Epoka mitu. Legendy Pierwszego Imperium. Tom 1 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

49.00 zł
41.65 zł (39,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

Od Autora

Witaj­cie w świe­cie "Legend Pierw­szego Impe­rium", mojego nowego cyklu fan­tasy. Jeśli nie czy­ta­li­ście żad­nej z moich wcze­śniej­szych ksią­żek, nie oba­wiaj­cie się. Ten cykl jest zupeł­nie nowy i nie trzeba znać ani "Kro­nik Riy­rii", ani "Odkryć Riy­rii", aby w pełni cie­szyć się lek­turą. Prze­czy­ta­nie tej książki nie spo­wo­duje też, że natknie­cie się na spoj­lery, więc nie musi­cie się mar­twić taką moż­li­wo­ścią. Niniej­szy cykl ma w zało­że­niu być odrębną bramą do świata Elan, a jeśli chce­cie prze­czy­tać wię­cej - cóż, czeka na Was dzie­więć innych powie­ści (wyda­nych w sze­ściu tomach).

Na uży­tek tych, któ­rzy czy­tali wcze­śniej­sze książki o Riy­rii, powi­nie­nem wspo­mnieć, że akcja obec­nego cyklu dzieje się trzy tysiące lat przed wyda­rze­niami opi­sa­nymi w tam­tych powie­ściach. Może sądzi­cie, że już wie­cie, w jaki spo­sób ukształ­to­wało się Pierw­sze Impe­rium, a w każ­dym razie macie ogólne poję­cie na temat tam­tych wyda­rzeń. Jeśli jed­nak czy­taliście moje książki, praw­do­po­dob­nie zda­je­cie sobie sprawę, że pozory nie­kiedy mylą. Rela­cje, które ujaw­ni­łem poprzez Riy­rię, nie były w pełni wia­ry­godne. Osta­tecz­nie histo­rię piszą zwy­cięzcy. W niniej­szym cyklu mogę wyja­śnić nie­po­ro­zu­mie­nia. Teraz dowie­cie się, ile jest prawdy w mitach i ile kłamstw kryją legendy.

Infor­ma­cja dla tych, któ­rzy nie znają mojego pro­cesu twór­czego: w nie­ty­powy spo­sób pod­cho­dzę do pisa­nia sag. Koń­czę cały cykl jesz­cze przed publi­ka­cją pierw­szego tomu i niniej­sze książki nie sta­no­wią wyjątku od tej reguły. Dla­czego to takie ważne? No cóż, powo­dów jest kilka. Po pierw­sze, pozwala mi to prze­pla­tać wątki przez osnowę wszyst­kich tomów. Szcze­gó­liki, które w momen­cie czy­ta­nia spra­wiają wra­że­nie nie­istot­nych, przy ponow­nym czy­ta­niu zazwy­czaj ujaw­niają inte­re­su­jące dru­gie dno. Jest to moż­liwe dzięki temu, że mogę roz­miesz­czać detale na prze­strzeni całej fabuły.

Po dru­gie, pisa­nie w ten spo­sób daje mi (oraz moim czy­tel­ni­kom) gwa­ran­cję, że kolejne tomy budują fabułę dążącą do pew­nego osta­tecz­nego roz­wią­za­nia. Zbyt czę­sto zda­rza się, że cykle zba­czają z kursu, i jest wąt­pliwe, czy autor zdoła na koniec sen­sow­nie domknąć wszyst­kie wątki. Czuję się zaszczy­cony pochwa­łami, jakie zebrała koń­cówka "Odkryć Riy­rii". Satys­fak­cjo­nu­jące zakoń­cze­nie tego cyklu zawdzię­cza­cie głów­nie temu, że mogłem wpro­wa­dzać drobne zmiany, doda­wać boha­te­rów lub prze­my­cać ważne infor­ma­cje we wcze­śniej­szych tomach, ile­kroć wpa­da­łem na cie­kawy pomysł, pisząc te póź­niej­sze. Poza tym nie ma obawy, że zostanę potrą­cony przez auto­bus albo spo­tka mnie inny nie­przy­jemny koniec, a wy zosta­nie­cie z nie­do­koń­czo­nym cyklem, zasta­na­wia­jąc się, co miało się wyda­rzyć w koń­cówce.

Po trze­cie, napi­sa­nie z wyprze­dze­niem wszyst­kich ksią­żek pozwala mi snuć opo­wieść bez ogra­ni­czeń narzu­ca­nych przez umowy wydaw­ni­cze czy pre­sję rynku. Prawdę mówiąc, kiedy roz­po­czy­na­łem niniej­szy cykl, pla­no­wa­łem, że będzie to try­lo­gia. Jed­nakże w miarę roz­woju fabuły roz­ro­sła się ona w cztery, a potem pięć ksią­żek. Gdy­bym pod­pi­sał umowę, mając ukoń­czony tylko jeden tom, być może musiał­bym pod­jąć trudne decy­zje, żeby dopa­so­wać opo­wieść do ram narzu­co­nych przez kon­trakt z wydawcą. Bez tych ogra­ni­czeń mogłem opo­wie­dzieć całą histo­rię w taki spo­sób, jaki pozwa­lał naj­peł­niej wyko­rzy­stać jej poten­cjał.

Po czwarte, napi­sa­nie całego cyklu w jed­nym rzu­cie uwal­nia mnie od pre­sji ter­mi­nów. Nie ukry­wam, że nie­na­wi­dzę pisać według har­mo­no­gramu. Muza nie zawsze współ­pra­cuje na zawo­ła­nie, zatem bar­dzo lubię pisać książki bez towa­rzy­stwa tyka­ją­cej bomby zega­ro­wej. Bez takich ogra­ni­czeń two­rzę swoje dzieła naj­le­piej, jak to moż­liwe, bo książka jest ukoń­czona wtedy, kiedy ja mówię, że jest ukoń­czona, a nie wtedy, kiedy czas prze­wi­dziany na jej napi­sa­nie dobie­gnie końca.

I ostat­nia, ale nie naj­mniej ważna kwe­stia: moje podej­ście gwa­ran­tuje, że książki tra­fiają do Was bez opóź­nień. Czy­tel­nicy aż nazbyt czę­sto doznają fru­stra­cji, zasta­na­wia­jąc się, kiedy (i czy) ukaże się następny tom danego cyklu. Jeśli wszyst­kie tomy są napi­sane, ta obawa znika. Oczy­wi­ście ter­miny pre­mier zależą od wydawcy, ale ja już wyko­na­łem swoją pracę i mogę przejść do kolej­nego pro­jektu.

Muszę jesz­cze zazna­czyć na sam koniec, na uży­tek aspi­ru­ją­cych auto­rów, któ­rzy być może czy­tają te słowa - nie pole­cam Wam pod­cho­dzić w ten spo­sób do Waszej wła­snej twór­czo­ści. Ist­nieje wiele waż­nych powo­dów uza­sad­nia­ją­cych, dla­czego więk­szość cykli nie powstaje w taki spo­sób. Moja tech­nika pracy czyni mnie wyjąt­kiem od reguły i jak­kol­wiek w ten spo­sób osią­gam naj­lep­sze wyniki moż­liwe w moim przy­padku, inni mogliby w ten spo­sób zmar­no­wać całe lata wysiłku.

Wystar­czy już tego przy­dłu­giego wstępu. Chcia­łem tylko wpro­wa­dzić Was na chwilkę za kulisy mojej pracy, by pomóc okre­ślić ocze­ki­wa­nia. A teraz odwróć­cie kartkę, dotknij­cie ekranu czyt­nika lub wyre­gu­luj­cie gło­śność - czeka Was nowa przy­goda.

Rozdział pierwszy. Bogowie i ludzie

Roz­dział pierw­szy

Bogo­wie i ludzie

W mrocz­nych cza­sach przed wojną ludzi zwano Rhu­nami. Żyli­śmy w Rhun­lan­dzie, który nazy­wano też Rhu­ly­nem. Tra­piły nas nie­do­sta­tek żyw­no­ści i nad­miar nie­bez­pie­czeństw. Naj­bar­dziej lęka­li­śmy się bogów zza rzeki Bern, gdzie nie wolno nam było się zapusz­czać. Więk­szość ludzi sądzi, że nasz kon­flikt z Fhre­jami roz­po­czął się od bitwy przy Wiel­kim Moście, ale w rze­czy­wi­sto­ści został zapo­cząt­ko­wany pew­nego dnia, wcze­sną wio­sną, kiedy dwóch męż­czyzn prze­pra­wiło się przez rzekę.

Księga Brin

W pierw­szym odru­chu Raithe chciał się modlić. Prze­kleń­stwa, płacz, krzyki, modli­twa - ludzie robią takie rze­czy w ostat­nich minu­tach życia. Doszedł jed­nak do wnio­sku, że modle­nie się to absur­dalny pomysł, zwa­żyw­szy, że pro­ble­mem był zagnie­wany bóg w odle­gło­ści dwu­dzie­stu stóp. Bogo­wie nie sły­nęli z tole­ran­cji, a ten wyglą­dał, jakby miał lada chwila zabić ich obu. Ani Raithe, ani jego ojciec nie zauwa­żyli, jak się zbli­żał. Szum rzek, które łączyły swe wody nie­opo­dal, był wystar­cza­jąco gło­śny, żeby zagłu­szyć prze­jazd całej armii. Raithe wolałby armię.

Odziany w migo­tliwe szaty bóg sie­dział na koniu i towa­rzy­szyli mu dwaj piesi słu­dzy. Byli ludźmi, ale mieli na sobie takie same nie­zwy­kłe stroje. Wszy­scy patrzyli w mil­cze­niu.

- Hej?! - zawo­łał Raithe do swo­jego ojca.

Her­ki­mer klę­czał obok jele­nia, roz­ci­na­jąc mu nożem brzuch. Wcze­śniej Raithe powa­lił zwie­rzę włócz­nią po tym, jak obaj z ojcem ści­gali je przez więk­szość poranka. Her­ki­mer ścią­gnął swój weł­niany leigh mor oraz koszulę, bo przy patro­sze­niu jele­nia łatwo uba­brać się krwią.

- Co? - Pod­niósł wzrok.

Raithe wska­zał głową boga, a spoj­rze­nie ojca powę­dro­wało w kie­runku trzech syl­we­tek. Stary roz­warł sze­rzej oczy, a jego twarz pobla­dła.

Wie­dzia­łem, że to zły pomysł, pomy­ślał Raithe.

Jego ojciec spra­wiał wra­że­nie tak pew­nego sie­bie, tak prze­ko­na­nego, że prze­pra­wie­nie się przez zaka­zaną rzekę roz­wiąże ich pro­blemy. Jed­nakże pod­kre­ślał tę pew­ność tyle razy, że Raithe nabrał wąt­pli­wo­ści. Teraz stary wyglą­dał tak, jakby zapo­mniał, jak się oddy­cha. Her­ki­mer wytarł nóż o sierść jele­nia, po czym wsu­nął go za pas i wstał.

- Ach... - powie­dział. Popa­trzył na czę­ściowo wypa­tro­szo­nego jele­nia, po czym z powro­tem pod­niósł wzrok na boga. - Nic się... nie stało.

To była cała mądrość ojca, wszystko, co miał na ich obronę po tym, jak popeł­nili zbrod­nię, zakra­da­jąc się w obręb świę­tej kra­iny. Raithe nie był pewien, czy zabi­cie jele­nia z boskich stad to rów­nież prze­stęp­stwo, ale uznał, że w każ­dym razie nie popra­wili w ten spo­sób swo­jej sytu­acji. I cho­ciaż Her­ki­mer stwier­dził, że nic się nie stało, jego twarz mówiła co innego. Serce Raithe'a zamarło. Nie miał poję­cia, jakiej wypo­wie­dzi ocze­ki­wał od ojca, ale spo­dzie­wał się, że będzie to coś wię­cej.

Jak łatwo się domy­ślić, te słowa nie udo­bru­chały boga. Cała trójka na­dal wpa­try­wała się w intru­zów z nara­sta­jącą iry­ta­cją.

Stali na maleń­kiej łączce obok miej­sca, gdzie łączyły się rzeki Bern i Pół­nocna Gałąź. Kawa­łek wyżej na zbo­czu zaczy­nał się gęsty, bujny sosnowy bór. Niżej, tam, gdzie nurty obu rzek zle­wały się w jeden, wid­niała kamie­ni­sta plaża. Pod sza­rym prze­stwo­rem nieba, zwia­stu­ją­cym opad śniegu, jedy­nym dźwię­kiem był ryk wody. Zale­d­wie przed kil­koma minu­tami łączka wyda­wała się Raithe'owi rajem. Ta chwila bez­pow­rot­nie minęła.

Raithe powoli zaczerp­nął tchu i spró­bo­wał się uspo­koić, mówiąc sobie, że w końcu nie zna się na bogach i nie potrafi odczy­ty­wać ich min. Ni­gdy dotąd nie oglą­dał żad­nego boga z bli­ska, nie widział uszu w kształ­cie buko­wych list­ków, oczu błę­kit­nych jak niebo ani wło­sów, które lśniły niczym płynne złoto. Tak gładka skóra i białe zęby wyda­wały się nie­moż­li­wo­ścią. Ta istota nie zro­dziła się z ziemi, ale z powie­trza i świa­tła. Szaty boga powie­wały na wie­trze i migo­tały w słońcu, pod­kre­śla­jąc jego nie­ziem­ską chwałę. Twarde, surowe spoj­rze­nie było dokład­nie tym, czego Raithe spo­dzie­wał się po nie­śmier­tel­nej isto­cie.

Koń sta­no­wił jesz­cze więk­sze zasko­cze­nie. Ojciec Raithe'a opo­wia­dał mu o tych stwo­rze­niach, ale do tej pory Raithe mu nie wie­rzył. Jego stary miał skłon­ność do ubar­wia­nia, a Raithe wysłu­chi­wał tych opo­wie­ści od ponad dwu­dzie­stu lat. Po kilku głęb­szych ojciec zwykł opo­wia­dać wszyst­kim, jak to zabił pię­ciu męż­czyzn jed­nym cio­sem albo wal­czył z Pół­noc­nym Wia­trem i zmu­sił go do posłu­chu. Im star­szy sta­wał się Her­ki­mer, tym bar­dziej nie­praw­do­po­dobne rze­czy wyga­dy­wał. Ale teraz czwo­ro­nożna bajęda spo­glą­dała na Raithe'a wiel­kimi, lśnią­cymi oczami, a kiedy koń potrzą­snął łbem, mło­dzie­niec zaczął się zasta­na­wiać, czy wierz­chowce bogów rozu­mieją ludzką mowę.

- Nie, naprawdę nic się nie stało - powtó­rzył ojciec Raithe'a, może sądząc, że tamci nie usły­szeli jego pierw­szej genial­nej wypo­wie­dzi. - Wolno mi tu prze­by­wać.

Dał krok naprzód i wska­zał zawie­szony na rze­myku meda­lion, który poły­ski­wał wśród dro­bi­nek ziemi i sosno­wych igieł oble­pia­ją­cych jego spo­coną klatkę pier­siową. Pół­nagi, ogo­rzały, z rękoma uwa­la­nymi krwią po łok­cie, jego ojciec wyglą­dał jak ucie­le­śnie­nie sza­lo­nego bar­ba­rzyńcy. Raithe też nie uwie­rzyłby jego sło­wom.

- Widzi­cie to? - cią­gnął ojciec. Sękate, czer­wo­nawe palu­chy uchwy­ciły pole­ro­wany metal, który zabłysł w połu­dnio­wym słońcu. - Wal­czy­łem wraz z waszym ludem prze­ciwko Gula-Rhu­nom w Doli­nie Wznie­sio­nej Włóczni. Dobrze się spi­sa­łem. Jeden z dowód­ców armii Fhre­jów dał mi to. Stwier­dził, że zasłu­ży­łem na nagrodę.

- Klan Dureya - powie­dział wyż­szy sługa, zwra­ca­jąc się do boga tonem, w któ­rym roz­cza­ro­wa­nie mie­szało się z obrzy­dze­niem. Jego szyję ota­czał srebrny tor­kwes o kosz­tow­nym wyglą­dzie. Drugi sługa nosił taki sam. Te ozdoby musiały sta­no­wić oznakę ich sta­tusu.

Wysoki chu­dzie­lec nie nosił brody, miał za to długi nos, zapad­nięte policzki i chy­tre oczka. Koja­rzył się Raithe'owi z łasicą albo lisem. Raithe nie lubił żad­nego z tych zwie­rząt. Brzy­dziła go też poza, w któ­rej męż­czy­zna stał: schy­lony, ze spusz­czo­nym wzro­kiem i sple­cio­nymi dłońmi. Nawet zbity pies miałby wię­cej sza­cunku dla sie­bie.

Jakiego rodzaju ludzie podró­żują w towa­rzy­stwie boga?

- Zga­dza się. Jestem Her­ki­mer, syn Hiem­dala, a to mój syn Raithe.

- Zła­ma­li­ście prawo - oznaj­mił sługa.

Nawet jego nosowy głos brzmiał tak, jak mogłaby mówić łasica.

- Nie, nie. To nie tak. Zupeł­nie nie tak.

Zmarszczki na twa­rzy ojca pogłę­biły się, a usta zaci­snęły jesz­cze moc­niej. Przy­sta­nął, ale na­dal trzy­mał meda­lion przed sobą niczym tali­zman. Oczy miał pełne nadziei.

- To dowo­dzi, że mówię prawdę, że zasłu­ży­łem na nagrodę. Widzi­cie, tak sobie pomy­śla­łem, że mój syn - wska­zał Raithe'a - i ja mogli­by­śmy zamiesz­kać na tym kawa­łeczku ziemi. - Mach­nął ręką w stronę łączki. - Nie­wiele nam trzeba. Wła­ści­wie tyle co nic. Widzi­cie, po naszej stro­nie rzeki, w Dureyi, zie­mia jest do niczego. Nic tam nie rośnie i nie ma na co polo­wać.

Bła­galny ton w gło­sie ojca był dla Raithe'a nowo­ścią i mu się nie spodo­bał.

- Nie wolno wam tu prze­by­wać. - Tym razem ode­zwał się drugi sługa, ten łysie­jący. Podob­nie jak chu­dzie­lec o łasi­czej twa­rzy, on rów­nież nie miał porząd­nej brody, tak jakby jej zapusz­cze­nie było czymś, czego trzeba się nauczyć. Brak zaro­stu uka­zy­wał w całej kra­sie nad wyraz kwa­śną minę.

- Ależ nie rozu­mie­cie. Wal­czy­łem dla waszego ludu. Krwa­wi­łem dla waszego ludu. Stra­ci­łem trzech synów, wal­cząc dla waszego ple­mie­nia. I obie­cano mi nagrodę.

Her­ki­mer ponow­nie wycią­gnął przed sie­bie meda­lion, ale bóg nie spoj­rzał na niego. Skie­ro­wał spoj­rze­nie w dal, wpa­tru­jąc się w jakiś odle­gły, nie­istotny punkt.

Her­ki­mer puścił meda­lion.

- Jeśli ten teren sta­nowi pro­blem, prze­nie­siemy się gdzie indziej. Prawdę mówiąc, mojemu synowi spodo­bało się inne miej­sce, bar­dziej na zachód. Wtedy miesz­ka­li­by­śmy dalej od was. Czy tak byłoby lepiej?

Cho­ciaż bóg na­dal nie patrzył na nich, spra­wiał wra­że­nie jesz­cze bar­dziej ziry­to­wa­nego. W końcu stwier­dził:

- Zro­bi­cie, co wam każę.

Zwy­czajny głos. Raithe poczuł roz­cza­ro­wa­nie. Spo­dzie­wał się usły­szeć grzmot.

Następ­nie bóg zwró­cił się do swo­ich sług w świę­tym języku. Ojciec Raithe'a nauczył go pod­staw tej mowy. Mło­dzie­niec nie znał jej bie­gle, ale rozu­miał wystar­cza­jąco dużo, żeby pojąć, że bóg nie chce, by po tej stro­nie rzeki mieli w swoim posia­da­niu broń. Chwilę póź­niej wysoki sługa prze­ka­zał tę samą infor­ma­cję po rhuń­sku.

- Na zachód od rzeki Bern tylko Fhre­jo­wie mogą nosić broń. Wyrzuć­cie swoją do wody.

Her­ki­mer spoj­rzał na ich ekwi­pu­nek pię­trzący się opo­dal, obok pniaka, i z rezy­gna­cją zwró­cił się do Raithe'a:

- Weź swoją włócz­nię i zrób, jak powie­dział.

- I ten miecz, który masz na ple­cach - powie­dział wysoki sługa.

Her­ki­mer spra­wiał wra­że­nie zaszo­ko­wa­nego. Zer­k­nął przez ramię tak, jakby zapo­mniał o znaj­du­ją­cej się tam broni. Potem zwró­cił się do boga i prze­mó­wił bez­po­śred­nio do niego w języku Fhre­jów.

- Ten oręż należy do mojego rodu. Nie mogę go wyrzu­cić.

Bóg wyszcze­rzył zęby w drwią­cym gry­ma­sie.

- To miecz - naci­skał dalej sługa.

Her­ki­mer wahał się tylko przez sekundę.

- Dobrze, dobrze, w porządku. Wró­cimy na drugą stronę rzeki. Teraz, w tej chwili. Chodź, Raithe.

Bóg wydał odgłos nie­za­do­wo­le­nia.

- Po tym, jak oddasz swój miecz - oznaj­mił sługa.

Her­ki­mer spio­ru­no­wał go wzro­kiem.

- Ta miedź należy do mojej rodziny od poko­leń.

- To broń. Wyrzuć ją.

Her­ki­mer zer­k­nął w bok, na swego syna.

Choć może trudno byłoby go nazwać dobrym ojcem - zda­niem Raithe'a nie był nim - Her­ki­mer wpoił wszyst­kim swoim synom jedno: dumę. Sza­cu­nek do samego sie­bie wynika z umie­jęt­no­ści obro­nie­nia się przed nie­bez­pie­czeń­stwem. Takie rze­czy budują god­ność męż­czy­zny. W całej Dureyi, w ich całym kla­nie, ojciec Raithe'a jako jedyny nosił miecz - meta­lową klingę. Była wykuta z mie­dzi, zary­so­wana, jej słaby połysk przy­wo­dził na myśl let­nie zachody słońca, a legenda gło­siła, że ten wie­kowy krótki brzesz­czot to dzieło rąk praw­dzi­wego dher­gij­skiego kowala. W porów­na­niu z mie­czem boga, o ręko­je­ści mister­nie ozdo­bio­nej rytami i klej­no­tami, mie­dziane ostrze pre­zen­to­wało się żało­śnie. Pomimo to Her­ki­mera defi­nio­wała wła­śnie jego broń. Wro­gie klany zwały go Mie­dzia­nym Mie­czem - przy­do­mek ten budził obawę i sza­cu­nek. Raithe wie­dział, że ojciec ni­gdy nie odda swo­jej broni.

W ryk rzeki wdarł się okrzyk krą­żą­cego w górze jastrzę­bia. Powszech­nie wie­dziano, że poja­wie­nie się ptaka sta­nowi omen, i Raithe nie uznał jękli­wego zawo­dze­nia za dobrą wróżbę. Nim uci­chło nie­po­ko­jące echo tego dźwięku, jego ojciec sta­nął naprze­ciwko boga.

- Nie mogę wam oddać tego mie­cza.

Raithe nie zdo­łał powstrzy­mać uśmie­chu. Her­ki­mer, syn Hiem­dala z klanu Dureya, nie uznał za sto­sowne ugiąć się tak nisko. Nawet przed bogiem.

Niż­szy sługa przy­trzy­mał wodze konia, gdy bóg zsia­dał.

Raithe patrzył - nie potra­fił odwró­cić wzroku. Ruchy boga nie­mal hip­no­ty­zo­wały, zwinne, kocie i pełne gra­cji. Jed­nakże mimo pio­ru­nu­ją­cego wra­że­nia, jakie wywie­rały, pod wzglę­dem fizycz­nym bóg nie pre­zen­to­wał się impo­nu­jąco. Nie był ani wysoki, ani bar­czy­sty, ani mocno umię­śniony. Raithe i jego ojciec doro­bili się sil­nych ramion i rąk, woju­jąc włócz­nią i tar­czą od pacho­lę­cia. Bóg nato­miast spra­wiał wra­że­nie wątłego, tak jakby spę­dził całe życie w łóżku, kar­miony łyżką. Gdyby Fhrej był czło­wie­kiem, Raithe nie bałby się go. Tak rady­kal­nie róż­nili się wzro­stem i wagą, że nawet wyzwany na poje­dy­nek odmó­wiłby walki. Zmie­rze­nie się z tak sła­bym prze­ciw­ni­kiem byłoby okru­cień­stwem, a on nie był okrutny. To bra­cia Raithe'a otrzy­mali jego przy­dział tej cechy.

- Nie rozu­mie­cie. - Her­ki­mer ponow­nie spró­bo­wał wytłu­ma­czyć. - Ten miecz prze­cho­dził z ojca na syna...

Bóg rzu­cił się naprzód i ude­rzył ojca Raithe'a pię­ścią w żołą­dek. Her­ki­mer zgiął się wpół, a wtedy Fhrej porwał mie­dziany miecz. Zabrzmiał stłu­miony zgrzyt, kiedy brzesz­czot wysu­nął się z pochwy. Pod­czas gdy Her­ki­mer z tru­dem łapał oddech, bóg z obrzy­dze­niem oglą­dał łup. Krę­cąc głową, odwró­cił się ple­cami do sta­rego, żeby poka­zać wyż­szemu słu­dze żało­śnie wyglą­da­jącą klingę. Zamiast pospołu ze swoim panem wyśmiać tę broń, sługa cof­nął się lękli­wie. Wyraz jego łasi­co­wa­tej twa­rzy powie­dział Raithe'owi, co wyda­rzy się za moment, bo to ten męż­czy­zna pierw­szy dostrzegł reak­cję Her­ki­mera.

Ojciec Raithe'a wycią­gnął zza pasa myśliw­ski nóż i zaata­ko­wał.

Tym razem bóg zacho­wał się tak, jak nale­żało ocze­ki­wać. Ze zdu­mie­wa­jącą szyb­ko­ścią okrę­cił się na pię­cie i wbił mie­dzianą klingę w pierś sta­rego. Her­ki­mer sam z impe­tem nadział się na ostrze. Walka dobie­gła końca w tej samej chwili, w któ­rej się zaczęła. Ojciec Raithe'a sap­nął i upadł z mie­czem tkwią­cym w piersi.

Raithe zare­ago­wał, nie myśląc. Gdyby pocze­kał choć chwilę, może zmie­niłby zda­nie, ale miał w sobie wię­cej ze swo­jego ojca niż sam chciałby przy­znać. Ponie­waż miecz był jedyną bro­nią w zasięgu ręki, mło­dzie­niec wyszarp­nął mie­dzianą klingę z ciała Her­ki­mera. Zamach­nął się z całej siły, celu­jąc w szyję boga. Był pewien, że ostrze przej­dzie przez nią na wylot, ale miedź prze­cięła tylko powie­trze, gdy nad­przy­ro­dzona istota wyko­nała unik. Bóg dobył wła­snej broni, gdy Raithe zamach­nął się raz jesz­cze. Dwa mie­cze się zde­rzyły. Zabrzmiało stłu­mione ping i cię­żar w rękach Raithe'a znik­nął, gdy więk­sza część klingi się odła­mała. Gdy mło­dzie­niec zakoń­czył zamach, z rodzin­nego skarbu oca­lała tylko ręko­jeść; pozo­stała część mie­cza pofru­nęła w powie­trze i wylą­do­wała w kępie mło­dych sose­nek.

Bóg patrzył na niego ze zde­gu­sto­wa­nym uśmiesz­kiem. Potem prze­mó­wił w świę­tej mowie:

- Nie było warto za to ginąć, nie­praw­daż?

Ponow­nie uniósł swoją broń, a Raithe zaczął się cofać.

Zbyt wolno! Zbyt wolno!

Darem­nie pró­bo­wał uciec. Był już mar­twy. Tak mówiły mu lata zaprawy w walce. W owej chwili, nim jesz­cze zro­zu­mie­nie stało się rze­czy­wi­sto­ścią, zdą­żył poża­ło­wać całego dotych­cza­so­wego życia.

Niczego nie doko­na­łem, pomy­ślał, gdy jego mię­śnie się spięły w ocze­ki­wa­niu na eks­plo­zję bólu.

Ta jed­nak nie nastą­piła.

Raithe prze­stał obser­wo­wać przy­bocz­nych boga - podob­nie jak jego opo­nent. Żaden z wal­czą­cych nie spo­dzie­wał się tego, co nastą­piło. Żaden nie zoba­czył, jak łasi­co­waty chu­dzie­lec rąb­nął swo­jego pana w poty­licę rzecz­nym kamie­niem, który przy­po­mi­nał roz­mia­rami i kształ­tem boche­nek chleba. Dopiero kiedy bóg upadł, odsła­nia­jąc sługę i kamień, Raithe pojął, co się stało.

- Ucie­kaj - powie­dział chu­dzie­lec. - Przy odro­bi­nie szczę­ścia ock­nie się z takim bólem głowy, że nie będzie w sta­nie nas ści­gać.

- Coś ty zro­bił?! - wykrzyk­nął drugi sługa, wytrzesz­cza­jąc oczy. Cof­nął się, odcią­ga­jąc konia.

- Uspo­kój się - roz­ka­zał towa­rzy­szowi ten, który trzy­mał kamień.

Raithe popa­trzył na ojca, który leżał roz­cią­gnięty na wznak. Oczy Her­ki­mera pozo­stały otwarte, jakby wpa­try­wał się w chmury. Przez lata Raithe nie­raz prze­kli­nał swo­jego rodzica. Ten czło­wiek zanie­dby­wał rodzinę, nakła­niał synów, by rywa­li­zo­wali ze sobą, i był daleko od domu, kiedy matka oraz sio­stra Raithe'a umie­rały. Ist­niały rze­czy - wiele rze­czy - za które Raithe nie­na­wi­dził swo­jego ojca, ale tu i teraz widział przede wszyst­kim męż­czy­znę, który nauczył swo­ich synów wal­czyć i się nie pod­da­wać. Her­ki­mer postę­po­wał naj­le­piej, jak potra­fił, z tym, co miał do dys­po­zy­cji, a w udziale przy­pa­dło mu życie na jało­wej ziemi, ponie­waż bogo­wie wysu­wali kapry­śne żąda­nia. Ojciec Raithe'a ni­gdy nie kradł, nie oszu­ki­wał ani nie trzy­mał języka za zębami, gdy coś trzeba było powie­dzieć na głos. Był twar­dym czło­wiekiem, zim­nym czło­wiekiem, ale miał odwagę bro­nić sie­bie i tego, co słuszne. Na ziemi przed sobą Raithe widział ostat­niego członka swo­jej mar­twej rodziny.

W rękach dzier­żył zła­many miecz.

- Nie! - krzyk­nął sługa trzy­ma­jący konia, gdy Raithe wbił pozo­sta­łość mie­dzia­nego brzesz­czotu w gar­dło boga.

***

Obaj słu­dzy ucie­kli, niż­szy konno, a wyż­szy pie­szo za nim. Teraz ten, który rąb­nął boga kamie­niem, powró­cił. Cały mokry od potu, krę­cąc głową, przy­truch­tał z powro­tem na łączkę.

- Meryl zbiegł - oznaj­mił. - Nie jest zbyt dobrym jeźdź­cem, ale pora­dzi sobie. Koń zna drogę z powro­tem do Alon Rhist. - Zamilkł, gdy zoba­czył Raithe'a. - Co ty robisz?

Raithe stał nad cia­łem boga. Wcze­śniej pod­niósł miecz Fhreja i teraz doty­kał jego czub­kiem boskiego gar­dła.

- Cze­kam. Jak długo to zwy­kle trwa?

- Jak długo co trwa?

- Zanim on wsta­nie.

- Jest mar­twy. Trupy zazwy­czaj nie wstają - odrzekł sługa.

Ponie­waż Raithe nie chciał spusz­czać boga z oka, poku­sił się tylko o prze­lotne spoj­rze­nie w kie­runku sługi, który stał zgięty wpół i z tru­dem łapał oddech.

- O czym ty mówisz?

- A o czym ty mówisz?

- Chcę wie­dzieć, ile mamy czasu, zanim on wsta­nie. Czy jeśli utnę mu głowę, będzie leżał dłu­żej?

Sługa prze­wró­cił oczami.

- On nie wsta­nie! Zabi­łeś go.

- Łżesz jak Tetlin! To bóg. Bogo­wie nie umie­rają. Są nie­śmier­telni.

- Prawdę mówiąc, nie cał­kiem - odparł sługa, po czym ku zdu­mie­niu Raithe'a kop­nął ciało boga, które pra­wie nie drgnęło. Kop­nął je ponow­nie, a głowa prze­to­czyła się na bok. Poli­czek oble­piały ziarnka pia­sku. - Widzisz? Mar­twy. Rozu­miesz? Nie są nie­śmier­telni. To nie bóg, tylko Fhrej. Oni umie­rają. Ist­nieje róż­nica mię­dzy dłu­go­wiecz­no­ścią a nie­śmier­tel­no­ścią. Nie­śmier­tel­ność ozna­cza, że nie możesz umrzeć... nawet jeśli chcesz. Prawdę mówiąc, Fhre­jo­wie przy­po­mi­nają Rhu­nów znacz­nie bar­dziej, niż jeste­śmy gotowi przy­znać.

- W ogóle nie jeste­śmy podobni. Przy­patrz mu się tylko. - Raithe wska­zał powa­lo­nego Fhreja.

- Och, jasne - odrzekł sługa. - Jest cał­kiem inny niż my. Ma tylko jedną głowę, cho­dzi na dwóch nogach, ma dwie ręce i dzie­sięć pal­ców. Masz rację. Nie przy­po­mina nas w naj­mniej­szym stop­niu.

Sługa spu­ścił wzrok, wpa­tru­jąc się w zwłoki, i wes­tchnął.

- Miał na imię She­gon. Był nie­wia­ry­god­nie uta­len­to­wa­nym har­fi­stą, szu­le­rem oraz bri­de­eth eyn mer, to zna­czy... - Zamilkł na moment. - Nie, nie da się tego ująć w innych sło­wach. Nie był szcze­gól­nie lubiany, a teraz jest mar­twy.

Raithe posłał męż­czyź­nie podejrz­liwe spoj­rze­nie.

Kła­mie? Pró­buje uśpić moją czuj­ność?

- Mylisz się - odrzekł z prze­ko­na­niem. - Widzia­łeś kie­dyś mar­twego Fhreja? Ja nie. Mój ojciec też nie. Nikt, kogo kie­dy­kol­wiek zna­łem, nie widział. Poza tym oni się nie sta­rzeją.

- Sta­rzeją się, tylko bar­dzo powoli.

Raithe pokrę­cił głową.

- Nie, nie­prawda. Ojciec opo­wie­dział mi kie­dyś, jak, będąc chłop­cem, spo­tkał Fhreja imie­niem Neason. Czter­dzie­ści pięć lat póź­niej spo­tkali się ponow­nie, a Neason wyglą­dał dokład­nie tak samo.

- Oczy­wi­ście że tak. Prze­cież ci powie­dzia­łem, że oni sta­rzeją się powoli. Fhre­jo­wie mogą żyć tysiące lat. Trzmiel żyje tylko kilka mie­sięcy. Z per­spek­tywy trzmiela wyda­jesz się nie­śmier­telny.

Raithe nie był prze­ko­nany, ale to fak­tycz­nie tłu­ma­czy­łoby obec­ność krwi. Nie spo­dzie­wał się jej. Prawdę mówiąc, nie powi­nien był ata­ko­wać Fhreja. Ojciec zawsze uczył go, żeby nie rwać się do bitki, jeśli nie ma szans na wygraną, a walka z nie­śmier­tel­nym bogiem nie­wąt­pli­wie nale­żała do tej kate­go­rii. Ale z dru­giej strony to wła­śnie ojciec wszystko zaczął.

Szlag, strasz­nie dużo tej krwi.

Pod cia­łem boga zebrała się brzydka kałuża, pla­miąc trawę oraz lśniące szaty. W jego szyi na­dal ziała rana, paskudna poszar­pana dziura przy­wo­dząca na myśl dru­gie usta. Raithe począt­kowo ocze­ki­wał, że cię­cie w cudowny spo­sób się zasklepi albo po pro­stu znik­nie. Gdyby bóg powstał z mar­twych, Raithe miałby nad nim prze­wagę. Był silny i mógł poko­nać więk­szość męż­czyzn w Dureyi, a to ozna­czało, że mógł poko­nać więk­szość ludzi na świe­cie. Nawet jego ojciec pil­no­wał się, żeby zanadto nie roz­gnie­wać syna.

Raithe znów zaga­pił się na Fhreja, któ­rego oczy były otwarte i wywró­cone biał­kami na wierzch. Rana w jego gar­dle stała się szer­sza. Bóg - praw­dziwy bóg - ni­gdy by nie pozwo­lił, żeby sługa wymie­rzał mu kop­niaki.

- W porządku, może fak­tycz­nie nie są nie­śmier­telni.

Odprę­żył się i dał krok do tyłu.

- Nazy­wam się Mal­colm - powie­dział sługa. - Ty jesteś Raithe?

- Mhm - potwier­dził Raithe. Po raz ostatni popa­trzył wrogo na zwłoki Fhreja, po czym wsu­nął za pas jego zdo­bioną klej­no­tami broń, a następ­nie dźwi­gnął z ziemi ciało swo­jego ojca.

- A teraz co robisz? - spy­tał Mal­colm.

- Nie mogę go tu pocho­wać. Ten teren jest pła­ski, pod­czas powo­dzi na pewno stoi tu woda.

- Pocho­wać go? Kiedy w Alon Rhist dowie­dzą się, co tu zaszło, Fhre­jo­wie... - Sługa wyglą­dał, jakby było mu nie­do­brze. - Musimy ucie­kać.

- To ucie­kaj.

Raithe zaniósł ciało ojca na niski pagó­rek pośrodku łąki i ostroż­nie zło­żył je na ziemi. Nie było to zbyt dobre miej­sce na pochó­wek, ale musiało wystar­czyć. Odwró­cił się i odkrył, że nie­gdy­siej­szy sługa bogów na­dal gapi się na niego z nie­do­wie­rza­niem.

- Co?

Mal­colm zaczął się śmiać, po czym zamilkł zdez­o­rien­to­wany.

- Nie rozu­miesz. Glyn to szybki koń i może biec rów­nie długo jak wilki. Meryl dotrze do Alon Rhist, nim zapad­nie noc. Opo­wie wszystko Fhre­jom, żeby rato­wać wła­sne życie. Wyślą za nami pościg. Musimy czym prę­dzej ruszyć w drogę.

- Ruszaj więc - odparł Raithe.

Wziął meda­lion Her­ki­mera i zawie­sił go na wła­snej szyi. Potem zamknął ojcu oczy. Nie mógł sobie przy­po­mnieć, czy kie­dy­kol­wiek wcze­śniej doty­kał twa­rzy sta­rego.

- Ty też musisz ruszać.

- Jak już pocho­wam mojego ojca.

- Ten Rhun jest mar­twy.

Raithe wzdry­gnął się na dźwięk tego słowa.

- Był czło­wie­kiem.

- Rhun, czło­wiek... to jedno i to samo.

- Nie dla mnie. I nie dla niego.

Raithe zszedł pośpiesz­nie na brzeg rzeki, gdzie leżały tysiące oto­cza­ków róż­nej wiel­ko­ści. Pro­ble­mem było nie zna­le­zie­nie jakichś, tylko wybra­nie odpo­wied­nich.

Mal­colm wsparł ręce na bio­drach, pio­ru­nu­jąc go wzro­kiem z miną oscy­lu­jącą mię­dzy zasko­cze­niem a gnie­wem.

- To zaj­mie całe godziny! Mar­nu­jesz czas.

Raithe przy­kuc­nął i pod­niósł kamień. Od góry nagrzało go słońce; dół był wil­gotny, chłodny i oble­piony mokrym pia­skiem.

- Zasłu­guje na porządny pochó­wek i zro­biłby to samo dla mnie.

Kryła się w tym nie­jaka iro­nia, zwa­żyw­szy na to, że ojciec rzadko oka­zy­wał Raithe'owi jakie­kol­wiek cie­płe uczu­cia. Jed­nakże była to prawda: Her­ki­mer zary­zy­ko­wałby śmierć, żeby pocho­wać swego syna, jak należy.

- Poza tym, czy masz jakieś poję­cie o tym, co dzieje się z duchem, jeśli ciało nie zosta­nie pogrze­bane?

Męż­czy­zna gapił się na niego z ogłu­piałą miną.

- Takie duchy powra­cają jako many, żeby cię drę­czyć za to, żeś im nie oka­zał nale­ży­tego sza­cunku. A many bywają okrutne. - Raithe dźwi­gnął kolejny spory kamień barwy pia­sku i zaczął się wspi­nać na pagó­rek. - Za życia mój ojciec potra­fił być praw­dzi­wym culem. Jesz­cze tego bra­ko­wało, żeby łaził za mną i po śmierci.

- Ale...

- Ale co?

Raithe poło­żył oba kamie­nie obok ramion ojca. Zamie­rzał naj­pierw oto­czyć nimi ciało, a potem uło­żyć nad nim mogiłę.

- To nie twój ojciec. Nie ocze­kuję, że tu zosta­niesz.

- Nie o to cho­dzi.

- A o co?

Sługa się zawa­hał, a Raithe sko­rzy­stał z oka­zji, żeby zejść nad rzekę i poszu­kać kolej­nych kamieni.

- Potrze­buję two­jej pomocy - oznaj­mił w końcu męż­czy­zna.

Raithe pod­niósł duży kamień i wspiął się z nim z powro­tem po zbo­czu, dźwi­ga­jąc cię­żar obu­rącz.

- Przy czym?

- Potra­fisz... no wiesz... żyć... tu w dzi­czy. - Sługa popa­trzył na mar­twego jele­nia, nad któ­rym bzy­czała chmara much. - Umiesz polo­wać, goto­wać i wyszu­ki­wać schro­nie­nie, prawda? Wiesz, które jagody można jeść, które zwie­rzęta można gła­skać, a przed któ­rymi trzeba ucie­kać.

- Nie głasz­cze się żad­nych zwie­rząt.

- No wła­śnie! To dobry przy­kład, jak mało wiem o takich spra­wach. Jeśli zostanę sam, za dzień czy dwa będę mar­twy. Zamar­z­nięty na kość, pogrze­bany pod osu­wi­skiem albo prze­szyty rogami jakie­goś dzi­kiego zwie­rza.

Raithe poło­żył kamień i ponow­nie zszedł po zbo­czu, otrze­pu­jąc ręce z pia­sku.

- Ma to sens.

- Oczy­wi­ście, że to ma sens. Jestem roz­sąd­nym gościem. A gdy­byś ty był rów­nie roz­sądny, wyru­szy­li­by­śmy w drogę. Teraz.

Raithe pod­niósł kolejny kamień.

- Skoro już się upar­łeś, że chcesz mi towa­rzy­szyć, a tak strasz­nie ci się śpie­szy, mógł­byś mi pomóc.

Męż­czy­zna popa­trzył na oto­czaki zaście­la­jące brzeg rzeki i wes­tchnął.

- Musimy uży­wać takich dużych?

- Duże kła­dzie się na spód mogiły, mniej­sze na górę.

- Zdaje się, że to dla cie­bie nie pierw­szy­zna.

- Tam, skąd pocho­dzę, ludzie czę­sto umie­rają, mamy też mnó­stwo kamieni.

Raithe otarł przed­ra­mie­niem czoło, odgar­nia­jąc skoł­tu­nione ciemne włosy. Już wcze­śniej pod­wi­nął rękawy weł­nia­nej spodniej tuniki. Wio­senne dni wciąż jesz­cze były chłodne, ale praca nad mogiłą spra­wiła, że się spo­cił. Roz­wa­żał ścią­gnię­cie swo­jego leigh mor i skó­rza­nego kaftana, ale zmie­nił zda­nie. Grze­ba­nie wła­snego ojca powinno być nie­przy­jem­nym zada­niem i przy­stoi, by dobry syn czuł coś pod­czas tej pracy. Raithe uznał, że jeśli stać go jedy­nie na dys­kom­fort, zado­woli się wła­śnie tym.

Mal­colm przy­niósł dwa kamie­nie i zło­żył je na ziemi, pozwa­la­jąc, żeby Raithe zde­cy­do­wał, gdzie je poło­żyć. Przy­sta­nął, żeby otrze­pać ręce.

- Dobra, Mal­colm - zwró­cił się do niego Raithe - musisz wybie­rać więk­sze kamie­nie, ina­czej spę­dzimy tu całe wieki.

Mal­colm nachmu­rzył się, ale wró­cił nad rzekę i dźwi­gnął dwa spore oto­czaki, nio­sąc po jed­nym pod każdą pachą niczym melony. Stą­pał nie­pew­nie w swo­ich san­da­łach. Cien­kie, z poje­dyn­czym pro­stym paskiem, kiep­sko się nada­wały do cho­dze­nia w takim tere­nie. Odzież Raithe'a była licha - byle jak pozszy­wane weł­niane łachy ze skó­rza­nymi ele­men­tami, które wygar­bo­wał wła­sno­ręcz­nie - ale przy­naj­mniej trwała.

Raithe rozej­rzał się i wyszu­kał mały, gładki kamień.

- Myśla­łem, że chcesz, żeby przy­no­sić więk­sze - stwier­dził Mal­colm.

- Ten nie jest na mogiłę. - Raithe roz­chy­lił prawą dłoń ojca i w miej­sce myśliw­skiego noża wło­żył do niej kamyk. - Będzie go potrze­bo­wał, żeby się dostać do Relu albo Aly­sinu, jeśli jest tego godzien. Lub do Nifrelu, jeśli nie.

- Ach, prawda.

Gdy już obło­żyli ciało oto­cza­kami ze wszyst­kich stron, Raithe zaczął je przy­kry­wać war­stwą kamieni, zaczy­na­jąc od stóp. Potem poszedł po leigh mor swo­jego ojca, na­dal spo­czy­wa­jący obok mar­twego jele­nia, i nakrył nim twarz Her­ki­mera. Po krót­kich poszu­ki­wa­niach odna­lazł w kępie sose­nek odła­maną część mie­dzia­nego brzesz­czotu. Raithe roz­wa­żał pozo­sta­wie­nie mie­cza w mogile, ale bał się, że rabu­sie gro­bów mogą ukraść broń. Jego ojciec zgi­nął za tę zła­maną klingę. Zasłu­gi­wała, by się nią zaopie­ko­wać.

Raithe ponow­nie spoj­rzał na mar­twego Fhreja.

- Jesteś pewien, że on nie wsta­nie?

Mal­colm, który wła­śnie pod­no­sił kamień, obej­rzał się przez ramię.

- Daję głowę, że nie. She­gon naprawdę nie żyje.

Wspól­nymi siłami przy­dźwi­gali jesz­cze tuzin kamieni na mogiłę, po czym Raithe spy­tał:

- Czemu mu towa­rzy­szy­łeś?

Mal­colm wska­zał tor­kwes ota­cza­jący jego szyję, tak jakby ta ozdoba wszystko wyja­śniała. Raithe począt­kowo nie zro­zu­miał. Potem spo­strzegł, że naszyj­nik ma postać zamknię­tego okręgu. Ten meta­lowy pier­ścień nie był tor­kwesem, w ogóle nie miał słu­żyć jako ozdoba. To była obroża.

Nie sługa. Nie­wol­nik.

Słońce wisiało nisko nad hory­zon­tem, kiedy poło­żyli na mogile ostat­nie kamie­nie. Mal­colm obmył się w rzece, pod­czas gdy Raithe odśpie­wał pogrze­bową pieśń. Następ­nie prze­wie­sił sobie przez ramię zła­many miecz ojca, popra­wił za pasem broń Fhreja i pozbie­rał wła­sne rze­czy oraz rze­czy Her­ki­mera. Nie było tego wiele: drew­niana tar­cza, porządny tłuk kamienny w woreczku, zaję­cza skórka, z któ­rej Raithe pla­no­wał po wypra­wie­niu uszyć sakiewkę, resztka sera, poje­dyn­czy koc, pod któ­rym sypiali razem, kamienny pię­ściak, nóż ojca i włócz­nia Raithe'a.

- Dokąd pój­dziemy? - zapy­tał Mal­colm.

Jego twarz i włosy były mokre od potu i nie miał przy sobie żad­nej broni, nawet kija.

- Masz, prze­wieś sobie ten koc przez ramię. Zwiąż go mocno i weź moją włócz­nię.

- Nie umiem się posłu­gi­wać włócz­nią.

- To nie jest skom­pli­ko­wane. Wystar­czy wyce­lo­wać i dźgać.

Raithe powiódł wokół wzro­kiem. Powrót do domu nie miał sensu. Musie­liby podą­żyć na wschód, w kie­runku Alon Rhist. Poza tym jego rodzina już nie ist­niała. Klan mimo wszystko powi­tałby go z otwar­tymi ramio­nami, ale życie w Dureyi nie wcho­dziło w grę. Drugą moż­li­wo­ścią było podą­że­nie dalej na zachód, w głąb dzie­wi­czych puszcz Ave­lynu. Żeby tam dotrzeć, musie­liby minąć sze­reg twierdz, które Fhre­jo­wie wznie­śli wzdłuż zachod­nich rzek. Podob­nie jak Alon Rhist zostały zbu­do­wane dla obrony przed ludźmi. Her­ki­mer ostrze­gał Raithe'a przed for­ty­fi­ka­cjami Mer­re­dyddu i Seonu, ale ni­gdy mu nie wytłu­ma­czył, gdzie dokład­nie one się znaj­dują. Zdany tylko na sie­bie Raithe naj­praw­do­po­dob­niej potra­fiłby nie napa­to­czyć się przy­pad­kiem na żadną for­tecę Fhre­jów, ale samotne życie w dzi­czy nie byłoby wiele warte. A towa­rzy­stwo Mal­colma nie­wiele by pomo­gło. Sądząc z wyglądu i z tego, co mówił, były nie­wol­nik nie prze­trwałby roku na pust­ko­wiach.

- Prze­pra­wimy się z powro­tem do Rhu­lynu, ale podą­żymy na połu­dnie. - Raithe wycią­gnął rękę, wska­zu­jąc strome wzgó­rze po dru­giej stro­nie rzeki poro­śnięte drze­wami igla­stymi. - To Księ­ży­cowa Pusz­cza. Cią­gnie się całymi milami. Nie jest naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem, ale zapewni nam osłonę. Ukryje nas. - Spoj­rzał w górę, na niebo. - To dopiero począ­tek sezonu, ale powin­ni­śmy już zna­leźć jakieś jadalne rośliny oraz zwie­rzynę łowną.

- Co masz na myśli mówiąc, że nie jest naj­bez­piecz­niej­szym miej­scem?

- No cóż, sam się tam dotąd nie zapusz­cza­łem, ale sły­sza­łem różne rze­czy.

- Jakiego rodzaju?

Raithe zawią­zał cia­śniej pas oraz rze­mień przy­trzy­mu­jący na jego ple­cach pozo­sta­ło­ści mie­dzia­nego mie­cza, po czym wzru­szył ramio­nami.

- Och, no wiesz, taborry, raow, lesze. I takie tam.

Mal­colm na­dal gapił się na niego.

- Dra­pieżne zwie­rzęta?

- A tak, pew­nie też. Tak sądzę.

- Pew­nie... też?

- Jasne. W tak roz­le­głej pusz­czy zawsze jakieś się tra­fią.

- Ach - odrzekł Mal­colm z nie­wy­raźną miną, pod­czas gdy jego oczy śle­dziły gałąź, która prze­pły­nęła obok nie­siona wart­kim nur­tem. - Jak się prze­pra­wimy na drugą stronę?

- Potra­fisz pły­wać, prawda?

Mal­colm spra­wiał wra­że­nie oszo­ło­mio­nego.

- Odle­głość z jed­nego brzegu na drugi to jakieś tysiąc stóp.

- A prąd jest silny jak dia­bli. Zależ­nie od tego, jak dobrze pły­wasz, na drugi brzeg dotrzemy pew­nie kilka mil na połu­dnie stąd. Ale to dobrze. Trud­niej będzie nas wytro­pić.

- Podej­rze­wam, że będzie to nie­moż­liwe - odrzekł Mal­colm, krzy­wiąc się. Nie odry­wał wzroku od rzeki.

Były nie­wol­nik Fhre­jów spra­wiał wra­że­nie prze­ra­żo­nego, a Raithe dosko­nale go rozu­miał. Czuł się tak samo, kiedy Her­ki­mer zmu­sił go do prze­pły­nię­cia na drugą stronę.

- Gotów? - zapy­tał Raithe.

Mal­colm zaci­snął wargi. Skóra na jego dło­niach zbie­lała, gdy zaci­snął palce na włóczni.

- Zda­jesz sobie sprawę, jaka ta woda jest zimna? Spływa z top­nie­ją­cych śnie­gów na górze Mador.

- To nie wszystko - odparł Raithe. - Ponie­waż ruszy za nami pościg, nie będziemy mogli roz­pa­lić ognia, kiedy wyj­dziemy na brzeg.

Chu­dzie­lec o ostrym nosie i wąskich oczach zmu­sił się do uśmie­chu.

- Cudow­nie. Dzięki, żeś mi o tym przy­po­mniał.

- Zary­zy­ku­jesz? - zapy­tał Raithe, wcho­dząc jako pierw­szy do lodo­wa­tej wody.

- Przy­znaję, że nie jest to mój typowy dzień. - Ton głosu Mal­colma wzniósł się o wię­cej niż oktawę, gdy ten zaczął bro­dzić w rzece, zanu­rza­jąc się coraz głę­biej.

- A jak wyglą­dał twój typowy dzień? - Raithe zaci­snął zęby, gdy woda się­gnęła mu powy­żej kolan. Prąd kotło­wał się wokół jego nóg i popy­chał, zmu­sza­jąc go do zary­cia się sto­pami w dnie.

- Głów­nie nale­wa­łem wino.

Raithe zaśmiał się cicho.

- Tak... Teraz będzie ina­czej.

Chwilę póź­niej nurt rzeki zwa­lił ich obu z nóg.

Rozdział drugi. Mistyczka

Roz­dział drugi

Mistyczka

Dahl Rhen był tra­wia­stym wznie­sie­niem poło­żo­nym na skraju Księ­ży­co­wej Pusz­czy. Wał ziemny i pali­sada ota­czały straż­nicę zbu­do­waną z bali i kil­ka­set okrą­głych lepia­nek kry­tych strze­chą. Teraz, patrząc wstecz, zdaję sobie sprawę, że była to pry­mi­tywna, maleńka osada, po któ­rej swo­bod­nie łaziły kury i świ­nie, ale było to też miej­sce, gdzie miesz­kał i rzą­dził wódz klanu Rhen. I był to mój dom.

Księga Brin

Per­se­fona znała wszyst­kich miesz­kań­ców dahlu, więc obcy natych­miast rzu­cali się jej w oczy, a dziew­czyna przy bra­mie wyglą­dała jesz­cze bar­dziej obco niż więk­szość przy­by­szy. Drobna, mło­dziutka i szczu­pła, przy­po­mi­nała chłopca z powodu krót­kich, nie­równo obcię­tych wło­sów. Per­se­fona nie potra­fiła okre­ślić, czy jej buzia jest ogo­rzała od słońca, czy po pro­stu brudna, ale zdo­biły ją wymyślne tatu­aże: deli­katne, łuko­wato powy­gi­nane kol­cza­ste łodygi, które two­rzyły zawi­jasy na policz­kach, ota­czały usta i oczy. Wzory te nada­wały jej tajem­ni­czy wygląd. Spra­wiały, że wyraz twa­rzy wyda­wał się zara­zem pyta­jący i nad­zwy­czaj poważny. Dziew­czyna miała na sobie brudną pele­rynę z czer­wo­na­wej wełny, futrzany ser­dak, spód­nicę z wypra­wio­nej skóry oraz dziwny pasek. Per­se­fona nie miała pew­no­ści, ale odnio­sła wra­że­nie, że jest on zro­biony ze zwie­rzę­cych zębów. Obok dziew­czyny leżał zwi­nięty w kłę­bek biały wilk. Jego bystre błę­kitne śle­pia śle­dziły ruchy wszyst­kich, któ­rzy pod­cho­dzili do dziw­nej pary. Nie było ich wielu.

Nowo przy­była stała przed bramą dahlu obok Cobba, który zszedł ze swo­jego poste­runku na szczy­cie wału i dzier­żył włócz­nię tak groź­nie, jak tylko potra­fił, to zna­czy ani tro­chę. Ten czło­wiek na co dzień kar­mił świ­nie i pil­no­wał, żeby nie wła­ziły do wspól­nego ogrodu miesz­kań­ców osady. Wcze­śniej jed­nym i dru­gim zaj­mo­wała się ośmio­let­nia Thea Wedon. Cobb czę­sto nie radził sobie z tymi obo­wiąz­kami. Więk­szość męż­czyzn na zmianę trzy­mała wartę na wale ponad bramą. Tego ranka czu­wał tam Cobb i - podob­nie jak w przy­padku świń - zada­nie spra­wiało mu trud­no­ści.

- Pani, mamy gościa - oznaj­mił Cobb Per­se­fo­nie, celu­jąc włócz­nią w dziew­czynę. Ski­nie­niem głowy wska­zał barani róg, który miał zawie­szony na szyi, i uśmiech­nął się tak, jakby zadę­cie w ten róg sta­no­wiło osią­gnię­cie warte pochwały. Per­se­fona musiała przy­znać, że z pil­no­wa­niem bramy pora­dził sobie lepiej niż ze świ­niami. - Twier­dzi, że jest mistyczką, i chce roz­ma­wiać z wodzem.

Dziew­czyna miała nie­wiele ponad dwa­na­ście lat, a cho­ciaż fak­tycz­nie wyglą­dała tak, jakby spę­dziła więk­szość życia w dzi­czy, była o wiele za młoda na mistyczkę.

- Jestem Per­se­fona, Pani Straż­nicy. - Kobieta zro­biła pauzę, wypa­tru­jąc oznak zro­zu­mie­nia. Gdy żad­nych nie zoba­czyła, dodała: - Jestem mał­żonką wodza Reglana. Mój mąż poje­chał na polo­wa­nie, ale możesz roz­ma­wiać ze mną.

Nowo przy­była ski­nęła głową, lecz nic nie powie­działa. Stała tam, przy­gry­za­jąc dolną wargę i odwra­ca­jąc wzrok za każ­dym razem, gdy do jej uszu dole­ciał odgłos upusz­czo­nej motyki, okrzyk albo stu­kot młotka.

Przyj­rzaw­szy się jej uważ­niej, Per­se­fona doszła do wnio­sku, że dziew­czyna jest nie tyle chuda z natury, ile nie­do­ży­wiona, a okre­śle­nie "brudna" sta­no­wiło dra­styczne nie­do­po­wie­dze­nie. We wło­sach miała pełno igli­wia i liści, a nogi uma­zane zie­mią. Na jej ramio­nach wid­niały sińce, na kola­nach strupy, a rze­koma opa­le­ni­zna na twa­rzy oka­zała się jed­nak bru­dem.

- W czym mogę ci pomóc?

- Na co on poluje? - zapy­tała dziew­czyna.

- Słu­cham?

- Wódz.

Per­se­fona się zawa­hała. Tego dnia funk­cjo­no­wała w miarę dobrze, nie pozwa­la­jąc sobie za wiele roz­my­ślać, wypy­cha­jąc okropne zda­rze­nie do ciem­nego zaka­marka umy­słu, gdzie odważy się ponow­nie zaj­rzeć dopiero wtedy, kiedy powróci jej mąż. Ale pyta­nia dziew­czyny zapa­liły jasne świa­tło i teraz Per­se­fona z tru­dem zacho­wy­wała spo­kój.

- To nie twoja sprawa. - Cobb ożył i postą­pił naprzód z auten­tycz­nie groźną miną. Groźba nie kryła się we włóczni, która zwi­sała zapo­mniana u jego boku, tylko w gło­sie, w któ­rym dźwię­czał szczery gniew.

- Na niedź­wie­dzicę - rze­kła Per­se­fona. Zaczerp­nęła tchu i wypro­sto­wała plecy. - Na strasz­liwą niedź­wie­dzicę znaną jako Bru­natna.

Dziew­czyna ski­nęła głową, marsz­cząc brwi.

- Wiesz, o jakim zwie­rzę­ciu mowa? - spy­tała Per­se­fona.

- Och, tak. Gryna Bru­natna jest sze­roko znana w lasach, pani. I nie cie­szy się sym­pa­tią.

- Gryna Bru­natna?

- Tak ją nazy­wamy. Szcze­rzy kły na wszyst­kich i wszystko. Widzia­łam nawet, jak szcze­rzyła je na słońce, a kto nie lubi słońca?

- Ta niedź­wie­dzica zabiła mojego syna - oznaj­miła Per­se­fona. Wymó­wie­nie tych słów przy­szło jej znacz­nie łatwiej, niż się spo­dzie­wała. Po raz pierw­szy wyrze­kła je na głos, a wcze­śniej sądziła, że odmó­wią wydo­sta­nia się z jej krtani.

- Zabiła też rodzinę Minny - odparła dziew­czyna, spo­glą­da­jąc na wilka. - Zna­la­złam ją w Księ­ży­co­wej Pusz­czy, tak jak Tura zna­la­zła mnie. Przy­gar­nę­łam Minnę, bo naj­wy­raź­niej jeste­śmy sio­strami, a rodzi­nie się nie odma­wia. Tura też tak sądziła.

- Znasz Turę?

- Wycho­wała mnie.

Pasek z zębów, wyta­tu­owana twarz, nawet jesio­nowa laska - nagle wszystko stało się jasne. Per­se­fo­nie sta­nęły przed oczami kości­ste ręce Tury zaci­śnięte na iden­tycz­nej lasce.

- Czyli to Tura przy­słała cię do nas?

Dziew­czyna pokrę­ciła głową.

- Tura nie żyje. Sama pod­pa­li­łam jej stos.

- Co zro­bi­łaś?

- Tak sobie życzyła, pani. Nie chciała, żeby zja­dły ją robaki. Myślę, że pra­gnęła pofru­nąć. Kto by nie chciał?

Per­se­fona gapiła się na dziew­czynę przez moment, po czym stwier­dziła:

- Rozu­miem. - A jed­nak nie rozu­miała. Nie miała zie­lo­nego poję­cia, co zna­czy ta cała gada­nina, a potem pojęła, że to bez zna­cze­nia.

- Jak masz na imię?

- Suri - odparła dziew­czyna.

- W porządku, Suri. - Per­se­fona popa­trzyła na wilka. - Chcia­ła­bym cię zapro­sić do grodu, ale mamy tam kury i świ­nie, więc... Minna, tak się nazywa?... Nie może tam wejść.

- Minna nie zrobi im krzywdy - odparła Suri z urazą i tro­chę gniew­nie. Wyta­tu­owane łodyżki wokół jej oczu zwi­nęły się cia­sno.

- Wilki zja­dają kury i świ­nie.

Dziew­czyna uśmiech­nęła się zło­śli­wie, po czym aro­gancko splo­tła ręce na piersi.

- Zja­dają też ludzi, ale nie wgry­zła się jesz­cze w twoją nogę, prawda?

Per­se­fona popa­trzyła na wil­czycę, która leżała zwi­nięta w kłę­bek, wyglą­da­jąc nie­win­nie niczym pies paster­ski.

- Rze­czy­wi­ście spra­wia wra­że­nie oswo­jo­nej. Co o tym sądzisz, Cobb?

Nie­wy­da­rzony świ­nio­pas prze­mie­niony w nie­po­rad­nego war­tow­nika wzru­szył ramio­nami.

- W porządku, ale miej na nią oko. Jeśli zaata­kuje, jest duża szansa, że ktoś ją potrak­tuje włócz­nią.

Per­se­fona prze­szła przez bramę jako pierw­sza.

Nim Suri ruszyła za nią, szep­nęła:

- To nie­zbyt przy­ja­zne miej­sce, prawda, Minna? Cie­kawe, jak by im się podo­bało, gdy­by­śmy ich trak­to­wały włócz­nią za każ­dym razem, kiedy przy­cho­dzą do lasu i polują na nasze zwie­rzęta.

Wio­sna spóź­niała się z nadej­ściem, więc świat był pozba­wiony kolo­rów - zwię­dła trawa, bez­listne drzewa, szare niebo - ale ludzie z dahlu Rhen nie zamie­rzali cze­kać. Wszy­scy mieli już ser­decz­nie dość dłu­giej zimy, więc miesz­kańcy grodu wyko­rzy­stali pierw­szy cie­plej­szy dzień tego roku, żeby zająć się pracą na zewnątrz. Chłopcy Kil­liana, któ­rzy try­skali ener­gią nawet w środku lata, wspięli się na zapad­nięty stoż­ko­waty dach rodzin­nego domu. Napra­wiali strze­chę, mocu­jąc nowe snopki słomy w miej­sce tych, które zdarła zima. Piwo­war Ber­gin rąbał drwa i pod­sy­cał ogień pod kadziami, w któ­rych bul­go­tał zebrany wcze­śniej sok drzewny. Inni porząd­ko­wali wspólny ogród, o tej porze roku będący jedy­nie żało­sną poła­cią błota, z któ­rego ster­czały resztki zeszło­rocz­nych łodyg, podobne do wybla­kłych na słońcu kości.

Cobb powró­cił na swój poste­ru­nek na wałach, a Per­se­fona popro­wa­dziła Suri wysy­paną żwi­rem ścieżką do dużej straż­nicy pośrodku dahlu. Nie­mal zapo­mniane pta­sie trele znów roz­brzmie­wały wokół, a po oświe­tlo­nej słoń­cem stro­nie studni Per­se­fona spo­strze­gła żółte i nie­bie­skie kwiatki. Gwiazdy, ptaki i kwit­nące rośliny mówiły, że zima dobie­gła końca, ale w zacie­nio­nych miej­scach na­dal leżał śnieg. Per­se­fona cia­śniej owi­nęła się żałobną chu­stą. Tego roku wio­sna była kapry­śna. Nie przy­szła do wszyst­kich.

Per­se­fona przy­sta­nęła na pla­cyku przed scho­dami wio­dą­cymi do straż­nicy i skło­niła się przed kamien­nym posą­giem bogini Mari. Suri patrzyła na nią z zacie­ka­wie­niem, po czym zro­biła to samo. Wiel­kie drzwi straż­nicy stały otwo­rem, wpusz­cza­jąc słońce do Sali Reglana, która od jesieni była zady­mioną drew­nianą jaski­nią. Kiedy w mroku zimy oświe­tlał je ogień, dwa­na­ście fila­rów pod­trzy­mu­ją­cych skle­pie­nie miało zło­ci­stą barwę, ale ostry blask słońca ujaw­niał, że są stare i znisz­czone. Jaskrawe świa­tło uka­zy­wało wię­cej pro­za­icz­nych szcze­gó­łów: porzu­cone buty, płaszcz zawie­szony na jed­nym z jele­nich poroży zdo­bią­cych ścianę, barani róg do picia na­dal leżący w kącie po tym, jak Oswald cisnął nim w Sac­ketta parę mie­sięcy wcze­śniej. Pod­wyż­szoną drew­nianą pod­łogę wokół dymią­cego pale­ni­ska pokry­wała war­stwa brudu i popiołu. Pro­mie­nie słońca eks­po­no­wały rze­czy­wi­stość, którą ogień lito­ści­wie skry­wał za zasłoną cieni.

W pale­ni­sku, któ­rego ni­gdy nie wyga­szano, pło­mie­nie tliły się słabo, a Habet, mający za zada­nie pod­sy­ca­nie ognia, gdzieś znik­nął. Per­se­fona doło­żyła szczapę i w pomiesz­cze­niu nieco poja­śniało. Pode­szła do dwóch krze­seł usta­wio­nych przed ścianą prze­ciw­le­głą do wej­ścia - jedy­nych w całej sali - i usia­dła na tym po pra­wej.

Suri przy­sta­nęła w progu. Mru­żąc oczy, wpa­try­wała się w kro­kwie pod­trzy­mu­jące spi­cza­sty dach, z któ­rych zwie­szały się tar­cze zmar­łych wodzów oraz tro­fea myśliw­skie: łby jeleni, wil­ków i niedź­wie­dzi. Skrzy­wiła się, po czym popa­trzyła w stronę Per­se­fony, zer­ka­jąc na pod­łogę tak, jakby to było głę­bo­kie jezioro, a ona nie potra­fiła pły­wać. Potem - prze­ła­maw­szy się - dziew­czyna i wil­czyca weszły do środka.

- Ile masz lat, Suri? - spy­tała Per­se­fona, gdy dziew­czyna szła ku niej przez salę.

- Nie wiem. Chyba czter­na­ście. - Suri powie­działa to z roz­tar­gnie­niem, na­dal wpa­trzona w kro­kwie.

- Chyba?

- Tak mi się wydaje. Może wię­cej. Może mniej.

- Nie wiesz?

- To zależy, ile czasu spę­dzi­łam wśród krim­bali. Tura była pra­wie pewna, że jestem mal­ki­nem.

- Cz... czym? Mal­ki­nem?

Suri ski­nęła głową.

- Kiedy krim­bal porywa... Wiesz, pani, czym są krim­bale?

Per­se­fona pokrę­ciła głową.

Suri gwał­tow­nie zaczerp­nęła tchu, zer­ka­jąc na sie­dzącą obok wil­czycę tak, jakby miały wspólny sekret, po czym wyja­śniła.

- No cóż, krim­bal to takie stwo­rze­nie z lasu. One tak naprawdę nie miesz­kają w kniei, tylko przy­cho­dzą i odcho­dzą, poj­mu­jesz, pani? Pełno ich w Księ­ży­co­wej Pusz­czy, bo tam jest tyle drzew, że poro­biły sobie mnó­stwo wrót. Miesz­kają w Nog, głę­boko pod zie­mią, gdzie mają olbrzy­mie sale i urzą­dzają uczty. Tań­czą i świę­tują tak, że ciężko nam to sobie wyobra­zić. W każ­dym razie ile­kroć krim­bal porwie nie­mowlę, te...

- One pory­wają nie­mow­lęta?

- Och, Wielka Matko Wszech­rze­czy, tak. Bez prze­rwy. Nikt nie wie czemu. Przy­pusz­czam, że po pro­stu mają taki zwy­czaj. W każ­dym razie kiedy porwą czy­jeś dziecko, zabie­rają je do Nog i nikt nie wie, co dokład­nie tam się dzieje. Bar­dzo rzadko zda­rza się, że któ­reś z tych porwa­nych dzieci zdoła odna­leźć drogę powrotną na powierzch­nię. Nazywa się je mal­ki­nami i mają tro­chę nie po kolei w gło­wach, bo każdy, kto jakiś czas prze­bywa w Nog, wycho­dzi stam­tąd odmie­niony. Prze­waż­nie mal­kiny są star­sze, mają gdzieś tak dzie­sięć, dwa­na­ście lat, ale ja jakimś cudem wydo­sta­łam się, mając mniej niż roczek. I wtedy zna­la­zła mnie Tura.

- Jak zdo­ła­łaś się wydo­stać, nie umie­jąc cho­dzić?

Suri, która zdo­łała już poko­nać pra­wie całą dłu­gość sali, popa­trzyła na Per­se­fonę tak, jakby ta powie­działa coś naj­głup­szego na świe­cie.

- Skąd mogę wie­dzieć, pani? Byłam led­wie nie­mow­lę­ciem.

Per­se­fona unio­sła brwi i ski­nęła głową.

- Rozu­miem - odrze­kła, ale tak naprawdę zro­zu­miała jedy­nie, że nawet tak nie­winne pyta­nie jak "Ile masz lat?" nie było pro­stą kwe­stią w przy­padku dziew­czyny posia­da­ją­cej pasek z zębów i oswo­joną wil­czycę. Naj­le­piej zostać przy pod­sta­wo­wych spra­wach. - W porządku, Suri. Czego potrze­bu­jesz?

- Czego potrze­buję, pani? - powtó­rzyła dziew­czyna.

- Czemu tu jesteś?

- Och... Przy­szłam powie­dzieć wodzowi, że umrzemy. - Dziew­czyna powie­działa to szybko i z taką samą bez­tro­ską obo­jęt­no­ścią, jakby oznaj­miała, że słońce zacho­dzi wie­czo­rem.

Per­se­fona zmru­żyła oczy.

- Słu­cham? Co powie­dzia­łaś? Kto umrze?

- My wszy­scy.

- Jacy wszy­scy?

- My. - Dziew­czyna spra­wiała wra­że­nie zdez­o­rien­to­wa­nej, ale tym razem Per­se­fona nie umiała poznać, czy to przez tatu­aże, czy nie.

- Ty i ja?

Suri wes­tchnęła.

- Tak. Ty, ja, ten śmieszny czło­wiek z rogiem przy bra­mie, wszy­scy.

- Wszy­scy w dahlu Rhen?

Dziew­czyna znów wes­tchnęła.

- Nie tylko w dahlu Rhen. Wszę­dzie.

Per­se­fona par­sk­nęła śmie­chem.

- Chcesz powie­dzieć, że wszyst­kie żywe stwo­rze­nia umrą? To żadna nowina.

Suri popa­trzyła bła­gal­nie na Minnę, jakby ocze­ku­jąc, że wil­czyca pomoże jej wyja­śnić.

- Nie wszyst­kie żywe stwo­rze­nia, tylko ludzie. Ludzie tacy jak ty i ja.

- Masz na myśli Rhu­nów? Wszy­scy Rhu­no­wie umrą?

Suri wzru­szyła ramio­nami.

- Pew­nie tak.

- Myślę, że może warto, żebyś się cof­nęła i zaczęła od początku. Powiedz mi, kiedy i w jaki spo­sób do tego doj­dzie.

- Nie wiem jak... Ale to się sta­nie nie­długo. Podej­rze­wam, że zacznie się przed połową lata. A na pewno przed zimą. - Suri zamil­kła na chwilę zato­piona w myślach, po czym ski­nęła głową. - Tak, na pewno, zanim spadną śniegi, a w przy­szłym roku o tej samej porze, co teraz, będzie naj­go­rzej. To będzie ostrze noża, szczyt burzy.

- Czyli to burza nad­cho­dzi?

Dziew­czyna zamru­gała, zmarsz­czyła brwi, nachmu­rzyła się, po czym pokrę­ciła głową.

- Nie taka praw­dziwa burza, po pro­stu coś złego, cho­ciaż... - Wzru­szyła ramio­nami. - Przy­pusz­czam, że można to nazwać burzą.

- I nie masz poję­cia, co będzie przy­czyną ani dla­czego wyda­rzy się coś tak okrop­nego?

- Nie. Naj­mniej­szego - odparła mistyczka, jakby takie kwe­stie były zupeł­nie nie­istotne.

Per­se­fona odchy­liła się do tyłu na krze­śle i bacz­nie przyj­rzała się dziew­czy­nie. Samotna, prze­stra­szona sie­rota to zawsze smutny przy­pa­dek.

- Czemu tak naprawdę tu przy­szłaś, Suri? Jesteś głodna? Czu­jesz się osa­mot­niona po śmierci Tury?

Suri spra­wiała wra­że­nie zbi­tej z tropu.

- W porządku. Popro­szę kogoś, żeby wyszu­kał ci miej­sce do spa­nia. I przy­niósł ci chleba. Chcesz chleba?

Mistyczka się zasta­no­wiła.

- Chleb. Tak, to by było miłe.

- I czy chcia­ła­byś tu zamiesz­kać? Tutaj, w gro­dzie?

Suri sze­roko otwarła oczy i cof­nęła się lękli­wie, znów zer­ka­jąc w górę, na kro­kwie. Gwał­tow­nie pokrę­ciła głową.

- Nie, pani. Ni­gdy nie mogła­bym tu zamiesz­kać. Przy­szłam tylko dla­tego, że Tura kazała mi to zro­bić, gdy­bym kie­dy­kol­wiek odkryła to, o czym powie­dzia­łam. "Idź na wzgó­rze pośrodku wiel­kiego pola na skraju pusz­czy i powiedz, że chcesz mówić z wodzem". Tak rze­kła. Ale teraz i tak nie da się z tym nic zro­bić. Potrze­buję poroz­ma­wiać z drze­wami. Mogłyby nam powie­dzieć wię­cej, ale wciąż jesz­cze śpią.

Per­se­fona wes­tchnęła. Ten dia­log nie przy­po­mi­nał roz­mów z Turą, która miała swoje wła­sne dzi­wac­twa.

Mogę pozo­sta­wić to Regla­nowi, pomy­ślała. Może jemu uda się wycią­gnąć z niej coś sen­sow­nego.

- No cóż, dzię­kuję ci. - Per­se­fona wstała i posłała dziew­czy­nie uśmiech. - Dopil­nuję, żebyś dostała ten chleb, o któ­rym wspo­mnia­łam, i możesz roz­mó­wić się z moim mężem, kiedy wróci. Jeśli chcesz, możesz zacze­kać tutaj. - Ponie­waż mistyczka zro­biła kolejny krok w tył, Per­se­fona dodała: - Albo na zewnątrz, na scho­dach, jeśli wolisz.

Suri ski­nęła głową, okrę­ciła się na pię­cie i ode­szła, a wil­czyca za nią.

Taka chuda, pomy­ślała Per­se­fona.

Była pewna, że pro­roc­two to tylko for­tel. Sprytny, ale dziew­czyna prze­sa­dziła. Powinna była ogra­ni­czyć się do cze­goś pro­stego, prze­po­wie­dzieć marne zbiory, epi­de­mię gorączki albo suszę. Była po pro­stu młoda i nie prze­my­ślała tego, co robi. Teraz, po śmierci Tury, nie miała moż­li­wo­ści prze­trwać samot­nie w pusz­czy.

- Suri? - Per­se­fona zatrzy­mała mistyczkę. - Na twoim miej­scu nie mówi­ła­bym nikomu wię­cej o tym, co mi powie­dzia­łaś. Wiesz, o tym, że czeka nas śmierć.

Dziew­czyna odwró­ciła się, opie­ra­jąc dłoń o naj­bliż­szy z trzech zimo­wych fila­rów.

- Dla­czego?

- Bo nie zro­zu­mieją. Pomy­ślą, że kła­miesz.

- Nie kła­mię.

Per­se­fona wes­tchnęła. W dodatku jest uparta, pomy­ślała.

Suri uczy­niła jesz­cze kilka kro­ków w stronę drzwi, po czym przy­sta­nęła i odwró­ciła się raz jesz­cze.

- Nie jestem Turą, ale wiem, że nad­cho­dzi coś strasz­nego. Naszą jedyną nadzieją jest wysłu­cha­nie rad, któ­rych udzielą nam drzewa. Wypa­truj­cie liści, pani, wypa­truj­cie liści.

Wła­śnie wtedy ponow­nie roz­legł się dźwięk rogu Cobba.

***

Gdy tylko Per­se­fona wyszła ze straż­nicy, odga­dła, że doszło do jakiejś kata­strofy. W ogro­dzie leżały porzu­cone grace i motyki. Bra­cia Kil­lia­no­wie zeszli ze swo­jego dachu. Wszy­scy miesz­kańcy osady albo bie­gli w stronę bramy, albo zawo­dzili na klęcz­kach. Ci, któ­rym z oczu pły­nęły łzy, tłu­ma­czyli pozo­sta­łym, onie­mia­łym ze zdu­mie­nia, co się wyda­rzyło. Po wyszep­ta­nych sło­wach nastę­po­wały szok i krę­ce­nie gło­wami, a potem kolejne osoby wybu­chały pła­czem.

Czu­jąc się tak, jakby patrzyła na nad­cho­dzącą ścianę ulewy, Per­se­fona zebrała się w sobie w ocze­ki­wa­niu na burzę. Prze­trwała ich już wiele. Od dwu­dzie­stu lat poma­gała mężowi spra­wo­wać wła­dzę nad kla­nem. Sta­wiła czoła Dłu­giej Zimie oraz Wiel­kiemu Gło­dowi, który nastą­pił po niej. Stra­ciła pierw­szego syna tuż po naro­dzi­nach, dru­giego wsku­tek cho­roby, a nie­dawno trze­ciego - jedy­nego, któ­remu udało się dożyć doro­sło­ści. Mahn był dziel­nym mło­dzień­cem, któ­rego bogo­wie z jakiejś przy­czyny nie uchro­nili przed śmier­cią. Cokol­wiek stało teraz u wrót osady, zamie­rzała to znieść rów­nie sto­icko, jak wszyst­kie tamte wyda­rze­nia. Musiała. Jeśli nie ze względu na sie­bie, to ze względu na swój lud.

Oba drew­niane skrzy­dła bramy zostały sze­roko otwarte, ale ludzie tło­czący się w uliczce zasła­niali widok. Kilka osób wspięło się po dra­bi­nach na szczyt wału obron­nego i poka­zy­wali coś pal­cami, wyglą­da­jąc ponad przed­pier­siem. Per­se­fona dotarła do scho­dów straż­nicy aku­rat w momen­cie, kiedy tłum wresz­cie się roz­stą­pił, odsła­nia­jąc tajem­nicę.

Myśliwi powró­cili.

Na łowy wyru­szyło ich ośmiu. Powró­ciło sze­ściu. W tym jeden na tar­czy.

Wnie­śli Reglana przez bramę - po dwóch męż­czyzn z każ­dej strony. Kon­ni­ger szedł na prze­dzie. Głowę miał owi­niętą oddar­tym ręka­wem koszuli, po jed­nej stro­nie prze­siąk­nię­tym czer­wie­nią. Adler, który zawsze cecho­wał się bystrym wzro­kiem, wyru­szył do lasu z dwoj­giem oczu, ale powró­cił z jed­nym. Hegner miał w miej­scu pra­wej dłoni okrwa­wiony kikut.

Per­se­fona nie poru­szyła się. Ulewa dotarła do niej. Nie było potrzeby ni­gdzie iść.

Naj­sil­niej ugo­dził ją nie szok z powodu śmierci męża, ale to, że cała scena wyglą­dała tak zna­jomo. Per­se­fona zadała sobie pyta­nie, czy traci rozum, prze­ży­wa­jąc ponow­nie wyda­rze­nia sprzed trzech dni, kiedy z lasu przy­nie­siono jej syna. On także wybrał się na polo­wa­nie. Pamię­tała, że stała wtedy dokład­nie w tym samym miej­scu o dokład­nie tej samej porze.

Ale tym razem nie jest tak samo, pomy­ślała.

Kiedy zgi­nął Mahn, mąż stał obok niej. Trzy­mał ją za rękę, a jego siła pomo­gła jej utrzy­mać się na nogach. Bił od niego gniew, palce zaci­skały się zbyt mocno. Reglan wyru­szył naza­jutrz, żeby szu­kać zemsty.

Nio­sący wodza pode­szli do scho­dów. Ponuro wpa­try­wali się w zie­mię. Tylko jeden odwa­żył się spoj­rzeć Per­se­fo­nie w twarz. Tłum utwo­rzył pro­ce­sję za nimi.

- Przy­no­simy ci, pani, twego mał­żonka - oznaj­mił Kon­ni­ger. - Reglan z rodu Monta, wódz dahlu Rhen, padł dzi­siaj w bitwie.

Jego słowa spra­wiły, że wszy­scy zamil­kli. Nad głową Per­se­fony łopo­tały na wie­trze sztan­dary straż­nicy. Powinna przy­jąć tę wieść tak, jak jej mąż przy­jął wieść o śmierci Mahna, ich syna. Reglan uczy­nił to z god­no­ścią i zro­zu­mie­niem, w mil­cze­niu zaci­ska­jąc jej dłoń we wła­snej. Per­se­fona nie miała dłoni, którą mogła uści­snąć, i bra­ko­wało jej choćby odro­biny zro­zu­mie­nia. Zamiast tego zapy­tała:

- A co z niedź­wie­dzicą?

Zasko­czony Kon­ni­ger nie odpo­wie­dział od razu. Zawa­hał się, prze­cią­gnął zakrwa­wioną ręką po tej stro­nie twa­rzy, gdzie miał opa­tru­nek.

- To nie niedź­wie­dzica. Stwór, na któ­rego polo­wa­li­śmy, to demon. Nie jest w ludz­kiej mocy go zabić.

Rozdział trzeci. Zabójca Bogów

Roz­dział trzeci

Zabójca Bogów

Nazy­wano go Zabójcą Bogów i po raz pierw­szy usły­sze­li­śmy o nim od han­dla­rzy podró­żu­ją­cych pół­noc­nymi szla­kami. Legenda o nim rosła, ale wtedy, na początku, nikt w nią nie wie­rzył. Nikt oprócz mnie.

Księga Brin

Raithe lubił sie­dzieć przy porząd­nym ogni­sku. Było coś doda­ją­cego otu­chy w tań­czą­cych odbla­skach, zapa­chu dymu oraz w tym, że żar ogrze­wał jego twarz i pierś, pod­czas gdy sie­dze­nie mar­zło. Wyczu­wał głę­boki sens w tej dwo­isto­ści oraz w enig­mie tań­czą­cych pło­mieni. Duch ognia prze­ma­wiał, plu­jąc iskrami i wydmu­chu­jąc duszący dym, ale zna­cze­nie tych komu­ni­ka­tów pozo­sta­wało zagadką. Wszystko w przy­ro­dzie nią było. Wszystko prze­ma­wiało do Raithe'a - do wszyst­kich - języ­kiem, który nie­wielu potra­fiło zro­zu­mieć. Jakież tajem­nice, jakież mądro­ści i jakież okro­pień­stwa mógłby poznać, gdyby wie­dział, co to wszystko zna­czy.

- To jeden z nie­wielu duchów, z któ­rymi się dobrze doga­duję - oznaj­mił Raithe, dorzu­ca­jąc do ognia kolejną gałąź.

- To zna­czy? - spy­tał Mal­colm.

Były nie­wol­nik, a obec­nie towa­rzysz ucieczki sie­dział obok Raithe'a. Obaj usa­do­wili się po zawietrz­nej, żeby nie wędzić się w dymie. Chu­dzie­lec mozol­nie roz­plą­ty­wał koc zamo­tany wokół szyi. Tka­nina była wystar­cza­jąco cienka, żeby dało się ją zawią­zać w węzeł, a na czas wędrówki Mal­colm obwią­zy­wał się kocem jak szarfą.

- Ogień - odparł Raithe, bio­rąc kolejną gałąź ze sterty, którą zebrali. Prze­ła­mał ją na pół i cisnął oba kawałki w pło­mie­nie.

- Myślisz, że w ogniu żyją duchy?

Raithe uniósł brew.

- A co? Sądzisz, że to demon? - Sły­szał to już wcze­śniej, w szcze­gól­no­ści od sąsiada, który, szy­ku­jąc posi­łek, zosta­wił pale­ni­sko bez dozoru i poszedł wysi­kać się do rzeki. Kiedy wró­cił, jego chata pło­nęła. - Moż­liwe - pod­jął Raithe. - Pusz­czony wolno potrafi się okrut­nie wściec, ale nie wie­rzę, że demon by przy­cho­dził tak ocho­czo na wezwa­nie. Na pewno nie do takich pro­stych lud­ków jak ja.

Mal­colm gapił się na niego. Robił to czę­sto. Świa­tło ognia kryło jego oczy w cie­niu. Raithe nie nale­żał do roz­mow­nych, a puste spoj­rze­nie Mal­colma po takich stwier­dze­niach nie dostar­czało moty­wa­cji. Nie­wol­nik Fhre­jów naj­wi­docz­niej wiódł życie w izo­la­cji od świata. Wszystko, co Raithe mu opo­wia­dał, wywo­ły­wało zdu­mie­nie.

- Mój ojciec zawsze twier­dził, że ogień staje się nie­bez­pieczny tylko wtedy, gdy mu się nudzi - pod­jął Raithe. - Jeśli zostawi się go bez towa­rzy­stwa, staje się sfru­stro­wany i zaczyna broić. Żeby ogień był zado­wo­lony, naj­le­piej pozwo­lić mu lizać jedze­nie i słu­chać opo­wie­ści.

Mal­colm na­dal wpa­try­wał się w niego, tym razem mru­ga­jąc, z roz­chy­lo­nymi ustami.

Jest zmę­czony, uznał Raithe. Zzięb­nięty, nie­szczę­śliwy, a przede wszyst­kim wystra­szony. Wszystko to można było zro­zu­mieć, zwa­żyw­szy na ich sytu­ację. Nawet sam Raithe z tru­dem zacho­wy­wał opty­mizm. Ni­gdy bym nie przy­pusz­czał, pomy­ślał że knieja może być jesz­cze bar­dziej nie­przy­ja­zna niż kamie­ni­ste rów­niny Dureyi.

To była ich ósma noc spę­dzona w Księ­ży­co­wej Pusz­czy, a kró­le­stwo olbrzy­mich drzew na­dal nie oka­zy­wało im gościn­no­ści. Przez las bie­gło nie­wiele ście­żek, musieli prze­dzie­rać się przez kol­cza­ste zaro­śla i poprze­sta­wać na żało­śnie ską­pym wik­cie. Tego dnia obje­dli się sze­ścioma czar­nymi chrząsz­czami wiel­ko­ści paznok­cia na kciuku, sied­mioma lar­wami, które zna­leźli pod obła­żącą korą, sokiem z pnia liścia­stego drzewa oraz gar­ścią szy­szek sosno­wych, które musieli opiec nad ogniem, żeby wyłu­skać z nich jadalne nasiona. Raithe pró­bo­wał łowić ryby włócz­nią, a Mal­colm łapać je rękami, ale po kilku fru­stru­ją­cych godzi­nach dali za wygraną. Cze­kała ich kolejna noc gło­do­wa­nia.

W ciem­no­ściach, które pod gęstą kopułą drzew zapa­dły wcze­śniej niż na otwar­tej prze­strzeni, sie­dzieli obok sie­bie na maleń­kiej polance zaście­lo­nej zbrą­zo­wia­łymi igłami. Wpa­try­wali się w ogień i słu­chali, jak wiatr szumi, a konary skrzy­pią. Roz­ko­ły­sane wierz­chołki potęż­nych drzew igla­stych prze­sła­niały niebo, nie pozwa­la­jąc ujrzeć ani jed­nej gwiazdy. Raithe potra­fiłby okre­ślić, gdzie się znaj­dują, gdyby mógł zoba­czyć kon­ste­la­cje. Uwię­ziony pod skle­pie­niem lasu był ślepy i mógłby przy­siąc, że kręcą się w kółko.

- W Alon Rhist wła­śnie podają wie­cze­rzę - oznaj­mił tęsk­nie Mal­colm. Wytrze­pał koc i owi­nął się nim. - Pew­nie sar­ninę. Pieką ją powoli, żeby była soczy­sta. Byłyby też ser i ptac­two, takie jak kuro­pa­twa czy bażant. Na pewno świeży chleb, pud­dingi... och, i oczy­wi­ście wino. Ale w tej chwili jedzą. Wie­cze­rze były wspa­niałe. - Wyglą­dał jak ktoś, kto roz­pa­mię­tuje utra­coną miłość. - Znana jest ci kon­cep­cja wie­cze­rzy? To posi­łek jadany wie­czo­rem. - Wes­tchnął na­dal pogrą­żony we wspo­mnie­niach. - Jako nie­wol­nik uczest­ni­czy­łem w tym rytu­ale dzień w dzień, ale dzięki bogom teraz jestem wolny.

Tym razem to Raithe zaga­pił się na Mal­colma.

- Prze­pra­szam. Jestem po pro­stu głodny.

Raithe na­dal pio­ru­no­wał towa­rzy­sza wzro­kiem.

- Co?

- Czy on cię bił? - zapy­tał Raithe.

- Kto? She­gon?

Raithe ski­nął głową.

- Bo jeśli tak, rozu­miał­bym twoją postawę.

Mal­colm zmarsz­czył brwi.

- Nie, nie bił mnie. Fhre­jo­wie dobrze trak­tują swo­ich nie­wol­ni­ków. Na pewno lepiej niż ty.

- Nie jesteś moim nie­wol­ni­kiem.

- I dzię­kuję za to wszyst­kiemu, co święte. - Mal­colm mach­nię­ciem odgo­nił dwa maleń­kie czarne plu­skwiaki pró­bu­jące usiąść mu na twa­rzy. Cie­plej­sza pogoda spra­wiła, że owady wyła­ziły z kry­jó­wek, cho­ciaż do upa­łów było jesz­cze daleko.

- Jeśli Fhre­jo­wie byli tacy wspa­niali, czemu rąb­ną­łeś She­gona w łeb? - zapy­tał Raithe. Uświa­do­mił sobie, że już dawno powi­nien o to zapy­tać, ale śmierć ojca, obawa przed pości­giem oraz bez­u­stanne poszu­ki­wa­nie poży­wie­nia wyparły z jego głowy wszel­kie inne myśli.

Mal­colm pod­niósł brą­zową igłę sosnową, jedną z milio­nów podob­nych. Obra­ca­jąc ją w pal­cach wzru­szył ramio­nami.

- Nawet dobrze trak­to­wany nie­wol­nik woli mieć kon­trolę nad swoim prze­zna­cze­niem. Zoba­czy­łem oka­zję i sko­rzy­sta­łem z niej. Wszystko byłoby dobrze, gdy­byś nie postra­dał głowy. She­gon by się roz­gnie­wał, ale nie aż tak, żeby nas ści­gać, nie był tak ambitny. A teraz, kiedy nie żyje, zemsta będzie kwe­stią honoru. - Popa­trzył na Raithe'a i zapy­tał: - A ty? Czemu to zro­bi­łeś?

- Czemu go zabi­łem?

Mal­colm ski­nął głową.

- Nie wiem. Nie powi­nie­nem był tego robić. Kiedy zabił mojego ojca, nie myśla­łem. Po pro­stu zadzia­ła­łem. Postą­pi­łem tak, jak postą­piłby Her­ki­mer. Naj­śmiesz­niej­sze, że ni­gdy nie chcia­łem być taki jak on. Nie chcia­łem iść na wojnę i wal­czyć. Nie pra­gną­łem poszu­ki­wać sławy i chwały. To było jego marze­nie... Jego i moich braci. Ja był­bym szczę­śliwy, po pro­stu wio­dąc spo­kojne życie z żoną i kil­kor­giem dzieci. A mimo to w jed­nej chwili ode­zwały się te wszyst­kie lata, które ojciec poświę­cił na ucze­nie mnie walki. Wiesz, co mam na myśli? - Popa­trzył na Mal­colma i uświa­do­mił sobie, że tam­ten nie ma poję­cia. Tym razem odpo­wie­dzią nie było puste spoj­rze­nie, ale nie było też zro­zu­mie­nia. Durey­anin by zro­zu­miał, ale Mal­colm spę­dził zbyt dużo czasu wśród Fhre­jów i momen­tami zda­wało się, że pra­wie zatra­cił ludz­kie cechy.

- Nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. Mogę tylko powie­dzieć, że zro­bi­łem to dla niego. Tak powi­nien postą­pić syn, prawda? Pomścić swego ojca. W każ­dym razie tak to wygląda w Dureyi.

- Zdaje się, że to nie­zbyt przy­jemne miej­sce, ta cała Dureya.

- Głów­nie nagie skały i jałowa zie­mia. I mnó­stwo cien­kiej, twar­dej trawy. Coś cudow­nego, jeśli jesteś kozą.

- A ludzie?

- Podli.

- Ty nie jesteś podły.

Raithe uniósł brew.

- Nie znasz mnie ani mojego ludu. Klan Dureya sły­nie z agre­syw­nych drani, któ­rzy wolą chlać niż pra­co­wać, bić się niż roz­ma­wiać, i są źró­dłem wszel­kiego zła na świe­cie.

- Gdy­byś był tak paskudny, jak suge­ru­jesz, to przy­pusz­czal­nie zabił­byś Meryla i mnie, zabrał­byś konia i nie zadał­byś sobie trudu pocho­wa­nia swego ojca.

Raithe wzniósł z rezy­gna­cją ręce.

- Jestem dzi­wa­kiem. Roz­cza­ro­wa­niem dla mojego klanu. Synem Mie­dzia­nego Mie­cza, który ni­gdy nie wyru­szył na wojnę. W Dureyi wszy­scy wal­czą. Ile­kroć Fhre­jo­wie ogła­szają, że potrzeba im wojow­ni­ków, nasi zgła­szają się tłum­nie. Tylko dzięki temu mamy co jeść, bo nie jeste­śmy kozami. A kiedy zazdro­ścisz kozom, to zna­czy, że coś poszło nie tak. - Raithe nachmu­rzył się, wrzu­cił patyk w ogień i wes­tchnął. - Mój ojciec chciał tylko osie­dlić się na kawałku porząd­nej ziemi. Prze­pra­wie­nie się przez rzekę było pierw­szą sen­sowną rze­czą, jaką kie­dy­kol­wiek zro­bił.

- Twój ojciec postą­pił nie­roz­sąd­nie. Zawlókł cię w miej­sce, gdzie nie wolno wam się zapusz­czać. Wszy­scy wodzo­wie Rhu­nów pod­pi­sali pakty, zgod­nie z któ­rymi mie­li­ście nie opusz­czać waszych ziem.

- She­gon też zacho­wał się nie­roz­sąd­nie. Pół biedy, że kazał nam się wyno­sić, ale nie można żądać, żeby męż­czy­zna wyrzu­cił swój miecz. Może w Alon Rhist mie­cze są czymś powszech­nie spo­ty­ka­nym, ale rzadko się je widuje po tej stro­nie rzeki.

- To nie było nie­roz­sądne. Zła­ma­nie paktu to jedno, ale zła­ma­nie go z bro­nią w ręku to jak wypo­wie­dze­nie wojny. Ty i twój ojciec zosta­li­by­ście zabici na miej­scu, gdyby zna­lazł was insta­riań­ski patrol. Jed­nak She­gon był człon­kiem szczepu Asen­dway­rów i dał wam szansę ucieczki. Ale mimo to pozo­sta­wie­nie wam mie­cza byłoby nie­od­po­wie­dzialne. Gdy­by­ście ocią­gali się z odej­ściem albo zawró­cili i zna­leź­liby was Insta­rya, potrak­to­wa­liby obec­ność uzbro­jo­nych Rhu­nów jak inwa­zję, mogliby uznać, że wypu­ści­li­ście się na zwiad. I Insta­rya ruszy­liby na Rhu­lyn. To, co zro­bił She­gon, nie było nie­roz­sądne. To był akt dobroci.

Raithe nie wie­dział o tym. Żało­wał, że pozy­skał tę wie­dzę.

- To nie wszystko twoja wina - dodał ciszej Mal­colm. - She­gon mógł lepiej wyja­śnić swoje sta­no­wi­sko, ale Fhre­jo­wie nie mają w zwy­czaju tłu­ma­czyć się tym, któ­rych uwa­żają za tylko tro­chę lep­szych od zwie­rząt.

- To nie mia­łoby zna­cze­nia. Ten miecz był dumą mojego ojca, jego hono­rem. Jego życiem. Gdyby ojciec go oddał, rów­nie dobrze mógłby dać sobie odrą­bać głowę. Gorzej, oddałby swoją duszę.

- A teraz jego wspa­niałe ostrze należy do cie­bie.

- Jest, jakie jest. - Raithe wycią­gnął z pochwy zła­maną klingę i popa­trzył na jej wyszczer­bioną kra­wędź. - Ostrze She­gona prze­cięło ten miecz tak, jak­bym trzy­mał w ręku patyk, a to była naj­lep­sza broń w naszym kla­nie. Od poko­leń prze­cho­dziła z ojca na syna. Legenda głosi, że pewien Dherg wykuł ją dla mojego pra­pra­dziadka w zamian za ura­to­wa­nie życia. - Raithe scho­wał roz­po­ło­wiony miecz z powro­tem i zaczerp­nął tchu. - Jesz­cze ci nie podzię­ko­wa­łem.

- Nie zada­waj sobie trudu. Nie wyświad­czy­łem ci przy­sługi - zapew­nił go Mal­colm.

- Zgi­nął­bym, gdyby nie ty.

Mal­colm uniósł głowę, żeby przyj­rzeć się Raithe'owi, mru­żąc oczy.

- I tak umrzesz. Wcze­śniej po pro­stu spę­dzisz tro­chę czasu, włó­cząc się z pustym żołąd­kiem i obo­la­łymi nogami. Ale patrząc na pozy­tywy, przy­naj­mniej zosta­niesz zapa­mię­tany. Nie ma moż­li­wo­ści, by zabi­cie boga prze­szło bez echa.

Łup!

W ciem­no­ści, poza krę­giem świa­tła rzu­ca­nego przez pło­mie­nie, zabrzmiał dono­śny łoskot drewna ude­rza­ją­cego o drewno. Nie był to trzask łama­nej gałęzi, choć i ten odgłos wytrą­ciłby ich z rów­no­wagi. Sły­szeli wcze­śniej takie trza­ski - zwie­rzęta nie­zna­nych roz­mia­rów prze­dzie­rały się nocą przez zaro­śla. Leśne hałasy utrud­niały zaśnię­cie. Ale to było coś innego. Nie trzaśnię­cie, tylko ude­rze­nie, dziwny głu­chy dźwięk. Wstali i wpa­try­wali się zmru­żo­nymi oczami w mrok. Raithe doło­żył do ognia.

- Co to było? - wyszep­tał Mal­colm.

- Nie wiem - odszep­nął Raithe. - To mogło być cokol­wiek.

- Podasz jakieś przy­kłady?

- Myślę, że naj­gor­szą z moż­li­wych rze­czy byłby raow.

- Naj­gor­szą? Dla­czego musia­łeś zacząć od naj­gor­szej? Czemu nie zało­żyć, że to po pro­stu uschnięte drzewo zwa­liło się na inne?

- Spo­koj­nie. Nie sądzę, żeby to był raow. Zoba­czy­li­by­śmy w oko­licy ludz­kie kości. I do tej pory sami też byli­by­śmy już mar­twi.

- Och, no cóż, dzięki za doda­nie otu­chy. Więc co to jesz­cze może być?

Raithe popa­trzył na towa­rzy­sza i posłał mu uśmiech.

- Walące się drzewo?

Mal­colm skrzy­wił się cierpko.

- Ale tak serio...

Raithe popa­trzył na ota­cza­jące ich omszałe głazy, a potem na drzewa.

- Lesze?

- A co to takiego lesze?

- Leśne duszki. Pew­nie zacie­rają za nami ścieżkę, żeby­śmy rano nie wie­dzieli, w którą stronę pójść. Lubią pła­tać figle, ale gene­ral­nie nie są nie­bez­pieczne dla doro­słych męż­czyzn.

Mal­colm cof­nął się od ognia, bo ten po doło­że­niu chru­stu pło­nął inten­syw­niej, dając wię­cej cie­pła. Popa­trzyli na sie­bie tro­chę scep­tycz­nie, a tro­chę z nadzieją.

Raithe kiw­nął głową.

- Widy­wa­łem je już wcze­śniej pod­czas zbie­ra­nia opału wio­sną. To te małe świa­tełka, które uno­szą się nad trawą.

- To są świe­tliki.

- Jasne, nie­które tak, ale te naj­ja­śniej­sze to lesze, któ­rych ulu­bioną zabawą jest zwa­bia­nie dzieci w gęstwinę. Cza­sem nad wartką rzekę albo nad jezioro, żeby tam wpa­dły i uto­nęły.

- Czy nie znasz żad­nych weso­łych opo­wie­ści? - Mal­colm zro­bił znie­sma­czoną minę. - Psu­jesz humor duchowi ognia.

Raithe wzru­szył ramio­nami i wrzu­cił w pło­mie­nie kolejny patyk.

- Jestem z Dureyi. Znam tylko takie.

Mru­żąc oczy, Mal­colm popa­trzył ponad ogni­skiem w ciem­ność spo­wi­ja­jącą las, po czym pokrę­cił głową.

- Moim zda­niem to nie lesze.

Jak na kogoś, kto wcze­śniej był prze­ko­nany, że bez Raithe'a zgi­nie, Mal­colm oka­zy­wał się zde­cy­do­wa­nie oporny na wie­dzę swo­jego prze­wod­nika.

- Nie był­bym tego taki pewien. Sądzę, że z roz­my­słem sta­rały się nas wypro­wa­dzić na manowce - powie­dział Raithe. - Ukry­wały przed nami ścieżki, żeby­śmy błą­dzili po tym prze­klę­tym lesie.

Mal­colm otwo­rzył usta, żeby prze­mó­wić, ale w tej samej chwili powie­trze roz­darł dźwięk kolej­nego ude­rze­nia. Tym razem naj­pierw coś zaskrzy­piało - roz­legł się prze­cią­gły pisk, a potem trzask. Co wię­cej, Raithe usły­szał też dola­tu­jące z oddali śmie­chy i śpiew.

Dwaj męż­czyźni zaga­pili się na sie­bie w zdu­mie­niu.

- Pach­nie jedze­niem - oznaj­mił Mal­colm.

Raithe ski­nął głową. On też czuł ape­tyczną woń. Wiatr zmie­nił kie­ru­nek, dmu­cha­jąc na nich dymem, ale przy­no­sząc przy oka­zji zapach goto­wa­nego mięsa.

- Możesz mieć rację, że to nie lesze. Nie­wy­klu­czone, że to krim­bale. Słyną z tego, że urzą­dzają wiel­kie uczty i przy­ję­cia.

- Przy­ję­cia? - Mal­colm zerwał się na równe nogi. - Może powin­ni­śmy...

- Nie, nie rób tego! - Raithe chwy­cił towa­rzy­sza za rękę.

- Ale... jedze­nie. Pamię­tasz o jedze­niu, prawda? To zna­czy o praw­dzi­wym jedze­niu?

- One wła­śnie w ten spo­sób zwa­biają ludzi. Wrota umiesz­czone w pniach drzew wiodą do ich ojczy­zny, cza­ro­dziej­skiej kra­iny Nog. Gdy już tam tra­fisz, położą cię w pucho­wej pościeli, zacznie grać muzyka i będą cię kar­miły pie­czoną dzi­czy­zną, mię­sem jele­nia, woło­winą oraz jagnię­ciną przy­rzą­dzoną w śmie­ta­nie posło­dzo­nej mio­dem. Ile tylko zdo­łasz zjeść.

Mal­colm zaczął się obli­zy­wać.

- Potem poda­dzą piwo, wino, miód pitny i różne spe­cjały zapie­kane w cie­ście.

- Naprawdę? Zapie­kane w cie­ście? A jakie?

- To bez zna­cze­nia jakie, bo nie można się stam­tąd wydo­stać. Kiedy raz tam wej­dziesz, kiedy spró­bu­jesz ich jedze­nia, już na zawsze pozo­sta­niesz w Nog.

Mal­colm zamru­gał.

- No to co?

- Jak to co?

- Czy ich jedze­nie jest smaczne?

- Podobno nie­wia­ry­god­nie pyszne.

- A posła­nia są mięk­kie i cie­płe?

Raithe ski­nął głową.

- Czyli chcesz powie­dzieć, że możemy zostać tutaj - Mal­colm wska­zał gestem ich oto­cze­nie - i umrzeć z głodu w tej strasz­li­wej pusz­czy, albo możemy spę­dzić resztę życia w cudow­nej kra­inie obfi­to­ści, muzyki i zabaw. Brzmi prze­ra­ża­jąco. Chodźmy.

Raithe usi­ło­wał wymy­ślić sto­sowną odpo­wiedź, ale trudno było ode­przeć takie argu­menty.

- Poza tym - Mal­colm uniósł palec - jakie jest praw­do­po­do­bień­stwo, że Fhre­jo­wie nas odnajdą w tej cza­ro­dziej­skiej kra­inie Nog?

Do Raithe'a dotarło, że teraz to on gapi się na towa­rzy­sza. Potem wbił wzrok w panu­jącą pod drze­wami ciem­ność, spo­glą­da­jąc w kie­runku, skąd dola­ty­wały śmie­chy i śpiew.

- Pomóż mi wyga­sić ogni­sko.

Roz­rzu­cili patyki i zadep­tali pło­mie­nie, pozo­sta­wia­jąc jedy­nie tlący się żar, a potem Raithe jako pierw­szy wkro­czył w gęstwinę. Każdy krok przy­bli­żał ich do źró­dła dźwię­ków. W noc­nym powie­trzu nio­sły się głosy, cza­sem szcze­ka­nie psa. Wokół robiło się coraz jaśniej, w miarę jak skle­pie­nie lasu rze­dło, odsła­nia­jąc gwiazdy. Raithe uświa­do­mił sobie, że przez cały czas znaj­do­wali się na skraju pusz­czy. Razem wyszli na pole, gdzie wiła się dobrze wydep­tana droga oświe­tlona przez sierp księ­życa. W oddali z okien drew­nia­nego budynku padał blask ognia.

- Czy to jest kra­ina Nog? - zapy­tał Mal­colm.

- Nie - odparł Raithe. - To gospoda, gdzie zatrzy­mują się podróżni.

- Jeste­śmy podróż­nymi - odparł prze­peł­niony rado­sną nadzieją Mal­colm. - Myślisz, że dadzą nam jeść?

Raithe wzru­szył ramio­nami.

- Jest tylko jeden spo­sób, żeby się prze­ko­nać.

***

Raithe nie­na­wi­dził, kiedy się w niego wpa­try­wano. Zbyt czę­sto sta­no­wiło to przy­grywkę do bójki. Nie prze­pa­dał też za obcymi; spra­wiali, że robił się ner­wowy. Nic zatem dziw­nego, że nie był uszczę­śli­wiony, kiedy on i Mal­colm zasie­dli w izbie oto­czeni tuzi­nem nie­zna­jo­mych twa­rzy, któ­rych wła­ści­ciele gapi­liy się na nich, gdy jedli posi­łek. Nic nie zostało jesz­cze powie­dziane na głos, w każ­dym razie nie dość gło­śno, żeby dało się coś usły­szeć. Szepty roz­po­częły się w pobliżu wiel­kiej drew­nia­nej misy, z któ­rej dwie kobiety czer­pały i roz­le­wały do misek gulasz jagnięcy, prze­ma­wia­jąc cicho do kolej­nych męż­czyzn, z któ­rych każdy po otrzy­ma­niu swo­jej por­cji oglą­dał się na wędrow­ców. Cza­sem zer­kali na Mal­colma, ale głów­nie wpa­try­wali się w Raithe'a, jakby miał na gło­wie pro­siaka zamiast czapki. Kiedy męż­czyźni wró­cili już na swoje miej­sca, dalej gapili się na niego, szep­cząc mię­dzy sobą.

- Jak myślisz, co oni mówią? - zapy­tał Raithe, szturch­nąw­szy Mal­colma w żebra.

Nie­gdy­siej­szy nie­wol­nik nie pod­niósł wzroku znad miski.

- Że jesteś przy­stoj­nym męż­czy­zną i deba­tują, którą ze swo­ich sióstr powinni ci dać za żonę. - Wzru­szył ramio­nami. - Skąd mam wie­dzieć?

- Sądzę, że pla­nują pode­rżnąć nam gar­dła.

- Moje wytłu­ma­cze­nie bar­dziej mi się podoba. - Na pod­kre­śle­nie swo­ich słów Mal­colm prze­je­chał pal­cem po dnie miski, po czym zaczął go ssać. - Może po mojej opo­wie­ści dosta­niemy dokładkę.

- Nie sądzi­łem, że jesteś głodny. Wieki ci zajęło dokoń­cze­nie tej malut­kiej por­cyjki, którą nam dano.

- Chcia­łem dłu­żej się nią poroz­ko­szo­wać, na wypa­dek gdy­by­śmy nie dostali już niczego wię­cej - odrzekł Mal­colm, wyli­zu­jąc swoją miskę. - Czy ogół ludu Rhu­nów uważa ssa­nie brzegu miski za prze­jaw złych manier?

- Ogół ludu Rhu­nów nie uznaje cze­goś takiego jak maniery, ale nie nazy­wał­bym nikogo Rhu­nem. To słowo z języka Fhre­jów i nie lubimy go zbyt­nio, w każ­dym razie nie w Dureyi. Może tu jest ina­czej. Tutejsi ludzie mogą być bar­dziej przy­zwy­cza­jeni do robie­nia tego, co im się każe. A co się tyczy opo­wie­ści, którą obie­ca­łeś... Chyba nie pla­nu­jesz powie­dzieć im prawdy, co?

- Oczy­wi­ście, że nie. Jestem głodny, ale nie uwa­żam się za głupca, a tamta opo­wieść nas nie nakarmi. Ci, któ­rzy jesz­cze nie śpią, wyrzucą nas za drzwi.

- No dobrze, tylko nie mów niczego, co mogłoby kogo­kol­wiek obra­zić.

- Okaż troszkę wię­cej wiary.

Mal­colm zaczął ssać brzeg swo­jej miski.

Jakiż to dziwny czło­wiek, pomy­ślał Raithe. Nie ze względu na afekt, któ­rym Mal­colm nagle zapa­łał do swo­jej miski; prawdę mówiąc, była to naj­nor­mal­niej­sza rzecz, jaką zro­bił do tej pory. Dziw­nym czy­niło go wszystko inne. Nie­gdy­siej­szy nie­wol­nik nie miał brody i nosił krótką fry­zurę. Sie­dział zbyt pro­sto, mył ręce i twarz co rano oraz przed każ­dym posił­kiem, narze­kał na plamy na swo­jej odzieży i uży­wał mnó­stwa słów, któ­rych zna­cze­nia Raithe nie znał.

- Potra­fisz dobrze opo­wia­dać?

- Woba­fymy - odparł Mal­colm, nie wyj­mu­jąc brzegu miski z ust.

- Co?

Mal­colm zaprze­stał ssa­nia.

- Zoba­czymy.

Okrą­gły budy­nek gospody zaj­mo­wał więk­szość prze­strzeni wewnątrz pali­sady. Znaj­do­wały się tam rów­nież zagrody dla zwie­rząt oraz szopa na zapasy, nato­miast sama gospoda skła­dała się głów­nie ze wspól­nej sali, w któ­rej wła­śnie sie­dzieli. W Dureyi ściany chaty byłyby gli­niane, a stoż­ko­waty dach pokry­wa­łaby strze­cha z wią­zek suchej trawy. Ten budy­nek pre­zen­to­wał się dużo lepiej. Wznie­siony z drew­nia­nych belek, miał porządny dach z gontu, któ­rego przy­pusz­czal­nie nie zerwa­łaby byle wichura. Pomiesz­cze­nie było prze­stronne, a wokół otwar­tego pale­ni­ska nie bra­ko­wało miej­sca. I w pale­ni­sku tym pło­nęło drewno, a nie wysu­szony nawóz.

- Jak was zwą? - zapy­tał jeden z obec­nych, star­szy męż­czy­zna, który skoń­czył jeść i wła­śnie roz­pro­sto­wy­wał nogi.

Może zagad­nął ich dla­tego, że tak mu kazali pozo­stali. Ist­niało jed­nak więk­sze praw­do­po­do­bień­stwo, że jest przy­wódcą grupy albo pra­gnie, żeby go za tako­wego uwa­żano. Kiedy prze­mó­wił, szepty uci­chły i wszy­scy popa­trzyli w stronę obcych.

- A cie­bie jak? - odrzekł Raithe dość ostro.

- Nie ma potrzeby tak się naje­żać, jeste­śmy tylko cie­kawi. Czło­wiek ma prawo być cie­kaw, czyż nie? - Męż­czy­zna obej­rzał się przez ramię, szu­ka­jąc popar­cia. Pulchny i przy­sa­dzi­sty wyglą­dał na takiego, który potrze­buje zapew­nień, że dobrze robi. - Znamy tutaj wszyst­kich. Od lat mijamy się na gościń­cach. O, tam - poka­zał pal­cem - sie­dzi Kane, syn Hale'a, który przed pię­cioma laty objął szlak po ojcu i z powo­dze­niem podąża w jego ślady. A tam­ten jego­mość to Hemp z klanu Mena­han, sza­no­wany han­dlarz wełną. Ja jestem Justen z dahlu Rhen. Wszy­scy mnie znają, ale nikt dotąd nie widział żad­nego z was dwóch. Więc kim jeste­ście?

- Ale prze­cież zna­cie już nasze imiona - odparł Raithe. - War­tow­nik przy bra­mie zapy­tał o nie i roz­gło­sił, żeśmy się zja­wili. Widzę, że szep­cze­cie, ale niczego nie ukry­wam. Pró­bu­jemy tylko prze­trwać. Zgu­bi­li­śmy się w pusz­czy. Ujrze­li­śmy dym, poczu­li­śmy zapach jedze­nia i liczy­li­śmy na odro­binę gościn­no­ści, to wszystko. Nie przy­by­li­śmy tu po to, żeby naro­bić sobie kło­po­tów ani wsz­czy­nać z kim­kol­wiek kłótni. Dalej. Pytaj­cie, o co chce­cie. Odpo­wiem.

- Nie ma potrzeby tak się zape­rzać. Jeste­śmy tylko han­dla­rzami. - Męż­czy­zna rozej­rzał się ponow­nie, a więk­szość obec­nych poki­wała gło­wami nad miskami. Kilku zamam­ro­tało twier­dząco. Wszy­scy wpa­try­wali się w Raithe'a, jakby się spo­dzie­wali, że zacznie cza­ro­wać. - Widzi­cie, pró­bu­jemy prze­trwać, tak jak i wy. Moje woły cią­gną ścięte pnie w górę i w dół szlaku z dahlu Rhen do Nadaku, a cza­sem aż do Mena­hanu, bo drewno jest tam w cenie. Ja też nie należę do takich, co szu­kają kło­po­tów. - Justen pod­niósł ręce i obró­cił się. - Widzi­cie, niczego nie mam. Wcho­dząc do gospody, zosta­wiamy włócz­nie na zewnątrz, bo wtedy jest tu przy­jaź­niej, wie­cie? To taka zasada, o któ­rej nie mówi się gło­śno. Ale ty tu sie­dzisz z mie­dzia­nym ostrzem na grzbie­cie. Nie­po­trzebna ci ta broń.

- Jest zła­mana.

- Doprawdy? - Justen popa­trzył na pozo­sta­łych męż­czyzn, z któ­rych więk­szość wła­śnie odsta­wiała miski albo odwra­cała się od stołu, wycią­ga­jąc szyje i posy­ła­jąc jawne lub ukrad­kowe spoj­rze­nia w stronę przy­by­szy.

- Wzór na twoim płasz­czu i koc, na któ­rym sie­dzisz... Czy to robota klanu Dureya?

- Zga­dza się. I co z tego? - Raithe spo­dzie­wał się takiego pyta­nia. - Dalej, powiedz to. Coś ci utkwiło w zębach, jakieś zło, za które chciał­byś mnie obwi­nić? Śmiało, zapy­taj o to, czego naprawdę chcesz się dowie­dzieć.

Twarz star­szego męż­czy­zny stę­żała.

- W porządku. Krąży pogło­ska, że jeden z bogów został zabity.

Czego jak czego, ale tego Raithe się nie spo­dzie­wał.

- Bogo­wie są nie­śmier­telni - odrzekł zado­wo­lony z sie­bie, że udało mu się wymy­ślić na pocze­ka­niu tak sprytną ripo­stę. Pod­niósł swoją pustą miskę i udał, że posila się dalej.

- Myśmy też tak myśleli.

Raithe prze­je­chał pal­cem po wewnętrz­nej stro­nie pustej miski tak jak wcze­śniej Mal­colm.

- W takim razie to tylko plotka. Ktoś się prze­chwala.

Obecni w gospo­dzie popa­trzyli po sobie.

- Tego nie rzekł żaden czło­wiek. Ponoć sami Fhre­jo­wie przy­je­chali z Alon Rhist. Szu­kają Rhuna, który zabił jed­nego z ich współ­ple­mień­ców. Powia­dają, że był to czło­wiek z Dureyi uzbro­jony w mie­dziany miecz. Nie ma ich zbyt wiele. To cie­kawe, że aku­rat ty posia­dasz taki. Mówi się też, że broń pękła w cza­sie walki. Podobno to się wyda­rzyło tydzień temu na dru­gim brzegu rzeki Bern. - Męż­czy­zna popa­trzył twardo na Raithe'a. - Skąd dokład­nie przy­by­wa­cie?

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście. Wszystko wydaje się jasne, prawda? - Raithe poki­wał głową. - Mena­han sły­nie z wełny i uro­dzi­wych córek. Wszy­scy wie­dzą, że naj­lepsi poeci i muzycy pocho­dzą z Melenu. Nadak dostar­cza naj­pięk­niej­szych futer, a z czego sły­nie Dureya? Z powo­do­wa­nia kło­po­tów, nie­praw­daż? To wła­śnie sobie myśli­cie. Jeśli zgi­nie bochen chleba, wybuch­nie bójka albo ktoś zmaj­struje dziecko nie­za­męż­nej pan­nie, winni są Durey­anie. A kiedy bogo­wie przy­cho­dzą szu­kać sprawcy kło­po­tów, kim on będzie?

- W takim razie jak to się stało, że zła­ma­łeś swój oręż? Zresztą, jak się zasta­no­wić, to ten szcze­gół daje do myśle­nia, prawda? Tro­chę dziwne, że wspo­mniano wła­śnie o tym, a teraz tyś się tu zja­wił. Wiesz, co myślę? Zdaje mi się, że jeden z bogów został zabity i to twoja sprawka - oznaj­mił Justen.

Stał w naj­bar­dziej sta­now­czej pozie, na jaką było go stać, i był to cał­kiem efek­towny pokaz, ale Raithe wie­dział, że mógłby bez trudu powa­lić star­szego męż­czy­znę na zie­mię. Justen też powi­nien mieć tego świa­do­mość. Umie­jęt­ność walki była drugą rze­czą, z któ­rej sły­nęli Durey­anie. Wśród skał i kamieni rodzili się twar­dzi ludzie, a chłopcy z Dureyi wcze­śnie uczyli się machać bro­nią. Tak wyglą­dał porzą­dek świata - w każ­dym razie dla nich.

- Dobrze pra­wisz! - zawo­łał Mal­colm, wsta­jąc. Oczy wszyst­kich skie­ro­wały się w jego stronę, w tym oczy Raithe'a. - To on zabił She­gona z Asen­dway­rów.

Raithe miał ochotę udu­sić łasi­co­wa­tego chu­dzielca, ale sekret już został wyja­wiony. Pyta­nie brzmiało: "co teraz?". Raithe ni­gdy nie lubił kła­mać. To robili inni, nie Durey­anie.

- Tak, zro­bi­łem to.

- Dla­czego? - spy­tał Justen.

- Zabił mojego ojca. Na moich oczach, jego wła­snym orę­żem. Tym tutaj. - Raithe pokle­pał pochwę, którą na­dal miał przy­piętą do ple­ców.

- Ale jak to moż­liwe? - zapy­tał jeden z młod­szych męż­czyzn. Sie­dział owi­nięty w koc, który okry­wał mu ramiona niczym kobieca chu­sta. Mógł to być Kane, syn Hale'a, ale Raithe ni­gdy nie miał pamięci do twa­rzy i imion. - Oni nie umie­rają.

Teraz to mówisz? Gdzie był twój język minutę temu, Kane? - pomy­ślał Raithe.

- Naj­wy­raź­niej jed­nak umie­rają - powie­dział.

- Ale jak to zro­bi­łeś? - Tym razem ponow­nie ode­zwał się Justen.

- Pod­nio­słem miecz leżący przy zwło­kach mojego ojca i zamach­ną­łem się naj­moc­niej, jak potra­fi­łem. Fhrej miał broń, która prze­cięła go bez trudu. Dokład­nie na pół. Byłem już mar­twy i wie­dzia­łem o tym. Fhrej też wie­dział. I wtedy...

- I wtedy Raithe, syn Her­ki­mera, boha­ter z Dureyi, uczy­nił coś zdu­mie­wa­ją­cego - prze­rwał mu Mal­colm.

Chu­dzie­lec wyszedł na śro­dek okrą­głego pomiesz­cze­nia. Przy­gar­bił się lekko, roz­po­ście­ra­jąc wachla­rzo­wato palce. Mówił gło­śno i wyraź­nie, jego słowa nio­sły się przez całą salę, przy­ku­wa­jąc uwagę wszyst­kich. - Widzi­cie, She­gon był mistrzem polo­wań, podob­nie jak wszy­scy człon­ko­wie szczepu Asen­dway­rów. Wiem o tym dobrze. Żyłem pospołu z nim w Alon Rhist. - Wska­zał meta­lową obrożę na swo­jej szyi. - Byłem jego nie­wol­ni­kiem i oso­bi­stym sługą. Nale­żał do naj­gor­szego rodzaju Fhre­jów, nikt bar­dziej od niego nie zasłu­gi­wał na miano cula. Widzia­łem, jak on i jemu podobni pusto­szą rhu... ee... nasze wio­ski i pory­wają kobiety. Nie gwałcą ich. Och, nie! Fhre­jo­wie nie ska­lają się zbli­że­niem z naszymi kobie­tami. Czy wie­cie, co z nimi robią?

- Co? - zapy­tało rów­no­cze­śnie kilku męż­czyzn.

- Kar­mią nimi swoje psy, bo te lubią mięk­kie mięso.

Z ust słu­cha­czy wyrwały się prze­ra­żone wes­tchnie­nia i pomruki.

- Ale, jak rze­kłem, She­gon był naj­gor­szy z nich wszyst­kich. On i jego banda rzeź­ni­ków prze­mie­rzali tereny po tej stro­nie rzeki Bern niczym wataha krwio­żer­czych wil­ków. Kie­dyś posta­no­wił uciąć dziecku dłoń, żeby spraw­dzić, czy jego miecz jest dobrze wyostrzony. Obciął ją dwoma ude­rze­niami. Nie­za­do­wo­lony roz­ka­zał swemu płat­ne­rzowi ponow­nie naostrzyć oręż, po czym spró­bo­wał ponow­nie. Druga dłoń dziecka odpa­dła po jed­nym cię­ciu. She­gon był nie­go­dzi­wym potwo­rem, ist­nym mon­strum. Był też Fhre­jem, w związku z czym cecho­wała go aro­gan­cja. I to jego nad­mierna wiara we wła­sne siły osta­tecz­nie go zgu­biła. She­gon nie oba­wiał się Raithe'a ani żad­nego innego czło­wieka. Sądził, że Rhun - tak nazy­wają nas Fhre­jo­wie, i to jest wszystko, co w nas widzą - ni­gdy nie zdoła uczy­nić mu krzywdy, bo żaden Rhun ni­gdy wcze­śniej nie odwa­żył się pod­jąć z nimi walki. Nikt nie był tak odważny i nikt nie posia­dał wystar­cza­ją­cych umie­jęt­no­ści. Fhre­jo­wie rzą­dzą tym świa­tem od eonów. Poko­nali Dher­gów, zmu­sili olbrzymy do ucieczki, a gobliny wygnali do morza. Nie mają rów­nych sobie i aż dotąd nie znali stra­chu przed żadną żywą istotą.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki