Od Autora
Od Autora
Witajcie z powrotem w świecie Legend Pierwszego Imperium! Na wstępie
chcę Wam podziękować za ciepłe powitanie, jakie zgotowaliście temu
nowemu cyklowi. Odłożenie na bok popularnej serii, żeby tworzyć coś
nowego, zawsze wiąże się z ryzykiem, przyznaję więc, że byłem trochę
niespokojny, kiedy wychodziła drukiem Epoka mitu. Uwielbiam moich
nowych bohaterów i miałem nadzieję, że Wy też ich pokochacie, ale dopóki
książka nie trafi w ręce czytelników, nigdy nie jestem pewien ich
reakcji. W każdym razie książka jest już na rynku od siedmiu miesięcy i pojawiły się rozliczenia. Epoka mitu zebrała ponad dziesięć tysięcy
recenzji oraz ocen w takich serwisach jak Goodreads, Audible i Amazon.
Co więcej, 90% oceniających przyznało jej ocenę 4 lub 5, a tylko 2% dało
1 lub 2. Myślę, że lepszych wyników nie mógłbym sobie wymarzyć! Zatem
dziękuję Wam za rozwianie moich obaw, że nie potrafię napisać niczego, w czym nie występowaliby Royce i Hadrian.
Skoro mowa o bohaterach, w Epoce mitu bardzo podoba mi się między
innymi to, że w tej książce więcej kluczowych graczy dostaje czas
ekranowy. Od samego początku chciałem, żeby w Legendach Pierwszego
Imperium występowała stała obsada, ale gdybym w pełni scharakteryzował
wszystkie postacie w pierwszym tomie, znacząco spowolniłoby to tempo
akcji. Epoka mitu już i tak miała dużo do zrobienia: przedstawić dwie
główne rasy (Rhunów i Fhrejów), zarysować różnice kulturowe między nimi
(prymitywni i dysponujący zaawansowaną technologią) oraz opowiedzieć
zamkniętą historię, zapoczątkowując przy tym wątki, które będą się
przewijały przez cały cykl, jak na przykład relacja Malcolma i Nyphrona
albo pytanie, kim jest Trilos i jaką rolę odegra.
W Epoce mitu przelotnie spotkaliście Gifforda, Roan, Brin i Moyę, ale
dzięki Epoce mieczy zaczniecie rozumieć, czemu tak ich uwielbiam i jakie unikatowe aspekty zyska dzięki nim reszta historii. Oczywiście
powrócą też wszyscy Wasi dotychczasowi ulubieńcy, w tym Persefona,
Raithe, Malcolm, Arion, no i nie mogłem pominąć Suri ani Minny.
Będziecie też mieli okazję poznać Dhergów, rasę, z którą mieliśmy
niewiele do czynienia w Odkryciach Riyrii. Podróż do ich ojczyzny
będzie ważnym epizodem w tym tomie i cieszę się, że mogę Wam przedstawić
ostatnią z trzech wielkich ras zamieszkujących świat Elan.
Zanim poślę Was dalej, ku opowieści, pozwolę sobie wspomnieć o jeszcze
jednej sprawie. W przedmowie do Epoki mitu wspomniałem, że cały cykl
został napisany, zanim wysłałem wydawcy pierwszy tom, i była to - jest -
prawda. Obawiam się jednak, że mogłem niechcący wytworzyć fałszywe
wyobrażenie, chciałbym więc wyjaśnić to i owo. Chodzi mi konkretnie o różnicę między książką napisaną a ukończoną, bo między jednym a drugim zieje dość szeroka przepaść. Stwierdzenie, że wszystkie książki
miałem napisane, oznacza, że ukończyłem pierwszą, roboczą wersję
manuskryptu i uznałem, że jest zadowalająca. Jednakże ukończenie
książki to znacznie więcej pracy. Wymaga wygładzenia tekstu po
otrzymaniu informacji zwrotnych od ludzi, do których mam zaufanie, w tym
mojej alfa readerki, moich beta readerów (zazwyczaj piętnaście do
dwudziestu osób), mojego agenta i kilku innych pracowników jego agencji,
redaktora prowadzącego i wydawcy. Następnie redaktorzy językowi i korektorzy również potrzebują czasu, żeby wprowadzić w tekście dalsze
poprawki i zamienić go w coś, czego nie byłbym w stanie stworzyć
samodzielnie. Całe to szlifowanie wymaga czasu i jest ważnym czynnikiem,
który trzeba wziąć pod uwagę, ustalając daty premier.
Mogę Was zapewnić, że postaramy się skrócić odstępy czasowe między
premierami kolejnych tomów serii. Owszem, między pierwszym tomem a obecnym był rok przerwy, ale głównie dlatego, że książka wymagała
znaczących przeróbek. Widzicie, kiedy Robin (moja żona i alfa readerka)
skończyła czytać cykl, oceniła trzy pierwsze tomy jako naprawdę dobre,
stwierdziła jednak, że widzi kilka problemów z końcówką. Parę rozwiązań
fabularnych uznała za niejasne, wytknęła pewne niedociągnięcia, gdy
chodzi o logikę wydarzeń, a co najważniejsze - uznała, że zakończenie
jest zbyt pośpieszne. Jak zwykle miała rację.
Żeby rozwiązać te problemy, poświęciłem prawie rok na pracę nad
końcówką, a w efekcie cykl rozrósł się z pięciu tomów do sześciu.
Próbowałem mianowicie upchnąć (to wysoce fachowy termin literacki) dwa
tomy w jednym, podczas gdy fabuła w naturalny sposób wyznaczała w pewnym
miejscu linię podziału. Kiedy byłem zajęty poprawianiem ostatnich tomów,
Epoka mieczy leżała i czekała na swoją kolej. Dopóki nie skończyłem
przerabiać końcówki, nie wiedziałem, jakie zmiany będzie trzeba
wprowadzić w Epoce mieczy, a finalnie trzeba było tam zmodyfikować to
i owo. Byłbym niepocieszony, gdyby książka zdążyła się już ukazać
drukiem, co uniemożliwiłoby wprowadzenie tych koniecznych zmian.
W każdym razie oddałem Robin poprawioną książkę w maju 2016 i przez
resztę roku zbieraliśmy dodatkowe opinie, wprowadzaliśmy zmiany oraz
poddaliśmy tekst redakcji i korekcie. Te prace dobiegły końca z początkiem lutego 2017. Fascynujące jest obserwowanie, jak manuskrypt
ulega przekształceniu w ukończoną książkę. Jeśli interesuje Was ten
proces, Robin właśnie przygotowuje darmowego e-booka The Making of Age
of Swords, który pozwala ciekawskim rzucić okiem za kulisy. Zrobiliśmy
coś podobnego przy trzecim tomie Kronik Riyrii (Śmierć Dulgath) i możecie dostać oba te e-booki, wystarczy wysłać e-mail na adres
michael@michaelsullivan-author.com.
Koniecznie wpiszcie w temacie wiadomości Making of... i tytuł lub
tytuły, które Was interesują, a my Wam przyślemy pliki.
No dobrze, obiecuję, że to już ostatnia sprawa. Jeśli przeczytaliście
podziękowania na końcu Epoki mitu, może zauważyliście, że znalazła się
tam prośba do czytelników, by dzielili się ze mną opiniami. Dostałem
setki listów, których autorzy przeważnie przepraszają za zabieranie mi
czasu. Zawsze się uśmiecham, czytając to - tak jakby dowiadywanie się,
że ludziom podobały się moje książki, można było kiedykolwiek uznać za
zmarnowany czas! Te listy sprawiły mi tyle radości, że postanowiłem
powtórzyć zaproszenie. Zatem jeśli podobała Wam się niniejsza książka (a nawet jeśli się nie podobała), nie krępujcie się i napiszcie do mnie
kilka słów na adres michael@michaelsullivan-author.com.
Zawsze interesuje mnie to, co macie do powiedzenia.
To już koniec mojej przedmowy. Teraz usiądźcie wygodnie, wyregulujcie
głośność, jeśli słuchacie audiobooka, albo ustawcie odpowiednie rozmiary
czcionki i tło e-booka, albo przesuńcie palcami po kartkach i wciągnijcie zapach farby drukarskiej, jeśli trzymacie papierowy
egzemplarz. Pora zabrać się do lektury. Epoka mieczy to mój ulubiony
tom tego cyklu i mam nadzieję, że będziecie go czytać z taką samą
przyjemnością, z jaką go pisałem.
Rozdział pierwszy
Rozdział pierwszy
Nawałnica
Większość ludzi uważa, że pierwsza bitwa wojny fhrejsko-ludzkiej
rozegrała się wczesną wiosną przy Wielkim Moście, ale tak naprawdę do
pierwszego ataku doszło w letni dzień w dahlu Rhen.
Księga Brin
- Czy jesteśmy bezpieczni?! - zawołała Persefona do dębu.
Megda była najstarszym drzewem w całej puszczy, masywnym i majestatycznym. Stanie przed nią przypominało spoglądanie na ocean albo
na górę. Każda z tych rzeczy sprawiała, że Persefona czuła się malutka.
Uświadomiwszy sobie, że jej złożone z trzech słów pytanie może być zbyt
proste, zbyt ogólnikowe, dodała:
- Czy trzeba zrobić coś więcej, żeby ochronić mój lud przed Fhrejami?
Czekała na odpowiedź.
Powiał wiatr. Drzewo zadygotało i z góry spadł potężny konar.
Persefona podskoczyła, kiedy uderzył o ziemię. Spadając z takiej
wysokości, zabiłby ją, gdyby wylądował kilka cali bliżej. Mówiono, że
złamane gałęzie spoczywające w koronach drzew tylko czyhają, by uczynić
jakąś kobietę wdową. Ponieważ Persefona już straciła męża, martwy konar
leżący tuż przy niej ewidentnie wykazał się nadgorliwością.
- Co to miało być? - zapytała, zwracając się do Suri.
Młoda mistyczka z białą wilczycą przy boku zerknęła na leżącą gałąź i wzruszyła ramionami.
- Chyba po prostu wiatr. Mam wrażenie, że nadchodzi burza.
Kiedy Persefona poprzednio zasięgnęła rady wielkiego drzewa, wskazówki
dębu ocaliły jej lud. Teraz wróciła, by ponownie poszukać odpowiedzi. Od
jej ostatniej wizyty upłynęły miesiące, a życie w dahlu Rhen powróciło
do zwykłego, dającego otuchę rytmu. Posprzątano zniszczenia będące
skutkiem bitwy między dwojgiem Miralyithów, ale Persefona wiedziała, że
to nie zakończyło konfliktu. Pozostawały pytania - pytania, na które nie
mógł odpowiedzieć żaden człowiek ani Fhrej. A jednak...
Persefona zapatrzyła się na złamany konar. To zły znak, pomyślała, kiedy
Megda rozpoczyna rozmowę od próby zmiażdżenia mnie.
- Coś nie tak? - spytała Arion.
Fhrejka wciąż jeszcze uczyła się ich języka. Stała obok Suri i Minny,
obserwując wszystko z wielkim zainteresowaniem. Miała na głowie zieloną
czapkę, którą wydziergała dla niej Padera. Lekko cudaczny charakter tego
nakrycia głowy sprawiał, że wydawała się bardziej przystępna, mniej
boska, bardziej ludzka. Arion przyszła tu, żeby zobaczyć wyrocznię w akcji, aczkolwiek Persefona spodziewała się, że będzie więcej mówienia,
a mniej akcji.
Suri popatrzyła w górę, na drzewo.
- Nie wiem.
- Co mówi Megda?! - zawołała Persefona do mistyczki, przekrzykując
narastające wycie wichru.
Tak powinno to wyglądać. W normalnych warunkach Persefona zadawała
drzewu pytania, mistyczka zaś udzielała odpowiedzi po wsłuchaniu się w szum liści i gałęzi. Jednakże Arion miała rację - coś było nie tak. Na
twarzy Suri widniał wyraz konsternacji. Wydawała się nie tylko zdumiona,
ale i zaniepokojona.
- Nie jestem pewna - odrzekła.
Persefona gwałtownym ruchem odgarnęła pasmo włosów, które przylgnęło jej
do ust.
- Dlaczego? Mówi zagadkami czy po prostu cię ignoruje?
Suri skrzywiła się sfrustrowana.
- Och, mówi, jak najbardziej, ale tak szybko, że nie potrafię jej
zrozumieć. To jakaś bezsensowna paplanina. Nigdy nie widziałam, żeby
Megda się tak zachowywała. Ciągle tylko powtarza: "Uciekajcie...
biegnijcie... szybko... daleko. Oni chcą was dopaść".
- Oni? Kto? Czy mówi do nas? Czy to jest odpowiedź na moje pytania?
Suri pokręciła głową. Wiatr targał jej krótkie włosy nad wytatuowanym
czołem.
- Nie. Krzyczała, zanim cokolwiek powiedziałaś. Mam wrażenie, że w ogóle
cię nie usłyszała. Nie wiem nawet, jakim cudem Megda wie, co znaczy
słowo "biec". Poważnie, skąd drzewo może wiedzieć, o co chodzi?
- Chcesz powiedzieć, że Megda panikuje?
Suri skinęła głową.
- Jest śmiertelnie przerażona. Znam myszy, których wypowiedzi miały
więcej sensu. Teraz już nawet nie używa słów, wydaje tylko dźwięki.
Brwi mistyczki uniosły się gwałtownie, na jej twarzy odmalowało się
napięcie. Zmrużyła oczy, zacisnęła usta.
- Co? - spytała Persefona.
- To zły znak, kiedy drzewo krzyczy.
Wysoka trawa smagała nogi Persefony, jej suknia wydymała się i łopotała
na wietrze. Oderwane z gałęzi liście dębu fruwały w powietrzu tak jak
śnieg podczas zamieci. Pod rozłożystymi koronami drzew nie było widać
nieba, ale wiatr wciąż się wzmagał. Gdy Persefona wyszła z cienia dębu,
zobaczyła, że tam, gdzie zaledwie przed chwilą rozciągał się czysty
błękit, kotłuje się złowróżbna szarość. Ciemne chmury przelewały się
warstwami, zamieniając południe w zmierzch. Dziwne zielonkawe światło
nadawało wszystkiemu nienaturalny, upiorny odcień.
- Co się dzieje? - zapytała Arion.
- Drzewo panikuje - odparła Suri.
- Może powinnyśmy wrócić do dahlu - stwierdziła Arion, stojąc z zadartą
głową. - Tak?
Minna zaskomlała i przysunęła się do mistyczki, omal nie zwalając jej z nóg. Suri uklękła, żeby uspokoić wilczycę.
- Coś tu nie gra, prawda, Minno?
Arion miała coraz bardziej zaniepokojoną minę. Dała sobie spokój z rhuńskim i przeszła na swój ojczysty język.
- Musimy... - Przerwał jej oślepiający błysk i straszliwy trzask.
Minna zaskowyczała i rzuciła się do ucieczki w dół zbocza.
Persefona się zatoczyła. Oślepiona powidokiem, który drgał w jej polu
widzenia smugą jaskrawych plam, bezskutecznie starała się go odpędzić
mruganiem. Jej nozdrza wypełnił zapach dymu i poczuła gorąc ognia.
Megda płonie!
Arion leżała na ziemi u podnóża drzewa, osłaniając się uniesionymi
dłońmi. Fhrejka wykrzyczała pojedyncze słowo - Persefona go nie
rozpoznała, ale brzmiało jak rozkaz. Coś trzasnęło i płomienie trawiące
stary dąb zniknęły. Zostały jedynie budzący grozę syk oraz dym
rozwiewany przez złowróżbną wichurę. Megda została rozszczepiona na
dwoje, rozłupana na pół. W jej pniu ziała straszliwa poczerniała wyrwa,
której brzegi rozjarzały się czerwono z każdym podmuchem wiatru.
Starożytna, cudowna matka drzew otrzymała z rąk bogów śmiertelny cios.
Persefona pomogła Arion wstać.
- Musimy uciekać - powiedziała Fhrejka.
- Co? Dlaczego?
Arion chwyciła ją za nadgarstek i szarpnęła.
- Teraz!
Persefona poczuła, że włosy stają jej dęba, gdy Arion pociągnęła ją w dół po zboczu wzgórza, dalej od polany, w mroczny cień Księżycowej
Puszczy. Suri i Minna były już daleko przed nimi, gnały pędem.
Trzask!
Piorun walnął w ziemię gdzieś za nimi.
Trzask! Trzask!
Dwie kolejne błyskawice rozdarły powietrze tak blisko, że Persefona
poczuła gorąc. Biegnąc ramię w ramię, ona i Arion podążyły za Suri oraz
Minną, gdy te wpadły do lasu, przedzierając się przez gęste krzewy,
jeżyny i cierniste zarośla. Z trudem łapiąc powietrze, Persefona
obejrzała się przez ramię. Seria wypalonych plam znaczyła prostą linię
od dębu do miejsca, gdzie teraz stały.
Trzask!
Wszystkie podskoczyły, gdy dźwięk eksplodował bezpośrednio nad nimi.
Podobnie jak stary dąb, drzewa w górze zajęły się ogniem. Jeden olbrzymi
konar spadł niczym wielka pochodnia - kolejny, który koniecznie chciał
powiększyć liczbę wdów na świecie.
- Potrzebujemy schronienia - rzuciła Arion, znów ciągnąc Persefonę za
rękę.
- Rol jest blisko! - krzyknęła Suri. - Tędy!
Pognała głębiej w las. Minna sadziła długie susy przy jej boku.
Persefona wprawdzie nie pojmowała mowy drzew, ale rozumiała udrękę. Las
krzyczał. Gałęzie łamały się z trzaskiem, pnie jęczały, cała puszcza
wrzeszczała, gdy wiatr odzierał ją z zielonych letnich szat. Potem do
zgiełku dołączyła nowa nuta: wszechogarniający ryk ze wszystkich stron.
Persefona w pierwszej chwili pomyślała, że to ulewa, ale hałas był o wiele za głośny, zbyt gwałtowny. Kule lodu zaczęły przebijać baldachim
liści i gałęzi. Pociski wielkości pięści sypały się na las, rykoszetując
od konarów i pni. Persefona osłoniła ramionami głowę i wrzasnęła, gdy
dwa olbrzymie odłamki lodu trafiły ją w plecy. Oba się odbiły, ale ciosy
zapiekły jak smagnięcia batem, a były równie silne, jak uderzenia
pięścią.
Suri przystanęła u stóp pionowego skalistego urwiska i uderzyła otwartą
dłonią o kamień. Ku olbrzymiej uldze Persefony fragment ściany się
rozwarł, ukazując małe pomieszczenie zgrabnie wykute w skale. Mistyczka
wskoczyła do środka, a wilczyca zaraz za nią. Suri odwróciła się za
progiem i zamachała rękami, zataczając nimi kręgi, żeby wskazać
towarzyszkom drogę do bezpiecznego miejsca. Przywódczyni dahlu Rhen i Fhrejka razem przebiegły przez próg, schylając głowy, żeby się nie
uderzyć. Gdy już były w środku, Persefona odwróciła się i popatrzyła na
niszczycielski żywioł.
Trzask!
Kolejna błyskawica rozdarła powietrze i liście na sekundę zajaśniały
stoma odcieniami zieleni, rozświetlone blaskiem jaskrawszym niż słońce.
Trzask!
Pobliska topola stanęła w ogniu. Rozszczepiona na pół zwaliła się w deszczu iskier i płomieni. Wiatr podsycił płomienie wzniecone przez
pioruny, tworząc inferno: lód i ogień, wichura i spadające gałęzie.
Persefona gapiła się na to wszystko, zagubiona gdzieś pomiędzy grozą a podziwem.
Suri uderzyła dłonią w kamień, który uruchomił mechanizm zamykający, i drzwi się zasunęły.
Na zewnątrz nadal waliły pioruny i tłukł grad, ale już w bezpiecznej
odległości, a dźwięki były stłumione. Widząc, że nie odniosły
poważniejszych obrażeń, trzy zadyszane uciekinierki wymieniły
oszołomione spojrzenia ocalonych. Persefonę zalała fala ulgi... a potem
kobieta uświadomiła sobie, że nie są same.
***
Było oczywiste, że Gifford nigdy nie wygra żadnego wyścigu. Chociaż
uzmysłowił sobie ten fakt dopiero po osiągnięciu dorosłości, wszyscy
inni wiedzieli o tym już w dniu jego narodzin. W lewej nodze brakowało
mu czucia, nie była w stanie udźwignąć wagi garncarza i powłóczył stopą.
Jego plecy były w niewiele lepszym stanie - paskudnie skręcone, tak że
biodra wystawały w jedną stronę, a ramiona w drugą. Większość ludzi
żałowała Gifforda, a niektórzy nim pogardzali. Nigdy nie rozumiał ani
jednych, ani drugich.
Roan stanowiła wyjątek. To, co innym wydawało się beznadziejną sprawą,
ona traktowała jak wyzwanie.
Teraz oboje znajdowali się przed chatą Gifforda, a Roan przywiązywała do
jego lewej nogi dziwaczną konstrukcję z drewna i cyny, zaciskając
skórzane paski. Klęczała przed nim na trawie, przepasana swoim roboczym
fartuchem, ze smugą węglowego pyłu z lewej strony nosa. Kasztanowe włosy
dziewczyny były zaczesane do tyłu w kitkę związaną tak wysoko na czubku
głowy, że przypominała koguci grzebień.
Wskutek pracy z ostrymi kawałkami metalu jej drobne, zręczne dłonie były
pokryte dziesiątkami skaleczeń. Gifford marzył o tym, by je ująć i całować, kojąc ból. Raz spróbował wziąć Roan za rękę i nie skończyło się
to dobrze. Dziewczyna wyrwała się, jej oczy rozszerzył strach, a na
twarzy odmalowała się zgroza. Roan miała awersję do bycia dotykaną -
Gifford dobrze o tym wiedział, po prostu się zapomniał. Nie reagowała w ten sposób tylko na niego. Nie była w stanie znieść niczyjego dotyku.
Roan mocno szarpnęła pasek na wysokości kostki i skinęła głową ze
stanowczą, zdeterminowaną miną.
- Tak powinno być dobrze. - Wstała i symbolicznie otrzepała ręce. W jej
głosie oprócz entuzjazmu pobrzmiewała też powaga. - Gotów?
Gifford w odpowiedzi wsparł się o swój stół garncarski i dźwignął do
pozycji stojącej. Sklecone z deszczułek i metalowych zawiasów ustrojstwo
na jego nodze zaskrzypiało. Brzmiało to jak otwieranie maleńkich drzwi.
- Opierasz się na niej całym ciężarem? Spróbuj. Zobacz, czy wytrzyma.
Dla Gifforda każda próba wsparcia się na lewej nodze przypominała
chodzenie po wodzie. Jednakże dla Roan mógł z chęcią upaść na twarz.
Może uda mu się przeturlać i sprawić, by się uśmiechnęła. Gdyby urodził
się z dwiema silnymi nogami, krzepki i zwinny, tańczyłby i wirował jak
pajac, żeby ją rozbawić. Może nawet potrafiłby doprowadzić ją do
śmiechu. Roan rzadko się śmiała. We własnym pojęciu nadal była
niewolnicą, kimś gorszym. Gifford pragnął, by zaczęła widzieć siebie
tak, jak on ją postrzegał, ale ponieważ sam był kaleką, stanowił krzywe
zwierciadło, które odbijało zniekształcony obraz.
Gifford przekrzywił biodra, przenosząc część wagi na chorą nogę. Nie
upadł. Paski okalające jego udo i łydkę napięły się, ale noga
wytrzymała. Rozdziawił usta, otworzył szerzej oczy, a Roan się
uśmiechnęła.
Na Mari, co za wspaniały widok.
Nie mógł się powstrzymać i odwzajemnił uśmiech. Stał prosto - w każdym
razie tak prosto, jak mu pozwalały wykrzywione plecy. Dzięki magicznej
zbroi sporządzonej przez Roan Gifford wygrywał niemożliwą walkę.
- Zrób krok - zachęciła go, zaciskając pięści z ekscytacji.
Gifford przeniósł ciężar ciała z powrotem na prawą nogę, uniósł lewą i zrobił wymach w przód. Zawiasy ponownie zaskrzypiały. Postąpił krok do
przodu - tak, jak ludzie czynią to miliony razy - i właśnie wtedy
rozleciało się rusztowanie podtrzymujące jego nogę.
- O nie! - jęknęła Roan, gdy Gifford poleciał do przodu, omal nie
wywracając świeżo pokrytych polewą kubków, które schły w porannym
słońcu.
Uderzył policzkiem i uchem o twardą ziemię, aż zabolała go głowa.
Jednakże jego łokieć, dłoń i biodro w dużym stopniu zamortyzowały
upadek. Dla Roan musiało to wyglądać dramatycznie, ale Gifford potrafił
się przewracać. Robił to przez całe życie.
- Tak mi strasznie, strasznie przykro. - Roan padła z powrotem na
kolana, nachyliła się nad nim, gdy przekręcał się na bok. Jej uśmiech
zniknął. Świat stał się mniej radosny.
- W porządku, nic się nie stało. Nie upadłem na kubki.
- Metal nie wytrzymał. - Przesunęła pokaleczonymi dłońmi po
pozostałościach swojego wynalazku, z trudem powstrzymując łzy. - Cyna po
prostu nie jest wystarczająco solidna. Tak mi przykro.
- Trzymało się przez chwilę - powiedział, chcąc ją pocieszyć. - Płóbuj
dalej. Spławisz, że w końcu zadziała. Wiem, że ci się uda.
- Kiedy robisz krok, obciążenie jest większe. Powinnam była wziąć
poprawkę na dodatkowy ciężar, kiedy podnosisz drugą nogę. - Kilkakrotnie
palnęła się ręką w bok głowy, wzdrygając się przy każdym uderzeniu. -
Powinnam była o tym pomyśleć. Powinnam była. Jak mogłam nie...
Instynktownie złapał ją za nadgarstek, żeby przestała zadawać sobie
ciosy.
- Nie łób...
Roan wrzasnęła i wyrwała rękę, odsuwając się z przerażeniem. Kiedy
odzyskała spokój, wymienili identyczne zawstydzone spojrzenia. Milczenie
przeciągało się nieprzyjemnie aż do chwili, gdy Gifford zmusił się do
uśmiechu. Nie był to najszczerszy uśmiech, ale najlepszy, na jaki było
go stać.
Żeby delikatnie zakończyć niekomfortową pauzę, wrócił do przerwanej
rozmowy, udając, że nic się nie stało.
- Łoan, nie ma możliwości, żebyś wiedziała wszystko, łobiąc coś nowego.
Następnym łazem będzie lepiej.
Zamrugała dwukrotnie, patrząc na niego, po czym odwróciła wzrok. Nie
patrzyła na nic konkretnego, zatonęła w myślach. Czasem Roan myślała tak
intensywnie, że Gifford niemal to słyszał. Zamrugała ponownie, po czym
otrząsnęła się ze stuporu. Podeszła do Giffordowego stołu garncarskiego
i podniosła jeden z jego kubków. Niezręczna chwila dobiegła końca, jakby
nigdy jej nie było.
- Ten wzór jest nowy, prawda? - zapytała Roan. - Myślisz, że dałoby się
nadać ten kształt znacznie większemu naczyniu? Jeśli znaleźlibyśmy
sposób, żeby...
Uśmiech Gifforda stał się zupełnie szczery.
- Jesteś genialna, Łoan. Czy ktoś już ci to mówił?
Kiwnęła głową, a jej kogucia kitka podskoczyła.
- Ty mówiłeś.
- Bo to pławda - odparł.
Znów wyglądała na zawstydzoną, jak zawsze, kiedy prawił jej komplementy.
Reagowała tak, ilekroć ktokolwiek powiedział jej coś miłego. Ten
niepokój był znajomy. Popatrzyła na nowy wynalazek i westchnęła.
- Potrzebuję czegoś mocniejszego. Nie da się tego zrobić z kamienia ani
z drewna.
- Lepiej nie płóbować z gliną - odparł Gifford, ryzykując żart. -
Chociaż złobiłbym ci z niej piękne zawiasy.
- Wiem, że byś zrobił - odparła z absolutną powagą.
Roan nie bardzo rozumiała ideę żartów. Humor często wiązał się z tym, co
nieoczekiwane lub niedorzeczne, jak zawiasy zrobione z gliny. Jednak jej
umysł nie działał w ten sposób. Dla Roan nic nie było zbyt absurdalne,
żaden pomysł nie wydawał jej się zbyt szalony.
- Po prostu będę musiała coś wymyślić - powiedziała, rozpinając
sprzączki pasków. - Wynaleźć jakiś sposób, żeby wzmocnić metal. Zawsze
istnieje lepszy sposób. Tak mówi Padera, a ona zawsze ma rację.
Roan nie bez przyczyny tak wysoko ceniła opinię Padery. Najstarsza
mieszkanka dahlu Rhen widziała już wszystko. Nie miała też oporów przed
wyrażaniem swoich myśli na głos, bez względu na to, czy ludzie chcieli
znać jej zdanie, czy też nie. Z niepojętych powodów Padera zawsze
traktowała Gifforda wyjątkowo szorstko.
Podczas gdy Roan zmagała się ze sprzączką, porywisty wiatr zdmuchnął
płachtę ze stołu garncarskiego. Dwa kubki przewróciły się z cichym
brzękiem. Napływały gęste, kłębiaste chmury, przesłaniając błękit i zakrywając słońce. W całym dahlu ludzie ruszali truchtem w stronę swoich
domostw.
- Zdejmuj pranie! Zdejmuj pranie! - krzyknęła do swojej córki piekarzowa
Viv.
Chłopcy Killianów pobiegli zagonić kury, a Bergin pognał schować pod
dach kadź ze świeżo naszykowanym zacierem.
- Dosłownie przed chwilą była piękna pogoda - zamruczał gniewnie,
spoglądając na niebo spod zmarszczonych brwi, zupełnie jakby mogło go
usłyszeć.
Kolejny podmuch wiatru wprawił w ruch wszystkie kubki Gifforda, które
pobrzękiwały, uderzając o siebie. Dwa kolejne przewróciły się i potoczyły, zataczając koła na blacie. Pracował intensywnie, zanim
zjawiła się Roan, lecz zawsze z radością pozwalał, by go oderwała od
obowiązków.
- Musimy pochować twoje wyroby. - Roan ze zdwojoną energią wróciła do
prób zdjęcia swojego wynalazku z nogi garncarza, ale nie mogła rozpiąć
jednej ze sprzączek. - Zapięłam ją za ciasno.
Wiatr się wzmagał. Flagi na dachu strażnicy łopotały głośno. Płonące
drwa w dwóch misach stojących przed posągiem Mari usiłowały nie zgasnąć,
ale szybko przegrały tę walkę, pęd powietrza zdławił ogień.
- Niedobrze - powiedział Gifford. - Jak dotąd tylko łaz się zdarzyło,
żeby zgasły, i to było wtedy, kiedy wichuła zełwała dach stłażnicy.
Strzecha jego chaty szeleściła. Źdźbła trawy oraz grudki ziemi sypały
się na jego twarz i ręce.
Sprzączka nadal stawiała opór. Sfrustrowana Roan sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła jeszcze jeden ze swoich wynalazków: dwa noże, tak oprawione w skórę, żeby można było ciąć oboma jednocześnie. Przecięła nimi paski,
uwalniając Gifforda.
- Już. Teraz możemy...
Piorun rąbnął w strażnicę. Najpierw były drzazgi, iskry i smuga białego
dymu, a potem huk - tak głośny, że Gifford poczuł go w całym ciele.
Masywne bale eksplodowały, a strzecha zajęła się ogniem.
- Widziałaś... - zaczął mówić garncarz i wtedy kolejny piorun rąbnął w strażnicę z drugiej strony budynku. - Ooo!
On i Roan patrzyli w szoku, jak w drewnianą budowlę trafia trzeci, a potem czwarty piorun. Cobb, świniopas, który czasem pełnił obowiązki
wartownika przy bramie, zareagował jako pierwszy. On i Bergin pobiegli w stronę studni, łapiąc po drodze tykwy. Wtedy kolejny piorun rąbnął w żuraw studni, który eksplodował w chmurę drzazg. Obaj mężczyźni padli na
ziemię.
Z nieba posypało się więcej błyskawic, zarówno wewnątrz dahlu, jak i poza jego obrębem. Po każdym trafieniu rozbrzmiewały wrzaski, pojawiały
się płomienie i dym. Wokół Roan i Gifforda ludzie pędzili do swoich
domostw. Galantianie - wygnani fhrejscy wojownicy, którzy znaleźli
schronienie w dahlu - wybiegli ze swoich namiotów i gapili się na niebo.
Wyglądali na równie przerażonych jak reszta mieszkańców, co było nie
mniej niepokojące niż sam kataklizm. Do niedawna ludzie z dahlu Rhen
uważali Fhrejów za bogów.
Pasterz Gelston przebiegł obok. Błyskawica rąbnęła, gdy znajdował się
między stosem drewna opałowego a grządką dojrzewającej fasoli w ogródku
Killianów. Gifford niewiele zobaczył - tylko zygzak oślepiającej
jasności. Kiedy odzyskał wzrok, Gelston leżał na ziemi, a jego włosy
płonęły. Bergin podbiegł do pasterza i oblał mu głowę wodą.
Gifford krzyknął do Roan:
- Musimy się schować w jamie na zapasy! Szybko!
Chwycił swój kostur i dźwignął się na nogi.
- Roan! Giffordzie! - wrzasnął Raithe, śpiesząc ku nim wraz z Malcolmem.
Raithe nadal nosił dwa miecze: złamany miedziany na plecach, a u pasa
misternie dekorowaną fhrejską broń bez pochwy. Malcolm oburącz trzymał
włócznię. - Czy wiecie, gdzie jest Persefona?
Gifford pokręcił głową.
- Nie, ale musimy się dostać do jamy!
Raithe skinął głową.
- Zwołam tam ludzi. Malcolm, pomóż im.
Były niewolnik podszedł do Gifforda, przerzucił sobie jego rękę przez
ramię i praktycznie zaniósł garncarza do wielkiej jamy, gdzie mieszkańcy
dahlu przechowywali zapasy, Roan zaś podążyła za nimi. Od pierwszych
żniw dzielił ich jeszcze ponad miesiąc, więc jama była niemal pusta.
Wyłożono ją cegłami ulepionymi z błota i wciąż jeszcze pachniało w niej
oblepionymi ziemią warzywami, ziarnem oraz słomą. Już zdążyli się tam
ukryć inni mieszkańcy dahlu. Piekarz i jego żona kulili się pod tylną
ścianą razem z córką i dwoma synami. Mieli przerażony wzrok. Engleton i rolnik Wedon ostrożnie wyglądali przez otwarte drzwi, obserwując furię
burzy.
Brin, nowo mianowana Strażniczka Praw, też tam była.
- Widzieliście moich rodziców? Nie ma ich tu - powiedziała drżącym
głosem.
- Nie - odrzekła Roan.
Na zewnątrz bez ustanku huczały i przetaczały się grzmoty. Gifford mógł
sobie tylko wyobrazić towarzyszące im uderzenia błyskawic. Siedząc na
dnie jamy, nie widział placu osady, tylko mały kwadrat nieba.
- Muszę ich odnaleźć! - Brin skoczyła ku wyjściu ze zwinnością młodej
sarny.
W odróżnieniu od kalekiego garncarza Brin potrafiła wygrywać wyścigi.
Była bez wątpienia najszybszą biegaczką w całym dahlu. Ta piętnastolatka
regularnie wygrywała wszystkie zawody w biegach podczas Letniego Święta.
Jednakże Gifford przewidział, co dziewczyna zrobi, i w porę złapał ją za
nadgarstek.
- Puść mnie! - Zaczęła się szarpać i wyrywać.
- To zbyt niebezpieczne.
- Nie obchodzi mnie to! - Brin szarpnęła z całej siły, tak mocno, że
upadła, ale Gifford nadal ją trzymał. - Puść mnie!
Nogi Gifforda, nawet ta zdrowa, były niemal bezużyteczne, a jego wargi
zwisały krzywo, bo nie miał mięśni, które by je podtrzymywały. Ponieważ
jednak musiał stale polegać na swoich ramionach i rękach, stały się
silne niczym imadła. Gavin i Krier, którzy zawsze mu dokuczali, raz
popełnili błąd i wyzwali Gifforda na zawody w ściskaniu dłoni. Upokorzył
Kriera, zmuszając go do płaczu. Gavin za wszelką cenę chciał uniknąć
podobnego losu, więc wbrew umówionym zasadom użył obu rąk. Gifford
potraktował pierwszego chłopca jeszcze w miarę łagodnie, ale nie uznał
za stosowne tego, by hamować się w starciu z oszustem. Złamał mały palec
Gavina oraz cienką kość biegnącą od stawu palca wskazującego do
nadgarstka.
Brin nie miała możliwości się wyrwać.
Jesień, Fig, Killianowie i Tressa, potykając się, wbiegli do jamy.
Wszyscy byli zadyszani i z trudem łapali oddech. Zaraz za nimi nadbiegli
Heath Coswall i Bergin. Wlekli ze sobą Gelstona, który nadal był
nieprzytomny. Stracił większość włosów, a skóra na jego głowie była
czerwono-czarna. Pokryty ziemią i źdźbłami trawy Bergin zameldował, że
strażnica płonie niczym ogniska zapalane podczas dożynek.
- Czy ktoś widział moich rodziców? - zapytała nowo przybyłych Brin.
Nikt nie odpowiedział.
Jakby wichura i pioruny nie wystarczyły, zaczął padać grad. Bryłki lodu
wielkości jabłek spadały ze stukotem na ziemię, wybijając dziury w darni.
Do jamy przybiegło więcej ludzi. Osłaniali głowy rękami i koszykami.
Kolejno przechodzili pod tylną ścianę, płacząc i ściskając się nawzajem.
Brin obserwowała wszystkich wchodzących, wypatrując, ale nie widząc
tych, których szukała. W końcu do środka wpadł Nyphron, a za nim jego
Galantianie, zakrywając głowy tarczami. Towarzyszyli im Moya, Cobb i Habet.
- Puść mnie! - błagała Brin, szamocząc się w uścisku Gifforda, ale
garncarz był nieubłagany.
- Nie możesz wyjść - zaprotestowała Moya, której włosy były w dzikim
nieładzie. - Twój dom płonie. Nic nie...
Na zewnątrz rozległ się ryk przywodzący na myśl kolosalną, wściekłą
bestię. Wszyscy zagapili się na drzwi, za którymi niebo pociemniało
jeszcze bardziej, a wiatr zadął z większą furią. Chata piekarza rozpadła
się na kawałki. Wichura najpierw zerwała strzechę, potem rozpadły się
belki więźby dachowej. Na koniec poddały się również ściany z bali i zniknęły wessane przez pęd powietrza. Potem wirująca chmura ziemi oraz
szczątków przesłoniła wszystko, co znajdowało się poza jamą.
- Zamknijcie drzwi - rozkazał Nyphron.
Olbrzym imieniem Grygor zaczął je zamykać, ale właśnie wtedy pojawił się
Raithe.
- Czy ktoś widział Persefonę? - zapytał, przepatrując ciżbę.
- Nie ma jej tu. Poszła do lasu - odparła Moya.
Raithe stanął przy niej.
- Jesteś pewna?
Skinęła głową.
- Suri, Arion i Sefa poszły rozmówić się z Megdą.
- Ten stary dąb rośnie na szczycie wzgórza na otwartej przestrzeni -
rzucił Raithe, nie zwracając się do nikogo konkretnie.
Wyglądał, jakby miał zaraz zwymiotować. Krążyły słuchy, że Dureyanin
jest zakochany w przywódczyni dahlu Rhen, ale różne niedawne plotki w większości okazały się nieprawdziwe. Jeden rzut oka na twarz Raithe'a wystarczył, by rozwiać wątpliwości. Gdyby Roan nadal przebywała na
zewnątrz, Gifford wyglądałby tak samo.
Wszyscy siedzieli lub klęczeli w ciszy przerywanej tylko popłakiwaniem,
podczas gdy ryk na zewnątrz narastał. Teraz, gdy drzwi jamy były
zamknięte i pilnował ich olbrzym, Gifford puścił Brin, która padła na
ziemię i zaczęła szlochać. Naokoło ludzie dygotali, pojękiwali i wpatrywali się w sufit jamy, bez wątpienia zastanawiając się, czy jej
sklepienie też zostanie rozdarte przez wichurę albo się zapadnie.
Gifford stał obok Roan, a tłum spychał ich ku sobie. Garncarz jeszcze
nigdy nie spędził tyle czasu tuż obok niej. Czuł jej ciepło oraz woń
węgla drzewnego, oleju i dymu - zapachy, które nauczył się kojarzyć z Roan i ze wszystkim, co dobre. Gdyby dach jamy się zawalił i go zabił,
Gifford podziękowałby Mari za ten ostatni akt łaski.
Jama była zasadniczo dołem wykopanym w ziemi, ale ponieważ chroniła
zapasy żywności całego dahlu, została solidnie zbudowana. Wykorzystano w tym celu najlepsze materiały. Jej ściany były z ubitej ziemi i kamienia,
sufit wspierał się na balach wkopanych w grunt. Większość naczyń
wykonanych przez Gifforda trafiała właśnie tutaj. W olbrzymich
glinianych garncach przechowywano wymłócone zboże: jęczmień, pszenicę i żyto. Wyloty naczyń zalepiano woskiem, żeby chronić zawartość przed
myszami i wilgocią. W jamie przechowywano też wino, miód, olej, warzywa
oraz zapas wędzonych mięs. O tej porze roku większość garnców była już
opróżniona i jama ziała pustką. Mimo solidnej konstrukcji sufit drżał, a drzwi stukotały.
Odrobina światła wpadała tylko przez wąskie szpary w miejscach, gdzie
drzwi nie całkiem pasowały do ościeżnicy. Te paseczki bieli migotały
intensywnie.
- Wszystko będzie dobrze - powiedział Gifford do Roan. Szeptem, jakby to
był sekret przeznaczony tylko dla jej uszu.
Wokół nich rozbrzmiewało zawodzenie. Szlochały nie tylko kobiety i dzieci. Gifford słyszał, jak Cobb, Heath Coswall, Habet oraz wytwórca
lamp Filson też płaczą, nie kryjąc się z tym. Jednakże Roan nie wydała
żadnego dźwięku. Nie była taka jak oni; nie przypominała nikogo. Światło
wpadające przez szpary wokół drzwi ukazywało kontur jej twarzy. Roan nie
wyglądała na przestraszoną. Zamiast tego jej oczy błyszczały,
zdradzając, że intensywnie myśli. Garncarz nie wątpił, że gdyby nie tłum
dzielący ją od wejścia, otworzyłaby drzwi. Chciała zobaczyć, co się
dzieje na zewnątrz. Roan zawsze chciała wszystko widzieć.
Zdawało się, że upłynęły całe godziny, nim przycichł stukot gradu. Ulewa
trwała nadal - raz się wzmagała, raz słabła tylko po to, żeby po chwili
znów łomotać z pełną siłą. Wycie wiatru przycichło. Nawet pioruny
przestały tłuc. W końcu światło wpadające przez szpary stało się jasne i już nie drgało.
Nyphron otworzył drzwi i ostrożnie wysunął się na zewnątrz. Po chwili
machnął ręką, żeby pozostali poszli w jego ślady.
Wszyscy zmrużyli oczy, próbując coś zobaczyć w oślepiającym blasku
słońca. Jedna z flag ze strażnicy leżała na ziemi, brzegi miała
postrzępione. Wszędzie walały się rozrzucone bale oraz słoma ze strzech.
Ani jedna chata nie przetrwała. Plac zaścielały gałęzie, liście i powykręcane ciała, z których żadne się nie poruszało. Chmury się
rozpraszały, odsłaniając błękitne niebo.
- Czy już po wszystkim? - zapytał stojący z tyłu ciżby Heath Coswall.
Jakby w odpowiedzi zabrzmiał głośny huk i brama dahlu zadygotała.
- A to co? - zapytała Moya w imieniu wszystkich.
Rozległ się kolejny potężny huk i brama zaczęła się przekrzywiać w zawiasach.
***
Rol, w którym się schroniły, był podobny do tego pod wodospadem, który
Suri pokazała Persefonie przed kilkoma miesiącami, kiedy ukryły się tam
przed watahą wilków oraz morderczą niedźwiedzicą imieniem Gryna. Komnata
wyrzeźbiona w litej skale dorównywała rozmiarami chatom w dahlu, a pod
jej sufitem widniały dziwne znaki. Podczas gdy rol za wodospadem był
nieco większy i kwadratowy, ten miał idealnie okrągły kształt i zawierał
sześć solidnych kolumn, które otaczały klejnot wielkości garnca do
przechowywania zboża. Osadzony w posadzce kryształ emanował nienaturalną
zieloną poświatą. Okalało go sześć ciężkich ławek, zupełnie jakby
klejnot był ogniskiem, a komnata służyła do snucia opowieści o duchach.
Przed ławką umieszczoną najdalej od drzwi stały trzy postacie, które
Persefona w pierwszej chwili wzięła za wyjątkowo niskich mężczyzn. Każdy
liczył sobie mniej niż cztery stopy wzrostu. Niesamowity szmaragdowy
blask oświetlał ich twarze. Może krzyknęłaby, a na pewno by się cofnęła,
gdyby ich miny tak ewidentnie nie wyrażały szoku i przerażenia.
- Wi... witajcie - wyjąkała, zadyszana i nieco zawstydzona. - Przepraszamy
za to najście. Na zewnątrz jest trochę strasznie.
Żaden nie odpowiedział.
Tak krępi, że ich sylwetki wydawały się kwadratowe, o wielkich dłoniach,
płaskich nosach, głęboko osadzonych oczach i krzaczastych brwiach, stali
bez ruchu jak posągi. Nosili tuniki z metalowych kółek, a na pobliskiej
ławce leżał rząd metalowych czapek. Ponieważ w ich rynsztunku odbijał
się zielony blask, wydawało się, że świecą w ciemnościach.
Dhergowie.
Persefona spotykała już przedstawicieli tej rasy. Kilka razy odbyła
podróż z karawaną kupiecką do dahlu Tirre i pobliskiego miasteczka
portowego Vernes, gdzie Dhergowie mieli swoje sklepy. Ona i jej mąż
Reglan handlowali z nimi w imieniu dahlu Rhen, wymieniając jelenie rogi,
skóry i wyroby garncarskie na kawałki cyny. Dhergowie byli znacznie
mniej onieśmielający niż Fhrejowie, ale jeszcze bardziej nieufni.
Dherg stojący po lewej miał długą białą brodę i miecz przy boku. Ten po
prawej również nosił miecz, ale jego broda była szara. Stojący pośrodku
nie miał miecza i mógł się pochwalić tylko mizernym zarostem. Nad jego
ramieniem sterczał potężny kilof, a szyję otaczał złoty torkwes.
- Czy to wasz rol? - spytała Persefona.
Dhergowie nie odpowiedzieli. Nawet na nią nie spojrzeli. Zamiast tego
wszyscy trzej gapili się na Arion z mieszanką nienawiści i zgrozy.
- Nie będzie wam przeszkadzało, jeśli posiedzimy tu z wami, póki burza
się nie skończy? - podjęła niestropiona Persefona.
Nadal żadnej odpowiedzi.
Persefona zastanawiała się, czy w ogóle rozumieją rhuński. Nie wszyscy
Dhergowie znali język ludzi. Istniały wśród nich ortodoksyjne frakcje,
które unikały kontaktu z obcymi i ich zwyczajami, w tym z obcą mową.
- Muszę usiąść - oznajmiła Arion i zataczając się, ruszyła w stronę
ławek.
Na ten widok dwaj Dhergowie - ci brodaci - rzucili się biegiem do
wyjścia. Jeden walnął dłonią w kamień uruchamiający mechanizm i drzwi
zaczęły się rozsuwać. Dobiegający z zewnątrz hałas stał się ogłuszający.
Nie był to ani łomot gradu, ani trzask ognia. Ten dźwięk był
głośniejszy, bardziej basowy. Grzmiący ryk trąby powietrznej. Persefona
widziała już kiedyś coś takiego. Kiedy była dziewczynką, ojciec wziął ją
na ręce wysoko na wałach dahlu, żeby mogła zobaczyć, jak wędrujący palec
boga drapie plecy Elan. Wirujący czarny lej powyrywał drzewa z korzeniami na odcinku długości mili. Persefona zastanawiała się wówczas,
jakie to uczucie być królikiem albo kretem w samym środku tego
kataklizmu. Teraz już wiedziała. Na zewnątrz fruwały liście, trawa,
ziemia, kamienie, grad, gałęzie i pnie drzew, zderzając się ze sobą.
Gdzieś wśród tego chaosu rozległ się głośny, rozdzierający trzask -
złamało się kolejne drzewo. Persefona poczuła szarpnięcie, jakby targnął
nią prąd potężnej rzeki - z rolu uciekało powietrze.
Białobrody Dherg też to poczuł i zaparł się nogami w progu. Popatrzył na
szalejącą burzę, potem zerknął do tyłu, na Arion, próbując podjąć
decyzję. Z targaną wiatrem brodą krzyknął:
- Zamknij je! Zamknij!
Jego szarobrody towarzysz klepnął dłonią w kamień i drzwi się zasunęły.
Kiedy skalna płyta powróciła na swoje miejsce, dolatujący z dworu ryk
ucichł.
- Ty to robisz! - zawołał oskarżycielsko białobrody Dherg w języku
Fhrejów, wskazując drzwi i piorunując wzrokiem Arion.
Siedząca na kamiennej ławce Fhrejka pokręciła ze znużeniem głową.
- To nie moje dzieło, wierzcie mi.
- Nie wierzę ci!
Arion rozpostarła palce. Zaszokowana i zlękniona zmarszczyła brwi.
Podniosła dłoń, żeby dotknąć potylicy.
- Wszystko w porządku. To wróci. - Suri wskazała pas run wyrytych
wzdłuż górnej krawędzi ścian. - Znaki. - Takie same runy umieściła
swego czasu na bandażach, które uniemożliwiły Arion posługiwanie się
magią.
Arion powoli skinęła głową. Brwi miała nadal zmarszczone, ale sprawiała
wrażenie pełnej ulgi. Widząc, że Dhergowie nadal piorunują ją wzrokiem,
wskazała runy i powiedziała:
- Te znaki są wasze, więc wiecie, że nie ja odpowiadam za to, co się
dzieje na zewnątrz.
Persefona jeszcze nigdy nie widziała Dhergów wyglądających tak jak oni.
Ci, których spotykała wcześniej, nigdy nie ubierali się w metal.
Handlarze z Vernes nosili wielkie wełniane kapelusze ognistej lub
jaskrawoczerwonej barwy oraz długie tuniki, zazwyczaj ufarbowane na
żółto bądź niebiesko. Metale nie występowały powszechnie w południowych
krainach, a Dhergowie czcili je niczym święte relikwie. To była ich
odmiana magii. Targowali się z uporem nawet o małe kawałeczki cyny.
Jednak to ich inne metale były naprawdę zdumiewające: cudowny brąz, z którego można było wykuwać niepokonaną broń, a także złoto i srebro,
które lśniły boską światłością. Persefonie przyszło do głowy, że może
trzej obcy są władcami albo piastują inne ważne funkcje w społeczeństwie
Dhergów. Bez względu na to, kim byli, należało wywrzeć na nich dobre
wrażenie. A w każdym razie najlepsze, jakie się da po niefortunnym
wpadnięciu do ich kryjówki.
- Jestem Persefona, przywódczyni dahlu Rhen - oznajmiła, doszedłszy do
wniosku, że nadeszła pora, by ktoś wykazał się grzecznością. - To jest
Arion z ludu Fhrejów. A to... - wskazała mistyczkę - jest Suri. Ach, i jej
wilczyca Minna, która jest bardzo miła i nie zrobi wam krzywdy.
Do trzech Dhergów być może dotarło, że Arion nie jest w stanie używać
magii, bo wyglądało na to, że wreszcie dostrzegli istnienie Persefony,
może dlatego, że odezwała się do nich pierwsza. Popatrzyli na nią równie
podejrzliwie jak na Fhrejkę, ale ze znacznie mniejszą obawą.
- No dobrze - powiedziała, obdarzając ich najprzyjaźniejszym uśmiechem,
na jaki było ją stać. - Kim jesteście?
Wszyscy raz jeszcze spiorunowali wzrokiem Arion, po czym przemówił ten
białobrody.
- Jestem Mróz z Nye. To jest Powódź - oznajmił, klepnąwszy w ramię tego,
który stał obok. Szarobrody Dherg zareagował wzdrygnięciem. - A on... -
Mróz wskazał Dherga uzbrojonego w kilof, tego, który nie pobiegł do
wyjścia - nazywa się Deszcz. Moi towarzysze oczywiście nie pilnowali
należycie drzwi.
- My? A co ty robiłeś? - zwrócił się Powódź do Mroza. - Dlaczego
pilnowanie drzwi miałoby być naszym obowiązkiem?
- Ja właśnie wyjmowałem kamyk z buta.
- Ostrożnie, może to twój mózg. Jeśli go wyrzucisz, to... no cóż... po
zastanowieniu stwierdzam, że chyba nie zauważymy różnicy, więc wyrzucaj
śmiało.
Mróz zmarszczył brwi.
- Jesteśmy zaszczycone, mogąc was poznać. - Persefona wykonała formalny
ukłon, co wyraźnie zaskoczyło Dhergów.
- A skąd wiedziałyście o naszym rolu? - zapytał Mróz, nie zwracając się
do nikogo w szczególności. - To są tajemne miejsca, bezpieczne kryjówki
znane tylko naszemu ludowi.
- Suri jest mistyczką i mieszka w Księżycowej Puszczy od urodzenia. -
Persefona spojrzała na dziewczynę. - To ona nas tu przyprowadziła.
Dherg uśmiechnął się złośliwie.
- Od urodzenia? Czyli jak długo?
- Suri jest... no cóż... wyjątkowa. Odnalazła wiele rolów. Prawda, Suri?
Dziewczyna głaskała wilczycę, ignorując konwersację.
- Suri? - Persefona szturchnęła mistyczkę łokciem.
- Co?
- Powiedziałam im, że masz talent do odnajdywania rolów. Czy możesz
wyjaśnić, jak to robisz?
Suri wzruszyła ramionami.
- Puste miejsca można wyczuć. Różnią się od wypełnionych ziemią i kamieniami. Ciekawie się szuka punktu, który otwiera drzwi. Tyle że
Minna czasem się nudzi, kiedy zajmuje mi to zbyt dużo czasu. Prawda,
Minna?
- Przyszłyśmy tu tylko po to, żeby się schronić przed nawałnicą -
podjęła Persefona. - Nie miałyśmy pojęcia, że ktoś jest w środku. Mam
nadzieję, że nie macie nam tego za złe. Jak sami widzicie, ta burza
jest... ta burza jest... - W jej głowie zaświtała myśl, a potem kolejne.
Kawałki układanki utworzyły całość: nagłe nadejście burzy, Arion
krzycząca, żeby uciekały, i szereg wypalonych przez błyskawice plam na
trawie.
Persefona odwróciła się do Artystki i przemówiła w języku Fhrejów:
- Arion, skąd wiedziałaś?
Łysa Fhrejka siedziała na ławce, podpierając głowę rękami.
- Co wiedziałam?
- Kazałaś nam uciekać. A te błyskawice, one... one nie uderzały losowo.
Nie wiem, jakim sposobem, ale starały się trafić w nas. Prawda?
- Tak - odrzekła Fhrejka, podnosząc wzrok.
Ulga, która odmalowała się na jej twarzy po wyjaśnieniu przedstawionym
przez Suri, już zniknęła zastąpiona wyrazem bólu. Arion potarła swoją
wełnianą czapkę.
- Tak właśnie było w czasie wojny. - Zdawało się, że Mróz zwraca się do
swoich towarzyszy, ale przemówił po fhrejsku. - Kiedy Fhrejowie
atakowali, kryliśmy się w rolach.
- Nie wiesz nic o wojnie - powiedziała Arion. - Ja byłam młoda, ale
pamiętam. Ty nie. Znasz tylko opowieści. Dhergowie nie żyją tak długo.
- Nie nazywaj mnie Dhergiem, ty... ty... elfie! - Dłoń Mroza powędrowała ku
rękojeści miecza.
Arion uniosła brwi na dźwięk słowa "elf".
- Czekajcie, czekajcie - powiedziała Persefona. - Może wszyscy
powinniśmy się uspokoić. Jestem pewna, że Arion nie chciała nikogo
obrazić. Nawałnica jest zbyt groźna, żeby ktokolwiek mógł opuścić to
miejsce, więc nie utrudniajmy sobie nawzajem życia. Nie wiemy, jak długo
będziemy wszyscy musieli tu tkwić.
Na zewnątrz zahuczał grzmot, a wycie wichru nie cichło.
Persefona poszła zająć miejsce na ławce obok Arion. Gdy siadała,
zabolały ją plecy, przypominając, że została trafiona bryłami gradu.
Dopiero teraz spostrzegła liczne skaleczenia na rękach i nogach, efekt
przedzierania się przez kolczaste zarośla. Bolało ją też lewe ucho,
aczkolwiek nie wiedziała dlaczego.
- Możecie równie dobrze usiąść - rzekł do trzech Dhergów.
Mróz i Powódź popatrzyli na siebie, po czym wrócili na ławkę ustawioną
za świecącym zielono klejnotem. Deszcz, który nie przestawał się
przyglądać runom od momentu, gdy kobiety zwróciły uwagę na ich obecność,
zawędrował tymczasem w cień. Stał w pobliżu tylnej ściany rolu i z zadartą głową studiował płaskorzeźby.
- Przepraszam, że pytam, ale jeśli Dher... ee... to słowo, którym określiła
was Arion, nie jest prawidłowym określeniem, to jak należy o was mówić?
To jedyna nazwa waszego ludu, jaką kiedykolwiek słyszałam.
- "Dherg" to fhrejskie słowo, które znaczy "wstrętny kret". Jak by się
wam podobało, gdybyśmy was nazywali "Rhunami"? - zapytał Mróz. - To też
fhrejskie słowo. Wiecie, co ono znaczy, prawda? "Barbarzyńca",
"prymitywny", "nieokrzesany"? Podoba wam się, kiedy tak o was mówią?
Persefona nie zastanawiała się nad tym wcześniej. Dla niej, jak i dla
pozostałych członków Dziesięciu Klanów, z których niewielu znało
fhrejski, słowo "Rhun" było zwykłym, pospolitym określeniem. Nazwą.
Teraz, gdy Mróz zwrócił na to uwagę, uświadomiła sobie, że stanowiło
obelgę.
- W takim razie jak sami mówicie o sobie?
- Belgriklungrejanie - odrzekł Mróz.
Persefona zaczerpnęła tchu.
- Naprawdę? To... trochę trudne do wymówienia. Zgodzicie się chyba? A co
was sprowadza do Księżycowej Puszczy? Nie przypominam sobie, żeby
przedstawiciele waszego ludu kiedykolwiek zapuszczali się tak daleko na
północ.
Wszyscy trzej wymienili zakłopotane spojrzenia, a później Mróz warknął:
- To chyba nie wasza sprawa, nieprawdaż?
Wysiłek, którego wymagało podtrzymanie tej rozmowy, zaczynał Persefonę
irytować. Wyglądało na to, że nawet błaha pogawędka wprawia Dhergów w złość.
Hałasy na zewnątrz przycichły. Burza zelżała, teraz słyszeli już tylko
deszcz. Jego stukot nie zwiastował zagrożenia, brzmiał przyjemnie i kojąco. Czy to znaczy, że jest po wszystkim? - pomyślała Persefona,
uzmysławiając sobie, że nie jest pewna, czym było "wszystko".
Ten ranek zaczął się tak dobrze. Czyste niebo i nieśpieszny spacer przez
las stanowiły miłą odmianę od narastającego napięcia w związku z potencjalną wojną. Jeszcze przed kilkoma miesiącami jej lud uważał
Fhrejów za bogów - uchodzili za nieśmiertelnych. A potem Raithe z Dureyi
zabił jednego z nich, podając dotychczasową wiedzę w wątpliwość. Kilka
tygodni później zabił Gryndala, pozornie wszechmocnego fhrejskiego
Miralyitha, i wszelki sceptycyzm zniknął. Fhrejowie nie byli bogami.
Jednakże dysponowali potężną mocą. Ich odwet był tylko kwestią czasu.
Niemniej Persefona spodziewała się przybycia armii, a nie błyskawic.
- Głowa boli? - spytała Suri, spostrzegłszy, że Fhrejka masuje skronie.
Arion skinęła głową i wstała. Ten ruch przyprawił obu brodatych Dhergów
o dreszcz strachu. Na moment zerwali się na równe nogi, ale kiedy Arion
położyła się na podłodze i zasłoniła ręką oczy, odprężyli się.
- Co jest temu elfowi? - zapytał Powódź.
- Nie odzywaj się do nich - warknął Mróz.
- Dlaczego nazywacie ją elfem? - zapytała Persefona.
- Bo tym właśnie są dla nas - odrzekł Mróz. - Koszmarami.
Zafrapowana Persefona stwierdziła:
- Ale elf to fhrejskie słowo.
- Nie ma sensu obrzucać ich wyzwiskami w naszym języku. Po co kogoś
obrażać, jeśli ten ktoś nie wie, że to robisz?
- Źle to wymawiacie - powiedziała Arion. - Prawidłowa wymowa to
"ylfe", nie "elf".
Persefona podeszła do leżącej Fhrejki i uklękła obok niej. Arion
przetarła oczy.
- Bardzo boli? - spytała Persefona.
- Tak.
- Czy coś... - Persefona zamilkła, gdy zaczęła się trząść ziemia.
Wszyscy popatrzyli na siebie. Miny mieli jednakowo zaniepokojone.
Ziemia znów zadygotała. Towarzyszył temu stłumiony huk.
- Co to? - spytała Persefona.
Nikt nie odpowiedział.
Dhergowie znów się poderwali i wszyscy trzej spoglądali w górę.
Kolejny huk, tym razem głośniejszy, wstrząsnął rolem. Z sufitu posypały
się kamyczki, pył i odłamki skały, odbijając się od klejnotu. Persefona
dźwignęła się na nogi i podeszła do Mroza, który wraz z Powodzią znów
wycofywał się w stronę drzwi.
- Czy w czasie wojny Fhrejom kiedykolwiek udawało się dostać do wnętrza
waszych rolów?
Dwaj Dhergowie popatrzyli na siebie z taką obawą, że Persefona nie
potrzebowała dodatkowej odpowiedzi.
- Jak? - spytała, a równocześnie pomieszczenie zadygotało od kolejnego
wstrząsu.
Kamienne sklepienie pękło i odpadł od niego wielki kawał skały, za
którym posypała się kaskada ziemi. Przez dziurę zajrzało ogromne oko.
Rozdział drugi
Rozdział drugi
Olbrzymie problemy
Pierwszy olbrzym, jakiego kiedykolwiek zobaczyłam, był przyjazny i lubił
gotować. Być może drugi też. Nie wiem; nigdy go nie spytałam. Trudno
jest formułować pytania, kiedy wrzeszczysz.
Księga Brin
Ogromne oko się wycofało i równie wielka pięść rozwaliła część tego, co
pozostało ze sklepienia rolu. Śniada łapa była dziesięć razy większa od
ręki zwykłego mężczyzny, kostki palców miała zgrubiałe i oblepione
brudem. Persefona i pozostali rozbiegli się, gdy z góry posypały się
kamienie i ziemia, lądując na posadzce. Kolejny cios i wielka pięść
ponownie przebiła sufit, tym razem wybijając dziurę takiej wielkości, że
zmieściłby się w niej tur.
Mróz i Powódź pierwsi dopadli do drzwi.
- Arion! - krzyknęła Persefona.
Fhrejka nadal tkwiła na podłodze. Dźwignęła się do pozycji siedzącej,
ale nie zdołała zrobić nic więcej.
Dwie potężne łapy wsunęły się przez otwór. Chwyciły jego krawędzie i zdarły całe sklepienie rolu. Jaskrawy blask słońca zalał wnętrze, a w tym blasku zamajaczyła złowroga sylwetka olbrzyma. Ogromny jak góra
stwór klęczał i kopał gołymi rękami, wystawiając w skupieniu czubek
języka. Odrzucił na bok garść przerośniętej korzeniami leśnej ściółki i wsadził w otwór grubo ciosaną twarz, ponownie przesłaniając światło.
Zajrzał do środka, jakby oglądał zawartość worka. Zielona poświata
klejnotu jeszcze pogorszyła wygląd oblicza, które i tak budziło
przerażenie. Wąskie ślepia osadzone pod pochyłym czołem wytrzeszczały
się z szaleńczą uciechą. Po obu stronach wystającego nosa biegły mroczne
kaniony, pod którymi rozwierały się przepastne usta pełne nierównych,
przedzielonych szczerbami zębów, przypominających kształtem płyty
nagrobne.
- Hag-la! - zaryczał gigant. Jego gorący oddech cuchnął zgniłym mięsem i poziomkami.
Głowa zniknęła, a w jej miejsce wsunęła się łapa.
- Uciekajcie! - wrzasnęła Persefona.
Mróz i Powódź zdążyli już uciec, a Suri i Minna umknęły tuż za nimi, ale
Arion nie miała żadnych szans. Olbrzym schwycił ją, gdy usiłowała
dźwignąć się na nogi. Gdy zaciskał masywną pięść, Deszcz zamachnął się i wbił w nią ostry koniec kilofa. Kolos puścił Fhrejkę i gwałtownie cofnął
łapsko. Przycisnął krwawiącą obficie ranę drugą ręką, spoglądając w dół
i warcząc z furią. Persefona i Deszcz wykorzystali tę chwilę, żeby pomóc
Arion. Wszyscy troje dali nura przez otwarte drzwi, tuż zanim olbrzym
wstał i z rozmachem zburzył stopą rol. Ziemia zadygotała, a z wnętrza
kryjówki dobyły się kłęby pyłu.
Drzewa rosnące na zewnątrz zniknęły. Niektóre zostały wyrwane z korzeniami, inne złamane, tak że zostały tylko rozłupane pnie.
Okaleczone konary, kłody, gałęzie i liście zaścielały pustą przestrzeń
pośrodku lasu.
Mróz i Powódź przeskakiwali zwalone pnie, biegnąc w stronę gęstwiny.
Suri i Minna przystanęły przy złamanej hikorze, żeby się obejrzeć,
podczas gdy Persefona usiłowała dźwignąć się na nogi w plątaninie
gałęzi. W odróżnieniu od pozostałych Arion nie uciekała. Siedziała
nieruchomo z wyciągniętymi ramionami i gniewnym wzrokiem.
Olbrzym zawył, szarpiąc się, by uwolnić stopę, która utknęła w pozostałościach zburzonego rolu. Ogarnęła go frustracja, bo mimo
wysiłków noga zapadała się coraz głębiej: najpierw po kostkę, potem do
połowy łydki. W końcu ziemia pochłonęła ją aż po kolano. Z drugą nogą
olbrzyma działo się to samo, zupełnie jakby zryta leśna ściółka
zamieniła się w bagno pełne smoły.
- Arg rog! - krzyknął z mieszaniną gniewu i strachu.
Dwie ogromne łapy wsparły się o ziemię, by pomóc mu się dźwignąć, ale
wokół nie było ani kawałka stałego gruntu, więc one też uległy wessaniu
przez zdradzieckie grzęzawisko. Powoli, nieubłaganie, z okazjonalnym
trzaśnięciem gałęzi czy szelestem liści, leśna ściółka wsysała olbrzyma.
Zapadł się po pas, potem po ramiona, a gdy zmieszana z liśćmi żyzna
ziemia zaczęła pochłaniać jego szyję, Arion opuściła ręce i olbrzym
znieruchomiał.
Powódź klepnął Mroza w ramię i wskazał Fhrejkę. Persefona po raz
pierwszy zobaczyła, że obaj się uśmiechają.
- Widziałeś to? - zapytał Mróz.
Powódź skinął głową.
- Może rzeczywiście da się wrócić.
Wtedy olbrzym zaczął wrzeszczeć. Wykrzyczał kilkanaście słów, których
Persefona nie rozpoznała, a potem zawołał po fhrejsku:
- Pomocy!
- Mówisz w moim języku? - zapytała Arion, która tymczasem zdążyła usiąść
na zwalonym pniu klonu.
- Tak! Tak! - krzyknął olbrzym.
- Szczęściarz z ciebie. - Arion wstała i ostrożnie przestąpiła
połamane gałęzie. Wypatrzywszy czapkę, którą zrobiła dla niej Padera,
schyliła się i podniosła ją, wzdychając na widok liści i grudek ziemi,
które przylgnęły do dzianiny.
- Pozwól mi żyć - błagał olbrzym. - Poddaję się. Wygrałaś. Rezygnuję.
- Z czego konkretnie? - zapytała Arion.
Olbrzym się zawahał.
Arion podniosła wzrok znad czapki, marszcząc z irytacją brwi, a olbrzym
zaczął się zapadać jeszcze głębiej. Ziemia sięgnęła jego podbródka.
- Z prób zabicia cię! Z prób zabicia cię. Wysłano nas, żebyśmy cię
zabili!
Arion skinęła głową, otrzepując czapkę z ziemi i liści. Potem opuściła
rękę, zafrapowana podniosła wzrok i ponownie spiorunowała olbrzyma
wzrokiem.
- Co masz na myśli mówiąc: my?
***
Gruba belka ryglująca bramę złamała się i wrota dahlu Rhen rozwarły się
gwałtownie. Na przestrzeni kilku ostatnich miesięcy Gifford widział, jak
ta brama wita różne dziwne wydarzenia. Wniesiono tędy zwłoki wodza, a wcześniej jego syna; trzykrotnie wkroczyli przez nią Fhrejowie, z których dwoje starło się w magicznej bitwie przed wejściem do strażnicy;
tędy przybył też Raithe, słynny Zabójca Bogów. Dotąd Gifford sądził, że
widział już wszystko, ale stojąc przed jamą na zapasy, wśród ruin, które
pozostawiła nawałnica, uświadomił sobie, że był w błędzie. To, co weszło
przez bramę tego popołudnia, stanowiło widok wykraczający poza jego
wyobraźnię. Ściślej rzecz ujmując, był to widok, który powinien istnieć
wyłącznie w niej.
Olbrzymy. Mnóstwo olbrzymów.
Wszyscy wiedzieli o ich istnieniu, tak samo jak wszyscy wiedzieli o istnieniu bogów, czarownic, goblinów i krimbali. Dahl Rhen już nawet
gościł jednego olbrzyma, ale Grygor, który towarzyszył pierwszej
przybyłej grupie Fhrejów, okazał się całkiem sympatyczny. Lubił gotować
i przez większość czasu trzymał się na uboczu. Ci tutaj byli inni:
rozwścieczeni i zajadli. Byli też więksi, znacznie więksi. Nosili kilty
oraz kamizele pozszywane byle jak ze skór licznych gatunków zwierząt.
Byli wyżsi niż brama, więc musieli się schylić, żeby przez nią przejść.
Stopy mieli tej wielkości, co łóżko Gifforda, i nieśli drewniane młoty,
które sporządzono, wtykając grube konary w dziury zrobione w pniu drzew.
Olbrzymów było dwanaście i wpadli do dahlu z wyszczerzonymi zębami oraz
dzikim wzrokiem. Nadbiegli, wywijając młotami, depcząc sterty słomy ze
zniszczonych strzech i potrzaskane bale. Walili w porozrzucane przez
wichurę szczątki chat i zmiażdżyli kozę, która przetrwała burzę, ale
popełniła błąd, nie uciekając. Kilku poświęciło czas, żeby podnieść
słomę i sprawdzić, czy nikt się pod nią nie ukrywa, a potem jeden
spojrzał w stronę Gifforda.
Większość ocalałych mieszkańców dahlu Rhen nadal przebywała w jamie. Ci,
którzy wyszli na zewnątrz, jak Gifford i Roan, zobaczyli, jak jeden z olbrzymów zawył podekscytowany, wskazując ich palcem. Pozostałych
jedenastu się odwróciło i cała grupa rzuciła się biegiem naprzód,
wprawiając ziemię w drżenie. Po tym, jaki los spotkał kozę, prawie
wszyscy mieszkańcy dahlu zaczęli krzyczeć i rozbiegli się w panice.
Roan nie. Stała bez ruchu, obserwując wszystko ze zgrozą.
Za nią z jamy wypadli fhrejscy wojownicy z bronią w rękach, zbyt
niecierpliwi, żeby poczekać kilka sekund, aż olbrzymy nadbiegną.
Pierwszym, który zadał celny cios, był Eres, cisnąwszy dwoma oszczepami.
Pierwszy przebił gardło najbliższego olbrzyma - Gifford przypuszczał, że
była to Grenmorianka, bo miała piersi oraz krótszą brodę.
Drugi oszczep trafił jednego z roślejszych napastników w oczodół,
wbijając się tak głęboko, że wystawała tylko tylna część drzewca.
Olbrzym zatoczył się, po czym runął twarzą w pozostałości strażnicy, tak
że jeden z bali wyfrunął w powietrze, a ziemia zadygotała tak silnie, że
Gifford z trudem utrzymał równowagę.
Sebek, Fhrej o krótkich jasnych włosach uzbrojony w dwa miecze, wbiegł
prosto w grupę napastników. Minął dwóch pierwszych sprintem. Gifford nie
rozumiał czemu, póki nie dotarło do niego, że Galantianin postanowił
zaatakować największego. Sebek dopadł swojej ofiary, wbiegł między nogi
olbrzyma i wbił po jednym mieczu w każdą z jego stóp. Gigant zawył
przeciągle i głucho z wściekłości oraz bólu. Jego wycie przybrało na
sile, gdy pochylił się, usiłując oderwać stopy od ziemi. Ostrza wysunęły
się z ran, ale wcześniej zdążył stracić równowagę. Gifford znów się
zatoczył i omal nie upadł, gdy gigant zwalił się na ziemię. Sebek ze
zwinnością zająca chwycił swoją broń i wbiegł na brzuch olbrzyma.
Przeskoczył jego pierś i wbił obie klingi w szyję.
Anwir jako następny skutecznie włączył się do walki. Wyciągnął procę,
zakręcił nią wokół głowy i uwolnił kamień, trafiając nieco mniejszego
olbrzyma, który zatoczył się akurat w chwili, gdy dopadł go Tekchin ze
swoją bronią o długiej, wąskiej głowni. Odciął trzy palce łapy
dzierżącej młot, po czym wbił klingę w pierś giganta, wycinając w niej
półkole, nim wyciągnął broń.
Roan dała krok naprzód. W jej oczach malowały się ciekawość i maksymalne
skupienie, coś w rodzaju ślepej fascynacji, której Gifford nie potrafił
zrozumieć. Kiedyś złamała sobie kostkę, wpadając do Księżycowego Potoku,
bo zagapiła się na motyla. Gifford nie wiedział, co tym razem przykuło
jej wzrok, ale podczas bitwy Fhrejów z olbrzymami nie miało to większego
znaczenia. Gdyby zawędrowała za daleko, gdyby spróbowała minąć Nyphrona,
który zajął pozycję między olbrzymami a ludźmi z dahlu Rhen, żeby
stanowić ostatnią linię obrony, Gifford złapałby ją za nadgarstek, tak
jak to zrobił z Brin. Owszem, Roan spanikowałaby i zaczęła się bronić,
ale chętnie zniósłby ból wywołany jej reakcją, gdyby to był jedyny
sposób, żeby zapewnić jej bezpieczeństwo.
Wyciągnął rękę, ale powstrzymał się, bo ku jego uldze przystanęła. To
nie olbrzymy wzbudziły zainteresowanie Roan - wędrowała spojrzeniem od
Anwira do Eresa, obserwując bacznie, jak Anwir ładuje do procy kolejny
kamień, a Eres ciska następny oszczep. Wymamrotała cicho:
- Zawsze istnieje lepszy sposób.
Ku zaskoczeniu Gifforda Grygor dołączył do pozostałych Galantian w walce
przeciwko swoim współplemieńcom. Nie martwiąc się więzami pokrewieństwa,
uniósł swój ogromny miecz i jednym ciosem powalił nieco wyższego
olbrzyma.
Vorath, jedyny Fhrej, który nosił brodę - zapuścił ją, wzorując się na
Rhunach - ruszył naprzód, dzierżąc w jednej ręce łańcuch zakończony
metalową kulą z trzema kolcami, a w drugiej buzdygan z głowicą w kształcie gwiazdy. Wkroczył w sam środek zamętu niczym wirujący cyklon
śmigającego metalu. Olbrzymy wyglądały na skonsternowane widokiem jego
broni do momentu, gdy Vorath rozwiązał zagadkę, miażdżąc ich kolana, a potem czaszki.
Z okrzykiem (mogła to być komenda, której Gifford nie zrozumiał)
Grenmorianie zaczęli się wycofywać, wlokąc poległych towarzyszy.
Fhrejowie ich nie ścigali ani nie próbowali powstrzymać, nawet kiedy
jeden z olbrzymów ruszył ku studni, żeby zabrać zwłoki kompana
spoczywające zaledwie kilka sążni od miejsca, gdzie stał Sebek.
Podczas gdy olbrzymy uciekały, Gifford spostrzegł innych mieszkańców
dahlu, którzy nie zdołali się schronić w jamie na zapasy, ale mimo to
przetrwali nawałnicę. Stary Mathias Hagger stał w pobliżu dołów
kloacznych za pozostałościami strażnicy, cały ubabrany gnojem. Arlina i Gilroy, ich trzej synowie oraz córka Maureen tłoczyli się wokół
młyńskiego koła, tam, gdzie do niedawna stał młyn. Arlina miała całą
twarz we krwi, ale wyglądało na to, że nie odniosła poważniejszych
obrażeń. Wielu innych nie miało tyle szczęścia. Wszędzie leżały ciała.
Spomiędzy szczątków chat wystawały stopy i ręce. Bitwa dobiegła końca,
ale poległych należało dopiero zliczyć.
Rozdział trzeci
Rozdział trzeci
Ognisty krąg
Nigdy nie zapomnę dnia, kiedy zginęli moi rodzice. Byłam dzieckiem,
miałam piętnaście lat i mój świat został zniszczony. Potem Persefona
powiodła nas daleko od miejsca, które stanowiło nasz dom, a moje
dzieciństwo dobiegło końca.
Księga Brin
Arion leżała na wznak z zamkniętymi oczami na oczyszczonej z gruzów
niewielkiej przestrzeni wewnątrz wałów dahlu Rhen. Kiedy cień padł na
jej twarz, niechętnie rozchyliła powieki. W jej głowie nadal pulsował
nieznośny ból.
- Spróbuj tego - powiedziała Suri.
Gdyby to był ktokolwiek inny, Arion udawałaby, że śpi, ale Suri nie
sposób było oszukać.
Arion otwarła jedno oko. Rhuńska mistyczka stała nad nią, trzymając
parującą czarkę. Tuż za nią czekała staruszka imieniem Padera. Ostatnimi
czasy działały w duecie, warząc różne prymitywne dekokty w nadziei, że
któryś złagodzi dręczący Fhrejkę ból. Żadna z tych receptur nie
podziałała. Wiedząc, że obie Rhunki będą ją nękać tak długo, aż wypije,
posmaruje się albo wypłucze gardło tym, co przygotowały, Arion usiadła i wzięła czarkę. Jakimś cudem to kruche naczynie, zwane przez mieszkańców
dahlu Giffordowym wyrobem, przetrwało atak. Misternie zdobiony kubek
wydawał się równie nie na miejscu wśród błota i kłód jak sama Arion.
Suri gestem dała do zrozumienia, że płyn należy wypić. Arion powąchała
zawartość czarki i wzdrygnęła się z obrzydzeniem.
- Jesteś pewna? - zapytała.
- Raczej tak - odrzekła Suri z krzepiącym uśmiechem.
Gorący odwar był gorzki, ale znacznie mniej ohydny niż jego zapach.
Pozostawiał w ustach drzewny posmak.
- Co to jest?
- Kora białej wierzby.
- Pomaga na ból głowy?
Suri skinęła głową.
- Nie ma nic lepszego.
Arion wiedziała, że młoda mistyczka nagina prawdę. Gdyby faktycznie nie
istniał lepszy lek, Suri z Paderą wypróbowałyby go w pierwszej
kolejności, a miały już za sobą prawie pół tuzina prób. Upiła drugi łyk.
Ból głowy nie zelżał, ale przynajmniej para unosząca się z czarki
przyjemnie grzała. Stara kobieta nie mówiła po fhrejsku, więc Arion
zmusiła się do uśmiechu i skinęła głową w jej stronę. Padera zamamrotała
niezrozumiale, a jej kwaśna mina stała się jeszcze bardziej skwaszona.
Suri zdążyła nauczyć Arion trochę rhuńskiego, podczas gdy Arion starała
się poprawić jej znajomość fhrejskiego. Jednakże słownictwo Fhrejki
ograniczało się do kilkuset słów, a Padera użyła głównie takich, których
Arion nie znała.
- Co ona powiedziała?
- Że nie rozumie, czemu nie zdrowiejesz.
- To znaczy, że jest nas dwie.
Rozejrzawszy się, Arion zobaczyła, że niewiele się zmieniło od czasu,
gdy legła na ziemi, pomijając fakt, że schludne rzędy zawiniętych w płótno ciał zostały starannie ułożone w masowym grobie. Wszystkie
budynki nadal były obrócone w perzynę. Wszędzie poniewierały się
rozrzucone bale, słoma oraz kamienie z fundamentów. Arion rozważała
naprawienie zniszczeń, choć nie była pewna, jak poskładać to wszystko z powrotem w całość. Jednakże ostatecznie nie zdecydowała się zaryzykować.
Wcześniej tego ranka, zanim wyruszyła do puszczy, Fhrejka sądziła, że
wreszcie wróciła do zdrowia. Ból głowy nie nawiedzał jej już od paru
dni, ale teraz pulsowanie pod czaszką sygnalizowało dobitnie, że
przedwcześnie uwierzyła w swoje wyzdrowienie.
Kilka miesięcy wcześniej, kiedy przybyła do dahlu, żeby postawić
Nyphrona przed sądem, Arion została uderzona kamieniem w głowę przez
jednego z osadników. Dotąd nie udało jej się odkryć tożsamości winnego,
ale nie miało to znaczenia. To, co było istotne, to jej całkowite
odcięcie od Sztuki. Po odniesieniu rany nie była w stanie utkać
najprostszego splotu. Dopiero po zdjęciu bandaży spowijających jej głowę
Arion odzyskała zdolność posługiwania się Sztuką. Jak się okazało, Suri
bała się, że Fhrejka zemści się na dahlu za atak, więc młoda mistyczka
wymalowała na bandażach dhergijskie runy, które uniemożliwiły Arion
używanie magii.
Kiedy Fhrejka odzyskała dostęp do Sztuki, stoczyła walkę z Gryndalem,
ale pod koniec pojedynku ból ją oślepiał. Nie była w stanie chodzić i trzeba było ją zanieść do łóżka. Nie usnęła po tej bitwie, tylko
straciła przytomność. Kiedy ocknęła się całą dobę później, Arion była
fizycznie chora oraz rozbita emocjonalnie, ale przynajmniej znów
dysponowała Sztuką, a w każdym razie tak sądziła.
Użycie Sztuki, żeby zgasić płomienie trawiące Megdę, a później uwięzić
olbrzyma, spowodowało nawrót bólu. Tak więc, choć nic już nie
powstrzymywało Arion od sięgania po magię, korzystanie z niej było
całkiem inną kwestią.
- Nie śpisz. To dobrze. - Nyphron podszedł do niej, brodząc w zwałach
słomy, która do niedawna była czyimś dachem. Przywódca Galantian po raz
pierwszy od tygodni miał na sobie zbroję. Wypolerowany brąz błyszczał
jaskrawo w promieniach popołudniowego słońca. Rosły wojownik górował nad
Arion. - Nadal sądzisz, że da się znaleźć dyplomatyczne rozwiązanie? -
zapytał agresywnym tonem.
Chciał walczyć - przynajmniej werbalnie. Żadne zaskoczenie. Instarya
byli szczepem wojowników.
Suri i Padera oddaliły się śpiesznie, ale Arion nie mogła równie łatwo
uniknąć rozmowy z Nyphronem.
Ból napływał brutalnymi falami, zamazując jej pole widzenia, jakby
trafiały ją ciosy. Potarła czoło ze zbolałą miną, mając nadzieję, że
Nyphron to zauważy i zostawi ją w spokoju.
Nie zostawił.
Wskazał rozciągające się wokół zniszczenia.
- Myślisz, że to był losowy wypadek? Zbójecka banda Grenmorian, którzy
zawędrowali jakieś trzysta mil od swojej ojczyzny? Wyjątkowo duża grupa,
której udało się uniknąć patroli Instarya i którzy przedefilowali sobie
obok Alon Rhist, żeby zmiażdżyć ten dahl dla czystej rozrywki? A burza?
Czy to był zwykły wybryk natury?
- Nie, wcale tak nie myślę. - Wymówiła te słowa powoli, ze znużeniem,
jej głos się rwał. Nyphron z pewnością widział, jak źle się czuła.
Zwykła przyzwoitość powinna kazać mu...
- W takim razie co myślisz?
Nic nie myślała. W tym sęk. Myślenie bolało. Oczywiście, że atak
przeprowadzono z premedytacją, ale kto w zasadzie był celem? Rhuńska
osada w odwecie za śmierć Gryndala? Nyphron za swój bunt? Nie można też
było zaprzeczyć, że pioruny uderzały w sposób celowy. Czy książę
Mawyndulë przekonał swojego ojca, że Arion stała się zagrożeniem w związku z rolą, którą odegrała?
- Myślę, że to nie jest odpowiedni moment na tę rozmowę. Jestem
zmęczona, boli mnie głowa i chcę tylko odpocząć.
- Twoje wahanie już kosztowało nas cenny czas. Całymi miesiącami
ociągaliśmy się i nie podejmowaliśmy żadnych działań. - Wskazał
otaczające ich zniszczenia. - Oto efekt. Musimy zabrać tę wojnę do
samego fane'a Lothiana.
- Wojnę? - Teraz to w głosie Arion zabrzmiało niedowierzanie. - Jaką
wojnę? Owszem, dahl Rhen został zaatakowany, ale naprawdę nie mogę winić
za to Lothiana. Ten dahl dał schronienie tobie i twoim Galantianom, a jeden z jego mieszkańców zabił Pierwszego Ministra Gryndala. To był
odwet, bez dwóch zdań. Ale wojna? Powinnam teraz rozładować sytuację, a nie dolewać oliwy do ognia.
- Naprawdę jesteś aż tak naiwna? Tu nie chodzi o pojedynczy dahl. Czy
oni ci w ogóle powiedzieli, czemu cię wysyłają, żebyś mnie sprowadziła z powrotem? Jakiego przewinienia się dopuściłem?
- Tak. Zaatakowałeś Petragara, nowego komendanta Alon Rhist.
- Postanowiłem uniknąć uwięzienia, które groziło mi za odmowę wykonania
rozkazu. Polecono mi zniszczyć wioski Rhunów. Wszystkie. Lothian chce,
żeby Rhunowie zniknęli. Fane już wypowiedział wojnę.
Arion przypomniała sobie, że w czasie podróży faktycznie minęła spalone
ruiny, ale dopiero teraz uświadomiła sobie, w jaki sposób tamta osada
uległa zniszczeniu i dlaczego.
- Ale nie możesz prowadzić wojny z Estramnadonem. Będziesz zabijał
swoich rodaków? Złamiesz Prawo Ferrola? Przecież chyba nie chcesz
utracić prawa wstępu do Phyre. Przeżyć resztę życia jako banita to
jedno, ale zostać wykluczonym z zaświatów? To nie do pomyślenia.
- Nie muszę nikogo zabijać własnoręcznie. Nauczę Rhunów walczyć. Oni
mogą się zająć zabijaniem. Raithe już udowodnił, że to możliwe.
Potrzebują tylko przeszkolenia.
- I sądzisz, że kilka lekcji wystarczy, żeby mogli stawić czoła całej
potędze fane'a?
Nyphron uśmiechnął się jadowicie, umykając spojrzeniem, tak jakby
powiedziała coś komicznego i zarazem budzącego niesmak.
- Fane'a? A co Lothian wie o wojnie? Co wie o wojnie ktokolwiek z tych,
którzy mieszkają za rzeką Nidwalden? To my, Instarya, chroniliśmy ich
przez stulecia. Jeśli moja armia Rhunów będzie sprawiać odpowiednio
groźne wrażenie, Instarya przejdą na moją stronę.
- Naprawdę uważasz, że to takie proste?
- W każdym wypadku moi towarzysze broni odmówią mieszania się w ten
konflikt. A bez nich fane nie będzie miał żadnych strategów, żadnych
zdolnych dowódców, żadnych wojowników, żadnej armii i żadnego pojęcia o tym, jak walczyć.
- A Miralyithowie? Feneliusa w pojedynkę pokonała całą armię Dhergów w bitwie pod górą Mador. Twoim potężnym Instarya przypadła jedynie rola
obserwatorów.
- Wykorzystamy dhergijskie runy. Umieścimy je na każdej tarczy, na
każdym hełmie.
Jego słowa zaskoczyły Arion. Przemyślał wszystko dokładniej, niż
przypuszczała. Oceniła jego plan jako sprytny, ale pełen luk -
ignorancja lub głupota kazały mu zignorować różne kwestie. Przypomniała
sobie słowa Feneliusy: "Łatwiej uwierzyć w dziwaczne kłamstwo, które
potwierdza twoje podejrzenia, niż w najbardziej oczywistą prawdę, która
im zaprzecza". Najwyraźniej nie tylko Artyści mieli skłonność do
okłamywania samych siebie.
- Runy Dhergów nie wygrają dla was wojny - oznajmiła, mrugając, bo ból
wyciskał jej teraz łzy z oczu. - Myślisz w sposób ograniczony, skupiając
się na tym, czego chcesz, w co potrzebujesz wierzyć. Runy jedynie
uniemożliwią Sztuce wpływanie na noszącego. Gdybym chciała cię zabić
teraz, w tej chwili, pierwsze, o czym pomyślałabym, to sprawienie, żebyś
stanął w ogniu. Ogień jest łatwy i wymaga niewiele wysiłku. To jedna z pierwszych rzeczy, jakich uczą się aspirujący Miralyithowie, ale
domyślam się, że nie zadziałałoby, prawda? Płomienie byłyby wyczarowane,
a ty już pokryłeś wnętrze swojej zbroi ochronnymi znakami.
Brwi Nyphrona podjechały do góry, potwierdzając, że Arion ma rację i że
zaskoczyła go trafność jej domysłów.
- Ale co by było, gdybym rozdarła ziemię pod twoimi stopami? Albo
sprawiła, żeby przygniotło cię drzewo? Co gdybym zmieniła bieg rzeki
tak, żeby zalała obóz twojej armii... wielka, potężna rzeka? Miralyithowie
są kreatywni. Nie bez kozery nazywamy magię Sztuką. A więc w jaki sposób
ty i twoja armia stawicie czoła drużynie Miralyithów zdolnych sprawić,
by sama Elan zwróciła się przeciwko wam?
Bolesne pulsowanie w głowie Arion słabło. Może odwar pomógł. Myślenie
szło jej łatwiej.
- Pokonam ich dzięki przewadze liczebnej. Czy wiesz, ilu jest Rhunów? -
zapytał.
- Tysiące.
Nyphron uśmiechnął się na poły z zadowoleniem, na poły szelmowsko.
- Do obowiązków szczepu Instarya należy szacowanie liczebności Rhunów,
tak samo jak śledzimy populacje zwierząt, Grenmorian i goblinów. Co
dziesięć lat przeprowadzamy spis. Kiedy Rhunowie stają się zbyt liczni,
prowokujemy konflikty między Gula-Rhunami a Rhunami z Rhulynu, żeby
przerzedzić stada.
- To okropne.
Nyphron pokręcił głową.
- Naprawdę okropne byłoby pozwolenie, żeby się mnożyli bez żadnej
kontroli. Już po kilku pokoleniach Rhunowie zalaliby świat jak powódź, a Fhrejowie i Dhergowie mogliby zostać zepchnięci na margines i prędzej
czy później wyparci z powierzchni ziemi. I to nie tak, że Rhunów nie
bawi zabijanie się nawzajem. Walczyliby częściej, gdybyśmy nie stali
pomiędzy nimi. Ale powinniśmy byli wykazać większą czujność. Kiedy
osiedli w wioskach, nawet tak prymitywnych jak ta, ich populacja
eksplodowała. Dopóki byli nomadami, ich liczebność ograniczały
drapieżniki takie jak gobliny i Grenmorianie oraz niedostatek żywności.
Ale potem nauczyli się uprawiać ziemię.
- Czy to myśmy ich nauczyli?
- Nie. Mniej więcej w tym samym czasie zaczęli używać miedzi i cyny,
więc sądzimy, że to wszystko sprawka Dhergów. - Spiorunował spojrzeniem
trzech Dhergów, którzy kulili się w pobliżu wału obronnego.
Nie stali wystarczająco blisko, żeby usłyszeć treść rozmowy, ale
jadowita mina Nyphrona wystarczająco jasno wyrażała obrzydzenie. Wszyscy
trzej Dhergowie wstali i odeszli kawałek dalej.
- Dhergowie nauczyli barbarzyńców różnych rzeczy. Już wkrótce Rhunowie
wznosili spichlerze i budynki, zmieniali tryb życia na osiadły i zakładali kolejne osady. Nagle zrobiły się ich tysiące, potem dziesiątki
tysięcy, a teraz... - Zniżył głos, żeby podkreślić dramatyzm swoich słów.
- Arion, Rhunów jest więcej niż milion.
- Milion? - powtórzyła, pewna, że źle go usłyszała albo że jej ospały,
uszkodzony mózg nie załapał żartu.
Fhrejów było zaledwie pięćdziesiąt tysięcy, zatem idea, że Rhunowie
przewyższają ich liczebnością w proporcji dwudziestu do jednego,
rzeczywiście budziła niepokój.
- A będzie tylko gorzej. Ile dzieci urodzi się w Estramnadonie w przyszłym roku, dziesięcioro, dwadzieścioro? W tym samym roku Rhunom
przybędzie dwadzieścia pięć tysięcy noworodków.
- Ale... Ale oni tak szybko umierają. Słyszałam, że nie dożywają nawet
jednego stulecia.
- To prawda. Co roku umiera jakieś piętnaście tysięcy, ale to nadal
oznacza, że ich populacja powiększy się o dziesięć tysięcy. W obecnym
pokoleniu może się urodzić dwieście tysięcy dzieci. Dopóki sądziliśmy,
że są potulni jak króliki, nie uznawaliśmy ich za zagrożenie. Ale teraz...
no cóż, Raithe zabił Gryndala, nieprawdaż? Dotąd Rhunowie uważali nas za
nieśmiertelnych bogów, ale teraz, kiedy wiedzą, że krwawimy i umieramy,
czy będą siedzieć bezczynnie, kiedy Lothian zaatakuje? Czy raczej chwycą
za broń? - Jego spojrzenie powędrowało w stronę mieszkańców dahlu. -
Wojna jest nieunikniona. Możemy zostać stratowani lub dosiąść konia i go
ujeździć. Ja już podjąłem decyzję. Sugeruję, żebyś zrobiła to samo.
***
Ogień trzaskał głośno, pożerając sto lat cywilizacji w jedną noc. Odkąd
Raithe przybył do dahlu Rhen, uznawał to miejsce za szczytowe
osiągnięcie ludzkości. Jeszcze nigdy nie widział tak bogatej,
obfitującej w luksusy osady. Każda z rodzin miała swój dom - okrągłą
chatę zbudowaną z drewna. Jama na zapasy była wystarczająco głęboka,
żeby zawartości starczyło na całą zimę i jeszcze dłużej. Na żyznych,
zielonych polach rosły różne gatunki traw dających ziarno. Dahl Rhen
obfitował w piwo, miód, mięso i ryby, zioła i przyprawy. Wszystkie te
bogactwa chronił wysoki wał z potężną bramą. Jednakże brama okazała się
niewystarczająco solidna.
Przed zmierzchem pochowano wszystkie ciała. W przeciwnym razie ich
zapach zwabiłby leśne zwierzęta. Ze względu na rozwaloną bramę wszyscy
zgodnie uznali, że zwłoki ich bliskich muszą czym prędzej zostać
pochowane. Raithe ciężko pracował przez cały dzień. Spocony i umazany
ziemią ucieszył się, widząc, że ze studni znów można czerpać wodę.
Dhergowie, trzej karłowaci wędrowcy, którzy przyszli z lasu razem z Persefoną i jej towarzyszkami, sporządzili naczynie z wyklepanej
metalowej blachy. Nazywali je wiadrem i było pojemniejsze niż tykwy,
których dotąd używali osadnicy. Raithe hojnie polał sobie głowę wodą,
pozwalając, żeby spłynęła mu po włosach, mocząc pierś oraz gęstą czarną
brodę.
Ocaleni zgromadzili się wokół ogniska rozpalonego na fundamentach
zburzonej strażnicy. Podsycali płomienie rozłupanymi balami, słomą ze
strzech i innymi szczątkami swego dotychczasowego życia. Nie licząc
Galantian, nawałnicę przeżyło mniej niż trzysta osób, a kiedy Raithe tu
przybył, dahl Rhen liczył prawie tysiąc mieszkańców. Biorąc pod uwagę
zniszczenia, Raithe spodziewał się, że ofiar będzie jeszcze więcej.
Jakimś cudem najstarsza mieszkanka osady, Padera, przeżyła atak.
Twierdziła, że jej martwy mąż miał z tym coś wspólnego, ale Raithe nie
słuchał jej wyjaśnień. Był zajęty grzebaniem rodziców Brin, podczas gdy
dziewczyna szlochała wtulona w Persefonę. Tego dnia wylano wiele łez.
Gelston, który - jak teraz dowiedział się Raithe - był bratem Delwina i stryjem Brin, wciąż żył. Przetrwał porażenie piorunem, ale nie był w stanie zaopiekować się bratanicą. Prawie się nie poruszał i przez cały
dzień wypowiedział zaledwie kilka słów.
Część mieszkańców znajdowała się poza dahlem, kiedy nastąpił atak.
Niektórzy ocaleli dzięki temu, że feralnego popołudnia pracowali w polu
lub przebywali w lesie, zajęci ścinaniem drzew lub polowaniem. Gdyby
olbrzymy zaatakowały nocą, liczba ofiar byłaby wyższa. A gdyby nie
Galantianie, być może nikt by nie przeżył. Fhrejowie ocalili ludność
osady, ale biorąc pod uwagę, ile zostało z dahlu, być może "ocalenie"
nie było odpowiednim słowem.
Po zniszczeniu bramy dahl Rhen był już tylko wzgórzem, odsłoniętym
pagórkiem wśród dziczy. Burzy nie przetrwała ani strażnica, ani żadna z chat. Jednego przeklętego dnia stracono owoce dziesięcioleci ciężkiej
pracy. Mieszkańcy znaleźli się znów w tym samym punkcie, co wtedy, kiedy
klan po raz pierwszy zatrzymał się w tym miejscu i rozpalił podobne
ognisko z drewna zebranego w lesie.
A jednak, pomimo strat, pewne rzeczy należało docenić. Zanikła wiara w boską naturę Fhrejów, ale w panteonie Rhenu było mnóstwo miejsca dla
bohaterów. Wszelkie wątpliwości czy podejrzenia, jakie mieszkańcy dahlu
żywili wobec fhrejskich wojowników, zostały wymazane stopami olbrzymów.
Teraz osadnicy siedzieli wokół ogniska ramię w ramię z Galantianami,
przepijając do nich piwem i miodem oraz wznosząc toasty za umarłych.
- A, tu jesteś - powiedział Malcolm, zmierzając w stronę Raithe'a. W każdej ręce trzymał po drewnianym kubku. - Proszę. Bergin otworzył
dzbany ze swoim najlepszym piwem, żeby uczcić pamięć zmarłych.
Pomyślałem, że dobrze ci zrobi, jak się napijesz.
- Dzięki, ale czy wiesz może, gdzie...
Malcolm przekrzywił głowę. Raithe odwrócił się i zobaczył, że z tyłu
nadchodzą Persefona, Nyphron i Arion. Posłał Persefonie uśmiech, gdy
przechodziła obok, ale kobieta nie uśmiechnęła się w odpowiedzi.
Wyglądała na zmęczoną, oczy miała zaczerwienione i podpuchnięte. W ciągu
dnia Raithe widział ten sam wyraz na wielu twarzach. Nie po raz pierwszy
zreflektował się nad własną gruboskórnością. Te śmierci nie zrobiły na
nim większego wrażenia. Tłumaczył sobie, że przecież nie znał dobrze
mieszkańców dahlu Rhen i że może cały ciężar tragedii dotrze do niego z opóźnieniem. Jednakże Raithe nadal czekał na smutek, który powinien go
ogarnąć w związku ze śmiercią ojca, i podejrzewał, że ta chwila nigdy
nie nastąpi. Był Dureyaninem, i prosta prawda wyglądała tak, że jego lud
nie potrzebował żałoby ani współczucia. Nagła, niewytłumaczalna śmierć
nie była dla nich niczym niezwykłym. Jedyny stały element w życiu
stanowiło cierpienie. Członkowie klanu Dureya gruntownie przyswajali tę
lekcję już w młodym wieku. Wiedzieli też, że wszystko można znieść -
nawet życie.
Raithe i Malcolm zajęli miejsca przy ogniu niedaleko trzech Dhergów,
którzy kulili się niemal poza zasięgiem światła rzucanego przez
płomienie. Raithe spojrzał na Malcolma i wskazał przybyszy, na co
Malcolm zareagował wzruszeniem ramion. Rozmowy przy ognisku przycichły,
gdy Nyphron i Arion usiedli. Persefona nadal stała. Splotła dłonie przed
sobą i wzięła głęboki oddech.
- Dzisiejszy dzień był mroczny i bolesny - oznajmiła. - Przyniósł nam
smutek i oszołomienie stratą wielu drogich nam przyjaciół i bliskich. -
Powędrowała spojrzeniem ku Brin, która siedziała między Moyą a Roan, a na jej policzkach nadal lśniły smugi łez. - Dziś żegnamy naszych
zmarłych, opłakujemy ich i wspominamy przeszłość. - Zawiesiła głos i popatrzyła w górę, na gwiazdy. - Ale jutro wstanie nowy dzień i pytanie
brzmi: co z nim zrobimy?
- Dlaczego to się wydarzyło? - zapytał Hanson Killian. Stolarz siedział
ze skrzyżowanymi nogami obok swojej żony, która obejmowała trójkę
ocalałych dzieci. Wcześniej tego dnia Raithe stał w masowym grobie, a rolnik Wedon podawał mu kolejno ciała czworga pozostałych Killianów.
Raithe nie sądził, by Hanson oczekiwał odpowiedzi. To pytanie dręczyło
wszystkich, ale ludzie zadawali je sobie po każdej tragedii. Dlaczego
mój syn? Dlaczego właśnie dziś? Dlaczego znowu my? Klany traciły swoich
członków tak regularnie, że te pytania często wydawały się równie
bezcelowe jak modlitwy. Tak w każdym razie było w Dureyi. Odpowiedź
nigdy nie nadchodziła, a w każdym razie nie taka, którą śmiertelnicy
mogliby zrozumieć.
- Ponieważ Fhrejowie chcą nas pozabijać - odrzekła Persefona.
Niektórzy z obecnych pili, inni przesiadali się ze względu na dym.
Większość po prostu wpatrywała się w ciemność lub w płomienie. Przez
cały wieczór ich twarze miały ten sam pusty wyraz. Teraz jednak wszyscy
skupili uwagę na nowej przywódczyni. Przez dobrą minutę ciszę mącił
tylko trzask ognia.
Nikt nie wyjaśnił, co dokładnie zdarzyło się tamtego dnia, kiedy Arion i Gryndal stoczyli magiczny pojedynek na placu przed strażnicą, a Raithe
zabił swojego drugiego Fhreja. Wszyscy mieszkańcy dahlu widzieli tę
walkę, lecz towarzysząca jej wymiana zdań toczyła się po fhrejsku. Tylko
Persefona, Suri i Malcolm zrozumieli jej przebieg, ale żadne z nich nie
zaofiarowało wyjaśnień, Fhrejowie też nie. Raithe wiedział więcej niż
pozostali mieszkańcy dahlu. Nie mówił płynnie po fhrejsku, ale ojciec
nauczył go podstaw tego języka - wystarczyło to, żeby zrozumieć część
rozmowy. Wynikało z niej jasno, że śmierć Gryndala nie zakończy
konfliktu.
- Pogłoski, które słyszeliśmy podczas pierwszego wiecu, jaki zwołał wódz
Konniger, są prawdziwe - podjęła Persefona. - Fhrejowie zniszczyli dahle
Dureyi i Nadaku, a teraz dopisali do listy dahl Rhen. Jednakże teraz już
wiemy, że nie są bogami, a ich działania nie były odwetem za śmierć
Shegona, pierwszego Fhreja, jakiego zabił Raithe. Fane, władca Fhrejów,
chce uwolnić świat od nas na kolejne stulecia. Fhrejowie lękają się nas,
bo stajemy się coraz liczniejsi i jako lud możemy rzucić im wyzwanie,
możemy ich pokonać.
Persefona znów zawiesiła głos, żeby popatrzeć na twarze słuchaczy, dać
zgromadzonym szansę na skomentowanie jej słów. Nikt się nie odezwał.
Ogień zatrzeszczał, snop iskier strzelił w niebo, a Persefona
kontynuowała:
- Niektórzy z was już wiedzą lub odgadli, że Nyphron i jego Galantianie
ukrywają się tutaj, ponieważ odmówili mordowania nas zgodnie z rozkazami. Arion również ryzykowała życie, broniąc tego dahlu przed
czarodziejem Lothiana. Sami widzieliście, co się wydarzyło. Teraz władca
Fhrejów wysłał olbrzymy i nawałnicę. Ale my nadal żyjemy. Przetrwaliśmy.
Jestem pewna, że ten najnowszy atak nie będzie ostatnim. Tak, oni wrócą,
i następnym razem zapewne przyślą tu armię.
Raithe patrzył, jak strach z powrotem wypełza na twarze ludzi, którzy
jeszcze przed chwilą sądzili, że przetrwali najgorsze, co los mógł im
zgotować. Połączenie tych dwóch myśli groziło zmieceniem wszystkich w odmęt rozpaczy.
- Ale nie jesteśmy bezbronni - podjęła znowu Persefona, tym razem
głośniej. - My, którzy nigdy wcześniej nie stanowiliśmy zagrożenia,
staniemy się ich najgorszym koszmarem. Kiedy po raz pierwszy dotarły do
nas wieści o zniszczeniu innych dahlów, stanęłam w strażnicy i przedstawiłam wszystkim plan, który miał nas ocalić. Nikt mnie wtedy nie
posłuchał, ale teraz musicie to zrobić. - Zrobiła krok w przód, by
drgający blask ognia oświetlił jej twarz. - Już wysłałam posłańców do
klanów Menahan, Melen, Tirre, Warrik i Gula, prosząc ich wodzów, aby
przybyli do Tirre na walne zgromadzenie. Zjednoczymy naszych przywódców,
utworzymy radę wojenną i wybierzemy jednego keeniga, który nas
poprowadzi.
- Ale jak mielibyśmy walczyć przeciwko olbrzymom i burzom? - zapytał
Cobb.
Nyphron wstał.
- Ja was nauczę. Wielu z was widziało, jak walczyliśmy z olbrzymami.
Dwunastu przeciwko siedmiu, a mimo to wygraliśmy i żaden z nas nie
został ranny.
- Ale to dlatego, że jesteście Fhrejami - powiedział Filson, wytwórca
lamp.
- A czy to Fhrej zabił Gryndala? - Nyphron wskazał Raithe'a. - On już
zabił dwóch przedstawicieli mojego ludu, a nie jest kimś wyjątkowym.
Został tylko wyszkolony. Mój ojciec nauczył jego ojca, jak walczyć, a tamten człowiek przekazał tę wiedzę swojemu synowi. Mogę zrobić z wami
to samo. Wszystkie różnice między Fhrejami a Rhunami są kwestią
wyszkolenia, narzędzi i doświadczenia. Mogę wam dać wszystkie te rzeczy.
Moi Galantianie są najlepszymi wojownikami na świecie i nauczą was
wszystkiego, co sami wiedzą.
- Ale nawet wy byliście bezradni, kiedy przybył Gryndal - zauważył
Engleton. - Jakie mamy szanse przeciwko magii?
Nyphron wskazał Raithe'a.
- Czy widzieliście znaki na tarczy, którą nosi Raithe? Czy widzieliście,
co się stało, kiedy czarodziej fane'a użył swojej magii przeciwko
Dureyaninowi? Odpowiedź brzmi: nic. Zupełnie nic. Raithe nie doznał
krzywdy, bo ochroniły go znaki odkryte wieki temu przez lud Dhergów.
Wykorzystamy te znaki, żeby zniweczyć moc wszystkich, którzy spróbują
użyć Sztuki przeciwko nam. Przewyższacie liczebnością Fhrejów. Chronią
was dhergijskie runy. I zostaniecie wyszkoleni w rzemiośle wojennym
przez najbieglejszych wojowników, jacy kiedykolwiek stąpali po Elan.
Gdybym nie sądził, że stać was na zwycięstwo, nie byłoby mnie tutaj. Ja
i moi Galantianie opuścilibyśmy was już dawno. - Nyphron wskazał
Persefonę. - Wasza przywódczyni jest mądra. Fane nie spocznie, dopóki
nie wytępi waszej rasy. Możecie zwyciężyć w tej wojnie, jeśli wykażecie
wolę walki. - Usiadł z powrotem, a oczy wszystkich ponownie skierowały
się na Persefonę.
- Rano rozpoczniemy przygotowania do podróży. Musimy opuścić naszą
ojczyznę i dotrzeć do Tirre. Nie mamy po co tu zostawać, a im bardziej
się oddalimy od Alon Rhist, tym będziemy bezpieczniejsi - oznajmiła
Persefona. - W ciągu tygodnia klan Rhen wyruszy na południe.
Rozdział czwarty
Rozdział czwarty
Rapnagar
Zgodnie z moją wiedzą Suri jako pierwsza z naszej rasy opanowała Sztukę.
Korzystanie z magii na pewno było wspaniałym uczuciem - z wyjątkiem tych
sytuacji, kiedy przestawało być wspaniałe.
Księga Brin
Trupy były połamane, spoczywały jedne na drugich albo obok siebie.
Zginęły setki, może tysiące. Wśród zabitych było wielu obcych, trochę
przelotnych znajomych, byli też przyjaciele oraz kilka takich drzew,
które Suri traktowała jak członków rodziny. Zgroza i smutek niemal
zwalały mistyczkę z nóg, gdy szła przez puszczę, patrząc na zniszczenia
spowodowane przez nawałnicę. Widziała już burze, wichury, gradobicia,
powodzie i pożary, ale zawsze dochodziło do nich z woli Wogana. Tym
razem nie.
I była jeszcze Megda.
Suri i Minna szły przodem przez spustoszony las. Narzuciły szybkie
tempo, ale Arion była w stanie dotrzymać im kroku, więc jej ból głowy
chyba zelżał. Poruszała się zwinnie, z młodzieńczą gracją, która
przeczyła wcześniejszym komentarzom Fhrejki na temat jej zaawansowanego
wieku. Zdecydowanie nie sprawiała wrażenia podstarzałej. Nawet pomimo
braku włosów - a może właśnie z powodu ich nieobecności - Suri nie znała
nikogo piękniejszego od Arion. Fhrejka wydawała jej się równie
zachwycająca jak wielkie łabędzie z górskiego jeziora albo sowa śnieżna,
która kiedyś spędzała zimy na zachodnim zboczu góry. Arion wyróżniała
się tą samą dystyngowaną elegancją i nieziemskim spokojem. Miała też
nieskazitelną skórę: żadnych krostek, plam, zmarszczek czy znamion.
Przez większość czasu wydawała się zjawą z innego świata.
Towarzyszył im jeszcze Nyphron, przywódca Galantian. Nie dorównywał
Arion urodą, był za to cichy. Nie to, żeby się nie odzywał - chociaż
żadne z nich nie mówiło wiele, gdy wędrowali leśnym grzbietem - chodziło
raczej o to, że nie wydawał żadnych dźwięków. Ubrany w warstwy metalu,
uzbrojony w miecz i tarczę, wspinał się zadrzewionym zboczem
bezszelestnie jak duch. Suri chlubiła się tym, że potrafi bezgłośnie
skradać się po lesie, Minny też nikt nie nazwałby niezdarą, a mimo to
mistyczka musiała od czasu do czasu przystawać, żeby się upewnić, że
Nyphron nadal im towarzyszy. Zawsze był za nimi, i to bliżej, niż się
spodziewała.
Gdy zbliżyli się do szczytu wzgórza, wzrok Suri padł na świętą polanę,
gdzie żadne drzewa nie zapuszczały korzeni z szacunku dla Wielkiej Pani
Lasu. Mistyczka stanęła jak wryta na widok Megdy. Starożytne drzewo,
złamane w połowie, było nagie, zupełnie pozbawione liści. Ogień osmalił
na czarno jedną połowę pnia; po drugiej stronie odarte z kory drewno
szczerzyło ostre drzazgi. Na ziemi spoczywał odłamany konar. Suri gapiła
się na to wszystko, niezdolna drgnąć. Minna otarła się o jej nogę i trąciła nosem dłoń, ale mistyczka nie była w stanie oderwać oczu od
budzących grozę szczątków, które jeszcze niedawno były najstarszym
drzewem w całej puszczy.
Powiał wiatr. Potem powiał znowu.
Cisza.
Po policzku Suri spłynęła łza, a po niej następna. Minna znów trąciła
mistyczkę, skomląc cicho. Najmądrzejsza ze wszystkich wilków wiedziała,
że lepiej nie poświęcać zbyt wiele uwagi czemuś tak strasznemu. Obie
ruszyły dalej w ślad za Arion i Nyphronem, którzy nie zadali sobie
trudu, żeby przystanąć i okazać szacunek martwemu dębowi.
- Kto idzie? - Głos dobiegł z dolnej części zbocza, zza gęstych zarośli,
za którymi z leśnej ściółki wystawała ogromna głowa. Przechodząc na
fhrejski, olbrzym dorzucił: - Przyszliście mnie wykończyć, co?
Nadal tkwił uwięziony w ziemi, więc najwyraźniej ich zwęszył, bo twarz
miał skierowaną w przeciwną stronę i nie był w stanie odwrócić głowy.
Suri nie wiedziała zbyt wiele o olbrzymach i ich zdolności wyczuwania
zapachów, ale idąc przez las, ona i jej towarzysze robili mniej więcej
tyle hałasu co delikatny letni wietrzyk.
Nyphron wysunął się na czoło pochodu. Zszedł energicznie po spustoszonym
zboczu i zbliżył się do wielkiego nosa.
- Rapnagarze, cóż za niespodzianka... Mówiąc "niespodzianka", mam na myśli
"żadna", a mówiąc "Rapnagarze", mam na myśli "ty synu dziwki Tetlin".
Arion podążyła w ślad za fhrejskim wojownikiem.
- Znasz tego Grenmorianina?
Nyphron potaknął i oparł stopę w wysokim bucie o grzbiet Rapnagarowego
nosa, nachylając się w stronę jego lewego oka.
- Nie powinieneś był opuszczać Hentlynu.
- W naszych górach nie ma co jeść.
Nyphron zmarszczył brwi i silniej przydepnął nos olbrzyma.
- Taa, jasne. To kto was wysłał?
- A bodaj cię świnia zeżarła - warknął w odpowiedzi Rapnagar.
Nyphron dobył miecza i przebił lewe nozdrze olbrzyma, przyszpilając je
do ziemi. Grenmorianin krzyknął.
Zaskoczona Arion cofnęła się o krok.
- Co ty robisz?
- Przyszedłem tu po odpowiedzi. - Nyphron skierował te słowa w równym
stopniu do olbrzyma co do Arion.
- Ode mnie ich nie dostaniesz - odrzekł Rapnagar przez zaciśnięte zęby.
- Ale może mnie oświecisz? Żałuję, że nie było mi dane zobaczyć, jak moi
bracia sieją zniszczenie. Ilu zabiliśmy? Czy Grygor był wśród nich?
Jakim cudem przeżyłeś? Czy ukrywałeś się jak tchórz?
- Twoi bracia zginęli, zanim w ogóle dotarli do bramy dahlu. Podeptali
trochę kwiatów i przestraszyli kozę, ale to wszystko.
- Kłamca!
Nyphron przekręcił klingę miecza, a olbrzym znów krzyknął.
- Przestań! - zawołała Arion, wychodząc naprzód. - Posłuchaj - zwróciła
się do olbrzyma. - Wasz atak rzeczywiście zakończył się fiaskiem. To
powinno być oczywiste, skoro stoimy tu przed tobą. Kiedy opowiedziałam,
jaki los cię spotkał, Nyphron nalegał, żebyśmy tu przyszły w charakterze
świadków. Masz do dyspozycji tylko jedną kartę przetargową i jest nią
wiedza. Sądzę, że współpraca z nami leży w twoim interesie.
Rapnagar nie odpowiedział od razu. Jego wielkie ślepia mrugnęły
dwukrotnie, a wargi przesunęły się raz w lewo i raz w prawo. W końcu
zapytał:
- A co będę z tego miał?
- Co powiesz na lekką śmierć i porządny pogrzeb? - zapytał Nyphron. -
Poderżnę ci gardło od ucha do ucha. Załatwię to szybciutko, a potem
Miralyith cię pochowa, żeby zwierzyna nie żywiła się twoim ciałem...
Pożywią się nim tylko robaki.
- To za mało. Powiem wam wszystko, ale w zamian musicie mnie uwolnić.
Nyphron zaczął kręcić głową, zanim jeszcze Rapnagar skończył mówić.
- Nie potrzebujemy tych informacji aż tak. Domyślam się odpowiedzi na
większość pytań. Burza była istotną wskazówką.
- Mogę wam powiedzieć, jaki będzie ich następny ruch.
- Nieprawda. Sądzili, że ten atak się powiedzie. Jeśli mieli
jakiekolwiek dalsze plany, już uległy one zmianie.
- Mogę ci powiedzieć, kogo mieliśmy dopaść. Kogo konkretnie.
Nyphron nie odpowiedział od razu. Zastanawiał się przez chwilę.
- Czy zostałem wymieniony z imienia?
- Potaknąłbym, ale w moim nosie tkwi miecz.
Nyphron szarpnięciem wyciągnął broń. Olbrzym coś burknął, mrużąc oczy z bólu.
- Kto jeszcze? Wymienili więcej imion?
Olbrzym pokręcił głową.
- Nie, nie. Nie powiem nic więcej, dopóki nie obiecacie, że mnie
puścicie wolno.
- W porządku. Powiedz nam, co wiesz, a pozwolimy ci odejść - powiedział
Nyphron.
Rapnagar przeniósł spojrzenie na Arion.
- Ona się zgadza?
- Tak - odrzekła Arion.
- W porządku. W porządku. Kazano nam zabić Arion ze szczepu Miralyith,
Nyphrona ze szczepu Instarya i wszystkich Rhunów w drewnianym forcie,
zwłaszcza tego imieniem Raithe, znanego jako Zabójca Bogów.
Arion z namysłem zmarszczyła czoło.
- I nikogo więcej?
Nyphron obejrzał się na nią z ciekawością.
- A kogo się spodziewałaś?
- Jej. - Arion wskazała mistyczkę, która przystanęła w połowie wysokości
zbocza, zamiast podejść bliżej. - Mawyndulë nie powiedział swojemu ojcu
o Suri. Zastanawiam się, dlaczego. Jeśli Lothian zdecydował się wyrżnąć
Rhunów, to tylko dlatego, że w jego oczach nie różnią się od zwierząt.
Świadomość, że potrafią posługiwać się Sztuką, mogłaby zmienić to
przekonanie. Po odkryciu podobieństw między nami unicestwienie całej
rasy już nie wchodziłoby w grę. Zakończyłoby to konflikt, pozwoliłoby
uniknąć rozlewu krwi po obu stronach. Suri stanowi dowód na to, że
Rhunowie i Fhrejowie są bardziej podobni, niż ktokolwiek przypuszczał.
Nyphron pokręcił głową.
- Nie, mylisz się. Rhunowie władający Sztuką byliby postrzegani jako
jeszcze większe zagrożenie. Ostatnie, czego pragną władający mocą, to
dzielenie się nią. Lothian nie powita ich jak równych sobie. To odkrycie
tylko umocni go w przeświadczeniu, że Rhunów trzeba zniszczyć.
- Nie zgadzam się, a znam Lothiana lepiej niż ty.
- No cóż, ty masz na ten temat swoje zdanie, ja mam swoje. Przypuszczam,
że nigdy nie poznamy prawdy, zwłaszcza teraz, kiedy fane wie, że
przyczyniłaś się do śmierci Gryndala.
- Nie zna okoliczności. Usłyszał tylko jedną wersję wydarzeń.
- Och, a więc sądzisz, że uwierzy tobie, a nie słowu własnego syna? A jak konkretnie zamierzasz się postarać o audiencję u niego? Masz takie
same szanse dostania się do Talwary jak ja. Witaj wśród...
- Hej - przerwał mu Rapnagar. - Nie zapomnieliście o czymś? Wypuśćcie
mnie.
- Serio? - Nyphron uśmiechnął się złośliwie. - Myślisz, że twoje życie
jest warte tyle, co trzy imiona? Będziesz musiał się bardziej postarać.
- Co jeszcze chcecie wiedzieć?
- No cóż, możesz zacząć od tego, kto cię wynajął.
- Nazywał się Vertumus, ale przemawiał w imieniu typa imieniem Petragar.
- Vertumus przybył do Hentlynu?
- Przybył do samego Yarholdu. Ba, zastukał do wrót. Bardzo to było
słodkie.
- Chyba nie przybył sam.
- Nie. Sikar robił za niańkę.
- Czy Sikar wyglądał na zadowolonego z rozkazów, jakie dostał?
- Sikar wyglądał, jakby miał nadzieję, że rozdepczemy Vertumusa.
Powstrzymaliśmy się tylko dlatego, że Furgenrok pomyślał, że to pułapka.
- Dziwne - skomentował Nyphron.
- Taa, właśnie dlatego pozwoliliśmy im odejść. Zwęszyliśmy podstęp.
- Nie. - Nyphron nachylił się, żeby wytrzeć klingę miecza o włosy
Rapnagara. - Mam na myśli, że to dziwne, że Furgenrok jest zdolny do
myślenia.
Arion postąpiła jeszcze krok do przodu, stając tak blisko olbrzyma, że
gdyby chciała, mogłaby dotknąć jego ucha.
- Co mówił ten Vertumus? Czego dokładnie od was chciał?
- Powiedział, że na południu żyją stada Rhunów, których będziemy mogli
pożreć, jeśli zabijemy Arion, Nyphrona i Raithe'a. Powiedział też, że
Petragar został nowym panem Rhistu po tym, jak Zephyron zginął, a jego
syn Nyphron zdradził. Usłyszeliśmy także, że Instarya nie będą już
egzekwować zakazu polowania na Rhunów i ilekroć spotkamy jakichś, będzie
nam wolno ucztować.
- Czy towarzyszyli wam jacyś Miralyithowie? - spytała Arion.
- Nie. Nawet Vertumus nie raczył do nas dołączyć. Ale obiecali nam
wsparcie. Wysłali burzę, żeby was rozmiękczyć i nakierować nas we
właściwą stronę. Błyskawice miały wskazać, gdzie jesteście. Większość
trafiła w rhuński fort, ale zauważyłem, że część piorunów waliła tutaj,
więc wspiąłem się na górę, żeby sprawdzić, co jest grane.
- Z jak daleka Miralyith może nasłać burzę? - zwrócił się Nyphron do
Arion.
- To zależy. Jeśli wykorzystali Valentryne Layartren...
- Co takiego?
- To komnata w wieży Avempartha, tej, która wznosi się na szczycie
wodospadu zaraz na zachód od...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki