Od Autora
Od Autora
Witajcie w świecie "Legend Pierwszego Imperium", mojego nowego cyklu
fantasy. Jeśli nie czytaliście żadnej z moich wcześniejszych książek,
nie obawiajcie się. Ten cykl jest zupełnie nowy i nie trzeba znać ani
"Kronik Riyrii", ani "Odkryć Riyrii", aby w pełni cieszyć się lekturą.
Przeczytanie tej książki nie spowoduje też, że natkniecie się na
spojlery, więc nie musicie się martwić taką możliwością. Niniejszy cykl
ma w założeniu być odrębną bramą do świata Elan, a jeśli chcecie
przeczytać więcej - cóż, czeka na Was dziewięć innych powieści (wydanych
w sześciu tomach).
Na użytek tych, którzy czytali wcześniejsze książki o Riyrii, powinienem
wspomnieć, że akcja obecnego cyklu dzieje się trzy tysiące lat przed
wydarzeniami opisanymi w tamtych powieściach. Może sądzicie, że już
wiecie, w jaki sposób ukształtowało się Pierwsze Imperium, a w każdym
razie macie ogólne pojęcie na temat tamtych wydarzeń. Jeśli jednak
czytaliście moje książki, prawdopodobnie zdajecie sobie sprawę, że
pozory niekiedy mylą. Relacje, które ujawniłem poprzez Riyrię, nie były
w pełni wiarygodne. Ostatecznie historię piszą zwycięzcy. W niniejszym
cyklu mogę wyjaśnić nieporozumienia. Teraz dowiecie się, ile jest prawdy
w mitach i ile kłamstw kryją legendy.
Informacja dla tych, którzy nie znają mojego procesu twórczego: w nietypowy sposób podchodzę do pisania sag. Kończę cały cykl jeszcze
przed publikacją pierwszego tomu i niniejsze książki nie stanowią
wyjątku od tej reguły. Dlaczego to takie ważne? No cóż, powodów jest
kilka. Po pierwsze, pozwala mi to przeplatać wątki przez osnowę
wszystkich tomów. Szczególiki, które w momencie czytania sprawiają
wrażenie nieistotnych, przy ponownym czytaniu zazwyczaj ujawniają
interesujące drugie dno. Jest to możliwe dzięki temu, że mogę
rozmieszczać detale na przestrzeni całej fabuły.
Po drugie, pisanie w ten sposób daje mi (oraz moim czytelnikom)
gwarancję, że kolejne tomy budują fabułę dążącą do pewnego ostatecznego
rozwiązania. Zbyt często zdarza się, że cykle zbaczają z kursu, i jest
wątpliwe, czy autor zdoła na koniec sensownie domknąć wszystkie wątki.
Czuję się zaszczycony pochwałami, jakie zebrała końcówka "Odkryć
Riyrii". Satysfakcjonujące zakończenie tego cyklu zawdzięczacie głównie
temu, że mogłem wprowadzać drobne zmiany, dodawać bohaterów lub
przemycać ważne informacje we wcześniejszych tomach, ilekroć wpadałem na
ciekawy pomysł, pisząc te późniejsze. Poza tym nie ma obawy, że zostanę
potrącony przez autobus albo spotka mnie inny nieprzyjemny koniec, a wy
zostaniecie z niedokończonym cyklem, zastanawiając się, co miało się
wydarzyć w końcówce.
Po trzecie, napisanie z wyprzedzeniem wszystkich książek pozwala mi snuć
opowieść bez ograniczeń narzucanych przez umowy wydawnicze czy presję
rynku. Prawdę mówiąc, kiedy rozpoczynałem niniejszy cykl, planowałem, że
będzie to trylogia. Jednakże w miarę rozwoju fabuły rozrosła się ona w cztery, a potem pięć książek. Gdybym podpisał umowę, mając ukończony
tylko jeden tom, być może musiałbym podjąć trudne decyzje, żeby
dopasować opowieść do ram narzuconych przez kontrakt z wydawcą. Bez tych
ograniczeń mogłem opowiedzieć całą historię w taki sposób, jaki pozwalał
najpełniej wykorzystać jej potencjał.
Po czwarte, napisanie całego cyklu w jednym rzucie uwalnia mnie od
presji terminów. Nie ukrywam, że nienawidzę pisać według harmonogramu.
Muza nie zawsze współpracuje na zawołanie, zatem bardzo lubię pisać
książki bez towarzystwa tykającej bomby zegarowej. Bez takich ograniczeń
tworzę swoje dzieła najlepiej, jak to możliwe, bo książka jest ukończona
wtedy, kiedy ja mówię, że jest ukończona, a nie wtedy, kiedy czas
przewidziany na jej napisanie dobiegnie końca.
I ostatnia, ale nie najmniej ważna kwestia: moje podejście gwarantuje,
że książki trafiają do Was bez opóźnień. Czytelnicy aż nazbyt często
doznają frustracji, zastanawiając się, kiedy (i czy) ukaże się następny
tom danego cyklu. Jeśli wszystkie tomy są napisane, ta obawa znika.
Oczywiście terminy premier zależą od wydawcy, ale ja już wykonałem swoją
pracę i mogę przejść do kolejnego projektu.
Muszę jeszcze zaznaczyć na sam koniec, na użytek aspirujących autorów,
którzy być może czytają te słowa - nie polecam Wam podchodzić w ten
sposób do Waszej własnej twórczości. Istnieje wiele ważnych powodów
uzasadniających, dlaczego większość cykli nie powstaje w taki sposób.
Moja technika pracy czyni mnie wyjątkiem od reguły i jakkolwiek w ten
sposób osiągam najlepsze wyniki możliwe w moim przypadku, inni mogliby w ten sposób zmarnować całe lata wysiłku.
Wystarczy już tego przydługiego wstępu. Chciałem tylko wprowadzić Was na
chwilkę za kulisy mojej pracy, by pomóc określić oczekiwania. A teraz
odwróćcie kartkę, dotknijcie ekranu czytnika lub wyregulujcie głośność -
czeka Was nowa przygoda.
Rozdział pierwszy. Bogowie i ludzie
Rozdział pierwszy
Bogowie i ludzie
W mrocznych czasach przed wojną ludzi zwano Rhunami. Żyliśmy w Rhunlandzie, który nazywano też Rhulynem. Trapiły nas niedostatek
żywności i nadmiar niebezpieczeństw. Najbardziej lękaliśmy się bogów zza
rzeki Bern, gdzie nie wolno nam było się zapuszczać. Większość ludzi
sądzi, że nasz konflikt z Fhrejami rozpoczął się od bitwy przy Wielkim
Moście, ale w rzeczywistości został zapoczątkowany pewnego dnia, wczesną
wiosną, kiedy dwóch mężczyzn przeprawiło się przez rzekę.
Księga Brin
W pierwszym odruchu Raithe chciał się modlić. Przekleństwa, płacz,
krzyki, modlitwa - ludzie robią takie rzeczy w ostatnich minutach życia.
Doszedł jednak do wniosku, że modlenie się to absurdalny pomysł,
zważywszy, że problemem był zagniewany bóg w odległości dwudziestu stóp.
Bogowie nie słynęli z tolerancji, a ten wyglądał, jakby miał lada chwila
zabić ich obu. Ani Raithe, ani jego ojciec nie zauważyli, jak się
zbliżał. Szum rzek, które łączyły swe wody nieopodal, był wystarczająco
głośny, żeby zagłuszyć przejazd całej armii. Raithe wolałby armię.
Odziany w migotliwe szaty bóg siedział na koniu i towarzyszyli mu dwaj
piesi słudzy. Byli ludźmi, ale mieli na sobie takie same niezwykłe
stroje. Wszyscy patrzyli w milczeniu.
- Hej?! - zawołał Raithe do swojego ojca.
Herkimer klęczał obok jelenia, rozcinając mu nożem brzuch. Wcześniej
Raithe powalił zwierzę włócznią po tym, jak obaj z ojcem ścigali je
przez większość poranka. Herkimer ściągnął swój wełniany leigh mor oraz
koszulę, bo przy patroszeniu jelenia łatwo ubabrać się krwią.
- Co? - Podniósł wzrok.
Raithe wskazał głową boga, a spojrzenie ojca powędrowało w kierunku
trzech sylwetek. Stary rozwarł szerzej oczy, a jego twarz pobladła.
Wiedziałem, że to zły pomysł, pomyślał Raithe.
Jego ojciec sprawiał wrażenie tak pewnego siebie, tak przekonanego, że
przeprawienie się przez zakazaną rzekę rozwiąże ich problemy. Jednakże
podkreślał tę pewność tyle razy, że Raithe nabrał wątpliwości. Teraz
stary wyglądał tak, jakby zapomniał, jak się oddycha. Herkimer wytarł
nóż o sierść jelenia, po czym wsunął go za pas i wstał.
- Ach... - powiedział. Popatrzył na częściowo wypatroszonego jelenia, po
czym z powrotem podniósł wzrok na boga. - Nic się... nie stało.
To była cała mądrość ojca, wszystko, co miał na ich obronę po tym, jak
popełnili zbrodnię, zakradając się w obręb świętej krainy. Raithe nie
był pewien, czy zabicie jelenia z boskich stad to również przestępstwo,
ale uznał, że w każdym razie nie poprawili w ten sposób swojej sytuacji.
I chociaż Herkimer stwierdził, że nic się nie stało, jego twarz mówiła
co innego. Serce Raithe'a zamarło. Nie miał pojęcia, jakiej wypowiedzi
oczekiwał od ojca, ale spodziewał się, że będzie to coś więcej.
Jak łatwo się domyślić, te słowa nie udobruchały boga. Cała trójka nadal
wpatrywała się w intruzów z narastającą irytacją.
Stali na maleńkiej łączce obok miejsca, gdzie łączyły się rzeki Bern i Północna Gałąź. Kawałek wyżej na zboczu zaczynał się gęsty, bujny
sosnowy bór. Niżej, tam, gdzie nurty obu rzek zlewały się w jeden,
widniała kamienista plaża. Pod szarym przestworem nieba, zwiastującym
opad śniegu, jedynym dźwiękiem był ryk wody. Zaledwie przed kilkoma
minutami łączka wydawała się Raithe'owi rajem. Ta chwila bezpowrotnie
minęła.
Raithe powoli zaczerpnął tchu i spróbował się uspokoić, mówiąc sobie, że
w końcu nie zna się na bogach i nie potrafi odczytywać ich min. Nigdy
dotąd nie oglądał żadnego boga z bliska, nie widział uszu w kształcie
bukowych listków, oczu błękitnych jak niebo ani włosów, które lśniły
niczym płynne złoto. Tak gładka skóra i białe zęby wydawały się
niemożliwością. Ta istota nie zrodziła się z ziemi, ale z powietrza i światła. Szaty boga powiewały na wietrze i migotały w słońcu,
podkreślając jego nieziemską chwałę. Twarde, surowe spojrzenie było
dokładnie tym, czego Raithe spodziewał się po nieśmiertelnej istocie.
Koń stanowił jeszcze większe zaskoczenie. Ojciec Raithe'a opowiadał mu o tych stworzeniach, ale do tej pory Raithe mu nie wierzył. Jego stary
miał skłonność do ubarwiania, a Raithe wysłuchiwał tych opowieści od
ponad dwudziestu lat. Po kilku głębszych ojciec zwykł opowiadać
wszystkim, jak to zabił pięciu mężczyzn jednym ciosem albo walczył z Północnym Wiatrem i zmusił go do posłuchu. Im starszy stawał się
Herkimer, tym bardziej nieprawdopodobne rzeczy wygadywał. Ale teraz
czworonożna bajęda spoglądała na Raithe'a wielkimi, lśniącymi oczami, a kiedy koń potrząsnął łbem, młodzieniec zaczął się zastanawiać, czy
wierzchowce bogów rozumieją ludzką mowę.
- Nie, naprawdę nic się nie stało - powtórzył ojciec Raithe'a, może
sądząc, że tamci nie usłyszeli jego pierwszej genialnej wypowiedzi. -
Wolno mi tu przebywać.
Dał krok naprzód i wskazał zawieszony na rzemyku medalion, który
połyskiwał wśród drobinek ziemi i sosnowych igieł oblepiających jego
spoconą klatkę piersiową. Półnagi, ogorzały, z rękoma uwalanymi krwią po
łokcie, jego ojciec wyglądał jak ucieleśnienie szalonego barbarzyńcy.
Raithe też nie uwierzyłby jego słowom.
- Widzicie to? - ciągnął ojciec. Sękate, czerwonawe paluchy uchwyciły
polerowany metal, który zabłysł w południowym słońcu. - Walczyłem wraz z waszym ludem przeciwko Gula-Rhunom w Dolinie Wzniesionej Włóczni. Dobrze
się spisałem. Jeden z dowódców armii Fhrejów dał mi to. Stwierdził, że
zasłużyłem na nagrodę.
- Klan Dureya - powiedział wyższy sługa, zwracając się do boga tonem, w którym rozczarowanie mieszało się z obrzydzeniem. Jego szyję otaczał
srebrny torkwes o kosztownym wyglądzie. Drugi sługa nosił taki sam. Te
ozdoby musiały stanowić oznakę ich statusu.
Wysoki chudzielec nie nosił brody, miał za to długi nos, zapadnięte
policzki i chytre oczka. Kojarzył się Raithe'owi z łasicą albo lisem.
Raithe nie lubił żadnego z tych zwierząt. Brzydziła go też poza, w której mężczyzna stał: schylony, ze spuszczonym wzrokiem i splecionymi
dłońmi. Nawet zbity pies miałby więcej szacunku dla siebie.
Jakiego rodzaju ludzie podróżują w towarzystwie boga?
- Zgadza się. Jestem Herkimer, syn Hiemdala, a to mój syn Raithe.
- Złamaliście prawo - oznajmił sługa.
Nawet jego nosowy głos brzmiał tak, jak mogłaby mówić łasica.
- Nie, nie. To nie tak. Zupełnie nie tak.
Zmarszczki na twarzy ojca pogłębiły się, a usta zacisnęły jeszcze
mocniej. Przystanął, ale nadal trzymał medalion przed sobą niczym
talizman. Oczy miał pełne nadziei.
- To dowodzi, że mówię prawdę, że zasłużyłem na nagrodę. Widzicie, tak
sobie pomyślałem, że mój syn - wskazał Raithe'a - i ja moglibyśmy
zamieszkać na tym kawałeczku ziemi. - Machnął ręką w stronę łączki. -
Niewiele nam trzeba. Właściwie tyle co nic. Widzicie, po naszej stronie
rzeki, w Dureyi, ziemia jest do niczego. Nic tam nie rośnie i nie ma na
co polować.
Błagalny ton w głosie ojca był dla Raithe'a nowością i mu się nie
spodobał.
- Nie wolno wam tu przebywać. - Tym razem odezwał się drugi sługa, ten
łysiejący. Podobnie jak chudzielec o łasiczej twarzy, on również nie
miał porządnej brody, tak jakby jej zapuszczenie było czymś, czego
trzeba się nauczyć. Brak zarostu ukazywał w całej krasie nad wyraz
kwaśną minę.
- Ależ nie rozumiecie. Walczyłem dla waszego ludu. Krwawiłem dla waszego
ludu. Straciłem trzech synów, walcząc dla waszego plemienia. I obiecano
mi nagrodę.
Herkimer ponownie wyciągnął przed siebie medalion, ale bóg nie spojrzał
na niego. Skierował spojrzenie w dal, wpatrując się w jakiś odległy,
nieistotny punkt.
Herkimer puścił medalion.
- Jeśli ten teren stanowi problem, przeniesiemy się gdzie indziej.
Prawdę mówiąc, mojemu synowi spodobało się inne miejsce, bardziej na
zachód. Wtedy mieszkalibyśmy dalej od was. Czy tak byłoby lepiej?
Chociaż bóg nadal nie patrzył na nich, sprawiał wrażenie jeszcze
bardziej zirytowanego. W końcu stwierdził:
- Zrobicie, co wam każę.
Zwyczajny głos. Raithe poczuł rozczarowanie. Spodziewał się usłyszeć
grzmot.
Następnie bóg zwrócił się do swoich sług w świętym języku. Ojciec
Raithe'a nauczył go podstaw tej mowy. Młodzieniec nie znał jej biegle,
ale rozumiał wystarczająco dużo, żeby pojąć, że bóg nie chce, by po tej
stronie rzeki mieli w swoim posiadaniu broń. Chwilę później wysoki sługa
przekazał tę samą informację po rhuńsku.
- Na zachód od rzeki Bern tylko Fhrejowie mogą nosić broń. Wyrzućcie
swoją do wody.
Herkimer spojrzał na ich ekwipunek piętrzący się opodal, obok pniaka, i z rezygnacją zwrócił się do Raithe'a:
- Weź swoją włócznię i zrób, jak powiedział.
- I ten miecz, który masz na plecach - powiedział wysoki sługa.
Herkimer sprawiał wrażenie zaszokowanego. Zerknął przez ramię tak, jakby
zapomniał o znajdującej się tam broni. Potem zwrócił się do boga i przemówił bezpośrednio do niego w języku Fhrejów.
- Ten oręż należy do mojego rodu. Nie mogę go wyrzucić.
Bóg wyszczerzył zęby w drwiącym grymasie.
- To miecz - naciskał dalej sługa.
Herkimer wahał się tylko przez sekundę.
- Dobrze, dobrze, w porządku. Wrócimy na drugą stronę rzeki. Teraz, w tej chwili. Chodź, Raithe.
Bóg wydał odgłos niezadowolenia.
- Po tym, jak oddasz swój miecz - oznajmił sługa.
Herkimer spiorunował go wzrokiem.
- Ta miedź należy do mojej rodziny od pokoleń.
- To broń. Wyrzuć ją.
Herkimer zerknął w bok, na swego syna.
Choć może trudno byłoby go nazwać dobrym ojcem - zdaniem Raithe'a nie
był nim - Herkimer wpoił wszystkim swoim synom jedno: dumę. Szacunek do
samego siebie wynika z umiejętności obronienia się przed
niebezpieczeństwem. Takie rzeczy budują godność mężczyzny. W całej
Dureyi, w ich całym klanie, ojciec Raithe'a jako jedyny nosił miecz -
metalową klingę. Była wykuta z miedzi, zarysowana, jej słaby połysk
przywodził na myśl letnie zachody słońca, a legenda głosiła, że ten
wiekowy krótki brzeszczot to dzieło rąk prawdziwego dhergijskiego
kowala. W porównaniu z mieczem boga, o rękojeści misternie ozdobionej
rytami i klejnotami, miedziane ostrze prezentowało się żałośnie. Pomimo
to Herkimera definiowała właśnie jego broń. Wrogie klany zwały go
Miedzianym Mieczem - przydomek ten budził obawę i szacunek. Raithe
wiedział, że ojciec nigdy nie odda swojej broni.
W ryk rzeki wdarł się okrzyk krążącego w górze jastrzębia. Powszechnie
wiedziano, że pojawienie się ptaka stanowi omen, i Raithe nie uznał
jękliwego zawodzenia za dobrą wróżbę. Nim ucichło niepokojące echo tego
dźwięku, jego ojciec stanął naprzeciwko boga.
- Nie mogę wam oddać tego miecza.
Raithe nie zdołał powstrzymać uśmiechu. Herkimer, syn Hiemdala z klanu
Dureya, nie uznał za stosowne ugiąć się tak nisko. Nawet przed bogiem.
Niższy sługa przytrzymał wodze konia, gdy bóg zsiadał.
Raithe patrzył - nie potrafił odwrócić wzroku. Ruchy boga niemal
hipnotyzowały, zwinne, kocie i pełne gracji. Jednakże mimo piorunującego
wrażenia, jakie wywierały, pod względem fizycznym bóg nie prezentował
się imponująco. Nie był ani wysoki, ani barczysty, ani mocno umięśniony.
Raithe i jego ojciec dorobili się silnych ramion i rąk, wojując włócznią
i tarczą od pacholęcia. Bóg natomiast sprawiał wrażenie wątłego, tak
jakby spędził całe życie w łóżku, karmiony łyżką. Gdyby Fhrej był
człowiekiem, Raithe nie bałby się go. Tak radykalnie różnili się
wzrostem i wagą, że nawet wyzwany na pojedynek odmówiłby walki.
Zmierzenie się z tak słabym przeciwnikiem byłoby okrucieństwem, a on nie
był okrutny. To bracia Raithe'a otrzymali jego przydział tej cechy.
- Nie rozumiecie. - Herkimer ponownie spróbował wytłumaczyć. - Ten miecz
przechodził z ojca na syna...
Bóg rzucił się naprzód i uderzył ojca Raithe'a pięścią w żołądek.
Herkimer zgiął się wpół, a wtedy Fhrej porwał miedziany miecz. Zabrzmiał
stłumiony zgrzyt, kiedy brzeszczot wysunął się z pochwy. Podczas gdy
Herkimer z trudem łapał oddech, bóg z obrzydzeniem oglądał łup. Kręcąc
głową, odwrócił się plecami do starego, żeby pokazać wyższemu słudze
żałośnie wyglądającą klingę. Zamiast pospołu ze swoim panem wyśmiać tę
broń, sługa cofnął się lękliwie. Wyraz jego łasicowatej twarzy
powiedział Raithe'owi, co wydarzy się za moment, bo to ten mężczyzna
pierwszy dostrzegł reakcję Herkimera.
Ojciec Raithe'a wyciągnął zza pasa myśliwski nóż i zaatakował.
Tym razem bóg zachował się tak, jak należało oczekiwać. Ze zdumiewającą
szybkością okręcił się na pięcie i wbił miedzianą klingę w pierś
starego. Herkimer sam z impetem nadział się na ostrze. Walka dobiegła
końca w tej samej chwili, w której się zaczęła. Ojciec Raithe'a sapnął i upadł z mieczem tkwiącym w piersi.
Raithe zareagował, nie myśląc. Gdyby poczekał choć chwilę, może
zmieniłby zdanie, ale miał w sobie więcej ze swojego ojca niż sam
chciałby przyznać. Ponieważ miecz był jedyną bronią w zasięgu ręki,
młodzieniec wyszarpnął miedzianą klingę z ciała Herkimera. Zamachnął się
z całej siły, celując w szyję boga. Był pewien, że ostrze przejdzie
przez nią na wylot, ale miedź przecięła tylko powietrze, gdy
nadprzyrodzona istota wykonała unik. Bóg dobył własnej broni, gdy Raithe
zamachnął się raz jeszcze. Dwa miecze się zderzyły. Zabrzmiało stłumione
ping i ciężar w rękach Raithe'a zniknął, gdy większa część klingi się
odłamała. Gdy młodzieniec zakończył zamach, z rodzinnego skarbu ocalała
tylko rękojeść; pozostała część miecza pofrunęła w powietrze i wylądowała w kępie młodych sosenek.
Bóg patrzył na niego ze zdegustowanym uśmieszkiem. Potem przemówił w świętej mowie:
- Nie było warto za to ginąć, nieprawdaż?
Ponownie uniósł swoją broń, a Raithe zaczął się cofać.
Zbyt wolno! Zbyt wolno!
Daremnie próbował uciec. Był już martwy. Tak mówiły mu lata zaprawy w walce. W owej chwili, nim jeszcze zrozumienie stało się rzeczywistością,
zdążył pożałować całego dotychczasowego życia.
Niczego nie dokonałem, pomyślał, gdy jego mięśnie się spięły w oczekiwaniu na eksplozję bólu.
Ta jednak nie nastąpiła.
Raithe przestał obserwować przybocznych boga - podobnie jak jego
oponent. Żaden z walczących nie spodziewał się tego, co nastąpiło. Żaden
nie zobaczył, jak łasicowaty chudzielec rąbnął swojego pana w potylicę
rzecznym kamieniem, który przypominał rozmiarami i kształtem bochenek
chleba. Dopiero kiedy bóg upadł, odsłaniając sługę i kamień, Raithe
pojął, co się stało.
- Uciekaj - powiedział chudzielec. - Przy odrobinie szczęścia ocknie się
z takim bólem głowy, że nie będzie w stanie nas ścigać.
- Coś ty zrobił?! - wykrzyknął drugi sługa, wytrzeszczając oczy. Cofnął
się, odciągając konia.
- Uspokój się - rozkazał towarzyszowi ten, który trzymał kamień.
Raithe popatrzył na ojca, który leżał rozciągnięty na wznak. Oczy
Herkimera pozostały otwarte, jakby wpatrywał się w chmury. Przez lata
Raithe nieraz przeklinał swojego rodzica. Ten człowiek zaniedbywał
rodzinę, nakłaniał synów, by rywalizowali ze sobą, i był daleko od domu,
kiedy matka oraz siostra Raithe'a umierały. Istniały rzeczy - wiele
rzeczy - za które Raithe nienawidził swojego ojca, ale tu i teraz
widział przede wszystkim mężczyznę, który nauczył swoich synów walczyć i się nie poddawać. Herkimer postępował najlepiej, jak potrafił, z tym, co
miał do dyspozycji, a w udziale przypadło mu życie na jałowej ziemi,
ponieważ bogowie wysuwali kapryśne żądania. Ojciec Raithe'a nigdy nie
kradł, nie oszukiwał ani nie trzymał języka za zębami, gdy coś trzeba
było powiedzieć na głos. Był twardym człowiekiem, zimnym człowiekiem,
ale miał odwagę bronić siebie i tego, co słuszne. Na ziemi przed sobą
Raithe widział ostatniego członka swojej martwej rodziny.
W rękach dzierżył złamany miecz.
- Nie! - krzyknął sługa trzymający konia, gdy Raithe wbił pozostałość
miedzianego brzeszczotu w gardło boga.
***
Obaj słudzy uciekli, niższy konno, a wyższy pieszo za nim. Teraz ten,
który rąbnął boga kamieniem, powrócił. Cały mokry od potu, kręcąc głową,
przytruchtał z powrotem na łączkę.
- Meryl zbiegł - oznajmił. - Nie jest zbyt dobrym jeźdźcem, ale poradzi
sobie. Koń zna drogę z powrotem do Alon Rhist. - Zamilkł, gdy zobaczył
Raithe'a. - Co ty robisz?
Raithe stał nad ciałem boga. Wcześniej podniósł miecz Fhreja i teraz
dotykał jego czubkiem boskiego gardła.
- Czekam. Jak długo to zwykle trwa?
- Jak długo co trwa?
- Zanim on wstanie.
- Jest martwy. Trupy zazwyczaj nie wstają - odrzekł sługa.
Ponieważ Raithe nie chciał spuszczać boga z oka, pokusił się tylko o przelotne spojrzenie w kierunku sługi, który stał zgięty wpół i z trudem
łapał oddech.
- O czym ty mówisz?
- A o czym ty mówisz?
- Chcę wiedzieć, ile mamy czasu, zanim on wstanie. Czy jeśli utnę mu
głowę, będzie leżał dłużej?
Sługa przewrócił oczami.
- On nie wstanie! Zabiłeś go.
- Łżesz jak Tetlin! To bóg. Bogowie nie umierają. Są nieśmiertelni.
- Prawdę mówiąc, nie całkiem - odparł sługa, po czym ku zdumieniu
Raithe'a kopnął ciało boga, które prawie nie drgnęło. Kopnął je
ponownie, a głowa przetoczyła się na bok. Policzek oblepiały ziarnka
piasku. - Widzisz? Martwy. Rozumiesz? Nie są nieśmiertelni. To nie bóg,
tylko Fhrej. Oni umierają. Istnieje różnica między długowiecznością a nieśmiertelnością. Nieśmiertelność oznacza, że nie możesz umrzeć...
nawet jeśli chcesz. Prawdę mówiąc, Fhrejowie przypominają Rhunów
znacznie bardziej, niż jesteśmy gotowi przyznać.
- W ogóle nie jesteśmy podobni. Przypatrz mu się tylko. - Raithe wskazał
powalonego Fhreja.
- Och, jasne - odrzekł sługa. - Jest całkiem inny niż my. Ma tylko jedną
głowę, chodzi na dwóch nogach, ma dwie ręce i dziesięć palców. Masz
rację. Nie przypomina nas w najmniejszym stopniu.
Sługa spuścił wzrok, wpatrując się w zwłoki, i westchnął.
- Miał na imię Shegon. Był niewiarygodnie utalentowanym harfistą,
szulerem oraz brideeth eyn mer, to znaczy... - Zamilkł na moment. -
Nie, nie da się tego ująć w innych słowach. Nie był szczególnie lubiany,
a teraz jest martwy.
Raithe posłał mężczyźnie podejrzliwe spojrzenie.
Kłamie? Próbuje uśpić moją czujność?
- Mylisz się - odrzekł z przekonaniem. - Widziałeś kiedyś martwego
Fhreja? Ja nie. Mój ojciec też nie. Nikt, kogo kiedykolwiek znałem, nie
widział. Poza tym oni się nie starzeją.
- Starzeją się, tylko bardzo powoli.
Raithe pokręcił głową.
- Nie, nieprawda. Ojciec opowiedział mi kiedyś, jak, będąc chłopcem,
spotkał Fhreja imieniem Neason. Czterdzieści pięć lat później spotkali
się ponownie, a Neason wyglądał dokładnie tak samo.
- Oczywiście że tak. Przecież ci powiedziałem, że oni starzeją się
powoli. Fhrejowie mogą żyć tysiące lat. Trzmiel żyje tylko kilka
miesięcy. Z perspektywy trzmiela wydajesz się nieśmiertelny.
Raithe nie był przekonany, ale to faktycznie tłumaczyłoby obecność krwi.
Nie spodziewał się jej. Prawdę mówiąc, nie powinien był atakować Fhreja.
Ojciec zawsze uczył go, żeby nie rwać się do bitki, jeśli nie ma szans
na wygraną, a walka z nieśmiertelnym bogiem niewątpliwie należała do tej
kategorii. Ale z drugiej strony to właśnie ojciec wszystko zaczął.
Szlag, strasznie dużo tej krwi.
Pod ciałem boga zebrała się brzydka kałuża, plamiąc trawę oraz lśniące
szaty. W jego szyi nadal ziała rana, paskudna poszarpana dziura
przywodząca na myśl drugie usta. Raithe początkowo oczekiwał, że cięcie
w cudowny sposób się zasklepi albo po prostu zniknie. Gdyby bóg powstał
z martwych, Raithe miałby nad nim przewagę. Był silny i mógł pokonać
większość mężczyzn w Dureyi, a to oznaczało, że mógł pokonać większość
ludzi na świecie. Nawet jego ojciec pilnował się, żeby zanadto nie
rozgniewać syna.
Raithe znów zagapił się na Fhreja, którego oczy były otwarte i wywrócone
białkami na wierzch. Rana w jego gardle stała się szersza. Bóg -
prawdziwy bóg - nigdy by nie pozwolił, żeby sługa wymierzał mu kopniaki.
- W porządku, może faktycznie nie są nieśmiertelni.
Odprężył się i dał krok do tyłu.
- Nazywam się Malcolm - powiedział sługa. - Ty jesteś Raithe?
- Mhm - potwierdził Raithe. Po raz ostatni popatrzył wrogo na zwłoki
Fhreja, po czym wsunął za pas jego zdobioną klejnotami broń, a następnie
dźwignął z ziemi ciało swojego ojca.
- A teraz co robisz? - spytał Malcolm.
- Nie mogę go tu pochować. Ten teren jest płaski, podczas powodzi na
pewno stoi tu woda.
- Pochować go? Kiedy w Alon Rhist dowiedzą się, co tu zaszło,
Fhrejowie... - Sługa wyglądał, jakby było mu niedobrze. - Musimy
uciekać.
- To uciekaj.
Raithe zaniósł ciało ojca na niski pagórek pośrodku łąki i ostrożnie
złożył je na ziemi. Nie było to zbyt dobre miejsce na pochówek, ale
musiało wystarczyć. Odwrócił się i odkrył, że niegdysiejszy sługa bogów
nadal gapi się na niego z niedowierzaniem.
- Co?
Malcolm zaczął się śmiać, po czym zamilkł zdezorientowany.
- Nie rozumiesz. Glyn to szybki koń i może biec równie długo jak wilki.
Meryl dotrze do Alon Rhist, nim zapadnie noc. Opowie wszystko Fhrejom,
żeby ratować własne życie. Wyślą za nami pościg. Musimy czym prędzej
ruszyć w drogę.
- Ruszaj więc - odparł Raithe.
Wziął medalion Herkimera i zawiesił go na własnej szyi. Potem zamknął
ojcu oczy. Nie mógł sobie przypomnieć, czy kiedykolwiek wcześniej
dotykał twarzy starego.
- Ty też musisz ruszać.
- Jak już pochowam mojego ojca.
- Ten Rhun jest martwy.
Raithe wzdrygnął się na dźwięk tego słowa.
- Był człowiekiem.
- Rhun, człowiek... to jedno i to samo.
- Nie dla mnie. I nie dla niego.
Raithe zszedł pośpiesznie na brzeg rzeki, gdzie leżały tysiące otoczaków
różnej wielkości. Problemem było nie znalezienie jakichś, tylko wybranie
odpowiednich.
Malcolm wsparł ręce na biodrach, piorunując go wzrokiem z miną
oscylującą między zaskoczeniem a gniewem.
- To zajmie całe godziny! Marnujesz czas.
Raithe przykucnął i podniósł kamień. Od góry nagrzało go słońce; dół był
wilgotny, chłodny i oblepiony mokrym piaskiem.
- Zasługuje na porządny pochówek i zrobiłby to samo dla mnie.
Kryła się w tym niejaka ironia, zważywszy na to, że ojciec rzadko
okazywał Raithe'owi jakiekolwiek ciepłe uczucia. Jednakże była to
prawda: Herkimer zaryzykowałby śmierć, żeby pochować swego syna, jak
należy.
- Poza tym, czy masz jakieś pojęcie o tym, co dzieje się z duchem, jeśli
ciało nie zostanie pogrzebane?
Mężczyzna gapił się na niego z ogłupiałą miną.
- Takie duchy powracają jako many, żeby cię dręczyć za to, żeś im nie
okazał należytego szacunku. A many bywają okrutne. - Raithe dźwignął
kolejny spory kamień barwy piasku i zaczął się wspinać na pagórek. - Za
życia mój ojciec potrafił być prawdziwym culem. Jeszcze tego brakowało,
żeby łaził za mną i po śmierci.
- Ale...
- Ale co?
Raithe położył oba kamienie obok ramion ojca. Zamierzał najpierw otoczyć
nimi ciało, a potem ułożyć nad nim mogiłę.
- To nie twój ojciec. Nie oczekuję, że tu zostaniesz.
- Nie o to chodzi.
- A o co?
Sługa się zawahał, a Raithe skorzystał z okazji, żeby zejść nad rzekę i poszukać kolejnych kamieni.
- Potrzebuję twojej pomocy - oznajmił w końcu mężczyzna.
Raithe podniósł duży kamień i wspiął się z nim z powrotem po zboczu,
dźwigając ciężar oburącz.
- Przy czym?
- Potrafisz... no wiesz... żyć... tu w dziczy. - Sługa popatrzył na
martwego jelenia, nad którym bzyczała chmara much. - Umiesz polować,
gotować i wyszukiwać schronienie, prawda? Wiesz, które jagody można
jeść, które zwierzęta można głaskać, a przed którymi trzeba uciekać.
- Nie głaszcze się żadnych zwierząt.
- No właśnie! To dobry przykład, jak mało wiem o takich sprawach. Jeśli
zostanę sam, za dzień czy dwa będę martwy. Zamarznięty na kość,
pogrzebany pod osuwiskiem albo przeszyty rogami jakiegoś dzikiego
zwierza.
Raithe położył kamień i ponownie zszedł po zboczu, otrzepując ręce z piasku.
- Ma to sens.
- Oczywiście, że to ma sens. Jestem rozsądnym gościem. A gdybyś ty był
równie rozsądny, wyruszylibyśmy w drogę. Teraz.
Raithe podniósł kolejny kamień.
- Skoro już się uparłeś, że chcesz mi towarzyszyć, a tak strasznie ci
się śpieszy, mógłbyś mi pomóc.
Mężczyzna popatrzył na otoczaki zaścielające brzeg rzeki i westchnął.
- Musimy używać takich dużych?
- Duże kładzie się na spód mogiły, mniejsze na górę.
- Zdaje się, że to dla ciebie nie pierwszyzna.
- Tam, skąd pochodzę, ludzie często umierają, mamy też mnóstwo kamieni.
Raithe otarł przedramieniem czoło, odgarniając skołtunione ciemne włosy.
Już wcześniej podwinął rękawy wełnianej spodniej tuniki. Wiosenne dni
wciąż jeszcze były chłodne, ale praca nad mogiłą sprawiła, że się
spocił. Rozważał ściągnięcie swojego leigh mor i skórzanego kaftana, ale
zmienił zdanie. Grzebanie własnego ojca powinno być nieprzyjemnym
zadaniem i przystoi, by dobry syn czuł coś podczas tej pracy. Raithe
uznał, że jeśli stać go jedynie na dyskomfort, zadowoli się właśnie tym.
Malcolm przyniósł dwa kamienie i złożył je na ziemi, pozwalając, żeby
Raithe zdecydował, gdzie je położyć. Przystanął, żeby otrzepać ręce.
- Dobra, Malcolm - zwrócił się do niego Raithe - musisz wybierać większe
kamienie, inaczej spędzimy tu całe wieki.
Malcolm nachmurzył się, ale wrócił nad rzekę i dźwignął dwa spore
otoczaki, niosąc po jednym pod każdą pachą niczym melony. Stąpał
niepewnie w swoich sandałach. Cienkie, z pojedynczym prostym paskiem,
kiepsko się nadawały do chodzenia w takim terenie. Odzież Raithe'a była
licha - byle jak pozszywane wełniane łachy ze skórzanymi elementami,
które wygarbował własnoręcznie - ale przynajmniej trwała.
Raithe rozejrzał się i wyszukał mały, gładki kamień.
- Myślałem, że chcesz, żeby przynosić większe - stwierdził Malcolm.
- Ten nie jest na mogiłę. - Raithe rozchylił prawą dłoń ojca i w miejsce
myśliwskiego noża włożył do niej kamyk. - Będzie go potrzebował, żeby
się dostać do Relu albo Alysinu, jeśli jest tego godzien. Lub do
Nifrelu, jeśli nie.
- Ach, prawda.
Gdy już obłożyli ciało otoczakami ze wszystkich stron, Raithe zaczął je
przykrywać warstwą kamieni, zaczynając od stóp. Potem poszedł po leigh
mor swojego ojca, nadal spoczywający obok martwego jelenia, i nakrył nim
twarz Herkimera. Po krótkich poszukiwaniach odnalazł w kępie sosenek
odłamaną część miedzianego brzeszczotu. Raithe rozważał pozostawienie
miecza w mogile, ale bał się, że rabusie grobów mogą ukraść broń. Jego
ojciec zginął za tę złamaną klingę. Zasługiwała, by się nią zaopiekować.
Raithe ponownie spojrzał na martwego Fhreja.
- Jesteś pewien, że on nie wstanie?
Malcolm, który właśnie podnosił kamień, obejrzał się przez ramię.
- Daję głowę, że nie. Shegon naprawdę nie żyje.
Wspólnymi siłami przydźwigali jeszcze tuzin kamieni na mogiłę, po czym
Raithe spytał:
- Czemu mu towarzyszyłeś?
Malcolm wskazał torkwes otaczający jego szyję, tak jakby ta ozdoba
wszystko wyjaśniała. Raithe początkowo nie zrozumiał. Potem spostrzegł,
że naszyjnik ma postać zamkniętego okręgu. Ten metalowy pierścień nie
był torkwesem, w ogóle nie miał służyć jako ozdoba. To była obroża.
Nie sługa. Niewolnik.
Słońce wisiało nisko nad horyzontem, kiedy położyli na mogile ostatnie
kamienie. Malcolm obmył się w rzece, podczas gdy Raithe odśpiewał
pogrzebową pieśń. Następnie przewiesił sobie przez ramię złamany miecz
ojca, poprawił za pasem broń Fhreja i pozbierał własne rzeczy oraz
rzeczy Herkimera. Nie było tego wiele: drewniana tarcza, porządny tłuk
kamienny w woreczku, zajęcza skórka, z której Raithe planował po
wyprawieniu uszyć sakiewkę, resztka sera, pojedynczy koc, pod którym
sypiali razem, kamienny pięściak, nóż ojca i włócznia Raithe'a.
- Dokąd pójdziemy? - zapytał Malcolm.
Jego twarz i włosy były mokre od potu i nie miał przy sobie żadnej
broni, nawet kija.
- Masz, przewieś sobie ten koc przez ramię. Zwiąż go mocno i weź moją
włócznię.
- Nie umiem się posługiwać włócznią.
- To nie jest skomplikowane. Wystarczy wycelować i dźgać.
Raithe powiódł wokół wzrokiem. Powrót do domu nie miał sensu. Musieliby
podążyć na wschód, w kierunku Alon Rhist. Poza tym jego rodzina już nie
istniała. Klan mimo wszystko powitałby go z otwartymi ramionami, ale
życie w Dureyi nie wchodziło w grę. Drugą możliwością było podążenie
dalej na zachód, w głąb dziewiczych puszcz Avelynu. Żeby tam dotrzeć,
musieliby minąć szereg twierdz, które Fhrejowie wznieśli wzdłuż
zachodnich rzek. Podobnie jak Alon Rhist zostały zbudowane dla obrony
przed ludźmi. Herkimer ostrzegał Raithe'a przed fortyfikacjami
Merredyddu i Seonu, ale nigdy mu nie wytłumaczył, gdzie dokładnie one
się znajdują. Zdany tylko na siebie Raithe najprawdopodobniej potrafiłby
nie napatoczyć się przypadkiem na żadną fortecę Fhrejów, ale samotne
życie w dziczy nie byłoby wiele warte. A towarzystwo Malcolma niewiele
by pomogło. Sądząc z wyglądu i z tego, co mówił, były niewolnik nie
przetrwałby roku na pustkowiach.
- Przeprawimy się z powrotem do Rhulynu, ale podążymy na południe. -
Raithe wyciągnął rękę, wskazując strome wzgórze po drugiej stronie rzeki
porośnięte drzewami iglastymi. - To Księżycowa Puszcza. Ciągnie się
całymi milami. Nie jest najbezpieczniejszym miejscem, ale zapewni nam
osłonę. Ukryje nas. - Spojrzał w górę, na niebo. - To dopiero początek
sezonu, ale powinniśmy już znaleźć jakieś jadalne rośliny oraz zwierzynę
łowną.
- Co masz na myśli mówiąc, że nie jest najbezpieczniejszym miejscem?
- No cóż, sam się tam dotąd nie zapuszczałem, ale słyszałem różne
rzeczy.
- Jakiego rodzaju?
Raithe zawiązał ciaśniej pas oraz rzemień przytrzymujący na jego plecach
pozostałości miedzianego miecza, po czym wzruszył ramionami.
- Och, no wiesz, taborry, raow, lesze. I takie tam.
Malcolm nadal gapił się na niego.
- Drapieżne zwierzęta?
- A tak, pewnie też. Tak sądzę.
- Pewnie... też?
- Jasne. W tak rozległej puszczy zawsze jakieś się trafią.
- Ach - odrzekł Malcolm z niewyraźną miną, podczas gdy jego oczy
śledziły gałąź, która przepłynęła obok niesiona wartkim nurtem. - Jak
się przeprawimy na drugą stronę?
- Potrafisz pływać, prawda?
Malcolm sprawiał wrażenie oszołomionego.
- Odległość z jednego brzegu na drugi to jakieś tysiąc stóp.
- A prąd jest silny jak diabli. Zależnie od tego, jak dobrze pływasz, na
drugi brzeg dotrzemy pewnie kilka mil na południe stąd. Ale to dobrze.
Trudniej będzie nas wytropić.
- Podejrzewam, że będzie to niemożliwe - odrzekł Malcolm, krzywiąc się.
Nie odrywał wzroku od rzeki.
Były niewolnik Fhrejów sprawiał wrażenie przerażonego, a Raithe
doskonale go rozumiał. Czuł się tak samo, kiedy Herkimer zmusił go do
przepłynięcia na drugą stronę.
- Gotów? - zapytał Raithe.
Malcolm zacisnął wargi. Skóra na jego dłoniach zbielała, gdy zacisnął
palce na włóczni.
- Zdajesz sobie sprawę, jaka ta woda jest zimna? Spływa z topniejących
śniegów na górze Mador.
- To nie wszystko - odparł Raithe. - Ponieważ ruszy za nami pościg, nie
będziemy mogli rozpalić ognia, kiedy wyjdziemy na brzeg.
Chudzielec o ostrym nosie i wąskich oczach zmusił się do uśmiechu.
- Cudownie. Dzięki, żeś mi o tym przypomniał.
- Zaryzykujesz? - zapytał Raithe, wchodząc jako pierwszy do lodowatej
wody.
- Przyznaję, że nie jest to mój typowy dzień. - Ton głosu Malcolma
wzniósł się o więcej niż oktawę, gdy ten zaczął brodzić w rzece,
zanurzając się coraz głębiej.
- A jak wyglądał twój typowy dzień? - Raithe zacisnął zęby, gdy woda
sięgnęła mu powyżej kolan. Prąd kotłował się wokół jego nóg i popychał,
zmuszając go do zarycia się stopami w dnie.
- Głównie nalewałem wino.
Raithe zaśmiał się cicho.
- Tak... Teraz będzie inaczej.
Chwilę później nurt rzeki zwalił ich obu z nóg.
Rozdział drugi. Mistyczka
Rozdział drugi
Mistyczka
Dahl Rhen był trawiastym wzniesieniem położonym na skraju Księżycowej
Puszczy. Wał ziemny i palisada otaczały strażnicę zbudowaną z bali i kilkaset okrągłych lepianek krytych strzechą. Teraz, patrząc wstecz,
zdaję sobie sprawę, że była to prymitywna, maleńka osada, po której
swobodnie łaziły kury i świnie, ale było to też miejsce, gdzie mieszkał
i rządził wódz klanu Rhen. I był to mój dom.
Księga Brin
Persefona znała wszystkich mieszkańców dahlu, więc obcy natychmiast
rzucali się jej w oczy, a dziewczyna przy bramie wyglądała jeszcze
bardziej obco niż większość przybyszy. Drobna, młodziutka i szczupła,
przypominała chłopca z powodu krótkich, nierówno obciętych włosów.
Persefona nie potrafiła określić, czy jej buzia jest ogorzała od słońca,
czy po prostu brudna, ale zdobiły ją wymyślne tatuaże: delikatne,
łukowato powyginane kolczaste łodygi, które tworzyły zawijasy na
policzkach, otaczały usta i oczy. Wzory te nadawały jej tajemniczy
wygląd. Sprawiały, że wyraz twarzy wydawał się zarazem pytający i nadzwyczaj poważny. Dziewczyna miała na sobie brudną pelerynę z czerwonawej wełny, futrzany serdak, spódnicę z wyprawionej skóry oraz
dziwny pasek. Persefona nie miała pewności, ale odniosła wrażenie, że
jest on zrobiony ze zwierzęcych zębów. Obok dziewczyny leżał zwinięty w kłębek biały wilk. Jego bystre błękitne ślepia śledziły ruchy
wszystkich, którzy podchodzili do dziwnej pary. Nie było ich wielu.
Nowo przybyła stała przed bramą dahlu obok Cobba, który zszedł ze
swojego posterunku na szczycie wału i dzierżył włócznię tak groźnie, jak
tylko potrafił, to znaczy ani trochę. Ten człowiek na co dzień karmił
świnie i pilnował, żeby nie właziły do wspólnego ogrodu mieszkańców
osady. Wcześniej jednym i drugim zajmowała się ośmioletnia Thea Wedon.
Cobb często nie radził sobie z tymi obowiązkami. Większość mężczyzn na
zmianę trzymała wartę na wale ponad bramą. Tego ranka czuwał tam Cobb i - podobnie jak w przypadku świń - zadanie sprawiało mu trudności.
- Pani, mamy gościa - oznajmił Cobb Persefonie, celując włócznią w dziewczynę. Skinieniem głowy wskazał barani róg, który miał zawieszony
na szyi, i uśmiechnął się tak, jakby zadęcie w ten róg stanowiło
osiągnięcie warte pochwały. Persefona musiała przyznać, że z pilnowaniem
bramy poradził sobie lepiej niż ze świniami. - Twierdzi, że jest
mistyczką, i chce rozmawiać z wodzem.
Dziewczyna miała niewiele ponad dwanaście lat, a chociaż faktycznie
wyglądała tak, jakby spędziła większość życia w dziczy, była o wiele za
młoda na mistyczkę.
- Jestem Persefona, Pani Strażnicy. - Kobieta zrobiła pauzę, wypatrując
oznak zrozumienia. Gdy żadnych nie zobaczyła, dodała: - Jestem małżonką
wodza Reglana. Mój mąż pojechał na polowanie, ale możesz rozmawiać ze
mną.
Nowo przybyła skinęła głową, lecz nic nie powiedziała. Stała tam,
przygryzając dolną wargę i odwracając wzrok za każdym razem, gdy do jej
uszu doleciał odgłos upuszczonej motyki, okrzyk albo stukot młotka.
Przyjrzawszy się jej uważniej, Persefona doszła do wniosku, że
dziewczyna jest nie tyle chuda z natury, ile niedożywiona, a określenie
"brudna" stanowiło drastyczne niedopowiedzenie. We włosach miała pełno
igliwia i liści, a nogi umazane ziemią. Na jej ramionach widniały sińce,
na kolanach strupy, a rzekoma opalenizna na twarzy okazała się jednak
brudem.
- W czym mogę ci pomóc?
- Na co on poluje? - zapytała dziewczyna.
- Słucham?
- Wódz.
Persefona się zawahała. Tego dnia funkcjonowała w miarę dobrze, nie
pozwalając sobie za wiele rozmyślać, wypychając okropne zdarzenie do
ciemnego zakamarka umysłu, gdzie odważy się ponownie zajrzeć dopiero
wtedy, kiedy powróci jej mąż. Ale pytania dziewczyny zapaliły jasne
światło i teraz Persefona z trudem zachowywała spokój.
- To nie twoja sprawa. - Cobb ożył i postąpił naprzód z autentycznie
groźną miną. Groźba nie kryła się we włóczni, która zwisała zapomniana u jego boku, tylko w głosie, w którym dźwięczał szczery gniew.
- Na niedźwiedzicę - rzekła Persefona. Zaczerpnęła tchu i wyprostowała
plecy. - Na straszliwą niedźwiedzicę znaną jako Brunatna.
Dziewczyna skinęła głową, marszcząc brwi.
- Wiesz, o jakim zwierzęciu mowa? - spytała Persefona.
- Och, tak. Gryna Brunatna jest szeroko znana w lasach, pani. I nie
cieszy się sympatią.
- Gryna Brunatna?
- Tak ją nazywamy. Szczerzy kły na wszystkich i wszystko. Widziałam
nawet, jak szczerzyła je na słońce, a kto nie lubi słońca?
- Ta niedźwiedzica zabiła mojego syna - oznajmiła Persefona. Wymówienie
tych słów przyszło jej znacznie łatwiej, niż się spodziewała. Po raz
pierwszy wyrzekła je na głos, a wcześniej sądziła, że odmówią wydostania
się z jej krtani.
- Zabiła też rodzinę Minny - odparła dziewczyna, spoglądając na wilka. -
Znalazłam ją w Księżycowej Puszczy, tak jak Tura znalazła mnie.
Przygarnęłam Minnę, bo najwyraźniej jesteśmy siostrami, a rodzinie się
nie odmawia. Tura też tak sądziła.
- Znasz Turę?
- Wychowała mnie.
Pasek z zębów, wytatuowana twarz, nawet jesionowa laska - nagle wszystko
stało się jasne. Persefonie stanęły przed oczami kościste ręce Tury
zaciśnięte na identycznej lasce.
- Czyli to Tura przysłała cię do nas?
Dziewczyna pokręciła głową.
- Tura nie żyje. Sama podpaliłam jej stos.
- Co zrobiłaś?
- Tak sobie życzyła, pani. Nie chciała, żeby zjadły ją robaki. Myślę, że
pragnęła pofrunąć. Kto by nie chciał?
Persefona gapiła się na dziewczynę przez moment, po czym stwierdziła:
- Rozumiem. - A jednak nie rozumiała. Nie miała zielonego pojęcia, co
znaczy ta cała gadanina, a potem pojęła, że to bez znaczenia.
- Jak masz na imię?
- Suri - odparła dziewczyna.
- W porządku, Suri. - Persefona popatrzyła na wilka. - Chciałabym cię
zaprosić do grodu, ale mamy tam kury i świnie, więc... Minna, tak się
nazywa?... Nie może tam wejść.
- Minna nie zrobi im krzywdy - odparła Suri z urazą i trochę gniewnie.
Wytatuowane łodyżki wokół jej oczu zwinęły się ciasno.
- Wilki zjadają kury i świnie.
Dziewczyna uśmiechnęła się złośliwie, po czym arogancko splotła ręce na
piersi.
- Zjadają też ludzi, ale nie wgryzła się jeszcze w twoją nogę, prawda?
Persefona popatrzyła na wilczycę, która leżała zwinięta w kłębek,
wyglądając niewinnie niczym pies pasterski.
- Rzeczywiście sprawia wrażenie oswojonej. Co o tym sądzisz, Cobb?
Niewydarzony świniopas przemieniony w nieporadnego wartownika wzruszył
ramionami.
- W porządku, ale miej na nią oko. Jeśli zaatakuje, jest duża szansa, że
ktoś ją potraktuje włócznią.
Persefona przeszła przez bramę jako pierwsza.
Nim Suri ruszyła za nią, szepnęła:
- To niezbyt przyjazne miejsce, prawda, Minna? Ciekawe, jak by im się
podobało, gdybyśmy ich traktowały włócznią za każdym razem, kiedy
przychodzą do lasu i polują na nasze zwierzęta.
Wiosna spóźniała się z nadejściem, więc świat był pozbawiony kolorów -
zwiędła trawa, bezlistne drzewa, szare niebo - ale ludzie z dahlu Rhen
nie zamierzali czekać. Wszyscy mieli już serdecznie dość długiej zimy,
więc mieszkańcy grodu wykorzystali pierwszy cieplejszy dzień tego roku,
żeby zająć się pracą na zewnątrz. Chłopcy Killiana, którzy tryskali
energią nawet w środku lata, wspięli się na zapadnięty stożkowaty dach
rodzinnego domu. Naprawiali strzechę, mocując nowe snopki słomy w miejsce tych, które zdarła zima. Piwowar Bergin rąbał drwa i podsycał
ogień pod kadziami, w których bulgotał zebrany wcześniej sok drzewny.
Inni porządkowali wspólny ogród, o tej porze roku będący jedynie żałosną
połacią błota, z którego sterczały resztki zeszłorocznych łodyg, podobne
do wyblakłych na słońcu kości.
Cobb powrócił na swój posterunek na wałach, a Persefona poprowadziła
Suri wysypaną żwirem ścieżką do dużej strażnicy pośrodku dahlu. Niemal
zapomniane ptasie trele znów rozbrzmiewały wokół, a po oświetlonej
słońcem stronie studni Persefona spostrzegła żółte i niebieskie kwiatki.
Gwiazdy, ptaki i kwitnące rośliny mówiły, że zima dobiegła końca, ale w zacienionych miejscach nadal leżał śnieg. Persefona ciaśniej owinęła się
żałobną chustą. Tego roku wiosna była kapryśna. Nie przyszła do
wszystkich.
Persefona przystanęła na placyku przed schodami wiodącymi do strażnicy i skłoniła się przed kamiennym posągiem bogini Mari. Suri patrzyła na nią
z zaciekawieniem, po czym zrobiła to samo. Wielkie drzwi strażnicy stały
otworem, wpuszczając słońce do Sali Reglana, która od jesieni była
zadymioną drewnianą jaskinią. Kiedy w mroku zimy oświetlał je ogień,
dwanaście filarów podtrzymujących sklepienie miało złocistą barwę, ale
ostry blask słońca ujawniał, że są stare i zniszczone. Jaskrawe światło
ukazywało więcej prozaicznych szczegółów: porzucone buty, płaszcz
zawieszony na jednym z jelenich poroży zdobiących ścianę, barani róg do
picia nadal leżący w kącie po tym, jak Oswald cisnął nim w Sacketta parę
miesięcy wcześniej. Podwyższoną drewnianą podłogę wokół dymiącego
paleniska pokrywała warstwa brudu i popiołu. Promienie słońca
eksponowały rzeczywistość, którą ogień litościwie skrywał za zasłoną
cieni.
W palenisku, którego nigdy nie wygaszano, płomienie tliły się słabo, a Habet, mający za zadanie podsycanie ognia, gdzieś zniknął. Persefona
dołożyła szczapę i w pomieszczeniu nieco pojaśniało. Podeszła do dwóch
krzeseł ustawionych przed ścianą przeciwległą do wejścia - jedynych w całej sali - i usiadła na tym po prawej.
Suri przystanęła w progu. Mrużąc oczy, wpatrywała się w krokwie
podtrzymujące spiczasty dach, z których zwieszały się tarcze zmarłych
wodzów oraz trofea myśliwskie: łby jeleni, wilków i niedźwiedzi.
Skrzywiła się, po czym popatrzyła w stronę Persefony, zerkając na
podłogę tak, jakby to było głębokie jezioro, a ona nie potrafiła pływać.
Potem - przełamawszy się - dziewczyna i wilczyca weszły do środka.
- Ile masz lat, Suri? - spytała Persefona, gdy dziewczyna szła ku niej
przez salę.
- Nie wiem. Chyba czternaście. - Suri powiedziała to z roztargnieniem,
nadal wpatrzona w krokwie.
- Chyba?
- Tak mi się wydaje. Może więcej. Może mniej.
- Nie wiesz?
- To zależy, ile czasu spędziłam wśród krimbali. Tura była prawie pewna,
że jestem malkinem.
- Cz... czym? Malkinem?
Suri skinęła głową.
- Kiedy krimbal porywa... Wiesz, pani, czym są krimbale?
Persefona pokręciła głową.
Suri gwałtownie zaczerpnęła tchu, zerkając na siedzącą obok wilczycę
tak, jakby miały wspólny sekret, po czym wyjaśniła.
- No cóż, krimbal to takie stworzenie z lasu. One tak naprawdę nie
mieszkają w kniei, tylko przychodzą i odchodzą, pojmujesz, pani? Pełno
ich w Księżycowej Puszczy, bo tam jest tyle drzew, że porobiły sobie
mnóstwo wrót. Mieszkają w Nog, głęboko pod ziemią, gdzie mają olbrzymie
sale i urządzają uczty. Tańczą i świętują tak, że ciężko nam to sobie
wyobrazić. W każdym razie ilekroć krimbal porwie niemowlę, te...
- One porywają niemowlęta?
- Och, Wielka Matko Wszechrzeczy, tak. Bez przerwy. Nikt nie wie czemu.
Przypuszczam, że po prostu mają taki zwyczaj. W każdym razie kiedy porwą
czyjeś dziecko, zabierają je do Nog i nikt nie wie, co dokładnie tam się
dzieje. Bardzo rzadko zdarza się, że któreś z tych porwanych dzieci
zdoła odnaleźć drogę powrotną na powierzchnię. Nazywa się je malkinami i mają trochę nie po kolei w głowach, bo każdy, kto jakiś czas przebywa w Nog, wychodzi stamtąd odmieniony. Przeważnie malkiny są starsze, mają
gdzieś tak dziesięć, dwanaście lat, ale ja jakimś cudem wydostałam się,
mając mniej niż roczek. I wtedy znalazła mnie Tura.
- Jak zdołałaś się wydostać, nie umiejąc chodzić?
Suri, która zdołała już pokonać prawie całą długość sali, popatrzyła na
Persefonę tak, jakby ta powiedziała coś najgłupszego na świecie.
- Skąd mogę wiedzieć, pani? Byłam ledwie niemowlęciem.
Persefona uniosła brwi i skinęła głową.
- Rozumiem - odrzekła, ale tak naprawdę zrozumiała jedynie, że nawet tak
niewinne pytanie jak "Ile masz lat?" nie było prostą kwestią w przypadku
dziewczyny posiadającej pasek z zębów i oswojoną wilczycę. Najlepiej
zostać przy podstawowych sprawach. - W porządku, Suri. Czego
potrzebujesz?
- Czego potrzebuję, pani? - powtórzyła dziewczyna.
- Czemu tu jesteś?
- Och... Przyszłam powiedzieć wodzowi, że umrzemy. - Dziewczyna
powiedziała to szybko i z taką samą beztroską obojętnością, jakby
oznajmiała, że słońce zachodzi wieczorem.
Persefona zmrużyła oczy.
- Słucham? Co powiedziałaś? Kto umrze?
- My wszyscy.
- Jacy wszyscy?
- My. - Dziewczyna sprawiała wrażenie zdezorientowanej, ale tym razem
Persefona nie umiała poznać, czy to przez tatuaże, czy nie.
- Ty i ja?
Suri westchnęła.
- Tak. Ty, ja, ten śmieszny człowiek z rogiem przy bramie, wszyscy.
- Wszyscy w dahlu Rhen?
Dziewczyna znów westchnęła.
- Nie tylko w dahlu Rhen. Wszędzie.
Persefona parsknęła śmiechem.
- Chcesz powiedzieć, że wszystkie żywe stworzenia umrą? To żadna nowina.
Suri popatrzyła błagalnie na Minnę, jakby oczekując, że wilczyca pomoże
jej wyjaśnić.
- Nie wszystkie żywe stworzenia, tylko ludzie. Ludzie tacy jak ty i ja.
- Masz na myśli Rhunów? Wszyscy Rhunowie umrą?
Suri wzruszyła ramionami.
- Pewnie tak.
- Myślę, że może warto, żebyś się cofnęła i zaczęła od początku. Powiedz
mi, kiedy i w jaki sposób do tego dojdzie.
- Nie wiem jak... Ale to się stanie niedługo. Podejrzewam, że zacznie
się przed połową lata. A na pewno przed zimą. - Suri zamilkła na chwilę
zatopiona w myślach, po czym skinęła głową. - Tak, na pewno, zanim
spadną śniegi, a w przyszłym roku o tej samej porze, co teraz, będzie
najgorzej. To będzie ostrze noża, szczyt burzy.
- Czyli to burza nadchodzi?
Dziewczyna zamrugała, zmarszczyła brwi, nachmurzyła się, po czym
pokręciła głową.
- Nie taka prawdziwa burza, po prostu coś złego, chociaż... - Wzruszyła
ramionami. - Przypuszczam, że można to nazwać burzą.
- I nie masz pojęcia, co będzie przyczyną ani dlaczego wydarzy się coś
tak okropnego?
- Nie. Najmniejszego - odparła mistyczka, jakby takie kwestie były
zupełnie nieistotne.
Persefona odchyliła się do tyłu na krześle i bacznie przyjrzała się
dziewczynie. Samotna, przestraszona sierota to zawsze smutny przypadek.
- Czemu tak naprawdę tu przyszłaś, Suri? Jesteś głodna? Czujesz się
osamotniona po śmierci Tury?
Suri sprawiała wrażenie zbitej z tropu.
- W porządku. Poproszę kogoś, żeby wyszukał ci miejsce do spania. I przyniósł ci chleba. Chcesz chleba?
Mistyczka się zastanowiła.
- Chleb. Tak, to by było miłe.
- I czy chciałabyś tu zamieszkać? Tutaj, w grodzie?
Suri szeroko otwarła oczy i cofnęła się lękliwie, znów zerkając w górę,
na krokwie. Gwałtownie pokręciła głową.
- Nie, pani. Nigdy nie mogłabym tu zamieszkać. Przyszłam tylko dlatego,
że Tura kazała mi to zrobić, gdybym kiedykolwiek odkryła to, o czym
powiedziałam. "Idź na wzgórze pośrodku wielkiego pola na skraju puszczy
i powiedz, że chcesz mówić z wodzem". Tak rzekła. Ale teraz i tak nie da
się z tym nic zrobić. Potrzebuję porozmawiać z drzewami. Mogłyby nam
powiedzieć więcej, ale wciąż jeszcze śpią.
Persefona westchnęła. Ten dialog nie przypominał rozmów z Turą, która
miała swoje własne dziwactwa.
Mogę pozostawić to Reglanowi, pomyślała. Może jemu uda się wyciągnąć z niej coś sensownego.
- No cóż, dziękuję ci. - Persefona wstała i posłała dziewczynie uśmiech.
- Dopilnuję, żebyś dostała ten chleb, o którym wspomniałam, i możesz
rozmówić się z moim mężem, kiedy wróci. Jeśli chcesz, możesz zaczekać
tutaj. - Ponieważ mistyczka zrobiła kolejny krok w tył, Persefona
dodała: - Albo na zewnątrz, na schodach, jeśli wolisz.
Suri skinęła głową, okręciła się na pięcie i odeszła, a wilczyca za nią.
Taka chuda, pomyślała Persefona.
Była pewna, że proroctwo to tylko fortel. Sprytny, ale dziewczyna
przesadziła. Powinna była ograniczyć się do czegoś prostego,
przepowiedzieć marne zbiory, epidemię gorączki albo suszę. Była po
prostu młoda i nie przemyślała tego, co robi. Teraz, po śmierci Tury,
nie miała możliwości przetrwać samotnie w puszczy.
- Suri? - Persefona zatrzymała mistyczkę. - Na twoim miejscu nie
mówiłabym nikomu więcej o tym, co mi powiedziałaś. Wiesz, o tym, że
czeka nas śmierć.
Dziewczyna odwróciła się, opierając dłoń o najbliższy z trzech zimowych
filarów.
- Dlaczego?
- Bo nie zrozumieją. Pomyślą, że kłamiesz.
- Nie kłamię.
Persefona westchnęła. W dodatku jest uparta, pomyślała.
Suri uczyniła jeszcze kilka kroków w stronę drzwi, po czym przystanęła i odwróciła się raz jeszcze.
- Nie jestem Turą, ale wiem, że nadchodzi coś strasznego. Naszą jedyną
nadzieją jest wysłuchanie rad, których udzielą nam drzewa. Wypatrujcie
liści, pani, wypatrujcie liści.
Właśnie wtedy ponownie rozległ się dźwięk rogu Cobba.
***
Gdy tylko Persefona wyszła ze strażnicy, odgadła, że doszło do jakiejś
katastrofy. W ogrodzie leżały porzucone grace i motyki. Bracia
Killianowie zeszli ze swojego dachu. Wszyscy mieszkańcy osady albo
biegli w stronę bramy, albo zawodzili na klęczkach. Ci, którym z oczu
płynęły łzy, tłumaczyli pozostałym, oniemiałym ze zdumienia, co się
wydarzyło. Po wyszeptanych słowach następowały szok i kręcenie głowami,
a potem kolejne osoby wybuchały płaczem.
Czując się tak, jakby patrzyła na nadchodzącą ścianę ulewy, Persefona
zebrała się w sobie w oczekiwaniu na burzę. Przetrwała ich już wiele. Od
dwudziestu lat pomagała mężowi sprawować władzę nad klanem. Stawiła
czoła Długiej Zimie oraz Wielkiemu Głodowi, który nastąpił po niej.
Straciła pierwszego syna tuż po narodzinach, drugiego wskutek choroby, a niedawno trzeciego - jedynego, któremu udało się dożyć dorosłości. Mahn
był dzielnym młodzieńcem, którego bogowie z jakiejś przyczyny nie
uchronili przed śmiercią. Cokolwiek stało teraz u wrót osady, zamierzała
to znieść równie stoicko, jak wszystkie tamte wydarzenia. Musiała. Jeśli
nie ze względu na siebie, to ze względu na swój lud.
Oba drewniane skrzydła bramy zostały szeroko otwarte, ale ludzie
tłoczący się w uliczce zasłaniali widok. Kilka osób wspięło się po
drabinach na szczyt wału obronnego i pokazywali coś palcami, wyglądając
ponad przedpiersiem. Persefona dotarła do schodów strażnicy akurat w momencie, kiedy tłum wreszcie się rozstąpił, odsłaniając tajemnicę.
Myśliwi powrócili.
Na łowy wyruszyło ich ośmiu. Powróciło sześciu. W tym jeden na tarczy.
Wnieśli Reglana przez bramę - po dwóch mężczyzn z każdej strony.
Konniger szedł na przedzie. Głowę miał owiniętą oddartym rękawem
koszuli, po jednej stronie przesiąkniętym czerwienią. Adler, który
zawsze cechował się bystrym wzrokiem, wyruszył do lasu z dwojgiem oczu,
ale powrócił z jednym. Hegner miał w miejscu prawej dłoni okrwawiony
kikut.
Persefona nie poruszyła się. Ulewa dotarła do niej. Nie było potrzeby
nigdzie iść.
Najsilniej ugodził ją nie szok z powodu śmierci męża, ale to, że cała
scena wyglądała tak znajomo. Persefona zadała sobie pytanie, czy traci
rozum, przeżywając ponownie wydarzenia sprzed trzech dni, kiedy z lasu
przyniesiono jej syna. On także wybrał się na polowanie. Pamiętała, że
stała wtedy dokładnie w tym samym miejscu o dokładnie tej samej porze.
Ale tym razem nie jest tak samo, pomyślała.
Kiedy zginął Mahn, mąż stał obok niej. Trzymał ją za rękę, a jego siła
pomogła jej utrzymać się na nogach. Bił od niego gniew, palce zaciskały
się zbyt mocno. Reglan wyruszył nazajutrz, żeby szukać zemsty.
Niosący wodza podeszli do schodów. Ponuro wpatrywali się w ziemię. Tylko
jeden odważył się spojrzeć Persefonie w twarz. Tłum utworzył procesję za
nimi.
- Przynosimy ci, pani, twego małżonka - oznajmił Konniger. - Reglan z rodu Monta, wódz dahlu Rhen, padł dzisiaj w bitwie.
Jego słowa sprawiły, że wszyscy zamilkli. Nad głową Persefony łopotały
na wietrze sztandary strażnicy. Powinna przyjąć tę wieść tak, jak jej
mąż przyjął wieść o śmierci Mahna, ich syna. Reglan uczynił to z godnością i zrozumieniem, w milczeniu zaciskając jej dłoń we własnej.
Persefona nie miała dłoni, którą mogła uścisnąć, i brakowało jej choćby
odrobiny zrozumienia. Zamiast tego zapytała:
- A co z niedźwiedzicą?
Zaskoczony Konniger nie odpowiedział od razu. Zawahał się, przeciągnął
zakrwawioną ręką po tej stronie twarzy, gdzie miał opatrunek.
- To nie niedźwiedzica. Stwór, na którego polowaliśmy, to demon. Nie
jest w ludzkiej mocy go zabić.
Rozdział trzeci. Zabójca Bogów
Rozdział trzeci
Zabójca Bogów
Nazywano go Zabójcą Bogów i po raz pierwszy usłyszeliśmy o nim od
handlarzy podróżujących północnymi szlakami. Legenda o nim rosła, ale
wtedy, na początku, nikt w nią nie wierzył. Nikt oprócz mnie.
Księga Brin
Raithe lubił siedzieć przy porządnym ognisku. Było coś dodającego otuchy
w tańczących odblaskach, zapachu dymu oraz w tym, że żar ogrzewał jego
twarz i pierś, podczas gdy siedzenie marzło. Wyczuwał głęboki sens w tej
dwoistości oraz w enigmie tańczących płomieni. Duch ognia przemawiał,
plując iskrami i wydmuchując duszący dym, ale znaczenie tych komunikatów
pozostawało zagadką. Wszystko w przyrodzie nią było. Wszystko
przemawiało do Raithe'a - do wszystkich - językiem, który niewielu
potrafiło zrozumieć. Jakież tajemnice, jakież mądrości i jakież
okropieństwa mógłby poznać, gdyby wiedział, co to wszystko znaczy.
- To jeden z niewielu duchów, z którymi się dobrze dogaduję - oznajmił
Raithe, dorzucając do ognia kolejną gałąź.
- To znaczy? - spytał Malcolm.
Były niewolnik, a obecnie towarzysz ucieczki siedział obok Raithe'a.
Obaj usadowili się po zawietrznej, żeby nie wędzić się w dymie.
Chudzielec mozolnie rozplątywał koc zamotany wokół szyi. Tkanina była
wystarczająco cienka, żeby dało się ją zawiązać w węzeł, a na czas
wędrówki Malcolm obwiązywał się kocem jak szarfą.
- Ogień - odparł Raithe, biorąc kolejną gałąź ze sterty, którą zebrali.
Przełamał ją na pół i cisnął oba kawałki w płomienie.
- Myślisz, że w ogniu żyją duchy?
Raithe uniósł brew.
- A co? Sądzisz, że to demon? - Słyszał to już wcześniej, w szczególności od sąsiada, który, szykując posiłek, zostawił palenisko
bez dozoru i poszedł wysikać się do rzeki. Kiedy wrócił, jego chata
płonęła. - Możliwe - podjął Raithe. - Puszczony wolno potrafi się
okrutnie wściec, ale nie wierzę, że demon by przychodził tak ochoczo na
wezwanie. Na pewno nie do takich prostych ludków jak ja.
Malcolm gapił się na niego. Robił to często. Światło ognia kryło jego
oczy w cieniu. Raithe nie należał do rozmownych, a puste spojrzenie
Malcolma po takich stwierdzeniach nie dostarczało motywacji. Niewolnik
Fhrejów najwidoczniej wiódł życie w izolacji od świata. Wszystko, co
Raithe mu opowiadał, wywoływało zdumienie.
- Mój ojciec zawsze twierdził, że ogień staje się niebezpieczny tylko
wtedy, gdy mu się nudzi - podjął Raithe. - Jeśli zostawi się go bez
towarzystwa, staje się sfrustrowany i zaczyna broić. Żeby ogień był
zadowolony, najlepiej pozwolić mu lizać jedzenie i słuchać opowieści.
Malcolm nadal wpatrywał się w niego, tym razem mrugając, z rozchylonymi
ustami.
Jest zmęczony, uznał Raithe. Zziębnięty, nieszczęśliwy, a przede
wszystkim wystraszony. Wszystko to można było zrozumieć, zważywszy na
ich sytuację. Nawet sam Raithe z trudem zachowywał optymizm. Nigdy bym
nie przypuszczał, pomyślał że knieja może być jeszcze bardziej
nieprzyjazna niż kamieniste równiny Dureyi.
To była ich ósma noc spędzona w Księżycowej Puszczy, a królestwo
olbrzymich drzew nadal nie okazywało im gościnności. Przez las biegło
niewiele ścieżek, musieli przedzierać się przez kolczaste zarośla i poprzestawać na żałośnie skąpym wikcie. Tego dnia objedli się sześcioma
czarnymi chrząszczami wielkości paznokcia na kciuku, siedmioma larwami,
które znaleźli pod obłażącą korą, sokiem z pnia liściastego drzewa oraz
garścią szyszek sosnowych, które musieli opiec nad ogniem, żeby wyłuskać
z nich jadalne nasiona. Raithe próbował łowić ryby włócznią, a Malcolm
łapać je rękami, ale po kilku frustrujących godzinach dali za wygraną.
Czekała ich kolejna noc głodowania.
W ciemnościach, które pod gęstą kopułą drzew zapadły wcześniej niż na
otwartej przestrzeni, siedzieli obok siebie na maleńkiej polance
zaścielonej zbrązowiałymi igłami. Wpatrywali się w ogień i słuchali, jak
wiatr szumi, a konary skrzypią. Rozkołysane wierzchołki potężnych drzew
iglastych przesłaniały niebo, nie pozwalając ujrzeć ani jednej gwiazdy.
Raithe potrafiłby określić, gdzie się znajdują, gdyby mógł zobaczyć
konstelacje. Uwięziony pod sklepieniem lasu był ślepy i mógłby przysiąc,
że kręcą się w kółko.
- W Alon Rhist właśnie podają wieczerzę - oznajmił tęsknie Malcolm.
Wytrzepał koc i owinął się nim. - Pewnie sarninę. Pieką ją powoli, żeby
była soczysta. Byłyby też ser i ptactwo, takie jak kuropatwa czy bażant.
Na pewno świeży chleb, puddingi... och, i oczywiście wino. Ale w tej
chwili jedzą. Wieczerze były wspaniałe. - Wyglądał jak ktoś, kto
rozpamiętuje utraconą miłość. - Znana jest ci koncepcja wieczerzy? To
posiłek jadany wieczorem. - Westchnął nadal pogrążony we wspomnieniach.
- Jako niewolnik uczestniczyłem w tym rytuale dzień w dzień, ale dzięki
bogom teraz jestem wolny.
Tym razem to Raithe zagapił się na Malcolma.
- Przepraszam. Jestem po prostu głodny.
Raithe nadal piorunował towarzysza wzrokiem.
- Co?
- Czy on cię bił? - zapytał Raithe.
- Kto? Shegon?
Raithe skinął głową.
- Bo jeśli tak, rozumiałbym twoją postawę.
Malcolm zmarszczył brwi.
- Nie, nie bił mnie. Fhrejowie dobrze traktują swoich niewolników. Na
pewno lepiej niż ty.
- Nie jesteś moim niewolnikiem.
- I dziękuję za to wszystkiemu, co święte. - Malcolm machnięciem odgonił
dwa maleńkie czarne pluskwiaki próbujące usiąść mu na twarzy. Cieplejsza
pogoda sprawiła, że owady wyłaziły z kryjówek, chociaż do upałów było
jeszcze daleko.
- Jeśli Fhrejowie byli tacy wspaniali, czemu rąbnąłeś Shegona w łeb? -
zapytał Raithe. Uświadomił sobie, że już dawno powinien o to zapytać,
ale śmierć ojca, obawa przed pościgiem oraz bezustanne poszukiwanie
pożywienia wyparły z jego głowy wszelkie inne myśli.
Malcolm podniósł brązową igłę sosnową, jedną z milionów podobnych.
Obracając ją w palcach wzruszył ramionami.
- Nawet dobrze traktowany niewolnik woli mieć kontrolę nad swoim
przeznaczeniem. Zobaczyłem okazję i skorzystałem z niej. Wszystko byłoby
dobrze, gdybyś nie postradał głowy. Shegon by się rozgniewał, ale nie aż
tak, żeby nas ścigać, nie był tak ambitny. A teraz, kiedy nie żyje,
zemsta będzie kwestią honoru. - Popatrzył na Raithe'a i zapytał: - A ty?
Czemu to zrobiłeś?
- Czemu go zabiłem?
Malcolm skinął głową.
- Nie wiem. Nie powinienem był tego robić. Kiedy zabił mojego ojca, nie
myślałem. Po prostu zadziałałem. Postąpiłem tak, jak postąpiłby
Herkimer. Najśmieszniejsze, że nigdy nie chciałem być taki jak on. Nie
chciałem iść na wojnę i walczyć. Nie pragnąłem poszukiwać sławy i chwały. To było jego marzenie... Jego i moich braci. Ja byłbym
szczęśliwy, po prostu wiodąc spokojne życie z żoną i kilkorgiem dzieci.
A mimo to w jednej chwili odezwały się te wszystkie lata, które ojciec
poświęcił na uczenie mnie walki. Wiesz, co mam na myśli? - Popatrzył na
Malcolma i uświadomił sobie, że tamten nie ma pojęcia. Tym razem
odpowiedzią nie było puste spojrzenie, ale nie było też zrozumienia.
Dureyanin by zrozumiał, ale Malcolm spędził zbyt dużo czasu wśród
Fhrejów i momentami zdawało się, że prawie zatracił ludzkie cechy.
- Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Mogę tylko powiedzieć, że
zrobiłem to dla niego. Tak powinien postąpić syn, prawda? Pomścić swego
ojca. W każdym razie tak to wygląda w Dureyi.
- Zdaje się, że to niezbyt przyjemne miejsce, ta cała Dureya.
- Głównie nagie skały i jałowa ziemia. I mnóstwo cienkiej, twardej
trawy. Coś cudownego, jeśli jesteś kozą.
- A ludzie?
- Podli.
- Ty nie jesteś podły.
Raithe uniósł brew.
- Nie znasz mnie ani mojego ludu. Klan Dureya słynie z agresywnych
drani, którzy wolą chlać niż pracować, bić się niż rozmawiać, i są
źródłem wszelkiego zła na świecie.
- Gdybyś był tak paskudny, jak sugerujesz, to przypuszczalnie zabiłbyś
Meryla i mnie, zabrałbyś konia i nie zadałbyś sobie trudu pochowania
swego ojca.
Raithe wzniósł z rezygnacją ręce.
- Jestem dziwakiem. Rozczarowaniem dla mojego klanu. Synem Miedzianego
Miecza, który nigdy nie wyruszył na wojnę. W Dureyi wszyscy walczą.
Ilekroć Fhrejowie ogłaszają, że potrzeba im wojowników, nasi zgłaszają
się tłumnie. Tylko dzięki temu mamy co jeść, bo nie jesteśmy kozami. A kiedy zazdrościsz kozom, to znaczy, że coś poszło nie tak. - Raithe
nachmurzył się, wrzucił patyk w ogień i westchnął. - Mój ojciec chciał
tylko osiedlić się na kawałku porządnej ziemi. Przeprawienie się przez
rzekę było pierwszą sensowną rzeczą, jaką kiedykolwiek zrobił.
- Twój ojciec postąpił nierozsądnie. Zawlókł cię w miejsce, gdzie nie
wolno wam się zapuszczać. Wszyscy wodzowie Rhunów podpisali pakty,
zgodnie z którymi mieliście nie opuszczać waszych ziem.
- Shegon też zachował się nierozsądnie. Pół biedy, że kazał nam się
wynosić, ale nie można żądać, żeby mężczyzna wyrzucił swój miecz. Może w Alon Rhist miecze są czymś powszechnie spotykanym, ale rzadko się je
widuje po tej stronie rzeki.
- To nie było nierozsądne. Złamanie paktu to jedno, ale złamanie go z bronią w ręku to jak wypowiedzenie wojny. Ty i twój ojciec zostalibyście
zabici na miejscu, gdyby znalazł was instariański patrol. Jednak Shegon
był członkiem szczepu Asendwayrów i dał wam szansę ucieczki. Ale mimo to
pozostawienie wam miecza byłoby nieodpowiedzialne. Gdybyście ociągali
się z odejściem albo zawrócili i znaleźliby was Instarya, potraktowaliby
obecność uzbrojonych Rhunów jak inwazję, mogliby uznać, że wypuściliście
się na zwiad. I Instarya ruszyliby na Rhulyn. To, co zrobił Shegon, nie
było nierozsądne. To był akt dobroci.
Raithe nie wiedział o tym. Żałował, że pozyskał tę wiedzę.
- To nie wszystko twoja wina - dodał ciszej Malcolm. - Shegon mógł
lepiej wyjaśnić swoje stanowisko, ale Fhrejowie nie mają w zwyczaju
tłumaczyć się tym, których uważają za tylko trochę lepszych od zwierząt.
- To nie miałoby znaczenia. Ten miecz był dumą mojego ojca, jego
honorem. Jego życiem. Gdyby ojciec go oddał, równie dobrze mógłby dać
sobie odrąbać głowę. Gorzej, oddałby swoją duszę.
- A teraz jego wspaniałe ostrze należy do ciebie.
- Jest, jakie jest. - Raithe wyciągnął z pochwy złamaną klingę i popatrzył na jej wyszczerbioną krawędź. - Ostrze Shegona przecięło ten
miecz tak, jakbym trzymał w ręku patyk, a to była najlepsza broń w naszym klanie. Od pokoleń przechodziła z ojca na syna. Legenda głosi, że
pewien Dherg wykuł ją dla mojego prapradziadka w zamian za uratowanie
życia. - Raithe schował rozpołowiony miecz z powrotem i zaczerpnął tchu.
- Jeszcze ci nie podziękowałem.
- Nie zadawaj sobie trudu. Nie wyświadczyłem ci przysługi - zapewnił go
Malcolm.
- Zginąłbym, gdyby nie ty.
Malcolm uniósł głowę, żeby przyjrzeć się Raithe'owi, mrużąc oczy.
- I tak umrzesz. Wcześniej po prostu spędzisz trochę czasu, włócząc się
z pustym żołądkiem i obolałymi nogami. Ale patrząc na pozytywy,
przynajmniej zostaniesz zapamiętany. Nie ma możliwości, by zabicie boga
przeszło bez echa.
Łup!
W ciemności, poza kręgiem światła rzucanego przez płomienie, zabrzmiał
donośny łoskot drewna uderzającego o drewno. Nie był to trzask łamanej
gałęzi, choć i ten odgłos wytrąciłby ich z równowagi. Słyszeli wcześniej
takie trzaski - zwierzęta nieznanych rozmiarów przedzierały się nocą
przez zarośla. Leśne hałasy utrudniały zaśnięcie. Ale to było coś
innego. Nie trzaśnięcie, tylko uderzenie, dziwny głuchy dźwięk. Wstali i wpatrywali się zmrużonymi oczami w mrok. Raithe dołożył do ognia.
- Co to było? - wyszeptał Malcolm.
- Nie wiem - odszepnął Raithe. - To mogło być cokolwiek.
- Podasz jakieś przykłady?
- Myślę, że najgorszą z możliwych rzeczy byłby raow.
- Najgorszą? Dlaczego musiałeś zacząć od najgorszej? Czemu nie założyć,
że to po prostu uschnięte drzewo zwaliło się na inne?
- Spokojnie. Nie sądzę, żeby to był raow. Zobaczylibyśmy w okolicy
ludzkie kości. I do tej pory sami też bylibyśmy już martwi.
- Och, no cóż, dzięki za dodanie otuchy. Więc co to jeszcze może być?
Raithe popatrzył na towarzysza i posłał mu uśmiech.
- Walące się drzewo?
Malcolm skrzywił się cierpko.
- Ale tak serio...
Raithe popatrzył na otaczające ich omszałe głazy, a potem na drzewa.
- Lesze?
- A co to takiego lesze?
- Leśne duszki. Pewnie zacierają za nami ścieżkę, żebyśmy rano nie
wiedzieli, w którą stronę pójść. Lubią płatać figle, ale generalnie nie
są niebezpieczne dla dorosłych mężczyzn.
Malcolm cofnął się od ognia, bo ten po dołożeniu chrustu płonął
intensywniej, dając więcej ciepła. Popatrzyli na siebie trochę
sceptycznie, a trochę z nadzieją.
Raithe kiwnął głową.
- Widywałem je już wcześniej podczas zbierania opału wiosną. To te małe
światełka, które unoszą się nad trawą.
- To są świetliki.
- Jasne, niektóre tak, ale te najjaśniejsze to lesze, których ulubioną
zabawą jest zwabianie dzieci w gęstwinę. Czasem nad wartką rzekę albo
nad jezioro, żeby tam wpadły i utonęły.
- Czy nie znasz żadnych wesołych opowieści? - Malcolm zrobił
zniesmaczoną minę. - Psujesz humor duchowi ognia.
Raithe wzruszył ramionami i wrzucił w płomienie kolejny patyk.
- Jestem z Dureyi. Znam tylko takie.
Mrużąc oczy, Malcolm popatrzył ponad ogniskiem w ciemność spowijającą
las, po czym pokręcił głową.
- Moim zdaniem to nie lesze.
Jak na kogoś, kto wcześniej był przekonany, że bez Raithe'a zginie,
Malcolm okazywał się zdecydowanie oporny na wiedzę swojego przewodnika.
- Nie byłbym tego taki pewien. Sądzę, że z rozmysłem starały się nas
wyprowadzić na manowce - powiedział Raithe. - Ukrywały przed nami
ścieżki, żebyśmy błądzili po tym przeklętym lesie.
Malcolm otworzył usta, żeby przemówić, ale w tej samej chwili powietrze
rozdarł dźwięk kolejnego uderzenia. Tym razem najpierw coś zaskrzypiało
- rozległ się przeciągły pisk, a potem trzask. Co więcej, Raithe
usłyszał też dolatujące z oddali śmiechy i śpiew.
Dwaj mężczyźni zagapili się na siebie w zdumieniu.
- Pachnie jedzeniem - oznajmił Malcolm.
Raithe skinął głową. On też czuł apetyczną woń. Wiatr zmienił kierunek,
dmuchając na nich dymem, ale przynosząc przy okazji zapach gotowanego
mięsa.
- Możesz mieć rację, że to nie lesze. Niewykluczone, że to krimbale.
Słyną z tego, że urządzają wielkie uczty i przyjęcia.
- Przyjęcia? - Malcolm zerwał się na równe nogi. - Może powinniśmy...
- Nie, nie rób tego! - Raithe chwycił towarzysza za rękę.
- Ale... jedzenie. Pamiętasz o jedzeniu, prawda? To znaczy o prawdziwym
jedzeniu?
- One właśnie w ten sposób zwabiają ludzi. Wrota umieszczone w pniach
drzew wiodą do ich ojczyzny, czarodziejskiej krainy Nog. Gdy już tam
trafisz, położą cię w puchowej pościeli, zacznie grać muzyka i będą cię
karmiły pieczoną dziczyzną, mięsem jelenia, wołowiną oraz jagnięciną
przyrządzoną w śmietanie posłodzonej miodem. Ile tylko zdołasz zjeść.
Malcolm zaczął się oblizywać.
- Potem podadzą piwo, wino, miód pitny i różne specjały zapiekane w cieście.
- Naprawdę? Zapiekane w cieście? A jakie?
- To bez znaczenia jakie, bo nie można się stamtąd wydostać. Kiedy raz
tam wejdziesz, kiedy spróbujesz ich jedzenia, już na zawsze pozostaniesz
w Nog.
Malcolm zamrugał.
- No to co?
- Jak to co?
- Czy ich jedzenie jest smaczne?
- Podobno niewiarygodnie pyszne.
- A posłania są miękkie i ciepłe?
Raithe skinął głową.
- Czyli chcesz powiedzieć, że możemy zostać tutaj - Malcolm wskazał
gestem ich otoczenie - i umrzeć z głodu w tej straszliwej puszczy, albo
możemy spędzić resztę życia w cudownej krainie obfitości, muzyki i zabaw. Brzmi przerażająco. Chodźmy.
Raithe usiłował wymyślić stosowną odpowiedź, ale trudno było odeprzeć
takie argumenty.
- Poza tym - Malcolm uniósł palec - jakie jest prawdopodobieństwo, że
Fhrejowie nas odnajdą w tej czarodziejskiej krainie Nog?
Do Raithe'a dotarło, że teraz to on gapi się na towarzysza. Potem wbił
wzrok w panującą pod drzewami ciemność, spoglądając w kierunku, skąd
dolatywały śmiechy i śpiew.
- Pomóż mi wygasić ognisko.
Rozrzucili patyki i zadeptali płomienie, pozostawiając jedynie tlący się
żar, a potem Raithe jako pierwszy wkroczył w gęstwinę. Każdy krok
przybliżał ich do źródła dźwięków. W nocnym powietrzu niosły się głosy,
czasem szczekanie psa. Wokół robiło się coraz jaśniej, w miarę jak
sklepienie lasu rzedło, odsłaniając gwiazdy. Raithe uświadomił sobie, że
przez cały czas znajdowali się na skraju puszczy. Razem wyszli na pole,
gdzie wiła się dobrze wydeptana droga oświetlona przez sierp księżyca. W oddali z okien drewnianego budynku padał blask ognia.
- Czy to jest kraina Nog? - zapytał Malcolm.
- Nie - odparł Raithe. - To gospoda, gdzie zatrzymują się podróżni.
- Jesteśmy podróżnymi - odparł przepełniony radosną nadzieją Malcolm. -
Myślisz, że dadzą nam jeść?
Raithe wzruszył ramionami.
- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać.
***
Raithe nienawidził, kiedy się w niego wpatrywano. Zbyt często stanowiło
to przygrywkę do bójki. Nie przepadał też za obcymi; sprawiali, że robił
się nerwowy. Nic zatem dziwnego, że nie był uszczęśliwiony, kiedy on i Malcolm zasiedli w izbie otoczeni tuzinem nieznajomych twarzy, których
właściciele gapiliy się na nich, gdy jedli posiłek. Nic nie zostało
jeszcze powiedziane na głos, w każdym razie nie dość głośno, żeby dało
się coś usłyszeć. Szepty rozpoczęły się w pobliżu wielkiej drewnianej
misy, z której dwie kobiety czerpały i rozlewały do misek gulasz
jagnięcy, przemawiając cicho do kolejnych mężczyzn, z których każdy po
otrzymaniu swojej porcji oglądał się na wędrowców. Czasem zerkali na
Malcolma, ale głównie wpatrywali się w Raithe'a, jakby miał na głowie
prosiaka zamiast czapki. Kiedy mężczyźni wrócili już na swoje miejsca,
dalej gapili się na niego, szepcząc między sobą.
- Jak myślisz, co oni mówią? - zapytał Raithe, szturchnąwszy Malcolma w żebra.
Niegdysiejszy niewolnik nie podniósł wzroku znad miski.
- Że jesteś przystojnym mężczyzną i debatują, którą ze swoich sióstr
powinni ci dać za żonę. - Wzruszył ramionami. - Skąd mam wiedzieć?
- Sądzę, że planują poderżnąć nam gardła.
- Moje wytłumaczenie bardziej mi się podoba. - Na podkreślenie swoich
słów Malcolm przejechał palcem po dnie miski, po czym zaczął go ssać. -
Może po mojej opowieści dostaniemy dokładkę.
- Nie sądziłem, że jesteś głodny. Wieki ci zajęło dokończenie tej
malutkiej porcyjki, którą nam dano.
- Chciałem dłużej się nią porozkoszować, na wypadek gdybyśmy nie dostali
już niczego więcej - odrzekł Malcolm, wylizując swoją miskę. - Czy ogół
ludu Rhunów uważa ssanie brzegu miski za przejaw złych manier?
- Ogół ludu Rhunów nie uznaje czegoś takiego jak maniery, ale nie
nazywałbym nikogo Rhunem. To słowo z języka Fhrejów i nie lubimy go
zbytnio, w każdym razie nie w Dureyi. Może tu jest inaczej. Tutejsi
ludzie mogą być bardziej przyzwyczajeni do robienia tego, co im się
każe. A co się tyczy opowieści, którą obiecałeś... Chyba nie planujesz
powiedzieć im prawdy, co?
- Oczywiście, że nie. Jestem głodny, ale nie uważam się za głupca, a tamta opowieść nas nie nakarmi. Ci, którzy jeszcze nie śpią, wyrzucą nas
za drzwi.
- No dobrze, tylko nie mów niczego, co mogłoby kogokolwiek obrazić.
- Okaż troszkę więcej wiary.
Malcolm zaczął ssać brzeg swojej miski.
Jakiż to dziwny człowiek, pomyślał Raithe. Nie ze względu na afekt,
którym Malcolm nagle zapałał do swojej miski; prawdę mówiąc, była to
najnormalniejsza rzecz, jaką zrobił do tej pory. Dziwnym czyniło go
wszystko inne. Niegdysiejszy niewolnik nie miał brody i nosił krótką
fryzurę. Siedział zbyt prosto, mył ręce i twarz co rano oraz przed
każdym posiłkiem, narzekał na plamy na swojej odzieży i używał mnóstwa
słów, których znaczenia Raithe nie znał.
- Potrafisz dobrze opowiadać?
- Wobafymy - odparł Malcolm, nie wyjmując brzegu miski z ust.
- Co?
Malcolm zaprzestał ssania.
- Zobaczymy.
Okrągły budynek gospody zajmował większość przestrzeni wewnątrz
palisady. Znajdowały się tam również zagrody dla zwierząt oraz szopa na
zapasy, natomiast sama gospoda składała się głównie ze wspólnej sali, w której właśnie siedzieli. W Dureyi ściany chaty byłyby gliniane, a stożkowaty dach pokrywałaby strzecha z wiązek suchej trawy. Ten budynek
prezentował się dużo lepiej. Wzniesiony z drewnianych belek, miał
porządny dach z gontu, którego przypuszczalnie nie zerwałaby byle
wichura. Pomieszczenie było przestronne, a wokół otwartego paleniska nie
brakowało miejsca. I w palenisku tym płonęło drewno, a nie wysuszony
nawóz.
- Jak was zwą? - zapytał jeden z obecnych, starszy mężczyzna, który
skończył jeść i właśnie rozprostowywał nogi.
Może zagadnął ich dlatego, że tak mu kazali pozostali. Istniało jednak
większe prawdopodobieństwo, że jest przywódcą grupy albo pragnie, żeby
go za takowego uważano. Kiedy przemówił, szepty ucichły i wszyscy
popatrzyli w stronę obcych.
- A ciebie jak? - odrzekł Raithe dość ostro.
- Nie ma potrzeby tak się najeżać, jesteśmy tylko ciekawi. Człowiek ma
prawo być ciekaw, czyż nie? - Mężczyzna obejrzał się przez ramię,
szukając poparcia. Pulchny i przysadzisty wyglądał na takiego, który
potrzebuje zapewnień, że dobrze robi. - Znamy tutaj wszystkich. Od lat
mijamy się na gościńcach. O, tam - pokazał palcem - siedzi Kane, syn
Hale'a, który przed pięcioma laty objął szlak po ojcu i z powodzeniem
podąża w jego ślady. A tamten jegomość to Hemp z klanu Menahan,
szanowany handlarz wełną. Ja jestem Justen z dahlu Rhen. Wszyscy mnie
znają, ale nikt dotąd nie widział żadnego z was dwóch. Więc kim
jesteście?
- Ale przecież znacie już nasze imiona - odparł Raithe. - Wartownik przy
bramie zapytał o nie i rozgłosił, żeśmy się zjawili. Widzę, że
szepczecie, ale niczego nie ukrywam. Próbujemy tylko przetrwać.
Zgubiliśmy się w puszczy. Ujrzeliśmy dym, poczuliśmy zapach jedzenia i liczyliśmy na odrobinę gościnności, to wszystko. Nie przybyliśmy tu po
to, żeby narobić sobie kłopotów ani wszczynać z kimkolwiek kłótni.
Dalej. Pytajcie, o co chcecie. Odpowiem.
- Nie ma potrzeby tak się zaperzać. Jesteśmy tylko handlarzami. -
Mężczyzna rozejrzał się ponownie, a większość obecnych pokiwała głowami
nad miskami. Kilku zamamrotało twierdząco. Wszyscy wpatrywali się w Raithe'a, jakby się spodziewali, że zacznie czarować. - Widzicie,
próbujemy przetrwać, tak jak i wy. Moje woły ciągną ścięte pnie w górę i w dół szlaku z dahlu Rhen do Nadaku, a czasem aż do Menahanu, bo drewno
jest tam w cenie. Ja też nie należę do takich, co szukają kłopotów. -
Justen podniósł ręce i obrócił się. - Widzicie, niczego nie mam.
Wchodząc do gospody, zostawiamy włócznie na zewnątrz, bo wtedy jest tu
przyjaźniej, wiecie? To taka zasada, o której nie mówi się głośno. Ale
ty tu siedzisz z miedzianym ostrzem na grzbiecie. Niepotrzebna ci ta
broń.
- Jest złamana.
- Doprawdy? - Justen popatrzył na pozostałych mężczyzn, z których
większość właśnie odstawiała miski albo odwracała się od stołu,
wyciągając szyje i posyłając jawne lub ukradkowe spojrzenia w stronę
przybyszy.
- Wzór na twoim płaszczu i koc, na którym siedzisz... Czy to robota
klanu Dureya?
- Zgadza się. I co z tego? - Raithe spodziewał się takiego pytania. -
Dalej, powiedz to. Coś ci utkwiło w zębach, jakieś zło, za które
chciałbyś mnie obwinić? Śmiało, zapytaj o to, czego naprawdę chcesz się
dowiedzieć.
Twarz starszego mężczyzny stężała.
- W porządku. Krąży pogłoska, że jeden z bogów został zabity.
Czego jak czego, ale tego Raithe się nie spodziewał.
- Bogowie są nieśmiertelni - odrzekł zadowolony z siebie, że udało mu
się wymyślić na poczekaniu tak sprytną ripostę. Podniósł swoją pustą
miskę i udał, że posila się dalej.
- Myśmy też tak myśleli.
Raithe przejechał palcem po wewnętrznej stronie pustej miski tak jak
wcześniej Malcolm.
- W takim razie to tylko plotka. Ktoś się przechwala.
Obecni w gospodzie popatrzyli po sobie.
- Tego nie rzekł żaden człowiek. Ponoć sami Fhrejowie przyjechali z Alon
Rhist. Szukają Rhuna, który zabił jednego z ich współplemieńców.
Powiadają, że był to człowiek z Dureyi uzbrojony w miedziany miecz. Nie
ma ich zbyt wiele. To ciekawe, że akurat ty posiadasz taki. Mówi się
też, że broń pękła w czasie walki. Podobno to się wydarzyło tydzień temu
na drugim brzegu rzeki Bern. - Mężczyzna popatrzył twardo na Raithe'a. -
Skąd dokładnie przybywacie?
- Oczywiście, oczywiście. Wszystko wydaje się jasne, prawda? - Raithe
pokiwał głową. - Menahan słynie z wełny i urodziwych córek. Wszyscy
wiedzą, że najlepsi poeci i muzycy pochodzą z Melenu. Nadak dostarcza
najpiękniejszych futer, a z czego słynie Dureya? Z powodowania kłopotów,
nieprawdaż? To właśnie sobie myślicie. Jeśli zginie bochen chleba,
wybuchnie bójka albo ktoś zmajstruje dziecko niezamężnej pannie, winni
są Dureyanie. A kiedy bogowie przychodzą szukać sprawcy kłopotów, kim on
będzie?
- W takim razie jak to się stało, że złamałeś swój oręż? Zresztą, jak
się zastanowić, to ten szczegół daje do myślenia, prawda? Trochę dziwne,
że wspomniano właśnie o tym, a teraz tyś się tu zjawił. Wiesz, co myślę?
Zdaje mi się, że jeden z bogów został zabity i to twoja sprawka -
oznajmił Justen.
Stał w najbardziej stanowczej pozie, na jaką było go stać, i był to
całkiem efektowny pokaz, ale Raithe wiedział, że mógłby bez trudu
powalić starszego mężczyznę na ziemię. Justen też powinien mieć tego
świadomość. Umiejętność walki była drugą rzeczą, z której słynęli
Dureyanie. Wśród skał i kamieni rodzili się twardzi ludzie, a chłopcy z Dureyi wcześnie uczyli się machać bronią. Tak wyglądał porządek świata -
w każdym razie dla nich.
- Dobrze prawisz! - zawołał Malcolm, wstając. Oczy wszystkich skierowały
się w jego stronę, w tym oczy Raithe'a. - To on zabił Shegona z Asendwayrów.
Raithe miał ochotę udusić łasicowatego chudzielca, ale sekret już został
wyjawiony. Pytanie brzmiało: "co teraz?". Raithe nigdy nie lubił kłamać.
To robili inni, nie Dureyanie.
- Tak, zrobiłem to.
- Dlaczego? - spytał Justen.
- Zabił mojego ojca. Na moich oczach, jego własnym orężem. Tym tutaj. -
Raithe poklepał pochwę, którą nadal miał przypiętą do pleców.
- Ale jak to możliwe? - zapytał jeden z młodszych mężczyzn. Siedział
owinięty w koc, który okrywał mu ramiona niczym kobieca chusta. Mógł to
być Kane, syn Hale'a, ale Raithe nigdy nie miał pamięci do twarzy i imion. - Oni nie umierają.
Teraz to mówisz? Gdzie był twój język minutę temu, Kane? - pomyślał
Raithe.
- Najwyraźniej jednak umierają - powiedział.
- Ale jak to zrobiłeś? - Tym razem ponownie odezwał się Justen.
- Podniosłem miecz leżący przy zwłokach mojego ojca i zamachnąłem się
najmocniej, jak potrafiłem. Fhrej miał broń, która przecięła go bez
trudu. Dokładnie na pół. Byłem już martwy i wiedziałem o tym. Fhrej też
wiedział. I wtedy...
- I wtedy Raithe, syn Herkimera, bohater z Dureyi, uczynił coś
zdumiewającego - przerwał mu Malcolm.
Chudzielec wyszedł na środek okrągłego pomieszczenia. Przygarbił się
lekko, rozpościerając wachlarzowato palce. Mówił głośno i wyraźnie, jego
słowa niosły się przez całą salę, przykuwając uwagę wszystkich. -
Widzicie, Shegon był mistrzem polowań, podobnie jak wszyscy członkowie
szczepu Asendwayrów. Wiem o tym dobrze. Żyłem pospołu z nim w Alon
Rhist. - Wskazał metalową obrożę na swojej szyi. - Byłem jego
niewolnikiem i osobistym sługą. Należał do najgorszego rodzaju Fhrejów,
nikt bardziej od niego nie zasługiwał na miano cula. Widziałem, jak on i jemu podobni pustoszą rhu... ee... nasze wioski i porywają kobiety. Nie
gwałcą ich. Och, nie! Fhrejowie nie skalają się zbliżeniem z naszymi
kobietami. Czy wiecie, co z nimi robią?
- Co? - zapytało równocześnie kilku mężczyzn.
- Karmią nimi swoje psy, bo te lubią miękkie mięso.
Z ust słuchaczy wyrwały się przerażone westchnienia i pomruki.
- Ale, jak rzekłem, Shegon był najgorszy z nich wszystkich. On i jego
banda rzeźników przemierzali tereny po tej stronie rzeki Bern niczym
wataha krwiożerczych wilków. Kiedyś postanowił uciąć dziecku dłoń, żeby
sprawdzić, czy jego miecz jest dobrze wyostrzony. Obciął ją dwoma
uderzeniami. Niezadowolony rozkazał swemu płatnerzowi ponownie naostrzyć
oręż, po czym spróbował ponownie. Druga dłoń dziecka odpadła po jednym
cięciu. Shegon był niegodziwym potworem, istnym monstrum. Był też
Fhrejem, w związku z czym cechowała go arogancja. I to jego nadmierna
wiara we własne siły ostatecznie go zgubiła. Shegon nie obawiał się
Raithe'a ani żadnego innego człowieka. Sądził, że Rhun - tak nazywają
nas Fhrejowie, i to jest wszystko, co w nas widzą - nigdy nie zdoła
uczynić mu krzywdy, bo żaden Rhun nigdy wcześniej nie odważył się podjąć
z nimi walki. Nikt nie był tak odważny i nikt nie posiadał
wystarczających umiejętności. Fhrejowie rządzą tym światem od eonów.
Pokonali Dhergów, zmusili olbrzymy do ucieczki, a gobliny wygnali do
morza. Nie mają równych sobie i aż dotąd nie znali strachu przed żadną
żywą istotą.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki