Od Autora
Od Autora
Jeśli czytacie te słowa, zakładam, że skończyliście Epokę Mitu, Epokę
Mieczy i Epokę Wojny. Jeśli nie, proszę przerwijcie lekturę i nadróbcie braki. W przeciwnym razie ta opowieść sprawi Wam znacznie
mniej radości. A jeśli przeczytaliście te książki, ale chcecie je sobie
odświeżyć, znajdziecie ich streszczenia na stronie
www.firstempireseries.com/book-recaps. Możecie także zapoznać się ze
słowniczkiem znajdującym się na końcu tego tomu. Jest pozbawiony
spoilerów i uaktualniany po każdej kolejnej książce, by stale zapewniać
nowe informacje.
No dobrze, co mogę Wam powiedzieć o tej książce? Jednym z moich celów
podczas pisana tej serii było opowiedzenie o fundamentach świata Elan i w dużym stopniu udało mi się to w poprzednich trzech tomach. Ale pewnego
dnia, gdy byłem skupiony na pracy, jedna z postaci - która na razie
pozostanie anonimowa - powiedziała śmiertelnie zabawny żart. Moi
bohaterowie czasami to robią, ale tym razem opadła mi szczęka i natychmiast zacząłem pisać.
A gdyby to nie był żart?
Tak jak Wielki Wybuch w jednej chwili zrodził cały wszechświat, tak w mojej głowie natychmiast objawił się zupełnie nowy kierunek, w którym
mogła podążyć cała historia. "Naprawdę mogę to zrobić?", pomyślałem z wypiekami na twarzy i natychmiast sobie odpowiedziałem: "Muszę
przynajmniej spróbować". Właśnie w ten sposób narodziła się druga połowa
tej serii. Zszedłem aż do korzeni świata Elan, by stworzyć coś, co
uważam za wyjątkowe i nietypowe. Mam nadzieję, że podzielicie moje
zdanie.
W tej drugiej połowie kilka rzeczy zamierzam zrobić inaczej i od razu
chcę Was o tym ostrzec. Pierwszą zmianą są ramy czasowe. Wojna elfów z ludźmi trwała sześć lat, ale opowiadanie o wszystkich wydarzeniach,
które miały wtedy miejsce, jest niepotrzebne i nie służy budowaniu
fabuły. Kiedy zabrałem się do pisania Epoki Legend, pierwotnie
umieściłem jej akcję pełne sześć lat po Epoce Wojny. Ale potem
pierwsza czytelniczka, czyli moja żona Robin, zapoznała się z powieścią
i stwierdziła, że to zbyt daleki skok w przyszłość. Relacje
międzyludzkie dojrzały, o rozmowach, które powinny się odbyć przed laty,
teraz prawie się nie wspomina, a kilkuletni odstęp utrudnia śledzenie
wydarzeń. Dlatego akcja książki zaczyna się bezpośrednio po Epoce
Wojny. Druga część rozgrywa się rok później, a trzecia część
przeskakuje do przodu o kolejne pięć lat. Niektórzy czytelnicy, którzy
chcą oglądać wszystkie ważne zdarzenia w życiu swoich ukochanych
bohaterów, będą rozczarowani, że opuszczam tak długi okres, a ja bardzo
ich za to przepraszam, ale uważam, że zasługujecie na przeczytanie jak
najlepszej opowieści, a rezygnacja z tego zabiegu zaowocowałaby
nadmiernie poplątaną i rozmytą fabułą. Najlepszym sposobem na uniknięcie
tego problemu było wycięcie niepotrzebnych elementów i pisanie tylko o tym, co konieczne, by popchnąć historię naprzód.
To pierwsza sprawa. Druga kwestia dotyczy faktu, że ta książka nie jest
aż tak odrębnym dziełem jak poprzednie. Owszem, składa się z początku,
rozwinięcia i zakończenia, ale kiedy dotrzecie do ostatniej strony,
zapoznacie się jedynie z pierwszą odsłoną dramatu rozpisanego na trzy
akty. Tak się składa, że druga część serii zabierze nas w podróż w zupełnie nowym kierunku, a opowiedzenie tej historii wymaga trzech
pełnowymiarowych powieści, z których każda ma wyraźnie zdefiniowaną
konkluzję. Mówiąc w skrócie, ta powieść kończy się jak Wyprawa
Tolkiena, zamyka bowiem pewien etap opowieści, lecz cała historia daleka
jest od zakończenia.
Wiem, że niektórym czytelnikom to się nie spodoba. Niewielu spośród dziś
żyjących musiało czekać, aż Tolkien wyda drugą część Władcy
Pierścieni, a chociaż żałuję, że będziecie musieli zaczekać na
zaspokojenie ciekawości, mogę Was zapewnić, że seria już została
ukończona i kolejne dwa tomy ukażą się w niedługim czasie. Jeśli
zastanawiacie się, dlaczego nie wydam ich od razu, mam ku temu dwa
powody. Po pierwsze, gotowy maszynopis to jeszcze nie gotowa książka.
Chociaż lwia część pracy została wykonana (nie licząc drobnych
poprawek), moi redaktorzy, beta-czytelnicy, publicyści, autorzy okładek
czy projektanci wciąż muszą włożyć wiele wysiłku w to, by końcowy efekt
miał odpowiednią jakość. Możecie jednak być pewni, że wypuścimy obie
części najszybciej, jak to będzie możliwe, a nawet wyślemy je wcześniej
osobom, które wspierały nas na Kickstarterze, tak jak zrobiliśmy z tym
tomem.
To wszystko, co powinniście wiedzieć, siadając do lektury drugiej połowy
serii. Zatem powtórzę coś, co już pisałem w innych uwagach od autora:
jestem niezwykle wdzięczny za wszystkie cudowne e-maile, zatem dalej
ślijcie je na adres michael@michaelsullivan-author.com. Każdego pisarza
cieszy odzew ze strony czytelników - to dla mnie prawdziwy zaszczyt i przywilej.
Skoro nasz wstęp już dobiega końca, zasiądźmy razem wokół wiecznego
płomienia i posłuchajmy, a ja zaproszę Was jeszcze raz do epoki mitów i legend, do czasów, gdy ludzi nazywano Rhunami, a elfy uważano za bogów.
W tym konkretnym przypadku zabiorę Was do Epoki Legend.
Rozdział pierwszy. Utracona niewinność
Rozdział pierwszy
Utracona niewinność
Jakże dziwnym skarbem jest niewinność, cnotą dla starych i przekleństwem
dla młodych, tak wysoko cenioną, lecz chętnie żegnaną - bogactwem
pięknej skóry przehandlowanym za mądrość odcisków.
Księga Brin
Suri siedziała samotnie z mieczem na kolanach, wpatrując się w coś, co
większość nazwałaby smokiem, ale co dawna mistyczka dahlu Ren
postrzegała jako kawałek swojego złamanego serca. Jej serce pękło już
nie raz i jego fragmenty były rozsiane po dwóch kontynentach. Ale część,
na którą patrzyła tego ranka, była olbrzymia i jako jedyną dawało się ją
zobaczyć.
Od wielu dni Suri obserwowała przypominającą smoka istotę, która leżała
na szczycie wzgórza. Jako że sama ją stworzyła, czuła się odpowiedzialna
za jej poczynania. Bacznie śledziła swoje dzieło, ale od czasu ocalenia
mieszkańców Alon Rhist, poprzez zmasakrowanie wrogiej armii, jej twór
trwał w bezruchu. Nie drgnął mu nawet ogon. To cieszyło, ale zarazem
martwiło niemal wszystkich. Większość miała nadzieję, że niegdyś cudowny
- a teraz niepokojący - smok wylegujący się na ich progu po prostu
odleci. Pragnęli, by ich potworny wybawca wrócił do tajemniczego
miejsca, z którego przybył. Niewielu znało pochodzenie istoty, chociaż
krążyły plotki o udziale Suri w całej sprawie. Mistyczka podejrzewała,
że Gilarabrywn wzbudzał niepokój, niczym gniazdo os na werandzie - gdyby
osy mogły kruszyć kamień i ziać ogniem. Bestia leżała nieruchomo,
zwinięta w kłębek, jak gigantyczna rzeźba albo nietypowa formacja
skalna. Cichy śpiący smok, choć nieidealny, stanowił mniejsze zło.
Z miejsca, w którym siedziała Suri, sylwetka Gilarabrywna, oświetlana
przez wschodzące słońce, zlewała się ze skalistym zarysem Wilczego Łba i trzeba było wytężyć wzrok, by dostrzec jej kształt. Suri nie pamiętała,
gdzie znajdują się ogon i głowa stwora, ale skrzydeł nie dało się
przeoczyć. Nawet złożone wystawały ponad szczyt wzgórza - niczym dwa
spiczaste maszty flagowe. Suri czuła na kolanach ciężar ostrza i zastanawiała się, czy nie podejść bliżej. Wiedziała, że w końcu będzie
zmuszona uwolnić istotę, ale stale odkładała to na kolejny dzień.
Dlatego tylko siedziała na skale obok martwego drzewa, na dnie morza
winy.
Jeśli tam wejdę, on otworzy oczy. Suri była o tym przekonana. Te
potężne ślepia skupią się na niej, wpatrując się w nią z... Czym?
Nienawiścią, strachem, współczuciem? Suri nie była pewna i nie
wiedziała, czy zdołałaby rozpoznać różnicę. Najgorsze w Gilarabrywnie
jest to, że muszę go zabić dwukrotnie.
Mimo że przez kilka dni padał ulewny deszcz, pole bitwy przy Wielkim
Moście pozostawało splamione. Beżowe skały i piach były naznaczone
rdzawym odcieniem, a powietrze cuchnęło, zwłaszcza gdy wiał zachodni
wiatr. Nie wszystkie ciała pogrzebano; wielu Fhrejów pozostawiono, by
zgnili. Było zbyt wiele do zrobienia i za mało rąk do pracy, a grzebanie
wrogów znajdowało się nisko na liście priorytetów.
- To paskudne miejsce - powiedziała, patrząc na bestię. - Ale zawsze o tym wiedziałaś, prawda?
Poczuła surowość równin Dureyi, zanim nastał dzień, w którym
przepowiednia śmierci Raithe'a o mało jej nie przytłoczyła. Sztuka
zapewniała jej dar jasnowidzenia, szósty zmysł. Arion czasami nazywała
to trzecim okiem, ale to nie było właściwe określenie. Te doświadczenia
nie miały nic wspólnego z wizjami. Przynosiły tylko odczucia, impresje i zazwyczaj były całkowicie chaotyczne. Najsilniejsze doznania przeważnie
odznaczały się na tle szumu, ale tutaj panował ogłuszający zgiełk. Na
tej ziemi walczyły i ginęły całe pokolenia.
I nic się nie zmieniło.
Suri trzymała w dłoniach czapkę Arion. Przesunęła kciukami po
niewielkich otworach w luźnym splocie z grubej wełny i przypomniała
sobie głos Arion. "Mimo wszystko nadal czuję tę cienką nić, która
rozciąga się pomiędzy tobą a zawarciem pokoju. Kiedy na ciebie patrzę,
wyczuwam nadzieję. Jesteś jak światełko w ciemnościach i codziennie
świecisz coraz jaśniej". Arion wypowiedziała te słowa zaledwie kilka dni
wcześniej, ale wydawało się, że to było w innym życiu. Suri wcale nie
czuła się jaśniejsza.
Za sobą usłyszała jakiś ruch. Ktoś szedł z ruin fortecy po splamionej
krwią glinie. Malcolm. Nie musiała patrzeć ani korzystać ze Sztuki, by
go widzieć. Tylko on nie bał się gniazda os na werandzie ani mistyczki,
która je przywołała, a poza tym spodziewała się jego odwiedzin.
Od pogrzebu Raithe'a i Arion Suri spędzała w tym miejscu większość
czasu. Ona i Gilarabrywn byli jak złączone ze sobą nietypowe bliźnięta.
Suri czasami wyruszała na poszukiwanie jedzenia, ale starannie unikała
spotkania z kimkolwiek. Nie chciała z nikim rozmawiać, odpowiadać na
pytania ani znosić spojrzeń pełnych współczucia - czy raczej strachu.
Nie chciała także rozmawiać z Malcolmem. Chociaż nie miał nic wspólnego
ze śmiercią Arion, nakłonił ją do zabicia Raithe'a i stworzenia
Gilarabrywna.
- Dziwne, prawda? - odezwał się, podchodząc. - Nawet proste drobiazgi,
na przykład wełniane czapki, z czasem mogą się dla nas stać ważne i na
swój sposób magiczne.
Suri popatrzyła na czapkę i pokiwała głową.
- Nosiła ją bardzo krótko, podobno wełna ją drażniła. Ale taką ją
zapamiętałam.
Malcolm usiadł obok niej, a jego duże kolana sterczały jak u konika
polnego.
- Jesteś...? - Chciała powiedzieć Miralyithem, ale w połowie zdania
uświadomiła sobie, że tak nie jest. Miralyithowie emanowali światłem i gorącem, jakby nadawali sygnał. Malcolm był taki jak inni, tylko
bardziej. Nigdy wcześniej tego nie zauważyła, ale gdyby był drzewem, to
na pewno nie byle jakim. Byłby idealnie kształtnym dębem okrytym liśćmi,
jaki wszyscy sobie wyobrażają, gdy myślą o drzewach. Z pewnością nie był
pospolity i niełatwo było go zrozumieć. Równie dobrze można próbować
pojąć chmurę. Suri już dawno dała za wygraną. Nie każdą zagadkę trzeba
rozwiązać, a z niektórych rzeczy jest więcej szkody niż pożytku.
Uważała, że tak jest w jego przypadku.
- Czym?
- Niczym. - Pokręciła głową. - Nieważne.
- Jak się czujesz? Nic ci nie jest?
- Nie.
Siedzieli w milczeniu, podczas gdy suchy wiatr bez powodzenia namawiał
kruchą trawę do tańca.
- Powiedz mi, czy to już wszystko? - spytała Suri. Malcolm wyjawił, że
potrafi oglądać przyszłość, a ona nie wiedziała, jak wiele jeszcze może
znieść.
- Musisz mówić bardziej konkretnie.
Sądziła, że będzie wiedział, o co jej chodzi, że odczyta jej myśli, ale
może traktowała go nieuczciwie - w końcu ją także ludzie podejrzewali o zdolność czytania w myślach.
- Arion była przekonana, że gdyby fane wiedział, że Rhunowie mogą
opanować Sztukę, między naszymi ludami zapanowałby pokój. - Wskazała
głową Gilarabrywna. - Widział to na własne oczy, więc wojna powinna
dobiec końca, czyż nie?
Malcolm ze smutkiem pokręcił głową.
- Niestety nie.
- Więc dlaczego... - Łzy napłynęły jej do oczu. - Skoro wiedziałeś, że to
nie wystarczy, dlaczego poświęciliśmy Raithe'a?
- Już znasz odpowiedź. Siły fane'a by nas przytłoczyły i wszyscy by
zginęli. Raithe nas ocalił. Ty nas ocaliłaś. A poza tym...
- Poza tym co?
- Tamto było niezbędne, by mogło się wydarzyć to, co dopiero nadchodzi.
- A co ze mną? Czy moja rola dobiegła końca? Przecież zrobiłam wszystko,
czego chciała Arion i czego ty chciałeś, więc chyba nie mam już nic do
roboty?
Suri nie dbała o przyszłość, skoro przeszłość ją zdruzgotała. Osiągnęła
szczyt pogardy dla samej siebie po tym, jak zabiła dwie najbliższe osoby
i nie zdołała ocalić trzeciej. Tak nie postępuje ktoś szlachetny.
Okazało się, że motyle wcale nie są piękne, a kawałki pękniętego serca
stają się potworami. Niewinność nie tylko została utracona, ale też
bezlitośnie zmiażdżona, a Suri czuła się nie tyle samotna, ile
porzucona. Zamierzała wrócić do Głogowej Dolinki, zaszyć się w lesie i już nigdy nie zbliżać się do ludzi.
Malcolm zmarszczył czoło.
- Myślisz o ucieczce?
No tak, teraz nauczył się czytać w myślach.
- Nie możesz. Jeszcze nie. Przykro mi to mówić, ale zrobiłaś tylko kilka
kroków na drodze, którą musisz kroczyć. - Westchnął. - Żałuję, że nie
mogę cię zapewnić, że teraz już wszystko będzie dobrze albo że najgorsze
minęło...
- Będzie gorzej? - Wytrzeszczyła oczy z niedowierzaniem.
Malcolm znów zmarszczył czoło.
- Chodzi o to...
- Jak może być jeszcze gorzej?
- Powinnaś się skupić na tym, że ostatecznie wszystko będzie...
- Tego warte? - wtrąciła gwałtownie. - Nic nie może wynagrodzić mi tego,
co już się stało... Nic! - Nawet nie zauważyła, kiedy wstała. - Minna nie
żyje. Arion nie żyje. Raithe nie żyje. Zabiłam ich wszystkich!
- Nie zabiłaś Arion, ona...
- Znalazła się w Alon Rhist z mojego powodu!
- Suri, musisz się uspokoić.
- Nie chcę się uspokoić! Nie mam takiego zamiaru...
- Suri! - Malcolm ostro jej przerwał i wskazał palcem w stronę wzgórza.
Gilarabrywn podniósł łeb i otworzył ślepia. Chociaż Suri nie potrafiła
odczytać wyrazu pyska zaklętej istoty, była przekonana, że bestia nie
jest zadowolona.
Mistyczka wzięła kilka głębokich wdechów, otarła łzy z oczu i usiadła.
- Nie prosiłam się o to wszystko - wyszeptała.
- Wiem, ale i tak to otrzymałaś. Nie mamy niczego poza drogą, która
rozciąga się pod naszymi stopami, a nasz wybór często ogranicza się do
tego, czy będziemy stać, czy iść naprzód. A stanie w miejscu donikąd nas
nie doprowadzi.
- Nie możemy się cofnąć?
Malcolm pokręcił głową.
- To, co uważasz za odwrót, tak naprawdę jest wędrówką naprzód, tylko w innym kierunku. Obie ścieżki są równie niebezpieczne.
- No to co mam zrobić?
- Na razie wystarczy, jeśli nie uciekniesz. - Popatrzył na Gilarabrywna,
który znów ułożył się na skale. - I jeszcze go nie uwalniaj.
- Nie? - Suri przerażała myśl, że będzie musiała przebić mieczem swój
twór. Chociaż tak naprawdę nie dokonałaby zabójstwa, właśnie tak by to
odebrała. Przekonanie jej, by się wstrzymała, nie było trudne.
Malcolm pokręcił głową.
- Tak jak ty, on również ma jeszcze wiele do zrobienia. Zresztą pewnie
cię ucieszy, że nie musisz tego robić sama. Daj mi miecz. Kiedy
nadejdzie czas, ja się tym zajmę.
Wręczyła mu ostrze z czarnego brązu, na którego płazie wytrawiono
prawdziwe imię Raithe'a.
- Skoro więc nie mogę się udać do Głogowej Dolinki, to co powinnam
zrobić?
- Odkryjesz swoją nową ścieżkę, gdy do niej dotrzesz. Na tym polega
piękno wędrówki, że wszystkie drogi dokądś prowadzą.
Malcolm wstał, jakby chciał podkreślić swoje słowa. Uśmiechnął się do
niej - to był dobry uśmiech, idealny w tej chwili - a ona poczuła się
lepiej. Ruszył w stronę ruin Rhist, a potem przystanął i jeszcze raz
skupił wzrok na Gilarabrywnie.
- Arion nauczyła cię, jak go stworzyć?
To zaskoczyło Suri, która sądziła, że Malcolm wie o wszystkim, co ma
związek ze stworzeniem Gilarabrywna. Z pewnością sprawiał wrażenie
doskonale obeznanego z sytuacją tamtej nocy w kuźni, gdy Raithe został
przemieniony.
- Splot, którego użyłam, był wyrzeźbiony na tabliczkach z Agawy.
Malcolm zmrużył oczy, wyraźnie zbity z tropu, jakby on i Suri przestali
rozmawiać tym samym językiem.
- Tabliczkach z Agawy?
Suri pokiwała głową.
- Kamiennych płytach głęboko w Neithu. Brin przetłumaczyła znajdujące
się na nich napisy.
- Skąd się wzięły te tabliczki?
Suri wzruszyła ramionami.
- Prastary je wyrzeźbił. - Teraz to ona była zaskoczona. Zmarszczyła
czoło. - Jak możesz o tym nie wiedzieć? Myślałam, że wiesz wszystko.
Z ust Malcolma zniknął idealny uśmiech.
- Ja też.
***
Brin siedziała przy małym biurku w gołębniku i opierała się plecami o kamienną ścianę. Wokół niej w osobnych klatkach gruchał tuzin ptaków.
Persefona poprosiła ją, by wypatrywała odpowiedzi od fane'a, a skoro
gołębnik był jednym z niewielu miejsc, które nie ucierpiały podczas
bitwy, Brin postanowiła w nim zamieszkać. Miała tam idealne warunki do
pracy nad książką. W gołębniku stało biureczko, przy którym pisano
wiadomości wysyłane do posterunków Fhrejów.
Była tak pochłonięta pracą, że nie zauważyła Malcolma, dopóki ten nie
odchrząknął.
- Jak ci idzie pisanie księgi?
Skąd wiedział, że tutaj jestem? Obejrzała się, oszołomiona.
- Tak ją nazywasz, prawda? Księgą? - spytał.
- Tak. Księgą Brin.
Malcolm pokiwał głową.
- Roan i Persefona często o niej wspominają, i to z wielką dumą. To
cudowny pomysł, by sporządzić trwały zapis wszystkich wydarzeń. Ale
musisz być ostrożna. Nie pozwól, żeby osobiste opinie zniekształciły
fakty.
Brin pochyliła się na stołku i oparła na łokciach.
- Chodzi ci o Gronbacha? Ten podły zdrajca zasłużył na wszystkie złe
rzeczy, które o nim napisałam.
- O tamtego karła? - Malcolm przez chwilę się zastanawiał. - Nie
chodziło mi konkretnie o niego, ale skoro już o nim wspominasz, to
powinienem zaznaczyć, że ryzykujesz ukazanie całej rasy w tym samym
negatywnym świetle, co może mieć nieprzewidziane skutki w przyszłości.
Mam na myśli, że powinnaś być jak najbardziej rzetelna, ponieważ twoja
relacja może się okazać jedyną.
Brin brała to pod uwagę. Zapoczątkowała ten projekt właśnie po to, by
stworzyć pojedynczą i kompletną relację, wspólne źródło, z którego
mogliby korzystać przyszli Strażnicy.
- Nigdy bym nie skłamała. Honor zobowiązuje Strażników Praw do
skrupulatności i precyzji.
Malcolm pokiwał głową i uśmiechnął się krzywo.
- A jednak wielokrotnie zdarzało im się błędnie zachowywać przeszłość.
- O czym ty...
- Weźmy na przykład Gatha z Odeonu. Jest legendą w waszym klanie, czyż
nie?
Wyczuwając, że odwiedziny Malcolma właśnie się przedłużyły, zamknęła
kałamarz i wyprostowała się na stołku.
- Tak.
- A czym jest legenda?
Brin uznała to pytanie za zdumiewające. Malcolm próbował wykazać coś, co
najwyraźniej miało jej się nie spodobać. Szukał czegoś konkretnego, ale
ona nie miała pojęcia, co to może być. W końcu poddała się i wzruszając
ramionami, podała oczywistą odpowiedź.
- Ważną opowieścią lub osobą.
Malcolm westchnął. Wyraźnie nie o taką odpowiedź mu chodziło.
- Rozumiesz, że nie wszystkie opowieści są prawdziwe?
- Owszem, wiem, że niektórzy ludzie kłamią. Ale już powiedziałam, że ja
nigdy...
Malcolm uciszył ją uniesieniem dłoni, a potem wskazał drugi stołek w pomieszczeniu.
- Mogę?
Brin wykonała zapraszający gest, zdziwiona, że w ogóle zapytał. To nie
był jej gołębnik.
Przyciągnął stołek i usiadł po drugiej stronie biurka, po czym nachylił
się i oparł łokcie na kolanach.
- Brin - zaczął łagodnie. - Zdarza się, że ludzie wcale nie kłamią, a jednak opowiadają o czymś, co się nie wydarzyło. Czasami wierzą, że to
prawda, czasami popełniają błąd. Może się też zdarzyć, że ktoś ich
okłamał, być może nawet w dobrej wierze. Same historie też mogą się
zmieniać wraz z upływem czasu. Strażnicy ubarwiają je, by stały się
bardziej emocjonujące. - Przez chwilę się zastanawiał. - Albo po to, by
czegoś dowieść.
Brin sprawiała wrażenie zbitej z tropu.
- No dobrze, wróćmy do Gatha. Jest postrzegany jako mądra i bohaterska
postać, prawda? To on wyprowadził Dziesięć Klanów ze wschodu, gdy
nadeszła wielka powódź. Gath jest uznawany za wybawiciela Rhunów i nie
bez powodu. Nie widzi się w nim przeciętnego człowieka, który w czasie
kryzysu znalazł w sobie odwagę i determinację, by namówić wszystkich do
odejścia. Opowieści czynią z niego kogoś ważniejszego.
- Kto już w dzieciństwie rozwiązywał liczne zagadki?
- Właśnie. Może rzeczywiście był nieprzeciętnie bystry, a może ta część
jego historii została dodana później, by ukazać go jako mędrca.
Niewykluczone, że wcale nie był bystry. Kiedy się nad tym zastanowić,
czynienie z niego kogoś wyjątkowego psuje cały efekt. Tak naprawdę każdy
może osiągnąć wielkość, ale wielu nawet nie próbuje, ponieważ uważa się
za przeciętnych.
Brin przypomniała sobie dzień, dawno temu, w którym Konniger
zorganizował pierwsze zebranie loży. Persefona próbowała go przekonać do
przemieszczenia klanu, ale Maeve, ówczesna Strażniczka, pogrzebała ten
pomysł, mówiąc: "Gath z Odeonu był sławnym mężem jeszcze przed powodzią.
Tacy bohaterowie już nie chodzą po świecie".
Jednakże nie miała racji. A może, jak sugerował Malcolm, bohaterowie się
nie rodzą, lecz wyrastają ze zwykłych ziaren nawożonych ciężkimi
czasami?
Malcolm kontynuował:
- Księga Brin uchroni naszą historię przed zapomnieniem oraz zbędnymi
upiększeniami, co może czynić z niej najważniejsze ludzkie
przedsięwzięcie. Ale jeśli nie będzie dokładna, może spowodować nowe
problemy. Twoja książka będzie postrzegana jako naoczna relacja, którą
niełatwo podważyć. To ogromna odpowiedzialność, musisz więc uważać na
to, co piszesz. Zgodzisz się ze mną?
Brin pokiwała głową, szczerze wystraszona. To, co pierwotnie miało być
ułatwieniem dla Strażników, zmieniło się w potencjalnie groźne
przedsięwzięcie. Czuła się jak dziecko, które przyniosło do domu
niedźwiedziątko, ponieważ uznało je za urocze. Popatrzyła na stronice
rozłożone na biurku i przestraszyła się tego, co może się stać, gdy
niedźwiedziątko dorośnie.
Malcolm również popatrzył na pergaminy.
- Jak daleko dotarłaś?
- Nie tak daleko jak poprzednio. - Nagły przypływ frustracji prawie
doprowadził ją do łez. Po tym wszystkim, co się wydarzyło, jej emocje
były jak mleko w przepełnionym wiadrze: zbyt łatwo się wylewały. -
Miałam znacznie więcej, ale wszystko zostało zniszczone podczas ataku
Miralyithów. Tak ciężko pracowałam, a teraz... - wskazała kartki na biurku
- ...mam tylko to. Musiałam zacząć od początku.
- Rozumiem. - Malcolm z powagą pokiwał głową, a potem uśmiechnął się
pocieszająco. - Ale drugie próby zazwyczaj są lepsze od pierwszych.
Zmarszczyła czoło, zastanawiając się nad jego słowami.
- Właśnie opisuję Bitwę pod Rhen i... - Wzruszyła ramionami. - Całkiem
dobrze mi idzie. Bardzo możliwe, że lepiej niż za pierwszym razem.
- Skończyłaś opisywać swój pobyt w Neithu? - Zatrzymał wzrok na
największej stercie kartek.
Westchnęła.
- Jeszcze nie.
- Ale wciąż to pamiętasz?
- Jestem Strażniczką... na tym polega moje zadanie.
- Oczywiście. Opowiesz mi o tym? Chodzi mi o Neith. A dokładnie o kamienne tabliczki.
Brin pokiwała głową.
- Dobrze.
Malcolm uśmiechnął się i poprawił na stołku.
- Znaleźliśmy kamienne tabliczki z jakimiś napisami. - Brin uśmiechnęła
się niepewnie. - Widzisz, tak naprawdę wcale nie wymyśliłam tego, co
Airon nazywa "pisaniem". Próbowałam to robić, ale bez powodzenia, dopóki
nie znalazłam tabliczek. Niemal wszystko, co teraz robię, opiera się na
tamtym odkryciu.
- W jaki sposób zrozumiałaś znaki na kamieniach?
- To nie było trudne. Tabliczka na szczycie sterty służyła jako
przewodnik. Znajdowała się na niej lista symboli pogrupowanych według
dźwięków, którym odpowiadały. Kiedy już zrozumiałam każdy znak, łatwo
było dokonać podmiany.
Malcolm sprawiał wrażenie zagubionego.
- Nadal nie rozumiem. Patrzę na to, co zrobiłaś, i wygląda to pięknie,
ale nie umiem powiedzieć, co oznacza. Jak ty to robisz?
- Oczywiście, że nie umiesz. Nie studiowałeś przewodnika. Ja go
zapamiętałam, więc nie sprawia mi to kłopotu. Pozwól, że ci pokażę. -
Wskazała stronę, nad którą pracowała. - Widzisz, ten znak odpowiada
dźwiękowi "mu", jak w słowach "muzyka" czy "musieć", a ten dźwiękowi
"ur", jak w słowie "szczur". Kiedy je połączysz, otrzymasz "mur". -
Poklepała ścianę za swoimi plecami.
Pokiwał głową.
- To ma sens, ale skąd wiesz... - wskazał jeden z symboli - ...że on brzmi
jak "mu"?
- To przecież oczywiste. Symbole są uniwersalne. - Ponownie wskazała
kartkę. - Kiedy po raz pierwszy napisałam "słońce", użyłam okręgu, by
oddać dźwięk "sss". Każdy by to zrobił, prawda? Okrąg to uniwersalny
symbol tego dźwięku. Gdy zapoznałam się z przewodnikiem, wiedziałam, że
jestem na właściwym tropie.
Malcolm pokręcił głową.
- To miałoby sens tylko, gdyby wszyscy na świecie mówili po rhunicku. U Fhrejów słońce nazywa się arkum a u Belgriklingrejanów halan.
Gobliny nazywają je rivik. Więc dlaczego okrąg nie oznacza dźwięku
"ar", "ha" albo "ri"?
Brin przez chwilę się nad tym zastanawiała.
- Nie wiem, ale na pewno mam rację, ponieważ to zadziałało. Kiedy
dokonałam podstawienia symboli, słowa nabrały sensu. Nawet imiona się
zgadzały.
- Imiona?
- Tak. Tabliczki opowiadały o stworzeniu świata. Wspominały o Ferrolu,
Dromie, a nawet Mari. Musiałam zatem znaleźć właściwe dźwięki.
Podejrzewam, że pisarz mówił po rhunicku.
Malcolm znów pokręcił głową.
- Te imiona akurat brzmią tak samo we wszystkich językach, nawet po
ghazelsku, ale to nie tłumaczy innych słów. Masz rację. Nie da się
zaprzeczyć, że poprawnie je odszyfrowałaś. A więc... - Malcolm odwrócił
kartkę, by przyjrzeć się jej z właściwej strony. Brin nie miała pojęcia,
co ma nadzieję na niej zobaczyć. Dla niego były to tylko ciągi
niezrozumiałych znaków. - Istnieje tylko jedno wyjaśnienie. Te tabliczki
zostały stworzone dla ciebie.
- Dla mnie? To niemożliwe.
- Oczywiście, że tak. Zanim Gifford przyszedł na świat, Tura powiedziała
Paderze, że pewnego dnia wygra wyścig, by ocalić ludzkość. On sam... jak
zresztą wszyscy... uważał to za niedorzeczne, a jednak właśnie tak się
stało. Prawdziwość tego proroctwa jest niepodważalna, ponieważ się
wypełniło. Skoro odczytałaś tabliczki, moja hipoteza ma sens.
- Ale to nie znaczy, że chodziło właśnie o mnie, prawda? - Brin nie
podobała się myśl, że jakaś przedwieczna istota, która była w stanie
stworzyć potwora takiego jak Balgargarath, zostawiła dla niej osobistą
wiadomość. To było straszne jak Tet. - Każdy, kto zna rhunicki, mógł je
odszyfrować. To nie musiałam być ja.
- Czy nauczyłaś kogokolwiek swoich symboli? Czy ktoś poza tobą zna
związki między tymi znakami a dźwiękami?
- Nie, ale...
- A zatem ten, kto to napisał, był pewien, że je znajdziesz. Chyba że... -
Z namysłem postukał się palcem w usta.
- Chyba że co?
- Mogli wiedzieć, że twój alfabet stanie się tak popularny, że każdy
będzie mógł odczytać tabliczki. To by sugerowało, że twoje symbole
naprawdę staną się uniwersalne. Tak czy inaczej, autor niewątpliwie miał
dar widzenia przyszłości. Ale skoro to ty odczytałaś tabliczki i niemożliwe, by to był zwykły zbieg okoliczności, skłaniam się ku swojemu
pierwszemu wnioskowi: przeznaczono je wyłącznie dla ciebie.
Brin zaczynała żałować, że Malcolm odwiedził ją tego ranka. Siedział u niej dopiero od kilku minut, a ona już przeraźliwie bała się swojej
książki oraz tego, że jakaś potężna pradawna istota znała jej imię.
- Suri wspominała o Agawie. Co to takiego? - spytał Malcolm.
- Ach... To pewna komnata głęboko pod Neithem. Deszcz mówił, że to jak
koniec świata, a przecież jest górnikiem. Tam uwięziono Prastarego. To
on napisał tabliczki. Nauczył karły wytwarzać brąz i żelazo, zapłacił
tymi sekretami za swoją wolność. Ale one nie dotrzymały słowa. Jestem
przekonana, że mają to we krwi. W każdym razie ostatecznie zaproponował
im nasiono Pierwszego Drzewa i zapowiedział, że jeśli zjedzą jego owoce,
będą żyli wiecznie. Kiedy chcieli zabrać nasiono, Prastary uciekł i zostawił Balgargaratha, by ukarać karły i powstrzymać innych przed
wejściem do Neithu.
Malcolm sprawiał wrażenie zmartwionego, jak ojciec, który stracił z oczu
dzieci i usłyszał w oddali wycie wilka.
- Malcolmie, coś się stało?
- Tak sądzę. Właśnie odpowiedziałaś na wiele pytań, nad którymi
zastanawiałem się od dawna, ale także podsunęłaś mi mnóstwo nowych. Będę
musiał na jakiś czas odejść.
- Odejść? Wybierasz się do Neithu?
Pokiwał głową.
- Owszem, na początek. Sprawdzę, czy uda mi się znaleźć te tabliczki.
Jeśli tak, to czy je dla mnie przetłumaczysz?
- Oczywiście! - Na ustach Brin wykwitł szeroki uśmiech. Zakręciło jej
się w głowie z podniecenia na myśl o przeczytaniu wszystkich tabliczek.
- Zanim odejdziesz, spotkaj się z Roan. Ona da ci węgiel drzewny oraz
welin i pokaże, w jaki sposób wykonać odbitki z tabliczek. Jest ich zbyt
wiele, by je zabrać. Zresztą są za ciężkie... - Wróciła do rzeczywistości
i posmutniała. - Ale i tak do nich nie dotrzesz! Suri zawaliła całą
górę. Nie da się tam wejść.
- Być może, ale i tak spróbuję.
- Dlaczego?
Malcolm roześmiał się i pokręcił głową.
- Zbyt długo musiałbym tłumaczyć, a nie mam... nie mamy aż tyle czasu.
- Jeśli dotrzesz do Caric, uważaj na Gronbacha. Nie ufaj mu. Ten karzeł
to podły kłamca.
Malcolm uśmiechnął się z rozbawieniem.
- Będę ostrożny, ale ty też miej się na baczności. W tej chwili jesteś
jedyną osobą, która potrafi odczytać tabliczki oraz tę księgę. Będziesz
musiała to zmienić, w przeciwnym razie to nie ma sensu. Pod moją
nieobecność nauczaj innych, aby twoje symbole rzeczywiście stały się
powszechnie znane.
- Długo cię nie będzie?
- Tak sądzę. Jeśli, tak jak mówisz, nie zdołam się dostać do Neithu, być
może będę musiał odnaleźć Prastarego.
- Odnaleźć go? Przecież on nie żyje, prawda? A może uważasz, że nie
kłamał w kwestii nieśmiertelności?
- Właśnie się dowiedzieliśmy, że ktoś, kto przez tysiące lat żył na dnie
świata, zostawił dla ciebie wiadomość, którą odebrałaś. Myślę, że nie
można niczego wykluczać.
- Czy pomogłoby ci, gdybyś znał jego imię?
- Inne niż Prastary?
- Tak go określały karły, ale na tabliczkach nazywał siebie Drzewem.
Malcolm ponownie wytrzeszczył oczy.
- Naprawdę muszę wyruszyć.
Rozdział drugi. Exodus
Rozdział drugi
Exodus
Na początku nasze klany były wędrowcami. Potem osiedliliśmy się w dahlach i przez całe pokolenia się z nich nie ruszaliśmy. Wojna znów
uczyniła z nas włóczęgów.
Księga Brin
Persefona upierała się, że będzie w stanie podróżować pieszo, ale Moya
stanowczo się nie zgodziła. Tarcza keeniga przemawiała z rękami na
biodrach, podkreślając powagę swoich słów za pomocą takiego samego
surowego spojrzenia, jakie posłała Udgarowi tuż przed tym, jak przeszyła
mu krtań strzałą. Moya była piękną kobietą, ale potrafiła być groźna jak
Jędza Tetlin.
- Zamówiłam dla ciebie wóz - oznajmiła, jakby to kończyło dyskusję.
- Wszyscy inni będą szli. Nie mogę jechać na wozie jak jakaś
uprzywilejowana...
- Sef, nie możesz chodzić. Niecały tydzień temu cię wypatroszono. Ledwo
stoisz na nogach i wciąż jesteś blada jak gęsie jajo. Będziesz miała
szczęście, jeśli dotrzesz bez pomocy do bramy. - Moya westchnęła i nieco
złagodniała. - Wiem, że zależy ci na wizerunku i pozorach, ale wyobraź
sobie, jak to będzie wyglądało, jeśli przewrócisz się na twarz. Jesteś
keenig, naszą nieustraszoną przywódczynią. Nie popsuj wszystkim zabawy,
całując się z ziemią. Poza tym to ładny wóz. Sama go wybrałam i wszystko
zorganizowałam. Jest na nim mnóstwo poduszek i koców, a do tego wino,
ser, dziewczyna, która będzie trzymać twój kielich i ocierać ci czoło,
chłopiec z wachlarzem, muzykant oraz przystojni mężczyźni bez koszul,
którzy będą stali po obu stronach i chronili cię nie tylko przed
niebezpieczeństwem, ale także słońcem, ponieważ trzymają baldachim, abyś
mogła podróżować w wielkim stylu.
Persefona popatrzyła na nią z przerażeniem.
- Uspokój się, żartuję. Na Mari, kiedy straciłaś poczucie humoru?
Persefona doskonale wiedziała kiedy i Moya również znałaby odpowiedź,
gdyby tylko się zastanowiła. Nie zrobiła tego jednak. Na razie nikt nie
miał ochoty o tym myśleć, zakładając, że później będzie mnóstwo czasu na
refleksję. Wszyscy próbowali czymś się zająć: pracowali, kopali,
zbierali, pakowali i stale się przenosili. Groza bitwy wciąż była
świeża; gdyby się zatrzymali, smutek miałby okazję ich dogonić. Dopóki
mieli coś do roboty, mogli odraczać myśli o utracie domów i najbliższych
i udawać, że życie toczy się jak dawniej. A przynajmniej prawie jak
dawniej.
Przykuta do łóżka Persefona nie miała tego luksusu. Mogła tylko
rozmyślać o popełnionych błędach, straconych istnieniach i piętrzących
się wyrzutach sumienia.
Moya postukała się palcem w usta.
- Chociaż kiedy teraz o tym myślę... - zaczęła z łobuzerskim uśmiechem -
...ten pomysł z mężczyznami trzymającymi baldachim brzmi całkiem kusząco.
Żałuję, że rzeczywiście o nich nie poprosiłam. - Ponownie skupiła wzrok
na Persefonie i wskazała ją palcem. - Ale nie żartuję w kwestii wozu.
Persefona została zakwaterowana w najlepszej ocalałej komnacie w byłej
fortecy, która po trzech dniach bitwy obróciła się w ruinę. Moya
upierała się, by ranna keenig zamieszkała w jak najlepszych warunkach.
Dopóki Persefona leżała w jednej z malutkich cel pod zburzonym
Verenthenonem, miała świadomość, że Alon Rhist nie zostało doszczętnie
zniszczone.
Komnata, pośpiesznie wysprzątana i ozdobiona zasłonami, była tak mała,
że nie zmieściło się w niej nic poza łóżkiem, zatem Moya musiała stać na
korytarzu. Przez kilka dni przypominające labirynt cele więzienne, znane
jako duryngon, służyły za komnaty mieszkalne i centrum administracyjne
"Sił Zachodu". Persefona wymyśliła tę nazwę z konieczności. Nie mogła
nazywać tych, którymi dowodziła, Dziesięcioma Klanami ani Hordą Rhunów,
ponieważ wtedy wykluczyłaby swoich fhrejskich sojuszników oraz trzy
karły. Poza tym Siły Zachodu to potężna nazwa.
- Jak idą przygotowania? - spytała.
- Dobrze - odrzekła Moya, ale Persefona zastanawiała się, czy ta
zdawkowa odpowiedź nie zrodziła się z chęci oszczędzenia jej nerwów.
Moya być może wyczuła, że keenig oczekuje czegoś więcej, ponieważ
dodała: - Dokąd się udajemy?
- Chyba do Merredydd, ale najpierw będę musiała porozmawiać z Nyphronem.
Odwiedziłam tylko Alon Rhist i nie wiem, które z pozostałych fortec
Fhrejów najlepiej nadadzą się do naszych potrzeb. Merredydd podobno leży
najbliżej. Ale czy pomieścimy się tam wszyscy? Alon Rhist była główną
fortecą Instarya, więc zakładam, że jest największa, ale biorąc pod
uwagę wszystkich Gula, którzy do nas dołączyli, nawet ona będzie zbyt
ciasna. Jeśli żaden z posterunków nie pomieści naszej armii, lepszym
wyjściem może być Rhen.
- Rhen nie ma murów - zauważyła Moya. - Już nie.
- Na razie, ale możemy je odbudować.
- Mamy tyle czasu? No i na co się zdadzą drewniane mury?
- Pomyślałam, że Mróz, Powódź i Suri mogą nam pomóc.
- Suri nie lubi murów.
- To prawda, ale i tak nas wesprze. Najważniejsze, że Rhen jest
niedaleko, jest tam mnóstwo miejsca, drewno, woda, zwierzyna w lesie i pola uprawne. Kto wie, co znajdziemy w innych osadach Instarya.
- Nie powinniśmy po prostu zostać tutaj? Suri nie może wszystkiego
przywrócić do pierwotnego stanu?
- Wątpię. Nie wiem, jak działa Sztuka, ale na pewno łatwiej jest
niszczyć niż odbudowywać. Wiedziałabyś, gdzie należy umieścić każdy
kamień i drzazgę? Myślisz, że ona to wie? Pewnie mogłaby w czymś pomóc:
uprzątnąć gruz, może postawić nowe mury, ale skoro i tak podejmujemy
taki wysiłek, to równie dobrze możemy zacząć od nowa w innym miejscu,
gdzie trupy nie będą naszymi fundamentami. Nie, nie możemy tutaj zostać.
Chcę wyruszyć, gdy tylko Nyphron wróci.
Moya uniosła brwi.
- Wrócił wczoraj.
- Naprawdę?
Kobieta zrobiła kwaśną minę.
- To źle wróży, prawda? To, że nie wiesz.
- O czym ty mówisz?
- Słyszałam, że zamierzacie wziąć ślub. - Moya się skrzywiła, jakby
spodziewała się spoliczkowania.
- Kto ci tak powiedział? - spytała oszołomiona Persefona.
- Nyphron. - Moya sprawiała wrażenie nieco zbitej z tropu. - Według
niego o tym rozmawiacie.
- Owszem, rozmawiamy, od mniej więcej roku, ale wcale się nie zgodziłam.
- No tak, teraz rozumiem dlaczego. Wraca i nawet nie wpadnie, żeby się
przywitać. Gdyby Tekchin to zrobił, chybabym...
- Jak wam się układa? - Persefona chciała zmienić temat i uniknąć
rozmowy o małżeństwie, ale jako że rozważała podobny układ z Nyphronem,
była szczerze zaciekawiona.
- Tekchinowi i mnie?
Persefona pokiwała głową. Z tego, co wiedziała, Moya i Tekchin byli
jedyną w historii parą złożoną z Rhunki i Fhreja. Pod wieloma względami
nie miało najmniejszego sensu, że arogancki fhrejski wojownik, który
miał tysiąc sto lat, uznał dwudziestosześcioletnią Rhunkę za godną
partnerkę, ale z drugiej strony było to całkiem logiczne. Oboje byli
nieokrzesani: pełni pasji, agresji i ambicji. Bardzo siebie przypominali
- byli swoimi odbiciami zrodzonymi w różnych rzeczywistościach. Chociaż
wydawało się to wątpliwe, z jakiegoś powodu idealnie do siebie pasowali.
Persefona dostrzegała podobieństwa między ich związkiem a swoją relacją
z Nyphronem. Ona i Nyphron przede wszystkim widzieli w sobie nawzajem
przywódców. Skupiali się na rolach, które odgrywali w kształtowaniu
przyszłości, a nie na osobistych wygodach i pragnieniach. Nawet to, że
Nyphron od razu jej nie odwiedził, miało mnóstwo sensu. Po powrocie
musiał w pierwszej kolejności wysłuchać raportów obrońców, których
zostawił, a nie sprawdzać, co u niej słychać.
Gdyby jej narzeczony był Rhunem, być może popędziłby do niej wiedziony
emocjami i potrzebą upewnienia się, że nic jej nie grozi. Sentyment
zmąciłby jego osąd sytuacji. Ale nie było powodu bać się o jej
bezpieczeństwo. Była dobrze chroniona i takie obawy byłyby niedojrzałe i nieracjonalne w porównaniu z licznymi troskami dotyczącymi skutków
druzgocącej bitwy. Nyphron nie był dzieckiem i zawsze kierował się
logiką.
Raithe był jego przeciwieństwem i za to go kochałam.
Tak naprawdę Persefona chciała się dowiedzieć od Moyi, czy związki
między Fhrejami i ludźmi mają szansę powodzenia. Czy taka para może ze
sobą wytrzymać?
- Wszystko między nami w porządku. - Moya swobodnie poruszyła ramionami.
Potem zamilkła i zmrużyła oczy. Na jej ustach znów pojawił się uśmiech,
któremu tym razem towarzyszył cień satysfakcji. - Pytasz o to, jak...
- Na Wielką Matkę, nie! - Persefona gwałtownie podniosła ręce, uciszając
Moyę.
Uśmiech Moyi stał się jeszcze bardziej łobuzerski.
- Myślę, że byłabyś mile zaskoczona odkryciem, że Fhrejowie są jeszcze
bardziej...
- Przestań! Przestań natychmiast! Nie chcę nic o tym wiedzieć. Chodziło
mi o to, że... to całkowicie odmienna kultura. Ciekawiło mnie, czy... eee...
Moya skrzyżowała ręce na piersiach i z rozbawianiem patrzyła na zmagania
Persefony.
- W końcu fhrejskie kobiety są takie...
- Nudne? - podpowiedziała Moya. - Właśnie takie są. A przynajmniej tak
je postrzegają Fhrejowie.
- Chciałam raczej powiedzieć...
- Mówię poważnie. Tekchin cały czas to powtarza. Jasne, fhrejskie
kobiety są śliczne, ale zarazem nieciekawe. My, prości Rhunowie, żyjemy
tak krótko, że nie mamy czasu być monotonni. Przynajmniej wiem, że mnie
to dotyczy. A w moich oczach Tekchin znacznie przewyższa ludzkiego
mężczyznę, zwłaszcza w łóżku. Jest... ach... naprawdę jest jak bóg... tylko
nigdy mu nie mów, że to powiedziałam.
Moya nagle tak się zafrasowała, że Persefona nie mogła powstrzymać
uśmiechu. Uświadomiła sobie, że nie uśmiechała się od czasu...
- Wyjdziesz za Nyphrona, prawda? - Teraz to Moya zmieniła temat i nagle
ich rozmowa zaczęła przypominać grę w wyzwania.
- Pewnie tak, kiedy tylko staniemy na nogi.
- Cudownie. - Głos Nyphrona odbił się echem w korytarzu.
- Cicho. - Persefona przyłożyła palec do ust.
Po chwili przywódca Galantian pojawił się na progu obok Moyi, która
przesunęła się, by również mógł stanąć w drzwiach.
- Jak dużo usłyszały twoje fhrejskie uszy? - spytała zmartwiona
Persefona.
Nyphron wyszczerzył zęby.
- Wystarczająco dużo, by wiedzieć, że Tekchin jest bogiem w łóżku.
Będzie zachwycony.
Moya popatrzyła na niego z szeroko otwartymi ustami. Nyphron dał jej
chwilę na ripostę, ale Tarcza keeniga nic nie powiedziała.
- A także, że będę musiał wyprawić ucztę po rozbiciu nowego obozu w Dolinie Wzniesionej Włóczni. - Popatrzył na Persefonę. - Tak to robimy w społeczności Fhrejów. Ogłaszamy publicznie nasze połączenie, a następnie
wszyscy obecni jedzą i piją do upadłego.
- Nasze połączenie?
- Połączenie, małżeństwo, jak zwał, tak zwał.
Oburzona Persefona popatrzyła na Moyę.
- Widzisz, co muszę znosić?
- Tekchin jest gorszy. Nie chce żadnej uroczystości i nie zamierza
powiedzieć, że mnie kocha. Zawsze powtarza, że czyny znaczą więcej niż
słowa.
- No i w tym akurat ma rację - stwierdził Nyphron. - Wyznania to
frywolna głupota. Ale w tym wypadku publiczna prezentacja będzie
nieunikniona.
- Jak to? - spytała Moya.
- Polityka - wyjaśnił Nyphron. - Ona jest keenig, a ja dowódcą szczepu
Instarya, więc wszyscy powinni być świadkami naszych zaślubin. Ludzie
muszą zobaczyć w nas zjednoczoną drużynę, usłyszeć nasze przysięgi i poznać powód.
- Prawdziwy romantyk, nieprawdaż? - skwitowała Persefona.
Mimo doskonałego słuchu Nyphron najwyraźniej tego nie usłyszał. Wskazał
kciukiem coś za swoimi plecami.
- Zauważyłem, że zaprzęgacie konie do wozów. Co się dzieje?
Persefona chciała wierzyć, że zmienił temat, ponieważ rozmowa o miłości
go peszyła, ale Nyphron nigdy się nie peszył. Był po prostu
skoncentrowany jak zwykle i uznał, że spędził już wystarczająco dużo
czasu na towarzyskich pogawędkach.
- Roan wpadła na pomysł, że konie mogą je ciągnąć - wyjaśniła Persefona.
- Jedno zwierzę jest silniejsze od grupy ludzi.
- Konie zechcą to robić? Wiem z doświadczenia, że są dość płochliwe.
Lepiej nie polegać na głupich zwierzętach. Czy nie wywrócą wozów? Pewnie
je popsują i przy okazji połamią sobie nogi.
- Roan i Gifford pracują z ocalałymi zwierzętami i podobno osiągają
dobre rezultaty. - Popatrzyła na Moyę. - Prawda?
- Początkowo napotkali pewne komplikacje, ale już sobie z nimi
poradzili. Och, zapomniałam powiedzieć. - Twarz Moyi wyraźnie się
rozpromieniła. - Gifford wczoraj zabrał mnie na przejażdżkę swoim
dwukołowym wozem, który Roan zbudowała razem z karłami. Zaprzągł do
niego Naraspur i, na słodką Mari, pomknęliśmy przez równinę tak szybko,
że łzawiły mi oczy. Ścigaliśmy stado jeleni! Gdyby była z nami Audrey,
napełnilibyśmy magazyn.
- Naprawdę? - Nyphron sprawiał wrażenie zaintrygowanego. - Myślisz, że
zdołałabyś ustrzelić jelenia z łuku, jadąc na wozie?
- Mogę ustrzelić wszystko i wszędzie. - Moya się do niego uśmiechnęła.
Teraz to ona czekała na ripostę, ale ponownie żadna się nie pojawiła.
Może ta dwójka szukała sposobów na pokojowe współistnienie.
- Moyu, muszę porozmawiać z Nyphronem na osobności. Możesz przekazać
wszystkim wieści, że niedługo wyruszamy?
- Jak sobie pani życzy, Madam Keenig. - Moya uśmiechnęła się i ukłoniła
Persefonie, która w odpowiedzi przewróciła oczami, gdy jej Tarcza już
wyszła.
Nyphron powiódł wzrokiem za Moyą. Gdyby był kimkolwiek innym, Persefona
mogłaby podejrzewać, że podziwia jej urodę, ale umysł Nyphrona już nad
czymś pracował i nie miało to nic wspólnego z oddalającą się kobietą.
- Co się stało? - spytała Persefona.
Odpowiedział dopiero po chwili.
- Hmm? Słucham?
- Fane? Co się stało, kiedy go dogoniliście?
Nyphron przeczesał palcami włosy przyklepane przez hełm.
- Ach, o to chodzi. Nie dogoniliśmy go. Reszta jego oddziałów nie
stawiła silnego oporu, ale zapewniła mu czas na ucieczkę. Prawdę mówiąc,
nie oczekiwałem tak znacznego zwycięstwa. To, w jaki sposób go
rozgromiliśmy... - Pokręcił głową. - Zostawiłem żołnierzy w Dolinie
Wzniesionej Włóczni, gdzie zbierzemy wszystkie siły przed kolejnym
etapem.
- A na czym on będzie polegał?
- Przygotujemy się do natarcia. Gula przybyli, gdy tylko zobaczyli
ogniska sygnałowe, i większość z nich nie zabrała nawet koców. Będziemy
potrzebować miesięcy, by zorganizować łańcuch zaopatrzenia dla naszych
połączonych sił, zanim przejdziemy do ofensywy. Do tego czasu nadejdzie
zima, a to nie jest dobry czas na wojnę. Jeśli właściwie to rozegramy,
możemy zaatakować Lothiana następną wiosną. Wtedy już będziemy w znacznie lepszej kondycji.
- Nie powinniśmy się schronić za murami? Czy nie po to przybyliśmy do
Alon Rhist?
Poklepał dłonią kamienną ścianę.
- Staruszka spełniła swoje zadanie, ale los się odwrócił i teraz my
jesteśmy myśliwymi. To fane musi ukryć się w fortecy, a my powinniśmy
napierać i walczyć z nim na jego terenie. Dlatego przenosimy się do
doliny.
- Czy na otwartej przestrzeni będziemy bezpieczni?
- Tak. Fane nie będzie w stanie przeprowadzić ataku, niezależnie od
tego, gdzie będziemy stacjonować. Stracił większość wojowników i pozostała mu tylko garstka Miralyithów. Najlepsze zaś, że znaczące
odbudowanie sił zajmie mu co najmniej trzy pory roku. My z kolei mamy aż
nadto wojowników i do tego czasu będziemy doskonale zaopatrzeni i uzbrojeni. No i nie zapominajmy o smoku. Wiesz, że stworzyła go ta
dziewczyna, Suri?
- Opowiadałam ci o niej. Nie wierzyłeś mi?
Zmarszczył czoło.
- To nie tak, że posądzałem cię o kłamstwo, ale nie wyglądała na zdolną
do takich wyczynów. Początkowo sądziłem, że miał z tym coś wspólnego
Malcolm, ale okazało się, że ona jest mistyczką. Nie podejrzewałem, że
coś takiego jest możliwe. W zimie będzie musiała stworzyć ich więcej.
Wojna zapewne skończy się o tej samej porze w przyszłym roku.
Pierwszy Gilarabrywn kosztował życie Minny. Raithe zapłacił najwyższą
cenę za drugiego. Ale prawdziwy koszt spadł na ramiona Suri. Persefona
była przekonana, że nic nie przekona mistyczki do stworzenia trzeciego
smoka. Chciała wyjaśnić to Nyphronowi, to jednak nie była właściwa
chwila, zwłaszcza że zasygnalizował chęć do rozmowy, na którą czekała od
chwili jego odejścia.
- Myślałam o tym... to znaczy o końcu wojny. Powiedziałeś, że poradziliśmy
sobie wyjątkowo dobrze, a fane uciekł, prawda? Pewnie jest wystraszony?
- Przerażony. Wie, że zostało mu niewiele czasu.
- Właśnie. - Pokiwała głową. - Czy w takim razie nie byłby otwarty na
porozumienie pokojowe?
Nyphron się roześmiał.
- Co takiego?
- Arion kiedyś o tym mówiła. Uważała, że gdybyśmy udowodnili, że... gdyby
inni Fhrejowie zrozumieli, że nie jesteśmy bezmyślnymi zwierzętami,
moglibyśmy zyskać ich szacunek i nauczyć się wspólnie żyć. W czasie
natarcia, kiedy sądziłam, że przegraliśmy, wysłałam propozycję rozmów
pokojowych. Nie otrzymałam odpowiedzi, ale...
- Co zrobiłaś? Jak?
- Posłałam ptaka do Estramnadonu. Wiedziałam, że fane'a tam nie ma, ale
gdyby wrócił tam ze świadomością, że odparliśmy jego atak, być może coś
by nam to dało. A teraz mamy jeszcze silniejszą pozycję. Zmusiliśmy go
do ucieczki, więc...
- Masz rację, pokonaliśmy fane'a. Ucieka do Erivanu z podwiniętym
ogonem. Nie ma nic. Ale mylisz się co do negocjacji. Nie musimy tego
robić. Wygraliśmy. Jaki sens mają rozmowy? Nie mamy powodu, by w czymkolwiek ustępować i zawierać kompromisy. Wystarczy, że przekroczymy
Nidwalden i podpalimy Leśny Tron. Zamierzam stracić Lothiana na jego
arenie przy pełnej widowni. Zwycięskie armie nie negocjują. Pokój
nastanie, kiedy Lothian i wszyscy jego Miralyithowie zginą.
Persefona nie powinna być zaszokowana. Nyphron był wojownikiem, a brutalni mężczyźni tacy jak on sprowadzali wszystko do prostej zasady:
"Zabijmy ich, żeby nie mogli zabić nas". Wcielali w życie niepodważalną
prawdę, podsycaną okrucieństwem i niosącą nieprzewidziane konsekwencje.
Ale Persefona nauczyła się, że zaprzyjaźnienie się z wrogiem jest
znacznie skuteczniejsze od taktyki spalonej ziemi.
- Nie musimy zabijać...
- Owszem, musimy. Zaufaj mi. Znam Lothiana. Myślisz, że fane mnie
ułaskawi po tym, jaką rolę odegrałem? Nie sądzę. Wiem, co kryje się w jego sercu i umyśle, ponieważ jesteśmy do siebie podobni, gdy chodzi o podejście do tych, którzy nas skrzywdzili. Jeśli pozwolimy mu żyć,
pożałujemy tego.
- Ale Arion chciała, żeby nasze ludy...
- Arion nie żyje.
Ton, jakim to powiedział, zimny i obojętny, natychmiast ją uciszył. Nie
była gotowa na kolejną bitwę. Moya miała rację w kwestii ran Persefony:
stale sprawiały jej ból, nie tylko fizyczny. Nyphron rozpoczynał
przygotowania, co oznaczało zawieszenie walk. Wciąż miała czas, by go
przekonać.
- Przepraszam, masz rację. Mamy wiele do zrobienia i najlepiej będzie
skupić się na przygotowaniach do przeprowadzki.
- Dobrze. - Wyprostował się i ponownie popatrzył wzdłuż korytarza, w kierunku, w którym oddaliła się Moya. - Myślisz, że ona mówiła prawdę w kwestii strzelania z łuku z wozu zaprzężonego w konia?
- Sądziłam, że zaczynasz rozumieć Moyę. Ta kobieta nie wie, co to wstyd,
i nie potrzebuje słów, by manipulować mężczyznami. Nie ma zwyczaju
przesadzać.
- Fascynujące. - Nyphron pokiwał głową, ponownie zatapiając się w myślach.
- Co takiego?
- Pamiętam wóz z waszym kamiennym bogiem, który zjechał ze wzgórza i przebił bramę dahlu Tirre. Zmiażdżył wszystkich i wszystko na swojej
drodze.
- Nie przypominaj mi. Ostatnio mam wrażenie, że...
- Wybacz - przerwał jej Nyphron i zostawił ją samą.
- Ja też się cieszę, że cię widzę, mój drogi - wyszeptała, słuchając
jego oddalających się kroków.
***
Gifford stał na ulicy, oszołomiony, i wpatrywał się w jeden z fascynujących przykładów ironii losu. Tylko Dom Beznadziei przetrwał
zagładę, która spotkała wszystkie pozostałe budynki w Małym Rhen. Niemal
każdy ze ślicznych domów obrócił się w stertę gruzów, a wiele spaliło
się na popiół. Ale paskudny gmach, w którym mieszkali miejscowi
wyrzutkowie: Gifford, Habet, Mathias i Gelston, jakimś cudem pozostał
nietknięty.
- Wiesz, co najbałdziej mnie łusza? - spytał, z niedowierzaniem kręcąc
głową. - Nie mam w śłodku ani jednej rzeczy, któłej potrzebuję. Wszyscy
tak wiele stłacili, a ja... - wskazał idealnie zachowany dom - ...nie mam
niczego do spakowania.
Wokół nich ocaleńcy ze łzami w oczach układali na wozach to, co udało im
się wydobyć z gruzów: ubrania, talerze, rośliny, dywany. Przeważali
wśród nich Fhrejowie.
My, ludzie, mamy jedną przewagę: Jesteśmy bardziej doświadczeni w przeżywaniu straty.
Wszyscy przygotowywali się do odjazdu. Wielu cywilów z Alon Rhist
udawało się do Merredydd, ale Rhunowie i Instarya kierowali się na
wschód do krainy Gula. Na wschodzie leżała Dolina Wzniesionej Włóczni,
gdzie toczyła się wojna.
Gifford i Roan wybrali się na ostatni spacer po mieście, a raczej po
tym, co z niego zostało. Ona przez ostatnie kilka dni zajmowała się
budową wozów. Odzyskali większość drewna ze zburzonych domków, a nawet
teraz Roan rozglądała się po okolicy za jakimiś użytecznymi
przedmiotami.
Wcale się nie zmieniła, pomyślał. Potem popatrzył na ich swobodnie
splecione dłonie i zmienił zdanie. No, może trochę. Uśmiechnął się tak
szeroko, że aż zabolały go policzki.
Po tym, jak wciągnął ją na grzbiet Naraspur, a dziewczyna po raz
pierwszy się do niego przytuliła, nie rozdzielili się ani na chwilę i niemal cały czas trzymali się za ręce. Spali pod jednym kocem, a Roan
mocno go obejmowała. Pierwszej nocy oboje płakali. Wydawało się, że
wszyscy to robili. Gifford nie wiedział, co doprowadziło Roan do płaczu.
Przyczyn mogło być wiele: wyrzuty sumienia, ulga, poczucie winy,
wyczerpanie. Ale doskonale wiedział, dlaczego sam płacze. Aż do tamtej
nocy nie zaznał łez radości.
Nie próbował jej pocałować, jeszcze nie. Gifford, który był teraz
oficjalnie znany jako Najszybszy Człowiek na Świecie, posuwał się z szybkością ślimaka, ponieważ nie chciał zburzyć tego kruchego i cudownego snu, w którym się znalazł. Nie był pewien, w jakim stopniu
Roan się zmieniła ani jak wiele jest w stanie znieść. Wiedział tylko, że
teraz może jej dotknąć, nie ryzykując, że dziewczyna znieruchomieje albo
się cofnie. Trzymanie jej za rękę było pierwszym krokiem w tym nowym
wspaniałym świecie. Kiedy miał na sobie zbroję Roan, lśniącą we
wschodzącym słońcu, czuł, że wszystko jest możliwe.
Powinienem był ją wtedy pocałować. Z perspektywy czasu wszystko wydawało
się jasne. Pozwoliłaby mi. To byłoby takie łatwe, ale teraz...
Jeszcze raz popatrzył na ich splecione dłonie, jakby doświadczał cudu.
To więcej, niż mogłem sobie wymarzyć. A jeśli to będzie wszystko...
wystarczy mi na całe życie.
- Tutaj jesteś - odezwał się Nyphron, wspinając się po kamieniach obok
południowych schodów, które prowadziły z górnego dziedzińca do miasta.
Skupiał się na Roan, co nie zdziwiło Gifforda. Większość ludzi go
ignorowała, a dla Fhrejów mógłby nie istnieć.
- Moya mówi, że znalazłaś sposób na zaprzęgnięcie konia do wozu. Czy to
prawda?
Roan pokręciła głową.
- Gifford to zrobił. - Popatrzyła na garncarza. - Ja tylko wymyśliłam
sposób mocowania. To on zna się na koniach.
- On? - Nyphron z zaskoczeniem popatrzył na powykręcane ciało kaleki. -
Ty jesteś Gifford? Chyba nie jesteś tym człowiekiem, o którym cały czas
opowiada Plymerath, Nocnym Bohaterem, który przejechał przez obóz
fane'a?
Roan z entuzjazmem pokiwała głową, nie przestając uśmiechać się do
Gifforda, i wyrecytowała fragment relacji Brim z bitwy:
Nocny Bohater w lśniącej zbroi
Rozgłasza prawdę, wroga się nie boi,
Niesie nadzieję, dobrych wieści moc
Przez ciemną, nieprzyjazną noc.
Nyphrom przez chwilę patrzył na nią, jakby postradała zmysły. W końcu
otrząsnął się i zwrócił do Gifforda.
- Jesteś pierwszym Rhunem, który dosiadł konia. - Galantanin ponownie
przyjrzał się poskręcanemu ciału Gifforda. - Nigdy bym nie zgadł. - Znów
skupił się na Roan. - Moya powiedziała, że zbudowałaś mały szybki wóz.
Ciekawi mnie, czy można go używać w walce.
- Co pan ma na myśli?
- Podobno na twoim wozie mieszczą się dwie osoby. Pomyślałem, że gdyby
jedna z nich kierowała końmi, a druga w tym samym czasie używała łuku
albo oszczepów, byłoby to śmiercionośne rozwiązanie. Ale wóz musiałby
być pokryty symbolami Orinfar. Możesz zbudować więcej pojazdów takich
jak ten, którym jechała Moya?
Roan pokiwała głową.
Nyphron zwrócił się do Gifforda.
- A czy ty uważasz, że konia można kontrolować w bitewnym chaosie?
- Kiedy kiełowałem Nał-as-puł, atakowano nas załówno oszczepami, jak i magią. Nie była zachwycona, ale dała ładę. Zwierzęta aż tak nie łóżnią
się od ludzi. Dzięki tłeningowi wszystko jest możliwe.
Nyphron wyszczerzył zęby.
- Ta wojna będzie łatwiejsza, niż podejrzewałem. Zupełnie jakby bóg
wskazywał mnie palcem i mówił: "To twój czas".
Gifford znów popatrzył na swoje palce splecione z dłonią Roan i pokiwał
głową.
- Tak, dobrze wiem, co pan ma na myśli.
***
Tressa tak jak pozostali niosła swój dobytek, idąc po jednym z siedmiu
mostów przecinających rozpadlinę, w której płynęła rzeka Bern. Wybrała
ten położony najdalej na południe, ponieważ był najmniej zatłoczony. Nie
miała wiele: kilka worków z jedzeniem, za cienki koc i stary breckon
mor, tak wytarty, że już nie można było go uznać za porządny. Dźwigała
także tykwę z wodą i resztkę dobytku Gelstona, który jej towarzyszył.
Prowadziła go przez most jak kozę na pastwisko. Stary pasterz nigdy nie
doszedł do siebie po trafieniu błyskawicą Miralyithów i teraz podążał za
nią bez słowa.
Tressa specjalnie trzymała się na końcu pochodu i na środku mostu. Nie
chciała, by ktoś podkradł się do niej od tyłu i ją zepchnął. Wiedziała,
że stary dobry Gelston jej nie pomoże. Stałby tylko i głupio się gapił.
Tressa potrafiłaby wymienić ponad tuzin osób, które chciałyby zgotować
jej taki los. Moya, Tarcza keeniga, znajdowała się na szczycie tej
listy. W dahlu Rhen Tressa próbowała zmusić ją do poślubienia Hegnera.
Moya już wcześniej jej nie lubiła, ale ten nieudany plan przepełnił
czarę goryczy i zmienił niechęć w czystą nienawiść. To nie powinno mieć
znaczenia. Moya była nikim, pyskatą ślicznotką bez rodziny. Ale
Persefona również miała być nieistotna.
Ta cała sytuacja to jakiś koszmar. Niemożliwe, żeby kobieta została
keenigiem i kto by pomyślał, że Moya będzie jej Tarczą? Oto jak
absurdalne staje się życie, gdy bogowie dopuszczają tę dwójkę do władzy.
Tressa zawsze wiedziała, że życie jest niesprawiedliwe, ale dopiero
niedawno uświadomiła sobie, że los wyjątkowo ją doświadcza. Może
powinnam być wdzięczna, że poświęca mi tyle uwagi... Gdybym zniknęła, nikt
by tego nie zauważył, nawet Gelston. Zupełnie jakbym nie istniała.
Dotarła na drugi brzeg bez przygód. Moya, Nyphron i Persefona - która
była tak uprzywilejowana, że podróżowała wozem - prowadzili ich na
wschód. Kiedy Tressa przekroczyła rzekę, czoło pochodu znajdowało się
już w odległości ćwierci mili. Trzymała się z tyłu, gdy maszerowali
Dureyą, zapyloną, nierówną, płaską połacią kamienia, błota i gliny. Obok
Persefony zasiadała ta stara wiedźma Padera, a skoro Gifford jeździł
teraz wszędzie konno, Tressa i ten otępiały żółw Gelston podróżowali na
samym końcu kolumny. Z każdą minutą powiększała się odległość między
nimi a ludzką masą wędrującą na wschód. Tressa nie próbowała ich
dogonić. Nie chciała tego. Wolała nie wdychać ich pyłu.
Kiedy czoło pochodu dotarło do Wilczego Łba, grupa się zatrzymała.
Znaleźli się obok leża smoka. Ominęli go łukiem i najwyraźniej o czymś
dyskutowali.
- Nyphron chce się upewnić, że smok do nas dołączy! - zawołał ktoś z tyłu.
Tressa o mało nie wyskoczyła ze skóry. Sądziła, że ona i Gelston są
sami. Pasterz w ogóle nie zareagował. Śledził wzrokiem lot trzmiela. To
przynajmniej było bezpieczniejsze od wpatrywania się w słońce, co robił
na tyle często, że martwiła się, że oślepnie. Obróciła się na pięcie i zobaczyła Malcolma. Gdyby to był ktokolwiek inny, mogłaby rzucić obelgą,
by ukryć zaskoczenie, ale tylko padła na kolana.
- Co robisz? - spytał Malcolm nieco poirytowanym tonem.
Nie podnosiła wzroku, tylko wpatrywała się w jego stopy.
- Wiem, kim jesteś.
- Oczywiście, że tak, znasz mnie od ponad roku.
- Chodzi mi o to, że... wiem, czym jesteś.
Zapadła między nimi cisza, a Tressa spodziewała się, że Malcolm zacznie
upierać się, że jest zwykłym człowiekiem. Nie wiedziała, jak by na to
zareagowała. Nie miała zamiaru nazywać go kłamcą.
- Rozumiem - odrzekł Malcolm.
Przyjęła to słowo z ulgą, ale zarazem zamarła. Niemal bez przerwy
rozmyślała o wydarzeniach w kuźni w nocy, gdy zginął Raithe i powstał
Gilarabrywn. Doszła do wniosku, że Malcolm był bogiem udającym
człowieka. Nigdy tego nie przyznał, ale nie ulegało wątpliwości, że znał
przeszłość, teraźniejszość i przyszłość każdego z nich. Tamtej nocy
Tressa przeżyła coś niezwykłego. Gdy tylko oddała pierścień, co
wypełniło jego wcześniejsze proroctwo, poczuła coś, czego nigdy
wcześniej nie doświadczyła. Kiedy uśmiechnął się do niej z uznaniem,
zapłonęło w niej zaskakujące uczucie. Była z siebie dumna; nie tak, jak
po osiągnięciu jakiegoś celu, ale jak po dokonaniu czegoś dobrego i właściwego. Poczuła się jak bohaterka.
Przecież tylko oddałam głupi pierścień, który nie należał do mnie, ale
Malcolm zmienił to w akt cnoty.
Wciąż nie wiedziała, dlaczego i jak to się stało. Miała wrażenie, że to
jakaś czarodziejska sztuczka, dar, który uczynił ją mniej samotną i sprawił, że po raz pierwszy poczuła się szlachetna. Tylko że wcale taka
nie była. Nadal uważała się za paskudną osobę. Wszyscy inni podzielali
jej zdanie i właśnie dlatego miała się na baczności na moście. Tamta
chwila w kuźni była tylko pojedynczą iskrą w mroku istnienia,
przebłyskiem innego świata, do którego nie pasowała.
Zwykły człowiek nie mógłby sprawić, by poczuła się w taki sposób.
Malcolm pokiwał głową, jakby rozmawiał ze sobą w myślach i nie był
zadowolony z efektów tej wymiany zdań.
- To powinno ułatwić sprawę - rzekł.
Jego słowa ją przeraziły. Zepchnięcie z mostu wydało jej się zachęcające
w porównaniu z tą zapowiedzią.
Zebrała siły, ale kiedy zacisnęła pięści i zęby, Malcolm popatrzył na
nią z rozbawieniem i odrobiną smutku.
- Nie skrzywdzę cię, Tresso. Wybrałem cię do czegoś ważnego.
- Nie jestem dobrą osobą - odpowiedziała pośpiesznie, choć sama nie
wiedziała dlaczego. Mimo że to była prawda, nie spodziewała się, że
powie to na głos.
Malcolm ponownie się uśmiechnął - nie kpiąco ani triumfalnie, tylko ze
współczuciem.
- Sądzisz, że jesteś w tej kwestii wyjątkowa?
Tressa przypomniała sobie męża, a potem inne osoby w swoim życiu.
- Pewnie nie, ale dlaczego wybrałeś akurat mnie?
- Gdybym pracował tylko ze szlachetnymi ludźmi, miałbym niewielki wybór.
Kiedy chce się zbudować ścianę, najlepiej jest poprosić o pomoc murarza.
Tressa wiedziała, że nigdy w pełni nie zrozumie słów Malcolma, ale wcale
na to nie liczyła.
- Czego ode mnie wymagasz?
- W tej chwili... niczego.
- Ale w końcu będziesz czegoś chciał.
- Owszem, ale dopiero za kilka lat.
- Więc dlaczego przychodzisz do mnie teraz?
- Ponieważ zamierzam odejść i nie wiem, kiedy wrócę. Muszę się upewnić,
że będziesz wiedziała, kiedy nadejdzie ta chwila.
Tressa ponownie przygotowała się na złe wieści.
- Czy to będzie... czy to będzie coś strasznego?
- Widzę, że masz o sobie bardzo złe mniemanie.
Wzruszyła ramionami.
- Wielu ludzi mnie nienawidzi.
- Mnie także.
To wyznanie ją zaskoczyło.
Malcolm westchnął, a na jego twarzy ponownie odmalował się smutek.
- Obawiam się, że to, o co cię poproszę, nie będzie przyjemne.
Przygryzła wargę i pokiwała głową.
- Na pewno nie będzie gorsze od tego, co spotkało Raithe'a. Nie mogłabym
zmienić się w smoka, prawda? To by nie zadziałało, ponieważ nikt nie
kocha mnie tak, jak Suri kochała jego.
Głos Malcolma stał się mroczny i lodowaty.
- Nie, nie chodzi o to... ale o coś gorszego. Jak już mówiłem, kiedy chce
się postawić ścianę, wzywa się murarza.
Nadal nie rozumiała, co to znaczy, ale bała się tych słów.
Malcolm zdjął z szyi cienki łańcuszek. Wisiał na nim kawałeczek nierówno
przyciętego metalu, długi na nieco ponad cal.
- Weź to. - Podał jej wisiorek.
- Co to jest? - spytała, przyjmując osobliwy przedmiot.
Malcolm uśmiechnął się gorzko.
- Być może najcenniejsza rzecz na świecie, więc musisz jej dobrze
pilnować.
Tressa przyglądała się kawałkowi metalu na końcu łańcuszka,
zafascynowana słowami "najcenniejsza rzecz na świecie". Gdyby powiedział
to ktokolwiek inny, tylko by się roześmiała, ale skoro to był Malcolm,
poczuła na sobie ogromny ciężar odpowiedzialności. Czuła w głębi serca,
że go nie udźwignie.
A jakie będą konsekwencje, jeśli się okaże, że to prawda?
- To klucz. Wiesz, co to takiego, Tresso?
Pokręciła głową, ale zapamiętała to słowo: klucz.
- Istnieją miejsca zakazane, drzwi, których nie da się otworzyć,
zamknięte drzwi. Klucza używa się do ich otwarcia. A to, co trzymasz w dłoni, to nie jest zwykły klucz, lecz wyjątkowy klucz uniwersalny, który
otwiera wszystkie drzwi.
- Mam się dostać do jakiegoś zakazanego miejsca? Nie mówię, że to będzie
problem. Nigdy nie miałam w zwyczaju przestrzegać zasad.
- Jeśli się zgodzisz, to tak, będziesz musiała wybrać się do miejsca, do
którego nawet ja nie mogę się dostać.
Pokiwała z powagą głową, jakby składała przysięgę.
- Będziesz musiała zabrać ze sobą innych... dokładnie siódemkę.
- Siódemkę? - Popatrzyła na klucz, a potem na niego. - Niby jak mam...
Ledwo udało mi się namówić Gelstona, żeby za mną podążał. Jestem
znienawidzona. Nikt nie...
- Zaufaj mi. Kiedy przyjdzie właściwy czas, wszystko nabierze sensu. Nie
będziesz musiała się starać, ponieważ elementy układanki same trafią na
swoje miejsca. Już się o to postarałem. Jesienią za kilka lat, gdy
wszystko zacznie iść źle, Tesh przyniesie wieści dotyczące klatki i nikt
nie będzie wiedział, co robić. Wtedy ty wkroczysz do akcji. Zrobisz do
dla mnie?
Pokiwała głową, chociaż wciąż nie miała pojęcia, czego od niej oczekuje.
- Zanim odejdę, muszę ci coś powiedzieć. Są dwie rzeczy, o których
musisz wiedzieć. Czy słyszałaś pieśń "Za wzgórzami i lasami"?
- Chyba nie.
- Zaczyna się tak...
Za wzgórzami i lasami, za górami niczym kły,
Skryta na bagnistej wyspie, którą spowijają mgły,
Mieszka pośród czarnych stawów, gdzie bluszcz pełza niczym wąż,
W oczach blask zielono-szary, włosy ciemne niby brąz.
- Nie brzmi zbyt wesoło - zauważyła Tressa nerwowo. - Raczej nie nadaje
się do tańca.
- To prawda. Znasz ją? Jest bardzo stara.
Pokręciła głową.
- W takim razie cię jej nauczę. Będziesz musiała ją zapamiętać. W całości, każde słowo.
- Muszę zapamiętać piosenkę?
Pokiwał głową z miną znachora, którego matka pyta o swoje zmarłe
dziecko. Jego poważny wyraz twarzy sprawił, że Tressa zdołała wykrztusić
tylko jedno słowo.
- Dobrze.
- Druga rzecz, o której musisz wiedzieć, Tresso, to że w Estramnadonie
znajdują się pewne drzwi...
Rozdział trzeci. Powrót fane'a
Rozdział trzeci
Powrót fane'a
Duma to wysokie i śliskie urwisko, a upadek z takiej wysokości może cię
zmiażdżyć.
Księga Brin
Imaly siedziała w swoim pokoju dziennym i patrzyła przez okno na drzewa
w ogrodzie. Pąki zaczynały się otwierać lub, jak zwykła mawiać jej
prababka, "drzewa się przeciągały". Staruszka była lekko zbzikowana.
Musiała być - żadna normalna osoba nie mogłaby zostać pierwszą fane.
Jako potomkini Gylindory Fane Imaly odziedziczyła dom prababki. Ten
zaskakująco skromny bungalow co prawda stał w sercu miasta Estramnadon,
ale dzięki otaczającemu go ogrodowi cieszył się przyjemnym
odizolowaniem.
Gdyby Gylindora żyła, teraz siedziałaby w ogrodzie i plotła koszyk,
pomyślała Imaly.
Właśnie tym się zajmowała, zanim została przywódczynią sześciu szczepów,
a także potem w stresujących chwilach. Mówiła, że ją to uspokaja. Imaly
nigdy nie nauczyła się wyplatania koszyków i bardzo tego żałowała.
Miałabym ich teraz całą stertę.
Usłyszała ciche szuranie stóp. Dom nie był duży, ale Makareta wciąż się
w nim gubiła. Kolejne hałasy świadczyły o tym, że weszła do kuchni.
Potem zapadła cisza, a po kolejnej porcji szurania dziewczyna zajrzała
do pokoju dziennego. Młoda Fhrejka miała głowę ciasno owiniętą chustą.
Nosiła ją dniem i nocą, jak najmocniej zaciśniętą, chowając pod spodem
każdy kosmyk włosów.
Tydzień wcześniej Imaly zgodziła się przyjąć dziewczynę, która
zbuntowała się przeciwko fane'owi i zabiła kilku Fhrejów podczas
krótkotrwałego Powstania Szarych Płaszczy. Zaraz po przybyciu do jej
domu, jeszcze zanim poprosiła o coś do jedzenia, Makareta błagała Imaly
o brzytwę.
- Po co ci coś takiego? - spytała gospodyni, podejrzewając, że
dziewczyna może zechcieć zrobić sobie krzywdę.
- Żeby się tego pozbyć! - syknęła Makareta, chwytając kosmyk włosów,
jakby to był pasożyt przytwierdzony do jej głowy.
- Nie mogłabyś po prostu użyć magii, żeby... - Imaly wskazała swoją głowę
i zakręciła palcem.
- Każde użycie Sztuki można wykryć, a nawet wytropić. Nie mogę ryzykować
nawet najmniejszej fali. Każdego dnia te kudły robią się coraz dłuższe,
a ja nie mam czym ich obciąć. Próbowałam je wyrwać, ale to za bardzo
boli.
Imaly się skrzywiła, wyobrażając sobie, jak Makareta płacze w lesie,
próbując rwać włosy z głowy.
- Po prostu niech je pani zetnie - odezwała się dziewczyna błagalnie.
- Nie - odrzekła Imaly. - Musisz je zachować.
- Ale... obiecałam, że zrobię wszystko, o co pani poprosi.
Imaly chwyciła ją za rękę.
- To nie jest kara. To dla twojego własnego dobra. Łysa głowa u młodej
damy kojarzy się tylko z jednym: z Miralyithami. Jeśli ktoś cię zobaczy,
chociażby przez okno, obie możemy zostać stracone. Chcesz tego?
Dziewczyna pokręciła głową, a potem zacisnęła zęby i zadrżała. Włosy
zakołysały się w rytm jej ruchu.
Po tej rozmowie Imaly ustanowiła zasady: włosy mają zostać na głowie,
należy unikać okien, Makareta nie może opuszczać domu i w żadnym wypadku
nie wolno jej używać Sztuki. Biorąc pod uwagę, jak bardzo Miralyithowie
polegali na magii, i zakładając, że jej użycie rzeczywiście można
wykryć, Imaly uważała tę ostatnią zasadę za kluczową.
Makareta się zgodziła i chyba dotrzymywała słowa. Imaly kupiła trochę
tanich ubrań pochodzących od szczepu Gwydry: szorstkie, wytrzymałe i proste stroje robocze bardzo różniły się od asyk Miralyithów. Ubrana w tunikę i spodnie, które wyglądały, jakby uszyto je z takiej samej
tkaniny jak namioty, Makareta była doskonale zamaskowana.
- Mogę napić się herbaty? - spytała, usiadłszy na kanapie w kącie, jak
najdalej od okna wykuszowego wychodzącego na ogród.
Imaly westchnęła.
- Oczywiście, jeśli sama ją zaparzysz.
Początkowo Imaly traktowała biedną Fhrejkę jak gościa, ale jej
szczodrość zaczynała się wyczerpywać i nie zamierzała usługiwać jednej z Miralyithów.
Makareta popatrzyła na nią zatroskana.
- Nie... nie umiem.
- Zagotuj wodę i zalej nią liście. To nic trudnego.
Makareta popatrzyła w stronę kuchni, jakby właśnie spełnił się jej
najgorszy koszmar.
Imaly wstała i zaprowadziła ją do pieca.
- Pokażę ci.
Pokazała dziewczynie cały proces, a skończywszy, powiedziała:
- Kiedy następnym razem będziesz miała ochotę na herbatę, możesz sama ją
przygotować.
Makareta nie wyglądała na pewną siebie, ale chętnie przyjęła kubek z gorącym naparem i upiła łyk.
- To doświadczenie naprawdę może ci się przydać. Tak bardzo polegałaś na
magii, że stałaś się bezradna. Dziwne, że jesteś w stanie się wykarmić.
- To nie jest magia - odparła Makareta. - Nazywamy ją Sztuką.
- Nieważne. - Imaly lekceważąco machnęła ręką. - Posłuchaj, wiem, jak
bardzo się nudzisz. Może poszukamy czegoś, co pomoże ci zabić czas? Co
lubisz robić?
Makareta wzruszyła ramionami.
- Czy ty nie... Wydaje mi się, że malowałaś.
Dziewczyna pokiwała głową.
- Oraz tworzyłam rzeźby, ale to było, zanim...
- Zanim wzięłaś udział w spisku przeciwko fane'owi i wywróciłaś całe
swoje życie do góry nogami? - Imaly zmarszczyła czoło. - Tak, widzę, że
malowanie pejzaży i misek z owocami nie jest równie kuszące jak
wzniecanie powstań. Ale może jednak spróbujemy? Przygotuję dla ciebie
materiały, glinę i farbę. Możesz urządzić swoje studio w salonie.
Przydałoby mi się kilka ładnych obrazów i statuetek. Dasz radę. Zgoda?
Makareta pokiwała głową, ale w jej oczach próżno było szukać entuzjazmu.
Po prostu była uprzejma dla swojej gospodyni.
Dziewczyna wciąż jest oszołomiona, pomyślała Imaly.
Makareta przed przybyciem do jej domu przez rok się ukrywała. Nie
wiadomo, jak udało jej się unikać prześladowców. Imaly była pewna
jednego: te doświadczenia wywarły na niej piętno. Dziewczyna każdego
dnia musiała się budzić z widmem paskudnej śmierci. Odczuwała niezwykły
stres.
Nie powinnam się spodziewać, że dojdzie do siebie w ciągu jednego dnia.
Mam tylko nadzieję, że wkrótce weźmie się w garść. Potrzebuję silnej
Miralyithki, a nie płochego dziewczęcia.
Imaly przypomniała sobie, żeby podczas wizyty na targu kupić kilka
pasków rzecznej trawy. W tej sytuacji mogła jednak zabrać się do
wyplatania koszy.
***
Wieści o powrocie fane'a nadeszły kilka godzin przed nim, a Imaly wydała
rozkaz, by wszyscy ustawili się na ulicach. Mieszkańcy Estramnadonu,
starzy i młodzi, stawili się w swoich najlepszych ubraniach. Przyszli,
by wiwatować na cześć swojej zwycięskiej armii oraz władcy, który
poprowadził ją do ataku. Imaly i Lothian czasem się ze sobą nie
zgadzali, ale kobieta czuła, że fane zasługuje na powitanie w pełnej
chwale.
Stała na schodach prowadzących do pałacu, ramię w ramię z innymi
członkami Aquili. Miała stąd dobry widok na plac i aleję, ale jako że
budynki zasłaniały początek trasy, usłyszała orszak fane'a na długo,
zanim go zobaczyła. Najpierw rozległo się bicie w bębny, a potem
triumfalne głosy rogów, które sama kazała przygotować. Następnie
usłyszała okrzyki wyczekiwania. Nagle głosy i fanfary ucichły. Zrobiło
się tak cicho, że Imaly słyszała kroki fane'a, jeszcze zanim wyłonił się
zza rogu.
Volhoric, który stał obok niej, westchnął.
- Dobry panie Ferrolu!
Dwa tysiące dumnych fhrejskich wojowników w lśniących zbrojach z brązu
oraz pięćdziesiątka odzianych w asyki Miralyithów wyruszyli, by dać
lekcję Rhunom. Teraz oczom Imaly ukazała się garstka kulejących,
brudnych, zakrwawionych Fhrejów. Niegdyś potężna armia fane'a Lothiana
wlekła się do domu, odprowadzana milczącymi spojrzeniami tych, którzy
przyszli, by świętować triumf.
Imaly mogłaby wykorzystać tę porażkę, by publicznie wykazać głupią
arogancję i pychę Lothiana. Mogłaby upokorzyć jego i jego szczep. Ale
kiedy fane wspiął się po schodach pałacu, nie miała serca, by cokolwiek
powiedzieć - zabrakło jej słów.
Spodziewała się, że fane zatrzyma się na szczycie schodów i przemówi do
zgromadzonych tłumów. Powinien to wyjaśnić. Powinien rozproszyć lęk i pomóc wszystkim zrozumieć, co się stało. Ale Lothian nawet nie
przystanął i wszedłby do pałacu, gdyby Imaly go nie zatrzymała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki