Epoka imperium. Legendy Pierwszego Imperium. Tom 6 - Michael J. Sullivan

Kup ebooka

44.00 zł
36.86 zł (36,76 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od autora

Witaj­cie w ostat­niej czę­ści Legend Pierw­szego Impe­rium. To moja szes­na­sta powieść w fik­cyj­nym świe­cie Elan i zwień­cze­nie epoki mitów i legend, która sta­nowi fun­da­ment mojej poprzed­niej serii.

Niniej­sza książka uka­zuje się w bez­pre­ce­den­so­wym okre­sie w naszej histo­rii. Piszę te słowa w kwiet­niu 2020 roku. Pan­de­mia koro­na­wi­rusa sza­leje na świe­cie, a całe rodziny cier­pią z powodu przy­mu­so­wych lock­dow­nów. Czy­tel­nicy, któ­rzy wspie­rają mnie na Kick­star­te­rze, zasy­py­wali moją skrzynkę mailami, doma­ga­jąc się kolej­nej książki, która pomo­głaby im się wyrwać z czte­rech ścian i uwol­nić od codzien­nych wia­do­mo­ści. Robin i ja mie­li­śmy swoje pro­blemy, ale udało nam się dotrzy­mać ter­minu wyda­nia powie­ści w postaci elek­tro­nicz­nej oraz audio booka. Byli­śmy zachwy­ceni, że dru­kar­nia w ogóle zdo­łała wypro­du­ko­wać książkę z zale­d­wie trzy­ty­go­dnio­wym opóź­nie­niem.

Pod­czas gdy więk­szość ludzi była zmu­szona pozo­stać w domach, życie w naszej doli­nie nie­wiele się zmie­niło. Jak więk­szość z was wie, miesz­kamy w gór­skiej chatce w Wir­gi­nii. Jestem peł­no­eta­to­wym pisa­rzem, a moja żona jest moją redak­torką, agentką, mena­dżerką i przed­sta­wi­cielką pra­sową, co spra­wia, że od dawna z wyboru wie­dziemy pustel­ni­cze życie. W prze­szło­ści zapra­sza­li­śmy do swo­jej chatki ludzi z całego świata. Cie­szy­li­śmy się towa­rzy­stwem dzien­ni­ka­rzy nagra­dza­nych nagrodą Pulit­zera, eme­ry­to­wa­nych gene­ra­łów, słyn­nych oraz aspi­ru­ją­cych pisa­rzy, fanów mojej twór­czo­ści, a nawet osób, które nie miały poję­cia, kim jestem i czym się zaj­muję. Wszystko to, oczy­wi­ście, skoń­czyło się w 2020 roku, ale mam nadzieję, że kiedy ten czas prze­mi­nie, wró­cimy do przyj­mo­wa­nia gości. Dla­tego jeśli kie­dyś zbłą­dzi­cie w oko­lice Luray w Wir­gi­nii, napisz­cie do nas (michael@micha­el­sul­li­van-author.com), a zapro­simy was na drinka.

Jeśli nie może­cie nas odwie­dzić, ist­nieje szansa, że przyje dziemy do was. W tym roku Robin i ja kupi­li­śmy jeepa i przy­czepę kem­pin­gową z myślą o wspól­nych podró­żach. Kiedy tylko obostrze­nia zwią­zane z wiru­sem zostaną znie­sione, mamy nadzieję wyru­szyć w drogę. Przez lata ludzie mówili nam: jeśli kie­dy­kol­wiek będzie­cie w <wstaw-nazwę-miej­sca>, ode­zwij­cie się, a ponie­waż żyli­śmy jak pustel­nicy, nie­stety nawet nie zapi­sy­wa­li­śmy tych miejsc. Ale obec­nie mamy już sys­tem, który nam na to pozwala. Może­cie odwie­dzić stronę http://micha­elj sul­li­van.survey.fm/if-you-are-ever-out-this-way i dać nam znać, gdzie miesz­ka­cie. Jeśli aku­rat będziemy w oko­licy, posta­ramy się z wami spo­tkać.

Oka­zało się, że przy­czepa kem­pin­gowa poja­wiła się w ide­al­nym momen­cie. Pod koniec marca Robin zacho­ro­wała i wciąż wyko­rzy­stuje ją, by się izo­lo­wać. Mamy nadzieję, że już za kilka dni będzie mogła wyjść, ale, podob­nie jak wszy­scy, posta­no­wi­li­śmy dmu­chać na zimne.

Koń­czy­łem tę książkę w co naj­mniej cie­ka­wych oko­licz­no­ściach. Robin i ja pra­cu­jemy za pośred­nic­twem Discorda, gdy ona aku­rat nie zaj­muje się popra­wia­niem błę­dów zgło­szo­nych przez pierw­szych czy­tel­ni­ków. Zazwy­czaj towa­rzy­szymy Timowi w stu­diu pod­czas nagrań (na co zawsze bar­dzo cze­kamy), ale tym razem oka­zało się to nie­moż­liwe. Otrzy­my­wa­li­śmy od Tima codzienne mate­riały i komu­ni­ko­wa­li­śmy się z nim mailowo. Dzięki temu, że dys­po­nuje domo­wym stu­diem, mógł trzy­mać się har­mo­no­gramu, i audio­book nie był opóź­niony. Jak zwy­kle jeste­śmy mu nie­zmier­nie wdzięczni za wło­żoną pracę. Musiał pra­co­wać samot­nie, bez inży­niera dźwięku ani reży­sera, ale za sprawą jego wysił­ków wyda­nie audio­booka nie było zagro­żone.

Nasza długa podróż dobiega końca. Chyba jesz­cze to do nas nie dotarło. Dzięki wyda­niu książki w maju dotrzy­ma­li­śmy obiet­nicy, którą zło­żyła Robin, a to było dla niej ważne. Mam nadzieję, że ta książka cho­ciaż w nie­wiel­kim stop­niu wam pomoże. Chcę wie­rzyć, że stwo­rzy­li­śmy coś dobrego i trwa­łego, czym ludzie będą mogli się dzie­lić i co będzie dla nich jak łyk świe­żego powie­trza, który pozwoli im się odstre­so­wać i uśmiech­nąć. Mam nadzieję, że wszy­scy, któ­rzy zaczęli czy­tać tę serię, będą mogli ją dokoń­czyć. Uwa­żaj­cie na sie­bie. Nie trać­cie otu­chy. No i zapra­szam na ostat­nią podróż do Legend Pierw­szego Impe­rium.

Rozdział pierwszy. Sięganie dna

Roz­dział pierw­szy

Się­ga­nie dna

Ludzie czę­sto wspo­mi­nają o się­ga­niu dna. Nie mają poję­cia, o czym mówią.

Księga Brin

W wiecz­nej ciszy i abso­lut­nej ciem­no­ści nie­wy­obra­żal­nych głębi Otchłani Iver usły­szał krzyk. Począt­kowo słaby, zmie­nił się w prze­szy­wa­jące zawo­dze­nie, a potem ucichł, gdy ucięło go głoś ne kla­śnię­cie. Dźwięki były rzad­ko­ścią w tej oko­licy, a tym bar­dziej świa­tło, jed­nak coś słabo oświe­tlało wej­ście do jego jaskini. Przed wyciem roz­le­gła się gwał­towna seria huk­nięć. Iver nie zba­dał ich pocho­dze­nia, ponie­waż i tak niczego by nie zoba­czył, więc nie­po­trzeb­nie zmę­czyłby się czoł­ga­niem.

Ale ten krzyk był inny. Nie­wiele rze­czy było w sta­nie skło­nić Ivera do tak dra­stycz­nych kro­ków jak cho­dze­nie, ale to była wyjąt­kowa oka­zja. Wie­dział, kto spadł; roz­po­znał ten wrzask.

Wycią­gnął przed sie­bie ręce, szu­ka­jąc ściany, a następ­nie podą­żył wzdłuż niej do wąskiej szcze­liny, która sta­no­wiła wej­ście do jego lokum. Nie chciał nazy­wać tej jaskini domem, ponie­waż to słowo koja­rzyło się z cie­płem i wygodą. Nawet w naj­trud­niej­szych cza­sach dom był czymś atrak­cyj­niej­szym niż zwy­kłe schro­nie­nie. Ta jaski­nia była tylko miej­scem, w któ­rym mógł prze­by­wać, sie­dzieć, ukry­wać się.

Nie pamię­tał, kiedy ostat­nio z niej wyszedł. To go nie zasko­czyło, ponie­waż miał coraz więk­sze trud­no­ści z zapa­mię­ty­wa­niem cze­go­kol­wiek. Wciąż wie­dział, jak się nazywa, a przy­naj­mniej znał swoje imię. Oprócz niego było coś jesz­cze, jakieś okre­śle­nie, ale nie potra­fił sobie przy­po­mnieć jakie. Jego życie bla­kło, wspo­mnie­nia się roz­pły­wały. Ostat­nim waż­nym wyda­rze­niem, które potra­fił przy­wo­łać, było spo­tka­nie Edvarda, Gula z klanu Erlinga. Iver był mar­twy dopiero od nie­dawna, gdy Edvard pobił go i zawlekł na urwi­sko. Dopiero lecąc w dół, uświa­do­mił sobie, dla­czego męż­czy­zna to zro­bił. Gula zawo­łał w ślad za nim:

- To za moją żonę, Reannę, ty spa­siony dra­niu! Obyś gnił na zawsze.

Iver spo­dzie­wał się, że na dole czeka coś strasz­nego, ale natra­fił tam tylko na pustkę, co oka­zało się jesz­cze gor­sze.

Ale teraz...

Wypełzł z jaskini i zoba­czył biały blask bijący od cze­goś, co leżało na ziemi, cał­kiem nie­da­leko. Wyglą­dało jak jakaś torba, może z ubra­niami. Iver je pamię­tał. Ale kiedy się zbli­żył, zoba­czył, że to czło­wiek. Nie powi­nien być zasko­czony. Oka­zało się, że naj­więk­sze wyda­rze­nie stu­le­cia to tylko ofiara bru­tal­nej walki. Jakiś bie­dak spadł w prze­paść, którą wszy­scy nazy­wali Otchła­nią, i dotarł do dna, z któ­rego nikt nie wra­cał.

Iver pod­szedł bli­żej i zoba­czył drobną kobietę o ciem­nych, krótko ostrzy­żo­nych wło­sach, a raczej to, co z niej zostało.

Jestem pewien, że roz­po­zna­łem ten wrzask.

Poczuł pod­eks­cy­to­wa­nie, po raz pierw­szy od... no cóż, nie miał poję­cia, od jak dawna. Ale jego nadzieje legły w gru­zach, gdy skar­ciło go Doświad­cze­nie.

Nie­moż­liwe. To nie może być ona.

Ciało kobiety ule­gło zmiaż­dże­niu pod wpły­wem upadku na zmro­żony grunt: oto cena wstępu na naj­gor­szy poziom ist­nie­nia. Iver osza­co­wał, że wszyst­kie kości były zła­mane, a czaszka popę­kała. Ciało w więk­szo­ści skry­wało się pod pomarsz­czoną szatą, ale Iver oparł swoją dia­gnozę na doświad­cze­niu. Pozbie­ra­nie się do kupy zajęło mu całą wiecz­ność. Na­dal nie miał poję­cia, czy odniósł suk­ces. W Otchłani nie można zoba­czyć swo­jego odbi­cia.

Zbli­żył się do leżą­cego ciała i uświa­do­mił sobie, że kobieta pora­dziła sobie lepiej od niego. Mimo wszystko jej ciało było nie­na­tu­ral­nie powy­krę­cane - oczy były otwarte, czujne i wciąż tkwiły w oczo­do­łach. Kiedy go zoba­czyła, sze­rzej roz­warła powieki. Pró­bo­wała krzyk­nąć, ale z jej krtani wydo­był się tylko wil­gotny bul­got.

- Roan - ode­zwał się Iver, ze zdu­mie­niem uzmy­sła­wia­jąc sobie, że może mówić. - To naprawdę ty!

Mimo swo­jego stanu kobieta pró­bo­wała się odsu­nąć. Prze­chy­liła głowę na skrę­co­nym karku.

- Roan, wró­ci­łaś do mnie.

- Nieee - zdo­łała wyję­czeć przez poła­mane zęby i ciek­nącą krew.

- O tak - odrzekł Iver. - Jestem tutaj. Szybko cię napra­wimy. Czy nie będzie świet­nie?

Po jego sło­wach kobieta jesz­cze bar­dziej wytrzesz­czyła oczy.

Wciąż mogą wypaść, pomy­ślał.

Iver pochy­lił się i wziął Roan na ręce. Jej poła­mane koń­czyny zwi­sały bez­wład­nie, jakby trzy­mał worek z drew­nem na opał.

Jęk­nęła, a po jej policzku spły­nęła poje­dyn­cza łza i spa­dła na zmro­żoną zie­mię.

- Nie przej­muj się, moja droga. - Wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu. - Kiedy cię poskła­damy, będzie jak daw­niej.

***

Kiedy palce Brin ześli­zgnęły się z kra­wę­dzi mostu i poczuła, że spada w Otchłań, ogar­nęła ją panika. Począt­kowo jej umysł zamarł, sku­pia­jąc się na poje­dyn­czej myśli: To nie może się dziać naprawdę. Potem, kiedy runęła głę­biej w ciem­ność, zaczęła się zasta­na­wiać, co poczuje, gdy spad­nie na dno. Miała nadzieję, że odbije się od ziemi, ale doszła do wnio­sku, że jej ciało zachowa się raczej jak upusz­czony sopel.

Czy roz­trza­skam się na milion kawał­ków?

Po nie­wy­tłu­ma­czal­nie dłu­gim cza­sie odkryła, że chce, by to wresz­cie się skoń­czyło. Nie mogła unik­nąć ude­rze­nia, nie mogła się oca­lić, a ocze­ki­wa­nie odbie­rało jej zmy­sły. Świa­do­mość, że upa­dek może nadejść w każ­dej chwili, prze­peł­niała ją grozą. Zamknęła oczy, nie chciała patrzeć.

Niech to już się skoń­czy!

Wresz­cie to się stało. Zetknęła się z zie­mią z taką siłą, jakby zesko­czyła z wyso­kiej na cztery stop­nie werandy. Wylą­do­wała na nogach, zato­czyła się do przodu i pod­parła się rękami, co uchro­niło ją przed poważ­niej­szymi obra­że­niami. Ska­le­czyła się tylko w lewą dłoń o szorstki szron pokry­wa­jący grunt. Ranka przez chwilę pie­kła. Brin wstała i popa­trzyła na zmro­żoną skałę, która sta­no­wiła dno świata. Wyobra­ziła sobie, że oddy­cha, i zoba­czyła wydo­by­wa­jący się z jej ust obłok pary, jak w środku zimy.

Nie było tak źle, pomy­ślała z ulgą.

Ale świa­tło ją zasko­czyło. Nie­ska­zi­tel­nie białe i pozor­nie pozba­wione źró­dła, roz­świe­tlało ota­cza­jący ją nowy świat. Widziała drugą stronę kanionu i urwi­ska, któ­rych szczyty zni­kały w ciem­no­ści. Znaj­do­wała się na dnie Otchłani, gdzie nie było niczego poza roz­le­głą zmro­żoną nie­równą poła­cią gruntu, na którą dawno uci­chły wiatr naniósł nędzne fałdy śniegu.

- Roan?! - zawo­łała, ale nikt jej nie odpo­wie­dział. Jej przy­ja­ciółka rów­nież spa­dła, więc powinna być nie­da­leko.

Może się odda­liła? To w jej stylu, aby wybrać się na prze­chadzkę, zawsze była przede wszyst­kim cie­kaw­ska.

Zasta­na­wiała się, czy kto­kol­wiek inny ześli­zgnął się z kra­wę­dzi, więc pod­nio­sła wzrok, ale niczego nie zoba­czyła.

Mam nadzieję, że wszy­scy są cali. Jestem tutaj sama, nie licząc Roan. Koniecz­nie muszę ją odna­leźć.

Ruszyła w przy­pad­ko­wym kie­runku i zna­la­zła się w labi­ryn­cie szcze­lin, które two­rzyły wąskie kręte kaniony zni­ka­jące w mroku. Te roz­pa­dliny z pew­no­ścią były powo­dem, dla któ­rego, wędru­jąc rów­niną Kil­corth do zamku króla Mide­ona, musieli prze­kra­czać tyle mostów. Powierzch­nia nie­moż­li­wie wyso­kich i poro­wa­tych jak gąbka ścian była usiana ciem­nymi otwo­rami i jaski­niami: nie­które znaj­do­wały się na pozio­mie gruntu, inne wyżej, jak okiem się­gnąć.

Od czasu do czasu przy­sta­wała i wołała Roan. Jej głos nie niósł się daleko. Otchłań była cichym miej­scem i roz­brzmie­wał w niej tylko chrzęst jej stóp na zmro­żo­nym grun­cie. Roan nie odpo­wia­dała, więc Brin wybrała jedną z odnóg i nią podą­żyła. Zga­dy­wała, że są ich dzie­siątki, może nawet setki, więc ich prze­szu­ka­nie mogło zająć mnó­stwo czasu, ale tego jej nie bra­ko­wało. W końcu znaj­dzie Roan. Takie zada­nie w tej chwili stało przed Straż­niczką Praw, a nagrodą będzie pozo­sta­nie przy zdro­wych zmy­słach. Poza tym poszu­ki­wa­nie dawało jej jakieś zaję­cie, dzięki czemu nie uża­lała się nad sobą z powodu dozna­nej porażki.

Im dalej zanu­rzała się w roz­pa­dli­nie, tym węż­sze sta­wało się przej­ście, ale w porów­na­niu z otwar­tym tere­nem, na który spa­dła, ta cia­snota dawała jej nie­spo­dzie­wane poczu­cie bez­pie­czeń­stwa. Jej pies, Darby, czę­sto wpeł­zał pod stół albo łóżko, gdy się bał, a ojciec Brin wyja­śnił, że zwie­rzęta cza­sem czują się pew­niej w nie­wiel­kich prze­strze­niach. Brin teraz czuła to samo i dzi­wiło ją, że Otchłań jej nie prze­raża. Naj­gor­szym, co mogła o niej powie­dzieć, było to, że panuje w niej chłód.

Oraz samot­ność. Nagle coś przy­szło jej do głowy. A jeśli każda osoba spada do wła­snej odręb­nej Otchłani? Czy to dla­tego nie mogę zna­leźć Roan?

Zaczęła się bać i natych­miast odrzu­ciła tę myśl, jakby instynk­tow­nie cof­nęła dłoń po dotknię­ciu gorą­cego garnka. Pró­bo­wała się uspo­koić.

Nie ma powodu, by tak myśleć... jesz­cze nie.

Otrzą­snęła się i sku­piła. Roan mogła wpeł­znąć do któ­rejś z licz­nych jaskiń, tak jak Darby pod łóżko.

- Roaaaaan! - zawo­łała ponow­nie.

Tym razem nagro­dził ją ruch. Zoba­czyła jakiś prze­su­wa­jący się cień na pobruż­dżo­nym zbo­czu urwi­ska, gdzie nie było żad­nej roślin­no­ści. Wytę­żyła wzrok, licząc na to, że dostrzeże zna­jomą syl­wetkę przy­ja­ciółki. Prze­szła na drugą stronę parowu, by lepiej widzieć. Zasta­na­wiała się, dla­czego Roan mia­łaby tak wysoko się wspiąć. Nagle uświa­do­miła sobie, że to nie ona. Ta syl­wetka była zbyt niska i sze­roka. Cokol­wiek to było, raczej nie miała do czy­nie­nia z czło­wie­kiem.

Co zro­bi­łaby Moya?

Wzięła głę­boki wdech, by się uspo­koić, a potem zaci­snęła zęby, wypro­sto­wała ramiona i pode­szła bli­żej. Zauwa­żyła kolejne otwory w ścia­nie, która przy­po­mi­nała pla­ster miodu. Więk­szość była zbyt mała, by uznać je za jaski­nie; to były raczej pęk­nię­cia w skale. Brin dostrze­gła wię­cej cieni. Jakieś postaci wypeł­zały z otwo­rów, każda miała dwie ręce, dwie nogi i głowę. Kształ­tem przy­po­mi­nały ludzi, ale nie dało się ukryć, że nie są Rhu­nami, Fhre­jami ani kar­łami. Wyda­wało się, że są zbu­do­wane z czę­ściowo sto­pio­nego wosku. Miały zgar­bione ramiona i wydłu­żone koń­czyny. Ich obli­cza skła­dały się z nie­wy­raź­nych kon­tu­rów oraz wybrzu­szeń w miej­scu nosa i policz­ków. Nie­które zamiast ust miały tylko płyt­kie zagłę­bie­nia.

Brin zro­biło się nie­do­brze.

Dzie­siątki, może setki istot wypeł­zały ze szpar. Cześć była pomarsz­czona jak rodzynki, inne miały postać nie­kształt­nych brył. W nie­któ­rych miej­scach z otwo­rów wypły­wał tylko gęsty szlam.

Brin trzy­mała się z dala od cieni, co nie było trudne ze względu na ich powolne ruchy. Ich wędrówce towa­rzy­szyło prze­cią­głe sior­ba­nie - odgłos, jaki mógłby wyda­wać z sie­bie pół­to­ra­me­trowy śli­mak.

Plask!

Dźwięk roz­legł się tak bli­sko, że Brin aż pod­sko­czyła. Obró­ciła się gwał­tow­nie i odkryła, że jedna z istot spa­dła u jej stóp. Wyglą­dała jak kula mazi z jed­nym wytrzesz­czo­nym okiem. Jej usta poru­szały się bez­gło­śnie jak u pacynki.

Prze­ra­żona Brin zato­czyła się do tyłu i skrzy­wiła. Co to takiego, na Wielką Matkę Wszech­rze­czy?

Chlup. Szur. Chlup. Klap.

Dzie­siątki kolej­nych istot zaczęły spa­dać wokół niej. Lądo­wały bli­sko i daleko, przed nią i za nią. Kolejne setki wypły­wały z jaskiń nad zie­mią, cią­gnąc swoje bez­kształtne ciała po chru­pią­cym szro­nie, a wszyst­kie zmie­rzały w jej stronę.

***

Gif­ford spadł na zie­mię, skrę­ca­jąc sobie kostkę i obi­ja­jąc kolano oraz bio­dro. Ude­rze­nie było bole­sne, ale dało się wytrzy­mać. Przez całe życie się prze­wra­cał, więc był w tej mate­rii spe­cja­li­stą. Pomimo nie­sław­nej repu­ta­cji Otchłani nie sądził, by to był jego naj­gor­szy upa­dek w życiu. Po chwili zdo­łał się pozbie­rać i wstać. Wziął głę­boki oddech i otrzą­snął się z bólu, a następ­nie ruszył na poszu­ki­wa­nie Roan.

Kiedy ostat­nio widział swoją żonę, lata­jący stwór ścią­gnął ją z mostu. Moya pró­bo­wała ura­to­wać Roan, tra­fia­jąc napast­nika strzałą, ale się spóź­niła. Kiedy ban­kor upu­ścił Roan, była już wysoko i zbyt daleko, by spaść na prze­prawę pro­wa­dzącą do wrót Aly­sinu. W jego pamięci zapi­sał się prze­ra­żony krzyk Roan, który coraz bar­dziej cichł, gdy się odda­lała. Usi­ło­wał za nią podą­żyć, pod­biegł do kra­wę­dzi mostu i chciał sko­czyć, ale Deszcz go powstrzy­mał. Cho­ciaż karzeł miał dobre zamiary, niczego nie rozu­miał. Wcale nie oca­lił Gif­for­dowi życia, ponie­waż jego życie spa­dło w Otchłań.

Gif­ford obró­cił się wokół wła­snej osi, ale nie zna­lazł Roan. Zoba­czył za to... śnieg.

Płatki nie spa­dały z nieba, ale zie­mia była okryta bia­łym kocem, tak daleko, jak był w sta­nie się­gnąć okiem, czyli nie­zbyt. W pobliżu znaj­do­wało się jakieś źró­dło świa­tła, ale miało nie­wielki zasięg. Gif­ford nie wie­dział, skąd pocho­dziła ta jasność. Na pewno nie biła z góry ani z dołu, ale roz­po­ście­rała się w każ­dym kie­runku, odpy­cha­jąc wieczną noc jak latar­nia. Gif­ford znów miał na sobie podróżny strój. Zbroja wykuta przez Albe­ri­cha Ber­linga znik­nęła, więc to nie ona była źró­dłem świa­tła.

Zro­bił krok, a świa­tło prze­mie­ściło się razem z nim.

To ja!

Popa­trzył na swoje dło­nie, ale one nie lśniły.

Widzę to, czego się spo­dzie­wam, a nie był­bym zachwy­cony, gdy­bym miał świe­cące ręce. To byłoby nie tylko dzi­waczne, ale i prze­ra­ża­jące.

Ten nowy świat był jało­wym pust­ko­wiem peł­nym zmro­żo­nych skał i zasp śniegu. Ota­czały go mroczne ściany, któ­rych szczyty ginęły w ciem­no­ści poza zasię­giem jego świa­tła. Gif­ford zro­bił kilka kro­ków. Śnieg chrzę­ścił mu pod sto­pami. Nie był to przy­jemny głę­boki puch, ale cienka, surowa powłoka, która bar­dziej przy­po­mi­nała szron.

Ponow­nie zato­czył nie­wielki krąg, bez­sku­tecz­nie szu­ka­jąc Roan.

Nagle usły­szał dwa krzyki. Dobie­gały z góry i przy­bie­rały na sile. Zbli­żały się z zatrwa­ża­jącą pręd­ko­ścią, a potem uci­chły przy wtó­rze potęż­nego trza­sku.

Gif­ford pobiegł w stronę naj­bliż­szego miej­sca upadku i zna­lazł kobietę leżącą w nie­na­tu­ral­nej pozy­cji, z jedną nogą wygiętą do tyłu, zbyt mocno wykrę­coną szyją i zmiaż­dżoną głową, która wyglą­dała jak melon wyrzu­cony z dru­giego pię­tra. Miała otwarte, ale nie­wi­dzące oczy. Z jej jed­nego noz­drza wypły­wała cienka strużka krwi.

- Tressa? - ode­zwał się.

Żad­nej reak­cji.

W biją­cym od sie­bie świe­tle dostrzegł drugą osobę.

Tesh leżał na brzu­chu z roz­rzu­co­nymi rękami i nogami. Lewa strona jego twa­rzy wyglą­dała, jakby czę­ściowo wbiła się w zie­mię, ale Gif­ford domy­ślał się, że skała nie ule­gła znisz­cze­niu. To czaszka Tesha musiała ustą­pić. Szczęki wypa­dły z zawia­sów, a zęby leżały na ziemi, obry­zgane różo­wawą krwią.

- Nie może­cie być mar­twi - powie­dział Gif­ford, ale może chciał tylko sam sie­bie uspo­koić. W tej chwili nie mógł mieć pew­no­ści. Widok roz­rzu­co­nych zębów Tesha przy­pra­wiał go o mdło­ści, ale nie miał żołądka ani żółci i musiał wyra­żać grozę spoj­rze­niem nie­ist­nie­ją­cych oczu.

Kiedy pró­bo­wał sobie pora­dzić z uczu­ciem uwię­zie­nia w wie­lo­war­stwo­wym kosz­ma­rze, pra­wie zmiaż­dżył go olbrzymi kamień, który runął na zmro­żony grunt. Po chwili spadł kolejny głaz, a po nim dwa następne. Wokół niego lądo­wały olbrzy­mie skalne płyty, od któ­rych trzę­sła się zie­mia, a w górę wzbi­jały się obłoki śniegu. Gif­ford podej­rze­wał, że to Fer­rol ciska w nich kamie­niami. Chwy­cił Tesha i Tressę i powlekł ich ciała w stronę naj­bliż­szego urwi­ska, licząc, że znaj­dzie tam schro­nie­nie. Oka­zało się, że deszcz kamieni nie padał długo.

- Gif... for­dzie. - Chra­pliwy głos wydo­był się z ust Tressy i wystra­szył go bar­dziej niż na śmierć. Kobieta wciąż miała otwarte oczy, ale nie potra­fiła sku­pić wzroku. - Pomóż... Giffor­dzie... pro­szę. Boli... pro­szę...

Nie­gdyś kaleki garn­carz prze­niósł wzrok z Tressy na Tesha. Oboje leżeli bez­wład­nie, a na rów­ni­nie, po któ­rej ich cią­gnął, pozo­stały kawałki ciał. Słowo "bez­sil­ność" nie było w sta­nie opi­sać tego, co czuł.

- Nie wiem jak.

- Znaj... omoc - wykrztu­sił Tesh, któ­rego szczęka ledwo trzy­mała się głowy.

Zna­leźć pomoc? Tutaj? Gif­ford się rozej­rzał. Widział tylko roz­le­głą, pustą i nie­przy­ja­zną rów­ninę pokrytą suro­wymi krysz­tał­kami szronu.

Nikt im nie pomoże. Dotarli do końca, do miej­sca wiecz­nego spo­czynku. To była Otchłań.

Rozdział drugi. Nastaje zima

Roz­dział drugi

Nastaje zima

Zima zazwy­czaj skrada się jak sta­ruszka z kocem, która zamie­rza zadu­sić świat.

Księga Brin

Nolyn wstał i wybiegł na zewnątrz, gdy usły­szeli krzyki.

W wieku pię­ciu i pół roku jasno­włosy syn Per­se­fony był pełen zapału jak wie­wiórka i zwinny jak kozica. To pierw­sze zapewne wyni­kało z tego, że był dziec­kiem, ale dru­gie odzie­dzi­czył po ojcu. Nolyn przy­sta­nął i zacze­kał na nią.

- Mamo?

Per­se­fona odchy­liła klapę namiotu. Wciąż śnie­żyło, cięż­kie płatki nie­śpiesz­nie opa­dały z nieba. To był już czwarty śnieg tej zimy, ale pierw­szy na tyle uparty, by z nimi pozo­stać. Namioty pobie­lały. Śnieg pokrył brą­zową trawę, a ścieżki jesz­cze poprzed­niego dnia przy­po­mi­na­jące bagno teraz wyglą­dały nie­ska­zi­tel­nie, nie licząc śla­dów jakie­goś ran­nego ptaszka. Per­se­fonę zawsze fascy­no­wała iro­nia zimy, pory roku, która przy­no­siła zara­zem piękno i śmierć. Świat w ciągu jed­nej nocy zmie­nił wygląd i brzmie­nie. Nawet o tak wcze­snej godzi­nie obo­zo­wi­sko zazwy­czaj tęt­niło życiem, ale biały koc wszystko stłu­mił, dopóki nie roz­le­gły się nie­wąt­pli­wie roz­myślne krzyki.

To nie są okrzyki rado­ści.

- Co się dzieje? - spy­tał Nolyn.

Był za niski, by cokol­wiek zoba­czyć; na próżno pod­ska­ki­wał w miej­scu, korzy­sta­jąc z nie­spo­ży­tej ener­gii, jaką mają wszyst­kie dzieci. Per­se­fona chcia­łaby jej od niego zaczerp­nąć. Dni sta­wały się krót­sze, a ona i tak nie miała siły, by przez nie prze­brnąć. Miała czter­dzie­ści pięć lat, ale wiek sta­no­wił tylko część pro­blemu. Sporą rolę odgry­wały także poczu­cie winy oraz strach.

Po chwili poja­wił się zakap­tu­rzony Sikar, wydmu­chu­jąc obłoki pary. Zgod­nie z obiet­nicą Nyph­ron mia­no­wał go jej nową Tar­czą. Nie­gdy­siej­szy kapi­tan Alon Rhist tego nie powie­dział, ale z pew­no­ścią nie był zachwy­cony, że opie­kuje się Rhunką.

- Wra­caj po pele­rynę! - zawo­łała do syna.

Nolyn popa­trzył na nią sze­roko otwar­tymi oczami, a jego usta przy­po­mi­nały literę O. Myśl, że miałby poświę­cić dodat­kową minutę na wło­że­nie cie­plej­szego stroju, wyda­wała mu się absur­dalna.

- No dalej. Nie zoba­czysz, co się stało, dopóki się nie ubie­rzesz.

Pomimo tej groźby i tak musiała wcią­gnąć go do środka.

Justine spała zwi­nięta w nogach łóżka. Nolyn chciał ją obu­dzić, ale Per­se­fona go powstrzy­mała.

- Daj jej spo­kój.

Owi­nęła go minia­tu­ro­wym leigh mor, który spięła na ramie­niu. Wzdy­chał z nie­za­do­wo­le­niem, ale się nie poru­szył. Jego próba usta­nia w miej­scu była godna podziwu, ale wyni­kała z wyra­cho­wa­nia. Zro­biłby wszystko, by przy­śpie­szyć ten pro­ces. Kiedy skoń­czyła, wyglą­dał jak wzór dziecka z klanu Rhen - nie licząc zie­lo­nych oczu.

Co to ozna­cza?

W świe­cie brą­zo­wo­okich Rhu­nów i nie­bie­sko­okich Fhre­jów Nolyn był wyjąt­kowy. Płatki śniegu przy­kle­jały mu się do rzęs, dzięki czemu wyglą­dał jesz­cze bar­dziej osza­ła­mia­jąco. Nawet bio­rąc pod uwagę mat­czyne uprze­dze­nia, Per­se­fona była prze­ko­nana, że ni­gdy nie widziała tak pięk­nego dziecka. Szorst­kie ludz­kie cechy wygła­dziła w nim fhrej­ska ele­gan­cja, z kolei dzie­dzic­two Rhu­nów stłu­miło aurę pogar­dli­wej wyż­szo­ści, która cha­rak­te­ry­zo­wała kra­jan jego ojca. Zada­nie Per­se­fony pole­gało na zadba­niu o to, by Nolyn ni­gdy nie osią­gnął peł­nego poten­cjału - dziwne zada­nie jak na matkę, ale żadna kobieta ni­gdy nie wydała na świat takiego dziecka jak Nolyn.

Per­se­fona nie była tak naiwna, by uwa­żać, że jej lud wygra wojnę, ale gdyby im się udało, wszystko by się zmie­niło, a jej dziecko, pocho­dzące z dwóch świa­tów, pew­nego dnia rzą­dzi­łoby całą ludz­ko­ścią. Musiała zadbać, by stał się tego godzien, co nie było łatwe z ojcem takim jak Nyph­ron. Musiała wal­czyć z jego wpły­wami, nie­świa­do­mymi uprze­dze­niami i aro­gan­cją. No i musiała liczyć na łut szczę­ścia. Mar­twiła się, że Nolyn, jako w poło­wie czło­wiek, będzie żył kró­cej od swo­jego ojca. Nie była tego pewna, ale chło­piec wyglą­dał na Rhuna. Nie miał spi­cza­stych uszu ani deli­kat­nej syl­wetki Fhreja, a jego włosy nie były olśnie­wa­jąco jasne, tylko miały pia­skowy kolor.

Jeśli bogo­wie odmó­wili mu dłu­giego życia, to co się sta­nie, gdy Nolyn, który zosta­nie wycho­wany na przy­szłego księ­cia, dowie się, że jego ojciec prze­żyje go o całe wieki? Mar­twiła się, że ego­tyzm jej syna może wzbu­dzić w nim nie­chęć do wiecz­nego ojca, który będzie blo­ko­wał jego dostęp do Pierw­szego Krze­sła. Tak czy ina­czej, wie­działa, że nie dożyje roz­wią­za­nia tego kon­fliktu, i ma tylko kilka lat, by pokie­ro­wać bie­giem przy­szłych wyda­rzeń. Ude­rzała na oślep we mgle, pró­bu­jąc tra­fić wroga, który mógł nie ist­nieć, a stawką był los ludz­ko­ści. Ale tym mogła się przej­mo­wać innego dnia. Tego śnież­nego poranka wzięła za rękę nie­win­nego chłopca, który uśmiech­nął się do niej bez­tro­sko. Dla niego świat był cudow­nym miej­scem, a ona w tej chwili czuła to samo.

Wszystko zmie­niło się w mgnie­niu oka.

***

Żoł­nie­rze pędzili po świe­żym śniegu, jakby ktoś ich gonił. Ośmiu męż­czyzn w leśnych zbro­jach prze­bie­gło przez polanę w stronę obozu. Spod ich stóp w powie­trze wzbi­jały się białe obłoki. Gdyby śnieg był nieco głęb­szy, nie mogliby biec, ale stale go przy­by­wało.

Jeśli nic się nie zmieni, nikt nie będzie w sta­nie nie tylko bie­gać, ale nawet cho­dzić. Per­se­fona roz­wa­żyła tę myśl, jakby to było nie­chciane pro­roc­two. Jak dotąd nie brała pod uwagę ucieczki, jed­nak widząc grozę na twa­rzach bie­gną­cych ku niej męż­czyzn, pomy­ślała, że może to był błąd.

Per­se­fona, Nolyn i Sikar dotarli do szer­szej dróżki, oddzie­la­ją­cej namioty szpi­talne od kwa­ter żoł­nie­rzy rezerwy. Krzyki nio­sły się po obo­zie i wszę­dzie pod­no­siły się klapy namio­tów, spod któ­rych wyglą­dały ostroż­nie oczy. Nie­któ­rzy zdą­żyli wło­żyć buty i pele­ryny, ale inni wciąż byli owi­nięci kocami i spo­glą­dali na nie­przy­ja­zny świt oraz jego nie­chciane dary.

Nolyn dotarł do gra­nicy obo­zo­wi­ska i wska­zał bie­gną­cych męż­czyzn.

- Kto to jest? - spy­tał.

- Techy­lo­ro­wie - odpo­wie­działa matka.

Kiedy zasta­na­wiała się, co mogło skło­nić oddział Techy­lo­rów do ucieczki, zorien­to­wała się, że ci nie są sami.

Zza zasłony pada­ją­cego śniegu wyło­nili się kolejni męż­czyźni. Przy­po­mi­nali widma, sze­roką ścianę cie­nia pły­nącą nad rów­niną.

- To pełen odwrót - zauwa­żył Nyph­ron, pod­cho­dząc do niej od tyłu. Rzu­cił te słowa jakby od nie­chce­nia. Nie mówił do nich. Nie zwra­cał się do nikogo.

- Witaj, tato! - Nolyn uśmiech­nął się sze­roko i poma­chał wolną ręką.

- Jak myślisz, co się dzieje? - spy­tała Per­se­fona.

- Podej­rze­wam, że nie­długo się dowiemy - odrzekł Nyph­ron. - Ale nie spo­dzie­wał­bym się dobrych wie­ści.

- Witaj, tato! - powtó­rzył chło­piec, tym razem gło­śniej.

Nyph­ron popa­trzył na syna i zmarsz­czył czoło.

- Dla­czego nie jesteś więk­szy?

- Jestem duży - popra­wił go chło­piec.

- Może jak na mysz, ale jeśli masz być moim synem, powi­nie­neś rosnąć szyb­ciej.

- Ale jak?

- Myśl o więk­szych rze­czach.

- Dobrze - odpo­wie­dział Nolyn, jakby ta rada miała sens.

Może jemu rze­czy­wi­ście wyda­wała się sen­sowna, ale Per­se­fona wyczu­wała cza­jącą się w niej grozę.

Pod­biegł do nich zdy­szany Edgar. Miał czer­woną twarz i nos jak posi­niały burak. Śnieg zebrał się na jego bro­dzie, a krysz­tałki lodu ota­czały usta.

- Złóż raport - roz­ka­zał Nyph­ron, gdy dowódca Techy­lo­rów był jesz­cze w odle­gło­ści kilku kro­ków.

Edgar zatrzy­mał się i przez kilka sekund tylko wydmu­chi­wał obłoki pary, dzięki czemu Atkins zdo­łał go dogo­nić. Obaj męż­czyźni wciąż mieli na sobie kil­ku­war­stwowe zie­lono-brą­zowe poszar­pane szmaty, które upo­dab­niały ich do stert liści, a ich ramiona przy­pró­szył śnieg.

- Mają jed­nego - wykrztu­sił Edgar, łap­czy­wie chwy­ta­jąc powie­trze.

Per­se­fona zro­biła chwiejny krok. Obej­rzała się, nie­pewna, czy chce roz­ma­wiać o woj­sko­wych spra­wach w obec­no­ści syna.

- Sika­rze, odpro­wadź Nolyna do mojego namiotu. Obudź Justine i powiedz jej, żeby zabrała go na śnia­da­nie.

Fhrej­ski dowódca posłał jej surowe spoj­rze­nie i nawet nie drgnął. Per­se­fona nie zwy­kła wyda­wać roz­ka­zów Fhre­jom, a tym bar­dziej dowódcy obozu. Sikar nie był zachwy­cony, ale Per­se­fona miała więk­sze zmar­twie­nia niż jego duma.

- Zapo­mnia­łeś, jak się idzie do namiotu keenig, Sika­rze? - spy­tał Nyph­ron.

- Nie jestem niańką - odparł Insta­rya lodo­wa­tym tonem. - To jest...

- Jesteś Tar­czą keenig i jej syna. Speł­niaj swoją powin­ność.

Sikar zmarsz­czył czoło, ale wziął chłopca za rękę i popro­wa­dził ścieżką.

- Na pewno jest tylko jeden? - spy­tał Nyph­ron Edgara.

- Tylko jego widzie­li­śmy. Ale jeden wystar­czył. Wła­śnie wra­ca­li­śmy na poste­ru­nek, kiedy zaata­ko­wał naj­da­lej wysu­nięte obo­zo­wi­sko. Nie spo­dzie­wam się, by ktoś jesz­cze oca­lał.

Edgar obej­rzał się w stronę lasu.

- Smok pod­pa­lił obóz i las. Nie widać dymu z powodu pada­ją­cego śniegu, ale drzewa płoną. Uzna­łem, że lepiej będzie zło­żyć raport niż dołą­czyć do walki.

Per­se­fona patrzyła na śnieg. Miała wra­że­nie, że niebo spada im na głowę, pła­tek po płatku.

***

Ode­sław­szy resztę Techy­lo­rów i pozo­sta­łych żoł­nie­rzy, któ­rzy przy­szli w ślad za nimi z lasu, Per­se­fona, Nyph­ron i Edgar prze­nie­śli się do wygod­nego namiotu keenig. Per­se­fona zamó­wiła jedze­nie, ale miała zbyt ści­śnięty żołą­dek, by się poży­wić. Nyph­ron także odmó­wił, choć podej­rze­wała, że z innego powodu. Po latach impasu wresz­cie miał coś do roboty. Coś, na czym wyjąt­kowo się znał.

- Gila­ra­brywn ma ogra­ni­czony zasięg - ode­zwała się Per­se­fona. - Jeśli stwo­rzono go w Avem­par­th­cie, nie dotrze poza Har­wood. Oddziały Lothiana nie będą w sta­nie sko­rzy­stać z niego tak daleko.

Nyph­ron z namy­słem poma­so­wał się po bro­dzie.

- Znasz dokładny zasięg smoka?

Per­se­fona pokrę­ciła głową.

- Nie­stety nie.

- Może Lothian rów­nież go nie zna. Nie­wy­klu­czone, że w ogóle nie wie o takim ogra­ni­cze­niu. Jeżeli tak, to na razie mamy sytu­ację patową. On nie może zaata­ko­wać naszych pozy­cji ze względu na naszego smoka, a my nie możemy podejść do Avem­par­thy.

- Ale czy oni po pro­stu nie stwo­rzą kolej­nych i nie będą kon­ty­nu­ować natar­cia? - spy­tał Edgar, prze­łknąw­szy kęs wczo­raj­szego chleba i solo­nego mięsa.

Per­se­fona żało­wała, że nie mogła im zapew­nić cze­goś lep­szego.

Ci ludzie zasłu­gują na znacz­nie wię­cej, pomy­ślała.

- Ja bym tak zro­bił, gdy­bym miał moż­li­wość przej­ścia, a Suri nie odmó­wiła stwo­rze­nia kolej­nych smo­ków - odpo­wie­dział Nyph­ron. - Ale naj­pierw zajął­bym pozy­cję po dru­giej stro­nie rzeki i użył smoka jako ochrony pod­czas gro­ma­dze­nia wojsk. Lothian nie zna się na wojaczce, a jeśli spo­dziewa się, że smok nas znisz­czy, zapewne nie zapla­no­wał tego klu­czo­wego pośred­niego kroku.

Per­se­fona zigno­ro­wała uwagę doty­czącą Suri i doce­niła fakt, że Nyph­ron nie pocią­gnął tematu. Mógł to zro­bić. Miał pełne prawo. Może jej mąż nie widział sensu w podą­ża­niu tą ścieżką. Oboje wie­dzieli, że to była wina Per­se­fony. To ona dostar­czyła mistyczkę fane'owi.

Nyph­ron, który sie­dział na jed­nym z mięk­kich krze­seł, wstał i popa­trzył na pół­noc.

- W tej chwili nic nie powstrzy­muje fane'a przed podej­ściem na obrzeża naszego obozu i stwo­rze­niem smoka na naszym progu. Gdyby tak się stało... - Bez­rad­nie zała­mał ręce. - To byłby nasz koniec.

- Więc co zro­bimy? - spy­tał Edgar.

Nyph­ron zwró­cił się w stronę żoł­nie­rza.

- Czy kto­kol­wiek tam został? Jacyś obrońcy?

- Nie jestem pewien. Od razu ode­szli­śmy. Moż­liwe, że nie­któ­rzy znad rzeki ucie­kli albo aku­rat nie było ich w obo­zie. Jeśli tak, to zapewne przyjdą tutaj.

- Będzie­cie musieli wró­cić do lasu.

Edgar spra­wiał wra­że­nie zaszo­ko­wa­nego.

- Har­wood pło­nie.

- To nie mój pro­blem.

- Nie mogą wal­czyć z Gila­ra­bryw­nem - wtrą­ciła się Per­se­fona.

Nyph­ron prze­niósł na nią uwagę.

- Edgar i jego Techy­lo­ro­wie żyją, ponie­waż smok Lothiana ma ogra­ni­czony zasięg, tak samo jak nasz. Muszę się dowie­dzieć, ile wynosi ten zasięg, i nie dopu­ścić, by fane zgro­ma­dził oddziały po naszej stro­nie Nidwal­den. Ta armia nie będzie niczym ogra­ni­czona. Ale przede wszyst­kim muszę się upew­nić, że żaden z Mira­ly­ithów nie uciek­nie z tego lasu. Nie możemy ich do sie­bie dopu­ścić.

- Będziemy potrze­bo­wać wię­cej ludzi - odrze­kła Per­se­fona. - Wezwę posiłki. Ilu potrze­bu­jesz żoł­nie­rzy?

- Wszyst­kich - odparł Nyph­ron.

- Naprawdę jest tak źle?

- Możemy liczyć tylko na naszą prze­wagę liczebną. Ow­szem, jest fatal­nie. Prawdę mówiąc, powin­ni­śmy jak naj­szyb­ciej zwi­nąć obóz. - Zawa­hał się, jakby te słowa były tru­jące. - Musimy się wyco­fać. Posiłki dołą­czą do nas w nowym punk­cie zbor­nym.

- Jesteś pewien? - spy­tała Per­se­fona.

- Nie możemy dłu­żej utrzy­mać tej pozy­cji. Powin­ni­śmy wyco­fać się na gra­nice zasięgu naszego smoka. Alon Rhist od Mer­re­dydd dzieli mniej wię­cej taka sama odle­głość jak od tego miej­sca, więc smok powi­nien być w sta­nie do nas dołą­czyć. Tak się sta­nie?

- Nie jestem pewna. Suri kon­tro­lo­wała go po dro­dze, ale... - Per­se­fona się zawa­hała. Nawet teraz. Te słowa były wypa­lone w jej sercu. - Tak, myślę, że za nami podąży.

- Dobrze. - Nyph­ron poki­wał głową i z namy­słem powiódł wkoło wzro­kiem.

- Ale co nam da odwrót? - spy­tał Edgar. - Czy po pro­stu nie odwle­czemy tego, co nie­unik­nione?

- Nie - odrze­kła Per­se­fona. - Za stwo­rze­nie smoka trzeba zapła­cić strasz­liwą cenę. Każdy kolejny może osła­biać morale sił fane'a. - Popa­trzyła na Nyph­rona. - Sto­jąc przed tak trud­nym wybo­rem, może zacząć dążyć do pokoju.

- Myślę, że ta moż­li­wość jest już wyklu­czona - odparł Nyph­ron. - Edga­rze, dokoń­czysz posi­łek po dro­dze. Zbierz swo­ich ludzi, żoł­nie­rzy z innych obo­zów oraz połowę naszych rezer­wi­stów. Wyślij gońca z codzien­nym rapor­tem doty­czą­cym liczby Fhreyów po naszej stro­nie rzeki. Nie wypusz­czaj ich spo­mię­dzy tych drzew, chyba że stwo­rzą kolej­nego smoka.

- A jeśli to zro­bią?

- Wyco­faj się i dołącz do posił­ków.

- Tak jest. - Edgar zasa­lu­to­wał, chwy­cił garść jedze­nia i wyszedł z namiotu.

Po jego wyj­ściu zapa­dła długa cisza. Per­se­fona nie miała ochoty wra­cać do tego tematu, ale musiała spy­tać.

- Ona nie żyje, prawda?

- Suri? - upew­nił się Nyph­ron. - Tak sądzę. Nie mieli powodu, by zacho­wać ją przy życiu, skoro prze­ka­zała im to, co miała naj­cen­niej­szego.

Per­se­fonę naj­bar­dziej ude­rzyła nie treść jego słów, ale rze­czowy ton, jakim je wypo­wie­dział.

- Wola­ła­byś, żebym cię okła­mał?

Pokrę­ciła głową.

- Nie.

Nyph­ron nie był naj­gor­szym mężem, ale nie był też naj­lep­szy. Reglan miał wiele wad, ale przy­tu­liłby Per­se­fonę do piersi, objął ją i pozwo­lił jej się wypła­kać. Rozu­miał, że tego potrze­bo­wała. Fhre­jo­wie, za któ­rych wycho­dziła, nie mieli poję­cia o takich rze­czach. To nie była wina Nyph­rona; podobne zacho­wa­nia po pro­stu nie leżały w jego natu­rze.

Nie­świa­do­mie wbiła wzrok w miecz z czar­nego brązu wiszący na środ­ko­wej pod­po­rze namiotu.

Ptaki latają, ryby pły­wają, pomy­ślała. Po chwili namy­słu uświa­do­miła sobie, że kaczki potra­fią jedno i dru­gie.

- Widzę, że myślisz o tym samym, co ja - ode­zwał się Nyph­ron.

Per­se­fona bar­dzo w to wąt­piła.

- A o czym ty myślisz? - spy­tała, odwra­ca­jąc się w jego stronę.

Wska­zał ostrze, na które patrzyła.

- Nie powin­ni­śmy tutaj trzy­mać tego mie­cza. Może nam zaszko­dzić.

- Jak to?

- Siły fane'a już nie są zablo­ko­wane, a to jedyna broń, którą można zabić smoka Suri, czyż nie?

Per­se­fona zdzi­wiła się, że Nyph­ron o tym wie. Ni­gdy nie roz­ma­wiali na ten temat.

- Tak. Sym­bole na ostrzu to jego imię. To węzeł, który pod­trzy­muje splot. Jeśli wbije się w ciało Gila­ra­brywna, prze­ła­mie zaklę­cie, a istota znik­nie.

- Wła­śnie. Dla­czego więc ktoś z ludzi fane'a nie miałby go ukraść, by znisz­czyć naszą naj­sil­niej­szą obronę?

- Po pierw­sze, musiałby zda­wać sobie sprawę z ist­nie­nia takiej broni. Po dru­gie, musiałby wie­dzieć, że to ja ją posia­dam. Po trze­cie, musiałby podejść wystar­cza­jąco bli­sko, by z niej sko­rzy­stać, a Gila­ra­brywn raczej na to nie pozwoli. Mal­colm wrę­czył mi ten miecz, by Suri nie musiała oso­bi­ście ode­słać smoka, ale kiedy teraz o tym myślę...

- Tak?

- Może wie­dział, że Suri już z nami nie będzie, i wła­śnie dla­tego mi go prze­ka­zał. Powie­dział, żebym go pil­no­wała. Nie spy­ta­łam dla­czego. Ostat­nio zaczę­łam podej­rze­wać, że Mal­colm jest widzą­cym i potrafi prze­wi­dy­wać przy­szłość, tak jak Tura czy Suri. Wie wiele rze­czy, któ­rych nie powi­nien wie­dzieć.

Nyph­ron wes­tchnął.

- Nie trać czasu na próby zro­zu­mie­nia Mal­colma. Jest zagadką, ale zapew­niam cię, że kryje się w nim wię­cej, niż wydaje się na pierw­szy rzut oka. Powin­naś przy­naj­mniej ukryć to ostrze. Losy wojny się odwró­ciły, Per­se­fono. Musimy zacho­wać ostroż­ność i wyko­rzy­stać każdą prze­wagę, w prze­ciw­nym razie prze­gramy.

Poki­wała głową i jesz­cze raz zer­k­nęła na miecz. Poły­ski­wał w świe­tle wcze­snego poranka.

- Zapy­tam o niego Mal­colma.

- Cudow­nie - odrzekł Nyph­ron z sar­ka­zmem. - A przy oka­zji spy­taj, jaka będzie pogoda w Mer­ry­dydd.

Rozdział trzeci. Ratowanie Moyi

Roz­dział trzeci

Rato­wa­nie Moyi

Jeśli umie­ra­nie cze­goś mnie nauczyło, to tej pro­stej prawdy, że nie­za­leż­nie od tego, jak nie­cie­kawe, straszne czy trudne wydaje nam się nasze życie, sprawy zawsze mogą przy­brać gor­szy obrót - i zbyt czę­sto wła­śnie tak się dzieje.

Księga Brin

Moya zoba­czyła, jak most pęka i spada.

Ban­kor przy­niósł ją do kró­lo­wej, a teraz unie­ru­cho­mił ją jakiś potężny męż­czy­zna, a może nawet nie­wielki olbrzym. Chwy­cił ją od tyłu, więc wie­działa jedy­nie, że cuch­nął potem i krwią. Ści­skał ją tak mocno, że spra­wiał jej ból. Nie pozwa­lał jej uciec, ale zara­zem nie dopu­ścił, by spa­dła z walą­cego się mostu. Przed chwilą kró­lowa zapy­tała ją, kto ma klucz, a Moya pró­bo­wała powstrzy­mać się przed udzie­le­niem odpo­wie­dzi, ale to przy­po­mi­nało wstrzy­my­wa­nie odde­chu. Cho­ciaż bar­dzo chciała wytrwać, w końcu musiała zaczerp­nąć powie­trza. Roz­cza­ro­wało ją, jak nie­wiele czasu potrze­bo­wali, by ją zła­mać - nie­całą minutę. Ale dopiero upa­dek z mostu spra­wił, że ugięły się pod nią nogi.

Widziała, jak spa­dli. Naj­pierw Roan, potem Brin, Gif­ford i wresz­cie Tesh oraz Tressa. Szlak pro­wa­dzący do wrót Aly­sinu został znisz­czony, a klucz na zawsze zna­lazł się poza zasię­giem. Moya zawio­dła Per­se­fonę i całą ludz­kość, a przy oka­zji stra­ciła przy­ja­ciół. Jakimś spo­so­bem na­dal ist­niała, ale oni znik­nęli. To nie miało sensu. Prze­cież stała na ich czele.

To wszystko moja wina. Jestem odpo­wie­dzialna. Jak to moż­liwe, że wciąż tu jestem, a oni ode­szli? Nie powinno tak być.

Po raz pierw­szy poczuła się naprawdę mar­twa.

Dło­nie, które ją przy­trzy­my­wały, roz­warły się i upa­dła na kamie­nie na skraju odła­ma­nego jęzora mostu. Sie­działa oszo­ło­miona, wpa­tru­jąc się w wyrwę na środku.

Oni nie umarli. Nie mogli umrzeć. To nie­moż­liwe, kiedy już się jest w Phyre.

Otrzą­snęła się z kosz­maru i rozej­rzała. Kró­lowa znik­nęła, podob­nie jak ohydne ban­kory oraz Orr. Wszę­dzie wokół Moyi roz­pra­szały się armie. Ludzie, Fhre­jo­wie, karły, olbrzymy i gobliny roz­cho­dzili się w ciszy. Nikt się nie śmiał ani nie wiwa­to­wał. Melen i kilku innych nie­śli zma­sa­kro­wane ciała Gatha i Brana. Więk­szość pole­głych pozo­stała na swo­ich miej­scach. Wokół leżały setki ciał. Fene­liusa poma­gała iść kule­ją­cemu Mide­onowi.

- Co się dzieje?! - zawo­łała do nich Moya.

Fene­liusa się na nią obej­rzała.

- Prze­gra­li­śmy.

- Więc to już koniec? Wszy­scy po pro­stu wra­cają do domu?

- Tak. Tutaj tak to wygląda.

- Wła­śnie. Tutaj tak to wygląda.

- Ale... nie, to nie może być koniec. Musimy ich wydo­stać. Moich przy­ja­ciół, któ­rzy spa­dli. Musimy coś zro­bić.

Fene­liusa pokrę­ciła głową.

- Nie­moż­liwe. To rze­czy­wi­ście już koniec i jak zwy­kle nie miało to żad­nego celu. Wła­śnie dla­tego prze­sta­łam uczest­ni­czyć w tych próż­nych afe­rach. Wró­ci­łam tylko ze względu na cie­bie. Tym razem miało być ina­czej. Beatrice powie­działa, że ty i twoi przy­ja­ciele jeste­ście wyjąt­kowi. - Fene­liusa wes­tchnęła i ponow­nie pokrę­ciła głową. - Myliła się.

Fhrejka pomo­gła Mide­onowi ruszyć w dal­szą drogę.

- To nie koniec! - zawo­łała za nią Moya. - Musi ist­nieć jakiś spo­sób, by im pomóc.

- Nie ma żad­nego. - Głos Fene­liusy zabrzmiał osta­tecz­nie jak trza­śnię­cie zamy­ka­nych drzwi.

- Wróć z nami, Moyu - zapro­po­no­wał Mideon sła­bym gło­sem. - Napi­jemy się i odpocz­niemy, a jutro wszystko będzie wyglą­dało lepiej. Jak zawsze.

Moya obej­rzała się na zie­jącą gar­dziel Otchłani.

Nie, nie mogę tak ich zosta­wić.

Wstała.

Nie odejdę i ich nie porzucę.

Zbli­żyła się o krok do kra­wę­dzi.

- Moyu? - ode­zwał się Deszcz. Stał gdzieś za jej ple­cami.

- Daj mi spo­kój, Desz­czu.

- Ale Moyu... tam. Popatrz.

Zda­wała sobie sprawę, że kopacz zna jej zamiary. Powstrzy­mał Gif­forda przed rzu­ce­niem się z mostu, a teraz chciał prze­szko­dzić także jej. Nie zamie­rzała na to pozwo­lić, ale coś w tonie jego głosu spra­wiło, że się obej­rzała.

Karzeł wska­zy­wał stertę ciał tuż przed mostem. To były ofiary potęż­nego topora Mide­ona i mło­tów Melena. Kró­lowa pozo­sta­wiła kil­ka­na­ście ciał swo­ich pod­da­nych. Jedna twarz rzu­ciła jej się w oczy.

- Tek­chin! - Moya pod­bie­gła i padła na kolana. - Desz­czu, pomóż mi!

Razem zepchnęli zwłoki z Insta­rya, a wtedy ich oczom uka­zał się paskudny widok.

Tek­chin wal­czył dziel­nie. Nie padł od poje­dyn­czej rany. Moya widziała zaszlach­to­wane świ­nie w bar­dziej nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Stra­cił rękę, miał nie­mal odciętą głowę oraz głę­bo­kie rany na piersi i udach. Ostrza prze­cięły jego zbroję, jakby była uszyta ze szmat. Uwol­nie­nie go ze sterty tru­pów nie było łatwe. Bali się, że roze­rwą jego ciało na strzępy.

- Tek­chin! Tek­chin! - Moya szlo­chała, a łzy nie­mal ją ośle­piły. - Desz­czu, pomóż mi!

Karzeł był przy niej. Zna­lazł kawa­łek mate­riału z jakie­goś sztan­daru. Roz­ło­żyli go i ostroż­nie umie­ścili na nim Tek­china.

- Teraz możemy pocią­gnąć - rzekł Deszcz. - Nic mu nie będzie. Tro­chę to potrwa, ale doj­dzie do sie­bie.

Moya wciąż pła­kała, ale poki­wała głową.

- Wydo­brzeje szyb­ciej i będzie mniej cier­piał, jeśli będziesz przy nim - powie­działa Beatrice.

Nie­wy­soka bia­ło­włosa widząca sie­działa na kamien­nej półce w odle­gło­ści kilku metrów. Zapewne była tam od początku, ale zoba­czyli ją dopiero, gdy tłum się prze­rze­dził.

Moya splu­nęła na zie­mię.

- Wie­dzia­łaś, że tak się sta­nie. Wła­śnie tego nie chcia­łaś nam powie­dzieć.

- Tak - przy­znała Beatrice.

- Pro­si­łaś, żeby­śmy ci zaufali.

- Nie skła­ma­łam. Mówi­łam, że sprawy przy­biorą bar­dzo zły obrót, a potem wszystko jesz­cze bar­dziej się pogor­szy. To szczera prawda, nie uwa­żasz?

- Ale ukry­łaś to przede mną. Dla­czego?

Kar­lica wstała i popa­trzyła na pęk­nięty most.

- Ponie­waż ni­gdy byś nie przy­szła, gdy­byś znała cenę, a zwłasz­cza wie­działa, że to oni ją zapłacą, a nie ty. Zabra­ła­byś klucz i kazała resz­cie bez­piecz­nie zacze­kać w zamku. Bar­dzo by się sprze­ci­wiali, krzy­czeli i pła­kali, ale osta­tecz­nie posta­wi­ła­byś na swoim, a wtedy kró­lowa zdo­by­łaby klucz, bramy Phyre sta­nę­łyby otwo­rem, a wasza wojenka nad rzeką Nidwal­den poszłaby w nie­pa­mięć i zastą­piłby ją nowy kon­flikt, nie­wy­obra­żal­nie potężny i strasz­liwy. Wiem, o czym mówię. Widzia­łam to setki razy. Glo­rok to cen­trum labi­ryntu, gdzie spo­ty­kają się wszyst­kie ścieżki. Nie da się tego unik­nąć. Przy­naj­mniej na razie.

- Skoro nie da się tego unik­nąć, to dla­czego nie mogli­śmy wybrać takiej wer­sji wyda­rzeń, w któ­rej oni nie musie­liby spaść?

- Ponie­waż potrze­bu­jemy nowych ście­żek i moż­li­wo­ści.

Moya ponow­nie splu­nęła i otarła nos.

- Poło­ży­łaś na szali moich przy­ja­ciół, wiecz­ność ich dusz.

Beatrice odwró­ciła się w jej stronę.

- To nie jest gra, Moyu, a ty wciąż masz swoją rolę do ode­gra­nia, więc nie mogę powie­dzieć ci nic poza tym, że Tek­chin cię potrze­buje. Miłość... świa­do­mość, że ktoś się o cie­bie trosz­czy... to potężny lek, zarówno w Elan, jak i tutaj. Daje nadzieję, a to nie­sa­mo­wita siła.

Rozdział czwarty. Tracąc światło

Roz­dział czwarty

Tra­cąc świa­tło

Bar­dzo czę­sto naj­bar­dziej mylimy się co do tego, czego jeste­śmy naj­bar­dziej pewni, a to może wszystko zmie­nić.

Księga Brin

Gif­ford wędro­wał pośród popę­ka­nych skał pokry­tych war­stwami skry­sta­li­zo­wa­nego szronu. Każ­demu jego kro­kowi towa­rzy­szył sta­now­czy chrzęst.

Za gło­śno, pomy­ślał, cho­ciaż sam nie wie­dział dla­czego.

Otchłań była odludna, opusz­czona i przy­gnę­bia­jąca. W porów­na­niu z nią Dureya, z jej kru­chymi tra­wami i prze­stwo­rzami peł­nymi obło­ków, była rajem życia i piękna. Gif­ford bez celu wałę­sał się po otwar­tej rów­ni­nie pomię­dzy dwoma urwi­skami. Szu­kał pomocy w miej­scu, w któ­rym zapewne nie można było jej zna­leźć. Czuł się ocię­żały i powolny. Poza tym bio­dro wciąż go bolało po upadku. Kon­tu­zja coraz bar­dziej się pogłę­biała. A może nie doce­nił pier­wot­nych obra­żeń? Cho­dze­nie spra­wiało mu ból i wyraź­nie go męczyło, przy­naj­mniej w porów­na­niu z tym, jak dotych­czas czuł się po śmierci. Po trzy­dzie­stu latach życia i tak była to mało zna­cząca nie­do­god­ność, zwłasz­cza w świe­tle tego, że nie był w sta­nie pomóc Teshowi ani Tres­sie. No i była także Roan, któ­rej brak czy­nił go jesz­cze bar­dziej zde­spe­ro­wa­nym. Odkrył, że Otchłań jest kra­iną bez­na­dziei.

Kiedy zszedł na niż­szą skalną półkę, poczuł ukłu­cie bólu w bio­drze. Roz­ma­so­wał bole­sny skurcz i odczu­cie znik­nęło.

Nie mam ciała, przy­po­mniał sobie. Sam spra­wiam sobie ten ból. To zmu­siło go do posta­wie­nia nowego, osza­ła­mia­ją­cego pyta­nia: Dla­czego Tressa i Tesh tak bar­dzo ucier­pieli na sku­tek upadku?

Przy­po­mi­nali obrzy­dliwe zapad­nięte namioty. Cho­ciaż wie­dzieli, że nie mają ciał, nurzali się w bólu i cier­pie­niu. Gif­ford wspiął się na kolejną półkę i ponow­nie poczuł ukłu­cie w bio­drze.

Nie mogę pozbyć się wra­że­nia, że rana staje się coraz bar­dziej dotkliwa. Ta świa­do­mość go nie­po­ko­iła. Co to ozna­cza? Wygląda na to, że sami jeste­śmy swo­imi naj­gor­szymi wro­gami.

Jakiś dźwięk.

Usły­szał go albo tylko mu się wyda­wało.

Zatrzy­mał się i wytę­żył słuch. Wbił wzrok w ciem­ność i pró­bo­wał spra­wić, by odgłos znów się roz­legł.

Nic. To tylko pobożne życze­nia.

Ale z braku innych odczuć otwo­rzył się na nadzieję, wyobra­ził sobie, że dźwięk dobiegł od strony pobli­skiej skal­nej ściany i odbił w jej stronę. Jego oczom uka­zały się pio­nowe pęk­nię­cia, niczym bli­zny na ciem­no­sza­rym kamie­niu - ślady pazu­rów jakiejś olbrzy­miej bestii. Kiedy zbli­żył się do pod­nóża roz­pa­dliny, usły­szał głosy, a raczej jeden głos.

Coś jest w środku.

Zda­wał sobie sprawę, że pomy­ślał "coś", a nie "ktoś". Przy­po­mniał sobie, jak Brin opo­wia­dała mu o raowie, któ­rego sły­szała w Alon Rhist, a on z całą pew­no­ścią nie był osobą. Ale w tym nowym świe­cie wszystko było moż­liwe. Tylko wizja zma­sa­kro­wa­nych ciał Tesha i Tressy oraz ich woła­nia o pomoc skło­niły go do zagłę­bie­nia się w szcze­li­nie. Wszedł powoli, pozwa­la­jąc, by bijące od niego świa­tło odsło­niło tajem­nice wnę­trza. Wej­ście było wąskie, ale szcze­lina robiła się coraz szer­sza. Zatrzy­mał się, żeby posłu­chać. Żad­nego dźwięku. Może się pomy­li­łem? Jaski­nie zazwy­czaj były puste. Odgłos był taki deli­katny.

Myli­łem się. To Otchłań. Nie ma w niej niczego poza pustką.

- Byłaś nie­grzeczną dziew­czynką, prawda? - Głos dobiegł z głębi jaskini. - Bar­dzo, bar­dzo nie­grzeczną.

Znam ten głos!

- Otru­łaś tatu­sia. Nakar­mi­łaś mnie czymś paskud­nym i patrzy­łaś, jak umie­ram z pianą na ustach, niczym jedna z owiec Gel­stona. Nie dzi­wię się, że tutaj tra­fi­łaś. Bogo­wie nie wyba­czą takiego zabój­stwa.

Matko Wszech­rze­czy, tylko nie on! Ale z kim roz­ma­wia? Gif­ford znał odpo­wiedź, cho­ciaż odpy­chał ją i nie dawał jej prawa ist­nie­nia. Nie! Nie ona! Nie z nim! Pośpiesz­nie wszedł do jaskini, a jego świa­tło odsło­niło prawdę.

Iver Sny­cerz stał pochy­lony w nie­wiel­kiej komo­rze. Był miękki, gruby i tłu­sty. Gif­ford ni­gdy wcze­śniej tego nie zauwa­żył, ale teraz, widząc tę nalaną twarz, wor­ko­wate policzki i podwójną szyję, zdał sobie sprawę, że Iver jako jedyny w dahlu aż tak się zaokrą­glił. To nie była zwy­kła oty­łość. Wyglą­dał jak świeczka, która sto­piła się na słońcu.

Iver pochy­lał się nad czymś, co leżało na ziemi.

- Jak się miewa moja córeczka, co? - zagru­chał.

Córeczka?

Iver zauwa­żył świa­tło i się odwró­cił. Woskowy czło­wiek był ubrany w szmaty, pozo­sta­ło­ści dawno zapo­mnia­nej tuniki. Poszar­pane nitki, cien­kie jak paję­cza sieć, falo­wały niczym dłu­gie włosy pod wodą. Ślina lśniła na dol­nej war­dze męż­czy­zny, a malut­kie oczka były wytrzesz­czone z rado­ści. Kiedy Iver się poru­szył, Gif­ford wstrzy­mał oddech.

U jego stóp leżała Roan. Nie poru­szała się, tylko lekko drżała, a z jej ust wydo­by­wały się jęki.

Jaski­nia w jed­nej chwili uro­sła, gdy zapło­nął gniew Gif­forda.

- Zostaw moją żonę!

- Gif­ford? Gif­ford... Kaleka? - Iver cof­nął się oszo­ło­miony.

Gif­ford nie miał na sobie zbroi ani nie dzier­żył mie­cza, ale to nie miało zna­cze­nia. Zaszar­żo­wał z furią i unie­sioną pię­ścią.

- Powie­dzia­łem, żebyś ją zosta­wił!

Cichy garn­carz z dahlu Rhen dygo­tał, ale nie z zimna. Miał sze­roko otwarte oczy i mocno zaci­śnięte zęby.

Iver się sku­lił.

- Jeśli jesz­cze raz ją tkniesz, znajdę kamień i przez całą wiecz­ność będę ci roz­trza­ski­wał czaszkę! Rozu­miesz? - wrzesz­czał Gif­ford. - Czy mnie rozu­miesz, ty chory sukin­synu? Trzy­maj się od niej z dala!

Iver znik­nął w mrocz­nych zakąt­kach jaskini, a Gif­ford deli­kat­nie pod­niósł Roan. Kobieta nie prze­sta­wała pła­kać, gdy niósł ją do wyj­ścia.

- Nie idź tam - ode­zwał się Iver z cieni. - Tam nie jest bez­piecz­nie. Świa­tło... znajdą cię.

Roan zadrżała, gdy usły­szała jego głos.

- Już dobrze, Roan - wyszep­tał Gif­ford. - Jestem przy tobie. On już sobie poszedł. Ni­gdy wię­cej cię nie dotknie. Obie­cuję. Jeśli spró­buje, roz­szar­pię go gołymi rękami, klnę się na Etona i Elan.

***

Kiedy Gif­ford zaniósł Roan do pozo­sta­łych, sytu­acja wyglą­dała już odro­binę lepiej. Tesh i Tressa wciąż leżeli poła­mani na zmro­żo­nej ziemi, ale nieco doszli do sie­bie. Głowa Tesha już nie była zmiaż­dżona, a jedy­nie wyglą­dała jakby ktoś obił ją tęgim kijem. Wciąż bra­ko­wało mu zębów i miał prze­krzy­wiony nos, ale jego szczęka odzy­skała spraw­ność. Tressa wyglą­dała dużo gorzej. Mimo to prze­wró­ciła się na bok, a jej poskrę­cane koń­czyny uło­żyły się mniej wię­cej we wła­ści­wych miej­scach.

Oboje mogli mówić.

- Zna­la­złeś Roan - ode­zwał się Tesh. Lekko prze­krzy­wił głowę, pró­bu­jąc na nich popa­trzeć. Poru­szał szczęką, lecz miał słaby, drżący głos.

Gif­ford poki­wał głową i poło­żył Roan obok Tressy. Chciał się cof­nąć, ale Roan chwy­ciła go za rękę z zaska­ku­jącą siłą.

- Nie zosta­wiaj mnie.

- Ni­gdzie się nie wybie­ram - zapew­nił ją. - Powin­naś już wie­dzieć, że ni­gdy cię nie zosta­wię.

Roan mimo wszystko mocno go objęła.

- Tak się bałam.

- Gdy­bym mógł go dla cie­bie zabić, zro­bił­bym to.

- Kogo? - spy­tał Tesh.

- Ivera Sny­ce­rza.

- Iver tutaj jest? - spy­tała Tressa i skrzy­wiła się z wysiłku.

Gif­ford nie potra­fił oce­nić, która rana spra­wia jej naj­więk­szy ból. Była tak pokie­re­szo­wana, że nie mógł na nią patrzeć.

- Zabrał Roan.

- A ty go zna­la­złeś? - Pomimo widocz­nego cier­pie­nia Tressa zdo­łała się uśmiech­nąć. - Jak ci poszło?

- Nie musia­łem niczego robić. Po pro­stu krzyk­ną­łem.

- Naprawdę? Pozwo­li­łeś mu odejść?

Gif­ford wzru­szył ramio­nami.

- Obcho­dzi mnie tylko Roan.

Odgar­nął włosy z jej twa­rzy. Kiedy ją zna­lazł, wyglą­dała strasz­nie. Nie tak źle jak Tressa, ale pra­wie. Miała siną twarz i krwa­wiła z kil­ku­na­stu ska­le­czeń. Podob­nie jak Tesh stra­ciła kilka przed­nich zębów, miała zmiaż­dżony nos i prze­krwione oko. Teraz jej zęby wró­ciły na swoje miej­sce, oko wciąż było czer­wone, ale powoli jaśniało, a nos miała tylko posi­nia­czony. Podob­nie jak pozo­stali docho­dziła do sie­bie. Każde z nich odzy­ski­wało dawną spraw­ność we wła­snym tem­pie. Roan wyprze­dziła pozo­sta­łych, a jej sińce bły­ska­wicz­nie zni­kały.

- Wyglą­dasz już dużo lepiej - powie­dział ze łzami w oczach.

- To ty poma­gasz mi wró­cić - wyszep­tała drżą­cymi ustami.

- Wiesz, gdzie jest Brin? - spy­tał Tesh nieco pew­niej­szym gło­sem. - Widzia­łeś gdzieś jej ślady?

Gif­ford pokrę­cił głową.

- Niczego nie widzia­łem. Nie zna­la­zł­bym Roan, gdy­bym nie usły­szał głosu Ivera. Zacią­gnął ją do jaskini. - Gif­ford popa­trzył na twarz żony. - Skrzyw­dził cię?

Roan pokrę­ciła głową. Nie potra­fiła ode­rwać od niego wzroku nawet na chwilę.

- Nie zdą­żył. Było mu trud­niej mnie nieść niż tobie. Stra­cił wszyst­kie siły. Dzię­kuję, Gif­for­dzie. Dzię­kuję. Tak się bałam. Zupeł­nie sama... z nim.

Roan zadrżała.

- Kocham cię - odrzekł Gif­ford. - Zawsze cię kocha­łem i ni­gdy nie prze­stanę.

Roan się uspo­ko­iła, jakby jego słowa miały magiczną moc. Otarła łzy i usia­dła o wła­snych siłach. Potem uśmiech­nęła się do niego.

- Jesteś moim boha­te­rem.

Sły­sząc te słowa i widząc jej rado­sną minę, Gif­ford uświa­do­mił sobie, że już nie czuje bólu. Kłu­cie w bio­drze ustało i poczuł się dziw­nie lekki.

- Sta­łeś się jaśniej­szy - zauwa­żyła Roan. Uważ­nie mu się przyj­rzała. - Twoje świa­tło... pło­nie moc­niej niż wtedy, gdy mnie zna­la­złeś.

Wzru­szył ramio­nami.

- Pew­nie ty też poma­gasz mi wró­cić.

- To dobrze - ode­zwała się Tressa. - Strasz­nie tutaj ciemno... gdzie­kol­wiek jeste­śmy.

Roan popa­trzyła w stronę nie­obec­nego nieba.

- Czy ktoś jesz­cze spadł?

- Brin - odrzekł Tesh. Stęk­nął, z tru­dem pod­no­sząc głowę. - Ale jestem ocię­żały. Ledwo mogę się ruszać.

- Jak pod wodą - stwier­dziła Roan. - Im głę­biej nur­ku­jesz, tym więk­szy cię­żar na cie­bie napiera.

Pod­nie­śli wzrok i poki­wali gło­wami, jakby widzieli ten cię­żar.

- Myślę, że wła­śnie to poczuli Tressa i Tesh tam na górze - wska­zała Roan. - Ale tutaj jest jesz­cze gorzej. Wprost strasz­nie. Czu­jesz to, prawda, Gif­for­dzie?

Wzru­szył ramio­nami.

- Tro­chę. Wcze­śniej było gorzej. Teraz jestem tylko tro­chę ocię­żały.

- Cie­kawe, co się stało z Brin - ode­zwał się Tesh. - Myślisz, że ten Iver mógł coś jej zro­bić?

- Nie widzia­łem jej - odrzekł Gif­ford. - Uwierz mi, że gdy­bym ją spo­tkał, na pewno też bym ją tutaj spro­wa­dził.

- Oczy­wi­ście, nie chcia­łem powie­dzieć... - Tesh prze­łknął ślinę, a Gif­ford pomy­ślał, że być może ma usta pełne krwi. - Po pro­stu się boję.

- Zaufaj mi, rozu­miem cię.

Roan pokrę­ciła głową.

- Brin tam nie było. Tylko ja i Iver. Zacho­wy­wał się tak, jak­bym była pre­zen­tem zesła­nym przez bogów. Nie mogłam się poru­szyć. Nie mogłam mówić. - Zadrżała.

- Teraz jesteś bez­pieczna ze mną. Już nie jestem kaleką. I cho­ciaż może nie będę w sta­nie zabić tego sta­rego dra­nia, to jeśli kie­dy­kol­wiek będzie ci gro­ził, spra­wię, że tego poża­łuje.

- Nie boję się - odpo­wie­działa, po czym ponow­nie przy­cią­gnęła go do sie­bie i poło­żyła głowę na jego ramie­niu. - Po pro­stu... tutaj jest tak zimno.

Znów zadrżała, a jej odczu­cia zaczęły się udzie­lać pozo­sta­łym. Tressa zady­go­tała, a po chwili dołą­czył do nich Tesh.

- Rze­czy­wi­ście jest zimno. - Gif­ford się rozej­rzał, szu­ka­jąc roz­wią­za­nia, ale zoba­czył tylko nie­koń­czącą się popę­kaną rów­ninę, piw­nicę świata. - Może powin­ni­śmy roz­pa­lić ogni­sko.

Wystra­szona Roan sze­rzej otwo­rzyła oczy.

- Kró­lowa raczej nas tutaj nie dopad­nie - uspo­koił ją Gif­ford. Uniósł wzrok, ale niczego nie zoba­czył: ani kró­lo­wej, ani ban­ko­rów, ani nawet szczytu roz­pa­dliny. Wszystko poza zasię­giem jego świa­tła wyglą­dało iden­tycz­nie: kryło się w ciem­no­ści. - Nikt nas nie znaj­dzie.

Roan pokrę­ciła głową.

- Nie ma tutaj niczego do spa­le­nia.

- Niczego nie potrze­bu­jemy. To nie jest praw­dziwy ogień.

Roan przy­gry­zła drżącą dolną wargę. Popa­trzyła na niego z nie­po­ko­jem.

- Nie wiem, jak to zro­bić bez drewna. - Spra­wiała wra­że­nie zmar­twio­nej, że go zawio­dła.

- Nic nie szko­dzi. Nawet nie wiem, czy tutaj da się roz­pa­lić ogni­sko.

Otchłań spra­wiała wra­że­nie bar­dzo oso­bli­wego miej­sca, zapo­mnia­nego zakątka zaświa­tów, i nie wie­dzieli, co działa, a co nie działa na samym dnie świata. W Relu i na gór­nych pozio­mach Nifrelu ludzie byli w sta­nie wyko­rzy­sty­wać eshim do kształ­to­wa­nia oto­cze­nia zgod­nie ze swo­imi pra­gnie­niami, ale to miej­sce było jak czarne płótno... a raczej jak rama. Gif­ford wyobra­żał sobie, że całe Phyre przy­po­mi­nało Otchłań, gdy poja­wili się pierwsi umarli. Cię­żar i ciśnie­nie nie były aż tak przy­tła­cza­jące na wyżej poło­żo­nych obsza­rach, dzięki czemu Fer­rol czy Drome mogli nagiąć te miej­sca do swo­jej woli. Ale w głę­bi­nach Otchłani ich wola była stłam­szona, a eshim był rzad­ko­ścią. Nie byli w sta­nie wpły­wać na kra­jo­braz.

- To nie ogień jest pro­ble­mem. Źle do tego pod­cho­dzimy. Tak naprawdę wcale nie jest nam zimno. Potrze­bu­jemy idei cie­pła.

- Jest mi cie­plej przy tobie - przy­znała Roan.

Poki­wał głową.

- To jak stud­nia w wio­sce Rhe­nów w Relu. Wię­cej ludzi to wię­cej eshim.

Roan popa­trzyła na otwarty teren.

- Zimno nie jest praw­dziwe, ale jego idea ow­szem. Myślimy, że mar­z­niemy, ponie­waż tak wygląda nasze oto­cze­nie. Na tej zmro­żo­nej ziemi przy­cho­dzą nam do głowy tylko lodo­wate myśli.

- Jeśli znaj­dziemy schro­nie­nie, coś przy­tul­nego, jak jaski­nia Ivera, być może wyobra­zimy sobie, że ogrze­wamy się nawza­jem. Myślę, że to nam pomoże. Potem znaj­dziemy jakiś spo­sób, by się stąd wydo­stać.

Gif­ford roz­wa­żał wypę­dze­nie Ivera z jego jaskini, ale podej­rze­wał, że Roan może znieść ponowną wizytę w tym miej­scu gorzej niż sie­dze­nie pod gołym nie­bem.

- Wydo­stać? - spy­tała oszo­ło­miona Tressa.

- Spa­dli­śmy - odparł Gif­ford. - To chyba logiczne, że możemy się wspiąć?

- Nie sądzę.

- No dobrze, w tej chwili nic nie wydaje się moż­liwe, ale kiedy już znaj­dziemy schro­nie­nie, poczu­jemy się lepiej. Roan, możesz cho­dzić?

- Tak myślę. - Zgięła nogi i dźwi­gnęła się na kolana. - Myślę, że dam radę.

Gif­ford popa­trzył na Tesha.

- Ni­gdzie się nie wybie­ram. - Męż­czy­zna wciąż leżał na kamie­niu.

Gif­ford nawet nie pytał Tressy. Wyglą­dała jak worek pełen poła­ma­nych paty­ków. Nie był w sta­nie nieść ich wszyst­kich.

To nie ma sensu, pomy­ślał.

- Gif­for­dzie? - ode­zwała się Roan. - Co się stało? Twoje świa­tło... ponow­nie przy­gasa.

- Wybacz... nie wiem, dla­czego tak się dzieje.

- Nadzieja - odpo­wie­działa. - Może wiara. Z pew­no­ścią to ona daje nam moc, żeby­śmy bro­nili się przed mro­kiem.

- Naiwny opty­mizm - ode­zwała się Tressa. - W ogóle go nie rozu­miem. - Popa­trzyła na Gif­forda, nie była jed­nak w sta­nie dźwi­gnąć głowy. - Wio­dłeś żało­sne życie, pluli na cie­bie wszy­scy, nawet bogo­wie... Nie, oni przede wszyst­kim. Żyłam lepiej od cie­bie... przy­naj­mniej przez jakiś czas. A potem tra­fiło ci się kilka nieco mniej fatal­nych lat i nagle jesteś roz­pro­mie­niony jak sło­neczko. Jak to moż­liwe?

- Mam Roan - odpo­wie­dział. - Oraz bar­dzo nie­wiel­kie ocze­ki­wa­nia. Nie­wiele trzeba, żeby mnie uszczę­śli­wić.

- Ale nie jesteś szczę­śliwy - zauwa­żyła Roan. - Twoje świa­tło stale słab­nie. Co się dzieje?

Gif­ford pró­bo­wał siłą woli zapło­nąć jaśniej, nie­stety bez­sku­tecz­nie.

- Nie wiem, co mam robić. Wszy­scy jeste­ście ranni. Chcę wam pomóc, ale nie wiem jak. Czuję się... tro­chę przy­tło­czony i bar­dzo się boję.

- Ścią­gamy cię ze sobą w dół - stwier­dziła Roan.

Świa­tło Gif­forda jesz­cze przy­ga­sło.

- Nie jesteś dla mnie cię­ża­rem, Roan.

- Ale na pewno nie wspar­ciem - wtrą­ciła Tressa.

Tesh, który pró­bo­wał prze­to­czyć się na bok, w końcu dał za wygraną. Roan także oparła się na łok­ciach.

Tracę ich, pomy­ślał Gif­ford, a jego świa­tło znów osła­bło.

- Giff... odzie - wykrztu­siła Roan, mocno go ści­ska­jąc. - Niee poaawaj się. - Mówiła beł­ko­tli­wie. Coś było nie tak z jej ustami. Przed­nie zęby - znów je stra­ciła!

Gif­ford poczuł przy­pływ zimna. Zadrżał, a jego świa­tło, nie­gdyś mocne jak latar­nia pośród nocy, upodob­niło się do przy­ga­sa­ją­cej świeczki. Czuł przy­tła­cza­jący cię­żar, który wgnia­tał go w oszro­nioną zie­mię.

Objął i z całych sił uści­skał Roan. Wciąż czuł odro­binę cie­pła, dopóki była przy nim.

- Kocham cię - powie­dział, licząc na to, że magia ponow­nie zadziała.

Roan pod­nio­sła wzrok i uśmiech­nęła się, uka­zu­jąc ide­alne zęby.

Tressa, która leżała z policz­kiem na zmro­żo­nym grun­cie i wpa­try­wała się w dal, wyszep­tała:

- Co to takiego, na Phyre?

W oddali poja­wiło się jakieś świa­tło - ośle­pia­jący roz­błysk tuż nad hory­zon­tem.

- Jak gwiazda zaranna - wyszep­tała Roan.

"Nie idź tam", ostrzegł go Iver. "Tam nie jest bez­piecz­nie. Świa­tło... znajdą cię".

- Robi się więk­sze. - Gif­ford moc­niej przy­tu­lił Roan, aż w końcu wystra­szył się, że zrobi jej krzywdę.

Ze stra­chem spo­glą­dali na stale rosnącą świa­tłość, wstrzy­mu­jąc oddech. Leżeli na jej dro­dze.

Kim oni są? - zasta­na­wiał się Gif­ford.

Po chwili uświa­do­mił sobie, że to nie oni, ale ona, i że jest olśnie­wa­jąca.

***

- Tesh! - zawo­łała Brin, pod­bie­ga­jąc do nich.

Zna­le­zie­nie kogo­kol­wiek w Otchłani gra­ni­czyło z cudem, a fakt, że zna­la­zła aku­rat jego, nie­zwy­kle ją ura­do­wał. Z dru­giej strony to było ostat­nie miej­sce, w jakim chcia­łaby zoba­czyć Tesha.

Wyglą­dał strasz­nie, zma­sa­kro­wany, pora­niony, roz­cią­gnięty na twar­dej ziemi. Tressa wyglą­dała jesz­cze gorzej. Roan pre­zen­to­wała się nieco lepiej, a Gif­ford robił naj­lep­sze wra­że­nie, ale żadne z nich nie było w dobrej for­mie.

- Żyje­cie... - Brin się zre­flek­to­wała. - Nic wam nie jest.

Tesh osło­nił oczy dło­nią.

- Brin?

Pode­szła bli­żej i zoba­czyła, jak na jego posi­nia­czo­nej twa­rzy zasko­cze­nie ustę­puje miej­sca eufo­rii.

- To ja - potwier­dziła.

- Jesteś cała.

- Nic mi nie jest. No cóż... - Obej­rzała się przez ramię. - Goniły mnie te stra­szy­dła, ale chyba je zgu­bi­łam. Nie są zbyt szyb­kie, w odróż­nie­niu ode mnie. Mam nadzieję, że kiedy znik­nę­łam im z oczu, zatrzy­mały się. Ale nawet jeśli nie, to będą potrze­bo­wały roku, żeby dotrzeć tak daleko.

Tesh powoli ode­rwał dło­nie od ziemi. Dygo­tał z wysiłku, ale zdo­łał dotknąć jej twa­rzy. Deli­kat­nie przy­cią­gnął ją do sie­bie i się poca­ło­wali. Całe jego ciało drżało.

- Tak mi przy­kro, Brin. Zawio­dłem cię. Raithe bła­gał, żebym cię zabrał i zna­lazł jakieś spo­kojne miej­sce, gdzie mogli­by­śmy zacząć nowe życie. Poka­zy­wał mi, jak należy żyć... naprawdę żyć. Byłem ostat­nim z Dureyan, a przeze mnie... przez to, że nie posłu­cha­łem czło­wieka, który był dla mnie jak ojciec... mój cały klan prze­stał ist­nieć.

Łzy napły­nęły do oczu Brin. Męż­czy­zna, który był taki pewny sie­bie i zaradny, teraz leżał przed nią, zła­many i bez­silny. Nie potra­fiła wykrztu­sić ani słowa.

- To nie ma zna­cze­nia, jeśli nie będziesz w sta­nie mnie kochać - cią­gnął, wypeł­nia­jąc ciszę. - Kocham cię i powi­nie­nem był się z tobą oże­nić. Powi­nie­nem był usłu­chać Raithe'a, zabrać cię i mieć dzieci... - Zała­mał mu się głos. Dał za wygraną i ją przy­tu­lił.

- Ja też cię kocham - wykrztu­siła Brin. - Wciąż możemy mieć to wszystko, czego pra­gnął dla nas Raithe, kiedy się stąd wydo­sta­niemy.

- Jak możesz mnie kochać? Wiesz, co zro­bi­łem.

- Tak, wiem. Podą­ży­łeś za mną w głąb stawu.

- Nie o tym mówię.

Uśmiech­nęła się do niego.

- Kocham cię, Tesh. Nie proś, żebym to wyja­śniła. Po pro­stu tak jest.

- Nie rozu­miem.

- Tesh, miłość do cie­bie to nie jest moja decy­zja. To nie jest wybór. Może nie powin­nam cię kochać, ale nic na to nie pora­dzę. Nie mam na to wpływu.

- To nie ma sensu.

- Nie musi. Nie wszystko jest logiczne. Szalki nie muszą być w rów­no­wa­dze. Nie każdą krzywdę trzeba napra­wić. Nie jestem taka jak ty, Tesh.

- On także nie jest taki jak ty - ode­zwała się Tressa. - Jest idiotą.

- Być może - wtrą­cił się Gif­ford. - Ale przy­naj­mniej stoi.

Rozdział piąty. Niewygodne córki

Roz­dział piąty

Nie­wy­godne córki

Ni­gdy nie wia­domo, kogo spo­tkamy - nawet gdy już go spo­tka­li­śmy.

Księga Brin

Nie wiem, co jest ze mną nie tak.

Imaly czuła się fatal­nie, a z każ­dym dniem było coraz gorzej.

Może jestem już na to za stara.

Ta myśl koła­tała się jej w gło­wie od wielu dni, coraz hała­śli­wiej pró­bu­jąc prze­bić się przez domowe hałasy.

Rewo­lu­cja jest dla mło­dych, uznała Imaly, ale potem przy­po­mniała sobie tra­giczny los Maka­rety i Aidena. Nie, to nie­prawda. Mło­dzi są zbyt głupi.

Cho­ciaż mieli moty­wa­cję, ambi­cję i nie­za­chwianą wiarę w ide­ały, te narzę­dzia im nie wystar­czały. Klu­czo­wym skład­ni­kiem, któ­rego im bra­ko­wało, było doświad­cze­nie. Mło­dzi za mało widzieli, by rozu­mieć, jak działa świat. Brali wszystko za dobrą monetę, ponie­waż tak wyglą­dała ich rze­czy­wi­stość, a to ogra­ni­cze­nie zamy­kało im wiele drzwi.

Osoby, które widziały tylko skra­wek obrazu, wycią­gają pochopne i nie­bez­pieczne wnio­ski. Tylko powoli pły­nąc nur­tem rzeki czasu, można nauczyć się odróż­niać to, co jest, od tego, co było, i sza­co­wać praw­do­po­do­bień­stwo tego, co może się wyda­rzyć. Takie porów­na­nie zapew­nia mądrość i zro­zu­mie­nie. Nie­które rze­czy są wieczne, inne można cza­sowo zmie­nić, ale są także takie - bar­dzo nie­liczne - które pozwa­lają na zawsze odmie­nić świat. Nie warto poświę­cać się dla tego, co nie­zmienne lub przej­ściowe. Ale tak jak dal­to­ni­ści, któ­rzy stoją przed czer­wo­nymi, zie­lo­nymi i żół­tymi drzwiami, mło­dzi nie potra­fią dostrzec róż­nicy.

Dla­tego to moje zada­nie.

Imaly wes­tchnęła.

Po dru­giej stro­nie ściany ponow­nie roz­le­gło się stu­ka­nie. Po stłu­mio­nych krzy­kach zabrzmiał śmiech. Kiedy Suri się poja­wiła, Imaly oba­wiała się, że mistyczka i Maka­reta się nie doga­dają, a taki kon­flikt wpę­dzi Maka­retę w jesz­cze głęb­sze przy­gnę­bie­nie. Gdyby tak się stało, obie Artystki byłyby bez­u­ży­teczne dla Kura­torki. Ale ku jej zasko­cze­niu ich tra­giczna prze­szłość zaowo­co­wała wię­zami przy­jaźni.

Imaly mar­twiła się także, że obec­ność Suri wzbu­dzi zain­te­re­so­wa­nie sąsia­dów. Przy­ję­cie tak waż­nej osoby do jej domo­stwa musiało zwró­cić na nią uwagę. Imaly miała kosz­mary, w któ­rych Fhre­jo­wie z zewnętrz­nych wio­sek pukali do jej drzwi i pro­sili o spo­tka­nie z Suri. Ale nic takiego się nie stało. Nikt niczego nie chciał od "tej Rhunki", a odkąd fane zaczął two­rzyć smoki, wszy­scy uni­kali Estram­na­donu. Nawet miesz­kańcy mia­sta zamy­kali się w swo­ich domach, oba­wia­jąc się puka­nia do drzwi.

Vidar stwo­rzył pierw­szego smoka i to nie­da­leko Avem­par­thy. Imaly czę­sto się zasta­na­wiała, jak wyglą­dała ich podróż. Czy roz­ma­wiał ze swoją sio­strą? Wyja­śniał jej, że nie ma wyboru? A może cały czas pła­kał i pro­sił o wyba­cze­nie? Suri wyja­śniła Imaly, co jest potrzebne, by "grać głę­bo­kie akordy", dla­tego nie mogło dzi­wić, że Rhu­no­wie mieli tylko jed­nego smoka.

Lothian pra­gnął mieć ich wię­cej.

Imaly o tym wie­działa, tak jak wszy­scy. Wła­śnie dla­tego miesz­kańcy Estram­na­donu nie wycho­dzili z domów, tylko kryli się za zamknię­tymi drzwiami, licząc na to, że nikt do nich nie zapuka.

Jedyne dwie osoby, które nie oba­wiały się, że zostaną zło­żone w ofie­rze, doka­zy­wały za ścianą. Imaly bała się, że Suri i Maka­reta będą się doga­dy­wały jak woda z ogniem, ale oka­zało się, że mają na sie­bie kojący wpływ. Ich nie­spo­dzie­wana przy­jaźń cudow­nie podzia­łała na ponury nastrój Maka­rety i stę­piła ostrze nie­uf­no­ści, w które Jerydd wypo­sa­żył Suri, gdy źle ją trak­to­wał.

Łup! Por­tret Gylin­dory Fane pod­sko­czył i prze­krzy­wił się na ścia­nie.

- Prze­stań­cie! - wybu­chła Imaly. - Cokol­wiek robi­cie, prze­stań­cie natych­miast!

Kura­torka opa­dła na krze­sło w roz­świe­tlo­nym słoń­cem zakątku, z któ­rego roz­cią­gał się widok na ogró­dek warzywny przy­sy­pany śnie­giem.

- Woła­łaś nas? - Maka­reta wyj­rzała zza ściany z zawsty­dzoną miną. Miała na sobie brudny far­tuch.

Suri trzy­mała się z tyłu. Była ubrana w naj­lep­szą asykę Imaly, spe­cjal­nie dla niej skro­joną.

- Musi­cie burzyć mój dom? - Imaly wstała i wypro­sto­wała obraz.

- My tylko...

- Nie obcho­dzi mnie, co robi­ły­ście. Nie zniosę tego dłu­żej.

- Co się stało? - Maka­reta nie­pew­nie się zbli­żyła, a Imaly zauwa­żyła, że młoda Fhrejka ma mło­tek w dłoni.

Co one wypra­wiają, na Fer­rola?

- Nic - skła­mała Imaly, tym razem dla wygody. Nie miała ochoty tłu­ma­czyć, że czuje się jak owoc wino­grona, który wytła­cza się, by spo­rzą­dzić wino. Człon­ko­wie Aqu­ili tra­cili pew­ność sie­bie, a Vasek rów­nież się wahał. Był jak kru­chy kawa­łek cen­nego krysz­tału, który zosta­wiła na kra­wę­dzi stołu pod­czas przy­bie­ra­ją­cej na sile wichury.

Jakby tego było mało, ginęli nie­winni ludzie - a przy­naj­mniej wkrótce mieli zacząć ginąć. Tak wiele spo­częło na jej bar­kach: dzie­dzic­two przod­ków, wynik wojny i przy­szłość Fhre­jów. Trzy­mała dłoń na dźwi­gni i do niej nale­żało jej pocią­gnię­cie. A każ­dego wie­czoru po powro­cie do domu musiała zno­sić wybryki Suri i Maka­rety.

Imaly wes­tchnęła.

- Naj­wyż­szy czas wyja­śnić sobie kilka spraw, więc usiądź­cie. Obie.

Przy­cią­gnęły krze­sła i usia­dły w cie­niu, uni­ka­jąc ośle­pia­ją­cego słońca, które wdzie­rało się przez okna. Imaly uświa­do­miła sobie, że zasłony są roz­su­nięte, i je zacią­gnęła.

Mia­ła­bym za swoje, gdyby ktoś zoba­czył Maka­retę i na mnie doniósł. Zwłasz­cza teraz, gdy jest już pra­wie po wszyst­kim.

- Mówiąc o kilku spra­wach, masz na myśli... - zaczęła Maka­reta, a jej głos stał się cich­szy i poważ­niej­szy.

Imaly poki­wała głową i ponow­nie usia­dła, a następ­nie sku­piła się na Suri, która, pomimo wysił­ków Imaly, by zacho­wać otwarty umysł, wyglą­dała absur­dal­nie w asyce. Pomimo doko­na­nych popra­wek strój był na nią za duży i nie paso­wał do niej sty­lem. Imaly zazwy­czaj ubie­rała się tak na ofi­cjalne uro­czy­sto­ści, więc widok Rhunki w tym ubra­niu ją raził. Choć z dru­giej strony Suri była pomni­kiem wznie­sio­nym na cześć prze­ci­wieństw.

- Nie wiem, czy sły­sza­ły­ście, ale udało się stwo­rzyć smoka - zaczęła Imaly.

- Gdzie? - spy­tała Suri ponu­rym tonem, w porów­na­niu z któ­rym Maka­reta zabrzmiała swo­bod­nie.

- W wieży Avem­par­tha. - Imaly się spięła. To była pierw­sza z trzech nie­bez­piecz­nych prze­szkód, które musiała poko­nać. Wie­działa, że żadna z nich nie będzie łatwa.

- Mówi­łam, że nie pozwolę, by moim ludziom stała się krzywda. - Słowa Suri zabrzmiały jak groźba.

Imaly nie była zasko­czona. Spo­dzie­wała się tego, ale spo­dzie­wa­nie się, że tre­so­wany niedź­wiedź może nas zaata­ko­wać, to nie to samo, co usły­sze­nie jego war­cze­nia. Imaly już wie­działa, że Suri nie grze­szy sub­tel­no­ścią, więc zda­wała sobie sprawę, że ten ton nie ma na celu jedy­nie wypro­wa­dze­nia jej z rów­no­wagi.

Sta­nęła naprze­ciw grotu włóczni, ostroż­nie wypo­wia­da­jąc kolejne słowa.

- Nie zapo­mnia­łam o naszej umo­wie i zauważ, że mogłam ukryć przez tobą tę wia­do­mość, ale tego nie zro­bi­łam. To wyda­rze­nie spra­wia, że musimy zacząć dzia­łać szyb­ciej. Jutro wie­czo­rem zwo­łam ofi­cjalne zebra­nie Aqu­ili i wydamy decy­zję o usu­nię­ciu Lothiana z tronu. Następ­nego dnia go zabi­jemy, dzięki czemu dotrzy­mam swo­jej czę­ści umowy.

Obser­wo­wała Suri, która z namy­słem zmarsz­czyła czoło.

Cho­ciaż Imaly chciała to zała­twić jak naj­szyb­ciej, rozu­miała war­tość cier­pli­wo­ści. Nie mogła dzia­łać zbyt pochop­nie. Pośpiech sprzyja nie­szczę­śli­wym wypad­kom.

- Czy moi ludzie zostali zaata­ko­wani? - spy­tała mistyczka.

- Z tego, co mi wia­domo, smok znisz­czył obóz nad rzeką i prze­gnał sta­cjo­nu­ją­cych tam żoł­nie­rzy. Bestia pełni przede wszyst­kim rolę obronną. Ale stwo­rzą kolejne z myślą o natar­ciu i wła­śnie dla­tego... aby dotrzy­mać danego słowa... muszę nieco przy­śpie­szyć. Czy to cię zado­wala? A może chcesz mnie teraz zabić?

Maka­reta wytrzesz­czyła oczy i wypro­sto­wała się na krze­śle. Obej­rzała się na Suri, jakby ta nagle zmie­niła się w jakąś inną istotę.

- Na czym polega wasz układ?

Żadna jej nie odpo­wie­działa. Suri wbi­jała lodo­waty wzrok w Imaly, a Kura­torka zasta­na­wiała się, czy nie prze­sa­dziła z ble­fo­wa­niem i nie popeł­niła błędu w oce­nie dziew­czyny.

- Nie mówisz mi całej prawdy - odrze­kła Suri.

Imaly prze­łknęła ślinę i zebrała się w sobie, bojąc się, że da po sobie coś poznać.

Korzy­sta z magii, ale nie umie czy­tać w myślach. Nikt z Mira­ly­ithów tego nie potrafi.

Cisza jesz­cze ni­gdy nie była tak ogłu­sza­jąca. Nie­wta­jem­ni­czony obser­wa­tor mógłby uznać, że to zwy­kła sprzeczka trzech kobiet, które gawę­dziły w kuchni. Ale Imaly wie­działa, że wła­śnie ważą się losy świata i wszyst­kich jego miesz­kań­ców. Zmu­siła się do uspo­ko­je­nia odde­chu i zasta­na­wiała się, czy Maka­reta sta­nie w jej obro­nie, jeśli Suri posta­nowi sto­pić jej skórę.

- Okła­mu­jesz mnie - powie­działa Suri. - Ale...

Imaly, która już wyobra­żała sobie skwier­cze­nie skóry spły­wa­ją­cej po ciele, jesz­cze ni­gdy tak się nie ucie­szyła, sły­sząc słowo "ale".

- Tak?

- Ale to bez zna­cze­nia. Ścieżka Arion wie­dzie przez cie­bie. Jestem tego pewna.

- Więc pozwo­lisz mi żyć?

Suri poki­wała głową.

- Miło to sły­szeć - ode­zwała się Maka­reta z prze­sadną non­sza­lan­cją. - Co się wła­śnie stało?

- Na szczę­ście nic. - Imaly wzięła głę­boki wdech, przy­go­to­wu­jąc się do poko­na­nia kolej­nej prze­szkody.

Rów­nie dobrze mogę mieć to już z głowy.

- Ale to nie zna­czy, że jeste­śmy kwita - zwró­ciła się do mło­dej Mira­ly­ithki. - Teraz twoja kolej.

- Moja? - zdzi­wiła się Maka­reta. Popa­trzyła na Suri, a potem znów na Imaly, jakby uczest­ni­czyły w jakimś zło­wro­gim spi­sku.

- Muszę cię pro­sić o dość paskudną przy­sługę.

Maka­reta ponow­nie wypro­sto­wała się na krze­śle i przy­go­to­wała na przy­ję­cie złych wie­ści. Po ostat­nim spię­ciu była szcze­rze wystra­szona.

- Fane'a chroni dwoje ochro­nia­rzy: Synne i Sile. Sile praw­do­po­dob­nie nie sprawi nam kło­potu, ale Synne to Mira­ly­ithka, która sły­nie z nie­zwy­kłej szyb­ko­ści. By usu­nąć fane'a, musimy naj­pierw ją wyeli­mi­no­wać.

- Mam ją zabić? - spy­tała Maka­reta.

Imaly zaci­snęła zęby i poki­wała głową z ponurą miną.

- To wszystko? To jest ta paskudna przy­sługa?

- Tak - przy­znała Imaly. - Pro­szę, abyś ją zamor­do­wała.

Maka­reta zachi­cho­tała.

- Żaden pro­blem.

Ta buń­czuczna odpo­wiedź zasko­czyła i nieco zanie­po­ko­iła Imaly.

- Jesteś pewna?

- Ona zabiła Aidena - odrze­kła Maka­reta. - Z przy­jem­no­ścią ją wyeli­mi­nuję. Jedna śmierć wię­cej nie sprawi żad­nej róż­nicy.

- A więc... dobrze. - Imaly na chwilę umil­kła i wygła­dziła fałdy na asyce w miej­scu, w któ­rym nie­świa­do­mie zaci­skała dło­nie na mate­riale.

Czas na ostat­nią prze­szkodę.

- To wszystko wyda­rzy się bar­dzo szybko. Wszy­scy muszą wie­dzieć, czego mają się spo­dzie­wać. Dla­tego powtórzmy cały plan, dobrze?

Suri i Maka­reta wymie­niły spoj­rze­nia. Obie wzru­szyły ramio­nami - dzie­cinny gest u kogoś, kto wkrótce będzie trzy­mał w dłoni los tysięcy osób.

Imaly wstała. Nie miała w zwy­czaju krą­żyć bez celu, ale cho­dze­nie ją uspo­ka­jało. Pomiesz­cze­nie było małe, więc była zmu­szona orbi­to­wać wokół drew­nia­nego stołu. Zgod­nie z legendą jej pra­dzia­dek Eyan zbu­do­wał go dla Gylin­dory i wła­śnie z tego powodu jej pra­bab­cia się w nim zako­chała. W jaki spo­sób coś tak przy­ziem­nego jak stół mogło się stać fun­da­men­tem ich miło­ści, było tajem­nicą dla Imaly i wszyst­kich innych. Nie miało to zna­cze­nia. Nie­które rze­czy po pro­stu się wyda­rzały.

- Za moją zachętą fane poju­trze wygłosi w Airen­the­no­nie prze­mowę, w któ­rej przed­stawi aktu­alną sytu­ację na fron­cie. Chcę, żeby­ście obie tam były. Suri nie wpusz­czą do środka, więc będzie musiała zacze­kać na scho­dach.

- Po co w ogóle muszę tam przy­cho­dzić? - spy­tała mistyczka.

- Nie musisz... jeśli wszystko pój­dzie zgod­nie z pla­nem, a miejmy nadzieję, że tak się sta­nie. Liczę na to, że ponu­dzisz się przez godzinę, z daleka obser­wu­jąc uro­czy­stość. Ale gdyby coś poszło nie po mojej myśli, będziesz moim zabez­pie­cze­niem. Masz wkro­czyć do akcji, żeby ochro­nić mnie, człon­ków Aqu­ili i pokój, który zamie­rzamy zapro­po­no­wać naszym ludziom. Czy o zbyt wiele pro­szę?

- Będę tam - odrze­kła Suri, ale Imaly zauwa­żyła, że nie odpo­wie­działa na pyta­nie.

- A co ze mną? W jaki dokład­nie spo­sób i kiedy mam zadzia­łać? - spy­tała Maka­reta.

- Przyj­dziesz do Airen­the­nonu w taki sam spo­sób jak wtedy, gdy odwie­dzi­łaś Vaseka, z kap­tu­rem na gło­wie i z posta­wioną tar­czą, która ukryje twoje moce Mira­ly­ithki. Jest zima, więc nikogo nie zdziwi, że masz osło­niętą głowę. Ludzie wewnątrz będą roz­ma­wiali w małych grup­kach. Ja będę stała na środku. Znajdź mnie. Vol­ho­ric i ja usta­wimy cię za pode­stem. Wzno­szą się tam dwa potężne sku­pi­ska kolumn o śred­nicy co naj­mniej ośmiu czy dzie­wię­ciu stóp. To wystar­czy, byś mogła za nimi znik­nąć. Wszy­scy uczest­nicy spo­tka­nia zostali sta­ran­nie dobrani i są we wszystko wta­jem­ni­czeni, więc nikt nie zwróci na cie­bie uwagi. Kło­pot może nam spra­wić tylko poja­wie­nie się kogoś nie­spo­dzie­wa­nego, no i Sile oraz Synne. Dla­tego pozo­sta­waj w ukry­ciu. Kiedy Lothian usią­dzie, Synne sta­nie po jego pra­wej, a Sile po lewej stro­nie.

- Nie prze­szu­kają Airen­the­nonu przed wej­ściem fane'a?

- Ni­gdy tego nie robią.

- Dla­czego?

- Niby po co?

Maka­reta zer­k­nęła na Suri, która spra­wiała wra­że­nie, jakby odpo­wiedź jej nie obcho­dziła.

- Czy ja wiem? Może po to, by się upew­nić, że nikt nie dybie na życie faceta, któ­rego chro­nią? Prze­cież już wcze­śniej pró­bo­wa­li­śmy go zabić.

- Nie my - odparła Imaly. - Ty i twoi przy­ja­ciele. Ale to było wiele lat temu i obie wiemy, co spo­tkało uczest­ni­ków Buntu Sza­rych Płasz­czy. Lothian obec­nie czuje się bez­piecz­nie. Postrzega sie­bie jako uwiel­bia­nego boskiego przy­wódcę, któ­rego chroni prawo zabra­nia­jące Fhre­jom zabi­jać Fhre­jów. Oba­wia się tylko Rhu­nów, a oni są po dru­giej stro­nie rzeki, zbyt daleko, by się nimi przej­mo­wać.

- Ja nie jestem po dru­giej stro­nie rzeki - zauwa­żyła Suri.

- Zga­dza się. - Imaly poki­wała głową. - Ale on wciąż jest prze­ko­nany, że obroża Orin­fara blo­kuje twoje moce. Możesz mu zagra­żać wyłącz­nie fizycz­nie, a Synne i Sile bez trudu cię powstrzy­mają, zanim zdo­łasz się zbli­żyć. Jedyne praw­dziwe zagro­że­nie może sta­no­wić ktoś z Mira­ly­ithów, ale Lothian jest prze­ko­nany, że wszy­scy są od niego odda­leni o wiele dni podróży, nie licząc jego ochrony oraz jego syna.

- Vasek wie, że wciąż żyję. A jeśli on albo ktoś z Aqu­ili zmie­nił front i posta­no­wił ostrzec Lothiana? - spy­tała Maka­reta.

- W takim razie miej­sce, w któ­rym sta­niesz, nie będzie miało żad­nego zna­cze­nia. Ale gdyby tak było, już zosta­ły­by­śmy aresz­to­wane. Wciąż masz obawy, czy możemy przejść dalej?

Imaly chwilę odcze­kała, ale Maka­reta mil­czała.

- Kiedy fane będzie prze­ma­wiał, zabi­jesz Synne. Twoje dzia­ła­nie uru­chomi cały ciąg zda­rzeń, więc gdy zacznie mówić, odcze­kaj mniej wię­cej minutę. Potem w twoim naj­lep­szym inte­re­sie będzie wyeli­mi­no­wa­nie także Sile'a, ponie­waż zapewne spró­buje cię dopaść.

- Nie powin­nam zacząć od zabi­cia Lothiana?

- Nie. Two­imi jedy­nymi celami są Synne i Sile.

- Więc kto to zrobi? I w jaki spo­sób? - spy­tała Maka­reta.

Imaly prze­stała cho­dzić.

- Mamy nadzieję, że uda nam się prze­ko­nać Mawyndulëgo.

Jego imię wywo­łało reak­cję u obu kobiet. Suri unio­sła brwi, a Maka­reta zaczęła krę­cić głową i pochy­liła się na drew­nia­nym krze­śle.

- Nie. Nie. Mawyndulë nie może zabić swo­jego ojca. Jeśli to zrobi, straci duszę.

- Nie straci.

- Imaly, już o tym roz­ma­wia­ły­śmy. Nie mogę do tego dopu­ścić. Nie pozwolę mu...

Imaly unio­sła ręce.

- Nie straci duszy... nie z takiego powodu. Wiem o tym z wia­ry­god­nego źró­dła.

- O czym ty mówisz?

- Vol­ho­ric, naj­wyż­szy kapłan Fer­rola, wska­zał, że Lothian zerwał przy­mie­rze z Fer­ro­lem. Kiedy zamor­do­wał Ami­deę, nie­winną, na zawsze zrzekł się ochrony Prawa Fer­rola. Tym poje­dyn­czym czy­nem... podob­nie jak ty... usu­nął się z naszej spo­łecz­no­ści, więc można go zabić bez żad­nych kon­se­kwen­cji.

- Jesteś pewna?

- Vol­ho­ric mnie co do tego zapew­nił i zezna tak przed obli­czem Aqu­ili, gdy ujaw­nimy swoje zamiary i popro­simy Mawyndulëgo, by nas oca­lił.

- Ale... - Maka­reta się zawa­hała. - Ma zabić wła­snego ojca? To duże poświę­ce­nie.

- Ow­szem, ale nie mamy wyboru. Mawyndulë wie lepiej od innych, jak nie­bez­pieczne będą dal­sze rządy Lothiana. Zrobi to, co konieczne.

- A jeśli mylisz się co do jego duszy? - spy­tała Maka­reta. - Ja już swoją stra­ci­łam, więc to ja powin­nam się tym zająć.

- Nie możesz zabić Synne, Lothiana i Sile'a... chyba że wysa­dza­jąc w powie­trze cały Airen­the­non i wszyst­kich, któ­rzy będą w środku - odparła Imaly, ale prze­stra­szyła się, że jej wła­sny brak zro­zu­mie­nia Sztuki może zapew­nić Maka­re­cie argu­menty do dys­ku­sji, więc szybko dodała: - Nawet gdy­byś mogła, to zbyt ryzy­kowne. Synne jest potężna, a to zbyt ważna sprawa, by sto­so­wać pół­środki. Będziemy potrze­bo­wać dwójki Arty­stów.

- Więc dla­czego Suri nie może się tym zająć? - zdzi­wiła się Maka­reta.

Imaly była szcze­rze zaszo­ko­wana tą pro­po­zy­cją.

- Być może nie zauwa­ży­łaś, Mak, ale Suri jest Rhunką. Obec­nie pro­wa­dzimy wojnę z jej rasą. Jak według cie­bie zare­agują ludzie, kiedy odkryją, że Aqu­ila sko­rzy­stała z usług wroga, by zabić naszego przy­wódcę? Mawyndulë ma naj­więk­szą szansę powo­dze­nia. Synne. Sile i ty będzie­cie stać za Lothia­nem, który będzie musiał się obej­rzeć, by spraw­dzić, co się dzieje. Wtedy Mawyndulë, sie­dząc razem z innymi człon­kami Aqu­ili w gale­rii przed fane'em, zyska ide­alną spo­sob­ność do ataku, a jego ojciec nie zdoła się obro­nić. Tym bar­dziej że nie będzie się spo­dzie­wał, że to jego syn będzie zabójcą. To musi być on.

Maka­reta przez chwilę się zasta­na­wiała. Wyglą­dało na to, że nie jest prze­ko­nana, ale powoli tra­ciła zapał do walki.

- A wtedy on sam zosta­nie fane'em, zga­dza się?

- Tak - przy­znała Imaly. - Skoro Synne będzie mar­twa, a Vidar jest na gra­nicy, nikt... przy­naj­mniej spoza grona Mira­ly­ithów... nie odważy się mu sprze­ci­wić. Nawet ty nie możesz tego zro­bić. Róg dla cie­bie nie zabrzmi, ponie­waż już nie jesteś Fhrejką. Poza tym, kiedy fane umrze, wrę­czę róg Suri.

- Dla­czego? - spy­tała Maka­reta, spo­glą­da­jąc to na jedną, to na drugą kobietę.

- Z dwóch powo­dów. Po pierw­sze, to część umowy, którą zawar­łam z Suri, spra­wie­dli­wej wymiany. Nauczyła Lothiana two­rze­nia smo­ków, co zagro­ziło jej ludowi, a ja obie­ca­łam jej róg, który może powstrzy­mać nasz lud. Obie możemy rzą­dzić sobą nawza­jem, ale zary­zy­ko­wa­ły­śmy, bo jeste­śmy prze­ko­nane, że szcze­rze pra­gniemy pokoju. Prze­ka­za­nie rogu zagwa­ran­tuje, że Mawyndulë będzie musiał nego­cjo­wać z Rhu­nami.

- W jaki spo­sób róg to zapewni?

- Nor­mal­nie znaj­duje się w rękach Aqu­ili. Kiedy umiera fane, jego naj­star­sze dziecko zostaje uznane za kan­dy­data do obję­cia wła­dzy. To Aqu­ila decy­duje, kto może zadąć w róg i tym samym rzu­cić wyzwa­nie następcy tronu. Ale to wcale nie jest nie­zbędny wymóg. Możemy odmó­wić komu­kol­wiek dostępu do rogu i dziecko zosta­nie fane'em... mniej wię­cej.

- Jak to mniej wię­cej?

Imaly wzięła głę­boki oddech i wypu­ściła powie­trze, aż zadrżały jej policzki.

Wiele bym teraz dała za tablicę.

Róg Gylin­dory nie był zwy­kłym arte­fak­tem. Uży­cie go było obwa­ro­wane szcze­gó­ło­wymi, tajem­ni­czymi i skom­pli­ko­wa­nymi zasa­dami, które czę­sto trudno było zro­zu­mieć oso­bom z zewnątrz - czyli każ­demu poza Kura­to­rem lub Kon­ser­wa­to­rem rogu. Nie­ła­two było je obja­śnić, ale w tym wypadku nie miała wyj­ścia.

- Jeśli nikt nie zadmie w róg, wyzwa­nie nie zosta­nie rzu­cone, ale w tej kwe­stii nie ma żad­nego cza­so­wego ogra­ni­cze­nia. Zatem Mawyndulë będzie dys­po­no­wał wła­dzą fane'a, ale dowolny Fhrej będzie mógł w każ­dej chwili ją zakwe­stio­no­wać. To ozna­cza, że jeśli Mawyndulë nie będzie dążył do zawar­cia pokoju, Suri może sama zna­leźć pre­ten­denta, z któ­rym nowy fane będzie musiał wal­czyć bądź oddać wła­dzę. Oczy­wi­ście to nie będzie konieczne, ponie­waż fane Mawyndulë natych­miast ogłosi pokój pomię­dzy Fhre­jami i Rhu­nami, a przy­naj­mniej tak mu dora­dzę. A on w ostat­nich latach nauczył się ufać mojej opi­nii.

- Czyli zazwy­czaj ist­nieje ogra­ni­cze­nie cza­sowe? - spy­tała Maka­reta.

- Tak. Na przy­kład kiedy fane umiera i nie ma dzie­dzica. Wtedy zazwy­czaj poja­wiają się dwaj pre­ten­denci. Pierw­sza osoba, która zadmie w róg, roz­po­czyna cykl, a ten koń­czy się po upły­nię­ciu peł­nej doby. Jeśli w tym cza­sie nikt inny nie zadmie w róg, pierw­szy kan­dy­dat zostaje fane'em.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki