Potem rozluźnił się i położył plecami na tafli jeziora. Gdy zamknął oczy, ciepłe promyki słońca otuliły jego powieki.
Po kąpieli podszedł do wypalonego ogniska pod wielkim cedrem. Polał popiół wodą wyciśniętą z wcześniej zamoczonej koszuli. Przed drogą na południowy wschód często zakładał wilgotne odzienie, by schłodzić organizm. Temperatury kilka godzin po brzasku zaczynały się robić nieznośne dla ludzkiego ciała, a na wschodzie było jeszcze cieplej niż w okolicach cieśniny Vertz. Cooper zawsze się zastanawiał, co za durnowate bóstwo wymyśliło taki system: zimne noce, podczas których można się zaziębić, a po nich nieodpuszczający upał w ciągu dnia.
Teraz miał w planach udać się do Menrthifs, małego miasta na ziemi niczyjej przed państwem Sevillith, zwanym Tygrysami, aby odebrać tam nagrodę za poprzednie zlecenie, a przy okazji zakupić nowe noże do rzucania. Droga do Menrthifs bywała niebezpieczna, tak samo jak rozległa niezamieszkana część wschodu, gdzie za sprawą barbarzyńców z klanu Tuschatrx oraz najazdów Pustynnych Piratów nie było żadnych miast ani wiosek.
Bezpieczniej i rozważniej byłoby dziś przywdziać pełne wyposażenie - pomyślał Cooper. Wyposażenie, które będzie ciężkie, nieznośne i przeszkadzające w podróży. Nie miał jednak wyjścia, wolał nie ryzykować walki z jednym z patroli Pustynnych Piratów, którzy najczęściej atakowali hordami. Przeciwnicy o przewadze liczebnej skrzętnie wykorzystaliby nieprzygotowanego samotnego podróżnika. Co więcej, w odróżnieniu od barbarzyńców z Tuschatrx, którzy najpewniej zabiliby go na miejscu, Pustynni Piraci podobno lubili skórować ludzi żywcem, przyozdabiać twarze ludzkimi maskami, a na szyi wieszać naszyjniki zrobione z ich kości. Przynajmniej tak słyszał w jednym z tutejszych miast.
Łowca założył koszulę, na nią porządną skórzaną zbroję, wzmacnianą elementami stalowymi. Przedramiona zabezpieczył skórzanymi karwaszami, a do największego z pasków znajdujących się na prawym udzie włożył długi nóż. Dwa kolejne pozostały puste, gdyż noże do rzucania przepadły podczas jednej z wypraw. Do pochwy przy lewym boku wsadził krótki miecz, a na pasku na łydce zawiesił mały hak. Wierzch ciała okrył długą czarną peleryną bez ramion, ale z kapturem. Na koniec umieścił na plecach wielki topór z dwustronnym półokrągłym ostrzem.
Następnie osiodłał konia i przytroczył do niego wypełnione juki. Do nich sznurkiem przywiązał szpony harpii, które upolował wcześniej. Truchła były tak ogromne, że zwisały teraz z boku konia prawie do ziemi. W jednej z toreb znajdowały się ser, chleb oraz manierki z wodą, z innej zaś od czasu do czasu dobiegało grzechotanie ocierających się o siebie ogniw grubego łańcucha. Wzdłuż siodła w pochwie spoczywał miecz krzyżowy, mierzący prawie trzy łokcie, z drugiej strony przyczepiona była mała składana kusza, którą łowca lubił montować na przedramieniu, jednak nie tym razem. Klacz Coopera, Kayle, była silna, przyzwyczajona do noszenia ciężarów, w tym odzianego w stal olbrzyma. Należała do rasy raghorskich koni, prawie półtora razy większych od zwykłych koni, tak że nawet dorośli mężczyźni mieli problemy w ich dosiadaniu, nie mówiąc już o kobietach.
Gdy Joseph już wszystko przygotował, wsiadł na grzbiet klaczy, chwycił lejce i ruszył na wschód.
*
W południe był już w połowie drogi do Menrthifs. Przemierzał suchą sawannę o złocistej trawie, żuł tytoń i obserwował żyrafy obgryzające liście nielicznych na tym terenie drzew, aż ujrzał w oddali cienką strużkę dymu. Momentalnie pociągnął za lejce, a Kayle stanęła posłusznie. Łotr rozejrzał się dookoła, zataczając koniem półokrąg. Przez chwilę nasłuchiwał, lecz słyszał tylko ciche świszczenie wiatru i trawy. Później położył dłoń na rękojeści krótkiego miecza i pozwolił Kayle powoli zbliżyć się do źródła dymu.
Z oddali dostrzegł ruch pod drzewem, spod którego unosił się dym. Nie mógł określić, czy to człowiek, czy jakieś zwierzę, zbliżał się więc ostrożnie, od czasu do czasu oglądając się za siebie. Gdy znalazł się niedaleko drzewa, zauważył, że coś leży w niskiej trawie. Wyglądało dziwnie, miało różową barwę. Podjechał bliżej i zobaczył zwłoki - dużo zwłok - które leżały w niewielkich odległościach od siebie i cuchnęły.
Kayle prychnęła i podniosła łeb. Cooper zeskoczył z konia, ściągnął z pleców topór i podszedł do jednego z trucheł. Przekręcił je na bok; po pysku z wielkimi pokrwawionymi zębiskami poznał, że była to oskórowana hiena. Obejrzał plac przed drzewem, ale nie znalazł tu nic poza truchłami zwierząt. Potem zbliżył się do niedopalonego ogniska, kucnął, pogrzebał w żarze, wokół dostrzegł ślady wielu butów i podków. Barbarzyńcy tu byli, być może nadal są - pomyślał.
Już miał wsiadać na konia, kiedy usłyszał trzask przypominający palące się drewno. Przygotował topór, rozejrzał się i podszedł do pnia, gdzie dostrzegł nowy ślad ciągnący się za drzewo. Zaraz potem usłyszał oddech i zauważył cień. Ruszył za nim wściekle. Okazało się, że w trawie czołgał się młody chłopak, chudy, w podartym stroju, z krwawiącą nogą. Dzieciak rozpaczliwie zaczął nawoływać coś w niezrozumiałym dla łowcy języku. Gdy zobaczył, jak wielki topór unosi uzbrojony olbrzym, zbladł, zakrył twarz rękami i zaczął krzyczeć. Cooper jednak chował tylko broń do szlufki na płaszczu z tyłu pleców.
- Gdzie barbarzyńcy? To ich sprawka? Piraci? Maruderzy? - Łotr podszedł do chłopaka i potrząsnął nim, lecz w odpowiedzi dostał jedynie kilka niezrozumiałych słów, głównie jęki i błagania, którym towarzyszyły łzy. - Są tutaj? Odjechali? - dopytywał, ale bezskutecznie.
Podniósł chłopaka.
- Mów! Gdzie pojechali? - Cooper wskazał ręką na wschód, potem na zachód, lecz dzieciak złapał się za głowę i zaczął wrzeszczeć. Próbował się uwolnić, kopiąc Coopera w zbroję.
- Zamknij się, bo ich tu ściągniesz tymi wrzaskami! - warknął łowca, po czym uderzył chłopaka w tył głowy, aż ten stracił przytomność.
Łotr odłożył nieprzytomnego dzieciaka na ziemię i rozejrzał się dookoła. Z kieszeni płaszcza wyciągnął skręta, odpalił go od żaru, a potem zarzucił sobie chłopaka na bark jak worek ziemniaków. Zagwizdał i Kayle przycwałowała bliżej. Cooper przełożył nieprzytomne ciało przez masywny kark konia, po czym sam usiadł w siodle.
- Ruszaj.
*
Miasto Menrthifs leżało na małym płaskowyżu, prowadziły do niego zawiłe kamienne drogi, które było widać już z oddali. Łowca zdziwił się, gdy zamiast powiewających tu kremowych flag z czerwonymi skorpionami zobaczył na murach łopoczące na wietrze ciemnozielone chorągwie z wizerunkiem tygrysa. Menrthifs zawsze było miastem neutralnym, gościnnym dla wszystkich, słynącym z bogactwa i handlu. Co, u licha, robi tu flaga Sevillitów? - pomyślał Cooper.
Przed głównym wjazdem, po obu stronach drogi stały rozłożone stragany z lnianymi baldachimami chroniącymi przed słońcem. Łowca zsiadł z konia, złapał za uzdę i zaczął przemierzać brukowaną ulicę, na której panował ścisk. Stragany były dosyć długie, dało się je ominąć od wschodu lub zachodu, ale Cooper lubił przemierzać tłum, słuchać gwaru rozmów i obserwować ludzi.
Niektórzy dziwnie się na niego patrzyli, ustępowali mu miejsca, inni zaś szybko opuszczali wzrok, zaniepokojeni. Cooper nie wyglądał na miejscowego. Wyróżniał się z tłumu, w końcu mierzył nieco ponad dwa metry, był uzbrojony po zęby, a przez grzbiet konia miał przewieszone harpie oraz nieprzytomnego chłopaka. Potężne ramiona mężczyzny świeciły się od potu, jego plecy kleiły się do skórzanej zbroi, a włosy do spoconej twarzy. Twarz Josepha budziła niepewność wśród ludzi, z jego oczu nie można było wyczytać niczego dobrego. Pewnie brali go za handlarza niewolników, których zazwyczaj pełno się tu panoszyło.
Jeden z rozpędzonych straganiarzy odbił się od barku łowcy jak od ściany i upadł na kamienie, rozsypując pomarańcze. Gdy spojrzał w górę, napotkał przeszywające go błękitne oczy. Łowca podał rękę przerażonemu mężczyźnie i pomógł mu wstać. Handlarz pospiesznie skinął głową i zaczął zbierać rozsypane owoce. Po dotarciu do głównej bramy Cooper skręcił w prawo do znajdującej się nieopodal stajni. Ściągnął nieprzytomnego chłopaka z grzbietu Kayle, przytaszczył niewładne ciało do koryta z wodą, do którego wsadził głowę nieszczęśnika. Gdy poczuł ruch, wynurzył dzieciaka i pchnął go pod nogi stajennego.
- Będziemy mieć przez to kłopoty. Od kiedy miasto jest pod protektoratem Sevillitów, nie wolno tu handlować niewolnikami - powiedział stajenny.
- Pod protektoratem? - zdziwił się Cooper. - Nie handluję niewolnikami, koniuszy. Znalazłem chłopaka na trakcie, prawdopodobnie porwali go Pustynni Piraci. Zajmij się nim, jest ranny. Koniem też się zajmij, tylko uważaj na niego, jest wiele wart. Nie bój się harpii wiszących na boku konia, są martwe. Muszę odebrać za nie nagrodę, wrócę po nie później, więc nie waż się ich ruszyć. - Rzucił stajennemu srebrną monetę.
Później wrócił do bramy, gdzie od razu zdenerwowali go strażnicy. Byli młodzi, na ich napierśnikach widniały podobizny tygrysów, a na plecach powiewały cienkie ciemnozielone płaszcze.
- Chwileczkę, nie tak prędko. Tyle stali na jednym człowieku? Polujecie na niedźwiedzia? - rzucił strażnik, rechocząc do kolegi.
- Niedźwiedź, phi! Co to dla niego? Pewnie poluje na darkera, smoka z bajki! - dodał drugi, zanosząc się śmiechem.
Cooper zdziwił się, bo zazwyczaj ludzie nie odzywali się do niego w ten sposób. Bali się go. Dopiero po chwili wyczuł od młokosów zapach nalewki.
- Darker? A co to takiego? - podjął ich grę.
- Pradawny potwór - odparł pierwszy ze strażników.
- Jestem pewny, że to jego matka. - Drugi wskazał palcem na Coopera. - Tak, jestem pewny... To jego matka, skoro wydała na świat kolejnego potwora! - Zatoczył się lekko, a potem obaj strażnicy wybuchli śmiechem.
- Ta stal może zaraz przyozdobić wasze wstrętne mordy - warknął łotr, dotykając rękojeści krótkiego miecza.
Strażnicy spoważnieli, wyprostowali się i chwycili mocniej długie lance. Jeden z nich zrobił wypad w przód i odparł:
- Przejścia nie ma. Jeśli zostawisz broń przed wejściem, to cię wpuścimy.
- Niczego nie zostawię, z drogi! - sprzeciwił się łowca i marszcząc czoło, ruszył przed siebie.
Strażnicy zareagowali natychmiast, przyciskając ostre czubki lanc do piersi Coopera.
- Wycofaj się, mięśniaku! Nie potrzebujemy tu awanturników.
Łowca w mgnieniu oka chwycił lance pod pachy, przyciągnął je do siebie razem ze strażnikami i złamał, naprężając mięśnie. Następnie, unikając prawego sierpowego oraz lewego prostego, chwycił głowy strażników i zderzył je mocno, aż zadudniło. Wycierając dłonie, ruszył dalej.
- Stój! - zawołał kolejny strażnik, który mierzył do łowcy z łuku. Chwilę później dołączyli do niego kolejni, okrążając intruza.
- Kurwa! - ryknął Cooper, zdejmując topór z pleców.
- Opuść broń, barbarzyńco!
Przed szereg zbrojnych wystąpił wysoki i postawny mężczyzna w średnim wieku, ubrany w lekką zbroję. Ręce miał zaplecione za plecami, a jego miecz spoczywał w pochwie. Na krótkich włosach było znać parę siwych kosmyków.
- Nazywam się Dean Azeberh, jestem dowódcą dwudziestego garnizonu piechoty wojsk Sevillith - ciągnął mężczyzna. - Według kodeksu napaść na żołnierza karana jest więzieniem lub straceniem. Dlatego w imieniu Jana Khaveda II, władcy Sevillith oraz ziem znajdujących się pod jego protektoratem, aresztuję cię. Czeka cię proces, barbarzyńco. Oddaj broń.
Łowca rozejrzał się i oddał topór żołnierzom. Było ich za dużo, nawet jak na człowieka, który trudni się zabijaniem bestii.
- Jeszcze nóż - dodał Dean Azeberh.
Cooper usłuchał i wyciągnął nóż z paska na udzie.
- Pójdziesz za mną - nakazał dowódca i ruszył w kierunku murów, a za nim podążył Cooper w eskorcie małego garnizonu żołnierzy.
Przemierzyli niedługi odcinek, po czym dowódca spoczął pod wielkim namiotem. Mężczyzna usiadł na krześle wykonanym z drewna i lnu.
- Mów, skąd przybywasz i co tu robisz? - spytał Dean Azeberh.
- Nazywam się Joseph Cooper, jestem łowcą. Zajmuję się zabijaniem potworów, przyjechałem odebrać nagrodę za zlecenie. Od kiedy Menrthifs jest pod protektoratem? Dawniej można było tu wnosić broń.
- Państwo Sevillith objęło protektorat nad Menrthifs po zamachu na króla Jana Khaveda I.
- Po zamachu? - spytał zdziwiony łowca.
- Tak, król Jan Khaved I został zamordowany dwie noce temu. Nakazem nowego króla zostaliśmy przydzieleni tutaj, a naszym zadaniem jest zabezpieczanie granic państwa.
- Z tego, co wiem, Menrthifs znajduje się poza granicami Sevilliath - zauważył Cooper.
- To prawda, lecz mieszkańcy miasta sami zgodzili się na protektorat - odparł Dean Azeberh, notując coś na pergaminie.
- Sami się zgodzili czy zostali zmuszeni siłą? - Joseph nie wytrzymał.
- Uważaj, łowco. Jeden z moich żołnierzy twierdzi, że handlujesz niewolnikami. Widział jednego na twoim koniu, gdy wjeżdżałeś do miasta.
- To zwykły chłopak, znalazłem go na trakcie. Zabrałem go, choć mogłem zostawić na śmierć. Zapłaciłem stajennemu, żeby się nim zajął. Spytajcie go, jeśli mi nie wierzycie.
Dowódca wciągnął powietrze, zastanowił się chwilę.
- Mimo wszystko napadłeś na żołnierzy, musisz zostać ukarany - oznajmił stanowczo.
- Czy strażnicy na warcie mogą spożywać alkohol lub środki odurzające? - spytał Cooper.
- Nie, kodeks tego zabrania - przyznał Dean.
- Proszę więc przyjrzeć się swoim ludziom. Nigdy nie zaatakowałbym żołnierza bez powodu. Działałem w obronie własnej.
Dowódca kiwnął palcem na strażnika znajdującego się po jego prawej i rozkazał mu sprawdzić zeznania Josepha.
- Jesteś więc łowcą, tak? - zwrócił się ponownie do Coopera. - Może nam się jeszcze przydasz. Jednak kodeks to kodeks, a ja muszę wypełniać rozkazy.
- Co ze mną zrobicie? - Łowca uniósł brew.
- Jak na razie zostaniesz wtrącony do lochów i zostaniesz tam, dopóki nie dokończymy śledztwa.
- Nie możecie tego zrobić.
- Możemy i zrobimy to. Módl się raczej, abyś nie został stracony.
- Do kogo? Do waszych bogów? Jednookiego Kota?
- Nie obrażaj nas! - warknął dowódca z poważną miną. - Zabrać go i nie zapomnijcie go skuć.
W tym momencie do Coopera podszedł młody żołnierz, który pewnie dopiero co został wcielony do armii. Ręce mu drżały, najwyraźniej młodzik bał się więźnia.
- Ręce - rozkazał niepewnie.
Joseph zawiesił wzrok na niebie, jakby szukał ratunku, następnie westchnął i wyciągnął ręce do przodu. Młodemu żołnierzowi tak trzęsły się dłonie, że upuścił kajdany.
- Cholera! - zaklął dowódca, po czym wyrwał kajdany chłopakowi i sam skuł wielkie nadgarstki Coopera. - Naprzód!
Eskorta ruszyła z więźniem marszowym krokiem. Gdy dotarli pod mury, zeszli po długich schodach do lochów znajdujących się obok spływających ścieków. Cele były małe, lecz prawie puste. Mało kto odważał się kraść czy zabijać, gdy wojska Tygrysów zagościły w mieście.
- Mam tu wejść? - spytał zniesmaczony Cooper.
- Wchodź, nie marudź - rzucił jeden z żołnierzy.
- Śmierdzi tu gorzej niż w stajni - zdenerwował się Joseph.
- Wejdziesz sam albo cię wepchniemy.
- Zdejmijcie mi chociaż to żelastwo.
- Levai. - Żołnierz skinął dłonią na młodego chłopaka, który doskoczył szybko do łowcy, rozkuł mu ręce i od razu cofnął się za starszego kolegę. Ten wepchnął Coopera do celi i zamknął drzwi na kłódkę. - Miłej zabawy! Następnym razem trafisz do piachu - dodał, a potem odszedł z resztą eskorty.
Wnętrze nie było zbyt przyjemne, wszędzie znajdował się piasek, posłanie stanowiły wiklinowe maty, a o wychodku mógł zapomnieć. Jedynym plusem było to, że nie docierało tu słońce. Cooper rozejrzał się po lochach. W innych celach zobaczył starca oraz dwóch młodych mężczyzn. Potem usiadł na piasku i oparł się o ścianę.
- Wspaniale, kurwa, wspaniale - mruknął, opuszczając głowę i chowając ją w dłoniach.