Epoka śmierci. Legendy Pierwszego Imperium. Tom 5 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

44.00 zł
35.10 zł (36,46 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

Cóż, zbli­żamy się do końca. Zostały już tylko dwa tomy! Pozwól­cie, że zacznę od powtó­rze­nia kilku rze­czy z mojej ostat­niej przed­mowy. Po pierw­sze, jeśli czy­ta­li­ście poprzed­nie książki, ale potrze­bu­je­cie przy­po­mnie­nia, co wyda­rzyło się do tej pory, może­cie zna­leźć stresz­cze­nia na www.fir­stem­pi­re­se­ries.com/book-recaps. Po dru­gie, może­cie rów­nież rzu­cić okiem na "Słow­ni­czek pojęć i imion", który można też zna­leźć na www.fir­stem­pi­re­se­ries.com/age-of-death-glos­sary. Są one wolne od spo­ile­rów i aktu­ali­zo­wane w każ­dym kolej­nym tomie, w miarę jak wycho­dzi na jaw coraz wię­cej tajem­nic. Dla­czego zostały one prze­nie­sione do sieci? Ist­nieje ku temu kilka powo­dów, a wszyst­kie mają zwią­zek z tym, jaki obszerny i zło­żony stał się ten słow­nik. Dla tych, któ­rzy korzy­stają z czyt­ni­ków, jego dołą­cze­nie spra­wiało, że nie wia­domo było, ile jesz­cze tek­stu zostało, i niektó­rzy się na to skar­żyli. Dla tych, któ­rzy czy­tają książki w wer­sji papie­ro­wej, cze­ka­nie na pełny słow­nik ozna­cza­łoby opóź­nie­nie druku, a w związku z tym rów­nież wyda­nie nie tylko tego, ale rów­nież następ­nego tomu. Zwa­żyw­szy na to, warto było prze­nieść słow­ni­czek do sieci.

Po omó­wie­niu tej kwe­stii chcę poświę­cić chwilę na roz­mowę o pisa­niu tego tomu, ponie­waż ma to wiele wspól­nego z kon­struk­cją dru­giej czę­ści Legend. Jak wspo­mnia­łem w swo­jej ostat­niej książce, cykl miał się zakoń­czyć Epoką Wojny i w tym tomie rze­czy­wi­ście łączy się wiele wąt­ków, ale nie wszyst­kie. Kiedy zaczą­łem pisać część, która, jak sądzi­łem, będzie ostat­nią z cyklu, poja­wiła się myśl, żeby poko­pać w skale macie­rzy­stej Elan i zgłę­bić początki histo­rii tego świata. Wie­dzia­łem, że nie będzie to krótka opo­wieść i nie byłem nawet pewny, czy zdo­łam przed­sta­wić całą histo­rię (ponie­waż było tyle do opo­wie­dze­nia), uzna­łem jed­nak, że powi­nie­nem spró­bo­wać.

Gdy podą­ży­łem w tym kie­runku, czwarty tom zaczął się roz­ra­stać i roz­ra­stać. Rów­nież moja żona (którą zapewne już pozna­li­ście jako geniuszkę i naj­bar­dziej godną zaufa­nia kry­tyczkę) stwier­dziła, że w swoim pisa­niu za bar­dzo zbli­żam się "do szpiku kości".

To okre­śle­nie może wyma­gać pew­nych wyja­śnień. Robin zwró­ciła mi uwagę, że choć poszcze­gólne ele­menty fabuły są dobrze wymy­ślone, na tym szkie­le­cie nie ma dość ciała. W swoim pra­gnie­niu, żeby dopa­so­wać do sie­bie wszyst­kie ele­menty, poświę­ca­łem nar­ra­cję i tra­ci­łem wiele dosko­na­łych oka­zji, żeby wpły­nąć na emo­cje czy­tel­nika. Po zasta­no­wie­niu zro­zu­mia­łem, że Robin ma cał­ko­witą rację. I wie­cie co? Opo­wieść znowu zaczęła się roz­ra­stać.

W końcu histo­ria stała się zbyt obszerna, żeby zmie­ścić się w jed­nym tomie. Tak, mogli­śmy bawić się wiel­ko­ścią czcionki, odstę­pem mię­dzy wier­szami albo gru­bo­ścią papieru. Lecz nawet przy róż­nych ustęp­stwach mie­li­by­śmy dwu­ipół­ca­lowy grzbiet, co sta­no­wi­łoby ogra­ni­cze­nie dla więk­szo­ści dru­karni. Musie­li­by­śmy rów­nież wyrzu­cić moje ulu­bione przed­mowy i posło­wia Robin. Nie chcie­li­śmy wpro­wa­dzać tych zmian, ponie­waż ja na­dal czy­tam książki dru­ko­wane i uwa­żam, że ich wygląd ma zna­cze­nie. Jeśli czcionka jest zbyt drobna, a odstępy mię­dzy wier­szami zbyt małe, czy­ta­nie nie spra­wia mi przy­jem­no­ści. A chcia­łem kochać wszyst­kie wer­sje mojej książki.

Tak więc po wielu roz­wa­ża­niach zde­cy­do­wa­li­śmy się podzie­lić czwarty tom na dwie czę­ści. Jedyny pro­blem pole­gał na tym, że nie było wła­ści­wego miej­sca, w któ­rym miałby nastą­pić ten podział. W trak­cie pisa­nia nie zaprzą­ta­łem sobie głowy licze­niem stron czy słów. Powta­rza­łem, że naj­waż­niej­sze jest snu­cie opo­wie­ści. Moim zada­niem było stwo­rze­nie zaj­mu­ją­cej histo­rii, a to, w jakiej for­mie saga zosta­nie wydana, nie sta­no­wiło dla mnie naj­waż­niej­szej kwe­stii.

W końcu jed­nak musia­łem zająć się bar­dziej prak­tycz­nymi stro­nami przed­się­wzię­cia, jakim jest dostar­cze­nie książki do rąk czy­tel­ni­ków. Kiedy spoj­rze­li­śmy obiek­tyw­nie na moje dzieło, stało się oczy­wi­ste, że mamy trzy­ak­tową sztukę z dwoma punk­tami zwrot­nymi. Pro­blem była jed­nak rów­no­waga. Mógł­bym zro­bić jedną książkę o nor­mal­nej obję­to­ści i jedną o podwój­nej, ale nie wyda­wało mi się to wła­ści­wym podej­ściem. Poza tym spodo­bał mi się pomysł dwóch try­lo­gii w ramach jed­nej epic­kiej opo­wie­ści. Rów­nież jako opo­wia­dacz lubi­łem, kiedy poja­wiały się dwa punkty kul­mi­na­cyjne, i uwa­ża­łem, że jest w tym więk­szy dra­ma­tyzm.

Poza tym zamiana dwóch ostat­nich tomów cyklu na trzy pozwo­li­łaby równo podzie­lić pierw­szą i drugą jego część. Podo­bała mi się ta rów­no­waga i syme­tria, którą zbu­rzy­łaby jedna książka dwa razy obszer­niej­sza niż pozo­stałe z serii. Ponie­waż mie­li­śmy kon­trolę nad tego rodzaju rze­czami, wła­śnie tak zro­bi­li­śmy. Wzo­ru­jąc się na Władcy pier­ścieni, stwo­rzy­łem jedną długą histo­rię roz­bitą na trzy tomy.

Tak więc pro­blem został roz­wią­zany. Pozo­stała jed­nak jesz­cze jedna kwe­stia. W prze­ci­wień­stwie do moich poprzed­nich ksią­żek (z któ­rych każda była samo­dziel­nym epi­zo­dem), druga część Legend koń­czyła się nagle i dra­ma­tycz­nie. Spo­dzie­wa­łem się złych recen­zji (i kilka dosta­łem), ale dużo wię­cej było pochleb­nych. Wie­dzia­łem rów­nież, że kiedy wszyst­kie tomy zostaną wydane, aspekt zawie­sze­nia nie będzie już taką wielką sprawą. Sztuczka pole­gała na tym, żeby wydać książki naj­szyb­ciej, jak to moż­liwe.

Teraz, jak już wielu z was wie, Del Rey pod­pi­sało umowę na pierw­szą połowę cyklu Legend i wydało je po jed­nej rocz­nie (czer­wiec 2016, lipiec 2017, czer­wiec 2018). Więk­szość naj­bar­dziej tra­dy­cyj­nych wydaw­nictw publi­kuje według takiego sche­matu, ale ja nie obra­łem tra­dy­cyj­nego kursu, więc chcia­łem przy­śpie­szyć te daty. Zamie­rza­łem wszyst­kie sześć tomów wypusz­czać na rynek co pół roku (w tem­pie, w jakim to robi­łem, kiedy sam wyda­wa­łem swoje książki), ale Robin chciała dzia­łać jesz­cze bar­dziej agre­syw­nie. Chciała, żeby cała druga część cyklu wyszła w ciągu jed­nego roku albo jesz­cze szyb­ciej. Jak czę­sto bywa, to Robin wygrała, więc opu­bli­ko­wa­li­śmy wszyst­kie trzy książki w ciągu dzie­się­ciu mie­sięcy. Oto daty:

- Epoka Legendy - lipiec 2019

- Epoka Śmierci - luty 2020

- Epoka Impe­rium - maj 2020

Ale nawet ten przy­śpie­szony plan nie był dosta­tecz­nie szybki dla Robin, więc kon­ty­nu­owa­li­śmy naszą tra­dy­cję, prze­ka­zu­jąc książki plat­for­mie Kick­star­ter kilka mie­sięcy przed ich wej­ściem do sprze­daży deta­licz­nej. Ci, któ­rzy zamó­wili Epokę Śmierci w przed­sprze­daży, dostali ją w paź­dzier­niku 2019. Jesz­cze nie znamy daty wyda­nia Epoki Impe­rium, ale spon­so­rzy dostaną ten ostatni tom w lutym zamiast w maju.

To naprawdę wszystko, co potrze­bu­je­cie wie­dzieć, kiedy zacznie­cie czy­tać tę książkę, ale powtó­rzę coś, o czym napi­sa­łem w innej z moich przed­mów: Bar­dzo sobie cenię wszyst­kie wasze zdu­mie­wa­jące ema­ile, więc, pro­szę, przy­sy­łaj­cie je na­dal na adres michael@micha­el­sul­li­van-author.com. Ni­gdy nie dość wia­do­mo­ści od czy­tel­ni­ków. To dla mnie zaszczyt i przy­wi­lej.

Po tym wstę­pie zbierzmy się wszy­scy wokół ognia w przy­tul­nej cha­cie, a ja zapro­szę was do epoki mitów i legend, do cza­sów, kiedy ludzie byli znani jako Rhu­no­wie, a elfy uwa­żano za bogów. Pozwól­cie, że zabiorę was teraz do Epoki Śmierci.

Rozdział pierwszy

Wielka Brama

Dobra wia­do­mość jest taka, że śmierć to nie koniec, lecz zara­zem jest to zła wia­do­mość.

Księga Brin

Och, Mari, co ja zro­bi­łam? Myśl przy­szła spóź­niona. Staw wcią­gnął Brin z cichym odgło­sem zasy­sa­nia, a ona, czu­jąc szlam wokół stóp, miała wra­że­nie, jakby zna­la­zła się w gar­dzieli bez­zęb­nego węża. Lodo­wate zimno, jakiego jesz­cze ni­gdy w życiu nie zaznała, sunęło w górę jej nóg i jesz­cze wyżej, aż za talię. To, co ją uwię­ziło, nie było cie­czą ani bło­tem, lecz raczej gęstą smołą, która wyda­wała się żywa. Brin zadrżała z prze­ra­że­nia, kiedy maź cal po calu się­gnęła do jej piersi, utrud­nia­jąc oddy­cha­nie.

Tesh krzyk­nął, jakby on też umie­rał, jakby śmierć Brin koń­czyła jego wła­sne życie.

Jak mogę to zro­bić? On naprawdę mnie kocha, a ja...

Breja oto­czyła jej szyję niczym dłoń trupa z naj­gor­szego kosz­maru. Zagłę­bia­jąc się coraz bar­dziej, Brin odchy­liła głowę do tyłu w ostat­niej despe­rac­kiej pró­bie utrzy­ma­nia twa­rzy nad powierzch­nią męt­nej sadzawki. Kiedy szlam zakrył jej usta i oczy, już nie była w sta­nie dłu­żej hamo­wać krzyku.

Jej usta wypeł­niła maź, więc krzyk oka­zał się bez­gło­śny. Tesh ni­gdy miał się nie dowie­dzieć, że jej ostat­nim sło­wem było jego imię. Potem Brin prze­stała nabie­rać tchu. Instynkt, żeby nie oddy­chać pod wodą, oka­zał się sil­niej­szy niż pra­gnie­nie powie­trza.

Hero­iczne myśli, które dały jej odwagę, żeby wejść do stawu, znik­nęły. Tuż za nimi podą­żyły rozum, reflek­sja i kon­tem­pla­cja. Zostało jedy­nie stac­cato obra­zów: blask słońca na liściach, desz­czówka w wia­drze, pokro­jona mar­chew, śmiech matki, lodo­wata sadzawka. Kiedy jej umysł zamarł z prze­ra­że­nia, ciało zaczęło się mio­tać i rzu­cać w bez­na­dziej­nej walce o prze­ży­cie. Jej dłoń na krótko prze­biła powierzch­nię wody. Brin poczuła powie­trze... powie­trze!

Tak bli­sko.

I tak krótko. Jej ręka znowu została wchło­nięta przez breję.

Ramiona osła­bły. Nogi odmó­wiły posłu­szeń­stwa roz­ka­zom pły­ną­cym z umy­słu i prze­stały się ruszać.

Poja­wiły się kolejne obrazy: komi­nek w cha­cie, owce na pastwi­sku omia­ta­nym przez wiatr, dłoń Tesha w jej rękach, słowa na kartce.

Choć próba oddy­cha­nia mogła ją zabić, ciało uznało, że nie­od­dy­cha­nie z pew­no­ścią to zrobi, więc nabrała tchu. Breja dostała się do jej ust i nosa. Kolejne próby, żeby zaczerp­nąć wię­cej powie­trza, skoń­czyły się tak rap­tow­nie, jak lot ptaka ude­rza­ją­cego w okno. Mimo­wolny kaszel był próbą oczysz­cze­nia dróg odde­cho­wych, ale oka­zał się rów­nie daremny jak krzyk prze­ra­żo­nego dziecka w cza­sie burzy.

Paniczny strach minął. Brin ogar­nął spo­kój, kiedy zawi­sła bez ruchu w zim­nej, bez­cza­so­wej prze­strzeni.

Jej umysł powoli ożył. Myśli znowu nabrały kształtu, a pierw­sza z nich była naj­bar­dziej oczy­wi­sta.

Popeł­ni­łam błąd, swój ostatni błąd.

Brin wie­działa, że śmierć się spóź­nia, więc cze­kała cier­pli­wie.

Minęło jesz­cze wię­cej czasu. Nic się nie wyda­rzyło.

Już po wszyst­kim? Czy ja...?

Ciem­ność była tak abso­lutna, że nie miała pew­no­ści, czy jej oczy są otwarte, czy zamknięte. Nie­do­rzeczna myśl, bo nie potra­fiła nawet stwier­dzić, czy w ogóle jesz­cze ma oczy.

Czy ja jestem mar­twa? Na pewno.

Ta myśl poja­wiła się wraz z oso­bliwą, spo­kojną akcep­ta­cją, dziw­nie roz­sąd­nym wnio­skiem w nie­zwy­kłej sytu­acji. Kon­klu­zja nie była oczy­wi­sta, ponie­waż Brin nie miała żad­nych wyraź­nych dowo­dów swej śmierci. Panika znik­nęła, podob­nie jak kosz­mar dusze­nia się. Poza tym już nie czuła zimna. Ale te rze­czy same w sobie nie­ko­niecz­nie ozna­czały śmierć. Szybko roz­wa­żyła myśl, że może żyje i tylko stra­ciła przy­tom­ność.

Pró­bo­wała poru­szyć rękami i nogami, a one zaczęły słu­chać jej pole­ceń. Koń­czyny mel­do­wały, że Brin znaj­duje się w jakiejś cie­czy, ale nie w gęstym szla­mie stawu.

Woda. Jestem w wodzie.

Chwilę póź­niej jej głowa wychy­nęła na powierzch­nię. Brin odru­chowo zaczerp­nęła powie­trza i zaczęła się mio­tać.

Jakoś prze­ży­łam? Czy ja...?

Wszystko na­dal było czarne, ale nie­które rze­czy stały się oczy­wi­ste. Nie znaj­do­wała się w sta­wie ani ni­gdzie indziej na wyspie. Wiedźma znik­nęła, Tesh rów­nież, na zawsze.

Rzeka Śmierci.

Brin znała różne histo­rie. Ci, któ­rzy omal nie umarli, opo­wia­dali o potęż­nej, ciem­nej rzece, która nio­sła ich w stronę jasnego świa­tła. Ona nie widziała żad­nego bla­sku i nie czuła się mar­twa. Miała ręce i nogi, a pły­wa­nie szło jej rów­nie kiep­sko jak zawsze. Porzu­ciła wszel­kie wysiłki, prze­stała machać ramio­nami i wierz­gać. Zamiast uto­nąć, uno­siła się na powierzchni. Nie docie­rały do niej żadne bodźce: świa­tło, dźwięk, zapach, smak ani dotyk. Pogrą­żona w tej nico­ści, zasta­na­wiała się: Czy ja tylko wyobra­żam sobie ist­nie­nie rąk i nóg? Nie miała jak tego potwier­dzić, żad­nej moż­li­wo­ści, żeby opa­no­wać nara­sta­jący strach.

Czy ja na­dal ist­nieję? Wraz z tą myślą poja­wiła się druga, jesz­cze bar­dziej prze­ra­ża­jąca. Czy w ogóle ist­niał ktoś imie­niem Brin? Czy cokol­wiek z tego, co pamię­tam ze swo­jego życia, naprawdę się wyda­rzyło?

Nie była w sta­nie odpo­wie­dzieć na te pyta­nia. Myśli potrze­bo­wały ram, odnie­sień i fun­da­men­tów. Ona nie miała niczego. Poczuła, że traci sie­bie z braku bodź­ców pły­ną­cych ze zmy­słów.

Czy ja...?

Wra­że­nie, że jest w wodzie, znik­nęło. Uczu­cie pod­ska­ki­wa­nia na falu­ją­cej powierzchni rów­nież.

Czy ja ist­nieję?

Nie mając żad­nych punk­tów odnie­sie­nia, Brin stra­ciła poczu­cie wła­snego ist­nie­nia.

Ja nie tonę. Ja się roz­pusz­czam.

To, co z niej zostało, roz­pro­szyło się, pękło i sto­piło. Ona zbla­kła, nie­mal znik­nęła, a potem...

Poja­wiło się świa­tło.

Brin je zoba­czyła.

Zale­d­wie punk­cik, jak bar­dzo daleką gwiazdę.

Coś jed­nak ist­nieje, więc może ja też. Nie znik­nę­łam cał­kiem.

Świa­tełko się powięk­szyło. W jego bla­sku uka­zała się rzeka, ciemny, atra­men­towy wąż wijący się przez ogromny ska­li­sty wąwóz. Gdy Brin zoba­czyła, że jego ściany prze­su­wają się obok niej, zro­zu­miała, że się poru­sza, dokądś zmie­rza. Ogar­nął ją spo­kój, tak że w końcu miała chwilę, żeby pomy­śleć. Od razu prze­szyło ją wspo­mnie­nie Tesha, jego krzyku. Ten straszny dźwięk na­dal roz­brzmie­wał w jej uszach, podą­żał za nią przez całą drogę.

Prze­pra­szam.

Tym­cza­sem świa­tło sta­wało się coraz jaśniej­sze. Ani żółte, ani poma­rań­czowe, przy­ga­szone i blade jak póź­nym popo­łu­dniem w środku zimy, kiedy słońce kryje się za kocem z chmur. Zbli­ża­jąc się do niego, Brin dostrze­gła po obu stro­nach nie­praw­do­po­dob­nie wyso­kie, poszar­pane, skalne ściany. W miej­scu, gdzie rzeka się koń­czyła, był staw i plaża ską­pana w bla­sku. Poru­szały się na niej jakieś posta­cie.

Ludzie! Tak, to z pew­no­ścią są inni.

Źró­dło świa­tła znaj­do­wało się za nimi, więc Brin widziała tylko ich syl­wetki, tłum zło­żony z setek ludzi sto­ją­cych przed wielką bramą. Ogromne podwoje były zamknięte, ale bijąca zza nich jasność tak silna, że prze­są­czała się przez szcze­liny mię­dzy fra­mugą a skrzy­dłami.

Stopy Brin nie­ocze­ki­wa­nie dotknęły piasz­czy­stego dna. Woda wlo­kła ją jesz­cze kawa­łek, ale w końcu udało się jej sta­nąć na wła­snych nogach.

- Brin! - wykrzyk­nęła Roan, rusza­jąc w jej stronę. Nie wyglą­dała na mar­twą. Wyda­wała się taka sama jak przed wej­ściem do stawu. Nie miała na sobie ani śladu szlamu, kiedy poma­gała przy­ja­ciółce wyjść z rzeki.

- Głu­pia dziew­czyna. - Moya pode­szła i mocno uści­skała Brin. Potem się odsu­nęła i odgar­nęła luźne kosmyki z jej twa­rzy. - Mówi­łam ci, żebyś tu nie przy­cho­dziła. Roz­ka­za­łam ci. Dla­czego nie posłu­cha­łaś?

- Coś sobie uświa­do­mi­łam, choć powin­nam zro­bić to wcze­śniej. Na tabli­cach z Agawy obok imion Fer­rol, Drome'a i Mari jest wymie­nione imię Muriel. Jeśli ona jest bogi­nią, jej ojciec też musi być bogiem. Tressa miała rację co do Mal­colma, a on chciał, żebym tu przy­szła.

- Więc ty też jesteś teraz wyznaw­czy­nią? I ta wiara wystar­czyła, żebyś się zabiła?

- Nie tylko ona. Mal­colm stwier­dził, że Księga Brin może być naj­waż­niej­szą rze­czą stwo­rzoną przez ludz­kość. Wie­dział, że wszystko spi­szę. Chce, żebym opo­wie­działa prawdę, i uważa, że znajdę ją tutaj.

- Mimo wszystko nie powin­naś była tego robić. - Głos Moyi zdra­dzał napię­cie. - Per­se­fona ni­gdy mi nie wyba­czy.

- Wyba­czy, jeśli się nam uda.

- To mało praw­do­po­dobne.

We trzy pode­szły do Gif­forda, Tressy i Desz­cza, któ­rzy stali w cia­snym kręgu przy sta­wie i tłu­mie zgro­ma­dzo­nym przed wro­tami. Tamci powi­tali ją uśmie­chami bez śladu weso­ło­ści, jakby dzie­lili ze sobą jakąś uro­czy­stą tajem­nicę. Brin wie­działa, co jest tym sekre­tem. Byli razem, ale mar­twi.

Deszcz miał swój kilof, Moya łuk, a Tressa tę samą za dużą, prze­wią­zaną w pasie sznur­kiem koszulę, którą zabrała Gel­sto­nowi. Brin nie zdą­żyła uszyć stroju, który obie­cała Tres­sie za to, że nauczyła ją czy­tać. Teraz poczuła ukłu­cie wstydu, że bie­daczka będzie musiała spę­dzić całą wiecz­ność w takim nędz­nym odzie­niu.

Moya zmie­rzyła Straż­niczkę Praw wzro­kiem, a potem spoj­rzała ponad jej ramie­niem na wodę. Jej oczy pociem­niały.

- Tesh?

Brin udała, że się uśmie­cha.

- Pozwo­lił mi iść - odparła weso­łym tonem, który nawet w jej uszach zabrzmiał na wymu­szony.

Moya ze smut­kiem poki­wała głową.

- Pró­bo­wał mnie powstrzy­mać. Prze­ko­na­nie go zajęło mi tro­chę czasu. Mar­twi­łam się, że sobie pój­dzie­cie, a ja nie będę wie­działa, gdzie was szu­kać.

- Mało praw­do­po­dobne. - Gif­ford wska­zał na tłum zebrany w pobliżu wiel­kiej bramy. - Zdaje się, że trzeba będzie tro­chę pocze­kać na wej­ście.

Roan obró­ciła się nagle i popa­trzyła na niego ze zdu­mie­niem.

- Gif­for­dzie?

- Co?

- Ty wła­śnie... Co powie­dzia­łeś?

Gif­ford wzru­szył ramio­nami.

- Pomy­śla­łem sobie, że chyba była jakaś wielka bitwa, skoro tylu ludzi tu czeka.

- Znowu to zro­bi­łeś! - Roan aż pod­sko­czyła na pal­cach.

- Co takiego?

- Gif­for­dzie, wymów moje imię.

Gif­ford zmarsz­czył brwi i spoj­rzał na nią zdez­o­rien­to­wany.

- Roan, co ty... - Potem jego oczy się roz­sze­rzyły.

- Potra­fisz mówić jak wszy­scy. - Roan musnęła pal­cem jego wargi.

- Roan - powie­dział Gif­ford, tym razem gło­śniej. - Roan, Roan, Rrroan!

Potem ze śmie­chem objął żonę i mocno ją uści­skał.

Brin także się uśmiech­nęła. Wszy­scy mieli roz­ra­do­wane miny z wyjąt­kiem...

- Gdzie jest Tek­chin?

- Poszedł do bramy... - Moya poma­chała łukiem nad głową. - Wła­śnie wraca.

Fhrej pod­biegł do nich z taką samą lek­ko­ścią, jaką cecho­wał się za życia.

- Są zamknięte na głu­cho. Nikt nie wie, dla­czego nie można wejść. Wszy­scy się zga­dzają, że coś jest nie w porządku.

- Chyba tak. - Moya zmarsz­czyła brwi. - Znie­śli­śmy cały trud umie­ra­nia, żeby teraz tu utknąć? W ogóle wiemy, dokąd pro­wa­dzi ta brama?

- Tak. Oczy­wi­ście do Phyre. Zwy­kle jest otwarta. Świa­tło w środku przy­ciąga nowych umar­łych. Za nią znaj­dują cze­ka­jącą na nich rodzinę i przy­ja­ciół.

- Skąd to wiesz?

- Od kobiety, która była tu już wcze­śniej, ale została wcią­gnięta z powro­tem do swo­jego ciała. Przy­naj­mniej tak mi powie­działa. A według pew­nego gościa, który umarł w połu­dnio­wym Rhu­ly­nie, gorącz­ku­jąc, te drzwi są zamknięte na głu­cho od dłu­giego czasu.

- Jak dłu­giego?

Tek­chin wska­zał na ciem­ność spo­wi­ja­jącą wąwóz.

- A kto to wie?

***

Moya popro­wa­dziła ich w stronę wrót. Zebrany przed nimi tłum skła­dał się głów­nie z Rhu­nów, a ją zanie­po­ko­iła duża liczba dzieci. Poza jedy­nym Fhre­jem Tek­chi­nem było też sporo kar­łów. Obec­nych łączyło to, że wyglą­dali na prze­stra­szo­nych, zagu­bio­nych i oszo­ło­mio­nych.

Wszy­scy tutaj są mar­twi.

Przy­zwy­cza­je­nie się do tej myśli zajęło Moyi sporo czasu. Nikt z tej gro­mady nie wyglą­dał jak duch. To byli zwy­kli ludzie, choć dziw­nie ubrani. Nie­wielu z wyjąt­kiem jej grupki miało na sobie stroje podróżne. Więk­szość kobiet była w suk­niach, a męż­czyźni w swo­ich naj­lep­szych tuni­kach. Nikt nie miał płasz­cza, torby albo cho­ciaż tobołka, ale pra­wie wszy­scy kur­czowo ści­skali w rękach kamie­nie. Nie­któ­rzy zawie­sili je sobie na szyi.

- Z drogi, z drogi! - Tek­chin prze­py­chał się przez zbitą masę ludzi, a oni posłusz­nie robili im przej­ście.

Fhrej szedł z wycią­gniętą przed sie­bie ręką i niczym dziób statku toro­wał sobie drogę przez morze duchów. Nikt nie wyglą­dał na ura­żo­nego jego obce­so­wo­ścią. Prze­ciw­nie, zde­cy­do­wany krok musiał przy­da­wać auto­ry­tetu ich grupce, bo ludzie pod­cho­dzili do nich z proś­bami.

- To pomyłka - oświad­czył pewien męż­czy­zna, kiedy się obok niego prze­py­chali. Ubra­nie wisiało na nim w strzę­pach. W prze­ci­wień­stwie do innych nie miał kamie­nia. - Nie powi­nie­nem tu tra­fić. Nawet nie cho­ro­wa­łem. Byłem w lesie...

Gdy odda­lili się poza zasięg jego głosu, Moya poczuła ulgę, że nie musi wysłu­chi­wać reszty tej histo­rii.

- Moje dzieci, moje dzieci... - Szlo­cha­jąca kobieta, która sie­działa na ziemi i koły­sała się objęta ramio­nami, popa­trzyła na Moyę. - Jak będą żyć beze mnie?

Inna, ład­nie ubrana, spio­ru­no­wała ich wzro­kiem i prze­nio­sła oczy na wrota.

- Mamy tu cze­kać przez całą wiecz­ność? Jeśli ludzie na­dal będą umie­rać, na tej plaży zrobi się naprawdę tło­czono.

Tek­chin wziął Moyę za rękę, kiedy wkro­czyli w naj­więk­szy gąszcz. W miarę jak zbli­żali się do bramy, Moya stwier­dziła, że podwoje są jesz­cze więk­sze, niż wyglą­dały z daleka. Na nad­prożu stały ramię w ramię trzy posta­cie wycio­sane z kamie­nia i patrzyły na nich z góry: jeden karzeł i dwie kobiety, Rhunka i Fhrejka. U ich stóp wyrzeź­biono istoty rzu­ca­jące kamie­niami. Ogromne wrota, dużo wyż­sze niż te w Alon Rhist - więk­sze nawet od tych, która pro­wa­dziły do Neith - były masywne i wyglą­dały, jakby wykuto je ze złota. Ich skrzy­dła ozdo­biono relie­fami przed­sta­wia­ją­cymi ludzi, któ­rych spo­ty­kały różne prze­ciw­no­ści losu. Nie­któ­rzy spa­dali z dużych wyso­ko­ści. Inni uno­sili ramiona, żeby osło­nić się przed kamie­niami rzu­ca­nymi przez posta­cie przy­cup­nięte na nad­prożu. Jesz­cze innych prze­szy­wano mie­czami, duszono albo skra­cano o głowę. Na dol­nym panelu kobietę pochła­niały ogromne fale, a ona jedną rękę wycią­gała po pomoc, która miała ni­gdy nie nadejść.

Blask prze­są­cza­jący się wokół ran­tów drzwi wyle­wał się na plażę i sta­no­wił jedyne źró­dło świa­tła.

Jakby był tam uwię­ziony księ­życ.

- Co ci tak śpieszno? - rzu­cił jakiś karzeł do Tek­china, kiedy ten prze­ci­skał się obok niego. - Ktoś na cie­bie czeka, co?

Galan­tia­nin posłał mu brzyd­kie spoj­rze­nie, a karzeł już nic wię­cej nie powie­dział. Po jesz­cze paru groź­nych łyp­nię­ciach i kuk­sań­cach wymie­rzo­nych przez Tek­china w końcu dotarli do bramy. Moya pode­szła do samych drzwi i dotknęła zim­nej, kamien­nej twa­rzy toną­cej kobiety.

- Jakie pokrze­pia­jące rzeźby tu mają - zauwa­żyła. - Aż chce się wbiec do środka. Jak myślisz, kim jest ta trójka na górze?

- Nie mam poję­cia - odparł Tek­chin. - A jeśli cho­dzi o wej­ście do środka, to masz może jakiś plan?

Wraz z pyta­ją­cym spoj­rze­niem posłał jej szel­mow­ski uśmiech. Wszyst­kiemu, co mówił i robił Tek­chin, towa­rzy­szyła jakaś wer­sja roz­ba­wio­nej miny. Dla niego życie było nie­koń­czącą się przy­godą. Śmierć nie zmie­niła tego nasta­wie­nia, co Moyę bar­dzo ucie­szyło.

On mnie kocha. Wielki Gala­tia­nin, nie­gdyś bóg-zza-rzeki, kocha mnie, Moyę, nie­okieł­znaną córkę praczki Audrey.

Na­dal nie mogła pogo­dzić się z tym, że Tek­chin wyrzekł się dla niej ponad tysiąca lat życia. Przez cały ten czas, który ze sobą spę­dzili, ni­gdy nie mówił: "kocham cię". Ale w tam­tej jed­nej zdu­mie­wa­ją­cej chwili samo­po­świę­ce­nia, kiedy porwał ją na ręce i zaniósł do stawu, udo­wod­nił swoje odda­nie.

Moya spoj­rzała w górę na ogromne podwoje i wzru­szyła ramio­nami. Obej­rzała się na tłum.

- Czy ktoś pró­bo­wał zapu­kać?

- Osza­la­łaś? - rzu­ciła nie­cier­pliwa ele­gantka.

Moya poki­wała głową.

- Praw­do­po­dob­nie.

Unio­sła ręce, nama­cała gładki kawa­łek drzwi i trzy razy zabęb­niła w nie wnę­trzem dłoni.

Hałas był gło­śniej­szy, niż się spo­dzie­wała, ale nic się nie wyda­rzyło.

Moya mocno pchnęła wrota, ale te nawet nie drgnęły.

Draż­liwa kobieta prze­wró­ciła oczami.

- Warto było spró­bo­wać - skon­klu­do­wała Moya.

Wspięła się na palce i ponad gło­wami spoj­rzała na rzekę. Tłum się powięk­szał. Głowy pod­ska­ki­wały na wodzie jak rzu­cone w toń liście, nowo przy­byli wycho­dzili na piasz­czy­sty brzeg.

- Jest ich tutaj z kilka setek, może wię­cej. - Moya skie­ro­wała wzrok na męż­czy­znę w koszuli noc­nej. Na jego piersi i pod pachami wid­niały żółte plamy. Wąsy i broda wyglą­dały jak pokryte zaschnię­tym ślu­zem. - Jak długo musimy cze­kać?

- Gdy­bym to ja wie­dział. - Męż­czy­zna z posępną miną popra­wił brudną koszulę. - Leża­łem w łóżku. Spa­łem, a potem obu­dzi­łem się tutaj!

Moya zmie­rzyła go wzro­kiem.

- Och, bie­daku, umar­łeś we wła­snym łóżku, tak? Jakie to smutne. Nie­któ­rzy z nas uto­nęli w paskud­nym muli­stym sta­wie. Tam­ten nie­szczę­śnik - wska­zała na męż­czy­znę w podar­tym ubra­niu - wygląda, jakby został zaata­ko­wany przez niedź­wie­dzia. A spoj­rza­łeś na te wrota? Widzia­łeś obrazki? Pomyśl o tym, w jaki jesz­cze spo­sób można zgi­nąć. - Pokrę­ciła głową. - Umar­łeś we śnie. Też coś!

Męż­czy­zna wyco­fał się w tłum, zosta­wia­jąc im miej­sce przy bra­mie.

Kiedy Ślu­zo­wata Broda znik­nął, Moya spoj­rzała na Desz­cza.

- No dobrze, więc jak to wła­ści­wie działa? Sam wiesz co.

Karzeł wypro­sto­wał się z nie­pewną miną.

- Co? A, racja. - Podob­nie jak Moya on też naj­pierw się upew­nił, że w pobliżu nikogo nie ma. Potem rzu­cił ści­szo­nym gło­sem: - Klucz wcho­dzi w zamek.

- To zna­czy? - zapy­tała Moya.

- No... one wyglą­dają jak otwory. Trzeba szu­kać małych dziu­rek, do któ­rych pasuje klucz.

Wszy­scy spoj­rzeli na wiel­kie skrzy­dła drzwi.

- Są ich dzie­siątki - stwier­dziła Moya, poka­zu­jąc pal­cem. - O, tam jest wgłę­bie­nie. I tam rów­nież. Które jest wła­ściwe?

- Możemy wypró­bo­wać wszyst­kie - pod­su­nął Gif­ford.

Moya pokrę­ciła głową.

- Nie możemy eks­pe­ry­men­to­wać przed widow­nią. Nikt nie powi­nien się dowie­dzieć, pamię­tasz?

- Masz rację - ode­zwała się Tressa. - Więc po pro­stu cze­kajmy przez całą wiecz­ność, która tutaj nie jest tylko prze­no­śnią.

Maya łyp­nęła na nią spode łba.

- Nadzieja, że po śmierci sta­niesz się mniej­szą suką, była złudna, prawda?

- Jestem, jaka jestem - skwi­to­wała Tressa, teatral­nym gestem prze­su­wa­jąc dłońmi po bokach, jakby pre­zen­to­wała nową suk­nię.

- Na pewno nie na samej górze - ode­zwał się Deszcz. - Zbyt trudno byłoby użyć klu­cza. Dla wygody więk­szość zam­ków znaj­duje się w łatwym do się­gnię­cia miej­scu. Spójrz­cie tam. - Wska­zał na otwór bli­sko środka panelu ze sceną, w któ­rej niedź­wiedź roz­szar­puje trzech męż­czyzn. Obok wyrzeź­biono słońce pod posta­cią męż­czyzny z roz­wia­nymi wło­sami. Jego usta były sze­roko otwarte. - To jest Eton, a ona ma klucz. - Odwró­cił się do Tressy. - Wsuń go naj­pierw mię­dzy jego zęby i prze­kręć w ten spo­sób. - Karzeł poru­szył cha­rak­te­ry­stycz­nie nad­garst­kiem.

- Może ty powi­nie­neś to zro­bić - zapro­po­no­wała Tressa ze stra­chem w gło­sie. - Wiesz, jak to działa.

- Nie - wtrą­ciła się Moya. - Mal­colm dał go tobie i to ty nas w to wszystko wpa­ko­wa­łaś. Więc nie pró­buj zepchnąć odpo­wie­dzial­no­ści na innych.

Tressa popa­trzyła na roz­dzia­wione usta boga, a potem na tłum.

- Jeśli tam się­gnę, ludzie to zoba­czą.

Tressa spoj­rzała na Moyę, jakby to ona znała roz­wią­za­nia wszyst­kich zaga­dek. Tak jed­nak nie było, a nawet gdyby, bycie mar­twym ozna­czało, że reguły się zmie­niły.

Roan szep­nęła coś do ucha mężowi.

- Ja się tym zajmę - oświad­czył Gif­ford. - Przy­go­tuj­cie się.

- Na co? - spy­tała Moya, ale zanim zdą­żyła dodać coś wię­cej, Gif­ford ruszył w dół zbo­cza w stronę tłumu. - Co on robi?

Roan się uśmiech­nęła.

- Tylko patrz.

Gif­ford zerwał szynę z nogi, odrzu­cił ją na bok i poma­sze­ro­wał, wysoki i wypro­sto­wany, na brzeg rzeki. Tam krzyk­nął:

- Cześć wszyst­kim! - Się­gnął do torby, którą miał przy boku, i wyjął z niej trzy kamie­nie. - Cie­kawe, czy ktoś z was mnie zna. Jestem Gif­ford z dahlu Rhen. Kie­dyś byłem garn­ca­rzem.

- Ja znam! - wykrzyk­nęła jakaś kobieta, jakby mogła tym samym wygrać jakąś nagrodę. - Kupi­łam w Ver­nes misę zro­bioną przez garn­ca­rza o imie­niu Gif­ford z Rhen. Dobre naczy­nie. Naprawdę dobre naczy­nie. - W tym momen­cie zmie­szała się i dodała: - Ale powie­dziano mi, że zro­bił je kaleka.

- Rze­czy­wi­ście! To ja jestem tym nie­szczę­śni­kiem. Przez całe życie nie potra­fi­łem dobrze mówić. Mia­łem straszną wadę wymowy. Nie potra­fi­łem wypo­wie­dzieć nawet imie­nia mojej pięk­nej żony. Przy oka­zji, ono brzmi Roan... Rrroan! Kiedy żyłem, nie umia­łem powie­dzieć: straszny, ręka, robić, prawy. - Gif­ford uśmiech­nął się sze­roko, a ten uśmiech odbił się na twa­rzach ludzi z tłumu.

Roan, sto­jąca obok Moyi i Brin, patrzyła na męża z zachwy­tem. Trzy­mała sple­cione ręce przy ustach i pod­ska­ki­wała z taką miną, jakby była zara­zem na skraju pła­czu i śmie­chu.

- Tak, byłem bez­na­dziejny. Mia­łem plecy powy­krzy­wiane jak mar­chew rosnąca w ogro­dzie peł­nym kamieni. Nie potra­fi­łem cho­dzić bez pomocy. Ludzie z mojego dahlu nazy­wali mnie Gobli­nem z powodu tego, jak powłó­czy­łem nogami. Byłem żało­sną istotą, ale spójrz­cie na to!

Gif­ford zaczął żon­glo­wać trzema kamie­niami, które dała mu Suri. Tłum sku­pił na nim uwagę, podą­ża­jąc wzro­kiem za kamy­kami rzu­ca­nymi wysoko w powie­trze. Moya domy­ślała się, że ta roz­rywka jest mile widzianą odmianą dla tłu­mów cze­ka­ją­cych na plaży nie wia­domo od jak dawna. Patrzyli wszy­scy, łącz­nie z Tressą.

- Hej! - Moya potrzą­snęła ją za ramię. - Zrób to teraz! Pośpiesz się!

- Och, dobrze.

Tressa wyjęła spod koszuli skrę­cony kawa­łek metalu zawie­szony na łań­cuszku.

- A teraz patrz­cie na to! - wykrzyk­nął Gif­ford.

Moya nie widziała jego kolej­nej sztuczki, ale tłum był pod takim wra­że­niem, że roz­le­gło się zbio­rowe: "Och!", a po nim: "Ach!".

Tressa wsu­nęła klucz w usta Etona i go prze­krę­ciła. Roz­le­gło się szczęk­nię­cie. Gło­śne. Kiedy Moya się obej­rzała, zoba­czyła, że wszyst­kie oczy na­dal są skie­ro­wane na Gif­forda, który teraz łapał kamie­nie za ple­cami.

Tressa wyjęła klucz z dziurki i scho­wała go pod koszulę.

Moya lekko pchnęła oba skrzy­dła wrót, a one zaczęły prze­su­wać się do wewnątrz. Świa­tło sta­wało się coraz jaśniej­sze. To w końcu przy­cią­gnęło uwagę tłumu.

Drzwi na­dal się otwie­rały, jakby od środka cią­gnęli je giganci. Kiedy otwór się posze­rzył, jasność ośle­piła wszyst­kich.

Rozdział drugi

Szu­ka­nie błędu

Za każdy błąd ktoś musi być odpo­wie­dzialny, kara wymie­rzona. Myśleć ina­czej to wie­rzyć, że nie jeste­śmy cen­trum wszech­świata, a świat nie obraca się wokół nas.

Księga Brin

Zimny wiatr prze­szył na wylot brec­kon mor Per­se­fony, która stała w zamglo­nym poran­nym słońcu. Drobne płatki dry­fo­wały w powie­trzu, wesołe i ładne. Śnieżny pył nadał tra­wia­stemu pagór­kowi jaśniej­szy odcień zie­leni. Choć Per­se­fona odda­liła się zale­d­wie o kil­ka­set jar­dów od obozu, czuła się swo­bod­nie. Znaj­do­wała się po zawietrz­nej stro­nie bestii. Pra­wie wszy­scy na­dal bali się skrzy­dla­tego węża, który odpo­czy­wał na szczy­cie wzgó­rza, ale nie spał. Oczy wiel­kiej istoty były zamknięte i choć Per­se­fona czę­sto tu bywała, smok ni­gdy się nie poru­szył, a ode­zwał się tylko raz. I ten jeden raz wystar­czył.

Per­se­fona zacho­wała dystans wzglę­dem smoka. On ją prze­ra­żał, ale odwie­dzała go pra­wie codzien­nie. Rano albo późną nocą, kiedy nikt nie mógł jej zoba­czyć, wspi­nała się na wzgó­rze, sta­wała przed tą istotą i wyzna­wała jej swoje obawy i porażki, zwie­rzała się z nadziei i marzeń. Wie­działa, że smok sły­szy i rozu­mie. I wie­rzyła, że jej słu­cha. Nie miała naj­mniej­szego poję­cia, jak działa magia, ale była pewna, że kiedy do niego mówiła, Raithe słu­chał.

- Już powinni wró­cić - powie­działa. - Mar­twię się. Mieli tylko zro­bić reko­ne­sans na bagnach i od razu wró­cić. Wyprawa powinna zająć im jeden dzień, naj­wy­żej dwa albo trzy.

Wykrę­ciła palce rąk.

- Posła­łam Moyę, żeby ich pil­no­wała. Tek­chin też poszedł. I Tesh, więc wszystko powinno być dobrze. To dla­czego nie wra­cają? - Nie spo­dzie­wała się odpo­wie­dzi i jej nie dostała. Smok nawet nie otwo­rzył oczu. - Dla­czego ich puści­łam?

Per­se­fona wes­tchnęła w mroź­nym powie­trzu i sku­piła wzrok na masyw­nych szczę­kach bestii.

- Bo byłam prze­ra­żona, że niebo pociem­nieje od takich jak ty, wła­śnie dla­tego. Na­dal się boję. - Patrząc na szare niebo i czu­jąc łagodny poca­łu­nek śniegu na policz­kach, Per­se­fona wyobra­ziła sobie ogromne czarne cie­nie, całe ich roje jak sza­rań­czy. - Potrze­bu­jemy kolej­nego cudu, Raithe.

Opa­dła na kolana, splo­tła ręce i skło­niła głowę jak w modli­twie.

- Już nie wie­rzę w plany Nyph­rona. Wysła­li­śmy Ely­sana na pół­noc, żeby poroz­ma­wiał z gigan­tami, a połowa dru­giego legionu ruszyła na połu­dnie, żeby poszu­kać łatwiej­szej prze­prawy przez rzekę. Nie liczę ani na jedno, ani na dru­gie. Wydaje się, że jedyne, co ostat­nio robimy, to wysy­łamy ludzi na zatra­ce­nie. Wyczer­pały mi się pomyły. Nam obojgu wyczer­pały się pomy­sły. Choć Nyph­ron ni­gdy tego nie przy­zna, ani przed sobą, ani przede mną, czuje taką samą despe­ra­cję. Mam wra­że­nie, że tym razem fala nas zatopi. Wszystko wydaje się takie bez­na­dziejne i absur­dalne. Kiedy pierw­szy raz usły­sze­li­śmy, że Fhre­jo­wie nad­cho­dzą, żeby znisz­czyć dahle, łatwo było pogo­dzić się z prze­graną. W Tirre, kiedy nie mie­li­śmy żad­nego keeniga ani broni, ocze­ki­wa­nie, że zgi­niemy, miało sens. Nawet w Alon Rhist wygrana była odle­głym marze­niem. Ale jakoś prze­trwa­li­śmy. Tyle razy o włos unik­nę­li­śmy klę­ski, zda­rzyło się tyle cudów.

Per­se­fona pomy­ślała o gło­dzie, cho­ro­bach i potycz­kach mię­dzy kla­nami, które Rhen musiał prze­trwać za jej życia. Lecz żadna z tych rze­czy nie rów­nała się z nie­bez­pie­czeń­stwami, z któ­rymi mieli do czy­nie­nia w ciągu kilku ostat­nich lat. Ludz­kość wyda­wała się sła­bym pło­mie­niem, ale za każ­dym razem, gdy nad­cią­gał podmuch, coś sta­wało mu na dro­dze: nie­ocze­ki­wany łut szczę­ścia, nie­moż­liwy w nor­mal­nych oko­licz­no­ściach.

- Jest pra­wie tak, jakby...

Za sobą Per­se­fona usły­szała ciężki oddech i sze­lest trawy. Odwró­ciła się i zoba­czyła wysoką, chudą postać w płasz­czu. Przy­bysz uży­wał włóczni jako laski, wspi­na­jąc się na zbo­cze... Zna­jomy, ale nie­ocze­ki­wany widok.

- Mal­colm?

- Dzień dobry - rzu­cił męż­czy­zna pogod­nym tonem. - Tak myśla­łem, że cię tutaj znajdę.

Per­se­fona wstała z kolan i spoj­rzała na niego z dziwną mie­sza­niną rado­ści i iry­ta­cji.

- Nie widzia­łam cię od lat. Gdzie się podzie­wa­łeś?

- W wielu miej­scach: Tirre, Caric, Neith i sam czu­bek lądu, który wysuwa się w Zie­lone Morze.

- Na wypa­dek gdy­byś nie sły­szał, toczy się wojna. Dla­czego odsze­dłeś? Potrze­bo­wa­li­śmy każ­dego męż­czy­zny mogą­cego wal­czyć.

Mal­colm dokoń­czył wspi­naczkę, oparł się na włóczni i uśmiech­nął do Per­se­fony.

- Ja też za tobą tęsk­ni­łem.

- Ja... - Per­se­fona poczuła zakło­po­ta­nie. - Prze­pra­szam. Nie chcia­łam na cie­bie krzy­czeć. Bar­dzo mi cie­bie bra­ko­wało.

Uświa­do­miła sobie, że to stwier­dze­nie jest bar­dziej praw­dziwe, niż przy­pusz­czała. Uści­skała Mal­colma jak sta­rego przy­ja­ciela. Lecz on był kimś wię­cej. Zanim ten skromny towa­rzysz Raithe'a znik­nął, stał się cen­nym doradcą. Po Bitwie przy Wiel­kim Moście Roan stwier­dziła, że ten czło­wiek jest wyjąt­kowy, ale jej uwagi czę­sto były nie­ja­sne i trudne do zro­zu­mie­nia.

Per­se­fona pierw­szy raz zauwa­żyła ukryty talent Mal­colma, kiedy ten prze­po­wie­dział naro­dziny Nolyna. Nie tylko prze­wi­dział, że ona wkrótce będzie mieć dziecko, ale powie­dział jej, że uro­dzi Nyph­ro­nowi syna w namio­cie na brzegu rzeki Bern w Doli­nie Wyso­kiej Włóczni w cza­sie pierw­szej bitwy następ­nej wio­sny. Śmiałe twier­dze­nie w tam­tym cza­sie, zwa­żyw­szy na to, że ona na­dal prze­by­wała w Alon Rhist i nie była pewna, czy jesz­cze kie­dyś zoba­czy Nyph­rona, a tym bar­dziej, że go poślubi. W prze­szło­ści spo­ty­kała jasno­wi­dzów, więc nie zanie­po­koił jej jego wyraźny, choć dopiero nie­dawno odkryty dar. Suri i Tura uży­wały kości i wyra­żały się w nie­ja­sny, czę­sto­kroć tajem­ni­czy spo­sób, przy­zna­jąc jed­no­cze­śnie, że nie wie­dzą, co dokład­nie się wyda­rzy, nato­miast prze­po­wied­nie Mal­colma były rów­nie pre­cy­zyjne, jak stwier­dze­nia fak­tów.

Per­se­fona wypu­ściła Mal­colma z objęć i posłała mu smutny uśmiech.

- Tylko że sprawy nie ukła­dają się dobrze, a ja...

Mal­colm poki­wał głową, a w kąci­kach jego ust poja­wił się wszyst­ko­wie­dzący uśmiech.

- Jesteś prze­ra­żona. Mar­twisz się, że Fhre­jo­wie uni­ce­stwią całą ludz­kość.

Per­se­fona zamru­gała.

- No, tak.

- Lecz nie tylko o tym myślisz, prawda?

- A czy to nie wystar­czy?

- Dla więk­szo­ści tak, ale szanse, że Rhu­no­wie poko­nają Fhre­jów zawsze były nikłe. Twoje obawy są umiej­sco­wione bli­żej serca. - Mal­colm spoj­rzał na smoka. - Wie­rzysz, że masz krew Raithe na rękach, że wysła­nie Suri do Avem­par­thy było czy­stą głu­potą, a zgoda na to, żeby naj­bliżsi przy­ja­ciele udali się na bagno Ith, nie przy­nie­sie niczego oprócz ich śmierci.

Jego słowa zabo­lały, ale Per­se­fona odpa­ro­wała:

- Może pochop­nie wyzna­łam, że za tobą tęsk­ni­łam. - Wszystko, co mówił Mal­colm, było prawdą, ale takie rze­czy sły­szane z ust przy­ja­ciela powo­do­wały dru­zgo­czący efekt. - Wró­ci­łeś, żeby mi przy­po­mnieć, jaka jestem bez­na­dziejna?

Jego spoj­rze­nie prze­nio­sło się z bestii z powro­tem na nią, dolna warga wykrzy­wiła się ze współ­czu­ciem.

- Wcale nie. Jestem tutaj mię­dzy innymi po to, by ci poka­zać, jak bar­dzo się mylisz.

- Jak możesz tak mówić? Wysła­łam ptaki, naiw­nie szu­ka­jąc pokoju. Powin­nam zda­wać sobie sprawę, że fane nie będzie chciał nego­cjo­wać z Suri. Odda­łam naszą naj­cen­niej­szą broń, a Lothian zmusi ją, żeby wyja­wiła tajem­nicę smo­ków. Prze­gra­łam tę wojnę, Mal­col­mie. Wszystko znisz­czy­łam.

Mal­colm pokrę­cił głową.

- Ta wojna nie zosta­nie prze­grana ani wygrana dzięki pta­kom czy smo­kom, chci­wo­ści czy nie­na­wi­ści, ale dzięki odwa­dze i dziel­no­ści tych nie­wielu, któ­rzy wyrzekną się wszyst­kiego, żeby rato­wać przy­szłość. Tak to działa, wiesz? Dumni, chciwi i mściwi ni­gdy nie zmie­niają świata, a przy­naj­mniej nie na lep­sze. Nie potra­fią. Nie mają narzę­dzi. To tak, jakby pro­sić rybę, żeby latała. W ich natu­rze nie leży poświę­ce­nie się dla innych. Ale ci, któ­rzy poszli na bagna, wie­dzą, co trzeba zro­bić, kiedy nadej­dzie pora, i nie są jedyni.

- Kogo masz na myśli?

- Cie­bie, Per­se­fono. Twoje poświę­ce­nie wiele zmie­niło i na­dal tak będzie.

Per­se­fona zaśmiała się ze smut­kiem.

- Mnie? Może zro­bi­łam parę dobrych rze­czy w prze­szło­ści. Podróż do Neith i prze­nie­sie­nie się do Alon Rhist dało nam tro­chę czasu, ale od lat nie doko­na­łam niczego war­to­ścio­wego.

- Naprawdę? Tak uwa­żasz? - Mal­colm zer­k­nął na smoka. - Dla­czego wybra­łaś Nyph­rona zamiast Raithe'a?

- Nie rozu­miem, jaki zwią­zek z czym­kol­wiek ma mój wybór męża?

- A ja rozu­miem. I sądzę, że ty rów­nież. Dla­czego jesteś taka nie­chętna, żeby powie­dzieć to na głos? Mów.

Per­se­fona nie chciała odpo­wia­dać, lecz stra­ciła już tylu ludzi, że zostało jej tylko kilku, z któ­rymi mogła swo­bod­nie roz­ma­wiać, a Mal­com był jed­nym z nich. Wes­tchnęła zakło­po­tana.

- Bo on był naj­lep­szy.

- Jako kto? Kocha­nek? Ojciec? Powier­nik?

- Nie. - Per­se­fona wbiła wzrok w trawę.

- No więc?

Per­se­fonę tro­chę zasko­czył jego upór. Mal­colm ni­gdy wcze­śniej nie był taki natar­czywy.

- Władca - powie­działa w końcu.

- Tak. - Mal­colm poki­wał głową. - Nie­zu­peł­nie takiej cechy więk­szość kobiet szu­ka­łaby u męż­czy­zny. Ale dla­czego ona się liczy? Rhu­no­wie mają swo­ich przy­wód­ców.

- Świat się zmie­nił. Nie możemy wró­cić do cza­sów podziału na klany, skoro pozna­li­śmy korzy­ści wyni­ka­jące z posia­da­nia jed­nego władcy.

- Ale ty już jesteś keeni­giem, przy­wód­czy­nią wszyst­kich Rhu­nów, prawda?

- Na razie tak, ale skoń­czy­łam już czter­dzie­ści lat. Będę miała szczę­ście, jeśli zoba­czę, jak Nolyn wyra­sta na męż­czy­znę. Kiedy pomy­śla­łam, że ist­nieje szansa na zwy­cię­stwo, zoba­czy­łam w Nyph­ro­nie pew­nego, uczci­wego wodza. Kiep­ski z niego mąż, ani namiętny, ani oddany, ale silny i roz­sądny. I jest naszą naj­więk­szą nadzieją na lep­szą przy­szłość. Poza tym pew­nie będzie żył przez kolej­nych tysiąc lat. W tym cza­sie zapewni sta­bil­ność naszemu ludowi.

- I wła­śnie dla­tego poświę­ci­łaś swoją przy­szłość i szczę­ście, któ­rego mogłaś zaznać z Raithe'em. Zro­bi­łaś to dla dobra tego świata i przy­szłych poko­leń. I będziesz to robić przez resztę życia.

Per­se­fona wzięła głę­boki oddech i pokrę­ciła głową.

- Chcia­ła­bym, żeby to było moje jedyne brze­mię, ale nie jest. To przeze mnie Raithe umarł. Ode­bra­łam mu życie!

- Nie. - Pod­czas gdy Per­se­fona na­dal wpa­try­wała się w trawę mię­dzy swo­imi sto­pami, Mal­colm patrzył na chmury. - Raithe nie umarł dla­tego, że go odrzu­ci­łaś. Co wię­cej, Suri nie poje­chała do Avem­par­thy dla­tego, że ją o to popro­si­łaś, a Brin, Moya, Roan i Gif­ford nie wyru­szyli na bagna dla­tego, że im pozwo­li­łaś. Zasta­nów się chwilę. Odłóż na bok swój żal i poczu­cie winy i weź pod uwagę, że wszyst­kie te rze­czy się wyda­rzyły, bo wła­śnie tak musiało być. Wszy­scy mieli swoją rolę do ode­gra­nia. Swoją wła­sną rolę. Oni poświę­cają się dla więk­szego dobra, tak jak ty to zro­bi­łaś.

- W ten spo­sób mi mówisz, że cały świat nie kręci się wokół mnie?

Mal­colm się uśmiech­nął.

- Mniej wię­cej. Cho­dzi mi o to, że wiele z tego, co się wyda­rzyło, jest twoją zasługą, ale rze­czy, które uwa­żasz za porażki, nie wyni­kają z two­jej winy. Ani wojna, ani śmierć Raithe'a, ani poj­ma­nie Suri.

- W takim razie czyja to wina?

Mal­colm zawa­hał się i rozej­rzał, jakby coś wła­śnie usły­szał.

- Gdzie jest Nolyn? - spy­tał, jakby dopiero teraz zauwa­żył, że są sami.

- Co? - Per­se­fonę zasko­czyła nagła zmiana tematu.

- Wiem, że jest wcze­śnie, ale czy mali chłopcy nie budzą się o świ­cie?

- Jest z Justine.

Mal­colm poki­wał głową.

- Oczy­wi­ście - powie­dział zna­czą­cym tonem.

- O co ci cho­dzi?

Mal­com zmarsz­czył brwi. Jego mina wyra­żała dez­apro­batę.

- Tylko się zasta­na­wia­łem... czy Nypron w ogóle spę­dza czas z dziec­kiem?

- Uni­kasz odpo­wie­dzi na moje pyta­nie.

- Hmm?

Per­se­fona skrzy­żo­wała ręce na piersi.

- Czyja to wina, Mal­col­mie?

Jej przy­ja­ciel spo­sęp­niał, zgar­bił plecy i wes­tchnął.

- Wina. Inte­re­su­jące słowo, nie sądzisz? Kiedy zosta­łaś keeni­giem, nie pyta­łaś, czyja to wina, ale jestem pewien, że przy­wódcy Gulów ow­szem. O winie jest mowa tylko wtedy, kiedy dzieje się coś złego. Suk­ces jest wolny od takiego brze­mie­nia. Może byłoby naj­le­piej wstrzy­mać się z oceną wyda­rzeń, zanim przy­pi­sze się cze­muś winę.

Tura powie­dzia­łaby jedy­nie: "Nie wiem". Suri bez wąt­pie­nia napo­mknę­łaby o moty­lach, chmu­rach albo czymś jesz­cze bar­dziej non­sen­sow­nym. Mal­colm znał odpo­wiedź - tego była pewna - ale zacho­wał ją dla sie­bie.

Dla­czego?

Per­se­fona zmie­rzyła go wzro­kiem, a w jej gło­wie zaświ­tała nowa myśl. Jasno­wi­dze potra­fili cza­sami odczy­ty­wać mistyczne znaki, które dawały im wej­rze­nie w przy­szłość. O ile wie­działa, żaden z nich nie był w sta­nie kształ­to­wać przy­szłych wyda­rzeń.

Czy to w ogóle jest moż­liwe?

Kiedy Tressa wspo­mniała, że to Mal­colm powie­dział jej o tunelu, któ­rego można użyć, żeby ura­to­wać Suri, Per­se­fona nie myślała o tym za dużo. Ale teraz...

Mal­colm był z Raithe'em, kiedy She­gon został zabity, co oka­zało się punk­tem zwrot­nym, bo wła­śnie wtedy Rhu­no­wie zaczęli kwe­stio­no­wać boskość Fhre­jów. Kiedy Per­se­fona poznała Raithe'a, to Mal­colm pomógł prze­ko­nać go do powrotu do dahlu Rhen w samą porę, żeby sta­wić czoło Nyph­ro­nowi i jego Galan­tia­nom. Rów­nież kiedy przy­była Arion, żeby aresz­to­wać Nyph­rona, Mal­colm ude­rzył ją kamie­niem, w ten spo­sób zatrzy­mu­jąc zarówno galan­tiań­skiego przy­wódcę, jak i Mira­ly­ithkę w dahlu Rhen.

Czy to wszystko mogły być jedy­nie przy­padki?

- Mal­col­mie, skąd wie­dzia­łeś, że Suri zosta­nie schwy­tana, na lata przed tym, nim to się stało? - zapy­tała.

- Nie to naprawdę chcesz wie­dzieć.

Miał rację.

- Ist­nieje jaka­kol­wiek szansa na prze­trwa­nie ludz­ko­ści?

Mal­colm ski­nął głową.

- Nie twier­dzę, że to pewne. Lecz kiedy odsze­dłem, odkry­łem rze­czy, które spra­wiają, że sytu­acja jest jesz­cze bar­dziej nie­bez­pieczna. Wró­ci­łem, by ci powie­dzieć, że plany zostały pusz­czone w ruch, a ja na­dal mam wiarę. Chcę, żebyś ty też ją miała.

- Mówisz o ludziach, któ­rzy poszli na bagna, prawda? Wszystko u nich w porządku? Co się z nimi stało?

- Może usią­dziesz.

- Och, Mari. - Per­se­fona zawa­hała się, a potem opa­dła na kolana jak ska­za­niec cze­ka­jący na katow­ski topór.

Mal­colm ukląkł obok niej i ujął jej dło­nie.

- Moya, Tek­chin, Brin, Roan, Gif­ford, Tressa i Deszcz... oni...

- Co?

Mal­com poru­szył się nie­spo­koj­nie.

- Mów!

- Oni... nie żyją.

Per­se­fona poczuła, że jej serce się zatrzy­muje. I czas rów­nież.

- To nie­moż­liwe. Nie. Nie może być. Oni jedy­nie poszli na zwiady, nic wię­cej. Nie ruszyli do walki.

- Masz rację. Nie było żad­nej potyczki. Oni uto­nęli.

Per­se­fona gwał­tow­nie pokrę­ciła głową.

- Wszy­scy? Nie... nie...

Och, Mari, tylko nie oni. Ilu jesz­cze musi umrzeć?

- Ale... - Mal­colm umilkł, a potem dodał z wywa­żo­nym uśmie­chem: - Wszystko jest w porządku.

Per­se­fona nie była pewna, czy dobrze go usły­szała, ale wyraz twa­rzy Mal­colma - ten lekki uśmiech - potwier­dzał jego słowa.

- Na litość Elan, jak coś w takiej sytu­acji może być w porządku?

- Bo... - Mal­colm się wypro­sto­wał - ist­nieje szansa, że wrócą.

Per­se­fona osłu­piała. Tym razem nie miała trud­no­ści ze spoj­rze­niem mu w oczy.

- Osza­la­łeś?

Mal­colm pokrę­cił głową i uniósł ręce, żeby ją uspo­koić albo ode­przeć jej atak.

- To... hmm, nie będzie łatwe. Wła­ści­wie będzie dużo trud­niej­sze, niż z początku się spo­dzie­wa­łem.

- Wie­dzia­łeś, że oni tam pójdą? - Nagłe olśnie­nie spra­wiło, że Per­se­fo­nie zaparło dech w płu­cach. - Ty to zapla­no­wa­łeś. - Zaczęła krę­cić głową. - To nie jest moja wina, tylko twoja!

- Tak - potwier­dził Mal­colm. - Wszystko, ale to jesz­cze nie koniec. Pozwól mi wyja­śnić, dokąd oni poszli. Widzisz, Per­se­fono, posła­łem ich do...

- Na śmierć. Zabi­łeś ich!

- To prawda. - Mal­colm uniósł palec. - Ale wysy­łam im pomoc.

Rozdział trzeci

Mistrzo­wie Sekre­tów

Edu­ka­cja zawsze łączy się z kosz­tami, wszyst­kie naprawdę cenne lek­cje pozo­sta­wiają bli­zny.

Księga Brin

Wszy­scy mar­twi fane'owie mieli wła­sne krypty, ozdo­bione sce­nami poka­zu­ją­cymi ich liczne doko­na­nia. Te sank­tu­aria były nie tylko miej­scami wiecz­nego spo­czynku, ale rów­nież hoł­dem dla wiel­ko­ści przy­wód­ców. Każde sta­no­wiło cud archi­tek­tury, a człon­ko­wie szczepu Eily­win nie szczę­dzili wydat­ków na ich wznie­sie­nie. Wszyst­kie pięć mau­zo­leów stało na hono­ro­wym miej­scu tuż obok placu Flo­rella w cen­trum Estram­na­donu, tak że każdy Fhrej mógł łatwo je odwie­dzać, żeby wpaść w sto­sowny nabożny zachwyt i czer­pać z nich natchnie­nie.

Nie­wielu przy­cho­dziło.

Ten brak odda­nia zasmu­cał Imaly, bo sta­no­wił kolejny dowód na to, że spo­łe­czeń­stwo Fhre­jów jest budowlą o kru­szą­cych się fun­da­men­tach i w rezul­ta­cie znaj­duje się na kra­wę­dzi upadku. Lecz rzadko odwie­dzane krypty były rów­nież bar­dzo potrzeb­nym, dogod­nym, odizo­lo­wa­nym azy­lem.

- Dla­czego tu jeste­śmy? - spy­tał Nana­gal, kiedy Imaly zamknęła drzwi mau­zo­leum, w któ­rym spo­czy­wała Gylin­dora Fane.

- Nana­galu, jesteś Eily­wi­nem - odparła Imaly pogod­nie. - Mógł­byś roz­pa­lić jesz­cze jeden ogień w tam­tym pie­cyku w kącie? Tro­chę tu ciemno, prawda?

- Ognia się nie roz­pala. Trzeba go wykrze­sać.

- O, tak, jesteś mądry. Możesz w takim razie to zro­bić, mój drogi? Jesteś dosta­tecz­nie wysoki, żeby dosię­gnąć do kok­sow­nika. - Imaly posłała mu zna­czący uśmiech.

- Nie odpo­wie­dzia­łaś na pyta­nie Nana­gala, Imaly - zauwa­żył Her­mon. Przy­sa­dzi­sty i nie­zwy­kle owło­siony jak na Fhreja, nie ogo­lił się tego dnia, tak że na jego twa­rzy widać było cień zaro­stu. - Będziemy komu­ni­ko­wać się ze zmarłą? Spró­bu­jemy poroz­ma­wiać z twoją pra­pra­babką? - Spoj­rzał na Vol­ho­rika. - Czy Fer­rol dopusz­cza takie rze­czy?

- Abso­lut­nie nie - odparł naj­wyż­szy kapłan.

- Nie przy­szli­śmy tutaj w żad­nym tak non­sen­sow­nym celu - zapal­czy­wie oświad­czyła Imaly. - Na litość Fer­rola, jeste­śmy w gro­bowcu mojej przod­kini. Okaż­cie tro­chę sza­cunku, dobrze?

- Więc po co? - nie ustę­po­wał Her­mon.

- Żeby odbyć spo­tka­nie.

Pie­cyk zapło­nął, wnę­trze poja­śniało. Migo­tliwy żółty blask odbity od złota i zło­co­nego sre­bra wywo­ły­wał nie­zwy­kły efekt. Tylna część krypty stała się widoczna, a wraz z nią sar­ko­fag Gylin­dory. Kamienna pła­sko­rzeźba na wieku w ogóle jej nie przy­po­mi­nała. Wize­run­kowi bra­ko­wało praw­dzi­wego arty­zmu, był zbyt sztywny i nie zdo­łał uchwy­cić istoty pierw­szej wład­czyni.

- Spo­tka­nie? - powtó­rzył Nana­gal, wypusz­cza­jąc z ręki krze­siwo wiszące na sznu­rze. - Może nie jesteś tego świa­doma, ale mamy dosko­nałe miej­sce do spo­tkań tro­chę dalej przy tej ulicy. Nazywa się ono Airen­the­non - ładne miej­sce, gdzie są kolumny i ławy, prze­zna­czone wła­śnie na tego rodzaju zgro­ma­dze­nia.

- Nie na tego rodzaju - zapew­niła go Imaly.

Zja­wili się pra­wie wszy­scy starsi przy­wódcy szcze­pów: Nana­gal z ludu Eily­wi­nów, Osla Asen­dway­rów, Her­mon Gwy­dry i Vol­ho­rik Uma­ly­nów. Mimo nie­obec­no­ści Mira­ly­ithy Vidara zebrało się dość dorad­ców na kwo­rum. I choć człon­ko­wie Aqu­ili nie spo­tkali się w Airen­the­no­nie, ich decy­zje miały być wią­żące.

- Zapro­si­łam was tutaj, bo to sza­cowne grono może być jedyną rze­czą, która ochroni naszą spo­łecz­ność przed cał­ko­wi­tym uni­ce­stwie­niem. Muszę poznać wasze opi­nie na temat fane Lothiana i jego zdol­no­ści do rzą­dze­nia... Praw­dziwe opi­nie.

- I uzna­łaś za sto­sowne zapy­tać o nie tutaj? - prze­mó­wiła Osla. Nie­dawno dołą­czyła do Aqu­ili i rzadko zabie­rała głos, więc Imaly uznała za inte­re­su­jące, że to ona pierw­sza się ode­zwała. Ci bar­dziej doświad­czeni cze­kali.

- Tak - potwier­dziła Imaly. - To, co robimy w Airen­the­no­nie, sta­nowi powszechną wie­dzę. To, co mówimy w kryp­cie, w niej zostaje. - Ostat­nie dwa słowa wypo­wie­działa tonem suge­ru­ją­cym groźbę.

- A co dokład­nie chcia­ła­byś wie­dzieć? - spy­tał od nie­chce­nia Nana­gal. Nie był głup­cem, ale nie inte­re­so­wały go hipo­te­tyczne roz­wa­ża­nia. Wolał, żeby wszystko było jasne i nie­odwo­łalne.

- Ilu z was pochwala dzia­ła­nia fane'a, odkąd objął tron?

Nikt się nie ode­zwał.

- Zga­dzam się z wami - oświad­czyła Imaly. - Od jego wstą­pie­nia na tron prze­ży­li­śmy bunt Mira­ly­ithów, który omal nie zbu­rzył Airen­the­nonu, otwartą rewoltę szczepu Insta­rya i wojnę, która może znisz­czyć całą naszą cywi­li­za­cję. A on jest władcą dopiero od kilku lat, co sta­nowi zale­d­wie jedno ude­rze­nie serca wobec całych rzą­dów dowol­nego fane'a. Nic z tego nie było konieczne ani nie­unik­nione, a wszystko sta­nowiło bez­po­średni rezul­tat jego dzia­łań albo ich braku.

Imaly wygła­dziła przód asyki i dała im czas, żeby pode­lek­to­wali się aro­ma­tem posiłku, który dla nich przy­go­to­wała.

- A dla­czego jego pano­wa­nie jest taką porażką? Bo Lothian nie pyta nas o zda­nie. Od obję­cia tronu rzadko zaszczy­cał Airen­the­non swoją obec­no­ścią, nie licząc wyda­wa­nia edyk­tów, sta­wia­nia ulti­ma­tów albo wygła­sza­nia ogól­ni­ko­wych dekla­ra­cji. Nie tak powinno to wyglą­dać. Aqu­ilę utwo­rzono po to, żeby poma­gała naszym przy­wód­com w podej­mo­wa­niu decy­zji wyko­rzy­stu­ją­cych naszą zbio­rową mądrość. Ale Lothian nie życzy sobie takiej pomocy, nie chce żad­nych rad. Jego dotych­cza­sowe dzia­ła­nia świad­czą o złym osą­dzie.

- Do czego zmie­rzasz, Imaly? - Znowu to Osla zapy­tała, bo tylko ona tak naprawdę niczego nie rozu­miała.

- Cóż, do niczego... Przy­naj­mniej na razie. Ja jedy­nie zadaję pyta­nie. Ale może powin­nam wyra­zić je ina­czej, więc pozwól­cie, że pod­dam pod waszą roz­wagę, czy chcie­li­by­ście mieć innego władcę, gdyby to było moż­liwe?

- Lothian został wybrany przez Fer­rola - przy­po­mniała Osla, jakby ta oczy­wi­stość czy­niła hipo­te­tyczne pyta­nie Imaly bez­sen­sow­nym.

Imaly przez chwilę szu­kała takiego samego bez­myśl­nego przy­wią­za­nia do tra­dy­cji w oczach innych, ale go nie zna­la­zła. Vol­ho­rik, który razem z nią uknuł ten plan, już był prze­ko­nany, więc Imaly cze­kała na reak­cję Nana­gala i Her­mona. Żaden się nie ode­zwał, obaj prze­szy­wali ją podejrz­li­wymi spoj­rze­niami.

- Fer­rol nie dzia­łał sam, wybie­ra­jąc Lothiana - powie­działa Imaly. - I może my jako jedyni zawie­dli­śmy naszego pana, nie znaj­du­jąc lep­szego pre­ten­denta niż Zephy­ron. Nie cho­dzi jed­nak o prze­szłość. Czy nikt nie odpo­wie na to pro­ste, nie­szko­dliwe pyta­nie? - Imaly skrzy­żo­wała ręce na piersi i oparła się o ozdobną ścianę wybu­do­waną z kafel­ków.

- Mówisz o zdra­dzie - stwier­dziła Osla.

- Nie, moja droga. Ja jedy­nie zadaję pyta­nie. Po pro­stu roz­ma­wiamy. Nikt nie pro­po­nuje, żeby­śmy się uzbro­ili i zaata­ko­wali pałac... To byłaby zdrada. Ja jedy­nie pro­szę was o opi­nię i odwo­łuję się do zbio­ro­wej mądro­ści Aqu­ili. Wła­śnie po to ją utwo­rzono, czyż nie?

- A jed­nak spo­ty­kamy się tutaj, a nie w Airen­the­no­nie, więc nie pró­buj uda­wać, że jedy­nie zada­jemy sobie nie­szko­dliwe pyta­nia - oskar­żyła ją Osla.

Imaly skło­niła głowę, przy­zna­jąc jej rację.

- Tak czy ina­czej, na­dal nie dosta­łam odpo­wie­dzi.

Nana­gal zro­bił krok do przodu.

- Sądzę, że wszystko zale­ża­łoby od tego, kto go zastąpi. - W prze­ci­wień­stwie do Imaly, która sta­ran­nie wybrała nie­dbałą postawę, żeby zasu­ge­ro­wać pew­ność sie­bie, on stał sztywno wypro­sto­wany.

- Słuszna uwaga, ale pozwól­cie, że zadam następne pyta­nie: Co musiałby zro­bić Lothian, żeby­ście woleli dowol­nego Fhreja zamiast niego?

Jej słowa wywo­łały uśmie­chy i kilka par­sk­nięć.

Nana­gal wzru­szył ramio­nami.

- Nie wiem. Chyba musiałby osza­leć i stać się nie­zdolny do racjo­nal­nego myśle­nia.

- Więc przy­zna­jesz, że w pew­nych oko­licz­no­ściach usu­nię­cie fane'a może być konieczne? A gdyby zagro­ził samemu ist­nie­niu Fhre­jów jako narodu? Czy wtedy był­byś gotowy pod­jąć kroki, żeby go usu­nąć?

Uśmie­chy zga­sły.

Nana­gal spoj­rzał na Vol­ho­rika.

- Czy sza­leń­stwem byłoby zerwa­nie przy­mie­rza z Fer­ro­lem? Czy w takich oko­licz­no­ściach nasz pan nie zażą­dałby usu­nię­cia fane'a?

Vol­ho­rik pokrę­cił głową.

- Jeśli ści­śle trzy­mać się Prawa Fer­rola, fane może robić, co chce, czy jest sza­lony, czy nie. Tylko tra­dy­cja, a nie edykt Fer­rola, wymaga, żeby fane dzia­łał dla dobra Fhre­jów. Pew­nie mógłby bez sądu stra­cić każ­dego Fhreja, gdyby tylko tak posta­no­wił. - Vol­ho­rik uniósł palec. - Z dru­giej strony rów­nież tylko tra­dy­cja wymaga, żeby­śmy go słu­chali. Prawo Fer­rola nie naka­zuje wprost naszego posłu­szeń­stwa.

- Zwa­żyw­szy na nie­zdol­ność Lothiana do spra­wo­wa­nia sku­tecz­nych rzą­dów, mamy mu pozwo­lić dalej spra­wo­wać wła­dzę, czy naszym obo­wiąz­kiem jest zadbać o to, żeby objął ją spra­wie­dliwy i zdolny przy­wódca? - naci­skała Imaly. - Jeśli się go nie powstrzyma, Lothian naprawdę może uni­ce­stwić całą naszą rasę. Myśli­cie, że Fer­rol by tego chciał? Nie powin­ni­śmy inter­we­nio­wać?

Wszy­scy spoj­rzeli po sobie.

Czego szu­kają? Pomocy? Wspar­cia? Prze­wod­nic­twa?

W prze­szło­ści Imaly zawsze doce­niała to, jacy giętcy są człon­ko­wie Aqu­ili, ale w tej chwili wola­łaby z ich strony nieco wię­cej siły i zde­cy­do­wa­nia.

- Nie jestem pewien - ode­zwał się Nana­gal i rozej­rzał po obec­nych. - Życze­nia Fer­rola nie są wyra­żone wprost, prawda?

- Więc zigno­ro­wał­byś takie postę­po­wa­nie? Sza­lony władca zabi­ja­jący nas wszyst­kich? I czy igno­ro­wa­nie nie byłoby tym samym co akcep­ta­cja? Czy jako człon­ko­wie Aqu­ili nie jeste­ście odpo­wie­dzialni za szczepy, które repre­zen­tu­je­cie?

- Cóż, ja nie...

- Myślę, że w takich oko­licz­no­ściach naszym obo­wiąz­kiem wobec Fer­rola byłoby usu­nię­cie takiego władcy - prze­rwał mu Vol­ho­rik.

- Tak. - Nana­gal nie­chęt­nie poki­wał głową. - Chyba tak.

Imaly spoj­rzała na Her­mona.

- Muszę się zgo­dzić z Nana­ga­lem - stwier­dził Gwy­dry.

Oczy­wi­ście, że tak. Zawsze to robisz.

Osla wpa­try­wała się w swoje stopy z rękami sple­cio­nymi przed sobą i wyglą­dała na głę­boko zamy­śloną.

- Zga­dzam się, ale... Zakła­dam, że mówimy tylko hipo­te­tycz­nie. Zagro­że­nie ze strony Lothiana jesz­cze nie osią­gnęło takiego poziomu, jaki przed­sta­wiła Imaly. Może jest nie­kom­pe­tentny, ale w rezul­ta­cie mię­dzy nami a Rhu­nami powstała patowa sytu­acja. Nie widzę nie­bez­pie­czeń­stwa, że w naj­bliż­szej przy­szło­ści zosta­niemy przez nich zmiaż­dżeni. Nie ma poważ­nego zagro­że­nia dla naszego ludu jako cało­ści. Poza tym, nie rozu­miem, jak mogli­by­śmy... - Osla zro­biła pauzę. - Czy w pra­wie ist­nieje klau­zula, że Aqu­ila może usu­nąć fane'a z tronu?

- Nie - odpo­wie­dział Vol­ho­rik.

- Więc jak mie­li­by­śmy...

- Musie­li­by­śmy go zabić - bez waha­nia dokoń­czyła Imaly.

Osla otwo­rzyła usta ze zdu­mie­nia.

- To by ozna­czało zła­ma­nie Prawa Fer­rola.

- Tak - przy­znała Imaly. - Nie­wielka cena za ura­to­wa­nie całego Eri­vanu. Jeste­śmy wodzami naszych szcze­pów. To nam powie­rzono obo­wią­zek ochrony naszej cywi­li­za­cji, a cza­sami to brze­mię wymaga cze­goś wię­cej niż tylko sie­dze­nia w pała­co­wym prze­py­chu i robie­nia wyłącz­nie tego, co jest bez­pieczne.

Echo jej słów jesz­cze przez chwilę wisiało w powie­trzu, a potem gro­bo­wiec wypeł­niła cisza. Wszy­scy obecni patrzyli na nią z prze­ra­że­niem.

Gylin­dora kie­dyś jej powie­działa, że jed­nym z sekre­tów wypla­ta­nia koszy jest wie­dza, jak bar­dzo można zgiąć trzcinę, zanim ta pęk­nie. Sztuczka z wyjąt­kowo sztyw­nymi kawał­kami pole­gała na mocze­niu ich przez całą noc albo nawet dłu­żej. Dzięki temu trzcina sta­wała się bar­dziej ela­styczna.

Na razie dość zro­bi­łam, pomy­ślała. Imaly.

- Cóż, to była poży­teczna dys­ku­sja, prawda? Zga­dzam się z Oslą, że czasy nie są jesz­cze takie złe, a jak już wspo­mnia­łam, to wszystko były tylko spe­ku­la­cje. Na razie nie musimy o nic się mar­twić. To kwe­stia do roz­wa­że­nia na inną chwilę, która, jeśli Fer­rol zechce, ni­gdy nie nadej­dzie. - Imaly otwo­rzyła drzwi, wpusz­cza­jąc do środka dzienne świa­tło. - Chcę wam bar­dzo podzię­ko­wać za przy­by­cie.

***

Umie­ściw­szy dwie liny pod trumną, zespół Vaseka dźwi­gnął ją i posta­wił obok wyko­pa­nej dziury. Vol­ho­rik odmó­wił Vase­kowi wstępu na estram­na­doń­ski cmen­tarz, ale las tuż za mia­stem dobrze posłu­żył jego celowi.

Skrzy­nia, do któ­rej Vasek wło­żył mistyczkę, naprawdę była trumną, sze­ścio­bocz­nym pudłem zwę­ża­ją­cym się od ramion ku kost­kom. Choć Lothian roz­ka­zał, żeby zabrać Suri do "Dziury" - ciągu małych cel pod kosza­rami Lwiej Gwar­dii - to pole­ce­nie fane'a, żeby ją "pogrze­bać", nasu­nęło Mistrzowi Sekre­tów pomysł, żeby spró­bo­wać cze­goś jesz­cze bar­dziej dra­stycz­nego. Jej znana awer­sja do cia­snych prze­strzeni wyda­wała się naj­lep­szą formą naci­sku, a dodat­kową korzy­ścią było unik­nię­cie fizycz­nych uszko­dzeń, które zawsze nio­sły ze sobą nie­po­trzebne ryzyko.

Vasek wybrał trumnę o takich wymia­rach, żeby mistyczka nie miała moż­li­wo­ści się w jej wnę­trzu poru­szyć. Zamknię­cie Rhunki w jak naj­mniej­szej prze­strzeni mogło dać naj­lep­sze rezul­taty. Mistrz Tajem­nic był pewien, że ude­rze­nia i zapach ziemi sypa­nej na wieko, brak świa­tła, które wcze­śniej prze­są­czało się przez szcze­liny, i cał­ko­wita cisza grobu ide­al­nie nada­dzą się do tego, żeby prze­ko­nać ją do mówie­nia.

Klu­czowy był czas. Za krótko, a Rhunka na­dal będzie sta­wiać opór, za długo, a może cał­kiem stra­cić zdol­ność komu­ni­ko­wa­nia się. To było nie­bez­pieczne posu­nię­cie zarówno dla uwię­zio­nej, jak i dla niego. Gdyby zła­mał albo zabił zdo­bycz fane'a, sam mógłby z roz­kazu Lothiana tra­fić do tej skrzyni.

Mistrz Sekre­tów nie czer­pał przy­jem­no­ści ze swo­jej pracy. Nie żywił żad­nych uczuć wobec Rhu­nów. Opo­wia­dane o nich histo­rie, że są dzi­kimi zwie­rzę­tami - złymi, okrut­nymi i bez­ro­zum­nymi - były niczym wię­cej jak czczą pro­pa­gandą. Vasek to wie­dział, bo sam wymy­ślił więk­szość z tych bajek. Cho­dziło o przed­sta­wie­nie Rhu­nów jako bru­tal­nych, ale niż­szych istot. To połą­cze­nie miało budzić u Fhre­jów strach, ale nie roz­pacz. Lothian potrze­bo­wał wspar­cia swo­jego ludu, a nie jego rezy­gna­cji i gniewu. Fane był władcą abso­lut­nym, wcie­le­niem Fer­rola, ale ter­ror nisz­czył nawet naj­bar­dziej uświę­cone sym­bole.

Jak zawsze Vasek jedy­nie roz­wią­zy­wał pro­blem na pole­ce­nie fane'a. Miał wydo­być tajem­nicę z umy­słu Rhunki. Gdyby Lothian kazał mu oddzie­lić żółtko od białka, on wziąłby się do tego zada­nia z podobną deter­mi­na­cją. Lecz w głębi umy­słu żywił nadzieję, że Rhunka prze­żyła pogrze­ba­nie żyw­cem.

Z pudła nie docho­dził żaden dźwięk. Vasek poczuł, że żołą­dek pod­cho­dzi mu do gar­dła.

To były tylko dwie godziny!

Kiedy pod­wa­żano wieko łomami, Vasek szy­ko­wał się już, że ujrzy mar­twą Rhunkę i moż­liwe, że tym samym swoją wła­sną przy­szłość. Pokrywę odsu­nięto na bok. Mistyczka leżała w środku z zamknię­tymi oczami i rękami wycią­gnię­tymi po bokach. Jej pierś uno­siła się i opa­dała, powoli, rów­no­mier­nie.

Żyje!

Tę myśl szybko zastą­piła inna, rów­nie zaska­ku­jąca: Ona śpi.

***

Życie rzadko speł­niało ludz­kie ocze­ki­wa­nia. Wio­sna oka­zy­wała się nie taka cudowna jak w marze­niach snu­tych pod­czas suro­wej zimy, zła­ma­nie kości nie takie bole­sne, jak czło­wiek sobie wyobra­żał, a Suri podej­rze­wała, że naj­więk­szym ze wszyst­kich roz­cza­ro­wań byłaby śmierć. Wszy­scy poświę­cali dużo czasu na roz­my­śla­nie o tym, co będzie, kiedy umrą. Przy bla­sku ognia opo­wia­dano histo­rie, wszyst­kie prze­sa­dzone, co zakra­wało na iro­nię, gdy się nad tym głę­biej zasta­no­wić. Rze­czy­wi­stość nie mogła rywa­li­zo­wać z deka­dami spe­ku­la­cji. Takie myśli prze­bie­gały przez głowę Suri, kiedy wkła­dano ją do trumny.

Zabi­ja­nie skrzyni było trudne do znie­sie­nia, ale sytu­acja stała się jesz­cze gor­sza, kiedy na wieko zaczęły spa­dać grudy ziemi. Tro­chę pia­chu prze­do­stało się przez szcze­liny mię­dzy drew­nia­nymi deskami, w tym przez kiep­sko dopa­so­wane spo­je­nie bez­po­śred­nio nad jej twa­rzą. Z rękami uwię­zio­nymi po bokach musiała odwró­cić głowę, żeby w ogóle móc oddy­chać. Wła­śnie wtedy zro­zu­miała, że umrze. Ta myśl nie była zasko­cze­niem, ale fakt, że nie zaczęła krzy­czeć, już tak.

Naj­pierw pomy­ślała: To jest to. Mój naj­gor­szy kosz­mar w końcu się speł­nił.

Przez więk­szość życia Suri nie lubiła ścian, jaskiń i wszel­kich zamknię­tych prze­strzeni z powodu tego, co się jej przy­da­rzyło, kiedy miała sześć lat. Wpeł­zła do dziury wyko­pa­nej w piasz­czy­stym, stro­mym brzegu rzeki i nie potra­fiła z niej się wydo­stać. Była pewna, że to lisia nora i że się w niej zmie­ści, a bar­dzo chciała zoba­czyć, jak miesz­kają lisy. Mówiono jej, że są mądre, więc wyobra­żała sobie malut­kie sto­liki - jak te, któ­rymi bawiła się z Turą - zasta­wione minia­tu­ro­wymi fili­żan­kami i tale­rzy­kami.

Mają małe łóżeczka? Świece? Stroje wyj­ściowe, które ukry­wają przed innymi i wkła­dają je tylko w szcze­gólne noce, kiedy w lesie odby­wają się tajemne obrzędy?

Suri od dawna podej­rze­wała, że stwo­rze­nia z Księ­ży­co­wej Pusz­czy wydają pry­watne przy­ję­cia, o któ­rych nie roz­ma­wiają, kiedy ona jest w pobliżu. Tamta dziura była jej szansą, żeby poznać prawdę. Suri zamie­rzała zwró­cić się do pierw­szego napo­tka­nego zwie­rzę­cia i spy­tać je, dla­czego ni­gdy jej nie zapra­szają.

Szybko jed­nak się prze­ko­nała, że nie jest taka mała jak lis. Utknęła w poło­wie drogi. Kiedy pró­bo­wała wyczoł­gać się z powro­tem, osy­pał się na nią pia­sek. Im bar­dziej sta­rała się wydo­stać, w tym więk­sze tara­paty wpa­dała. W końcu otwór cał­kiem się zamknął. W środku zro­biło się ciemno, powie­trze było gęste od zapa­chu ziemi. Suri krzy­czała, aż zdarte gar­dło odmó­wiło jej posłu­szeń­stwa. Ura­to­wała ją Turi. Stara mistyczka zna­la­zła ją i odko­pała... trzy dni póź­niej.

Od tam­tej pory Suri prze­ra­żało każde cia­sne miej­sce, co do któ­rego nie była pewna, czy się z niego wydo­sta­nie. W tam­tej lisiej norze stra­ciła część sie­bie. Ta jej cząstka zagi­nęła albo być może umarła przy­du­szona zie­mią. Od tam­tej pory Suri spała na zewnątrz i wcho­dziła do domu Turi tylko w naj­zim­niej­sze noce.

Dla­tego uznała za dziwne, że w miarę jak odgłosy spa­da­ją­cej ziemi sta­wały się coraz bar­dziej odle­głe i stłu­mione, z jej gar­dła nie wyrwał się ani jeden krzyk. Panika nie nade­szła.

Powin­nam postra­dać zmy­sły. Dla­czego to się nie dzieje? Dla­czego jestem taka spo­kojna?

Prze­cież coś takiego zawsze znaj­do­wało się na czele jej listy naj­gor­szych kosz­ma­rów.

Tylko że już nim nie jest.

Suri nie miała pro­blemu ze ska­ka­niem z wodo­spa­dów, obroną przed sta­dem wil­ków czy wspi­na­niem się na wyso­kie drzewa w cza­sie burzy, ale nie zawsze tak było. W pier­wot­nych głę­biach jej pamięci zacho­wały się czasy, kiedy bała się takich rze­czy. Odwagę dała jej Minna. Mała wil­czyca była nie­ustra­szona. Suri nie mogła dopu­ścić do tego, żeby poko­nał ją szcze­niak. W rezul­ta­cie duma pchnęła ją do tego, żeby prze­zwy­cię­żyć wła­sne lęki. I wtedy odkryła, że strach jest tchórz­li­wym despotą: same prze­chwałki, żad­nej tre­ści. Po jed­nym uda­nym skoku z wodo­spadu nie potra­fiła zro­zu­mieć, co wcze­śniej tak ją prze­ra­żało.

Prze­by­wa­nie w cia­snych miej­scach takich jak małe pomiesz­cze­nia albo klatka, w któ­rej prze­trans­por­to­wano ją do sto­licy Fhre­jów, było nie­mal jak pogrze­ba­nie żyw­cem, ale to, że coś jest podobne, nie ozna­czało, że jest tym samym. Drę­czył ją strach przez realną rze­czą, ale to ocze­ki­wa­nie - ten nie­znany czyn­nik - zawsze naj­bar­dziej para­li­żo­wał. Nie musiała sta­wić czoła naj­więk­szemu lękowi swo­jego dzie­ciń­stwa, dopóki ludzie Vaseka naprawdę jej nie pogrze­bali.

Co więc się zmie­niło?

Roz­wi­kła­nie zagadki nie zabrało jej dużo czasu. Suri nie miała już sze­ściu lat, a czas spę­dzony w gro­bie uświa­do­mił jej, że tam­ten lęk jest niczym wię­cej jak zwy­kłym dzie­cię­cym stra­chem przed potwo­rami. Doj­rzała i nauczyła się, że są gor­sze okrop­no­ści.

W porów­na­niu z two­rze­niem gila­ra­brywn pogrze­ba­nie żyw­cem to nic.

Po tej myśli poja­wiła się następna. Minęło wiele dni, odkąd prze­spała noc, a ponie­waż leżała w ciem­no­ści, ucięła sobie drzemkę.

***

- Co z nią? - zapy­tała Imaly. Kura­torka Aqu­ili mówiła ści­szo­nym gło­sem, patrząc na Drzwi Ogrodu.

- Przy­pusz­czam, że to coś jak po uwię­zie­niu oraz pozba­wie­niu jedze­nia i wody - odparł Mistrz Sekre­tów swoim zwy­kłym spo­koj­nym tonem, który nie pozwa­lał odczy­tać jego praw­dzi­wych myśli. - Z pew­no­ścią widziała lep­sze dni.

Oboje sie­dzieli na jed­nej z dzie­sią­tek kamien­nych ławek w Ogro­dzie, który zaj­mo­wał cen­trum fhrej­skiego mia­sta Estram­na­don. Imaly po lewej, z ręką na opar­ciu, on po pra­wej, dosta­tecz­nie bli­sko, żeby mogli roz­ma­wiać cicho, ale na tyle daleko, by jasno dać do zro­zu­mie­nia, że nie są razem.

Jesień ustę­po­wała miej­sca zimie. Zie­lone arbo­re­tum teraz było ogo­ło­cone z liści, zre­du­ko­wane do nagich gałęzi, ciem­nych brą­zów, czerni i sza­ro­ści. W kul­tu­ral­nym i reli­gij­nym cen­trum fhrej­skiego wszech­świata bra­ko­wało rów­nież gości. Dobrze, ponie­waż to zapew­niało tej dwójce pry­wat­ność, ale źle, bo dużo pustych miejsc rodziło pyta­nie, dla­czego ci dwoje dzielą jedną ławkę, skoro nie są razem? Na szczę­ście w zasięgu wzroku był tylko jeden czło­wiek.

Tri­los sie­dział na swoim zwy­kłym miej­scu. Spra­wiał wra­że­nie, jakby nie obcho­dziła go pogoda. Nie wyda­wało się rów­nież, żeby zauwa­żył tam­tych dwoje, jako że zaj­mo­wali ławkę sto­jącą jak naj­da­lej od niego.

- Nie obcho­dzi mnie jej stan fizyczny - wyszep­tała Imaly. - Co z jej nasta­wie­niem?

- Jedno łączy się z dru­gim, nie sądzisz?

- Nie pyta­ła­bym, gdy­bym znała odpo­wiedź. Ona jest Rhunką. Ja zupeł­nie ich nie rozu­miem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki