Epoka legendy. Legendy Pierwszego Imperium. Tom 4 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (43,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od Autora

Od Autora

Jeśli czy­ta­cie te słowa, zakła­dam, że skoń­czy­li­ście Epokę Mitu, Epokę Mie­czy i Epokę Wojny. Jeśli nie, pro­szę prze­rwij­cie lek­turę i nad­rób­cie braki. W prze­ciw­nym razie ta opo­wieść sprawi Wam znacz­nie mniej rado­ści. A jeśli prze­czy­ta­li­ście te książki, ale chce­cie je sobie odświe­żyć, znaj­dzie­cie ich stresz­cze­nia na stro­nie www.fir­stem­pi­re­se­ries.com/book-recaps. Może­cie także zapo­znać się ze słow­nicz­kiem znaj­du­ją­cym się na końcu tego tomu. Jest pozba­wiony spo­ile­rów i uak­tu­al­niany po każ­dej kolej­nej książce, by stale zapew­niać nowe infor­ma­cje.

No dobrze, co mogę Wam powie­dzieć o tej książce? Jed­nym z moich celów pod­czas pisana tej serii było opo­wie­dze­nie o fun­da­men­tach świata Elan i w dużym stop­niu udało mi się to w poprzed­nich trzech tomach. Ale pew­nego dnia, gdy byłem sku­piony na pracy, jedna z postaci - która na razie pozo­sta­nie ano­ni­mowa - powie­działa śmier­tel­nie zabawny żart. Moi boha­te­ro­wie cza­sami to robią, ale tym razem opa­dła mi szczęka i natych­miast zaczą­łem pisać.

A gdyby to nie był żart?

Tak jak Wielki Wybuch w jed­nej chwili zro­dził cały wszech­świat, tak w mojej gło­wie natych­miast obja­wił się zupeł­nie nowy kie­ru­nek, w któ­rym mogła podą­żyć cała histo­ria. "Naprawdę mogę to zro­bić?", pomy­śla­łem z wypie­kami na twa­rzy i natych­miast sobie odpo­wie­dzia­łem: "Muszę przy­naj­mniej spró­bo­wać". Wła­śnie w ten spo­sób naro­dziła się druga połowa tej serii. Zsze­dłem aż do korzeni świata Elan, by stwo­rzyć coś, co uwa­żam za wyjąt­kowe i nie­ty­powe. Mam nadzieję, że podzie­li­cie moje zda­nie.

W tej dru­giej poło­wie kilka rze­czy zamie­rzam zro­bić ina­czej i od razu chcę Was o tym ostrzec. Pierw­szą zmianą są ramy cza­sowe. Wojna elfów z ludźmi trwała sześć lat, ale opo­wia­da­nie o wszyst­kich wyda­rze­niach, które miały wtedy miej­sce, jest nie­po­trzebne i nie służy budo­wa­niu fabuły. Kiedy zabra­łem się do pisa­nia Epoki Legend, pier­wot­nie umie­ści­łem jej akcję pełne sześć lat po Epoce Wojny. Ale potem pierw­sza czy­tel­niczka, czyli moja żona Robin, zapo­znała się z powie­ścią i stwier­dziła, że to zbyt daleki skok w przy­szłość. Rela­cje mię­dzy­ludz­kie doj­rzały, o roz­mo­wach, które powinny się odbyć przed laty, teraz pra­wie się nie wspo­mina, a kil­ku­letni odstęp utrud­nia śle­dze­nie wyda­rzeń. Dla­tego akcja książki zaczyna się bez­po­śred­nio po Epoce Wojny. Druga część roz­grywa się rok póź­niej, a trze­cia część prze­ska­kuje do przodu o kolejne pięć lat. Nie­któ­rzy czy­tel­nicy, któ­rzy chcą oglą­dać wszyst­kie ważne zda­rze­nia w życiu swo­ich uko­cha­nych boha­te­rów, będą roz­cza­ro­wani, że opusz­czam tak długi okres, a ja bar­dzo ich za to prze­pra­szam, ale uwa­żam, że zasłu­gu­je­cie na prze­czy­ta­nie jak naj­lep­szej opo­wie­ści, a rezy­gna­cja z tego zabiegu zaowo­co­wa­łaby nad­mier­nie poplą­taną i roz­mytą fabułą. Naj­lep­szym spo­so­bem na unik­nię­cie tego pro­blemu było wycię­cie nie­po­trzeb­nych ele­men­tów i pisa­nie tylko o tym, co konieczne, by popchnąć histo­rię naprzód.

To pierw­sza sprawa. Druga kwe­stia doty­czy faktu, że ta książka nie jest aż tak odręb­nym dzie­łem jak poprzed­nie. Ow­szem, składa się z początku, roz­wi­nię­cia i zakoń­cze­nia, ale kiedy dotrze­cie do ostat­niej strony, zapo­zna­cie się jedy­nie z pierw­szą odsłoną dra­matu roz­pi­sa­nego na trzy akty. Tak się składa, że druga część serii zabie­rze nas w podróż w zupeł­nie nowym kie­runku, a opo­wie­dze­nie tej histo­rii wymaga trzech peł­no­wy­mia­ro­wych powie­ści, z któ­rych każda ma wyraź­nie zde­fi­nio­waną kon­klu­zję. Mówiąc w skró­cie, ta powieść koń­czy się jak Wyprawa Tol­kiena, zamyka bowiem pewien etap opo­wie­ści, lecz cała histo­ria daleka jest od zakoń­cze­nia.

Wiem, że nie­któ­rym czy­tel­ni­kom to się nie spodoba. Nie­wielu spo­śród dziś żyją­cych musiało cze­kać, aż Tol­kien wyda drugą część Władcy Pier­ścieni, a cho­ciaż żałuję, że będzie­cie musieli zacze­kać na zaspo­ko­je­nie cie­ka­wo­ści, mogę Was zapew­nić, że seria już została ukoń­czona i kolejne dwa tomy ukażą się w nie­dłu­gim cza­sie. Jeśli zasta­na­wia­cie się, dla­czego nie wydam ich od razu, mam ku temu dwa powody. Po pierw­sze, gotowy maszy­no­pis to jesz­cze nie gotowa książka. Cho­ciaż lwia część pracy została wyko­nana (nie licząc drob­nych popra­wek), moi redak­to­rzy, beta-czy­tel­nicy, publi­cy­ści, auto­rzy okła­dek czy pro­jek­tanci wciąż muszą wło­żyć wiele wysiłku w to, by koń­cowy efekt miał odpo­wied­nią jakość. Może­cie jed­nak być pewni, że wypu­ścimy obie czę­ści naj­szyb­ciej, jak to będzie moż­liwe, a nawet wyślemy je wcze­śniej oso­bom, które wspie­rały nas na Kick­star­te­rze, tak jak zro­bi­li­śmy z tym tomem.

To wszystko, co powin­ni­ście wie­dzieć, sia­da­jąc do lek­tury dru­giej połowy serii. Zatem powtó­rzę coś, co już pisa­łem w innych uwa­gach od autora: jestem nie­zwy­kle wdzięczny za wszyst­kie cudowne e-maile, zatem dalej ślij­cie je na adres michael@micha­el­sul­li­van-author.com. Każ­dego pisa­rza cie­szy odzew ze strony czy­tel­ni­ków - to dla mnie praw­dziwy zaszczyt i przy­wi­lej.

Skoro nasz wstęp już dobiega końca, zasiądźmy razem wokół wiecz­nego pło­mie­nia i posłu­chajmy, a ja zapro­szę Was jesz­cze raz do epoki mitów i legend, do cza­sów, gdy ludzi nazy­wano Rhu­nami, a elfy uwa­żano za bogów. W tym kon­kret­nym przy­padku zabiorę Was do Epoki Legend.

Rozdział pierwszy. Utracona niewinność

Roz­dział pierw­szy

Utra­cona nie­win­ność

Jakże dziw­nym skar­bem jest nie­win­ność, cnotą dla sta­rych i prze­kleń­stwem dla mło­dych, tak wysoko cenioną, lecz chęt­nie żegnaną - bogac­twem pięk­nej skóry prze­han­dlo­wa­nym za mądrość odci­sków.

Księga Brin

Suri sie­działa samot­nie z mie­czem na kola­nach, wpa­tru­jąc się w coś, co więk­szość nazwa­łaby smo­kiem, ale co dawna mistyczka dahlu Ren postrze­gała jako kawa­łek swo­jego zła­ma­nego serca. Jej serce pękło już nie raz i jego frag­menty były roz­siane po dwóch kon­ty­nen­tach. Ale część, na którą patrzyła tego ranka, była olbrzy­mia i jako jedyną dawało się ją zoba­czyć.

Od wielu dni Suri obser­wo­wała przy­po­mi­na­jącą smoka istotę, która leżała na szczy­cie wzgó­rza. Jako że sama ją stwo­rzyła, czuła się odpo­wie­dzialna za jej poczy­na­nia. Bacz­nie śle­dziła swoje dzieło, ale od czasu oca­le­nia miesz­kań­ców Alon Rhist, poprzez zma­sa­kro­wa­nie wro­giej armii, jej twór trwał w bez­ru­chu. Nie drgnął mu nawet ogon. To cie­szyło, ale zara­zem mar­twiło nie­mal wszyst­kich. Więk­szość miała nadzieję, że nie­gdyś cudowny - a teraz nie­po­ko­jący - smok wyle­gu­jący się na ich progu po pro­stu odleci. Pra­gnęli, by ich potworny wybawca wró­cił do tajem­ni­czego miej­sca, z któ­rego przy­był. Nie­wielu znało pocho­dze­nie istoty, cho­ciaż krą­żyły plotki o udziale Suri w całej spra­wie. Mistyczka podej­rze­wała, że Gila­ra­brywn wzbu­dzał nie­po­kój, niczym gniazdo os na weran­dzie - gdyby osy mogły kru­szyć kamień i ziać ogniem. Bestia leżała nie­ru­chomo, zwi­nięta w kłę­bek, jak gigan­tyczna rzeźba albo nie­ty­powa for­ma­cja skalna. Cichy śpiący smok, choć nie­ide­alny, sta­no­wił mniej­sze zło.

Z miej­sca, w któ­rym sie­działa Suri, syl­wetka Gila­ra­brywna, oświe­tlana przez wscho­dzące słońce, zle­wała się ze ska­li­stym zary­sem Wil­czego Łba i trzeba było wytę­żyć wzrok, by dostrzec jej kształt. Suri nie pamię­tała, gdzie znaj­dują się ogon i głowa stwora, ale skrzy­deł nie dało się prze­oczyć. Nawet zło­żone wysta­wały ponad szczyt wzgó­rza - niczym dwa spi­cza­ste maszty fla­gowe. Suri czuła na kola­nach cię­żar ostrza i zasta­na­wiała się, czy nie podejść bli­żej. Wie­działa, że w końcu będzie zmu­szona uwol­nić istotę, ale stale odkła­dała to na kolejny dzień. Dla­tego tylko sie­działa na skale obok mar­twego drzewa, na dnie morza winy.

Jeśli tam wejdę, on otwo­rzy oczy. Suri była o tym prze­ko­nana. Te potężne śle­pia sku­pią się na niej, wpa­tru­jąc się w nią z... Czym? Nie­na­wi­ścią, stra­chem, współ­czu­ciem? Suri nie była pewna i nie wie­działa, czy zdo­ła­łaby roz­po­znać róż­nicę. Naj­gor­sze w Gila­ra­bryw­nie jest to, że muszę go zabić dwu­krot­nie.

Mimo że przez kilka dni padał ulewny deszcz, pole bitwy przy Wiel­kim Moście pozo­sta­wało spla­mione. Beżowe skały i piach były nazna­czone rdza­wym odcie­niem, a powie­trze cuch­nęło, zwłasz­cza gdy wiał zachodni wiatr. Nie wszyst­kie ciała pogrze­bano; wielu Fhre­jów pozo­sta­wiono, by zgnili. Było zbyt wiele do zro­bie­nia i za mało rąk do pracy, a grze­ba­nie wro­gów znaj­do­wało się nisko na liście prio­ry­te­tów.

- To paskudne miej­sce - powie­działa, patrząc na bestię. - Ale zawsze o tym wie­dzia­łaś, prawda?

Poczuła suro­wość rów­nin Dureyi, zanim nastał dzień, w któ­rym prze­po­wied­nia śmierci Raithe'a o mało jej nie przy­tło­czyła. Sztuka zapew­niała jej dar jasno­wi­dze­nia, szó­sty zmysł. Arion cza­sami nazy­wała to trze­cim okiem, ale to nie było wła­ściwe okre­śle­nie. Te doświad­cze­nia nie miały nic wspól­nego z wizjami. Przy­no­siły tylko odczu­cia, impre­sje i zazwy­czaj były cał­ko­wi­cie cha­otyczne. Naj­sil­niej­sze dozna­nia prze­waż­nie odzna­czały się na tle szumu, ale tutaj pano­wał ogłu­sza­jący zgiełk. Na tej ziemi wal­czyły i ginęły całe poko­le­nia.

I nic się nie zmie­niło.

Suri trzy­mała w dło­niach czapkę Arion. Prze­su­nęła kciu­kami po nie­wiel­kich otwo­rach w luź­nym splo­cie z gru­bej wełny i przy­po­mniała sobie głos Arion. "Mimo wszystko na­dal czuję tę cienką nić, która roz­ciąga się pomię­dzy tobą a zawar­ciem pokoju. Kiedy na cie­bie patrzę, wyczu­wam nadzieję. Jesteś jak świa­tełko w ciem­no­ściach i codzien­nie świe­cisz coraz jaśniej". Arion wypo­wie­działa te słowa zale­d­wie kilka dni wcze­śniej, ale wyda­wało się, że to było w innym życiu. Suri wcale nie czuła się jaśniej­sza.

Za sobą usły­szała jakiś ruch. Ktoś szedł z ruin for­tecy po spla­mio­nej krwią gli­nie. Mal­colm. Nie musiała patrzeć ani korzy­stać ze Sztuki, by go widzieć. Tylko on nie bał się gniazda os na weran­dzie ani mistyczki, która je przy­wo­łała, a poza tym spo­dzie­wała się jego odwie­dzin.

Od pogrzebu Raithe'a i Arion Suri spę­dzała w tym miej­scu więk­szość czasu. Ona i Gila­ra­brywn byli jak złą­czone ze sobą nie­ty­powe bliź­nięta. Suri cza­sami wyru­szała na poszu­ki­wa­nie jedze­nia, ale sta­ran­nie uni­kała spo­tka­nia z kim­kol­wiek. Nie chciała z nikim roz­ma­wiać, odpo­wia­dać na pyta­nia ani zno­sić spoj­rzeń peł­nych współ­czu­cia - czy raczej stra­chu. Nie chciała także roz­ma­wiać z Mal­col­mem. Cho­ciaż nie miał nic wspól­nego ze śmier­cią Arion, nakło­nił ją do zabi­cia Raithe'a i stwo­rze­nia Gila­ra­brywna.

- Dziwne, prawda? - ode­zwał się, pod­cho­dząc. - Nawet pro­ste dro­bia­zgi, na przy­kład weł­niane czapki, z cza­sem mogą się dla nas stać ważne i na swój spo­sób magiczne.

Suri popa­trzyła na czapkę i poki­wała głową.

- Nosiła ją bar­dzo krótko, podobno wełna ją draż­niła. Ale taką ją zapa­mię­ta­łam.

Mal­colm usiadł obok niej, a jego duże kolana ster­czały jak u konika polnego.

- Jesteś...? - Chciała powie­dzieć Mira­ly­ithem, ale w poło­wie zda­nia uświa­do­miła sobie, że tak nie jest. Mira­ly­itho­wie ema­no­wali świa­tłem i gorą­cem, jakby nada­wali sygnał. Mal­colm był taki jak inni, tylko bar­dziej. Ni­gdy wcze­śniej tego nie zauwa­żyła, ale gdyby był drze­wem, to na pewno nie byle jakim. Byłby ide­al­nie kształt­nym dębem okry­tym liśćmi, jaki wszy­scy sobie wyobra­żają, gdy myślą o drze­wach. Z pew­no­ścią nie był pospo­lity i nie­ła­two było go zro­zu­mieć. Rów­nie dobrze można pró­bo­wać pojąć chmurę. Suri już dawno dała za wygraną. Nie każdą zagadkę trzeba roz­wią­zać, a z nie­któ­rych rze­czy jest wię­cej szkody niż pożytku. Uwa­żała, że tak jest w jego przy­padku.

- Czym?

- Niczym. - Pokrę­ciła głową. - Nie­ważne.

- Jak się czu­jesz? Nic ci nie jest?

- Nie.

Sie­dzieli w mil­cze­niu, pod­czas gdy suchy wiatr bez powo­dze­nia nama­wiał kru­chą trawę do tańca.

- Powiedz mi, czy to już wszystko? - spy­tała Suri. Mal­colm wyja­wił, że potrafi oglą­dać przy­szłość, a ona nie wie­działa, jak wiele jesz­cze może znieść.

- Musisz mówić bar­dziej kon­kret­nie.

Sądziła, że będzie wie­dział, o co jej cho­dzi, że odczyta jej myśli, ale może trak­to­wała go nie­uczci­wie - w końcu ją także ludzie podej­rze­wali o zdol­ność czy­ta­nia w myślach.

- Arion była prze­ko­nana, że gdyby fane wie­dział, że Rhu­no­wie mogą opa­no­wać Sztukę, mię­dzy naszymi ludami zapa­no­wałby pokój. - Wska­zała głową Gila­ra­brywna. - Widział to na wła­sne oczy, więc wojna powinna dobiec końca, czyż nie?

Mal­colm ze smut­kiem pokrę­cił głową.

- Nie­stety nie.

- Więc dla­czego... - Łzy napły­nęły jej do oczu. - Skoro wie­dzia­łeś, że to nie wystar­czy, dla­czego poświę­ci­li­śmy Raithe'a?

- Już znasz odpo­wiedź. Siły fane'a by nas przy­tło­czyły i wszy­scy by zgi­nęli. Raithe nas oca­lił. Ty nas oca­liłaś. A poza tym...

- Poza tym co?

- Tamto było nie­zbędne, by mogło się wyda­rzyć to, co dopiero nad­cho­dzi.

- A co ze mną? Czy moja rola dobie­gła końca? Prze­cież zro­bi­łam wszystko, czego chciała Arion i czego ty chcia­łeś, więc chyba nie mam już nic do roboty?

Suri nie dbała o przy­szłość, skoro prze­szłość ją zdru­zgo­tała. Osią­gnęła szczyt pogardy dla samej sie­bie po tym, jak zabiła dwie naj­bliż­sze osoby i nie zdo­łała oca­lić trze­ciej. Tak nie postę­puje ktoś szla­chetny. Oka­zało się, że motyle wcale nie są piękne, a kawałki pęk­nię­tego serca stają się potwo­rami. Nie­win­ność nie tylko została utra­cona, ale też bez­li­to­śnie zmiaż­dżona, a Suri czuła się nie tyle samotna, ile porzu­cona. Zamie­rzała wró­cić do Gło­go­wej Dolinki, zaszyć się w lesie i już ni­gdy nie zbli­żać się do ludzi.

Mal­colm zmarsz­czył czoło.

- Myślisz o ucieczce?

No tak, teraz nauczył się czy­tać w myślach.

- Nie możesz. Jesz­cze nie. Przy­kro mi to mówić, ale zro­bi­łaś tylko kilka kro­ków na dro­dze, którą musisz kro­czyć. - Wes­tchnął. - Żałuję, że nie mogę cię zapew­nić, że teraz już wszystko będzie dobrze albo że naj­gor­sze minęło...

- Będzie gorzej? - Wytrzesz­czyła oczy z nie­do­wie­rza­niem.

Mal­colm znów zmarsz­czył czoło.

- Cho­dzi o to...

- Jak może być jesz­cze gorzej?

- Powin­naś się sku­pić na tym, że osta­tecz­nie wszystko będzie...

- Tego warte? - wtrą­ciła gwał­tow­nie. - Nic nie może wyna­gro­dzić mi tego, co już się stało... Nic! - Nawet nie zauwa­żyła, kiedy wstała. - Minna nie żyje. Arion nie żyje. Raithe nie żyje. Zabi­łam ich wszyst­kich!

- Nie zabi­łaś Arion, ona...

- Zna­la­zła się w Alon Rhist z mojego powodu!

- Suri, musisz się uspo­koić.

- Nie chcę się uspo­koić! Nie mam takiego zamiaru...

- Suri! - Mal­colm ostro jej prze­rwał i wska­zał pal­cem w stronę wzgó­rza.

Gila­ra­brywn pod­niósł łeb i otwo­rzył śle­pia. Cho­ciaż Suri nie potra­fiła odczy­tać wyrazu pyska zaklę­tej istoty, była prze­ko­nana, że bestia nie jest zado­wo­lona.

Mistyczka wzięła kilka głę­bo­kich wde­chów, otarła łzy z oczu i usia­dła.

- Nie pro­si­łam się o to wszystko - wyszep­tała.

- Wiem, ale i tak to otrzy­ma­łaś. Nie mamy niczego poza drogą, która roz­ciąga się pod naszymi sto­pami, a nasz wybór czę­sto ogra­ni­cza się do tego, czy będziemy stać, czy iść naprzód. A sta­nie w miej­scu doni­kąd nas nie dopro­wa­dzi.

- Nie możemy się cof­nąć?

Mal­colm pokrę­cił głową.

- To, co uwa­żasz za odwrót, tak naprawdę jest wędrówką naprzód, tylko w innym kie­runku. Obie ścieżki są rów­nie nie­bez­pieczne.

- No to co mam zro­bić?

- Na razie wystar­czy, jeśli nie uciek­niesz. - Popa­trzył na Gila­ra­brywna, który znów uło­żył się na skale. - I jesz­cze go nie uwal­niaj.

- Nie? - Suri prze­ra­żała myśl, że będzie musiała prze­bić mie­czem swój twór. Cho­ciaż tak naprawdę nie doko­na­łaby zabój­stwa, wła­śnie tak by to ode­brała. Prze­ko­na­nie jej, by się wstrzy­mała, nie było trudne.

Mal­colm pokrę­cił głową.

- Tak jak ty, on rów­nież ma jesz­cze wiele do zro­bie­nia. Zresztą pew­nie cię ucie­szy, że nie musisz tego robić sama. Daj mi miecz. Kiedy nadej­dzie czas, ja się tym zajmę.

Wrę­czyła mu ostrze z czar­nego brązu, na któ­rego pła­zie wytra­wiono praw­dziwe imię Raithe'a.

- Skoro więc nie mogę się udać do Gło­go­wej Dolinki, to co powin­nam zro­bić?

- Odkry­jesz swoją nową ścieżkę, gdy do niej dotrzesz. Na tym polega piękno wędrówki, że wszyst­kie drogi dokądś pro­wa­dzą.

Mal­colm wstał, jakby chciał pod­kre­ślić swoje słowa. Uśmiech­nął się do niej - to był dobry uśmiech, ide­alny w tej chwili - a ona poczuła się lepiej. Ruszył w stronę ruin Rhist, a potem przy­sta­nął i jesz­cze raz sku­pił wzrok na Gila­ra­bryw­nie.

- Arion nauczyła cię, jak go stwo­rzyć?

To zasko­czyło Suri, która sądziła, że Mal­colm wie o wszyst­kim, co ma zwią­zek ze stwo­rze­niem Gila­ra­brywna. Z pew­no­ścią spra­wiał wra­że­nie dosko­nale obe­zna­nego z sytu­acją tam­tej nocy w kuźni, gdy Raithe został prze­mie­niony.

- Splot, któ­rego uży­łam, był wyrzeź­biony na tablicz­kach z Agawy.

Mal­colm zmru­żył oczy, wyraź­nie zbity z tropu, jakby on i Suri prze­stali roz­ma­wiać tym samym języ­kiem.

- Tablicz­kach z Agawy?

Suri poki­wała głową.

- Kamien­nych pły­tach głę­boko w Neithu. Brin prze­tłu­ma­czyła znaj­du­jące się na nich napisy.

- Skąd się wzięły te tabliczki?

Suri wzru­szyła ramio­nami.

- Pra­stary je wyrzeź­bił. - Teraz to ona była zasko­czona. Zmarsz­czyła czoło. - Jak możesz o tym nie wie­dzieć? Myśla­łam, że wiesz wszystko.

Z ust Mal­colma znik­nął ide­alny uśmiech.

- Ja też.

***

Brin sie­działa przy małym biurku w gołęb­niku i opie­rała się ple­cami o kamienną ścianę. Wokół niej w osob­nych klat­kach gru­chał tuzin pta­ków. Per­se­fona popro­siła ją, by wypa­try­wała odpo­wie­dzi od fane'a, a skoro gołęb­nik był jed­nym z nie­wielu miejsc, które nie ucier­piały pod­czas bitwy, Brin posta­no­wiła w nim zamiesz­kać. Miała tam ide­alne warunki do pracy nad książką. W gołęb­niku stało biu­reczko, przy któ­rym pisano wia­do­mo­ści wysy­łane do poste­run­ków Fhre­jów.

Była tak pochło­nięta pracą, że nie zauwa­żyła Mal­colma, dopóki ten nie odchrząk­nął.

- Jak ci idzie pisa­nie księgi?

Skąd wie­dział, że tutaj jestem? Obej­rzała się, oszo­ło­miona.

- Tak ją nazy­wasz, prawda? Księgą? - spy­tał.

- Tak. Księgą Brin.

Mal­colm poki­wał głową.

- Roan i Per­se­fona czę­sto o niej wspo­mi­nają, i to z wielką dumą. To cudowny pomysł, by spo­rzą­dzić trwały zapis wszyst­kich wyda­rzeń. Ale musisz być ostrożna. Nie pozwól, żeby oso­bi­ste opi­nie znie­kształ­ciły fakty.

Brin pochy­liła się na stołku i oparła na łok­ciach.

- Cho­dzi ci o Gron­ba­cha? Ten podły zdrajca zasłu­żył na wszyst­kie złe rze­czy, które o nim napi­sa­łam.

- O tam­tego karła? - Mal­colm przez chwilę się zasta­na­wiał. - Nie cho­dziło mi kon­kret­nie o niego, ale skoro już o nim wspo­mi­nasz, to powi­nie­nem zazna­czyć, że ryzy­ku­jesz uka­za­nie całej rasy w tym samym nega­tyw­nym świe­tle, co może mieć nie­prze­wi­dziane skutki w przy­szło­ści. Mam na myśli, że powin­naś być jak naj­bar­dziej rze­telna, ponie­waż twoja rela­cja może się oka­zać jedyną.

Brin brała to pod uwagę. Zapo­cząt­ko­wała ten pro­jekt wła­śnie po to, by stwo­rzyć poje­dyn­czą i kom­pletną rela­cję, wspólne źró­dło, z któ­rego mogliby korzy­stać przy­szli Straż­nicy.

- Ni­gdy bym nie skła­mała. Honor zobo­wią­zuje Straż­ni­ków Praw do skru­pu­lat­no­ści i pre­cy­zji.

Mal­colm poki­wał głową i uśmiech­nął się krzywo.

- A jed­nak wie­lo­krot­nie zda­rzało im się błęd­nie zacho­wy­wać prze­szłość.

- O czym ty...

- Weźmy na przy­kład Gatha z Ode­onu. Jest legendą w waszym kla­nie, czyż nie?

Wyczu­wa­jąc, że odwie­dziny Mal­colma wła­śnie się prze­dłu­żyły, zamknęła kała­marz i wypro­sto­wała się na stołku.

- Tak.

- A czym jest legenda?

Brin uznała to pyta­nie za zdu­mie­wa­jące. Mal­colm pró­bo­wał wyka­zać coś, co naj­wy­raź­niej miało jej się nie spodo­bać. Szu­kał cze­goś kon­kret­nego, ale ona nie miała poję­cia, co to może być. W końcu pod­dała się i wzru­sza­jąc ramio­nami, podała oczy­wi­stą odpo­wiedź.

- Ważną opo­wie­ścią lub osobą.

Mal­colm wes­tchnął. Wyraź­nie nie o taką odpo­wiedź mu cho­dziło.

- Rozu­miesz, że nie wszyst­kie opo­wie­ści są praw­dziwe?

- Ow­szem, wiem, że nie­któ­rzy ludzie kła­mią. Ale już powie­dzia­łam, że ja ni­gdy...

Mal­colm uci­szył ją unie­sie­niem dłoni, a potem wska­zał drugi sto­łek w pomiesz­cze­niu.

- Mogę?

Brin wyko­nała zapra­sza­jący gest, zdzi­wiona, że w ogóle zapy­tał. To nie był jej gołęb­nik.

Przy­cią­gnął sto­łek i usiadł po dru­giej stro­nie biurka, po czym nachy­lił się i oparł łok­cie na kola­nach.

- Brin - zaczął łagod­nie. - Zda­rza się, że ludzie wcale nie kła­mią, a jed­nak opo­wia­dają o czymś, co się nie wyda­rzyło. Cza­sami wie­rzą, że to prawda, cza­sami popeł­niają błąd. Może się też zda­rzyć, że ktoś ich okła­mał, być może nawet w dobrej wie­rze. Same histo­rie też mogą się zmie­niać wraz z upły­wem czasu. Straż­nicy ubar­wiają je, by stały się bar­dziej emo­cjo­nu­jące. - Przez chwilę się zasta­na­wiał. - Albo po to, by cze­goś dowieść.

Brin spra­wiała wra­że­nie zbi­tej z tropu.

- No dobrze, wróćmy do Gatha. Jest postrze­gany jako mądra i boha­ter­ska postać, prawda? To on wypro­wa­dził Dzie­sięć Kla­nów ze wschodu, gdy nade­szła wielka powódź. Gath jest uzna­wany za wyba­wi­ciela Rhu­nów i nie bez powodu. Nie widzi się w nim prze­cięt­nego czło­wieka, który w cza­sie kry­zysu zna­lazł w sobie odwagę i deter­mi­na­cję, by namó­wić wszyst­kich do odej­ścia. Opo­wie­ści czy­nią z niego kogoś waż­niej­szego.

- Kto już w dzie­ciń­stwie roz­wią­zy­wał liczne zagadki?

- Wła­śnie. Może rze­czy­wi­ście był nie­prze­cięt­nie bystry, a może ta część jego histo­rii została dodana póź­niej, by uka­zać go jako mędrca. Nie­wy­klu­czone, że wcale nie był bystry. Kiedy się nad tym zasta­no­wić, czy­nie­nie z niego kogoś wyjąt­ko­wego psuje cały efekt. Tak naprawdę każdy może osią­gnąć wiel­kość, ale wielu nawet nie pró­buje, ponie­waż uważa się za prze­cięt­nych.

Brin przy­po­mniała sobie dzień, dawno temu, w któ­rym Kon­ni­ger zor­ga­ni­zo­wał pierw­sze zebra­nie loży. Per­se­fona pró­bo­wała go prze­ko­nać do prze­miesz­cze­nia klanu, ale Maeve, ówcze­sna Straż­niczka, pogrze­bała ten pomysł, mówiąc: "Gath z Ode­onu był sław­nym mężem jesz­cze przed powo­dzią. Tacy boha­te­ro­wie już nie cho­dzą po świe­cie".

Jed­nakże nie miała racji. A może, jak suge­ro­wał Mal­colm, boha­te­ro­wie się nie rodzą, lecz wyra­stają ze zwy­kłych zia­ren nawo­żo­nych cięż­kimi cza­sami?

Mal­colm kon­ty­nu­ował:

- Księga Brin uchroni naszą histo­rię przed zapo­mnie­niem oraz zbęd­nymi upięk­sze­niami, co może czy­nić z niej naj­waż­niej­sze ludz­kie przed­się­wzię­cie. Ale jeśli nie będzie dokładna, może spo­wo­do­wać nowe pro­blemy. Twoja książka będzie postrze­gana jako naoczna rela­cja, którą nie­ła­two pod­wa­żyć. To ogromna odpo­wie­dzial­ność, musisz więc uwa­żać na to, co piszesz. Zgo­dzisz się ze mną?

Brin poki­wała głową, szcze­rze wystra­szona. To, co pier­wot­nie miało być uła­twie­niem dla Straż­ni­ków, zmie­niło się w poten­cjal­nie groźne przed­się­wzię­cie. Czuła się jak dziecko, które przy­nio­sło do domu niedź­wie­dziątko, ponie­waż uznało je za uro­cze. Popa­trzyła na stro­nice roz­ło­żone na biurku i prze­stra­szyła się tego, co może się stać, gdy niedź­wie­dziątko doro­śnie.

Mal­colm rów­nież popa­trzył na per­ga­miny.

- Jak daleko dotar­łaś?

- Nie tak daleko jak poprzed­nio. - Nagły przy­pływ fru­stra­cji pra­wie dopro­wa­dził ją do łez. Po tym wszyst­kim, co się wyda­rzyło, jej emo­cje były jak mleko w prze­peł­nio­nym wia­drze: zbyt łatwo się wyle­wały. - Mia­łam znacz­nie wię­cej, ale wszystko zostało znisz­czone pod­czas ataku Mira­ly­ithów. Tak ciężko pra­co­wa­łam, a teraz... - wska­zała kartki na biurku - ...mam tylko to. Musia­łam zacząć od początku.

- Rozu­miem. - Mal­colm z powagą poki­wał głową, a potem uśmiech­nął się pocie­sza­jąco. - Ale dru­gie próby zazwy­czaj są lep­sze od pierw­szych.

Zmarsz­czyła czoło, zasta­na­wia­jąc się nad jego sło­wami.

- Wła­śnie opi­suję Bitwę pod Rhen i... - Wzru­szyła ramio­nami. - Cał­kiem dobrze mi idzie. Bar­dzo moż­liwe, że lepiej niż za pierw­szym razem.

- Skoń­czy­łaś opi­sy­wać swój pobyt w Neithu? - Zatrzy­mał wzrok na naj­więk­szej ster­cie kar­tek.

Wes­tchnęła.

- Jesz­cze nie.

- Ale wciąż to pamię­tasz?

- Jestem Straż­niczką... na tym polega moje zada­nie.

- Oczy­wi­ście. Opo­wiesz mi o tym? Cho­dzi mi o Neith. A dokład­nie o kamienne tabliczki.

Brin poki­wała głową.

- Dobrze.

Mal­colm uśmiech­nął się i popra­wił na stołku.

- Zna­leź­li­śmy kamienne tabliczki z jaki­miś napi­sami. - Brin uśmiech­nęła się nie­pew­nie. - Widzisz, tak naprawdę wcale nie wymy­śli­łam tego, co Airon nazywa "pisa­niem". Pró­bo­wa­łam to robić, ale bez powo­dze­nia, dopóki nie zna­la­złam tabli­czek. Nie­mal wszystko, co teraz robię, opiera się na tam­tym odkry­ciu.

- W jaki spo­sób zro­zu­mia­łaś znaki na kamie­niach?

- To nie było trudne. Tabliczka na szczy­cie sterty słu­żyła jako prze­wod­nik. Znaj­do­wała się na niej lista sym­boli pogru­po­wa­nych według dźwię­ków, któ­rym odpo­wia­dały. Kiedy już zro­zu­mia­łam każdy znak, łatwo było doko­nać pod­miany.

Mal­colm spra­wiał wra­że­nie zagu­bio­nego.

- Na­dal nie rozu­miem. Patrzę na to, co zro­bi­łaś, i wygląda to pięk­nie, ale nie umiem powie­dzieć, co ozna­cza. Jak ty to robisz?

- Oczy­wi­ście, że nie umiesz. Nie stu­dio­wa­łeś prze­wod­nika. Ja go zapa­mię­ta­łam, więc nie spra­wia mi to kło­potu. Pozwól, że ci pokażę. - Wska­zała stronę, nad którą pra­co­wała. - Widzisz, ten znak odpo­wiada dźwię­kowi "mu", jak w sło­wach "muzyka" czy "musieć", a ten dźwię­kowi "ur", jak w sło­wie "szczur". Kiedy je połą­czysz, otrzy­masz "mur". - Pokle­pała ścianę za swo­imi ple­cami.

Poki­wał głową.

- To ma sens, ale skąd wiesz... - wska­zał jeden z sym­boli - ...że on brzmi jak "mu"?

- To prze­cież oczy­wi­ste. Sym­bole są uni­wer­salne. - Ponow­nie wska­zała kartkę. - Kiedy po raz pierw­szy napi­sa­łam "słońce", uży­łam okręgu, by oddać dźwięk "sss". Każdy by to zro­bił, prawda? Okrąg to uni­wer­salny sym­bol tego dźwięku. Gdy zapo­zna­łam się z prze­wod­ni­kiem, wie­dzia­łam, że jestem na wła­ści­wym tro­pie.

Mal­colm pokrę­cił głową.

- To mia­łoby sens tylko, gdyby wszy­scy na świe­cie mówili po rhu­nicku. U Fhre­jów słońce nazywa się arkum a u Bel­gri­klin­gre­ja­nów halan. Gobliny nazy­wają je rivik. Więc dla­czego okrąg nie ozna­cza dźwięku "ar", "ha" albo "ri"?

Brin przez chwilę się nad tym zasta­na­wiała.

- Nie wiem, ale na pewno mam rację, ponie­waż to zadzia­łało. Kiedy doko­na­łam pod­sta­wie­nia sym­boli, słowa nabrały sensu. Nawet imiona się zga­dzały.

- Imiona?

- Tak. Tabliczki opo­wia­dały o stwo­rze­niu świata. Wspo­mi­nały o Fer­rolu, Dro­mie, a nawet Mari. Musia­łam zatem zna­leźć wła­ściwe dźwięki. Podej­rze­wam, że pisarz mówił po rhu­nicku.

Mal­colm znów pokrę­cił głową.

- Te imiona aku­rat brzmią tak samo we wszyst­kich języ­kach, nawet po gha­zel­sku, ale to nie tłu­ma­czy innych słów. Masz rację. Nie da się zaprze­czyć, że popraw­nie je odszy­fro­wa­łaś. A więc... - Mal­colm odwró­cił kartkę, by przyj­rzeć się jej z wła­ści­wej strony. Brin nie miała poję­cia, co ma nadzieję na niej zoba­czyć. Dla niego były to tylko ciągi nie­zro­zu­mia­łych zna­ków. - Ist­nieje tylko jedno wyja­śnie­nie. Te tabliczki zostały stwo­rzone dla cie­bie.

- Dla mnie? To nie­moż­liwe.

- Oczy­wi­ście, że tak. Zanim Gif­ford przy­szedł na świat, Tura powie­działa Pade­rze, że pew­nego dnia wygra wyścig, by oca­lić ludz­kość. On sam... jak zresztą wszy­scy... uwa­żał to za nie­do­rzeczne, a jed­nak wła­śnie tak się stało. Praw­dzi­wość tego pro­roc­twa jest nie­pod­wa­żalna, ponie­waż się wypeł­niło. Skoro odczy­ta­łaś tabliczki, moja hipo­teza ma sens.

- Ale to nie zna­czy, że cho­dziło wła­śnie o mnie, prawda? - Brin nie podo­bała się myśl, że jakaś przed­wieczna istota, która była w sta­nie stwo­rzyć potwora takiego jak Bal­gar­ga­rath, zosta­wiła dla niej oso­bi­stą wia­do­mość. To było straszne jak Tet. - Każdy, kto zna rhu­nicki, mógł je odszy­fro­wać. To nie musia­łam być ja.

- Czy nauczy­łaś kogo­kol­wiek swo­ich sym­boli? Czy ktoś poza tobą zna związki mię­dzy tymi zna­kami a dźwię­kami?

- Nie, ale...

- A zatem ten, kto to napi­sał, był pewien, że je znaj­dziesz. Chyba że... - Z namy­słem postu­kał się pal­cem w usta.

- Chyba że co?

- Mogli wie­dzieć, że twój alfa­bet sta­nie się tak popu­larny, że każdy będzie mógł odczy­tać tabliczki. To by suge­ro­wało, że twoje sym­bole naprawdę staną się uni­wer­salne. Tak czy ina­czej, autor nie­wąt­pli­wie miał dar widze­nia przy­szło­ści. Ale skoro to ty odczy­ta­łaś tabliczki i nie­moż­liwe, by to był zwy­kły zbieg oko­licz­no­ści, skła­niam się ku swo­jemu pierw­szemu wnio­skowi: prze­zna­czono je wyłącz­nie dla cie­bie.

Brin zaczy­nała żało­wać, że Mal­colm odwie­dził ją tego ranka. Sie­dział u niej dopiero od kilku minut, a ona już prze­raź­li­wie bała się swo­jej książki oraz tego, że jakaś potężna pra­dawna istota znała jej imię.

- Suri wspo­mi­nała o Aga­wie. Co to takiego? - spy­tał Mal­colm.

- Ach... To pewna kom­nata głę­boko pod Neithem. Deszcz mówił, że to jak koniec świata, a prze­cież jest gór­ni­kiem. Tam uwię­ziono Pra­sta­rego. To on napi­sał tabliczki. Nauczył karły wytwa­rzać brąz i żelazo, zapła­cił tymi sekre­tami za swoją wol­ność. Ale one nie dotrzy­mały słowa. Jestem prze­ko­nana, że mają to we krwi. W każ­dym razie osta­tecz­nie zapro­po­no­wał im nasiono Pierw­szego Drzewa i zapo­wie­dział, że jeśli zje­dzą jego owoce, będą żyli wiecz­nie. Kiedy chcieli zabrać nasiono, Pra­stary uciekł i zosta­wił Bal­gar­ga­ra­tha, by uka­rać karły i powstrzy­mać innych przed wej­ściem do Neithu.

Mal­colm spra­wiał wra­że­nie zmar­twio­nego, jak ojciec, który stra­cił z oczu dzieci i usły­szał w oddali wycie wilka.

- Mal­col­mie, coś się stało?

- Tak sądzę. Wła­śnie odpo­wie­dzia­łaś na wiele pytań, nad któ­rymi zasta­na­wia­łem się od dawna, ale także pod­su­nę­łaś mi mnó­stwo nowych. Będę musiał na jakiś czas odejść.

- Odejść? Wybie­rasz się do Neithu?

Poki­wał głową.

- Ow­szem, na począ­tek. Spraw­dzę, czy uda mi się zna­leźć te tabliczki. Jeśli tak, to czy je dla mnie prze­tłu­ma­czysz?

- Oczy­wi­ście! - Na ustach Brin wykwitł sze­roki uśmiech. Zakrę­ciło jej się w gło­wie z pod­nie­ce­nia na myśl o prze­czy­ta­niu wszyst­kich tabli­czek. - Zanim odej­dziesz, spo­tkaj się z Roan. Ona da ci węgiel drzewny oraz welin i pokaże, w jaki spo­sób wyko­nać odbitki z tabli­czek. Jest ich zbyt wiele, by je zabrać. Zresztą są za cięż­kie... - Wró­ciła do rze­czy­wi­sto­ści i posmut­niała. - Ale i tak do nich nie dotrzesz! Suri zawa­liła całą górę. Nie da się tam wejść.

- Być może, ale i tak spró­buję.

- Dla­czego?

Mal­colm roze­śmiał się i pokrę­cił głową.

- Zbyt długo musiał­bym tłu­ma­czyć, a nie mam... nie mamy aż tyle czasu.

- Jeśli dotrzesz do Caric, uwa­żaj na Gron­ba­cha. Nie ufaj mu. Ten karzeł to podły kłamca.

Mal­colm uśmiech­nął się z roz­ba­wie­niem.

- Będę ostrożny, ale ty też miej się na bacz­no­ści. W tej chwili jesteś jedyną osobą, która potrafi odczy­tać tabliczki oraz tę księgę. Będziesz musiała to zmie­nić, w prze­ciw­nym razie to nie ma sensu. Pod moją nie­obec­ność nauczaj innych, aby twoje sym­bole rze­czy­wi­ście stały się powszech­nie znane.

- Długo cię nie będzie?

- Tak sądzę. Jeśli, tak jak mówisz, nie zdo­łam się dostać do Neithu, być może będę musiał odna­leźć Pra­sta­rego.

- Odna­leźć go? Prze­cież on nie żyje, prawda? A może uwa­żasz, że nie kła­mał w kwe­stii nie­śmier­tel­no­ści?

- Wła­śnie się dowie­dzie­li­śmy, że ktoś, kto przez tysiące lat żył na dnie świata, zosta­wił dla cie­bie wia­do­mość, którą ode­bra­łaś. Myślę, że nie można niczego wyklu­czać.

- Czy pomo­głoby ci, gdy­byś znał jego imię?

- Inne niż Pra­stary?

- Tak go okre­ślały karły, ale na tablicz­kach nazy­wał sie­bie Drze­wem.

Mal­colm ponow­nie wytrzesz­czył oczy.

- Naprawdę muszę wyru­szyć.

Rozdział drugi. Exodus

Roz­dział drugi

Exo­dus

Na początku nasze klany były wędrow­cami. Potem osie­dli­li­śmy się w dah­lach i przez całe poko­le­nia się z nich nie rusza­li­śmy. Wojna znów uczy­niła z nas włó­czę­gów.

Księga Brin

Per­se­fona upie­rała się, że będzie w sta­nie podró­żo­wać pie­szo, ale Moya sta­now­czo się nie zgo­dziła. Tar­cza keeniga prze­ma­wiała z rękami na bio­drach, pod­kre­śla­jąc powagę swo­ich słów za pomocą takiego samego suro­wego spoj­rze­nia, jakie posłała Udga­rowi tuż przed tym, jak prze­szyła mu krtań strzałą. Moya była piękną kobietą, ale potra­fiła być groźna jak Jędza Tetlin.

- Zamó­wi­łam dla cie­bie wóz - oznaj­miła, jakby to koń­czyło dys­ku­sję.

- Wszy­scy inni będą szli. Nie mogę jechać na wozie jak jakaś uprzy­wi­le­jo­wana...

- Sef, nie możesz cho­dzić. Nie­cały tydzień temu cię wypa­tro­szono. Ledwo sto­isz na nogach i wciąż jesteś blada jak gęsie jajo. Będziesz miała szczę­ście, jeśli dotrzesz bez pomocy do bramy. - Moya wes­tchnęła i nieco zła­god­niała. - Wiem, że zależy ci na wize­runku i pozo­rach, ale wyobraź sobie, jak to będzie wyglą­dało, jeśli prze­wró­cisz się na twarz. Jesteś keenig, naszą nie­ustra­szoną przy­wód­czy­nią. Nie popsuj wszyst­kim zabawy, cału­jąc się z zie­mią. Poza tym to ładny wóz. Sama go wybra­łam i wszystko zor­ga­ni­zo­wa­łam. Jest na nim mnó­stwo podu­szek i koców, a do tego wino, ser, dziew­czyna, która będzie trzy­mać twój kie­lich i ocie­rać ci czoło, chło­piec z wachla­rzem, muzy­kant oraz przy­stojni męż­czyźni bez koszul, któ­rzy będą stali po obu stro­nach i chro­nili cię nie tylko przed nie­bez­pie­czeń­stwem, ale także słoń­cem, ponie­waż trzy­mają bal­da­chim, abyś mogła podró­żo­wać w wiel­kim stylu.

Per­se­fona popa­trzyła na nią z prze­ra­że­niem.

- Uspo­kój się, żar­tuję. Na Mari, kiedy stra­ci­łaś poczu­cie humoru?

Per­se­fona dosko­nale wie­działa kiedy i Moya rów­nież zna­łaby odpo­wiedź, gdyby tylko się zasta­no­wiła. Nie zro­biła tego jed­nak. Na razie nikt nie miał ochoty o tym myśleć, zakła­da­jąc, że póź­niej będzie mnó­stwo czasu na reflek­sję. Wszy­scy pró­bo­wali czymś się zająć: pra­co­wali, kopali, zbie­rali, pako­wali i stale się prze­no­sili. Groza bitwy wciąż była świeża; gdyby się zatrzy­mali, smu­tek miałby oka­zję ich dogo­nić. Dopóki mieli coś do roboty, mogli odra­czać myśli o utra­cie domów i naj­bliż­szych i uda­wać, że życie toczy się jak daw­niej. A przy­naj­mniej pra­wie jak daw­niej.

Przy­kuta do łóżka Per­se­fona nie miała tego luk­susu. Mogła tylko roz­my­ślać o popeł­nio­nych błę­dach, stra­co­nych ist­nie­niach i pię­trzą­cych się wyrzu­tach sumie­nia.

Moya postu­kała się pal­cem w usta.

- Cho­ciaż kiedy teraz o tym myślę... - zaczęła z łobu­zer­skim uśmie­chem - ...ten pomysł z męż­czy­znami trzy­ma­ją­cymi bal­da­chim brzmi cał­kiem kusząco. Żałuję, że rze­czy­wi­ście o nich nie popro­si­łam. - Ponow­nie sku­piła wzrok na Per­se­fo­nie i wska­zała ją pal­cem. - Ale nie żar­tuję w kwe­stii wozu.

Per­se­fona została zakwa­te­ro­wana w naj­lep­szej oca­la­łej kom­na­cie w byłej for­tecy, która po trzech dniach bitwy obró­ciła się w ruinę. Moya upie­rała się, by ranna keenig zamiesz­kała w jak naj­lep­szych warun­kach. Dopóki Per­se­fona leżała w jed­nej z malut­kich cel pod zbu­rzo­nym Veren­the­no­nem, miała świa­do­mość, że Alon Rhist nie zostało doszczęt­nie znisz­czone.

Kom­nata, pośpiesz­nie wysprzą­tana i ozdo­biona zasło­nami, była tak mała, że nie zmie­ściło się w niej nic poza łóż­kiem, zatem Moya musiała stać na kory­ta­rzu. Przez kilka dni przy­po­mi­na­jące labi­rynt cele wię­zienne, znane jako duryn­gon, słu­żyły za kom­naty miesz­kalne i cen­trum admi­ni­stra­cyjne "Sił Zachodu". Per­se­fona wymy­śliła tę nazwę z koniecz­no­ści. Nie mogła nazy­wać tych, któ­rymi dowo­dziła, Dzie­się­cioma Kla­nami ani Hordą Rhu­nów, ponie­waż wtedy wyklu­czy­łaby swo­ich fhrej­skich sojusz­ni­ków oraz trzy karły. Poza tym Siły Zachodu to potężna nazwa.

- Jak idą przy­go­to­wa­nia? - spy­tała.

- Dobrze - odrze­kła Moya, ale Per­se­fona zasta­na­wiała się, czy ta zdaw­kowa odpo­wiedź nie zro­dziła się z chęci oszczę­dze­nia jej ner­wów. Moya być może wyczuła, że keenig ocze­kuje cze­goś wię­cej, ponie­waż dodała: - Dokąd się uda­jemy?

- Chyba do Mer­re­dydd, ale naj­pierw będę musiała poroz­ma­wiać z Nyph­ro­nem. Odwie­dzi­łam tylko Alon Rhist i nie wiem, które z pozo­sta­łych for­tec Fhre­jów naj­le­piej nada­dzą się do naszych potrzeb. Mer­re­dydd podobno leży naj­bli­żej. Ale czy pomie­ścimy się tam wszy­scy? Alon Rhist była główną for­tecą Insta­rya, więc zakła­dam, że jest naj­więk­sza, ale bio­rąc pod uwagę wszyst­kich Gula, któ­rzy do nas dołą­czyli, nawet ona będzie zbyt cia­sna. Jeśli żaden z poste­run­ków nie pomie­ści naszej armii, lep­szym wyj­ściem może być Rhen.

- Rhen nie ma murów - zauwa­żyła Moya. - Już nie.

- Na razie, ale możemy je odbu­do­wać.

- Mamy tyle czasu? No i na co się zda­dzą drew­niane mury?

- Pomy­śla­łam, że Mróz, Powódź i Suri mogą nam pomóc.

- Suri nie lubi murów.

- To prawda, ale i tak nas wes­prze. Naj­waż­niej­sze, że Rhen jest nie­da­leko, jest tam mnó­stwo miej­sca, drewno, woda, zwie­rzyna w lesie i pola uprawne. Kto wie, co znaj­dziemy w innych osa­dach Insta­rya.

- Nie powin­ni­śmy po pro­stu zostać tutaj? Suri nie może wszyst­kiego przy­wró­cić do pier­wot­nego stanu?

- Wąt­pię. Nie wiem, jak działa Sztuka, ale na pewno łatwiej jest nisz­czyć niż odbu­do­wy­wać. Wie­dzia­ła­byś, gdzie należy umie­ścić każdy kamień i drza­zgę? Myślisz, że ona to wie? Pew­nie mogłaby w czymś pomóc: uprząt­nąć gruz, może posta­wić nowe mury, ale skoro i tak podej­mu­jemy taki wysi­łek, to rów­nie dobrze możemy zacząć od nowa w innym miej­scu, gdzie trupy nie będą naszymi fun­da­men­tami. Nie, nie możemy tutaj zostać. Chcę wyru­szyć, gdy tylko Nyph­ron wróci.

Moya unio­sła brwi.

- Wró­cił wczo­raj.

- Naprawdę?

Kobieta zro­biła kwa­śną minę.

- To źle wróży, prawda? To, że nie wiesz.

- O czym ty mówisz?

- Sły­sza­łam, że zamier­za­cie wziąć ślub. - Moya się skrzy­wiła, jakby spo­dzie­wała się spo­licz­ko­wa­nia.

- Kto ci tak powie­dział? - spy­tała oszo­ło­miona Per­se­fona.

- Nyph­ron. - Moya spra­wiała wra­że­nie nieco zbi­tej z tropu. - Według niego o tym roz­ma­wia­cie.

- Ow­szem, roz­ma­wiamy, od mniej wię­cej roku, ale wcale się nie zgo­dzi­łam.

- No tak, teraz rozu­miem dla­czego. Wraca i nawet nie wpad­nie, żeby się przy­wi­tać. Gdyby Tek­chin to zro­bił, chy­ba­bym...

- Jak wam się układa? - Per­se­fona chciała zmie­nić temat i unik­nąć roz­mowy o mał­żeń­stwie, ale jako że roz­wa­żała podobny układ z Nyph­ro­nem, była szcze­rze zacie­ka­wiona.

- Tek­chi­nowi i mnie?

Per­se­fona poki­wała głową. Z tego, co wie­działa, Moya i Tek­chin byli jedyną w histo­rii parą zło­żoną z Rhunki i Fhreja. Pod wie­loma wzglę­dami nie miało naj­mniej­szego sensu, że aro­gancki fhrej­ski wojow­nik, który miał tysiąc sto lat, uznał dwu­dzie­sto­sze­ścio­let­nią Rhunkę za godną part­nerkę, ale z dru­giej strony było to cał­kiem logiczne. Oboje byli nie­okrze­sani: pełni pasji, agre­sji i ambi­cji. Bar­dzo sie­bie przy­po­mi­nali - byli swo­imi odbi­ciami zro­dzo­nymi w róż­nych rze­czy­wi­sto­ściach. Cho­ciaż wyda­wało się to wąt­pliwe, z jakie­goś powodu ide­al­nie do sie­bie paso­wali.

Per­se­fona dostrze­gała podo­bień­stwa mię­dzy ich związ­kiem a swoją rela­cją z Nyph­ro­nem. Ona i Nyph­ron przede wszyst­kim widzieli w sobie nawza­jem przy­wód­ców. Sku­piali się na rolach, które odgry­wali w kształ­to­wa­niu przy­szło­ści, a nie na oso­bi­stych wygo­dach i pra­gnie­niach. Nawet to, że Nyph­ron od razu jej nie odwie­dził, miało mnó­stwo sensu. Po powro­cie musiał w pierw­szej kolej­no­ści wysłu­chać rapor­tów obroń­ców, któ­rych zosta­wił, a nie spraw­dzać, co u niej sły­chać.

Gdyby jej narze­czony był Rhu­nem, być może popę­dziłby do niej wie­dziony emo­cjami i potrzebą upew­nie­nia się, że nic jej nie grozi. Sen­ty­ment zmą­ciłby jego osąd sytu­acji. Ale nie było powodu bać się o jej bez­pie­czeń­stwo. Była dobrze chro­niona i takie obawy byłyby nie­doj­rzałe i nie­ra­cjo­nalne w porów­na­niu z licz­nymi tro­skami doty­czą­cymi skut­ków dru­zgo­cą­cej bitwy. Nyph­ron nie był dziec­kiem i zawsze kie­ro­wał się logiką.

Raithe był jego prze­ci­wień­stwem i za to go kocha­łam.

Tak naprawdę Per­se­fona chciała się dowie­dzieć od Moyi, czy związki mię­dzy Fhre­jami i ludźmi mają szansę powo­dze­nia. Czy taka para może ze sobą wytrzy­mać?

- Wszystko mię­dzy nami w porządku. - Moya swo­bod­nie poru­szyła ramio­nami. Potem zamil­kła i zmru­żyła oczy. Na jej ustach znów poja­wił się uśmiech, któ­remu tym razem towa­rzy­szył cień satys­fak­cji. - Pytasz o to, jak...

- Na Wielką Matkę, nie! - Per­se­fona gwał­tow­nie pod­nio­sła ręce, uci­sza­jąc Moyę.

Uśmiech Moyi stał się jesz­cze bar­dziej łobu­zer­ski.

- Myślę, że była­byś mile zasko­czona odkry­ciem, że Fhre­jo­wie są jesz­cze bar­dziej...

- Prze­stań! Prze­stań natych­miast! Nie chcę nic o tym wie­dzieć. Cho­dziło mi o to, że... to cał­ko­wi­cie odmienna kul­tura. Cie­ka­wiło mnie, czy... eee...

Moya skrzy­żo­wała ręce na pier­siach i z roz­ba­wia­niem patrzyła na zma­ga­nia Per­se­fony.

- W końcu fhrej­skie kobiety są takie...

- Nudne? - pod­po­wie­działa Moya. - Wła­śnie takie są. A przy­naj­mniej tak je postrze­gają Fhre­jo­wie.

- Chcia­łam raczej powie­dzieć...

- Mówię poważ­nie. Tek­chin cały czas to powta­rza. Jasne, fhrej­skie kobiety są śliczne, ale zara­zem nie­cie­kawe. My, pro­ści Rhu­no­wie, żyjemy tak krótko, że nie mamy czasu być mono­tonni. Przy­naj­mniej wiem, że mnie to doty­czy. A w moich oczach Tek­chin znacz­nie prze­wyż­sza ludz­kiego męż­czy­znę, zwłasz­cza w łóżku. Jest... ach... naprawdę jest jak bóg... tylko ni­gdy mu nie mów, że to powie­dzia­łam.

Moya nagle tak się zafra­so­wała, że Per­se­fona nie mogła powstrzy­mać uśmie­chu. Uświa­do­miła sobie, że nie uśmie­chała się od czasu...

- Wyj­dziesz za Nyph­rona, prawda? - Teraz to Moya zmie­niła temat i nagle ich roz­mowa zaczęła przy­po­mi­nać grę w wyzwa­nia.

- Pew­nie tak, kiedy tylko sta­niemy na nogi.

- Cudow­nie. - Głos Nyph­rona odbił się echem w kory­ta­rzu.

- Cicho. - Per­se­fona przy­ło­żyła palec do ust.

Po chwili przy­wódca Galan­tian poja­wił się na progu obok Moyi, która prze­su­nęła się, by rów­nież mógł sta­nąć w drzwiach.

- Jak dużo usły­szały twoje fhrej­skie uszy? - spy­tała zmar­twiona Per­se­fona.

Nyph­ron wyszcze­rzył zęby.

- Wystar­cza­jąco dużo, by wie­dzieć, że Tek­chin jest bogiem w łóżku. Będzie zachwy­cony.

Moya popa­trzyła na niego z sze­roko otwar­tymi ustami. Nyph­ron dał jej chwilę na ripo­stę, ale Tar­cza keeniga nic nie powie­działa.

- A także, że będę musiał wypra­wić ucztę po roz­bi­ciu nowego obozu w Doli­nie Wznie­sio­nej Włóczni. - Popa­trzył na Per­se­fonę. - Tak to robimy w spo­łecz­no­ści Fhre­jów. Ogła­szamy publicz­nie nasze połą­cze­nie, a następ­nie wszy­scy obecni jedzą i piją do upa­dłego.

- Nasze połą­cze­nie?

- Połą­cze­nie, mał­żeń­stwo, jak zwał, tak zwał.

Obu­rzona Per­se­fona popa­trzyła na Moyę.

- Widzisz, co muszę zno­sić?

- Tek­chin jest gor­szy. Nie chce żad­nej uro­czy­sto­ści i nie zamie­rza powie­dzieć, że mnie kocha. Zawsze powta­rza, że czyny zna­czą wię­cej niż słowa.

- No i w tym aku­rat ma rację - stwier­dził Nyph­ron. - Wyzna­nia to fry­wolna głu­pota. Ale w tym wypadku publiczna pre­zen­ta­cja będzie nie­unik­niona.

- Jak to? - spy­tała Moya.

- Poli­tyka - wyja­śnił Nyph­ron. - Ona jest keenig, a ja dowódcą szczepu Insta­rya, więc wszy­scy powinni być świad­kami naszych zaślu­bin. Ludzie muszą zoba­czyć w nas zjed­no­czoną dru­żynę, usły­szeć nasze przy­sięgi i poznać powód.

- Praw­dziwy roman­tyk, nie­praw­daż? - skwi­to­wała Per­se­fona.

Mimo dosko­na­łego słu­chu Nyph­ron naj­wy­raź­niej tego nie usły­szał. Wska­zał kciu­kiem coś za swo­imi ple­cami.

- Zauwa­ży­łem, że zaprzę­ga­cie konie do wozów. Co się dzieje?

Per­se­fona chciała wie­rzyć, że zmie­nił temat, ponie­waż roz­mowa o miło­ści go peszyła, ale Nyph­ron ni­gdy się nie peszył. Był po pro­stu skon­cen­tro­wany jak zwy­kle i uznał, że spę­dził już wystar­cza­jąco dużo czasu na towa­rzy­skich poga­węd­kach.

- Roan wpa­dła na pomysł, że konie mogą je cią­gnąć - wyja­śniła Per­se­fona. - Jedno zwie­rzę jest sil­niej­sze od grupy ludzi.

- Konie zechcą to robić? Wiem z doświad­cze­nia, że są dość pło­chliwe. Lepiej nie pole­gać na głu­pich zwie­rzę­tach. Czy nie wywrócą wozów? Pew­nie je popsują i przy oka­zji poła­mią sobie nogi.

- Roan i Gif­ford pra­cują z oca­la­łymi zwie­rzę­tami i podobno osią­gają dobre rezul­taty. - Popa­trzyła na Moyę. - Prawda?

- Począt­kowo napo­tkali pewne kom­pli­ka­cje, ale już sobie z nimi pora­dzili. Och, zapo­mnia­łam powie­dzieć. - Twarz Moyi wyraź­nie się roz­pro­mie­niła. - Gif­ford wczo­raj zabrał mnie na prze­jażdżkę swoim dwu­ko­ło­wym wozem, który Roan zbu­do­wała razem z kar­łami. Zaprzągł do niego Nara­spur i, na słodką Mari, pomknę­li­śmy przez rów­ninę tak szybko, że łza­wiły mi oczy. Ści­ga­li­śmy stado jeleni! Gdyby była z nami Audrey, napeł­ni­li­by­śmy maga­zyn.

- Naprawdę? - Nyph­ron spra­wiał wra­że­nie zain­try­go­wa­nego. - Myślisz, że zdo­ła­ła­byś ustrze­lić jele­nia z łuku, jadąc na wozie?

- Mogę ustrze­lić wszystko i wszę­dzie. - Moya się do niego uśmiech­nęła. Teraz to ona cze­kała na ripo­stę, ale ponow­nie żadna się nie poja­wiła. Może ta dwójka szu­kała spo­so­bów na poko­jowe współ­ist­nie­nie.

- Moyu, muszę poroz­ma­wiać z Nyph­ro­nem na osob­no­ści. Możesz prze­ka­zać wszyst­kim wie­ści, że nie­długo wyru­szamy?

- Jak sobie pani życzy, Madam Keenig. - Moya uśmiech­nęła się i ukło­niła Per­se­fo­nie, która w odpo­wie­dzi prze­wró­ciła oczami, gdy jej Tar­cza już wyszła.

Nyph­ron powiódł wzro­kiem za Moyą. Gdyby był kim­kol­wiek innym, Per­se­fona mogłaby podej­rze­wać, że podzi­wia jej urodę, ale umysł Nyph­rona już nad czymś pra­co­wał i nie miało to nic wspól­nego z odda­la­jącą się kobietą.

- Co się stało? - spy­tała Per­se­fona.

Odpo­wie­dział dopiero po chwili.

- Hmm? Słu­cham?

- Fane? Co się stało, kiedy go dogo­ni­li­ście?

Nyph­ron prze­cze­sał pal­cami włosy przy­kle­pane przez hełm.

- Ach, o to cho­dzi. Nie dogo­ni­li­śmy go. Reszta jego oddzia­łów nie sta­wiła sil­nego oporu, ale zapew­niła mu czas na ucieczkę. Prawdę mówiąc, nie ocze­ki­wa­łem tak znacz­nego zwy­cię­stwa. To, w jaki spo­sób go roz­gro­mi­li­śmy... - Pokrę­cił głową. - Zosta­wi­łem żoł­nie­rzy w Doli­nie Wznie­sio­nej Włóczni, gdzie zbie­rzemy wszyst­kie siły przed kolej­nym eta­pem.

- A na czym on będzie pole­gał?

- Przy­go­tu­jemy się do natar­cia. Gula przy­byli, gdy tylko zoba­czyli ogni­ska sygna­łowe, i więk­szość z nich nie zabrała nawet koców. Będziemy potrze­bo­wać mie­sięcy, by zor­ga­ni­zo­wać łań­cuch zaopa­trze­nia dla naszych połą­czo­nych sił, zanim przej­dziemy do ofen­sywy. Do tego czasu nadej­dzie zima, a to nie jest dobry czas na wojnę. Jeśli wła­ści­wie to roze­gramy, możemy zaata­ko­wać Lothiana następną wio­sną. Wtedy już będziemy w znacz­nie lep­szej kon­dy­cji.

- Nie powin­ni­śmy się schro­nić za murami? Czy nie po to przy­by­li­śmy do Alon Rhist?

Pokle­pał dło­nią kamienną ścianę.

- Sta­ruszka speł­niła swoje zada­nie, ale los się odwró­cił i teraz my jeste­śmy myśli­wymi. To fane musi ukryć się w for­tecy, a my powin­ni­śmy napie­rać i wal­czyć z nim na jego tere­nie. Dla­tego prze­no­simy się do doliny.

- Czy na otwar­tej prze­strzeni będziemy bez­pieczni?

- Tak. Fane nie będzie w sta­nie prze­pro­wa­dzić ataku, nie­za­leż­nie od tego, gdzie będziemy sta­cjo­no­wać. Stra­cił więk­szość wojow­ni­ków i pozo­stała mu tylko garstka Mira­ly­ithów. Naj­lep­sze zaś, że zna­czące odbu­do­wa­nie sił zaj­mie mu co naj­mniej trzy pory roku. My z kolei mamy aż nadto wojow­ni­ków i do tego czasu będziemy dosko­nale zaopa­trzeni i uzbro­jeni. No i nie zapo­mi­najmy o smoku. Wiesz, że stwo­rzyła go ta dziew­czyna, Suri?

- Opo­wia­da­łam ci o niej. Nie wie­rzy­łeś mi?

Zmarsz­czył czoło.

- To nie tak, że posą­dza­łem cię o kłam­stwo, ale nie wyglą­dała na zdolną do takich wyczy­nów. Począt­kowo sądzi­łem, że miał z tym coś wspól­nego Mal­colm, ale oka­zało się, że ona jest mistyczką. Nie podej­rze­wa­łem, że coś takiego jest moż­liwe. W zimie będzie musiała stwo­rzyć ich wię­cej. Wojna zapewne skoń­czy się o tej samej porze w przy­szłym roku.

Pierw­szy Gila­ra­brywn kosz­to­wał życie Minny. Raithe zapła­cił naj­wyż­szą cenę za dru­giego. Ale praw­dziwy koszt spadł na ramiona Suri. Per­se­fona była prze­ko­nana, że nic nie prze­kona mistyczki do stwo­rze­nia trze­ciego smoka. Chciała wyja­śnić to Nyph­ro­nowi, to jed­nak nie była wła­ściwa chwila, zwłasz­cza że zasy­gna­li­zo­wał chęć do roz­mowy, na którą cze­kała od chwili jego odej­ścia.

- Myśla­łam o tym... to zna­czy o końcu wojny. Powie­dzia­łeś, że pora­dzi­li­śmy sobie wyjąt­kowo dobrze, a fane uciekł, prawda? Pew­nie jest wystra­szony?

- Prze­ra­żony. Wie, że zostało mu nie­wiele czasu.

- Wła­śnie. - Poki­wała głową. - Czy w takim razie nie byłby otwarty na poro­zu­mie­nie poko­jowe?

Nyph­ron się roze­śmiał.

- Co takiego?

- Arion kie­dyś o tym mówiła. Uwa­żała, że gdy­by­śmy udo­wod­nili, że... gdyby inni Fhre­jo­wie zro­zu­mieli, że nie jeste­śmy bez­myśl­nymi zwie­rzę­tami, mogli­by­śmy zyskać ich sza­cu­nek i nauczyć się wspól­nie żyć. W cza­sie natar­cia, kiedy sądzi­łam, że prze­gra­li­śmy, wysła­łam pro­po­zy­cję roz­mów poko­jo­wych. Nie otrzy­ma­łam odpo­wie­dzi, ale...

- Co zro­bi­łaś? Jak?

- Posła­łam ptaka do Estram­na­donu. Wie­dzia­łam, że fane'a tam nie ma, ale gdyby wró­cił tam ze świa­do­mo­ścią, że odpar­li­śmy jego atak, być może coś by nam to dało. A teraz mamy jesz­cze sil­niej­szą pozy­cję. Zmu­si­li­śmy go do ucieczki, więc...

- Masz rację, poko­na­li­śmy fane'a. Ucieka do Eri­vanu z pod­wi­nię­tym ogo­nem. Nie ma nic. Ale mylisz się co do nego­cja­cji. Nie musimy tego robić. Wygra­li­śmy. Jaki sens mają roz­mowy? Nie mamy powodu, by w czym­kol­wiek ustę­po­wać i zawie­rać kom­pro­misy. Wystar­czy, że prze­kro­czymy Nidwal­den i pod­pa­limy Leśny Tron. Zamie­rzam stra­cić Lothiana na jego are­nie przy peł­nej widowni. Zwy­cię­skie armie nie nego­cjują. Pokój nasta­nie, kiedy Lothian i wszy­scy jego Mira­ly­itho­wie zginą.

Per­se­fona nie powinna być zaszo­ko­wana. Nyph­ron był wojow­ni­kiem, a bru­talni męż­czyźni tacy jak on spro­wa­dzali wszystko do pro­stej zasady: "Zabijmy ich, żeby nie mogli zabić nas". Wcie­lali w życie nie­pod­wa­żalną prawdę, pod­sy­caną okru­cień­stwem i nio­sącą nie­prze­wi­dziane kon­se­kwen­cje. Ale Per­se­fona nauczyła się, że zaprzy­jaź­nie­nie się z wro­giem jest znacz­nie sku­tecz­niej­sze od tak­tyki spa­lo­nej ziemi.

- Nie musimy zabi­jać...

- Ow­szem, musimy. Zaufaj mi. Znam Lothiana. Myślisz, że fane mnie uła­skawi po tym, jaką rolę ode­gra­łem? Nie sądzę. Wiem, co kryje się w jego sercu i umy­śle, ponie­waż jeste­śmy do sie­bie podobni, gdy cho­dzi o podej­ście do tych, któ­rzy nas skrzyw­dzili. Jeśli pozwo­limy mu żyć, poża­łu­jemy tego.

- Ale Arion chciała, żeby nasze ludy...

- Arion nie żyje.

Ton, jakim to powie­dział, zimny i obo­jętny, natych­miast ją uci­szył. Nie była gotowa na kolejną bitwę. Moya miała rację w kwe­stii ran Per­se­fony: stale spra­wiały jej ból, nie tylko fizyczny. Nyph­ron roz­po­czy­nał przy­go­to­wa­nia, co ozna­czało zawie­sze­nie walk. Wciąż miała czas, by go prze­ko­nać.

- Prze­pra­szam, masz rację. Mamy wiele do zro­bie­nia i naj­le­piej będzie sku­pić się na przy­go­to­wa­niach do prze­pro­wadzki.

- Dobrze. - Wypro­sto­wał się i ponow­nie popa­trzył wzdłuż kory­ta­rza, w kie­runku, w któ­rym odda­liła się Moya. - Myślisz, że ona mówiła prawdę w kwe­stii strze­la­nia z łuku z wozu zaprzę­żo­nego w konia?

- Sądzi­łam, że zaczy­nasz rozu­mieć Moyę. Ta kobieta nie wie, co to wstyd, i nie potrze­buje słów, by mani­pu­lo­wać męż­czy­znami. Nie ma zwy­czaju prze­sa­dzać.

- Fascy­nu­jące. - Nyph­ron poki­wał głową, ponow­nie zata­pia­jąc się w myślach.

- Co takiego?

- Pamię­tam wóz z waszym kamien­nym bogiem, który zje­chał ze wzgó­rza i prze­bił bramę dahlu Tirre. Zmiaż­dżył wszyst­kich i wszystko na swo­jej dro­dze.

- Nie przy­po­mi­naj mi. Ostat­nio mam wra­że­nie, że...

- Wybacz - prze­rwał jej Nyph­ron i zosta­wił ją samą.

- Ja też się cie­szę, że cię widzę, mój drogi - wyszep­tała, słu­cha­jąc jego odda­la­ją­cych się kro­ków.

***

Gif­ford stał na ulicy, oszo­ło­miony, i wpa­try­wał się w jeden z fascy­nu­ją­cych przy­kła­dów iro­nii losu. Tylko Dom Bez­na­dziei prze­trwał zagładę, która spo­tkała wszyst­kie pozo­stałe budynki w Małym Rhen. Nie­mal każdy ze ślicz­nych domów obró­cił się w stertę gru­zów, a wiele spa­liło się na popiół. Ale paskudny gmach, w któ­rym miesz­kali miej­scowi wyrzut­ko­wie: Gif­ford, Habet, Mathias i Gel­ston, jakimś cudem pozo­stał nie­tknięty.

- Wiesz, co naj­bał­dziej mnie łusza? - spy­tał, z nie­do­wie­rza­niem krę­cąc głową. - Nie mam w śłodku ani jed­nej rze­czy, któ­łej potrze­buję. Wszy­scy tak wiele stła­cili, a ja... - wska­zał ide­al­nie zacho­wany dom - ...nie mam niczego do spa­ko­wa­nia.

Wokół nich oca­leńcy ze łzami w oczach ukła­dali na wozach to, co udało im się wydo­być z gru­zów: ubra­nia, tale­rze, rośliny, dywany. Prze­wa­żali wśród nich Fhre­jo­wie.

My, ludzie, mamy jedną prze­wagę: Jeste­śmy bar­dziej doświad­czeni w prze­ży­wa­niu straty.

Wszy­scy przy­go­to­wy­wali się do odjazdu. Wielu cywi­lów z Alon Rhist uda­wało się do Mer­re­dydd, ale Rhu­no­wie i Insta­rya kie­ro­wali się na wschód do kra­iny Gula. Na wscho­dzie leżała Dolina Wznie­sio­nej Włóczni, gdzie toczyła się wojna.

Gif­ford i Roan wybrali się na ostatni spa­cer po mie­ście, a raczej po tym, co z niego zostało. Ona przez ostat­nie kilka dni zaj­mo­wała się budową wozów. Odzy­skali więk­szość drewna ze zbu­rzo­nych dom­ków, a nawet teraz Roan roz­glą­dała się po oko­licy za jaki­miś uży­tecz­nymi przed­mio­tami.

Wcale się nie zmie­niła, pomy­ślał. Potem popa­trzył na ich swo­bod­nie sple­cione dło­nie i zmie­nił zda­nie. No, może tro­chę. Uśmiech­nął się tak sze­roko, że aż zabo­lały go policzki.

Po tym, jak wcią­gnął ją na grzbiet Nara­spur, a dziew­czyna po raz pierw­szy się do niego przy­tu­liła, nie roz­dzie­lili się ani na chwilę i nie­mal cały czas trzy­mali się za ręce. Spali pod jed­nym kocem, a Roan mocno go obej­mo­wała. Pierw­szej nocy oboje pła­kali. Wyda­wało się, że wszy­scy to robili. Gif­ford nie wie­dział, co dopro­wa­dziło Roan do pła­czu. Przy­czyn mogło być wiele: wyrzuty sumie­nia, ulga, poczu­cie winy, wyczer­pa­nie. Ale dosko­nale wie­dział, dla­czego sam pła­cze. Aż do tam­tej nocy nie zaznał łez rado­ści.

Nie pró­bo­wał jej poca­ło­wać, jesz­cze nie. Gif­ford, który był teraz ofi­cjal­nie znany jako Naj­szyb­szy Czło­wiek na Świe­cie, posu­wał się z szyb­ko­ścią śli­maka, ponie­waż nie chciał zbu­rzyć tego kru­chego i cudow­nego snu, w któ­rym się zna­lazł. Nie był pewien, w jakim stop­niu Roan się zmie­niła ani jak wiele jest w sta­nie znieść. Wie­dział tylko, że teraz może jej dotknąć, nie ryzy­ku­jąc, że dziew­czyna znie­ru­cho­mieje albo się cof­nie. Trzy­ma­nie jej za rękę było pierw­szym kro­kiem w tym nowym wspa­nia­łym świe­cie. Kiedy miał na sobie zbroję Roan, lśniącą we wscho­dzą­cym słońcu, czuł, że wszystko jest moż­liwe.

Powi­nie­nem był ją wtedy poca­ło­wać. Z per­spek­tywy czasu wszystko wyda­wało się jasne. Pozwo­li­łaby mi. To byłoby takie łatwe, ale teraz...

Jesz­cze raz popa­trzył na ich sple­cione dło­nie, jakby doświad­czał cudu.

To wię­cej, niż mogłem sobie wyma­rzyć. A jeśli to będzie wszystko... wystar­czy mi na całe życie.

- Tutaj jesteś - ode­zwał się Nyph­ron, wspi­na­jąc się po kamie­niach obok połu­dnio­wych scho­dów, które pro­wa­dziły z gór­nego dzie­dzińca do mia­sta.

Sku­piał się na Roan, co nie zdzi­wiło Gif­forda. Więk­szość ludzi go igno­ro­wała, a dla Fhre­jów mógłby nie ist­nieć.

- Moya mówi, że zna­la­złaś spo­sób na zaprzę­gnię­cie konia do wozu. Czy to prawda?

Roan pokrę­ciła głową.

- Gif­ford to zro­bił. - Popa­trzyła na garn­ca­rza. - Ja tylko wymy­śli­łam spo­sób moco­wa­nia. To on zna się na koniach.

- On? - Nyph­ron z zasko­cze­niem popa­trzył na powy­krę­cane ciało kaleki. - Ty jesteś Gif­ford? Chyba nie jesteś tym czło­wie­kiem, o któ­rym cały czas opo­wiada Ply­me­rath, Noc­nym Boha­te­rem, który prze­je­chał przez obóz fane'a?

Roan z entu­zja­zmem poki­wała głową, nie prze­sta­jąc uśmie­chać się do Gif­forda, i wyre­cy­to­wała frag­ment rela­cji Brim z bitwy:

Nocny Boha­ter w lśnią­cej zbroi

Roz­gła­sza prawdę, wroga się nie boi,

Nie­sie nadzieję, dobrych wie­ści moc

Przez ciemną, nie­przy­ja­zną noc.

Nyph­rom przez chwilę patrzył na nią, jakby postra­dała zmy­sły. W końcu otrzą­snął się i zwró­cił do Gif­forda.

- Jesteś pierw­szym Rhu­nem, który dosiadł konia. - Galan­ta­nin ponow­nie przyj­rzał się poskrę­ca­nemu ciału Gif­forda. - Ni­gdy bym nie zgadł. - Znów sku­pił się na Roan. - Moya powie­działa, że zbu­do­wa­łaś mały szybki wóz. Cie­kawi mnie, czy można go uży­wać w walce.

- Co pan ma na myśli?

- Podobno na twoim wozie miesz­czą się dwie osoby. Pomy­śla­łem, że gdyby jedna z nich kie­ro­wała końmi, a druga w tym samym cza­sie uży­wała łuku albo oszcze­pów, byłoby to śmier­cio­no­śne roz­wią­za­nie. Ale wóz musiałby być pokryty sym­bo­lami Orin­far. Możesz zbu­do­wać wię­cej pojaz­dów takich jak ten, któ­rym jechała Moya?

Roan poki­wała głową.

Nyph­ron zwró­cił się do Gif­forda.

- A czy ty uwa­żasz, że konia można kon­tro­lo­wać w bitew­nym cha­osie?

- Kiedy kie­ło­wa­łem Nał-as-puł, ata­ko­wano nas załówno oszcze­pami, jak i magią. Nie była zachwy­cona, ale dała ładę. Zwie­rzęta aż tak nie łóż­nią się od ludzi. Dzięki tłe­nin­gowi wszystko jest moż­liwe.

Nyph­ron wyszcze­rzył zęby.

- Ta wojna będzie łatwiej­sza, niż podej­rze­wa­łem. Zupeł­nie jakby bóg wska­zy­wał mnie pal­cem i mówił: "To twój czas".

Gif­ford znów popa­trzył na swoje palce sple­cione z dło­nią Roan i poki­wał głową.

- Tak, dobrze wiem, co pan ma na myśli.

***

Tressa tak jak pozo­stali nio­sła swój doby­tek, idąc po jed­nym z sied­miu mostów prze­ci­na­ją­cych roz­pa­dlinę, w któ­rej pły­nęła rzeka Bern. Wybrała ten poło­żony naj­da­lej na połu­dnie, ponie­waż był naj­mniej zatło­czony. Nie miała wiele: kilka wor­ków z jedze­niem, za cienki koc i stary brec­kon mor, tak wytarty, że już nie można było go uznać za porządny. Dźwi­gała także tykwę z wodą i resztkę dobytku Gel­stona, który jej towa­rzy­szył. Pro­wa­dziła go przez most jak kozę na pastwi­sko. Stary pasterz ni­gdy nie doszedł do sie­bie po tra­fie­niu bły­ska­wicą Mira­ly­ithów i teraz podą­żał za nią bez słowa.

Tressa spe­cjal­nie trzy­mała się na końcu pochodu i na środku mostu. Nie chciała, by ktoś pod­kradł się do niej od tyłu i ją zepchnął. Wie­działa, że stary dobry Gel­ston jej nie pomoże. Stałby tylko i głu­pio się gapił.

Tressa potra­fi­łaby wymie­nić ponad tuzin osób, które chcia­łyby zgo­to­wać jej taki los. Moya, Tar­cza keeniga, znaj­do­wała się na szczy­cie tej listy. W dahlu Rhen Tressa pró­bo­wała zmu­sić ją do poślu­bie­nia Hegnera. Moya już wcze­śniej jej nie lubiła, ale ten nie­udany plan prze­peł­nił czarę gory­czy i zmie­nił nie­chęć w czy­stą nie­na­wiść. To nie powinno mieć zna­cze­nia. Moya była nikim, pyskatą ślicz­notką bez rodziny. Ale Per­se­fona rów­nież miała być nie­istotna.

Ta cała sytu­acja to jakiś kosz­mar. Nie­moż­liwe, żeby kobieta została keeni­giem i kto by pomy­ślał, że Moya będzie jej Tar­czą? Oto jak absur­dalne staje się życie, gdy bogo­wie dopusz­czają tę dwójkę do wła­dzy.

Tressa zawsze wie­działa, że życie jest nie­spra­wie­dliwe, ale dopiero nie­dawno uświa­do­miła sobie, że los wyjąt­kowo ją doświad­cza. Może powin­nam być wdzięczna, że poświęca mi tyle uwagi... Gdy­bym znik­nęła, nikt by tego nie zauwa­żył, nawet Gel­ston. Zupeł­nie jak­bym nie ist­niała.

Dotarła na drugi brzeg bez przy­gód. Moya, Nyph­ron i Per­se­fona - która była tak uprzy­wi­le­jo­wana, że podró­żo­wała wozem - pro­wa­dzili ich na wschód. Kiedy Tressa prze­kro­czyła rzekę, czoło pochodu znaj­do­wało się już w odle­gło­ści ćwierci mili. Trzy­mała się z tyłu, gdy masze­ro­wali Dureyą, zapy­loną, nie­równą, pła­ską poła­cią kamie­nia, błota i gliny. Obok Per­se­fony zasia­dała ta stara wiedźma Padera, a skoro Gif­ford jeź­dził teraz wszę­dzie konno, Tressa i ten otę­piały żółw Gel­ston podró­żo­wali na samym końcu kolumny. Z każdą minutą powięk­szała się odle­głość mię­dzy nimi a ludzką masą wędru­jącą na wschód. Tressa nie pró­bo­wała ich dogo­nić. Nie chciała tego. Wolała nie wdy­chać ich pyłu.

Kiedy czoło pochodu dotarło do Wil­czego Łba, grupa się zatrzy­mała. Zna­leźli się obok leża smoka. Omi­nęli go łukiem i naj­wy­raź­niej o czymś dys­ku­to­wali.

- Nyph­ron chce się upew­nić, że smok do nas dołą­czy! - zawo­łał ktoś z tyłu.

Tressa o mało nie wysko­czyła ze skóry. Sądziła, że ona i Gel­ston są sami. Pasterz w ogóle nie zare­ago­wał. Śle­dził wzro­kiem lot trzmiela. To przy­naj­mniej było bez­piecz­niej­sze od wpa­try­wa­nia się w słońce, co robił na tyle czę­sto, że mar­twiła się, że oślep­nie. Obró­ciła się na pię­cie i zoba­czyła Mal­colma. Gdyby to był kto­kol­wiek inny, mogłaby rzu­cić obe­lgą, by ukryć zasko­cze­nie, ale tylko padła na kolana.

- Co robisz? - spy­tał Mal­colm nieco poiry­to­wa­nym tonem.

Nie pod­no­siła wzroku, tylko wpa­try­wała się w jego stopy.

- Wiem, kim jesteś.

- Oczy­wi­ście, że tak, znasz mnie od ponad roku.

- Cho­dzi mi o to, że... wiem, czym jesteś.

Zapa­dła mię­dzy nimi cisza, a Tressa spo­dzie­wała się, że Mal­colm zacznie upie­rać się, że jest zwy­kłym czło­wie­kiem. Nie wie­działa, jak by na to zare­ago­wała. Nie miała zamiaru nazy­wać go kłamcą.

- Rozu­miem - odrzekł Mal­colm.

Przy­jęła to słowo z ulgą, ale zara­zem zamarła. Nie­mal bez prze­rwy roz­my­ślała o wyda­rze­niach w kuźni w nocy, gdy zgi­nął Raithe i powstał Gila­ra­brywn. Doszła do wnio­sku, że Mal­colm był bogiem uda­ją­cym czło­wieka. Ni­gdy tego nie przy­znał, ale nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że znał prze­szłość, teraź­niej­szość i przy­szłość każ­dego z nich. Tam­tej nocy Tressa prze­żyła coś nie­zwy­kłego. Gdy tylko oddała pier­ścień, co wypeł­niło jego wcze­śniej­sze pro­roc­two, poczuła coś, czego ni­gdy wcze­śniej nie doświad­czyła. Kiedy uśmiech­nął się do niej z uzna­niem, zapło­nęło w niej zaska­ku­jące uczu­cie. Była z sie­bie dumna; nie tak, jak po osią­gnię­ciu jakie­goś celu, ale jak po doko­na­niu cze­goś dobrego i wła­ści­wego. Poczuła się jak boha­terka.

Prze­cież tylko odda­łam głupi pier­ścień, który nie nale­żał do mnie, ale Mal­colm zmie­nił to w akt cnoty.

Wciąż nie wie­działa, dla­czego i jak to się stało. Miała wra­że­nie, że to jakaś cza­ro­dziej­ska sztuczka, dar, który uczy­nił ją mniej samotną i spra­wił, że po raz pierw­szy poczuła się szla­chetna. Tylko że wcale taka nie była. Na­dal uwa­żała się za paskudną osobę. Wszy­scy inni podzie­lali jej zda­nie i wła­śnie dla­tego miała się na bacz­no­ści na moście. Tamta chwila w kuźni była tylko poje­dyn­czą iskrą w mroku ist­nie­nia, prze­bły­skiem innego świata, do któ­rego nie paso­wała.

Zwy­kły czło­wiek nie mógłby spra­wić, by poczuła się w taki spo­sób.

Mal­colm poki­wał głową, jakby roz­ma­wiał ze sobą w myślach i nie był zado­wo­lony z efek­tów tej wymiany zdań.

- To powinno uła­twić sprawę - rzekł.

Jego słowa ją prze­ra­ziły. Zepchnię­cie z mostu wydało jej się zachę­ca­jące w porów­na­niu z tą zapo­wie­dzią.

Zebrała siły, ale kiedy zaci­snęła pię­ści i zęby, Mal­colm popa­trzył na nią z roz­ba­wie­niem i odro­biną smutku.

- Nie skrzyw­dzę cię, Tresso. Wybra­łem cię do cze­goś waż­nego.

- Nie jestem dobrą osobą - odpo­wie­działa pośpiesz­nie, choć sama nie wie­działa dla­czego. Mimo że to była prawda, nie spo­dzie­wała się, że powie to na głos.

Mal­colm ponow­nie się uśmiech­nął - nie kpiąco ani trium­fal­nie, tylko ze współ­czu­ciem.

- Sądzisz, że jesteś w tej kwe­stii wyjąt­kowa?

Tressa przy­po­mniała sobie męża, a potem inne osoby w swoim życiu.

- Pew­nie nie, ale dla­czego wybra­łeś aku­rat mnie?

- Gdy­bym pra­co­wał tylko ze szla­chet­nymi ludźmi, miał­bym nie­wielki wybór. Kiedy chce się zbu­do­wać ścianę, naj­le­piej jest popro­sić o pomoc mura­rza.

Tressa wie­działa, że ni­gdy w pełni nie zro­zu­mie słów Mal­colma, ale wcale na to nie liczyła.

- Czego ode mnie wyma­gasz?

- W tej chwili... niczego.

- Ale w końcu będziesz cze­goś chciał.

- Ow­szem, ale dopiero za kilka lat.

- Więc dla­czego przy­cho­dzisz do mnie teraz?

- Ponie­waż zamie­rzam odejść i nie wiem, kiedy wrócę. Muszę się upew­nić, że będziesz wie­działa, kiedy nadej­dzie ta chwila.

Tressa ponow­nie przy­go­to­wała się na złe wie­ści.

- Czy to będzie... czy to będzie coś strasz­nego?

- Widzę, że masz o sobie bar­dzo złe mnie­ma­nie.

Wzru­szyła ramio­nami.

- Wielu ludzi mnie nie­na­wi­dzi.

- Mnie także.

To wyzna­nie ją zasko­czyło.

Mal­colm wes­tchnął, a na jego twa­rzy ponow­nie odma­lo­wał się smu­tek.

- Oba­wiam się, że to, o co cię popro­szę, nie będzie przy­jemne.

Przy­gry­zła wargę i poki­wała głową.

- Na pewno nie będzie gor­sze od tego, co spo­tkało Raithe'a. Nie mogła­bym zmie­nić się w smoka, prawda? To by nie zadzia­łało, ponie­waż nikt nie kocha mnie tak, jak Suri kochała jego.

Głos Mal­colma stał się mroczny i lodo­waty.

- Nie, nie cho­dzi o to... ale o coś gor­szego. Jak już mówi­łem, kiedy chce się posta­wić ścianę, wzywa się mura­rza.

Na­dal nie rozu­miała, co to zna­czy, ale bała się tych słów.

Mal­colm zdjął z szyi cienki łań­cu­szek. Wisiał na nim kawa­łe­czek nie­równo przy­cię­tego metalu, długi na nieco ponad cal.

- Weź to. - Podał jej wisio­rek.

- Co to jest? - spy­tała, przyj­mu­jąc oso­bliwy przed­miot.

Mal­colm uśmiech­nął się gorzko.

- Być może naj­cen­niej­sza rzecz na świe­cie, więc musisz jej dobrze pil­no­wać.

Tressa przy­glą­dała się kawał­kowi metalu na końcu łań­cuszka, zafa­scy­no­wana sło­wami "naj­cen­niej­sza rzecz na świe­cie". Gdyby powie­dział to kto­kol­wiek inny, tylko by się roze­śmiała, ale skoro to był Mal­colm, poczuła na sobie ogromny cię­żar odpo­wie­dzial­no­ści. Czuła w głębi serca, że go nie udźwi­gnie.

A jakie będą kon­se­kwen­cje, jeśli się okaże, że to prawda?

- To klucz. Wiesz, co to takiego, Tresso?

Pokrę­ciła głową, ale zapa­mię­tała to słowo: klucz.

- Ist­nieją miej­sca zaka­zane, drzwi, któ­rych nie da się otwo­rzyć, zamknięte drzwi. Klu­cza używa się do ich otwar­cia. A to, co trzy­masz w dłoni, to nie jest zwy­kły klucz, lecz wyjąt­kowy klucz uni­wer­salny, który otwiera wszyst­kie drzwi.

- Mam się dostać do jakie­goś zaka­za­nego miej­sca? Nie mówię, że to będzie pro­blem. Ni­gdy nie mia­łam w zwy­czaju prze­strze­gać zasad.

- Jeśli się zgo­dzisz, to tak, będziesz musiała wybrać się do miej­sca, do któ­rego nawet ja nie mogę się dostać.

Poki­wała z powagą głową, jakby skła­dała przy­sięgę.

- Będziesz musiała zabrać ze sobą innych... dokład­nie sió­demkę.

- Sió­demkę? - Popa­trzyła na klucz, a potem na niego. - Niby jak mam... Ledwo udało mi się namó­wić Gel­stona, żeby za mną podą­żał. Jestem znie­na­wi­dzona. Nikt nie...

- Zaufaj mi. Kiedy przyj­dzie wła­ściwy czas, wszystko nabie­rze sensu. Nie będziesz musiała się sta­rać, ponie­waż ele­menty ukła­danki same tra­fią na swoje miej­sca. Już się o to posta­ra­łem. Jesie­nią za kilka lat, gdy wszystko zacznie iść źle, Tesh przy­nie­sie wie­ści doty­czące klatki i nikt nie będzie wie­dział, co robić. Wtedy ty wkro­czysz do akcji. Zro­bisz do dla mnie?

Poki­wała głową, cho­ciaż wciąż nie miała poję­cia, czego od niej ocze­kuje.

- Zanim odejdę, muszę ci coś powie­dzieć. Są dwie rze­czy, o któ­rych musisz wie­dzieć. Czy sły­sza­łaś pieśń "Za wzgó­rzami i lasami"?

- Chyba nie.

- Zaczyna się tak...

Za wzgó­rzami i lasami, za górami niczym kły,

Skryta na bagni­stej wyspie, którą spo­wi­jają mgły,

Mieszka pośród czar­nych sta­wów, gdzie bluszcz pełza niczym wąż,

W oczach blask zie­lono-szary, włosy ciemne niby brąz.

- Nie brzmi zbyt wesoło - zauwa­żyła Tressa ner­wowo. - Raczej nie nadaje się do tańca.

- To prawda. Znasz ją? Jest bar­dzo stara.

Pokrę­ciła głową.

- W takim razie cię jej nauczę. Będziesz musiała ją zapa­mię­tać. W cało­ści, każde słowo.

- Muszę zapa­mię­tać pio­senkę?

Poki­wał głową z miną zna­chora, któ­rego matka pyta o swoje zmarłe dziecko. Jego poważny wyraz twa­rzy spra­wił, że Tressa zdo­łała wykrztu­sić tylko jedno słowo.

- Dobrze.

- Druga rzecz, o któ­rej musisz wie­dzieć, Tresso, to że w Estram­na­do­nie znaj­dują się pewne drzwi...

Rozdział trzeci. Powrót fane'a

Roz­dział trzeci

Powrót fane'a

Duma to wyso­kie i śli­skie urwi­sko, a upa­dek z takiej wyso­ko­ści może cię zmiaż­dżyć.

Księga Brin

Imaly sie­działa w swoim pokoju dzien­nym i patrzyła przez okno na drzewa w ogro­dzie. Pąki zaczy­nały się otwie­rać lub, jak zwy­kła mawiać jej pra­babka, "drzewa się prze­cią­gały". Sta­ruszka była lekko zbzi­ko­wana. Musiała być - żadna nor­malna osoba nie mogłaby zostać pierw­szą fane.

Jako potom­kini Gylin­dory Fane Imaly odzie­dzi­czyła dom pra­babki. Ten zaska­ku­jąco skromny bun­ga­low co prawda stał w sercu mia­sta Estram­na­don, ale dzięki ota­cza­ją­cemu go ogro­dowi cie­szył się przy­jem­nym odizo­lo­wa­niem.

Gdyby Gylin­dora żyła, teraz sie­dzia­łaby w ogro­dzie i plo­tła koszyk, pomy­ślała Imaly.

Wła­śnie tym się zaj­mo­wała, zanim została przy­wód­czy­nią sze­ściu szcze­pów, a także potem w stre­su­ją­cych chwi­lach. Mówiła, że ją to uspo­kaja. Imaly ni­gdy nie nauczyła się wypla­ta­nia koszy­ków i bar­dzo tego żało­wała.

Mia­ła­bym ich teraz całą stertę.

Usły­szała ciche szu­ra­nie stóp. Dom nie był duży, ale Maka­reta wciąż się w nim gubiła. Kolejne hałasy świad­czyły o tym, że weszła do kuchni. Potem zapa­dła cisza, a po kolej­nej por­cji szu­ra­nia dziew­czyna zaj­rzała do pokoju dzien­nego. Młoda Fhrejka miała głowę cia­sno owi­niętą chu­stą. Nosiła ją dniem i nocą, jak naj­moc­niej zaci­śniętą, cho­wa­jąc pod spodem każdy kosmyk wło­sów.

Tydzień wcze­śniej Imaly zgo­dziła się przy­jąć dziew­czynę, która zbun­to­wała się prze­ciwko fane'owi i zabiła kilku Fhre­jów pod­czas krót­ko­trwa­łego Powsta­nia Sza­rych Płasz­czy. Zaraz po przy­by­ciu do jej domu, jesz­cze zanim popro­siła o coś do jedze­nia, Maka­reta bła­gała Imaly o brzy­twę.

- Po co ci coś takiego? - spy­tała gospo­dyni, podej­rze­wa­jąc, że dziew­czyna może zechcieć zro­bić sobie krzywdę.

- Żeby się tego pozbyć! - syk­nęła Maka­reta, chwy­ta­jąc kosmyk wło­sów, jakby to był paso­żyt przy­twier­dzony do jej głowy.

- Nie mogła­byś po pro­stu użyć magii, żeby... - Imaly wska­zała swoją głowę i zakrę­ciła pal­cem.

- Każde uży­cie Sztuki można wykryć, a nawet wytro­pić. Nie mogę ryzy­ko­wać nawet naj­mniej­szej fali. Każ­dego dnia te kudły robią się coraz dłuż­sze, a ja nie mam czym ich obciąć. Pró­bo­wa­łam je wyrwać, ale to za bar­dzo boli.

Imaly się skrzy­wiła, wyobra­ża­jąc sobie, jak Maka­reta pła­cze w lesie, pró­bu­jąc rwać włosy z głowy.

- Po pro­stu niech je pani zetnie - ode­zwała się dziew­czyna bła­gal­nie.

- Nie - odrze­kła Imaly. - Musisz je zacho­wać.

- Ale... obie­ca­łam, że zro­bię wszystko, o co pani poprosi.

Imaly chwy­ciła ją za rękę.

- To nie jest kara. To dla two­jego wła­snego dobra. Łysa głowa u mło­dej damy koja­rzy się tylko z jed­nym: z Mira­ly­ithami. Jeśli ktoś cię zoba­czy, cho­ciażby przez okno, obie możemy zostać stra­cone. Chcesz tego?

Dziew­czyna pokrę­ciła głową, a potem zaci­snęła zęby i zadrżała. Włosy zako­ły­sały się w rytm jej ruchu.

Po tej roz­mo­wie Imaly usta­no­wiła zasady: włosy mają zostać na gło­wie, należy uni­kać okien, Maka­reta nie może opusz­czać domu i w żad­nym wypadku nie wolno jej uży­wać Sztuki. Bio­rąc pod uwagę, jak bar­dzo Mira­ly­itho­wie pole­gali na magii, i zakła­da­jąc, że jej uży­cie rze­czy­wi­ście można wykryć, Imaly uwa­żała tę ostat­nią zasadę za klu­czową.

Maka­reta się zgo­dziła i chyba dotrzy­my­wała słowa. Imaly kupiła tro­chę tanich ubrań pocho­dzą­cych od szczepu Gwy­dry: szorst­kie, wytrzy­małe i pro­ste stroje robo­cze bar­dzo róż­niły się od asyk Mira­ly­ithów. Ubrana w tunikę i spodnie, które wyglą­dały, jakby uszyto je z takiej samej tka­niny jak namioty, Maka­reta była dosko­nale zama­sko­wana.

- Mogę napić się her­baty? - spy­tała, usiadł­szy na kana­pie w kącie, jak naj­da­lej od okna wyku­szo­wego wycho­dzą­cego na ogród.

Imaly wes­tchnęła.

- Oczy­wi­ście, jeśli sama ją zapa­rzysz.

Począt­kowo Imaly trak­to­wała biedną Fhrejkę jak gościa, ale jej szczo­drość zaczy­nała się wyczer­py­wać i nie zamie­rzała usłu­gi­wać jed­nej z Mira­ly­ithów.

Maka­reta popa­trzyła na nią zatro­skana.

- Nie... nie umiem.

- Zago­tuj wodę i zalej nią liście. To nic trud­nego.

Maka­reta popa­trzyła w stronę kuchni, jakby wła­śnie speł­nił się jej naj­gor­szy kosz­mar.

Imaly wstała i zapro­wa­dziła ją do pieca.

- Pokażę ci.

Poka­zała dziew­czy­nie cały pro­ces, a skoń­czyw­szy, powie­działa:

- Kiedy następ­nym razem będziesz miała ochotę na her­batę, możesz sama ją przy­go­to­wać.

Maka­reta nie wyglą­dała na pewną sie­bie, ale chęt­nie przy­jęła kubek z gorą­cym napa­rem i upiła łyk.

- To doświad­cze­nie naprawdę może ci się przy­dać. Tak bar­dzo pole­ga­łaś na magii, że sta­łaś się bez­radna. Dziwne, że jesteś w sta­nie się wykar­mić.

- To nie jest magia - odparła Maka­reta. - Nazy­wamy ją Sztuką.

- Nie­ważne. - Imaly lek­ce­wa­żąco mach­nęła ręką. - Posłu­chaj, wiem, jak bar­dzo się nudzisz. Może poszu­kamy cze­goś, co pomoże ci zabić czas? Co lubisz robić?

Maka­reta wzru­szyła ramio­nami.

- Czy ty nie... Wydaje mi się, że malo­wa­łaś.

Dziew­czyna poki­wała głową.

- Oraz two­rzy­łam rzeźby, ale to było, zanim...

- Zanim wzię­łaś udział w spi­sku prze­ciwko fane'owi i wywró­ci­łaś całe swoje życie do góry nogami? - Imaly zmarsz­czyła czoło. - Tak, widzę, że malo­wa­nie pej­zaży i misek z owo­cami nie jest rów­nie kuszące jak wznie­ca­nie powstań. Ale może jed­nak spró­bu­jemy? Przy­go­tuję dla cie­bie mate­riały, glinę i farbę. Możesz urzą­dzić swoje stu­dio w salo­nie. Przy­da­łoby mi się kilka ład­nych obra­zów i sta­tu­etek. Dasz radę. Zgoda?

Maka­reta poki­wała głową, ale w jej oczach próżno było szu­kać entu­zja­zmu. Po pro­stu była uprzejma dla swo­jej gospo­dyni.

Dziew­czyna wciąż jest oszo­ło­miona, pomy­ślała Imaly.

Maka­reta przed przy­by­ciem do jej domu przez rok się ukry­wała. Nie wia­domo, jak udało jej się uni­kać prze­śla­dow­ców. Imaly była pewna jed­nego: te doświad­cze­nia wywarły na niej piętno. Dziew­czyna każ­dego dnia musiała się budzić z wid­mem paskud­nej śmierci. Odczu­wała nie­zwy­kły stres.

Nie powin­nam się spo­dzie­wać, że doj­dzie do sie­bie w ciągu jed­nego dnia. Mam tylko nadzieję, że wkrótce weź­mie się w garść. Potrze­buję sil­nej Mira­ly­ithki, a nie pło­chego dziew­czę­cia.

Imaly przy­po­mniała sobie, żeby pod­czas wizyty na targu kupić kilka pasków rzecz­nej trawy. W tej sytu­acji mogła jed­nak zabrać się do wypla­ta­nia koszy.

***

Wie­ści o powro­cie fane'a nade­szły kilka godzin przed nim, a Imaly wydała roz­kaz, by wszy­scy usta­wili się na uli­cach. Miesz­kańcy Estram­na­donu, sta­rzy i mło­dzi, sta­wili się w swo­ich naj­lep­szych ubra­niach. Przy­szli, by wiwa­to­wać na cześć swo­jej zwy­cię­skiej armii oraz władcy, który popro­wa­dził ją do ataku. Imaly i Lothian cza­sem się ze sobą nie zga­dzali, ale kobieta czuła, że fane zasłu­guje na powi­ta­nie w peł­nej chwale.

Stała na scho­dach pro­wa­dzą­cych do pałacu, ramię w ramię z innymi człon­kami Aqu­ili. Miała stąd dobry widok na plac i aleję, ale jako że budynki zasła­niały począ­tek trasy, usły­szała orszak fane'a na długo, zanim go zoba­czyła. Naj­pierw roz­le­gło się bicie w bębny, a potem trium­falne głosy rogów, które sama kazała przy­go­to­wać. Następ­nie usły­szała okrzyki wycze­ki­wa­nia. Nagle głosy i fan­fary uci­chły. Zro­biło się tak cicho, że Imaly sły­szała kroki fane'a, jesz­cze zanim wyło­nił się zza rogu.

Vol­ho­ric, który stał obok niej, wes­tchnął.

- Dobry panie Fer­rolu!

Dwa tysiące dum­nych fhrej­skich wojow­ni­ków w lśnią­cych zbro­jach z brązu oraz pięć­dzie­siątka odzia­nych w asyki Mira­ly­ithów wyru­szyli, by dać lek­cję Rhu­nom. Teraz oczom Imaly uka­zała się garstka kule­ją­cych, brud­nych, zakrwa­wio­nych Fhre­jów. Nie­gdyś potężna armia fane'a Lothiana wle­kła się do domu, odpro­wa­dzana mil­czą­cymi spoj­rze­niami tych, któ­rzy przy­szli, by świę­to­wać triumf.

Imaly mogłaby wyko­rzy­stać tę porażkę, by publicz­nie wyka­zać głu­pią aro­gan­cję i pychę Lothiana. Mogłaby upo­ko­rzyć jego i jego szczep. Ale kiedy fane wspiął się po scho­dach pałacu, nie miała serca, by cokol­wiek powie­dzieć - zabra­kło jej słów.

Spo­dzie­wała się, że fane zatrzyma się na szczy­cie scho­dów i prze­mówi do zgro­ma­dzo­nych tłu­mów. Powi­nien to wyja­śnić. Powi­nien roz­pro­szyć lęk i pomóc wszyst­kim zro­zu­mieć, co się stało. Ale Lothian nawet nie przy­sta­nął i wszedłby do pałacu, gdyby Imaly go nie zatrzy­mała.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki