Epoka wojny. Legendy Pierwszego Imperium. Tom 3 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (41,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

Od Autora

Witaj­cie z powro­tem w świe­cie "Legend Pierw­szego Impe­rium"! Kiedy zaczy­na­łem pisać ten cykl, pla­no­wa­łem stwo­rzyć try­lo­gię opo­wia­da­jącą o wyda­rze­niach, które dopro­wa­dziły do pierw­szego zbroj­nego kon­fliktu pomię­dzy ludźmi a elfami. "Epoka wojny" miała być jej ostat­nim tomem i praw­do­po­dob­nie zauwa­ży­cie, że liczne ele­menty intrygi oraz łuki fabu­larne zostały domknięte. Książka spra­wia wra­że­nie finału. Jed­nakże kiedy dokoń­czy­łem opo­wieść, zda­łem sobie sprawę, że nie dopro­wa­dzi­łem jej wystar­cza­jąco daleko. Gdyby cykl koń­czył się już tutaj, jestem pewien, że byli­by­ście tego samego zda­nia.

Pro­blem pole­gał na tym, że tytuł cyklu brzmiał "Legendy Pierw­szego Impe­rium". Ow­szem, przed­sta­wi­łem Wam boha­te­rów, owe legendy, ale na­dal nie poka­za­łem, jak powsta­wało Impe­rium. Jeśli czy­ta­li­ście "Odkry­cia Riy­rii", wie­cie już, kto wygrał wojnę, ale gdy­bym zakoń­czył cykl na tym tomie, nie speł­nił­bym obiet­nicy. Co wię­cej, ci, któ­rzy nie czy­tali cyklu o Riy­rii, gło­wi­liby się, jak osta­tecz­nie zakoń­czyła się cała histo­ria.

Ci, któ­rzy czy­tali "Kro­niki Riy­rii" (pre­qu­elowe przy­gody Royce'a i Hadriana), wie­dzą, że sta­ram się nie ogra­ni­czać do opo­wia­da­nia o wyda­rze­niach, o któ­rych wspo­mnia­łem gdzie indziej. Szu­kam spo­so­bów pozwa­la­ją­cych nadać tym nowym opo­wie­ściom świe­żość i uczy­nić je war­tymi czy­ta­nia. Osią­gam ten cel, ujaw­nia­jąc ukryte wcze­śniej aspekty, a w niektó­rych przy­pad­kach poka­zu­jąc, że coś, co czy­tel­nicy przyj­mo­wali za pew­nik, tak naprawdę wcale nie miało miej­sca lub wyda­rze­nia prze­bie­gły ina­czej, niż sądzili. Wyko­rzy­sta­łem tę samą tech­nikę, żeby dotrzeć od zakoń­cze­nia Epoki wojny, do utwo­rze­nia Pierw­szego Impe­rium, a doko­na­łem tego, robiąc coś, czego nie spo­dzie­wał się nikt włącz­nie ze mną. Napi­sa­łem trzy dal­sze powie­ści, żeby dostar­czyć czy­tel­ni­kom zamkniętą opo­wieść, na którą zasłu­gi­wali. Efek­tem są dwie ści­śle powią­zane ze sobą try­lo­gie pod szyl­dem jed­nego cyklu. W prak­tyce ozna­cza to, że kolejna książka, Epoka legend, podej­mie opo­wieść, ale skupi się na nieco innych aspek­tach. Nie mar­tw­cie się, ten tom roz­pocz­nie się w miej­scu, w któ­rym koń­czy się Epoka wojny, i na­dal będzie­cie towa­rzy­szyć tym samym boha­te­rom. Po pro­stu snuta opo­wieść roz­sze­rzy swój zasięg. Jestem cał­kiem dumny z roz­wią­za­nia, które wymy­śli­łem, i z tego, jak prze­ku­łem poten­cjalny pro­blem w zalą­żek cze­goś cie­ka­wego, ale to już histo­ria do omó­wie­nia kiedy indziej, we wstę­pie do innej książki.

Wra­ca­jąc do Epoki wojny, piszę wstępy do swo­ich powie­ści mię­dzy innymi po to, żeby wpu­ścić czy­tel­ni­ków za kulisy, pozwo­lić im zaj­rzeć do mojej głowy. Nie jestem aż tak próżny, żeby sądzić, że wielu oso­bom zależy na takiej wycieczce, ale nie­któ­rzy uwa­żają, że to cie­kawe. Poda­wa­łem już różne infor­ma­cje doty­czące tej książki oraz całego cyklu, ale nie oma­wia­łem dotąd źró­deł, z któ­rych czer­pa­łem inspi­ra­cję, więc poroz­ma­wiajmy o tym teraz.

Naj­więk­szy wpływ na kształt "Legend Pierw­szego Impe­rium" miały: książka W kra­inie czar­no­księż­nika Oza oraz wyspa zagi­nio­nych zaba­wek z filmu ani­mo­wa­nego o Rudol­fie, czer­wo­no­no­sym reni­fe­rze. Może już dostrze­ga­cie pewne podo­bień­stwa. Spora część boha­te­rów mojej opo­wie­ści nie byłaby wybie­rana w pierw­szej kolej­no­ści do dru­żyn na lek­cjach WF-u. To wyrzutki, osoby nie­chciane i nie­po­trzebne. Zepsute zabawki, które z każ­dym rokiem tracą nadzieję, że kie­dy­kol­wiek odnajdą szczę­ście.

Być może zauwa­ży­li­ście też, że więk­szość głów­nych postaci w tym cyklu to kobiety. W kra­inie czar­no­księż­nika Oza to rzadki przy­pa­dek utworu w kon­wen­cji fan­tasy, w któ­rym wszyst­kie główne, naj­po­tęż­niej­sze role (zarówno te dobre, jak i złe) grają kobiety. Jedną z rze­czy, które zapa­dły mi w pamięć po lek­tu­rze tej książki (i są mi dobrze znane jako mężowi nie­sa­mo­wi­tej biz­ne­swo­man, która na początku swo­jej kariery pra­co­wała w zdo­mi­no­wa­nej przez męż­czyzn dzie­dzi­nie, jaką jest inży­nie­ria), było to, jak kobiety radzą sobie z kon­flik­tami. Pro­ta­go­ni­ści płci męskiej, nawet moi, mają skłon­ność do zgry­wa­nia boha­tera i szar­żo­wa­nia na wroga - czę­sto samot­nie. Nato­miast Dorota Gale z Kan­sas odnio­sła suk­ces dzięki temu, że zebrała dru­żynę zło­żoną z osób o podob­nym nasta­wie­niu, ale zróż­ni­co­wa­nym pocho­dze­niu i uni­ka­to­wych umie­jęt­no­ściach. Dostrze­głem war­tość takiego podej­ścia i spró­bo­wa­łem wyko­rzy­stać ten motyw. Teraz, kiedy już wyzna­łem, że bawi­łem się, nawią­zu­jąc do tych dwóch kla­sycz­nych utwo­rów, pew­nie będzie­cie wie­dzieli, czego wypa­try­wać, i podej­rze­wam, że wyła­pie­cie te dys­kretne ukłony. Mam nadzieję, że przy­pra­wią Was o uśmiech.

No dobrze, o czym jesz­cze powi­nie­nem wspo­mnieć? Ach, już wiem. Jeśli minęło tro­chę czasu, odkąd czy­ta­li­ście poprzed­nie tomy cyklu, i chcie­li­by­ście je sobie odświe­żyć, znaj­dzie­cie ich stresz­cze­nia na stro­nie inter­ne­to­wej poświę­co­nej "Legen­dom Pierw­szego Impe­rium", w dziale mate­ria­łów bonu­so­wych: fir­stem­pi­re­se­ries.com/book-recaps. Chcę pod­kre­ślić, że ich czy­ta­nie nie powinno być konieczne, bo w samych książ­kach poumiesz­cza­łem drobne retro­spek­cje na temat naj­waż­niej­szych wyda­rzeń. Nie są to obszerne roz­prawki, tylko krót­kie przy­po­mnie­nia. Pamię­taj­cie też, że każda książka zawiera obszerny, wolny od spoj­le­rów słow­ni­czek ter­mi­nów i imion. Tak więc, jeśli zdą­ży­li­ście zapo­mnieć, kim był Kon­ni­ger, może­cie to spraw­dzić w słow­niczku umiesz­czo­nym na końcu niniej­szego tomu. Hasło to różni się od swo­jego odpo­wied­nika zawar­tego w Epoce mitu, bo uwzględ­nia to, co wyda­rzyło się w fabule do tej pory, ale nie znaj­dzie­cie w nim niczego, co zepsu­łoby Wam przy­jem­ność z czy­ta­nia tej książki. Muszę tu zazna­czyć, że jest kilka haseł, które nie poja­wią się w słow­niczku Epoki wojny, na przy­kład imię Turin. Dla­czego? Ponie­waż po pro­stu nie ma opcji, żeby napi­sać hasło o Turi­nie, które nie zawie­ra­łoby spoj­le­rów. Jed­nakże jeśli wyszu­ka­cie je w słow­niczku do przy­szłego wyda­nia Epoki legend, przy­po­mni­cie sobie, czemu to imię było takie ważne. Krótko mówiąc: jeśli potrze­bu­je­cie odświe­żyć sobie pamięć, nie wahaj­cie się przej­rzeć słow­niczka.

No cóż, sądzę, że już wystar­cza­jąco się roz­ga­da­łem. Chcę jesz­cze tylko pod­kre­ślić, że bar­dzo się cie­szę z licz­nych cudow­nych maili od czy­tel­ni­ków, więc bar­dzo pro­szę, przy­sy­łaj­cie je dalej na adres michael@micha­el­sul­li­van-author.com. Jak wie­lo­krot­nie powta­rza­łem, wia­do­mo­ści od czy­tel­ni­ków zawsze są mile widziane - to zaszczyt i przy­wi­lej je otrzy­my­wać. Koń­cząc niniej­szą przed­mowę, chciał­bym Was zapro­sić z powro­tem do epoki mitów i legend, do cza­sów, kiedy ludz­kość znano jako Rhu­nów, a elfy uwa­żano za bogów. W tym kon­kret­nym przy­padku odwie­dzimy razem epokę wojny.

Rozdział pierwszy

Roz­dział pierw­szy

Droga do wojny

Więk­szość ludzi uważa, że pierw­sza bitwa wojny fhrej­sko-ludz­kiej roze­grała się wcze­sną wio­sną przy Wiel­kim Moście, ale tak naprawdę do pierw­szego ataku doszło w letni dzień w dahlu Rhen.

Księga Brin

Mistyczka Suri roz­ma­wiała z drze­wami, tań­czyła, ile­kroć sły­szała dzwo­neczki wietrzne, nie­na­wi­dziła kąpieli, wyła do księ­życa i nie­dawno zrów­nała z zie­mią potężną górę, w jed­nej sekun­dzie nisz­cząc stu­le­cia kar­lej kul­tury. Zro­biła to głów­nie z żalu, ale czę­ściowo z wście­kło­ści. Pewien karzeł nie wyra­ził zro­zu­mie­nia po tym, jak zgi­nęła jej naj­lep­sza przy­ja­ciółka. Powi­nien był oka­zać wię­cej współ­czu­cia, ale w dniach, które upły­nęły od tam­tej pory, Suri stop­niowo doszła do wnio­sku, że mogła się tro­chę poha­mo­wać. Może wystar­czy­łoby zmie­nić Gron­ba­cha w żywą pochod­nię albo spra­wić, by zie­mia pochło­nęła tego wstręt­nego łaj­daka. W klu­czo­wej chwili żadna z tych moż­li­wo­ści nie przy­szła mistyczce do głowy, a w efek­cie ucier­piała cała cywi­li­za­cja. To był dla wszyst­kich wyjąt­kowo zły dzień.

Teraz, nie­cały tydzień póź­niej, Suri ock­nęła się na łące poro­śnię­tej sali­fa­nem i ostami. Słońce wyła­niało się wła­śnie zza odle­głych wzgórz. Jego złote pro­mie­nie prze­mie­niały kro­ple rosy w dia­men­ciki i ujaw­niały ciężką pracę tysiąca pają­ków, które roz­snuły swe sieci pomię­dzy źdźbłami trawy. Spę­dziw­szy noc na zewnątrz, Suri też była prze­mo­czona i tro­chę zmar­z­nięta, ale poca­łu­nek słońca obie­cy­wał, że już za chwilę będzie lepiej. Sie­działa wśród rosy, wysta­wia­jąc twarz do świa­tła, i gapiła się na pola ota­cza­jące nad­mor­ski dahl, słu­cha­jąc cichego bucze­nia trzmieli, które roz­po­czy­nały swoją poranną pracę. A potem w polu jej widze­nia prze­le­ciał motyl i wszystko znisz­czył.

Suri się roz­pła­kała.

Nie zwie­siła głowy. Na­dal wysta­wia­jąc twarz na słońce, pozwo­liła, żeby łzy spły­wały jej po policz­kach, obfi­cie kapiąc na trawę, gdzie mie­szały się z rosą. Jej drobne ciało dygo­tało od szlo­chu. Suri pła­kała tak długo, aż zabra­kło jej łez, ale ból na­dal tar­gał jej ser­cem. Potem już tylko sie­działa na łące, gar­biąc ramiona, a jej palce odru­chowo szu­kały cie­płego futra, któ­rego tam nie było.

Odkąd powró­cili zza morza, więk­szość jej dni roz­po­czy­nała się wła­śnie tak. Poranki ofia­ro­wy­wały krót­kie wytchnie­nie od bólu, ale wkrótce sobie przy­po­mi­nała, i wtedy rze­czy­wi­stość zwa­lała się na nią z hukiem. Wów­czas niebo sta­wało się mniej błę­kitne, słońce tra­ciło część bla­sku i nawet kwiaty nie mogły spra­wić, by Suri się uśmiech­nęła. A teraz musiała dojść do ładu z kolejną stratą. Arion umie­rała.

- Suri!

Zare­ago­wała z opóź­nie­niem, bo nie od razu pojęła, że to ją wołają. Gdzieś za jej ple­cami zasze­le­ściła trawa, roz­le­gły się kroki. Tylko jedna osoba poru­szała się tak szybko, a jej przy­by­cie mogło ozna­czać tylko jedno.

- Suri! - zawo­łała ponow­nie Brin.

Mistyczka nie zadała sobie trudu, by odwró­cić głowę. Nie chciała zoba­czyć... Nie chciała wie­dzieć...

- Obu­dziła się! - wykrzyk­nęła tym razem Brin.

Suri odwró­ciła się gwał­tow­nie.

- Ma otwarte oczy! - Brin bie­gła, prze­dzie­ra­jąc się przez wysoką trawę. Rosa moczyła jej spód­nicę.

Wszyst­kie mię­śnie w ciele Suri ożyły. Mistyczka zerwała się niczym wystra­szona sarna i pognała w stronę drogi, mija­jąc Brin. Wkrótce dotarła do namiotu, który Roan wznio­sła spe­cjal­nie dla Fhrejki. Kiedy Suri wpa­dła do środka, Arion na­dal spo­czy­wała na posła­niu, ale jej powieki zatrze­po­tały. Padera wła­śnie poma­gała Fhrejce usiąść i się napić.

- Po troszku - wychry­piała sta­ruszka. - Wiem, że naj­chęt­niej byś chlała jak stary pijak, ale wierz mi, wszystko byś zaraz zwró­ciła na sie­bie i co gor­sza na mnie. Nawet jeśli tobie by to nie prze­szka­dzało, mnie i ow­szem.

Suri przy­sta­nęła pod klapą namiotu, wytrzesz­cza­jąc oczy. Jakaś cząstka jej osoby nie chciała przy­jąć do wia­do­mo­ści tego, co widzi. Bała się, że to sen, że gdy tylko uwie­rzy, ilu­zja się roz­wieje, a ból powróci z podwójną siłą. Nie wie­działa, ile jesz­cze cio­sów będzie w sta­nie znieść.

- Zde­cy­duj się, czy wcho­dzisz, czy wycho­dzisz! - wark­nęła Padera.

Ośle­piona słoń­cem sta­ruszka, któ­rej zapad­nięte wargi skry­wały bez­zębne dzią­sła, mru­żyła zdrowe oko.

Suri weszła, pozwa­la­jąc kla­pie opaść. Kaga­nek był zga­szony, ale jasne świa­tło słońca prze­ni­kało przez tka­ninę namiotu. Arion opie­rała się o ramię Padery. Sta­ruszka pomo­gła Fhrejce zbli­żyć do ust gli­niany kubek. Ta popa­trzyła zmę­czo­nym wzro­kiem ponad jego kra­wę­dzią, sior­biąc gło­śno.

- Już, już, na razie wystar­czy - powie­działa Padera. - Pocze­kajmy minutkę, niech się uleży. Jeśli nie wróci, jeśli nie wybuch­niesz mi tu jak gej­zer, dam ci wię­cej.

Kubek został zabrany. Suri cze­kała.

Głos Arion... Suri potrze­bo­wała go usły­szeć, żeby zyskać pew­ność, że to prawda.

Fhrejka spró­bo­wała coś powie­dzieć, ale nie była w sta­nie. Prze­pra­sza­jąco wska­zała swoje gar­dło.

Suri spa­ni­ko­wała.

- Co jej jest?!

- Nic - odparła mru­kli­wie Padera. - No cóż, nic oprócz tego, że spała pra­wie tydzień bez jedze­nia i wody, przez co wyschła pra­wie tak, jak ten pył, w który omal się nie zmie­niła. - Popa­trzyła na Fhrejkę ze skon­fun­do­waną miną, lekko krę­cąc głową. - Po tym, jak spę­dziła tyle czasu bez picia, powinna być mar­twa. Każdy męż­czy­zna, kobieta, dziecko, kró­lik albo owca poże­gna­liby się z tym świa­tem już przed trzema dniami. Ale oczy­wi­ście ona jest inna, czyż nie?

Blask słońca znów wdarł się do namiotu, ośle­pia­jąc wszyst­kich. Brin sta­nęła przy wej­ściu, przy­trzy­mu­jąc klapę. Nic nie mówiła, tylko patrzyła.

- Zde­cy­duj się, czy wcho­dzisz, czy wycho­dzisz! - wark­nęły jed­nym gło­sem Suri i Padera.

- Prze­pra­szam. - Brin weszła do środka, pozwa­la­jąc kla­pie opaść.

Wszyst­kie obser­wo­wały Arion. Fhrejka powoli unio­sła głowę, zogni­sko­wała wzrok na Suri, uśmiech­nęła się i wycią­gnęła do niej drżącą dłoń. To wystar­czyło. Suri padła na kolana i odkryła, że wciąż jesz­cze zostały jej łzy. Wtu­liła twarz w szyję Arion.

- Pró­bo­wa­łam, pró­bo­wa­łam, pró­bo­wa­łam... - udało jej się wykrztu­sić pomię­dzy szlo­chami. - Nie wie­dzia­łam, co robię. Otwo­rzy­łam drzwi, a za nimi była mroczna rzeka. Podą­ży­łam nią w stronę jasno­ści. Była wspa­niała, ale i straszna. Ja... Ja... pró­bo­wa­łam cię ścią­gnąć z powro­tem, ule­czyć, ale... ale...

Poczuła, że dłoń Arion gła­dzi ją po gło­wie.

Suri pod­nio­sła wzrok.

- Nie... pró­bo­wa­łaś - zdo­łała wychry­pieć Arion gło­sem szorst­kim jak żwir. Potem dodała bez­gło­śnie, samym ruchem warg: "zro­bi­łaś to".

Suri otarła oczy i je zmru­żyła.

- Co?

Wysi­liw­szy się bar­dziej, Fhrejka zdo­łała powie­dzieć:

- Oca­li­łaś... mnie.

Suri dalej się w nią wpa­try­wała.

- Na pewno?

Arion posłała jej uśmiech.

- Raczej... tak.

***

Raithe nie był w sta­nie usie­dzieć w miej­scu. Sie­dze­nie w obli­czu takiego wariac­twa zanadto koja­rzyło się z akcep­ta­cją. Wodzo­wie pozo­sta­łych kla­nów, któ­rzy okre­ślali sie­bie zbior­czym mia­nem Rady Keeniga, zasia­dali w zna­jomo wyglą­da­ją­cym kręgu na dzie­dzińcu dahlu Tirre. Dosta­wiono tam cztery krze­sła: trzy dla wodzów kla­nów Gula oraz wielki, ozdobny tron z rzeź­bio­nymi pod­ło­kiet­ni­kami dla Per­se­fony. Gavin Kil­lian, ojciec licz­nych synów i nowy przy­wódca klanu Rhen, zasia­dał na jej daw­nym miej­scu.

Nyph­ron też nie sie­dział. Stał i prze­ma­wiał. Per­se­fona ski­nęła głową, kiedy Galan­tia­nin zro­bił pauzę.

Czy to moż­liwe, żeby poważ­nie roz­wa­żała jego pro­po­zy­cję?

Oprócz dzie­się­ciu wodzów na nara­dzie były obecne te osoby co zwy­kle, z wyjąt­kiem Brin, która na­dal peł­niła funk­cję Straż­niczki Praw z ramie­nia Per­se­fony. Kiedy Raithe ostat­nio widział tę dziew­czynę, zmie­rzała do namiotu Padery, w któ­rym zło­żono Arion. Nie­któ­rzy nazy­wali go Domem Śmierci, bo Fhrejka od tygo­dnia nie dawała znaku życia. Z osób nie­bę­dą­cych wodzami obecni byli mię­dzy innymi Moya, nie­od­łączna Tar­cza Per­se­fony uzbro­jona w swój słynny łuk; karzeł imie­niem Mróz, który zawsze rapor­to­wał o postę­pach w wytwa­rza­niu broni, zastę­pu­jąc Roan; Mal­colm, który zwykł się zja­wiać na nara­dach tak po pro­stu; i Nyph­ron, który repre­zen­to­wał Fhre­jów. Raithe tak wła­śnie postrze­gał jego rolę: jako głos przed­sta­wi­ciela małej grupy wojow­ni­ków. Zwa­żyw­szy, że sam Raithe repre­zen­to­wał tylko sie­bie i Tesha, nie mógł mieć pre­ten­sji o udział przy­wódcy Galan­tian w nara­dzie.

Przy­naj­mniej nie powi­nie­nem, pomy­ślał. Ale ja nie reko­men­duję pomy­słów wzię­tych z księ­życa, które dopro­wa­dzą do tego, że wszy­scy zginą!

- Musimy zająć Alon Rhist i musimy to zro­bić bez zwłoki - powtó­rzył Nyph­ron.

Nie pytał ani nie suge­ro­wał. Nie udzie­lał rad ani nie przed­sta­wiał moż­li­wej opcji. Przy­wódca Fhre­jów doma­gał się zgody.

Raithe zwy­kle powstrzy­my­wał się od zabie­ra­nia głosu w trak­cie spo­tkań i uwa­żał, że Nyph­ron powi­nien sie­dzieć cicho z tego samego powodu. Nie repre­zen­to­wali prak­tycz­nie nikogo. Ale Durey­ani­nowi nie spodo­bała się mina Per­se­fony. Wyraz jej twa­rzy wska­zy­wał, że wni­kli­wie roz­waża słowa Nyph­rona.

Żaden z pozo­sta­łych wodzów nie miał dość odwagi, by rzu­cić wyzwa­nie przy­wódcy Fhre­jów, więc Raithe musiał coś powie­dzieć. Nie zgo­dził się zostać keeni­giem, bo nie mieli porząd­nej broni, a Nyph­ron chciał, by zajęli Alon Rhist, zanim będą mieli czas się przy­go­to­wać. Per­se­fona przy­wio­zła z Bel­gre­igu sekret wyku­wa­nia żelaza, ale potrze­bo­wali czasu, żeby wypo­sa­żyć w broń całą armię.

- Twoja lek­ko­myśl­ność tłu­ma­czy, dla­czego to Per­se­fona została keeni­giem, a nie ty - oznaj­mił gło­śno Raithe, zwra­ca­jąc się do Nyph­rona. Przy­kuło to powszechną uwagę. - Jesteś Fhre­jem. Nie obcho­dzi cię, ilu z nas, Rhu­nów, zgi­nie. Inte­re­suje cię tylko zwy­cię­stwo. Ilość krwi, jaką prze­le­jemy, osią­ga­jąc twój cel, nie ma zna­cze­nia, bo nie będzie to wasza krew. Zaata­ko­wa­nie Alon Rhist, zanim będziemy nale­ży­cie wyszko­leni i uzbro­jeni, to samo­bój­stwo. Setki, może tysiące z nas zginą na murach tej twier­dzy. A póź­niej...

- Nikt nie umrze - odrzekł Nyph­ron peł­nym wyż­szo­ści tonem, suge­ru­ją­cym, że prze­ma­wia do imbe­cyla.

Raithe postą­pił w jego stronę.

- Jeśli zaata­ku­jemy jedną z naj­le­piej ufor­ty­fi­ko­wa­nych twierdz na świe­cie, mając do dys­po­zy­cji armię wie­śnia­ków z moty­kami, ludzie zginą. Wielu ludzi. - Odwró­cił się do pozo­sta­łych wodzów. - Byli­ście w Alon Rhist, nie­praw­daż? - Wska­zał Nyph­rona. - Czy nie sta­cjo­nuje tam armia fhrej­skich wojow­ni­ków, takich jak on? Szarża na te mury będzie jak wal­nię­cie kijem w ul. Tylko że te psz­czoły nie ogra­ni­czają się do żądle­nia. Obci­nają wro­gom głowy ostrymi mie­czami z brązu, kry­jąc się za potęż­nymi tar­czami.

Per­se­fona słu­chała go z uwagą.

To już coś, pomy­ślał.

- Nie pro­szę nikogo z was, żeby wal­czył. - Nyph­ron zwró­cił się do Per­se­fony, nie do Raithe'a. - Wasi ludzie nie będą musieli nawet zbli­żać się do Rhi­stu. Będą peł­nić jedy­nie funk­cję deko­ra­cyjną. Jak ozdoba stołu. - Zaczął się prze­cha­dzać tam i z powro­tem. - Ta for­teca to mój dom. Moja wła­sność. Mój ojciec był przy­wódcą szczepu Insta­rya, ludu, który ją zamiesz­ki­wał od stu­leci. Był głów­no­do­wo­dzą­cym wszyst­kich twierdz na zacho­dzie. To sta­no­wi­sko zwy­kle prze­cho­dzi z ojca na syna, co czyni mnie panem Rhi­stu.

- Ale fane... władca waszego ludu... wyzna­czył kogoś innego na głów­no­do­wo­dzą­cego, po tym, jak wasz ojciec rzu­cił mu wyzwa­nie. Czyż nie tak, panie? - zapy­tał Tegan z klanu War­ric.

Dzię­kuję ci, Tega­nie, pomy­ślał Raithe. Przy­naj­mniej jedna z obec­nych tu osób słu­cha uważ­nie.

- To prawda - odrzekł Nyph­ron. - Ale tam­ten Fhrej nie cie­szy się sym­pa­tią mojego szczepu, a Insta­rya byli źle trak­to­wani już od stu­leci. Pod­dano ich ostra­cy­zmowi i wygnano, choć niczym nie zawi­nili. Potrze­bują przy­wódcy, który będzie rozu­miał ich poło­że­nie i naprawi krzywdy, jakich doznali. - Nyph­ron wes­tchnął. - Naprawdę sądzi­cie, że to jest pomysł, na który wpa­dłem dziś rano? Pra­cuję nad tym pla­nem już od dłuż­szego czasu. Wiem, jak zająć Alon Rhist. I mogę to zro­bić, nie poświę­ca­jąc ani jed­nego żoł­nie­rza.

- To nie­moż­liwe - odparł Raithe. - Trzeba...

Nyph­ron prze­wró­cił oczami.

- Pozwól­cie mi wyja­śnić, dla­czego musimy dzia­łać bez zwłoki. Użyję krót­kich zdań i pro­stego słow­nic­twa. W tej chwili fane zbiera woj­sko. Będzie musiał przy­być tu ze swoją armią, żeby nas zaata­ko­wać. Jego naj­lepsi żoł­nie­rze rekru­tują się ze szczepu Insta­rya, to moi bra­cia. I sta­cjo­nują w Alon Rhist. Insta­rya są naj­lep­szymi wojow­ni­kami na świe­cie. Jeśli fane ich straci, nie ma już woj­ska. Zamie­rzam mu ukraść jego siły, ale musimy wyru­szyć tam szybko. Nie możemy pozwo­lić, żeby Lothian dotarł do Alon Rhist jako pierw­szy. - Nyph­ron pod­szedł do Per­se­fony. - Jestem w sta­nie prze­jąć cały szczep Insta­rya od Erva­nonu po Mer­re­dydd. Rów­nie dobrze mógł­bym obciąć Lothia­nowi obie ręce. Nie będzie komu dla niego wal­czyć.

- A czy będą gotowi wal­czyć dla nas? - zapy­tał Sie­gel.

Nyph­ron popa­trzył na wodza Gula-Rhu­nów jak na dziecko.

- Oczy­wi­ście, że nie. Fhre­jo­wie nie zabi­jają Fhre­jów, ale jeśli postą­pi­cie tak, jak mówię, mogę was zapew­nić, że nie będą też zabi­jać Rhu­nów. A pozba­wiony szczepu wojow­ni­ków fane będzie musiał wyszko­lić innych żoł­nie­rzy. To... - wska­zał Raithe'a, na­dal nie patrząc na niego - da nam czas, żeby wykuć broń. A jej wyku­wa­nie pój­dzie nam spraw­niej pod osłoną murów Rhi­stu. - Nyph­ron zaczął liczyć na pal­cach. - W Alon Rhist są narzę­dzia, budynki, schro­nie­nie i żyw­ność. Wszystko, czego potrze­bu­jemy, żeby stwo­rzyć armię zdolną sta­wić opór, gdy fane przy­pu­ści na nas atak, co jest nie­unik­nione.

- Ale jak mamy zdo­być tę twier­dzę? - zapy­tał Tegan.

- Po pro­stu zostaw­cie to mnie.

- Widzisz, i tu wła­śnie jest pro­blem - powie­dział Raithe. - Ocze­ku­jesz, że ci zaufamy.

Sfru­stro­wany Nyph­ron prze­tarł ręką twarz.

- Twoje wąt­pli­wo­ści nie mają zna­cze­nia. Rhu­no­wie będą naj­zu­peł­niej bez­pieczni. Nie wyma­gam, żeby któ­ry­kol­wiek z nich zbli­żył się do Rhi­stu na odle­głość mniej­szą niż ćwierć mili. Ja i moi Galan­tia­nie zdo­bę­dziemy twier­dzę. Chcę tylko, żeby­ście tam byli.

- Jesteś pewien, że Rhu­no­wie nie będą musieli wal­czyć? - zapy­tała Per­se­fona.

- Tak. Chcę, żeby­ście razem z waszym ludem zebrali się w wąwo­zie rzeki Bern na pła­sko­wyżu Dureyi. Czy pro­szę o zbyt wiele?

Per­se­fona popa­trzyła na Raithe'a.

- Nie możesz dawać mu posłu­chu - powie­dział Raithe. - To głu­pota. Nie zdo­bę­dzie for­tecy z sied­mio­oso­bową dru­żyną. Albo stra­cił kon­takt z rze­czy­wi­sto­ścią, albo to pułapka. Przy­naj­mniej pocze­kajmy do czasu, aż będziemy mieli tysiąc mie­czy i tarcz. - Odwró­cił się do Mroza. - Jak długo to zaj­mie?

Karzeł sil­nym dmuch­nię­ciem roz­gar­nął wąsy i brodę, żeby móc prze­mó­wić.

- Wybra­li­śmy tuzin dobrych ludzi, któ­rzy ocho­czo garną się do nauki, ale wciąż jesz­cze mamy pro­blemy z opa­no­wa­niem metody i tech­niki. Cho­ciaż Roan uważ­nie patrzyła, jak płat­ne­rze wyku­wają żela­zne ostrze, wygląda na to, że pewne szcze­góły mimo wszystko jej umknęły. Wciąż dopra­co­wu­jemy pro­ce­durę, ale jeste­śmy już bli­scy osią­gnię­cia celu. Kiedy będziemy mieli spi­sane wszyst­kie etapy, wyszko­lona przez nas dwu­nastka zacznie prze­ka­zy­wać swoją wie­dzę dalej. Wyszkolą tylu kowali, żeby każda wio­ska w Rhu­ly­nie miała przy­naj­mniej jed­nego. A potem ci kowale przyjmą uczniów. Kiedy już udo­sko­na­limy pro­ce­durę i wyszko­limy ludzi, sama praca nie potrwa aż tak długo. Ale roz­krę­ce­nie tego wszyst­kiego nastrę­cza trud­no­ści. - Potarł pod­bró­dek. - Sza­cuję, że mogli­by­śmy wypo­sa­żyć nie­dużą armię w ciągu... roku.

- No wła­śnie - powie­dział Raithe. - A w tym cza­sie możemy wyszko­lić ludzi, żeby...

- Za rok będzie już za późno - powie­dział Nyph­ron. - Fane ścią­gnie woj­ska na tereny przy­gra­niczne, nim nadej­dzie zima. To jest wyścig, a my i tak już zbyt długo zwle­kamy. Poza tym w for­tecy znaj­duje się świet­nie wypo­sa­żona kuź­nia, w mie­ście jest też kilku kowali, któ­rzy mają dosko­nałe pale­ni­ska i narzę­dzia. Co wię­cej... - Fhrej popa­trzył na Per­se­fonę - gdzie miesz­kańcy Rhenu zamie­rzają spę­dzić zimę? Tutaj? Czy schro­ni­cie się przed lodo­wa­tym wia­trem w cie­niu tego muru? - Spoj­rzał na Lipita. - Czy znaj­dzie­cie dla nich dość miej­sca w mie­ście?

Oczy Per­se­fony pociem­niały.

- Jeśli postą­pimy tak, jak mówię, będziemy mogli się obro­nić, jeśli sprawy przy­biorą zły obrót - oznaj­mił Raithe. - Jeśli on nie zdoła speł­nić swo­ich wygó­ro­wa­nych obiet­nic...

Nyph­ron z uśmie­chem wszedł mu w słowo.

- A jeśli postą­pi­cie tak, jak ja mówię, wygra­cie tę wojnę.

Raithe spio­ru­no­wał go wzro­kiem, ale Fhrej na­dal nie raczył choćby spoj­rzeć w jego stronę. Na­dal wpa­try­wał się w Per­se­fonę.

- Jak szybko chciał­byś wyru­szyć do Alon Rhist? - spy­tała.

- Natych­miast - odrzekł Nyph­ron. - Już zmar­no­wa­li­śmy zbyt dużo czasu. - Wska­zał dahl, w któ­rym się znaj­do­wali. - Kto wie, co robi fane, pod­czas gdy my tu sie­dzimy i dys­ku­tu­jemy.

- Czu­ła­bym się lepiej, dys­po­nu­jąc wspar­ciem kogoś, kto włada Sztuką. - Per­se­fona spoj­rzała w stronę Raithe'a. - Na wypa­dek gdyby coś poszło nie tak. Ale stan Arion nie pozwala na podró­żo­wa­nie, a Suri nie zgo­dzi się jej zosta­wić.

- Nie potrze­bu­jemy Mira­ly­itha, żeby zdo­być Alon Rhist, a nie możemy sobie pozwo­lić na cze­ka­nie - odrzekł Nyph­ron. - Arion prę­dzej umrze, niż wyzdro­wieje, a ta mała mistyczka nie jest żadną Artystką. Cze­ka­nie na śmierć Arion niczego nie zmieni.

Brin wpa­dła pędem na dzie­dzi­niec. Wszy­scy odwró­cili się w jej stronę. Gnała tak szybko, że musiała się zatrzy­mać śli­zgiem. Uśmie­chała się od ucha do ucha.

- Arion się ock­nęła!

***

Nie byli armią. By­naj­mniej.

Ludz­kość obrała nową ścieżkę w cał­kiem dosłow­nym zna­cze­niu tego słowa. Suri była pewna, że widy­wała ulewy, które liczyły sobie mniej kro­pel, niż było ludzi w tłu­mie wędru­ją­cym na pół­noc. I choć mistyczka nie wie­działa zbyt wiele o sztuce wojen­nej, zakła­dała, że nawet naj­go­rzej wypo­sa­żone woj­sko jest przy­naj­mniej uzbro­jone w odróż­nie­niu od tej ciżby. Byli tam paste­rze, rol­nicy, ryma­rze, myśliwi, sto­la­rze, rybacy, piwo­wa­rzy i han­dla­rze. Więk­szość nie miała żad­nej broni. Nie­śli worki i kosze. Nie­chluj­nie odziani żoł­nie­rze przy­szłej armii nie potra­fili jesz­cze masze­ro­wać w szyku. Uskar­żali się też na tempo, warunki na dro­dze i słońce - bądź na jego brak, kiedy padał deszcz. Więk­szość kobiet została w osa­dach, z wyjąt­kiem tych z dahlu Rhen, które nie miały dokąd pójść. Te, które nie musiały opie­ko­wać się małymi dziećmi, szły obok swo­ich męż­czyzn, nio­sąc zawi­niątka z pro­wian­tem i odzieżą. Wóz, na któ­rym sie­działy Suri i Arion, prze­miesz­czał się w tyl­nej czę­ści kolumny. Cała pro­ce­sja wędro­wała drogą bie­gnącą obok dahlu Rhen - tą samą, którą uprzed­nio podró­żo­wali w prze­ciwną stronę. Suri miała wra­że­nie, że tamtą podróż odbyła w poprzed­nim życiu.

Arion i Suri jechały wci­śnięte pomię­dzy beczki, worki, garnki i bele wełny. Wóz koły­sał się i pod­ska­ki­wał na wybo­jach. Fhrejka oznaj­miła, że czuje się wystar­cza­jąco silna, żeby podró­żo­wać, ale nie była w sta­nie poko­nać pie­szo tak dłu­giej trasy. Padera i Gif­ford, peł­niący na posto­jach funk­cję kucha­rzy oraz opie­ku­jący się Arion, też jechali na wozie, bo Nyph­ro­nowi zale­żało na tym, by tempo mar­szu było jak naj­szyb­sze.

Suri na ogół wolała iść niż jechać, ale czę­sto spraw­dzała, jak czuje się Arion, i po połu­dniu nie­kiedy uci­nała sobie drzemkę wśród wor­ków. Nikt nie kwe­stio­no­wał jej prawa do tych drze­mek. W ogóle mało kto się do niej odzy­wał.

Krą­żyły różne pogło­ski na temat incy­dentu, który spo­wo­do­wała w kra­inie kar­łów. Choć Suri zawsze przy­ku­wała zacie­ka­wione spoj­rze­nia, bo była kimś obcym i mistyczką, teraz nie zer­kano już na nią z cie­ka­wo­ścią i dez­apro­batą, tylko z lękiem. Ludzie przy­śpie­szali kroku, zwal­niali albo wręcz skrę­cali w inną stronę, byle trzy­mać się od niej na dystans. Ponie­waż Per­se­fona, Moya, Roan i karły mieli pełne ręce roboty, z Suri roz­ma­wiali tylko Padera, Gif­ford i Brin. Wszy­scy inni trak­to­wali ją tak, jakby była tru­jąca.

Zawsze lubi­łam być sama, pocie­szała się. Wolę to. Zbyt wielu ludzi w jed­nym miej­scu to coś nie­na­tu­ral­nego. Tak jest lepiej.

Jed­nakże nie była sama. Ludzie ota­czali Suri, ale nie przy­na­le­żała do żad­nej z ich grup. Była sto­krotką wśród żon­kili, muchą w kozim mleku, moty­lem w armii.

Odwró­ciła się i zoba­czyła po lewej stro­nie drzewa - zbo­cze, na któ­rym liścia­sta gęstwina zmie­niała się w ciem­niej­szą igla­stą. Mistyczka znała tę linię lesi­stego wzgó­rza, ten zakręt. Zaraz za nim była rzeka, a za kolej­nym wzgó­rzem zoba­czą przed sobą ścianę boru - Księ­ży­cową Pusz­czę.

- Już pra­wie jeste­śmy na miej­scu - powie­działa Suri. Spoj­rzała na słońce. - Dotrzemy tam, nim nasta­nie połu­dnie. Jak się czu­jesz? - zwró­ciła się do Arion. - Pój­dziemy powoli. Nie ma potrzeby się śpie­szyć.

Arion, która sie­działa otu­lona lekką chu­stą, wyglą­dała na zasko­czoną.

- Czy zmie­rzamy w inne miej­sce niż pozo­stali?

- Ow­szem, do Gło­go­wej Dolinki. Do domu.

- Ale Per­se­fona... Sądzi­łam, że zmie­rzamy do Alon Rhist. - Arion miała zdez­o­rien­to­waną minę.

- To ona tam zmie­rza. My zmie­rzamy do domu - odparła Suri. - Poko­chasz to miej­sce, Arion. Ogród będzie w kata­stro­fal­nym sta­nie, ale zro­bię z nim porzą­dek. Nie będziesz musiała nic robić, tylko odpo­czy­wać i nabie­rać sił. Pój­dziemy popły­wać!

- Suri, zaczyna się wojna - powie­działa Arion.

Suri uwa­żała, że głos Fhrejki odzwier­cie­dla stan jej zdro­wia. Na­dal był sta­now­czo zbyt zdy­szany i brzmiał głu­cho.

- Ow­szem. - Mistyczka zer­k­nęła na męż­czyzn, któ­rzy nie­śli na ramio­nach motyki i szpa­dle. - Ale żyjąc w głębi lasu, nie doświad­czymy jej. Będziemy bez­pieczne i szczę­śliwe. Będzie tro­chę tak jak kie­dyś, z Turą.

Per­se­fona zaży­czyła sobie, żeby Suri i Arion wyru­szyły do for­tecy Fhre­jów, ale zda­niem Suri wojna nie jawiła się pocią­ga­jąco. Mistyczka wymy­śliła lep­szy plan. We dwie pojadą na wozie z powro­tem do Księ­ży­co­wej Pusz­czy, a potem pójdą pie­chotą do Gło­go­wej Dolinki. Arion wciąż była słaba, więc będą wędro­wały wolno, z czę­stymi posto­jami. Może zaj­mie im to cały dzień, ale kiedy już tam dotrą, Suri pokaże Arion naj­pięk­niej­sze miej­sce na świe­cie: mały wąwóz, gdzie świa­tło słońca jest zło­cist­sze, woda smacz­niej­sza, a różne gatunki pta­ków wyśpie­wują chó­rem swe trele. Suri wie­działa, że Arion będzie zachwy­cona. W tam­tym cudow­nym miej­scu Fhrejka powróci do sił, a wtedy...

- Suri? - Arion wpa­try­wała się w nią. - Jesteś gotowa, żeby ze mną poroz­ma­wiać?

Suri odwró­ciła wzrok, spo­glą­da­jąc na pusz­czę. Ponad gra­nią wzgórz widziała już miej­sce, które uwa­żała za swój dom.

- Czy powiesz mi, co tam się stało? - zapy­tała Arion.

- Co masz na myśli?

- Ostat­nie, co pamię­tam, to że tkwi­li­śmy uwię­zieni pod górą. Mia­ły­śmy umowę, ty i ja. Ponie­waż tu jestem, muszę przy­jąć, że nie dotrzy­ma­łaś słowa. Nie sądzisz, że już pora, żeby­śmy poroz­ma­wiały o tym, co się wyda­rzyło?

Padera poru­szyła się nie­spo­koj­nie.

- Powin­naś odpo­czy­wać - powie­działa.

Arion zigno­ro­wała ją i dalej wpa­try­wała się w Suri.

Księ­ży­cowa Pusz­cza uka­zała się oczom podróż­nych w peł­nej let­niej kra­sie soczy­ście zie­lo­nych liści. Ota­cza­jące ją pola były nato­miast jasno­złote z plam­kami oranżu, żółci i pur­pury. Ptaki prze­la­ty­wały nisko, psz­czoły bzy­czały, a w górze dry­fo­wały bez­tro­sko puchate białe obłoki.

- Nie powiesz mi, co się stało z Minną?

Na dźwięk tego imie­nia Suri ode­rwała spoj­rze­nie od pięk­nego kra­jo­brazu, ale nie popa­trzyła na Fhrejkę i nie wyrze­kła ani słowa.

- Suri, nie jestem głu­pia.

- Nie powie­dzia­łam, że jesteś.

- Dla­czego, Suri? Dla­czego to zro­bi­łaś?

Suri zwie­siła głowę, krzy­wiąc usta w wyra­zie pro­te­stu. Nie chciała o tym roz­ma­wiać, nie teraz. Ani z Arion, ani z nikim innym. Ni­gdy.

- Kocha­łaś ją - pod­jęła Arion.

- Na­dal kocham - wyrwało się mistyczce.

Słaba, drżąca dłoń dotknęła jej nad­garstka. Dłu­gie, deli­katne palce Fhrejki pogła­skały go deli­kat­nie.

- Chcia­łam, żebyś zabiła mnie, nie ją.

- Wiem.

- Suri... Nie mogę z tobą wró­cić do two­jego domu.

Suri odsu­nęła się, splo­tła dło­nie na podołku i znów popa­trzyła na Księ­ży­cową Pusz­czę. Na zacho­dzie roz­cią­gało się roz­le­głe morze zie­leni. Gdy Suri spo­glą­dała na mijane drzewa, pomy­ślała, że las wydaje się teraz dziw­nie mały. Czy zawsze taki był?

- Ty też nie możesz tam wró­cić - pod­jęła Arion. - Wiesz o tym, prawda? Teraz jesteś moty­lem, i to w więk­szym stop­niu, niż kie­dy­kol­wiek przy­pusz­cza­łam. Dni żywie­nia się liśćmi dobie­gły końca. Teraz to kwiaty cię potrze­bują. Twoim domem nie jest już Gło­gowa Dolinka, tylko niebo. Nie możesz się ukry­wać, Suri. Musisz fru­wać. Musisz poka­zać wszyst­kim piękno tych skrzy­deł.

Suri zmarsz­czyła brwi i zeszła z jadą­cego powoli wozu.

- W tej chwili chyba wolę iść pie­chotą.

Pozwo­liła, żeby wóz odje­chał, zosta­wia­jąc ją na tyłach dłu­giej kolumny pie­chu­rów. Tu było cicho, pano­wał więk­szy spo­kój, przy­jem­nie też było czuć pod sto­pami zna­jomą, choć nie­stety okrop­nie zdep­taną trawę. Cho­ciaż Suri zna­la­zła się w ogo­nie pochodu, odkryła, że nie jest sama. Kole­inami pozo­sta­wio­nymi w mięk­kiej ziemi przez koła wozu wędro­wał Raithe. Jego leigh mor był pod­ka­sany i zawią­zany luź­niej niż w zimie. Odsła­niał wło­chate ręce i nogi wła­ści­ciela, a w myślach Suri poja­wiło się słowo "sierść". Więk­szość męż­czyzn tak nosiła swoje płasz­cze w cie­płej porze roku. Raithe zer­k­nął w jej stronę, ale nic nie powie­dział. Bez słowa pod­jęli marsz we dwoje.

Szli w mil­cze­niu, aż dotarli do roz­sta­jów, gdzie od gościńca odcho­dziła droga, która nie­gdyś wio­dła do dahlu Rhen. Suri pomy­ślała, że ostat­nio przy­szła w to miej­sce z tej samej strony ran­kiem po tym, jak zgi­nęła Gryna Bru­natna. Oboje z Raithe'em zwol­nili kroku. Oboje popa­trzyli na nie­po­zorną ścieżkę wijącą się wśród wyso­kich, zbrą­zo­wia­łych traw. Wio­dła do pozo­sta­ło­ści zruj­no­wa­nych wałów obron­nych, straż­nicy i studni. Do prze­szło­ści, która oka­zała się punk­tem zwrot­nym.

- To cie­kawe, jak decy­zja, żeby pójść w jakimś kie­runku zamiast w innym, może zmie­nić całe twoje życie - stwier­dził Raithe, ide­al­nie ujmu­jąc w słowa to, o czym roz­my­ślała mistyczka. - Przy­pusz­czal­nie nie powi­nie­nem był skrę­cać na tę drogę.

Jakaś część Suri zga­dzała się z nim całym ser­cem. Gdyby tej wio­sny nie udała się do dahlu Rhen, Minna na­dal by żyła i obie cie­szy­łyby się kolej­nym spę­dza­nym wspól­nie latem. Oczy­wi­ście, gdyby nie udała się do dahlu Rhen, wszy­scy pozo­stali praw­do­po­dob­nie byliby mar­twi.

Czy złe rze­czy dzieją się rów­nież wtedy, kiedy nic o nich nie wiem? - pomy­ślała.

Wes­tchnęła, zasta­na­wia­jąc się, czy Raithe mówił do niej, czy po pro­stu roz­ma­wiał sam ze sobą. Nie była też pewna, do kogo sama się zwraca, kiedy powie­działa:

- Naj­go­rzej, że na­dal nie wiem, czy było warto.

Popa­trzyli na sie­bie ze zro­zu­mie­niem, po czym wzno­wili marsz. Szli teraz za wozem w więk­szej odle­gło­ści, zosta­jąc z tyłu i pozwa­la­jąc, żeby świat od nich odpły­wał.

- Chcia­ła­bym teraz zmie­rzać w stronę domu. - Suri kop­nęła kamyk w wysoką trawę.

- A ja chciał­bym zmie­rzać w jakąś inną stronę - odparł Raithe. Zer­k­nął na nią. - Jestem pewien, że miej­sce, które nazy­wasz domem, jest znacz­nie mil­sze niż miej­sce, które ja tak nazy­wa­łem. - Wska­zał jadący z przodu wóz. - Jak się miewa Arion?

- Jest iry­tu­jąca. - Suri spo­dzie­wała się, że Raithe okaże zasko­cze­nie i spyta, dla­czego. On jed­nak tylko ski­nął głową, jakby wszystko rozu­miał. - Chcia­łam, żeby wró­ciła ze mną do pusz­czy, do dolinki, gdzie kie­dyś miesz­ka­łam. Zda­wało mi się, że mogły­by­śmy być tam szczę­śliwe, ale ona się upiera, że musimy wziąć udział w tej woj­nie.

- Brzmi to zdu­mie­wa­jąco podob­nie do Per­se­fony.

- Serio?

Raithe kiw­nął głową.

- Nie chce mnie słu­chać. Ale słu­cha Nyph­rona. Nie ma z tym żad­nego pro­blemu. Ruszamy na wojnę z Fhre­jami, a komu ona daje posłuch?

- Czyli ty też nie chcesz iść do tego całego Rhi­stu?

- Wolał­bym, żeby­śmy wszy­scy zna­leźli się w two­jej dolince. - Otarł pot z czoła i mru­żąc oczy, z pełną pre­ten­sji miną spoj­rzał w górę, na palące słońce. - Czy jest tam gdzie pły­wać?

Suri się uśmiech­nęła.

- W czy­stym jezio­rze, z łabę­dziami.

- Jest co jeść?

- Jest mnó­stwo jedze­nia.

- Brzmi ide­al­nie.

- Bo tak wła­śnie jest - odparła z prze­ko­na­niem.

- To tam, prawda? - Raithe wska­zał prze­rwę w linii lasu.

- Tak - odparła Suri. - Tym zbo­czem w górę, potem w lewo i w dolinę. Mogli­by­śmy tam bez pro­blemu dotrzeć przed zmro­kiem. Nikt by się nie zorien­to­wał, że nas nie ma.

Oboje popa­trzyli na wozy i na długą, wijącą się wężo­wato kolumnę ludzi oto­czoną kłę­bami pyłu. Nikt się nie oglą­dał, a nawet gdyby, z tej odle­gło­ści i tak nie było widać, co robią Suri i Raithe. Mogliby się wymknąć nie­zau­wa­żeni i na zawsze prze­paść w mro­kach nie­pa­mięci. Wojna toczy­łaby się dalej, ale bez ich udziału.

Czy złe rze­czy dzieją się rów­nież wtedy, kiedy nic o nich nie wiem? - pomy­ślała ponow­nie Suri.

Oboje przy­sta­nęli. Stali nie­ru­chomo pośrodku drogi, słu­cha­jąc, jak tur­kot kół cich­nie w oddali.

- Co o tym sądzisz? - zapy­tała Suri.

Raithe wes­tchnął, po czym pokrę­cił głową.

- Nie możemy ich zosta­wić. I to chyba głu­pie, żeby teraz nagle zacząć kie­ro­wać się roz­sąd­kiem.

- Tak. Masz abso­lutną rację. Jesteś chyba naj­mą­drzej­szym... - Urwała prze­ra­żona. Wszystko wyda­wało się tak zna­jome, że słowa po pro­stu wyrwały jej się jak zawsze, zupeł­nie jakby wędro­wała razem z...

Roz­pła­kała się. Miała wyrzuty sumie­nia i nie­na­wi­dziła sie­bie za to, że tak łatwo zdra­dziła pamięć Minny.

Raithe stał w mil­cze­niu i cze­kał, nie osą­dza­jąc jej.

Zarzu­ciła mu ręce na szyję. Zro­biła to bez zasta­no­wie­nia. Potrze­bo­wała przy­tu­lić się do kogoś, a on był obok. Sądziła, że męż­czy­zna się odsu­nie, ale nie. Zamiast tego poczuła, że jego ramiona obej­mują ją i zamy­kają w deli­kat­nym uści­sku. Raithe nie powie­dział ani słowa, a ona wie­działa, że pomię­dzy przy­ja­ciółmi tak wła­śnie powinno to wyglą­dać.

Rozdział drugi

Roz­dział drugi

Przed wro­tami z brązu

Alon Rhist było zale­d­wie jedną z sied­miu fhrej­skich for­tec roz­miesz­czo­nych wzdłuż gra­nicy naszych ziem, ale było czymś wię­cej niż tylko sie­dzibą szczepu Insta­rya oraz gro­bow­cem dawno zmar­łego władcy. Alon Rhist wyda­wało się ucie­le­śnie­niem fhrej­skiej potęgi oraz absurdu, jakim było rzu­ce­nie jej wyzwa­nia.

Księga Brin

Raithe pomógł Per­se­fo­nie wspiąć się na ostat­nią półkę skalną. Mogłaby tam wejść o wła­snych siłach - żaden z pozo­sta­łych wodzów nie potrze­bo­wał pomocy i żad­nemu jej nie zaofe­ro­wano - ale mimo to ujęła wycią­gniętą dłoń Durey­anina. Per­se­fona zawsze uwa­żała, że powinna być miła dla ludzi, dopóki może, bo nie zawsze będzie mogła sobie pozwo­lić na taki luk­sus. To w każ­dym razie sobie wma­wiała, ale wie­działa, że gdyby kto­kol­wiek inny zdo­był się na ten gest wzglę­dem niej, zasy­gna­li­zo­wa­łaby, że pomoc jest zbędna.

Raithe był odważny, sprawny i przy­stojny. Nosił swój leigh mor z nie­dbałą gra­cją. Kobiety z upodo­ba­niem roz­pra­wiały o mło­dym Durey­ani­nie, ale on igno­ro­wał ich próby flirtu. A Per­se­fona nie mogła mu ofia­ro­wać tego, czego chciał. Na­dal czuła się mał­żonką swego nie­ży­ją­cego męża, choć nie potra­fi­łaby tego ująć w słowa, a nawet zde­fi­nio­wać w myślach; emo­cje prze­ma­wiały swoim wła­snym języ­kiem, który nie zawsze dawało się prze­tłu­ma­czyć na zwy­kłą mowę.

Raithe nie był ani tro­chę podobny do jej męża. Reglan, star­szy od niej o pra­wie trzy­dzie­ści lat, bar­dziej przy­po­mi­nał ojca, nauczy­ciela, prze­wod­nika. W zesta­wie­niu z Raithe'em to Per­se­fona oka­zy­wała się tą mądrą, pewną ręką, która mocno trzyma ster, by łódź pły­nęła pro­sto. A mimo to chwyt Raithe'a - bez­pieczny, cie­pły i silny - doda­wał jej otu­chy. Była keeni­giem, przy­wód­czy­nią dzie­się­ciu kla­nów, spra­wu­jącą rządy nad milio­nami pod­da­nych, lecz na­dal potrze­bo­wała cze­goś wię­cej. Wła­dza nie mogła zastą­pić sza­cunku, poświę­ce­nie nie mogło zastą­pić przy­jaźni, a nic nie mogło zastą­pić przy­tul­nego cie­pła miło­ści. Ow­szem, Raithe ją kochał, pra­gnął jej, i choć nie miała moż­li­wo­ści speł­nić jego życze­nia - w każ­dym razie jesz­cze nie teraz - pie­lę­gno­wała w myślach tę wizję. Dar jego pożą­da­nia sta­no­wił kolejne z tych nie­moż­li­wych do zwer­ba­li­zo­wa­nia, trud­nych do kon­tro­lo­wa­nia uczuć. Namięt­ność była czymś dzi­kim i samo­lub­nym, co nie respek­to­wało gra­nic ani zdro­wego roz­sądku, ale bez niej życie wyda­wało się pozba­wione sensu.

- Jak nazy­wa­cie to miej­sce? - Rozej­rzała się, chło­nąc wra­że­nia, jakie przy­no­siło sta­nie ponad rów­niną na przy­po­mi­na­ją­cej kolumnę skale wyso­kiej na dzie­sięć sążni.

- Skała Udręki - odparł Raithe.

Wierz­cho­łek kolumny był o wiele za mały, by Per­se­fona czuła się na nim kom­for­towo ze świa­do­mo­ścią, że ze wszyst­kich stron ota­cza ją prze­paść. Kiw­nęła głową.

- Wła­śnie widzę. No tak.

Prze­szła się po cia­snym okręgu, szu­ra­jąc sto­pami po skale, bo bała się pod­no­sić je wyżej. Strach przed runię­ciem z wyso­ko­ści pozo­sta­wał irra­cjo­nalny, dopóki nie robiła niczego głu­piego. Wierz­cho­łek skały był pła­ski jak stół, ale Per­se­fona nie ufała sobie. Potknię­cie nie wcho­dzi w grę, pomy­ślała. Chyba że nauczę się latać.

Ni­gdy nie lubiła dużych wyso­ko­ści. Jako dziecko wcze­śnie prze­stała wspi­nać się na drzewa i wymi­gi­wała się od poma­ga­nia przy kła­dze­niu strzech, twier­dząc, że cierpi na różne rady­kal­nie wyol­brzy­mione dole­gli­wo­ści. Sto­jąc na Skale Udręki i spo­glą­da­jąc w dół, na zebrane klany Rhu­lynu, które z tej odle­gło­ści przy­po­mi­nały rojo­wi­sko mró­wek, poczuła zawrót głowy. Jakim cudem zna­la­zła w sobie dość odwagi, żeby zesko­czyć z tam­tego wodo­spadu w Księ­ży­co­wej Pusz­czy? Miała wra­że­nie, że od tego incy­dentu upły­nęły dzie­się­cio­le­cia, a nie zale­d­wie kilka krót­kich mie­sięcy.

Wilki, przy­po­mniała sobie. Tak, wataha ści­ga­ją­cych ją wil­ków sta­no­wiła dobre źró­dło moty­wa­cji.

Per­se­fona obser­wo­wała z podzi­wem, jak Suri wspina się tak zwin­nie, jakby wierz­cho­łek skały znaj­do­wał się led­wie pół sąż­nia nad zie­mią. Nie dość, że dziew­czyna nie oka­zy­wała naj­mniej­szego lęku, to jesz­cze spra­wiała wra­że­nie dogłęb­nie znu­dzo­nej.

Z miej­sca, gdzie stali, roz­ta­czał się roz­le­gły widok.

- Miesz­ka­łeś gdzieś w tych oko­li­cach? - spy­tała Per­se­fona, zwra­ca­jąc się do Raithe'a.

Wycią­gnął rękę w kie­runku pół­nocno-wschod­nim.

Więk­szą część kra­iny zwa­nej Dureyą zaj­mo­wał pyli­sty pła­sko­wyż: jedna wielka skalna płyta, z któ­rej wysta­wały ostańce takie jak ten, na któ­rym stali. Spo­glą­da­jąc w stronę wska­zaną przez Raithe'a, Per­se­fona wypa­trzyła czarny znak na jed­no­li­cie żół­ta­wo­sza­rej rów­ni­nie.

- To była moja wio­ska, Clemp­ton - powie­dział Raithe. - Trzy­dzie­ści sie­dem zabu­do­wań, czter­dzie­ści rodzin, pra­wie dwu­stu miesz­kań­ców. - Spo­glą­dał w dal, nie mru­ga­jąc, twar­dym, bru­tal­nym wzro­kiem.

Per­se­fona była cie­kawa, co Durey­anin teraz myśli, a potem wyobra­ziła sobie, że sama spo­gląda na ruiny dahlu Rhen.

Poło­żyła dłoń na jego ramie­niu. Jej dotyk spra­wił, że Raithe ode­rwał wzrok od hory­zontu i posłał jej wymu­szony uśmiech.

Wszy­scy rhu­lyń­scy wodzo­wie znaj­do­wali się wraz z nią na wierz­chołku skały, pod­czas gdy wodzo­wie ludu Gula byli tam, gdzie ich woj­sko, które zostało stra­te­gicz­nie roz­lo­ko­wane w kotli­nach i wąwo­zach Dureyi. Nyph­ron roz­sta­wił ich uprzed­niej nocy, twier­dząc, że wie, któ­rych miejsc nie widać z wieży Alon Rhist. Per­se­fona była zmu­szona powtó­rzyć jego instruk­cje, gdyż Gula-Rhu­no­wie odmó­wili przyj­mo­wa­nia roz­ka­zów od Fhreja. Ten dziki, bru­talny lud przy­po­mi­nał watahę wście­kłych zwie­rząt. Wspa­niała sprawa, jeśli aku­rat tego się potrze­bo­wało, ale w innych oko­licz­no­ściach można było dostać przez nich szału.

Per­se­fona zmu­siła się, żeby ostroż­nie i powo­lutku podejść do kra­wę­dzi skały. Chciała przyj­rzeć się dokład­niej wszyst­kiemu, co było widać z góry. Górną gra­nicę żół­ta­wego pła­sko­wyżu sta­no­wił stromy, zyg­za­ko­waty wąwóz, któ­rego linia widziana z ich per­spek­tywy przy­po­mi­nała wykrzy­wione usta. Dnem tego kanionu pły­nęła rzeka Bern, wyzna­cza­jąca gra­nicę pomię­dzy Rhu­ly­nem a zie­miami Fhre­jów. Gdzieś u pod­nóża Skały Udręki brała swój począ­tek ście­żyna podobna do wyry­so­wa­nej kredą kre­ski, która bie­gła na pół­noc aż do wąwozu i koń­czyła się przy bia­łych kamien­nych scho­dach wio­dą­cych do Wiel­kiego Mostu. Był on jedy­nym miej­scem w pro­mie­niu wielu mil pozwa­la­ją­cym bez­piecz­nie prze­pra­wić się przez rzekę. Spa­jał oba brzegi kanionu, fhrej­ski i ludzki, niczym poje­dyn­czy szew na zie­ją­cej ranie. Po dru­giej stro­nie rzeki wzno­siły się mia­sto i for­teca Alon Rhist ze swoją ogromną kopułą oraz nie­bo­siężną wieżą. Twier­dzy bro­niły potężne kamienne mury i nie­zdo­byta brama z brązu.

Kiedy Per­se­fona była jesz­cze mał­żonką Reglana, co roku prze­jeż­dżała po tym rzeź­bio­nym kamien­nym moście. Za każ­dym razem czuła prze­ra­że­nie.

Zapra­szano nas, pomy­ślała, a mimo to się bałam.

- Są przy scho­dach - oznaj­mił Tegan.

Wódz klanu War­ric wyglą­dał jak prze­ro­śnięty karzeł ze schludną ciemną fry­zurą i sta­ran­nie roz­cze­saną brodą. Cecho­wało go sar­ka­styczne poczu­cie humoru, miał bystry umysł i był teraz jed­nym z naj­bar­dziej zaufa­nych dorad­ców Per­se­fony. Wycią­gnął rękę i wszy­scy, któ­rzy stali na Skale Udręki, spoj­rzeli w stronę Wiel­kiego Mostu.

- Nie mogę uwie­rzyć, że wyra­zi­łaś na to zgodę. - Raithe pokrę­cił głową, wpa­tru­jąc się w niebo.

- Nyph­ron wie, co robi - odrze­kła Per­se­fona, sta­ra­jąc się mówić z prze­ko­na­niem, któ­rego wcale nie czuła. Zdała sobie sprawę, że bez­wied­nie zaci­ska pię­ści. Zmu­siła się, by roze­wrzeć dło­nie i roz­luź­nić ramiona.

- A jeżeli jest w błę­dzie? Co, jeśli go zabiją? - spy­tał Raithe.

- Moi ludzie nie są na to gotowi - oznaj­mił Har­kon. - Więk­sza część klanu Melen dys­po­nuje tylko narzę­dziami rol­ni­czymi. Nie będziemy w sta­nie wal­czyć.

- Jeśli Nyph­ro­nowi się nie uda, wyco­famy się - odrze­kła Per­se­fona. - Już teraz prze­by­wamy w sto­sun­kowo bez­piecz­nej odle­gło­ści.

- A Nyph­ron? - zapy­tał Har­kon. - Jeżeli sprawy przy­biorą zły obrót, czy on też się wycofa?

- Nie wydaje mi się, żeby Nyph­ron i jego Galan­tia­nie brali taką moż­li­wość pod uwagę - stwier­dził Tegan. - Zakła­dają, że wygrają w każ­dym star­ciu.

- Miejmy nadzieję, że mają powody, by tak sądzić. - Per­se­fona wypro­sto­wała się, bo stale powta­rzała sobie w myślach, że nie wolno jej się gar­bić. Jej matka zawsze kry­ty­ko­wała ją za nie­pra­wi­dłową postawę. "Nikt nie będzie sza­no­wał żony wodza, która garbi się jak troll". Matka z pew­no­ścią nie wyobra­żała sobie, że to Per­se­fona pew­nego dnia zosta­nie wodzem, a co dopiero keeni­giem, ale nale­żało przy­pusz­czać, że rada pozo­staje aktu­alna.

- Zawsze musi być ten pierw­szy raz - sko­men­to­wał Kru­gen.

- Zatem módlmy się, żeby nie nastą­pił wła­śnie teraz.

Nyph­ron dotrzy­mał słowa. Nie zażą­dał, by jaki­kol­wiek czło­wiek prze­szedł przez most wraz z jego dru­żyną. Armia Per­se­fony była led­wie widoczna z oddali dla Fhre­jów gro­ma­dzą­cych się po dru­giej stro­nie rzeki Bern. Siły Gula-Rhu­nów znaj­do­wały się ponad milę dalej, zgru­po­wane na pła­sko­wyżu. Tak zaży­czył sobie Nyph­ron. Per­se­fona miała szczerą nadzieję, że zgod­nie z jego pla­nem jej woj­sko będzie mieć dość czasu na ucieczkę, gdyby coś poszło nie tak. Jed­nakże, jak słusz­nie zauwa­żył Tegan, Galan­tia­nie nie dopusz­czali do sie­bie myśli, że mogą ponieść klę­skę. Zga­dzała się, że Nyph­ron prę­dzej roz­waży moż­li­wość, że słońce pew­nego dnia nie wzej­dzie, niż wła­sną porażkę.

Ze szczytu Skały Udręki Per­se­fona widziała, jak Galan­tia­nie pod­cho­dzą pod mury Alon Rhist. Grupka Fhre­jów wyglą­dała z tej odle­gło­ści jak sie­dem mró­wek idą­cych gęsiego. Dotarli do mostu i bez waha­nia prze­szli na drugą stronę.

Chcąc ich lepiej widzieć, Per­se­fona dała krok naprzód, zapo­mi­na­jąc na tę jedną sekundę, że stoi nad śmier­tel­nie nie­bez­pieczną prze­pa­ścią. Raithe chwy­cił ją za rękę, bez słowa przy­po­mi­na­jąc zarówno o zagro­że­niu, jak i o tym, że leży mu na sercu jej bez­pie­czeń­stwo. Kiedy Per­se­fona spoj­rzała na niego z ukosa, puścił ją z zawsty­dzoną miną.

Har­kon, wódz klanu Melen, z podzi­wem pokrę­cił głową.

- Nie znają lęku.

- Wariaci - wymam­ro­tał Kru­gen, któ­rego inte­re­so­wały wyłącz­nie piękne stroje i drzemki. Tych dru­gich uci­nał sobie mnó­stwo, chra­piąc tak gło­śno, że nie dawało się tego prze­oczyć.

- Dla­czego nikt nie pró­buje ich powstrzy­mać? - zapy­tał Lipit.

- Z tego samego powodu, dla któ­rego pośpiech jest nie­wska­zany, kiedy polu­jesz na kró­liki - odparł Raithe. - Lepiej mieć pew­ność, że zna­la­zły się w sidłach, zanim zacią­gniesz pętlę.

Dło­nie Per­se­fony na nowo zaci­snęły się w pię­ści i - co z pew­no­ścią zała­ma­łoby jej nie­ży­jącą matkę - znów upodob­niła się posturą do trolla.

- Co to takiego? - Kru­gen wycią­gnął rękę.

- Widzi­cie to? - zapy­tał Har­kon. - Tam na rów­ni­nie, po naszej stro­nie?

- Wię­cej Fhre­jów - powie­dział Raithe.

Per­se­fona też ich dostrze­gła. Dwa tuziny wojow­ni­ków w zbro­jach z brązu poja­wiły się zni­kąd, odci­na­jąc Nyph­ro­nowi odwrót.

- Skąd oni się tu wzięli? - zapy­tał Tegan.

- Szcze­liny - wyja­śnił Raithe. - Skały tam w dole są pełne pęk­nięć i roz­pa­dlin. Można się scho­wać w takiej szcze­li­nie, nakryć kocem w kolo­rze ziemi, a wróg przej­dzie i cię nie zauważy. Robi­li­śmy to czę­sto.

- Czy Nyph­ron nie powi­nien sobie zda­wać z tego sprawy? - zapy­tał Kru­gen.

- Sami widzi­cie. Nie jest tak sprytny, jak mu się wydaje - pod­su­mo­wał posęp­nie Raithe tonem kogoś prze­ko­na­nego, że ma rację. Per­se­fona wie­działa, że głów­nym obiek­tem fru­stra­cji Durey­anina jest Nyph­ron, ale czuła, że ona też. Osta­tecz­nie to ona zezwo­liła na prze­pro­wa­dze­nie tej akcji. Zimny, wyra­żony bez emo­cji osąd Raithe'a zabo­lał wła­śnie dla­tego, że to Durey­anin miał rację, a ona nie posłu­chała.

- Myśli­cie, że uwzględ­nili to w swo­ich pla­nach? - zapy­tał bła­gal­nie Alward z Nadaku, tak jakby zgro­ma­dzona na skale grupka wodzów miała moc speł­nia­nia życzeń.

- Galan­tia­nie? - spy­tał z nie­do­wie­rza­niem Tegan. - Oni nie pla­nują. Uwa­żają, że nad­miar prze­zor­no­ści kłóci się z duchem przy­gody. Tak sły­sza­łem.

Alward zmarsz­czył czoło i zgar­bił się, nie zamknąw­szy roz­dzia­wio­nych ust.

Per­se­fona znów dała krok do przodu, a Raithe ponow­nie chwy­cił ją za rękę.

O ile za pierw­szym razem było to iry­tu­jące, za dru­gim razem Per­se­fona uznała, że prze­sa­dził. Zamie­rzała go skar­cić, ale spoj­rzała w dół i zoba­czyła, że stoi pół kroku od kra­wę­dzi. Gwał­tow­nie zaczerp­nęła tchu i cof­nęła się na bez­pieczną odle­głość.

- Nie możemy sobie pozwo­lić na to, żeby stra­cić zarówno cie­bie, jak i Galan­tian w jedno popo­łu­dnie - sko­men­to­wał Raithe.

Stra­cić ich? Ta wizja, z pozoru tak nie­praw­do­po­dobna, skry­sta­li­zo­wała się w umy­śle Per­se­fony po raz pierw­szy. Co, jeśli Galan­tia­nie zostaną zabici lub poj­mani? Co się z nimi sta­nie?

I co się sta­nie z nami?

Per­se­fona popa­trzyła w dół na setki ludzi ocze­ku­ją­cych pod skałą oraz tysiące zgro­ma­dzone dalej. Odwró­ciła głowę, żeby się upew­nić, że Suri na­dal czeka obok. Ta dziew­czyna zbu­rzyła górę, więc powinna być w sta­nie ochro­nić woj­sko Per­se­fony przed kil­koma set­kami Fhre­jów. To dla­tego wspięła się na skałę razem z wodzami, posłuszna nale­ga­niom Per­se­fony. Jed­nakże Per­se­fona tak naprawdę nie miała poję­cia, jak działa magia i co Suri potrafi. A mistyczka prze­jęła od Arion nie­chęć do zabi­ja­nia. Per­se­fona czę­sto powta­rzała sobie, że to dobrze, ale teraz nie była już taka pewna.

Znów spoj­rzała na czarną plamę na rów­ni­nie, wszystko, co pozo­stało z wio­ski, gdzie nie­gdyś miesz­kało czter­dzie­ści rodzin. Zadała sobie pyta­nie, czy to moż­liwe, że wła­śnie popeł­niła swój pierw­szy i ostatni błąd jako keenig Dzie­się­ciu Kla­nów.

***

Dzier­żąc w pra­wej dłoni zwi­niętą flagę, Nyph­ron popro­wa­dził swo­ich Galan­tian przez Wielki Most w stronę wrót z brązu. Kil­ka­na­ście sążni nad wej­ściem wisiało godło patrona for­tecy, nie­ży­ją­cego władcy Alona Rhi­sta - dwie skrzy­żo­wane włócz­nie. Cho­ler­nie trudno byłoby je stam­tąd usu­nąć, ale fakt, że Petra­gar nawet nie pró­bo­wał tego zro­bić, dobit­nie ilu­stro­wał róż­nicę pomię­dzy obec­nym komen­dan­tem twier­dzy a Nyph­ronem, czy raczej zale­d­wie jedną z róż­nic. Tylko Fer­rol wie­dział, jak długa oka­za­łaby się ta lista, gdyby ktoś posta­no­wił doko­nać porów­nań i fak­tycz­nie ją spi­sać. Nyph­ron przy­pusz­czał, że on i Petra­gar nawet nie żują jedze­nia w ten sam spo­sób. Gdyby ich role były odwró­cone, nad wro­tami zawi­słoby godło Nyph­rona. Na razie nie miał takiego, ale już nie­długo zamie­rzał się o nie posta­rać. Smok albo może lew - coś groź­nego, potęż­nego, god­nego sza­cunku. Wszy­scy wielcy przy­wódcy powinni w jakiś spo­sób zmie­nić obli­cze świata, a Nyph­ron zacząłby od wyrzeź­bie­nia swego znaku na tej ścia­nie.

- Nie powi­nie­neś był wra­cać - oznaj­mił Sikar.

Stał na czele oddziału tar­czow­ni­ków zagra­dza­ją­cego drugi koniec mostu. Był w peł­nej zbroi, jakby spo­dzie­wał się kło­po­tów. Na jego heł­mie pysz­nił się czer­wony pió­ro­pusz - znak, że po wygna­niu Galan­tian Sika­rowi udało się awan­so­wać.

- Nie mogli­śmy wytrzy­mać na obczyź­nie. - Tek­chin wycią­gnął ramiona i posłał Sika­rowi kilka cału­sów. - Było nam zbyt tęskno za tobą.

Sikar pokrę­cił głową, marsz­cząc brwi. Ewi­dent­nie nie był w nastroju do żar­tów.

- Jesteś dur­niem, Tek­chin. - Prze­niósł spoj­rze­nie na Gry­gora, zatrzy­mu­jąc je na moment na drew­nia­nej skrzynce, którą dźwi­gał olbrzym, a potem popa­trzył na flagę w dłoni Nyph­rona. - Pod­da­je­cie się czy chce­cie per­trak­to­wać?

Ely­san, star­szy wie­kiem Fhrej, który nie­gdyś był bli­skim przy­ja­cie­lem i doradcą Zephy­rona, sta­nął po pra­wicy Sikara i odpo­wie­dział pierw­szy:

- Per­trak­to­wać. Sły­sza­łeś kie­dyś, żeby Galan­tia­nie się pod­dali?

Sikar nie odry­wał wzroku od Nyph­rona.

- Wiesz, zwy­czaj naka­zuje, żeby machać tą flagą, zanim podej­dzie się do bramy. Nie żeby to wam coś pomo­gło. Fane ogło­sił was bani­tami. Już nie chroni was Prawo Fer­rola. - Mówił ze strasz­liwą powagą, a w jego oczach malo­wało się tak ewi­dentne poczu­cie winy, że Nyph­ron odno­to­wał to jako inte­re­su­jące.

Tek­chin zaśmiał się cicho, spla­ta­jąc ręce na piersi. Nyph­ron wydał wcze­śniej roz­kaz, żeby żaden z jego pod­wład­nych nie pró­bo­wał się­gnąć po broń, więc Tek­chin zapewne czuł się jak na odwyku.

- I liczysz, że dzięki temu nie będziesz musiał spła­cić tych dłu­gów hazar­do­wych, które jesteś mi winien?

- To nie żarty! - krzyk­nął Sikar. - Oni...

Nad ich gło­wami zahu­czały rogi, a wrota się otwarły.

- Cicho - powie­dział Tek­chin. - Idzie twój zwierzch­nik. Nie martw się, nic mu nie powiem.

Sikar nie wyda­wał się ziry­to­wany. Raczej zasmu­cony. Powoli pokrę­cił głową i wes­tchnął.

- Spo­koj­nie, Sika­rze - powie­dział Nyph­ron. - Wró­ci­łem. Wszystko napra­wię.

- Zetną ci głowę. Jesteś tego świa­dom, prawda?

Nyph­ron tylko się uśmiech­nął.

Z otwar­tych wrót wyma­sze­ro­wała kohorta insta­riań­skich wojow­ni­ków. Nyph­ron nie musiał odwra­cać głowy, żeby wie­dzieć, że inne oddziały odcięły im odwrót. Domy­ślał się, że Petra­gar wysłał im na powi­ta­nie całą Pierw­szą Włócz­nię. Ten pokaz siły był czymś wię­cej niż kom­ple­men­tem albo dowo­dem na Petra­garowe tchó­rzo­stwo. Był dokład­nie tym, czego Nyph­ron potrze­bo­wał.

Wojow­nicy zajęli pozy­cje po obu stro­nach mostu, zagra­dza­jąc prze­strzeń przed wro­tami, aby umoż­li­wić Galan­tia­nom przej­ście. Jed­nakże Nyph­ron nie zamie­rzał zro­bić ani kroku dalej. Zapla­no­wał to spo­tka­nie włącz­nie z takimi szcze­gó­łami, jak kamienny blok, na któ­rym teraz stał, jak rów­nież - co istot­niej­sze - prze­strzeń, gdzie zgro­ma­dzili się Insta­rya. Po stu­le­ciach znał na pamięć wszyst­kie kry­jówki oraz stra­te­giczne punkty.

Petra­gar opu­ścił for­tecę jako ostatni.

Odważny jak zawsze, pomy­ślał Nyph­ron.

U boku komen­danta twier­dzy, kole­biąc się na nogach jak kaczka, kro­czył Ver­tu­mus, legat władcy. Ten gru­bas ze szczepu Gwy­dry jakimś cudem zdo­łał awan­so­wać - albo wypaść z łask - i został przy­słany tutaj, do Avr­lynu, który Fhre­jo­wie uwa­żali za dzicz. Ver­tu­mus towa­rzy­szył Petra­ga­rowi, kiedy ten przy­był po śmierci ojca Nyph­rona, żeby objąć sta­no­wi­sko komen­danta Rhi­stu. Nyph­ron wie­dział o nim tylko tyle, że Ver­tu­mus był współ­twórcą planu pole­ga­ją­cego na wysła­niu Rap­na­gara i pozo­sta­łych olbrzy­mów, aby znisz­czyli dahl Rhen i zabili Nyph­rona, Arion oraz Raithe'a.

Dobrana z nich parka: chłop­taś i jego łasica, pomy­ślał.

- Nyph­ro­nie, synu Zephy­rona - ode­zwał się Ver­tu­mus. - Zosta­łeś...

- Zamknij się - roz­ka­zał Nyph­ron. - Nie przy­by­łem z tak daleka po to, żeby słu­chać, co masz do powie­dze­nia.

Petra­gar wytrzesz­czył oczy.

- Nie masz...

- Nie przy­by­łem też po to, żeby roz­ma­wiać z tobą, ty synu Jędzy Tetlin.

Petra­gar wyda­wał się skon­fun­do­wany rhuń­ską obe­lgą, tonem, jakim Nyph­ron do niego prze­mó­wił, oraz... cóż, wszyst­kim innym. Taki już był. Pod­czas gdy gapił się na swo­ich pod­ko­mend­nych, pró­bu­jąc zro­zu­mieć, co się dzieje, Nyph­ron ogar­nął wzro­kiem twa­rze swo­jej licz­nej rodziny. Znał ich wszyst­kich.

Ojciec Nyph­rona był tyra­nem, jeśli cho­dzi o wycho­wa­nie syna. Zephy­ron, pan Rhi­stu i głów­no­do­wo­dzący wszyst­kich sił sta­cjo­nu­ją­cych wzdłuż zachod­niej gra­nicy, nie zro­bił abso­lut­nie nic, żeby uprzy­wi­le­jo­wać Nyph­rona czy zapew­nić mu spe­cjalne trak­to­wa­nie. Jego syn był zmu­szony sypiać w kosza­rach razem z pozo­sta­łymi Insta­rya oraz spo­ży­wać posiłki we wspól­nej sali jadal­nej. Nyph­ron masze­ro­wał w tym samym bło­cie, wal­czył i krwa­wił obok sze­re­go­wych żoł­nie­rzy. W tam­tych cza­sach pro­wo­ko­wało to jego pro­te­sty, teraz jed­nak, sto­jąc na Wiel­kim Moście, w myślach podzię­ko­wał ojcu. Zale­d­wie po raz drugi w życiu. Pierw­szy raz nastą­pił po tym, jak Zephy­ron raczył zgi­nąć w trak­cie Uli Ver­mar.

- Powró­ci­łem, by prze­mó­wić do moich braci. - Gdy tylko wyrzekł te słowa, Gry­gor posta­wił skrzynkę na ziemi, a Nyph­ron wspiął się na nią. - Insta­rya! - krzyk­nął z tego zaim­pro­wi­zo­wa­nego pod­wyż­sze­nia, wyma­chu­jąc zro­lo­waną flagą jak batutą pozwa­la­jącą mu dyry­go­wać sym­fo­nią oczu. - Władca Alon Rhist powró­cił. Przy­by­wam jako wybawca, żeby wyzwo­lić was spod tyra­nii idio­tów i tchó­rzy.

- Jak śmiesz?! - wykrzy­czał Petra­gar, Jego głos prze­szedł w kom­pro­mi­tu­jąco skrze­kliwy wrzask. Ide­al­nie. - Jesteś...

- Już zbyt długo zno­simy znie­wagi i upo­ko­rze­nia ze strony fane'a, który nas nie sza­nuje, nie doce­nia i nie kocha. - Nyph­ron bez trudu zagłu­szył skrze­czące okrzyki Petra­gara. Przy­wódca Galan­tian był dobrym mówcą: jego głos był dono­śny, głę­boki i dźwię­czała w nim pew­ność sie­bie.

- Jesteś zdrajcą! - krzyk­nął Petra­gar. - I synem zdrajcy!

Nie zaszczy­ca­jąc go spoj­rze­niem, Nyph­ron uznał za sto­sowne zare­ago­wać na rzu­cone oskar­że­nie, głów­nie dla­tego, że zgrab­nie wpi­sy­wało się w tok jego prze­mowy. Nie spo­dzie­wał się wspar­cia, a już na pewno nie ze strony Petra­gara, ale nie miał nic prze­ciwko temu, żeby je przy­jąć.

- Mój ojciec oddał życie za swój szczep, w służ­bie swego ludu, by umoż­li­wić im powrót z wygna­nia, gdzie tylko my jeste­śmy zmu­szeni cier­pieć w bło­cie i prze­le­wać krew. Wal­czymy i giniemy, pod­czas gdy Mira­ly­itho­wie, Uma­lyn, Nilyndd, Eily­win i Gwy­dry korzy­stają z owo­ców naszego poświę­ce­nia. Nawet Asen­dway­rom wolno powra­cać za rzekę Nidwal­den. Tylko Insta­rya pozo­stają wyklu­czeni z naszej sta­ro­daw­nej ojczy­zny. Dla­czego tak jest?

- Ponie­waż to fane o tym decy­duje, nie ty! - krzyk­nął Petra­gar. Jego głos brzmiał piskli­wie i słabo.

- Zaiste! - Nyph­ron zaczy­nał naprawdę doce­niać wkład Petra­gara w swoje prze­mó­wie­nie. Ten wiotki jak wierzba pła­cząca Fhrej miał jedną nie­ocze­ki­waną zaletę: spra­wiał, że Nyph­ron wypa­dał świet­nie na jego tle. Nie można było ofia­ro­wać synowi Zephy­rona lep­szego poda­runku. - Ponie­waż fane zarzą­dził, że choć dźwi­gamy na bar­kach naj­więk­sze brze­mię, naszą zapłatą będą pogarda i upo­ko­rze­nie. Ci z was, któ­rzy byli obecni w Estram­na­do­nie i widzieli poje­dy­nek, mogą to potwier­dzić. Czy tak postę­puje fane, który wie, co to honor, i darzy sza­cun­kiem swój lud? Czy raczej tyran, który umac­nia swe rządy, sie­jąc ter­ror?

- Sikar! - wrza­snął Petra­gar. - Aresz­tuj go! Ścią­gnij go z tej skrzynki!

Sikar się zawa­hał.

Naprawdę go nie­na­wi­dzą, pomy­ślał Nyph­ron. To może się oka­zać jesz­cze łatwiej­sze, niż sądzi­łem.

- Pozwól­cie, że wyja­śnię, w jakim celu przy­by­łem. - Nadał swemu gło­sowi deli­kat­niej­sze brzmie­nie i pod­jął: - Jestem tu, żeby ura­to­wać was wszyst­kich. Alon Rhist to jedyny dom, jaki kie­dy­kol­wiek zna­łem, a Insta­rya są moją rodziną. Przy­by­łem, żeby was oca­lić.

- To ty potrze­bu­jesz oca­le­nia - zawar­czał Petra­gar, prze­py­cha­jąc się ku Nyph­ro­nowi przez sze­regi sto­ją­cych nie­ru­chomo żoł­nie­rzy.

- Od wielu lat ostrze­ga­łem, że Rhu­no­wie są w sta­nie wal­czyć rów­nie spraw­nie jak Fhre­jo­wie. Mało kto mi wie­rzył. - Sku­pił wzrok na Sika­rze. - Życie udo­wod­niło, że mia­łem rację, kiedy She­gon zgi­nął w cza­sie patrolu przy Roz­wi­dle­niu.

- She­gon został zamor­do­wany, kiedy leżał nie­przy­tomny - rzekł Sikar.

- To bez zna­cze­nia. Widzia­łem na wła­sne oczy, jak rhuń­ski wojow­nik zabił Gryn­dala. Zarą­bał go per­fek­cyj­nym cio­sem w szyję, oddzie­la­jąc głowę od tuło­wia. Pamię­ta­cie Gryn­dala, czyż nie?

Sądząc po minach tłumu, żaden żoł­nierz nie przy­jął tych słów obo­jęt­nie. W tym rów­nież Sikar, który odwró­cił się i popa­trzył na Petra­gara. Nie on jeden.

- Czy to prawda? - zapy­tał Sikar.

- Ja... Powie­dziano mi, że coś...

- Rhun zabił Gryn­dala, a ty nam nie powie­dzia­łeś?

- I Gryn­dal nie był wów­czas nie­przy­tomny - pod­jął Nyph­ron. - A jeśli to nie wystar­czy, wiedz­cie, że sam wal­czy­łem z Rhu­nami, a w Rhe­nie omal nie zgi­ną­łem w star­ciu z jed­nym z nich. Ura­to­wało mnie tylko to, że Sebek inter­we­nio­wał w porę.

Spoj­rzał na Sebeka, a ten ski­nął głową. Wywo­łało to jesz­cze więk­sze zdzi­wie­nie zgro­ma­dzo­nych.

- To zna­czy, że stra­ci­łeś wprawę - oznaj­mił Petra­gar, prze­py­cha­jąc się mię­dzy tar­czow­ni­kami, żeby sta­nąć obok Sikara. Krzyk­nął z fru­stra­cją: - Dobądź broni i zabierz ich do duryn­gonu albo zabij ich na miej­scu! Ale zrób to natych­miast, ina­czej zosta­niesz oskar­żony o sprze­ci­wia­nie się roz­ka­zom fane'a i stra­cony razem z Galan­tia­nami!

Wście­kłe krzyki Petra­gara spra­wiły, że Sikar cof­nął się o krok. Skrzy­wił się z nie­za­do­wo­le­niem, po czym wes­tchnął i się­gnął po broń.

- Lepiej nie pró­buj - powie­dział Tek­chin.

- Zamknij się. - Sikar dobył mie­cza z takim ocią­ga­niem, jakby brzesz­czot ważył wię­cej niż Gry­gor. - Czy choć raz nie możesz trzy­mać języka za zębami?

- Wiem, że trudno w to uwie­rzyć - pod­jął Nyph­ron, zwra­ca­jąc się do Sikara. - Ale tym razem Tek­chin ma rację. Odłóż miecz.

- Nie mogę. - Sikar pokrę­cił głową. - Nie powi­nie­neś był wra­cać.

Sikar był dobrym żoł­nie­rzem, co ozna­czało, że samo­dzielne myśle­nie nie zali­cza się do jego moc­nych stron. Miał silne ręce, gotowe słu­żyć temu, kto pociąga za sznurki, a chwi­lowo tym kimś był Petra­gar.

Pora prze­ciąć ci sznu­reczki, kukiełko, pomy­ślał Nyph­ron.

- Zanim roz­ka­żesz moim przy­ja­cio­łom nas poza­bi­jać... - Mówił powoli, wyraź­nie i gło­śno, rów­no­cze­śnie roz­wi­ja­jąc krwi­sto­czer­woną flagę. - Pozwól, że wam pokażę jesz­cze coś, co mogło umknąć waszej uwa­dze.

- Możesz sobie daro­wać teatralne gesty. Już widzie­li­śmy tę obdartą bandę Rhu­nów, z któ­rymi podró­żu­jesz - oznaj­mił Sikar.

- Widzie­li­ście tylko tych, któ­rych uzna­łem za sto­sowne wam poka­zać - odrzekł Nyph­ron. - Pozwól, że wam przed­sta­wię tych, któ­rzy dotąd pozo­sta­wali w ukry­ciu.

Wzniósł flagę i poma­chał nią nad głową.

Z oddali odpo­wie­dział mu dźwięk rogów.

Nyph­ron nie odwró­cił głowy. Nie musiał. Wszystko, co działo się za jego ple­cami, zna­la­zło odzwier­cie­dle­nie w wytrzesz­czo­nych oczach Fhre­jów, któ­rzy stali przed nim. Nawet Sikar roz­dzia­wił usta. Petra­gar wyglą­dał, jakby miał zaraz zemdleć.

- Zamknij­cie wrota! Zamknij­cie wrota! - wrza­snął.

- Tego też bym nie robił na waszym miej­scu. - Tek­chin wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

- Choć trudno w to uwie­rzyć, Tek­chin znów ma rację. - Nyph­ron prze­stał machać flagą i opu­ścił ją. - To, co widzi­cie, to pięć tysięcy zapra­wio­nych w walce, uzbro­jo­nych w dher­gij­ską broń Gula-Rhu­nów. I zanim pomy­śli­cie, że mury Alon Rhist was ochro­nią, zważ­cie, że mamy też Mira­ly­itha.

- Mira­ly­itha? - zapy­tali jed­nym gło­sem Sikar i Petra­gar, a potem, niczym echo w kawer­nie, żoł­nie­rze rów­nież zaczęli powta­rzać to słowo.

- Wy ją zna­cie jako Arion, nauczy­cielkę księ­cia.

- Wysłano ją, żeby cię aresz­to­wała - powie­dział Petra­gar.

- Zmie­niła zda­nie. Nawet ona widzi, że fane postra­dał rozum.

- A fane wysłał olbrzy­mów, żeby ją uka­rali za błędną ocenę sytu­acji.

- To była olbrzy­mia pomyłka. - Tek­chin zachi­cho­tał.

Nyph­ron uśmiech­nął się i pokrę­cił głową.

- Zaiste, olbrzymy nie wyszły na tym zbyt dobrze. Nie żyją, a Arion współ­pra­cuje teraz z nami. Dla­tego zamknię­cie tych wrót nijak wam nie pomoże. Arion wysa­dzi je w powie­trze albo po pro­stu zbu­rzy mury.

- Kła­miesz - rzu­cił Petra­gar.

Nyph­ron odwró­cił się do Galan­tian.

- Przy­się­gnij­cie na wasz honor, że mówi­cie prawdę przed waszymi braćmi oraz lor­dem Fer­ro­lem. Czy Artystka Arion, nie­gdyś nauczy­cielka księ­cia, przy­łą­czyła się do nas z wła­snej woli i dopo­maga nam w naszych dzia­ła­niach?

Wszy­scy Galan­tia­nie odrze­kli jed­nym gło­sem:

- Przy­się­gamy na nasz honor, że tak wła­śnie jest.

- Kła­mie­cie! - zawył Petra­gar. - Oni wszy­scy kła­mią!

Tak ziry­to­wany, że nie był w sta­nie dłu­żej zacho­wać mil­cze­nia, Ely­san odwró­cił się do niego.

- To Galan­tia­nie.

- I są kłam­cami! - Głos Petra­gara łamał się, prze­cho­dząc w pisk.

- Nie waż się tego powta­rzać - wark­nął Sikar przez zaci­śnięte zęby.

- Nie będziesz mówił lor­dowi Petra­ga­rowi, co ma robić - ode­zwał się Ver­tu­mus. - To on tutaj dowo­dzi.

- Tak jest - oznaj­mił Petra­gar. - To ja dowo­dzę. Ci... ci Galan­tia­nie są wyję­tymi spod prawa here­ty­kami i zdraj­cami. Mają zostać spro­wa­dzeni z powro­tem do Estram­na­donu bądź zabici w przy­padku, gdyby sta­wiali opór. Taka jest wola fane'a. - Odwró­cił się do Sikara. - Czyń swoją powin­ność.

- Wojna zacznie się tutaj - oznaj­mił Nyph­ron, też zwra­ca­jąc się do Sikara. - Nie mogę pozwo­lić, by ta for­teca na­dal stała, jeśli sta­nie prze­ciwko mnie.

- Nie możesz żądać, byśmy zabi­jali swo­ich. Nawet jeśli obecny fane jest kiep­skim władcą, na­dal obo­wią­zuje nas Prawo Fer­rola.

- Ależ ja nie pro­szę, żeby­ście robili cokol­wiek. - Nyph­ron zaczął zwi­jać flagę. - Prawdę mówiąc, chcę, żeby­ście nie robili abso­lut­nie nic.

To wła­śnie był klucz, który Nyph­ron wetknął w zamek i zamie­rzał zaraz prze­krę­cić. Dostrzegł zasko­cze­nie w oczach Sikara, jak rów­nież - co waż­niej­sze - ocho­cze zacie­ka­wie­nie. Żoł­nierz zna­lazł się w pułapce pomię­dzy roz­ka­zami a hono­rem i despe­racko poszu­ki­wał jakie­goś wyj­ścia.

- Nic? Nie rozu...

- Powie­dzia­łem, aresz­tuj go albo zabij! - wark­nął Petra­gar.

Ely­san tylko prze­wró­cił oczami.

- Jestem przy­wódcą szczepu Insta­rya - rzekł Nyph­ron do Sikara, igno­ru­jąc Petra­gara. - Nie pro­szę mego ludu o nic, czego sam nie był­bym gotów zro­bić. A nie zamie­rzam łamać Prawa Fer­rola. Gdyby było ina­czej, naprawdę myślisz, że on by na­dal żył? - Nyph­ron wska­zał Petra­gara zro­lo­waną flagą. - Wszystko, o co pro­szę, to żeby­ście mi nie sta­wali na dro­dze. Po pro­stu się nie mie­szaj­cie. Jeśli to konieczne, zamel­duj władcy, że w obli­czu miaż­dżą­cej prze­wagi liczeb­nej wroga nie mie­li­ście innego wyj­ścia, jak tylko się pod­dać, bo w prze­ciw­nym razie moje woj­sko wyrżnę­łoby w pień całą załogę Alon Rhist. Oba­wiam się, że taka wła­śnie jest prawda. To dla­tego ich spro­wa­dzi­łem. Rhu­no­wie są tu po to, żeby dostar­czyć uspra­wie­dli­wie­nia dla two­ich dzia­łań i zni­we­lo­wać obawy, że te dzia­ła­nia mogłyby rzu­cić jaki­kol­wiek cień na twój honor.

Sikar zmru­żył oczy.

- Jaki jest twój plan?

- Prze­stań dawać mu posłuch! - Petra­gar bez ostrze­że­nia popchnął Sikara.

Każdy, kto choć tro­chę znał tego dru­giego, wie­działby, że jest to błąd. Kapi­tan gwar­dii zamach­nął się łok­ciem i rąb­nął Petra­gara pro­sto w żuchwę. Komen­dant twier­dzy wrza­snął, zato­czył się i padł. Nie zaszczy­ca­jąc go spoj­rze­niem, Sikar ponow­nie zwró­cił się do Nyph­rona:

- Jak to wszystko widzisz?

- Rhu­no­wie są w sta­nie total­nej rebe­lii. Zarówno Gula, jak i Rhu­lyn. Zjed­no­czyli się i wybrali keeniga.

- Tak, wiemy - powie­dział Ely­san, nie patrząc na Galan­tian, tylko na wzgó­rza.

- Rhu­no­wie będą bro­nią, któ­rej uży­jemy, żeby prze­mó­wić władcy do roz­sądku - wyja­śnił Nyph­ron. - Lub też mie­czami, któ­rymi strą­cimy go z tronu.

- Ale to jest... - Sikar miał zbo­lałą minę. - Nad wyraz nie­chęt­nie to mówię, ale Petra­gar ma rację. To, co robisz, to zdrada stanu.

- A czym jest to, co Mira­ly­itho­wie zro­bili szcze­powi Insta­rya? No? Mój ojciec pró­bo­wał trzy­mać się zasad. Był posłuszny pra­wom i widzie­li­ście, z jakim efek­tem. Czy sądzisz, że Fer­rol, który poda­ro­wał nam róg, chciał, żeby jeden szczep per­ma­nent­nie zdo­mi­no­wał pozo­stałe? W takim razie jaki byłby sens ist­nie­nia rogu? Mira­ly­itho­wie ni­gdy nie zre­zy­gnują z wła­dzy, a kto może liczyć na zwy­cię­stwo w poje­dynku z Arty­stą?

Sikar i Ely­san wymie­nili spoj­rze­nia. Nyph­ron mógłby przy­siąc, że dostrzegł, jak Ely­san kiwa głową, choć był to zale­d­wie mini­malny ruch.

- Co wy na to? - zapy­tał Nyph­ron. - Odwró­ci­cie się od Fer­rola i nauczy­cie się czcić Mira­ly­ithów jako waszych nowych bogów? Czy też zaufa­cie mnie, człon­kowi szczepu Insta­rya wycho­wa­nemu, by wam prze­wo­dzić? Wycho­wa­nemu przez ojca, który oddał życie, żeby oca­lić nas przed tymi samo­zwań­czymi bogami?

- Ty kana­lio! Znóaa zła­aną szczękę! - wybeł­ko­tał Petra­gar.

Dopiero teraz zdo­łał się dźwi­gnąć na czwo­raki. Kulił się na ziemi ze łzami w oczach, trzy­ma­jąc się za twarz.

Sikar odwró­cił się, ale nawet nie spoj­rzał na Petra­gara. Sta­nął przo­dem do zebra­nych Insta­rya i oznaj­mił:

- Fane roz­ka­zał nam aresz­to­wać lub zabić tych Fhre­jów. Nyph­ron prosi, byśmy się wstrzy­mali. Fane jest naszym władcą, ale Galan­tia­nie to nasi bra­cia. W tym kon­flik­cie jestem skłonny wziąć stronę moich braci i uznać Nyph­rona, syna Zephy­rona, za pra­wo­wi­tego pana Rhi­stu.

- Przy­chy­lam się do tego samego - oznaj­mił Ely­san. - Ale ponie­waż jest to dzia­ła­nie wbrew woli fane'a, nie możemy nikomu wydać takiego roz­kazu.

Sikar kiw­nął głową i cof­nął się tak, by droga do mostu i Galan­tian sta­nęła otwo­rem.

- Każdy Fhrej, który nie chce sprze­ci­wić się roz­ka­zom fane'a, może teraz swo­bod­nie dobyć broni i czy­nić to, co uważa za swą powin­ność.

Zro­bił jesz­cze kilka kro­ków w bok, po czym powiódł wokół wzro­kiem, wypa­tru­jąc żoł­nie­rzy, któ­rzy pozo­stali lojalni wobec fane'a.

Petra­gar, na­dal kur­czowo trzy­ma­jąc się za twarz, z wysił­kiem poru­szył głową, żeby też się rozej­rzeć.

- Zró­cie to! - krzyk­nął, gdy nikt się nie poru­szył. - Ąćcie oosłuszni semu ładcy!

Na­dal nikt się nie poru­szył.

Po kilku minu­tach bez­ru­chu i ciszy prze­ry­wa­nej tylko despe­rac­kimi okrzy­kami Petra­gara Sikar ski­nął głową.

- Niech tak będzie. - Potem odwró­cił się do Nyph­rona. - Witaj z powro­tem, mój panie.

***

- Jak sądzi­cie, co to ozna­cza? - zapy­tał Kru­gen, kiedy więk­szość Galan­tian oraz obroń­ców twier­dzy znik­nęła we wnę­trzu for­tecy. Tylko Tek­chin i Gry­gor zawró­cili i weszli na most.

- Nie zabili ich - powie­dział Lipit. - To musi być dobry znak, czyż nie?

Per­se­fona już scho­dziła wąską, pyli­stą ście­żyną, zasta­na­wia­jąc się, jak szybko może bez­piecz­nie się prze­miesz­czać. Chciała czym prę­dzej wró­cić na dół, dowie­dzieć się, co zaszło, i zasta­na­wiała się, co ją pod­ku­siło, żeby wspi­nać się na skałę.

- Co tam się wyda­rzyło? - Moya była pierw­szą osobą, która powi­tała Per­se­fonę na dole. Jej wiel­kie oczy wyda­wały się jesz­cze więk­sze niż zazwy­czaj. - Wal­czyli? Czy Suri coś zro­biła?

Suri popa­trzyła na nią zasko­czona.

- Odpo­wiedź na oba pyta­nia brzmi: nie, ale nie wiemy dokład­nie, co się wyda­rzyło. - Per­se­fona pośli­znęła się na żwi­rze, gdy była już pra­wie na dole. Potknęła się, ale zdo­łała bez­piecz­nie zesko­czyć na równy grunt. Zna­la­zła się w grupce Tarcz wodzów. Wojow­nicy zostali i cze­kali tutaj po tym, jak Raithe oznaj­mił, że nie pomiesz­czą się wszy­scy na wierz­chołku skały. - Tek­chin i Gry­gor wła­śnie wra­cają. Mam nadzieję, że przy­no­szą nam dobre wie­ści.

- Tek­chin?

- Tak, Moya. - Per­se­fona prze­wró­ciła oczami. - Twój uko­chany jest cały i zdrów.

- Tylko zapy­ta­łam, pani keenig.

- Nie mów tak do mnie.

- Wszy­scy tak mówią.

- Nie­prawda.

Per­se­fona prze­pchnęła się obok Oza i Edgera, zaka­sała spód­nicę i zbie­gła po zbo­czu na skraj drogi. Ujrzała stam­tąd dwóch Galan­tian, któ­rzy zmie­rzali ku niej ener­gicz­nym kro­kiem. Za nimi podą­żali męż­czyźni z kla­nów Rhen, Tirre i War­ric, cie­kawi przy­nie­sio­nych wie­ści.

- Pani keenig. - Tek­chin powi­tał ją oszczęd­nym ukło­nem.

Per­se­fona zmarsz­czyła brwi.

- Co tam się wyda­rzyło?

- Jeste­śmy w środku.

- Co chcesz przez to powie­dzieć?

Tek­chin zama­szy­stym gestem wska­zał Alon Rhist.

- Twoja nowa for­teca czeka. Myślę, że okaże się wygod­niej­sza niźli Wschod­nie Grzę­za­wi­sko.

- Moja for­teca?

Tek­chin par­sk­nął śmie­chem.

- Pani keenig, czy nie patrzy­łaś, co się dzieje? Wła­śnie zdo­by­łaś Alon Rhist.

Rozdział trzeci

Roz­dział trzeci

Rhist

Zamie­ni­li­śmy ubitą zie­mię i z grub­sza ocio­sane kłody na mar­mur i szkło.

Księga Brin

Pod­czas poprzed­nich wizyt w Alon Rhist Per­se­fona trzy­mała się bli­sko Reglana, a żadne z nich nie paliło się do błą­ka­nia po mie­ście. Nikt nie prze­cha­dzał się bez celu po fhrej­skim tery­to­rium, a co dopiero w sercu ich głów­nej twier­dzy, któ­rej naj­wyż­sza wieża stała się sym­bo­lem nie­prze­rwa­nego czu­wa­nia. W cza­sie tam­tych wizyt pro­ce­sja wodzów masze­ro­wała pod strażą przez Wielki Most. Męż­czyzn pro­wa­dzono do sali spo­tkań, kobiety zaś - te, któ­rym pozwa­lano przy­być - ocze­ki­wały w pobli­skich kom­na­tach. Per­se­fona podzi­wiała lampy, okna, zasłony i meble. Nie odwa­żyła się choćby wychy­lić nosa z małego apar­ta­mentu. Żadna z kobiet nie zdo­była się na takie zuchwal­stwo. Nie zapro­po­no­wano im posiłku w połu­dnie, a wszy­scy Rhu­no­wie spo­żyli wie­cze­rzę wspól­nie.

Pod­czas dru­giej wizyty Per­se­fona odwa­żyła się wspiąć po scho­dach razem z Gelą, którą począt­kowo uwa­żała za żonę Lipita, i dopiero póź­niej dowie­działa się, że to jego kochanka. Dotarły na wyż­szy poziom budowli, gdzie były okna, i zachwy­ciły się nie­zna­nym im dotąd wido­kiem na ogromną kopułę, piękne mia­sto w dole oraz potężną wieżę, która wzno­siła się nie­wia­ry­god­nie wysoko.

Nikt ich nie zatrzy­mał, nikt nawet nie spoj­rzał w ich stronę, ale Per­se­fona i tak śmier­tel­nie się wtedy bała. Wystar­czyło im odwagi tylko na wyj­rze­nie z jed­nego okna, ale zacho­wała w pamięci tam­ten widok. Póź­niej śniła, że spa­ce­ruje po wybru­ko­wa­nych uli­cach mia­sta i zagląda do skle­pów pod arka­dami. W tych snach ni­gdy się nie bała. Była nie­wi­dzialna i jakimś spo­so­bem miała tego świa­do­mość. Per­se­fona ni­gdy nie przy­pusz­czała, że te sny kie­dyś staną się rze­czy­wi­sto­ścią.

W dniu, gdy Nyph­ron został panem Alon Rhist, poświę­cił całe popo­łu­dnie na to, żeby oso­bi­ście opro­wa­dzić Per­se­fonę po for­tecy, która miała stać się jej nowym domem. Dotąd sądziła, że twier­dza jest ogromna, ale oka­zało się, że wcale nie. Maje­sta­tyczne for­ty­fi­ka­cje wzno­siły się na szczy­cie góry, co wyglą­dało tak, jakby wyra­stały pro­sto ze skał. Niżej roz­po­ście­rało się mia­sto zbu­do­wane z jaśniej­szego kamie­nia i drewna. Te mniej­sze budynki two­rzyły kolejne poziomy na zbo­czu wzgó­rza, opla­ta­jąc się wokół niego jak ogon smoka wokół sterty złota.

- A to jest Mir­re­lyn. - Nyph­ron wska­zał pozba­wione ozdób otwarte drzwi w sku­pi­sku trzy­pię­tro­wych budyn­ków.

- Kra­ina Weso­ło­ści?

Nyph­ron uśmiech­nął się zasko­czony.

- Bar­dzo dobrze znasz fhrej­ski. Mir­re­lyn to... - Zatrzy­mał się na środku ulicy i zamy­ślił. - Nie wiem, czy w Rhu­ly­nie macie coś podob­nego. To miej­sce, do któ­rego uda­jemy się, żeby pić, śpie­wać pie­śni i snuć opo­wie­ści.

- Robimy to wszystko w naszych straż­ni­cach.

- Mir­re­lyn ma mniej for­malny cha­rak­ter. To miej­sce, gdzie mogą przy­cho­dzić zwy­kli ludzie, żeby się odprę­żyć i miło spę­dzić czas. Galan­tia­nie i ja prze­sie­dzie­li­śmy tam nie­jedną długą noc.

- Te budynki wydają się nie­duże. Czemu prze­sia­du­je­cie w nich, skoro macie tę ogromną kopułę? Mam wra­że­nie, że mogliby się pod nią zmie­ścić miesz­kańcy całego mia­sta.

- Veren­the­non to nasza sala ple­mienna, miej­sce wie­ców. Taka mniej­sza wer­sja Airen­the­nonu. Dowódcy poszcze­gól­nych Włóczni spo­ty­kają się tam, żeby dys­ku­to­wać nad róż­nymi spra­wami i dora­dzać komen­dan­towi Rhi­stu.

Per­se­fona uśmiech­nęła się uprzej­mie.

- Rozu­miem.

- Nie masz zie­lo­nego poję­cia, co wła­śnie powie­dzia­łem, prawda?

- Powie­dzia­łeś, że ten budy­nek z kopułą to wasza straż­nica, tylko nie pije­cie tam.

Nyph­ron się roze­śmiał.

- W porządku, to się mniej wię­cej zga­dza.

- Coś takiego nie spraw­dzi­łoby się w Rhu­ly­nie - poin­for­mo­wała go Per­se­fona, gdy ruszyli dalej. - U nas nie można zwo­łać spo­tka­nia bez poczę­stunku i napitku. Nikt by nie przy­szedł.

Nyph­ron znów się roze­śmiał. Ład­nie się śmieje, pomy­ślała Per­se­fona. I życz­li­wie. Czę­sto postrze­gała humor i śmiech - pod warun­kiem, że nie szy­der­czy - jako pre­zent, któ­rym obda­ro­wu­jący i obda­ro­wany mogą się cie­szyć w rów­nym stop­niu. Osoby pozba­wione poczu­cia humoru jawiły się jej jako skąpcy. Znani jej męż­czyźni byli w więk­szo­ści zde­cy­do­wa­nie zbyt poważni, co spra­wiało, że Nyph­ron wyda­wał się pro­mycz­kiem świa­tła w ponu­rym lesie.

Mia­sto wyglą­dało zupeł­nie ina­czej niż w jej snach. Na jawie było znacz­nie mniej nie­ska­zi­telne, ale robiło o wiele więk­sze wra­że­nie. Labi­rynt krę­tych uli­czek wybru­ko­wa­nych kamien­nymi pły­tami, ładne łuki mostów, wie­lo­pię­trowe, poma­lo­wane na jaskrawe kolory kamie­nice o wyso­kich oknach i drzwiach z ciem­nego drewna - wszystko to były rze­czy wykra­cza­jące poza wyobraź­nię Per­se­fony. Jed­nakże z zasko­cze­niem dostrze­gła też sterty gnoju, roz­bite garnki, pija­nych do nie­przy­tom­no­ści Fhre­jów śpią­cych w rynsz­toku, naba­zgrane na murach spro­śne obrazki i smród moczu, który uno­sił się zwłasz­cza w bocz­nych ulicz­kach. Jed­nakże naj­więk­szą róż­nicą pomię­dzy snami a rze­czywistością był fakt, że na jawie miesz­kańcy Alon Rhist mogli ją widzieć. Wszy­scy się gapili. Ci, któ­rzy czer­pali wodę z fon­tanny, zapo­mnieli, po co tam przy­szli. Stali jak wmu­ro­wani, gdy Nyph­ron i Per­se­fona prze­cho­dzili obok. Roz­mowy cichły, drzwi się zatrza­ski­wały, śmie­chy mil­kły. Per­se­fona widziała, że na wszyst­kich twa­rzach maluje się strach pomie­szany z odrazą i nie­do­wie­rza­niem. Jedna z fhrej­skich kobiet wybuch­nęła pła­czem.

Zda­wało się, że Nyph­ron nie dostrzega tego wszyst­kiego. Spo­koj­nie szedł dalej, wska­zu­jąc różne warte uwagi miej­sca i widoki. Opo­wia­dał o nich z dumą i zaska­ku­jącą werwą.

- Nie będziemy szli tam wyżej. - Wska­zał wąską uliczkę, która bie­gła w górę zbo­cza i prze­cho­dziła pod mostem spa­ja­ją­cym dwa trzy­pię­trowe budynki. - Ale znaj­duje się tam wspa­niała łaź­nia.

- Łaź­nia?

- Miej­sce, gdzie można się kąpać, pocić w parze i inte­gro­wać towa­rzy­sko.

- Te słowa nie wydają mi się w żaden spo­sób powią­zane.

Kolejna salwa cie­pło brzmią­cego śmie­chu. Tego dnia Per­se­fona naj­wy­raź­niej była bogi­nią humoru.

- Wierz mi, jest to coś nie­zwy­kle przy­jem­nego. Ogrom­nie ci się spodoba.

- Nie wąt­pię - skła­mała.

Wró­cili już do scho­dów i skie­ro­wali się w dół. Wycieczka dobie­gała końca, ale Per­se­fona zamie­rzała jesz­cze zadać Nyph­ro­nowi kilka pytań, zanim powrócą do reszty. Kiedy zeszli na pierw­szy podest, byli sami, więc posta­no­wiła sko­rzy­stać z oka­zji. Nyph­ron był wojow­ni­kiem; uznała, że doceni bez­po­śred­niość.

- Co teraz?

Zasko­czony Nyph­ron odwró­cił się i spo­strzegł, że Per­se­fona została z tyłu.

- Pomy­śla­łem, że mógł­bym cię opro­wa­dzić po ufor­ty­fi­ko­wa­nej czę­ści. Nie po Spy­roku, wspi­naczka tam byłaby zbyt mozolna, ale myślę, że...

- Mam na myśli: po tym jak zdo­by­li­śmy Alon Rhist. - Wska­zała pal­cem Nyph­rona, a potem sie­bie. - Co teraz?

- Ty jesteś keeni­giem, ty mi powiedz.

- Nie jestem idiotką - odparła. - To dla cie­bie ogromne zwy­cię­stwo.

- Dla nas.

Prze­wró­ciła oczami.

- Do niczego nie doj­dziemy, jeśli na­dal będziesz mnie trak­to­wał jak dziecko.

Nyph­ron zmie­rzył ją spoj­rze­niem zza przy­mru­żo­nych powiek. Usta miał roz­chy­lone; obli­zał wargi, a potem jego język dotknął przed­nich zębów i znie­ru­cho­miał.

- Zapla­no­wa­łeś to - pod­jęła Per­se­fona.

- Oczy­wi­ście, że tak. Byłaś obecna, kiedy...

- Nie. Zapla­no­wa­łeś to, zanim w ogóle przy­by­łeś do Rhenu.

Nyph­ron chciał coś powie­dzieć, ale zmil­czał. Znów obrzu­cił ją uważ­nym, kal­ku­lu­ją­cym spoj­rze­niem.

- Pla­no­wa­łeś ten manewr od mie­sięcy, może od lat, ale nie prze­wi­dzia­łeś, że ode­gram w nim rolę. Sam spo­dzie­wa­łeś się zostać keeni­giem Dzie­się­ciu Kla­nów.

Nyph­ron na­dal nic nie mówił, ale na jego twa­rzy - może po raz pierw­szy w obec­no­ści Per­se­fony - odma­lo­wało się auten­tyczne zain­te­re­so­wa­nie. Chcia­łaby wie­rzyć, że dostrzega rów­nież sza­cu­nek, ale może widziała tylko to, co chciała zoba­czyć.

- Kiedy przy­by­łeś do dahlu Rhen, oznaj­mi­łeś, że zosta­łeś wyjęty spod prawa, ponie­waż nie chcia­łeś wcie­lić w życie edyk­tów fane'a i odmó­wi­łeś nisz­cze­nia rhuń­skich dahli. Wyra­zi­łeś obu­rze­nie postawą innych Insta­rya, któ­rzy znisz­czyli Dureyę oraz Nadak, wyrzy­na­jąc tam­tej­szych wie­śnia­ków. Nie kupuję tego. Nie poma­gasz nam dla­tego, że mor­do­wa­nie nie­win­nych napawa cię odrazą.

Nyph­ron nie pró­bo­wał zaprze­czyć, więc Per­se­fona kon­ty­nu­owała:

- Nie wiem. Może fak­tycz­nie nie lubisz zarzy­nać kobiet i dzieci. A może zabi­ja­nie jest dla cie­bie bez­re­flek­syj­nym, wyuczo­nym odru­chem i robisz to z taką samą łatwo­ścią, z jaką Padera ukręca łeb kurze. Ale nie zre­zy­gno­wa­łeś ze swego dzie­dzic­twa, nie porzu­ci­łeś tego wszyst­kiego... - Per­se­fona wska­zała mia­sto - dla­tego, że kilka chat ule­gło spa­le­niu i zabito kil­koro nie­mow­ląt. Nie sądzę, byś był zdolny do odczu­wa­nia tak ogrom­nego współ­czu­cia, jakiego wyma­gałby podobny postę­pek. Szcze­rze mówiąc, nie inte­re­suje mnie to. Inte­re­sują mnie nato­miast twoje obecne plany. Jak sobie wyobra­żasz dal­szy ciąg tej wiel­kiej przy­gody?

- A jak sądzisz?

Per­se­fona pode­szła do porę­czy i spoj­rzała w dół, na dach domu, na któ­rym urzą­dzono ogró­dek owo­cowo-warzywny. Rośliny mie­wały się cał­kiem dobrze jak na tak upalne lato.

- Sądzę, że to bez­kr­wawe zwy­cię­stwo, wkro­cze­nie do for­tecy, którą mój lud uwa­żał za nie­zdo­bytą, już uczy­niło cię boha­te­rem dzie­się­ciu kla­nów. Zysku­jesz zaufa­nie i wier­nych sojusz­ni­ków. Jesz­cze jeden podobny suk­ces i nie­wy­klu­czone, że prze­sta­niesz mnie potrze­bo­wać. Może już uwa­żasz, że prze­sta­łam być potrzebna. - Obej­rzała się. - A te schody są bar­dzo strome.

- Zaiste - odrzekł Nyph­ron i ku zasko­cze­niu Per­se­fony wycią­gnął do niej rękę.

Zaga­piła się podejrz­li­wie na jego dłoń.

Uśmiech­nął się, widząc jej waha­nie, opu­ścił rękę i poki­wał głową.

- Jesteś bystrzej­sza, niż podej­rze­wa­łem, ale zapewne nie ja jeden cię nie doce­ni­łem. Rzecz jasna, mógł­bym skła­mać, mógł­bym ci wma­wiać, że się mylisz, i ponow­nie zapew­niać, jak bar­dzo mi zależy na oca­le­niu Rhu­nów, ale przy­pusz­czam, że bez trudu byś mnie przej­rzała. Nie­ła­two cię okła­mać.

- To nie­prawda. Ludzie okła­mują mnie bez mru­gnię­cia okiem. Trudne oka­zuje się tylko spra­wie­nie, żebym uwie­rzyła. Zatem co ma się teraz wyda­rzyć? Jakie są twoje plany... wzglę­dem mnie?

Nyph­ron prze­cze­sał pal­cami włosy, zatrzy­mu­jąc jedną dłoń na karku.

- No dobrze. Pla­no­wa­łem ci to powie­dzieć w bar­dziej sto­sow­nym cza­sie i miej­scu. - Popa­trzył na schody i wzru­szył ramio­nami. - Ale ponie­waż nale­gasz... Mia­łem nadzieję cię poślu­bić.

Per­se­fona roz­dzia­wiła usta. Zdo­by­cie głów­nej twier­dzy Fhre­jów w ciągu kilku minut bez choćby jed­nej ofiary śmier­tel­nej wyda­wało się niczym w porów­na­niu z szo­kiem, jaki ją ogar­nął, gdy usły­szała to jedno zda­nie.

- Poślu­bić mnie?

- U was też ist­nieje ten zwy­czaj, prawda? Rhu­no­wie zawie­rają mał­żeń­stwa?

- Ow­szem, my zawie­ramy, ale my... - ponow­nie wska­zała pal­cem Nyph­rona, a potem sie­bie - nie.

- Czemu nie? Nie mów mi, że jakieś rhuń­skie prawo zabra­nia i tego.

Per­se­fona znów otwo­rzyła usta, ale nie zdo­łała wydo­być z sie­bie głosu. Liczba moż­li­wych odpo­wie­dzi na zadane pyta­nie prze­ro­sła jej zdol­ność uję­cia ich w słowa.

- W spo­łe­czeń­stwie Fhre­jów więk­szość mał­żeństw aran­żuje się w kon­kret­nym celu. Aby pod­nieść swój sta­tus, zyskać wstęp do okre­ślo­nych krę­gów, two­rzyć potrzebne soju­sze. Rzadko kiedy cho­dzi o roman­tyczną więź. Pro­po­nuję wła­śnie coś takiego.

Pro­po­nuje! - pomy­ślała.

- Aby wygrać tę wojnę, musimy połą­czyć siły. Ja potrze­buję zyskać wia­ry­god­ność w oczach kla­nów. Bez tego nie zechcą dla mnie wal­czyć. Ty potrze­bu­jesz wspar­cia Insta­rya, a ja mogę ci je zapew­nić. Mój auto­ry­tet zagwa­ran­tuje nam wspar­cie wszyst­kich twierdz w Avr­ly­nie. Nasze mał­żeń­stwo pozwo­li­łoby połą­czyć te dwie grupy, dotych­czas anta­go­ni­stycz­nie nasta­wione wzglę­dem sie­bie, w nie­zwy­kle sku­teczną i przy­tła­cza­jąco liczną armię. Wasza liczeb­ność, moje rady oraz zasoby... - splótł palce przed sobą - spra­wią, że razem sta­niemy się niczym węzeł spa­ja­jący dwa sznury, by razem utwo­rzyły linę wystar­cza­jąco silną, by utrzy­mać cię­żar świata.

- Albo wystar­cza­jąco długą, byśmy mieli na czym się powie­sić w razie czego.

- To też. - Nyph­ron się uśmiech­nął. Ema­no­wał zdu­mie­wa­jącą aurą potęgi, lecz uśmiech miał cie­pły, przy­ja­zny, zachę­ca­jący.

Ale czy szczery? No cóż, przy­naj­mniej już nie trak­to­wał Per­se­fony jak dziecko.

- Nie ma potrzeby, żebyś mi teraz udzie­lała odpo­wie­dzi. Prawdę mówiąc, wolał­bym, żebyś się wstrzy­mała. Tak jak wspo­mnia­łem, to nie jest odpo­wied­nie miej­sce ani czas. Urządźmy się tu naj­pierw, poznajmy się lepiej. Wtedy będziemy mogli wró­cić do tematu.

Wró­cić do tematu? Jest tak uro­czy, że szkoda gadać, pomy­ślała Per­se­fona.

Jed­nakże musiała przy­znać, że prak­tyczne podej­ście Nyph­rona ma swoje zalety. Odrzu­ciła umi­zgi Raithe'a, bo wyni­kały z samo­lub­nego pożą­da­nia. Pra­gnął ją mieć tylko dla sie­bie; chciał, żeby ucie­kli i żyli jak w słod­kiej bajce, na wzgó­rzu z wido­kiem na rzekę Urum. Nie miała wąt­pli­wo­ści, że Raithe ją kocha. Pamię­tała, jak wygląda takie zako­cha­nie, jakie to uczu­cie. Ale miłość była dla mło­dych, nie­win­nych i głu­pich. Per­se­fona nie potra­fiła sobie wyobra­zić, że mia­łaby ponow­nie zało­żyć sobie te klapki na oczy. Miała zada­nie do wyko­na­nia. To było coś waż­niej­szego niż jej wła­sne szczę­ście.

Nie miała żad­nych złu­dzeń co do Nyph­rona i wyglą­dało na to, że on ją postrzega w rów­nie wyprany z emo­cji spo­sób. Per­se­fonę nie­zbyt inte­re­so­wało ponowne zamąż­pój­ście, ale bycie part­nerką - rów­no­rzędną part­nerką - to było coś innego.

Przyj­rzała się z namy­słem fhrej­skiemu lor­dowi. Był wię­cej niż atrak­cyjny - piękny jak bóg - lecz pomy­ślała, że wrza­snę­łaby, gdyby spró­bo­wał ją poca­ło­wać. Nale­żeli do róż­nych ras. Cała ta idea gra­ni­czyła z absur­dem, ale logika, z którą Nyph­ron ją wyło­żył, była nie do pod­wa­że­nia.

- Chodź - powie­dział. - Musimy wra­cać. Nie chcę, żeby Moya mnie ustrze­liła z tego swo­jego wiel­kiego łuku.

- Dzię­kuję - powie­działa Per­se­fona.

Znie­ru­cho­miał zasko­czony.

- Za to, że powie­dzia­łeś mi prawdę - wyja­śniła.

Nyph­ron znów się uśmiech­nął.

Miał ładny uśmiech.

***

- Tu kie­dyś miesz­ka­łem. - Mal­colm wska­zał piękny dom o bogato zdo­bio­nych drzwiach wypo­sa­żo­nych w klamkę z brązu i deko­ra­cyjną kołatkę w kształ­cie mie­cza ude­rza­ją­cego w tar­czę.

Raithe ni­gdy nie widział cze­goś podob­nego, nie licząc innych domostw, jakie mijali. Ulica była ide­al­nie pro­sta, wybru­ko­wana kamien­nymi pły­tami, które spa­so­wano tak dosko­nale, że w szcze­li­nach mię­dzy nimi nie rósł ani jeden chwast. Zie­mię było widać tylko w doni­cach, w któ­rych miesz­kańcy Alon Rhist upra­wiali warzywa i zioła.

- Miesz­ka­łeś w tym miej­scu? - zapy­tał Tesh.

- To dawny dom She­gona. I Meryl, i ja pra­co­wa­li­śmy dla niego. Nie potrze­bo­wał dwóch słu­żą­cych po tym, jak jego żona ode­szła, ale i tak zatrzy­mał nas obu.

- Miesz­ka­łeś tutaj i posta­no­wi­łeś uciec? - Tesh wytrzesz­czył oczy. - Czy w środku znaj­duje się jakaś wymyślna katow­nia albo coś w tym guście?

- Wnę­trze wygląda prze­pięk­nie. W zdo­bie­niach powta­rza się motyw koni­czyny. Współ­grają z nim zarówno łuki skle­pie­nia, jak i wio­senne kolory.

Tesh tylko zaga­pił się na niego.

Mal­colm zaśmiał się cicho.

- Nie spę­dzi­łem tu zbyt wiele czasu. Słu­ży­łem głów­nie w for­tecy.

Obaj popa­trzyli w górę, na Spy­rok. Tak Mal­colm nazy­wał nie­wia­ry­god­nie wysoką wieżę straż­ni­czą połą­czoną ogrom­nym mostem z budowlą znaną jako Kyp. Kiedy Gif­ford ujrzał ten widok po raz pierw­szy, stwier­dził, że wieża wygląda tak, jakby Mari pra­co­wała w ogro­dzie i zosta­wiła tam łopatę wbitą w zie­mię. To w każ­dym razie miał na myśli, ale ponie­waż nie potra­fił wymó­wić "r", powie­dział:

- Wygląda tak, jakby Ma-łi zosta­wiła łopatę w ogło­dzie.

- To tam cię tor­tu­ro­wali? - zapy­tał Tesh. - W for­tecy?

- Nikt mnie tu nie krzyw­dził.

- Nawet cię nie bili?

- Nie.

- Nie gło­dzili?

Mal­colm pokrę­cił głową, marsz­cząc brwi.

- Musieli zro­bić coś naprawdę okrop­nego, skoro posta­no­wi­łeś stąd uciec. Znam rodziny, które sprze­da­łyby swoje pier­wo­rodne dziecko, żeby tylko tu zamiesz­kać.

Tesh znów popa­trzył na Raithe'a, który ski­nął głową. Raithe odbył już z Mal­col­mem iden­tyczną roz­mowę, więc był mniej zaszo­ko­wany, ale mimo wszystko rze­czy­wi­stość odbie­gała od tego, co sobie wyobra­ził. Zazwy­czaj wyobraź­nia Raithe'a oka­zy­wała się barw­niej­sza niż to, co miał do zaofe­ro­wa­nia realny świat, ale nie tym razem.

Tesh miał lęk w oczach, tak jakby to była ta część snu, w któ­rej gonią cię potwory, a drzwi nie chcą się otwo­rzyć. Wyglą­dał tak, odkąd prze­szli przez Wielki Most. Pły­wał w jeziorku peł­nym śmier­tel­nie groź­nych węży i tylko cze­kał, kiedy któ­ryś go dziab­nie. Raithe w pełni go rozu­miał. Czuł się podob­nie. To byli ich wro­go­wie - źli bogo­wie, któ­rzy wyrżnęli ich lud, a teraz on i Tesh wędro­wali po uli­cach fhrej­skiego mia­sta, jakby to miej­sce nale­żało do nich. A nie nale­żało. Dzie­sięć kla­nów nie zro­biło nic, żeby zasłu­żyć na tę moż­li­wość. Fhre­jo­wie zapro­sili ich tutaj. Pająki robiły to samo z muchami.

- Ile rodzin miesz­kało tu z wami? - zapy­tał Tesh.

- Ani jedna - odparł Mal­colm. - Tylko She­gon, ja i Meryl. - Nie­gdy­siej­szy nie­wol­nik pokrę­cił głową z zain­try­go­waną miną. - Rośliny mają się dobrze. Cie­kaw jestem, kto tu teraz mieszka.

- Co kazało She­go­nowi opu­ścić for­tecę? - zapy­tał Raithe.

- She­gon ni­gdy nie prze­by­wał w for­tecy. Był ze szczepu Asen­dway­rów, nie nale­żał do Gwar­dii. Gwar­dia składa się pra­wie wyłącz­nie z przed­sta­wi­cieli szczepu Insta­rya.

- Zda­wało mi się, że powie­dzia­łeś, że spę­dzi­łeś dużo czasu w for­tecy.

- Ach tak. - Mal­colm kiw­nął głową. - Cóż... Mia­łem wtedy innego pana.

- Sprze­dał cię?

- Zmarł.

- Zmarł?

- Kto jak kto, ale ty powi­nie­neś sobie zda­wać sprawę, że Fhre­jom też się to zda­rza.

- Ile miał lat?

Mal­colm wzru­szył ramio­nami.

- Pięt­na­ście, może szes­na­ście.

- Był taki młody?

- Stu­leci. Pięt­na­ście czy szes­na­ście stu­leci.

- Ach, w porządku. Zawsze mnie zasta­na­wiało, jak długo oni żyją.

- Nie zmarł ze sta­ro­ści.

- Wypa­dek? - Raithe popa­trzył w górę, na mostki łączące potężną wieżę i kopułę. Nikt nie prze­żyłby upadku z takiej wyso­ko­ści.

- Został zabity w walce.

Raithe nie potra­fił sobie wyobra­zić, jakie istoty mogą zabi­jać Fhre­jów, oczy­wi­ście nie licząc jego samego. Olbrzymy, gobliny, smok? Przy­pusz­czal­nie było to coś, o czym ni­gdy nie sły­szał. Kiedy Raithe zoba­czył wnę­trze Alon Rhist, uzmy­sło­wił sobie, jak nie­wiele wie o świe­cie.

Wszy­scy trzej zatrzy­mali się na miej­skim placu nie­da­leko dużej studni z dasz­kiem mają­cym osła­niać tych, któ­rzy z niej korzy­stali, przed słoń­cem i desz­czem.

- Jak długo im zajęło zbu­do­wa­nie tego mia­sta? - zapy­tał Tesh.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki