Epidemie. Krótka historia - Anna Trojanowska

Kup ebooka

29.99 zł
23.99 zł (23,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Część I

Plaga, mór, morowe powietrze, zaraza

"...oto koń tru­pio blady,a imię sie­dzą­cego na nim Śmierć,i Ot­chłań mu to­wa­rzy­szyła.I dano im wła­dzę nad czwartą czę­ścią ziemi,by za­bi­jali mie­czem i gło­dem, i mo­rem, i przez dzi­kie zwie­rzęta"

Ap 6, 8

Śmierć - czwarty jeź­dziec Apo­ka­lipsy w daw­nych cza­sach nie­rzadko przy­bie­rał po­stać moru i roz­ta­czał swoją wła­dzę nad zie­mią, by nę­kać lu­dzi i pro­wa­dzić ich w Ot­chłań - kra­inę zmar­łych.

"Mór w Pol­sce". "Mór w ca­łej Eu­ro­pie". "Po­wie­trze mo­rowe w Pol­sce i na Rusi". Ta­kie ha­sła bar­dzo czę­sto po­ja­wiały się w sta­rych kro­ni­kach, ak­tach miej­skich i klasz­tor­nych. In­for­ma­cje o za­ra­zach prze­ka­zy­wano z ust do ust, prze­pi­sy­wano z księgi do księgi, do­da­jąc coś lub uj­mu­jąc. Nie za­wsze były do­kładne i praw­dziwe, ale nie ulega wąt­pli­wo­ści, że mór w Pol­sce, tak jak i w ca­łej Eu­ro­pie, przez wieki zbie­rał nie­małe śmier­telne żniwo i bu­dził po­wszechną trwogę.

O mo­rze pi­sał Jan Dłu­gosz (1415-1480) w Rocz­ni­kach, czyli kro­ni­kach sław­nego Kró­le­stwa Pol­skiego. Wpraw­dzie spi­sy­wał je w XV wieku (1455-1480), ale ze­brał w nich in­for­ma­cje do­ty­czące wcze­śniej­szych stu­leci, się­ga­jąc do po­cząt­ków pań­stwa pol­skiego. We­dług słów Dłu­go­sza w 1006 i 1007 roku "Głód, mór i za­raza okropna (lu­esque mi­se­ra­bi­lis) pa­no­wały tymi czasy nie tylko w Pol­sce, ale w ca­łym pra­wie świe­cie i sprząt­nąw­szy mnó­stwo ofiar, wy­lud­niły wiele miast i wło­ści"[1]. Sy­tu­acja po­wta­rzała się co kilka lat, kro­niki są więc gę­sto usiane wzmian­kami o mo­rach i pla­gach. In­for­ma­cje te są jed­nak skąpe i trudno stwier­dzić, czym był w rze­czy­wi­ście opi­sy­wany mór - cho­robą za­kaźną czy ja­kąś inną plagą, która spo­wo­do­wała ma­sowe za­cho­ro­wa­nia i śmierć lud­no­ści.

Wię­cej o mo­rze można się do­wie­dzieć ze spi­sy­wa­nych w XVI-XVIII wieku prac me­dycz­nych. Były to za­równo tłu­ma­cze­nia i kom­pi­la­cje za­gra­nicz­nych dzieł, jak i opisy ob­ser­wa­cji oraz do­świad­czeń au­to­rów ksiąg. Czę­sto za­wie­rało się w nich wszystko, co na te­mat moru było au­to­rom wia­dome - od próby de­fi­ni­cji "mo­ro­wego po­wie­trza" przez sku­teczne i spraw­dzone spe­cy­fiki pre­zer­wu­jące (za­po­bie­ga­jące) i lecz­ni­cze, aż po... mo­dli­twy na czas moru.

Jed­nym z pierw­szych pol­skich dzieł na ten te­mat był na­pi­sany po ła­ci­nie trak­tat Ma­cieja z Mie­chowa, czyli Mie­cho­wity (ok. 1457-1523), le­ka­rza, astro­loga, pro­fe­sora Aka­de­mii Kra­kow­skiej. W dziele pt. Con­tra sa­evam pe­stem re­gi­men ac­cu­ra­tis­si­mum [Szcze­gó­łowe prze­pisy o za­bez­pie­cza­niu się przed groźną dżumą] (1508) au­tor po­dał in­for­ma­cje do­ty­czące moru pa­nu­ją­cego w Kra­ko­wie w 1482 roku. O mo­rze pi­sali też inni znani i mniej znani pol­scy me­dycy, m.in: Szy­mon z Ło­wi­cza (ok. 1512-ok. 1538): De pra­ese­rva­tione a pe­sti­len­tia et ip­sius cura [O środ­kach ochron­nych przed za­razą i jej le­cze­niu] (1532); pi­szący u schyłku XVI wieku Piotr Umia­stow­ski - Na­uka o mo­ro­wem po­wie­trzu na czwory xięgi roz­ło­żona (1591); szes­na­sto­wieczny me­dyk i cy­ru­lik łom­żyń­ski Mar­cin Ruf­fus z We­lca: Epi­tome opu­sculi. To iest grun­towna y do­sta­teczna sprawa: o ia­do­wi­dey y za­raź­li­wey nie­mocy Pe­sti­le­myey, albo mo­ro­wego po­wie­trza (1588) czy Mar­cin Ksa­wery Szum­liń­ski (?-1720), który opi­sał mo­rowe po­wie­trze pa­nu­jące w Kra­ko­wie w la­tach 1707-1709.

Pu­bli­ko­wano rów­nież po­rad­niki i in­struk­cje za­wie­ra­jące prze­pisy, które miały uchro­nić lud­ność od za­razy. W 1613 roku Se­ba­stian Pe­trycy (1554-1626), dok­tor me­dy­cyny i fi­lo­zo­fii, wy­dał: In­struc­tia Abo Na­uka, Iak Się Spra­wo­wać Czasu moru. W XVIII wieku w Lesz­nie wy­szła na­to­miast praca Abra­hama Em­ma­nu­ela Wolffa (ok. 1725-1784), ge­ne­ral­nego sztab­sme­dyka wojsk kró­lew­skich i Rze­czy­po­spo­li­tej Pol­skiej: Trak­ta­cik o Po­wiet­rzu mo­ro­wym dla Ludu Pol­skiego. Po­dobne in­struk­cje "dla ludu" pi­sano na zle­ce­nie moż­nych i władz miej­skich.

Dzieł tych po­wstało znacz­nie wię­cej, ich spis i omó­wie­nie przed­sta­wił Fran­ci­szek Gie­droyć (1860-1944) w pracy Mór w Pol­sce (w wie­kach ubie­głych) (1899), z któ­rej za­czerp­nę­łam liczne in­for­ma­cje o mo­rze w daw­nej Pol­sce.

Mór, czyli mo­rowe po­wie­trze, daw­niej na­zy­wano też po­wiet­rzem (jak w sło­wach mo­dli­twy "Od po­wie­trza, głodu, ognia i wojny za­cho­waj nas, Pa­nie") albo za­razą, łoż­nicą lub cho­robą łożną, ale rów­nież epi­de­mią - i ten ter­min dziś jest po­wszech­nie uży­wany.

Epi­de­mia (we­dług Ustawy z dnia 5 grud­nia 2008 roku o za­po­bie­ga­niu oraz zwal­cza­niu za­ka­żeń i cho­rób za­kaź­nych u lu­dzi) ozna­cza "wy­stą­pie­nie na da­nym ob­sza­rze za­ka­żeń lub za­cho­ro­wań na cho­robę za­kaźną w licz­bie wy­raź­nie więk­szej niż we wcze­śniej­szym okre­sie albo wy­stą­pie­nie za­ka­żeń lub cho­rób za­kaź­nych do­tych­czas nie­wy­stę­pu­ją­cych"[2], na­to­miast cho­roby za­kaźne to cho­roby wy­wo­łane przez bio­lo­giczne czyn­niki cho­ro­bo­twór­cze, które ze względu na cha­rak­ter i spo­sób sze­rze­nia się sta­no­wią za­gro­że­nie dla zdro­wia pu­blicz­nego.

W ję­zyku po­tocz­nym na­dal funk­cjo­nują też dawne okre­śle­nia, jak za­raza i po­mór. Nie bu­dzą już grozy, nie mają ta­kiego ła­dunku emo­cjo­nal­nego jak kie­dyś, bo do nie­dawna wy­da­wało się, że sta­no­wią od­le­głą prze­szłość i w cy­wi­li­zo­wa­nym no­wo­czes­nym świe­cie nie ma na nie miej­sca. Tym­cza­sem oka­zuje się, że trudno je po­wstrzy­mać na­wet i w dzi­siej­szych cza­sach.

Dawne prze­kazy wska­zują na to, że mo­rowe po­wie­trze zbie­rało śmier­telne żniwo po­dob­nie jak głód i wojny i czę­sto im to­wa­rzy­szyło. Wojna za­zwy­czaj po­cią­gała za sobą głód, a ten pro­wa­dził do za­razy, z ko­lei za­ra­zie to­wa­rzy­szyła klę­ska głodu. Były to zja­wi­ska sil­nie ze sobą zwią­zane. Nic więc dziw­nego, że Mór, czyli Za­razę, obok Wojny, Głodu i Śmierci, uzna­wano za jed­nego z czte­rech jeźdź­ców Apo­ka­lipsy, któ­rzy mają się po­ja­wić, gdy na­dej­dzie ko­niec tego świata i czas Sądu Osta­tecz­nego. Tak też jeźdźcy zo­stali przed­sta­wieni na ob­ra­zach i ry­ci­nach, na przy­kład na słyn­nej ry­ci­nie Al­brechta Dürera (1471-1528) Czte­rej jeźdźcy Apo­ka­lipsy.

Wzmianki o mo­rze nę­ka­ją­cym lud­ność Eu­ropy w wie­kach śred­nich, a także póź­niej­szych są jed­nak skąpe, mało do­kładne, a czę­sto i mało wia­ry­godne. "Mór" był po­ję­ciem nie­pre­cy­zyj­nym, po­nie­waż le­ka­rze na­zy­wali tak nie tylko cho­roby, które dziś okre­śla się jako za­kaźne - mór mógł też po­wsta­wać na sku­tek głodu albo z in­nych przy­czyn, na przy­kład zbio­ro­wego za­tru­cia. Mógł prze­nieść się na zwie­rzęta, wtedy za­zwy­czaj, choć nie za­wsze, mó­wiono o po­mo­rze lub mo­rze by­dła czy ptac­twa (jedna z dzie­się­ciu plag egip­skich), co w efek­cie miało rów­nież tra­giczne skutki. W kro­ni­kach nie brak więc wzmia­nek o mo­rze i jego tra­gicz­nych kon­se­kwen­cjach. Jan Dłu­gosz, au­tor Dzie­jów pol­skich ksiąg dwa­na­ście (zna­nych rów­nież jako Rocz­niki, czyli kro­niki sław­nego Kró­le­stwa Pol­skiego) jest tu nie­za­stą­piony; po­daje na przy­kład że w la­tach 1221-1224 po­wo­dzie, głód i sro­gie po­wie­trze tra­piły Pol­skę, skut­kiem czego wiele wsi i mia­ste­czek zo­stało ogo­ło­co­nych z lud­no­ści. Jed­no­cze­śnie po­mór padł na by­dło. Z ko­lei w la­tach 1282-1283 głód, który pa­no­wał w Pol­sce, Cze­chach i Niem­czech, stał się przy­czyną moru, po­nie­waż lud mu­siał się ży­wić chwa­stami, li­śćmi drzew i in­nym "szko­dli­wym ziel­skiem", a przez to "brał w sie­bie mi­mo­wol­nie różne tru­ci­zny i za­razy". Jakby tego było mało, lud­ność, któ­rej udało się przed tymi nie­szczę­ściami uciec na Wę­gry, była sprze­da­wana bar­ba­rzyń­com w nie­wolę[3].

Opi­su­jąc bliż­sze so­bie czasy, kro­ni­ka­rze dys­po­no­wali do­kład­niej­szymi in­for­ma­cjami na te­mat pa­nu­ją­cego moru i po­da­wali wię­cej szcze­gó­łów. Mo­żemy się więc do­wie­dzieć, co było przy­czyną moru, gdzie i jak długo wy­stę­po­wał. We­dług Dłu­go­sza w 1467 roku pra­wie we wszyst­kich kra­jach pod­le­głych Kró­le­stwu Pol­skiemu, a oso­bli­wie Wiel­kiej Pol­sce, Ma­zow­szu, Rusi, Po­dolu i czę­ści Ślą­ska, po­wie­trze sze­rzyło "zgubną za­razę, wiele wy­mo­rzyło lu­dzi i nie­małą liczbę miast i wsi w pu­sty­nie prze­mie­niło. Stąd (z braku rąk do pracy) w ca­łej Pol­sce pa­no­wał wielki nie­do­sta­tek i dro­gość zboża i by­łaby ta plaga da­lej jesz­cze się roz­sze­rzyła, gdyby w cza­sie po­wie­trza tyle nie wy­marło lu­dzi"[4]. Na­to­miast Ma­ciej z Mie­chowa za­no­to­wał, że pod­czas pa­nu­ją­cego w Kra­ko­wie moru w 1482 roku (od po­łowy czerwca do sierp­nia) śmier­tel­ność była tak duża, że w pa­ra­fii Panny Ma­ryi umie­rało dzien­nie 40-50 osób, w pa­ra­fii św. Ste­fana po 30-40, po­dob­nie w in­nych pa­ra­fiach[5].

Z cza­sem po­da­nie liczby ofiar stało się in­for­ma­cją okre­śla­jącą skalę moru, do­wo­dem na to, że sy­tu­acja była bar­dzo groźna, ale jed­no­cze­śnie kon­tro­lo­wana przez wła­dze mia­sta. W XVI wieku te dane od­no­to­wy­wano czę­ściej, na przy­kład pod­czas moru, który pa­no­wał w 1538 roku, w Gdań­sku umarło sześć ty­sięcy osób za­ra­żo­nych "po­wie­trzem", z ko­lei w Kra­ko­wie w 1543 roku zmarło 20 ty­sięcy miesz­kań­ców, zaś w Po­zna­niu pod­czas za­razy pa­nu­ją­cej w okre­sie od św. Jana do końca 1568 roku w sa­mym mie­ście było sześć ty­sięcy ofiar.

Z li­cze­niem ofiar by­wało róż­nie, nie usta­lono żad­nych pra­wi­deł, które po­zwo­li­łyby na prze­pro­wa­dza­nie po­rów­nań; prze­ina­czano też dane, zda­rzało się więc, że kro­ni­ka­rze po­da­wali skraj­nie różne liczby do­ty­czące tego sa­mego zda­rze­nia. I tak pod­czas za­razy, która gnę­biła Gdańsk w 1548-1549 we­dług jed­nych źró­deł zmarło 40 ty­sięcy osób, a we­dług in­nych - 20 ty­sięcy.

W wieku XVII i XVIII w kro­ni­kach po­ja­wiało się co­raz wię­cej in­for­ma­cji o ko­lej­nych za­ra­zach nę­ka­ją­cych i pu­sto­szą­cych kraje, zie­mie i mia­sta, mię­dzy in­nymi Po­znań, To­ruń, Gdańsk, Wilno, Lwów i War­szawę. Fran­ci­szek Mak­sy­mi­lian So­biesz­czań­ski (1814-1878) w Ry­sie hi­sto­ryczno-sta­ty­stycz­nym wzro­stu i stanu mia­sta War­szawy od cza­sów naj­daw­niej­szych aż do 1847 roku po­dał[6]: "Przez dwa lata do roku 1710 gra­su­jące po­wie­trze, do 30 000 miesz­kań­ców sprząt­nęło, a przy po­wtó­rze­niu tej strasz­li­wej cho­roby w roku 1711, znowu cho­ciaż sła­biej śmier­tel­ność sze­rzyła się. Okropny był na­ten­czas stan War­szawy; wszy­scy pra­wie ubożsi miesz­kańcy wy­nie­śli się w lasy i za­ro­śla ota­cza­jące Wolę. Ko­ścioły, pa­łace i domy opu­sto­szały, a bujna trawa na naj­lud­niej­szych przed­tem uli­cach po­ro­sła. Plaga ta do mie­siąca lu­tego 1712 roku trwała, w War­sza­wie zaś na długi czas ślady po niej zo­stały"[7].

Można przy­pusz­czać, że liczba zmar­łych jest tu za­wy­żona, sza­cuje się, że na po­czątku XVIII wieku w War­sza­wie miesz­kało około 40 ty­sięcy osób. Au­tor po­wo­ły­wał się wpraw­dzie na świadka owych cza­sów i ob­ra­zowo przed­sta­wił spu­sto­sze­nie, ja­kie po­czy­nił mór w sto­licy, jed­nak trzeba mieć na uwa­dze to, że mógł mocno prze­sza­co­wać.

Ćwierć wieku póź­niej, w 1737 roku, w War­sza­wie wy­bu­chła za­raza, którą opi­sał Ja­kób Emi­lian Ca­mu­set (?-1739), le­karz kró­lew­ski. I, jak na le­ka­rza przy­stało, po­dał nieco me­dycz­nych szcze­gó­łów - wy­mie­nił ob­jawy ob­ser­wo­wane u cho­rych; "Go­rączki te­go­roczne War­szaw­skie za­czy­nały się zwy­czaj­nie od cięż­kiego głowy bo­le­nia, z cięż­kiem osła­bie­niem za­raz z po­czątku, wo­mity niby w pa­cy­en­cie przy­na­gla­iąc, puls słaby y czę­sty spra­wu­jąc, ciało nie ba­rzo niby po­wierz­chu pa­ląc, ię­zyk ied­nak su­chy, y bo­le­ści około bio­drow czy­niąc, a w krotce głu­cho­ścią y sza­leń­stwem zmy­sły przy­ci­ska­iąc"[8]. Cho­rzy skar­żyli się też na "ści­śnie­nie serca", bóle w oko­li­cach bio­der, mę­czyła ich bie­gunka, mieli trud­no­ści z od­dy­cha­niem i od­da­wa­niem mo­czu, w końcu do­cho­dziły kon­wul­sje, zimne poty, a wkrótce na­stę­po­wała śmierć.

W kro­ni­kach, także w pra­cach me­dycz­nych, rzadko wy­mie­niano na­zwy cho­rób po­wo­du­ją­cych mór. Oprócz czar­nej śmierci (dżumy), która da­wała cha­rak­te­ry­styczne ob­jawy, nie­kiedy wspo­mi­nano o an­giel­skich po­tach albo zgni­łej fe­brze (ty­fu­sie pla­mi­stym?), fran­cu­skiej cho­ro­bie, czyli francy (kile), ospie i in­flu­en­zie. Naj­czę­ściej jed­nak do XVIII wieku epi­de­mie na­zy­wano po pro­stu mo­rem, za­razą, dżumą albo po­wie­trzem. Do­piero w XIX wieku od­kry­cia z za­kresu bak­te­rio­lo­gii umoż­li­wiły wy­ja­śnie­nie przy­czyn cho­rób mo­ro­wych i uła­twiły ich roz­róż­nie­nie, a w wieku XIX i XX - od­kry­cia z za­kresu hi­gieny, szcze­pie­nia i nowe leki po­zwo­liły na walkę z tymi cho­ro­bami. Za­nim to jed­nak na­stą­piło, funk­cjo­no­wało wiele róż­nych po­glą­dów na te­mat moru. Im mniej wie­dziano o cho­ro­bie, tym bar­dziej ta­jem­ni­cza się wy­da­wała, tak że w jej po­ja­wie­niu się do­szu­ki­wano się udziału czyn­ni­ków nie­ziem­skich. Taka sy­tu­acja skła­niała do snu­cia dziw­nych i ry­zy­kow­nych, z dzi­siej­szego punktu wi­dze­nia, hi­po­tez do­ty­czą­cych po­cho­dze­nia i na­tury moru, a także spo­so­bów za­po­bie­ga­nia i le­cze­nia.

Czym jest mór?

Czym jest mo­rowe po­wie­trze? Na to py­ta­nie długo nie po­tra­fiono zna­leźć za­do­wa­la­ją­cej od­po­wie­dzi. Istota moru po­zo­sta­wała nie­wi­doczna i nie­uchwytna, co po­wo­do­wało, że wo­bec ta­kiego za­gro­że­nia lu­dzie czuli się za­gu­bieni - nie wie­dzieli, jak się przed nim uchro­nić i jak mu prze­ciw­dzia­łać. Ra­tun­kiem wy­da­wały się je­dy­nie mo­dli­twa i ucieczka z miejsc "za­po­wie­trzo­nych". Nie każdy mógł jed­nak ucie­kać - me­dycy, a także du­chowni peł­niący po­sługę wśród cho­rych sta­rali się więc uchwy­cić na­turę mo­ro­wego po­wie­trza, zde­fi­nio­wać je i roz­po­znać.

Naj­star­sze okre­śle­nia moru mó­wiły o po­wie­trzu ze­psu­tym i zja­dli­wym. Wraz z roz­wo­jem wie­dzy me­dycz­nej ule­gły one pew­nym mo­dy­fi­ka­cjom, jed­nak naj­czę­ściej przy­czyny moru upa­try­wano w zja­dli­wym, ostrym, żrą­cym czy też tru­ją­cym po­wiet­rzu. Było ono bar­dzo prze­ni­kliwe, a skutki jego wdy­cha­nia gwał­towne. Za czyn­nik ra­żący uzna­wano ro­dzaj nie­uchwyt­nej "mgły gę­stej", "za­duch", "ja­do­witą parę" czy też "wa­pory". Mo­rowe po­wie­trze opi­sy­wano rów­nież jako po­tężną ogni­stą go­rączkę, ma­jącą w so­bie jad, któ­rym jak pio­ru­nem prze­nika ciała - za­raża nie tylko głowę, serce, wą­trobę, ale i wszyst­kie inne członki, aż wresz­cie za­bija. Z ko­lei Piotr Umia­stow­ski, au­tor jed­nego z szes­na­sto­wiecz­nych trak­ta­tów o mo­rze, zwra­cał uwagę na dużą za­raź­li­wość i śmier­tel­ność oraz ła­twe roz­prze­strze­nia­nie się cho­roby mo­ro­wej, która mo­gła tra­pić wiele kra­jów, kró­lestw, księstw.

Me­dycy pod­kre­ślali skutki dzia­ła­nia mo­ro­wego po­wie­trza na lu­dzi, wy­mie­nia­jąc, w miarę po­stę­pów wie­dzy, co­raz bar­dziej sub­telne struk­tury i me­cha­ni­zmy ludz­kiego or­ga­ni­zmu nisz­czone przez za­razę. We­dług Ruf­fusa z We­lca (1588) mór jest nie­mocą, która obej­muje serce i głowę, płuca, wą­trobę i inne czę­ści ciała, tak że czło­wiek czuje zmę­cze­nie i pa­lący ogień, staje się otę­piały, bez­ro­zumny, a je­śli nie do­czeka się po­mocy, "na osta­tek umarły". Na­to­miast Jan Ne­po­mu­cen Lucy (1750-1786), pro­fe­sor Aka­de­mii Kra­kow­skiej, w dy­ser­ta­cji (1775) za­uważa, że sub­telna tru­ci­zna moru naj­bar­dziej za­bu­rza zmy­sły i wy­wo­łuje zmiany we krwi, a w końcu osła­bia funk­cje ży­ciowe. Ta­kie po­glądy prze­trwały do XIX wieku.

Zwiastuny moru

Po­dob­nie jak cho­robę w ciele czło­wieka za­po­wia­dały pewne sy­gnały, tak w róż­nych zna­kach na nie­bie i ziemi do­pa­try­wano się zwia­stu­nów moru. Były to za­zwy­czaj zja­wi­ska, które jed­no­cze­śnie uzna­wano za przy­czyny moru, na przy­kład za­ćmie­nie Słońca, po­ja­wie­nie się ko­mety, me­te­ory­tów czy tzw. spa­da­ją­cych gwiazd. Miały one spra­wiać, że po­wie­trze sta­wało się po­datne na "przy­ję­cie" za­razy.

Do wy­bu­chu epi­de­mii mógł rów­nież pro­wa­dzić nie­ko­rzystny układ gwiazd lub pla­net. Astro­lo­dzy, któ­rzy czę­sto byli też le­ka­rzami, mieli duże pole do po­pisu - sta­wiali pro­gno­styki i ho­ro­skopy dla kró­lów i moż­nych, dla miast i kró­lestw, do­szu­ku­jąc się złych ukła­dów pla­net (zwłasz­cza Sa­turna i Marsa). Astro­lo­gia uzna­jąca, że ludz­kie losy są za­pi­sane w księ­dze przy­rody, czyli na nie­bie, była po­pu­larna zwłasz­cza w śre­dnio­wie­czu i re­ne­san­sie, wy­kła­dano ją na uni­wer­sy­te­tach i za­li­czano do sztuk wy­zwo­lo­nych. W XV i XVI wieku ka­te­dra astro­lo­gii funk­cjo­no­wała w Aka­de­mii Kra­kow­skiej.

Nie­po­ko­jące zja­wi­ska wy­stę­pu­jące na ziemi rów­nież mo­gły za­po­wia­dać za­razę. Czło­wiek, ob­ser­wu­jąc przy­rodę, od któ­rej czuł się za­leżny, a któ­rej sił w pełni nie po­znał, sta­rał się wy­czy­tać przy­szłość, zwra­ca­jąc uwagę na klę­ski ży­wio­łowe i ano­ma­lie po­go­dowe nisz­czące zbiory i po­wo­du­jące nie­uro­dzaj oraz głód. Szcze­gól­nie nie­bez­pieczne wy­da­wały się zja­wi­ska zwią­zane z nad­mia­rem wil­goci (czę­ste mgły, desz­cze), a także wia­try wie­jące z po­łu­dnia i wschodu i przy­no­szące masy wil­got­nego po­wie­trza. "Cie­płe i wil­gotne po­wie­trze - wy­no­to­wał Gie­droyć za An­to­nem Szne­ber­gie­rem (1530-1581), au­to­rem Książki o za­cho­wa­niu zdro­wia czło­wie­czego od za­razy mo­ro­wej (1569) - desz­cze w po­rze nie­wła­ści­wej, je­sień po­chmurna a po­mimo to su­cha, po­goda zmienna zwy­kle za­po­wia­dają cho­roby śmier­telne, a więc mór rów­nież. Ta­kież zna­cze­nie mają: lato po­chmurne a su­che bez wia­trów, wia­try po­łu­dniowe, grzmoty i bły­ska­wice w zi­mie, nie­mniej grzmot po raz pierw­szy w roku roz­le­ga­jący się w so­botę. Je­śli mór sze­rzy się w kra­jach są­sied­nich, oso­bli­wie na wschód od nas le­żą­cych, to we­dle wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa prze­do­sta­nie się do nas"[9].

Zwia­stu­nami za­razy zwią­za­nymi z ży­wio­łem wody były po­wo­dzie, wy­lewy i po­ja­wie­nie się mar­twych ryb.

Za zło­wróżbne znaki po­cho­dzące z ży­wiołu ziemi uwa­żano sy­tu­acje, "[...] gdy czę­sto przy­cho­dzą na świat bliź­nięta, pa­nują bie­gunki, czer­wonki, wrzody i "plaury" [za­pewne pleury - za­pa­le­nie opłuc­nej, ob­ja­wia­jące się kłu­ciem w boku] tra­pią lud­ność, ko­biety czę­sto ro­nią bez oczy­wi­stej przy­czyny, gdy zwie­rzęta, które w głębi ziemi żyją, na po­wierzch­nię jej zbyt czę­sto wy­łażą, zwie­rzęta dzi­kie i do­mowe gdy czę­sto zdy­chają, psy się wście­kają, pta­stwo opusz­cza gniazda i precz od­la­tuje, lub zbyt nizko prze­bywa nad zie­mią, gdy się po­ja­wia mnó­stwo much, ko­ma­rów, mo­tyli, pa­ją­ków, ko­ni­ków i in­nego ro­bac­twa, khtore się z za­gni­łych smro­dow y nie­czy­sto­ści mnoży, wę­żów i żab mno­gość"[10].

Zły znak sta­no­wiły też kwiaty kwit­nące w nie­wła­ści­wym cza­sie, w du­żej ilo­ści i szybko więd­nące oraz mno­gość grzy­bów. Kilka ta­kich zna­ków trak­to­wano jako po­ważny sy­gnał ostrze­gaw­czy za­po­wia­da­jący za­razę.

Od­bie­ga­jące od normy zja­wi­ska do­ty­czące po­gody, zwie­rząt, ro­ślin i grzy­bów mo­gły być za­po­wie­dzią nie­uro­dzaju lub po­moru zwie­rząt. Czę­sto ko­ja­rzono je z wil­go­cią i roz­kła­dem. W cia­łach osób cho­rych miały za­cho­dzić po­dobne pro­cesy - roz­kład, gni­cie, psu­cie się. Nie­które cho­roby okre­śla się wręcz jako zgniłe go­rączki (ty­fus). Te po­glądy pod­kre­ślała za­leż­ność mię­dzy po­rami roku a wy­stę­po­wa­niem epi­de­mii, które za­zwy­czaj zimą wy­ga­sały, co tłu­ma­czono tym, że mróz "zgni­liź­nie jest prze­ciwny".

Przyczyny zarazy

Nie­wi­doczne przy­czyny moru długo po­zo­sta­wały w sfe­rze do­my­słów, wy­da­wały się nie tylko groźne, ale i ta­jem­ni­cze. Ja­do­wi­tość czy też zja­dli­wość mo­ro­wego po­wie­trza mu­siała z cze­goś wy­ni­kać. Jedną z naj­wcze­śniej wy­mie­nia­nych przy­czyn epi­de­mii był... gniew Boży i kara nie­bios za grze­chy ludz­kie. Sti­pen­dium pec­cati mors - za­płatą za grzech jest śmierć, przy­po­mi­nał Mar­cin Ruf­fus z We­lca, do­da­jąc: "Bo kto nie chce słowa Bo­żego, które zo­wią po he­bray­sku Da­bar, słu­chać, y nie przy­muie go, ten przez mo­rowe po­wie­trze ka­ran być musi. [...] De­ber Ke­teb, są imiona dwu dy­abłów, któ­rym Pan Bóg oso­bli­wie moc y roz­ka­za­nie dał: aby lu­dzi ia­dem po­wie­trza mo­ro­wego za­ra­żali y za­bi­jali"[11].

Co do­kład­nie mo­gło wy­wo­łać gniew Boży, za­zwy­czaj nie wy­szcze­gól­niano, można jed­nak po­dej­rze­wać, że były to prze­wi­nie­nia z "ze­stawu" sied­miu grze­chów głów­nych, zwłasz­cza roz­wią­złość i wszelka roz­pu­sta, które szcze­gól­nie pięt­no­wano pod­czas epi­de­mii. Na przy­kład w 1005 roku w We­ne­cji, gdy pod­czas moru umarli doża i jego żona, uznano, że ścią­gnęli na sie­bie karę nie­bios przez zby­tek po­słu­gi­wa­nia się przy je­dze­niu ma­łymi wi­del­cami i po­zła­ca­nymi łyż­kami...

Być może obawą przed gnie­wem Bo­żym po­dyk­to­wany był też na­kaz za­my­ka­nia na czas za­razy do­mów pu­blicz­nych (za­mtu­zów) i wy­pę­dza­nia z mia­sta ko­biet nie­rząd­nych. Wspo­mi­nał o tym Umia­stow­ski. Wy­raź­nie za­zna­czono to także w wy­da­nym w 1707 roku roz­po­rzą­dze­niu ma­gi­stratu kra­kow­skiego, w któ­rym na­ka­zano mię­dzy in­nymi: "aby po do­mach szyn­ko­wych i ka­mie­ni­cach pi­ja­tyki, mu­zyki, tańce, zby­teczne stroje, schadzki nie­po­trzebne i wszel­kie swa­wole gniew Bo­ski ścią­ga­jące ustały i aby osoby po­dej­rzane i nie­rządne wy­gnane były"[12]. W XVII wieku w War­sza­wie za urzą­dza­nie w cza­sie moru bie­siad, za­baw, któ­rym to­wa­rzy­szą śpiewy i mu­zyka, ka­rano od­siadką w wieży.

Po­dej­rze­nia rzu­cano też na Ży­dów i osoby, które im sprzy­jały. We­dług Se­ba­stiana Ślesz­kow­skiego, au­tora pracy: O ustrze­że­niu y le­cze­niu mo­ro­wego po­wie­trza, także go­rą­czek ia­do­wi­tych przy­miot­nych z pe­to­ciami[13], na­uka, każ­demu wie­kowi, płci y sta­nowi przy­spo­so­biona... (1623), za­raza mo­rowa miała być karą Bożą za pro­tek­cję, jaką miesz­cza­nie i szlachta oka­zy­wali Ży­dom[14].

Zja­dliwe po­wie­trze mo­gło po­wsta­wać także na sku­tek za­kłó­ceń astro­no­micz­nych i me­te­oro­lo­gicz­nych. We­dług Mar­cina Ruf­fusa z We­lca "kiedy jedno Pan Bóg świat chce mo­ro­wem po­wiet­rzem po­ka­rać, tedy do tego używa i po­syła swego Anioła [...], albo wżdy nie­bie­skiego zgro­ma­dze­nia gwiazd, zwłasz­cza Pla­net zwierzch­nich. Któ­rzy moc maią bar­dzo dziwną, od Pana Boga im nadaną, któ­rey nad tym ni­skim świa­tem uży­wają, przez co za­raź­liwe y ja­do­wite za­du­chy y mgły z wnętrz­no­ści ziemi, albo wia­try z po­łu­dnia albo od za­chodu, nie­zdrowe wy­cią­gają y po­bu­dzają, stąd po­wie­trze ży­wotne za­ra­żone bywa, albo też cią­gną złe mgły y za­raź­liwe, z ie­zior smro­dli­wych, z ba­gnisk, z błot, y z kloak..."[15].

Astro­lo­dzy ba­da­jący wpływy pla­net na losy lu­dzi i ich zdro­wie, także le­ka­rze, któ­rym po­glądy te nie były obce, tłu­ma­czyli po­wsta­nie mo­ro­wego po­wie­trza za­ćmie­niem Słońca bądź złym ukła­dem nie­któ­rych ciał nie­bie­skich (po­ło­że­niem na­prze­ciwko sie­bie czy pew­nego ro­dzaju po­łą­cze­niem - ko­niunk­cją), które miały spra­wiać, że pla­nety i gwiazdy swymi ru­chami i świa­tłem przy­cią­gały "roz­ma­ite zimna, cie­pła i mo­kra, i su­cha [su­cho­ści] i za­ra­żały po­wie­trze ja­dem szko­dli­wem dla wszyst­kich stwo­rzeń"[16]. Jed­nym z ar­gu­men­tów prze­ma­wia­ją­cych za tym po­glą­dem miało być wy­stę­po­wa­nie moru, mimo że w po­wie­trzu nie można było do­strzec żad­nej wi­docz­nej zmiany. Przy­czyna moru mu­siała po­cho­dzić za­tem z nieba, a był nią spe­cy­ficzny bieg czy też układ ciał nie­bie­skich, który po­wo­do­wał "uzja­dli­wia­nie" po­wie­trza, lub też, jak wy­ja­śniał Umia­stow­ski, samo po­wie­trze nie miało w so­bie jadu (bo wtedy wszystko, co tylko żyje, uleg­łoby za­ra­zie i śmierci), lecz ciała nie­bie­skie mo­gły tak od­dzia­ły­wać na or­ga­nizm czło­wieka i różne rze­czy ziem­skie, że te za­czy­nały wy­twa­rzać w so­bie tru­ci­zny.

Po­dobne po­glądy po­wta­rzano w XVII wieku. Wów­czas przy­czyn za­razy upa­try­wano rów­nież w po­ja­wie­niu się ko­mety. Z jej uka­za­niem się na nie­bie wią­zano różne nie­szczę­ścia i ka­ta­kli­zmy. Ko­meta mo­gła wy­cią­gnąć z pod­ziemi tru­jące wil­got­no­ści, a gdy ga­sła lub ule­gała uni­ce­stwie­niu, wtedy wy­rzu­cała z sie­bie ów jad, za­nie­czysz­cza­jąc nim po­wie­trze.

W XVIII wieku teo­rie o wpły­wie pla­net na po­ja­wie­nie się epi­de­mii były już mniej po­pu­larne, dłu­żej utrzy­mały się kon­cep­cje mó­wiące o tym, że przy­czyny mo­ro­wego po­wie­trza mają ziem­skie po­cho­dze­nie. Głów­nym źró­dłem ska­że­nia po­wie­trza miały być "wy­ziewy ziem­skie", które po­wsta­wały w gni­ją­cych tru­pach, ba­gnach, bło­tach i sto­ją­cych wo­dach, a na­stęp­nie były roz­no­szone przez wiatr. Do po­wsta­nia za­razy mo­gły się przy­czy­nić rów­nież wa­runki po­go­dowe, zwłasz­cza nie­zwy­kle cie­pła i wil­gotna aura, która miała przy­spie­szać roz­kład ob­umar­łych szcząt­ków. W XVII i XVIII wieku gni­jąca ma­te­ria, jady tru­pie, gazy i wy­ziewy ba­gienne były po­wszech­nie uzna­wane za jedną z głów­nych przy­czyn moru. Była to tzw. teo­ria mia­zma­tów, która gło­siła, że epi­de­mie cho­rób za­kaź­nych są po­wo­do­wane przez po­wie­trze ska­żone mia­zma­tami - szko­dli­wymi wy­zie­wami o nie­przy­jem­nym za­pa­chu po­cho­dzą­cymi z roz­kładu szcząt­ków or­ga­nicz­nych, i prze­no­szo­nymi w sprzy­ja­ją­cych wa­run­kach at­mos­fe­rycz­nych na duże od­le­gło­ści. Stąd też, naj­pierw na za­cho­dzie Eu­ropy, po­tem i w Eu­ro­pie Środ­ko­wej, za­częto "wy­pro­wa­dzać" cmen­ta­rze z te­re­nów miast. Wpro­wa­dzono też prze­pisy do­ty­czące po­chówku i urzą­dza­nia cmen­ta­rzy, które na­le­żało tak za­pla­no­wać, aby układ ale­jek umoż­li­wiał ich prze­wie­trza­nie. Okre­ślano na­wet ga­tunki ro­ślin, które po­winno się sa­dzić na cmen­ta­rzach, by zni­we­lo­wać szko­dliwe jady tru­pie; na­le­żał do nich na przy­kład bez tu­recki. Po­wsta­wa­nie szko­dli­wych wy­zie­wów uza­leż­niano rów­nież od cech to­po­gra­ficz­nych te­renu - ba­gien, błot czy rzek.

Inną przy­czyną mo­ro­wego po­wie­trza była sza­rań­cza, która co kilka lat na­wie­dzała kraj i nisz­czyła zbiory. I tak od­no­to­wano, że la­tem 1475 roku w Ma­ło­pol­sce na pola spa­dła sza­rań­cza, która znisz­czyła wszyst­kie zboża i spo­wo­do­wała głód. Uboga lud­ność, nie ma­jąc in­nego po­ży­wie­nia, ja­dła wów­czas chleb wy­pie­kany z ziół i li­ści drzew. W re­zul­ta­cie nie­wy­star­cza­jące i złe od­ży­wia­nie stało się przy­czyną du­żej liczby zgo­nów, co w kon­se­kwen­cji do­pro­wa­dziło do "ze­psu­cia po­wie­trza" i mo­ro­wej za­razy. Po­dej­rze­wano rów­nież, że ogromna masa mar­twej sza­rań­czy mo­gła swoim zgni­łym smro­dem za­truć po­wie­trze i do­pro­wa­dzić do moru. Wy­ja­śnie­nie było oczy­wi­ście prost­sze: in­wa­zja sza­rań­czy stała się przy­czyną głodu, który po­cią­gnął za sobą śmierć wielu osób. Jesz­cze in­nym wy­tłu­ma­cze­niem po­ja­wie­nia się mo­ro­wego po­wie­trza miały być "nik­czemne ro­baczki" po­cho­dzące znad Mo­rza Śród­ziem­nego.

Tru­jące wy­ziewy nie mu­siały po­wsta­wać tam, gdzie wy­bu­chała za­raza - we­dług Abra­hama Wolffa mór ni­gdy nie za­czy­nał się w Eu­ro­pie, lecz za­wsze w in­nych czę­ściach świata. Za jego źró­dło ge­ne­ralny sztab­sme­dyk wojsk kró­lew­skich uznał Egipt - to tam szko­dliwe wy­ziewy po­wsta­wały na sku­tek wy­le­wów Nilu, nio­są­cego ze sobą ogromne masy szlamu i ro­bac­twa. Nie­czy­sto­ści te przy upal­nej po­go­dzie szybko ule­gały roz­kła­dowi i ska­żały po­wie­trze "zgni­łymi wa­po­rami". Z Egiptu po­wie­trze prze­do­sta­wało się do Stam­bułu, a stam­tąd roz­prze­strze­niało się po Eu­ro­pie. Nie­bez­pieczne były też "ku­rzawy su­che", nio­sące ze sobą dro­biny siarki, albo ku­rzawy mo­kre za­pra­wiane ar­sze­ni­kiem.

Jesz­cze inną przy­czyną moru, wy­mie­nianą w dzie­łach po­cho­dzą­cych z XVI-XVIII wieku, były szko­dliwe sub­stan­cje - jady, które po­wsta­wały w ciele czło­wieka pod wpły­wem złych wil­got­no­ści, złego tra­wie­nia, nad­mier­nego je­dze­nia i pi­cia albo na sku­tek uży­wa­nia ze­psu­tej żyw­no­ści i złej wody czy też je­dze­nia gło­do­wego, gdy z braku zboża (ziem­niaki nie były jesz­cze po­wszech­nie upra­wiane) ży­wiono się chle­bem z żo­łę­dzi, z wy­su­szo­nych i roz­drob­nio­nych pą­ków drzew, li­ści dę­bo­wych, a na­wet ze sta­rego po­szy­cia da­cho­wego.

Naj­wię­cej obaw, po­dob­nie jak i w obec­nych cza­sach, bu­dził jed­nak kon­takt z cho­rymi - nie­bez­pieczny był bez­po­średni do­tyk, a na­wet wi­dok cho­rego, a także prze­by­wa­nie we wspól­nych po­miesz­cze­niach i ko­rzy­sta­nie z przed­mio­tów uży­wa­nych przez cho­rych albo po­cho­dzą­cych z oko­lic, gdzie wy­stę­po­wała epi­de­mia. Uwa­żano, że naj­ła­twiej jest się za­ra­zić, do­ty­ka­jąc ciała cho­rego lub zmar­łego. Za szko­dliwy uwa­żano także wiatr owie­wa­jący cho­rych lub zmar­łych. Le­ka­rzom i oso­bom zaj­mu­ją­cym się cho­rymi za­le­cano więc sta­wać tak, aby po­wie­trze wpa­da­jące przez okno owie­wało naj­pierw le­ka­rza, a po­tem pa­cjen­tów.

Za naj­słab­sze źró­dło za­razy uwa­żano na­to­miast przed­miot uży­wany przez cho­rego. Ta sprawa bu­dziła też sporo wąt­pli­wo­ści, wi­dziano prze­cież lu­dzi, któ­rzy no­sili ubra­nie po ofia­rach za­razy, a sami się nie za­ra­żali. Wy­da­wało się więc, że prze­no­sze­nie za­razy może za­le­żeć od ro­dzaju ma­te­riału, z ja­kiego ten przed­miot (za­zwy­czaj ubra­nie) zo­stało zro­bione. W osiem­na­sto­wiecz­nych dzie­łach od­no­to­wano, że za­raza naj­ła­twiej prze­nosi się przez fu­tra, wy­roby z ko­nopi, je­dwab, wełnę, len, pie­rze, a więc więk­szość ma­te­ria­łów, z któ­rych wów­czas ro­biono odzież, bie­li­znę i po­ściel. Przy czym prze­no­sze­nie za­razy na przed­mioty za­le­żało też od stanu po­wie­trza "...tam bo­wiem, gdzie po­wie­trze jest czy­ste, za­raź­liwe czą­steczki roz­la­tują się tu i owdzie, a prze­ciw­nie, z po­wie­trzem ze­psu­tem, zwłasz­cza nad miarę wil­got­nem i cie­płem, te same czą­steczki łą­czą się trwale"[17]. Za­sta­na­wiano się rów­nież, czy zwie­rzęta do­mowe ma­jące kon­takt z cho­rymi mogą prze­no­sić za­razę, czy do­ty­czy to tylko przed­mio­tów.

O zło­śliwe roz­prze­strze­nia­nie za­razy po­dej­rze­wano też wro­gów - na­jeźdź­ców oraz ob­cych kul­tu­rowo i nie­wier­nych. Dłu­gosz od­no­to­wał, że przy­czyną moru pa­nu­ją­cego na Rusi w la­tach 1287-1288 były wody za­trute przez Ta­ta­rów, któ­rzy pu­sto­szyli pol­skie zie­mie. Z ciał poj­ma­nych w ja­syr i za­bi­tych Po­la­ków wy­do­by­wali serca, za­pra­wiali je tru­ci­znami i wrzu­cali do rzek i je­zior. W póź­niej­szym okre­sie po­dej­rze­nia skie­ro­wano na Ży­dów. Na przy­kład w 1588 roku pod­czas moru pa­nu­ją­cego na Li­twie roz­po­wszech­niano wie­ści, że cho­robę roz­nie­śli Ży­dzi, któ­rzy ku­pili na jar­marku skóry by­dła pa­dłego z po­wodu mo­ro­wego po­wie­trza, a gdy kilku z ku­pu­ją­cych zmarło, po­cho­wano ich po kry­jomu w oba­wie przed ata­kami i utratą to­waru. O roz­sie­wa­nie za­razy po­dej­rze­wano rów­nież że­bra­ków i włó­czę­gów, ale też le­ka­rzy, cy­ru­li­ków i gra­ba­rzy mo­ro­wych, któ­rzy mieli czer­pać z tego nie­cne zy­ski. "Siewcy śmierci", praw­dziwi czy nie, by­wali su­rowo ka­rani. Naj­gło­śniej­szy w Pol­sce pro­ces w spra­wie o roz­sie­wa­nie dżumy od­był się w 1711 roku w Lu­bli­nie. Oskar­żono wów­czas trzech ko­pa­czy gro­bów, a przy­zna­nie do winy wy­mu­szono na nich tor­tu­rami. Ze­znali wów­czas, że za­razę roz­sie­wali, sma­ru­jąc drzwi do­mów i ka­mie­nic mó­zgiem wy­do­by­tym z roz­bi­tych tru­pich głów. Ze­zna­nia od­wo­łali, jed­nak nie unik­nęli kary. Wszyst­kich stra­cono, ale w sto­sun­kowo "ła­godny" spo­sób - ob­cię­ciem rąk i głowy, które na­bito na pal i wy­sta­wiono na wi­dok pu­bliczny. Ta­kie prze­stęp­stwo ka­rano zwy­kle w bar­dziej okrutny spo­sób - przy­pa­la­niem i roz­ry­wa­niem roz­pa­lo­nymi klesz­czami przez kilka dni oraz ła­ma­niem ko­łem.

Pro­ble­mem zwią­za­nym z prze­no­sze­niem za­razy było rów­nież usta­le­nie okresu, w któ­rym za­raza może się utrzy­my­wać w czło­wieku i na przed­mio­tach uży­wa­nych przez cho­rych. Czło­wiek mógł być no­si­cie­lem za­razy nie dłu­żej niż 40 dni (bo tyle prze­by­wał Chry­stus na pu­styni). Na­to­miast utrzy­my­wa­nie się za­razy na przed­mio­tach za­le­żało od tego, czy miały one do­stęp do po­wie­trza. Gdy prze­cho­wy­wano je w po­miesz­cze­niach prze­wie­trza­nych, po 30 dniach były wolne od mo­ro­wego czyn­nika, a gdy w za­mknię­ciu, czyn­nik taki mógł się utrzy­my­wać do 15 lat.

Nie wszy­scy byli jed­na­kowo po­datni na za­razę. Na ogół uwa­żano, że za­leży to od tzw. kom­plek­sji, czyli bu­dowy czło­wieka, a także tem­pe­ra­mentu. We­dług teo­rii hu­mo­ral­nej o tem­pe­ra­men­cie de­cy­do­wał do­mi­nu­jący w ciele hu­mor - czyli je­den z pły­nów ustro­jo­wych: żółć, me­lan­cho­lia (zwana czarną żół­cią), krew i flegma. Tak jak wil­gotne i go­rące po­wie­trze uła­twiało pro­cesy gni­cia i sze­rze­nie się za­razy, tak też nad­miar wil­got­no­ści i go­rąca w ciele miał być po­wo­dem, dla któ­rego pewne osoby ła­twiej ule­gały za­ra­zie. Do­ty­czyło to na przy­kład ko­biet, które czę­ściej od męż­czyzn za­pa­dały na mór, po­nie­waż ich ciała, we­dług ów­czes­nych po­glą­dów, były pełne "złych wil­goci" (szcze­gól­nie pod­czas mie­siączki). Tę szko­dliwą ce­chę na­si­lało je­dze­nie owo­ców, któ­rych ko­biety nie mo­gły so­bie od­mó­wić, a które uwa­żano za szkod­liwe pod­czas za­razy. Ko­biety miały też słaby cha­rak­ter - były bo­jaź­liwe (osoby bo­jaź­liwe ła­twiej za­pa­dały na cho­roby) i cie­kaw­skie (nie mogą usie­dzieć w miej­scu). "Bia­ło­głowy są za­wsze spo­sob­niej­sze do za­chwy­ce­nia po­wie­trza i z dys­po­zy­cji ciał ich, i też prop­ter cu­rio­si­ta­tem [cie­ka­wo­ści] ich i bie­ga­nia bez­piecz­nego do ko­ścio­łów. Przeto naj­le­piej te ga­dzinę (!) z domu wy­słać, chceszli, aby cię nie za­ra­ziła" - ra­dził sie­dem­na­sto­wieczny me­dyk, który pod­czas moru pa­nu­ją­cego w 1623 roku we Lwo­wie stra­cił "miłą mał­żonkę i córkę Ka­ta­rzynę"[18].

Po­dob­nie dzieci miały w cia­łach dużo wil­goci i "go­rą­co­ści", a na do­da­tek ce­cho­wała je skłon­ność do "nie­po­rząd­nego ży­cia", ła­two więc pa­dały ofiarą za­razy. Na­to­miast ciężko pra­cu­jący fi­zycz­nie cho­ro­wali, dla­tego że mu­sieli czę­ściej od­dy­chać, a przez to wdy­chali wię­cej nie­czy­stego po­wie­trza. Szu­kano też in­nych czyn­ni­ków wpły­wa­ją­cych na po­dat­ność lub od­por­ność na za­razę. We­dług Umia­stow­skiego była to "spo­sob­ność ciała ku za­chwy­ce­niu po­wie­trza mo­ro­wego". Mo­gła to być ja­kaś uta­jona wada, po­wo­du­jąca, że serce nie było zdolne do od­pę­dza­nia od sie­bie szko­dli­wych ja­dów.

Nieco inne pre­dys­po­zy­cje do za­cho­ro­wa­nia wy­mie­niali me­dycy w XVII i XVIII wieku. We­dług nich więk­szą skłon­ność do za­pa­da­nia na cho­roby mieli lu­dzie otyli, krwi­ści, bo­jaź­liwi, ubo­dzy i nie­za­cho­wu­jący wła­ści­wej diety (za mało po­kar­mów ro­ślin­nych i kwa­sów, na­to­miast za dużo mięsa, ryb lub "ze­psu­tego chleba"). Bar­dziej od­porne na za­ka­że­nie miały być na­to­miast osoby cier­piące na he­mo­ro­idy, chro­niczne owrzo­dze­nia, wy­sypki, cho­roby we­ne­ryczne - a więc ci, u któ­rych wy­stę­po­wały ob­jawy po­dobne do symp­to­mów za­razy (wy­sypki, wrzody, krwa­wie­nia). Rza­dziej za­ra­żały się też osoby sto­su­jące me­tody lecz­ni­cze uła­twia­jące po­zby­cie się cho­roby z or­ga­ni­zmu, na przy­kład środki prze­czysz­cza­jące lub tzw. za­włoki. Były to ta­śmy lub sznu­reczki prze­cią­gnięte pod skórą w celu wy­wo­ła­nia ro­pie­nia i tym spo­so­bem od­cią­gnię­cia jadu cho­roby od na­rzą­dów we­wnętrz­nych. Nie­zbyt czę­sto mieli cho­ro­wać me­lan­cho­licy i cier­piący na ka­mie­nie mo­czowe. Za­ob­ser­wo­wano rów­nież, że osoby, które prze­szły cho­robę mo­rową, rzadko za­pa­dały na nią po­now­nie.

Objawy moru

W szes­na­sto­wiecz­nych me­dycz­nych pra­cach wy­mie­niano wiele ob­ja­wów, które ob­ser­wo­wano u cho­rych na za­razę. Więk­szość z nich uznano po­tem za ob­jawy nie­spe­cy­ficzne, mo­gące wy­stę­po­wać w prze­biegu róż­nych cho­rób in­fek­cyj­nych. Były to: uczu­cie zimna i dresz­cze, go­rączka, ocię­ża­łość, ból i za­wroty głowy, ob­ło­żony albo su­chy ję­zyk, pra­gnie­nie, uczu­cie go­ry­czy w ustach, brak ape­tytu, skłon­ność do wy­mio­tów. Me­dycy zwra­cali uwagę na wy­da­liny - wy­mioty mo­gły być krwawe, pot smro­dliwy, od­chody (bie­gunka, za­par­cia) nie­zwy­kle cuch­nące, mocz mętny, gę­sty, śmier­dzący (jak u ko­nia). A to wszystko świad­czyło o ze­psu­ciu i to­czą­cym się w or­ga­ni­zmie pro­ce­sie gni­cia.

W miarę roz­woju cho­roby u cho­rego ob­ser­wo­wano: za­bu­rze­nia świa­do­mo­ści ("od­cho­dze­nie od ro­zumu"), trud­no­ści z od­dy­cha­niem, słaby puls, bóle w oko­li­cach serca; cho­rych mę­czyła bez­sen­ność lub cią­gła ospa­łość, w końcu po­ja­wiała się pu­chlina oraz tzw. dy­mie­nice (na­brzmiałe wę­zły chłonne; patrz roz­dział o dżu­mie) i wy­kwity skórne. Śmierć na­stę­po­wała za­zwy­czaj prędko.

Owe dy­mie­nice, czyli bo­lączki, oraz wrzody i wy­bro­czyny, plamy i pę­che­rze, do­strze­galne na ciele cho­rych i zmar­łych, uznano za ob­jawy spe­cy­ficzne mo­ro­wego po­wie­trza. Zmiany te bu­dziły naj­wię­cej obaw, sta­rano się wy­tłu­ma­czyć, dla­czego i w jaki spo­sób po­wstają. W 1552 roku wspo­mi­nał o nich Jan Be­ne­dykt Solfa (1483-1564), le­karz i du­chowny, je­den z naj­star­szych pol­skich au­to­rów prac na te­mat moru. Po­wsta­wa­nie wrzo­dów i in­nych zmian na skó­rze uznał za spo­sób obrony or­ga­ni­zmu przed ja­dem za­razy. Aby chro­nić na­rządy we­wnętrzne, zwłasz­cza serce (sie­dzibę siły ży­wot­nej - spi­ri­tus vi­ta­lis, od któ­rej za­le­żał prze­pływ krwi i cie­pła w ciele), mózg i wą­trobę, jad cho­roby miał być od nich od­su­wany i wy­rzu­cany na wierzch - ku skó­rze.

Moż­li­wość wy­ko­ny­wa­nia sek­cji zwłok i po­zna­wa­nie we­wnętrz­nej bu­dowy ciała ludz­kiego od­wró­ciły uwagę le­ka­rzy od astro­lo­gii. Ana­to­mia oży­wiona (jesz­cze nie fi­zjo­lo­gia), która roz­wi­nęła się w XVI i XVII wieku, na­kie­ro­wała me­dy­ków na inne ob­szary, nie była to jed­nak ła­twa droga do wie­dzy. Je­den z pierw­szych śmiał­ków, Mi­guel Se­rvet (1511-1553), szes­na­sto­wieczny le­karz i teo­log, który chciał po­znać kon­struk­cję ciała ludz­kiego i zgłę­bić me­cha­nizm krą­że­nia krwi i z równą wni­kli­wo­ścią ba­dał Bi­blię, skoń­czył na sto­sie wraz ze swo­imi ka­cer­skimi książ­kami. W dru­giej po­ło­wie XVII wieku udało się roz­pra­co­wać układ krą­że­nia i wie­dza ta zo­stała uznana przez więk­szość le­ka­rzy.

Układ krą­że­nia na­dal jed­nak przy­cią­gał uwagę, a sek­cja zwłok umoż­li­wiała po­zna­nie róż­nych jego nie­pra­wi­dło­wo­ści. Zmie­niło to rów­nież po­glądy na po­cho­dze­nie i po­wsta­wa­nie wrzo­dów i plam po­wo­do­wa­nych przez cho­roby mo­rowe. W XVIII wieku główną rolę w two­rze­niu wrzo­dów i zmian skór­nych za­częto przy­pi­sy­wać sercu i krwi. W wy­da­nej w 1771 roku bro­szurce Ro­zumne po­wie­trza przy­czyny uznano, że ob­jawy za­razy są spo­wo­do­wane two­rze­niem się za­krze­pów krwi. Tłu­ma­czono to w ten spo­sób: na sku­tek za­pa­le­nia ("pie­kiel­nego ognia") krew krze­pła, zbi­jała się w bryły (za­krzepy), które wę­dro­wały wraz z nią po ca­łym ciele. Dla­tego ob­jawy cho­roby mo­gły się ujaw­niać w róż­nych czę­ściach ciała - tam, gdzie skrzepy się za­trzy­mały. Je­śli za­trzy­mały się w sercu - chory od­czu­wał "wielką nie­spo­koj­ność, mdłość", miał wolny puls i do­cho­dziło do na­głej śmierci. Wy­mioty z dużą ilo­ścią żółci wy­stę­po­wały, gdy skrzepy umiej­sco­wiły się w wą­tro­bie. Sza­leń­stwo, otę­pie­nie, ospa­łość albo śpiączka po­ja­wiały się, gdy skrzepy ulo­ko­wały się w mó­zgu.

Po­gląd o do­mi­nu­ją­cej roli skrze­pów w po­wsta­wa­niu ob­ja­wów cho­roby miał swoje źró­dło w ob­ser­wa­cjach do­ko­na­nych pod­czas sek­cji ofiar epi­de­mii. Plamy, guzy i wrzody od­naj­dy­wano nie tylko na cia­łach zmar­łych, lecz także w na­rzą­dach we­wnętrz­nych.

Profilaktyka

Sto­sow­nie do wy­obra­żeń o na­tu­rze moru i skut­kach, ja­kie wy­wo­łuje w or­ga­ni­zmach cho­rych, sta­rano się pod­jąć od­po­wied­nie dzia­ła­nia i wpro­wa­dzić środki za­po­bie­ga­jące za­cho­ro­wa­niu, a w ra­zie za­cho­ro­wa­nia - leki. W po­rad­ni­kach i pra­cach me­dycz­nych do­ty­czą­cych moru za­zwy­czaj wy­mie­niano wiele tego ro­dzaju środ­ków (wy­pró­bo­wa­nych, jak za­pew­niano), o któ­rych sku­tecz­no­ści są­dzono za­równo na pod­sta­wie prze­są­dów, jak i ob­ser­wa­cji do­ty­czą­cych ludz­kiego zdro­wia.

Szes­na­sto­wieczni le­ka­rze czę­sto uj­mo­wali re­guły pro­fi­lak­tyczne w for­mułkę okre­ślaną jako "pię­cio­ra­kie F" - od ła­ciń­skich nazw: fa­tiga (wy­si­łek), fa­mes (dieta), fruc­tus (owoc), fe­mina (ko­bieta), fla­tus (wiatr) - to tych pię­ciu "czyn­ni­ków" na­le­żało uni­kać.

Fa­tiga ozna­czało, że nad­mierny wy­si­łek w cza­sie mo­ro­wego po­wie­trza jest szko­dliwy i trzeba się go wy­strze­gać. Nie cho­dziło o to, by nie po­dej­mo­wać żad­nych dzia­łań, bez­czyn­ność była rów­nież nie­wska­zana - mno­żyła w ciele wil­goć i zgniłą ma­te­rię, ha­mo­wała wy­próż­nie­nia (czysz­cze­nie ży­wota) i pro­wa­dziła do osła­bie­nia sił ży­wot­nych. Za­le­cano lekką pracę czy ra­czej ruch na świe­żym po­wie­trzu z dala od cho­rych. Do­ra­dzano prze­chadzki, prze­jażdżki konne, czy­ta­nie, grę na in­stru­men­tach mu­zycz­nych, grę w war­caby, sza­chy, ko­ści, a także śpiew i oglą­da­nie ład­nych przed­mio­tów. Na­to­miast bie­ga­nie, ska­ka­nie, tańce, szer­mierka i inne dzia­ła­nia, które po­wo­do­wały przy­spie­sze­nie od­de­chu, były nie­wska­zane.

W cza­sie po­wie­trza mo­ro­wego na­le­żało za­cho­wać od­po­wied­nią dietę (fa­mes). Po­siłki nie mo­gły być zbyt ob­fite ani zbyt go­rące, ani zbyt zimne, a przy­prawy po­winny być sto­so­wane z umia­rem. Oprócz tego nie­które po­karmy za­le­cano, inne od­ra­dzano. We­dług szes­na­sto­wiecz­nych me­dy­ków po­winno się spo­ży­wać po­karmy zdrowe, ła­two­strawne, smaczne, kwa­sko­wate, od­żyw­cze ("do­brą krew mno­żące") i prze­ciw­dzia­ła­jące po­wsta­wa­niu zgni­ło­ści. Do ta­kich po­kar­mów za­li­czano biały chleb wy­pie­czony z do­brej pszen­nej lub żyt­niej mąki, z do­dat­kiem czar­nuszki lub anyżku, a z mięs cie­lę­cinę, ja­gnię­cinę, drób oraz dzi­kie ptac­two, ale tylko to, które jest zwią­zane z po­wie­trzem, "które wiele lata" i prze­bywa w su­chych miej­scach. Na­le­żało uni­kać po­traw kle­jo­wa­tych, lep­kich i słod­kich, które miały się przy­czy­nić do po­wsta­nia w or­ga­ni­zmie "krwi czar­nej i gru­bej". Ra­dzono, by wy­strze­gać się spo­ży­wa­nia ptac­twa wod­nego, mięsa wie­przo­wego i każ­dego tłu­stego, ryb ży­ją­cych w sto­ją­cych wo­dach, zwłasz­cza li­nów, pi­sko­rzy i wę­go­rzy, a także po­traw mlecz­nych z wy­jąt­kiem kwa­śnego mleka, które po­bu­dza ape­tyt i wzmac­nia żo­łą­dek. Nie­wska­zane były rów­nież nie­które wa­rzywa, zwłasz­cza po­wo­du­jące pro­blemy ga­stryczne (ka­pu­sta, groch, rzepa oraz szpi­nak). Jako na­pój naj­lep­sza miała być czy­sta i świeża woda z odro­biną octu (dla ubo­gich).

Istotną kwe­stią po­zo­sta­wała czy­stość wody, która po­winna być bez smaku i za­pa­chu, i bez osadu. Na po­pra­wie­nie jej ja­ko­ści - prze­mianę złej w do­brą - znano kilka spo­so­bów. Naj­pew­niej­szym miało być za­nu­rze­nie w wo­dzie rogu jed­no­rożca (za­zwy­czaj był to kieł na­rwala jed­no­zęb­nego, któ­remu przy­pi­sy­wano uzdra­wia­jące i nie­mal ma­giczne dzia­ła­nie), ewen­tu­al­nie do­da­nie kilku kro­pli kwasu siar­ko­wego, kilku list­ków bob­ko­wych lub szcza­wio­wych. Za­miast wody można było pić lek­kie piwo lub kwa­skowe białe wino (uwa­żano, że kwa­śne na­poje dzia­łają chło­dząco - ha­mują go­rączkę). Rano warto było też wy­pić łyżkę wódki z ko­rze­niami po­pra­wia­ją­cymi tra­wie­nie. Po­dobne za­le­ce­nia na te­mat ży­wie­nia w cza­sie moru, oparte głów­nie na teo­rii hu­mo­ral­nej, po­wta­rzali le­ka­rze w XVII i XVIII wieku.

Pro­fi­lak­tycz­nie za­ka­zy­wano spo­ży­wa­nia owo­ców (fruc­tus), choć nie wszyst­kich. Nie było też zgod­no­ści, które są szko­dliwe, a które nie; na przy­kład Mie­cho­wita do szko­dli­wych za­li­czał wi­śnie, gruszki i jabłka. W XVII i XVIII wieku nie przy­kła­dano już do tego za­kazu zbyt wiel­kiej wagi, ale w XIX wieku po­dej­rze­wano, że nie­doj­rzałe owoce mogą po­wo­do­wać cho­lerę.

Czwarte "F" w pro­fi­lak­tycz­nych za­ka­zach to fe­mina, czyli ko­bieta. Ko­biet, a ra­czej cie­le­snych sto­sun­ków z nimi, na­le­żało uni­kać lub za­cho­wać w tych spra­wach umiar. W XVI wieku więk­szość le­ka­rzy uwa­żała, że roz­sąd­nie daw­ko­wane ucie­chy zmy­słowe mogą ko­rzyst­nie wpły­wać na mę­skie zdro­wie, gdyż pod­czas sto­sunku usu­wany jest z ciała nad­miar na­sie­nia, które to, gdy nie zo­sta­nie usu­nięte, może się psuć - gnić i pro­wa­dzić do po­waż­nych scho­rzeń. Za­le­cano jed­nak tylko "po­rządną" mi­łość mał­żeń­ską, która we­dług Umia­stow­skiego, oprócz pło­dze­nia dzieci, od­dala próżne my­śli, uśmie­rza gniew, do­daje po­wagi i sta­tecz­no­ści oraz spra­wia, że ciało staje się lek­kie. Na­le­żało jej za­ży­wać kilka go­dzin po po­siłku i przy­stoj­nie. "A ona zaś po­rządna mi­łość mał­żeń­stwa świę­tego płod ku czci a ku chwale Panu Bogu pło­dzi, ciało lek­kie czyni, zmoc­nie­nia do­dawa, my­śli pa­nu­iące próżne od­dala, śmia­ło­ści do­stęp­nie y przez onę gniew zbytni bywa uśmie­rzony, sta­tecz­ność y po­wagę sta­nowi, mnoży: Me­lan­cho­liey y in­szym cho­ro­bom iest ba­rzo po­ży­teczna po­mierna. A zaś z zby­tecz­ney sro­gie cho­roby y przy­padki roz­ma­ite po­cho­dzą. Przeto lu­dzie ro­zumni ro­zum­nie, nie iako be­stye bez­ro­zumne, z po­pęd­li­wo­ścią cie­le­sną maią się ob­cho­dzić... Tedy We­nery w go­dzinę albo w sześć, albo w siedm po ie­dze­niu, gdzieby tego po­trzeba była, przy­stoy­nie y po­mier­nie za­żyć, a nie be­sty­al­sko iako koń albo muł, iako bez­ro­zumni nie­któ­rzy czy­nią"[19].

Uży­wa­nie We­nus poza mał­żeń­stwem miało przy­no­sić same szkody - za­tra­ce­nie du­szy, zdro­wia i ma­jątku. Na te­mat zdro­wia ko­biet się nie wy­po­wia­dano.

Nie tylko sto­sunki po­za­mał­żeń­skie były dla męż­czyzn nie­bez­pieczne. Prze­strze­gano rów­nież przed za­po­wie­trzo­nymi mo­rem ko­bie­tami, zwłasz­cza tymi, które mie­siącz­ko­wały, gdyż od jed­nego ich spoj­rze­nia nad­zwy­czaj ła­two można się było za­ra­zić. Taką prze­strogę za­mie­ścił w wy­da­nej w 1679 roku bro­szurce na te­mat po­wie­trza mo­ro­wego Mar­cin Je­rzy So­ko­łow­ski ar­chia­tra (na­czelny le­karz) ka­li­ski.

Mo­rowe po­wie­trze mo­gło być roz­no­szone przez lu­dzi, ale też na­pły­wało nie­sione przez wiatr (fla­tus). Z tego względu nie­które wia­try uwa­żano za szcze­gól­nie szko­dliwe i trzeba było za­my­kać przed nimi okna. W XVI wieku za nie­bez­pieczne uzna­wano wiat­ry wie­jące z tej strony, z któ­rej przy­szła za­raza, a także wia­try znad sto­ją­cej wody, je­zior, ba­gien i kloak. Szko­dliwe były też wia­try od po­łu­dnia i za­chodu, a więc cie­płe i wil­gotne. Wia­try z pół­nocy i wschodu nie miały szko­dli­wego dzia­ła­nia, z tej strony można było więc otwie­rać okna. W XVII i XVIII wieku za szkod­liwe uzna­wano je­dy­nie wia­try wie­jące od strony za­po­wie­trzo­nej oraz znad ba­gien i błot.

Oprócz wska­zań, czego na­leży sie wy­strze­gać pod­czas za­razy, da­wano też wska­zówki do­ty­czące tego, co na­leży ro­bić, by unik­nąć moru. Za­le­ce­nia do­ty­czyły oczysz­cze­nia po­miesz­czeń i ciała. Był to tzw. drugi sze­reg "pię­cio­ra­kiego F". Na­le­żały do niego: phle­bo­to­mia (upust krwi), fuga (ucieczka), fo­cus (ogień), fri­ca­tio (ro­zu­miane jako ruch), flu­xus (upływ złych wil­got­no­ści).

Phle­bo­to­mia, czyli upust krwi, to za­bieg czę­sto sto­so­wany w róż­nych scho­rze­niach, w któ­rych miało do­cho­dzić do tzw. za­pa­le­nia, czyli prze­krwie­nia na­rzą­dów lub czę­ści ciała. Ob­ser­wa­cje po­czy­nione pod­czas sek­cji osób zmar­łych na mór, u któ­rych wi­dziano prze­krwione błony ślu­zowe, krwawe wy­bro­czyny, za­krzepy itd., nie­jako po­twier­dzały, że upust krwi jest wła­ści­wym za­bie­giem lecz­ni­czym. Sto­so­wano go u osób cho­rych, do­tknię­tych za­razą, rza­dziej w ce­lach pro­fi­lak­tycz­nych. Za­le­cano ten za­bieg zwłasz­cza oso­bom krwi­stym - u któ­rych wy­stę­po­wał nad­miar krwi, co miało ob­ja­wiać się na przy­kład snami o krwi i czer­wo­nych rze­czach.

Pusz­cza­niem krwi rzą­dziły pewne re­guły - wy­ko­na­nie za­biegu miało być uza­leż­nione nie tylko od wieku, kon­dy­cji czy uspo­so­bie­nia pa­cjenta, ale też od faz Księ­życa i po­ło­że­nia pla­net. Wy­kazy od­po­wied­nich dni do tego za­biegu dru­ko­wano w ka­len­da­rzach i bro­szu­rach, na przy­kład w 1568 roku wła­dze Po­zna­nia przy­go­to­wały dla miesz­kań­ców wska­za­nia, kiedy na­leży krew pu­ścić, z któ­rej żyły, ile i ja­kich jesz­cze uży­wać le­ków, aby za­raza się ich nie imała.

Fuga - ucieczka - była jed­nak naj­lep­szym środ­kiem za­bez­pie­cza­ją­cym przed mo­ro­wym po­wie­trzem. Kto mógł, na czas za­razy ucho­dził z mia­sta, opusz­czał za­po­wie­trzoną oko­licę. Trzeba było ucho­dzić szybko i da­leko, wra­cać zaś nie­ry­chło; za­le­ce­nie to uj­mo­wano w for­mie wier­szyka: "To troie zwy­kło w lu­dziach po­wie­trze wy­tra­cać: Wnet, da­leko, nie­ry­chło: wy­iść, ucho­dzić, wra­cać"[20]. Ucieczka miała być lep­szym spo­so­bem unik­nię­cia za­razy niż wszyst­kie leki ap­teczne. Ucie­kali zwłasz­cza możni, uda­jąc się do swo­ich po­sia­dło­ści po­ło­żo­nych poza strefą za­po­wie­trzoną. Ja­giel­lo­no­wie szu­kali schro­nie­nia na Li­twie uzna­wa­nej za bez­piecz­niej­szą, mniej ludną i po­ło­żoną bar­dziej na pół­noc, a więc z dala od zgub­nych mas mo­ro­wego po­wie­trza, które na­pły­wało z po­łu­dnia. W 1425 roku Wła­dy­sław Ja­giełło wy­je­chał na Li­twę wraz z dwo­rem, a gdy za­raza do­tarła i tam, schro­nił się w pusz­czy. I choć unik­nął za­razy, to pod­czas ło­wów w Bia­ło­wieży zła­mał nogę i ku­ro­wał się po­tem przez kilka mie­sięcy w Kra­snym­sta­wie. Rów­nież Ka­zi­mierz Ja­giel­loń­czyk pod­czas moru, który w 1467 roku pa­no­wał w Wiel­kiej Pol­sce, na Ma­zow­szu, Rusi, Po­dolu i w czę­ści Ślą­ska, wy­je­chał na Li­twę. Wy­jazdy nie były jed­nak re­gułą, wszystko za­le­żało od roz­woju epi­de­mii. W póź­niej­szym okre­sie kró­lo­wie wy­jeż­dżali za­zwy­czaj do re­zy­den­cji po­ło­żo­nych bli­sko sto­licy. W 1543 roku, gdy po­wie­trze mo­rowe wi­siało nad Kra­ko­wem, od­ro­czono ob­rady sejmu piotr­kow­skiego, a król Zyg­munt I z kró­lową oraz Elż­bietą, żoną syna Zyg­munta, schro­nił się na zamku w Za­to­rze. Kiedy zaś i tam sy­tu­acja stała się nie­pewna, udał się do Wie­lowsi w San­do­mier­skiem (obec­nie część Tar­no­brzega). Z ko­lei Zyg­munt III Waza pod­czas za­razy, która do­tarła do War­szawy na po­czątku paź­dzier­nika 1624 roku i do maja na­stęp­nego roku za­brała dwa ty­siące ofiar, prze­niósł się do dworu w po­bli­skim Ujaz­do­wie; w tym też roku roz­po­czął tam bu­dowę Zamku Ujaz­dow­skiego.

Możni, po­dob­nie jak kró­lo­wie, wy­jeż­dżali do wiej­skich re­zy­den­cji - tam, gdzie było zdrowe po­wie­trze. Po­nie­waż naj­więk­sze na­si­le­nie moru przy­pa­dało zwy­kle na mie­siące let­nie, ubożsi, któ­rzy ucho­dzili z mia­sta, kryli się w la­sach. Tak było pod­czas za­razy pa­nu­ją­cej w War­sza­wie w la­tach 1708-1711. Nie wszy­scy jed­nak mo­gli opu­ścić swoje miej­sce za­miesz­ka­nia; w mie­ście mu­siały zo­stać służby po­rząd­kowe oraz osoby, które opie­ko­wały się cho­rymi, a także księża, le­ka­rze, cy­ru­licy i gra­ba­rze.

Ogień - fo­cus - nisz­czył wszelką za­razę i uzdra­wiał at­mos­ferę. Aby oczy­ścić po­wie­trze w domu, na­le­żało więc pa­lić w ko­minku. Szcze­gól­nie ko­rzystne wła­ści­wo­ści przy­pi­sy­wano ogniowi z nie­któ­rych ga­tun­ków drzew za­wie­ra­ją­cych dużo ży­wicy, jak cy­pry­so­wego, ja­łow­co­wego, so­sno­wego, lub ga­tun­ków uwa­ża­nych za mocne i zdrowe, na przy­kład dąb i je­sion. Dla wzmoc­nie­nia efektu można było do­dać do ognia aro­ma­tycz­nych ziół, które uwal­nia­jąc lotne czą­steczki do oto­cze­nia, miały oczysz­czać po­wie­trze. Sto­so­wano je także do oka­dza­nia miesz­kań. Uży­wano ziół o sil­nej woni, ta­kich jak: ja­ło­wiec, pio­łun, mięta, dzię­giel, ma­je­ra­nek, la­wenda, róża, ruta, roz­ma­ryn, li­ście bob­kowe, oraz ko­rze­nia omanu, któ­remu przy­pi­sy­wano silne dzia­ła­nie prze­ciw­mo­rowe. Po­wie­trze w miesz­ka­niach oczysz­czano także za po­mocą skó­rek cy­try­no­wych i po­ma­rań­czo­wych oraz sub­stan­cji, któ­rych zwy­kle uży­wano do ka­dzi­deł - bursz­tynu, kam­fory, mirry lub piżma. Za­pa­chowe zioła roz­sy­py­wano rów­nież w do­mach i wkła­dano do po­ścieli. Je­żeli ktoś nie miał ta­kich moż­li­wo­ści, za­le­cano, aby spa­lał w izbie tro­chę pro­chu lub siarki, w osta­tecz­no­ści mógł lać ocet na roz­pa­lone ka­mie­nie.

Zwra­cano rów­nież uwagę na przy­go­to­wa­nie izby, w któ­rej sy­piano. Miała ona być czy­sta i do­brze "opa­trzona", aby mo­rowe po­wie­trze nie miało do niej do­stępu. Po­wie­trze w tym po­koju na­le­żało "czy­ścić" dwa razy dzien­nie, sto­su­jąc ka­dze­nie lub spa­la­nie aro­ma­tycz­nych sub­stan­cji. Ra­dzono, by czę­sto zmie­niać po­ściel, a do łóżka wkła­dać po­du­szeczki z pach­ną­cymi zio­łami.

Sie­dem­na­sto­wieczni le­ka­rze zwra­cali także uwagę na flu­xus, czyli od­pływ złych wil­got­no­ści i nie­czy­sto­ści. Za­kła­dano, że wraz z po­tem, mo­czem i ka­łem usuwa się z ciała i krwi wszel­kie plu­ga­wo­ści. Dbano za­tem o nie­zbędne do za­cho­wa­nia zdro­wia umiar­ko­wane poty, re­gu­larne wy­próż­nie­nia i od­da­wa­nie mo­czu. Je­śli któ­raś z tych funk­cji była za­kłó­cona, trzeba było ją po­bu­dzić. Przede wszyst­kim jed­nak na­le­żało do tego nie do­pusz­czać - sto­so­wać od­po­wied­nią dietę, dbać o zdrowy sen i umysł po­godny, we­soły, gdyż za­kłó­ce­nia w tych spra­wach pro­wa­dziły do mno­że­nia złych hu­mo­rów. Trzeba było za­tem się kłaść przed pół­nocą i spać 6-8 go­dzin. Zbyt długi sen był nie­zdrowy - na­peł­niał głowy nie­czy­sto­ścią (fluk­sem) i mno­żył w ciele nie­zdrowe wil­got­no­ści. Nie słu­żyły zdro­wiu rów­nież drzemki w ciągu dnia, zwłasz­cza za­raz po je­dze­niu, gdyż i one pro­wa­dziły do po­wsta­wa­nia w ciele złych wil­got­no­ści, a po­nadto wy­wo­ły­wały: obrzmie­nia śle­dziony, go­rączki, wrzody, kro­sty, brak ape­tytu, gnu­śność. Mo­gli so­bie na nie po­zwo­lić je­dy­nie lu­dzie do nich przy­zwy­cza­jeni.

Gdy do­szło jed­nak do tego, że w ciele zgro­ma­dziły się ja­kieś szko­dliwe nie­czy­sto­ści, trzeba było je szybko usu­nąć, sto­su­jąc środki na­po­tne, mo­czo­pędne i prze­czysz­cza­jące. By wy­wo­łać lek­kie poty, za­le­cano umiar­ko­wany ruch na czczo na świe­żym po­wie­trzu lub pi­cie na­po­tnych ziół i cie­płe ką­piele nóg. W celu oczysz­cze­nia głowy i płuc z nie­czy­sto­ści na­le­żało od­ksztu­szać wszel­kie za­le­ga­jące w nich wy­dzie­liny. Ko­biety po­winny też pil­no­wać, aby ich "czysz­cze­nia mie­sięczne" były re­gu­larne (do XIX wieku utrzy­my­wał się po­gląd, że mie­siączki usu­wają z ciała ko­biet za­nie­czysz­cze­nia, wspo­ma­ga­jąc w ten spo­sób układ od­de­chowy i trans­pi­ra­cję, które u pań są słab­sze niż u męż­czyzn). Z ko­lei cier­piący na he­mo­ro­idy nie po­winni ta­mo­wać krwa­wień, gdyż tą drogą ciało miało usu­wać za­nie­czysz­cze­nia.

Bar­dziej dra­stycz­nym środ­kiem było przy­pa­la­nie skóry na ra­mie­niu lub no­dze roz­ża­rzo­nym że­la­zem, sto­so­wa­nie tzw. aper­tury lub fon­ta­neli (spe­cjal­nie zro­bio­nych ran utrzy­my­wa­nych w sta­nie wrzo­dze­nia) bądź pla­strów prysz­czą­cych, czyli we­zy­ka­to­rii. Ta­kie pla­stry za­wie­rały draż­niące skład­niki, za­zwy­czaj kan­ta­rydy (muszki hisz­pań­skie) po­wo­du­jące po­wsta­nie na skó­rze pę­che­rzy, które na­stęp­nie utrzy­my­wano w sta­nie ro­pie­nia. Za­biegi te miały od­cią­gnąć cho­ro­bowe jady od na­rzą­dów we­wnętrz­nych i usu­nąć tok­syny - jad cho­roby z or­ga­ni­zmu.

Spe­cy­ficzne po­glądy na te­mat oczysz­cza­nia ciała do­ty­czyły także za­ży­wa­nia ką­pieli i łaźni, któ­rych w cza­sie za­razy na­le­żało uni­kać. Po­le­cano na­to­miast ob­my­wa­nie ciała wodą z octem lub wódką ró­żaną, a także dba­nie o czy­stość ubrań, no­sze­nie ubio­rów z tka­nin gład­kich, lnia­nych lub je­dwab­nych i uni­ka­nie fu­ter oraz wełny. Wolff w Trak­ta­ciku o Po­wie­trzu mo­ro­wym... miał spe­cjalne za­le­ce­nia dla miesz­kań­ców wsi: "Iż naj­więk­sza część po­spól­stwa oso­bli­wie na wsi miesz­ka­ją­cego wcale nic o ochę­dó­stwie nie wie, gdyż nie­mal wszy­scy ci mi­ze­racy ni­gdy potu, który ich usta­wiczna praca ob­lewa nie ście­rają, ani też z teyże przy­czyny bie­li­zny nie od­mie­niają, ztąd niby jednę na ciele skórę wię­cey mają niż ci któ­rzy ciało swe piesz­czą, y próż­no­wa­niem się tylko za­ba­wiają, taż nie­czy­stość z po­tów po­cho­dząca za­le­pia tym mi­ze­ra­kom pory, y ha­muye Trans­pi­ra­cją nie­znaczną: dla czego nie­uchron­nie po­trzebną jest rze­czą, aby ciało cie­płą wodą zmie­szaną z win­nym octem i solą było ob­myte i prze­tarte. [...] Przez to się pory otwie­rają, y Na­tu­rze która przy tej za­ra­zie wszyst­kie swe łoży siły, aby jad na wierzch ciała wy­wa­biła, droga się to­ruje"[21]. Do­piero po ob­my­ciu ciała na­le­żało za­ży­wać środki na­po­tne.

Nie mniej ważne od dba­ło­ści o czy­stość było za­cho­wa­nie spo­koju du­cha. Po­wie­dze­nie: w zdro­wym ciele - zdrowy duch dzia­łało w obie strony - nie­zdrowe my­śli, gniew, smu­tek i tro­ski mo­gły być przy­czyną cho­rób, zwłasz­cza gdy po­wie­trze było mo­rowe. Strach miał ścią­gać krew do serca i po­wo­do­wać jego roz­dę­cie; gniew na­to­miast bu­rzył krew, wy­wo­łu­jąc w niej bli­żej nie­okre­ślone szko­dliwe zmiany. Naj­bar­dziej nie­bez­pieczne było jed­nak my­śle­nie o za­ra­zie. Lęk przed za­ra­że­niem u osób bo­jaź­li­wych mógł pro­wa­dzić do śmierci ze stra­chu, u wraż­li­wych po­wo­do­wał, że czuli się cho­rzy, a taki stan du­cha przy­cią­gał do nich cho­roby. Wszel­kie nad­mierne emo­cje, na­wet te po­zy­tywne, które na­ru­szały spo­kój du­cha, w cza­sie moru były nie­bez­pieczne. Po­dobne po­glądy utrzy­my­wały się rów­nież w XVIII wieku.

Driakiew i ocet czterech złodziei

Oprócz za­ka­zów i za­le­ceń do­ty­czą­cych za­cho­wa­nia się w cza­sie za­razy sto­so­wano róż­no­rodne środki lecz­ni­cze i pro­fi­lak­tyczne. Na­le­żały do nich aro­ma­tyczne zioła, na przy­kład ko­rzeń bie­drzeńca, dzię­gla, ko­złka, ko­rzeń i ziele lub­czyka, pio­łun, a także przy­prawy: anyż, cy­na­mon, goź­dziki, im­bir, pieprz oraz za­pra­wione nimi wódki i octy.

Za zna­ko­mity lek prze­ciw za­ra­zie ucho­dził dzię­giel, czyli ar­cy­dzię­giel (An­ge­lica ar­chan­ge­lica). Ła­ciń­ska na­zwa ro­śliny wy­wo­dzi się od słowa "ar­cha­nioł" i wska­zuje na wielką moc, którą jej przy­pi­sy­wano. Ko­rzeń dzię­gie­lowy wcho­dził w skład wielu spe­cy­fi­ków, sto­so­wano go także jako śro­dek za­bez­pie­cza­jący przed za­razą - żuto, no­szono na piersi, a roz­tarty do­da­wano do cie­płego wina, które na­le­żało wy­pić na czczo. In­nym po­pu­lar­nym su­row­cem lecz­ni­czym prze­ciw­mo­ro­wym był ko­rzeń ko­złka le­kar­skiego (Va­le­riana of­fi­ci­na­lis L.). Sto­so­wano go po­dob­nie jak dzię­giel - żuto lub sprosz­ko­wany do­da­wano do wina. Do­brze było też no­sić go przy so­bie, a pi­gułki z aro­ma­tycz­nymi zio­łami za­ży­wać przed wyj­ściem z domu. Roz­tar­tym ko­rze­niem i li­śćmi okła­dano wrzody.

Sku­teczny miał być też ko­rzeń pię­cior­nika ku­rzego ziela (Po­ten­tilla erecta L. Ra­eusch), użyty w do­wolny spo­sób. Lek ten miał "wy­wo­dzić" za­razę z ciała przez poty, ochra­niać serce i jego siły ży­wotne, prze­ciw­dzia­łać gni­ciu i uzja­dli­wia­niu pły­nów ustro­jo­wych (przy­ro­dzo­nych wil­got­no­ści) oraz wy­su­szać i tra­wić już te zmie­nione. Po­le­cano go zwłasz­cza w an­giel­skich po­tach (ty­fu­sie). Po­dobne za­sto­so­wa­nie jako śro­dek lecz­ni­czy i pro­fi­lak­tyczny miały ko­rze­nie ro­ślin z ro­dzaju bie­drze­niec (Pim­pi­nella sp.). Cho­rym do­ra­dzano no­sze­nie ko­rze­nia za­wie­szo­nego na szyi, tak aby le­żał na pier­siach. Sto­so­wano też wódkę z bie­drzeńca, ko­rze­nie sma­żone w cu­krze i pa­stylki bie­drzeń­cowe.

Za­le­ca­nym środ­kiem chro­nią­cym przed za­razą, zwłasz­cza dla ubo­gich, była ce­bula oraz czo­snek, któ­remu przy­pi­sy­wano szcze­gólne dzia­ła­nie - miał goić ranę po uką­sze­niu żmii (usu­wać jad), dzia­łał prze­ciw pa­so­ży­tom je­li­to­wym, chro­nił przed tru­ci­znami - uwa­żano więc, że rów­nie sku­tecz­nie bę­dzie chro­nił od mo­ro­wego po­wie­trza.

In­nym spo­so­bem za­bez­pie­cze­nia się od za­razy było pi­cie na czczo wła­snego mo­czu. Był to śro­dek po­pu­larny wśród ludu, sto­so­wany także przy uką­sze­niu żmii, le­ka­rze go nie od­ra­dzali.

W XVII wieku uzna­niem cie­szyły się wie­lo­skład­ni­kowe spe­cy­fiki, które za­le­cano w róż­nych scho­rze­niach, a także profi­lak­tycz­nie. Pod­czas moru pa­nu­ją­cego w War­sza­wie w la­tach 1624-1625 ów­cze­sny bur­mistrz po­wietrzny, ap­te­karz Łu­kasz Drewno (po 1565-1652), po­dał prze­pis na śro­dek chro­niący od za­razy, wy­ra­biany w zam­ko­wej ap­tece. W skład spe­cy­fiku, który za­ży­wano przed wyj­ściem z domu, wcho­dziły: su­szone figi, orze­chy wło­skie, owoc ja­łowca, li­ście ruty, owoce lauru (waw­rzynu szla­chet­nego), ko­rzeń ko­kor­naka okrą­gło­list­nego, ko­rzeń omanu, bie­drzeńca, ko­złka, ar­cy­dzię­gla, mirra i miód. Była to za­tem mie­szanka skład­ni­ków o dzia­ła­niu wy­krztu­śnym, mo­czo­pęd­nym, od­ka­ża­ją­cym, bak­te­rio­bój­czym, uspo­ka­ja­ją­cym i re­gu­lu­ją­cym pracę prze­wodu po­kar­mo­wego.

Po­pu­lar­nym środ­kiem był też tzw. ocet czte­rech zło­dziei. We­dług le­gendy na­zwę swą za­wdzię­cza czte­rem zło­czyń­com, któ­rzy okra­dali cho­rych i zmar­łych na za­razę, a sami jej nie ule­gali dzięki sto­so­wa­niu aro­ma­tycz­nego octu. Prze­stęp­ców schwy­tano, ale za ujaw­nie­nie składu tego spe­cy­fiku da­ro­wano im ży­cie. Ocet przy­go­to­wy­wano z pach­ną­cych ziół i przy­praw: ziela pio­łunu, roz­ma­rynu, szał­wii, mięty, ruty, kwitu la­wen­do­wego, czosnku, dzię­gla, ko­rze­nia ta­ta­raku, cy­na­monu, goź­dzi­ków, gałki musz­ka­to­ło­wej oraz kam­fory i octu win­nego. Sto­so­wano go we­wnętrz­nie i ze­wnętrz­nie. Co­dzien­nie na czczo przyj­mo­wano po ły­żeczce ta­kiego octu. Słu­żył on też do ob­my­wa­nia i na­cie­ra­nia twa­rzy i nosa, można go było no­sić przy so­bie i czę­sto wą­chać.

Słyn­nymi spe­cy­fi­kami zna­nymi w sta­ro­żyt­no­ści i uwa­ża­nymi za pa­na­cea były te­riak, dria­kiew i mi­try­dat. To leki za­wie­ra­jące kil­ka­dzie­siąt skład­ni­ków o róż­nym dzia­ła­niu, głów­nie su­row­ców aro­ma­tycz­nych. Uwa­żano je za an­ti­do­tum na wszel­kie tru­ci­zny i sto­so­wano także pod­czas za­razy. Słynna była dria­kiew we­necka - w jej skład wcho­dziło około 60 skład­ni­ków, a przy­go­to­wa­nie elik­siru, ob­wa­ro­wane re­gu­łami, od­by­wało się pu­blicz­nie i pod­le­gało kon­troli. W Pol­sce uzna­niem cie­szyła się dria­kiew to­ruń­ska, wy­ra­biana przez ap­te­ka­rza Pawła Gul­de­niu­sza (1588-1658). Pod­czas za­razy pa­nu­ją­cej w 1629 roku w To­ru­niu Gul­de­niusz opra­co­wał spe­cjalną re­cep­turę tego spe­cy­fiku i jako je­den z dwóch ap­te­ka­rzy w Pol­sce po­sia­dał ofi­cjalne ze­zwo­le­nie na przy­rzą­dza­nie dria­kwi. Przy­go­to­wy­wano ją z 89 skład­ni­ków, a wśród nich zna­la­zło się opium, sku­tecz­nie za­trzy­mu­jące bie­gunki i uśmie­rza­jące bóle.

Dria­kiew (Sca­biosa L.) to także ro­dzaj ro­śliny ziel­nej, nie­które jej ga­tunki wy­stę­pują w Pol­sce i były wy­ko­rzy­sty­wane w le­cze­niu moru. Dria­kwi po­lnej uży­wano w po­staci soku i wódki, a świeże ziele przy­kła­dano na mo­rówki - wrzody, które dzięki temu zielu już w trzy go­dziny miały być otwarte, a jad z nich wy­cią­gnięty. Na­to­miast świeże ziele utłu­czone z sa­dłem uła­twiało go­je­nie się pęk­nię­tych wrzo­dów.

In­nym ro­dza­jem od­trutki ni­we­lu­ją­cej jad za­razy był tzw. ka­mień bez­oar (be­sa­har), znaj­dy­wany we wnętrz­no­ściach wiel­błą­dów jed­no­garb­nych i in­nych zwie­rząt. Bez­oary po­wstają w żo­łąd­kach zwie­rząt z nie­stra­wio­nych resz­tek po­karmu, włó­kien ro­ślin­nych i po­łknię­tej sier­ści. Wy­stę­pują głów­nie u prze­żu­wa­czy, zwłasz­cza u lamy i kozy bez­oaro­wej. Przy­pi­sy­wano im szcze­gólną moc i uży­wano ich jako an­ti­do­tum na wszel­kie tru­ci­zny i jady. Były też czę­sto pod­ra­biane.

Róż­nymi spo­so­bami sta­rano się rów­nież nie do­pu­ścić do wdy­cha­nia za­ka­żo­nego po­wie­trza. Naj­bar­dziej po­pu­larne były środki o sil­nym za­pa­chu, po­dobne do tych, które sto­so­wano do oka­dza­nia miesz­kań. Spe­cjal­nego za­bez­pie­cze­nia wy­ma­gały osoby zaj­mu­jące się cho­rymi i po­chów­kiem zmar­łych. Za­le­cano im trzy­mać w ustach pi­gułkę z aro­ma­tycz­nymi sub­stan­cjami, na przy­kład z ży­wicą ma­styk­sową i am­brą. Le­ka­rze nie­kiedy no­sili spe­cjalne ma­ski przy­po­mi­na­jące dziób ptaka, w któ­rych umiesz­czano gąbki na­są­czone za­pa­cho­wymi spe­cy­fi­kami. Gra­ba­rze mieli zaś co rano za­ży­wać gałkę wiel­ko­ści orze­cha la­sko­wego przy­go­to­waną ze świe­żej smoły, goź­dzi­ków, gałki musz­ka­to­wej i ziół - cy­twaru, bia­łego dyp­tanu, pio­łunu i su­chych li­ści dę­bo­wych. Po­dobne za­bez­pie­cze­nia sto­so­wali miesz­kańcy za­po­wie­trzo­nych te­re­nów. Przed wyj­ściem z domu oko­lice nosa i uszu sma­ro­wali aro­ma­tycz­nymi olej­kami. Wo­reczki z mie­szanką pach­ną­cych ziół no­sili przy so­bie za­wie­szone na szyi, tak by do­ty­kały go­łego ciała w oko­licy serca, a bę­dąc w za­gro­żo­nych miej­scach, przy­ty­kali je do nosa i wą­chali. Po­mocne miało być też wą­cha­nie po­ma­rań­czy i cy­tryn.

In­nym spo­so­bem, by nie do­pu­ścić za­razy do wnę­trza ciała, było trzy­ma­nie w ustach szla­chet­nego lub pół­sz­la­chet­nego ka­mie­nia, ta­kiego jak: to­paz, ru­bin, gra­nat, sza­fir, szma­ragd, dia­ment, albo ko­rali, perły, ka­wałka ko­ści sło­nio­wej czy rogu jed­no­rożca. Można było rów­nież no­sić przy so­bie amu­lety ap­teczne - cho­ciażby za­mkniętą w łu­pi­nie la­sko­wego orze­cha rtęć, któ­rej al­che­micy przy­pi­sy­wali nad­zwy­czajne wła­ści­wo­ści, lub ar­sze­nik uży­wany jako tru­ci­zna, ale też śro­dek nie­do­pusz­cza­jący do roz­kładu sub­stan­cji or­ga­nicz­nych (sto­so­wany na przy­kład do pre­pa­ro­wa­nia ciał zwie­rząt i kon­ser­wo­wa­nia zwłok), a więc ma­jące dzia­ła­nie prze­ciw­gnilne. Znano wiele za­bie­gów i amu­le­tów o róż­nym po­cho­dze­niu, któ­rych uży­wano w celu wzmoc­nie­nia serca i oczysz­cza­nia krwi. Po­pu­larne były też amu­lety re­li­gijne: krzy­żyki ka­ra­wa­kowe ro­bione na kształt sta­wia­nej na krań­cach wsi ka­ra­waki, czyli krzyża chro­nią­cego od za­razy, oraz spe­cjalne mo­nety ze sło­wami mo­dli­twy.

Le­cze­nie cho­rych na mór było za­da­niem nie­wdzięcz­nym i nie­bez­piecz­nym, rzadko koń­czyło się po­wo­dze­niem. Mimo wy­sił­ków le­ka­rzy pa­cjenci czę­sto umie­rali, ist­niało też duże ry­zyko za­ra­że­nia się od nich. Cho­rzy ra­to­wali się mo­dli­twą, ubo­dzy szu­kali po­mocy w szpi­ta­lach (nie były to szpi­tale w dzi­siej­szym ro­zu­mie­niu, ale two­rzone przy nie­któ­rych klasz­to­rach przy­tułki dla ka­lek i cho­rych). Szu­kano też prze­pi­sów na leki prze­ciw­mo­rowe w po­rad­ni­kach, ku­po­wano spe­cy­fiki w ap­te­kach i klasz­to­rach, a w końcu, je­śli ktoś mógł so­bie na to po­zwo­lić, wzy­wano me­dyka.

Cała ku­ra­cja nie ogra­ni­czała się do po­da­nia jed­nego spe­cy­fiku, była bar­dziej zło­żona. Wy­bór środka lecz­ni­czego za­le­żał od sta­dium cho­roby. Na po­czątku za­czy­nano od upu­stu krwi (sto­su­jąc na­cię­cie żył lub bańki cięte), by od­cią­gnąć ja­do­witą krew od serca i usu­nąć jad cho­roby z or­ga­ni­zmu. Ten sam efekt (od­cią­gnię­cie jadu od serca i na­rzą­dów we­wnętrz­nych) miały wy­wo­ły­wać pla­stry prysz­czące. Or­ga­nizm oczysz­czano rów­nież, sto­su­jąc środki prze­czysz­cza­jące (na przy­kład pi­gułki Ruffa z alo­esem i mirrą), le­wa­tywy oraz środki wy­miotne i na­po­tne, a na­stęp­nie leki, które miały prze­ciw­dzia­łać szko­dli­wym skut­kom po­zo­sta­ją­cego w or­ga­ni­zmie jadu i chro­nić przed nim serce.

Po­nie­waż, stwier­dzono do­świad­czal­nie, że leki i za­biegi lecz­ni­cze nie były wy­star­cza­jące do zwal­cze­nia za­razy, aby wspo­móc siły or­ga­ni­zmu w walce z cho­robą, na­le­żało za­cho­wać od­po­wied­nią dietę. Przy­po­mi­nała ona dietę za­le­caną w ce­lach pro­fi­lak­tycz­nych i po­le­gała na po­da­wa­niu cho­rym po­żyw­nych, wzmac­nia­ją­cych po­traw, a uni­ka­niu tych, które mnożą w or­ga­ni­zmie złe wil­got­no­ści i przy­czy­niają się do po­wsta­wa­nia zgni­li­zny. Za­le­cano, aby chory, na­wet gdy nie ma ape­tytu, jadł czę­sto, ale tylko lek­ko­strawne po­trawy, głów­nie bez­mię­sne, choć nie­któ­rzy le­ka­rze (jak Umia­stow­ski) do­pusz­czali po­trawkę z ka­płona lub ja­rząbka albo kur­czę z agre­stem. Po­le­cano głów­nie tzw. ty­zanny, czyli po­lewkę jęcz­mienną bądź owsianą, cza­sem z do­dat­kiem ziół. Oprócz po­le­wek, które miały dzia­łać na­po­tnie, za­le­cano go­to­wane owoce - śliwki i wi­śnie. Do pi­cia naj­lep­sza była woda prze­go­to­wana z octem albo lek­kie piwo - na­poje chło­dzące, ga­szące pra­gnie­nie i go­rączkę. Pi­cie wina od­ra­dzano, po­nie­waż ob­cią­żało głowę i roz­pa­lało krew.

Ze­staw le­ków i środ­ków za­po­bie­gaw­czych za­le­ca­nych przez osiem­na­sto­wiecz­nych le­ka­rzy był skrom­niej­szy. Rza­dziej sto­so­wano upu­sty krwi, uży­wano głów­nie środ­ków wy­miot­nych, na przy­kład ipe­ka­ku­ana (ina­czej wy­miot­nica praw­dziwa), prze­czysz­cza­ją­cych i na­po­tnych. Pro­fi­lak­tycz­nie za­le­cano pa­le­nie ty­to­niu, choć nie w obec­no­ści cho­rego, by nie za­cią­gać się ska­żo­nym po­wie­trzem. Prze­by­wa­jąc w po­bliżu cho­rego, można było żuć ko­rzeń omanu lub bie­drzeńca w celu po­bu­dze­nia wy­dzie­la­nia śliny, którą na­le­żało wy­plu­wać.

Ro­ko­wa­nie

Cho­rym na mo­rową za­razę naj­czę­ściej wró­żono tra­giczny ko­niec, mimo to le­ka­rze sta­rali się wy­chwy­cić symp­tomy, które mo­gły po­twier­dzić te prze­wi­dy­wa­nia, bądź ta­kie, które wska­zy­wa­łyby, że cho­roba się cofa. Szes­na­sto­wieczni me­dycy opie­rali swoje ro­ko­wa­nia na ozna­kach złych i do­brych. Do tych pierw­szych za­li­czali szybki spa­dek sił za­raz na po­czątku cho­roby, przy­śpie­szony bądź zmienny puls, wod­ni­sty i mętny mocz, nie­zdrowy za­pach z ust i obawę przed śmier­cią. Umia­stow­ski do­dał do tego inne nie­po­ko­jące oznaki, jak nie­usta­jący ból głowy, zimne i cuch­nące poty, cuch­nący, tłu­sty kał, a w wy­mio­ci­nach obec­ność śmier­dzą­cych zie­lo­nych, czer­wo­nych lub czar­nych mas. Do złych zna­ków za­li­czano także wrzody i kro­sty, które po­ja­wiały się i zni­kały. Te ob­jawy miały świad­czyć o tym, że siły cho­rego słabną, szko­dliwe jady nie są usu­wane, lecz za­gnieź­dziły się w jego ciele. O zbli­ża­ją­cej się śmierci świad­czyły zaś zmiany wi­doczne na twa­rzy - skóra (zwłasz­cza na czole) sta­wała się wów­czas na­pięta i czer­niała. Na­to­miast oznaką prze­zwy­cię­że­nia cho­roby było od­zy­ska­nie przez cho­rego ape­tytu i na­dziei na wy­zdro­wie­nie.

W XVII i XVIII wieku wię­cej uwagi po­świę­cano ob­ser­wa­cji zmian skór­nych - wrzo­dów, dy­mie­nic i plam. Ich po­ja­wie­nie się le­ka­rze uzna­wali za po­zy­tywny ob­jaw, świad­czący o usu­wa­niu ja­do­wi­tej ma­te­rii z ciała na ze­wnątrz. Je­śli zmiany te sa­mo­czyn­nie się co­fały, uwa­żano to za zły znak. Za­zwy­czaj jed­nak za­strze­gali przy tym, że nie można zna­kom zbyt­nio ufać i prze­wi­dzieć, co się sta­nie z cho­rym. Ucie­kano się więc do róż­nych prób, które miały być bar­dziej nie­za­wodne od ob­ser­wa­cji ob­ja­wów cho­roby.

Le­kiem i środ­kiem, który można było wy­ko­rzy­stać do ta­kich prób, była za­chwa­lana w XVI wieku, a opi­sana już przez Awi­cennę (per­skiego le­ka­rza i uczo­nego ży­ją­cego na prze­ło­mie X i XI wieku, twórcę Ka­nonu me­dy­cyny), mie­szanka skła­da­jąca się z wody ró­ża­nej, bia­łego wina i ziemi ar­meń­skiej (ro­dzaj glinki, którą le­czono za­tru­cia i cho­roby żo­łądka). Gdy chory po przy­ję­ciu tego spe­cy­fiku wy­mio­to­wał, było to złym zna­kiem, a gdy "za­trzy­mał" le­kar­stwo w so­bie, uwa­żano za oznakę zdro­wie­nia. Próbę na­le­żało po­wta­rzać.

Ro­ko­wa­nia for­mu­ło­wano także na pod­sta­wie prze­ży­wal­no­ści pta­ków - go­łębi lub kur­cza­ków, które żywe przy­kła­dano do dy­mie­nic. In­nym spraw­dzia­nem był test z mo­czem cho­rego - na­le­żało wy­lać go na ro­snące po­krzywy, je­śli nie zwię­dły i po­zo­stały zie­lone, chory miał wy­zdro­wieć, je­śli zwię­dły i zgniły, taki sam los cze­kał cho­rego. Można było też do­dać do mo­czu odro­binę mleka ko­biety, która karmi syna: "je­żeli to mleko na dół upad­nie, tedy y chory do grobu wpad­nie"[22]. W póź­niej­szym okre­sie po­dobne próby "na prze­ży­cie" sto­so­wano w lecz­nic­twie lu­do­wym, zwłasz­cza u cho­rych na gruź­licę.

Przepisy na czas zarazy

Aż do pa­no­wa­nia Sta­ni­sława Au­gu­sta Po­nia­tow­skiego główny cię­żar ochrony lud­no­ści przed mo­ro­wym po­wie­trzem spo­czy­wał na królu i mar­szałku ko­ron­nym oraz na lo­kal­nych wła­dzach - sta­ro­stach lub wła­ści­cie­lach dóbr. Na czas za­razy każde mia­sto ogła­szało prze­pisy do­ty­czące utrzy­my­wa­nia po­rządku i czy­sto­ści w mie­ście, po­stę­po­wa­nia z cho­rymi, grze­ba­nia zmar­łych, ochrony zdro­wych. Po­da­wano je do wia­do­mo­ści pu­blicz­nej. Od­czy­ty­wano na mie­ście przy wtó­rze trąb, prze­strze­ga­jąc jed­no­cze­śnie, że kto nie za­sto­suje się do owych prze­pi­sów, bę­dzie uka­rany.

W mia­stach na czas za­razy po­wo­ły­wano spe­cjal­nych urzęd­ni­ków - tzw. bur­mi­strzów po­wietrz­nych lub mo­ro­wych, któ­rych obo­wiąz­kiem było po­dej­mo­wa­nie dzia­łań słu­żą­cych po­wstrzy­ma­niu za­razy i ogra­ni­cze­niu jej skut­ków. Mu­sieli za­tem zor­ga­ni­zo­wać izo­la­cję i opiekę dla cho­rych, po­chó­wek zmar­łych oraz za­bez­pie­czyć zdro­wych miesz­kań­ców przed po­wie­trzem mo­ro­wym. Urząd ten po­wie­rzano za­ufa­nym i god­nym oso­bom o róż­nej pro­fe­sji. W War­sza­wie w la­tach 1624 i 1625 bur­mi­strzem mo­ro­wym był ap­te­karz Łu­kasz Drewno. W Po­zna­niu w 1652 roku funk­cję tę spra­wo­wał du­chowny, ks. ka­no­nik Wol­ski. Jed­nym z kra­kow­skich bur­mi­strzów ma­ją­cych do­zór nad "wszel­kimi czyn­no­ściami około za­po­wie­trzo­nych" zo­stał Jan Gau­denty Za­cherla, rajca miej­ski, który był rów­nież kup­cem ko­rzen­nym i se­kre­ta­rzem kró­lew­skim, a pod­czas epi­de­mii w 1677 roku prze­pro­wa­dził spis ofiar za­razy (we­dług owego spisu zmarło wów­czas po­nad 21 ty­sięcy osób).

Do ob­sługi cho­rych bur­mistrz mo­rowy i wła­dze mia­sta mu­siały za­trud­nić le­ka­rzy, cy­ru­li­ków, po­słu­ga­czy oraz tra­ga­rzy do trans­portu zmar­łych i gra­ba­rzy. Na ich utrzy­ma­nie i wy­na­gro­dze­nie, a także na żyw­ność i le­kar­stwa dla cho­rych prze­zna­czano spe­cjalne fun­du­sze - zwy­kle opo­dat­ko­wy­wano na ten cel miesz­kań­ców mia­sta, jak to miało miej­sce na przy­kład pod­czas epi­de­mii pa­nu­ją­cej w 1653 roku w War­sza­wie. Wów­czas król Jan Ka­zi­mierz na­ka­zał bur­mi­strzom Sta­rej i No­wej War­szawy ze­brać od wszyst­kich miesz­kań­ców mia­sta (jed­nak z wy­jąt­kiem du­chow­nych i szlachty) sześć ty­sięcy zło­tych. Po­dobne roz­wią­za­nia sto­so­wano w in­nych mia­stach. W Kra­ko­wie pod­czas moru w 1707 roku wy­zna­czono "ko­lek­to­rów jał­mużny", któ­rzy zbie­rali pie­nią­dze od miesz­kań­ców, i nikt nie mógł opu­ścić mia­sta, je­śli nie zło­żył sto­sow­nego datku na walkę z za­razą. Wy­zna­czeni do­zorcy pil­no­wali po­rządku w mie­ście i usu­wa­nia nie­czy­sto­ści, zwłasz­cza tych, które wy­dzie­lały złe wy­ziewy. Za­bro­nione było wy­rzu­ca­nie na ulicę zgni­łych od­pad­ków wa­rzyw, wnętrz­no­ści za­bi­tych zwie­rząt, a także wy­pusz­cza­nia świń, żeby nie cho­dziły sa­mo­pas. Wła­dze miały rów­nież pil­no­wać, aby sprze­da­wana w mie­ście żyw­ność była świeża i czy­sta. Ze­psutą trzeba było nisz­czyć. Woda do­star­czana do pi­cia mu­siała być czy­sta i zdrowa, a ubo­gim na­le­żało za­pew­nić od­po­wied­nią ilość je­dze­nia. Za­le­cano też, aby miesz­ka­nia wie­trzyć od pół­nocy, od po­łu­dnia zaś (strony, skąd przy­cho­dziła za­raza) nie można było otwie­rać okien. Nie­kiedy, zwłasz­cza je­sie­nią i zimą, na uli­cach i pla­cach pa­lono ogni­ska, by ogień od­mie­nił (od­go­nił) złe wia­try i osu­szył złe wil­got­no­ści. Po­wie­trze sta­rano się oczy­ścić, pa­ląc siarkę, proch, drzewa ży­wiczne, wonne zioła, a na­wet strze­la­jąc z ar­mat. Jak w rze­czy­wi­sto­ści wy­glą­dało prze­strze­ga­nie tych za­le­ceń, trudno do­ciec, wła­dze miej­skie nie po­zo­sta­wały jed­nak bez­czynne.

Naj­waż­niej­sza była izo­la­cja - sta­rano się nie wpu­ścić do mia­sta za­razy. Z tego po­wodu grody za­my­kano przed po­dej­rza­nymi przy­jezd­nymi i to­wa­rami, za­my­kano też domy, a na­wet ulice, na któ­rych po­ja­wiła się cho­roba. Cho­rych izo­lo­wano w do­mach lub wy­wo­żono do la­za­re­tów, czyli szpi­tali, zwy­kle urzą­dzo­nych w tym celu poza mu­rami mia­sta. Na przy­kład pod­czas zrazy pa­nu­ją­cej w 1652 roku w To­ru­niu na polu za mia­stem zbu­do­wano domki, do któ­rych prze­sie­dlano cho­rych. W War­sza­wie w 1605 roku za­pa­da­ją­cych na mo­rowe po­wie­trze prze­wo­żono czół­nem na po­ło­żoną na Wi­śle wy­spę - Kępę Po­lkow­ską (dziś nie­ist­nie­jącą). Po­now­nie wy­ko­rzy­stano wy­spę pod­czas epi­de­mii w la­tach 1624-1625, cho­rych umiesz­czano wów­czas w po­bu­do­wa­nych w tym celu sied­miu cha­tach. Ło­dziami do­star­czano im żyw­ność i le­kar­stwa, a wy­na­jęty ku­charz go­to­wał im po­siłki. Rów­nież pod­czas epi­de­mii w la­tach 1708-1712 cho­rych wy­wie­ziono z War­szawy, tym ra­zem za mia­sto, gdzie za­pew­niono im opiekę.

W pro­to­ko­łach brac­twa św. Be­nona za­no­to­wano: "Pod­czas pierw­szego po­wie­trza [w 1708 roku] z mi­ło­sier­dzia Bo­skiego je­dyną był po­cie­chą dla za­po­wie­trzo­nych pan Adam Bu­choltz ko­men­dant mia­sta War­szawy, z któ­rego dys­po­zy­cyi za­po­wie­trzeni w pole wy­pro­wa­dzeni byli i żyw­no­ścią ile moż­no­ści opa­trzeni, jako też in­nemi po­trze­bami. Do słu­że­nia zaś w po­trze­bach za­po­wie­trzo­nym, ob­rał się pa­ter Hen­ryk ka­pe­lan brac­twa śgo Be­nona; on od­wie­dzał wszyst­kich cho­rych, i na­peł­niw­szy róż­nemi po­kar­mami wór swój, za­no­sił w pole i roz­da­wał za­po­wie­trzo­nym. Po­świę­ce­nie się księ­dza Hen­ryka tak było przy­kładne i wzbu­dza­jące, że miesz­kańcy wi­dzieli krew prze­cie­ka­jącą się przez jego obu­wie ze zbyt­niej fa­tygi. Brac­two śgo Be­nona wspie­rało jego usi­ło­wa­nia, i spra­wiw­szy wóz zbie­rało ofiary w mie­ście, wo­żąc je za­po­wie­trzo­nym. [...] ażeby bli­żej za­po­wie­trzo­nych znaj­do­wał się [ksiądz Hen­ryk], ob­rał so­bie miesz­ka­nie na Na­lew­kach, i tam w końcu za­razy ży­cia do­ko­nał"[23].

Każdy przy­pa­dek cho­roby czy śmierci na­le­żało obo­wiąz­kowo zgła­szać. W Kra­ko­wie w 1680 roku na­ka­zano na przy­kład: "[...] kto­kol­wiek miałby cho­rego w domu, na ia­kąż­kol­wiek cho­robę cho­rze­ią­cego, aby za­raz tak o cho­ru­ią­cych iako ie­śliby się kto ro­scho­ro­wał, da­wał znać do vrzędu ra­dziec­kiego kra­kow­skiego"[24]. Do zgło­szo­nych przy­pad­ków za­cho­ro­wań lub śmierci wy­sy­łano chi­rurga, który prze­pro­wa­dzał oglę­dziny cho­rego lub zmar­łego, aby stwier­dzić, czy jest to ofiara moru.

Środki ostroż­no­ści za­cho­wy­wano także, gdy moru nie było jesz­cze w mie­ście, lecz pa­no­wał w oko­licy oraz po jego wy­gaś­nię­ciu, gdy ist­niała obawa, że cho­roba po­wróci. Le­karz lub inne osoby do tego wy­zna­czone miały kon­tro­lo­wać sy­tu­ację, spraw­dzać przy­padki po­dej­rza­nych zgo­nów - gdy kilka osób zmarło w tym sa­mym domu w krót­kim cza­sie, prze­pro­wa­dzano w nim re­wi­zje le­kar­skie, by oce­nić, czy nie jest to za­raza. Ukry­wa­nie cho­roby lub śmierci w domu gro­ziło po­waż­nymi kon­se­kwen­cjami. W 1678 roku, kiedy do­zór nad stłu­mie­niem ga­sną­cej już epi­de­mii w War­sza­wie ob­jął pod­stoli war­szaw­ski Jan Ka­zi­mierz Szy­ma­now­ski (? - po 1698), za za­ta­je­nie cho­roby gro­ziła grzywna, a za za­ta­je­nie zgonu - śmierć. Wła­ści­ciel lub za­rzą­dza­jący do­mem, któ­rego obo­wiąz­kiem było zgła­sza­nie ta­kich przy­pad­ków, miał za­wis­nąć na szu­bie­nicy usta­wio­nej przed swoją po­sia­dło­ścią.

Domy za­po­wie­trzone, czyli ta­kie, w któ­rych ktoś za­cho­ro­wał lub zmarł na za­razę, także klasz­tory i domy za­konne, były za­my­kane i ozna­czane krzy­żami. Na­wet to po­stę­po­wa­nie re­gu­lo­wały prze­pisy. W 1568 roku w Po­zna­niu wy­dano roz­po­rzą­dze­nie, aby domy, w któ­rych lu­dzie "za­po­wie­trzyli się", były za­mknięte "z przodu i z tyłu", żeby nikt nie mógł z nich wyjść. Miesz­kańcy po­zo­sta­wali w izo­la­cji przez okre­ślony czas - na przy­kład cztery ty­go­dnie lub 40 dni. Kara śmierci gro­ziła temu, kto opu­ścił dom i prze­by­wał mię­dzy zdro­wymi, na­ra­ża­jąc ich na nie­bez­pie­czeń­stwo za­razy. Wejść pil­no­wali stróże, któ­rzy mieli też dbać o to, aby za­mknię­tym do­star­czano to, czego po­trzeba "ku żyw­no­ści i ku le­kar­stwu". W przy­padku osób ubo­gich za­opa­trze­nie od­by­wało się na koszt mia­sta. Praw­do­po­dob­nie jed­nak nie za­wsze prze­strze­gano tego obo­wiązku i za­mknięci w domu cier­pieli głód.

Nie­kiedy za­my­kano całe ulice, za­gra­dza­jąc je pa­li­sa­dami, jak to miało miej­sce w War­sza­wie w la­tach moru 1624-1625. In­nym roz­wią­za­niem było wy­sie­dle­nie miesz­kań­ców za­po­wie­trzo­nego domu, któ­rych trak­to­wano jako osoby po­ten­cjal­nie chore, i wy­wo­żono za mia­sto na kwa­ran­tannę. Le­ka­rze za­le­cali, aby za mu­rami mia­sta bu­do­wać domy - szopy, do któ­rych na­le­żało wy­sie­dlać po­dej­rza­nych o cho­robę i "wie­trzyć" ich za mia­stem przez sześć ty­go­dni. Tra­fiały tam także osoby o wąt­pli­wej mo­ral­no­ści - lu­dzie swa­wolni, któ­rych po­dej­rze­wano o roz­no­sze­nie cho­rób - włó­czę­dzy, że­bracy i ko­biety nie­rządne.

Po przej­ściu za­razy za­po­wie­trzone domy mu­siały być oczysz­czone. I te dzia­ła­nia wła­dze miast sta­rały się upo­rząd­ko­wać, wy­da­jąc prze­pisy i in­struk­cje. W 1770 roku z po­le­ce­nia mar­szałka Sta­ni­sława Lu­bo­mir­skiego (1722-1783) opu­bli­ko­wano Spo­sób oczysz­cza­nia do­mów, izb, łó­żek, sto­łów, stoł­ków, na­czyń ku­chen­nych, su­kien i tego wszyst­kiego, cze­goby czło­wiek przy te­raź­niej­szej sze­rzą­cej się za­ra­zie w cho­ro­bie za­ży­wał, już to w niej le­żąc, już z przy­czyny jej umie­ra­jąc. Zgod­nie z in­struk­cją na­le­żało nie tylko otwie­rać drzwi i okna, lecz także ze­rwać gonty z da­chu, aby wiatr, mróz i śnieg miały do domu jak naj­lep­szy do­stęp i oczy­ściły go od za­razy. Drew­niane pod­łogi, drzwi, okien­nice trzeba było wy­he­blo­wać lub wy­łu­go­wać, sprzęty drew­niane wy­wie­trzyć, wy­szo­ro­wać pia­skiem, ob­myć go­rą­cym łu­giem, ściany umyć i po­bie­lić wap­nem. Gdy oczysz­czone sprzęty wnie­siono do domu, dom na­le­żało za­mknąć i przez kilka dni oka­dzać siarką, a na pod­ło­dze roz­sy­pać po­kro­jone ko­rze­nie ta­ta­raku. Do­piero po tych za­bie­gach można było po­now­nie za­miesz­kać w czte­rech ścia­nach, ale przez ja­kiś czas co­dzien­nie na­le­żało ka­dzić po­miesz­cze­nia octem, pro­chem, ka­dzi­dłem lub ja­łow­cem.

W in­struk­cjach wska­zy­wano też, co zro­bić z oso­bi­stymi rze­czami po zmar­łym. Je­śli nie miały du­żej war­to­ści, naj­le­piej było je spa­lić, po­zo­stałe cen­niej­sze - wie­trzyć. Tę sprawę po­ru­szył na­wet król Zyg­munt III. W roz­po­rzą­dze­niu z 1591 roku, kie­ro­wa­nym do raj­ców kra­kow­skich, za­le­cił, by szaty i sprzęty z do­mów, w któ­rych po­ka­zało się mo­rowe po­wie­trze i któ­rych mo­gła chwy­cić się za­raza, za­nim będą po­now­nie użyte, wy­wie­trzyć i wy­sta­wić na mróz. Po­dobne za­rzą­dze­nie wy­dał bur­mistrz Kra­kowa w stycz­niu 1623 roku. Rze­czy za­po­wie­trzone na­le­żało wy­sta­wić na dzia­ła­nie mrozu - wy­wie­sić na ki­jach i drą­gach usta­wio­nych w tym celu na da­chu lub w ogro­dzie "ku wy­czysz­cze­niu i wy­su­sze­niu ich z tejże za­razy"[25]. Urzęd­nicy mieli spraw­dzać, czy roz­kaz jest wy­peł­niany. Opor­nym, któ­rzy by go zlek­ce­wa­żyli lub nie do­pusz­czali do re­wi­zji za­po­wie­trzo­nych rze­czy, gro­ziły utrata wszyst­kich dóbr i wy­gna­nie z mia­sta. W XVIII wieku rze­czy po zmar­łych pod­czas epi­de­mii za­le­cano pa­lić, zwłasz­cza po­ściel i ubra­nie, w któ­rych czło­wiek do­ko­nał ży­wota. Także uży­wane przez niego koł­dry z pie­rza lub weł­niane oraz fu­tra po­winny być spa­lone i to pod go­łym nie­bem, z dala od sie­dzib ludz­kich. Po­zo­stałe przed­mioty na­le­żało wie­trzyć, a po­tem oka­dzić siarką, a ubra­nia z lnu i ko­nopi mo­czyć w wo­dzie.

Pro­ble­mem były rów­nież ubra­nia ścią­gnięte przez gra­ba­rzy ze zmar­łych i sprze­da­wane nie­świa­do­mym ich po­cho­dze­nia lu­dziom. Ten pro­ce­der był su­rowo ka­rany, na­wet gar­dłem (śmier­cią przez po­wie­sze­nie), a skon­fi­sko­wane szaty pa­lono. W wielu mia­stach pod­czas moru za­ka­zy­wano też sprze­da­wa­nia i ku­po­wa­nia rze­czy uży­wa­nych, tzw. fan­tów. Szcze­gólną uwagę zwra­cano na Ży­dów, któ­rzy zaj­mo­wali się han­dlem ubra­niami z dru­giej ręki.

Mia­sto dla ochrony przed za­razą za­my­kano. Ota­czano je wa­łami, pa­sem za­ora­nej ziemi, za­my­kano bramy, a straż nie wpusz­czała ni­kogo, kto nie miał sto­sow­nego za­świad­cze­nia, że przy­bywa z oko­lic wol­nych od za­razy (sa­lu­bris au­rae - z miejsc, gdzie pa­nuje zdrowe po­wie­trze). Miało to za­pew­nić miesz­kań­com ochronę przed mo­rem, ale pro­wa­dziło też do kon­flik­tów. Na przy­kład w 1541 roku w Po­zna­niu za­mknięto bramy mia­sta, od­gra­dza­jąc się od do­tknię­tych epi­de­mią przed­mieść, a tym sa­mym unie­moż­li­wiono wej­ście do mia­sta człon­kom ka­pi­tuły po­znań­skiej i kle­ry­kom. Ka­pi­tuła rzu­ciła za to klą­twę na Po­znań i ska­zała go na za­pła­ce­nie ty­siąca ma­rek kary.

Szcze­gól­nie na­ra­żone na epi­de­mie były mia­sta por­towe oraz le­żące na szla­kach han­dlo­wych. By ustrzec się przed cho­ro­bami przy­wo­żo­nymi z da­le­kich stron, sto­so­wano kwa­ran­tannę. Przyj­muje się, że pierw­sze tego ro­dzaju roz­wią­za­nia wpro­wa­dzono w sy­cy­lij­skiej Ra­gu­sie, gdy w 1377 roku rada mia­sta po­sta­no­wiła za­ka­zać stat­kom przy­by­wa­ją­cym z ob­szaru do­tknię­tego za­razą wej­ścia do portu. Ma­ry­na­rze i pa­sa­że­ro­wie byli prze­trzy­my­wani na po­bli­skiej skal­nej wy­spie (isola - wł. 'wy­spa', od tego słowa wy­wo­dzi się okre­śle­nie "izo­la­cja") przez 30 dni. Przez ten czas nikt nie mógł się do nich zbli­żyć oprócz służb, które do­star­czały im żyw­ność. Je­śli w ciągu mie­siąca nikt z przy­jezd­nych nie za­cho­ro­wał, ich sta­tek mógł wpły­nąć do portu, a kupcy mo­gli sprze­da­wać swoje to­wary. Izo­la­cja oka­zała się sku­tecz­nym spo­so­bem ochrony mia­sta przed za­razą i zo­stała wpro­wa­dzona także w We­ne­cji, Pi­zie, Ge­nui i w in­nych mia­stach ba­senu Mo­rza Śród­ziem­nego.

Ter­min "kwa­ran­tanna" po­cho­dzi z ję­zyka wło­skiego qu­arant i ozna­cza 'czter­dzie­ści' - ale to w Mar­sy­lii okres izo­la­cji prze­dłu­żono do 40 dni (być może su­ge­ro­wano się liczbą dni, które Moj­żesz, a także Je­zus spę­dzili na pu­styni). W 1397 roku w klasz­to­rze na Ra­gu­sie za­ło­żono sta­cję kwa­ran­tanny, nieco póź­niej wy­bu­do­wano tam la­za­ret skła­da­jący się z ośmiu bu­dyn­ków. Osoby pod­dane kwa­ran­tan­nie prze­trzy­my­wano w nim jak w wię­zie­niu. Były one pod stałą ob­ser­wa­cją i nie mo­gły opusz­czać szpi­tala. Je­śli w la­za­re­cie prze­by­wali cho­rzy, prze­trzy­my­wani ra­zem z nimi zdrowi naj­czę­ściej za­ra­żali się i umie­rali. Do­piero w po­cząt­kach XV wieku w We­ne­cji za­częto od­dzie­lać cho­rych od zdro­wych pod­da­nych kwa­ran­tan­nie. Cho­rych izo­lo­wano w szpi­talu mo­ro­wym znaj­du­ją­cym się w klasz­to­rze Na­za­reth po­ło­żo­nym na la­gu­nie. Zdro­wych na in­nej wy­spie, któ­rej do końca okresu kwa­ran­tanny nie można było opusz­czać pod karą śmierci. W We­ne­cji wpro­wa­dzono rów­nież pass a porto: prze­pustki dla po­dróż­nych, dzięki któ­rym można było kon­tro­lo­wać prze­pływ osób i to­wa­rów. Wkrótce sta­cje kwa­ran­tanny wpro­wa­dzono w wielu eu­ro­pej­skich por­tach i mia­stach han­dlo­wych, a póź­niej także w in­nych mia­stach, a kwa­ran­tannę sto­so­wano wo­bec osób po­wra­ca­ją­cych z miejsc na­wie­dzo­nych za­razą.

Na zie­miach pol­skich okres kwa­ran­tanny na­zy­wano czę­sto wie­trze­niem i zwy­kle był on krót­szy niż 40 dni. W 1630 roku pod­czas moru pa­nu­ją­cego w To­ru­niu, we­dług uchwały tam­tej­szych władz miej­skich, każdy miesz­cza­nin po­wra­ca­jący z miejsc na­wie­dzo­nych za­razą mu­siał przez osiem dni "wie­trzyć się" za mia­stem. Rów­nież to­wary przy­wo­żone do mia­sta z po­dej­rza­nych oko­lic "wie­trzono" za mia­stem w osob­nych szo­pach.

Nie tylko mia­sta za­my­kały swoje bramy, rów­nież pań­stwa pil­no­wały, aby za­raza wraz z przy­jezd­nymi nie prze­do­stała się przez gra­nice. Szcze­gól­nie spek­ta­ku­larne były dzia­ła­nia pod­jęte w 1770 roku w oba­wie przed nad­cho­dzącą ze wschodu za­razą. Na li­nii od Mo­hy­lewa do Dnie­stru i da­lej przez Sta­ni­sła­wów (Iwano-Fran­kiwsk) do gra­nicy wę­gier­skiej usta­wiono kor­don z wojsk pol­skich i ro­syj­skich, ze strze­żo­nymi prze­jaz­dami i kwa­ran­tan­nami. Nie przy­nio­sło to jed­nak po­żą­da­nego re­zul­tatu i za­raza prze­do­stała się za kor­don. Wów­czas za radą mar­szałka wiel­kiego ko­ron­nego Sta­ni­sława Lu­bo­mir­skiego oto­czono War­szawę wa­łem dłu­go­ści 20 ty­sięcy łokci (ok. 12 ki­lo­me­trów) i za­mknięto trakty pro­wa­dzące do mia­sta, po­zo­sta­wia­jąc tylko pięć strze­żo­nych wjaz­dów. Przy każ­dym z nich urzę­do­wali re­wi­zo­rzy, któ­rzy mieli ak­tu­alny spis miejsc za­po­wie­trzo­nych i spraw­dzali każ­dego, kto chciał się do­stać do mia­sta. Kon­tro­lo­wali też wwo­żone do mia­sta to­wary. Do po­mocy mieli do­zor­ców - dwóch pie­szych i jed­nego kon­nego oraz pi­sa­rza i cy­ru­lika. Przy każ­dej ro­gatce urzą­dzono też kwa­ran­tannę, do któ­rej kie­ro­wano osoby po­dej­rzane, tak jak to za­po­wie­dziano w ob­wiesz­cze­niu: "Nikt bez pasz­portu do War­szawy pusz­cza­nym nie bę­dzie; po­dej­rzani na zdro­wiu kwa­ran­tannę od­by­wać mu­szą; zu­chwale okopy prze­cho­dzący śmier­cią uka­rani zo­staną. Dla wy­ko­na­nia tych roz­ka­zów wy­sta­wiono szu­bie­nice po trak­tach, go­ścińce do prze­jazdu za­ko­pano i ostrze­że­nia na słu­pach umiesz­czono"[26]. Wspo­mnia­nych pasz­por­tów re­wi­zo­rzy nie brali do ręki, lecz chwy­tali je klesz­czami i oku­rzali. Do­piero po tym za­biegu spraw­dzano do­ku­menty. Dzia­ła­nia re­wi­zo­rów nad­zo­ro­wali re­wi­zor je­ne­ralny i le­karz. Praw­do­po­dob­nie dzięki tym po­czy­na­niom War­szawa zo­stała ochro­niona od za­razy, która wy­ga­sła w kraju wio­sną 1771 roku.

Izo­la­cja, jako naj­waż­niej­szy spo­sób ochrony przed sze­rze­niem się epi­de­mii, była sto­so­wana także wo­bec prze­by­wa­ją­cych w mie­ście osób po­dej­rza­nych. W Kra­ko­wie oprócz cho­rych do­zo­rem ob­jęto wszyst­kich że­bra­ków i włó­czę­gów. Po­dob­nie w 1653 roku w War­sza­wie, już po wy­ga­śnię­ciu za­razy, kiedy oba­wiano się jej po­wrotu, po­sta­no­wiono wy­gnać z mia­sta wszyst­kich ubo­gich, któ­rzy włó­czyli się po uli­cach i przed­mie­ściach. Mieli się schro­nić w wy­bu­do­wa­nych dla nich za mia­stem szo­pach, do któ­rych na koszt mia­sta do­star­czano im żyw­ność. Rów­nież w To­ru­niu pod­czas moru, który sze­rzył się w la­tach 1708-1710 i ze­brał śmier­telne ofiary (w pierw­szym roku 4000, a w na­stęp­nym 1700 osób), wy­gnano z mia­sta wszyst­kich ubo­gich, któ­rzy szu­kali tam schro­nie­nia, ucie­ka­jąc przed za­razą i gło­dem z Li­twy i Rusi.

Że­bra­ków, włó­czę­gów, lu­dzi na­pły­wo­wych lub swa­wol­nych po­dej­rze­wano o roz­no­sze­nie cho­rób z ra­cji ich nie­sta­ło­ści, ru­chli­wo­ści, a za­pewne i nie­chluj­nej po­wierz­chow­no­ści oraz woni, którą wy­dzie­lali. Do osób po­dej­rza­nych za­li­czano także Ży­dów, któ­rzy pod­czas za­razy nie mo­gli prze­by­wać poza wy­zna­czo­nymi dla nich ob­sza­rami. W War­sza­wie w 1678 roku za zła­ma­nie tego za­kazu gro­ziły sro­gie kary - szu­bie­nica dla zła­pa­nego Żyda, grzywna i tzw. wieża (wię­zie­nie) dla osoby, która go prze­cho­wy­wała.

Sta­rano się też ogra­ni­czać kon­tak­to­wa­nie się lud­no­ści, uni­kano zbio­ro­wisk. Za­ka­zane były wszel­kie zgro­ma­dze­nia, ze­bra­nia, za­bawy i wy­stawne po­grzeby. W 1599 roku z po­wodu mo­ro­wego po­wie­trza na rok odło­żono po­grzeb Anny Au­striaczki, żony króla Zyg­munta III Wazy. Za­raza była też jedną z naj­waż­niej­szych przy­czyn mo­gą­cych wpły­nąć na zmianę miej­sca lub ter­minu ob­rad sej­mo­wych, jak to miało miej­sce w XVII wieku. Z po­wodu epi­de­mii od­wo­ły­wano jar­marki i targi. Za­my­kano łaź­nie pu­bliczne i szkoły, szynki i karczmy oraz za­mtuzy. Na wsiach pod­ję­cie od­po­wied­nich dzia­łań za­le­żało od wła­ści­cieli dóbr.

Grzebanie zmarłych

Roz­po­rzą­dze­nia władz miej­skich po­wietrz­nych do­ty­czyły rów­nież po­chówku osób zmar­łych pod­czas za­razy. W mia­stach grze­ba­niem, zbie­ra­niem i trans­por­to­wa­niem ofiar za­razy zaj­mo­wali się tzw. ko­pa­cze, w Kra­ko­wie i Lwo­wie zwani też ve­spil­lo­nes (łac. 'gra­ba­rze bie­da­ków', także zło­dzieje spe­cja­li­zu­jący się w wy­ko­py­wa­niu zwłok w celu kra­dzieży odzieży po­grze­bo­wej), w To­ru­niu - Tod­ten-Träger ('no­si­ciel śmierci'), wy­wo­dzący się z bie­doty miej­skiej, wy­rob­ni­ków, że­bra­ków lub przy­ko­ściel­nej służby cmen­tar­nej. Nie­kiedy do tej pracy przy­mu­szano też więź­niów lub pro­sty­tutki.

W za­leż­no­ści od liczby ofiar i fun­du­szy, któ­rymi dys­po­no­wały "służby po­wietrzne", za­trud­niano od kilku do kil­ku­na­stu ko­pa­czy, a oprócz nich także po­moc­ni­ków - chło­pów do ko­pa­nia do­łów. Ko­pa­czom za­pew­niano miesz­ka­nie, po­ło­żone zwy­kle w po­bliżu la­za­re­tów lub cmen­ta­rzy, otrzy­my­wali oni też obu­wie, ubra­nia, na­rzę­dzia pracy (ło­paty, ry­dle, po­stronki), opał, świece, żyw­ność i go­rzałkę. Nie mo­gli opusz­czać swo­ich kwa­ter w in­nych ce­lach poza wy­zna­czo­nymi im obo­wiąz­kami i prze­by­wać wśród zdro­wych. W 1678 roku w War­sza­wie za zła­ma­nie tego prze­pisu gro­ziła im szu­bie­nica. Nie­kiedy za­trud­niano dla nich słu­żą­cych lub ku­charki, które cza­sem po­ma­gały rów­nież w grze­ba­niu zmar­łych. Oprócz wy­na­gro­dze­nia za pracę po za­koń­cze­niu służby ko­pa­cze otrzy­my­wali spe­cjalne gra­ty­fi­ka­cje.

Ko­pa­czy i ich po­moc­ni­ków zo­bo­wią­zy­wano do no­sze­nia spe­cjal­nego ubioru, tzw. barwy, aby byli ła­two za­uwa­żalni i by lu­dzie trzy­mali się od nich z da­leka. Za­zwy­czaj ich strój sta­no­wiły czarne kapy ozna­czone bia­łymi krzy­żami i czarne kap­tury. Cza­sami kapy za­miast znaku krzyża miały białe nu­mery iden­ty­fi­ka­cyjne lub sym­bol ry­dla bądź ło­paty. Kapy mo­gły być też czer­wone z czar­nym krzy­żem - ta­kie no­szono w sie­dem­na­sto­wiecz­nej War­sza­wie - lub białe z czar­nym krzy­żem, któ­rych uży­wano w To­ru­niu w po­cząt­kach XVIII wieku.

By wy­klu­czyć nie­le­galne po­chówki, o każ­dym po­grze­bie na­le­żało po­in­for­mo­wać sto­sowny urząd. Ob­ostrze­nia do­ty­czyły też sto­la­rzy wy­ko­nu­ją­cych trumny. W Kra­ko­wie pod­czas za­razy w 1707 roku sto­la­rze nie mo­gli zro­bić i wy­dać trumny ni­komu bez wie­dzy urzędu. Trudno oce­nić, czy nie­le­galne po­chówki były czę­stą prak­tyką, ale zda­rzały się także w XIX wieku. Ro­dzina lub współ­miesz­kańcy w oba­wie przed kwa­ran­tanną ukry­wali zmar­łych w do­mach, a w nocy grze­bali ich na cmen­ta­rzu lub w in­nych miej­scach.

Ko­pa­cze zaj­mo­wali się zbie­ra­niem ofiar za­razy z do­mów, ulic, ło­dzi, la­za­re­tów i izo­la­to­rów, ich trans­por­tem (do tego celu uży­wano no­szy lub przy więk­szej licz­bie zwłok - wo­zów kon­nych wy­po­sa­żo­nych w dzwonki, które ostrze­gały) oraz po­chów­kiem. Nie­kiedy mu­sieli także do­ko­ny­wać eks­hu­ma­cji po­ta­jem­nie lub nie­pra­wi­dłowo po­cho­wa­nych zwłok. By nie do­ty­kać ciał go­łymi rę­kami, za­kła­dali rę­ka­wiczki mo­czone uprzed­nio w oc­cie lub oka­dzone siarką, a z do­mów, gdzie zmarły le­żał przez kilka dni, wy­cią­gali ciała ha­kami.

Prze­pisy obo­wią­zu­jące w cza­sach moru na­ka­zy­wały jak naj­szyb­sze po­cho­wa­nie zwłok - w ciągu 24 go­dzin od zgonu. W wielu mia­stach wpro­wa­dzono za­kaz grze­ba­nia zmar­łych na za­razę na cmen­ta­rzach znaj­du­ją­cych się w ob­rę­bie mia­sta - cmen­ta­rzach przy­ko­ściel­nych i w pod­zie­miach ko­ścio­łów. Wy­daje się jed­nak, że prze­pi­sów tych w pełni nie prze­strze­gano. Miej­sce po­chówku za­le­żało głów­nie od spo­łecz­nej po­zy­cji osoby zmar­łej; za­słu­żo­nych i bo­ga­tych miesz­kań­ców cho­wano w ko­ścio­łach lub na cmen­ta­rzach przy­ko­ściel­nych na­wet pod­czas cięż­kich epi­de­mii, gdy tego za­ka­zy­wano. Bied­niej­szych, przy nie­wiel­kiej licz­bie ofiar, cho­wano na cmen­ta­rzach przy­ko­ściel­nych, gdy zaś ofiar było dużo - na cmen­ta­rzach mo­ro­wych zlo­ka­li­zo­wa­nych poza mu­rami mia­sta, w po­bliżu la­za­re­tów i nie­któ­rych ko­ścio­łów. Pod­czas wiel­kich epi­de­mii, gdy liczba zgo­nów była wy­soka, po­wsta­wały do­dat­kowe cmen­ta­rze, na któ­rych grze­bano wszyst­kich, nie­za­leż­nie od po­cho­dze­nia i ma­jątku. Ciała po­sy­py­wano nie­ga­szo­nym wap­nem, łu­giem lub za­le­wano smołą. W gro­bach zbio­ro­wych ciała cho­wano bez tru­mien. Na wierz­chu doły za­bez­pie­czano po­kry­wami lub drew­nia­nymi drą­gami. Bie­dotę cho­wano też na miej­scu zna­le­zie­nia zwłok, w le­sie, na polu lub w zbio­ro­wych mo­gi­łach, tzw. do­łach po­wietrz­nych miesz­czą­cych zwy­kle po kil­ka­dzie­siąt ciał. Zwłoki wrzu­cano rów­nież do rzeki bądź je­ziora, na przy­kład w War­sza­wie w 1605 roku zmar­łych w izo­la­to­rium na Kę­pie Po­lkow­skiej wrzu­cano do Wi­sły.

Po­grzeby od­by­wały się zwy­kle póź­nym wie­czo­rem lub nocą, co wy­klu­czało moż­li­wość zor­ga­ni­zo­wa­nia tra­dy­cyj­nego ob­rzędu po­grze­bo­wego. Gdy miały miej­sce w ko­ściele lub na przy­ko­ściel­nym cmen­ta­rzu, oprócz księ­dza i ko­pa­czy mo­gli brać w nich udział je­dy­nie człon­ko­wie naj­bliż­szej ro­dziny i przy­ja­ciele. Przy po­chów­kach w zbio­ro­wych mo­gi­łach obecni byli je­dy­nie ko­pa­cze. Na wsiach po­grzeb przy­bie­rał bar­dziej do­wolne formy, nie było gra­ba­rzy za­trud­nio­nych z urzędu, a zmar­łych cho­wano na po­dwó­rzach, w ogro­dach, w ob­rę­bie obej­ścia albo z obawy przed za­ra­że­niem nie ru­szano ich i po­zo­sta­wiano na pa­stwę zwie­rzę­tom.

Po­spieszne po­chówki bez ce­re­mo­nii po­grze­bo­wej, mimo że były po­dyk­to­wane ko­niecz­no­ścią szyb­kiego usu­nię­cia zwłok jako źró­dła za­razy, bu­dziły sprze­ciw, uwa­żano je za nie­chrze­ści­jań­skie i nie­godne uczci­wych lu­dzi, zwłasz­cza że gra­ba­rze mo­rowi czę­sto nie oka­zy­wali zmar­łym sza­cunku. W nie­któ­rych mia­stach, na przy­kład w Ham­burgu, gra­ba­rze mo­rowi mu­sieli zło­żyć przy­sięgę, że będą się za­cho­wy­wali oby­czaj­nie, nie będą ciał zrzu­cać ze scho­dów ani cią­gnąć, ale spo­koj­nie wy­no­sić je z do­mów i wkła­dać do tru­mien, ukła­dać na wóz i wy­wo­zić w ci­szy, bez kłótni, krzy­ków i psot.

Godny chrze­ści­jań­ski po­chó­wek ofia­rom epi­de­mii sta­rały się za­pew­nić także brac­twa - świec­kie sto­wa­rzy­sze­nia nio­sące po­moc ofia­rom epi­de­mii i zaj­mu­jące się grze­ba­niem zmar­łych. Jed­nym z nich było brac­two św. Ni­ko­dema (pa­trona gra­ba­rzy), które po­wstało w Wil­nie, gdy w la­tach 1624-1625 do­tarła tam epi­de­mia pu­sto­sząca Pol­skę i Ruś. Do brac­twa na­le­żały osoby wszel­kiego stanu. God­nym po­chów­kiem ofiar epi­de­mii pa­rały się też zgro­ma­dze­nia za­konne i brac­twa zaj­mu­jące się do­bro­czyn­no­ścią, pro­wa­dzące szpi­tale oraz przy­tułki, mię­dzy in­nymi brac­two św. Ro­cha.

Zmarli na za­razę bu­dzili silny nie­po­kój, oba­wiano się ich, uwa­ża­jąc, że nie ode­szli z tego świata po­go­dzeni z lo­sem i mogą szko­dzić ży­wym. Wie­rzono, że nie­które osoby zmie­niały się po śmierci w upiora. We­dług osiem­na­sto­wiecz­nych wy­obra­żeń upiór był istotą ze świata zmar­łych oży­wioną przez złego du­cha, który drę­czył lu­dzi i zwie­rzęta i roz­no­sił za­razę. Aby po­zbyć się upiora, zwłoki wy­ko­py­wano z grobu i od­ci­nano im ry­dlem głowę. W XVIII wieku na Po­dolu chłopi pa­lili "upiery" - uci­nali im głowy, wy­ci­nali serca, ciała rą­bali na ka­wałki i pa­lili na sto­sach. Wiara w zmory i dzia­ła­nia zmie­rza­jące do ich uniesz­ko­dli­wie­nia były po­wszechne w daw­nej sło­wiańsz­czy­znie. Prak­tyki te sze­rzyły się głów­nie na wsiach i prze­trwały do XIX wieku. Zda­rzały się rów­nież przy­padki, że za upiora (ży­wego trupa) brano osoby żywe i do­ko­ny­wano na nich sa­mo­sądu - uci­nano im głowy lub pa­lono.

Sto­so­wano też inne prak­tyki ma­jące na celu uła­go­dze­nie zmar­łego na za­razę, a jed­no­cze­śnie utrud­nie­nie mu po­wrotu do domu, na przy­kład grze­bano go twa­rzą do dołu, za­ty­kano usta świeżo upie­czo­nym chle­bem.

Święci opiekunowie i bractwa

W po­wstrzy­ma­niu i od­da­le­niu epi­de­mii, która - jak wie­rzono - była efek­tem gniewu Bo­żego, po­ma­gali wy­brani opie­ku­no­wie, święci. Naj­bar­dziej zna­nym pa­tro­nem osób do­tknię­tych za­razą, zwłasz­cza dżumą, zo­stał św. Roch, który sam na nią cho­ro­wał, oraz św. Se­ba­stian.

Święty Roch uro­dził się naj­praw­do­po­dob­niej w po­ło­wie XIV wieku w Mont­pel­lier we Fran­cji. Po śmierci ro­dzi­ców roz­dał ma­ją­tek bied­nym i wy­ru­szył na piel­grzymkę do Rzymu. Po dro­dze za­trzy­mał się w na­wie­dzio­nej przez dżumę Ce­re­nie (w in­nej wer­sji le­gendy w Acqu­apen­dente), gdzie przez trzy lata opie­ko­wał się cho­rymi i cu­dow­nie ich uzdra­wiał. W dro­dze po­wrot­nej z Wiecz­nego Mia­sta, nio­sąc po­moc cho­rym w Pia­cen­zie, sam za­cho­ro­wał na dżumę. Schro­nił się wtedy w pu­stelni za mia­stem, ży­wił się chle­bem przy­no­szo­nym mu przez psa i uzdra­wiał lu­dzi, któ­rzy zwra­cali się do niego po po­moc. W końcu anioł przy­wró­cił mu zdro­wie. Po opusz­cze­niu pu­stelni zo­stał jed­nak aresz­to­wany pod za­rzu­tem szpie­go­stwa i uwię­ziony. Zmarł w 1376 roku po pię­ciu la­tach po­bytu w wię­zie­niu. Przy jego zwło­kach zna­le­ziono ta­bliczkę z na­pi­sem uczy­nio­nym nie ludzką ręką: "Wszy­scy, któ­rzy w czas za­razy ucie­kać się będą do wsta­wien­nic­twa św. Ro­cha, uzdro­wieni zo­staną".

Święty Roch przed­sta­wiany jest jako młody czło­wiek w stroju piel­grzyma, z cia­łem po­kry­tym wrzo­dami. U jego stóp sie­dzi pies, ży­wi­ciel i opie­kun, który trzyma ka­wa­łek chleba w py­sku lub liże świę­temu rany. Wi­ze­ru­nek ten sym­bo­li­zuje po­wrót do raj­skiej har­mo­nii wszyst­kich by­tów. Zda­rza się, że obok świę­tego umiesz­cza się anioła trzy­ma­ją­cego w rę­kach puszkę na lecz­ni­czą maść i pę­dze­lek do sma­ro­wa­nia wrzo­dów lub anioła wska­zu­ją­cego na rany po­kry­wa­jące ciało Ro­cha.

Święty Roch zo­stał pa­tro­nem za­dżu­mio­nych, a także cho­rych na wście­kli­znę, grypę i osób po­sia­da­ją­cych zmiany skórne, na przy­kład bę­dące skut­kiem ospy. Jest także uzna­wany za opie­kuna zwie­rząt do­mo­wych i by­dła, które chroni od cho­rób za­kaź­nych. W dniu jego śmierci (16 sierp­nia) świę­cono zio­łami zwie­rzęta go­spo­dar­cze, a na ko­ściel­nych oł­ta­rzach św. Ro­cha skła­dano wo­skowe fi­gurki zwie­rząt. Do dziś do nie­któ­rych wiej­skich ka­pli­czek św. Ro­cha w tym dniu przy­pro­wa­dza się zwie­rzęta, by za­pew­nić im ochronę od cho­rób.

Święty Roch jest pa­tro­nem Zgro­ma­dze­nia Za­kon­nego Braci Mi­ło­sier­dzia zwa­nych ro­chi­tami, które za­ło­żono na po­czątku XVIII wieku w Wil­nie, gdy na Li­twie i są­sied­nich zie­miach pa­no­wały za­razy i głód, a do miast w po­szu­ki­wa­niu ra­tunku ucie­kała lud­ność z opu­sto­sza­łych wsi. Zgro­ma­dze­nie skła­dało się z braci świec­kich, je­den z nich przyj­mo­wał świę­ce­nia ka­płań­skie. Re­guła ro­chi­tów zo­bo­wią­zy­wała ich do nie­sie­nia po­mocy ubo­gim i za­ra­żo­nym po­wie­trzem oraz chrze­ści­jań­skiego grze­ba­nia zmar­łych. Na rzecz za­po­wie­trzo­nych ro­chici mo­gli zbie­rać jał­mużnę w ca­łej die­ce­zji wi­leń­skiej.

Bra­cia no­sili dłu­gie po­pie­late ha­bity prze­pa­sane czar­nym skó­rza­nym pa­sem, czarny krótki płaszcz z wy­szytą na le­wym ra­mie­niu białą tru­pią czaszką "na znak pa­mięci o śmierci i po­win­no­ści grze­ba­nia zmar­łych" oraz czarną czapkę, a peł­niąc po­sługi w cza­sie za­razy, na­kła­dali kap­tury z otwo­rami na oczy.

Szcze­gól­nie trudna sy­tu­acja pa­no­wała w Wil­nie w la­tach 1708-1711. Do mia­sta ze Żmu­dzi na­pły­nęło wów­czas tylu ubo­gich, że wła­dze nie były w sta­nie ich wy­kar­mić. Głodni cho­dzili po uli­cach, bła­ga­jąc o kęs chleba. Ciała zmar­łych le­żały wszę­dzie "jak stosy drzewa". Od lipca 1709 roku do Wiel­ka­nocy 1710 roku w Wil­nie z głodu i cho­rób umarło pra­wie 23 ty­siące osób, a w na­stęp­nych la­tach na sku­tek za­razy zgi­nęło 20 ty­sięcy chrze­ści­jan oraz cztery ty­siące Ży­dów (we­dług in­nych źró­deł 30 ty­sięcy chrze­ści­jan i 3,7 ty­siąca Ży­dów). Ro­chici nie na­dą­żali z po­chów­kiem, ciała za­częto grze­bać we wspól­nych mo­gi­łach (po 70 i 80 ciał w jed­nym dole). Pod­czas tej za­razy zmarli też wszy­scy człon­ko­wie brac­twa wraz z jego za­ło­ży­cie­lem. Brac­two zo­stało re­ak­ty­wo­wane w 1713 roku. Sy­tu­acja kilka razy się po­wta­rzała, po­nie­waż człon­ko­wie, peł­niąc swoje obo­wiązki, sami pa­dali ofiarą za­razy.

Ro­chici pro­wa­dzili także szpi­tale i przy­tułki dla ubo­gich oraz sie­rot. Zgro­ma­dze­nie prze­trwało do 1840 roku, kiedy to na Li­twie i Żmu­dzi ule­gły ka­sa­cji wszyst­kie klasz­tory ka­to­lic­kie. Nie­sie­niem po­mocy cho­rym i po­cie­chy umie­ra­ją­cym zaj­mo­wali się rów­nież je­zu­ici.

Opie­kunką cho­rych na za­razę była też św. Ma­ria. Szcze­gól­nym uzna­niem cie­szyła się Naj­święt­sza Panna Ła­skawa, czyli Matka Boża Ła­skawa z Fa­enzy, która we­dług le­gendy pod­czas za­razy pa­nu­ją­cej w XV wieku we wło­skim mie­ście Fa­en­zie uka­zała się po­boż­nej ko­bie­cie i w celu od­da­le­nia za­razy po­le­ciła po­wszechny post i pro­ce­sje po­kutne. Ubrana była w złotą suk­nię, a w obu rę­kach trzy­mała zła­mane strzały gniewu Bo­żego i tak zo­stała przed­sta­wiona na ob­ra­zie. Pro­ce­sje, post i mo­dli­twa oka­zały się sku­teczne, a wi­ze­ru­nek Matki Bo­żej Ła­ska­wej z Fa­enzy za­sły­nął jako cu­downy. Ko­pie tego ob­razu spro­wa­dzono do War­szawy w 1651 roku i umiesz­czono w ko­ściele pi­jar­skim. W 1656 roku pod­czas ob­lę­że­nia War­szawy przez Szwe­dów świą­ty­nia spło­nęła, ale ob­raz ura­to­wano. W 1664 roku pod­czas ko­lej­nej za­razy od­była się uro­czy­sta pro­ce­sja, pod­czas któ­rej ob­raz nie­siono do mu­rów mia­sta i do Bramy No­wo­miej­skiej. Epi­de­mia wkrótce ustała, a Matkę Bożą Ła­skawą w po­dzięce za od­wró­ce­nie za­razy i opiekę pod­czas szwedz­kiego po­topu ob­wo­łano pa­tronką War­szawy. Ko­pie tego ob­razu spro­wa­dzono także do in­nych miast, mię­dzy in­nymi do Kra­kowa i Wilna.

O po­moc i opiekę pod­czas epi­de­mii można było się zwró­cić także do in­nych nie­bie­skich orę­dow­ni­ków, na przy­kład św. Se­ba­stiana, św. Ro­za­lii, św. An­to­niego Pu­stel­nika oraz Ła­za­rza i Hioba - pa­tro­nów trę­do­wa­tych.

Święty Se­ba­stian był ofi­ce­rem wojsk ce­sa­rza Dio­kle­cjana, który za na­wra­ca­nie na chrze­ści­jań­stwo żoł­nie­rzy zo­stał ska­zany na śmierć - wy­rok wy­ko­nali łucz­nicy. We­dług jed­nej z wer­sji le­gendy święty wów­czas nie zgi­nął, lecz od­ra­to­wała go św. Irena, a gdy po­now­nie za­jął się na­wra­ca­niem, za­tłu­czono go ma­czu­gami na śmierć (praw­do­po­dob­nie w 288 roku). Gdy w 680 roku w Pa­wii wy­bu­chła wielka za­raza, jed­nemu z miesz­kań­ców mia­sta uka­zał się św. Se­ba­stian, który za­le­cał mo­dli­twy, by epi­de­mia ustała. Mo­dli­twy po­mo­gły, a św. Se­ba­stian zo­stał jed­nym z pa­tro­nów za­kaź­nie cho­rych. Przed­sta­wia się go jako mło­dzieńca przy­wią­za­nego do drzewa lub słupa, ze strza­łami prze­szy­wa­ją­cymi jego ciało lub z pę­kiem strzał trzy­ma­nych w dło­niach. Naj­więk­szą po­pu­lar­ność zy­skał w XIV i XV wieku, kiedy Eu­ropa była nę­kana dżumą.

Pa­tronką za­ra­żo­nych zo­stała rów­nież św. Ro­za­lia, pu­stel­niczka po­cho­dząca z ksią­żę­cego rodu, która uro­dziła się w XII wieku koło Pa­lermo. Ro­za­lia we wcze­snej mło­do­ści opu­ściła dom i za­miesz­kała w gro­cie. Zmarła, ma­jąc 35 lat. W 1624 roku przy­pad­kowo na­tra­fiono na jej szczątki, które prze­nie­siono do ka­te­dry w Pa­lermo, a wów­czas pa­nu­jąca w mie­ście za­raza wy­ga­sła. Ro­za­lię uznano więc za opie­kunkę osób cho­rych. Przed­sta­wia się ją jako młodą ko­bietę w ró­ża­nym wianku na gło­wie, z krzy­żem i czaszką.

[1] J. Dłu­gosz, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce (w wie­kach ubie­głych). War­szawa 1899, s. 33.

[2] Ustawa z dnia 5 grud­nia 2008 r. o za­po­bie­ga­niu oraz zwal­cza­niu za­ka­żeń i cho­rób za­kaź­nych u lu­dzi. Dz.U. 2008 nr 234 poz. 1570; https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/Do­cDe­ta­ils.xsp?id=WDU­20082341570.

[3] J. Dłu­gosz, Ks. II, s. 152, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce (w wie­kach ubie­głych), 1899, on­line: http://bc.wbp.lu­blin.pl/dli­bra/do­cme­ta­data?id=2970&from=pub­stats (do­stęp 21.04.2021), s. 35.

[4] J. Dłu­gosz, Ks. V, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 46.

[5] Ma­ciej z Mie­chowa, Chro­nica Po­lo­no­rum, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 47.

[6] We wszyst­kich cy­ta­tach za­cho­wano pi­sow­nię ory­gi­nalną.

[7] F.M. So­biesz­czań­ski, Rys hi­sto­ryczno-sta­ty­styczny wzro­stu i stanu mia­sta War­szawy od cza­sów naj­daw­niej­szych aż do 1847 roku, War­szawa 1848, on­line https://bbc.mbp.org.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/11344 (do­stęp 21.04.2021), s. 67-68.

[8] J.E. Ca­mu­set, Krotka Iin­for­ma­cya O zágęsz­czo­ney Go­rączce, Fe­brze, Máli­gnie Epi­de­mic? ták w Wár­sza­wie grás­su­ią­cey iako też y ná in­nych miey­scách w Roku 1737. Z wy­ráże­niem spo­so­bow źácho­wánia y ku­ro­wa­nia. War­szawa 1737, s. 7.

[9] F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 76.

[10] Tamże.

[11] Mar­cin Ruf­fus z We­lca, Epi­tome opu­sculi. To iest grun­towna y do­sta­teczna sprawa: o ia­do­wi­dey y za­raź­li­wey nie­mocy Pe­sti­le­myey, albo mo­ro­wego po­wie­trza, 1588, on­line https://www.wbc.po­znan.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/559623/edi­tion/481101/con­tent (do­stęp 21.04.2021), s. 4, 5. Jest to na­wią­za­nie do Psalmu 91, 5,6, gdzie słowa "de­ber" i "ke­teb" (ke­tew) za­czerp­nięte z he­braj­skiego ozna­czają 'znisz­cze­nie', 'mór'; póź­niej były utoż­sa­miane z de­mo­nem za­razy lub z dżumą.

[12] Cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 96.

[13] Pe­to­cje - drobne czer­wone lub fio­le­towe plamki po­ja­wia­jące się na skó­rze i bło­nach ślu­zo­wych w wy­niku wy­na­czy­nie­nia krwi z na­czyń ka­pi­lar­nych.

[14] Cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 72.

[15] Mar­cin Ruf­fus z We­lca, Ep­tiome opu­sculi..., s. 15.

[16] F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 73

[17] F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 72.

[18] No­tatki le­ka­rza w cza­sie mo­ro­wego po­wie­trza 1623 r. we Lwo­wie, przez J.i. Kra­szew­skiego, Ate­num 1850 t. II, s. 211-212.

[19] P. Umia­stow­ski, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 116.

[20] F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 118.

[21] AE. Wolff, Trak­ta­cik o Po­wie­trzu mo­ro­wym dla Ludu Pol­skiego, XVIII w., on­line https://www.wbc.po­znan.pl/dli­bra/show-con­tent/pu­bli­ca­tion/edi­tion/78798?id=7879 (do­stęp 21.04.2021), s. 66-67.

[22] Cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 86.

[23] Cyt. za F.M. So­biesz­czań­ski, Rys hi­sto­ryczno-sta­ty­styczny..., s. 69-70.

[24] Cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 93.

[25] F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 93-95.

[26] Cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 100.

CZĘŚĆ II

Dżuma

"[...] lata Bo­żego 654 w Con­stan­ti­no­polu, bar­dzo wiel­kie było mo­rowe po­wie­trze, a iż lu­dzie oczy­wi­ście wi­dzieli anioła, jed­nego do­brego a dru­giego złego, w nocy po uli­cach cho­dzące, któ­rzy lu­dzie po­wie­trzem mo­ro­wem za­ra­żali y za­bi­jali. Gdzie jedno przed który dom przy­szli a sta­nęli, tam już pew­nie kto nie kto mu­siał umrzeć. A gdy Anioł do­bry na złego ki­nął, tedy zły we drzwi za­ko­ła­tał: a jako czę­sto we drzwi któ­rego domu za­ko­ła­tał, tyle kroć mu­siał kto w onym domu umrzeć"[1].

W ten spo­sób miała sie roz­prze­strze­niać jedna z naj­strasz­niej­szych i naj­bar­dziej śmier­cio­no­śnych cho­rób epi­de­micz­nych, jaką była dżuma. W cza­sach gdy siała spu­sto­sze­nie, w Eu­ro­pie nie znano czyn­nika, który ją wy­wo­łuje, długo utrzy­my­wało się prze­ko­na­nie, że jest ona zsy­łana przez nie­biosa, tak jak to opi­sał szes­na­sto­wieczny me­dyk Mar­cin Ruf­fus z We­lca w dziele po­świę­co­nym cho­ro­bie mo­ro­wej.

Mi­nęły wieki, o dżu­mie nie­mal za­po­mniano, za­nim udało się wy­ja­śnić epi­de­mio­lo­gię tej cho­roby i wy­śle­dzić drob­no­ustroje, które są jej przy­czyną.

Dżuma jest zoo­nozą, czyli cho­robą od­zwie­rzęcą - cho­rują na nią głów­nie drobne gry­zo­nie, ale też inne zwie­rzęta, w tym ho­do­wane przez czło­wieka krowy, owce, kozy i świ­nie. Na lu­dzi prze­no­szą ją pchły, które żyją na za­ka­żo­nym zwie­rzę­ciu. Czyn­nik wy­wo­łu­jący dżumę oraz rolę gry­zoni i pa­so­ży­tu­ją­cych na nich pcheł w roz­no­sze­niu dżumy od­kryto pod ko­niec XIX wieku. W 1894 roku pod­czas epi­de­mii w Hong­kongu ja­poń­ski bak­te­rio­log Shi­ba­sa­bur? Ki­ta­sato (1852-1931), a także fran­cu­ski bak­te­rio­log szwaj­car­skiego po­cho­dze­nia Ale­xan­dre John Emile Yer­sin (1863-1943), nie­za­leż­nie od sie­bie, od­kryli bak­te­rię na­zwaną póź­niej Yer­si­nia pe­stis (pa­łeczka dżumy). Rolę pcheł szczu­rzych w sze­rze­niu się za­razy wy­ja­śnił na­to­miast w 1897 roku ja­poń­ski ba­dacz Ma­saki Ogata (1864-1919).

Karbunkuły, dymienice i Dekameron

Dżuma za­czy­nała się od ty­po­wych ob­ja­wów in­fek­cji: "Mór wszyst­kich Fe­brom na­głym w tym jest po­dobny y równy - od­no­to­wał osiem­na­sto­wieczny le­karz - że lu­dzi nim za­ra­żo­nych zimno prze­nika, po któ­rym go­rączka na­stę­puje, która u nie­któ­rych nie­zbyt wielka, u nie­któ­rych zaś jest zbyt pa­ląca i bo­le­sna. Nie­któ­rym się na wo­mity tylko za­nosi, nie­któ­rym zaś praw­dziwe do­ku­czają Wo­mity, z któ­rymi się łą­czyć zwy­kły bie­gunki z ro­ba­kami. Puls jest słaby y siły usta­wają. Zcho­dzi im na śnie. My­śli im sła­bieją, y pa­mięć gi­nie. Nie­któ­rym głowa ciąży, y są ospa­łymi, czują nud­ność y tę­sk­nicę serca, mdło­ści y szcz­ka­nie. U nie­któ­rych po­ka­zują się plamy na ciele"[2].

Na­stęp­nie na skó­rze cho­rego po­ja­wiały się dy­mie­nice i wrzody na­zy­wane kar­bun­ku­łami. Ob­jawy te były tak cha­rak­te­ry­styczne dla dżumy, że ich opis zna­lazł się nie tylko w pra­cach me­dycz­nych - przed­sta­wił go także Gio­vanni Boc­cac­cio (1313-1375) w De­ka­me­ro­nie. "Za­czy­nała się ona [cho­roba] rów­nie u męż­czyzn, jak u ko­biet od tego, że w pa­chwi­nach i pod pa­chą po­ja­wiały się na­brzmie­nia, przyj­mu­jące kształt jabłka albo jajka i zwane przez lud szysz­kami. Wkrótce te śmier­telne opu­chliny po­ja­wiały się i na in­nych czę­ściach ciała; od tej chwili zmie­niał się cha­rak­ter cho­roby: na rę­kach i bio­drach wy­stę­po­wały czarne plamy; u jed­nych były one wiel­kie i rzad­kie, u dru­gich sku­pione i drobne. Na cho­robę tę nie miała środka sztuka me­dyczna; bez­silni byli też wszy­scy le­ka­rze"[3]. Wpraw­dzie Boc­cac­cio nie miał me­dycz­nego wy­kształ­ce­nia, jed­nak był świad­kiem epi­de­mii we Flo­ren­cji w 1348 roku, a jego re­la­cja nie od­biega od tych spi­sy­wa­nych przez ów­cze­snych me­dy­ków.

Dy­mie­nice, czyli mo­rówki, gru­czoły mo­rowe, bu­bo­nes, dżumy, bo­lączki, to bo­le­sne wrzody, które po­wsta­wały zwy­kle na trzeci dzień cho­roby, w miej­scach, gdzie znaj­dują się wę­zły chłonne. Mo­gły mieć wiel­kość orze­cha wło­skiego, a na­wet pię­ści. Po­cząt­kowo były twarde, po­tem mię­kły, cza­sem sa­mo­ist­nie pę­kały, wów­czas wy­cie­kała z nich ropa. Go­iły się szybko, zwy­kle w ciągu 8-14 dni, lecz gdy utwo­rzyła się w ich miej­scu prze­toka, pro­ces go­je­nia trwał kilka mie­sięcy. U nie­któ­rych cho­rych dy­mie­nice za­ni­kały - roz­cho­dziły się lub w ogóle nie wy­stę­po­wały, u in­nych po­ja­wiały się w du­żej licz­bie.

Za naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­styczne dla dżumy uzna­wano czarne kar­bun­kuły - wrzody z czer­wo­nymi ob­wód­kami, przy­po­mi­na­jące roz­pa­lony wę­giel. W XVI wieku opi­sy­wano je na­stę­pu­jąco: "Jako ka­mień Kar­bun­ku­lus mię­dzy ka­mieńmi dro­giemi iest znaczny, tak też wrzód mo­rowy, który zo­wią Kar­bun­ku­lus, [...] mię­dzy in­szymi mo­ro­wymi wrzo­dami, y barwą, y bo­le­niem, y wiel­kim utra­pie­niem iest znacz­niey­szy. A dla­cze­góż iest na­zwany od Ła­cin­ni­kow Carbo abo Car­bun­cu­lus, a po Pol­sku wągl, albo wą­glik. Nie dla czego in­szego, iedno dla swey ma­te­ryey ze­pso­wa­ney, ia­do­wi­tey, mo­ro­wey, go­rą­cey, ogni­stey, pa­ła­ią­cey, iż tak wła­śnie pali, iako kiedy świeca albo wągl ro­spa­lony, gdyby był do ciała przy­ło­żony... Mo­rowy kar­bun­kuł nic in­szego nie iest, iedno wrzód strasz­liwy y ogromny, który bywa cza­sem z wielą wierz­chów, cza­sem z ied­nym wierz­chem. Kto­ryto kar­bun­kuł bywa z wil­go­ści gru­bey, spa­lo­ney, ze­pso­wa­ney, y ia­do­wi­tey, dla gru­bo­ści ma­te­ryey twardy iest, dla ro­spale nia od sa­mego fun­da­mentu czer­wony, y nad oną czer­wo­no­ścią czarny, a na wierz­chu pę­che­rzyk bie­le­iący się ma"[4].

Kar­bun­ku­łem (car­bun­cu­lus) na­zy­wano też ka­mień gra­nat lub czer­wony ka­mień szla­chetny, któ­remu św. Hil­de­garda przy­pi­sy­wała wła­ści­wo­ści proz­dro­wotne. Na­to­miast kar­bun­kuły wrzody nie miały w so­bie nic ze szla­chet­no­ści, wy­róż­niały się jed­nak barwą i... bó­lem, jaki spra­wiały cho­rym. Po ich otwar­ciu wy­cie­kała krwawa albo sza­rawa wy­dzie­lina. Od dy­mie­nic oprócz wy­glądu róż­niło je także miej­sce, w któ­rym się two­rzyły. Szes­na­sto- i sie­dem­na­sto­wieczni le­ka­rze zwra­cali uwagę na roz­miesz­cze­nie tych zmian. Je­śli guzy i kro­sty wy­stę­po­wały pod pa­chami albo na bo­kach tu­ło­wia, wska­zy­wało to, że jad za­razy za­ata­ko­wał serce; je­śli zmiany po­ja­wiały się na szyi lub gło­wie (zwy­kle za uszami), jad za­ata­ko­wał mózg; a gdy zmiany za­uwa­żono na ło­nie lub go­le­niach, ko­ja­rzono to z za­ję­ciem wą­troby.

Otwie­ra­nie się wrzo­dów uzna­wano za ko­rzystny ob­jaw, który pro­wa­dził do oczysz­cze­nia ustroju, i prze­ciw­nie - gdy wrzody się zmniej­szały, a kro­sty i plamy za­ni­kały, zna­czyło to, że ja­do­wita ma­te­ria nie zo­stała usu­nięta na ze­wnątrz, lecz co­fała się do wnę­trza ciała, co uwa­żano za bar­dzo nie­bez­pieczną zmianę. To prze­świad­cze­nie po­twier­dzała sek­cja zmar­łych, u któ­rych znaj­dy­wano po­dobne zmiany w na­rzą­dach we­wnętrz­nych. "Na wnętrz­no­ściach y na skó­rze od ki­szek czę­sto­kroć wi­dziano mnó­stwo Pe­to­ciów, a cza­sem zu­pełne mo­rowe wę­gle. Śle­dziona, a tym bar­dziey iesz­cze wą­troba, była pra­wie za­wsze więk­sza, iak na­tu­ral­nie, grubą, czarną, w ka­wały po­usia­daną krwią wcale zu­peł­nie za­pchana zna­le­ziona. Mo­rowe także wę­gle y za­ią­trze­nia na niey po­strze­żono. Pę­cherz od żółci był za­wsze wielki, zie­loną, y czer­woną, śmier­dzącą żół­cią wy­dęty. Serce z swo­iemi uszami za­wsze było mocno wy­pu­kłe, czę­sto­kroć dwa razy tak wiel­kie, iak na­tu­ral­nie, y iego wy­drą­że­nia, nie mniey iak wszyst­kie wiel­kie na krew ko­mórki, ta­kąż grubą, zbitą, czarną krwią, iak się o wą­tro­bie po­wie­działo, mocno za­pchane były. Było także na nim po­strze­żone zimne za­pa­le­nie y wiele ma­łych, czar­nych za­pa­lo­nych plam. Ta­kież, iako też y pur­pu­ro­wego ko­loru plamy na Płu­cach także wi­dziano"[5]. Po­wsta­wa­nie kar­bun­ku­łów miało do­wo­dzić jed­nak tego, że krew krze­pła za ży­cia cho­rych, a nie do­piero po śmierci.

Obec­nie przyj­muje się, że dżuma może się roz­wi­jać w po­staci dy­mie­ni­czej lub płuc­nej, a w nie­któ­rych przy­pad­kach, gdy do krwi cho­rego prze­do­sta­nie się bar­dzo dużo bak­te­rii, prze­cho­dzi w sepsę. Od­mianę dy­mie­ni­czą (naj­częst­szą po­stać kli­niczną cho­roby) po­wo­dują pchły pa­so­ży­tu­jące na szczu­rach i lu­dziach. Po mniej wię­cej sze­ściu dniach od uką­sze­nia u cho­rego roz­wija się ciężka in­fek­cja z wy­soką go­rączką i po­gor­sze­niem ogól­nego stanu zdro­wia. W miej­scu uką­sze­nia po­ja­wia się czarna kro­sta, a po­bli­skie wę­zły chłonne ule­gają obrzmie­niu - są to tzw. dy­mie­nice, od któ­rych po­cho­dzi na­zwa cho­roby. Gdy in­fek­cja się roz­sze­rza, zaj­muje ko­lejne wę­zły chłonne. Za­ka­żeni od­czu­wają silne bóle krzyża i głowy, mę­czą ich ka­szel i wy­soka go­rączka po­łą­czona z sil­nym nie­po­ko­jem i ma­ja­cze­niami. Na ciele, na sku­tek pod­skór­nych wy­le­wów, po­wstają cha­rak­te­ry­styczne si­no­fio­le­towe plamy, prze­cho­dzące w nie­mal czarne. U 50-60% cho­rych po­stać dy­mie­ni­cza dżumy koń­czyła się śmier­cią.

W nie­któ­rych przy­pad­kach bak­te­rie do­cie­rały do płuc; wów­czas, gdy chory ka­słał, do­sta­wały się do po­wie­trza i prze­no­siły na in­nych. Za­ra­żone drogą kro­pel­kową osoby cho­ro­wały na dżumę płucną - rza­dziej wy­stę­pu­jącą, ale znacz­nie bar­dziej zja­dliwą. W jej prze­biegu do­cho­dziło do za­pa­le­nia płuc, wy­stę­po­wały także ob­jawy neu­ro­lo­giczne i śpiączka, a cho­roba w 95-100% przy­pad­ków koń­czyła się śmier­cią w ciągu trzech dni. Za­ka­że­nie Yer­si­nia pe­stis mo­gło pro­wa­dzić też do sepsy, wów­czas chory umie­rał w ciągu jed­nego dnia, za­nim dy­mie­nice zdą­żyły się ufor­mo­wać; na ciele cho­rego po­ja­wiła się je­dy­nie wy­sypka.

Przy­pusz­cza się, że różny prze­bieg cho­roby mógł być uza­leż­niony od pory roku, w któ­rej do­szło do za­ka­że­nia, po­nie­waż zimno i cie­pło ha­mują ak­tyw­ność pcheł, a wil­got­ność po­ni­żej 70% je za­bija. Tem­pe­ra­tura opty­malna dla nich to 15-20°C przy wil­got­no­ści 90-95%. Dla­tego epi­de­mie dżumy dy­mie­ni­czej po­ja­wiały się wio­sną i wcze­snym la­tem (maj-czer­wiec) i trwały 4-7 mie­sięcy. Zimą pod wpły­wem sil­nych mro­zów dżuma ustę­po­wała. Na­dej­ście zimy czę­sto nie eli­mi­no­wało jed­nak za­razy, po­nie­waż pa­łeczki dżumy mogą prze­trwać w for­mie uta­jo­nej na­wet kilka mie­sięcy. W ta­kiej sy­tu­acji wio­sną epi­de­mia po­ja­wiała się po­now­nie. Na­to­miast prze­no­szona drogą kro­pel­kową po­stać płucna dżumy naj­czę­ściej ata­ko­wała zimą.

Nie ozna­cza to, że wszystko już wiemy o tej cho­ro­bie. In­no­wa­cyjne me­tody ba­daw­cze dają nowe moż­li­wo­ści i sta­wiają nie­które dawne usta­le­nia pod zna­kiem za­py­ta­nia. Dziś przy­pusz­cza się, że udział szczu­rów w roz­no­sze­niu dżumy nie był tak zna­czący. Nie­któ­rzy ba­da­cze su­ge­rują rów­nież, że przy­czyną prze­nie­sie­nia się pcheł na lu­dzi były zmiany kli­matu na ste­pach środ­ko­wo­azja­tyc­kich, które spo­wo­do­wały zmniej­sze­nie się po­pu­la­cji gry­zoni. Pchły, po­zba­wione swo­ich głów­nych ży­wi­cieli, mu­siały szu­kać in­nych ofiar - tra­fiły na wiel­błądy i ich wła­ści­cieli. Z ko­lei dzięki ba­da­niom daw­nych cmen­ta­rzy mo­ro­wych można uzy­skać in­for­ma­cje o mi­kro­or­ga­ni­zmach po­wo­du­ją­cych za­razę, a także o sa­mych ofia­rach i roz­prze­strze­nia­niu się epi­de­mii. Ana­liza DNA po­bra­nego z zę­bów ofiar po­cho­wa­nych na śre­dnio­wiecz­nym cmen­ta­rzu w Asch­heim w Ba­wa­rii wy­ka­zała, że dżuma Ju­sty­niana była spo­wo­do­wana przez inne szczepy Yer­si­nia pe­stis niż te, które spo­wo­do­wały epi­de­mię czar­nej śmierci w XIV-XVII wieku i póź­niej­sze, co mo­gło mieć wpływ na różny prze­bieg cho­roby.

W poszukiwaniu skutecznej terapii

W cza­sach gdy nie znano an­ty­bio­ty­ków, le­cze­nie dżumy nie było sku­teczne. Tak jak i w przy­padku in­nych cho­rób mo­ro­wych przede wszyst­kim pró­bo­wano usu­nąć z ciała jad cho­roby. Szcze­gólną uwagę zwra­cano na wrzody i dy­mie­nice, w któ­rych miał się gro­ma­dzić. Le­cze­nie pro­wa­dzono tak, by dy­mie­nice za­częły ro­pieć, otwie­rały się i "do­brze cie­kły", co uzna­wano za oczysz­cze­nie. We­dług Umia­stow­skiego (XVI wiek) w le­cze­niu bo­lą­czek na­le­żało tak dzia­łać: "aby­śmy wiel­kość (ich) znie­śli y uięli a za­pa­le­nie aby­śmy chło­dzili. Dla zmniej­sze­nia ob­ję­to­ści dy­mie­nicy na­leży wy­pu­ścić z niej ma­te­ryę zja­dliwą, aby się po ca­łem ciele nie roz­cho­dziła. Otwo­rzyć dy­mie­nicę można bez bólu lub z bó­lem. Bez bólu: przez bańkę su­chą, przy­kła­da­nie pla­strów, go­łębi lub kur żyw­cem ro­ze­rwa­nych na dwoje - "bo go­rą­co­ścią przy­ro­dzoną go­łę­bia albo ko­ko­szy iad okrutny mo­rowy wy­ciąga y roz­pą­dza, przy­kła­da­niem go­łę­biego łajna i t.p."[6]. Po­dobne dzia­ła­nie miały wy­ka­zy­wać ro­pu­chy, żaby i płuca za­bi­tego psa. Aby otwo­rzyć dy­mie­nicę z bó­lem, sto­so­wano prze­cię­cie, prze­pa­le­nie roz­ża­rzo­nym że­la­zem, przy­sta­wie­nie ba­niek cię­tych lub pi­ja­wek. Po­nadto za­le­cano środki na­po­tne, prze­czysz­cza­jące i upu­sty krwi.

W XVIII wieku wy­bie­rano prost­sze i mniej dzi­waczne za­biegi otwar­cia dy­mie­nic. Abra­ham Wolff w Trak­ta­ciku o Po­wie­trzu mo­ro­wym... opi­sał spo­sób po­stę­po­wa­nia z wrzo­dami: "Skoro bo­lączka wy­szła, za­raz ją prze­rznąć trzeba, aby ma­te­ria wy­cie­kła, po tym ją co 12. go­dzin za­wią­zać wło­żyw­szy wprzód wnię wyki [?] na­ma­zane ma­ścią Ba­si­li­czaną. Lecz żadną miarą bo­lą­czek prędko goić nie trzeba, ale do­piero opi­sa­nym spo­so­bem z nimi so­bie po­stą­pić, aby jad tym snad­niej z ciała był wy­wa­biony"[7].

Zwal­czano także inne ob­jawy cho­roby. Po­nie­waż cho­rzy czę­sto za­pa­dali w odrę­twie­nie i śpiączkę, sta­rano się po­ko­nać ten stan, co miało nie do­pu­ścić do dal­szego roz­woju dżumy. Ucie­kano się wów­czas do spo­so­bów wy­pró­bo­wa­nych: "Woj­ciech Piela jest w Prze­my­ślu stary gra­barz, który wiele mo­rów prze­trwał, ten mi se­kret po­wie­rzył. Kiedy czło­wiek po­wie­trze za­chwyci, naj­pierw pa­trzy jak przez mgłę i zimno go trapi, a spać mu się chce. Na ten czas trzeba jako naj­prę­dzej na­rwać do do­nicy ziela, które zo­wią ła­cin­nicy Ar­no­glossa Plan­tago, fo­lio acuto, po­lo­nice Ję­zyczki, jest to wła­sna Babka[8] ma list[9] po­dłu­go­waty. Urwiesz kilka gar­ści i utrzesz je wier­ci­ma­kiem na­law­szy u-y swej, albo cze­go­kol­wiek, zmocz do­brze i jak naj­le­piej. Ob­łóż tem do­brze głowę, chu­stą zwiąż, koł­pak na to wstaw, weź­mij cho­rego za rękę i chodź z nim jak naj­prę­dzej, żeby się do­brze po­cił, a tak chodź całe dwa dni i nocy a nie daj mu spać, zo­ba­czysz jak prędko za dwa dni ozdro­wieje, tylko mu przez dwa dni spać nic nie dać. Po­wiada, że tym spo­so­bem sam sie­bie je­de­na­ście kroć do zdro­wia przy­wró­cił od śmierci"[10] - za­no­to­wał sie­dem­na­sto­wieczny me­dyk lwow­ski.

Epidemia z Kaffy

Pierw­szą od­no­to­waną w śre­dnio­wie­czu pan­de­mią była pan­de­mia dżumy, zwa­nej dżumą Ju­sty­niana, która wy­bu­chła w Bi­zan­cjum za pa­no­wa­nia Ju­sty­niana Wiel­kiego (527-565 n.e.) i zdzie­siąt­ko­wała lud­ność ce­sar­stwa, Per­sji i są­sied­nich te­re­nów. Na pod­sta­wie za­cho­wa­nych opi­sów cho­roby uważa się, że była to dżuma dy­mie­ni­cza, nie jest jed­nak pewne, czy zo­stała przy­wle­czona z Etio­pii czy z Azji. Po­ja­wiła się na wy­brzeżu i roz­prze­strze­niała się w głąb lądu. Ata­ko­wała na­gle, ob­ja­wia­jąc się go­rączką, a po kilku go­dzi­nach na­stę­po­wało gwał­towne po­gor­sze­nie stanu zdro­wia. We­dług prze­ka­zów cho­rzy cier­pieli na brak snu, mieli uro­je­nia, nie­któ­rzy po­pa­dali w odrę­twie­nie, inni w obłęd. Od­no­to­wano też ob­jawy cha­rak­te­ry­styczne dla dżumy dy­mie­ni­czej - wę­zły chłonne w pa­chwi­nach i pod pa­chami były obrzmiałe, a za uszami i na udach po­ja­wiały się zmiany skórne. Po­cząt­kowo śmier­tel­ność nie była wy­soka, po­tem gwał­tow­nie wzro­sła.

Naj­więk­sza epi­de­mia dżumy dy­mie­ni­czej, czyli tzw. czarna śmierć, pa­no­wała w la­tach 1347-1351. Przy­pusz­cza się, że wsku­tek niej mo­gło stra­cić ży­cie na­wet sto mi­lio­nów lu­dzi na ca­łym świe­cie. W Eu­ro­pie we­dług róż­nych sza­cun­ków zgi­nęło wów­czas od 17-28 mi­lio­nów do 40-50 mi­lio­nów osób, co sta­no­wiło około jed­nej trze­ciej miesz­kań­ców kon­ty­nentu. Chiny stra­ciły po­łowę swo­jej po­pu­la­cji, a Afryka jedną ósmą. Za­raza zo­stała przy­wle­czona praw­do­po­dob­nie z Azji Środ­ko­wej po­przez Je­dwabny Szlak łą­czący Chiny i Da­leki Wschód z Bli­skim Wscho­dem i Eu­ropą. Je­dwabny Szlak był sie­cią prze­ci­na­ją­cych się i łą­czą­cych ście­żek, które bie­gły przez stepy Azji Środ­ko­wej. Wzdłuż nich znaj­do­wały się przy­stanki - mia­sta, wio­ski i osady od­da­lone od sie­bie o dzień mar­szu. Nie­wielu po­dróż­ni­ków prze­mie­rzało cały Je­dwabny Szlak, naj­czę­ściej ka­ra­wany kur­so­wały mię­dzy lo­kal­nymi wę­złami i po sprze­da­niu swo­ich to­wa­rów wra­cały do punktu wyj­ścia. Gdy w XIII wieku im­pe­rium mon­gol­skie prze­jęło kon­trolę nie­mal nad ca­łym kon­ty­nen­tem azja­tyc­kim, Je­dwabny Szlak od­zy­skał swoje dawne zna­cze­nie, a w XIV wieku stał się drogą, którą wraz z han­dla­rzami i ich zwie­rzę­tami roz­prze­strze­niała się dżuma.

Naj­pierw cho­roba miała się po­ja­wić wśród ne­sto­riań­skich chrze­ści­jan miesz­ka­ją­cych nad je­zio­rem Is­syk-kul (Kir­gi­stan). Stam­tąd w 1347 roku do­tarła na Krym. Ta­ta­rzy ob­le­ga­jący Kaffę (daw­niej Teo­do­zja, port na­le­żący wów­czas do Ge­nu­eń­czy­ków) zo­stali zdzie­siąt­ko­wani przez dżumę, a za po­mocą ka­ta­pult wy­rzu­cali zwłoki ofiar za­razy w ob­ręb mia­sta. Uważa się na­wet, że było to ce­lowe dzia­ła­nie. Ge­nu­eń­czycy szybko wy­rzu­cili zwłoki do mo­rza, za­raza prze­do­stała się jed­nak do portu i sze­rzyła się wśród ob­lę­żo­nych. Oca­lali Ge­nu­eń­czycy ucie­kli z Kaffy drogą mor­ską. Je­den ze stat­ków z uchodź­cami przy­był do Kon­stan­ty­no­pola i - jak nie­trudno się do­my­ślić - dżuma szybko roz­prze­strze­niła się po mie­ście, po­wo­du­jąc śmierć wielu miesz­kań­ców. Inny sta­tek z Kaffy do­tarł do Sy­cy­lii, przy­wo­żąc ze sobą za­razę, która roz­lała się na całe Wło­chy i uśmier­ciła jedną trze­cią po­pu­la­cji, a w We­ne­cji na­wet 60%. Po­dobna sy­tu­acja miała miej­sce, gdy ko­lejny sta­tek z Kaffy za­cu­mo­wał w Mar­sy­lii - dżuma roz­prze­strze­nia się na te­ren Fran­cji. Inny sta­tek z za­ra­żo­nymi ludźmi do­tarł do Ge­nui i choć nie wpusz­czono go do portu, epi­de­mii nie udało się za­trzy­mać. Dżuma prze­do­stała się także na Cypr, do Egiptu oraz na wschód do im­pe­rium per­skiego, po­tem do Gre­cji, Buł­ga­rii, Ru­mu­nii, być może do­tarła rów­nież do Pol­ski. W czerwcu 1348 roku prze­do­stała się do An­glii przez port Mel­combe Re­gis, a ucie­ka­jący w głąb lądu miesz­kańcy prze­nie­śli ją da­lej.

W ciągu czte­rech lat dżuma opa­no­wała nie­mal całą Eu­ropę, i spo­wo­do­wała wy­lud­nie­nie nie­któ­rych miast oraz wsi, głód i upa­dek go­spo­darki. O tym, jak silny lęk wy­wo­ły­wały epi­de­mie, może świad­czyć prze­ko­na­nie, że "nie tylko ob­co­wa­niem z za­po­wie­trzo­nymi, ich tchnie­niem, ale spoj­rze­niem sa­mem udzie­lały (się)"[11]. Szcze­gól­nie nie­bez­pieczne, jak wie­rzono, było ob­ser­wo­wa­nie ko­na­ją­cych, gdyż ucho­dzący z nich duch za­razy wni­kał w ob­ser­wa­tora wła­śnie po­przez oczy.

Ob­ser­wa­cje po­czy­nione pod­czas epi­de­mii prze­pla­tano z fan­ta­stycz­nymi hi­sto­riami, które miały pod­kre­ślać nie­zwy­kłą zja­dli­wość cho­roby, tak jak w De­ka­me­ro­nie Boc­cac­cia: "Mo­rowa za­raza gra­so­wała z wielką siłą; od cho­rych udzie­lała się ła­two zdro­wym, któ­rzy z za­ra­żo­nymi prze­by­wali, po­dob­nie do ognia, co ła­two­palne przed­mioty obej­muje. Ali­ści zło jesz­cze szło da­lej; wy­star­czyło do­tknąć się su­kien cho­rego, aby się za­ra­zić. To, o czem te­raz po­wiem, może się wy­da­wać rze­czą za­dzi­wia­jącą. Gdy­bym jej na wła­sne oczy nie wi­dział i gdyby nie świa­dec­two wielu, sam­bym jej nie dał wiary, ani po­wa­żył­bym się jej tu opi­sy­wać. Siła za­razy była tak wielka, że prze­no­siła się ona nie tylko letko z jed­nego człeka na dru­giego, ale i to spra­wiała, że je­śli do przed­miotu, sta­no­wią­cego wła­sność cho­rego, zbli­żyło się ja­kieś zwie­rzę, za­raz mór się go chwy­tał i w krót­kim cza­sie je uśmier­cał. Ja­kem to już nad­mie­nił, sam by­łem ta­kiego przy­padku świad­kiem. Strzępy odzieży pew­nego nie­bo­raka, zmar­łego z po­wodu tej cho­roby, na ulicę wy­rzu­cone zo­stały. Do szat po­de­szły dwie świ­nie i jęły je, we­dle swego oby­czaju, ry­jami po­ru­szać. Po upły­wie kilku mi­nut, zwie­rzęta, jakby tru­ci­zny się naja­dły, za­to­czyły się i pa­dły nie­żywe. Wy­padki te wzbu­dziły w umy­słach nie­opi­saną trwogę i na­peł­niły je róż­nemi wy­obra­że­niami. Wszy­scy bez­li­to­śnie tylko o to się sta­rali, aby współ­e­czeń­stwa z cho­rymi uni­kać. To - zda­wało się po­wszech­nie je­dy­nym oca­le­nia spo­so­bem"[12].

Epidemie w Polsce

Dżuma do­tarła też do Pol­ski. Nie wia­domo jed­nak, czy była to jej pierw­sza fala. Dłu­gosz w swo­ich kro­ni­kach od­no­to­wał, że czarna śmierć po­ja­wiła się w kraju w stycz­niu 1348 roku - prze­do­stała się z jed­nej strony z Wę­gier, a od pół­nocy przez han­del mor­ski do­tarła do miast por­to­wych. "Po­częła się zaś rze­czona za­raza mo­rowa w mie­siącu stycz­niu za Pa­pie­stwa Kle­mensa VI, w szó­stym roku jego rzą­dów i trwała cią­gło przez sie­dem mie­sięcy, dwa­kroć po­na­wia­jąc klę­skę. Pierw­szy raz ob­ja­wiała się przez dwa mie­siące go­rączką nie­ustanną i krwo­to­kiem z ust, a cho­rzy umie­rali w ciągu trzech dni. Drugi raz trwała pięć mie­sięcy, a ob­ja­wem jej była po­dob­nież nie­usta­jąca go­rączka, nadto wrzody i dy­mie­nice, które two­rzyły się na ze­wnętrz­nych czę­ściach ciała, oso­bli­wie pod pa­chami i na sła­bi­znach; cho­rzy umie­rali w dniach pię­ciu"[13].

Epi­de­mia po­now­nie za­ata­ko­wała Pol­skę w 1349 roku i utrzy­my­wała się przez pięć mie­sięcy. Cho­rzy mieli nie­usta­jącą go­rączkę, wrzody na ciele, dy­mie­nice pod pa­chami i w pa­chwi­nach i umie­rali w ciągu kilku dni. Za­raza miała wy­lud­nić mia­sta i wsie, na przy­kład w To­ru­niu po­chło­nęła około pię­ciu ty­sięcy ofiar, w El­blągu sie­dem ty­sięcy, a w Gdań­sku 18 ty­sięcy, "nie li­cząc chło­pów i sług". Po raz trzeci dżuma po­ja­wiła się w Pol­sce w la­tach 1359-1360 i we­dług Dłu­go­sza: "Za­raza go­rącz­kowa, czy to od Boga za liczne grze­chy i prze­stęp­stwa na lu­dzi ze­słana, czy gwiazd nie­bie­skich bie­giem, po­ło­że­niem, spo­tka­niem, lub inną jaką przy­czyną ta­jem­nie spo­wo­do­wana, wszyst­kie nie­mal na za­cho­dzie kró­le­stwa na­wie­dziw­szy, roz­go­ściła się na­resz­cie w Pol­sce, Wę­grzech, Cze­chach, tu­dzież pod­le­głych im i są­siedz­kich zie­miach, i wszyst­kie mia­sta, mia­steczka i wsie Kró­le­stwa Pol­skiego ta­kiej na­ba­wiła klę­ski, że trwa­jąc cią­gle przez sześć mie­sięcy, więk­szą część lud­no­ści wsze­la­kiego stanu i płci obo­jej wy­tę­piła. W sa­mem mie­ście Kra­ko­wie 20,000 lu­dzi na tę za­razę wy­marło... Za­częła się zaś ta za­raza około dnia św. Mi­chała, ob­ja­wiw­szy się przez gwał­towne go­rączki, bo­laki, wrzody, dy­mie­nice, które wielką za­rzą­dziły śmier­tel­ność; [...]. Tem zaś róż­niła się ta klę­ska od po­przed­niej, która przed laty dwu­na­stu kraj nasz na­wie­dziła, że tamta wiele sprząt­nęła lu­dzi z po­spo­li­tego gminu, od tej zaś wię­cej szlachty i lu­dzi moż­nych, dzieci i ko­biet wy­gi­nęło"[14].

Nie na­leży jed­nak zbyt­nio ufać in­for­ma­cjom Dłu­go­sza, który spi­sy­wał dzieje Pol­ski sto lat po owych wy­da­rze­niach i - jak wia­domo - in­for­ma­cje o epi­de­miach za­czerp­nął z dzieła Gwi­dona de Cau­liaco, na­dwor­nego le­ka­rza pa­pieży Kle­mensa VI i Urbana V, który opi­sał epi­de­mię dżumy pa­nu­ją­cej w Awi­nio­nie w la­tach 1348 i 1360. Nie jest za­tem pewne, czy dżuma po­ja­wiła się na na­szych zie­miach już w 1348 roku. Ży­jący w tym okre­sie Jan z Czarn­kowa (ok. 1320-1387) od­no­to­wał je­dy­nie, że mo­rowe po­wie­trze i głód tra­piły Pol­skę w la­tach 1370-1372, póź­niej plaga mo­ro­wego po­wie­trza po­ja­wiła się w 1384 roku, ale czy była to dżuma, nie jest pewne. Nie­wąt­pli­wie jed­nak w na­stęp­nych wie­kach epi­de­mie dżumy siały na zie­miach pol­skich spu­sto­sze­nie. Sza­cuje się, że w Kra­ko­wie pod ko­niec XV wieku dżuma ata­ko­wała co dwa, trzy lata, a na­wet co roku. W la­tach 1601-1650 sy­tu­acja się zmie­niła, w War­sza­wie były 33 epi­de­mie dżumy, a w Kra­ko­wie 19. W póź­niej­szym okre­sie liczba epi­de­mii w obu mia­stach była po­dobna. Jed­nak to dżuma naj­bar­dziej nę­kała Kra­ków; w la­tach 1500-1750 od­no­to­wano tam 92 epi­de­mie.

Dżuma, jak i inne cho­roby za­kaźne, roz­prze­strze­niała się wraz z prze­miesz­cza­ją­cymi się ma­sami lu­dzi, zwłasz­cza pod­czas wo­jen; miała też wpływ na ich prze­bieg. Przy­pusz­cza się, że jed­nym z po­wo­dów za­war­cia ro­zejmu w 1629 roku mię­dzy woj­skami szwedz­kimi a Rze­czy­po­spo­li­tej była dżuma. Mór, który po­ja­wił się wów­czas w obo­zach szwedz­kich i pol­skich, zmu­sił het­mana Sta­ni­sława Ko­niec­pol­skiego (1591-1646) do za­war­cia ro­zejmu. Kanc­lerz bi­skup Ja­kub Za­dzik (1582-1642) pi­sał wów­czas do króla Zyg­munta III, że woj­sko dla sa­mego cięż­kiego po­wie­trza ro­zejść się musi. "Dziś z cho­rą­gwi pana het­mana [Ko­niec­pol­skiego] 17 to­wa­rzy­stwa pa­dło na nie, nie masz roty bez za­razy, a my na same tylko trupy pa­trzemy. Nie miło by i nam było taką śmier­cią w po­słu­gach W. K. M. mar­nie gi­nąć. Gu­staw tąż samą prze­stra­szony za­razą (70 bo­wiem osób około niego umarło) już trzy dni temu do Pi­ławy wy­je­chał"[15].

Rów­nież za pa­no­wa­nia Jana Ka­zi­mie­rza mo­rowe po­wie­trze, praw­do­po­dob­nie dżuma, zmie­niało prze­bieg waż­nych walk. W 1651 roku po zwy­cię­skiej dla Po­la­ków bi­twie pod Be­re­stecz­kiem mór był jed­nym z po­wo­dów roz­pro­sze­nia sił pol­skich, przez co zwy­cię­stwo nie zo­stało wy­ko­rzy­stane. Z ko­lei w 1652 roku, gdy Ko­zacy pod do­wódz­twem Ty­mo­fieja Chmiel­nic­kiego (syna Boh­dana) ob­le­gali Ka­mie­niec Po­dol­ski, za­raza zmu­siła ich do prze­rwa­nia ob­lę­że­nia. Ka­mie­niec był jed­nak wy­lud­niony, po­zo­stała w nim tylko garstka lu­dzi.

W tym cza­sie epi­de­mia pa­no­wała też na Po­ku­ciu, ziemi Ha­lic­kiej, Chełm­skiej, Wo­ły­niu, w wo­je­wódz­twach beł­skim, lu­bel­skim i san­do­mier­skim. Z tego po­wodu w 1652 roku ze­rwano sejm na­ro­dowy, a dwór kró­lew­ski prze­niósł się z Ujaz­dowa do Ło­wi­cza. W Kra­ko­wie, we­dług ław­nika kra­kow­skiego Jana Mar­kie­wi­cza, pod­czas moru w 1652 roku zmarło po­nad 20 ty­sięcy miesz­kań­ców i nie miał kto ich po­grze­bać. "Świa­dec­twem Jana Mar­kie­wi­cza ław­nika kra­kow­skiego mór w r. 1652 prze­szło 20,000 miesz­kań­ców wy­gu­bił. Po kil­ku­set co­dzien­nie umie­ra­ją­cych ciała dla nie­do­statku gra­ba­rzy pa­stwą psów sta­wały się"[16].

Nie był to od­osob­niony przy­pa­dek, sie­dem­na­sto­wieczny me­dyk lwow­ski od­no­to­wał, że zwie­rzęta mogą roz­no­sić cho­robę, bo zja­dają ciała zmar­łych. "Psów jako naj­bar­dziej się strzedz, bo cza­sem za­cho­dzą na przed­mie­ścia i snać trupy ja­dają. Jako w pa­siece pani Lo­ren­co­wej z pa­sieki Bi­go­szo­wej, psy je­dli pa­siecz­nika i pana Zgło­bic­kiego cno­tli­wego miesz­cza­nina za­ra­zili i do grobu przy­pro­wa­dzili"[17].

W XVIII wieku dżuma rów­nież kil­ka­krot­nie na­wie­dzała zie­mie pol­skie i tak jak w po­przed­nich wie­kach czę­sto to­wa­rzy­szyły jej wojna i głód. W 1702 roku po­ja­wiła się na Kre­sach Rze­czy­po­spo­li­tej, a prze­miesz­cza­nie się woj­ska pod­czas wojny pół­noc­nej, a także mi­gra­cje tzw. lu­dzi luź­nych (włó­czę­gów i że­bra­ków) sprzy­jały roz­prze­strze­nia­niu się cho­roby na cały kraj i poza jego gra­nice. We­dług róż­nych sza­cun­ków w la­tach 1702-1711 na sku­tek epi­de­mii zmarło 12-25% lud­no­ści Rze­czy­po­spo­li­tej. W 1705 roku dżuma po­ja­wiła się we Lwo­wie, gdzie zmarło około 10 ty­sięcy miesz­kań­ców. Dwa lata póź­niej wy­bu­chła w Kra­ko­wie (wy­ga­sła w 1711 roku), wów­czas w sa­mym mie­ście i w la­za­re­cie pod mu­rami zmarło 7213 osób (lud­ność mia­sta li­czyła wów­czas około 10 ty­sięcy). Zmar­łych dniem i nocą wy­wo­żono za mury dra­bi­nia­stymi wo­zami. Za­mknięto uni­wer­sy­tet, szkoły i urzędy miej­skie, ustał han­del. Rada Mia­sta prze­nio­sła się do Nie­po­ło­mic, w Kra­ko­wie po­zo­stał bur­mistrz po­wietrzny Mi­chał Be­hem, który wraz z po­moc­ni­kami przez dwa lata sta­rał się słu­żyć cho­rym i po­trze­bu­ją­cym, a w końcu sam zmarł na sku­tek dżumy. Za­raza stała się dla Kra­kowa, jak i dla in­nych do­tknię­tych nią miast, klę­ską de­mo­gra­ficzną i go­spo­dar­czą, po któ­rej mia­sto długo tru­dziło się, by od­zy­skać dawną świet­ność.

W War­sza­wie dżuma po­ja­wiła się w maju 1708 roku i trwała do lu­tego 1712 roku. W pro­to­ko­łach brac­twa św. Be­nona za­pi­sano wów­czas: "Roku 1708 około Śgo Jana, na kształt ja­kiego po­żaru, tak na­gle mo­rowe po­wie­trze opa­no­wało War­szawę, że pra­wie czasu nie było do ucieczki; w ca­łym mie­ście je­den był tylko dom wolny od tej za­razy; w zamku ze 40 osób tylko 3 zo­stało, w pa­łacu Ka­zi­mie­row­skim z 50 osób tylko 8, we dworku wo­je­wody płoc­kiego z 72 osób tylko 5 zo­stało. Klasz­tory pra­wie ze wszyst­kiem wy­mie­rały, oprócz księży Te­aty­nów i PP. Kar­me­li­ta­nek; w ra­dzie zo­stało tylko trzech rad­ców, 2 ław­ni­ków i 3 gmin­nych. Ze 150 szew­ców pol­skich 8, z 36 nie­miec­kich tylko 3, z 21 miecz­ni­ków tylko je­den. Było przed po­wie­trzem 4 ka­pe­lusz­ni­ków, 4 to­ka­rzy, 5 bia­ło­skór­ni­ków, ci po­umie­rali wszy­scy pod­czas po­wie­trza; tak się działo i z in­nymi ce­chami"[18]. We­dług róż­nych źró­deł ofiarą dżumy miało paść od 8760 do nie­mal 30 ty­sięcy war­sza­wia­ków - liczba ta wy­daje się jed­nak za­wy­żona, po­nie­waż War­szawa li­czyła wów­czas nie­spełna 40 ty­sięcy miesz­kań­ców.

Roz­miaru epi­de­mii dżumy nie mie­rzono je­dy­nie liczbą ofiar, były rów­nież straty, któ­rych nie dało się po­li­czyć. W daw­nych tek­stach po­ja­wiają się uwagi o zmia­nach, ja­kie za­raza czy­niła w ludz­kiej psy­chice: "Pła­czu i la­mentu pod­czas tej klę­ski nie można ani ję­zy­kiem, ani pió­rem wy­ra­zić, ani so­bie wy­sta­wić, chyba kto był przy­tom­nym i sam na to pa­trzył. Lu­dzie cho­dzili w smutku i za­trwo­że­niu z wy­bla­kłemi i opu­chłemi twa­rzami jako stra­szyd­ła, je­den przed dru­gim ucie­kał, ażeby się nie za­ra­ził, albo ra­czej dla­tego, że ani uszy, ani serce, nie mo­gły zmieść ta­kiego pła­czu i la­mentu. Nie było co jeść, ani pić, ani dok­tora, ani cy­ru­lika; a co naj­gor­sza, trudno było na­wet o spo­wied­nika"[19] - ta­kie spu­sto­sze­nie za­siała epi­de­mia dżumy pa­nu­jąca w War­sza­wie w 1708 roku.

Za­raza do­tarła też do in­nych miast, z któ­rych naj­bar­dziej ucier­piały: Leszno, Wschowa, Ka­lisz, Piotr­ków, San­do­mierz, Po­znań, Płock, Łę­czyca, Byd­goszcz, a także do To­ru­nia i Gdań­ska, "gdzie 32353 dusz po­szło". Po­ja­wiła się rów­nież na Li­twie i Żmu­dzi, a także w Pru­sach, w któ­rych w la­tach 1709-1713 po­chło­nęła 300 ty­sięcy ofiar.

Także dżuma, która po­ja­wiła się w la­tach 1769-1771, miała da­leko idące kon­se­kwen­cje. Pierw­sze za­cho­ro­wa­nia od­no­to­wano w Pol­sce na wio­snę, cho­roba wy­ci­szyła się na po­czątku zimy 1770 roku. Jed­nak po­wra­ca­jące z Mul­tan i Wo­łosz­czy­zny woj­ska ro­syj­skie roz­nio­sły za­razę po Po­dolu, Ukra­inie i Rusi Czer­wo­nej. Na po­czątku XIX wieku od­no­to­wano: "Jak zgub­nym był w pro­win­cy­ach Rusi Czer­wo­nej 1770 i 1771 r. w świe­żej ma się pa­mięci. Za­lesz­czyki i Żół­kiew pra­wie w pu­sty­nią prze­mie­nione. Mię­dzy­boż 6, Za­sław 4, a Dubno do 8 ty­sięcy lu­dzi utra­ciły. Pań­stwo Gro­dek na Po­dolu 13 wsi za­po­wie­trzo­nych li­czyło; mia­sto Bar z po­bli­skiemi wsiami 12,000 zmar­łych na­zna­cza. Cały zaś Wo­łyń, Po­dole i wo­je­wódz­two Bra­cław­skie cięż­kim mo­rem przy­ci­śnione straty 200,000 miesz­kań­ców po­dają"[20]. Ka­mie­niec z oko­licz­nymi wsiami stra­cił wów­czas bli­sko 30 ty­sięcy miesz­kań­ców. Mimo kor­donu sa­ni­tar­nego epi­de­mia roz­sze­rzała się na za­chód. Au­stria i Prusy na gra­nicy z Rzecz­po­spo­litą usta­wiły wów­czas kor­dony sa­ni­tarne, które stały się pre­tek­stem do do­ko­na­nia anek­sji po­gra­ni­cza Pol­ski.

Ko­zioł ofiarny i bi­czow­nicy

"Po czym przy­była zgraja,

Fał­szywa, zdra­dziecka i bluź­nier­cza:

Było to Ży­do­stwo prze­klęte,

To złe, to wia­ro­łomne,

Które do­bra nie­na­wi­dzi, a ko­cha wszel­kie zło.

Które tyle dało złota i sre­bra,

I po­le­ciło (pew­nym) chrze­ści­ja­nom,

Iżby stud­nie, rzeki i źró­dła,

Które były czy­ste i zdrowe

W wielu miej­scach za­truli,

Od czego wielu lu­dzi swe ży­cie za­koń­czyło;

Al­bo­wiem wszy­scy, któ­rzy z ich (wody) ko­rzy­stali,

Dość na­gle umarli"[21].

Ży­jący w XIV wieku fran­cu­ski po­eta Gu­il­laume de Ma­chaut, au­tor dwor­skiego po­ematu Sąd króla Na­warry, opi­sał klę­ski i epi­de­mię dżumy, która w la­tach 1349-1350 spu­sto­szyła pół­noc Fran­cji. Przed­sta­wił rów­nież ma­sa­krę Ży­dów, któ­rej się wów­czas do­pusz­czono i która w oczach tłumu była uza­sad­niona, po­nie­waż to Ży­dzi mieli spo­wo­do­wać za­razę.

"[...] wszy­scy Ży­dzi zo­stali znisz­czeni,

Jedni po­wie­szeni, inni spa­leni,

Inni znowu uto­pieni, in­nym ścięto

Głowy to­po­rem lub mie­czem"[22].

Nie­po­koje spo­łeczne były kon­se­kwen­cją cha­osu i znisz­cze­nia wy­wo­ła­nego za­razą. Ludzki po­rzą­dek rze­czy zo­stał znisz­czony. "W po­śród ta­kich opre­syj i ta­kiej żą­dzy, osła­bła, a na­wet cał­kiem scze­zła siła tak czło­wie­czych, jak i Bo­żych praw" - na­pi­sał Boc­cac­cio. "Jej stróże i wy­ko­nawcy bądź to po­umie­rali, bądź cho­rzeli albo też tylu pod­wład­nych utra­cili, że obo­wiąz­ków urzędu swego do­peł­niać nie mo­gli. Każdy przeto mógł czy­nić, co chciał"[23].

Cho­roby i śmierci nie spo­sób było prze­wi­dzieć, sta­no­wiły dzieło przy­padku, mo­gły do­paść każ­dego, bez względu na wiek, płeć, ma­ją­tek, sta­tus spo­łeczny czy za­sługi lub prze­winy. "Dziatki bie­gają koło matki zmar­łej, bu­dząc daj chleba, a ona osty­gła!"[24] - za­no­to­wał sie­dem­na­sto­wieczny le­karz ze Lwowa. Strach przed śmier­cią i po­czu­cie bez­sil­no­ści zdo­mi­no­wały inne uczu­cia. "Ro­dzice ze stra­chu uchy­lali się od opieki nad dziećmi; dzieci [uchy­lały się od pie­lę­gno­wa­nia] ro­dzi­ców. Jedni dru­gich prze­kli­nali, wy­da­wało się, że mi­łość umarła, a na­dzieja zo­stała po­grze­bana"[25] - za­no­to­wał Dłu­gosz.

Nie zna­jąc przy­czyny cho­roby, uznano czarną śmierć za karę Bożą za grze­chy, a je­dy­nym spo­so­bem na to, aby ją po­wstrzy­mać, było uzy­ska­nie Bo­żego prze­ba­cze­nia. Nie­któ­rzy wie­rzyli, że można to osią­gnąć, oczysz­cza­jąc spo­łecz­no­ści z he­re­ty­ków i Ży­dów, któ­rych przy oka­zji oskar­żano także o za­tru­wa­nie studni lub po­wie­trza. Za­dzia­łał me­cha­nizm ko­zła ofiar­nego: w ob­li­czu ka­ta­strofy, gdy nie można było prze­ciw­sta­wić się nisz­czy­ciel­skiej sile, na­le­żało zna­leźć win­nego i ska­zać go lub ra­czej po­świę­cić jako ofiarę, by za­że­gnać gniew Boga. W ten spo­sób pró­bo­wano opa­no­wać sy­tu­ację, nad którą nie dało się pa­no­wać.

W Niem­czech i Fran­cji sze­rzył się fa­na­tyzm re­li­gijny, w wielu mia­stach spo­łecz­no­ści ży­dow­skie zo­stały uni­ce­stwione. Prze­śla­do­wa­nia ob­jęły też Au­strię i Szwaj­ca­rię. Od­no­to­wał je rów­nież Dłu­gosz. Miało do nich dojść pod­czas epi­de­mii dżumy w 1348 roku: "Wielka za­raza mo­rowa, która się wdarła do Kró­le­stwa Pol­skiego, do­tknęła okrop­nym mo­rem nie tylko Pol­skę, ale i Wę­gry, Cze­chy, Da­nię, Fran­cję, Niemcy i nie­mal wszyst­kie kró­le­stwa chrze­ści­jań­skie i bar­ba­rzyń­skie, sie­jąc wszę­dzie straszną śmierć. Twier­dzili, że wy­bu­chła ona przez Ży­dów, któ­rzy za­tru­wali po­wie­trze ja­kimś ja­dem i w wielu miej­sco­wo­ściach za­bi­jano i pa­lono Ży­dów, in­nych wie­szano. Nie­któ­rzy, żeby unik­nąć chrze­ści­jan, za­bi­jali sie­bie, żony, sy­nów i córki oraz bli­skich, z wy­jąt­kiem kilku pro­win­cji i miast, które prze­ku­pione, z chci­wo­ści oszczę­dziły ich"[26].

We­dług le­gendy król Ka­zi­mierz Wielki za­ofe­ro­wał wów­czas Ży­dom schro­nie­nie w Pol­sce. Nie jest to jed­nak zgodne z prawdą, po­nie­waż Ży­dzi osie­dlali się na te­re­nach na­szego kraju już w XI wieku, na­to­miast król Ka­zi­mierz ure­gu­lo­wał ich sy­tu­ację prawną, za­twier­dza­jąc dla ko­lej­nych dziel­nic kró­le­stwa przy­wi­lej Bo­le­sława Po­boż­nego, na­da­jący mię­dzy in­nymi lud­no­ści ży­dow­skiej swo­bodę dzia­łal­no­ści eko­no­micz­nej.

Strach przed czarną śmier­cią skła­niał do ma­ni­fe­sto­wa­nia swo­jej wiary także w inny spo­sób. Na uli­cach miast po­ja­wiali się bi­czow­nicy, któ­rzy na oczach zgro­ma­dzo­nych lu­dzi wy­mie­rzali so­bie karę, skła­dali w ofie­rze swój ból, by od­wró­cić gniew nie­bios. "A kiedy nie było żad­nego za­rad­czego środka na dłu­go­trwałe utra­pie­nie, a za­raza wy­lud­niła nie tylko wiele do­mów, ale i miast, i wsi, lu­dzie zwró­cili się do prak­tyk re­li­gij­nych w prze­ko­na­niu, że to nie­szczę­ście spa­dło z po­wodu gniewu Bo­żego wy­wo­ła­nego zbrod­niami lu­dzi. Sma­gali się za­tem na­wza­jem bi­czami i ró­zgami i upo­ka­rzali in­nymi ro­dza­jami po­kuty, do­póki Bóg się nie zli­to­wał, nie od­da­lił za­razy i nie do­pu­ścił do usta­nia do­tkli­wej śmier­tel­no­ści"[27].

Męż­czyźni i ko­biety bili sie­bie i swo­ich to­wa­rzy­szy cięż­kimi skó­rza­nymi pa­sami na­bi­ja­nymi ka­wał­kami me­talu. Po­wta­rzali ten ry­tuał trzy razy dzien­nie przez wiele dni, a po­tem wę­dro­wali do na­stęp­nego mia­sta. Czę­sto przy­łą­czali się do nich nowi bi­czow­nicy, za­fa­scy­no­wani pu­blicz­nym po­ka­zem po­kuty i kary, cier­pie­nia zno­szo­nego z mę­stwem, a nie­kiedy pro­wa­dzą­cego do eks­tazy. Pro­ce­sje bi­czow­ni­ków przy­no­siły za­pewne po­cie­sze­nie lu­dziom, któ­rzy wo­bec bez­sil­no­ści in­nych za­bie­gów ma­ją­cych po­wstrzy­mać epi­de­mię, wie­rzyli, że Bóg nie od­rzuci ta­kiej ofiary i od­wróci od nich plagę. Ruch bi­czow­ni­ków wy­my­kał się jed­nak spod ko­ściel­nej kon­troli i w 1349 roku pa­pież Kle­mens VI za­ka­zał or­ga­ni­zo­wa­nia pro­ce­sji bi­czow­ni­ków.

Taniec śmierci

Epi­de­mie dżumy po­zo­sta­wiły swój ślad w sztuce i kul­tu­rze. Triumf śmierci i ta­niec śmierci - spek­takl, za­bawa kar­na­wa­łowa i te­mat ob­ra­zów w okre­sie, gdy epi­de­mie (zwłasz­cza dżuma) zbie­rały liczne ofiary - stał się szcze­gól­nie po­pu­larny i przy­po­mi­nał, że śmierć ni­kogo nie omi­nie.

"Wszak ka­nony za­ka­zują,

Nie­chaj księża nie tań­cują,

A wy­ście święci ka­płani

Gwał­tem w ten ta­niec za­brani!"

- głosi in­skryp­cja znaj­du­jąca się pod jed­nym z epi­zo­dów na ob­ra­zie Ta­niec śmierci z Kal­wa­rii Pa­cław­skiej. Jest to lu­dowa adap­ta­cja cy­klu drze­wo­ry­tów nie­miec­kiego ma­la­rza i gra­fika Hansa Hol­be­ina Młod­szego (1497-1543), w któ­rych śmierć - Wielki Tan­cerz - po­rywa do tańca przed­sta­wi­cieli wszyst­kich sta­nów, od pa­pieża po­czy­na­jąc. Te­mat naj­wcze­śniej po­ja­wił się w Niem­czech i we Fran­cji i był in­spi­ro­wany przed­sta­wie­niami o tej te­ma­tyce, które wy­sta­wiano w ko­ścio­łach i cmen­ta­rzach, a któ­rych tra­dy­cja się­gała cza­sów po­gań­skich. W XIV wieku, gdy Eu­ropę spu­sto­szyły epi­de­mie dżumy, roz­po­wszech­nił się mo­tyw triumfu śmierci uka­zu­jący jej przy­pad­ko­wość. Śmierć się­gała po tych, któ­rzy się jej nie spo­dzie­wali, i tych, któ­rzy na nią cze­kali - osoby ułomne, trę­do­wa­tych, upo­śle­dzo­nych. Po­cząt­kowo na ob­ra­zach po­ka­zy­wano umar­łych - od­ra­ża­jące trupy, roz­kła­da­jące się zwłoki to­czone przez ro­bac­two. Póź­niej wpro­wa­dzono bar­dziej es­te­tyczne przed­sta­wie­nie śmierci - ko­ścio­trupa. Triumf śmierci prze­kształ­cił się w ta­niec śmierci; na nie­któ­rych ob­ra­zach po­ka­zy­wano do­stojny ko­ro­wód szkie­le­tów i za­pro­szo­nych do tańca lu­dzi (po­cząt­kowo sa­mych męż­czyzn zaj­mu­ją­cych wszyst­kie szcze­ble hie­rar­chii spo­łecz­nej). Póź­niej do tańca, który miał ob­ra­zo­wać rów­ność wszyst­kich wo­bec śmierci, za­pro­szono także ko­biety i dzieci.

Ta­niec śmierci był po­pu­lar­nym te­ma­tem ob­ra­zów w XV-XVIII wieku. W Pol­sce naj­bar­dziej znany jest sie­dem­na­sto­wieczny ob­raz znaj­du­jący się w Kra­ko­wie w ko­ściele Ber­nar­dy­nów, a także ob­raz z klasz­toru w Kal­wa­rii Ze­brzy­dow­skiej.

Dżuma stała się też te­ma­tem dzieł li­te­rac­kich. Tek­sty uka­zują inne wy­miary rze­czy­wi­sto­ści niż kro­niki, spra­woz­da­nia czy do­ku­menty ar­chi­walne, można jed­nak z pewną dozą kry­ty­cy­zmu trak­to­wać je jako źró­dło in­for­ma­cji, po­nie­waż jest to za­pis prze­ja­wów świa­do­mo­ści spo­łecz­nej, tj. ob­razu świata, jaki po­strze­gali współ­cze­śni, i czę­sto po­ka­zuje to, czego za­bra­kło na przy­kład w su­chych re­la­cjach le­ka­rzy: "[...] ujaw­nia po­ten­cjalne dla opi­sy­wa­nego zja­wi­ska re­ak­cje kul­tu­rowe, ob­naża roz­bież­no­ści mię­dzy re­stryk­cyj­no­ścią re­guł kul­tu­ro­wych a li­cen­cyj­no­ścią jed­nost­ko­wych za­cho­wań, przed­sta­wia­jąc po­stawy ty­powe lub skrajne, za­wsze sta­nowi ja­kąś formę opisu tego, co kul­turę two­rzy, lub tego, co ją ogra­ni­cza"[28].

W De­ka­me­ro­nie Gio­vanni Boc­cac­cio przed­sta­wił prze­bieg za­razy pa­nu­ją­cej w 1348 roku we Flo­ren­cji, pod­czas któ­rej w ciągu pół roku zmarło trzy piąte miesz­kań­ców. Bę­dąc świad­kiem tych zda­rzeń, nie go­rzej od me­dy­ków opi­sał ob­jawy cho­roby, ale przede wszyst­kim przed­sta­wił to, co le­ka­rze naj­czę­ściej po­mi­jali w swo­ich tek­stach - skrajne po­stawy, ja­kie lu­dzie przyj­mo­wali wo­bec sze­rzą­cej się epi­de­mii. I tak byli wśród nich roz­tropni i wstrze­mięź­liwi, któ­rzy "Zgro­ma­dzali się w do­mach swo­ich, gdzie żyli od­cięci od świata ca­łego. Ja­dali wy­myślne po­trawy, pili wy­borne wina i chu­ciom cie­le­snym nie fol­gu­jąc, czas swój na mu­zyce, grach i tań­cach tra­wili, dla za­po­mnie­nia o za­ra­zie i śmierci, która poza ich do­mami sza­lała"[29]. Byli też he­do­ni­ści, któ­rzy ko­rzy­stali być może z ostat­nich chwil ży­cia: "twier­dząc, że naj­lep­szym le­kar­stwem na za­razę jest nie my­śleć o niej, pić i żyć we­soło, śpie­wać i żar­to­wać, wszyst­kie swoje pra­gnie­nia za­spo­ka­jać i śmiać się z tego, co się wo­kół dzieje. Tak też i czy­nili. Dzień i noc włó­czyli się po obe­rżach, pili na umór, swa­wo­lili w cu­dzych do­mach". Inni "żyli jeno zgod­nie z swym gu­stem, a ży­cze­niem. Nie za­my­kali się w do­mach, ale cho­dzili wszę­dzie, no­sząc w rę­kach kwiaty, zioła pach­nące i inne ko­rze­nie, które do nosa przy­kła­dali, w mnie­ma­niu, że po­dobne za­pa­chy siły ży­wotne w nich skrze­pią"[30]. Byli rów­nież prze­ra­żeni ucie­ka­jący z mia­sta: "naj­bar­dziej nie­użyci i bez­li­to­śni", któ­rzy twier­dzili, że naj­lep­szym środ­kiem na za­razę jest ucieczka od niej. "My­śląc tylko o so­bie, siła męż­czyzn i ko­biet opu­ściło mia­sto, domy, ma­jęt­no­ści, krew­nia­ków i prze­nio­sło się do po­sia­dło­ści swo­ich, za bra­mami grodu le­żą­cych"[31]. Epi­de­mia nisz­czyła więc nie tylko ciała, ale i du­cha, oga­ła­cała z wraż­li­wo­ści, mi­ło­ści i pro­wa­dziła do za­niku więzi mię­dzy­ludz­kich: "Nie­stety, po­wszechna klę­ska taką trwogę w umy­słach męż­czyzn i ko­biet spra­wiała, że brat opusz­czał brata, wuj sio­strzeńca, sio­stra brata, a czę­sto na­wet żona męża swego. Go­rzej jesz­cze, że oj­co­wie i matki osta­wiali dzieci swoje, nie tro­ska­jąc się o nie zu­peł­nie, tak jakby ob­cymi im były"[32] - wy­po­mi­nał Boc­cac­cio, a za nim po­wta­rzali inni, któ­rym przy­szło się zmie­rzyć z po­wie­trzem mo­ro­wym oraz cha­osem i otę­pie­niem wy­wo­ła­nym przez mór w ludz­kich umy­słach.

Szczury, które stały się sym­bo­lem dżumy, u Boc­cac­cia nie wy­stę­pują. Po­ja­wiły się w wy­da­nym w 1722 roku Dzien­niku roku za­razy Da­niela De­foe, opi­su­ją­cym wielką epi­de­mię tej cho­roby pa­nu­jącą w Lon­dy­nie w la­tach 1665-1666. Jed­nak szczury są tam tylko jed­nym z po­dej­rza­nych zwie­rząt, które mogą prze­no­sić "wy­ziewy bądź za­raź­liwe mia­zmaty cho­rych ciał na­wet we wło­sach i sier­ści"[33]. To po­dej­rze­nie do­pro­wa­dziło do dra­stycz­nych po­su­nięć wo­bec zwie­rząt do­mo­wych - wszyst­kie psy i koty ka­zano po­za­bi­jać. "Użyto rów­nież wszel­kich moż­li­wych środ­ków, by wy­nisz­czyć my­szy i szczury, zwłasz­cza te ostat­nie, przez za­kła­da­nie tru­tek i róż­nych in­nych za­bój­czych środ­ków, to­też zgła­dzono ich rów­nież nie­prze­brane mnó­stwo"[34]. Czy te dzia­ła­nia wy­warły ja­kiś wpływ na prze­bieg epi­de­mii, au­tor nie od­no­to­wał. Sku­pił się na opi­sie pra­wie wy­lud­nio­nego mia­sta, ludz­kich za­cho­wań i przy­gnę­bia­ją­cego na­stroju.

Al­bert Ca­mus w Dżu­mie (1947) utrwa­lił ob­raz szczura jako no­si­ciela za­razy, po­ja­wie­nie się tych zwie­rząt było jed­no­cze­śnie jej zwia­stu­nem, któ­rego nie po­tra­fiono po­praw­nie od­czy­tać. Nie­po­kój na­ra­stał wraz z ro­snącą liczbą znaj­dy­wa­nych mar­twych zwie­rząt, jed­nak gdy wy­mie­ra­nie ustało, wy­da­wało się, że na­stąpi po­wrót do nor­mal­no­ści. "Liczba zna­le­zio­nych gry­zoni wciąż ro­sła i każ­dego ranka plon sta­wał się bar­dziej ob­fity. Czwar­tego dnia szczury za­częły wy­cho­dzić, by umie­rać gro­mad­nie. Wy­nu­rzały się dłu­gimi chwiej­nymi sze­re­gami, by za­ko­ły­sać się w świe­tle, za­krę­cić w miej­scu i sko­nać w po­bliżu lu­dzi. Nocą na ko­ry­ta­rzach i ulicz­kach sły­chać było wy­raź­nie ich ni­kły pisk ago­nii [...] 28 kwiet­nia In­fdok ogło­siła, że ze­brano 8000 szczu­rów, i lęk w mie­ście do­się­gnął szczytu. Żą­dano ra­dy­kal­nych środ­ków, oskar­żono wła­dze, a ci, co mieli domy nad brze­giem mo­rza, mó­wili już o tym, by się tam schro­nić. Ale na­za­jutrz agen­cja do­nio­sła, że zja­wi­sko ustało gwał­tow­nie i że służba od­szczu­rza­nia ze­brała nie­znaczną tylko ilość mar­twych szczu­rów. Mia­sto ode­tchnęło"[35].

Ca­mus przede wszyst­kim po­ka­zał jed­nak dżumę jako nisz­czy­ciel­ski ży­wioł, wo­bec któ­rego czło­wiek, tak jak i szczury, jest bez­radny, czę­sto zre­du­ko­wany do swo­jej bio­lo­gicz­no­ści, ale nie­po­zba­wiony wol­nej woli. "Wkrótce zmar­łych na dżumę trzeba było od­wo­zić do kre­ma­to­rium. Ale te­raz mu­siano użyć sta­rego pieca do spo­pie­la­nia zwłok, który znaj­do­wał się we wschod­niej stro­nie mia­sta, za bra­mami. Po­ste­ru­nek straży prze­su­nięto da­lej, a pe­wien urzęd­nik me­ro­stwa uła­twił znacz­nie za­da­nie władz, ra­dząc użyć tram­wa­jów, które daw­niej ob­słu­gi­wały skalną drogę nad­mor­ską i stały te­raz bez­u­ży­teczne. W tym celu przy­sto­so­wano wnę­trza wo­zów mo­to­ro­wych i przy­czep, usu­wa­jąc sie­dze­nia; li­nia za­wra­cała przy piecu, który w ten spo­sób stał się sta­cją krań­cową. Pod ko­niec lata, po­dob­nie jak pod­czas desz­czów je­sien­nych, co noc skalną drogą wspi­nały się dziwne or­szaki tram­wa­jów bez pa­sa­że­rów, ko­ły­sząc się nad mo­rzem. Miesz­kańcy do­wie­dzieli się w końcu, co to jest. I mimo pa­troli bro­nią­cych wej­ścia na drogę lu­dzie dość czę­sto prze­do­sta­wali się na skały ster­czące nad fa­lami i gdy prze­jeż­dżały tram­waje, rzu­cali kwiaty do środka. Sły­chać było wów­czas, jak tram­waje po­skrzy­pują w let­niej nocy, dźwi­ga­jąc ła­du­nek kwia­tów i tru­pów"[36]. Na taki gest stać było jed­nak tylko nie­któ­rych, strach zwy­kle odzie­rał lu­dzi z tego, co ludz­kie.

Zbyt duże straty, nie­za­leż­nie od cza­sów, w któ­rych ży­jemy, "znie­czu­lają wy­obraź­nię na roz­miar cier­pie­nia" - na­pi­sał Gu­staw Her­ling-Gru­dziń­ski w Dżu­mie w Ne­apolu. W 1647 roku epi­de­mia dżumy spo­wo­do­wała w tym mie­ście śmierć prze­szło po­łowy z 750 ty­sięcy miesz­kań­ców. I tu za­pa­no­wał chaos - nie star­czało miej­sca na cmen­ta­rzach i nie miał kto grze­bać umar­łych, a ulice były za­słane tru­pami tak, "że ka­roce ja­dące w kie­runku Pa­łacu wgnia­tały głę­biej i głę­biej w zie­mię ochrzczone mięso ludz­kie"[37]. Strach po­wo­do­wał, że lu­dzie pa­dali ofiarą sza­leń­stwa i rzu­cali się w prze­paść lub do mo­rza. Ze­rwały się wszyst­kie więzy spo­łeczne i ro­dzinne: "Nie było rze­czą moż­liwą uj­rzeć przy­ja­ciela po­cie­sza­ją­cego przy­ja­ciela lub spie­szą­cego mu z po­mocą - krew­nego wy­cią­ga­ją­cego rękę do cho­rego krew­nego, męża że­gna­ją­cego ko­na­jącą żonę. Le­karz do­ty­kał cho­rego i ucie­kał. Sługa po­da­wał panu obiad i ucie­kał. Oj­ciec uni­kał cho­rego syna, żona za­my­kała na klucz drzwi do po­koju zło­żo­nego nie­mocą męża. Syn nie śmiał po­cho­wać zmar­łego ojca, lecz nocą wy­no­sił go owi­nię­tego w prze­ście­ra­dło przed bramę domu, ocze­ku­jąc, że fur­gon gra­ba­rzy za­uważy i za­bie­rze zwłoki"[38].

W opi­sach epi­de­mii i dzie­łach li­te­rac­kich po­ja­wia się wspólny wą­tek: epi­de­mia jako źró­dło kry­zysu spo­łecz­nego, cha­osu i anar­chii oraz po­stę­pu­ją­cej de­struk­cji więzi mię­dzy­ludz­kich, które ujaw­niają nie­trwa­łość spo­łecz­nego po­rządku. Dżuma stała się sym­bo­lem strasz­nej cho­roby i śmierci, ale też de­gra­da­cji i roz­padu spo­łe­czeń­stwa.

* * *

W Eu­ro­pie epi­de­mie dżumy wy­ga­sły na po­czątku XIX wieku. Współ­cze­sna me­dy­cyna dzięki an­ty­bio­ty­ko­te­ra­pii może znacz­nie zła­go­dzić skutki cho­roby, jed­nak cał­ko­wi­cie jej nie wy­eli­mi­no­wała. We­dług Świa­to­wej Or­ga­ni­za­cji Zdro­wia każ­dego roku ob­ser­wuje się od ty­siąca do trzech ty­sięcy przy­pad­ków dżumy. Na­dal też pro­wa­dzone są ba­da­nia nad bak­te­riami Yer­si­nia. Na­ukowcy usi­łują mię­dzy in­nymi wy­ja­śnić ewo­lu­cję pa­to­gen­nej Yer­si­nia, mo­le­ku­larne pod­stawy pa­to­ge­nicz­no­ści Y. pe­stis, me­cha­ni­zmy od­por­no­ści go­spo­da­rza, ba­dają także opor­ność Yer­si­nia na an­ty­bio­tyki.

[1] Mar­cin Ruf­fus z We­lca, Epi­tome opu­sculi..., s. 10-11.

[2] A.E. Wolff, Trak­ta­cik o Po­wie­trzu mo­ro­wym dla Ludu Pol­skiego, s. 5-6.

[3] G. Boc­cac­cio, De­ka­me­ron. Pro­log, https://pl.wi­ki­so­urce.org/wiki/De­ka­me­ron/Pro­log (do­stęp 12.04.2021).

[4] P. Umia­stow­ski, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce (w wie­kach ubie­głych), War­szawa 1899, s. 79.

[5] Bro­szura nie­zna­nego au­tora, 1771, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 81-82.

[6] P. Umia­stow­ski, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 129.

[7] A. Wolff, Trak­ta­cik o Po­wie­trzu mo­ro­wym dla Ludu Pol­skiego, s. 79.

[8] Wł. Plan­tago ma­ior - babka zwy­czajna.

[9] Stpol. liść.

[10] No­tatki le­ka­rza... s. 212.

[11] J. Dłu­gosz, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 38.

[12] G. Boc­cac­cio, De­ka­me­ron. Pro­log. https://pl.wi­ki­so­urce.org/wiki/De­ka­me­ron/ca%C5%82o%C5%9B%C4%87 (do­stęp 12.04.2021).

[13] J. Dłu­gosz, cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 38.

[14] Tamże, s. 39.

[15] Cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 55-56.

[16] Cyt. za F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce, s. 57.

[17] No­tatki le­ka­rza..., s. 224.

[18] Cyt. za F.M. So­biesz­czań­ski, Rys hi­sto­ryczno-sta­ty­styczny..., s. 68.

[19] Opis z pro­to­kołu kon­fra­terni św. Be­nona, cyt. za F.M. So­biesz­czań­ski, Rys hi­sto­ryczno-sta­ty­styczny..., s. 68-69.

[20] J. Ler­net, Roz­prawa o mo­rze, "Rocz­niki To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skiego War­szaw­skiego Przy­ja­ciół Nauk", t. 11, 1817, s. 35.

[21] Cyt. za R. Gi­rard, Ko­zioł ofiarny, Łódź 1982, s. 7.

[22] Tamże.

[23] G. Boc­cac­cio, De­ka­me­ron...

[24] No­tatki le­ka­rza..., s. 222.

[25] J. Dłu­gosz, Rocz­niki, czyli kro­niki sław­nego Kró­le­stwa Pol­skiego..., Ks. IX, s. 319. https://po­lona.pl/item/jana-dlu­go­sza-rocz­niki-czyli-kro­niki-slaw­nego-kro­le­stwa-pol­skiego-ks-9-1300-1370,Mzg­zND­c5MDg/324/#info:me­ta­data

[26] J. Dłu­gosz, Rocz­niki, czyli Kro­niki sław­nego Kró­le­stwa Pol­skiego..., Ks. IX, s. 318.

[27] Tamże, s. 325.

[28] E. Ko­sow­ska, An­tro­po­lo­gia li­te­ra­tury. Tek­sty, kon­tek­sty, in­ter­pre­ta­cje, Ka­to­wice 2003, s. 35, cyt. za E. I. Ru­dolf, Od dżumy do Eboli. Spo­sób przed­sta­wie­nia wy­bra­nych cho­rób za­raź­li­wych w przy­kła­do­wych tek­stach li­te­ra­tury po­pu­lar­nej, Wro­cław 2019, s. 21.

[29] G. Boc­cac­cio, De­ka­me­ron. Pro­log...

[30] Tamże.

[31] Tamże.

[32] Tamże.

[33] D. De­foe, Dzien­nik roku za­razy, s. 115.

[34] Tamże.

[35] A. Ca­mus, Dżuma, s. 10-11.

[36] A. Ca­mus, Dżuma, s. 111-112.

[37] G. Her­ling-Gru­dziń­ski, Dżuma w Ne­apolu, [w:] Cud. Dżuma w Ne­apolu, Wy­daw­nic­two Li­te­rac­kie, 1998, s. 53.

[38] Są to słowa Floro, sie­dem­na­sto­wiecz­nego hi­sto­ryka z Ne­apolu; tamże, s. 54.

Zakończenie

Epi­de­mie są zja­wi­skiem do­ty­czą­cym róż­nych sfer ży­cia - nie tylko zdro­wia i dzia­łań bio­me­dycz­nych. Wpły­wają na wiele ob­sza­rów, mają kon­se­kwen­cje po­li­tyczne, spo­łeczne, eko­no­miczne, re­li­gijne i inne. W Krót­kiej hi­sto­rii epi­de­mii opi­sa­łam wy­brane epi­zody do­ty­czące kil­ku­na­stu epi­de­micz­nych cho­rób za­kaź­nych, po­ja­wia­ją­cych się na prze­strzeni wie­ków, które po­zwa­lają spoj­rzeć na zja­wi­sko epi­de­mii z róż­nych stron. Jedne, jak trąd czy ospa praw­dziwa, drę­czyły ludz­kość od za­ra­nia dzie­jów, inne stały się efek­tem zmian cy­wi­li­za­cyj­nych. Wszyst­kie nio­sły ze sobą chaos i znisz­cze­nie, były od­wrot­no­ścią po­stępu, sta­wały w po­przek ludz­kich dą­żeń do lep­szego ży­cia w upo­rząd­ko­wa­nym świe­cie.

Hi­sto­rię epi­de­mii można od­czy­tać na wiele spo­so­bów - może to być hi­sto­ria po­szu­ki­wań zmie­rza­ją­cych do wy­kry­cia przy­czyny cho­roby: ta hi­sto­ria za­częła się od szu­ka­nia tkwią­cej w czło­wieku zgni­li­zny mo­ral­nej, wy­stęp­ków prze­ciwko czy­sto­ści ciała i du­cha, pro­wa­dziła po­przez szko­dliwe ba­gienne wy­ziewy i roz­no­szone przez wiatr nie­zdrowe mia­zmaty, by w XIX wieku wy­kry­sta­li­zo­wać się pod po­sta­cią cho­ro­bo­twór­czych mi­kro­bów. Nowe spoj­rze­nie na cho­roby za­kaźne - od­kry­cie pa­to­ge­nów i łań­cu­cha epi­de­mio­lo­gicz­nego, który po­zwala do­trzeć do źró­dła za­razy, po­ja­wiło się, gdy epi­de­mie cho­lery do­tarły do Eu­ropy. Cho­roba roz­prze­strze­niła się w wiel­kich prze­lud­nio­nych mia­stach, gdzie ścieki od­pro­wa­dzano do rzek, skąd prze­do­sta­wały się do ujęć wody pit­nej. Woda - źró­dło ży­cia - oka­zała się źró­dłem za­ka­że­nia, mi­kroby stały się wro­giem nu­mer je­den hi­gie­ni­stów, a wo­do­ciągi, fil­try i ka­na­li­za­cja - nie­zbęd­nym ele­men­tem prze­strzeni miej­skiej, zaś de­zyn­fek­cja nie­mal cu­dow­nym środ­kiem przy­wra­ca­nia nie­po­ka­la­nej czy­sto­ści.

Od po­łowy XIX wieku za­gro­że­niem są już nie tylko ba­gienne wy­ziewy, lecz także nie­czy­sto­ści, które czło­wiek usuwa ze swo­jego naj­bliż­szego oto­cze­nia. Po­woli ujaw­nia się "za­mia­tane pod dy­wan" od­pady i tok­syny. Nie­bez­pieczne skutki za­rzą­dza­nia przy­rodą stają się co­raz bar­dziej do­strze­galne, co­raz wy­raź­niej wi­dać, że je­ste­śmy cząstką skom­pli­ko­wa­nego eko­sys­temu, który nisz­czymy i pró­bu­jemy zmie­niać, nie ro­zu­mie­jąc jego zło­żo­no­ści. Po­ja­wiają się za­dzi­wia­jące i chi­me­ryczne epi­de­mie po­lio - cho­roby, która od prze­łomu XIX i XX wieku do lat 60. XX wieku spę­dzała sen z po­wiek ro­dzi­com oba­wia­ją­cym się o zdro­wie swo­ich dzieci. Po­lio roz­prze­strze­niało się tam, gdzie po­stęp zmie­nił naj­bliż­sze oto­cze­nie w ste­rylny ko­kon dla nie­mow­ląt, który po­zba­wił je na­tu­ral­nej od­por­no­ści. W XX wieku ujaw­niają się ko­lejne związki mię­dzy śro­do­wi­skiem a epi­de­miami. Zmiany kli­ma­tyczne po­cią­gają za sobą zmiany wy­stę­po­wa­nia pa­so­ży­tów roz­no­szą­cych cho­roby; de­gra­da­cja śro­do­wi­ska na­tu­ral­nego, roz­ra­sta­nie się miast sprzyja ak­tyw­no­ści "pla­stycz­nych" wi­ru­sów, które mu­tu­jąc, prze­no­szą się ze zwie­rząt na lu­dzi, a dzięki glo­ba­li­za­cji i ludz­kiej mo­bil­no­ści mogą być roz­no­szone po ca­łym świe­cie. AIDS - dżuma XX wieku, cho­roba z opóź­nio­nym za­pło­nem, która wy­kieł­ko­wała na styku świata zwie­rząt i lu­dzi, to jedno ze scho­rzeń prze­ła­mu­ją­cych ba­rierę im­mu­no­lo­giczną. Ta­kich przy­kła­dów jest wię­cej; go­rączki krwo­toczne denga, ebola, wy­ra­sta­jące w trze­wiach Afryki, nisz­czą lo­kalne spo­łecz­no­ści i mogą się stać bro­nią bio­ter­ro­ry­stów. I w końcu ko­ro­na­wi­rusy, po­cząt­kowo pra­wie nie­groźne, z cza­sem na­bie­rają siły, mu­tują i do­sto­so­wują się do or­ga­ni­zmów ludz­kich, for­su­jąc ko­lejne im­mu­no­lo­giczne za­pory.

Inny aspekt hi­sto­rii epi­de­mii to po­szu­ki­wa­nia bra­ku­ją­cych ogniw łań­cu­chów epi­de­mio­lo­gicz­nych, nie­świa­do­mych swo­jej roli no­si­cieli cho­rób (lu­dzi i zwie­rząt) "re­zer­wu­arów" i "wek­to­rów"; szczu­rów i pcheł roz­no­szą­cych dżumę, wszy za­ka­żo­nych ty­fu­sem, ko­ma­rów, któ­rych ukłu­cie po­wo­duje roz­wój żół­tej fe­bry czy go­rączki denga. W tę hi­sto­rię wpi­suje się ty­fus - dur pla­mi­sty, który jest in­fek­cją roz­no­szoną przez wszy, cho­robą oko­pową, wo­jenną i po­wo­jenną, cho­robą biedy i braku czy­stej bie­li­zny na zmianę. In­sekty stają się ko­lej­nym wro­giem hi­gie­ni­stów, a pre­pa­raty in­sek­to­bój­cze ura­stają nie­mal do cu­dow­nych środ­ków ma­ją­cych moc po­wstrzy­ma­nia epi­de­mii. W la­tach 40. XX wieku ta­kim nie­malże ma­gicz­nym środ­kiem stało się DDT - pro­szek na wszy, dzięki któ­remu plaga ty­fusu nie roz­lała się po Eu­ro­pie Za­chod­niej.

Po­szu­ki­wa­nie le­ków i środ­ków za­bez­pie­cza­ją­cych przed mo­rem to jesz­cze inna od­słona hi­sto­rii epi­de­mii. Przez wieki fał­szywe wy­obra­że­nia o źró­dłach i spo­so­bach sze­rze­nia się cho­rób za­kaź­nych wio­dły na ma­nowce sztuki le­kar­skiej i nie przy­no­siły po­żą­da­nego skutku. Nie wy­star­czyły ani mo­dli­twy ochronne, ani bi­cie w dzwony i szu­ka­nie opieki u świę­tych pa­tro­nów; nie­wiele po­mo­gły aro­ma­tyczne ka­dzi­dła, a jesz­cze mniej leki czysz­czące or­ga­nizm ze zgni­li­zny. Prze­łom w po­dej­ściu do za­po­bie­ga­nia cho­ro­bom za­kaź­nym do­ko­nał się za sprawą ospy praw­dzi­wej - na­stała epoka szcze­pień i le­cze­nia su­ro­wicą. W tę hi­sto­rię wplata się hi­sto­ria bło­nicy - cho­roby przy­rów­ny­wa­nej do za­ci­ska­nej na szyi ga­roty - i walki le­ka­rzy o od­dech cho­rych, prób uda­nych i prze­gra­nych. To hi­sto­ria mor­der­czego wy­ścigu na Ala­sce, pod­ję­tego, by do­star­czyć cho­rym ra­tu­jącą ży­cie su­ro­wicę; wy­ścigu, który uświa­do­mił le­ka­rzom ko­niecz­ność ma­so­wych szcze­pień. To także hi­sto­ria szcze­pień prze­ciwko po­lio i nie­uda­nych prób opra­co­wa­nia szcze­pionki prze­ciwko go­rączce denga.

Szcze­pie­nia dla jed­nych stały się wy­ba­wie­niem, dla in­nych wy­na­laz­kiem nie­bez­piecz­nym i kon­tro­wer­syj­nym, a na­wet nie­zgod­nym z pra­wem bo­skim, a także za­ma­chem na wol­ność oby­wa­tel­ską. An­tysz­cze­pion­kowcy się­gają po różne ar­gu­menty. W od­le­głych kul­tu­rowo re­gio­nach ak­cje zwal­cza­nia cho­rób we­dług za­sad Za­chodu są po­strze­gane jako za­gro­że­nie, od­nowa daw­nych ko­lo­nial­nych prak­tyk, na­rzu­ca­nie wła­dzy. Teo­rie spi­skowe dla miesz­kań­ców tych re­gio­nów są le­piej zro­zu­miałe i sa­tys­fak­cjo­nu­jące od bier­nego pod­da­wa­nia się woli ob­cych. Nie­udana próba era­dy­ka­cji po­lio to je­den z epi­zo­dów tej hi­sto­rii, w któ­rej zwy­cię­żają na­pę­dzane stra­chem i nie­uf­no­ścią wo­bec ob­cych teo­rie spi­skowe.

Hi­sto­ria epi­de­mii jest rów­nież hi­sto­rią to­wa­rzy­szą­cego epi­de­miom cha­osu, znisz­cze­nia ładu i roz­padu więzi spo­łecz­nych, które są nie mniej groźne niż zdro­wotne skutki moru. Na prze­strzeni wie­ków chaos sta­rano się opa­no­wać na różne spo­soby. Pod­czas epi­de­mii dżumy po­ja­wiała się nowa wła­dza - bur­mistrz mo­rowy, wpro­wa­dzano izo­la­cję i kwa­ran­tannę, za­kazy i na­kazy do­ty­czące prze­strze­ga­nia po­rządku, po­stę­po­wa­nia z cho­rymi, po­chówku zmar­łych, kary i po­datki. Wpro­wa­dzono po­dział lu­dzi na zdro­wych i cho­rych, za­po­wie­trzo­nych, trę­do­wa­tych, za­dżu­mio­nych, za­wszo­nych, ska­la­nych cho­robą; lu­dzi, któ­rych na­leży od­izo­lo­wać, usu­nąć ze spo­łe­czeń­stwa, by nie za­gra­żali in­nym. Po­wstały le­pro­zo­ria i ko­lo­nie dla trę­do­wa­tych; wy­spy, na które wy­wo­żono cho­rych i po­dej­rza­nych o cho­robę; domy o drzwiach na­zna­czo­nych ostrze­gaw­czym zna­kiem, w któ­rych za­my­kano za­po­wie­trzo­nych; two­rzono szpi­tale cho­le­ryczne, izo­la­to­ria, miej­sca kwa­ran­tanny. Prze­strzeń zo­stała po­dzie­lona, wy­zna­czano nowe gra­nice - mia­sta za­my­kały swoje mury, oko­py­wały się, wsie usta­wiały ochronne krzyże, obo­ry­wały gra­niczny pas ziemi, od­gra­dzały się od złego i od reszty świata. Kor­dony sa­ni­tarne usta­wiano na gra­ni­cach, stat­ków nie wpusz­czano do por­tów. Lu­dzie ucie­kali z miast lub za­my­kali się w swo­ich do­mach. Ro­sły nie­uf­ność, dy­stans i strach. Po­ja­wiła się po­trzeba zna­le­zie­nia ko­zła ofiar­nego.

W ciągu wie­ków epi­de­mie ob­ro­sły wie­rze­niami i ry­tu­ałami, roz­po­częły ta­niec śmierci i wy­wo­łały bunty cho­le­ryczne, tra­fiły do li­te­ra­tury i fil­mów, ze świata na­tury zo­stały wcią­gnięte do świata kul­tury, stwo­rzyły wła­sną hi­sto­rię. Po­stać ko­zła ofiar­nego, któ­rego na­le­żało po­świę­cić, by ży­cie wró­ciło do nor­mal­no­ści, to­wa­rzy­szyła epi­de­miom przez wieki, była spo­so­bem na bez­sil­ność, pro­duk­tem nie­zgody czy wręcz wście­kło­ści na znisz­cze­nie i przy­pad­ko­wość, jaką nio­sły ze sobą epi­de­mie, na bez­sens cho­roby i śmierci. Mo­gła być do­brze wi­doczna i stać się re­alną ofiarą, jak miało to miej­sce w okre­sie dżumy, mo­gła też ukry­wać się w teo­riach spi­sko­wych i fake new­sach.

Dzi­siej­sza rze­czy­wi­stość pan­de­mii CO­VID-19 to szpi­tale i kwa­ran­tanny, te­sty i szcze­pie­nia, im­mu­no­lo­gia, ge­ne­tyka mo­le­ku­larna i gro­ma­dze­nie da­nych po­zwa­la­jące prze­zwy­cię­żyć chaos epi­de­mii, który ode­brał nam rolę kre­atora rze­czy­wi­sto­ści. To prze­ka­zy­wa­nie in­for­ma­cji - ko­mu­ni­katy o za­ka­żo­nych, o cho­rych, o licz­bie zmar­łych; wy­kresy, pro­gnozy, sta­ty­styki - współ­cze­sny ta­niec śmierci; pod­gląd do­stępny dla każ­dego. Każdy może spraw­dzić, że grupy od­po­wie­dzialne dzia­łają, gro­ma­dzą dane, pa­nują nad sy­tu­acją, wy­dają za­rzą­dze­nia, in­for­mują. Rze­telne wia­do­mo­ści mają wy­przeć fake newsy i emo­cjo­nal­nie na­ła­do­wane teo­rie spi­skowe; mają prze­ko­ny­wać, że sy­tu­acja jest pod kon­trolą. In­for­mo­wa­nie i ostrze­ga­nie spo­łe­czeń­stwa o za­gro­że­niu epi­de­micz­nym staje się środ­kiem na­praw­czym i ostrze­gaw­czym. Nie za­wsze tak było. W hi­sto­rii epi­de­mii przy­kła­dem może być grypa hisz­panka, ba­ga­te­li­zo­wana i po­mi­jana mil­cze­niem; epi­de­mia, z którą wal­czono w cie­niu Wiel­kiej Wojny, gdy cen­zura i obawa przed osła­bie­niem pa­trio­tycz­nych na­stro­jów nie po­zwa­lała in­for­mo­wać spo­łe­czeń­stwa o re­al­nym za­gro­że­niu. I jej kon­se­kwen­cje - ofiary li­czone w mi­lio­nach. Ko­lejny przy­kład to SARS, epi­de­mia po­cząt­kowo prze­mil­czana przez wła­dze chiń­skie, wy­tro­piona jed­nak przez po­dejrz­li­wego "wiel­kiego brata" - Glo­balną Sieć Wy­wiadu Zdro­wia Pu­blicz­nego (GPHIN - Glo­bal Pu­blic He­alth In­tel­li­gence Ne­twork).

Hi­sto­ria epi­de­mii nie jest za­tem pro­stą hi­sto­rią, nie opo­wiada je­dy­nie o walce czło­wieka z na­turą, z drob­no­ustro­jami i wi­ru­sami. Ma wiele zwro­tów i bocz­nych ście­żek. Po­ka­zuje, że walka z epi­de­mią to rów­nież ście­ra­nie się róż­nych grup in­te­re­sów, wła­dzy, kon­cer­nów far­ma­ceu­tycz­nych z ide­ami hu­ma­ni­ta­ry­zmu i z pra­wem do sa­mo­sta­no­wie­nia. Przed­sta­wia kul­tu­rową otoczkę, wie­rze­nia i ry­tu­ały na­ro­słe wo­kół epi­de­mii, ale i ba­da­nia łań­cu­chów epi­de­mio­lo­gicz­nych, dróg sze­rze­nia się za­razy, po­szu­ki­wa­nia ukry­tych no­si­cieli i zło­żo­nych me­cha­ni­zmów mi­kro­bio­lo­gicz­nego ty­gla, w któ­rym for­mują się za­wiązki no­wych cho­rób. A w końcu po­ka­zuje, że pod­le­gamy pra­wom na­tury, które w an­tro­po­cen­trycz­nej wi­zji świata są trudne do za­uwa­że­nia i nie­zgodne z na­szymi dą­że­niami.

Bibliografia

Część I. Plaga, mór, morowe powietrze, zaraza

J.E. Ca­mu­set, Krotka Iin­for­ma­cya O zágęsz­czo­ney Go­rączce, Fe­brze, Máli­gnie, Epi­de­mic? ták w Wár­sza­wie grás­su­ią­cey iako też y ná in­nych miey­scách w Roku 1737. Z wy­ráże­niem spo­so­bow źácho­wánia y ku­ro­wa­nia. War­szawa 1737 (Pdf) on­line: https://jbc.bj.uj.edu.pl/pu­bli­ca­tion/655620 (do­stęp 07.01.2021).

F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce (w wie­kach ubie­głych), 1899, on­line http://bc.wbp.lu­blin.pl/dli­bra/do­cme­ta­data?id=2970&from=pub­stats (do­stęp 21.04.2021).

A. Datko, Święty Roch i Zgro­ma­dze­nie Braci Mi­ło­sier­dzia św. Ro­cha, on­line: http://www.eaz­drasz.eu/2018/08/swiety-roch-i-zgro­ma­dze­nie-braci.html (do­stęp 21.04.2021).

A. Kar­piń­ski, Ko­pa­cze - gra­ba­rze mo­rowi w mia­stach Rze­czy­po­spo­li­tej XVI-XVIII wieku, "Kwar­tal­nik Hi­sto­rii Kul­tury Ma­te­rial­nej" nr 3/2014, s.

No­tatki le­ka­rza w cza­sie mo­ro­wego po­wie­trza 1623 r. we Lwo­wie, przez J.I. Kra­szew­skiego, "Ate­num" 1850 t. II, on­line https://www.wbc.po­znan.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/496333/edi­tion/403291?lan­gu­age=pl (do­stęp 21.04.2021).

Pa­troni anty-za­ra­zowi, Mu­zeum Mi­ko­łaja Ko­per­nika we From­borku, on­line http://from­bork.art.pl/pl/pa­troni-anty-za­ra­zowi/ (do­stęp 21.04.2021).

M.K. Pie­kar­ska, Za­ułki hi­sto­rii: Dla­czego Matka Boża Ła­skawa zo­stała pa­tronką War­szawy, on­line https://miesz­ka­niec.pl/dla­czego-matka-boza-la­skawa-zo­stala-pa­tronka-war­szawy/ (do­stęp 21.04.2021).

K. Pę­kacka-Fal­kow­ska, Amu­lety prze­ciw­dżu­mowe, Pa­saż Wie­dzy Mu­zeum Pa­łacu Króla Jana III So­bie­skiego w War­sza­wie, on­line https://www.wi­la­now-pa­lac.pl/amu­le­ty­_prze­ciw­dzu­mowe.html (do­stęp 21.04.2021).

K. Pę­kacka-Fal­kow­ska, Dria­kiew, mi­try­dat i te­riak, czyli wcze­sno­no­wo­żytne pa­na­cea, Si­lva Re­rum Mu­zeum Pa­łacu Króla Jana III So­bie­skiego w War­sza­wie, 31.10.2013, on­line https://www.wi­la­now-pa­lac.pl/print/dria­kie­w_mi­try­da­t_i­_te­ria­k_czy­li­_w­cze­sno­no­wo­zyt­ne­_pa­na­cea.html (do­stęp 21.04.2021).

K. Pę­kacka-Fal­kow­ska, Bez­oary, Si­lva Re­rum Mu­zeum Pa­łacu Króla Jana III So­bie­skiego w War­sza­wie, 31.10.2013, on­line https://www.wi­la­now-pa­lac.pl/bez­oary.html (do­stęp 21.04.2021).

S. Pe­trycy, In­struc­tia Abo Na­uka, Iak Się Spra­wo­wać Czasu moru, 1613, on­line https://www.dbc.wroc.pl/pu­bli­ca­tion/143074 (do­stęp 21.04.2021).

Mar­cin Ruf­fus z We­lca, Epi­tome opu­sculi. To iest grun­towna y do­sta­teczna sprawa: o ia­do­wi­dey y za­raź­li­wey nie­mocy Pe­sti­le­myey, albo mo­ro­wego po­wie­trza, 1588, on­line https://www.wbc.po­znan.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/559623/edi­tion/481101/con­tent (do­stęp 21.04.2021).

F.M. So­biesz­czań­ski, Rys hi­sto­ryczno-sta­ty­styczny wzro­stu i stanu mia­sta War­szawy od cza­sów naj­daw­niej­szych aż do 1847 roku, War­szawa 1848, on­line https://bbc.mbp.org.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/11344 (do­stęp 21.04.2021).

A.E. Wolff, Trak­ta­cik o Po­wie­trzu mo­ro­wym dla Ludu Pol­skiego, XVIII w, on­line https://www.wbc.po­znan.pl/dli­bra/show-con­tent/pu­bli­ca­tion/edi­tion/78798?id=7879 (do­stęp 21.04.2021).

Po­czet kra­kow­ski, ha­sło: Jan Gau­denty Za­cherla, on­line https://www.po­czet­kra­kow­ski.pl/tomy/sho­w_ar­ticle,jan-gau­denty-za­cherla-764.html (do­stęp 21.04.2021).

Ustawa z dnia 5 grud­nia 2008 r. o za­po­bie­ga­niu oraz zwal­cza­niu za­ka­żeń i cho­rób za­kaź­nych u lu­dzi. Dz.U. 2008 nr 234 poz. 1570; https://isap.sejm.gov.pl/isap.nsf/Do­cDe­ta­ils.xsp?id=WDU­20082341570 (do­stęp 10.12.2020).

Część II. Dżuma

G. Boc­cac­cio, De­ka­me­ron, Pro­log on­line https://pl.wi­ki­so­urce.org/wiki/De­ka­me­ron/Pro­log (do­stęp 12.04.2021).

A. Ca­mus, Dżuma, (Pdf). https://do­cer.pl/doc/ec1x0n

D. De­foe, Dzien­nik roku za­razy (1722), tłum. J. Dmo­chow­ska, (Pdf) https://po­lona.pl/item/dzien­nik-roku-za­razy,NzU­1N­zU1/1/#info:me­ta­data (do­stęp 03.04.2021).

J. Dłu­gosz, Rocz­niki czyli Kro­niki sław­nego Kró­le­stwa Pol­skiego. Ks. 9, 1300-1370; https://po­lona.pl/item/jana-dlu­go­sza-rocz­niki-czyli-kro­niki-slaw­nego-kro­le­stwa-pol­skiego-ks-9-1300-1370,Mzg­zND­c5MDg/10/#info:me­ta­data (do­stęp 21.04.2021).

F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce (w wie­kach ubie­głych), War­szawa 1899, on­line: http://bc.wbp.lu­blin.pl/dli­bra/do­cme­ta­data?id=2970&from=pub­stats (do­stęp 21.04.2021).

R. Gi­rard, Ko­zioł ofiarny, Łódź 1982.

G. Her­ling-Gru­dziń­ski, Dżuma w Ne­apolu, [w:] Cud. Dżuma w Ne­apolu, Kra­ków 1998.

M. Ibeji, Black De­ath: The Di­se­ase, on­line: http://www.bbc.co.uk/hi­story/bri­tish/mid­dle­_a­ges/black­di­se­ase­_01.shtml (do­stęp 10.07.2020).

E. Kar­pacz, "Opła­kane czasy" - epi­de­mia dżumy w Kra­ko­wie w la­tach 1707-1710. Przy­czy­nek do ba­dań nad upad­kiem kró­lew­skiego mia­sta "Fo­lia Hi­sto­rica Cra­co­vien­sia" XVIII, 2012; http://cza­so­pi­sma.upjp2.edu.pl/fo­lia­hi­sto­ri­ca­cra­co­vien­sia/ar­ticle/view/222 (do­stęp 21.04.2021).

E. Ka­zi­mier­czyk, Za­raza we wsi Ku­czy w 1762 roku jako przy­kład po­stę­po­wa­nia wo­bec mo­ro­wego po­wie­trza na wsi w epoce no­wo­żyt­nej, "Ze­szyty Na­ukowe Uni­wer­sy­tetu Ja­giel­loń­skiego. Prace Hi­sto­ryczne" 141 z. 3 (2014); http://www.ejo­ur­nals.eu/sj/in­dex.php/PH/ar­ticle/view/5340 (do­stęp 10.07.2020).

J. Ler­net, Roz­prawa o mo­rze, "Rocz­niki To­wa­rzy­stwa Kró­lew­skiego War­szaw­skiego Przy­ia­ciół Nauk" t. 11 (1817), on­line https://jbc.bj.uj.edu.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/571705/edi­tion/543387/con­tent (do­stęp 12.10.2020).

I. Le­wan­dow­ska-Ma­lec, Ra­tu­nek przed mo­ro­wym po­wie­trzem. Bez­pie­czeń­stwo ob­rad sej­mo­wych i sej­mi­ko­wych na prze­ło­mie XVI i XVII wieku. "Stu­dia z Dzie­jów Pań­stwa i Prawa" 2008, 11, https://re­po­zy­to­rium.ka.edu.pl/han­dle/11315/27853 (do­stęp 10.07.2020).

Mar­cin Ruf­fus z We­lca, Epi­tome opu­sculi. To iest grun­towna y do­sta­teczna sprawa: o ia­do­wi­dey y za­raź­li­wey nie­mocy Pe­sti­le­myey, albo mo­ro­wego po­wie­trza, 1588, on­line https://www.wbc.po­znan.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/559623/edi­tion/481101/con­tent (do­stęp 21.04.2021).

No­tatki le­ka­rza w cza­sie mo­ro­wego po­wie­trza 1623 r. we Lwo­wie, przez J.I. Kra­szew­skiego, "Ate­num" 1850 t. II, on­line https://www.wbc.po­znan.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/496333/edi­tion/403291?lan­gu­age=pl, (do­stęp 21.04.2021).

Pla­gue, In­sty­tut Pa­steura, on­line https://www.pa­steur.fr/en/me­di­cal-cen­ter/di­se­ase-she­ets/pla­gue (do­stęp 12.10.2020).

E.I. Ru­dolf, Od dżumy do Eboli. Spo­sób przed­sta­wie­nia wy­bra­nych cho­rób za­raź­li­wych w przy­kła­do­wych tek­stach li­te­ra­tury po­pu­lar­nej. Wro­cław 2019; https://de­pot.ceon.pl/han­dle/123456789/16940 (do­stęp 05.06.2020).

F.M. So­biesz­czań­ski, Rys hi­sto­ryczno-sta­ty­styczny wzro­stu i stanu mia­sta War­szawy do naj­daw­niej­szych cza­sów aż do 1847 roku, War­szawa 1848; https://bbc.mbp.org.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/11344 (do­stęp 21.04.2021).

M. Szu­kała, Epi­de­mie na zie­miach pol­skich, on­line http://na­ukaw­pol­sce.pap.pl/ak­tu­al­no­sci/news%2C81227%2Ce­pi­de­mie-na-zie­miach-pol­skich.html (do­stęp 05.06.2020).

A.E. Wolff, Trak­ta­cik o Po­wie­trzu mo­ro­wym dla Ludu Pol­skiego, XVIII w, on­line https://www.wbc.po­znan.pl/dli­bra/show-con­tent/pu­bli­ca­tion/edi­tion/78798?id=7879 (do­stęp 21.04.2021).

Ka­zi­mierz Wielki ure­gu­lo­wał prawa Ży­dów w Kró­le­stwie Pol­skim, roz­mowa z prof. Hanną Za­rem­ską, Mu­zeum Hi­sto­rii Pol­ski, on­line https://mu­zhp.pl/pl/e/1490/ka­zi­mierz-wielki-ure­gu­lo­wal-prawa-zy­dow-w-kro­le­stwie-pol­skim (do­stęp 12.10.2020).

Część III. Trąd

J. Ba­sch­kopf, O trą­dzie w Bo­śni i Her­ce­go­wi­nie, "Prze­gląd Le­kar­ski" 1898.

T. Bień­kow­ski, Ka­myki zdro­wia i szczę­ścia. Mi­ne­ra­lo­giczna ma­gia i me­dy­cyna, [w:] Hi­sto­ria le­ków na­tu­ral­nych, pod red. B. Kuź­nic­kiej, 1989.

Car­po­tro­che bra­si­lien­sis - Use­ful Tro­pi­cal Plants, on­line http://tro­pi­cal.the­ferns.info/view­tro­pi­cal.php?id=Car­po­tro­che+bra­si­lien­sis (do­stęp 22.04.2021).

H.I. Cole, H. T. Car­doso, Ana­ly­sis of Chaul­mo­ogra Oils. I. Car­po­tro­che bra­si­lien­sis (Sa­pu­ca­inha) Oil, J. Am. Chem. Soc. 1938, 60, 3, data pu­bli­ka­cji: 1 marca 1938, on­line https://doi.org/10.1021/ja­01270a­033 (do­stęp 10.02.2021).

M. Ho­ra­nin, Sieć le­pro­zo­riów w pań­stwie za­kon­nym w Pru­sach, on­line https://ba­zhum.mu­zhp.pl/me­dia/fi­les/Ko­mu­ni­ka­ty­_Ma­zur­sko­_War­min­skie/Ko­mu­ni­ka­ty­_Ma­zur­sko­_War­min­skie-r2005-t-n2/Ko­mu­ni­ka­ty­_Ma­zur­sko­_War­min­skie-r2005-t-n2-s133-155/Ko­mu­ni­ka­ty­_Ma­zur­sko­_War­min­skie-r2005-t-n2-s133-155.pdf (do­stęp 10.02.2021).

K. Ko­eh­ler, Przy­pa­dek trądu ka­le­czą­cego, "Prze­gląd Le­kar­ski" 1877 nr 8, nr 10.

O.D. L?rum, Ger­hard Ar­mauer Han­sen, Norsk Bio­gra­fisk Lek­si­kon, on­line https://nbl.snl.no/Ger­har­d_Ar­mau­er_Han­sen (do­stęp 12.12. 2020).

P. Ma­twiej­czuk, Trąd - wiel­kie oczy stra­chu, "Wieki Mó­wią" 2009 nr 2.

M. Proc­ner, Uka­rani przez Boga, czyli marny los trę­do­wa­tych, on­line https://cie­ka­wost­ki­hi­sto­ryczne.pl/2020/03/23/uka­rani-przez-boga-czyli-marny-los-tre­do­wa­tych/ (do­stęp 12.12. 2020).

V.J. Schu­ene­mann, C. Avanzi, B. Krause-Ky­ora, A. Se­itz, A. Her­big A. i in., An­cient ge­no­mes re­veal a high di­ver­sity of My­co­bac­te­rium le­prae in me­die­val Eu­rope. PLOS Pa­tho­gens 14(5): e1006997, 2018, on­line https://doi.org/10.1371/jo­ur­nal.ppat.1006997 (do­stęp 10.02.2021).

St. J?r­gen ho­spi­tal (Le­pra­mu­seet), on­line https://me­di­sin­skhi­sto­rie­ber­gen.word­press.com/2015/05/06/st-jor­gen-ho­spi­tal-le­pra­mu­seet/

WHO, Le­prosy, on­line https://www.who.int/en/news-room/fact-she­ets/de­tail/le­prosy (do­stęp 12.12. 2020).

M. Ślu­bow­ski, Gdań­skie domy dla trę­do­wa­tych, on­line https://hi­sto­ria.troj­mia­sto.pl/Gdan­skie-domy-dla-tre­do­wa­tych-n142362.html#tri (do­stęp 12.04.2021).

Tm. Vo­gel­sang, Le­prosy in Nor­way. Med Hist. 1965 Jan; 9 (1):29-35. doi: 10.1017/S0025727300030118. Pmid: 14252325; Pmcid: Pmc1033440 https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC1033440/ (do­stęp 12.12. 2020).

Z. Zwol­ska, E. Au­gu­sty­no­wicz-Ko­peć, Trąd - jedna z wielu za­po­mnia­nych cho­rób tro­pi­kal­nych, "Po­stępy Hig Med Dosw", 71: 2017, on­line http://www.phmd.pl/api/fi­les/view/196030.pdfht­tps://ar­chi­wum-womp-wroc­law.wp.mil.pl/plik/file/npz/201801/trad. (do­stęp 10.02.2021).

Część IV. Cholera

W. Ber­ner, Stan sa­ni­tarny, ochrona zdro­wia i sy­tu­acja epi­de­mio­lo­giczna cho­rób za­kaź­nych w Kra­ko­wie w okre­sie au­to­no­mii ga­li­cyj­skiej (lata 60./70. XIX w.- do 1914 r.), "Prze­gląd Epi­de­mio­lo­giczny" 2007, t. 61, nr 1, on­line http://www.prze­gle­pi­de­miol.pzh.gov.pl/stan-sa­ni­tarny-ochrona-zdro­wia-i-sy­tu­acja-epi­de­mio­lo­giczna-cho­rob-za­ka­znych-we-lwo­wie-w-okre­sie-au­to­no­mii-ga­li­cyj­skiej-lata-60-70-xix-w-do-1914-r?lang=pl (do­stęp 15.07.2020).

Cho­lera riot in Ham­burg, "The New York Ti­mes" Pu­bli­shed: Octo­ber 11, 1893, on­line https://www.ny­ti­mes.com/1893/10/11/ar­chi­ves/cho­lera-riot-in-ham­burg-sa­ni­tary-of­fi­cers-again-at­tac­ked-by-a-mob.html (do­stęp 14.04.2021).

P.M. Cza­pliń­ski, Epi­de­mie cho­lery w re­jen­cji opol­skiej w la­tach 1831-1894, Ryb­nik 2012, on­line https://do­cplayer.pl/19026419-Epi­de­mie-cho­lery-w-re­jen­cji-opol­skiej-w-la­tach-1831-1894.html (do­stęp 09.07.2020).

"Ga­zeta Wiel­kiego Xię­stwa Po­znań­skiego" 1831 nr 259, on­line https://po­lona.pl/item/ga­zeta-wiel­kiego-xie­stwa-po­znan­skiego-1831-nr-259-7-li­sto­pada,Nzg5NjM­zOTk/7/#info:me­ta­data (do­stęp 09.07.2020).

R. Dmow­ski, Za­po­mniana epi­de­mia i jej żniwo, on­line https://www.echo­ka­to­lic­kie.pl/in­dex.php?str=100&id=17223&idd=21 (do­stęp 27.04.2021).

S. Ja­strzę­bow­ski, Po­stać cho­lery w fan­ta­zyi lu­do­wej, "Ty­go­dnik Ilu­stro­wany" 1892 t. 6, nr 141, on­line https://bc.ra­dom.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/25155/edi­tion/24135/con­tent (do­stęp 19.04.2021).

W.K. Kor­pal­ska, Pa­cjenci i le­ka­rze w cza­sie epi­de­mii cho­lery 1831-1832 na zie­miach pol­skich pod pru­skim za­bo­rem, [w:] Dawna me­dy­cyna i we­te­ry­na­ria. Pa­cjent, red. M. Z. Fel­smann, J. Sza­rek, M. Fel­smann, Chełmno 2011 (Pdf).

G. W. Le­fe­vre, Ob­se­rva­tions on the na­ture and tre­at­ment of the cho­lera mor­bus, now pre­va­iling epi­de­mi­cally in St. Pe­ters­burg, Lon­don 1831, on­line https://ar­chive.org/de­ta­ils/b22384169/page/n1/mode/2up (do­stęp 09.07.2020).

P. Na­za­ruk, Me­gejfe! Epi­de­mia cho­lery w Lu­bli­nie, on­line https://blog.te­atrnn.pl/brama-edu­ka­cja-i-ani­ma­cja/me­gejfe-epi­de­mia-cho­lery-w-lu­bli­nie/ (do­stęp 19.04.2021).

Ofiara gor­li­wo­ści. [no­tatka] "Ku­rier War­szaw­ski" z dnia 14.10.1893, on­line https://cri­spa.uw.edu.pl/ob­ject/fi­les/115329/di­splay/De­fault (do­stęp 19.04.2021).

Z. Ol­kow­ski, Epi­de­mia cho­lery azja­tyc­kiej w Pru­sach Wschod­nich w la­tach 1831-1832, "Ko­mu­ni­katy Ma­zur­sko-War­miń­skie" 1968 nr 4, on­line.

W. Pal­mir­ski, O cho­le­rze i walce z nią. Wy­kład po­pu­larny, War­szawa 1905, on­line https://po­lona.pl/item/o-cho­le­rze-i-walce-z-nia-wy­klad-po­pu­larny,OD­IzMD­kwMTU/11/#info:me­ta­data (do­stęp 09.07.2020).

Spra­woz­da­nie War­szaw­skiego Ko­mi­tetu do Walki z Za­gra­ża­jącą Mia­stu Epi­de­mią Cho­lery w War­sza­wie, War­szawa 1906, on­line http://mbc.cy­fro­we­ma­zow­sze.pl/dli­bra/plain-con­tent?id=30055 (do­stęp 09.07.2020).

R. Stasch, Epi­demja cho­lery azja­tyc­kiej w Po­zna­niu w 1831 roku, "Ar­chi­wum Hi­sto­rii i Fi­lo­zo­fii Me­dy­cyny oraz Hi­sto­rii Nauk Przy­rod­ni­czych" t. 13: 1933, on­line http://cy­bra.lodz.pl/Con­tent/8103/ar­chi­wu­m13.pdf (do­stęp 09.07.2020).

A. Szla­gow­ska, Per­so­ni­fi­ka­cja cho­roby w kul­tu­rze lu­do­wej, "Me­dy­cyna No­wo­żytna" 2002 nr 1-2, on­line (do­stęp 19.04.2021).

R. Schmitz, What Ham­burg's Mis­steps In 1892 Cho­lera Out­break Can Te­ach Us About CO­VID-19 Re­sponse. https://www.npr.org/2020/05/06/849996451/what-ham­burgs-mis­steps-in-1892-cho­lera-out­break-can-te­ach-us-about-co­vid-19-resp?t=1619179660302R (do­stę­p12.10.2021).

R. Tom­czyk, Za­gro­że­nia epi­de­mio­lo­giczne na te­re­nie au­striac­kiej czę­ści mo­nar­chii habs­bur­skiej w XIX w. (do 1914 r.). Aspekty prawne i ad­mi­ni­stra­cyjne, "Ga­li­cja. Stu­dia i Ma­te­riały", 2015, nr 1, on­line https://www.ga­li­cja.ur.edu.pl/in­dex.php/pol/Nu­mery-pi­sma/Ga­li­cja-Stu­dia-i-ma­te­rialy-nr-1_2015-spis-tre­sci/Ry­szard-Tom­czyk-Za­gro­ze­nia-epi­de­mio­lo­giczne-na-te­re­nie-au­striac­kiej-cze­sci-mo­nar­chii-habs­bur­skiej-w-XIX-w.-do-1914-r.-.-Aspekty-prawne-i-ad­mi­ni­stra­cyjne (do­stę­p12.10.2021).

Wia­do­mo­ści bie­żące, "Ku­rier War­szaw­ski" 30 sierp­nia 1892, on­line https://cri­spa.uw.edu.pl/ob­ject/fi­les/159553/di­splay/De­fault (do­stęp 19.04.2021).

Wia­do­mość o cho­le­rze po­dana przez Radę Ogólną Le­kar­ską Kró­le­stwa Pol­skiego, War­szawa 1831, on­line https://www.hi­sto­ry­ofvac­ci­nes.org/con­tent/wil­helm-kolle (do­stęp 09.07.2020).

R. Ku­zak, Epi­de­mie cho­lery w XIX-wiecz­nej Pol­sce. Za­po­mniana cho­roba za­biła setki ty­sięcy lu­dzi, "Wielka HI­STO­RIA", on­line https://wiel­ka­hi­sto­ria.pl/epi­de­mie-cho­lery-w-xix-wiecz­nej-pol­sce-za­po­mniana-cho­roba-za­bila-setki-ty­siecy-lu­dzi/ (do­stęp 09.07.2020).

Część V. Ospa prawdziwa - choroba, która zniknęła

M.R. Al­bert, K.G. Osten­he­imer, J.G. Bre­man, The Last Smal­l­pox Epi­de­mic in Bo­ston and the Vac­ci­na­tion Con­tro­versy 1901-1903, N. Engl. J. Med. 344, 375-379 (2001) https://www.nejm.org/doi/full/10.1056/nej­m200102013440511 (do­stęp 02.03.2021).

EA. Be­lon­gia, AL. Na­le­way, Smal­l­pox Vac­cine: The Good, the Bad, and the Ugly. Cli­ni­cal Me­di­cine & Re­se­arch, 2003 Vol. 1, Nr 2: 87-92, on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC1069029/ (do­stęp 02.05.2021).

Ele­men­tarz dla szkół pa­ra­fial­nych na­ro­do­wych, za­wie­ra­jący I. Na­ukę pi­sa­nia i czy­ta­nia. II. Ka­te­chizm. III. Na­ukę oby­cza­iową. IV. Na­ukę ra­chun­ków. Kra­ków 1785 [re­print 1930], on­line: https://zbc.uz.zgora.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/15459/edi­tion/13948/con­tent (do­stęp 28.09.2020).

F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce (w wie­kach ubie­głych), War­szawa 1899, https://po­lona.pl/item/mor-w-pol­sce-w-wie­kach-ubie­glych-za­rys-hi­sto­ryczny,OD­M1NT­c0NTc/4/#info:me­ta­data (do­stęp 28.09.2020).

J. Gre­en­span, The Rise and Fall of Smal­l­pox. Take a look back at the hi­story of the per­ni­cious di­se­ase. 2020 on­line https://www.hi­story.com/news/the-rise-and-fall-of-smal­l­pox (do­stęp 02.05.2021).

Z. Gro­thówna, Kro­nika klasz­torna sióstr nor­ber­ta­nek w Im­bra­mo­wi­cach 1703-1741, Kielce 2011, on­line https://de­pot.ceon.pl/bit­stream/han­dle/123456789/858/Kro­ni­ka­_klasz­tor­na­_nor­ber­ta­ne­k_w_Im­bra­mo­wi­cach.pdf?se­qu­ence=1%20kro­nika%20klasz­toru%20si%C3%B3str%20nor­ber­ta­nek (do­stęp 02.05.2021).

F.F. Hen­der­son, AI. Je­zek, Z. Lad­nyi, The Hi­story of Smal­l­pox and its spread aro­und the world, [Chap­ter 5 in] Smal­l­pox and its Era­di­ca­tion, Ge­neva 2008, on­line http://www.zero-pox.info/bi­gred­book/Bi­gRe­d_Ch05.pdf (do­stęp 02.05.2021).

E. Huth, Qu­an­ti­ta­tive evi­dence for judg­ments on the ef­fi­cacy of ino­cu­la­tion for the pre­ven­tion of smal­l­pox: En­gland and New En­gland in the 1700,. JR Soc Med. 2006; 99 (5), on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC1457746/?tool=pub­med#ref5 (26.02.2021).

E. Jen­ner, An In­qu­iry Into the Cau­ses and Ef­fects of the Va­riol? Vac­cin?, Or Cow-Pox, 1798, on­line https://www.bar­tleby.com/38/4/1.html (do­stęp 03.03.2021).

Z. Ku­cho­wicz, Leki i gu­sła daw­nej wsi. Stan zdro­wotny pol­skiej wsi pańsz­czyź­nia­nej w XVII i XVIII, War­szawa 1954.

K. Kup­fer­sch­midt, How Ca­na­dian re­se­ar­chers re­con­sti­tu­ted an extinct po­xvi­rus for $100,000 using mail-or­der DNA. Science, 6.07.2017, on­line: https://www.scien­ce­mag.org/news/2017/07/how-ca­na­dian-re­se­ar­chers-re­con­sti­tu­ted-extinct-po­xvi­rus-100000-using-mail-or­der-dna (do­stęp 01.03.2021).

R.J. Lit­t­man, M.L. Lit­t­man, Ga­len and the An­to­nine Pla­gue. "The Ame­ri­can Jo­ur­nal of Phi­lo­logy" Fe­bru­ary 1973, on­line: https://www.re­se­arch­gate.net/pu­bli­ca­tion/11733816_Ga­le­n_an­d_the­_An­to­ni­ne­_Pla­gue (do­stęp 23.04.2021).

A.K. Mar­chewka, A. Ma­jew­ska, G. Mły­nar­czyk, Dzia­łal­ność ru­chu an­tysz­cze­pion­ko­wego, rola środ­ków ma­so­wego ko­mu­ni­ko­wa­nia oraz wpływ po­glą­dów re­li­gij­nych na po­stawę wo­bec szcze­pień ochron­nych, "Po­stępy Mi­kro­bio­lo­gii" 2015, 54, 2 s. 95-102, on­line: http://pm.mi­cro­bio­logy.pl/web/ar­chi­wum/vo­l5422015095-1.pdf (do­stęp 02.03.2021).

S. Rie­del, Edward Jen­ner and the Hi­story of Smal­l­pox and Vac­ci­na­tion, Bay­lor Uni­ver­sity Me­di­cal Cen­ter Pro­ce­edings, 2005, 18:1, on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC1200696/ (do­stęp 02.05.2021).

S. Pe­trycy, In­strvc­tia Abo Na­vka, Iak Się Spra­wo­wac Czasv moru: W kto­rey się za­myka: 1. Ochrona: Jako się vchra­niać mo­ro­wego po­wie­trza. 2. Le­cze­nie wszyt­kich nie­mal przy­pad­kow w nim, gdzieby kogo opa­no­wało, Kra­ków 1613, on­line: https://jbc.bj.uj.edu.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/106972/edi­tion/99905/con­tent (do­stęp 02.03.2021).

B. Ró­żań­ska-Gam­bal, Wy­stę­po­wa­nie epi­de­mii ospy praw­dzi­wej na świe­cie od cza­sów sta­ro­żyt­nych po współ­cze­sne, "Me­dy­cyna No­wo­żytna" 2008 15/1-2 .

P. Umia­stow­ski, Na­uka o mo­ro­wem po­wie­trzu na czwory xięgi roz­ło­żona, Kra­ków 1591, on­line https://dbc.wroc.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/12212/edi­tion/10754/con­tent?&ac­tion=Chan­ge­Me­ta­Lan­gAc­tion&lang=pl (do­stęp 28.09.2020).

Fra­nçois Ma­rie Aro­uet de Vol­ta­ire (1694-1778), Let­ters on the En­glish. The Ha­rvard Clas­sics. 1909-14. Let­ter XI - On Ino­cu­la­tion, on­line https://www.bar­tleby.com/34/2/11.html (03.03.2021).

E.M. Zió­łek, Ak­cja szcze­pień prze­ciwko ospie w Księ­stwie War­szaw­skim w świe­tle źró­deł ko­ściel­nych, Teka Kom. Hist. - OL PAN, 2014, XI, on­line: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC1200696/ (do­stęp 02.03.2021).

Część VI. Tyfus - dur plamisty i dur brzuszny

J.E. Ca­mu­set, Krotka Iin­for­ma­cya O zágęsz­czo­ney Go­rączce, Fe­brze, Máli­gnie Epi­de­mic? ták w Wár­sza­wie grás­su­ią­cey iako też y ná in­nych miey­scách w Roku 1737. Z wy­ráże­niem spo­so­bow źácho­wánia y ku­ro­wa­nia. War­szawa 1737 (Pdf) on­line https://jbc.bj.uj.edu.pl/pu­bli­ca­tion/655620 (do­stęp 07.01.2021).

A. Chen, One of hi­story's worst epi­de­mics may have been cau­sed by a com­mon mi­crobe, on­line: https://www.scien­ce­mag.org/news/2018/01/one-hi­story-s-worst-epi­de­mics-may-have-been-cau­sed-com­mon-mi­crobe (do­stęp 23.01.2021).

M. Cie­siel­ska, Ty­fus - cho­roba czasu po­koju i wojny, "Nie­pod­le­głość i Pa­mięć" 2016, 23/2 (54), on­line: https://ba­zhum.mu­zhp.pl/me­dia//fi­les/Nie­pod­le­glo­sc_i­_Pa­miec/Nie­pod­le­glo­sc_i­_Pa­miec-r2016-t23-n2_(54)/Nie­pod­le­glo­sc_i­_Pa­miec-r2016-t23-n2_(54)-s93-113/Nie­pod­le­glo­sc_i­_Pa­miec-r2016-t23-n2_(54)-s93-113.pdf (do­stęp 27.04.2021).

"Czas" r.68, nr 554 (24 paź­dzier­nika 1915); on­line https://po­lona.pl/item/czas-dzien­nik-po­swie­cony-po­li­tyce-kra­jo­wej-i-za­gra­nicz­nej-oraz-wia­do­mo­sciom-li­te­rac­kim,MzIyN­TQ4MjU/1/#info:me­ta­data (do­stęp 23.01.2021).

W. Do­ro­szew­ski (red.) Słow­nik ję­zyka pol­skiego, on­line https://sjp.pwn.pl/do­ro­szew­ski/dur-I;5423444.html (do­stęp 03.04.2021).

F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce (w wie­kach ubie­głych), War­szawa 1899, on­line https://po­lona.pl/item/mor-w-pol­sce-w-wie­kach-ubie­glych-za­rys-hi­sto­ryczny,OD­M1NT­c0NTc/4/#info:me­ta­data (do­stęp 28.09.2020).

E. Go­dlew­ski, Sek­cja sa­ni­tarna [w:] Trzy lata dzia­łal­no­ści KBK. Spra­woz­da­nie Ksią­żęco-Bi­sku­piego Ko­mi­tetu Po­mocy dla Do­tknię­tych Klę­ską Wojny za lata 1915-1917, Kra­ków 1918, on­line https://obc.opole.pl/dli­bra/show-con­tent/pu­bli­ca­tion/edi­tion/6644?id=6644 (do­stęp 18.01.2021).

R.W. Gry­glew­ski, M. Chli­pała, Sal­mo­nella Ty­phi - hi­sto­ri­cal per­spec­tive of di­sco­very and for­got­ten con­tri­bu­tion of Po­lish ana­to­mo­pa­tho­logy, "Fo­lia Me­dica Cra­co­vien­sia" Vol. LX, 1, 2020, on­line http://jo­ur­nals.pan.pl/Con­tent/116630/PDF/2020-01-FOMC-03-Gry­glew­ski-etal.pdf (do­stęp 18.01.2021).

J. Hor­now­ski, Dy­zen­te­ria i ty­fus. Lwów 1918, (Pdf) https://po­lona.pl/item/dy­sen­te­rya-i-ty­fusy,NzY­4MD­g2Njg/4/#info:me­ta­data (do­stęp 18.01.2021).

M. Kac­przak, Zwal­cza­nie cho­rób za­kaź­nych, War­szawa 1937.

Ko­lumny sa­ni­tarne. [w:] "Czas" R. 69, nr 274 (31 maj 1916), s. 2; http://mbc.ma­lo­pol­ska.pl/dli­bra/do­cme­ta­data?id=45405&from=pu­bli­ca­tion (do­stęp 18.01.2021).

T. Ma­czuga, W Wa­do­wi­cach do­ko­nano prze­łomu w walce z ty­fu­sem pla­mi­stym, "Wa­do­viana: Prze­gląd Hi­sto­ryczno-Kul­tu­ralny" 14: 2011, on­line http://wa­do­viana.eu/wp-con­tent/uplo­ads/2018/06/9.-T.-Ma­czuga-Ar­thur-Fe­lix.pdf (do­stęp 27.04.2021).

A. Mic­kie­wicz, Kon­rad Wal­len­rod, on­line https://wol­ne­lek­tury.pl/me­dia/book/pdf/kon­rad-wal­len­rod.pdf (do­stęp 27.04.2021).

https://pl.wi­ki­so­urce.org/wiki/Strona:PL_A­da­m_Mic­kie­wi­cz_-_Kon­ra­d_Wal­len­rod.djvu/42 (do­stęp 22.04.2021).

K. Oko­niew­ska, Epi­de­mie w obo­zach kon­cen­tra­cyj­nych, czyli jak więź­nio­wie i za­łoga SS le­czyli świerzb i ty­fus, [w:] Acta Uro­bo­roi. W Kręgu Epi­de­mii, red. M. Dą­sal, Wro­cław 2018, (Pdf) s. 103-113; https://de­pot.ceon.pl/han­dle/123456789/15946 (do­stęp 14.12.2020).

F. Prin­zing, Epi­de­mics Re­sul­ting from Wars, Oxford 1916, on­line: http://www.gu­ten­berg.org/fi­les/59822/59822-h/59822-h.htm#Pa­ge­_106 (do­stęp 18.01.2021).

A. Pu­ław­ski, Po­ga­danka o ty­fu­sie pla­mi­stym i nie­któ­rych in­nych cho­ro­bach: (ty­fus brzuszny, ty­fus po­wrotny, dy­zen­te­rya, cho­lera, ospa, gruź­lica, świerzba i pu­chlina gło­dowa), War­szawa 1916, on­line https://azon.e-science.pl/za­soby/po­ga­danka-o-ty­fu­sie-pla­mi­stym-i-nie­kto­rych-in­nych-cho­ro­bach-u-nas-pa­nu­ja­cych-w-cza­sach-obec­nych-t,3976/ (do­stęp 18.01.2021).

M. Sie­dlecki, Cztery mie­siące walki z za­razą, Kra­ków 1916, on­line https://po­lona.pl/item/cztery-mie­siace-walki-z-za­raza,NzI­1N­TQ0NjM/4/#info:me­ta­data (do­stęp 10.01.2021).

J.C. Sny­der, Ty­phus Fe­ver in the Se­cond World War, "CA­LI­FOR­NIA ME­DI­CINE" Vol. 66, 1947 No. 1, 4-10, on­line https://pub­med.ncbi.nlm.nih.gov/18731156/ (do­stęp 18.01.2021).

T. Sro­gosz, Cho­roby i śmierć żoł­nie­rzy ar­mii ko­ron­nej i li­tew­skiej w XVII wieku, "Kwar­tal­nik Hi­sto­rii Kul­tury Ma­te­rial­nej" 64 z. 2 (2016).

A. Sy­no­wiec, Walka z epi­de­miami - z dzia­łal­no­ści Ksią­żęco-Bi­sku­piego Ko­mi­tetu Po­mocy dla Do­tknię­tych Klę­ską Wojny w cza­sie I wojny świa­to­wej, [w:] Pro­blemy cy­wi­li­za­cyj­nego roz­woju Bia­ło­rusi, Pol­ski, Ro­sji i Ukra­iny od końca XVIII do XXI wieku, Kra­ków 2007, on­line https://ruj.uj.edu.pl/xmlui/bit­stream/han­dle/item/87520/sy­no­wie­c_wal­ka­_z_e­pi­de­mia­mi­_z_dzia­lal­no­sci­_k­sia­zeco-bi­sku­pie­go­_ko­mi­te­tu­_po­mo­cy­_2007.pdf?se­qu­ence=1&isAl­lo­wed=y (do­stęp 18.01.2021).

W. Szy­bal­ski, Wy­ko­rzy­sta­nie wszy la­bo­ra­to­ryj­nych kar­mio­nych przez lu­dzi dla pro­duk­cji szcze­pionki We­igla prze­ciw ty­fu­sowi pla­mi­stemu, on­line http://lwow.home.pl/ty­fus.html (do­stęp 10.01.2021).

A.F. Trofa, H. Ueno-Ol­sen, R. Oiwa, M. Yoshi­kawa, Dr. Kiy­oshi Shiga: Di­sco­ve­rer of the Dy­sen­tery Ba­cil­lus, "Cli­ni­cal In­fec­tious Di­se­ases" 1999; 29:1303-6, (Pdf) on­line https://pub­med.ncbi.nlm.nih.gov/10524979/ (do­stęp 23.01.2021).

?shild V?gene, En­te­ric fe­ver in si­xte­enth-cen­tury Me­xico. on­line https://na­tu­re­eco­evo­com­mu­nity.na­ture.com/posts/29300-en­te­ric-fe­ver-in-si­xte­enth-cen­tury-me­xico (do­stęp 23.01.2021).

E. Więc­kow­ska, Cen­tralny Ko­mi­tet do Walki z Du­rem Pla­mi­stym. "Prze­gląd Epi­de­mio­lo­giczny" 52, 1998 nr 1-2; on­line http://www.prze­gle­pi­de­miol.pzh.gov.pl/cen­tralny-ko­mi­tet-do-walki-z-du­rem-pla­mi­stym-1-sierp­nia-1919-5marca-1920?lang=pl (do­stęp 10.01.2021).

W. Sack­mann, Fleck­fie­ber und Fleck­fie­ber­for­schung zur Zeit des Er­sten We­lt­krie­ges. Zum Ge­den­ken an Hen­ri­que da Ro­cha Lima (1879-1956). In: Ge­sne­rus. Bd. 37 (1980), Heft 1/2, s. 113-132; (Pdf) on­line https://www.e-pe­rio­dica.ch/cntmng?pid=ges-001:1980:37::377 (do­stęp 18.01.2021).

J. Zło­to­rzycka, Pro­fe­sor Ru­dol Weil (1883-1957) i jego In­sty­tut, "Ana­lecta" 7: 1998 z. 1.

Część VII. Błonica

J. Frank, O po­zna­wa­niu i le­cze­niu cho­roby za­pa­le­nia krtani croup zwa­nej, Wilno 1808, on­line https://bc.wbp.lodz.pl/dli­bra/pu­bli­ca­tion/98073/edi­tion/93671/con­tent?ref=L3B1Y­mxpY­2F0a­W9uLz­k2Mj­kxL2Vka­XRp­b24vO­TE­5NTY (do­stęp 16.03.2021).

F. Bor­schke, Brad­ford L. Wal­ters, The Hi­story of En­do­tra­cheal In­tu­ba­tion, on­line: https://www.mcep.org/imi­s15/mcep­docs/New­slet­ters/Gu­est Edi­to­rial Jan-Feb 15.pdf (do­stęp 18.03.2021).

O. Buj­wid, O przy­czy­nach i za­po­bie­ga­niu cho­ro­bom za­raź­li­wym, [Kra­ków 1894], on­line pdf http://re­po­zy­to­rium.awf.kra­kow.pl/xmlui/bit­stream/han­dle/20.500.12053/208/AWF-480.pdf?se­qu­ence=1&isAl­lo­wed=y (do­stęp 16.03.2021).

D. Na­ru­sze­wicz-Le­siuk, Jak zwal­czono cho­roby za­kaźne w PRL i dla­czego wkrótce nie damy so­bie z nimi rady?, on­line: https://za­szczep­sie­wie­dza.pl/ak­tu­al­no­sci/jak-zwal­czono-cho­roby-za­ka­zne-w-prl-i-dla­czego-wkrotce-nie-damy-so­bie-z-nimi-rady-,176 (do­stęp 18.03.2021).

A.K. Mar­chewka, A. Ma­jew­ska, G. Mły­nar­czyk, Dzia­łal­ność ru­chu an­tysz­cze­pion­ko­wego, rola środ­ków ma­so­wego ko­mu­ni­ko­wa­nia oraz wpływ po­glą­dów re­li­gij­nych na po­stawę wo­bec szcze­pień ochron­nych; Post. Mi­kro­biol., 2015, 54, 2, on­line http://pm.mi­cro­bio­logy.pl/dzia­lal­nosc-ru­chu-an­tysz­cze­pion­ko­wego-rola-srod­kow-ma­so­wego-ko­mu­ni­ko­wa­nia-oraz-wplyw-po­gla­dow-re­li­gij­nych-na-po­stawe-wo­bec-szcze­pien-ochron­nych/ (do­stęp 17.03.2021).

Ro­bert F. O'Ne­ill, Re­cal­ling, The Hey­day of Pio­ne­ering Drug Firm The H. K. Mul­ford Co. Of Gle­nol­den Pro­du­ced A Bre­ak­th­ro­ugh Di­ph­the­ria An­ti­to­xin". The Phi­la­del­phia In­qu­irer, on­line https://web.ar­chive.org/web/20160304063554/http://ar­tic­les.philly.com/1992-12-27/news/25992849_1_smal­l­pox-vac­cine-drug-firm-mill-site (do­stęp 16.03.2021).

Rabbi La­bel Lam, Dvar To­rah. Le­vel: Be­gin­ner, on­line https://to­rah.org/to­rah-por­tion/dvar­to­rah-5770-ma­tos/ (16.03.2021).

V. Ro­dilla, El gar­ro­tillo: on di­ph­the­ria and Goya, on­line https://he­kint.org/2018/11/30/el-gar­ro­tillo-on-di­ph­the­ria-and-goya/ (do­stęp 16.03.2021).

E. La­val R., El gar­ro­tillo (Di­fte­ria) en Espa?a (Si­glos XVI y XVII), Rev Chil In­fect 2006; 23 (1): 78-80; on­line https://scielo.co­ni­cyt.cl/scielo.php?script=sci­_art­text&pid=S0716-10182006000100012 (do­stęp 18.03.2021).

U. Sztuka-Po­liń­ska, Sy­tu­acja epi­de­mio­lo­giczna nie­któ­rych ostrych cho­rób za­kaź­nych w Pol­sce w okre­sie mię­dzy­wo­jen­nym XX wieku, "Prze­gląd Epi­de­mio­lo­giczny", 2002; 56, on­line http://www.prze­gle­pi­de­miol.pzh.gov.pl/sy­tu­acja-epi­de­mio­lo­giczna-nie­kto­rych-ostrych-cho­rob-za­ka­znych-w-pol­sce-w-okre­sie-mie­dzy­wo­jen­nym-xx-wieku?lang=pl (do­stęp 18.03.2021).

A. Za­sada, Za­ka­że­nia Co­ry­ne­bac­te­rium di­ph­the­riae daw­niej i dziś, "Prze­gląd Epide­mio­lo­giczny", 2015; 69, on­line http://www.prze­gle­pi­de­miol.pzh.gov.pl/za­ka­ze­nia-co­ry­ne­bac­te­rium-di­ph­the­riae-daw­niej-i-dzis?lang=pl (do­stęp 18.03.2021).

http://szcze­pie­nia.pzh.gov.pl/szcze­pionki/blo­nica/?print-ver­sion

Juan de Vil­lar­real, Real Aca­de­mia de la Hi­sto­ria, on­line http://dbe.rah.es/bio­gra­fias/20139/juan-de-vil­lar­real (do­stęp 04.05.2021).

Część VIII. Grypa

A. Bańdo, Pro­ble­ma­tyka spo­łeczna na ła­mach "Ilu­stro­wa­nego Ku­riera Co­dzien­nego" i kra­kow­skiego "Czasu" w pierw­szych dniach nie­pod­le­głej Pol­ski, "Stu­dia Środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie i Bał­ka­ni­styczne", t. XXVIII, 2019, on­line https://www.ejo­ur­nals.eu/SSB/2019/Tom-XXVIII/art/15335/ (do­stęp 09.07.2020).

J. Brown, Zi­gno­ro­wane za­gro­że­nie. Ten wi­rus za­bił mi­liony. W jaki spo­sób do­szło do naj­więk­szej pan­de­mii w dzie­jach?, on­line: https://cie­ka­wost­ki­hi­sto­ryczne.pl/2020/03/13/zi­gno­ro­wane-za­gro­ze­nie-ten-wi­rus-za­bil-mi­liony-w-jaki-spo­sob-do­szlo-do-naj­wiek­szej-pan­de­mii-w-dzie­jach/ (do­stęp 09.07.2020).

L.B. Bry­dak, Grypa - mistrz me­ta­mor­fozy, "Ma­ga­zyn Pol­skiej Aka­de­mii Nauk", wyd. spe­cjalne 1/2016, on­line https://jo­ur­nals.pan.pl/Con­tent/112609/PDF/14-17%20Sz­cze­pie­nia­_bry­da­k_pol.pdf?han­dler=pdf (do­stęp 19.12.2020).

L.B. Bry­dak, Grypa - pro­blem stary jak świat, "Hy­geia Pu­blic He­alth" 2012, 47(1): 1-7, on­line http://www.h-ph.pl/pdf/hyg-2012/hyg-2012-1-001.pdf (do­stęp 19.12.2020).

F. Gie­droyć, Mór w Pol­sce w wie­kach ubie­głych - za­rys hi­sto­ryczny. War­szawa 1899, on­line http://bc.wbp.lu­blin.pl/dli­bra/doc­con­tent?id=2970 (do­stęp 11.05.2021).

M.O. Hum­ph­ries, Pa­ths of In­fec­tion: The First World War and the Ori­gins of the 1918 In­flu­enza Pan­de­mic, "War in Hi­story" Ja­nu­ary 2014, Vol. 21, No. 1 (Ja­nu­ary 2014), on­line https://jo­ur­nals.sa­ge­pub.com/doi/abs/10.1177/0968344513504525 (do­stęp 05.08.2020).

B. Kem­piń­ska-Mi­ro­sław­ska, Cho­roba ka­ta­ralna epi­de­miczna (grypa?) pa­nu­jąca w Pol­sce w 1788 r. w świe­tle "ob­wiesz­cze­nia" z 31 marca te­goż roku, "Prze­gląd Epi­de­mio­lo­giczny" 66: 2012, on­line http://www.prze­gle­pi­de­miol.pzh.gov.pl/cho­roba-ka­ta­ralna-epi­de­miczna-grypa-pa­nu­jaca-w-pol­sce-w-1788-r-w-swie­tle-ob­wiesz­cze­nia-z-31-marca-te­goz-roku?lang=en (do­stęp 19.12.2020).

C. Klein, How Ame­rica strug­gled to bury the dead du­ring the 1918 flu pan­de­mic, on­line https://www.hi­story.com/news/spa­nish-flu-pan­de­mic-dead (do­stęp 05. 08.2020).

R. Ku­zak, Grypa hisz­panka w Pol­sce 1918-1920. Liczba ofiar i praw­dziwy ob­raz epi­de­mii, on­line https://wiel­ka­hi­sto­ria.pl/gry­pa­hisz­panka-w-pol­sce-1918-1920-liczba-ofiar-i-praw­dziwy-ob­raz-epi­de­mii/ (do­stęp 19.12.2020).

B. Lit­tle, As the 1918 flu emer­ged, co­ver-up and de­nial hel­ped it spread, on­line: https://www.hi­story.com/news/1918-pan­de­mic-spa­nish-flu-cen­sor­ship (do­stęp 05.08.2020).

P.A. Niall, S. John­son, J. Mu­el­ler, Upda­ting the Ac­co­unts: Glo­bal Mor­ta­lity of the 1918-1920 "Spa­nish" In­flu­enza Pan­de­mic, Bul­le­tin of the Hi­story of Me­di­cine 2002, Vol. 76, No. 1, on­line https://pub­med.ncbi.nlm.nih.gov/11875246/ (do­stęp 05.08.2020).

Ob­wiesz­cze­nie roku 1788, "Ga­zeta War­szaw­ska", 5 kwiet­nia 1788, nr 28, on­line https://cri­spa.uw.edu.pl/ob­ject/fi­les/358440/di­splay/De­fault (do­stęp 11.05.2021).

J.D. Ro­bert­son, Spa­nish In­flu­enza - The Flu, "The Pu­blic He­alth Jo­ur­nal" 1918, Vol. 9, No. 10, on­line https://www.jstor.org/sta­ble/i40092614 (do­stęp 05.08.2020).

D. Roos, Why the Se­cond Wave of the 1918 Spa­nish Flu Was so De­adly, on­line: https://www.hi­story.com/news/spa­nish-flu-se­cond-wave-esur­gence?li­_so­urce=LI&li­_me­dium=m2m-rcw-hi­story (do­stęp 05.08.2020).

M. Szu­kała, "Hisz­panka za szyję ści­ska". Epi­de­mie na zie­miach pol­skich, on­line: https://dzieje.pl/ak­tu­al­no­sci/hisz­panka-za-szyje-sci­ska-epi­de­mie-na-zie­miach-pol­skich (do­stęp 13.10.2020).

A. Trilla, G. Trilla, C. Daer, The 1918 "Spa­nish Flu" in Spain, Cli­ni­cal In­fec­tious Di­se­ases, 2008, Vol. 47, No. 5 (Sep. 1, 2008), on­line https://aca­de­mic.oup.com/cid/ar­ticle/47/5/668/296225 (do­stęp 11.05.2021).

J. Wnęk, Pan­de­mia grypy hisz­panki (1918-1919) w świe­tle pol­skiej prasy, "Ar­chi­wum Hi­sto­rii i Fi­lo­zo­fii Me­dy­cyny" 2014, 77, on­line: http://cejsh.icm.edu.pl/cejsh/ele­ment/bwme­ta1.ele­ment.de­skli­ght-4096c­c0e-0fe3-4cf5-b07f-47c­c­d69e­1148 (do­stęp 11.05.2021).

T. Za­hor­ski, I. Zen­dran, Złoty wiek grypy [w] Krótka hi­sto­ria pan­de­mii. Acta Uro­bo­roi. W kręgu epi­de­mii, pod red. M. Dą­sala, Wro­cław 2018, Pdf. on­line https://de­pot.ceon.pl/han­dle/123456789/15946 (do­stęp 14.12.2020).

"Ga­zeta Le­kar­ska", nu­mery z lat 1918-1919.

"Ilu­stro­wany Ku­rier Co­dzienny", nu­mery z 1918 roku.

Strony internetowe

https://ub.me­du­ni­wien.ac.at/blog/?p=727 (do­stęp 05.08.2020).

Część IX. Polio

C. Ca­verly, In­fan­tile Pa­ra­ly­sis in Ver­mont, on­line: https://www.hi­sto­ry­ofvac­ci­nes.org/con­tent/first-us-po­lio-epi­de­mic (do­stęp 07.03.2021).

M. Cza­cho­row­ska, Le­cze­nie i zwal­cza­nie za­cho­ro­wań na po­lio­my­eli­tis w okre­sie epi­de­mii w la­tach 50. i póź­niej w XX wieku na te­re­nie War­szawy, "Prze­gląd Epi­de­mio­lo­giczny", 2002, 56, on­line http://www.prze­gle­pi­de­miol.pzh.gov.pl/prze­glad-epi­de­mio­lo­giczny-ar­ty­kuly?year=2002&sub­is­sue=4 (do­stęp 12.03.2021).

J.S. Em­rich, C. Rich­ter, For­ma­tive Years. Po­lio: Part I, De­cem­ber 2020, on­line: https://www.aai.org/About/Hi­story/Hi­story-Ar­tic­les-Keep-for-Hie­rar­chy/Po­lio-Part-I%E2%80%94Un­der­stan­ding-and-Tre­ating-a-Per­plex (do­stęp 12.03.2021).

A.S. Je­gede, What Led to the Ni­ge­rian Boy­cott of the Po­lio Vac­ci­na­tion Cam­pa­ign?, on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC1831725/ (do­stęp 23.03.2021).

Carl A Kling, on­line https://sok.rik­sar­ki­vet.se/sbl/Pre­sen­ta­tion.aspx?id=11603 (do­stęp 12.03.2021).

N. Mo­ham­mad, M. Ha­bib­zada, Po­lio Re­ma­ins Threat in Mi­li­tant-hit Areas of Afgha­ni­stan and Pa­ki­stan, on­line https://www.vo­anews.com/extre­mism-watch/po­lio-re­ma­ins-threat-mi­li­tant-hit-areas-afgha­ni­stan-and-pa­ki­stan (do­stęp 12.03.2021).

D.M. Hor­st­mann, The Po­lio­my­eli­tis Story: A Scien­ti­fic He­gira, The Yale Jo­ur­nal Of Bio­logy And Me­di­cine 58 (1985), on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC2589894/ (do­stęp 02.03.2021).

H. Ko­prow­ski, Stare i nowe spo­soby le­cze­nia cho­rób za­kaź­nych: wi­rusy wszę­dzie i ni­g­dzie, Ar­chi­vum Im­mu­no­lo­giae et The­ra­piae Expe­rim en­ta­lis, 2002, 50, on­line http://www.iitd.pan.wroc.pl/fi­les/AITE­Ful­l­Text/50z6361.pdf (do­stęp 10.05.2021).

Mała en­cy­klo­pe­dia zdro­wia, War­szawa 195.

M. Mar­czyń­ski, A. Pę­kacz, Hi­lary Ko­prow­ski - pol­ski le­karz, wi­ru­so­log i im­mu­no­log. HU­MA­NUM Mię­dzy­na­ro­dowe Stu­dia Spo­łeczno-Hu­ma­ni­styczne, 28 (1) 2018, on­line http://cejsh.icm.edu.pl (do­stęp 10.05.2021).

E. Ma­tyja, Po­lio jako cho­roba prze­wle­kła - od po­lio­my­eli­tis do ze­społu post-po­lio, Neu­ro­lo­gia po dy­plo­mie, 2019, 05, on­line https://po­dy­plo­mie.pl/neu­ro­lo­gia/33161,po­lio-jako-cho­roba-prze­wle­kla-od-po­lio­my­eli­tis-do-ze­spolu-post-po­lio (do­stęp 12.03.2021).

N. Na­than­son, O.M. Kew, From Emer­gence to Era­di­ca­tion: The Epi­de­mio­logy of Po­lio­my­eli­tis De­con­struc­ted, Ame­ri­can Jo­ur­nal of Epi­de­mio­logy, vol. 172, 11, on­line https://doi.org/10.1093/aje/kwq320 (do­stęp 03.03.2021).

E.P. Renne, The 1917 Po­lio Out­break in Mont­pe­lier, Ver­mont, 2011 by the Ver­mont Hi­sto­ri­cal So­ciety, ISSN: 0042-4161; on-line ISSN: 1544-3043, on­line https://ver­mon­thi­story.org/jo­ur­nal/79/VHS79021917Po­lio­Out­break (do­stęp 02.03.2021).

Al­bert Sa­bin and the mon­keys who gave sum­mer back to the chil­dren, Win­ston-Sa­lem Jo­ur­nal, March 20, 1992, on­line https://spe­akin­go­fre­se­arch.com/2011/02/01/the-mon­keys-who-gave-sum­mer-back-to-the-chil­dren/ (do­stęp 07.03.2021).

H.S. Salt, Prawa zwie­rząt a po­stęp spo­łeczny, War­szawa 2020.

P. Skal­ski, Walka z cho­robą po­lio w po­wo­jen­nej Pol­sce, "Me­dy­cyna No­wo­żytna" 23: 2017, z. 2.

"We Were There", Co­nqu­ering Po­lio in Ame­rica: The Cut­ter In­ci­dent and Bey­ond, on­line: https://www.cdc.gov/os/we­we­re­there/po­lio/in­dex.html (do­stęp 02.03.2021).

Część X. AIDS - dżuma XX wieku

K.M. De Cock., H.W. Jaffe, J.W. Cur­ran, Re­flec­tions on 30 years of AIDS, Emerg In­fect Dis, 2011 Jun;17(6):1044-8. doi: 10.3201/eid/1706.100184. PMID: 21749766; PMCID: PMC3358222, on­line: https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC3358222/ (do­stęp 23.02.2021).

N.R. Fa­ria, I. Hod­ges-Ma­me­let­zis, J.C. Si­lva, et al., Phy­lo­ge­ogra­phi­cal fo­ot­print of co­lo­nial hi­story in the glo­bal di­sper­sal of hu­man im­mu­no­de­fi­ciency vi­rus type 2 group, A. J Gen Vi­rol. 2012 Apr; 93 (Pt 4), on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC3542711/ (do­stęp 23.02.2021).

An­thony S. Fauci, The AIDS Epi­de­mic - Con­si­de­ra­tions for the 21st Cen­tury, 30 wrześ­nia 1999 N Engl J Med 1999; 341: 1046-1050, on­line: https://www.nejm.org/doi/full/10.1056/NEJ­M199909303411406 (do­stęp 21.02.2021).

E.I. Ru­dolf, Od dżumy do Eboli. Spo­sób przed­sta­wie­nia wy­bra­nych cho­rób za­raź­li­wych w przy­kła­do­wych tek­stach li­te­ra­tury po­pu­lar­nej, Wro­cław 2019, on­line https://de­pot.ceon.pl/bit­stream/han­dle/123456789/16940/Ru­dol­f_www.pdf?se­qu­ence=1&isAl­lo­wed=y (do­stęp 10.05.2021).

P.M. Sharp, B. Hahn, Ori­gins of HIV and the AIDS Pan­de­mic, Cold Spring Harb Per­spect Med. 2011 Sep; (1), on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC3234451; (do­stęp 23.02.2021).

M. Sznaj­der­man, AIDS - kształt mitu, "Kon­tek­sty" 1994 nr 1-2.

J.D. de So­usa, C. Alva­rez, A.M. Van­damme, V. Mül­ler, En­han­ced he­te­ro­se­xual trans­mis­sion hy­po­the­sis for the ori­gin of pan­de­mic HIV-1. Vi­ru­ses. 2012 Oct 3;4(10):1950-83, on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC3497036/ (do­stęp 21.02.2021).

WHO, HIV/AIDS, on­line https://www.who.int/news-room/fact-she­ets/de­tail/hiv-aids?fbc­lid=IwA­R0WVx3vy­Fa­dIU­WA­Pw­Jo­XSP5hA­Ayi-FF9Y­NxLu­qCaLgm­Ce­8T5f9e­Q_T­Sp6I (do­stęp 21.02.2021).

Część XI. Gorączki krwotoczne

M. Biała, B. Jer­czak, M. In­glot, B. Knysz, Fla­wi­wi­rusy - nowe pa­to­geny cho­ro­bo­twór­cze dla lu­dzi, "Po­stępy Hi­gieny i Me­dy­cyny Do­świad­czal­nej", 2018; 72, on­line http://31.186.81.235:8080/api/fi­les/view/332710.pdf (do­stęp 03.05.2021).

S. Bo­se­ley, Den­gue fe­ver out­break hal­ted by re­le­ase of spe­cial mo­squ­itoes, The Gu­ar­dian (1 sierp­nia 2018), on­line https://www.the­gu­ar­dian.com/so­ciety/2018/aug/01/den­gue-fe­ver-out­break-hal­ted-by-re­le­ase-of-in­fec­ted-mo­squ­itoes (do­stęp 05.05.2021).

C. Col­tart, B. Lind­sey, I. Ghi­nai, A. M. John­son and D. L. Hey­mann, The Ebola out­break, 2013-2016: old les­sons for new epi­de­mics, on­line https://roy­al­so­cie­ty­pu­bli­shing.org/doi/full/10.1098/rstb.2016.0297 (do­stęp 02.02.2021).

Den­gva­xia, INN-den­gue te­tra­va­lent vac­cine (live, at­te­nu­ated), on­line https://www.ema.eu­ropa.eu/en/do­cu­ments/pro­duct-in­for­ma­tion/den­gva­xia-epar-pro­duct-in­for­ma­tio­n_pl.pdf (do­stęp 03.05.2021).

A. Jo­necko, E. Kaj­dań­ski, Ocena ob­ser­wa­cji Mau­ry­cego Be­niow­skiego do­ty­czą­cych fe­bry na wy­spie Ma­da­ga­skar z lat 1773-1776, "Me­dy­cyna No­wo­żytna" 1998 5/1.

WHO, Mar­burg vi­rus di­se­ase, on­line https://www.who.int/en/news-room/fact-she­ets/de­tail/mar­burg-vi­rus-di­se­ase (do­stęp 06.02.2021).

F. Ko­peć, Za­sto­so­wa­nie broni bio­lo­gicz­nej w kon­flik­tach zbroj­nych i ata­kach ter­ro­ry­stycz­nych, An­na­les Uni­ver­si­ta­tis Pa­eda­go­gi­cae Cra­co­vien­sis, fo­lia 166, Stu­dia de Se­cu­ri­tate et Edu­ca­tione Ci­vili IV (2014), on­line: https://de­pot.ceon.pl/bit­stream/han­dle/123456789/13212/Za­sto­so­wa­nie­_bro­ni­_bio­lo­gicz­ne­j_w_kon­flik­ta­ch_zbroj­ny­ch_i­_a­ta­ka­ch_ter­ro­ry­stycz­nych.pdf?se­qu­ence=1&isAl­lo­wed=y (do­stęp 03.05.2021).

M. J. Mur­ray, Ebola Vi­rus Di­se­ase: A Re­view of Its Past and Pre­sent, Ane­sthe­sia-Anal­ge­sia, 2015, 121/ 3, on­line https://jo­ur­nals.lww.com/ane­sthe­sia-anal­ge­sia/Ful­l­text/2015/09000/Ebo­la­_Vi­ru­s_Di­se­ase­__A­_Re­vie­w_o­f_It­s_Pa­st_and.28.aspx (do­stęp 01.02.2021).

J.J. Muy­embe-Tam­fum, M. Ki­pasa, C. Kiy­ungu, R. Co­le­bun­ders, Ebola Out­break in Ki­kwit, De­mo­cra­tic Re­pu­blic of the Congo: Di­sco­very and Con­trol Me­asu­res, The Jo­ur­nal of In­fec­tious Di­se­ases, tom 179, Is­sue Sup­ple­men­t_1, luty 1999, on­line https://doi.org/10.1086/514302 (do­stęp 06.02.2021).

P.R. Pa­tel, Su. Shah, Ebola Vi­rus, [upda­ted 2020 Jul 21], in: Stat­Pe­arls [In­ter­net], Tre­asure Is­land (FL): Stat­Pe­arls Pu­bli­shing, 2020 Jan, on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/bo­oks/NBK560579/ (do­stęp 06.02.2021).

M. Stę­pień, Na wła­snej skó­rze, czyli eks­pe­ry­menty le­ka­rzy, "On­ko­lo­gia w Prak­tyce Kli­nicz­nej" 2011 - wy­da­nie spe­cjalne, on­line https://jo­ur­nals.via­me­dica.pl/on­co­lo­gy­_i­n_c­li­ni­ca­l_prac­tice/ar­ticle/view/9099 (do­stęp 08.05.2021).

Szcze­pionka, która miała być cu­dow­nym środ­kiem pro­fi­lak­tycz­nym, oka­zała się kosz­ma­rem fi­li­piń­skich dzieci, on­line https://tro­pi­kalne.info/szcze­pionka-oka­zala-sie-kosz­ma­rem-fi­li­pin­skich-dzieci/ (do­stęp 03.05.2021).

WHO, Mar­burg vi­rus di­se­ase, on­line https://www.who.int/en/news-room/fact-she­ets/de­tail/mar­burg-vi­rus-di­se­ase (do­stęp 05.05.2021).

Część XII. Koronawirusy

HH. Bal­khy, TH. Ale­nazi, MM. Al­sham­rani et al. No­tes from the Field: No­so­co­mial Out­break of Mid­dle East Re­spi­ra­tory Syn­drome in a Large Ter­tiary Care Ho­spi­tal - Riy­adh, Saudi Ara­bia, 2015, Mor­bi­dity and Mor­ta­lity We­ekly Re­port (MMWR) Cen­ters for Di­se­ase Con­trol and Pre­ven­tion Rep 2016; 65, on­line https://www.cdc.gov/mmwr/vo­lu­mes/65/wr/mm6506a5.htm (do­stęp 03.02.2021)

A. Ber­ger, Ch. Dro­sten, HW. Do­err, M. Stür­mer, W. Pre­iser, Se­vere acute re­spi­ra­tory syn­drome (SARS)-pa­ra­digm of an emer­ging vi­ral in­fec­tion, J Clin Vi­rol. 2004 Jan; 29(1), on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC7128705/ (do­stęp 15.01.2021).

Co­ro­na­vi­rus di­se­ase (CO­VID-19) ad­vice for the pu­blic: My­th­bu­sters, on­line: https://www.who.int/emer­gen­cies/di­se­ases/no­vel-co­ro­na­vi­rus-2019/ad­vice-for-pu­blic/myth-bu­sters (do­stęp 12.02.2021).

G.J. Dem­m­ler, B.L. Li­gon, Se­vere acute re­spi­ra­tory syn­drome (SARS): a re­view of the hi­story, epi­de­mio­logy, pre­ven­tion, and con­cerns for the fu­ture, Se­min Pe­diatr In­fect Dis. 2003; 14 (3), on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC7128384/ (do­stęp 08.02.2021).

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC7128332/ (do­stęp 10.02.2021).

Epi­de­mic and pan­de­mic-prone di­se­ases. MERS si­tu­ation update, Ja­nu­ary 2020, http://www.emro.who.int/pan­de­mic-epi­de­mic-di­se­ases/mers-cov/mers-si­tu­ation-update-ja­nu­ary-2020.html (do­stęp 08.02.2021).

Epi­de­mic and pan­de­mic-prone di­se­ases "Out­bre­aks" CO­VID-19. CO­VID-19 si­tu­ation upda­tes for week 4 (24-30 Ja­nu­ary 2021), on­line http://www.emro.who.int/pan­de­mic-epi­de­mic-di­se­ases/co­vid-19/co­vid-19-si­tu­ation-upda­tes-for-week-4-2430-ja­nu­ary-2021.html (do­stęp 13.02.2021).

S.F. Fagbo, L. Skakni, D.K. Chu, M.A. et al., Mo­le­cu­lar Epi­de­mio­logy of Ho­spi­tal Out­break of Mid­dle East Re­spi­ra­tory Syn­drome, Riy­adh, Saudi Ara­bia, 2014. Emerg In­fect Dis. 2015 Nov;21(11), on­line https://pub­med.ncbi.nlm.nih.gov/26484549/ (do­stęp 03.02.2021).

Glo­balna Sieć Ostrze­ga­nia i Re­ago­wa­nia na Epi­de­mię, on­line https://extra­net.who.int/go­arn/

https://docs.cdn.yougov.com/msvke­1l­g9d/Glo­ba­li­sm2020%20Gu­ar­dian%20Con­spi­racy%20The­ories.pdf (do­stęp 12.02.2021).

D.S. Hui et al., The con­ti­nu­ing 2019-nCoV epi­de­mic threat of no­vel co­ro­na­vi­ru­ses to glo­bal he­alth - The la­test 2019 no­vel co­ro­na­vi­rus out­break in Wu­han, China, "In­ter­na­tio­nal Jo­ur­nal of In­fec­tious Di­se­ases", 91, 2020, s. 264-266; (Pdf) https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC7128332/ (do­stęp 03.02.2021).

Jak roz­po­znać teo­rie spi­skowe, on­line https://ec.eu­ropa.eu/info/live-work-tra­vel-eu/co­ro­na­vi­rus-re­sponse/fi­gh­ting-di­sin­for­ma­tion/iden­ti­fy­ing-con­spi­racy-the­orie­s_pl (do­stęp 12.02.2021).

B. Jó­ze­fiak, Teo­rie spi­skowe we­dług Niem­ców. "Trzeba tylko otwo­rzyć oczy", on­line: https://www.go­ethe.de/ins/pl/pl/kul/mag/22061471.html (do­stęp 12.02.2021).

I.M. Mac­kay, K.E. Ar­den, MERS co­ro­na­vi­rus: dia­gno­stics, epi­de­mio­logy and trans­mis­sion. Vi­rol J 12, 222 (2015), on­line https://doi.org/10.1186/s12985-015-0439-5 (do­stęp 08.02.2021).

M.S. Ma­jum­der, C. Ri­vers, E. Lo­fgren, D. Fi­sman, Es­ti­ma­tion of MERS-Co­ro­na­vi­rus Re­pro­duc­tive Num­ber and Case Fa­ta­lity Rate for the Spring 2014 Saudi Ara­bia Out­break: In­si­ghts from Pu­blicly Ava­ila­ble Data. PLoS Curr. 2014; 6, on­line https://pub­med.ncbi.nlm.nih.gov/25685622/ (do­stęp 03.02.2021).

L.L. Poon et al., The aetio­logy, ori­gins, and dia­gno­sis of se­vere acute re­spi­ra­tory syn­drome, Lan­cet In­fect Dis. 2004 Nov; 4 (11), on­line https://pub­med.ncbi.nlm.nih.gov/15522678/ (do­stęp 08.02.2021).

Szcze­pie­nia prze­ciwko CO­VID-19, on­line https://www.gov.pl/web/ko­ro­na­wi­rus/szcze­pie­nia-prze­ciwko-co­vid-19 (do­stęp 12.02.2021).

M. Ważna, Teo­rie spi­skowe w cza­sie epi­de­mii hisz­panki. Brzmią zna­jomo rów­nież dzi­siaj, on­line https://www.me­do­net.pl/ko­ro­na­wi­rus/ko­ro­na­wi­rus-na-swie­cie,teo­rie-spi­skowe-w-cza­sie-epi­de­mii-hisz­panki--brzmia-zna­jomo-row­niez-dzi­siaj,ar­ty­kul,96919549.html (do­stęp 12.02.2021).

N.S. Zhong, B.J. Zheng, Y.M. Li i in., Epi­de­mio­logy and cause of se­vere acute re­spi­ra­tory syn­drome (SARS) in Gu­ang­dong, Pe­ople's Re­pu­blic of China, in Fe­bru­ary, 2003, Lan­cet 2003;362(9393), on­line https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pmc/ar­tic­les/PMC7112415/ (do­stęp 29.01.2021).