Epoka martwych. Początek. Epokha miertvykh. Nachalo - Andrey Kruz

Kup ebooka

47.99 zł
35.99 zł (32,91 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sier­giej Kram­cow, dok­to­rant, za­stępca Dieg­tia­riowa 19 marca, po­nie­dzia­łek

Szef z Bil­lin­to­nem mieli ta­kie miny, że naj­lep­szy ka­ba­ret się chowa. Daję słowo, że gdyby nie ma­ski, by­łoby wi­dać, że stoją z roz­dzia­wio­nymi ustami, tak jak ja jesz­cze nie­dawno. Moja re­ak­cja była bar­dziej po­wścią­gliwa niż ich, ale do­piero te­raz. Wcze­śniej sam nie wy­glą­da­łem wcale le­piej. Dla­czego? Sami oceń­cie...

Wszy­scy trzej sta­li­śmy przy me­ta­lo­wym stole, do któ­rego przy­wią­zano wy­pa­tro­szoną małpę. Ale ona nie była mar­twa, choć nikt nie pró­bo­wał spra­wić, by żyła. Ona wciąż się ru­szała, otwie­rała pysk, pró­bo­wała do­się­gnąć któ­re­goś z nas zę­bami i nie wy­glą­dało na to, że ma za­miar umrzeć.

Stop, po­myłka. Była ab­so­lut­nie, w stu pro­cen­tach mar­twa z kli­nicz­nego punktu wi­dze­nia, choć nie miało to naj­mniej­szego wpływu na jej ak­tyw­ność. Po­mimo braku ak­cji serca, braku od­de­chu i znacz­nego ob­ni­że­nia tem­pe­ra­tury ciała była ener­giczna i o wiele bar­dziej agre­sywna niż za ży­cia. Otwarta klatka pier­siowa, że­bra roz­ło­żone na boki, za­pad­nięte i za­sty­głe serce, szczęki z wy­szcze­rzo­nymi zę­bami roz­warte na całą sze­ro­kość, wy­bla­kłe oczy, skóra ko­loru wo­sku w miej­scach nie­po­kry­tych sier­ścią... Płuca nie pra­co­wały, dla­tego za­miast strasz­li­wego wrza­sku wła­ści­wego dla małp tego ga­tunku wy­da­wała od czasu do czasu słabe skom­le­nie.

- Sie­rioża... pro­szę nas oświe­cić. Co my tu wła­ści­wie wi­dzimy? - za­py­tał szef, od­kaszl­nąw­szy.

- Boją się pa­no­wie, że oczy pa­nów mylą? Nie, z pa­nów wzro­kiem jest wszystko w po­rządku - za­czą­łem ta­kim to­nem, jak­bym za­mie­rzał im sprze­dać tę wy­pa­tro­szoną małpę. - Wi­dzą pa­no­wie cał­ko­wi­cie mar­twe zwie­rzę, które nie chce przy­jąć tego faktu do wia­do­mo­ści. W do­datku zwie­rzę to wy­ka­zuje skłon­ność do agre­sji, któ­rej wcze­śniej nie miało.

- Serce wrotne? - za­py­tał Bil­lin­ton, dra­piąc się po gło­wie.

- Nie. Na po­czątku też tak my­śla­łem... - wes­tchną­łem i te­atral­nie skrzy­żo­wa­łem ręce na pier­siach. - Zresztą wszy­scy tak my­śle­li­śmy i za­ob­ser­wo­wa­li­śmy to w pierw­szej fa­zie pracy. Te­raz jest zu­peł­nie ina­czej. Po prze­pro­wa­dze­niu sek­cji oży­wio­nego trupa od­kry­łem, że płaty wą­troby wciąż pra­cują, więc fi­zycz­nie je znisz­czy­łem, za­trzy­maw­szy ak­cję tak zwa­nego serca wrot­nego. Poza tym w tej mał­pie nie ma pra­wie ani mi­li­li­tra krwi. Po pro­stu ją od­cią­gną­łem. Mimo to, jak wi­dać, małpa ani my­śli się uspo­koić. Je­śli ją wy­pu­ścimy, ze­chce nas po­żreć - ży­wemu tru­powi po pro­stu tak wy­pada. Przy tym bę­dzie wo­lała po­żreć małpę tego sa­mego ga­tunku niż czło­wieka. Skłon­ność do ka­ni­ba­li­zmu jest u niej do­mi­nu­jąca.

- Ma pan teo­rię, po co jej to? - spy­tał szef.

- Mam - po­twier­dzi­łem. - My­ślę, że po­trze­buje ma­te­riału ge­ne­tycz­nego, aby zmie­nić swoje ciało.

- Prze­cież ona nie żyje - przy­po­mniał mi ła­god­nie szef.

- Tak - przy­tak­ną­łem - ale... jej ciało na­dal żyje, tylko w inny spo­sób.

Szef za­milkł, za­my­ślił się, po czym ski­nął głową.

- Zga­dzam się. Funk­cje ży­ciowe wi­dać go­łym okiem. Co jesz­cze udało ci się wy­ko­pać?

Wy­ko­pa­łem cał­kiem sporo. W końcu cały week­end non stop sie­dzia­łem w pracy. I uzbie­rało się tro­chę ma­te­riału.

- Pró­buję po pro­stu usys­te­ma­ty­zo­wać wszyst­kie rze­czy do­ty­czące tego nie­szczę­śli­wego splotu wy­da­rzeń zwią­za­nych z małpą i cią­gle nie mogę skoń­czyć. Wszystko wy­wraca się do góry no­gami.

- Cóż, prze­śledźmy krótko twoje wnio­ski.

- Do­brze. Po pierw­sze: otrzy­ma­li­śmy wi­rusa o bar­dzo wy­so­kiej wi­ru­len­cji, do czego nie dą­ży­li­śmy. Do za­ka­że­nia może dojść każdą drogą, także kro­pel­kową. Wy­star­czy zna­leźć się w po­bliżu. Małpa w klatce, którą zbli­ży­łem do małpy zombi, zo­stała za­in­fe­ko­wana, zro­bi­łem ana­lizę krwi. Przy tym nie ma żad­nych ob­ja­wów cho­roby, wi­rus jest zu­peł­nie nie­ak­tywny. Wtedy znów wzią­łem się za szczury i żeby nie kom­pli­ko­wać, po pro­stu wstrzyk­ną­łem czte­rem szczu­rom pod­skór­nie krew małpy zombi.

- Skąd taka wi­ru­len­cja? I co otrzy­ma­łeś?

- Co do wi­ru­len­cji... tu mamy ob­raz wi­rusa... - Po­kli­ka­łem my­szą na ekra­nie mo­ni­tora i otwo­rzy­łem zdję­cie cze­goś o kształ­cie po­dob­nym do cy­fry sześć. - Dla­tego na­zwa­li­śmy wi­rus Szóstką. Uzna­li­śmy, że na­zwa Dzie­wiątka to byłby zbyt wielki za­szczyt. Wi­dzą pa­no­wie te wło­ski? Po­ja­wiły się ostat­nio. Wi­rus mu­tuje szyb­ciej, czego wcze­śniej nie ob­ser­wo­wa­li­śmy. A co do wstrzy­ki­wa­nia krwi mar­twej małpy ży­wym szczu­rom... to nie­spo­dzianka. Wszyst­kie szczury zde­chły w ciągu go­dziny i po­wstały z mar­twych pięć mi­nut póź­niej. Nie wy­ka­zy­wały za­in­te­re­so­wa­nia sobą na­wza­jem. Na­to­miast stały się agre­sywne, kiedy po­sta­wi­łem obok ich kla­tek klatki z ży­wymi szczu­rami.

- Żywe szczury się za­ra­ziły? - uści­ślił szef.

- No wła­śnie! - po­twier­dzi­łem. - Wszyst­kie co do jed­nego, ale nie za­mie­rzają umie­rać i czują się do­sko­nale! Żad­nych oznak ja­kiej­kol­wiek cho­roby. Co wię­cej, dwa z tych szczu­rów na­le­żały do grupy "żół­tacz­ko­wych" i te­raz wi­rus za­pa­le­nia wą­troby wy­raź­nie u nich osłabł. Szóstka nisz­czy cho­robę. Wpu­ści­łem ży­wego szczura do klatki szczura zombi. One są znacz­nie wol­niej­sze od ży­wych i wy­raź­nie słab­sze. Mimo to żywy szczur do­znał ataku pa­niki, na­wet nie mógł się bro­nić. Zu­peł­nie jakby za­wio­dły wszyst­kie jego in­stynkty, jakby nie miał sche­matu obrony przed ży­wym tru­pem.

Po­zwo­li­łem sze­fowi z Bil­lin­to­nem po­na­pa­wać się na­gra­niem wi­deo mio­ta­ją­cego się po klatce bia­łego szczura. Drugi szczur ści­gał go nie­zdar­nie, ko­ły­sząc się z boku na bok.

- Być może - wy­ce­dził Bil­lin­ton. - Co było da­lej?

- Szczu­rowi zombi udało się w końcu od­gryźć po­rządny ka­wa­łek mięsa ży­wemu - cią­gną­łem. - Rana nie była śmier­telna, więc umie­ści­łem po­szko­do­wa­nego w in­nej klatce i go opa­trzy­łem. Zdechł po mniej wię­cej go­dzi­nie, po pię­ciu mi­nu­tach ożył. Po­wtó­rze­nie do­świad­cze­nia z mar­twym szczu­rem i ży­wym szczu­rem dało inny wy­nik. Żywy szczur wal­czył, na­wet za­ata­ko­wał i do­tkli­wie po­ką­sał mar­twego.

- I też umarł? - za­py­tał Dieg­tia­riow.

- Wła­śnie - po­twier­dzi­łem.

Szef mil­czał przez chwilę, tra­wiąc in­for­ma­cje, po czym po­wie­dział:

- Czyli za­ra­że­nie drogą kro­pel­kową spra­wia, że dany osob­nik jest je­dy­nie no­si­cie­lem. Pro­wa­dzi na­wet do po­prawy stanu jego zdro­wia. Kiedy zaś wi­rus do­sta­nie się bez­po­śred­nio do krwio­biegu, po­wo­duje śmierć i póź­niej­szy po­wrót do ży­cia?

- Do­kład­nie tak. Wy­daje się, że obcy wi­rus w dawce ude­rze­nio­wej, już do­sto­so­wany do kon­kret­nego no­si­ciela, do­staw­szy się bez­po­śred­nio do krwio­biegu, wy­twa­rza tok­synę, która za­bija. I wtedy uru­cha­mia się me­cha­nizm wskrze­sze­nia. Kawy?

Pod­sze­dłem do eks­presu i go włą­czy­łem.

- Nie, dzię­kuję, bo w nocy nie za­snę. - Dieg­tia­riow po­krę­cił głową. - Wo­lał­bym za­pa­lić, nie masz nic prze­ciwko?

Jak zwy­kle. Cho­ciaż nie palę i nie zno­szę dymu, nie mogę od­mó­wić swo­jemu sze­fowi. Nie dla­tego, że jest sze­fem, ale dla­tego, że bar­dzo go lu­bię jako czło­wieka. Sza­nuję go. Gdyby na po­mysł za­pa­le­nia pa­pie­rosa w moim la­bo­ra­to­rium wpadł ktoś inny, wy­le­ciałby stąd w se­kundę. Dwa razy z tego po­wodu wy­rzu­ci­łem na­wet Owier­czuka.

- Co po­ra­dzę, niech pan pali.

Wy­ją­łem z szafy żółtą pla­sti­kową po­piel­niczkę z logo pa­pie­ro­sów Ca­mel, którą trzy­ma­łem spe­cjal­nie na ta­kie oka­zje, i po­sta­wi­łem ją na stole. Skąd ona się tu wzięła - sam nie wiem. Tak się hi­sto­rycz­nie zło­żyło. Dieg­tia­riow pstryk­nął za­pal­niczką, za­pa­lił i wy­pu­ścił dym w bok. W my­ślach po­dzię­ko­wa­łem mu choć za to.

- Do­bra, Sie­rioża, kon­ty­nuuj.

- Kon­ty­nu­uję - kiw­ną­łem głową, od­ga­nia­jąc dym ręką. - Uru­cha­mia się me­cha­nizm wskrze­sze­nia. Do­kład­nie tak się oka­zało. Po­tem, czego się wsty­dzę, zgrze­szy­łem i wstrzyk­ną­łem jed­nemu z za­in­fe­ko­wa­nych ży­wych szczu­rów roz­twór ar­sze­niku. Pro­szę zgad­nąć, co się stało.

- Szczur umarł i ożył?

- Do­kład­nie tak - po­twier­dzi­łem, po czym do­da­łem: - Mamy więc sy­tu­ację, w któ­rej je­śli wi­rus wy­do­sta­nie się z tego nie­zbyt do­brze strze­żo­nego la­bo­ra­to­rium, spo­wo­duje za­gładę ca­łej ludz­kiej cy­wi­li­za­cji.

- Hmm... je­steś pe­wien? - Szef o mało nie udła­wił się dy­mem. - Bar­dzo ra­dy­kalny wnio­sek.

- Jesz­cze jak ra­dy­kalny. Spró­buję to wy­ja­śnić. Oczy­wi­ście nie je­stem tego pe­wien, nie ro­bi­łem do­świad­czeń na lu­dziach. Przy­pusz­czam jed­nak, że je­śli oży­wione małpy ata­kują żywe, aby je po­żreć, je­śli oży­wione szczury ata­kują żywe w tym sa­mym celu, to lu­dzie mogą re­ago­wać po­dob­nie.

- Na ra­zie się zga­dzam - kiw­nął głową Dieg­tia­riow. - I co?

- Praw­do­po­do­bień­stwo za­ra­że­nia się przez samo prze­by­wa­nie w po­bliżu zombi jest nie­mal stu­pro­cen­towe, ro­zu­mie pan? - Zro­bi­łem gest ma­jący przed­sta­wiać lot. - Wi­rus prze­nosi się w po­wie­trzu. Na­stę­puje trans­mi­sja po­wietrzna da­le­kiego za­sięgu. Tak jakby wi­rus sam utrzy­my­wał wiel­kość swo­jej po­pu­la­cji w or­ga­ni­zmie po­ni­żej pew­nej gra­nicy, którą uważa za bez­pieczną dla tego or­ga­ni­zmu.

- I...

- I każdy za­ra­żony wi­ru­sem ożyje po śmierci. Osoba po­ra­żona prą­dem, ofiara wy­padku, to­pie­lec i tak da­lej. Po­wta­rzam: każdy za­ra­żony. Ci oży­wieni za­czną ata­ko­wać i za­ra­żać ży­wych. Za­ra­żeni wkrótce po śmierci ożyją, za­ata­kują ko­lej­nych i tak da­lej. Hor­rory mogą się przy tym scho­wać.

Dieg­tia­riow wes­tchnął, mil­czał przez chwilę, pa­trząc na swoje od­bi­cie w ciem­nej szy­bie okien­nej. Na ze­wnątrz za­pa­dła noc. Wresz­cie po­wie­dział:

- Wiesz, to moż­liwe. Nie­bez­pie­czeń­stwo po­lega na tym, że wi­rus nie po­wo­duje cho­roby u no­si­ciela. Naj­pierw no­si­ciel musi umrzeć, aby ciemna strona wi­rusa mo­gła się ujaw­nić. Tylko że do­póki no­si­ciel żyje, nic mu nie do­lega. Na­wet na grypę nie cho­ruje.

No cóż, nie trzeba było długo wy­ja­śniać. Szef szybko ko­ja­rzy, zro­zu­miał, co jest praw­dzi­wym pro­ble­mem.

- Do­kład­nie tak. Na tym po­lega nie­bez­pie­czeń­stwo - kon­ty­nu­owa­łem. - Gdyby to ode mnie za­le­żało, znisz­czył­bym te­raz wszyst­kie próbki tego zmo­dy­fi­ko­wa­nego przez nas wi­rusa. Po­zo­stańmy przy tym, któ­rego zna­leź­li­śmy pod­czas eks­pe­dy­cji. Wy­stę­puje wy­łącz­nie w or­ga­ni­zmach nie­któ­rych ryb głę­bi­no­wych i na­wet je­śli zjesz tę rybę, to i tak się nie za­ra­zisz. Ze­rowa wi­ru­len­cja. Za­czę­li­by­śmy pracę od nowa, od punktu wyj­ścia. Je­śli mam być szczery, to przez ostat­nią dobę włosy je­żyły mi się na gło­wie bez prze­rwy. Zda­łem so­bie sprawę, z czym mamy do czy­nie­nia. Ta za­raza może się roz­prze­strze­nić na cały świat i nikt na­wet nie pod­niósłby alarmu. Weźmy któ­rąś z wiel­kich hi­sto­rycz­nych pan­de­mii, choćby słynną hisz­pankę, zwłasz­cza że jej przy­czyną też był wi­rus. Lu­dzie cho­ro­wali i wła­śnie dla­tego wal­czono z nią naj­le­piej, jak umiano. Te­raz pro­szę so­bie wy­obra­zić, że lu­dzie nie będą cho­ro­wali, prze­ciw­nie, będą się czuli le­piej. Czy kto­kol­wiek ze­chce wsz­cząć alarm? Wąt­pię. Cały świat spo­koj­nie by się za­ra­ził. I mar­twi za­czę­liby oży­wać, żeby kar­mić się ży­wymi. Wtedy na walkę z wi­ru­sem by­łoby za późno. Dla­czego? Bo każdy miałby go w so­bie.

- To nie ta­kie pro­ste - po­wie­dział po na­my­śle szef. - Tego wi­rusa ba­dają na przy­kład Ame­ry­ka­nie. To mię­dzy­na­ro­dowy pro­gram i na­wet gdy­by­śmy znisz­czyli próbki tu­taj, nie­wiele się zmieni. Ale na­leży wsz­cząć alarm, masz ra­cję. Ten in­sty­tut jest cał­ko­wi­cie nie­przy­sto­so­wany do ba­dań nad nie­bez­piecz­nymi in­fek­cjami, nie ma tu wy­ma­ga­nych środ­ków bez­pie­czeń­stwa ani ochrony. Ju­tro od razu skon­tak­tuję się z na­szym kie­row­nic­twem i za­żą­dam prze­nie­sie­nia dal­szych prac w miej­sce o lep­szych za­bez­pie­cze­niach. Te­raz nie mo­żemy zro­bić nic wię­cej. Co jesz­cze wiemy?

- Mniej wię­cej to samo, co wie­dzie­li­śmy wcze­śniej. Cho­ciaż po­ja­wiło się coś cie­ka­wego. Kiedy po­ten­cjalna ofiara zni­kała z pola wi­dze­nia szczu­rów zombi, dwa z nich naj­pierw da­lej jej szu­kały, a po­tem za­pa­dły w coś w ro­dzaju le­targu. Po­zo­stałe dwa za­cho­wy­wały się bier­nie i od razu po­grą­żyły się w le­targu. Kiedy w po­bliżu po­ja­wiły się żywe za­ka­żone szczury, zombi wró­ciły do ak­tyw­no­ści. Prze­nio­słem je do jed­nej klatki i wpu­ści­łem tam za­ra­żo­nego szczura. Po­żarły go nie­mal ca­łego. Zo­stała tylko głowa i jedna trze­cia tu­ło­wia, ani jed­nej łapy, cała krew wy­cie­kła. Mimo to ożył.

Dieg­tia­riow ski­nął głową, jakby po­twier­dza­jąc, że przy­swoił in­for­ma­cję, po czym za­py­tał:

- Jak za­bić zombi?

To py­ta­nie mu­siało paść. Jak za­bić coś, co jest mar­twe?

- Pró­bo­wa­łem to zro­bić na kilka spo­so­bów. Na wi­rusa nie dzia­łają ani tru­ci­zny, ani urazy me­cha­niczne. Udało mi się osią­gnąć cel dwoma spo­so­bami. Pierw­szy to znisz­cze­nie mó­zgu. Drugi to po­ra­że­nie prą­dem. W pierw­szym przy­padku prze­bi­łem szczu­rowi czaszkę szpi­kul­cem. W dru­gim przy­ło­ży­łem do ciała szczura elek­trody, któ­rymi po­pły­nął prąd o wy­so­kim na­pię­ciu.

- Nie ożyły na nowo?

- Nie - zro­bi­łem do­dat­kowo prze­czący gest. - Jesz­cze nie wrzu­ci­łem ich do pieca, cią­gle ob­ser­wuję. Są­dzę, że stały się naj­zwy­klej­szymi tru­pami.

- Czyli po­ra­że­nie cen­tral­nego układu ner­wo­wego, nic wię­cej? - uści­ślił Dieg­tia­riow.

- Tak, tylko cen­tralny układ ner­wowy - przy­tak­ną­łem. - Uszko­dze­nie krę­go­słupa po­wo­duje czę­ściowy pa­ra­liż, tak jak u ży­wych, z tą róż­nicą, że zombi nie wy­dają się od­czu­wać z tego po­wodu dys­kom­fortu. Po pro­stu wy­łą­cza się część ciała. Ogól­nie rzecz bio­rąc, ży­wego trupa można za­bić, ale z wiel­kim tru­dem.

- Do­bra, kończ spra­woz­da­nie i idziemy do domu - ciężko wes­tchnął szef. - Albo jesz­cze le­piej: od razu chodźmy do domu, zro­biło się późno.

- Może i ma pan ra­cję - zgo­dzi­łem się. - Sko­piuję spra­woz­da­nie na płytę i skoń­czę w domu. - Ze zmę­cze­nia obi­ja­łem się o ściany. - Po­wi­nie­nem się prze­spać.

- Słusz­nie, chodź.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Ter­ro­ry­ści19 marca, po­nie­dzia­łek

- Sie­mion, je­steś pe­wien, że twoja bomba ni­kogo nie za­bije? - za­py­tała Mar­ga­rita. - To jed­nak nie wła­ma­nie do bazy da­nych w banku, tatko tym ra­zem cię nie ura­tuje.

Sie­mion po­trzą­snął głową prze­cząco.

- Wszystko wy­mie­rzy­łem. Roz­staw be­to­no­wych płyt ogro­dze­nia od­po­wiada roz­sta­wowi okien w ścia­nie bu­dynku nie­mal w stu pro­cen­tach. W nocy ni­kogo tam nie ma, okna są tuż nad zie­mią. Dwóch straż­ni­ków znaj­duje się w głów­nym bu­dynku, a trzeci w por­tierni.

- Może ktoś tam pra­cuje na nocną zmianę? - do­cie­kała Mar­ga­rita.

Im mniej po­zo­sta­wało czasu, tym mniej jej się po­do­bał cały ten po­mysł. Na eta­pie pla­no­wa­nia wszystko wy­glą­dało eks­cy­tu­jąco, ale im bli­żej re­ali­za­cji, tym bar­dziej za­czy­nała się bać. Na­to­miast Sie­mio­nowi było wszystko jedno. Wi­dział tylko ko­lejny cel i za wszelką cenę chciał go zre­ali­zo­wać.

- Prze­cież li­czy­łem, ile osób przy­cho­dzi, a ile wy­cho­dzi - tłu­ma­czył nieco obu­rzony. - W oknach ni­skiego par­teru palą się nie zwy­kłe lampy, tylko awa­ryjne. Pod­nio­słem ka­merę na kiju nad płot, wszystko na­gra­łem. Nie ma mowy o po­myłce. Kse­nia też tam była, cho­dziła do taty, za­glą­dała przez okno. Wi­działa ja­kąś apa­ra­turę, kom­pu­tery. Zdaje się, że rów­nież roz­dziel­nicę elek­tryczną. Gdyby to wszystko roz­wa­lić, od­bu­dowa po­trwa długo. A bomba wy­buch­nie na­wet nie w bu­dynku, tylko na ze­wnątrz. Wy­lecą szyby, ze­psują się kom­pu­tery, wy­rzą­dzimy grube szkody i tyle. Kse­nia pro­po­nuje rzecz nie­moż­liwą, nie damy rady na­wet wejść na dzie­dzi­niec.

- Mo­gli­by­śmy przy­naj­mniej spró­bo­wać uwol­nić zwie­rzęta. Chyba nie chcemy ich za­bić.

Wszystko mó­wiła w nie­śmia­łej na­dziei, że cały zło­wrogi plan ob­róci się po pro­stu w żart i wszy­scy pójdą do domu.

- Klatki stoją w zu­peł­nie in­nym miej­scu, sama mó­wi­łaś - przy­po­mniał jej Sie­mion z lek­kim obu­rze­niem.

- Bomba to bomba!

- Co ty ga­dasz? - Sie­mion aż pod­sko­czył na krze­śle. - Jaka bomba? Pe­tarda z sa­le­try i oleju na­pę­do­wego. Na­wet odłam­ków nie daje. Nic się nie może wy­da­rzyć. Wy­buch prę­dzej prze­wróci ogro­dze­nie, niż uszko­dzi ścianę bu­dynku.

"Obrońcy zwie­rząt" po­sta­no­wili przejść do ak­tyw­nych dzia­łań. Jak to zwy­kle bywa, po­dobne grupy, opę­tane ra­dy­kal­nymi ide­ami walki o ja­kiś szczytny cel, wcze­śniej czy póź­niej ro­bią coś, co źle się koń­czy dla nich lub (co zda­rza się znacz­nie czę­ściej) dla ko­goś in­nego. Każdy chciał po­su­nąć się w walce nieco da­lej niż inni, obec­ność Sie­miona ode­grała rolę ka­ta­li­za­tora. W końcu po­sta­no­wili do­ko­nać eks­plo­zji na dzie­dzińcu in­sty­tutu ba­daw­czego, w któ­rym pra­co­wał Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz.

Trzeba od­dać obroń­com spra­wie­dli­wość: nie chcieli ofiar i na­wet wy­rzą­dze­nia szkody nie uwa­żali za wy­jąt­kowo istotne. Naj­waż­niej­sze było zro­bie­nie cze­goś, o czym mo­gliby po­tem dys­ku­to­wać mię­dzy sobą i co po­łą­czy­łoby ich ja­kąś ta­jem­nicą. W ogóle wszyst­kim poza Kse­nią los małp w in­sty­tu­cie zwi­sał i po­wie­wał.

Plan nie był spe­cjal­nie skom­pli­ko­wany. Gdzieś w dark­ne­cie Sie­mion wy­ło­wił in­struk­cję wy­ko­na­nia ła­dun­ków wy­bu­cho­wych i de­to­na­tora. Po za­ku­pie nie­zbęd­nych skład­ni­ków zbu­do­wał z nich coś, co można na­zwać bez­odłam­ko­wym ła­dun­kiem wy­bu­cho­wym, wa­żą­cym około trzech ki­lo­gra­mów. Pro­blem po­le­gał tylko na tym, aby umie­ścić ten ła­du­nek pod wy­zna­czo­nymi par­te­ro­wymi oknami i wy­eli­mi­no­wać moż­li­wość, że ła­du­nek wy­buch­nie w in­nym miej­scu i ko­muś sta­nie się krzywda.

Cał­kiem ele­ganc­kie roz­wią­za­nie przy­szło Sie­mio­nowi do głowy, gdy po raz ko­lejny je­chał ulicą Aw­to­pro­jezdną. Skon­stru­ował z alu­mi­nio­wego ką­tow­nika coś w ro­dzaju pod­wie­sza­nej zjeż­dżalni z małą tram­po­liną. Gdyby umie­ścić ją na szczy­cie ogro­dze­nia tram­po­liną do środka, ostroż­nie po­ło­żyć na niej ła­du­nek w kształ­cie walca i go pu­ścić, to po­wi­nien spaść na zie­mię i po­tur­lać się do­kład­nie pod od­po­wied­nie okna.

In­sty­tut nie był w końcu obiek­tem woj­sko­wym, poza tym pro­wa­dzone tam ba­da­nia za­pewne nie mo­gły spo­wo­do­wać żad­nych po­waż­nych pro­ble­mów. Bo po co wro­gom pań­stwa cał­ko­wi­cie jawne ma­te­riały z cał­ko­wi­cie jaw­nych ba­dań pro­wa­dzo­nych dzięki mię­dzy­na­ro­do­wemu gran­towi, które mogą się przy­dać w da­le­kiej przy­szło­ści na przy­kład w me­dy­cy­nie ko­smicz­nej? Bu­dynku strze­żono więc głów­nie przed zło­dzie­jami, któ­rzy chcie­liby ukraść nowe kom­pu­tery, przed pi­ja­kami, któ­rzy nie mie­liby nic prze­ciwko temu, żeby się wy­si­kać za jego ro­giem, i przed bez­dom­nymi, któ­rzy chęt­nie spę­dzi­liby noc w jego piw­ni­cach, gdyby tylko mieli taką moż­li­wość. Dla­tego ab­so­lut­nie wy­star­czało do tego celu trzech straż­ni­ków uzbro­jo­nych w strzelby i pi­sto­let oraz do­bry sys­tem alar­mowy pod­łą­czony do sta­no­wi­ska straż­ni­ków. Ka­mery mo­ni­to­ro­wały je­dy­nie te­ren we­wnętrzny, prze­strzeń za ogro­dze­niem znaj­do­wała się w mar­twym polu. Bez trudu da się więc po­dejść w od­po­wied­nie miej­sce wzdłuż muru, za­mo­co­wać zjeż­dżal­nię i zrzu­cić na nią ła­du­nek.

- Do­bra, Sie­mion, po­każ bombę - po­pro­sił Dima.

- Nie ma pro­blemu, patrz.

Sie­mion schy­lił się i szyb­kim ru­chem roz­piął su­wak w swo­jej tor­bie tre­nin­go­wej.

- To ona? - za­py­tał nieco za­wie­dziony Igor. - Ja­kaś rura...

- To ona. Czego się spo­dzie­wa­łeś?

- Nie wiem. - Igor zro­bił nie­okre­ślony gest. - Może bomby po­dob­nej na przy­kład do ana­nasa, a to tylko ja­kiś zwi­tek.

- I pra­wi­dłowo, bo taki zwi­tek nie bę­dzie miał odłam­ków - po­twier­dził Sie­mion. - Odłamki mo­głyby ko­goś zra­nić albo za­bić. Wal­co­waty kształt po­zwoli ła­dun­kowi stur­lać się po zjeż­dżalni.

- Co tu jesz­cze masz? - Mar­ga­rita wska­zała pal­cem na kilka dłu­gich pa­czek le­żą­cych w tej sa­mej tor­bie.

- To są pro­wad­nice.

- Su­per! - po­wie­dział Dima.

- No my­ślę - po­twier­dził Sie­mion z dumą.

Wtem roz­legł się dźwięk otwie­ra­nego zamka w drzwiach wej­ścio­wych.

- Ci­cho, cho­waj wszystko - za­rzą­dziła Kse­nia. - Anka przy­szła.

- Na­ka­bluje czy co? - za­py­tał Sie­mion.

Wła­ści­wie Ania wy­jąt­kowo się Sie­mio­nowi po­do­bała. Ma­rzył o tym, żeby po­znać ją bli­żej. Po­nie­waż jed­nak od­no­siła się do ca­łej ich grupy obroń­ców zwie­rząt tak kpiąco i zło­śli­wie, zda­wał so­bie sprawę, że do­póki jest z nimi, praw­do­po­do­bień­stwo na­wią­za­nia sto­sun­ków z Anią równa się zeru.

- Nie na­ka­bluje, ale ja­koś może wszystko ze­psuć. Cho­waj, mó­wię! - po­wtó­rzyła Kse­nia.

Sio­stry Dieg­tia­riow19 marca, po­nie­dzia­łek, dzień

Kse­nia była star­sza, miała dzie­więt­na­ście lat. Wy­soka, ciem­no­włosa i ciem­no­oka, nie przy­po­mi­nała ani matki, ani ojca, za to są­dząc z por­tre­tów, była nie­zwy­kle po­dobna do swo­jej pra­babki ze strony matki, ak­torki Te­atru im. Sta­ni­sław­skiego, która grała nie­mal wszyst­kie główne role w la­tach wojny i po niej, aż do swo­jej tra­gicz­nej śmierci w ka­ta­stro­fie lot­ni­czej w 1962 roku. Kse­nia stu­dio­wała na Mo­skiew­skim Uni­wer­sy­te­cie Pań­stwo­wym na wy­dziale dzien­ni­kar­stwa. Do­stała się tam nie­mal wy­łącz­nie dzięki zdol­no­ściom, mi­ni­mal­nej po­mocy wujka i rzad­kiej uro­dzie, na któ­rej wi­dok omdle­wały i ta­jały serca eg­za­mi­na­to­rów. Jej nie­winne spoj­rze­nie i ła­godny głos wzbu­dziły zaś sym­pa­tię na­wet naj­oschlej­szych człon­kiń ko­mi­sji.

Wy­brała kie­ru­nek dzien­ni­kar­stwo te­le­wi­zyjne, bo ma­rzyło się jej, że w przy­szło­ści bę­dzie krę­cić re­por­taże o ochro­nie zwie­rząt, przy­rody i cze­goś tam jesz­cze, któ­rych wi­dzo­wie wzru­szą się do łez. Sza­leń­czo ko­chała wszel­kie zwie­rzaki i ta mi­łość nie raz miała przy­kre kon­se­kwen­cje. Przy­gar­niane koty zja­dały ptaszki i wy­ła­wiały rybki z akwa­rium. Ura­to­wane psy wo­jo­wały z ko­tami i od czasu do czasu urzą­dzały w miesz­ka­niu istne jatki. Po pew­nym cza­sie Kse­nia od­da­wała wy­ku­ro­wane zwie­rzęta w do­bre ręce, żeby zwol­nić miej­sce na­stęp­nym.

W ostat­nich mie­sią­cach w jej miesz­ka­niu za­pa­no­wała kru­cha rów­no­waga - nowe akwa­rium utrud­niało kotu po­lo­wa­nie na ryby, zde­cy­do­wano też, by nie ku­po­wać wię­cej cho­mi­ków, aby nie tu­czyć tej ogrom­nej, pu­szy­stej czar­nej be­stii o dia­bo­licz­nych żół­tych oczach. Mię­dzy psem - mie­szań­cem owczarka kau­ka­skiego z nie wia­domo czym - a ko­tem utrzy­my­wał się swo­isty ro­zejm dzięki do­bro­dusz­nemu cha­rak­te­rowi pierw­szego oraz nie­zwy­kłemu tu­pe­towi i spry­towi dru­giego. Krótko mó­wiąc, kot ukształ­to­wał swoje śro­do­wi­sko zgod­nie z wła­snym świa­to­po­glą­dem.

Kse­nia, we­dług wy­ra­że­nia jej matki, wła­śnie "wci­skała pro­pa­gandę". Skie­ro­wała prze­mowę do młod­szej sio­stry, szes­na­sto­let­niej uczen­nicy Ani. Ania, która z twa­rzy przy­po­mi­nała za­równo matkę, jak i ojca, była na­tu­ralną blon­dynką śred­niego wzro­stu i o fi­gu­rze spor­t­smenki. Lu­biła zwie­rzęta, ale nie rwała się do by­cia dzien­ni­karką, a jej plany ży­ciowe spro­wa­dzały się do tego, by naj­pierw wy­grać jak naj­wię­cej tur­nie­jów wiel­kosz­le­mo­wych, a na­stęp­nie za­peł­nić swo­imi zdję­ciami wszyst­kie ta­blo­idy świata. W tym celu pięć razy w ty­go­dniu spę­dzała po trzy go­dziny w szkole te­ni­so­wej w No­wej Wio­sce Olim­pij­skiej, ak­tyw­nie i pil­nie wbi­ja­jąc żółte piłki w na­wierzch­nię kortu. Poza tym co­dzien­nie po­świę­cała tro­chę czasu na od­ra­bia­nie pracy do­mo­wej i bar­dzo dużo czasu na sta­nie nago przed lu­strem w ła­zience ze zdję­ciami Kur­ni­ko­wej i Sza­ra­po­wej na to­a­letce. Za każ­dym ra­zem uzna­wała, że fi­gurę ma nie gor­szą niż Kur­ni­kowa, a twarz nie brzyd­szą niż Sza­ra­powa, po czym do­cho­dziła do wnio­sku, że łą­czy w so­bie za­lety ich obu, więc miej­sce na pierw­szych stro­nach ma­ga­zy­nów plot­kar­skich po­winna re­zer­wo­wać już te­raz.

Sio­stry piły her­batę, sie­dząc przy barku w prze­stron­nej kuchni po­ły­sku­ją­cej stalą nie­rdzewną, co czy­niło ją po­dobną do kost­nicy z ame­ry­kań­skich fil­mów kry­mi­nal­nych albo ste­rowni statku ko­smicz­nego ze sta­rego so­wiec­kiego filmu science fic­tion.

Ro­dzina Dieg­tia­rio­wów prze­nio­sła się do tego miesz­ka­nia le­d­wie kilka mie­sięcy wcze­śniej z ty­po­wego bloku z wiel­kiej płyty przy pro­spek­cie Mi­czu­rina. Oj­ciec sióstr, Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz, wi­ru­so­log znany w krę­gach aka­de­mic­kich, pół ka­riery za­wo­do­wej spę­dził na eks­pe­dy­cjach, po­lu­jąc na szcze­gól­nie rzad­kie i pa­skudne cho­roby. Opu­bli­ko­wał wiele ar­ty­ku­łów i mo­no­gra­fii, co przy­nio­sło mu w śro­do­wi­sku na­uko­wym bar­dzo dużo sławy i bar­dzo mało pie­nię­dzy.

Po­szczę­ściło mu się jed­nak kilka lat temu. Ze­spół, któ­rym kie­ro­wał, wszedł w skład ro­syj­sko-ame­ry­kań­skiej grupy wi­ru­so­lo­gów. Ame­ry­ka­nie do­stali grant od ja­kiejś fun­da­cji po­wsta­łej przy Cen­trum Kon­troli Cho­rób Za­kaź­nych w Atlan­cie. W re­zul­ta­cie Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz wy­ru­szył na eks­pe­dy­cję nie byle gdzie, bo naj­pierw do Au­stra­lii, a po­tem na Ha­iti. Wró­cił stam­tąd brą­zowy od słońca i z no­wym te­ma­tem, nad któ­rym praca cał­ko­wi­cie go po­chło­nęła. Za­raz po­tem za­pro­po­no­wano mu, by sta­nął w Ro­sji na czele ze­społu ba­da­czy, który zaj­mie się tym wła­śnie te­ma­tem. Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz długo się nie za­sta­na­wiał, szcze­gól­nie kiedy się do­wie­dział o wy­so­ko­ści pen­sji, pre­miach i in­nych moż­li­wo­ściach, dzięki któ­rym ży­cie ca­łej jego ro­dziny miało się wznieść się na nie­wi­dziany do­tąd po­ziom.

Nieco póź­niej wy­ja­śniło się, że praw­dzi­wym miej­scem pracy Wła­di­mira Sier­gie­je­wi­cza bę­dzie znana firma Pharm­cor na­le­żąca do rów­nie zna­nego Alek­san­dra Burko - oli­gar­chy o ma­nie­rach sło­nia w skła­dzie por­ce­lany. To wła­śnie on fi­nan­so­wał dzia­łal­ność firmy, mimo że ta była ame­ry­kań­ska, a sam Burko stu­pro­cen­towo swój, z sa­mego serca Ro­sji.

W ten spo­sób Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz za­in­sta­lo­wał się ra­zem ze współ­pra­cow­ni­kami w pię­tro­wym bu­dynku przy ulicy Aw­to­pro­jezd­nej, który w po­przed­niej epoce był blo­kiem la­bo­ra­to­ryj­nym jed­nej z mo­skiew­skich fa­bryk sa­mo­cho­dów. Po upadku fa­bryki sporą część jej te­re­nów wy­ku­piły inne firmy, z czego po­kaźny ka­wa­łek wy­kroił so­bie nie­jaki Chim­pro­dukt - jedna z nie­zli­czo­nych spółek có­rek Pharm­coru.

La­bo­ra­to­rium stało na ubo­czu. Wjeż­dżało się tam w spo­sób dość skom­pli­ko­wany przez te­ren fa­bryki, cho­ciaż po­dwó­rze przy­le­gało do Aw­to­pro­jezd­nej i wy­star­czyło tylko od tej strony usta­wić szla­ban, co wy­ma­ga­łoby je­dy­nie odro­biny chęci i nie­wiel­kiego wy­siłku.

Po­tem na no­wym te­re­nie po­ja­wił się eks­pra­cow­nik cen­trali Fe­de­ral­nej Służby Wię­zien­nej, zna­nej też jako FSIN, nie­jaki An­driej Wa­sil­je­wicz Owier­czuk - męż­czy­zna śred­niego wzro­stu, tęgi, z twa­rzą nie­za­pa­da­jącą w pa­mięć, ale ma­jący siłę prze­bi­cia jak czołg. Obec­nie były kla­wisz Owier­czuk słu­żył w ochro­nie Pharm­coru, by­naj­mniej nie na sze­re­go­wym sta­no­wi­sku - jako szef ochrony. Dzięki jego sta­ra­niom le­ci­wych stró­żów, wio­dą­cych dość nędzną eg­zy­sten­cję, za­stą­pili bar­czy­ści mło­dzieńcy w czar­nych pa­ra­mi­li­tar­nych uni­for­mach, z pi­sto­le­tami i pał­kami te­le­sko­po­wymi u pasa oraz ze strzel­bami sa­mo­pow­ta­rzal­nymi na ple­cach. Po­tem na te­re­nie za­kładu za­ro­iło się od pra­cow­ni­ków, przy­je­chały cię­ża­rówki ze sprzę­tem i w ciągu sze­ściu mie­sięcy bu­dy­nek z sza­rych, po­ciem­nia­łych od desz­czu blo­ków be­tonu, tak su­rowy, że aż przy­gnę­bia­jący, prze­obra­ził się w cał­kiem no­wo­cze­sny obiekt z po­la­ry­za­cyj­nymi szy­bami w oknach i jesz­cze no­wo­cze­śniej­szym wnę­trzem.

Krótko mó­wiąc, Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz ni­gdy do­tąd nie miał do dys­po­zy­cji ta­kiego la­bo­ra­to­rium. Pracę za­kłó­cały mu tylko re­gu­larne wi­zyty Owier­czuka, któ­rego ser­decz­nie nie cier­piał, po­nie­waż do­my­ślał się jego głę­bo­kiego du­cho­wego ze­psu­cia. Z dru­giej strony Owier­czuk nie pchał się Wła­di­mi­rowi Sier­gie­je­wi­czowi w oczy, po­ja­wiał się w bu­dynku la­bo­ra­to­rium nie czę­ściej niż parę razy w ty­go­dniu i tylko na chwilę, żeby po­bież­nie się ro­zej­rzeć. Miał aż nadto in­nych spraw na gło­wie. Tak więc praca przez ostat­nie kilka lat szła spo­koj­nie.

Nie­po­ko­jące było tylko to, że pry­watna firma, ma­jąca sie­dzibę w mie­ście, pod­jęła ba­da­nia nad mało zna­nymi wi­ru­sami i oczy­wi­ście ni­kogo o tym nie po­in­for­mo­wała. Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz wie­dział, ja­kie środki ostroż­no­ści sto­sują bio­lo­dzy w ar­mii - Ki­riłł Gor­die­jew, jego ko­lega z roku, kie­ro­wał za­mknię­tym woj­sko­wym la­bo­ra­to­rium opra­co­wu­ją­cym szcze­pionki. W Pharm­co­rze nie było ni­czego, co by przy­po­mi­nało tamte środki. Sam Owier­czuk prze­ko­ny­wał, że gwa­ran­cją bez­pie­czeń­stwa jest przy­cią­ga­nie moż­li­wie naj­mniej­szej uwagi. Zresztą nikt nie za­mie­rzał tu pra­co­wać z groź­nymi mi­kro­bami, więc Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz spe­cjal­nie się nad tym nie za­sta­na­wiał. Poza tym Pharm­cor za jed­nym za­ma­chem pod­pi­sał z nim nie­mal do­ży­wotni kon­trakt, za­ofe­ro­wał mu praw­dzi­wie kró­lew­skie wy­na­gro­dze­nie, a nie­dawno po­mógł w uzy­ska­niu ulgo­wego, nie­mal nie­opro­cen­to­wa­nego kre­dytu na miesz­ka­nie. Dzięki temu ro­dzina Dieg­tia­rio­wów wpro­wa­dziła się na no­wiut­kie osie­dle po­ło­żone nie­opo­dal sta­cji me­tra Uni­wer­sy­tet - je­śli na­wet nie eli­tarne, to do­brze od­po­wia­da­jące po­ję­ciu bu­si­ness class. Stare miesz­ka­nie sprze­dali cał­kiem ko­rzyst­nie, co za­pew­niło Ali­nie Alek­san­drow­nie, żo­nie Wła­di­mira Sier­gie­je­wi­cza, środki na kupno me­bli. Zda­wało się, że los się do nich uśmiech­nął.

Jed­nak pło­mienna prze­mowa, którą Kse­nia wy­gła­szała wła­śnie do młod­szej sio­stry, nie była lau­da­cją na cześć ojca w po­dzięce za po­prawę po­ziomu ich ży­cia. Kse­nia od­kryła, że wi­ru­so­lo­dzy pro­wa­dzą do­świad­cze­nia na zwie­rzę­tach. Ow­szem, wie­działa o tym wcze­śniej, ale oj­ciec kie­dyś pra­co­wał głów­nie w te­re­nie, a zwie­rzęta za­ra­żali jego ko­le­dzy. Te­raz zaś za­czął pra­co­wać w la­bo­ra­to­rium. I któ­re­goś wie­czora star­sza córka, niby to mi­mo­cho­dem, za­dała mu py­ta­nie:

- Tato, a ja­kie wy tam zwie­rzęta wy­ko­rzy­stu­je­cie? No wiesz, do eks­pe­ry­men­tów.

Po­grą­żony w my­ślach oj­ciec, nie zda­jąc so­bie sprawy z praw­dzi­wego sensu py­ta­nia, ma­chi­nal­nie od­po­wie­dział, że na­tu­ral­nie do wy­boru, do ko­loru - od szczu­rów do małp. Roz­mowa nie miała ciągu dal­szego, ale Kse­nia w du­chu na­tych­miast na­pięt­no­wała swo­jego ro­dzi­ciela jako rzeź­nika i wi­wi­sek­tora. Do tego oka­zała się tak nie­ostrożna, że po­dzie­liła się swoją wie­dzą z przy­ja­ciółmi ze stu­diów, któ­rzy z róż­nych po­wo­dów po­dzie­lali jej po­glądy na kwe­stię obrony praw zwie­rząt. W re­zul­ta­cie wo­kół Kseni po­wstał pew­nego ro­dzaju krąg współ­wy­znaw­ców, który nie po­zwa­lał, by emo­cje zwią­zane z rzeź­nic­twem Wła­di­mira Sier­gie­je­wi­cza opa­dły.

Kse­nia prze­stała na­wet roz­ma­wiać z oj­cem, chyba że aku­rat po­trze­bo­wała pie­nię­dzy, któ­rych matka jej ską­piła. Ale on, pra­co­ho­lik w cięż­kim sta­dium tej sza­no­wa­nej cho­roby, je­żeli są­dzić na pod­sta­wie jego za­cho­wa­nia, na­wet tego nie za­uwa­żył. Po­zba­wił tym sa­mym córkę moż­li­wo­ści wy­gło­sze­nia gniew­nej re­pliki w od­po­wie­dzi na py­ta­nie: "Co się stało, Kse­nieczka?". W roli ad­wo­kata taty wy­stę­po­wała te­raz Ania.

- Jak mo­żesz go uspra­wie­dli­wiać? On eks­pe­ry­men­tuje na zwie­rzę­tach! Czy ty to ro­zu­miesz? To tak, jakby eks­pe­ry­men­to­wał na Bar­siku albo Miszce! Ko­chasz je? Ko­chasz, prawda? Od­da­ła­byś je ta­tu­siowi, żeby za­ra­ził je ja­kąś dżumą i pa­trzył, co się sta­nie?

- Po pierw­sze, oj­ciec też je ko­cha. Bar­sik śpi u niego na po­duszce. Nie u cie­bie, a u niego, tak na mar­gi­ne­sie. Po dru­gie, czy jest ci znany ja­kiś inny spo­sób te­sto­wa­nia le­ków? O ile wiem, jesz­cze ta­kiego nie wy­my­ślono.

- To naj­pierw niech się zajmą wy­na­le­zie­niem ta­kiego spo­sobu, a po­tem swo­imi dy­ser­ta­cjami!

- Zdaje mi się, że oj­ciec obro­nił wszyst­kie moż­liwe już dzie­sięć lat temu. Albo na­wet wię­cej - mruk­nęła Ania.

- Więc po­maga bro­nić in­nym, swoim wspól­ni­kom!

- Czy ty cho­ciaż wiesz, czym oni się zaj­mują?

- Nie wiem ani nie chcę wie­dzieć! Wy­star­czy mi, że w swoim la­bo­ra­to­rium mę­czą zwie­rzęta.

Ania wzru­szyła ra­mio­nami, jakby mó­wiąc: "O czym tu roz­ma­wiać z głup­kiem", mimo to od­po­wie­działa:

- O ile wiem, pra­cują nad moż­li­wo­ścią utrzy­ma­nia or­ga­ni­zmu przy ży­ciu w cza­sie dłu­gich lo­tów ko­smicz­nych bez za­mra­ża­nia go. I w ogóle prze­trwa­niem w eks­tre­mal­nych wa­run­kach. Coś w tym stylu, że je­dziesz na An­tark­tydę i za­ma­rzasz. Prze­wożą cię w cie­płe miej­sce, sam od­ma­rzasz i idziesz da­lej. Tra­fiasz jesz­cze gdzie in­dziej i znów nic złego ci się nie dzieje. Coś ci się naj­pierw wy­łą­czyło w or­ga­ni­zmie, po­tem włą­czyło, kiedy to po­trzebne.

Kse­nia prych­nęła i utkwiła wzrok w sio­strze, bio­rąc się pod boki.

- Skąd ty to wszystko wiesz, Kur­ni­kowa? Tre­ner ci opo­wie­dział?

- Zaj­rza­łam ojcu do no­ta­tek - od­po­wie­działa sio­stra z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem. - Wszystko leży na jego biurku. On pi­sze ar­ty­kuł albo książkę o swo­jej pracy. Sama weź i po­czy­taj.

- Chcesz po­wie­dzieć, że wszystko zro­zu­mia­łaś? Co mia­łaś z bio­lo­gii na se­mestr? - za­py­tała Kse­nia z taką ilo­ścią sar­ka­zmu w gło­sie, jaką tylko zdo­łała z sie­bie wy­krze­sać.

- Wstęp zro­zu­mia­łam - wzru­szyła ra­mio­nami Ania. - Chcesz zro­zu­mieć resztę, sama prze­czy­taj. Ty je­steś mą­dra, ty je­steś świetną uczen­nicą, nie­długo tra­fisz do te­le­wi­zji z pro­gra­mem o ochro­nie zwie­rząt. Wo­bec tego idź i czy­taj. Prze­pro­wadź coś w stylu śledz­twa dzien­ni­kar­skiego.

- Skąd ci się przy­cze­piło to "w stylu"? - za­kpiła Kse­nia. - Od two­ich kum­pli spor­tow­ców nie­do­ro­zwo­jów?

- Nie, z ksią­żek, które pi­szą pu­bli­cy­ści po dzien­ni­kar­stwie. Swoją drogą wiem, co w sło­wie "pu­bli­cy­sta" zna­czy "cy­sta". Ale skąd to "pu­bli"? - z uda­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem spy­tała Ania.

- Jesz­cze do tego nie do­ro­słaś.

- Cóż, jak nie do­ro­słam, to nie do­ro­słam - zgo­dziła się ła­two Ania. - Czas na mnie.

Wy­szła z kuchni, pod­nio­sła z pod­łogi torbę te­ni­sową, prze­go­niw­szy z niej re­lak­su­ją­cego się kota, i wy­szła na ko­ry­tarz. Kiedy zbli­żała się do drzwi, za­dzwo­nił te­le­fon z ochrony. Ania zi­gno­ro­wała sy­gnał i tylko od­wró­ciła się w stronę miesz­ka­nia.

- Pry­mu­ska! - krzyk­nęła. - Przy­szli do cie­bie po­zo­stali obrońcy praw szczu­rów! - I wy­szła.

Wy­cho­dząc z windy, wpa­dła na czworo "obroń­ców" - dziew­czynę i trzech chło­pa­ków. Mar­ga­rita i dwaj chłopcy uczyli się z Kse­nią na tym sa­mym kie­runku na wy­dziale dzien­ni­kar­stwa. Trze­cim był star­szy brat Mar­ga­rity, Sie­mion. Ni­ski i wą­tły, miał oku­lary jak mu­zyk Moby - w gru­bej, kan­cia­stej opra­wie z pla­stiku - które zu­peł­nie nie pa­so­wały do jego chu­dej, spi­cza­stej twa­rzy. Wy­glą­dał znacz­nie mło­dziej niż sio­stra. Mar­ga­rita była pu­szy­sta, do tego tłuszcz roz­ło­żył się tak nie­szczę­śli­wie, że jej cel­lu­li­towe uda two­rzyły ro­dzaj uszu, które pró­bo­wała wci­snąć w zbyt cia­sne czarne spodnie. Spodnie nie zmniej­szały tych uszu, prze­ciw­nie, uwy­dat­niały je, a na do­da­tek tłu­stawe boki Mar­ga­rity wy­le­wały się znad mocno ścią­gnię­tego pa­ska i zwi­sały jak wy­ro­śnięte cia­sto z dzieży.

Sama Mar­ga­rita z ja­kie­goś po­wodu uwa­żała, że na­leży do bo­hemy, i po­cią­gał ją styl go­tycki, dla­tego far­bo­wała włosy na ko­lor kru­czo­czarny z ja­skra­wo­czer­wo­nymi pa­sem­kami. Do tego ro­biła so­bie ża­łob­nie czarny ma­ki­jaż, co w po­łą­cze­niu z dłu­gim no­sem i rów­nież czar­nymi wy­łu­pia­stymi oczami spra­wiało, że wy­glą­dała wprost prze­ra­ża­jąco. Na dzien­ni­kar­stwo do­stała się dzięki sta­ra­niom swo­jego taty, który zaj­mo­wał się fi­nan­sami jed­nego z głów­nych ka­na­łów te­le­wi­zyj­nych.

Sie­mion koń­czył już Mo­skiew­ski Pań­stwowy Uni­wer­sy­tet Tech­niczny im. Bau­mana i był nie­zwy­kle zdol­nym pro­gra­mi­stą. Nu­dziło go jed­nak wy­ko­rzy­sty­wa­nie tego nie­wąt­pli­wego ta­lentu do ce­lów po­ko­jo­wych i pew­nego dnia tak sku­tecz­nie bły­snął swo­imi umie­jęt­no­ściami, że tylko dzięki wszech­moc­nemu ta­cie udało mu się unik­nąć pro­cesu i wię­zie­nia - gi­bral­tar­ska fi­lia ho­len­der­skiego banku łak­nęła krwi i ofiar z lu­dzi.

Po­zo­stali dwaj chłopcy na­le­żeli do sta­rych te­le­wi­zyj­nych ro­dów. Dima - wy­soki, lekko ze­zo­waty i przed­wcze­śnie ły­sie­jący - był wnu­kiem zna­nego w cza­sach so­wiec­kich ko­men­ta­tora spraw za­gra­nicz­nych, a Igor - sy­nem pro­du­centa z ka­nału mu­zycz­nego. W su­mie cała ta paczka po­wstała dla­tego, że Igor - ciem­no­włosy, uro­dziwy i ze­psuty po­wo­dze­niem u dziew­czyn - po­sta­no­wił zdo­być względy Kseni.

Kse­nia, w od­róż­nie­niu od in­nych dziew­cząt, nie ule­gła uro­kowi Igora. Była na to zbyt za­ab­sor­bo­wana sobą i za­ko­chana w so­bie. Dla­tego od­no­siła się do za­lot­ni­ków nieco lek­ce­wa­żąco i można chyba po­wie­dzieć: de­spo­tycz­nie. Na­wet nie za­wsze za­uwa­żała ich obec­ność. W re­zul­ta­cie Igor za­jął się ochroną zwie­rząt i śro­do­wi­ska na­tu­ral­nego, o któ­rych lo­sie w in­nej sy­tu­acji ni­gdy by nie my­ślał. Z ko­lei jego przy­ja­ciel Dima przy­łą­czył się do nich dla­tego, że za­wsze przy­łą­czał się do Igora. Mar­ga­rita uwa­żała się za kum­pelę Dimy. Wszystko po­zo­sta­łoby na eta­pie roz­mów pro­wa­dzo­nych u ko­goś w kuchni, gdyby nie Sie­mion.

Mimo że pra­co­wał w spo­koj­nym za­wo­dzie, ja­kim jest pro­gra­mo­wa­nie, w głębi serca był czło­wie­kiem peł­nym pa­sji, go­to­wym po­świę­cić cały swój czas wszel­kim for­mom ak­tyw­no­ści po­li­tycz­nej: obro­nie praw zwie­rząt, walce o spra­wie­dli­wość spo­łeczną, prze­ciw­dzia­ła­niu eks­ter­mi­na­cji zwie­rząt i walce z wszel­kimi for­mami dys­kry­mi­na­cji - byle tylko sprawa pach­niała spi­skiem i da­wała mu po­czu­cie wy­jąt­ko­wo­ści oraz udziału w czymś nie­zwy­kłym. Dla­tego po tym, jak Sie­mion do­łą­czył do ich grona, my­śli obroń­ców za­częły zmie­rzać w dość kon­kret­nym i ra­czej nie­bez­piecz­nym kie­runku.

Cała grupa spi­skow­ców, po prze­pusz­cze­niu Ani i przy­wi­ta­niu się z nią, wje­chała windą na siódme pię­tro i wy­szła na ko­ry­tarz. Kse­nia cze­kała już na nich w otwar­tych drzwiach. Uca­ło­wali się z nią, czyli dwu­krot­nie cmok­nęli po­wie­trze przy po­liczku, jak to na­gle stało się zwy­cza­jem po te­le­wi­zyj­nych re­kla­mach sprite'a, i we­szli do miesz­ka­nia.

- Czy ktoś ma ochotę na her­batę albo kawę? - za­py­tała Kse­nia.

Wszy­scy po­pro­sili o kawę. Kse­nia wy­szła do kuchni, skąd za­raz roz­legł się war­kot młynka. Wkrótce miesz­ka­nie wy­peł­nił wspa­niały aro­mat.

Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz Dieg­tia­riow, pro­fe­sor 19 marca, po­nie­dzia­łek, dzień

Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz Dieg­tia­riow stał w la­bo­ra­to­rium przed ob­ra­mo­waną me­ta­lem po­dwójną ścianą z gru­bego, har­to­wa­nego szkła. To­wa­rzy­szyło mu dwóch męż­czyzn. Je­den młody, wy­soki, szczu­pły i lekko przy­gar­biony, ostrzy­żony nie­mal na zero. Drugi prze­ciw­nie, nie­młody, nie­wiel­kiego wzro­stu, w oku­la­rach bez opra­wek. Si­wie­jące prze­rze­dzone włosy miał za­cze­sane do tyłu.

Wy­soki na­zy­wał się Sier­giej Kram­cow, był dok­to­ran­tem, a Dieg­tia­riow jego pro­mo­to­rem. Ni­ski, dok­tor Ja­mes Bil­lin­ton, był Ame­ry­ka­ni­nem z in­sty­tutu na­le­żą­cego do ame­ry­kań­skiego kon­cernu far­ma­ceu­tycz­nego IBF. Przy­je­chał przed dwoma mie­sią­cami, aby współ­pra­co­wać z Dieg­tia­rio­wem, i zaj­mo­wali się po­łą­cze­niem wy­ni­ków osią­gnię­tych w swo­ich kra­jach przez dwa ze­społy na­ukow­ców. Bil­lin­ton nie­źle mó­wił po ro­syj­sku, Dieg­tia­riow zaś zno­śnie po­ro­zu­mie­wał się po an­giel­sku, więc nie ko­rzy­stali z po­mocy tłu­ma­cza.

Te­raz za­alar­mo­wani przy­szli do wi­wa­rium i spo­glą­dali do jego wnę­trza z cał­ko­wi­cie skon­ster­no­wa­nymi mi­nami. Za gru­bymi szy­bami stały kil­ku­po­zio­mowe re­gały z du­żymi dru­cia­nymi klat­kami. Re­gały po­dzie­lono ścian­kami na seg­menty. Jedne seg­menty były pu­ste, w in­nych w klat­kach sie­działy małpy ko­tawce przy­wie­zione z Afryki. W pierw­szym seg­men­cie od le­wej zo­ba­czyli istne po­bo­jo­wi­sko. Jedna z kla­tek miała otwarte drzwiczki, druga, także otwarta, le­żała na pod­ło­dze pu­sta. Pod­łogę pod okra­to­waną ścianą po­kry­wała krew, w pur­pu­ro­wej, gęst­nie­ją­cej ka­łuży pły­wały strzępy sier­ści i ja­kieś grudki.

Jedna z małp, z py­skiem uma­za­nym za­schniętą krwią, sie­działa nie­opo­dal na pod­ło­dze, ko­ły­sząc się w przód i w tył ni­czym dziecko z cho­robą sie­rocą. Druga sie­działa na prze­wró­co­nej klatce. Na jed­nej z jej łap nie po­zo­stał ani ka­wa­łe­czek mięsa lub sier­ści, le­d­wie po­łą­czone ko­ści wi­siały jak sznurki. Bra­ko­wało jej też czę­ści py­ska, ca­łej jego le­wej po­łowy, która naj­wi­docz­niej zo­stała od­gry­ziona. Małpa sie­działa ci­cho i cał­ko­wi­cie nie­ru­chomo - jakby ma­ka­bryczne, praw­do­po­dob­nie śmier­telne rany zu­peł­nie jej nie prze­szka­dzały, jakby wszystko było w po­rządku.

- Więc co się stało? - za­py­tał Wła­di­mir Sier­gie­je­wicz Kram­cowa.

- Klatki mają słabe zamki, przy­po­mi­na­łem o tym kilka razy - od­parł dok­to­rant. - Otwie­rają się same. Dało się prze­wi­dzieć, że wcze­śniej czy póź­niej ja­kieś małpy uciekną.

- Z zam­kami ja­sna sprawa, wszyst­kie zo­staną wy­mie­nione w przy­szłym ty­go­dniu, ale co do­kład­nie się stało?

Kram­cow ski­nął na rząd mo­ni­to­rów kom­pu­te­ro­wych na biurku.

- Może pan wszystko obej­rzeć na na­gra­niu. A w skró­cie... W tym seg­men­cie są tylko dwie małpy, obie zo­stały za­ra­żone. Sie­dzą tu po­nad mie­siąc, czują się do­sko­nale.

- To te same, któ­rym po­dano wi­rus HIV - prze­rwał mu Dieg­tia­riow i zwró­cił się do Bil­lin­tona. - Pró­bo­wa­li­śmy po­zbyć się wi­rusa za po­mocą na­szej Szóstki.

- I co się oka­zało? - chciał wie­dzieć Bil­lin­ton.

- Oka­zało się, że po­ko­nu­jemy AIDS. I nie tylko AIDS. Na przy­kład wszyst­kie typy za­pa­le­nia wą­troby, a na­wet ba­nalną grypę. Wszyst­kie cho­roby wi­ru­sowe. Nasz wi­rus nie to­le­ruje ab­so­lut­nie żad­nych ry­wali, szcze­gól­nie ta­kich, które szko­dzą no­si­cie­lowi. Je­śli uda nam się do­pro­wa­dzić Szóstkę do sta­bil­nego po­ziomu, bę­dziemy mo­gli po­je­chać do Sztok­holmu z wy­prze­dze­niem i cze­kać na Na­grodę No­bla już na miej­scu. No i pan Burko zrobi się jesz­cze dzie­sięć razy bo­gat­szy. Albo i sto... Prze­pra­szam, Sie­rioża, kon­ty­nuuj.

Kram­cow ski­nął głową.

- Usły­sza­łem ha­łas, wbie­głem do la­bo­ra­to­rium. Jed­nej z małp udało się otwo­rzyć klatkę, za­częła ska­kać po ca­łym seg­men­cie, otwo­rzyła drugą klatkę i za­wi­sła na jej otwar­tych drzwicz­kach. Druga małpa też za­częła sza­leć, ra­zem roz­bu­jały klatkę i ze­pchnęły ją z półki tak, że klatka przy­gnio­tła małpę wi­szącą na drzwicz­kach. Łapa uwię­zła jej mię­dzy kra­tami, małpa nie zdą­żyła się uwol­nić. Klatka upa­dła na nią i zmiaż­dżyła jej klatkę pier­siową. Je­śli od­wróci się do nas dru­gim bo­kiem, zo­ba­czy pan, jaką ma ranę. Wszyst­kie że­bra po­ła­mane i z pew­no­ścią prze­bite płuca. Druga małpa prze­stra­szyła się i skryła w od­le­głym ką­cie seg­mentu. W cza­sie gdy za­kła­da­łem ska­fan­der ochronny, by wejść do środka i zro­bić po­rzą­dek, małpa, którą uwa­ża­łem za mar­twą, na­gle się po­ru­szyła. - Jed­no­cze­śnie Kram­cow prze­wi­jał czarno-białe wi­deo na­grane przez ka­merę ob­ser­wa­cyjną. - Pro­szę po­pa­trzeć od tego miej­sca.

Na jed­nym z ekra­nów po­ja­wił się Kram­cow sto­jący przy szkla­nej ścia­nie, ubrany w biały kom­bi­ne­zon, ale bez hełmu. Dwa inne ekrany po­ka­zy­wały wnę­trze seg­mentu. Rze­czy­wi­ście, przy­gnie­ciona małpa nie­spo­dzie­wa­nie drgnęła, wy­do­stała się spod klatki, usia­dła i znie­ru­cho­miała. Wzbu­dziło to cie­ka­wość dru­giego ko­tawca. Po­woli zbli­żył się do nie­ocze­ki­wa­nie wskrze­szo­nego to­wa­rzy­sza, za­cho­wał jed­nak dy­stans, jakby coś go po­wstrzy­mało. Jego po­stawa wy­ra­żała nie­pew­ność. Zmar­twych­wstała małpa z po­czątku nie re­ago­wała, na­wet nie pa­trzyła w jego stronę. Po mniej wię­cej trzech mi­nu­tach w ci­szy, nie wy­da­jąc żad­nych dźwię­ków i nie wy­ko­nu­jąc żad­nych ostrze­gaw­czych ani groź­nych ge­stów, rzu­ciła się na tę drugą, wcze­piła się w nią, po­wa­liła ją na zie­mię. Wy­wią­zała się krótka szar­pa­nina, po czym ofiara prze­stała się rzu­cać i le­gła na pod­ło­dze. Na­past­niczka, usiadł­szy obok niej, chwy­ciła ją za łapę.

- To... co ona robi? - spy­tał Bil­lin­ton.

- Za­biła ją, a te­raz ją zjada - od­parł Kram­cow.

- Można osza­leć. - Ame­ry­ka­nin po­trzą­snął głową, jakby nie wie­rzył wła­snym oczom. - Dla­czego? W na­szych ma­te­ria­łach nie było na­wet wzmianki o przy­pad­kach nie­umo­ty­wo­wa­nej agre­sji lub ka­ni­ba­li­zmu. Ko­tawce w ogóle są ro­śli­no­żerne.

- Na­sze ma­te­riały to za­pisy albo ob­ser­wa­cji te­re­no­wych lu­dzi, albo eks­pe­ry­men­tów na szczu­rach. - Kram­cow wzru­szył ra­mio­nami. - Może wi­rus uległ mu­ta­cji, a może też wpły­nął bez­po­śred­nio na psy­chikę małpy. Agre­sja, jak mi się zdaje, jest mocno umo­ty­wo­wana gło­dem. Ja­kiego mo­tywu pan jesz­cze chce? O pro­szę, pa­trz­cie! Te­raz jest naj­waż­niej­sze!

Po­pu­kał pa­znok­ciem w ekran mo­ni­tora. Na fil­mie działo się coś nie­sa­mo­wi­tego. Jedna małpa da­lej ogry­zała łapę dru­giej, tej, którą uznali za mar­twą. I na­gle ta "mar­twa" się po­ru­szyła.

- Wi­dzi­cie?

Małpa na­past­niczka nie­spo­dzie­wa­nie po­rzu­ciła swoją ofiarę, ode­szła na bok i usia­dła na ziemi. Wy­da­wało się, że coś prze­łyka. Druga małpa też usia­dła i znie­ru­cho­miała. Po­tem za­częła się ko­ły­sać w przód i w tył.

- Sie­dzą tak po­nad go­dzinę. Nic się nie zmie­niło. Wszystko wska­zuje na to, że obie nie żyją. Na ka­me­rze ter­mo­wi­zyj­nej wi­dać, że ich ciała sty­gną - pod­su­mo­wał Kram­cow.

- I co z tego wy­nika? Wi­rus działa, cho­ciaż nie­zu­peł­nie w spo­sób, ja­kiego ocze­ki­wa­li­śmy? - za­py­tał Bil­li­ton.

- Na to wy­gląda - od­po­wie­dział za dok­to­ranta Dieg­tia­riow. - Obie żyły po­mimo za­ka­że­nia. Z po­zoru były ab­so­lut­nie zdrowe. Jedna zgi­nęła w nie­szczę­śli­wym wy­padku, czego nie mo­gli­śmy prze­wi­dzieć. Mamy tu ilu­stra­cję au­stra­lij­skich i ha­itań­skich ba­śni: mar­twa małpa "wstała z grobu" po to, żeby "jeść ży­wych". Cho­ciaż te ba­śnie nie zna­la­zły po­twier­dze­nia w fak­tach. Co za­tem stało się tu­taj?

- Naj­praw­do­po­dob­niej serce wrotne, tak jak przy­pusz­cza­li­śmy. A poza tym trzeba je zła­pać. I zro­bić sek­cję - stwier­dził Kram­cow.

Bil­lin­ton spoj­rzał na niego uważ­nie.

- Zdaje pan so­bie sprawę, jaką trzeba za­cho­wać ostroż­ność?

- Tak - ski­nął głową Kram­cow. - Nie za­mie­rzam ła­pać małp w po­je­dynkę. Ścią­gnę la­bo­ran­tów, za­ło­żymy ska­fan­dry ochronne. Na­wia­sem mó­wiąc, trzy razy wpusz­cza­łem do tego seg­mentu gaz usy­pia­jący. Bez efektu. Zdaje się, że one w ogóle nie od­dy­chają. Spraw­dzi­łem na­wet sku­tecz­ność gazu w in­nym seg­men­cie, z nie­za­in­fe­ko­wa­nymi mał­pami. Tam za­dział. Małpy za­snęły w ciągu trzech mi­nut. A dla tych gaz jest obo­jętny.

- Tak, to cie­kawe - wes­tchnął Bil­lin­ton. - Coś w tym ro­dzaju prze­wi­dy­wa­li­śmy, ale nie cał­kiem w ta­kiej for­mie i nie z ta­kim skut­kiem. Te­raz bę­dziemy się mu­sieli zo­rien­to­wać, co z tego wy­nika i jak to wy­ko­rzy­stać dla do­bra ludz­ko­ści. Mamy jesz­cze ja­kieś za­ka­żone zwie­rzęta?

- Nie, ale szybko mo­żemy mieć - uśmiech­nął się Kram­cow. - Za­ka­zimy. I za­czniemy od szczu­rów, bo małp mamy mało.