Od Autora
Od Autora
Witajcie z powrotem w świecie "Legend Pierwszego Imperium"! Kiedy
zaczynałem pisać ten cykl, planowałem stworzyć trylogię opowiadającą o wydarzeniach, które doprowadziły do pierwszego zbrojnego konfliktu
pomiędzy ludźmi a elfami. "Epoka wojny" miała być jej ostatnim tomem i prawdopodobnie zauważycie, że liczne elementy intrygi oraz łuki
fabularne zostały domknięte. Książka sprawia wrażenie finału. Jednakże
kiedy dokończyłem opowieść, zdałem sobie sprawę, że nie doprowadziłem
jej wystarczająco daleko. Gdyby cykl kończył się już tutaj, jestem
pewien, że bylibyście tego samego zdania.
Problem polegał na tym, że tytuł cyklu brzmiał "Legendy Pierwszego
Imperium". Owszem, przedstawiłem Wam bohaterów, owe legendy, ale nadal
nie pokazałem, jak powstawało Imperium. Jeśli czytaliście "Odkrycia
Riyrii", wiecie już, kto wygrał wojnę, ale gdybym zakończył cykl na tym
tomie, nie spełniłbym obietnicy. Co więcej, ci, którzy nie czytali cyklu
o Riyrii, głowiliby się, jak ostatecznie zakończyła się cała historia.
Ci, którzy czytali "Kroniki Riyrii" (prequelowe przygody Royce'a i Hadriana), wiedzą, że staram się nie ograniczać do opowiadania o wydarzeniach, o których wspomniałem gdzie indziej. Szukam sposobów
pozwalających nadać tym nowym opowieściom świeżość i uczynić je wartymi
czytania. Osiągam ten cel, ujawniając ukryte wcześniej aspekty, a w niektórych przypadkach pokazując, że coś, co czytelnicy przyjmowali za
pewnik, tak naprawdę wcale nie miało miejsca lub wydarzenia przebiegły
inaczej, niż sądzili. Wykorzystałem tę samą technikę, żeby dotrzeć od
zakończenia Epoki wojny, do utworzenia Pierwszego Imperium, a dokonałem tego, robiąc coś, czego nie spodziewał się nikt włącznie ze
mną. Napisałem trzy dalsze powieści, żeby dostarczyć czytelnikom
zamkniętą opowieść, na którą zasługiwali. Efektem są dwie ściśle
powiązane ze sobą trylogie pod szyldem jednego cyklu. W praktyce oznacza
to, że kolejna książka, Epoka legend, podejmie opowieść, ale skupi się
na nieco innych aspektach. Nie martwcie się, ten tom rozpocznie się w miejscu, w którym kończy się Epoka wojny, i nadal będziecie
towarzyszyć tym samym bohaterom. Po prostu snuta opowieść rozszerzy swój
zasięg. Jestem całkiem dumny z rozwiązania, które wymyśliłem, i z tego,
jak przekułem potencjalny problem w zalążek czegoś ciekawego, ale to już
historia do omówienia kiedy indziej, we wstępie do innej książki.
Wracając do Epoki wojny, piszę wstępy do swoich powieści między innymi
po to, żeby wpuścić czytelników za kulisy, pozwolić im zajrzeć do mojej
głowy. Nie jestem aż tak próżny, żeby sądzić, że wielu osobom zależy na
takiej wycieczce, ale niektórzy uważają, że to ciekawe. Podawałem już
różne informacje dotyczące tej książki oraz całego cyklu, ale nie
omawiałem dotąd źródeł, z których czerpałem inspirację, więc
porozmawiajmy o tym teraz.
Największy wpływ na kształt "Legend Pierwszego Imperium" miały: książka
W krainie czarnoksiężnika Oza oraz wyspa zaginionych zabawek z filmu
animowanego o Rudolfie, czerwononosym reniferze. Może już dostrzegacie
pewne podobieństwa. Spora część bohaterów mojej opowieści nie byłaby
wybierana w pierwszej kolejności do drużyn na lekcjach WF-u. To
wyrzutki, osoby niechciane i niepotrzebne. Zepsute zabawki, które z każdym rokiem tracą nadzieję, że kiedykolwiek odnajdą szczęście.
Być może zauważyliście też, że większość głównych postaci w tym cyklu to
kobiety. W krainie czarnoksiężnika Oza to rzadki przypadek utworu w konwencji fantasy, w którym wszystkie główne, najpotężniejsze role
(zarówno te dobre, jak i złe) grają kobiety. Jedną z rzeczy, które
zapadły mi w pamięć po lekturze tej książki (i są mi dobrze znane jako
mężowi niesamowitej bizneswoman, która na początku swojej kariery
pracowała w zdominowanej przez mężczyzn dziedzinie, jaką jest
inżynieria), było to, jak kobiety radzą sobie z konfliktami.
Protagoniści płci męskiej, nawet moi, mają skłonność do zgrywania
bohatera i szarżowania na wroga - często samotnie. Natomiast Dorota Gale
z Kansas odniosła sukces dzięki temu, że zebrała drużynę złożoną z osób
o podobnym nastawieniu, ale zróżnicowanym pochodzeniu i unikatowych
umiejętnościach. Dostrzegłem wartość takiego podejścia i spróbowałem
wykorzystać ten motyw. Teraz, kiedy już wyznałem, że bawiłem się,
nawiązując do tych dwóch klasycznych utworów, pewnie będziecie
wiedzieli, czego wypatrywać, i podejrzewam, że wyłapiecie te dyskretne
ukłony. Mam nadzieję, że przyprawią Was o uśmiech.
No dobrze, o czym jeszcze powinienem wspomnieć? Ach, już wiem. Jeśli
minęło trochę czasu, odkąd czytaliście poprzednie tomy cyklu, i chcielibyście je sobie odświeżyć, znajdziecie ich streszczenia na
stronie internetowej poświęconej "Legendom Pierwszego Imperium", w dziale materiałów bonusowych: firstempireseries.com/book-recaps. Chcę
podkreślić, że ich czytanie nie powinno być konieczne, bo w samych
książkach poumieszczałem drobne retrospekcje na temat najważniejszych
wydarzeń. Nie są to obszerne rozprawki, tylko krótkie przypomnienia.
Pamiętajcie też, że każda książka zawiera obszerny, wolny od spojlerów
słowniczek terminów i imion. Tak więc, jeśli zdążyliście zapomnieć, kim
był Konniger, możecie to sprawdzić w słowniczku umieszczonym na końcu
niniejszego tomu. Hasło to różni się od swojego odpowiednika zawartego w Epoce mitu, bo uwzględnia to, co wydarzyło się w fabule do tej pory,
ale nie znajdziecie w nim niczego, co zepsułoby Wam przyjemność z czytania tej książki. Muszę tu zaznaczyć, że jest kilka haseł, które nie
pojawią się w słowniczku Epoki wojny, na przykład imię Turin.
Dlaczego? Ponieważ po prostu nie ma opcji, żeby napisać hasło o Turinie,
które nie zawierałoby spojlerów. Jednakże jeśli wyszukacie je w słowniczku do przyszłego wydania Epoki legend, przypomnicie sobie,
czemu to imię było takie ważne. Krótko mówiąc: jeśli potrzebujecie
odświeżyć sobie pamięć, nie wahajcie się przejrzeć słowniczka.
No cóż, sądzę, że już wystarczająco się rozgadałem. Chcę jeszcze tylko
podkreślić, że bardzo się cieszę z licznych cudownych maili od
czytelników, więc bardzo proszę, przysyłajcie je dalej na adres
michael@michaelsullivan-author.com.
Jak wielokrotnie powtarzałem, wiadomości od czytelników zawsze są mile
widziane - to zaszczyt i przywilej je otrzymywać. Kończąc niniejszą
przedmowę, chciałbym Was zaprosić z powrotem do epoki mitów i legend, do
czasów, kiedy ludzkość znano jako Rhunów, a elfy uważano za bogów. W tym
konkretnym przypadku odwiedzimy razem epokę wojny.
Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
Droga do wojny
Większość ludzi uważa, że pierwsza bitwa wojny fhrejsko-ludzkiej
rozegrała się wczesną wiosną przy Wielkim Moście, ale tak naprawdę do
pierwszego ataku doszło w letni dzień w dahlu Rhen.
Księga Brin
Mistyczka Suri rozmawiała z drzewami, tańczyła, ilekroć słyszała
dzwoneczki wietrzne, nienawidziła kąpieli, wyła do księżyca i niedawno
zrównała z ziemią potężną górę, w jednej sekundzie niszcząc stulecia
karlej kultury. Zrobiła to głównie z żalu, ale częściowo z wściekłości.
Pewien karzeł nie wyraził zrozumienia po tym, jak zginęła jej najlepsza
przyjaciółka. Powinien był okazać więcej współczucia, ale w dniach,
które upłynęły od tamtej pory, Suri stopniowo doszła do wniosku, że
mogła się trochę pohamować. Może wystarczyłoby zmienić Gronbacha w żywą
pochodnię albo sprawić, by ziemia pochłonęła tego wstrętnego łajdaka. W kluczowej chwili żadna z tych możliwości nie przyszła mistyczce do
głowy, a w efekcie ucierpiała cała cywilizacja. To był dla wszystkich
wyjątkowo zły dzień.
Teraz, niecały tydzień później, Suri ocknęła się na łące porośniętej
salifanem i ostami. Słońce wyłaniało się właśnie zza odległych wzgórz.
Jego złote promienie przemieniały krople rosy w diamenciki i ujawniały
ciężką pracę tysiąca pająków, które rozsnuły swe sieci pomiędzy źdźbłami
trawy. Spędziwszy noc na zewnątrz, Suri też była przemoczona i trochę
zmarznięta, ale pocałunek słońca obiecywał, że już za chwilę będzie
lepiej. Siedziała wśród rosy, wystawiając twarz do światła, i gapiła się
na pola otaczające nadmorski dahl, słuchając cichego buczenia trzmieli,
które rozpoczynały swoją poranną pracę. A potem w polu jej widzenia
przeleciał motyl i wszystko zniszczył.
Suri się rozpłakała.
Nie zwiesiła głowy. Nadal wystawiając twarz na słońce, pozwoliła, żeby
łzy spływały jej po policzkach, obficie kapiąc na trawę, gdzie mieszały
się z rosą. Jej drobne ciało dygotało od szlochu. Suri płakała tak
długo, aż zabrakło jej łez, ale ból nadal targał jej sercem. Potem już
tylko siedziała na łące, garbiąc ramiona, a jej palce odruchowo szukały
ciepłego futra, którego tam nie było.
Odkąd powrócili zza morza, większość jej dni rozpoczynała się właśnie
tak. Poranki ofiarowywały krótkie wytchnienie od bólu, ale wkrótce sobie
przypominała, i wtedy rzeczywistość zwalała się na nią z hukiem. Wówczas
niebo stawało się mniej błękitne, słońce traciło część blasku i nawet
kwiaty nie mogły sprawić, by Suri się uśmiechnęła. A teraz musiała dojść
do ładu z kolejną stratą. Arion umierała.
- Suri!
Zareagowała z opóźnieniem, bo nie od razu pojęła, że to ją wołają.
Gdzieś za jej plecami zaszeleściła trawa, rozległy się kroki. Tylko
jedna osoba poruszała się tak szybko, a jej przybycie mogło oznaczać
tylko jedno.
- Suri! - zawołała ponownie Brin.
Mistyczka nie zadała sobie trudu, by odwrócić głowę. Nie chciała
zobaczyć... Nie chciała wiedzieć...
- Obudziła się! - wykrzyknęła tym razem Brin.
Suri odwróciła się gwałtownie.
- Ma otwarte oczy! - Brin biegła, przedzierając się przez wysoką trawę.
Rosa moczyła jej spódnicę.
Wszystkie mięśnie w ciele Suri ożyły. Mistyczka zerwała się niczym
wystraszona sarna i pognała w stronę drogi, mijając Brin. Wkrótce
dotarła do namiotu, który Roan wzniosła specjalnie dla Fhrejki. Kiedy
Suri wpadła do środka, Arion nadal spoczywała na posłaniu, ale jej
powieki zatrzepotały. Padera właśnie pomagała Fhrejce usiąść i się
napić.
- Po troszku - wychrypiała staruszka. - Wiem, że najchętniej byś chlała
jak stary pijak, ale wierz mi, wszystko byś zaraz zwróciła na siebie i co gorsza na mnie. Nawet jeśli tobie by to nie przeszkadzało, mnie i owszem.
Suri przystanęła pod klapą namiotu, wytrzeszczając oczy. Jakaś cząstka
jej osoby nie chciała przyjąć do wiadomości tego, co widzi. Bała się, że
to sen, że gdy tylko uwierzy, iluzja się rozwieje, a ból powróci z podwójną siłą. Nie wiedziała, ile jeszcze ciosów będzie w stanie znieść.
- Zdecyduj się, czy wchodzisz, czy wychodzisz! - warknęła Padera.
Oślepiona słońcem staruszka, której zapadnięte wargi skrywały bezzębne
dziąsła, mrużyła zdrowe oko.
Suri weszła, pozwalając klapie opaść. Kaganek był zgaszony, ale jasne
światło słońca przenikało przez tkaninę namiotu. Arion opierała się o ramię Padery. Staruszka pomogła Fhrejce zbliżyć do ust gliniany kubek.
Ta popatrzyła zmęczonym wzrokiem ponad jego krawędzią, siorbiąc głośno.
- Już, już, na razie wystarczy - powiedziała Padera. - Poczekajmy
minutkę, niech się uleży. Jeśli nie wróci, jeśli nie wybuchniesz mi tu
jak gejzer, dam ci więcej.
Kubek został zabrany. Suri czekała.
Głos Arion... Suri potrzebowała go usłyszeć, żeby zyskać pewność, że to
prawda.
Fhrejka spróbowała coś powiedzieć, ale nie była w stanie. Przepraszająco
wskazała swoje gardło.
Suri spanikowała.
- Co jej jest?!
- Nic - odparła mrukliwie Padera. - No cóż, nic oprócz tego, że spała
prawie tydzień bez jedzenia i wody, przez co wyschła prawie tak, jak ten
pył, w który omal się nie zmieniła. - Popatrzyła na Fhrejkę ze
skonfundowaną miną, lekko kręcąc głową. - Po tym, jak spędziła tyle
czasu bez picia, powinna być martwa. Każdy mężczyzna, kobieta, dziecko,
królik albo owca pożegnaliby się z tym światem już przed trzema dniami.
Ale oczywiście ona jest inna, czyż nie?
Blask słońca znów wdarł się do namiotu, oślepiając wszystkich. Brin
stanęła przy wejściu, przytrzymując klapę. Nic nie mówiła, tylko
patrzyła.
- Zdecyduj się, czy wchodzisz, czy wychodzisz! - warknęły jednym głosem
Suri i Padera.
- Przepraszam. - Brin weszła do środka, pozwalając klapie opaść.
Wszystkie obserwowały Arion. Fhrejka powoli uniosła głowę, zogniskowała
wzrok na Suri, uśmiechnęła się i wyciągnęła do niej drżącą dłoń. To
wystarczyło. Suri padła na kolana i odkryła, że wciąż jeszcze zostały
jej łzy. Wtuliła twarz w szyję Arion.
- Próbowałam, próbowałam, próbowałam... - udało jej się wykrztusić
pomiędzy szlochami. - Nie wiedziałam, co robię. Otworzyłam drzwi, a za
nimi była mroczna rzeka. Podążyłam nią w stronę jasności. Była
wspaniała, ale i straszna. Ja... Ja... próbowałam cię ściągnąć z powrotem,
uleczyć, ale... ale...
Poczuła, że dłoń Arion gładzi ją po głowie.
Suri podniosła wzrok.
- Nie... próbowałaś - zdołała wychrypieć Arion głosem szorstkim jak żwir.
Potem dodała bezgłośnie, samym ruchem warg: "zrobiłaś to".
Suri otarła oczy i je zmrużyła.
- Co?
Wysiliwszy się bardziej, Fhrejka zdołała powiedzieć:
- Ocaliłaś... mnie.
Suri dalej się w nią wpatrywała.
- Na pewno?
Arion posłała jej uśmiech.
- Raczej... tak.
***
Raithe nie był w stanie usiedzieć w miejscu. Siedzenie w obliczu takiego
wariactwa zanadto kojarzyło się z akceptacją. Wodzowie pozostałych
klanów, którzy określali siebie zbiorczym mianem Rady Keeniga, zasiadali
w znajomo wyglądającym kręgu na dziedzińcu dahlu Tirre. Dostawiono tam
cztery krzesła: trzy dla wodzów klanów Gula oraz wielki, ozdobny tron z rzeźbionymi podłokietnikami dla Persefony. Gavin Killian, ojciec
licznych synów i nowy przywódca klanu Rhen, zasiadał na jej dawnym
miejscu.
Nyphron też nie siedział. Stał i przemawiał. Persefona skinęła głową,
kiedy Galantianin zrobił pauzę.
Czy to możliwe, żeby poważnie rozważała jego propozycję?
Oprócz dziesięciu wodzów na naradzie były obecne te osoby co zwykle, z wyjątkiem Brin, która nadal pełniła funkcję Strażniczki Praw z ramienia
Persefony. Kiedy Raithe ostatnio widział tę dziewczynę, zmierzała do
namiotu Padery, w którym złożono Arion. Niektórzy nazywali go Domem
Śmierci, bo Fhrejka od tygodnia nie dawała znaku życia. Z osób
niebędących wodzami obecni byli między innymi Moya, nieodłączna Tarcza
Persefony uzbrojona w swój słynny łuk; karzeł imieniem Mróz, który
zawsze raportował o postępach w wytwarzaniu broni, zastępując Roan;
Malcolm, który zwykł się zjawiać na naradach tak po prostu; i Nyphron,
który reprezentował Fhrejów. Raithe tak właśnie postrzegał jego rolę:
jako głos przedstawiciela małej grupy wojowników. Zważywszy, że sam
Raithe reprezentował tylko siebie i Tesha, nie mógł mieć pretensji o udział przywódcy Galantian w naradzie.
Przynajmniej nie powinienem, pomyślał. Ale ja nie rekomenduję pomysłów
wziętych z księżyca, które doprowadzą do tego, że wszyscy zginą!
- Musimy zająć Alon Rhist i musimy to zrobić bez zwłoki - powtórzył
Nyphron.
Nie pytał ani nie sugerował. Nie udzielał rad ani nie przedstawiał
możliwej opcji. Przywódca Fhrejów domagał się zgody.
Raithe zwykle powstrzymywał się od zabierania głosu w trakcie spotkań i uważał, że Nyphron powinien siedzieć cicho z tego samego powodu. Nie
reprezentowali praktycznie nikogo. Ale Dureyaninowi nie spodobała się
mina Persefony. Wyraz jej twarzy wskazywał, że wnikliwie rozważa słowa
Nyphrona.
Żaden z pozostałych wodzów nie miał dość odwagi, by rzucić wyzwanie
przywódcy Fhrejów, więc Raithe musiał coś powiedzieć. Nie zgodził się
zostać keenigiem, bo nie mieli porządnej broni, a Nyphron chciał, by
zajęli Alon Rhist, zanim będą mieli czas się przygotować. Persefona
przywiozła z Belgreigu sekret wykuwania żelaza, ale potrzebowali czasu,
żeby wyposażyć w broń całą armię.
- Twoja lekkomyślność tłumaczy, dlaczego to Persefona została keenigiem,
a nie ty - oznajmił głośno Raithe, zwracając się do Nyphrona. Przykuło
to powszechną uwagę. - Jesteś Fhrejem. Nie obchodzi cię, ilu z nas,
Rhunów, zginie. Interesuje cię tylko zwycięstwo. Ilość krwi, jaką
przelejemy, osiągając twój cel, nie ma znaczenia, bo nie będzie to wasza
krew. Zaatakowanie Alon Rhist, zanim będziemy należycie wyszkoleni i uzbrojeni, to samobójstwo. Setki, może tysiące z nas zginą na murach tej
twierdzy. A później...
- Nikt nie umrze - odrzekł Nyphron pełnym wyższości tonem, sugerującym,
że przemawia do imbecyla.
Raithe postąpił w jego stronę.
- Jeśli zaatakujemy jedną z najlepiej ufortyfikowanych twierdz na
świecie, mając do dyspozycji armię wieśniaków z motykami, ludzie zginą.
Wielu ludzi. - Odwrócił się do pozostałych wodzów. - Byliście w Alon
Rhist, nieprawdaż? - Wskazał Nyphrona. - Czy nie stacjonuje tam armia
fhrejskich wojowników, takich jak on? Szarża na te mury będzie jak
walnięcie kijem w ul. Tylko że te pszczoły nie ograniczają się do
żądlenia. Obcinają wrogom głowy ostrymi mieczami z brązu, kryjąc się za
potężnymi tarczami.
Persefona słuchała go z uwagą.
To już coś, pomyślał.
- Nie proszę nikogo z was, żeby walczył. - Nyphron zwrócił się do
Persefony, nie do Raithe'a. - Wasi ludzie nie będą musieli nawet zbliżać
się do Rhistu. Będą pełnić jedynie funkcję dekoracyjną. Jak ozdoba
stołu. - Zaczął się przechadzać tam i z powrotem. - Ta forteca to mój
dom. Moja własność. Mój ojciec był przywódcą szczepu Instarya, ludu,
który ją zamieszkiwał od stuleci. Był głównodowodzącym wszystkich
twierdz na zachodzie. To stanowisko zwykle przechodzi z ojca na syna, co
czyni mnie panem Rhistu.
- Ale fane... władca waszego ludu... wyznaczył kogoś innego na
głównodowodzącego, po tym, jak wasz ojciec rzucił mu wyzwanie. Czyż nie
tak, panie? - zapytał Tegan z klanu Warric.
Dziękuję ci, Teganie, pomyślał Raithe. Przynajmniej jedna z obecnych tu
osób słucha uważnie.
- To prawda - odrzekł Nyphron. - Ale tamten Fhrej nie cieszy się
sympatią mojego szczepu, a Instarya byli źle traktowani już od stuleci.
Poddano ich ostracyzmowi i wygnano, choć niczym nie zawinili. Potrzebują
przywódcy, który będzie rozumiał ich położenie i naprawi krzywdy, jakich
doznali. - Nyphron westchnął. - Naprawdę sądzicie, że to jest pomysł, na
który wpadłem dziś rano? Pracuję nad tym planem już od dłuższego czasu.
Wiem, jak zająć Alon Rhist. I mogę to zrobić, nie poświęcając ani
jednego żołnierza.
- To niemożliwe - odparł Raithe. - Trzeba...
Nyphron przewrócił oczami.
- Pozwólcie mi wyjaśnić, dlaczego musimy działać bez zwłoki. Użyję
krótkich zdań i prostego słownictwa. W tej chwili fane zbiera wojsko.
Będzie musiał przybyć tu ze swoją armią, żeby nas zaatakować. Jego
najlepsi żołnierze rekrutują się ze szczepu Instarya, to moi bracia. I stacjonują w Alon Rhist. Instarya są najlepszymi wojownikami na świecie.
Jeśli fane ich straci, nie ma już wojska. Zamierzam mu ukraść jego siły,
ale musimy wyruszyć tam szybko. Nie możemy pozwolić, żeby Lothian dotarł
do Alon Rhist jako pierwszy. - Nyphron podszedł do Persefony. - Jestem w stanie przejąć cały szczep Instarya od Ervanonu po Merredydd. Równie
dobrze mógłbym obciąć Lothianowi obie ręce. Nie będzie komu dla niego
walczyć.
- A czy będą gotowi walczyć dla nas? - zapytał Siegel.
Nyphron popatrzył na wodza Gula-Rhunów jak na dziecko.
- Oczywiście, że nie. Fhrejowie nie zabijają Fhrejów, ale jeśli
postąpicie tak, jak mówię, mogę was zapewnić, że nie będą też zabijać
Rhunów. A pozbawiony szczepu wojowników fane będzie musiał wyszkolić
innych żołnierzy. To... - wskazał Raithe'a, nadal nie patrząc na niego -
da nam czas, żeby wykuć broń. A jej wykuwanie pójdzie nam sprawniej pod
osłoną murów Rhistu. - Nyphron zaczął liczyć na palcach. - W Alon Rhist
są narzędzia, budynki, schronienie i żywność. Wszystko, czego
potrzebujemy, żeby stworzyć armię zdolną stawić opór, gdy fane przypuści
na nas atak, co jest nieuniknione.
- Ale jak mamy zdobyć tę twierdzę? - zapytał Tegan.
- Po prostu zostawcie to mnie.
- Widzisz, i tu właśnie jest problem - powiedział Raithe. - Oczekujesz,
że ci zaufamy.
Sfrustrowany Nyphron przetarł ręką twarz.
- Twoje wątpliwości nie mają znaczenia. Rhunowie będą najzupełniej
bezpieczni. Nie wymagam, żeby którykolwiek z nich zbliżył się do Rhistu
na odległość mniejszą niż ćwierć mili. Ja i moi Galantianie zdobędziemy
twierdzę. Chcę tylko, żebyście tam byli.
- Jesteś pewien, że Rhunowie nie będą musieli walczyć? - zapytała
Persefona.
- Tak. Chcę, żebyście razem z waszym ludem zebrali się w wąwozie rzeki
Bern na płaskowyżu Dureyi. Czy proszę o zbyt wiele?
Persefona popatrzyła na Raithe'a.
- Nie możesz dawać mu posłuchu - powiedział Raithe. - To głupota. Nie
zdobędzie fortecy z siedmioosobową drużyną. Albo stracił kontakt z rzeczywistością, albo to pułapka. Przynajmniej poczekajmy do czasu, aż
będziemy mieli tysiąc mieczy i tarcz. - Odwrócił się do Mroza. - Jak
długo to zajmie?
Karzeł silnym dmuchnięciem rozgarnął wąsy i brodę, żeby móc przemówić.
- Wybraliśmy tuzin dobrych ludzi, którzy ochoczo garną się do nauki, ale
wciąż jeszcze mamy problemy z opanowaniem metody i techniki. Chociaż
Roan uważnie patrzyła, jak płatnerze wykuwają żelazne ostrze, wygląda na
to, że pewne szczegóły mimo wszystko jej umknęły. Wciąż dopracowujemy
procedurę, ale jesteśmy już bliscy osiągnięcia celu. Kiedy będziemy
mieli spisane wszystkie etapy, wyszkolona przez nas dwunastka zacznie
przekazywać swoją wiedzę dalej. Wyszkolą tylu kowali, żeby każda wioska
w Rhulynie miała przynajmniej jednego. A potem ci kowale przyjmą
uczniów. Kiedy już udoskonalimy procedurę i wyszkolimy ludzi, sama praca
nie potrwa aż tak długo. Ale rozkręcenie tego wszystkiego nastręcza
trudności. - Potarł podbródek. - Szacuję, że moglibyśmy wyposażyć
niedużą armię w ciągu... roku.
- No właśnie - powiedział Raithe. - A w tym czasie możemy wyszkolić
ludzi, żeby...
- Za rok będzie już za późno - powiedział Nyphron. - Fane ściągnie
wojska na tereny przygraniczne, nim nadejdzie zima. To jest wyścig, a my
i tak już zbyt długo zwlekamy. Poza tym w fortecy znajduje się świetnie
wyposażona kuźnia, w mieście jest też kilku kowali, którzy mają
doskonałe paleniska i narzędzia. Co więcej... - Fhrej popatrzył na
Persefonę - gdzie mieszkańcy Rhenu zamierzają spędzić zimę? Tutaj? Czy
schronicie się przed lodowatym wiatrem w cieniu tego muru? - Spojrzał na
Lipita. - Czy znajdziecie dla nich dość miejsca w mieście?
Oczy Persefony pociemniały.
- Jeśli postąpimy tak, jak mówię, będziemy mogli się obronić, jeśli
sprawy przybiorą zły obrót - oznajmił Raithe. - Jeśli on nie zdoła
spełnić swoich wygórowanych obietnic...
Nyphron z uśmiechem wszedł mu w słowo.
- A jeśli postąpicie tak, jak ja mówię, wygracie tę wojnę.
Raithe spiorunował go wzrokiem, ale Fhrej nadal nie raczył choćby
spojrzeć w jego stronę. Nadal wpatrywał się w Persefonę.
- Jak szybko chciałbyś wyruszyć do Alon Rhist? - spytała.
- Natychmiast - odrzekł Nyphron. - Już zmarnowaliśmy zbyt dużo czasu. -
Wskazał dahl, w którym się znajdowali. - Kto wie, co robi fane, podczas
gdy my tu siedzimy i dyskutujemy.
- Czułabym się lepiej, dysponując wsparciem kogoś, kto włada Sztuką. -
Persefona spojrzała w stronę Raithe'a. - Na wypadek gdyby coś poszło nie
tak. Ale stan Arion nie pozwala na podróżowanie, a Suri nie zgodzi się
jej zostawić.
- Nie potrzebujemy Miralyitha, żeby zdobyć Alon Rhist, a nie możemy
sobie pozwolić na czekanie - odrzekł Nyphron. - Arion prędzej umrze, niż
wyzdrowieje, a ta mała mistyczka nie jest żadną Artystką. Czekanie na
śmierć Arion niczego nie zmieni.
Brin wpadła pędem na dziedziniec. Wszyscy odwrócili się w jej stronę.
Gnała tak szybko, że musiała się zatrzymać ślizgiem. Uśmiechała się od
ucha do ucha.
- Arion się ocknęła!
***
Nie byli armią. Bynajmniej.
Ludzkość obrała nową ścieżkę w całkiem dosłownym znaczeniu tego słowa.
Suri była pewna, że widywała ulewy, które liczyły sobie mniej kropel,
niż było ludzi w tłumie wędrującym na północ. I choć mistyczka nie
wiedziała zbyt wiele o sztuce wojennej, zakładała, że nawet najgorzej
wyposażone wojsko jest przynajmniej uzbrojone w odróżnieniu od tej
ciżby. Byli tam pasterze, rolnicy, rymarze, myśliwi, stolarze, rybacy,
piwowarzy i handlarze. Większość nie miała żadnej broni. Nieśli worki i kosze. Niechlujnie odziani żołnierze przyszłej armii nie potrafili
jeszcze maszerować w szyku. Uskarżali się też na tempo, warunki na
drodze i słońce - bądź na jego brak, kiedy padał deszcz. Większość
kobiet została w osadach, z wyjątkiem tych z dahlu Rhen, które nie miały
dokąd pójść. Te, które nie musiały opiekować się małymi dziećmi, szły
obok swoich mężczyzn, niosąc zawiniątka z prowiantem i odzieżą. Wóz, na
którym siedziały Suri i Arion, przemieszczał się w tylnej części
kolumny. Cała procesja wędrowała drogą biegnącą obok dahlu Rhen - tą
samą, którą uprzednio podróżowali w przeciwną stronę. Suri miała
wrażenie, że tamtą podróż odbyła w poprzednim życiu.
Arion i Suri jechały wciśnięte pomiędzy beczki, worki, garnki i bele
wełny. Wóz kołysał się i podskakiwał na wybojach. Fhrejka oznajmiła, że
czuje się wystarczająco silna, żeby podróżować, ale nie była w stanie
pokonać pieszo tak długiej trasy. Padera i Gifford, pełniący na
postojach funkcję kucharzy oraz opiekujący się Arion, też jechali na
wozie, bo Nyphronowi zależało na tym, by tempo marszu było jak
najszybsze.
Suri na ogół wolała iść niż jechać, ale często sprawdzała, jak czuje się
Arion, i po południu niekiedy ucinała sobie drzemkę wśród worków. Nikt
nie kwestionował jej prawa do tych drzemek. W ogóle mało kto się do niej
odzywał.
Krążyły różne pogłoski na temat incydentu, który spowodowała w krainie
karłów. Choć Suri zawsze przykuwała zaciekawione spojrzenia, bo była
kimś obcym i mistyczką, teraz nie zerkano już na nią z ciekawością i dezaprobatą, tylko z lękiem. Ludzie przyśpieszali kroku, zwalniali albo
wręcz skręcali w inną stronę, byle trzymać się od niej na dystans.
Ponieważ Persefona, Moya, Roan i karły mieli pełne ręce roboty, z Suri
rozmawiali tylko Padera, Gifford i Brin. Wszyscy inni traktowali ją tak,
jakby była trująca.
Zawsze lubiłam być sama, pocieszała się. Wolę to. Zbyt wielu ludzi w jednym miejscu to coś nienaturalnego. Tak jest lepiej.
Jednakże nie była sama. Ludzie otaczali Suri, ale nie przynależała do
żadnej z ich grup. Była stokrotką wśród żonkili, muchą w kozim mleku,
motylem w armii.
Odwróciła się i zobaczyła po lewej stronie drzewa - zbocze, na którym
liściasta gęstwina zmieniała się w ciemniejszą iglastą. Mistyczka znała
tę linię lesistego wzgórza, ten zakręt. Zaraz za nim była rzeka, a za
kolejnym wzgórzem zobaczą przed sobą ścianę boru - Księżycową Puszczę.
- Już prawie jesteśmy na miejscu - powiedziała Suri. Spojrzała na
słońce. - Dotrzemy tam, nim nastanie południe. Jak się czujesz? -
zwróciła się do Arion. - Pójdziemy powoli. Nie ma potrzeby się śpieszyć.
Arion, która siedziała otulona lekką chustą, wyglądała na zaskoczoną.
- Czy zmierzamy w inne miejsce niż pozostali?
- Owszem, do Głogowej Dolinki. Do domu.
- Ale Persefona... Sądziłam, że zmierzamy do Alon Rhist. - Arion miała
zdezorientowaną minę.
- To ona tam zmierza. My zmierzamy do domu - odparła Suri. - Pokochasz
to miejsce, Arion. Ogród będzie w katastrofalnym stanie, ale zrobię z nim porządek. Nie będziesz musiała nic robić, tylko odpoczywać i nabierać sił. Pójdziemy popływać!
- Suri, zaczyna się wojna - powiedziała Arion.
Suri uważała, że głos Fhrejki odzwierciedla stan jej zdrowia. Nadal był
stanowczo zbyt zdyszany i brzmiał głucho.
- Owszem. - Mistyczka zerknęła na mężczyzn, którzy nieśli na ramionach
motyki i szpadle. - Ale żyjąc w głębi lasu, nie doświadczymy jej.
Będziemy bezpieczne i szczęśliwe. Będzie trochę tak jak kiedyś, z Turą.
Persefona zażyczyła sobie, żeby Suri i Arion wyruszyły do fortecy
Fhrejów, ale zdaniem Suri wojna nie jawiła się pociągająco. Mistyczka
wymyśliła lepszy plan. We dwie pojadą na wozie z powrotem do Księżycowej
Puszczy, a potem pójdą piechotą do Głogowej Dolinki. Arion wciąż była
słaba, więc będą wędrowały wolno, z częstymi postojami. Może zajmie im
to cały dzień, ale kiedy już tam dotrą, Suri pokaże Arion najpiękniejsze
miejsce na świecie: mały wąwóz, gdzie światło słońca jest złocistsze,
woda smaczniejsza, a różne gatunki ptaków wyśpiewują chórem swe trele.
Suri wiedziała, że Arion będzie zachwycona. W tamtym cudownym miejscu
Fhrejka powróci do sił, a wtedy...
- Suri? - Arion wpatrywała się w nią. - Jesteś gotowa, żeby ze mną
porozmawiać?
Suri odwróciła wzrok, spoglądając na puszczę. Ponad granią wzgórz
widziała już miejsce, które uważała za swój dom.
- Czy powiesz mi, co tam się stało? - zapytała Arion.
- Co masz na myśli?
- Ostatnie, co pamiętam, to że tkwiliśmy uwięzieni pod górą. Miałyśmy
umowę, ty i ja. Ponieważ tu jestem, muszę przyjąć, że nie dotrzymałaś
słowa. Nie sądzisz, że już pora, żebyśmy porozmawiały o tym, co się
wydarzyło?
Padera poruszyła się niespokojnie.
- Powinnaś odpoczywać - powiedziała.
Arion zignorowała ją i dalej wpatrywała się w Suri.
Księżycowa Puszcza ukazała się oczom podróżnych w pełnej letniej krasie
soczyście zielonych liści. Otaczające ją pola były natomiast jasnozłote
z plamkami oranżu, żółci i purpury. Ptaki przelatywały nisko, pszczoły
bzyczały, a w górze dryfowały beztrosko puchate białe obłoki.
- Nie powiesz mi, co się stało z Minną?
Na dźwięk tego imienia Suri oderwała spojrzenie od pięknego krajobrazu,
ale nie popatrzyła na Fhrejkę i nie wyrzekła ani słowa.
- Suri, nie jestem głupia.
- Nie powiedziałam, że jesteś.
- Dlaczego, Suri? Dlaczego to zrobiłaś?
Suri zwiesiła głowę, krzywiąc usta w wyrazie protestu. Nie chciała o tym
rozmawiać, nie teraz. Ani z Arion, ani z nikim innym. Nigdy.
- Kochałaś ją - podjęła Arion.
- Nadal kocham - wyrwało się mistyczce.
Słaba, drżąca dłoń dotknęła jej nadgarstka. Długie, delikatne palce
Fhrejki pogłaskały go delikatnie.
- Chciałam, żebyś zabiła mnie, nie ją.
- Wiem.
- Suri... Nie mogę z tobą wrócić do twojego domu.
Suri odsunęła się, splotła dłonie na podołku i znów popatrzyła na
Księżycową Puszczę. Na zachodzie rozciągało się rozległe morze zieleni.
Gdy Suri spoglądała na mijane drzewa, pomyślała, że las wydaje się teraz
dziwnie mały. Czy zawsze taki był?
- Ty też nie możesz tam wrócić - podjęła Arion. - Wiesz o tym, prawda?
Teraz jesteś motylem, i to w większym stopniu, niż kiedykolwiek
przypuszczałam. Dni żywienia się liśćmi dobiegły końca. Teraz to kwiaty
cię potrzebują. Twoim domem nie jest już Głogowa Dolinka, tylko niebo.
Nie możesz się ukrywać, Suri. Musisz fruwać. Musisz pokazać wszystkim
piękno tych skrzydeł.
Suri zmarszczyła brwi i zeszła z jadącego powoli wozu.
- W tej chwili chyba wolę iść piechotą.
Pozwoliła, żeby wóz odjechał, zostawiając ją na tyłach długiej kolumny
piechurów. Tu było cicho, panował większy spokój, przyjemnie też było
czuć pod stopami znajomą, choć niestety okropnie zdeptaną trawę. Chociaż
Suri znalazła się w ogonie pochodu, odkryła, że nie jest sama. Koleinami
pozostawionymi w miękkiej ziemi przez koła wozu wędrował Raithe. Jego
leigh mor był podkasany i zawiązany luźniej niż w zimie. Odsłaniał
włochate ręce i nogi właściciela, a w myślach Suri pojawiło się słowo
"sierść". Większość mężczyzn tak nosiła swoje płaszcze w ciepłej porze
roku. Raithe zerknął w jej stronę, ale nic nie powiedział. Bez słowa
podjęli marsz we dwoje.
Szli w milczeniu, aż dotarli do rozstajów, gdzie od gościńca odchodziła
droga, która niegdyś wiodła do dahlu Rhen. Suri pomyślała, że ostatnio
przyszła w to miejsce z tej samej strony rankiem po tym, jak zginęła
Gryna Brunatna. Oboje z Raithe'em zwolnili kroku. Oboje popatrzyli na
niepozorną ścieżkę wijącą się wśród wysokich, zbrązowiałych traw. Wiodła
do pozostałości zrujnowanych wałów obronnych, strażnicy i studni. Do
przeszłości, która okazała się punktem zwrotnym.
- To ciekawe, jak decyzja, żeby pójść w jakimś kierunku zamiast w innym,
może zmienić całe twoje życie - stwierdził Raithe, idealnie ujmując w słowa to, o czym rozmyślała mistyczka. - Przypuszczalnie nie powinienem
był skręcać na tę drogę.
Jakaś część Suri zgadzała się z nim całym sercem. Gdyby tej wiosny nie
udała się do dahlu Rhen, Minna nadal by żyła i obie cieszyłyby się
kolejnym spędzanym wspólnie latem. Oczywiście, gdyby nie udała się do
dahlu Rhen, wszyscy pozostali prawdopodobnie byliby martwi.
Czy złe rzeczy dzieją się również wtedy, kiedy nic o nich nie wiem? -
pomyślała.
Westchnęła, zastanawiając się, czy Raithe mówił do niej, czy po prostu
rozmawiał sam ze sobą. Nie była też pewna, do kogo sama się zwraca,
kiedy powiedziała:
- Najgorzej, że nadal nie wiem, czy było warto.
Popatrzyli na siebie ze zrozumieniem, po czym wznowili marsz. Szli teraz
za wozem w większej odległości, zostając z tyłu i pozwalając, żeby świat
od nich odpływał.
- Chciałabym teraz zmierzać w stronę domu. - Suri kopnęła kamyk w wysoką
trawę.
- A ja chciałbym zmierzać w jakąś inną stronę - odparł Raithe. Zerknął
na nią. - Jestem pewien, że miejsce, które nazywasz domem, jest znacznie
milsze niż miejsce, które ja tak nazywałem. - Wskazał jadący z przodu
wóz. - Jak się miewa Arion?
- Jest irytująca. - Suri spodziewała się, że Raithe okaże zaskoczenie i spyta, dlaczego. On jednak tylko skinął głową, jakby wszystko rozumiał.
- Chciałam, żeby wróciła ze mną do puszczy, do dolinki, gdzie kiedyś
mieszkałam. Zdawało mi się, że mogłybyśmy być tam szczęśliwe, ale ona
się upiera, że musimy wziąć udział w tej wojnie.
- Brzmi to zdumiewająco podobnie do Persefony.
- Serio?
Raithe kiwnął głową.
- Nie chce mnie słuchać. Ale słucha Nyphrona. Nie ma z tym żadnego
problemu. Ruszamy na wojnę z Fhrejami, a komu ona daje posłuch?
- Czyli ty też nie chcesz iść do tego całego Rhistu?
- Wolałbym, żebyśmy wszyscy znaleźli się w twojej dolince. - Otarł pot z czoła i mrużąc oczy, z pełną pretensji miną spojrzał w górę, na palące
słońce. - Czy jest tam gdzie pływać?
Suri się uśmiechnęła.
- W czystym jeziorze, z łabędziami.
- Jest co jeść?
- Jest mnóstwo jedzenia.
- Brzmi idealnie.
- Bo tak właśnie jest - odparła z przekonaniem.
- To tam, prawda? - Raithe wskazał przerwę w linii lasu.
- Tak - odparła Suri. - Tym zboczem w górę, potem w lewo i w dolinę.
Moglibyśmy tam bez problemu dotrzeć przed zmrokiem. Nikt by się nie
zorientował, że nas nie ma.
Oboje popatrzyli na wozy i na długą, wijącą się wężowato kolumnę ludzi
otoczoną kłębami pyłu. Nikt się nie oglądał, a nawet gdyby, z tej
odległości i tak nie było widać, co robią Suri i Raithe. Mogliby się
wymknąć niezauważeni i na zawsze przepaść w mrokach niepamięci. Wojna
toczyłaby się dalej, ale bez ich udziału.
Czy złe rzeczy dzieją się również wtedy, kiedy nic o nich nie wiem? -
pomyślała ponownie Suri.
Oboje przystanęli. Stali nieruchomo pośrodku drogi, słuchając, jak
turkot kół cichnie w oddali.
- Co o tym sądzisz? - zapytała Suri.
Raithe westchnął, po czym pokręcił głową.
- Nie możemy ich zostawić. I to chyba głupie, żeby teraz nagle zacząć
kierować się rozsądkiem.
- Tak. Masz absolutną rację. Jesteś chyba najmądrzejszym... - Urwała
przerażona. Wszystko wydawało się tak znajome, że słowa po prostu
wyrwały jej się jak zawsze, zupełnie jakby wędrowała razem z...
Rozpłakała się. Miała wyrzuty sumienia i nienawidziła siebie za to, że
tak łatwo zdradziła pamięć Minny.
Raithe stał w milczeniu i czekał, nie osądzając jej.
Zarzuciła mu ręce na szyję. Zrobiła to bez zastanowienia. Potrzebowała
przytulić się do kogoś, a on był obok. Sądziła, że mężczyzna się
odsunie, ale nie. Zamiast tego poczuła, że jego ramiona obejmują ją i zamykają w delikatnym uścisku. Raithe nie powiedział ani słowa, a ona
wiedziała, że pomiędzy przyjaciółmi tak właśnie powinno to wyglądać.
Rozdział drugi
Rozdział drugi
Przed wrotami z brązu
Alon Rhist było zaledwie jedną z siedmiu fhrejskich fortec
rozmieszczonych wzdłuż granicy naszych ziem, ale było czymś więcej niż
tylko siedzibą szczepu Instarya oraz grobowcem dawno zmarłego władcy.
Alon Rhist wydawało się ucieleśnieniem fhrejskiej potęgi oraz absurdu,
jakim było rzucenie jej wyzwania.
Księga Brin
Raithe pomógł Persefonie wspiąć się na ostatnią półkę skalną. Mogłaby
tam wejść o własnych siłach - żaden z pozostałych wodzów nie potrzebował
pomocy i żadnemu jej nie zaoferowano - ale mimo to ujęła wyciągniętą
dłoń Dureyanina. Persefona zawsze uważała, że powinna być miła dla
ludzi, dopóki może, bo nie zawsze będzie mogła sobie pozwolić na taki
luksus. To w każdym razie sobie wmawiała, ale wiedziała, że gdyby
ktokolwiek inny zdobył się na ten gest względem niej, zasygnalizowałaby,
że pomoc jest zbędna.
Raithe był odważny, sprawny i przystojny. Nosił swój leigh mor z niedbałą gracją. Kobiety z upodobaniem rozprawiały o młodym Dureyaninie,
ale on ignorował ich próby flirtu. A Persefona nie mogła mu ofiarować
tego, czego chciał. Nadal czuła się małżonką swego nieżyjącego męża,
choć nie potrafiłaby tego ująć w słowa, a nawet zdefiniować w myślach;
emocje przemawiały swoim własnym językiem, który nie zawsze dawało się
przetłumaczyć na zwykłą mowę.
Raithe nie był ani trochę podobny do jej męża. Reglan, starszy od niej o prawie trzydzieści lat, bardziej przypominał ojca, nauczyciela,
przewodnika. W zestawieniu z Raithe'em to Persefona okazywała się tą
mądrą, pewną ręką, która mocno trzyma ster, by łódź płynęła prosto. A mimo to chwyt Raithe'a - bezpieczny, ciepły i silny - dodawał jej
otuchy. Była keenigiem, przywódczynią dziesięciu klanów, sprawującą
rządy nad milionami poddanych, lecz nadal potrzebowała czegoś więcej.
Władza nie mogła zastąpić szacunku, poświęcenie nie mogło zastąpić
przyjaźni, a nic nie mogło zastąpić przytulnego ciepła miłości. Owszem,
Raithe ją kochał, pragnął jej, i choć nie miała możliwości spełnić jego
życzenia - w każdym razie jeszcze nie teraz - pielęgnowała w myślach tę
wizję. Dar jego pożądania stanowił kolejne z tych niemożliwych do
zwerbalizowania, trudnych do kontrolowania uczuć. Namiętność była czymś
dzikim i samolubnym, co nie respektowało granic ani zdrowego rozsądku,
ale bez niej życie wydawało się pozbawione sensu.
- Jak nazywacie to miejsce? - Rozejrzała się, chłonąc wrażenia, jakie
przynosiło stanie ponad równiną na przypominającej kolumnę skale
wysokiej na dziesięć sążni.
- Skała Udręki - odparł Raithe.
Wierzchołek kolumny był o wiele za mały, by Persefona czuła się na nim
komfortowo ze świadomością, że ze wszystkich stron otacza ją przepaść.
Kiwnęła głową.
- Właśnie widzę. No tak.
Przeszła się po ciasnym okręgu, szurając stopami po skale, bo bała się
podnosić je wyżej. Strach przed runięciem z wysokości pozostawał
irracjonalny, dopóki nie robiła niczego głupiego. Wierzchołek skały był
płaski jak stół, ale Persefona nie ufała sobie. Potknięcie nie wchodzi w grę, pomyślała. Chyba że nauczę się latać.
Nigdy nie lubiła dużych wysokości. Jako dziecko wcześnie przestała
wspinać się na drzewa i wymigiwała się od pomagania przy kładzeniu
strzech, twierdząc, że cierpi na różne radykalnie wyolbrzymione
dolegliwości. Stojąc na Skale Udręki i spoglądając w dół, na zebrane
klany Rhulynu, które z tej odległości przypominały rojowisko mrówek,
poczuła zawrót głowy. Jakim cudem znalazła w sobie dość odwagi, żeby
zeskoczyć z tamtego wodospadu w Księżycowej Puszczy? Miała wrażenie, że
od tego incydentu upłynęły dziesięciolecia, a nie zaledwie kilka
krótkich miesięcy.
Wilki, przypomniała sobie. Tak, wataha ścigających ją wilków stanowiła
dobre źródło motywacji.
Persefona obserwowała z podziwem, jak Suri wspina się tak zwinnie, jakby
wierzchołek skały znajdował się ledwie pół sążnia nad ziemią. Nie dość,
że dziewczyna nie okazywała najmniejszego lęku, to jeszcze sprawiała
wrażenie dogłębnie znudzonej.
Z miejsca, gdzie stali, roztaczał się rozległy widok.
- Mieszkałeś gdzieś w tych okolicach? - spytała Persefona, zwracając się
do Raithe'a.
Wyciągnął rękę w kierunku północno-wschodnim.
Większą część krainy zwanej Dureyą zajmował pylisty płaskowyż: jedna
wielka skalna płyta, z której wystawały ostańce takie jak ten, na którym
stali. Spoglądając w stronę wskazaną przez Raithe'a, Persefona
wypatrzyła czarny znak na jednolicie żółtawoszarej równinie.
- To była moja wioska, Clempton - powiedział Raithe. - Trzydzieści
siedem zabudowań, czterdzieści rodzin, prawie dwustu mieszkańców. -
Spoglądał w dal, nie mrugając, twardym, brutalnym wzrokiem.
Persefona była ciekawa, co Dureyanin teraz myśli, a potem wyobraziła
sobie, że sama spogląda na ruiny dahlu Rhen.
Położyła dłoń na jego ramieniu. Jej dotyk sprawił, że Raithe oderwał
wzrok od horyzontu i posłał jej wymuszony uśmiech.
Wszyscy rhulyńscy wodzowie znajdowali się wraz z nią na wierzchołku
skały, podczas gdy wodzowie ludu Gula byli tam, gdzie ich wojsko, które
zostało strategicznie rozlokowane w kotlinach i wąwozach Dureyi. Nyphron
rozstawił ich uprzedniej nocy, twierdząc, że wie, których miejsc nie
widać z wieży Alon Rhist. Persefona była zmuszona powtórzyć jego
instrukcje, gdyż Gula-Rhunowie odmówili przyjmowania rozkazów od Fhreja.
Ten dziki, brutalny lud przypominał watahę wściekłych zwierząt.
Wspaniała sprawa, jeśli akurat tego się potrzebowało, ale w innych
okolicznościach można było dostać przez nich szału.
Persefona zmusiła się, żeby ostrożnie i powolutku podejść do krawędzi
skały. Chciała przyjrzeć się dokładniej wszystkiemu, co było widać z góry. Górną granicę żółtawego płaskowyżu stanowił stromy, zygzakowaty
wąwóz, którego linia widziana z ich perspektywy przypominała wykrzywione
usta. Dnem tego kanionu płynęła rzeka Bern, wyznaczająca granicę
pomiędzy Rhulynem a ziemiami Fhrejów. Gdzieś u podnóża Skały Udręki
brała swój początek ścieżyna podobna do wyrysowanej kredą kreski, która
biegła na północ aż do wąwozu i kończyła się przy białych kamiennych
schodach wiodących do Wielkiego Mostu. Był on jedynym miejscem w promieniu wielu mil pozwalającym bezpiecznie przeprawić się przez rzekę.
Spajał oba brzegi kanionu, fhrejski i ludzki, niczym pojedynczy szew na
ziejącej ranie. Po drugiej stronie rzeki wznosiły się miasto i forteca
Alon Rhist ze swoją ogromną kopułą oraz niebosiężną wieżą. Twierdzy
broniły potężne kamienne mury i niezdobyta brama z brązu.
Kiedy Persefona była jeszcze małżonką Reglana, co roku przejeżdżała po
tym rzeźbionym kamiennym moście. Za każdym razem czuła przerażenie.
Zapraszano nas, pomyślała, a mimo to się bałam.
- Są przy schodach - oznajmił Tegan.
Wódz klanu Warric wyglądał jak przerośnięty karzeł ze schludną ciemną
fryzurą i starannie rozczesaną brodą. Cechowało go sarkastyczne poczucie
humoru, miał bystry umysł i był teraz jednym z najbardziej zaufanych
doradców Persefony. Wyciągnął rękę i wszyscy, którzy stali na Skale
Udręki, spojrzeli w stronę Wielkiego Mostu.
- Nie mogę uwierzyć, że wyraziłaś na to zgodę. - Raithe pokręcił głową,
wpatrując się w niebo.
- Nyphron wie, co robi - odrzekła Persefona, starając się mówić z przekonaniem, którego wcale nie czuła. Zdała sobie sprawę, że bezwiednie
zaciska pięści. Zmusiła się, by rozewrzeć dłonie i rozluźnić ramiona.
- A jeżeli jest w błędzie? Co, jeśli go zabiją? - spytał Raithe.
- Moi ludzie nie są na to gotowi - oznajmił Harkon. - Większa część
klanu Melen dysponuje tylko narzędziami rolniczymi. Nie będziemy w stanie walczyć.
- Jeśli Nyphronowi się nie uda, wycofamy się - odrzekła Persefona. - Już
teraz przebywamy w stosunkowo bezpiecznej odległości.
- A Nyphron? - zapytał Harkon. - Jeżeli sprawy przybiorą zły obrót, czy
on też się wycofa?
- Nie wydaje mi się, żeby Nyphron i jego Galantianie brali taką
możliwość pod uwagę - stwierdził Tegan. - Zakładają, że wygrają w każdym
starciu.
- Miejmy nadzieję, że mają powody, by tak sądzić. - Persefona
wyprostowała się, bo stale powtarzała sobie w myślach, że nie wolno jej
się garbić. Jej matka zawsze krytykowała ją za nieprawidłową postawę.
"Nikt nie będzie szanował żony wodza, która garbi się jak troll". Matka
z pewnością nie wyobrażała sobie, że to Persefona pewnego dnia zostanie
wodzem, a co dopiero keenigiem, ale należało przypuszczać, że rada
pozostaje aktualna.
- Zawsze musi być ten pierwszy raz - skomentował Krugen.
- Zatem módlmy się, żeby nie nastąpił właśnie teraz.
Nyphron dotrzymał słowa. Nie zażądał, by jakikolwiek człowiek przeszedł
przez most wraz z jego drużyną. Armia Persefony była ledwie widoczna z oddali dla Fhrejów gromadzących się po drugiej stronie rzeki Bern. Siły
Gula-Rhunów znajdowały się ponad milę dalej, zgrupowane na płaskowyżu.
Tak zażyczył sobie Nyphron. Persefona miała szczerą nadzieję, że zgodnie
z jego planem jej wojsko będzie mieć dość czasu na ucieczkę, gdyby coś
poszło nie tak. Jednakże, jak słusznie zauważył Tegan, Galantianie nie
dopuszczali do siebie myśli, że mogą ponieść klęskę. Zgadzała się, że
Nyphron prędzej rozważy możliwość, że słońce pewnego dnia nie wzejdzie,
niż własną porażkę.
Ze szczytu Skały Udręki Persefona widziała, jak Galantianie podchodzą
pod mury Alon Rhist. Grupka Fhrejów wyglądała z tej odległości jak
siedem mrówek idących gęsiego. Dotarli do mostu i bez wahania przeszli
na drugą stronę.
Chcąc ich lepiej widzieć, Persefona dała krok naprzód, zapominając na tę
jedną sekundę, że stoi nad śmiertelnie niebezpieczną przepaścią. Raithe
chwycił ją za rękę, bez słowa przypominając zarówno o zagrożeniu, jak i o tym, że leży mu na sercu jej bezpieczeństwo. Kiedy Persefona spojrzała
na niego z ukosa, puścił ją z zawstydzoną miną.
Harkon, wódz klanu Melen, z podziwem pokręcił głową.
- Nie znają lęku.
- Wariaci - wymamrotał Krugen, którego interesowały wyłącznie piękne
stroje i drzemki. Tych drugich ucinał sobie mnóstwo, chrapiąc tak
głośno, że nie dawało się tego przeoczyć.
- Dlaczego nikt nie próbuje ich powstrzymać? - zapytał Lipit.
- Z tego samego powodu, dla którego pośpiech jest niewskazany, kiedy
polujesz na króliki - odparł Raithe. - Lepiej mieć pewność, że znalazły
się w sidłach, zanim zaciągniesz pętlę.
Dłonie Persefony na nowo zacisnęły się w pięści i - co z pewnością
załamałoby jej nieżyjącą matkę - znów upodobniła się posturą do trolla.
- Co to takiego? - Krugen wyciągnął rękę.
- Widzicie to? - zapytał Harkon. - Tam na równinie, po naszej stronie?
- Więcej Fhrejów - powiedział Raithe.
Persefona też ich dostrzegła. Dwa tuziny wojowników w zbrojach z brązu
pojawiły się znikąd, odcinając Nyphronowi odwrót.
- Skąd oni się tu wzięli? - zapytał Tegan.
- Szczeliny - wyjaśnił Raithe. - Skały tam w dole są pełne pęknięć i rozpadlin. Można się schować w takiej szczelinie, nakryć kocem w kolorze
ziemi, a wróg przejdzie i cię nie zauważy. Robiliśmy to często.
- Czy Nyphron nie powinien sobie zdawać z tego sprawy? - zapytał Krugen.
- Sami widzicie. Nie jest tak sprytny, jak mu się wydaje - podsumował
posępnie Raithe tonem kogoś przekonanego, że ma rację. Persefona
wiedziała, że głównym obiektem frustracji Dureyanina jest Nyphron, ale
czuła, że ona też. Ostatecznie to ona zezwoliła na przeprowadzenie tej
akcji. Zimny, wyrażony bez emocji osąd Raithe'a zabolał właśnie dlatego,
że to Dureyanin miał rację, a ona nie posłuchała.
- Myślicie, że uwzględnili to w swoich planach? - zapytał błagalnie
Alward z Nadaku, tak jakby zgromadzona na skale grupka wodzów miała moc
spełniania życzeń.
- Galantianie? - spytał z niedowierzaniem Tegan. - Oni nie planują.
Uważają, że nadmiar przezorności kłóci się z duchem przygody. Tak
słyszałem.
Alward zmarszczył czoło i zgarbił się, nie zamknąwszy rozdziawionych
ust.
Persefona znów dała krok do przodu, a Raithe ponownie chwycił ją za
rękę.
O ile za pierwszym razem było to irytujące, za drugim razem Persefona
uznała, że przesadził. Zamierzała go skarcić, ale spojrzała w dół i zobaczyła, że stoi pół kroku od krawędzi. Gwałtownie zaczerpnęła tchu i cofnęła się na bezpieczną odległość.
- Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby stracić zarówno ciebie, jak i Galantian w jedno popołudnie - skomentował Raithe.
Stracić ich? Ta wizja, z pozoru tak nieprawdopodobna, skrystalizowała
się w umyśle Persefony po raz pierwszy. Co, jeśli Galantianie zostaną
zabici lub pojmani? Co się z nimi stanie?
I co się stanie z nami?
Persefona popatrzyła w dół na setki ludzi oczekujących pod skałą oraz
tysiące zgromadzone dalej. Odwróciła głowę, żeby się upewnić, że Suri
nadal czeka obok. Ta dziewczyna zburzyła górę, więc powinna być w stanie
ochronić wojsko Persefony przed kilkoma setkami Fhrejów. To dlatego
wspięła się na skałę razem z wodzami, posłuszna naleganiom Persefony.
Jednakże Persefona tak naprawdę nie miała pojęcia, jak działa magia i co
Suri potrafi. A mistyczka przejęła od Arion niechęć do zabijania.
Persefona często powtarzała sobie, że to dobrze, ale teraz nie była już
taka pewna.
Znów spojrzała na czarną plamę na równinie, wszystko, co pozostało z wioski, gdzie niegdyś mieszkało czterdzieści rodzin. Zadała sobie
pytanie, czy to możliwe, że właśnie popełniła swój pierwszy i ostatni
błąd jako keenig Dziesięciu Klanów.
***
Dzierżąc w prawej dłoni zwiniętą flagę, Nyphron poprowadził swoich
Galantian przez Wielki Most w stronę wrót z brązu. Kilkanaście sążni nad
wejściem wisiało godło patrona fortecy, nieżyjącego władcy Alona Rhista
- dwie skrzyżowane włócznie. Cholernie trudno byłoby je stamtąd usunąć,
ale fakt, że Petragar nawet nie próbował tego zrobić, dobitnie
ilustrował różnicę pomiędzy obecnym komendantem twierdzy a Nyphronem,
czy raczej zaledwie jedną z różnic. Tylko Ferrol wiedział, jak długa
okazałaby się ta lista, gdyby ktoś postanowił dokonać porównań i faktycznie ją spisać. Nyphron przypuszczał, że on i Petragar nawet nie
żują jedzenia w ten sam sposób. Gdyby ich role były odwrócone, nad
wrotami zawisłoby godło Nyphrona. Na razie nie miał takiego, ale już
niedługo zamierzał się o nie postarać. Smok albo może lew - coś
groźnego, potężnego, godnego szacunku. Wszyscy wielcy przywódcy powinni
w jakiś sposób zmienić oblicze świata, a Nyphron zacząłby od
wyrzeźbienia swego znaku na tej ścianie.
- Nie powinieneś był wracać - oznajmił Sikar.
Stał na czele oddziału tarczowników zagradzającego drugi koniec mostu.
Był w pełnej zbroi, jakby spodziewał się kłopotów. Na jego hełmie
pysznił się czerwony pióropusz - znak, że po wygnaniu Galantian Sikarowi
udało się awansować.
- Nie mogliśmy wytrzymać na obczyźnie. - Tekchin wyciągnął ramiona i posłał Sikarowi kilka całusów. - Było nam zbyt tęskno za tobą.
Sikar pokręcił głową, marszcząc brwi. Ewidentnie nie był w nastroju do
żartów.
- Jesteś durniem, Tekchin. - Przeniósł spojrzenie na Grygora,
zatrzymując je na moment na drewnianej skrzynce, którą dźwigał olbrzym,
a potem popatrzył na flagę w dłoni Nyphrona. - Poddajecie się czy
chcecie pertraktować?
Elysan, starszy wiekiem Fhrej, który niegdyś był bliskim przyjacielem i doradcą Zephyrona, stanął po prawicy Sikara i odpowiedział pierwszy:
- Pertraktować. Słyszałeś kiedyś, żeby Galantianie się poddali?
Sikar nie odrywał wzroku od Nyphrona.
- Wiesz, zwyczaj nakazuje, żeby machać tą flagą, zanim podejdzie się do
bramy. Nie żeby to wam coś pomogło. Fane ogłosił was banitami. Już nie
chroni was Prawo Ferrola. - Mówił ze straszliwą powagą, a w jego oczach
malowało się tak ewidentne poczucie winy, że Nyphron odnotował to jako
interesujące.
Tekchin zaśmiał się cicho, splatając ręce na piersi. Nyphron wydał
wcześniej rozkaz, żeby żaden z jego podwładnych nie próbował sięgnąć po
broń, więc Tekchin zapewne czuł się jak na odwyku.
- I liczysz, że dzięki temu nie będziesz musiał spłacić tych długów
hazardowych, które jesteś mi winien?
- To nie żarty! - krzyknął Sikar. - Oni...
Nad ich głowami zahuczały rogi, a wrota się otwarły.
- Cicho - powiedział Tekchin. - Idzie twój zwierzchnik. Nie martw się,
nic mu nie powiem.
Sikar nie wydawał się zirytowany. Raczej zasmucony. Powoli pokręcił
głową i westchnął.
- Spokojnie, Sikarze - powiedział Nyphron. - Wróciłem. Wszystko
naprawię.
- Zetną ci głowę. Jesteś tego świadom, prawda?
Nyphron tylko się uśmiechnął.
Z otwartych wrót wymaszerowała kohorta instariańskich wojowników.
Nyphron nie musiał odwracać głowy, żeby wiedzieć, że inne oddziały
odcięły im odwrót. Domyślał się, że Petragar wysłał im na powitanie całą
Pierwszą Włócznię. Ten pokaz siły był czymś więcej niż komplementem albo
dowodem na Petragarowe tchórzostwo. Był dokładnie tym, czego Nyphron
potrzebował.
Wojownicy zajęli pozycje po obu stronach mostu, zagradzając przestrzeń
przed wrotami, aby umożliwić Galantianom przejście. Jednakże Nyphron nie
zamierzał zrobić ani kroku dalej. Zaplanował to spotkanie włącznie z takimi szczegółami, jak kamienny blok, na którym teraz stał, jak również
- co istotniejsze - przestrzeń, gdzie zgromadzili się Instarya. Po
stuleciach znał na pamięć wszystkie kryjówki oraz strategiczne punkty.
Petragar opuścił fortecę jako ostatni.
Odważny jak zawsze, pomyślał Nyphron.
U boku komendanta twierdzy, kolebiąc się na nogach jak kaczka, kroczył
Vertumus, legat władcy. Ten grubas ze szczepu Gwydry jakimś cudem zdołał
awansować - albo wypaść z łask - i został przysłany tutaj, do Avrlynu,
który Fhrejowie uważali za dzicz. Vertumus towarzyszył Petragarowi,
kiedy ten przybył po śmierci ojca Nyphrona, żeby objąć stanowisko
komendanta Rhistu. Nyphron wiedział o nim tylko tyle, że Vertumus był
współtwórcą planu polegającego na wysłaniu Rapnagara i pozostałych
olbrzymów, aby zniszczyli dahl Rhen i zabili Nyphrona, Arion oraz
Raithe'a.
Dobrana z nich parka: chłoptaś i jego łasica, pomyślał.
- Nyphronie, synu Zephyrona - odezwał się Vertumus. - Zostałeś...
- Zamknij się - rozkazał Nyphron. - Nie przybyłem z tak daleka po to,
żeby słuchać, co masz do powiedzenia.
Petragar wytrzeszczył oczy.
- Nie masz...
- Nie przybyłem też po to, żeby rozmawiać z tobą, ty synu Jędzy Tetlin.
Petragar wydawał się skonfundowany rhuńską obelgą, tonem, jakim Nyphron
do niego przemówił, oraz... cóż, wszystkim innym. Taki już był. Podczas
gdy gapił się na swoich podkomendnych, próbując zrozumieć, co się
dzieje, Nyphron ogarnął wzrokiem twarze swojej licznej rodziny. Znał ich
wszystkich.
Ojciec Nyphrona był tyranem, jeśli chodzi o wychowanie syna. Zephyron,
pan Rhistu i głównodowodzący wszystkich sił stacjonujących wzdłuż
zachodniej granicy, nie zrobił absolutnie nic, żeby uprzywilejować
Nyphrona czy zapewnić mu specjalne traktowanie. Jego syn był zmuszony
sypiać w koszarach razem z pozostałymi Instarya oraz spożywać posiłki we
wspólnej sali jadalnej. Nyphron maszerował w tym samym błocie, walczył i krwawił obok szeregowych żołnierzy. W tamtych czasach prowokowało to
jego protesty, teraz jednak, stojąc na Wielkim Moście, w myślach
podziękował ojcu. Zaledwie po raz drugi w życiu. Pierwszy raz nastąpił
po tym, jak Zephyron raczył zginąć w trakcie Uli Vermar.
- Powróciłem, by przemówić do moich braci. - Gdy tylko wyrzekł te słowa,
Grygor postawił skrzynkę na ziemi, a Nyphron wspiął się na nią. -
Instarya! - krzyknął z tego zaimprowizowanego podwyższenia, wymachując
zrolowaną flagą jak batutą pozwalającą mu dyrygować symfonią oczu. -
Władca Alon Rhist powrócił. Przybywam jako wybawca, żeby wyzwolić was
spod tyranii idiotów i tchórzy.
- Jak śmiesz?! - wykrzyczał Petragar, Jego głos przeszedł w kompromitująco skrzekliwy wrzask. Idealnie. - Jesteś...
- Już zbyt długo znosimy zniewagi i upokorzenia ze strony fane'a, który
nas nie szanuje, nie docenia i nie kocha. - Nyphron bez trudu zagłuszył
skrzeczące okrzyki Petragara. Przywódca Galantian był dobrym mówcą: jego
głos był donośny, głęboki i dźwięczała w nim pewność siebie.
- Jesteś zdrajcą! - krzyknął Petragar. - I synem zdrajcy!
Nie zaszczycając go spojrzeniem, Nyphron uznał za stosowne zareagować na
rzucone oskarżenie, głównie dlatego, że zgrabnie wpisywało się w tok
jego przemowy. Nie spodziewał się wsparcia, a już na pewno nie ze strony
Petragara, ale nie miał nic przeciwko temu, żeby je przyjąć.
- Mój ojciec oddał życie za swój szczep, w służbie swego ludu, by
umożliwić im powrót z wygnania, gdzie tylko my jesteśmy zmuszeni
cierpieć w błocie i przelewać krew. Walczymy i giniemy, podczas gdy
Miralyithowie, Umalyn, Nilyndd, Eilywin i Gwydry korzystają z owoców
naszego poświęcenia. Nawet Asendwayrom wolno powracać za rzekę
Nidwalden. Tylko Instarya pozostają wykluczeni z naszej starodawnej
ojczyzny. Dlaczego tak jest?
- Ponieważ to fane o tym decyduje, nie ty! - krzyknął Petragar. Jego
głos brzmiał piskliwie i słabo.
- Zaiste! - Nyphron zaczynał naprawdę doceniać wkład Petragara w swoje
przemówienie. Ten wiotki jak wierzba płacząca Fhrej miał jedną
nieoczekiwaną zaletę: sprawiał, że Nyphron wypadał świetnie na jego tle.
Nie można było ofiarować synowi Zephyrona lepszego podarunku. - Ponieważ
fane zarządził, że choć dźwigamy na barkach największe brzemię, naszą
zapłatą będą pogarda i upokorzenie. Ci z was, którzy byli obecni w Estramnadonie i widzieli pojedynek, mogą to potwierdzić. Czy tak
postępuje fane, który wie, co to honor, i darzy szacunkiem swój lud? Czy
raczej tyran, który umacnia swe rządy, siejąc terror?
- Sikar! - wrzasnął Petragar. - Aresztuj go! Ściągnij go z tej skrzynki!
Sikar się zawahał.
Naprawdę go nienawidzą, pomyślał Nyphron. To może się okazać jeszcze
łatwiejsze, niż sądziłem.
- Pozwólcie, że wyjaśnię, w jakim celu przybyłem. - Nadał swemu głosowi
delikatniejsze brzmienie i podjął: - Jestem tu, żeby uratować was
wszystkich. Alon Rhist to jedyny dom, jaki kiedykolwiek znałem, a Instarya są moją rodziną. Przybyłem, żeby was ocalić.
- To ty potrzebujesz ocalenia - zawarczał Petragar, przepychając się ku
Nyphronowi przez szeregi stojących nieruchomo żołnierzy.
- Od wielu lat ostrzegałem, że Rhunowie są w stanie walczyć równie
sprawnie jak Fhrejowie. Mało kto mi wierzył. - Skupił wzrok na Sikarze.
- Życie udowodniło, że miałem rację, kiedy Shegon zginął w czasie
patrolu przy Rozwidleniu.
- Shegon został zamordowany, kiedy leżał nieprzytomny - rzekł Sikar.
- To bez znaczenia. Widziałem na własne oczy, jak rhuński wojownik zabił
Gryndala. Zarąbał go perfekcyjnym ciosem w szyję, oddzielając głowę od
tułowia. Pamiętacie Gryndala, czyż nie?
Sądząc po minach tłumu, żaden żołnierz nie przyjął tych słów obojętnie.
W tym również Sikar, który odwrócił się i popatrzył na Petragara. Nie on
jeden.
- Czy to prawda? - zapytał Sikar.
- Ja... Powiedziano mi, że coś...
- Rhun zabił Gryndala, a ty nam nie powiedziałeś?
- I Gryndal nie był wówczas nieprzytomny - podjął Nyphron. - A jeśli to
nie wystarczy, wiedzcie, że sam walczyłem z Rhunami, a w Rhenie omal nie
zginąłem w starciu z jednym z nich. Uratowało mnie tylko to, że Sebek
interweniował w porę.
Spojrzał na Sebeka, a ten skinął głową. Wywołało to jeszcze większe
zdziwienie zgromadzonych.
- To znaczy, że straciłeś wprawę - oznajmił Petragar, przepychając się
między tarczownikami, żeby stanąć obok Sikara. Krzyknął z frustracją: -
Dobądź broni i zabierz ich do duryngonu albo zabij ich na miejscu! Ale
zrób to natychmiast, inaczej zostaniesz oskarżony o sprzeciwianie się
rozkazom fane'a i stracony razem z Galantianami!
Wściekłe krzyki Petragara sprawiły, że Sikar cofnął się o krok. Skrzywił
się z niezadowoleniem, po czym westchnął i sięgnął po broń.
- Lepiej nie próbuj - powiedział Tekchin.
- Zamknij się. - Sikar dobył miecza z takim ociąganiem, jakby brzeszczot
ważył więcej niż Grygor. - Czy choć raz nie możesz trzymać języka za
zębami?
- Wiem, że trudno w to uwierzyć - podjął Nyphron, zwracając się do
Sikara. - Ale tym razem Tekchin ma rację. Odłóż miecz.
- Nie mogę. - Sikar pokręcił głową. - Nie powinieneś był wracać.
Sikar był dobrym żołnierzem, co oznaczało, że samodzielne myślenie nie
zalicza się do jego mocnych stron. Miał silne ręce, gotowe służyć temu,
kto pociąga za sznurki, a chwilowo tym kimś był Petragar.
Pora przeciąć ci sznureczki, kukiełko, pomyślał Nyphron.
- Zanim rozkażesz moim przyjaciołom nas pozabijać... - Mówił powoli,
wyraźnie i głośno, równocześnie rozwijając krwistoczerwoną flagę. -
Pozwól, że wam pokażę jeszcze coś, co mogło umknąć waszej uwadze.
- Możesz sobie darować teatralne gesty. Już widzieliśmy tę obdartą bandę
Rhunów, z którymi podróżujesz - oznajmił Sikar.
- Widzieliście tylko tych, których uznałem za stosowne wam pokazać -
odrzekł Nyphron. - Pozwól, że wam przedstawię tych, którzy dotąd
pozostawali w ukryciu.
Wzniósł flagę i pomachał nią nad głową.
Z oddali odpowiedział mu dźwięk rogów.
Nyphron nie odwrócił głowy. Nie musiał. Wszystko, co działo się za jego
plecami, znalazło odzwierciedlenie w wytrzeszczonych oczach Fhrejów,
którzy stali przed nim. Nawet Sikar rozdziawił usta. Petragar wyglądał,
jakby miał zaraz zemdleć.
- Zamknijcie wrota! Zamknijcie wrota! - wrzasnął.
- Tego też bym nie robił na waszym miejscu. - Tekchin wyszczerzył zęby w uśmiechu.
- Choć trudno w to uwierzyć, Tekchin znów ma rację. - Nyphron przestał
machać flagą i opuścił ją. - To, co widzicie, to pięć tysięcy
zaprawionych w walce, uzbrojonych w dhergijską broń Gula-Rhunów. I zanim
pomyślicie, że mury Alon Rhist was ochronią, zważcie, że mamy też
Miralyitha.
- Miralyitha? - zapytali jednym głosem Sikar i Petragar, a potem, niczym
echo w kawernie, żołnierze również zaczęli powtarzać to słowo.
- Wy ją znacie jako Arion, nauczycielkę księcia.
- Wysłano ją, żeby cię aresztowała - powiedział Petragar.
- Zmieniła zdanie. Nawet ona widzi, że fane postradał rozum.
- A fane wysłał olbrzymów, żeby ją ukarali za błędną ocenę sytuacji.
- To była olbrzymia pomyłka. - Tekchin zachichotał.
Nyphron uśmiechnął się i pokręcił głową.
- Zaiste, olbrzymy nie wyszły na tym zbyt dobrze. Nie żyją, a Arion
współpracuje teraz z nami. Dlatego zamknięcie tych wrót nijak wam nie
pomoże. Arion wysadzi je w powietrze albo po prostu zburzy mury.
- Kłamiesz - rzucił Petragar.
Nyphron odwrócił się do Galantian.
- Przysięgnijcie na wasz honor, że mówicie prawdę przed waszymi braćmi
oraz lordem Ferrolem. Czy Artystka Arion, niegdyś nauczycielka księcia,
przyłączyła się do nas z własnej woli i dopomaga nam w naszych
działaniach?
Wszyscy Galantianie odrzekli jednym głosem:
- Przysięgamy na nasz honor, że tak właśnie jest.
- Kłamiecie! - zawył Petragar. - Oni wszyscy kłamią!
Tak zirytowany, że nie był w stanie dłużej zachować milczenia, Elysan
odwrócił się do niego.
- To Galantianie.
- I są kłamcami! - Głos Petragara łamał się, przechodząc w pisk.
- Nie waż się tego powtarzać - warknął Sikar przez zaciśnięte zęby.
- Nie będziesz mówił lordowi Petragarowi, co ma robić - odezwał się
Vertumus. - To on tutaj dowodzi.
- Tak jest - oznajmił Petragar. - To ja dowodzę. Ci... ci Galantianie są
wyjętymi spod prawa heretykami i zdrajcami. Mają zostać sprowadzeni z powrotem do Estramnadonu bądź zabici w przypadku, gdyby stawiali opór.
Taka jest wola fane'a. - Odwrócił się do Sikara. - Czyń swoją powinność.
- Wojna zacznie się tutaj - oznajmił Nyphron, też zwracając się do
Sikara. - Nie mogę pozwolić, by ta forteca nadal stała, jeśli stanie
przeciwko mnie.
- Nie możesz żądać, byśmy zabijali swoich. Nawet jeśli obecny fane jest
kiepskim władcą, nadal obowiązuje nas Prawo Ferrola.
- Ależ ja nie proszę, żebyście robili cokolwiek. - Nyphron zaczął zwijać
flagę. - Prawdę mówiąc, chcę, żebyście nie robili absolutnie nic.
To właśnie był klucz, który Nyphron wetknął w zamek i zamierzał zaraz
przekręcić. Dostrzegł zaskoczenie w oczach Sikara, jak również - co
ważniejsze - ochocze zaciekawienie. Żołnierz znalazł się w pułapce
pomiędzy rozkazami a honorem i desperacko poszukiwał jakiegoś wyjścia.
- Nic? Nie rozu...
- Powiedziałem, aresztuj go albo zabij! - warknął Petragar.
Elysan tylko przewrócił oczami.
- Jestem przywódcą szczepu Instarya - rzekł Nyphron do Sikara, ignorując
Petragara. - Nie proszę mego ludu o nic, czego sam nie byłbym gotów
zrobić. A nie zamierzam łamać Prawa Ferrola. Gdyby było inaczej,
naprawdę myślisz, że on by nadal żył? - Nyphron wskazał Petragara
zrolowaną flagą. - Wszystko, o co proszę, to żebyście mi nie stawali na
drodze. Po prostu się nie mieszajcie. Jeśli to konieczne, zamelduj
władcy, że w obliczu miażdżącej przewagi liczebnej wroga nie mieliście
innego wyjścia, jak tylko się poddać, bo w przeciwnym razie moje wojsko
wyrżnęłoby w pień całą załogę Alon Rhist. Obawiam się, że taka właśnie
jest prawda. To dlatego ich sprowadziłem. Rhunowie są tu po to, żeby
dostarczyć usprawiedliwienia dla twoich działań i zniwelować obawy, że
te działania mogłyby rzucić jakikolwiek cień na twój honor.
Sikar zmrużył oczy.
- Jaki jest twój plan?
- Przestań dawać mu posłuch! - Petragar bez ostrzeżenia popchnął Sikara.
Każdy, kto choć trochę znał tego drugiego, wiedziałby, że jest to błąd.
Kapitan gwardii zamachnął się łokciem i rąbnął Petragara prosto w żuchwę. Komendant twierdzy wrzasnął, zatoczył się i padł. Nie
zaszczycając go spojrzeniem, Sikar ponownie zwrócił się do Nyphrona:
- Jak to wszystko widzisz?
- Rhunowie są w stanie totalnej rebelii. Zarówno Gula, jak i Rhulyn.
Zjednoczyli się i wybrali keeniga.
- Tak, wiemy - powiedział Elysan, nie patrząc na Galantian, tylko na
wzgórza.
- Rhunowie będą bronią, której użyjemy, żeby przemówić władcy do
rozsądku - wyjaśnił Nyphron. - Lub też mieczami, którymi strącimy go z tronu.
- Ale to jest... - Sikar miał zbolałą minę. - Nad wyraz niechętnie to
mówię, ale Petragar ma rację. To, co robisz, to zdrada stanu.
- A czym jest to, co Miralyithowie zrobili szczepowi Instarya? No? Mój
ojciec próbował trzymać się zasad. Był posłuszny prawom i widzieliście,
z jakim efektem. Czy sądzisz, że Ferrol, który podarował nam róg,
chciał, żeby jeden szczep permanentnie zdominował pozostałe? W takim
razie jaki byłby sens istnienia rogu? Miralyithowie nigdy nie zrezygnują
z władzy, a kto może liczyć na zwycięstwo w pojedynku z Artystą?
Sikar i Elysan wymienili spojrzenia. Nyphron mógłby przysiąc, że
dostrzegł, jak Elysan kiwa głową, choć był to zaledwie minimalny ruch.
- Co wy na to? - zapytał Nyphron. - Odwrócicie się od Ferrola i nauczycie się czcić Miralyithów jako waszych nowych bogów? Czy też
zaufacie mnie, członkowi szczepu Instarya wychowanemu, by wam
przewodzić? Wychowanemu przez ojca, który oddał życie, żeby ocalić nas
przed tymi samozwańczymi bogami?
- Ty kanalio! Znóaa złaaną szczękę! - wybełkotał Petragar.
Dopiero teraz zdołał się dźwignąć na czworaki. Kulił się na ziemi ze
łzami w oczach, trzymając się za twarz.
Sikar odwrócił się, ale nawet nie spojrzał na Petragara. Stanął przodem
do zebranych Instarya i oznajmił:
- Fane rozkazał nam aresztować lub zabić tych Fhrejów. Nyphron prosi,
byśmy się wstrzymali. Fane jest naszym władcą, ale Galantianie to nasi
bracia. W tym konflikcie jestem skłonny wziąć stronę moich braci i uznać
Nyphrona, syna Zephyrona, za prawowitego pana Rhistu.
- Przychylam się do tego samego - oznajmił Elysan. - Ale ponieważ jest
to działanie wbrew woli fane'a, nie możemy nikomu wydać takiego rozkazu.
Sikar kiwnął głową i cofnął się tak, by droga do mostu i Galantian
stanęła otworem.
- Każdy Fhrej, który nie chce sprzeciwić się rozkazom fane'a, może teraz
swobodnie dobyć broni i czynić to, co uważa za swą powinność.
Zrobił jeszcze kilka kroków w bok, po czym powiódł wokół wzrokiem,
wypatrując żołnierzy, którzy pozostali lojalni wobec fane'a.
Petragar, nadal kurczowo trzymając się za twarz, z wysiłkiem poruszył
głową, żeby też się rozejrzeć.
- Zrócie to! - krzyknął, gdy nikt się nie poruszył. - Ąćcie oosłuszni
semu ładcy!
Nadal nikt się nie poruszył.
Po kilku minutach bezruchu i ciszy przerywanej tylko desperackimi
okrzykami Petragara Sikar skinął głową.
- Niech tak będzie. - Potem odwrócił się do Nyphrona. - Witaj z powrotem, mój panie.
***
- Jak sądzicie, co to oznacza? - zapytał Krugen, kiedy większość
Galantian oraz obrońców twierdzy zniknęła we wnętrzu fortecy. Tylko
Tekchin i Grygor zawrócili i weszli na most.
- Nie zabili ich - powiedział Lipit. - To musi być dobry znak, czyż nie?
Persefona już schodziła wąską, pylistą ścieżyną, zastanawiając się, jak
szybko może bezpiecznie się przemieszczać. Chciała czym prędzej wrócić
na dół, dowiedzieć się, co zaszło, i zastanawiała się, co ją podkusiło,
żeby wspinać się na skałę.
- Co tam się wydarzyło? - Moya była pierwszą osobą, która powitała
Persefonę na dole. Jej wielkie oczy wydawały się jeszcze większe niż
zazwyczaj. - Walczyli? Czy Suri coś zrobiła?
Suri popatrzyła na nią zaskoczona.
- Odpowiedź na oba pytania brzmi: nie, ale nie wiemy dokładnie, co się
wydarzyło. - Persefona pośliznęła się na żwirze, gdy była już prawie na
dole. Potknęła się, ale zdołała bezpiecznie zeskoczyć na równy grunt.
Znalazła się w grupce Tarcz wodzów. Wojownicy zostali i czekali tutaj po
tym, jak Raithe oznajmił, że nie pomieszczą się wszyscy na wierzchołku
skały. - Tekchin i Grygor właśnie wracają. Mam nadzieję, że przynoszą
nam dobre wieści.
- Tekchin?
- Tak, Moya. - Persefona przewróciła oczami. - Twój ukochany jest cały i zdrów.
- Tylko zapytałam, pani keenig.
- Nie mów tak do mnie.
- Wszyscy tak mówią.
- Nieprawda.
Persefona przepchnęła się obok Oza i Edgera, zakasała spódnicę i zbiegła
po zboczu na skraj drogi. Ujrzała stamtąd dwóch Galantian, którzy
zmierzali ku niej energicznym krokiem. Za nimi podążali mężczyźni z klanów Rhen, Tirre i Warric, ciekawi przyniesionych wieści.
- Pani keenig. - Tekchin powitał ją oszczędnym ukłonem.
Persefona zmarszczyła brwi.
- Co tam się wydarzyło?
- Jesteśmy w środku.
- Co chcesz przez to powiedzieć?
Tekchin zamaszystym gestem wskazał Alon Rhist.
- Twoja nowa forteca czeka. Myślę, że okaże się wygodniejsza niźli
Wschodnie Grzęzawisko.
- Moja forteca?
Tekchin parsknął śmiechem.
- Pani keenig, czy nie patrzyłaś, co się dzieje? Właśnie zdobyłaś Alon
Rhist.
Rozdział trzeci
Rozdział trzeci
Rhist
Zamieniliśmy ubitą ziemię i z grubsza ociosane kłody na marmur i szkło.
Księga Brin
Podczas poprzednich wizyt w Alon Rhist Persefona trzymała się blisko
Reglana, a żadne z nich nie paliło się do błąkania po mieście. Nikt nie
przechadzał się bez celu po fhrejskim terytorium, a co dopiero w sercu
ich głównej twierdzy, której najwyższa wieża stała się symbolem
nieprzerwanego czuwania. W czasie tamtych wizyt procesja wodzów
maszerowała pod strażą przez Wielki Most. Mężczyzn prowadzono do sali
spotkań, kobiety zaś - te, którym pozwalano przybyć - oczekiwały w pobliskich komnatach. Persefona podziwiała lampy, okna, zasłony i meble.
Nie odważyła się choćby wychylić nosa z małego apartamentu. Żadna z kobiet nie zdobyła się na takie zuchwalstwo. Nie zaproponowano im
posiłku w południe, a wszyscy Rhunowie spożyli wieczerzę wspólnie.
Podczas drugiej wizyty Persefona odważyła się wspiąć po schodach razem z Gelą, którą początkowo uważała za żonę Lipita, i dopiero później
dowiedziała się, że to jego kochanka. Dotarły na wyższy poziom budowli,
gdzie były okna, i zachwyciły się nieznanym im dotąd widokiem na ogromną
kopułę, piękne miasto w dole oraz potężną wieżę, która wznosiła się
niewiarygodnie wysoko.
Nikt ich nie zatrzymał, nikt nawet nie spojrzał w ich stronę, ale
Persefona i tak śmiertelnie się wtedy bała. Wystarczyło im odwagi tylko
na wyjrzenie z jednego okna, ale zachowała w pamięci tamten widok.
Później śniła, że spaceruje po wybrukowanych ulicach miasta i zagląda do
sklepów pod arkadami. W tych snach nigdy się nie bała. Była niewidzialna
i jakimś sposobem miała tego świadomość. Persefona nigdy nie
przypuszczała, że te sny kiedyś staną się rzeczywistością.
W dniu, gdy Nyphron został panem Alon Rhist, poświęcił całe popołudnie
na to, żeby osobiście oprowadzić Persefonę po fortecy, która miała stać
się jej nowym domem. Dotąd sądziła, że twierdza jest ogromna, ale
okazało się, że wcale nie. Majestatyczne fortyfikacje wznosiły się na
szczycie góry, co wyglądało tak, jakby wyrastały prosto ze skał. Niżej
rozpościerało się miasto zbudowane z jaśniejszego kamienia i drewna. Te
mniejsze budynki tworzyły kolejne poziomy na zboczu wzgórza, oplatając
się wokół niego jak ogon smoka wokół sterty złota.
- A to jest Mirrelyn. - Nyphron wskazał pozbawione ozdób otwarte drzwi w skupisku trzypiętrowych budynków.
- Kraina Wesołości?
Nyphron uśmiechnął się zaskoczony.
- Bardzo dobrze znasz fhrejski. Mirrelyn to... - Zatrzymał się na środku
ulicy i zamyślił. - Nie wiem, czy w Rhulynie macie coś podobnego. To
miejsce, do którego udajemy się, żeby pić, śpiewać pieśni i snuć
opowieści.
- Robimy to wszystko w naszych strażnicach.
- Mirrelyn ma mniej formalny charakter. To miejsce, gdzie mogą
przychodzić zwykli ludzie, żeby się odprężyć i miło spędzić czas.
Galantianie i ja przesiedzieliśmy tam niejedną długą noc.
- Te budynki wydają się nieduże. Czemu przesiadujecie w nich, skoro
macie tę ogromną kopułę? Mam wrażenie, że mogliby się pod nią zmieścić
mieszkańcy całego miasta.
- Verenthenon to nasza sala plemienna, miejsce wieców. Taka mniejsza
wersja Airenthenonu. Dowódcy poszczególnych Włóczni spotykają się tam,
żeby dyskutować nad różnymi sprawami i doradzać komendantowi Rhistu.
Persefona uśmiechnęła się uprzejmie.
- Rozumiem.
- Nie masz zielonego pojęcia, co właśnie powiedziałem, prawda?
- Powiedziałeś, że ten budynek z kopułą to wasza strażnica, tylko nie
pijecie tam.
Nyphron się roześmiał.
- W porządku, to się mniej więcej zgadza.
- Coś takiego nie sprawdziłoby się w Rhulynie - poinformowała go
Persefona, gdy ruszyli dalej. - U nas nie można zwołać spotkania bez
poczęstunku i napitku. Nikt by nie przyszedł.
Nyphron znów się roześmiał. Ładnie się śmieje, pomyślała Persefona. I życzliwie. Często postrzegała humor i śmiech - pod warunkiem, że nie
szyderczy - jako prezent, którym obdarowujący i obdarowany mogą się
cieszyć w równym stopniu. Osoby pozbawione poczucia humoru jawiły się
jej jako skąpcy. Znani jej mężczyźni byli w większości zdecydowanie zbyt
poważni, co sprawiało, że Nyphron wydawał się promyczkiem światła w ponurym lesie.
Miasto wyglądało zupełnie inaczej niż w jej snach. Na jawie było
znacznie mniej nieskazitelne, ale robiło o wiele większe wrażenie.
Labirynt krętych uliczek wybrukowanych kamiennymi płytami, ładne łuki
mostów, wielopiętrowe, pomalowane na jaskrawe kolory kamienice o wysokich oknach i drzwiach z ciemnego drewna - wszystko to były rzeczy
wykraczające poza wyobraźnię Persefony. Jednakże z zaskoczeniem
dostrzegła też sterty gnoju, rozbite garnki, pijanych do nieprzytomności
Fhrejów śpiących w rynsztoku, nabazgrane na murach sprośne obrazki i smród moczu, który unosił się zwłaszcza w bocznych uliczkach. Jednakże
największą różnicą pomiędzy snami a rzeczywistością był fakt, że na
jawie mieszkańcy Alon Rhist mogli ją widzieć. Wszyscy się gapili. Ci,
którzy czerpali wodę z fontanny, zapomnieli, po co tam przyszli. Stali
jak wmurowani, gdy Nyphron i Persefona przechodzili obok. Rozmowy
cichły, drzwi się zatrzaskiwały, śmiechy milkły. Persefona widziała, że
na wszystkich twarzach maluje się strach pomieszany z odrazą i niedowierzaniem. Jedna z fhrejskich kobiet wybuchnęła płaczem.
Zdawało się, że Nyphron nie dostrzega tego wszystkiego. Spokojnie szedł
dalej, wskazując różne warte uwagi miejsca i widoki. Opowiadał o nich z dumą i zaskakującą werwą.
- Nie będziemy szli tam wyżej. - Wskazał wąską uliczkę, która biegła w górę zbocza i przechodziła pod mostem spajającym dwa trzypiętrowe
budynki. - Ale znajduje się tam wspaniała łaźnia.
- Łaźnia?
- Miejsce, gdzie można się kąpać, pocić w parze i integrować towarzysko.
- Te słowa nie wydają mi się w żaden sposób powiązane.
Kolejna salwa ciepło brzmiącego śmiechu. Tego dnia Persefona
najwyraźniej była boginią humoru.
- Wierz mi, jest to coś niezwykle przyjemnego. Ogromnie ci się spodoba.
- Nie wątpię - skłamała.
Wrócili już do schodów i skierowali się w dół. Wycieczka dobiegała
końca, ale Persefona zamierzała jeszcze zadać Nyphronowi kilka pytań,
zanim powrócą do reszty. Kiedy zeszli na pierwszy podest, byli sami,
więc postanowiła skorzystać z okazji. Nyphron był wojownikiem; uznała,
że doceni bezpośredniość.
- Co teraz?
Zaskoczony Nyphron odwrócił się i spostrzegł, że Persefona została z tyłu.
- Pomyślałem, że mógłbym cię oprowadzić po ufortyfikowanej części. Nie
po Spyroku, wspinaczka tam byłaby zbyt mozolna, ale myślę, że...
- Mam na myśli: po tym jak zdobyliśmy Alon Rhist. - Wskazała palcem
Nyphrona, a potem siebie. - Co teraz?
- Ty jesteś keenigiem, ty mi powiedz.
- Nie jestem idiotką - odparła. - To dla ciebie ogromne zwycięstwo.
- Dla nas.
Przewróciła oczami.
- Do niczego nie dojdziemy, jeśli nadal będziesz mnie traktował jak
dziecko.
Nyphron zmierzył ją spojrzeniem zza przymrużonych powiek. Usta miał
rozchylone; oblizał wargi, a potem jego język dotknął przednich zębów i znieruchomiał.
- Zaplanowałeś to - podjęła Persefona.
- Oczywiście, że tak. Byłaś obecna, kiedy...
- Nie. Zaplanowałeś to, zanim w ogóle przybyłeś do Rhenu.
Nyphron chciał coś powiedzieć, ale zmilczał. Znów obrzucił ją uważnym,
kalkulującym spojrzeniem.
- Planowałeś ten manewr od miesięcy, może od lat, ale nie przewidziałeś,
że odegram w nim rolę. Sam spodziewałeś się zostać keenigiem Dziesięciu
Klanów.
Nyphron nadal nic nie mówił, ale na jego twarzy - może po raz pierwszy w obecności Persefony - odmalowało się autentyczne zainteresowanie.
Chciałaby wierzyć, że dostrzega również szacunek, ale może widziała
tylko to, co chciała zobaczyć.
- Kiedy przybyłeś do dahlu Rhen, oznajmiłeś, że zostałeś wyjęty spod
prawa, ponieważ nie chciałeś wcielić w życie edyktów fane'a i odmówiłeś
niszczenia rhuńskich dahli. Wyraziłeś oburzenie postawą innych Instarya,
którzy zniszczyli Dureyę oraz Nadak, wyrzynając tamtejszych wieśniaków.
Nie kupuję tego. Nie pomagasz nam dlatego, że mordowanie niewinnych
napawa cię odrazą.
Nyphron nie próbował zaprzeczyć, więc Persefona kontynuowała:
- Nie wiem. Może faktycznie nie lubisz zarzynać kobiet i dzieci. A może
zabijanie jest dla ciebie bezrefleksyjnym, wyuczonym odruchem i robisz
to z taką samą łatwością, z jaką Padera ukręca łeb kurze. Ale nie
zrezygnowałeś ze swego dziedzictwa, nie porzuciłeś tego wszystkiego... -
Persefona wskazała miasto - dlatego, że kilka chat uległo spaleniu i zabito kilkoro niemowląt. Nie sądzę, byś był zdolny do odczuwania tak
ogromnego współczucia, jakiego wymagałby podobny postępek. Szczerze
mówiąc, nie interesuje mnie to. Interesują mnie natomiast twoje obecne
plany. Jak sobie wyobrażasz dalszy ciąg tej wielkiej przygody?
- A jak sądzisz?
Persefona podeszła do poręczy i spojrzała w dół, na dach domu, na którym
urządzono ogródek owocowo-warzywny. Rośliny miewały się całkiem dobrze
jak na tak upalne lato.
- Sądzę, że to bezkrwawe zwycięstwo, wkroczenie do fortecy, którą mój
lud uważał za niezdobytą, już uczyniło cię bohaterem dziesięciu klanów.
Zyskujesz zaufanie i wiernych sojuszników. Jeszcze jeden podobny sukces
i niewykluczone, że przestaniesz mnie potrzebować. Może już uważasz, że
przestałam być potrzebna. - Obejrzała się. - A te schody są bardzo
strome.
- Zaiste - odrzekł Nyphron i ku zaskoczeniu Persefony wyciągnął do niej
rękę.
Zagapiła się podejrzliwie na jego dłoń.
Uśmiechnął się, widząc jej wahanie, opuścił rękę i pokiwał głową.
- Jesteś bystrzejsza, niż podejrzewałem, ale zapewne nie ja jeden cię
nie doceniłem. Rzecz jasna, mógłbym skłamać, mógłbym ci wmawiać, że się
mylisz, i ponownie zapewniać, jak bardzo mi zależy na ocaleniu Rhunów,
ale przypuszczam, że bez trudu byś mnie przejrzała. Niełatwo cię
okłamać.
- To nieprawda. Ludzie okłamują mnie bez mrugnięcia okiem. Trudne
okazuje się tylko sprawienie, żebym uwierzyła. Zatem co ma się teraz
wydarzyć? Jakie są twoje plany... względem mnie?
Nyphron przeczesał palcami włosy, zatrzymując jedną dłoń na karku.
- No dobrze. Planowałem ci to powiedzieć w bardziej stosownym czasie i miejscu. - Popatrzył na schody i wzruszył ramionami. - Ale ponieważ
nalegasz... Miałem nadzieję cię poślubić.
Persefona rozdziawiła usta. Zdobycie głównej twierdzy Fhrejów w ciągu
kilku minut bez choćby jednej ofiary śmiertelnej wydawało się niczym w porównaniu z szokiem, jaki ją ogarnął, gdy usłyszała to jedno zdanie.
- Poślubić mnie?
- U was też istnieje ten zwyczaj, prawda? Rhunowie zawierają małżeństwa?
- Owszem, my zawieramy, ale my... - ponownie wskazała palcem Nyphrona, a potem siebie - nie.
- Czemu nie? Nie mów mi, że jakieś rhuńskie prawo zabrania i tego.
Persefona znów otworzyła usta, ale nie zdołała wydobyć z siebie głosu.
Liczba możliwych odpowiedzi na zadane pytanie przerosła jej zdolność
ujęcia ich w słowa.
- W społeczeństwie Fhrejów większość małżeństw aranżuje się w konkretnym
celu. Aby podnieść swój status, zyskać wstęp do określonych kręgów,
tworzyć potrzebne sojusze. Rzadko kiedy chodzi o romantyczną więź.
Proponuję właśnie coś takiego.
Proponuje! - pomyślała.
- Aby wygrać tę wojnę, musimy połączyć siły. Ja potrzebuję zyskać
wiarygodność w oczach klanów. Bez tego nie zechcą dla mnie walczyć. Ty
potrzebujesz wsparcia Instarya, a ja mogę ci je zapewnić. Mój autorytet
zagwarantuje nam wsparcie wszystkich twierdz w Avrlynie. Nasze
małżeństwo pozwoliłoby połączyć te dwie grupy, dotychczas
antagonistycznie nastawione względem siebie, w niezwykle skuteczną i przytłaczająco liczną armię. Wasza liczebność, moje rady oraz zasoby... -
splótł palce przed sobą - sprawią, że razem staniemy się niczym węzeł
spajający dwa sznury, by razem utworzyły linę wystarczająco silną, by
utrzymać ciężar świata.
- Albo wystarczająco długą, byśmy mieli na czym się powiesić w razie
czego.
- To też. - Nyphron się uśmiechnął. Emanował zdumiewającą aurą potęgi,
lecz uśmiech miał ciepły, przyjazny, zachęcający.
Ale czy szczery? No cóż, przynajmniej już nie traktował Persefony jak
dziecko.
- Nie ma potrzeby, żebyś mi teraz udzielała odpowiedzi. Prawdę mówiąc,
wolałbym, żebyś się wstrzymała. Tak jak wspomniałem, to nie jest
odpowiednie miejsce ani czas. Urządźmy się tu najpierw, poznajmy się
lepiej. Wtedy będziemy mogli wrócić do tematu.
Wrócić do tematu? Jest tak uroczy, że szkoda gadać, pomyślała Persefona.
Jednakże musiała przyznać, że praktyczne podejście Nyphrona ma swoje
zalety. Odrzuciła umizgi Raithe'a, bo wynikały z samolubnego pożądania.
Pragnął ją mieć tylko dla siebie; chciał, żeby uciekli i żyli jak w słodkiej bajce, na wzgórzu z widokiem na rzekę Urum. Nie miała
wątpliwości, że Raithe ją kocha. Pamiętała, jak wygląda takie
zakochanie, jakie to uczucie. Ale miłość była dla młodych, niewinnych i głupich. Persefona nie potrafiła sobie wyobrazić, że miałaby ponownie
założyć sobie te klapki na oczy. Miała zadanie do wykonania. To było coś
ważniejszego niż jej własne szczęście.
Nie miała żadnych złudzeń co do Nyphrona i wyglądało na to, że on ją
postrzega w równie wyprany z emocji sposób. Persefonę niezbyt
interesowało ponowne zamążpójście, ale bycie partnerką - równorzędną
partnerką - to było coś innego.
Przyjrzała się z namysłem fhrejskiemu lordowi. Był więcej niż atrakcyjny
- piękny jak bóg - lecz pomyślała, że wrzasnęłaby, gdyby spróbował ją
pocałować. Należeli do różnych ras. Cała ta idea graniczyła z absurdem,
ale logika, z którą Nyphron ją wyłożył, była nie do podważenia.
- Chodź - powiedział. - Musimy wracać. Nie chcę, żeby Moya mnie
ustrzeliła z tego swojego wielkiego łuku.
- Dziękuję - powiedziała Persefona.
Znieruchomiał zaskoczony.
- Za to, że powiedziałeś mi prawdę - wyjaśniła.
Nyphron znów się uśmiechnął.
Miał ładny uśmiech.
***
- Tu kiedyś mieszkałem. - Malcolm wskazał piękny dom o bogato zdobionych
drzwiach wyposażonych w klamkę z brązu i dekoracyjną kołatkę w kształcie
miecza uderzającego w tarczę.
Raithe nigdy nie widział czegoś podobnego, nie licząc innych domostw,
jakie mijali. Ulica była idealnie prosta, wybrukowana kamiennymi
płytami, które spasowano tak doskonale, że w szczelinach między nimi nie
rósł ani jeden chwast. Ziemię było widać tylko w donicach, w których
mieszkańcy Alon Rhist uprawiali warzywa i zioła.
- Mieszkałeś w tym miejscu? - zapytał Tesh.
- To dawny dom Shegona. I Meryl, i ja pracowaliśmy dla niego. Nie
potrzebował dwóch służących po tym, jak jego żona odeszła, ale i tak
zatrzymał nas obu.
- Mieszkałeś tutaj i postanowiłeś uciec? - Tesh wytrzeszczył oczy. - Czy
w środku znajduje się jakaś wymyślna katownia albo coś w tym guście?
- Wnętrze wygląda przepięknie. W zdobieniach powtarza się motyw
koniczyny. Współgrają z nim zarówno łuki sklepienia, jak i wiosenne
kolory.
Tesh tylko zagapił się na niego.
Malcolm zaśmiał się cicho.
- Nie spędziłem tu zbyt wiele czasu. Służyłem głównie w fortecy.
Obaj popatrzyli w górę, na Spyrok. Tak Malcolm nazywał niewiarygodnie
wysoką wieżę strażniczą połączoną ogromnym mostem z budowlą znaną jako
Kyp. Kiedy Gifford ujrzał ten widok po raz pierwszy, stwierdził, że
wieża wygląda tak, jakby Mari pracowała w ogrodzie i zostawiła tam
łopatę wbitą w ziemię. To w każdym razie miał na myśli, ale ponieważ nie
potrafił wymówić "r", powiedział:
- Wygląda tak, jakby Ma-łi zostawiła łopatę w ogłodzie.
- To tam cię torturowali? - zapytał Tesh. - W fortecy?
- Nikt mnie tu nie krzywdził.
- Nawet cię nie bili?
- Nie.
- Nie głodzili?
Malcolm pokręcił głową, marszcząc brwi.
- Musieli zrobić coś naprawdę okropnego, skoro postanowiłeś stąd uciec.
Znam rodziny, które sprzedałyby swoje pierworodne dziecko, żeby tylko tu
zamieszkać.
Tesh znów popatrzył na Raithe'a, który skinął głową. Raithe odbył już z Malcolmem identyczną rozmowę, więc był mniej zaszokowany, ale mimo
wszystko rzeczywistość odbiegała od tego, co sobie wyobraził. Zazwyczaj
wyobraźnia Raithe'a okazywała się barwniejsza niż to, co miał do
zaoferowania realny świat, ale nie tym razem.
Tesh miał lęk w oczach, tak jakby to była ta część snu, w której gonią
cię potwory, a drzwi nie chcą się otworzyć. Wyglądał tak, odkąd przeszli
przez Wielki Most. Pływał w jeziorku pełnym śmiertelnie groźnych węży i tylko czekał, kiedy któryś go dziabnie. Raithe w pełni go rozumiał. Czuł
się podobnie. To byli ich wrogowie - źli bogowie, którzy wyrżnęli ich
lud, a teraz on i Tesh wędrowali po ulicach fhrejskiego miasta, jakby to
miejsce należało do nich. A nie należało. Dziesięć klanów nie zrobiło
nic, żeby zasłużyć na tę możliwość. Fhrejowie zaprosili ich tutaj.
Pająki robiły to samo z muchami.
- Ile rodzin mieszkało tu z wami? - zapytał Tesh.
- Ani jedna - odparł Malcolm. - Tylko Shegon, ja i Meryl. -
Niegdysiejszy niewolnik pokręcił głową z zaintrygowaną miną. - Rośliny
mają się dobrze. Ciekaw jestem, kto tu teraz mieszka.
- Co kazało Shegonowi opuścić fortecę? - zapytał Raithe.
- Shegon nigdy nie przebywał w fortecy. Był ze szczepu Asendwayrów, nie
należał do Gwardii. Gwardia składa się prawie wyłącznie z przedstawicieli szczepu Instarya.
- Zdawało mi się, że powiedziałeś, że spędziłeś dużo czasu w fortecy.
- Ach tak. - Malcolm kiwnął głową. - Cóż... Miałem wtedy innego pana.
- Sprzedał cię?
- Zmarł.
- Zmarł?
- Kto jak kto, ale ty powinieneś sobie zdawać sprawę, że Fhrejom też się
to zdarza.
- Ile miał lat?
Malcolm wzruszył ramionami.
- Piętnaście, może szesnaście.
- Był taki młody?
- Stuleci. Piętnaście czy szesnaście stuleci.
- Ach, w porządku. Zawsze mnie zastanawiało, jak długo oni żyją.
- Nie zmarł ze starości.
- Wypadek? - Raithe popatrzył w górę, na mostki łączące potężną wieżę i kopułę. Nikt nie przeżyłby upadku z takiej wysokości.
- Został zabity w walce.
Raithe nie potrafił sobie wyobrazić, jakie istoty mogą zabijać Fhrejów,
oczywiście nie licząc jego samego. Olbrzymy, gobliny, smok?
Przypuszczalnie było to coś, o czym nigdy nie słyszał. Kiedy Raithe
zobaczył wnętrze Alon Rhist, uzmysłowił sobie, jak niewiele wie o świecie.
Wszyscy trzej zatrzymali się na miejskim placu niedaleko dużej studni z daszkiem mającym osłaniać tych, którzy z niej korzystali, przed słońcem
i deszczem.
- Jak długo im zajęło zbudowanie tego miasta? - zapytał Tesh.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki