Od autora
Witajcie w ostatniej części Legend Pierwszego Imperium. To moja
szesnasta powieść w fikcyjnym świecie Elan i zwieńczenie epoki mitów i legend, która stanowi fundament mojej poprzedniej serii.
Niniejsza książka ukazuje się w bezprecedensowym okresie w naszej
historii. Piszę te słowa w kwietniu 2020 roku. Pandemia koronawirusa
szaleje na świecie, a całe rodziny cierpią z powodu przymusowych
lockdownów. Czytelnicy, którzy wspierają mnie na Kickstarterze,
zasypywali moją skrzynkę mailami, domagając się kolejnej książki, która
pomogłaby im się wyrwać z czterech ścian i uwolnić od codziennych
wiadomości. Robin i ja mieliśmy swoje problemy, ale udało nam się
dotrzymać terminu wydania powieści w postaci elektronicznej oraz audio
booka. Byliśmy zachwyceni, że drukarnia w ogóle zdołała wyprodukować
książkę z zaledwie trzytygodniowym opóźnieniem.
Podczas gdy większość ludzi była zmuszona pozostać w domach, życie w naszej dolinie niewiele się zmieniło. Jak większość z was wie, mieszkamy
w górskiej chatce w Wirginii. Jestem pełnoetatowym pisarzem, a moja żona
jest moją redaktorką, agentką, menadżerką i przedstawicielką prasową, co
sprawia, że od dawna z wyboru wiedziemy pustelnicze życie. W przeszłości
zapraszaliśmy do swojej chatki ludzi z całego świata. Cieszyliśmy się
towarzystwem dziennikarzy nagradzanych nagrodą Pulitzera, emerytowanych
generałów, słynnych oraz aspirujących pisarzy, fanów mojej twórczości, a nawet osób, które nie miały pojęcia, kim jestem i czym się zajmuję.
Wszystko to, oczywiście, skończyło się w 2020 roku, ale mam nadzieję, że
kiedy ten czas przeminie, wrócimy do przyjmowania gości. Dlatego jeśli
kiedyś zbłądzicie w okolice Luray w Wirginii, napiszcie do nas
(michael@michaelsullivan-author.com), a zaprosimy was na drinka.
Jeśli nie możecie nas odwiedzić, istnieje szansa, że przyje dziemy do
was. W tym roku Robin i ja kupiliśmy jeepa i przyczepę kempingową z myślą o wspólnych podróżach. Kiedy tylko obostrzenia związane z wirusem
zostaną zniesione, mamy nadzieję wyruszyć w drogę. Przez lata ludzie
mówili nam: jeśli kiedykolwiek będziecie w <wstaw-nazwę-miejsca>,
odezwijcie się, a ponieważ żyliśmy jak pustelnicy, niestety nawet nie
zapisywaliśmy tych miejsc. Ale obecnie mamy już system, który nam na to
pozwala. Możecie odwiedzić stronę http://michaelj
sullivan.survey.fm/if-you-are-ever-out-this-way i dać nam znać, gdzie
mieszkacie. Jeśli akurat będziemy w okolicy, postaramy się z wami
spotkać.
Okazało się, że przyczepa kempingowa pojawiła się w idealnym momencie.
Pod koniec marca Robin zachorowała i wciąż wykorzystuje ją, by się
izolować. Mamy nadzieję, że już za kilka dni będzie mogła wyjść, ale,
podobnie jak wszyscy, postanowiliśmy dmuchać na zimne.
Kończyłem tę książkę w co najmniej ciekawych okolicznościach. Robin i ja
pracujemy za pośrednictwem Discorda, gdy ona akurat nie zajmuje się
poprawianiem błędów zgłoszonych przez pierwszych czytelników. Zazwyczaj
towarzyszymy Timowi w studiu podczas nagrań (na co zawsze bardzo
czekamy), ale tym razem okazało się to niemożliwe. Otrzymywaliśmy od
Tima codzienne materiały i komunikowaliśmy się z nim mailowo. Dzięki
temu, że dysponuje domowym studiem, mógł trzymać się harmonogramu, i audiobook nie był opóźniony. Jak zwykle jesteśmy mu niezmiernie
wdzięczni za włożoną pracę. Musiał pracować samotnie, bez inżyniera
dźwięku ani reżysera, ale za sprawą jego wysiłków wydanie audiobooka nie
było zagrożone.
Nasza długa podróż dobiega końca. Chyba jeszcze to do nas nie dotarło.
Dzięki wydaniu książki w maju dotrzymaliśmy obietnicy, którą złożyła
Robin, a to było dla niej ważne. Mam nadzieję, że ta książka chociaż w niewielkim stopniu wam pomoże. Chcę wierzyć, że stworzyliśmy coś dobrego
i trwałego, czym ludzie będą mogli się dzielić i co będzie dla nich jak
łyk świeżego powietrza, który pozwoli im się odstresować i uśmiechnąć.
Mam nadzieję, że wszyscy, którzy zaczęli czytać tę serię, będą mogli ją
dokończyć. Uważajcie na siebie. Nie traćcie otuchy. No i zapraszam na
ostatnią podróż do Legend Pierwszego Imperium.
Rozdział pierwszy. Sięganie dna
Rozdział pierwszy
Sięganie dna
Ludzie często wspominają o sięganiu dna. Nie mają pojęcia, o czym mówią.
Księga Brin
W wiecznej ciszy i absolutnej ciemności niewyobrażalnych głębi Otchłani
Iver usłyszał krzyk. Początkowo słaby, zmienił się w przeszywające
zawodzenie, a potem ucichł, gdy ucięło go głoś ne klaśnięcie. Dźwięki
były rzadkością w tej okolicy, a tym bardziej światło, jednak coś słabo
oświetlało wejście do jego jaskini. Przed wyciem rozległa się gwałtowna
seria huknięć. Iver nie zbadał ich pochodzenia, ponieważ i tak niczego
by nie zobaczył, więc niepotrzebnie zmęczyłby się czołganiem.
Ale ten krzyk był inny. Niewiele rzeczy było w stanie skłonić Ivera do
tak drastycznych kroków jak chodzenie, ale to była wyjątkowa okazja.
Wiedział, kto spadł; rozpoznał ten wrzask.
Wyciągnął przed siebie ręce, szukając ściany, a następnie podążył wzdłuż
niej do wąskiej szczeliny, która stanowiła wejście do jego lokum. Nie
chciał nazywać tej jaskini domem, ponieważ to słowo kojarzyło się z ciepłem i wygodą. Nawet w najtrudniejszych czasach dom był czymś
atrakcyjniejszym niż zwykłe schronienie. Ta jaskinia była tylko
miejscem, w którym mógł przebywać, siedzieć, ukrywać się.
Nie pamiętał, kiedy ostatnio z niej wyszedł. To go nie zaskoczyło,
ponieważ miał coraz większe trudności z zapamiętywaniem czegokolwiek.
Wciąż wiedział, jak się nazywa, a przynajmniej znał swoje imię. Oprócz
niego było coś jeszcze, jakieś określenie, ale nie potrafił sobie
przypomnieć jakie. Jego życie blakło, wspomnienia się rozpływały.
Ostatnim ważnym wydarzeniem, które potrafił przywołać, było spotkanie
Edvarda, Gula z klanu Erlinga. Iver był martwy dopiero od niedawna, gdy
Edvard pobił go i zawlekł na urwisko. Dopiero lecąc w dół, uświadomił
sobie, dlaczego mężczyzna to zrobił. Gula zawołał w ślad za nim:
- To za moją żonę, Reannę, ty spasiony draniu! Obyś gnił na zawsze.
Iver spodziewał się, że na dole czeka coś strasznego, ale natrafił tam
tylko na pustkę, co okazało się jeszcze gorsze.
Ale teraz...
Wypełzł z jaskini i zobaczył biały blask bijący od czegoś, co leżało na
ziemi, całkiem niedaleko. Wyglądało jak jakaś torba, może z ubraniami.
Iver je pamiętał. Ale kiedy się zbliżył, zobaczył, że to człowiek. Nie
powinien być zaskoczony. Okazało się, że największe wydarzenie stulecia
to tylko ofiara brutalnej walki. Jakiś biedak spadł w przepaść, którą
wszyscy nazywali Otchłanią, i dotarł do dna, z którego nikt nie wracał.
Iver podszedł bliżej i zobaczył drobną kobietę o ciemnych, krótko
ostrzyżonych włosach, a raczej to, co z niej zostało.
Jestem pewien, że rozpoznałem ten wrzask.
Poczuł podekscytowanie, po raz pierwszy od... no cóż, nie miał pojęcia, od
jak dawna. Ale jego nadzieje legły w gruzach, gdy skarciło go
Doświadczenie.
Niemożliwe. To nie może być ona.
Ciało kobiety uległo zmiażdżeniu pod wpływem upadku na zmrożony grunt:
oto cena wstępu na najgorszy poziom istnienia. Iver oszacował, że
wszystkie kości były złamane, a czaszka popękała. Ciało w większości
skrywało się pod pomarszczoną szatą, ale Iver oparł swoją diagnozę na
doświadczeniu. Pozbieranie się do kupy zajęło mu całą wieczność. Nadal
nie miał pojęcia, czy odniósł sukces. W Otchłani nie można zobaczyć
swojego odbicia.
Zbliżył się do leżącego ciała i uświadomił sobie, że kobieta poradziła
sobie lepiej od niego. Mimo wszystko jej ciało było nienaturalnie
powykręcane - oczy były otwarte, czujne i wciąż tkwiły w oczodołach.
Kiedy go zobaczyła, szerzej rozwarła powieki. Próbowała krzyknąć, ale z jej krtani wydobył się tylko wilgotny bulgot.
- Roan - odezwał się Iver, ze zdumieniem uzmysławiając sobie, że może
mówić. - To naprawdę ty!
Mimo swojego stanu kobieta próbowała się odsunąć. Przechyliła głowę na
skręconym karku.
- Roan, wróciłaś do mnie.
- Nieee - zdołała wyjęczeć przez połamane zęby i cieknącą krew.
- O tak - odrzekł Iver. - Jestem tutaj. Szybko cię naprawimy. Czy nie
będzie świetnie?
Po jego słowach kobieta jeszcze bardziej wytrzeszczyła oczy.
Wciąż mogą wypaść, pomyślał.
Iver pochylił się i wziął Roan na ręce. Jej połamane kończyny zwisały
bezwładnie, jakby trzymał worek z drewnem na opał.
Jęknęła, a po jej policzku spłynęła pojedyncza łza i spadła na zmrożoną
ziemię.
- Nie przejmuj się, moja droga. - Wyszczerzył zęby w uśmiechu. - Kiedy
cię poskładamy, będzie jak dawniej.
***
Kiedy palce Brin ześlizgnęły się z krawędzi mostu i poczuła, że spada w Otchłań, ogarnęła ją panika. Początkowo jej umysł zamarł, skupiając się
na pojedynczej myśli: To nie może się dziać naprawdę. Potem, kiedy
runęła głębiej w ciemność, zaczęła się zastanawiać, co poczuje, gdy
spadnie na dno. Miała nadzieję, że odbije się od ziemi, ale doszła do
wniosku, że jej ciało zachowa się raczej jak upuszczony sopel.
Czy roztrzaskam się na milion kawałków?
Po niewytłumaczalnie długim czasie odkryła, że chce, by to wreszcie się
skończyło. Nie mogła uniknąć uderzenia, nie mogła się ocalić, a oczekiwanie odbierało jej zmysły. Świadomość, że upadek może nadejść w każdej chwili, przepełniała ją grozą. Zamknęła oczy, nie chciała
patrzeć.
Niech to już się skończy!
Wreszcie to się stało. Zetknęła się z ziemią z taką siłą, jakby
zeskoczyła z wysokiej na cztery stopnie werandy. Wylądowała na nogach,
zatoczyła się do przodu i podparła się rękami, co uchroniło ją przed
poważniejszymi obrażeniami. Skaleczyła się tylko w lewą dłoń o szorstki
szron pokrywający grunt. Ranka przez chwilę piekła. Brin wstała i popatrzyła na zmrożoną skałę, która stanowiła dno świata. Wyobraziła
sobie, że oddycha, i zobaczyła wydobywający się z jej ust obłok pary,
jak w środku zimy.
Nie było tak źle, pomyślała z ulgą.
Ale światło ją zaskoczyło. Nieskazitelnie białe i pozornie pozbawione
źródła, rozświetlało otaczający ją nowy świat. Widziała drugą stronę
kanionu i urwiska, których szczyty znikały w ciemności. Znajdowała się
na dnie Otchłani, gdzie nie było niczego poza rozległą zmrożoną nierówną
połacią gruntu, na którą dawno ucichły wiatr naniósł nędzne fałdy
śniegu.
- Roan?! - zawołała, ale nikt jej nie odpowiedział. Jej przyjaciółka
również spadła, więc powinna być niedaleko.
Może się oddaliła? To w jej stylu, aby wybrać się na przechadzkę, zawsze
była przede wszystkim ciekawska.
Zastanawiała się, czy ktokolwiek inny ześlizgnął się z krawędzi, więc
podniosła wzrok, ale niczego nie zobaczyła.
Mam nadzieję, że wszyscy są cali. Jestem tutaj sama, nie licząc Roan.
Koniecznie muszę ją odnaleźć.
Ruszyła w przypadkowym kierunku i znalazła się w labiryncie szczelin,
które tworzyły wąskie kręte kaniony znikające w mroku. Te rozpadliny z pewnością były powodem, dla którego, wędrując równiną Kilcorth do zamku
króla Mideona, musieli przekraczać tyle mostów. Powierzchnia niemożliwie
wysokich i porowatych jak gąbka ścian była usiana ciemnymi otworami i jaskiniami: niektóre znajdowały się na poziomie gruntu, inne wyżej, jak
okiem sięgnąć.
Od czasu do czasu przystawała i wołała Roan. Jej głos nie niósł się
daleko. Otchłań była cichym miejscem i rozbrzmiewał w niej tylko chrzęst
jej stóp na zmrożonym gruncie. Roan nie odpowiadała, więc Brin wybrała
jedną z odnóg i nią podążyła. Zgadywała, że są ich dziesiątki, może
nawet setki, więc ich przeszukanie mogło zająć mnóstwo czasu, ale tego
jej nie brakowało. W końcu znajdzie Roan. Takie zadanie w tej chwili
stało przed Strażniczką Praw, a nagrodą będzie pozostanie przy zdrowych
zmysłach. Poza tym poszukiwanie dawało jej jakieś zajęcie, dzięki czemu
nie użalała się nad sobą z powodu doznanej porażki.
Im dalej zanurzała się w rozpadlinie, tym węższe stawało się przejście,
ale w porównaniu z otwartym terenem, na który spadła, ta ciasnota
dawała jej niespodziewane poczucie bezpieczeństwa. Jej pies, Darby,
często wpełzał pod stół albo łóżko, gdy się bał, a ojciec Brin wyjaśnił,
że zwierzęta czasem czują się pewniej w niewielkich przestrzeniach. Brin
teraz czuła to samo i dziwiło ją, że Otchłań jej nie przeraża.
Najgorszym, co mogła o niej powiedzieć, było to, że panuje w niej chłód.
Oraz samotność. Nagle coś przyszło jej do głowy. A jeśli każda osoba
spada do własnej odrębnej Otchłani? Czy to dlatego nie mogę znaleźć
Roan?
Zaczęła się bać i natychmiast odrzuciła tę myśl, jakby instynktownie
cofnęła dłoń po dotknięciu gorącego garnka. Próbowała się uspokoić.
Nie ma powodu, by tak myśleć... jeszcze nie.
Otrząsnęła się i skupiła. Roan mogła wpełznąć do którejś z licznych
jaskiń, tak jak Darby pod łóżko.
- Roaaaaan! - zawołała ponownie.
Tym razem nagrodził ją ruch. Zobaczyła jakiś przesuwający się cień na
pobrużdżonym zboczu urwiska, gdzie nie było żadnej roślinności. Wytężyła
wzrok, licząc na to, że dostrzeże znajomą sylwetkę przyjaciółki.
Przeszła na drugą stronę parowu, by lepiej widzieć. Zastanawiała się,
dlaczego Roan miałaby tak wysoko się wspiąć. Nagle uświadomiła sobie, że
to nie ona. Ta sylwetka była zbyt niska i szeroka. Cokolwiek to było,
raczej nie miała do czynienia z człowiekiem.
Co zrobiłaby Moya?
Wzięła głęboki wdech, by się uspokoić, a potem zacisnęła zęby,
wyprostowała ramiona i podeszła bliżej. Zauważyła kolejne otwory w ścianie, która przypominała plaster miodu. Większość była zbyt mała, by
uznać je za jaskinie; to były raczej pęknięcia w skale. Brin dostrzegła
więcej cieni. Jakieś postaci wypełzały z otworów, każda miała dwie ręce,
dwie nogi i głowę. Kształtem przypominały ludzi, ale nie dało się ukryć,
że nie są Rhunami, Fhrejami ani karłami. Wydawało się, że są zbudowane z częściowo stopionego wosku. Miały zgarbione ramiona i wydłużone
kończyny. Ich oblicza składały się z niewyraźnych konturów oraz
wybrzuszeń w miejscu nosa i policzków. Niektóre zamiast ust miały tylko
płytkie zagłębienia.
Brin zrobiło się niedobrze.
Dziesiątki, może setki istot wypełzały ze szpar. Cześć była pomarszczona
jak rodzynki, inne miały postać niekształtnych brył. W niektórych
miejscach z otworów wypływał tylko gęsty szlam.
Brin trzymała się z dala od cieni, co nie było trudne ze względu na ich
powolne ruchy. Ich wędrówce towarzyszyło przeciągłe siorbanie - odgłos,
jaki mógłby wydawać z siebie półtorametrowy ślimak.
Plask!
Dźwięk rozległ się tak blisko, że Brin aż podskoczyła. Obróciła się
gwałtownie i odkryła, że jedna z istot spadła u jej stóp. Wyglądała jak
kula mazi z jednym wytrzeszczonym okiem. Jej usta poruszały się
bezgłośnie jak u pacynki.
Przerażona Brin zatoczyła się do tyłu i skrzywiła. Co to takiego, na
Wielką Matkę Wszechrzeczy?
Chlup. Szur. Chlup. Klap.
Dziesiątki kolejnych istot zaczęły spadać wokół niej. Lądowały blisko i daleko, przed nią i za nią. Kolejne setki wypływały z jaskiń nad ziemią,
ciągnąc swoje bezkształtne ciała po chrupiącym szronie, a wszystkie
zmierzały w jej stronę.
***
Gifford spadł na ziemię, skręcając sobie kostkę i obijając kolano oraz
biodro. Uderzenie było bolesne, ale dało się wytrzymać. Przez całe życie
się przewracał, więc był w tej materii specjalistą. Pomimo niesławnej
reputacji Otchłani nie sądził, by to był jego najgorszy upadek w życiu.
Po chwili zdołał się pozbierać i wstać. Wziął głęboki oddech i otrząsnął
się z bólu, a następnie ruszył na poszukiwanie Roan.
Kiedy ostatnio widział swoją żonę, latający stwór ściągnął ją z mostu.
Moya próbowała uratować Roan, trafiając napastnika strzałą, ale się
spóźniła. Kiedy bankor upuścił Roan, była już wysoko i zbyt daleko, by
spaść na przeprawę prowadzącą do wrót Alysinu. W jego pamięci zapisał
się przerażony krzyk Roan, który coraz bardziej cichł, gdy się oddalała.
Usiłował za nią podążyć, podbiegł do krawędzi mostu i chciał skoczyć,
ale Deszcz go powstrzymał. Chociaż karzeł miał dobre zamiary, niczego
nie rozumiał. Wcale nie ocalił Giffordowi życia, ponieważ jego życie
spadło w Otchłań.
Gifford obrócił się wokół własnej osi, ale nie znalazł Roan. Zobaczył za
to... śnieg.
Płatki nie spadały z nieba, ale ziemia była okryta białym kocem, tak
daleko, jak był w stanie sięgnąć okiem, czyli niezbyt. W pobliżu
znajdowało się jakieś źródło światła, ale miało niewielki zasięg.
Gifford nie wiedział, skąd pochodziła ta jasność. Na pewno nie biła z góry ani z dołu, ale rozpościerała się w każdym kierunku, odpychając
wieczną noc jak latarnia. Gifford znów miał na sobie podróżny strój.
Zbroja wykuta przez Albericha Berlinga zniknęła, więc to nie ona była
źródłem światła.
Zrobił krok, a światło przemieściło się razem z nim.
To ja!
Popatrzył na swoje dłonie, ale one nie lśniły.
Widzę to, czego się spodziewam, a nie byłbym zachwycony, gdybym miał
świecące ręce. To byłoby nie tylko dziwaczne, ale i przerażające.
Ten nowy świat był jałowym pustkowiem pełnym zmrożonych skał i zasp
śniegu. Otaczały go mroczne ściany, których szczyty ginęły w ciemności
poza zasięgiem jego światła. Gifford zrobił kilka kroków. Śnieg
chrzęścił mu pod stopami. Nie był to przyjemny głęboki puch, ale cienka,
surowa powłoka, która bardziej przypominała szron.
Ponownie zatoczył niewielki krąg, bezskutecznie szukając Roan.
Nagle usłyszał dwa krzyki. Dobiegały z góry i przybierały na sile.
Zbliżały się z zatrważającą prędkością, a potem ucichły przy wtórze
potężnego trzasku.
Gifford pobiegł w stronę najbliższego miejsca upadku i znalazł kobietę
leżącą w nienaturalnej pozycji, z jedną nogą wygiętą do tyłu, zbyt mocno
wykręconą szyją i zmiażdżoną głową, która wyglądała jak melon wyrzucony
z drugiego piętra. Miała otwarte, ale niewidzące oczy. Z jej jednego
nozdrza wypływała cienka strużka krwi.
- Tressa? - odezwał się.
Żadnej reakcji.
W bijącym od siebie świetle dostrzegł drugą osobę.
Tesh leżał na brzuchu z rozrzuconymi rękami i nogami. Lewa strona jego
twarzy wyglądała, jakby częściowo wbiła się w ziemię, ale Gifford
domyślał się, że skała nie uległa zniszczeniu. To czaszka Tesha musiała
ustąpić. Szczęki wypadły z zawiasów, a zęby leżały na ziemi, obryzgane
różowawą krwią.
- Nie możecie być martwi - powiedział Gifford, ale może chciał tylko sam
siebie uspokoić. W tej chwili nie mógł mieć pewności. Widok rozrzuconych
zębów Tesha przyprawiał go o mdłości, ale nie miał żołądka ani żółci i musiał wyrażać grozę spojrzeniem nieistniejących oczu.
Kiedy próbował sobie poradzić z uczuciem uwięzienia w wielowarstwowym
koszmarze, prawie zmiażdżył go olbrzymi kamień, który runął na zmrożony
grunt. Po chwili spadł kolejny głaz, a po nim dwa następne. Wokół niego
lądowały olbrzymie skalne płyty, od których trzęsła się ziemia, a w górę
wzbijały się obłoki śniegu. Gifford podejrzewał, że to Ferrol ciska w nich kamieniami. Chwycił Tesha i Tressę i powlekł ich ciała w stronę
najbliższego urwiska, licząc, że znajdzie tam schronienie. Okazało się,
że deszcz kamieni nie padał długo.
- Gif... fordzie. - Chrapliwy głos wydobył się z ust Tressy i wystraszył
go bardziej niż na śmierć. Kobieta wciąż miała otwarte oczy, ale nie
potrafiła skupić wzroku. - Pomóż... Giffordzie... proszę. Boli... proszę...
Niegdyś kaleki garncarz przeniósł wzrok z Tressy na Tesha. Oboje leżeli
bezwładnie, a na równinie, po której ich ciągnął, pozostały kawałki
ciał. Słowo "bezsilność" nie było w stanie opisać tego, co czuł.
- Nie wiem jak.
- Znaj... omoc - wykrztusił Tesh, którego szczęka ledwo trzymała się
głowy.
Znaleźć pomoc? Tutaj? Gifford się rozejrzał. Widział tylko rozległą,
pustą i nieprzyjazną równinę pokrytą surowymi kryształkami szronu.
Nikt im nie pomoże. Dotarli do końca, do miejsca wiecznego spoczynku. To
była Otchłań.
Rozdział drugi. Nastaje zima
Rozdział drugi
Nastaje zima
Zima zazwyczaj skrada się jak staruszka z kocem, która zamierza zadusić
świat.
Księga Brin
Nolyn wstał i wybiegł na zewnątrz, gdy usłyszeli krzyki.
W wieku pięciu i pół roku jasnowłosy syn Persefony był pełen zapału jak
wiewiórka i zwinny jak kozica. To pierwsze zapewne wynikało z tego, że
był dzieckiem, ale drugie odziedziczył po ojcu. Nolyn przystanął i zaczekał na nią.
- Mamo?
Persefona odchyliła klapę namiotu. Wciąż śnieżyło, ciężkie płatki
nieśpiesznie opadały z nieba. To był już czwarty śnieg tej zimy, ale
pierwszy na tyle uparty, by z nimi pozostać. Namioty pobielały. Śnieg
pokrył brązową trawę, a ścieżki jeszcze poprzedniego dnia przypominające
bagno teraz wyglądały nieskazitelnie, nie licząc śladów jakiegoś rannego
ptaszka. Persefonę zawsze fascynowała ironia zimy, pory roku, która
przynosiła zarazem piękno i śmierć. Świat w ciągu jednej nocy zmienił
wygląd i brzmienie. Nawet o tak wczesnej godzinie obozowisko zazwyczaj
tętniło życiem, ale biały koc wszystko stłumił, dopóki nie rozległy się
niewątpliwie rozmyślne krzyki.
To nie są okrzyki radości.
- Co się dzieje? - spytał Nolyn.
Był za niski, by cokolwiek zobaczyć; na próżno podskakiwał w miejscu,
korzystając z niespożytej energii, jaką mają wszystkie dzieci. Persefona
chciałaby jej od niego zaczerpnąć. Dni stawały się krótsze, a ona i tak
nie miała siły, by przez nie przebrnąć. Miała czterdzieści pięć lat, ale
wiek stanowił tylko część problemu. Sporą rolę odgrywały także poczucie
winy oraz strach.
Po chwili pojawił się zakapturzony Sikar, wydmuchując obłoki pary.
Zgodnie z obietnicą Nyphron mianował go jej nową Tarczą. Niegdysiejszy
kapitan Alon Rhist tego nie powiedział, ale z pewnością nie był
zachwycony, że opiekuje się Rhunką.
- Wracaj po pelerynę! - zawołała do syna.
Nolyn popatrzył na nią szeroko otwartymi oczami, a jego usta
przypominały literę O. Myśl, że miałby poświęcić dodatkową minutę na
włożenie cieplejszego stroju, wydawała mu się absurdalna.
- No dalej. Nie zobaczysz, co się stało, dopóki się nie ubierzesz.
Pomimo tej groźby i tak musiała wciągnąć go do środka.
Justine spała zwinięta w nogach łóżka. Nolyn chciał ją obudzić, ale
Persefona go powstrzymała.
- Daj jej spokój.
Owinęła go miniaturowym leigh mor, który spięła na ramieniu. Wzdychał z niezadowoleniem, ale się nie poruszył. Jego próba ustania w miejscu była
godna podziwu, ale wynikała z wyrachowania. Zrobiłby wszystko, by
przyśpieszyć ten proces. Kiedy skończyła, wyglądał jak wzór dziecka z klanu Rhen - nie licząc zielonych oczu.
Co to oznacza?
W świecie brązowookich Rhunów i niebieskookich Fhrejów Nolyn był
wyjątkowy. Płatki śniegu przyklejały mu się do rzęs, dzięki czemu
wyglądał jeszcze bardziej oszałamiająco. Nawet biorąc pod uwagę matczyne
uprzedzenia, Persefona była przekonana, że nigdy nie widziała tak
pięknego dziecka. Szorstkie ludzkie cechy wygładziła w nim fhrejska
elegancja, z kolei dziedzictwo Rhunów stłumiło aurę pogardliwej
wyższości, która charakteryzowała krajan jego ojca. Zadanie Persefony
polegało na zadbaniu o to, by Nolyn nigdy nie osiągnął pełnego
potencjału - dziwne zadanie jak na matkę, ale żadna kobieta nigdy nie
wydała na świat takiego dziecka jak Nolyn.
Persefona nie była tak naiwna, by uważać, że jej lud wygra wojnę, ale
gdyby im się udało, wszystko by się zmieniło, a jej dziecko, pochodzące
z dwóch światów, pewnego dnia rządziłoby całą ludzkością. Musiała
zadbać, by stał się tego godzien, co nie było łatwe z ojcem takim jak
Nyphron. Musiała walczyć z jego wpływami, nieświadomymi uprzedzeniami i arogancją. No i musiała liczyć na łut szczęścia. Martwiła się, że Nolyn,
jako w połowie człowiek, będzie żył krócej od swojego ojca. Nie była
tego pewna, ale chłopiec wyglądał na Rhuna. Nie miał spiczastych uszu
ani delikatnej sylwetki Fhreja, a jego włosy nie były olśniewająco
jasne, tylko miały piaskowy kolor.
Jeśli bogowie odmówili mu długiego życia, to co się stanie, gdy Nolyn,
który zostanie wychowany na przyszłego księcia, dowie się, że jego
ojciec przeżyje go o całe wieki? Martwiła się, że egotyzm jej syna może
wzbudzić w nim niechęć do wiecznego ojca, który będzie blokował jego
dostęp do Pierwszego Krzesła. Tak czy inaczej, wiedziała, że nie dożyje
rozwiązania tego konfliktu, i ma tylko kilka lat, by pokierować biegiem
przyszłych wydarzeń. Uderzała na oślep we mgle, próbując trafić wroga,
który mógł nie istnieć, a stawką był los ludzkości. Ale tym mogła się
przejmować innego dnia. Tego śnieżnego poranka wzięła za rękę niewinnego
chłopca, który uśmiechnął się do niej beztrosko. Dla niego świat był
cudownym miejscem, a ona w tej chwili czuła to samo.
Wszystko zmieniło się w mgnieniu oka.
***
Żołnierze pędzili po świeżym śniegu, jakby ktoś ich gonił. Ośmiu
mężczyzn w leśnych zbrojach przebiegło przez polanę w stronę obozu. Spod
ich stóp w powietrze wzbijały się białe obłoki. Gdyby śnieg był nieco
głębszy, nie mogliby biec, ale stale go przybywało.
Jeśli nic się nie zmieni, nikt nie będzie w stanie nie tylko biegać, ale
nawet chodzić. Persefona rozważyła tę myśl, jakby to było niechciane
proroctwo. Jak dotąd nie brała pod uwagę ucieczki, jednak widząc grozę
na twarzach biegnących ku niej mężczyzn, pomyślała, że może to był błąd.
Persefona, Nolyn i Sikar dotarli do szerszej dróżki, oddzielającej
namioty szpitalne od kwater żołnierzy rezerwy. Krzyki niosły się po
obozie i wszędzie podnosiły się klapy namiotów, spod których wyglądały
ostrożnie oczy. Niektórzy zdążyli włożyć buty i peleryny, ale inni wciąż
byli owinięci kocami i spoglądali na nieprzyjazny świt oraz jego
niechciane dary.
Nolyn dotarł do granicy obozowiska i wskazał biegnących mężczyzn.
- Kto to jest? - spytał.
- Techylorowie - odpowiedziała matka.
Kiedy zastanawiała się, co mogło skłonić oddział Techylorów do ucieczki,
zorientowała się, że ci nie są sami.
Zza zasłony padającego śniegu wyłonili się kolejni mężczyźni.
Przypominali widma, szeroką ścianę cienia płynącą nad równiną.
- To pełen odwrót - zauważył Nyphron, podchodząc do niej od tyłu. Rzucił
te słowa jakby od niechcenia. Nie mówił do nich. Nie zwracał się do
nikogo.
- Witaj, tato! - Nolyn uśmiechnął się szeroko i pomachał wolną ręką.
- Jak myślisz, co się dzieje? - spytała Persefona.
- Podejrzewam, że niedługo się dowiemy - odrzekł Nyphron. - Ale nie
spodziewałbym się dobrych wieści.
- Witaj, tato! - powtórzył chłopiec, tym razem głośniej.
Nyphron popatrzył na syna i zmarszczył czoło.
- Dlaczego nie jesteś większy?
- Jestem duży - poprawił go chłopiec.
- Może jak na mysz, ale jeśli masz być moim synem, powinieneś rosnąć
szybciej.
- Ale jak?
- Myśl o większych rzeczach.
- Dobrze - odpowiedział Nolyn, jakby ta rada miała sens.
Może jemu rzeczywiście wydawała się sensowna, ale Persefona wyczuwała
czającą się w niej grozę.
Podbiegł do nich zdyszany Edgar. Miał czerwoną twarz i nos jak posiniały
burak. Śnieg zebrał się na jego brodzie, a kryształki lodu otaczały
usta.
- Złóż raport - rozkazał Nyphron, gdy dowódca Techylorów był jeszcze w odległości kilku kroków.
Edgar zatrzymał się i przez kilka sekund tylko wydmuchiwał obłoki pary,
dzięki czemu Atkins zdołał go dogonić. Obaj mężczyźni wciąż mieli na
sobie kilkuwarstwowe zielono-brązowe poszarpane szmaty, które
upodabniały ich do stert liści, a ich ramiona przyprószył śnieg.
- Mają jednego - wykrztusił Edgar, łapczywie chwytając powietrze.
Persefona zrobiła chwiejny krok. Obejrzała się, niepewna, czy chce
rozmawiać o wojskowych sprawach w obecności syna.
- Sikarze, odprowadź Nolyna do mojego namiotu. Obudź Justine i powiedz
jej, żeby zabrała go na śniadanie.
Fhrejski dowódca posłał jej surowe spojrzenie i nawet nie drgnął.
Persefona nie zwykła wydawać rozkazów Fhrejom, a tym bardziej dowódcy
obozu. Sikar nie był zachwycony, ale Persefona miała większe zmartwienia
niż jego duma.
- Zapomniałeś, jak się idzie do namiotu keenig, Sikarze? - spytał
Nyphron.
- Nie jestem niańką - odparł Instarya lodowatym tonem. - To jest...
- Jesteś Tarczą keenig i jej syna. Spełniaj swoją powinność.
Sikar zmarszczył czoło, ale wziął chłopca za rękę i poprowadził ścieżką.
- Na pewno jest tylko jeden? - spytał Nyphron Edgara.
- Tylko jego widzieliśmy. Ale jeden wystarczył. Właśnie wracaliśmy na
posterunek, kiedy zaatakował najdalej wysunięte obozowisko. Nie
spodziewam się, by ktoś jeszcze ocalał.
Edgar obejrzał się w stronę lasu.
- Smok podpalił obóz i las. Nie widać dymu z powodu padającego śniegu,
ale drzewa płoną. Uznałem, że lepiej będzie złożyć raport niż dołączyć
do walki.
Persefona patrzyła na śnieg. Miała wrażenie, że niebo spada im na głowę,
płatek po płatku.
***
Odesławszy resztę Techylorów i pozostałych żołnierzy, którzy przyszli w ślad za nimi z lasu, Persefona, Nyphron i Edgar przenieśli się do
wygodnego namiotu keenig. Persefona zamówiła jedzenie, ale miała zbyt
ściśnięty żołądek, by się pożywić. Nyphron także odmówił, choć
podejrzewała, że z innego powodu. Po latach impasu wreszcie miał coś do
roboty. Coś, na czym wyjątkowo się znał.
- Gilarabrywn ma ograniczony zasięg - odezwała się Persefona. - Jeśli
stworzono go w Avemparthcie, nie dotrze poza Harwood. Oddziały Lothiana
nie będą w stanie skorzystać z niego tak daleko.
Nyphron z namysłem pomasował się po brodzie.
- Znasz dokładny zasięg smoka?
Persefona pokręciła głową.
- Niestety nie.
- Może Lothian również go nie zna. Niewykluczone, że w ogóle nie wie o takim ograniczeniu. Jeżeli tak, to na razie mamy sytuację patową. On nie
może zaatakować naszych pozycji ze względu na naszego smoka, a my nie
możemy podejść do Avemparthy.
- Ale czy oni po prostu nie stworzą kolejnych i nie będą kontynuować
natarcia? - spytał Edgar, przełknąwszy kęs wczorajszego chleba i solonego mięsa.
Persefona żałowała, że nie mogła im zapewnić czegoś lepszego.
Ci ludzie zasługują na znacznie więcej, pomyślała.
- Ja bym tak zrobił, gdybym miał możliwość przejścia, a Suri nie
odmówiła stworzenia kolejnych smoków - odpowiedział Nyphron. - Ale
najpierw zająłbym pozycję po drugiej stronie rzeki i użył smoka jako
ochrony podczas gromadzenia wojsk. Lothian nie zna się na wojaczce, a jeśli spodziewa się, że smok nas zniszczy, zapewne nie zaplanował tego
kluczowego pośredniego kroku.
Persefona zignorowała uwagę dotyczącą Suri i doceniła fakt, że Nyphron
nie pociągnął tematu. Mógł to zrobić. Miał pełne prawo. Może jej mąż nie
widział sensu w podążaniu tą ścieżką. Oboje wiedzieli, że to była wina
Persefony. To ona dostarczyła mistyczkę fane'owi.
Nyphron, który siedział na jednym z miękkich krzeseł, wstał i popatrzył
na północ.
- W tej chwili nic nie powstrzymuje fane'a przed podejściem na obrzeża
naszego obozu i stworzeniem smoka na naszym progu. Gdyby tak się stało...
- Bezradnie załamał ręce. - To byłby nasz koniec.
- Więc co zrobimy? - spytał Edgar.
Nyphron zwrócił się w stronę żołnierza.
- Czy ktokolwiek tam został? Jacyś obrońcy?
- Nie jestem pewien. Od razu odeszliśmy. Możliwe, że niektórzy znad
rzeki uciekli albo akurat nie było ich w obozie. Jeśli tak, to zapewne
przyjdą tutaj.
- Będziecie musieli wrócić do lasu.
Edgar sprawiał wrażenie zaszokowanego.
- Harwood płonie.
- To nie mój problem.
- Nie mogą walczyć z Gilarabrywnem - wtrąciła się Persefona.
Nyphron przeniósł na nią uwagę.
- Edgar i jego Techylorowie żyją, ponieważ smok Lothiana ma ograniczony
zasięg, tak samo jak nasz. Muszę się dowiedzieć, ile wynosi ten zasięg,
i nie dopuścić, by fane zgromadził oddziały po naszej stronie Nidwalden.
Ta armia nie będzie niczym ograniczona. Ale przede wszystkim muszę się
upewnić, że żaden z Miralyithów nie ucieknie z tego lasu. Nie możemy ich
do siebie dopuścić.
- Będziemy potrzebować więcej ludzi - odrzekła Persefona. - Wezwę
posiłki. Ilu potrzebujesz żołnierzy?
- Wszystkich - odparł Nyphron.
- Naprawdę jest tak źle?
- Możemy liczyć tylko na naszą przewagę liczebną. Owszem, jest fatalnie.
Prawdę mówiąc, powinniśmy jak najszybciej zwinąć obóz. - Zawahał się,
jakby te słowa były trujące. - Musimy się wycofać. Posiłki dołączą do
nas w nowym punkcie zbornym.
- Jesteś pewien? - spytała Persefona.
- Nie możemy dłużej utrzymać tej pozycji. Powinniśmy wycofać się na
granice zasięgu naszego smoka. Alon Rhist od Merredydd dzieli mniej
więcej taka sama odległość jak od tego miejsca, więc smok powinien być w stanie do nas dołączyć. Tak się stanie?
- Nie jestem pewna. Suri kontrolowała go po drodze, ale... - Persefona się
zawahała. Nawet teraz. Te słowa były wypalone w jej sercu. - Tak, myślę,
że za nami podąży.
- Dobrze. - Nyphron pokiwał głową i z namysłem powiódł wkoło wzrokiem.
- Ale co nam da odwrót? - spytał Edgar. - Czy po prostu nie odwleczemy
tego, co nieuniknione?
- Nie - odrzekła Persefona. - Za stworzenie smoka trzeba zapłacić
straszliwą cenę. Każdy kolejny może osłabiać morale sił fane'a. -
Popatrzyła na Nyphrona. - Stojąc przed tak trudnym wyborem, może zacząć
dążyć do pokoju.
- Myślę, że ta możliwość jest już wykluczona - odparł Nyphron. -
Edgarze, dokończysz posiłek po drodze. Zbierz swoich ludzi, żołnierzy z innych obozów oraz połowę naszych rezerwistów. Wyślij gońca z codziennym
raportem dotyczącym liczby Fhreyów po naszej stronie rzeki. Nie
wypuszczaj ich spomiędzy tych drzew, chyba że stworzą kolejnego smoka.
- A jeśli to zrobią?
- Wycofaj się i dołącz do posiłków.
- Tak jest. - Edgar zasalutował, chwycił garść jedzenia i wyszedł z namiotu.
Po jego wyjściu zapadła długa cisza. Persefona nie miała ochoty wracać
do tego tematu, ale musiała spytać.
- Ona nie żyje, prawda?
- Suri? - upewnił się Nyphron. - Tak sądzę. Nie mieli powodu, by
zachować ją przy życiu, skoro przekazała im to, co miała
najcenniejszego.
Persefonę najbardziej uderzyła nie treść jego słów, ale rzeczowy ton,
jakim je wypowiedział.
- Wolałabyś, żebym cię okłamał?
Pokręciła głową.
- Nie.
Nyphron nie był najgorszym mężem, ale nie był też najlepszy. Reglan miał
wiele wad, ale przytuliłby Persefonę do piersi, objął ją i pozwolił jej
się wypłakać. Rozumiał, że tego potrzebowała. Fhrejowie, za których
wychodziła, nie mieli pojęcia o takich rzeczach. To nie była wina
Nyphrona; podobne zachowania po prostu nie leżały w jego naturze.
Nieświadomie wbiła wzrok w miecz z czarnego brązu wiszący na środkowej
podporze namiotu.
Ptaki latają, ryby pływają, pomyślała. Po chwili namysłu uświadomiła
sobie, że kaczki potrafią jedno i drugie.
- Widzę, że myślisz o tym samym, co ja - odezwał się Nyphron.
Persefona bardzo w to wątpiła.
- A o czym ty myślisz? - spytała, odwracając się w jego stronę.
Wskazał ostrze, na które patrzyła.
- Nie powinniśmy tutaj trzymać tego miecza. Może nam zaszkodzić.
- Jak to?
- Siły fane'a już nie są zablokowane, a to jedyna broń, którą można
zabić smoka Suri, czyż nie?
Persefona zdziwiła się, że Nyphron o tym wie. Nigdy nie rozmawiali na
ten temat.
- Tak. Symbole na ostrzu to jego imię. To węzeł, który podtrzymuje
splot. Jeśli wbije się w ciało Gilarabrywna, przełamie zaklęcie, a istota zniknie.
- Właśnie. Dlaczego więc ktoś z ludzi fane'a nie miałby go ukraść, by
zniszczyć naszą najsilniejszą obronę?
- Po pierwsze, musiałby zdawać sobie sprawę z istnienia takiej broni. Po
drugie, musiałby wiedzieć, że to ja ją posiadam. Po trzecie, musiałby
podejść wystarczająco blisko, by z niej skorzystać, a Gilarabrywn raczej
na to nie pozwoli. Malcolm wręczył mi ten miecz, by Suri nie musiała
osobiście odesłać smoka, ale kiedy teraz o tym myślę...
- Tak?
- Może wiedział, że Suri już z nami nie będzie, i właśnie dlatego mi go
przekazał. Powiedział, żebym go pilnowała. Nie spytałam dlaczego.
Ostatnio zaczęłam podejrzewać, że Malcolm jest widzącym i potrafi
przewidywać przyszłość, tak jak Tura czy Suri. Wie wiele rzeczy, których
nie powinien wiedzieć.
Nyphron westchnął.
- Nie trać czasu na próby zrozumienia Malcolma. Jest zagadką, ale
zapewniam cię, że kryje się w nim więcej, niż wydaje się na pierwszy
rzut oka. Powinnaś przynajmniej ukryć to ostrze. Losy wojny się
odwróciły, Persefono. Musimy zachować ostrożność i wykorzystać każdą
przewagę, w przeciwnym razie przegramy.
Pokiwała głową i jeszcze raz zerknęła na miecz. Połyskiwał w świetle
wczesnego poranka.
- Zapytam o niego Malcolma.
- Cudownie - odrzekł Nyphron z sarkazmem. - A przy okazji spytaj, jaka
będzie pogoda w Merrydydd.
Rozdział trzeci. Ratowanie Moyi
Rozdział trzeci
Ratowanie Moyi
Jeśli umieranie czegoś mnie nauczyło, to tej prostej prawdy, że
niezależnie od tego, jak nieciekawe, straszne czy trudne wydaje nam się
nasze życie, sprawy zawsze mogą przybrać gorszy obrót - i zbyt często
właśnie tak się dzieje.
Księga Brin
Moya zobaczyła, jak most pęka i spada.
Bankor przyniósł ją do królowej, a teraz unieruchomił ją jakiś potężny
mężczyzna, a może nawet niewielki olbrzym. Chwycił ją od tyłu, więc
wiedziała jedynie, że cuchnął potem i krwią. Ściskał ją tak mocno, że
sprawiał jej ból. Nie pozwalał jej uciec, ale zarazem nie dopuścił, by
spadła z walącego się mostu. Przed chwilą królowa zapytała ją, kto ma
klucz, a Moya próbowała powstrzymać się przed udzieleniem odpowiedzi,
ale to przypominało wstrzymywanie oddechu. Chociaż bardzo chciała
wytrwać, w końcu musiała zaczerpnąć powietrza. Rozczarowało ją, jak
niewiele czasu potrzebowali, by ją złamać - niecałą minutę. Ale dopiero
upadek z mostu sprawił, że ugięły się pod nią nogi.
Widziała, jak spadli. Najpierw Roan, potem Brin, Gifford i wreszcie Tesh
oraz Tressa. Szlak prowadzący do wrót Alysinu został zniszczony, a klucz
na zawsze znalazł się poza zasięgiem. Moya zawiodła Persefonę i całą
ludzkość, a przy okazji straciła przyjaciół. Jakimś sposobem nadal
istniała, ale oni zniknęli. To nie miało sensu. Przecież stała na ich
czele.
To wszystko moja wina. Jestem odpowiedzialna. Jak to możliwe, że wciąż
tu jestem, a oni odeszli? Nie powinno tak być.
Po raz pierwszy poczuła się naprawdę martwa.
Dłonie, które ją przytrzymywały, rozwarły się i upadła na kamienie na
skraju odłamanego jęzora mostu. Siedziała oszołomiona, wpatrując się w wyrwę na środku.
Oni nie umarli. Nie mogli umrzeć. To niemożliwe, kiedy już się jest w Phyre.
Otrząsnęła się z koszmaru i rozejrzała. Królowa zniknęła, podobnie jak
ohydne bankory oraz Orr. Wszędzie wokół Moyi rozpraszały się armie.
Ludzie, Fhrejowie, karły, olbrzymy i gobliny rozchodzili się w ciszy.
Nikt się nie śmiał ani nie wiwatował. Melen i kilku innych nieśli
zmasakrowane ciała Gatha i Brana. Większość poległych pozostała na
swoich miejscach. Wokół leżały setki ciał. Feneliusa pomagała iść
kulejącemu Mideonowi.
- Co się dzieje?! - zawołała do nich Moya.
Feneliusa się na nią obejrzała.
- Przegraliśmy.
- Więc to już koniec? Wszyscy po prostu wracają do domu?
- Tak. Tutaj tak to wygląda.
- Właśnie. Tutaj tak to wygląda.
- Ale... nie, to nie może być koniec. Musimy ich wydostać. Moich
przyjaciół, którzy spadli. Musimy coś zrobić.
Feneliusa pokręciła głową.
- Niemożliwe. To rzeczywiście już koniec i jak zwykle nie miało to
żadnego celu. Właśnie dlatego przestałam uczestniczyć w tych próżnych
aferach. Wróciłam tylko ze względu na ciebie. Tym razem miało być
inaczej. Beatrice powiedziała, że ty i twoi przyjaciele jesteście
wyjątkowi. - Feneliusa westchnęła i ponownie pokręciła głową. - Myliła
się.
Fhrejka pomogła Mideonowi ruszyć w dalszą drogę.
- To nie koniec! - zawołała za nią Moya. - Musi istnieć jakiś sposób, by
im pomóc.
- Nie ma żadnego. - Głos Feneliusy zabrzmiał ostatecznie jak trzaśnięcie
zamykanych drzwi.
- Wróć z nami, Moyu - zaproponował Mideon słabym głosem. - Napijemy się
i odpoczniemy, a jutro wszystko będzie wyglądało lepiej. Jak zawsze.
Moya obejrzała się na ziejącą gardziel Otchłani.
Nie, nie mogę tak ich zostawić.
Wstała.
Nie odejdę i ich nie porzucę.
Zbliżyła się o krok do krawędzi.
- Moyu? - odezwał się Deszcz. Stał gdzieś za jej plecami.
- Daj mi spokój, Deszczu.
- Ale Moyu... tam. Popatrz.
Zdawała sobie sprawę, że kopacz zna jej zamiary. Powstrzymał Gifforda
przed rzuceniem się z mostu, a teraz chciał przeszkodzić także jej. Nie
zamierzała na to pozwolić, ale coś w tonie jego głosu sprawiło, że się
obejrzała.
Karzeł wskazywał stertę ciał tuż przed mostem. To były ofiary potężnego
topora Mideona i młotów Melena. Królowa pozostawiła kilkanaście ciał
swoich poddanych. Jedna twarz rzuciła jej się w oczy.
- Tekchin! - Moya podbiegła i padła na kolana. - Deszczu, pomóż mi!
Razem zepchnęli zwłoki z Instarya, a wtedy ich oczom ukazał się paskudny
widok.
Tekchin walczył dzielnie. Nie padł od pojedynczej rany. Moya widziała
zaszlachtowane świnie w bardziej nienaruszonym stanie. Stracił rękę,
miał niemal odciętą głowę oraz głębokie rany na piersi i udach. Ostrza
przecięły jego zbroję, jakby była uszyta ze szmat. Uwolnienie go ze
sterty trupów nie było łatwe. Bali się, że rozerwą jego ciało na
strzępy.
- Tekchin! Tekchin! - Moya szlochała, a łzy niemal ją oślepiły. -
Deszczu, pomóż mi!
Karzeł był przy niej. Znalazł kawałek materiału z jakiegoś sztandaru.
Rozłożyli go i ostrożnie umieścili na nim Tekchina.
- Teraz możemy pociągnąć - rzekł Deszcz. - Nic mu nie będzie. Trochę to
potrwa, ale dojdzie do siebie.
Moya wciąż płakała, ale pokiwała głową.
- Wydobrzeje szybciej i będzie mniej cierpiał, jeśli będziesz przy nim -
powiedziała Beatrice.
Niewysoka białowłosa widząca siedziała na kamiennej półce w odległości
kilku metrów. Zapewne była tam od początku, ale zobaczyli ją dopiero,
gdy tłum się przerzedził.
Moya splunęła na ziemię.
- Wiedziałaś, że tak się stanie. Właśnie tego nie chciałaś nam
powiedzieć.
- Tak - przyznała Beatrice.
- Prosiłaś, żebyśmy ci zaufali.
- Nie skłamałam. Mówiłam, że sprawy przybiorą bardzo zły obrót, a potem
wszystko jeszcze bardziej się pogorszy. To szczera prawda, nie uważasz?
- Ale ukryłaś to przede mną. Dlaczego?
Karlica wstała i popatrzyła na pęknięty most.
- Ponieważ nigdy byś nie przyszła, gdybyś znała cenę, a zwłaszcza
wiedziała, że to oni ją zapłacą, a nie ty. Zabrałabyś klucz i kazała
reszcie bezpiecznie zaczekać w zamku. Bardzo by się sprzeciwiali,
krzyczeli i płakali, ale ostatecznie postawiłabyś na swoim, a wtedy
królowa zdobyłaby klucz, bramy Phyre stanęłyby otworem, a wasza wojenka
nad rzeką Nidwalden poszłaby w niepamięć i zastąpiłby ją nowy konflikt,
niewyobrażalnie potężny i straszliwy. Wiem, o czym mówię. Widziałam to
setki razy. Glorok to centrum labiryntu, gdzie spotykają się wszystkie
ścieżki. Nie da się tego uniknąć. Przynajmniej na razie.
- Skoro nie da się tego uniknąć, to dlaczego nie mogliśmy wybrać takiej
wersji wydarzeń, w której oni nie musieliby spaść?
- Ponieważ potrzebujemy nowych ścieżek i możliwości.
Moya ponownie splunęła i otarła nos.
- Położyłaś na szali moich przyjaciół, wieczność ich dusz.
Beatrice odwróciła się w jej stronę.
- To nie jest gra, Moyu, a ty wciąż masz swoją rolę do odegrania, więc
nie mogę powiedzieć ci nic poza tym, że Tekchin cię potrzebuje. Miłość...
świadomość, że ktoś się o ciebie troszczy... to potężny lek, zarówno w Elan, jak i tutaj. Daje nadzieję, a to niesamowita siła.
Rozdział czwarty. Tracąc światło
Rozdział czwarty
Tracąc światło
Bardzo często najbardziej mylimy się co do tego, czego jesteśmy
najbardziej pewni, a to może wszystko zmienić.
Księga Brin
Gifford wędrował pośród popękanych skał pokrytych warstwami
skrystalizowanego szronu. Każdemu jego krokowi towarzyszył stanowczy
chrzęst.
Za głośno, pomyślał, chociaż sam nie wiedział dlaczego.
Otchłań była odludna, opuszczona i przygnębiająca. W porównaniu z nią
Dureya, z jej kruchymi trawami i przestworzami pełnymi obłoków, była
rajem życia i piękna. Gifford bez celu wałęsał się po otwartej równinie
pomiędzy dwoma urwiskami. Szukał pomocy w miejscu, w którym zapewne nie
można było jej znaleźć. Czuł się ociężały i powolny. Poza tym biodro
wciąż go bolało po upadku. Kontuzja coraz bardziej się pogłębiała. A może nie docenił pierwotnych obrażeń? Chodzenie sprawiało mu ból i wyraźnie go męczyło, przynajmniej w porównaniu z tym, jak dotychczas
czuł się po śmierci. Po trzydziestu latach życia i tak była to mało
znacząca niedogodność, zwłaszcza w świetle tego, że nie był w stanie
pomóc Teshowi ani Tressie. No i była także Roan, której brak czynił go
jeszcze bardziej zdesperowanym. Odkrył, że Otchłań jest krainą
beznadziei.
Kiedy zszedł na niższą skalną półkę, poczuł ukłucie bólu w biodrze.
Rozmasował bolesny skurcz i odczucie zniknęło.
Nie mam ciała, przypomniał sobie. Sam sprawiam sobie ten ból. To zmusiło
go do postawienia nowego, oszałamiającego pytania: Dlaczego Tressa i Tesh tak bardzo ucierpieli na skutek upadku?
Przypominali obrzydliwe zapadnięte namioty. Chociaż wiedzieli, że nie
mają ciał, nurzali się w bólu i cierpieniu. Gifford wspiął się na
kolejną półkę i ponownie poczuł ukłucie w biodrze.
Nie mogę pozbyć się wrażenia, że rana staje się coraz bardziej dotkliwa.
Ta świadomość go niepokoiła. Co to oznacza? Wygląda na to, że sami
jesteśmy swoimi najgorszymi wrogami.
Jakiś dźwięk.
Usłyszał go albo tylko mu się wydawało.
Zatrzymał się i wytężył słuch. Wbił wzrok w ciemność i próbował sprawić,
by odgłos znów się rozległ.
Nic. To tylko pobożne życzenia.
Ale z braku innych odczuć otworzył się na nadzieję, wyobraził sobie, że
dźwięk dobiegł od strony pobliskiej skalnej ściany i odbił w jej stronę.
Jego oczom ukazały się pionowe pęknięcia, niczym blizny na ciemnoszarym
kamieniu - ślady pazurów jakiejś olbrzymiej bestii. Kiedy zbliżył się do
podnóża rozpadliny, usłyszał głosy, a raczej jeden głos.
Coś jest w środku.
Zdawał sobie sprawę, że pomyślał "coś", a nie "ktoś". Przypomniał sobie,
jak Brin opowiadała mu o raowie, którego słyszała w Alon Rhist, a on z całą pewnością nie był osobą. Ale w tym nowym świecie wszystko było
możliwe. Tylko wizja zmasakrowanych ciał Tesha i Tressy oraz ich wołania
o pomoc skłoniły go do zagłębienia się w szczelinie. Wszedł powoli,
pozwalając, by bijące od niego światło odsłoniło tajemnice wnętrza.
Wejście było wąskie, ale szczelina robiła się coraz szersza. Zatrzymał
się, żeby posłuchać. Żadnego dźwięku. Może się pomyliłem? Jaskinie
zazwyczaj były puste. Odgłos był taki delikatny.
Myliłem się. To Otchłań. Nie ma w niej niczego poza pustką.
- Byłaś niegrzeczną dziewczynką, prawda? - Głos dobiegł z głębi jaskini.
- Bardzo, bardzo niegrzeczną.
Znam ten głos!
- Otrułaś tatusia. Nakarmiłaś mnie czymś paskudnym i patrzyłaś, jak
umieram z pianą na ustach, niczym jedna z owiec Gelstona. Nie dziwię
się, że tutaj trafiłaś. Bogowie nie wybaczą takiego zabójstwa.
Matko Wszechrzeczy, tylko nie on! Ale z kim rozmawia? Gifford znał
odpowiedź, chociaż odpychał ją i nie dawał jej prawa istnienia. Nie! Nie
ona! Nie z nim! Pośpiesznie wszedł do jaskini, a jego światło odsłoniło
prawdę.
Iver Snycerz stał pochylony w niewielkiej komorze. Był miękki, gruby i tłusty. Gifford nigdy wcześniej tego nie zauważył, ale teraz, widząc tę
nalaną twarz, workowate policzki i podwójną szyję, zdał sobie sprawę, że
Iver jako jedyny w dahlu aż tak się zaokrąglił. To nie była zwykła
otyłość. Wyglądał jak świeczka, która stopiła się na słońcu.
Iver pochylał się nad czymś, co leżało na ziemi.
- Jak się miewa moja córeczka, co? - zagruchał.
Córeczka?
Iver zauważył światło i się odwrócił. Woskowy człowiek był ubrany w szmaty, pozostałości dawno zapomnianej tuniki. Poszarpane nitki, cienkie
jak pajęcza sieć, falowały niczym długie włosy pod wodą. Ślina lśniła na
dolnej wardze mężczyzny, a malutkie oczka były wytrzeszczone z radości.
Kiedy Iver się poruszył, Gifford wstrzymał oddech.
U jego stóp leżała Roan. Nie poruszała się, tylko lekko drżała, a z jej
ust wydobywały się jęki.
Jaskinia w jednej chwili urosła, gdy zapłonął gniew Gifforda.
- Zostaw moją żonę!
- Gifford? Gifford... Kaleka? - Iver cofnął się oszołomiony.
Gifford nie miał na sobie zbroi ani nie dzierżył miecza, ale to nie
miało znaczenia. Zaszarżował z furią i uniesioną pięścią.
- Powiedziałem, żebyś ją zostawił!
Cichy garncarz z dahlu Rhen dygotał, ale nie z zimna. Miał szeroko
otwarte oczy i mocno zaciśnięte zęby.
Iver się skulił.
- Jeśli jeszcze raz ją tkniesz, znajdę kamień i przez całą wieczność
będę ci roztrzaskiwał czaszkę! Rozumiesz? - wrzeszczał Gifford. - Czy
mnie rozumiesz, ty chory sukinsynu? Trzymaj się od niej z dala!
Iver zniknął w mrocznych zakątkach jaskini, a Gifford delikatnie
podniósł Roan. Kobieta nie przestawała płakać, gdy niósł ją do wyjścia.
- Nie idź tam - odezwał się Iver z cieni. - Tam nie jest bezpiecznie.
Światło... znajdą cię.
Roan zadrżała, gdy usłyszała jego głos.
- Już dobrze, Roan - wyszeptał Gifford. - Jestem przy tobie. On już
sobie poszedł. Nigdy więcej cię nie dotknie. Obiecuję. Jeśli spróbuje,
rozszarpię go gołymi rękami, klnę się na Etona i Elan.
***
Kiedy Gifford zaniósł Roan do pozostałych, sytuacja wyglądała już
odrobinę lepiej. Tesh i Tressa wciąż leżeli połamani na zmrożonej ziemi,
ale nieco doszli do siebie. Głowa Tesha już nie była zmiażdżona, a jedynie wyglądała jakby ktoś obił ją tęgim kijem. Wciąż brakowało mu
zębów i miał przekrzywiony nos, ale jego szczęka odzyskała sprawność.
Tressa wyglądała dużo gorzej. Mimo to przewróciła się na bok, a jej
poskręcane kończyny ułożyły się mniej więcej we właściwych miejscach.
Oboje mogli mówić.
- Znalazłeś Roan - odezwał się Tesh. Lekko przekrzywił głowę, próbując
na nich popatrzeć. Poruszał szczęką, lecz miał słaby, drżący głos.
Gifford pokiwał głową i położył Roan obok Tressy. Chciał się cofnąć, ale
Roan chwyciła go za rękę z zaskakującą siłą.
- Nie zostawiaj mnie.
- Nigdzie się nie wybieram - zapewnił ją. - Powinnaś już wiedzieć, że
nigdy cię nie zostawię.
Roan mimo wszystko mocno go objęła.
- Tak się bałam.
- Gdybym mógł go dla ciebie zabić, zrobiłbym to.
- Kogo? - spytał Tesh.
- Ivera Snycerza.
- Iver tutaj jest? - spytała Tressa i skrzywiła się z wysiłku.
Gifford nie potrafił ocenić, która rana sprawia jej największy ból. Była
tak pokiereszowana, że nie mógł na nią patrzeć.
- Zabrał Roan.
- A ty go znalazłeś? - Pomimo widocznego cierpienia Tressa zdołała się
uśmiechnąć. - Jak ci poszło?
- Nie musiałem niczego robić. Po prostu krzyknąłem.
- Naprawdę? Pozwoliłeś mu odejść?
Gifford wzruszył ramionami.
- Obchodzi mnie tylko Roan.
Odgarnął włosy z jej twarzy. Kiedy ją znalazł, wyglądała strasznie. Nie
tak źle jak Tressa, ale prawie. Miała siną twarz i krwawiła z kilkunastu
skaleczeń. Podobnie jak Tesh straciła kilka przednich zębów, miała
zmiażdżony nos i przekrwione oko. Teraz jej zęby wróciły na swoje
miejsce, oko wciąż było czerwone, ale powoli jaśniało, a nos miała tylko
posiniaczony. Podobnie jak pozostali dochodziła do siebie. Każde z nich
odzyskiwało dawną sprawność we własnym tempie. Roan wyprzedziła
pozostałych, a jej sińce błyskawicznie znikały.
- Wyglądasz już dużo lepiej - powiedział ze łzami w oczach.
- To ty pomagasz mi wrócić - wyszeptała drżącymi ustami.
- Wiesz, gdzie jest Brin? - spytał Tesh nieco pewniejszym głosem. -
Widziałeś gdzieś jej ślady?
Gifford pokręcił głową.
- Niczego nie widziałem. Nie znalazłbym Roan, gdybym nie usłyszał głosu
Ivera. Zaciągnął ją do jaskini. - Gifford popatrzył na twarz żony. -
Skrzywdził cię?
Roan pokręciła głową. Nie potrafiła oderwać od niego wzroku nawet na
chwilę.
- Nie zdążył. Było mu trudniej mnie nieść niż tobie. Stracił wszystkie
siły. Dziękuję, Giffordzie. Dziękuję. Tak się bałam. Zupełnie sama... z nim.
Roan zadrżała.
- Kocham cię - odrzekł Gifford. - Zawsze cię kochałem i nigdy nie
przestanę.
Roan się uspokoiła, jakby jego słowa miały magiczną moc. Otarła łzy i usiadła o własnych siłach. Potem uśmiechnęła się do niego.
- Jesteś moim bohaterem.
Słysząc te słowa i widząc jej radosną minę, Gifford uświadomił sobie, że
już nie czuje bólu. Kłucie w biodrze ustało i poczuł się dziwnie lekki.
- Stałeś się jaśniejszy - zauważyła Roan. Uważnie mu się przyjrzała. -
Twoje światło... płonie mocniej niż wtedy, gdy mnie znalazłeś.
Wzruszył ramionami.
- Pewnie ty też pomagasz mi wrócić.
- To dobrze - odezwała się Tressa. - Strasznie tutaj ciemno...
gdziekolwiek jesteśmy.
Roan popatrzyła w stronę nieobecnego nieba.
- Czy ktoś jeszcze spadł?
- Brin - odrzekł Tesh. Stęknął, z trudem podnosząc głowę. - Ale jestem
ociężały. Ledwo mogę się ruszać.
- Jak pod wodą - stwierdziła Roan. - Im głębiej nurkujesz, tym większy
ciężar na ciebie napiera.
Podnieśli wzrok i pokiwali głowami, jakby widzieli ten ciężar.
- Myślę, że właśnie to poczuli Tressa i Tesh tam na górze - wskazała
Roan. - Ale tutaj jest jeszcze gorzej. Wprost strasznie. Czujesz to,
prawda, Giffordzie?
Wzruszył ramionami.
- Trochę. Wcześniej było gorzej. Teraz jestem tylko trochę ociężały.
- Ciekawe, co się stało z Brin - odezwał się Tesh. - Myślisz, że ten
Iver mógł coś jej zrobić?
- Nie widziałem jej - odrzekł Gifford. - Uwierz mi, że gdybym ją
spotkał, na pewno też bym ją tutaj sprowadził.
- Oczywiście, nie chciałem powiedzieć... - Tesh przełknął ślinę, a Gifford
pomyślał, że być może ma usta pełne krwi. - Po prostu się boję.
- Zaufaj mi, rozumiem cię.
Roan pokręciła głową.
- Brin tam nie było. Tylko ja i Iver. Zachowywał się tak, jakbym była
prezentem zesłanym przez bogów. Nie mogłam się poruszyć. Nie mogłam
mówić. - Zadrżała.
- Teraz jesteś bezpieczna ze mną. Już nie jestem kaleką. I chociaż może
nie będę w stanie zabić tego starego drania, to jeśli kiedykolwiek
będzie ci groził, sprawię, że tego pożałuje.
- Nie boję się - odpowiedziała, po czym ponownie przyciągnęła go do
siebie i położyła głowę na jego ramieniu. - Po prostu... tutaj jest tak
zimno.
Znów zadrżała, a jej odczucia zaczęły się udzielać pozostałym. Tressa
zadygotała, a po chwili dołączył do nich Tesh.
- Rzeczywiście jest zimno. - Gifford się rozejrzał, szukając
rozwiązania, ale zobaczył tylko niekończącą się popękaną równinę,
piwnicę świata. - Może powinniśmy rozpalić ognisko.
Wystraszona Roan szerzej otworzyła oczy.
- Królowa raczej nas tutaj nie dopadnie - uspokoił ją Gifford. Uniósł
wzrok, ale niczego nie zobaczył: ani królowej, ani bankorów, ani nawet
szczytu rozpadliny. Wszystko poza zasięgiem jego światła wyglądało
identycznie: kryło się w ciemności. - Nikt nas nie znajdzie.
Roan pokręciła głową.
- Nie ma tutaj niczego do spalenia.
- Niczego nie potrzebujemy. To nie jest prawdziwy ogień.
Roan przygryzła drżącą dolną wargę. Popatrzyła na niego z niepokojem.
- Nie wiem, jak to zrobić bez drewna. - Sprawiała wrażenie zmartwionej,
że go zawiodła.
- Nic nie szkodzi. Nawet nie wiem, czy tutaj da się rozpalić ognisko.
Otchłań sprawiała wrażenie bardzo osobliwego miejsca, zapomnianego
zakątka zaświatów, i nie wiedzieli, co działa, a co nie działa na samym
dnie świata. W Relu i na górnych poziomach Nifrelu ludzie byli w stanie
wykorzystywać eshim do kształtowania otoczenia zgodnie ze swoimi
pragnieniami, ale to miejsce było jak czarne płótno... a raczej jak rama.
Gifford wyobrażał sobie, że całe Phyre przypominało Otchłań, gdy
pojawili się pierwsi umarli. Ciężar i ciśnienie nie były aż tak
przytłaczające na wyżej położonych obszarach, dzięki czemu Ferrol czy
Drome mogli nagiąć te miejsca do swojej woli. Ale w głębinach Otchłani
ich wola była stłamszona, a eshim był rzadkością. Nie byli w stanie
wpływać na krajobraz.
- To nie ogień jest problemem. Źle do tego podchodzimy. Tak naprawdę
wcale nie jest nam zimno. Potrzebujemy idei ciepła.
- Jest mi cieplej przy tobie - przyznała Roan.
Pokiwał głową.
- To jak studnia w wiosce Rhenów w Relu. Więcej ludzi to więcej eshim.
Roan popatrzyła na otwarty teren.
- Zimno nie jest prawdziwe, ale jego idea owszem. Myślimy, że marzniemy,
ponieważ tak wygląda nasze otoczenie. Na tej zmrożonej ziemi przychodzą
nam do głowy tylko lodowate myśli.
- Jeśli znajdziemy schronienie, coś przytulnego, jak jaskinia Ivera, być
może wyobrazimy sobie, że ogrzewamy się nawzajem. Myślę, że to nam
pomoże. Potem znajdziemy jakiś sposób, by się stąd wydostać.
Gifford rozważał wypędzenie Ivera z jego jaskini, ale podejrzewał, że
Roan może znieść ponowną wizytę w tym miejscu gorzej niż siedzenie pod
gołym niebem.
- Wydostać? - spytała oszołomiona Tressa.
- Spadliśmy - odparł Gifford. - To chyba logiczne, że możemy się wspiąć?
- Nie sądzę.
- No dobrze, w tej chwili nic nie wydaje się możliwe, ale kiedy już
znajdziemy schronienie, poczujemy się lepiej. Roan, możesz chodzić?
- Tak myślę. - Zgięła nogi i dźwignęła się na kolana. - Myślę, że dam
radę.
Gifford popatrzył na Tesha.
- Nigdzie się nie wybieram. - Mężczyzna wciąż leżał na kamieniu.
Gifford nawet nie pytał Tressy. Wyglądała jak worek pełen połamanych
patyków. Nie był w stanie nieść ich wszystkich.
To nie ma sensu, pomyślał.
- Giffordzie? - odezwała się Roan. - Co się stało? Twoje światło...
ponownie przygasa.
- Wybacz... nie wiem, dlaczego tak się dzieje.
- Nadzieja - odpowiedziała. - Może wiara. Z pewnością to ona daje nam
moc, żebyśmy bronili się przed mrokiem.
- Naiwny optymizm - odezwała się Tressa. - W ogóle go nie rozumiem. -
Popatrzyła na Gifforda, nie była jednak w stanie dźwignąć głowy. -
Wiodłeś żałosne życie, pluli na ciebie wszyscy, nawet bogowie... Nie, oni
przede wszystkim. Żyłam lepiej od ciebie... przynajmniej przez jakiś czas.
A potem trafiło ci się kilka nieco mniej fatalnych lat i nagle jesteś
rozpromieniony jak słoneczko. Jak to możliwe?
- Mam Roan - odpowiedział. - Oraz bardzo niewielkie oczekiwania.
Niewiele trzeba, żeby mnie uszczęśliwić.
- Ale nie jesteś szczęśliwy - zauważyła Roan. - Twoje światło stale
słabnie. Co się dzieje?
Gifford próbował siłą woli zapłonąć jaśniej, niestety bezskutecznie.
- Nie wiem, co mam robić. Wszyscy jesteście ranni. Chcę wam pomóc, ale
nie wiem jak. Czuję się... trochę przytłoczony i bardzo się boję.
- Ściągamy cię ze sobą w dół - stwierdziła Roan.
Światło Gifforda jeszcze przygasło.
- Nie jesteś dla mnie ciężarem, Roan.
- Ale na pewno nie wsparciem - wtrąciła Tressa.
Tesh, który próbował przetoczyć się na bok, w końcu dał za wygraną. Roan
także oparła się na łokciach.
Tracę ich, pomyślał Gifford, a jego światło znów osłabło.
- Giff... odzie - wykrztusiła Roan, mocno go ściskając. - Niee poaawaj
się. - Mówiła bełkotliwie. Coś było nie tak z jej ustami. Przednie zęby
- znów je straciła!
Gifford poczuł przypływ zimna. Zadrżał, a jego światło, niegdyś mocne
jak latarnia pośród nocy, upodobniło się do przygasającej świeczki. Czuł
przytłaczający ciężar, który wgniatał go w oszronioną ziemię.
Objął i z całych sił uściskał Roan. Wciąż czuł odrobinę ciepła, dopóki
była przy nim.
- Kocham cię - powiedział, licząc na to, że magia ponownie zadziała.
Roan podniosła wzrok i uśmiechnęła się, ukazując idealne zęby.
Tressa, która leżała z policzkiem na zmrożonym gruncie i wpatrywała się
w dal, wyszeptała:
- Co to takiego, na Phyre?
W oddali pojawiło się jakieś światło - oślepiający rozbłysk tuż nad
horyzontem.
- Jak gwiazda zaranna - wyszeptała Roan.
"Nie idź tam", ostrzegł go Iver. "Tam nie jest bezpiecznie. Światło...
znajdą cię".
- Robi się większe. - Gifford mocniej przytulił Roan, aż w końcu
wystraszył się, że zrobi jej krzywdę.
Ze strachem spoglądali na stale rosnącą światłość, wstrzymując oddech.
Leżeli na jej drodze.
Kim oni są? - zastanawiał się Gifford.
Po chwili uświadomił sobie, że to nie oni, ale ona, i że jest
olśniewająca.
***
- Tesh! - zawołała Brin, podbiegając do nich.
Znalezienie kogokolwiek w Otchłani graniczyło z cudem, a fakt, że
znalazła akurat jego, niezwykle ją uradował. Z drugiej strony to było
ostatnie miejsce, w jakim chciałaby zobaczyć Tesha.
Wyglądał strasznie, zmasakrowany, poraniony, rozciągnięty na twardej
ziemi. Tressa wyglądała jeszcze gorzej. Roan prezentowała się nieco
lepiej, a Gifford robił najlepsze wrażenie, ale żadne z nich nie było w dobrej formie.
- Żyjecie... - Brin się zreflektowała. - Nic wam nie jest.
Tesh osłonił oczy dłonią.
- Brin?
Podeszła bliżej i zobaczyła, jak na jego posiniaczonej twarzy
zaskoczenie ustępuje miejsca euforii.
- To ja - potwierdziła.
- Jesteś cała.
- Nic mi nie jest. No cóż... - Obejrzała się przez ramię. - Goniły mnie te
straszydła, ale chyba je zgubiłam. Nie są zbyt szybkie, w odróżnieniu
ode mnie. Mam nadzieję, że kiedy zniknęłam im z oczu, zatrzymały się.
Ale nawet jeśli nie, to będą potrzebowały roku, żeby dotrzeć tak daleko.
Tesh powoli oderwał dłonie od ziemi. Dygotał z wysiłku, ale zdołał
dotknąć jej twarzy. Delikatnie przyciągnął ją do siebie i się
pocałowali. Całe jego ciało drżało.
- Tak mi przykro, Brin. Zawiodłem cię. Raithe błagał, żebym cię zabrał i znalazł jakieś spokojne miejsce, gdzie moglibyśmy zacząć nowe życie.
Pokazywał mi, jak należy żyć... naprawdę żyć. Byłem ostatnim z Dureyan, a przeze mnie... przez to, że nie posłuchałem człowieka, który był dla mnie
jak ojciec... mój cały klan przestał istnieć.
Łzy napłynęły do oczu Brin. Mężczyzna, który był taki pewny siebie i zaradny, teraz leżał przed nią, złamany i bezsilny. Nie potrafiła
wykrztusić ani słowa.
- To nie ma znaczenia, jeśli nie będziesz w stanie mnie kochać -
ciągnął, wypełniając ciszę. - Kocham cię i powinienem był się z tobą
ożenić. Powinienem był usłuchać Raithe'a, zabrać cię i mieć dzieci... -
Załamał mu się głos. Dał za wygraną i ją przytulił.
- Ja też cię kocham - wykrztusiła Brin. - Wciąż możemy mieć to wszystko,
czego pragnął dla nas Raithe, kiedy się stąd wydostaniemy.
- Jak możesz mnie kochać? Wiesz, co zrobiłem.
- Tak, wiem. Podążyłeś za mną w głąb stawu.
- Nie o tym mówię.
Uśmiechnęła się do niego.
- Kocham cię, Tesh. Nie proś, żebym to wyjaśniła. Po prostu tak jest.
- Nie rozumiem.
- Tesh, miłość do ciebie to nie jest moja decyzja. To nie jest wybór.
Może nie powinnam cię kochać, ale nic na to nie poradzę. Nie mam na to
wpływu.
- To nie ma sensu.
- Nie musi. Nie wszystko jest logiczne. Szalki nie muszą być w równowadze. Nie każdą krzywdę trzeba naprawić. Nie jestem taka jak ty,
Tesh.
- On także nie jest taki jak ty - odezwała się Tressa. - Jest idiotą.
- Być może - wtrącił się Gifford. - Ale przynajmniej stoi.
Rozdział piąty. Niewygodne córki
Rozdział piąty
Niewygodne córki
Nigdy nie wiadomo, kogo spotkamy - nawet gdy już go spotkaliśmy.
Księga Brin
Nie wiem, co jest ze mną nie tak.
Imaly czuła się fatalnie, a z każdym dniem było coraz gorzej.
Może jestem już na to za stara.
Ta myśl kołatała się jej w głowie od wielu dni, coraz hałaśliwiej
próbując przebić się przez domowe hałasy.
Rewolucja jest dla młodych, uznała Imaly, ale potem przypomniała sobie
tragiczny los Makarety i Aidena. Nie, to nieprawda. Młodzi są zbyt
głupi.
Chociaż mieli motywację, ambicję i niezachwianą wiarę w ideały, te
narzędzia im nie wystarczały. Kluczowym składnikiem, którego im
brakowało, było doświadczenie. Młodzi za mało widzieli, by rozumieć, jak
działa świat. Brali wszystko za dobrą monetę, ponieważ tak wyglądała ich
rzeczywistość, a to ograniczenie zamykało im wiele drzwi.
Osoby, które widziały tylko skrawek obrazu, wyciągają pochopne i niebezpieczne wnioski. Tylko powoli płynąc nurtem rzeki czasu, można
nauczyć się odróżniać to, co jest, od tego, co było, i szacować
prawdopodobieństwo tego, co może się wydarzyć. Takie porównanie zapewnia
mądrość i zrozumienie. Niektóre rzeczy są wieczne, inne można czasowo
zmienić, ale są także takie - bardzo nieliczne - które pozwalają na
zawsze odmienić świat. Nie warto poświęcać się dla tego, co niezmienne
lub przejściowe. Ale tak jak daltoniści, którzy stoją przed czerwonymi,
zielonymi i żółtymi drzwiami, młodzi nie potrafią dostrzec różnicy.
Dlatego to moje zadanie.
Imaly westchnęła.
Po drugiej stronie ściany ponownie rozległo się stukanie. Po stłumionych
krzykach zabrzmiał śmiech. Kiedy Suri się pojawiła, Imaly obawiała się,
że mistyczka i Makareta się nie dogadają, a taki konflikt wpędzi
Makaretę w jeszcze głębsze przygnębienie. Gdyby tak się stało, obie
Artystki byłyby bezużyteczne dla Kuratorki. Ale ku jej zaskoczeniu ich
tragiczna przeszłość zaowocowała więzami przyjaźni.
Imaly martwiła się także, że obecność Suri wzbudzi zainteresowanie
sąsiadów. Przyjęcie tak ważnej osoby do jej domostwa musiało zwrócić na
nią uwagę. Imaly miała koszmary, w których Fhrejowie z zewnętrznych
wiosek pukali do jej drzwi i prosili o spotkanie z Suri. Ale nic takiego
się nie stało. Nikt niczego nie chciał od "tej Rhunki", a odkąd fane
zaczął tworzyć smoki, wszyscy unikali Estramnadonu. Nawet mieszkańcy
miasta zamykali się w swoich domach, obawiając się pukania do drzwi.
Vidar stworzył pierwszego smoka i to niedaleko Avemparthy. Imaly często
się zastanawiała, jak wyglądała ich podróż. Czy rozmawiał ze swoją
siostrą? Wyjaśniał jej, że nie ma wyboru? A może cały czas płakał i prosił o wybaczenie? Suri wyjaśniła Imaly, co jest potrzebne, by "grać
głębokie akordy", dlatego nie mogło dziwić, że Rhunowie mieli tylko
jednego smoka.
Lothian pragnął mieć ich więcej.
Imaly o tym wiedziała, tak jak wszyscy. Właśnie dlatego mieszkańcy
Estramnadonu nie wychodzili z domów, tylko kryli się za zamkniętymi
drzwiami, licząc na to, że nikt do nich nie zapuka.
Jedyne dwie osoby, które nie obawiały się, że zostaną złożone w ofierze,
dokazywały za ścianą. Imaly bała się, że Suri i Makareta będą się
dogadywały jak woda z ogniem, ale okazało się, że mają na siebie kojący
wpływ. Ich niespodziewana przyjaźń cudownie podziałała na ponury nastrój
Makarety i stępiła ostrze nieufności, w które Jerydd wyposażył Suri, gdy
źle ją traktował.
Łup! Portret Gylindory Fane podskoczył i przekrzywił się na ścianie.
- Przestańcie! - wybuchła Imaly. - Cokolwiek robicie, przestańcie
natychmiast!
Kuratorka opadła na krzesło w rozświetlonym słońcem zakątku, z którego
rozciągał się widok na ogródek warzywny przysypany śniegiem.
- Wołałaś nas? - Makareta wyjrzała zza ściany z zawstydzoną miną. Miała
na sobie brudny fartuch.
Suri trzymała się z tyłu. Była ubrana w najlepszą asykę Imaly,
specjalnie dla niej skrojoną.
- Musicie burzyć mój dom? - Imaly wstała i wyprostowała obraz.
- My tylko...
- Nie obchodzi mnie, co robiłyście. Nie zniosę tego dłużej.
- Co się stało? - Makareta niepewnie się zbliżyła, a Imaly zauważyła, że
młoda Fhrejka ma młotek w dłoni.
Co one wyprawiają, na Ferrola?
- Nic - skłamała Imaly, tym razem dla wygody. Nie miała ochoty
tłumaczyć, że czuje się jak owoc winogrona, który wytłacza się, by
sporządzić wino. Członkowie Aquili tracili pewność siebie, a Vasek
również się wahał. Był jak kruchy kawałek cennego kryształu, który
zostawiła na krawędzi stołu podczas przybierającej na sile wichury.
Jakby tego było mało, ginęli niewinni ludzie - a przynajmniej wkrótce
mieli zacząć ginąć. Tak wiele spoczęło na jej barkach: dziedzictwo
przodków, wynik wojny i przyszłość Fhrejów. Trzymała dłoń na dźwigni i do niej należało jej pociągnięcie. A każdego wieczoru po powrocie do
domu musiała znosić wybryki Suri i Makarety.
Imaly westchnęła.
- Najwyższy czas wyjaśnić sobie kilka spraw, więc usiądźcie. Obie.
Przyciągnęły krzesła i usiadły w cieniu, unikając oślepiającego słońca,
które wdzierało się przez okna. Imaly uświadomiła sobie, że zasłony są
rozsunięte, i je zaciągnęła.
Miałabym za swoje, gdyby ktoś zobaczył Makaretę i na mnie doniósł.
Zwłaszcza teraz, gdy jest już prawie po wszystkim.
- Mówiąc o kilku sprawach, masz na myśli... - zaczęła Makareta, a jej głos
stał się cichszy i poważniejszy.
Imaly pokiwała głową i ponownie usiadła, a następnie skupiła się na
Suri, która, pomimo wysiłków Imaly, by zachować otwarty umysł, wyglądała
absurdalnie w asyce. Pomimo dokonanych poprawek strój był na nią za duży
i nie pasował do niej stylem. Imaly zazwyczaj ubierała się tak na
oficjalne uroczystości, więc widok Rhunki w tym ubraniu ją raził. Choć z drugiej strony Suri była pomnikiem wzniesionym na cześć przeciwieństw.
- Nie wiem, czy słyszałyście, ale udało się stworzyć smoka - zaczęła
Imaly.
- Gdzie? - spytała Suri ponurym tonem, w porównaniu z którym Makareta
zabrzmiała swobodnie.
- W wieży Avempartha. - Imaly się spięła. To była pierwsza z trzech
niebezpiecznych przeszkód, które musiała pokonać. Wiedziała, że żadna z nich nie będzie łatwa.
- Mówiłam, że nie pozwolę, by moim ludziom stała się krzywda. - Słowa
Suri zabrzmiały jak groźba.
Imaly nie była zaskoczona. Spodziewała się tego, ale spodziewanie się,
że tresowany niedźwiedź może nas zaatakować, to nie to samo, co
usłyszenie jego warczenia. Imaly już wiedziała, że Suri nie grzeszy
subtelnością, więc zdawała sobie sprawę, że ten ton nie ma na celu
jedynie wyprowadzenia jej z równowagi.
Stanęła naprzeciw grotu włóczni, ostrożnie wypowiadając kolejne słowa.
- Nie zapomniałam o naszej umowie i zauważ, że mogłam ukryć przez tobą
tę wiadomość, ale tego nie zrobiłam. To wydarzenie sprawia, że musimy
zacząć działać szybciej. Jutro wieczorem zwołam oficjalne zebranie
Aquili i wydamy decyzję o usunięciu Lothiana z tronu. Następnego dnia go
zabijemy, dzięki czemu dotrzymam swojej części umowy.
Obserwowała Suri, która z namysłem zmarszczyła czoło.
Chociaż Imaly chciała to załatwić jak najszybciej, rozumiała wartość
cierpliwości. Nie mogła działać zbyt pochopnie. Pośpiech sprzyja
nieszczęśliwym wypadkom.
- Czy moi ludzie zostali zaatakowani? - spytała mistyczka.
- Z tego, co mi wiadomo, smok zniszczył obóz nad rzeką i przegnał
stacjonujących tam żołnierzy. Bestia pełni przede wszystkim rolę
obronną. Ale stworzą kolejne z myślą o natarciu i właśnie dlatego... aby
dotrzymać danego słowa... muszę nieco przyśpieszyć. Czy to cię zadowala? A może chcesz mnie teraz zabić?
Makareta wytrzeszczyła oczy i wyprostowała się na krześle. Obejrzała się
na Suri, jakby ta nagle zmieniła się w jakąś inną istotę.
- Na czym polega wasz układ?
Żadna jej nie odpowiedziała. Suri wbijała lodowaty wzrok w Imaly, a Kuratorka zastanawiała się, czy nie przesadziła z blefowaniem i nie
popełniła błędu w ocenie dziewczyny.
- Nie mówisz mi całej prawdy - odrzekła Suri.
Imaly przełknęła ślinę i zebrała się w sobie, bojąc się, że da po sobie
coś poznać.
Korzysta z magii, ale nie umie czytać w myślach. Nikt z Miralyithów tego
nie potrafi.
Cisza jeszcze nigdy nie była tak ogłuszająca. Niewtajemniczony
obserwator mógłby uznać, że to zwykła sprzeczka trzech kobiet, które
gawędziły w kuchni. Ale Imaly wiedziała, że właśnie ważą się losy świata
i wszystkich jego mieszkańców. Zmusiła się do uspokojenia oddechu i zastanawiała się, czy Makareta stanie w jej obronie, jeśli Suri
postanowi stopić jej skórę.
- Okłamujesz mnie - powiedziała Suri. - Ale...
Imaly, która już wyobrażała sobie skwierczenie skóry spływającej po
ciele, jeszcze nigdy tak się nie ucieszyła, słysząc słowo "ale".
- Tak?
- Ale to bez znaczenia. Ścieżka Arion wiedzie przez ciebie. Jestem tego
pewna.
- Więc pozwolisz mi żyć?
Suri pokiwała głową.
- Miło to słyszeć - odezwała się Makareta z przesadną nonszalancją. - Co
się właśnie stało?
- Na szczęście nic. - Imaly wzięła głęboki wdech, przygotowując się do
pokonania kolejnej przeszkody.
Równie dobrze mogę mieć to już z głowy.
- Ale to nie znaczy, że jesteśmy kwita - zwróciła się do młodej
Miralyithki. - Teraz twoja kolej.
- Moja? - zdziwiła się Makareta. Popatrzyła na Suri, a potem znów na
Imaly, jakby uczestniczyły w jakimś złowrogim spisku.
- Muszę cię prosić o dość paskudną przysługę.
Makareta ponownie wyprostowała się na krześle i przygotowała na
przyjęcie złych wieści. Po ostatnim spięciu była szczerze wystraszona.
- Fane'a chroni dwoje ochroniarzy: Synne i Sile. Sile prawdopodobnie nie
sprawi nam kłopotu, ale Synne to Miralyithka, która słynie z niezwykłej
szybkości. By usunąć fane'a, musimy najpierw ją wyeliminować.
- Mam ją zabić? - spytała Makareta.
Imaly zacisnęła zęby i pokiwała głową z ponurą miną.
- To wszystko? To jest ta paskudna przysługa?
- Tak - przyznała Imaly. - Proszę, abyś ją zamordowała.
Makareta zachichotała.
- Żaden problem.
Ta buńczuczna odpowiedź zaskoczyła i nieco zaniepokoiła Imaly.
- Jesteś pewna?
- Ona zabiła Aidena - odrzekła Makareta. - Z przyjemnością ją
wyeliminuję. Jedna śmierć więcej nie sprawi żadnej różnicy.
- A więc... dobrze. - Imaly na chwilę umilkła i wygładziła fałdy na asyce
w miejscu, w którym nieświadomie zaciskała dłonie na materiale.
Czas na ostatnią przeszkodę.
- To wszystko wydarzy się bardzo szybko. Wszyscy muszą wiedzieć, czego
mają się spodziewać. Dlatego powtórzmy cały plan, dobrze?
Suri i Makareta wymieniły spojrzenia. Obie wzruszyły ramionami -
dziecinny gest u kogoś, kto wkrótce będzie trzymał w dłoni los tysięcy
osób.
Imaly wstała. Nie miała w zwyczaju krążyć bez celu, ale chodzenie ją
uspokajało. Pomieszczenie było małe, więc była zmuszona orbitować wokół
drewnianego stołu. Zgodnie z legendą jej pradziadek Eyan zbudował go dla
Gylindory i właśnie z tego powodu jej prababcia się w nim zakochała. W jaki sposób coś tak przyziemnego jak stół mogło się stać fundamentem ich
miłości, było tajemnicą dla Imaly i wszystkich innych. Nie miało to
znaczenia. Niektóre rzeczy po prostu się wydarzały.
- Za moją zachętą fane pojutrze wygłosi w Airenthenonie przemowę, w której przedstawi aktualną sytuację na froncie. Chcę, żebyście obie tam
były. Suri nie wpuszczą do środka, więc będzie musiała zaczekać na
schodach.
- Po co w ogóle muszę tam przychodzić? - spytała mistyczka.
- Nie musisz... jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, a miejmy
nadzieję, że tak się stanie. Liczę na to, że ponudzisz się przez
godzinę, z daleka obserwując uroczystość. Ale gdyby coś poszło nie po
mojej myśli, będziesz moim zabezpieczeniem. Masz wkroczyć do akcji, żeby
ochronić mnie, członków Aquili i pokój, który zamierzamy zaproponować
naszym ludziom. Czy o zbyt wiele proszę?
- Będę tam - odrzekła Suri, ale Imaly zauważyła, że nie odpowiedziała na
pytanie.
- A co ze mną? W jaki dokładnie sposób i kiedy mam zadziałać? - spytała
Makareta.
- Przyjdziesz do Airenthenonu w taki sam sposób jak wtedy, gdy
odwiedziłaś Vaseka, z kapturem na głowie i z postawioną tarczą, która
ukryje twoje moce Miralyithki. Jest zima, więc nikogo nie zdziwi, że
masz osłoniętą głowę. Ludzie wewnątrz będą rozmawiali w małych grupkach.
Ja będę stała na środku. Znajdź mnie. Volhoric i ja ustawimy cię za
podestem. Wznoszą się tam dwa potężne skupiska kolumn o średnicy co
najmniej ośmiu czy dziewięciu stóp. To wystarczy, byś mogła za nimi
zniknąć. Wszyscy uczestnicy spotkania zostali starannie dobrani i są we
wszystko wtajemniczeni, więc nikt nie zwróci na ciebie uwagi. Kłopot
może nam sprawić tylko pojawienie się kogoś niespodziewanego, no i Sile
oraz Synne. Dlatego pozostawaj w ukryciu. Kiedy Lothian usiądzie, Synne
stanie po jego prawej, a Sile po lewej stronie.
- Nie przeszukają Airenthenonu przed wejściem fane'a?
- Nigdy tego nie robią.
- Dlaczego?
- Niby po co?
Makareta zerknęła na Suri, która sprawiała wrażenie, jakby odpowiedź jej
nie obchodziła.
- Czy ja wiem? Może po to, by się upewnić, że nikt nie dybie na życie
faceta, którego chronią? Przecież już wcześniej próbowaliśmy go zabić.
- Nie my - odparła Imaly. - Ty i twoi przyjaciele. Ale to było wiele lat
temu i obie wiemy, co spotkało uczestników Buntu Szarych Płaszczy.
Lothian obecnie czuje się bezpiecznie. Postrzega siebie jako
uwielbianego boskiego przywódcę, którego chroni prawo zabraniające
Fhrejom zabijać Fhrejów. Obawia się tylko Rhunów, a oni są po drugiej
stronie rzeki, zbyt daleko, by się nimi przejmować.
- Ja nie jestem po drugiej stronie rzeki - zauważyła Suri.
- Zgadza się. - Imaly pokiwała głową. - Ale on wciąż jest przekonany, że
obroża Orinfara blokuje twoje moce. Możesz mu zagrażać wyłącznie
fizycznie, a Synne i Sile bez trudu cię powstrzymają, zanim zdołasz się
zbliżyć. Jedyne prawdziwe zagrożenie może stanowić ktoś z Miralyithów,
ale Lothian jest przekonany, że wszyscy są od niego oddaleni o wiele dni
podróży, nie licząc jego ochrony oraz jego syna.
- Vasek wie, że wciąż żyję. A jeśli on albo ktoś z Aquili zmienił front
i postanowił ostrzec Lothiana? - spytała Makareta.
- W takim razie miejsce, w którym staniesz, nie będzie miało żadnego
znaczenia. Ale gdyby tak było, już zostałybyśmy aresztowane. Wciąż masz
obawy, czy możemy przejść dalej?
Imaly chwilę odczekała, ale Makareta milczała.
- Kiedy fane będzie przemawiał, zabijesz Synne. Twoje działanie uruchomi
cały ciąg zdarzeń, więc gdy zacznie mówić, odczekaj mniej więcej minutę.
Potem w twoim najlepszym interesie będzie wyeliminowanie także Sile'a,
ponieważ zapewne spróbuje cię dopaść.
- Nie powinnam zacząć od zabicia Lothiana?
- Nie. Twoimi jedynymi celami są Synne i Sile.
- Więc kto to zrobi? I w jaki sposób? - spytała Makareta.
Imaly przestała chodzić.
- Mamy nadzieję, że uda nam się przekonać Mawyndulëgo.
Jego imię wywołało reakcję u obu kobiet. Suri uniosła brwi, a Makareta
zaczęła kręcić głową i pochyliła się na drewnianym krześle.
- Nie. Nie. Mawyndulë nie może zabić swojego ojca. Jeśli to zrobi,
straci duszę.
- Nie straci.
- Imaly, już o tym rozmawiałyśmy. Nie mogę do tego dopuścić. Nie pozwolę
mu...
Imaly uniosła ręce.
- Nie straci duszy... nie z takiego powodu. Wiem o tym z wiarygodnego
źródła.
- O czym ty mówisz?
- Volhoric, najwyższy kapłan Ferrola, wskazał, że Lothian zerwał
przymierze z Ferrolem. Kiedy zamordował Amideę, niewinną, na zawsze
zrzekł się ochrony Prawa Ferrola. Tym pojedynczym czynem... podobnie jak
ty... usunął się z naszej społeczności, więc można go zabić bez żadnych
konsekwencji.
- Jesteś pewna?
- Volhoric mnie co do tego zapewnił i zezna tak przed obliczem Aquili,
gdy ujawnimy swoje zamiary i poprosimy Mawyndulëgo, by nas ocalił.
- Ale... - Makareta się zawahała. - Ma zabić własnego ojca? To duże
poświęcenie.
- Owszem, ale nie mamy wyboru. Mawyndulë wie lepiej od innych, jak
niebezpieczne będą dalsze rządy Lothiana. Zrobi to, co konieczne.
- A jeśli mylisz się co do jego duszy? - spytała Makareta. - Ja już
swoją straciłam, więc to ja powinnam się tym zająć.
- Nie możesz zabić Synne, Lothiana i Sile'a... chyba że wysadzając w powietrze cały Airenthenon i wszystkich, którzy będą w środku - odparła
Imaly, ale przestraszyła się, że jej własny brak zrozumienia Sztuki może
zapewnić Makarecie argumenty do dyskusji, więc szybko dodała: - Nawet
gdybyś mogła, to zbyt ryzykowne. Synne jest potężna, a to zbyt ważna
sprawa, by stosować półśrodki. Będziemy potrzebować dwójki Artystów.
- Więc dlaczego Suri nie może się tym zająć? - zdziwiła się Makareta.
Imaly była szczerze zaszokowana tą propozycją.
- Być może nie zauważyłaś, Mak, ale Suri jest Rhunką. Obecnie prowadzimy
wojnę z jej rasą. Jak według ciebie zareagują ludzie, kiedy odkryją, że
Aquila skorzystała z usług wroga, by zabić naszego przywódcę? Mawyndulë
ma największą szansę powodzenia. Synne. Sile i ty będziecie stać za
Lothianem, który będzie musiał się obejrzeć, by sprawdzić, co się
dzieje. Wtedy Mawyndulë, siedząc razem z innymi członkami Aquili w galerii przed fane'em, zyska idealną sposobność do ataku, a jego ojciec
nie zdoła się obronić. Tym bardziej że nie będzie się spodziewał, że to
jego syn będzie zabójcą. To musi być on.
Makareta przez chwilę się zastanawiała. Wyglądało na to, że nie jest
przekonana, ale powoli traciła zapał do walki.
- A wtedy on sam zostanie fane'em, zgadza się?
- Tak - przyznała Imaly. - Skoro Synne będzie martwa, a Vidar jest na
granicy, nikt... przynajmniej spoza grona Miralyithów... nie odważy się mu
sprzeciwić. Nawet ty nie możesz tego zrobić. Róg dla ciebie nie zabrzmi,
ponieważ już nie jesteś Fhrejką. Poza tym, kiedy fane umrze, wręczę róg
Suri.
- Dlaczego? - spytała Makareta, spoglądając to na jedną, to na drugą
kobietę.
- Z dwóch powodów. Po pierwsze, to część umowy, którą zawarłam z Suri,
sprawiedliwej wymiany. Nauczyła Lothiana tworzenia smoków, co zagroziło
jej ludowi, a ja obiecałam jej róg, który może powstrzymać nasz lud.
Obie możemy rządzić sobą nawzajem, ale zaryzykowałyśmy, bo jesteśmy
przekonane, że szczerze pragniemy pokoju. Przekazanie rogu zagwarantuje,
że Mawyndulë będzie musiał negocjować z Rhunami.
- W jaki sposób róg to zapewni?
- Normalnie znajduje się w rękach Aquili. Kiedy umiera fane, jego
najstarsze dziecko zostaje uznane za kandydata do objęcia władzy. To
Aquila decyduje, kto może zadąć w róg i tym samym rzucić wyzwanie
następcy tronu. Ale to wcale nie jest niezbędny wymóg. Możemy odmówić
komukolwiek dostępu do rogu i dziecko zostanie fane'em... mniej więcej.
- Jak to mniej więcej?
Imaly wzięła głęboki oddech i wypuściła powietrze, aż zadrżały jej
policzki.
Wiele bym teraz dała za tablicę.
Róg Gylindory nie był zwykłym artefaktem. Użycie go było obwarowane
szczegółowymi, tajemniczymi i skomplikowanymi zasadami, które często
trudno było zrozumieć osobom z zewnątrz - czyli każdemu poza Kuratorem
lub Konserwatorem rogu. Niełatwo było je objaśnić, ale w tym wypadku nie
miała wyjścia.
- Jeśli nikt nie zadmie w róg, wyzwanie nie zostanie rzucone, ale w tej
kwestii nie ma żadnego czasowego ograniczenia. Zatem Mawyndulë będzie
dysponował władzą fane'a, ale dowolny Fhrej będzie mógł w każdej chwili
ją zakwestionować. To oznacza, że jeśli Mawyndulë nie będzie dążył do
zawarcia pokoju, Suri może sama znaleźć pretendenta, z którym nowy fane
będzie musiał walczyć bądź oddać władzę. Oczywiście to nie będzie
konieczne, ponieważ fane Mawyndulë natychmiast ogłosi pokój pomiędzy
Fhrejami i Rhunami, a przynajmniej tak mu doradzę. A on w ostatnich
latach nauczył się ufać mojej opinii.
- Czyli zazwyczaj istnieje ograniczenie czasowe? - spytała Makareta.
- Tak. Na przykład kiedy fane umiera i nie ma dziedzica. Wtedy zazwyczaj
pojawiają się dwaj pretendenci. Pierwsza osoba, która zadmie w róg,
rozpoczyna cykl, a ten kończy się po upłynięciu pełnej doby. Jeśli w tym
czasie nikt inny nie zadmie w róg, pierwszy kandydat zostaje fane'em.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki