Eperu - Augusta Docher

Reflow text when sidebars are open.
Jakoś przetrwałem tę drogę przez mękę. Byłem na premierze Wietnamskiego dziecka, potem na konferencji prasowej, następnie na uroczystym obiedzie i kilku spotkaniach z dziennikarzami, a na koniec musiałem znieść krótkie zebranie w biurze festiwalu. Wszędzie obecny ciałem, ale nie duchem. Ten dzień ciągnął się jak najgorszy koszmar. Tysiąc razy chciałem zasymulować zasłabnięcie, aby wszyscy wreszcie dali mi spokój, ale obawiałem się, że zawieźliby mnie do najbliższego szpitala i zostawili tam na dwadzieścia cztery godziny do wyjaśnienia. Czułem się jak małe dziecko, któremu wszyscy wydają polecenia i za które podejmują decyzję. Przed oczami ciągle miałem tylko dziewczynę wyglądającą jak Alex.
Nienawidziłem oglądać filmów ze swoim udziałem. Za wszelką cenę próbowałem tego unikać. Ostatnią rzeczą, na jaką miałem ochotę po kilku miesiącach pracy, dziesiątkach godzin spędzonych na planie i setkach dubli było podziwianie efektów własnych wysiłków. Czasami udawało mi się oszczędzić sobie tej wątpliwej przyjemności, ale tym razem, niestety, musiałem przetrwać. Aby nie marnować czasu, cały seans poświęciłem na zastanawianie się nad tym wszystkim, co miało miejsce na czerwonym dywanie. Dwie godziny rozmyślań pozwoliły mi nieco ochłonąć. Uświadomiłem sobie, że jedynym logicznym wytłumaczeniem jest nieprawdopodobny zbieg okoliczności.
Nigdy nie zapomniałem brzmienia wielu polskich wyrazów, zawsze byłem w stanie rozpoznać polską mowę. I właś-nie to zwróciło moją uwagę: tych kilka przypadkowych słów wypowiedzianych przez którąś z dziewczyn. Nałożyło się na to niewiarygodne wręcz podobieństwo jednej z nich do mojej eks - największej, nieszczęśliwej miłości życia. Połączenie wspomnienia z widokiem dziewczyny kompletnie odebrało mi rozum. Nie mogłem uwierzyć, że napisałem tę kartkę.
Byłem pewny na sto procent: uznała mnie za jakiegoś kompletnego świra - zresztą chyba większość normalnych ludzi tak by mnie oceniła. Po głębszym zastanowieniu stwierdziłem z dużym prawdopodobieństwem: dziewczyna nie spełni mojej prośby. Przypuszczalnie widziałem ją pierwszy i ostatni raz w życiu, chyba że nie miała ani odrobiny instynktu samozachowawczego. Istniała jeszcze możliwość, że jest kompletnie zdesperowaną, napaloną małolatą - ale nie wyglądała mi na taką. Prędzej stawiałbym na jej koleżankę, ten szalony błysk w oku zawsze rozpoznawałem bez problemu.
Do hotelu wróciliśmy z Mike'em około siódmej. Mimo wszystko postanowiłem uprzedzić recepcjonistę, że ktoś może mnie odwiedzić. Nie miałem kłopotu z opisaniem ewentualnego gościa - po prostu powiedziałem kilka słów o wyglądzie Alex Holy. Nie miałem pojęcia, jak nazywa się ta dziewczyna, wiedziałem jedynie, że musi mieć coś wspólnego z Polską. Musiała znać angielski, bo Mike opowiedział mi o ich krótkiej rozmowie: wytłumaczył jej, co ma zrobić. Jak wynikało z tego, co powiedział, zrozumiała go i posłuchała.
Poprosiłem kierownika recepcji, aby natychmiast powiadomił mnie telefonicznie, gdyby mój gość się jednak pojawił. Spytał, czy sam zejdę po tę panią, ale wolałem, aby ktoś ją przyprowadził. Oczywiście nie wierzyłem, że przyjdzie. Bezskutecznie próbowałem sobie przypomnieć, co napisałem na tej nieszczęsnej kartce. Kojarzyłem tylko, że podałem nazwę hotelu i godzinę dziewiątą. Reszta pod wpływem emocji wyparowała mi z pamięci.
Szybko wziąłem prysznic i przebrałem się wreszcie w wygodne ciuchy. Minęła dziewiąta, zamierzałem właśnie iść do małego dwupokojowego apartamentu, który przylegał do mojego. Mieszkali tam dwaj moi ochroniarze i pomyślałem, że wypijemy po piwie. W tym momencie zadzwonił telefon. Popatrzyłem z niedowierzaniem na hotelowy aparat.
- Niech to szlag! - zakląłem cicho pod nosem.
Przez moment rozważałem zignorowanie tego denerwującego urządzenia, ale zaraz sobie przypomniałem, że po kilku sygnałach rozmowa przełączy się do pokoju chłopaków. Gdyby to Mike odebrał telefon, narobiłbym jeszcze większego ambarasu - zaraz by tu przyleciał sprawdzić, dlaczego nie odbieram. Zrezygnowany, podniosłem słuchawkę.
Po zaskakująco długim czasie w końcu usłyszałem ciche pukanie. Od telefonu upłynęło już kilka dobrych minut. Otworzyłem drzwi i od razu wiedziałem, skąd się wzięła ta zwłoka. Pracownik hotelu musiał wprowadzić mojego gościa jakimś bocznym korytarzem - i wiedziałem, dlaczego tak postąpił. Dziewczyna ubrała się co najmniej dwuznacznie. Była naprawdę śliczna, a w lekkim makijażu wyglądała jeszcze piękniej niż rano. Jej długie, rozpuszczone włosy lśniły, zauważyłem też, że ma zaróżowione policzki. Zgrabne nogi od razu rzucały się w oczy, a to z powodu nieprawdopodobnie krótkiej sukienki w krzykliwym niebieskim kolorze, całej z jakiegoś mieniącego się materiału. Strój dopełniały: mała torebka i niezbyt pasujące do zestawu białe klapki.
Wyglądała niesamowicie, aż mnie zatkało. Kompletnie zbity z tropu, zastanawiałem się gorączkowo, co robić.
Nagle odezwała się:
- Cześć, przepraszam za spóźnienie, ale nie przewidziałam, że o tej porze będzie taki ruch na drodze, i zbyt późno wezwałam taksówkę. - Stała i nerwowo przygryzała wargę.
Nadal nie wiedziałem, co mam myśleć o całej sytuacji. Przybycie dziewczyny mnie zaskoczyło, miałem mętlik w głowie. Gdzieś w głębi serca jej współczułem, bo nawet ktoś bez szczególnie mocno rozwiniętej inteligencji emocjonalnej zauważyłby, że jest bardzo zawstydzona i skrępowana. Jedynym dysonansem był kontrast między jej strojem a zachowaniem - kompletnie do siebie nie pasowały.
- Cześć - odpowiedziałem w końcu.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że zachowuję się niezbyt uprzejmie, stojąc w progu i ją obserwując. Szybko naprawiłem błąd i zaprosiłem gościa do środka.
- Cieszę się, że przyszłaś - wymamrotałem po sekundzie.
Nie wiem, dlaczego to powiedziałem. Może chciałem ją jakoś ośmielić, bo w oczach miała coraz większą panikę i obawiałem się, że zaraz się rozpłacze. Zaproponowałem jej, by się rozgościła. Od razu podeszła do jednego z foteli i usiadła, przy okazji odsłaniając długie nogi. Szybko zauważyła, gdzie powędrowało moje spojrzenie, i chyba jeszcze bardziej się speszyła. Przez moment wydawało mi się, że oczy dziewczyny niepokojąco się zaczerwieniły, ale było to chyba złudzenie.
* * *
Jakoś się uspokoiłam. No cóż, nie tak wyobrażałam sobie powitanie. "Nie oczekiwałam kolorowych balonów i meksykańskiej orkiestry, ale odrobinę entuzjazmu mógłby z siebie wykrzesać" - pomyślałam.
Dobrze pamiętałam treść listu, przeczytałam go kilkanaście razy i znałam na pamięć. Po chwili namysłu stwierdziłam, że Leo pewnie jest zadufanym w sobie dupkiem i nie dopuścił możliwości mojej odmowy. Trochę nie pasował mi do tego wytłumaczenia błagalny ton liściku, ale po chwili bezowocnego rozważania problemu odpuściłam sobie dalszą analizę. Cała sytuacja była idiotyczna, więc jeden dodatkowy bezsensowny element i tak już nie mógł w niczym zaszkodzić.
Rozglądałam się z zainteresowaniem. Jeszcze nigdy nie gościłam w takim hotelu, a już na pewno - w takim apartamencie. Siedziałam na skórzanym fotelu w czekoladowym kolorze, w saloniku utrzymanym w kremowej tonacji. Ściany, oklejone satynowymi tapetami, odbijały światło kilku stojących lamp. To był naprawdę piękny, gustownie urządzony pokój.
Mój gospodarz podszedł leniwym krokiem do barku i spytał, czego się napiję. Zdecydowałam się na wodę, czułam, że z emocji zaschło mi w gardle. Podał mi szklankę napełnioną prawie po brzeg, a sobie zrobił chyba jakiegoś drinka, bo długo coś dolewał i na początku wyraźnie słyszałam brzęk kostek lodu wpadających do szklanki. Klimatyzacja szumiała bardzo dyskretnie gdzieś nad naszymi głowami, w apartamencie panował przyjemny chłód. Starałam się nie patrzeć w lewą stronę. Od razu jak weszłam, przez przypadek rzuciłam tam okiem - zauważyłam lekko uchylone drzwi i widoczny brzeg mebla, który bez wątpienia był łóżkiem. Black włączył sprzęt grający i do pracujących klimatyzatorów dołączyła równie cicha muzyka operowa. Niestety, na niewiele się zdały zabiegi mojego gospodarza. Nastrój stał się tak gęsty, że powietrze dałoby się krajać nożem.
- Może być? Lubisz Pucciniego? - Leo przerwał mi rozmyślania. Zaskoczył mnie tym pytaniem, na dźwięk jego słów podskoczyłam na fotelu i niechcący wylałam nieco wody.
- Przepraszam - wyjąkałam przerażona, gdy zobaczyłam, że woda zachlapała parkiet tuż pod moim fotelem. Każdy przedmiot w tym pokoju wyglądał jak tysiąc dolarów, aż bałam się oddychać.
- Daj spokój, to tylko woda, zaraz wyschnie. -Uśmiechnął się lekko i podniósł szklankę. - Zdrowie! I za spotkanie.
- Za spotkanie - odruchowo powtórzyłam jego ostatnie słowa. Powiedzieć, że czułam skrępowanie całą tą sytuacją, to zdecydowanie za mało. Czułam się, jakbym zjadła kilogram chili i popiła szklanką wódki. Chyba byłam jednym wielkim rumieńcem. Co ja sobie wyobrażałam? Po kiego diabła dałam się namówić Wice na przyjście tutaj?
"Mogłam zostać w kamperze, kiedyś by mi wybaczyła" - pomyślałam. Plułam sobie w brodę, ale teraz i tak było już pozamiatane. O dziewiątej wieczorem, zamiast bawić się w dyskotece na plaży, przyszłam tu jak jakaś branka turecka.
Nagle za ścianą ktoś głośno się zaśmiał. Gdy słuchałam tego tubalnego rechotu, miałam wrażenie, że ten mężczyzna - to na pewno nie był kobiecy śmiech - siedzi pod moim fotelem.
- No tak, pięciogwiazdkowy hotel, a ściany z dykty jak w lokalu socjalnym. - Black z przekąsem pokiwał głową. - Poczekaj sekundę, zaraz wracam.
Wyszedł gdzieś, a ja zaczęłam się gorączkowo zastanawiać, czy będę w stanie się stąd wydostać. Skapitulowałam od razu: piętnaście razy bym się zgubiła, zanim znalazłabym drogę ucieczki. Zresztą, zanim zdążyłam rozpatrzyć wszystkie za i przeciw, Leo już wrócił.
- Kazałem im iść na dół do baru. - Wyszczerzył w uśmiechu równy rząd idealnie białych zębów. - Niech chłopaki trochę odpoczną, mieli dzisiaj ciężki dzień - dodał po chwili.
Wyraz mojej twarzy widocznie dał mu jasno do zrozumienia, że nie bardzo kojarzę, jakich chłopaków ma na myśli, bo szybko dodał:
- Ochroniarze.
- Aha. - Pokiwałam ze zrozumieniem głową, jakbym sama zatrudniała na co dzień co najmniej pięciu bodyguardów.
- No to zostaliśmy sami... - Leo delikatnie przeciągał słowa. - Co proponujesz?
Chyba każdy ma taki punkt, w którym ciśnienie osiąga pułap krytyczny. U mnie właśnie wtedy nastąpił ten moment. Zerwałam się z fotela i nerwowo poprawiłam idiotycznie krótką sukienkę.
"Wika, zamorduję cię za tę kieckę, ale to później" - pomyślałam szybko. Mój gospodarz chyba zauważył, jak próbuję naciągnąć nieco brzeg mojej turbominiówki, bo rzucił od niechcenia:
- Fajny ciuszek.
To już było zdecydowanie zbyt wiele dla mojego i tak już porządnie zachwianego systemu nerwowego.
- Przepraszam, ale chyba źle cię zrozumiałam. Ta cała sytuacja to jakieś wielkie nieporozumienie, przypuszczam, że wziąłeś mnie za... - Zawahałam się. W sumie nie miałam pojęcia, co on o mnie myślał. Jedyne, co mi przychodziło do głowy, to wizja napalonej małolaty, która ma zamiar wskoczyć mu do łóżka, ale nie mogłam tego powiedzieć, bo słowa ugrzęzły mi w gardle. Byłam bliska samozapłonu. "Pewnie jeszcze bardziej się czerwienię" - pomyślałam, chociaż wydawało się to niemożliwe, bo moje policzki od pięciu minut płonęły jak lasy w Australii. W oczach stanęły mi łzy i obawiałam się, że już ich nie powstrzymam. Od totalnej katastrofy dzieliły mnie ułamki sekund...
- Siadaj. - Leo skrócił moje męki słowem wypowiedzianym takim tonem, że chyba nawet Rambo wróciłby na miejsce, i to szybko. Ja nie byłam bohaterem, więc ta komenda zadziałała na mnie jeszcze bardziej. Nawet nie wiem, kiedy klapnęłam z powrotem na fotel, a raczej na skórzany placek mokry od mojego potu.
Leo nagle się podniósł, przykucnął przede mną i oparł dłonie o poręcze mojego siedziska. Znalazł się tak blisko mnie, że czułam jego oddech i dokładnie widziałam oczy. Na jednej z tęczówek zauważyłam malutką ciemną plamę. Przez głowę przeleciała mi myśl, że kiedyś czytałam o metodzie diagnozowania chorób na podstawie plam widocznych na oku. Ewidentnie coś mi się musiało stać z głową, skoro przypomniałam to sobie w takich okolicznościach.
Patrzyłam na niego jak sparaliżowana. Tak chyba czują się zwierzęta, które na sekundę przed śmiercią zamierają przed oprawcą. Byłam w potrzasku, ręce Leo odbierały mi możliwość wydostania się z pułapki. Jeszcze nigdy w życiu nie znalazłam się w tak krępującej sytuacji.
Popatrzyłam odruchowo na jego lewą rękę. Nosił klasyczny męski zegarek: biała tarcza plus prawie czarny skórzany pasek. Jego dłonie były duże i nieco kościste, ale bardzo kształtne, miał długie, proste palce - jak pianista. Całe przedramiona pokrywały dość dobrze widoczne włoski - nie bardzo liczne, ale ciemne, odcinające się od jasnej skóry. Przeniosłam wzrok na twarz mojego dyktatora, prawie idealnie symetryczną. Do tej pory zdążyłam narysować dziesiątki portretów różnych osób i chyba cierpiałam na skrzywienie zawodowe, które pozwalało mi szybko zauważyć tę stosunkowo rzadko spotykaną cechę.
Najbardziej rzuciły mi się w oczy wyraźnie zarysowane, zdecydowanie zbyt szerokie, ciemne brwi Blacka, nadające jego twarzy mroczny, tajemniczy charakter. Drugim detalem, na który zwróciłam uwagę, był niesamowity kolor tęczówek. Miały niebieską barwę, ale nie w odcieniu błękitu nieba, dosyć często spotykanym u blondynów. Ciepła tonacja przywodziła na myśl raczej kolor źródlanej wody z przebijającymi błyskami zieleni. Długie, gęste rzęsy rzucały cień na policzki. Pewnie w pierwszej chwili każdy postrzegał to jako cienie pod oczami.
Wypukłe kości policzkowe, bardzo mocno zarysowana szczęka z niewielkim wgłębieniem na końcu brody, wąskie wargi, lekko skierowane w dół kąciki ust, nieco krzywy, dość wydatny nos (jedyny niedoskonały element, który tylko dodawał charakteru całej fizjonomii Leo) - to wszystko miałam przed sobą. Całość z pewnością nie odpowiadała najbardziej wyśrubowanym kanonom urody, ale mimo to porażała męskością. Black bez wątpienia był przystojnym facetem.
Nagle, nie wiadomo skąd, przypłynęło do mnie tak dobrze znane pragnienie: chciałam natychmiast narysować tego mężczyznę, w tym apartamencie, na nie wiadomo którym piętrze i z niezapamiętanym numerem na drzwiach.
- Masz tu może jakąś kartkę? - spytałam.
- Kartkę? - Black odpowiedział pytaniem, był wyraźnie zaskoczony moją prośbą. - Na pewno się jakaś znajdzie, a jak nie będzie w biurku, mogę poprosić obsługę.
Powoli się podniósł i przeszedł na drugi koniec salonu, do biurka. Nawet nie wiem, kiedy stanął przede mną z wyciągniętą ręką, w której trzymał papier firmowy z logo hotelu. Wyglądało to jak papeteria.
- Może być - mruknęłam do siebie. Położyłam kartkę na stoliku i zaczęłam gorączkowo szperać w torebce. Zawsze miałam przy sobie jakieś ołówki, gumkę, czasami nawet flamastry do rysowania grafik. Po chwili znalazłam jedynie ołówek - tępy, ale zawsze.
Spojrzałam na Leo, wstałam i delikatnie chwyciłam go za ręce. Patrzył na mnie tak przenikliwym wzrokiem, jakby właśnie czytał w moich myślach. Nie miałam ochoty mu się tłumaczyć ze swoich zamierzeń. Delikatnie go popchnęłam. Cofając się, lekko uderzył tyłem o krawędź fotela i odruchowo usiadł.
Zabrałam tacę ze stolika - musiałam coś podłożyć pod papier, a ona była idealna. Siedzieliśmy naprzeciwko siebie, rysowałam go na kartce z papeterii hotelu Stars i od tej chwili wszystko, co wydarzyło się wcześniej, straciło znaczenie.
Widziałam tylko twarz siedzącego przede mną mężczyzny i z każdą sekundą zauważałam nowe szczegóły: pulsującą żyłkę na czole otoczonym włosami w bliżej nieokreślonym, jasnobrązowym kolorze, zmarszczki mimiczne w kącikach oczu, lekką falę pojawiającego się zarostu. Z każdym spojrzeniem odkrywałam kolejne fragmenty składające się na fascynującą całość.
* * *
Sytuacja była tak absurdalna, że zachwyciłaby dadaistów. Ta mała, wątła istota prawie siłą posadziła mnie w fotelu i teraz rysowała mój portret na kartce z papeterii hotelu Stars. Siedziała naprzeciwko w tej śmiesznej, prowokującej mini, oparła tacę na kolanach i sprawiała wrażenie kompletnie wyalienowanej. Mogłem się jej bezkarnie przyglądać. Oddałem się temu z ogromnym zadowoleniem. Z każdą upływającą minutą coraz bardziej mi się to podobało, czułem magię.
Zauważałem coraz więcej detali. Miała bardzo jasną cerę. Delikatny nadgarstek prawej dłoni umazał się jej od ołówka, co jakiś czas wycierała go odruchowo w sukienkę. Włosy opadały na twarz. Odgarniała je zniecierpliwionym ruchem, aż w końcu na chwilę odłożyła ołówek i, nie patrząc na mnie, szybko zaplotła warkocz, po czym zarzuciła go na plecy. Spodobała mi się ta odmiana: mogłem podziwiać jeszcze więcej szczegółów twarzy tajemniczej dziewczyny.
Do złudzenia przypominała Alex, którą niejednokrotnie widziałem bez scenicznego makijażu. Takie same duże, dziecięce oczy w ciemnobrązowym kolorze, z lekko opadającymi powiekami. Wąski nos, niezbyt pełne usta, owalna twarz... To wszystko było bliźniaczo podobne, odpowiadały sobie nawet wzrostem. Co do tuszy, nie miałem najmniejszych wątpliwości: Alex była zdecydowanie mocniej zaokrąglona.
Zaskakująca nieznajoma tak bardzo oddała się pracy, że zupełnie się rozluźniła. Pomyślałem, że zachowałem się jak prostak. Z zażenowaniem przypomniałem sobie chwilę, gdy skomentowałem tę nieszczęsną sukienkę. Miałem przed sobą młodą, bardzo wrażliwą dziewczynę, a obraziłem ją, i to kilka razy. Począwszy od karteczki z zaproszeniem do hotelu.
"Leo, zachowałeś się jak ostatni dupek, od początku wszystko schrzaniłeś. Najpierw błagałeś tę fantastyczną dziewczynę o to, by do ciebie przyszła, a gdy z bliżej niewiadomych przyczyn spełniła twoją prośbę, przywitałeś ją chłodno jak intruza, zamiast wyjaśnić całe to nieporozumienie z liścikiem. Potem potraktowałeś ją prawie jak panienkę do towarzystwa, następnie skomentowałeś jej strój, co było całkowicie niewybaczalne, a na koniec uwięziłeś w fotelu" - robiłem sobie wyrzuty.
"No i po co ją zatrzymałeś? Liczyłeś na to, że na ciebie poleci? Jeśli tak, to jesteś ciężkim idiotą, mój drogi. To nie ten typ" - zawzięcie dyskutowałem ze sobą.
"W zasadzie miała wtedy pełne prawo przywalić ci w łeb tą tacą, na której teraz rysuje" - dopowiedziałem sobie po chwili namysłu.
Nie miałem żadnego usprawiedliwienia, ale jednego byłem pewny: za przybyciem mojego gościa musiał ktoś stać. Ona nigdy by tu nie przyszła z własnej woli, zwłaszcza tak ubrana.
"Powinieneś ją przeprosić za swoje zachowanie" - wydałem ostateczny werdykt.
Cały czas rysowała, a mnie powoli układały się myśli. Czułem coraz większą fascynację tą dziewczyną. Czułem, że rysowanie jest dla niej formą ucieczki.
Na początku starałem się siedzieć nieruchomo. Nigdy nikomu nie pozowałem i nie bardzo wiedziałem, jak się to robi. W miarę upływu czasu coraz bardziej się rozluźniałem. Pomyślałem, że to intrygujące: móc ją obserwować bez żadnego skrępowania. Kilka razy nieco zmieniłem pozycję, ale chyba jej to nie przeszkadzało.
W końcu odłożyła ołówek, popatrzyła krytycznie na swoje dzieło i pierwowzór. Lekko zmarszczyła czoło, chyba coś się jej nie podobało. Bardzo chciałem zobaczyć jej pracę. Poprosiłem, a ona podała mi kartkę. Rysowała niesamowicie: patrząc mi w oczy, dostrzegła, jakim jestem człowiekiem. Portret okazał się tak osobisty, jakbyśmy się znali całe życie, a ona odkryła wszystkie moje sekrety. To byłem po prostu ja. Zrozumiałem, że przed tą dziewczyną nie mogę nic ukryć.
Chciałem ją poznać. Chciałem wiedzieć, kim jest ta dziwna istota, która tak nagle pojawiła się na mojej drodze. Fascynowała mnie jak żadna inna kobieta. Znów poczułem się jak w południe na czerwonym dywanie. Musiałem się z nią spotkać jeszcze raz, pragnąłem z nią być, pragnąłem jej dotknąć i poczuć z bliska jej zapach.
* * *
Straciłam poczucie czasu i gdy skończyłam rysunek, nie miałam pojęcia, ile to trwało. Nawet nie wiem, kiedy przestała grać muzyka i nagle zrobiło się dziwnie. Czułam się tak, jakbyśmy się znali całe życie. Chyba jemu też udzielił się ten nastrój, bo siedzieliśmy bez słowa i patrzyliśmy na siebie.
- Mogę zobaczyć? - Leo wyciągnął rękę, a ja podałam mu portret. Przez dłuższy czas przyglądał się dosyć wnikliwie. - Chciałbym zachować ten rysunek - oświadczył, patrząc na kartkę, którą chwilę potem delikatnie położył na stole. - Proszę - dodał po sekundzie.
Zawahałam się, ale tylko przez moment. Twarz Leo tak dobrze wryła mi się w pamięć, że mogłam ją narysować bez modela.
- Okej - zgodziłam się.
- Dziękuję. Ile wynosi honorarium? - spytał rzeczowo.
Zaskoczył mnie tym pytaniem. Dotychczas nikt nie oferował mi pieniędzy za moje prace - może dlatego że nigdy o to nie zabiegałam. Byłam w kropce, nie bardzo wiedziałam, jak wybrnąć z sytuacji.
- Nic - wydusiłam z siebie w końcu. Zmarszczył czoło, najwidoczniej zdziwiła go moja decyzja. - Nie zamawiałeś portretu - wyjaśniłam.
Chyba zrozumiał, o co mi chodzi, bo pokiwał głową.
- Pójdę już - poinformowałam go cicho. Od kiedy skończyłam rysować, znów nie czułam się pewnie.
- Przepraszam cię. Zachowałem się jak nieokrzesany prostak. - Na sekundę lekko podniósł moją dłoń, schylił się i delikatnie pocałował.
Przez moment nie wiedziałam, o co mu chodzi. Nie czułam się obrażona propozycją zapłaty. Owszem, byłam nieco zdumiona, ale na pewno nie uraził mnie tym pytaniem.
- Nie masz mnie za co przepraszać, nie zrobiłeś nic złego - stwierdziłam w końcu.
Ze zdziwieniem podniósł brwi.
- Naprawdę tak uważasz?
Szybko potaknęłam, nie miałam zamiaru wdawać się w dywagacje na temat tego, czy jego propozycja zapłaty była dla mnie obraźliwa, czy też nie. Nadal trzymał moją dłoń. Czułam coraz większe skrępowanie i nagle przypomniałam sobie początek wizyty. Domyśliłam się, za co Leo mnie przepraszał minutę wcześniej. Chyba to wyczuł jakimś szóstym zmysłem, jego twarz wyraźnie stężała ze zdenerwowania.
- Przyjdź jutro. - W głosie Blacka wyraźnie zauważyłam prośbę i wahanie, czy się zgodzę.
- Przyjdę - nagle usłyszałam, jak ktoś odpowiada na jego zaproszenie. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że powiedziałam to całkowicie bezwiednie.
- Odprowadzę cię.
- Jeśli nie robi ci to różnicy, wolałabym wrócić sama -oświadczyłam stanowczo. Nie chciałam, aby mnie odprowadzał. Wystarczająco najadłam się wstydu, gdy szłam do niego w tym stroju.
Leo przez chwilę lustrował mnie wzrokiem. W końcu wstał, gdzieś zadzwonił i szybko przekazał coś osobie po drugiej stronie.
- Ktoś odprowadzi cię do wyjścia, a taksówka zawiezie cię tam, gdzie chcesz. Jest opłacona. - Wziął mnie za rękę i poprowadził do drzwi. Na chwilę się zatrzymał i delikatnie pocałował w czoło.
- Wreszcie jesteś - westchnął i ścisnął mi dłoń. To były bardzo zagadkowe słowa, zwłaszcza że padły na pożegnanie.
Minutę później do drzwi zapukał boy hotelowy. Sprowadził mnie na dół tą samą drogą, którą wcześniej przybyłam.
Nie wiem, jak znalazłam się w kamperze. Magicznym sposobem zapomniałam, kiedy i jak wróciłam, zupełnie jakby ktoś wyciął z mojej pamięci ten fragment. Dziewczyny z pewnością jeszcze się bawiły. Zerknęłam na zegar wbudowany w kuchenną szafkę. Była dwudziesta trzecia. Szybko puściłam Wice sygnał oznaczający mój powrót. Spędziłam z Leo prawie dwie godziny, a wydawało mi się, że trwało to może kwadrans. Czułam się oszołomiona jak na haju narkotykowym - a przynajmniej tak to sobie wyobrażałam, bo nigdy w życiu nie skusiłabym się na jakiekolwiek dragi. Musiałam ochłonąć, pomyślałam, że kąpiel pod prysznicem powinna pomóc. Ale nie pomogła. Trzydzieści minut później, po orzeźwiającym tuszu i przechadzce do łazienki i z powrotem, stan mojego umysłu bynajmniej się nie poprawił.
Kładłam się spać ze świadomością, że nazajutrz czeka mnie ciężka przeprawa z moją przyjaciółką: na pewno mi nie podaruje i będę musiała wszystko opowiedzieć.
Tyle czasu miałyśmy w rezerwie, a i tak główne pakowanie odbyło się rano w dniu wyjazdu z Londynu. Cztery dorosłe kobiety potrzebowały na co dzień miliona rzeczy. Aby zabrać je wszystkie ze sobą i niczego nie zapomnieć, potrzebowałybyśmy miesiąca i co najmniej dwóch koordynatorów do pakowania, a nie czterech kwadransów bezładnej szamotaniny. W końcu jakoś się udało, chociaż w domu zostawiłyśmy istne pobojowisko. Jechałyśmy do Francji. Czekało na nas Lazurowe Wybrzeże!
Podróż okazała się bardzo męcząca. To było do przewidzenia, więc jakieś sto kilometrów za Paryżem zrobiłyśmy postój, zatrzymując się na pierwszym strzeżonym parkingu, który się napatoczył, i przenocowałyśmy.
Nie był to dobry pomysł. Przez całą noc ktoś hałasował, ciągle słyszałyśmy samochody - i rano obudziłyśmy się półprzytomne. Wanda oświadczyła, że w drodze powrotnej nie da się namówić na powtórkę noclegu przy autostradzie.
W Cannes było przepięknie. Nasz kemping, położony około ośmiu kilometrów od ścisłego centrum miasta, okazał się rzeczywiście "światowy", jak to określiła Wika, duży i wyposażony we wszelkie wygody zapowiedziane przez Wandę. A dodatkowo cichy.
Nazajutrz, nareszcie wypoczęte, z radością przywitałyśmy wszystkie dary, którymi obsypała nas Prowansja: słoneczną pogodę, piękną okolicę, morze. W Londynie zawsze brakowało mi gorących dni. Owszem, bywały, ale zbyt rzadko, przegrywały z konkurencją w postaci deszczu i nieba zaciągniętego chmurami, co wcale mi się nie podobało.
Pierwszego dnia pobytu odkrywałyśmy okolicę. Poszłyśmy się trochę pochlapać w morzu, ale woda jeszcze nie zdążyła się nagrzać. Brakowało co najmniej miesiąca, aby lato pokazało, na co je tu stać. Na szczęście byłyśmy przyzwyczajone do zimnej wody w Bałtyku, więc tutejsze temperatury wody nie robiły na nas specjalnego wrażenia.
Musiałyśmy wyglądać jak wariatki, gdy tak chlapałyśmy się i piszczałyśmy. Nikt się tak nie zachowywał. Ale miałyśmy to gdzieś: było tak świetnie, że nic nie mogło nam zepsuć humorów.
Wieczorem zaszalałyśmy w pobliskiej dyskotece. Było sporo ludzi i naprawdę się wybawiłam. Uwielbiałam tańczyć, tak samo jak moja mama, więc nawet się nie zorientowałam, kiedy wybiła północ i musiałyśmy wracać, bo impreza się skończyła.
Następnego dnia Wika zaplanowała wizytę w centrum Cannes: miałyśmy się zamienić w łowczynie autografów. Nie uśmiechało mi się to, ale musiałam się wywiązać z przyrzeczenia złożonego jeszcze w Londynie.
Rano wyruszyłyśmy uzbrojone po zęby w dwa aparaty fotograficzne (ten drugi na wypadek ewentualnej awarii), telefony komórkowe, kilka zdjęć ukochanego aktora Wiki, notes na autografy i co najmniej pięć długopisów. Oprócz tych gadżetów musiałyśmy oczywiście zabrać coś do picia i nawet naszykowałyśmy sobie kanapki na drogę. Nie wiedziałyśmy, ile czasu przyjdzie nam koczować w oczekiwaniu na gwiazdorów. Tego dnia odbywała się premiera Wietnamskiego dziecka - Leo Black miał się pojawić na tym seansie. Wiedziałam od Wiki, że nie grał głównej roli, ale mimo to przyjechał do Cannes promować film. Był bardzo popularny, jego nazwisko przyciągało kinomanów z całego świata.
Nie wiem, jak udało nam się przepchać pod same barierki. Gdy dotarłyśmy na miejsce, wszędzie kłębiły się tłumy ludzi. Przeważały oczywiście młode kobiety. Największe skupisko fanów okupowało teren wokół głównego budynku festiwalowego, przed którym czekał już na gwiazdy czerwony dywan. Stałyśmy dosyć daleko od wejścia, od słynnych czerwonych schodów, i nie widziałyśmy dobrze, co działo się z przodu. Moja przyjaciółka lekko podłamała się tym faktem i widziałam, że traci nadzieję na zdobycie cennych pamiątek w postaci zdjęć z Blackiem.
Trzy dziewczyny - dwie brunetki i blondynka z króciutkimi, prawie białymi włosami ułożonymi na żel, wyglądająca jak kosmitka - które stały ściśnięte zaraz obok nas, chyba usłyszały żale Wiki. Pocieszyły ją, że sławni aktorzy często przechodzą również w bardziej oddalone miejsca, by pokazać się wszystkim fanom, więc mamy jakieś szanse na autografy. Okazało się, że mieszkają w Londynie, a w Cannes są już trzeci raz.
Minęły dwie godziny, zaczynałyśmy się już prażyć w słońcu jak na patelni. Robiło się coraz cieplej, bardzo bliskie towarzystwo innych ludzi nie ułatwiało sytuacji, a na dodatek poczułam, że za chwilę będę musiała wyjść do toalety. Nogi wchodziły mi w miejsce, z którego wyrastały. Powoli zaczynałam mieć dość wszystkiego.
I wtedy właśnie cały tłum zafalował. Z samochodu, który zatrzymał się niedaleko nas, wyszła pierwsza gwiazda, aktorka grająca główną rolę w Wietnamskim dziecku -
Jane Scott, artystka wielkiego formatu. Wokół nas zapanował szał, zresztą ja też byłam podekscytowana, bo nigdy nie widziałam na żywo tak sławnej osoby. Wszyscy krzyczeli i przez moment czułam, że nie sposób sobie wyobrazić większego wariactwa. Myliłam się: po chwili z samochodu wyłonił się Black i rozpętało się prawdziwe piekło. Myślałam, że ludzie zaraz nas stratują, przebiegną po nas i zwalonych barierkach wprost na czerwony dywan.
Widziałam, jak Wiktoria krzyczy obok mnie, krzyczeli zresztą wszyscy wokół. To było naprawdę niesamowite, chyba udzielił mi się nastrój tych wszystkich rozemocjonowanych ludzi. Czułam, że krew szybciej krąży mi w żyłach. Adrenalina zaczęła działać, wyostrzył mi się słuch i hałas stawał się nie do zniesienia. Skupiłam wzrok na przyczynie tego całego chaosu.
Black szedł powoli i witał się z fanami, ale niestety po przeciwnej stronie chodnika - i chyba nie zamierzał do nas podejść. Za aktorem kroczył wielki, przypakowany facet. Wprawdzie obaj mieli na sobie garnitury, ale już na pierwszy rzut oka było widać, że marynarka nie jest ulubionym strojem Pana Bicepsa. Idol Wiki wyglądał naprawdę świetnie: granatowy garnitur, kolorystycznie dobrany krawat i ciemnobrązowa koszula leżały na nim jak na modelu. Spodobał mi się ten zestaw kolorystyczny. Black nie założył okularów przeciwsłonecznych, więc przez moment dokładnie widziałam jego twarz. Oddalał się od nas nieubłaganie. Podpisywał dziesiątki zdjęć, które wyciągnęli w jego kierunku fani - szczęśliwcy z drugiej strony chodnika.
- Rób zdjęcia! - Poczułam szturchnięcie. Wika dosyć gwałtownie przypomniała mi, po co tu przyszłyśmy. Chyba zdawała sobie sprawę, że nasze szanse na autograf od Leo zmalały prawie do zera, i nagle wypaliła po polsku:
- Boże! Proszę! Proszę! Niech on tu podejdzie! - Trzymała ręce złożone jak do modlitwy i wpatrywała się w obiekt swoich westchnień. I właśnie wtedy zdarzył się cud...
* * *
"Z roku na rok jest coraz gorzej, totalny obłęd" - pomyślałem. Wokół mnie rozpościerał się las wyciągniętych rąk trzymających kartki i moje zdjęcia.
"Angela, jeszcze pożałujesz" - wygrażałem w myślach swojej agentce, która zmusiła mnie do przyjazdu w to miejsce. Krwista czerwień dywanu chyba potęgowała wzburzenie tych wszystkich ludzi. Przez moment miałem nieodpartą ochotę zawrócić i schować się w samochodzie, który mnie przywiózł do tego piekielnego zakątka. Liczba błysków aparatów w ciągu kilku sekund przyprawiłaby o atak każdego epileptyka. Raz w życiu dałem się namówić na wypad do klubu nocnego z muzyką techno. Właśnie przypomniał mi się ten wieczór: migające stroboskopowe światła i wszechogarniający hałas.
"Ciekawe, co by zrobili, gdybym nagle się zatrzymał i zaczął wrzeszczeć tak jak oni?" - przez głowę przemknęła mi kusząca myśl. Tłum skandował moje imię na przemian z wyznaniami miłości.
Nagle przez te wszystkie krzyki przedarł się jakiś wysoki głos - niezbyt donośny, ale i tak natychmiast się odwróciłem. Zawsze tak reagowałem na dźwięk polskich słów. Niewątpliwie wykrzyczała je kobieta, i to młoda. Szybko przeleciałem wzrokiem po zgromadzonych przede mną fanach, chcąc ją zlokalizować.
Nagle poczułem wstrząs.
- Alex? - wymamrotałem bezwiednie.
Stała przy barierce, dokładnie ją widziałem. To była bez wątpienia ona, trzymała w dłoni aparat i chyba zamierzała zrobić mi zdjęcie, ale po kilku sekundach opuściła rękę. Wpatrywała się we mnie wytężonym wzrokiem. Czułem jakieś dziwne przyciąganie, jakby jej oczy mnie zahipnotyzowały. Zrobiło mi się gorąco, kilka razy głęboko odetchnąłem, ale ona nie znikała. Próbowałem szybko zracjonalizować całą sytuację. Bez wątpienia była człowiekiem z krwi i kości, ale skąd się tu wzięła?
"Duchy z reguły nie robią zdjęć!" - przekonywałem sam siebie. Odwróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni. Niestety, nic to nie pomogło, przez moją głowę nadal przelatywał milion myśli. Nie wiedziałem, co zrobić. Nie mogłem tak po prostu odejść z tego miejsca! Musiałem z nią porozmawiać, kimkolwiek była. Szybko się rozejrzałem, przed nosem mignęła mi wyciągnięta ręka z notesem. Jakaś mała dziewczynka trzymała w dłoni kwadratową kostkę złożoną z białych karteczek. Szybko podjąłem decyzję, chociaż zdawałem sobie sprawę, że to czyste szaleństwo - na dodatek z góry skazane na niepowodzenie. Nawet jeśli miałem mniej niż jeden procent szans, i tak musiałem coś zrobić, nie chciałem stracić tej okazji. Zdałem się na instynkt. Szybko skreśliłem kilkanaście słów, oderwałem karteczkę i odruchowo oddałem notesik właścicielce, która ze zdumieniem patrzyła na pustą kartkę na górze.
"Leo, masz halucynacje. Jak jeszcze raz popatrzysz w to miejsce, Alex już tam nie będzie. Wtedy schowasz ten list do kieszeni, a po powrocie do Londynu udasz się do psychiatry, bo ewidentnie coś ci się stało z głową" -tak brzmiało moje kolejne bezgłośne oświadczenie.
Odwróciłem się. Moja zjawa z przeszłości nadal uparcie tam stała i wpatrywała się we mnie zdumionymi oczami. "Okej, pogrywasz ze mną? Wobec tego mówię: "Sprawdzam".
- Mike - powiedziałem cicho do mojego ochroniarza - mam prośbę. Weź tę kartkę i daj dziewczynie, która tam stoi. - Dyskretnie wskazałem, o kogo mi chodzi.
- Tej z ciemnymi włosami? - upewnił się.
- Właśnie tej. Jest w niebieskiej bluzce, stoi obok blondynki z kucykami... - zawahałem się, ale po sekundzie dodałem: - Daj jej to jakoś tak, żeby nie zgubiła i powiedz, żeby zaraz stąd poszła.
Spojrzenie Mike'a - bezcenne. Jeszcze nigdy nie odstawiłem mu takiej akcji, zresztą sam byłem zszokowany własnym zachowaniem. Patrzył na mnie przez sekundę, potem ruszył w tłum. Podszedł do nieznajomej, nachylił się i coś jej szepnął na ucho. Jednocześnie włożył jej kartkę w dłoń, którą następnie delikatnie zacisnął w pięść. Dziewczyna przez krótką chwilę patrzyła na swoją rękę ze zdumieniem, jakby nie należała do niej. Nasze oczy na moment znów się spotkały.
- Załatwione. - Nie wiem, kiedy Mike wrócił i stanął obok mnie.
- Dzięki. - Nie mogłem stamtąd odejść, nadal wpatrywałem się w sobowtóra Alex, jakbym chciał zapamiętać tę twarz na długie lata.
"Dotknął jej, czyli ona nie może być duchem. Nie da się dotknąć ducha. Może po prostu to wszystko mi się śni?" - zastanawiałem się.
Nagle poczułem lekkie popchnięcie. Ze zdumieniem odkryłem, że ochroniarz próbuje mnie przywrócić do rzeczywistości.
- Leo, idziemy. Co się z tobą dzieje? - Prowadził mnie jak ślepca. Byłem tak otumaniony, że chyba faktycznie zachowywałem się jak niewidomy. Nie wiem, jak dotarliśmy do schodów.
* * *
Wszystko rozegrało się w ciągu kilku sekund.
Leo Black odwrócił się i spojrzał w naszym kierunku. Wydawało się, że patrzy na mnie i Wikę, ale po chwili spostrzegłam, że jego wzrok jest skierowany prosto na mnie. Nie wiem, ile trwał ten moment. Aktor przyglądał mi się intensywnie i widziałam, że coś powiedział, jakieś krótkie słowo, chyba na literę "A". Po dłuższej chwili zawahał się i miałam wrażenie, że chce do nas podejść, ale zaraz potem odwrócił się w kierunku fanów czekających przy barierkach.
Wydawało mi się, że to tylko sen, ale zaraz poczułam, że mam coś w lewej ręce. Delikatnie odchyliłam palce i dostrzegłam biel papieru. Trzymałam w dłoni kartkę, którą wręczył mi wielki nieznajomy facet towarzyszący Blackowi.
- Chodźmy stąd. - Przypomniałam sobie nagle jego prośbę, która zabrzmiała jak polecenie. Wika była prawie tak samo zszokowana jak ja, ale odruchowo mnie posłuchała i już po sekundzie przedzierałyśmy się przez tłum zgromadzony przy barierkach. Torebka obijała mi się o bok, miałam wrażenie, że pasek się zaraz urwie i gdzieś ją zgubię. Ściskałam lewą dłoń w pięść tak mocno, jakby od tego zależało czyjeś życie. Prawą ręką trzymałam się kurczowo Wiki - za wszelką cenę nie chciałam stracić z nią kontaktu.
Nie wiem, ile to trwało, ale gdy w końcu opuściłyśmy największe skupisko ludzi i wokół nas krążyli jedynie pojedynczy fani, poczułam, że muszę usiąść. Wylądowałyśmy na pożółkłej trawie pod jakimś drzewem. Oddychałam ciężko, gdy Wika spytała zszokowana:
- Matko, co to było? Co on ci dał? - Twarz miała czerwoną i wilgotną od potu.
Odruchowo dotknęłam czoła i popatrzyłam na palce. "Ja też muszę tak samo wyglądać" - pomyślałam. Szybko sprawdziłam, czy nikt nie zwraca na nas uwagi, i delikatnie otworzyłam dłoń. W środku leżała mała kartka, zmięta i mokra.
- Rozwiń ją, coś tam musi być napisane! Widziałam, jak Black coś pisał! - popędzała mnie Wika.
Popatrzyłam na przyjaciółkę. Widok dobrze znanej twarzy dodał mi odwagi. Powoli rozchyliłam liścik, starałam się nie zgnieść papieru. Szybko przeleciałam wzrokiem kilka linijek skreślonych czarnym długopisem, ewidentnie w pośpiechu.
Wiem, że uznasz mnie za szaleńca,
ale proszę Cię ponad wszystko:
przyjdź dzisiaj wieczorem
do hotelu Stars.
Będę na Ciebie czekał o 21.00.
L.B.
- Boże! - wysapała moja zszokowana przyjaciółka. - On cię zaprosił do siebie! Leo Black zaprosił cię do hotelu, zaraz zwariuję! Uszczypnij mnie! - Wika zachowywała się jak obłąkana, ale ja, szczerze mówiąc, byłam chyba w jeszcze gorszym stanie. Patrzyłam na tych kilka linijek tekstu i ich treść nadal do mnie nie docierała.
- To nieporozumienie, musiał mnie z kimś pomylić. Albo ten ochroniarz dał kartkę mnie zamiast komuś innemu! Może tobie miał ją dać! - pisnęłam, bo właśnie wpadł mi do głowy ten pomysł. - Ta cała sytuacja to jakaś totalna bzdura!
- Nieprawda! - Wika nie dawała za wygraną. - Widziałam wszystko dobrze. Najpierw Leo nagle na nas popatrzył, a później gapił się tylko na ciebie. Potem się odwrócił i widziałam, jak zabrał jakiejś dziewczynce notes. Napisał ten liścik i dał go ochroniarzowi, pokazując na ciebie! - relacjonowała wydarzenia z prędkością światła. - Widziałam to dokładnie, bo nie spuszczałam z niego oka, od chwili gdy wysiadł z samochodu!
- Nie wierzę. - Byłam tak skołowana, że co chwilę spoglądałam na świstek papieru, jakbym się obawiała, że nagle zniknie, a ja wyjdę na wariatkę cierpiącą na halucynacje.
- To uwierz. Jak ten koleś dawał ci list, obserwowałam Blacka. Patrzył w twoim kierunku, dokładnie widział, kto dostał kartkę do ręki. Gdyby nie chodziło mu o ciebie, na pewno by jakoś zareagował! No, Anka, niech to do ciebie dotrze! - Moja ukochana Wika wychodziła ze skóry.
Kręciło mi się w głowie z nadmiaru wrażeń. Nagle poczułam, że muszę skorzystać z toalety, i szybko poszłyśmy w kierunku najbliższego fast foodu.
Stanęłam przed umywalką i ochlapałam sobie twarz zimną wodą, Wika obok myła ręce.
- Muszę zaraz coś zjeść! Spaliłam wszystkie kalorie i zaraz tu padnę, dostałam takiej gastrofazy po tej akcji. - Zawsze dopisywał jej apetyt i ostatnie wydarzenia bynajmniej tego nie zmieniły. Za to ja miałam żołądek ściśnięty z nerwów i choć wiedziałam, że nic w siebie nie wtłoczę, posłusznie poszłam z Wiką coś zamówić.
Siedziałyśmy przy stoliku: ja z colą, a ona z dużą torebką frytek i puszką fanty. Znalazłyśmy miejsce pod samym klimatyzatorem. Czułam, jak strumień zimnego powietrza płynie prosto na nasze spocone głowy.
- Co teraz? - Nie miałam pojęcia, jak postąpić.
- Jak to? Chyba nie zamierzasz nie skorzystać z zaproszenia? - W głosie Wiki słychać było niedowierzanie. - Gdyby to mnie zaprosił, zwariowałabym z radości - stwierdziła z nutką żalu w głosie.
- To idź za mnie. - Wpadłam na pomysł, jak to rozwiązać.
- Chyba jesteś nienormalna, przecież już to omówiłyśmy: zaprosił ciebie, nie mnie - dokończyła z wyraźnym zawodem.
Co za koszmar mi się trafił... Myślałam intensywnie. Widziałam, że Wiktorii jest przykro, chociaż naprawdę bardzo się starała nie okazywać rozczarowania. Podjęłam decyzję:
- Nigdzie nie idę. To jest jakiś głupi żart. - Twardo określiłam swoje stanowisko i zamierzałam go bronić do upadłego.
- Idziesz.
- Nie ma mowy - nie odpuszczałam. - Na szczęście następne urodziny masz za rok. - Zaśmiałam się szyderczo z własnego żartu.
- Cha, cha, cha, zaśmiała się hrabina po francusku - Wiktoria zacytowała jedno z ulubionych powiedzonek Wandy.
- Weź się zastanów: czego taki facet może ode mnie chcieć? - Szybko zauważyłam, że Wiktorii jednak nie rozbawił mój dowcip. Wyglądała na zawiedzioną i chciałam trochę poprawić atmosferę. Już nieco doszłam do siebie i mogłam zebrać myśli. - Może jest niebezpieczny? Albo chce, no wiesz... wykorzystać mnie. - Starałam się, by zabrzmiało to nonszalancko, ale zdecydowanie mi nie wyszło.
Czułam, że się rumienię, i niestety nie uszło to uwagi mojej przyjaciółki. Kucyki na jej głowie podskoczyły i nagle zobaczyłam, że śmieje się ze mnie na całego.
- Boże! Anna wieczna dziewica, znana też pod pseudonimem Jednorożec z Londynu. - Wywróciła oczami. - Weź ze sobą paralizator - poradziła tonem znawcy. - Albo gaz. - To już dodała z przekąsem. - Wiesz, czasami naprawdę zachowujesz się jak moja matka. We wszystkim widzisz śmiertelne zagrożenie. A może on chce z tobą zwyczajnie pogadać? Przecież cię nie zgwałci w hotelu pełnym ludzi. Wiesz, czytałam kiedyś taką historię, że jakaś fanka codziennie przychodziła w miejsce, gdzie on miał zdjęcia do filmu. Już nie pamiętam, co wtedy kręcili, nieważne. W końcu ją zauważył, podszedł do niej i zaprosił ją na plan. Ta dziewczyna występuje w jakiejś scenie w tym filmie, oczywiście tylko przez chwilkę, ale jednak.
Słuchałam jej i nadal nie miałam ochoty na zmianę decyzji. Nie wyobrażałam sobie pójścia do nieznanego człowieka, wciąż nie mogłam pojąć, co nim kierowało. Nigdy nie miałam większych problemów z nawiązywaniem znajomości z rówieśnikami, ale teraz sytuacja wyglądała zupełnie inaczej.
- Nie namówisz mnie. Zapomnij. - Byłam już zmęczona całym tym koszmarnym dniem i marzyłam tylko o tym, żeby wrócić na kemping. Jednak cały czas miałam przed oczami wzrok Leo Blacka. To spojrzenie, które prosiło: "Przyjdź do mnie...".
- Nie muszę cię namawiać. Pamiętasz Erica? - Wika nadal pałaszowała frytki, ale teraz przerwała na chwilę i popatrzyła na mnie z wesołą miną.
Byłam w potrzasku. Zrozumiałam: załatwiła mnie na cacy.
- Czemu mi to robisz? - Myślałam, że zaraz ją uduszę. Wiedziałam już, że pójdę dzisiaj do tego przeklętego hotelu i że nie mogę jej odmówić. Chwyciłam się ostatniej deski ratunku: - Jak wytłumaczę się mamie? Nie mogę jej powiedzieć, nie puści mnie, w życiu!
- Hm... Widzisz, dziewczyno, masz dzisiaj wyjątkowego farta. Twoja najlepsza kumpela już to przemyślała. Po prostu zostaniesz w kamperze i powiesz mamie, że będziesz rysować. Ja po ósmej zabiorę nasze damy na dyskotekę. Po powrocie puścisz mi sygnał i będę wiedziała, że mogę bezpiecznie z nimi wrócić. Proste i genialne, prawda? - Wika była wyraźnie zadowolona ze swojego planu.
- Wiesz, że nie lubię kłamać. Nie podoba mi się to - marudziłam.
- Dobrze, to dla spokoju sumienia coś narysuj, zanim do niego pójdziesz. - Cóż, miała gotową odpowiedź na każdą moją wątpliwość.
Uznałam, że lepiej ustąpić, zanim Wika wywierci mi w brzuchu Rów Mariański. Gdy wracałyśmy na kemping, wymusiła jeszcze na mnie przyrzeczenie, że zdobędę dla niej upragniony autograf, no i pójdę w jej sukience. Było mi wszystko jedno, potakiwałam, jednak cały czas tłukła mi się w głowie myśl, by jednak zostać w kamperze. Zdawałam sobie sprawę, że na szali kładę przyjaźń z Wiką, ale znałam ją dobrze i wiedziałam, że kiedyś wybaczy mi złamanie słowa. Ostatecznie postanowiłam podjąć decyzję dopiero po wyjściu dziewczyn - i to mnie trochę uspokoiło.
Samochód zostawiłam w lesie. Ostatni kilometr zamierzałam przejść na piechotę. Od kilku dni padało, drogi zamieniły się w grząskie bajora, odbicia bieżnika w błocie były widoczne jak na dłoni.
Wyjęłam bladozieloną pigułkę i połknęłam na sucho. Teraz tylko przetrwać dziesięć minut...
Cała ta sytuacja mocno mnie zaskoczyła, nie zdążyłam się odpowiednio przygotować, nawet wziąć lepszych butów na tę wyprawę. Piękne szpilki w cielistym kolorze... Lecz telefon z informacją o nagłej śmierci jego matki zaskoczył mnie na sympozjum. Z trudem dokończyłam wystąpienie, zaraz potem ruszyłam w drogę. Gnałam jak wariatka przez pięć godzin i gdyby nie mój wynalazek, byłabym już skrajnie zmęczona - nie spałam przecież ponad dobę.
Mimo sporego dystansu szybko dotarłam pod jego dom. Na pierwszy rzut oka przez ostatnich szesnaście lat nic się nie zmieniło. Na zewnątrz budynek wyglądał prawie tak samo jak wtedy. Stary, drewniany, z niewielką werandą, pomalowany na biało, odcinał się od ciemnego lasu. Farba lekko się złuszczyła i teraz małymi płatkami odchodziła od powykrzywianych desek. Wiedziałam, że jeszcze go nie ma. Postanowiłam wejść pod schody -
spodziewałam się, że trochę osłoniły ziemię przed wszędobylską wodą. Ułożyłam się w miarę wygodnie, o ile leżenie nawet w niezbyt wielkiej, ale dosyć zimnej kałuży można nazwać komfortowym. "Moja jasna garsonka będzie po tej operacji wyglądać koszmarnie" - pomyślałam, ale po sekundzie przypomniałam sobie, że to nieistotne. Nie zamierzałam już nigdy nikomu w niej się pokazywać. Było zimno, trzęsłam się tak bardzo, że szczękały mi zęby.
Wreszcie światła samochodu delikatnie omiotły podwórko, widziałam je przez wąskie szczeliny w starych deskach stopni. Gdy po nich wchodził, poczułam, że na twarz wysypują mi się jakieś paprochy. Zamknęłam oczy, skupiłam się i już po sekundzie ujrzałam Astrum; choć tyle razy ją widziałam, znów mnie zaskoczyła, jej blask mnie oślepiał. Powoli przyzwyczajałam wzrok. Biała plama intensywnego światła płynęła po budynku. Krążyła między pomieszczeniami, czasami zatrzymywała się w jakimś miejscu na dłużej. Widziałam tylko te miejsca, które opuściła, i dokładnie im się przyglądałam. Wyglądało to tak, jakby ogromny piorun kulisty przemieszczał się po domu. Nie miałam pojęcia, ile to jeszcze może trwać, więc otworzyłam oczy i znów w ciemnościach widziałam jedynie fosforyzujące wskazówki zegarka.
Od mojego przybycia minęły prawie dwie godziny. Przeczekałam kolejną, w duchu przeklinając fatalną pogodę. Wreszcie ponownie zmierzyłam się z oślepiającym blaskiem małej gwiazdy. Już znieruchomiała, jej delikatnie drgające promienie przenikały przez jedną ze ścian. Wiedziałam, że zasnął. Powoli wspięłam się po schodach, delikatnie nacisnęłam klamkę. Drzwi ustąpiły bez oporu. W środku było dosyć ciemno, na szczęście dobrze pamiętałam rozkład pomieszczeń.
Zajrzałam do kuchni. W małym metalowym piecyku płonął ogień, słabe światło delikatnie odbijało się od posadzki. Zauważyłam pustą szklankę stojącą na stole i leżące obok niej opakowanie jakichś tabletek. Odetchnęłam z ulgą i wyszłam z kuchni. W innych pomieszczeniach panowała ciemność. Sięgnęłam do kieszeni, wyjęłam małą świecę i zapałki.
Znalazłam go w jego dawnym pokoju. Nadal miał to samo łóżko. Spał jak zabity. Chyba nie był przyzwyczajony do środków nasennych, bo w opakowaniu brakowało tylko kilku pigułek. Przyglądałam mu się przez dłuższą chwilę: leżał na wznak z jedną ręką założoną za głowę. Tylko raz w życiu widziałam go śpiącego i teraz patrzenie na niego sprawiało mi jakąś perwersyjną przyjemność. Postarzał się. Na skroniach wyrosło mu sporo siwych włosów, błyszczały w świetle świecy jak złote nici. Nie miał zarostu, ale twarz poorana głębokimi bruzdami sprawiała, że wyglądał na dużo starszego, niż był w rzeczywistości. Zawsze podobały mi się jego dłonie. Były dosyć duże - ale pasowały do niego, miał przecież prawie metr dziewięćdziesiąt wzrostu. Mogłam dobrze się przyjrzeć jego lewej ręce, leżącej wzdłuż tułowia. Skupiłam wzrok na dłoni, aż po knykcie pokrytej krótkimi i dosyć ciemnymi włoskami, długich palcach, nieco zaniedbanych paznokciach. Poczułam znajomy dreszcz przebiegający po całym ciele. Nawet nie przypuszczałam, że widok tego mężczyzny może jeszcze tak na mnie działać.
Dopiero po kilku minutach przypomniałam sobie, po co tu przyszłam. Postawiłam świeczkę na małym stoliku tuż obok łóżka - musiałam mieć wolne ręce. Otworzyłam ostrożnie wyjęty z torebki celofanowy woreczek. Na szczęście okazał się bardzo szczelny, nic nie wyparowało, a wata nasączona eterem pozostała wilgotna. Przyłożyłam ją wprawnym ruchem do jego twarzy. To było niepotrzebne, bo spał głęboko, ale wolałam mieć pewność, że nic nie poczuje.
Odłożyłam dokładnie zawiniętą folię na stolik, tuż obok świecy. Strzykawkę napełniłam wcześniej, teraz tylko nasadziłam igłę. Tętnica szyjna, najlepsza do tego typu iniekcji, lekko pulsowała, może coś mu się śniło? Docisnęłam ją przez moment. Miał ciepłą skórę, kiełkujący zarost lekko drażnił opuszkę mojego palca.
- Połowa dla ciebie, połowa dla mnie - zaśmiałam się cicho, wstrzykując biały płyn.
Delikatne falowanie krwi ustało. Zanim wyjęłam igłę, już nie żył.
"Gdzieś w świecie właśnie słychać twój płacz" - pomyślałam z czułością. Wiedziałam, że kiedyś odnajdę gwiazdę. Dotknęłam jego dłoni, była jeszcze ciepła. Schowałam strzykawkę do torebki. Po raz ostatni ogarnęłam wzrokiem pokój. Płomień lekko zachybotał, gdy przewróciłam świecę, ale nie zgasł.
Kim byłam, zanim go poznałam? Zwyczajną dziewczyną, która lubiła rysować. Odkąd sięgam pamięcią, rysowałam wszędzie i na wszystkim. Kiedy byłam mała, nieraz obrywało mi się za to od babci Zofii. Mieszkałyśmy - ja i moja mama Julia - w małym miasteczku koło Gdańska. Nasze niewielkie mieszkanie, narożna kawalerka w rozpadającym się powoli budynku, stało się dla mnie centrum wszechświata.
Przed moimi narodzinami rodzice wygospodarowali niewielki kąt, fragment jedynego pokoju. Ojciec wymurował dodatkowe ścianki, wstawił zwykłe drzwi i w ten sposób powstał mój pokoik. Było w nim nawet okno. Niestety, tato nigdy nie doczekał chwili, gdy zamieszkałam w swoim gniazdku - zmarł tego samego dnia, gdy się urodziłam.
Duży pokój zajmowała mama. Stał w nim wielki kaflowy piec, który potężnie dymił, przez co każdego roku musiałyśmy odświeżać ściany. Pewnego letniego dnia mama pod wpływem moich perswazji pomalowała ten pokój na różowo - naprawdę piękny kolor, taki bajkowy. Może gdybym była wtedy trochę starsza, zorientowałabym się, że nie pasuje on do niczego, z naszym ówczesnym życiem włącznie. Wówczas jednak miałam zaledwie osiem lat i patrzyłam na świat przez różowe okulary.
Któregoś dnia, nie mogąc się oprzeć pokusie, narysowałam ołówkiem na ścianie pokoik lalek: ze stolikiem,
z krzesełkami wyglądającymi jak odwrócone czwórki, szafą z książkami i nawet ze ślicznym żyrandolem. Rysunek był schowany za piecem, ale babcia, niestety, odkryła mój sekret i musiałam zamalować dzieło resztką farby.
Na szczęście babcia Zosia nie mieszkała z nami i tylko czasami robiła inspekcję, jak określała to mama. Zawsze miałam wrażenie, że babcia mnie nie lubi, i nie mogłam zrozumieć, dlaczego tak zimno traktuje swoją jedyną wnuczkę. Dzieci jednak szybko zapominają krzywdy. Ja też nie rozpaczałam zbyt często z powodu niechęci babci. Miałam tak kochaną mamę, że nie potrzebowałam nikogo oprócz niej (i moich rysunków).
Naprzeciwko naszej kamienicy stał mały budynek. Mieszkała tam moja najlepsza przyjaciółka - Wiktoria. Jej mama, Wanda, też była pielęgniarką. Od kiedy pamiętam, nasze mamy przyjaźniły się i pracowały w jedynym szpitalu w naszej mieścinie. Wika spędzała ze mną cały czas, już od rana. W jednej szkole, w jednej klasie, w jednej ławce. Po lekcjach albo siedziałyśmy u mnie, albo u niej, w zależności od tego, która z mam miała akurat wolne. Matka Wiktorii rozwiodła się z mężem jeszcze przed jej narodzinami - i może to sprawiło, że moja mama tak świetnie się z nią dogadywała. Obie żyły przecież samotnie.
Wika... Kompletna wariatka, moje zupełne przeciwieństwo. Ja - blada szatynka z bardzo ciemnymi, lekko pofalowanymi włosami, ona - naturalna blondynka z włosami prostymi jak druty. Była szalona i miała sto pomysłów na minutę (z czego może pięć procent miało szansę na realizację), a ja miałam jeden pomysł na sto dni.
Czasami zaglądałam, jak się miewa moje tajemnicze dzieło za piecem. Po jakimś czasie rysunek wykonany ołówkiem przebił się przez farbę. Może przetrwał dziesięciolecia, ale nie miałam już okazji tego sprawdzić. Kiedy skończyłam dziewięć lat, zaraz po mojej komunii, opuściłyśmy z mamą nasze małe różowe mieszkanie i zaczęłyśmy nowe życie na Wyspach. Moje szczęście nie miało granic: teraz miałyśmy z Wiką być nierozłączne. Jej mama też sprzedała swoje lokum i zamieszkałyśmy we czwórkę w Londynie.
Lata mijały szybko, dobrze się nam żyło na obczyźnie, która powoli stawała się coraz bardziej nasza. Dom, w którym mieszkałyśmy, znajdował się w Ealing, dzielnicy pełnej Polaków, więc nie czułyśmy się wyobcowane. W naszej klasie uczyły się jeszcze dwie dziewczyny z Polski, ale ja i Wika zawsze trzymałyśmy się razem. Hambrough Road, ulica, przy której mieszkaliśmy, była typową wąską, londyńską uliczką. Naprzeciwko siebie stały domy jednorodzinne z niewielkimi podwórkami od frontu. Na takim podwórku od biedy zmieściłoby się jedno małe auto. Na szczęście dla naszej czwórki my z mamą nie miałyśmy własnych samochodów i nie zanosiło się na zmianę w tym zakresie. Mama wprawdzie zrobiła prawo jazdy jeszcze w Polsce, ale nie potrafiła przestawić się na jazdę po lewej stronie ulicy. Ja z kolei byłam typowym beztalenciem motoryzacyjnym i niedawno, po kilku podejściach do egzaminów, dałam w końcu za wygraną. Zawsze miałam argument dla tych, którzy dokuczali mi z tego powodu: najczęściej mówiłam, że muszę mieć jakąś wadę, bo życie z ideałem jest nie do zniesienia. Z reguły załatwiało to sprawę i ucinało dalsze złośliwości. Zdaniem mamy wiele rzeczy odziedziczyłam po tacie, ale brak zamiłowania do prowadzenia pojazdów mechanicznych przypadł mi w udziale wyłącznie po niej.
Dom wynajmowałyśmy, ale po tylu latach właściciele -starsze małżeństwo - traktowali nas jak własną rodzinę. Pani Collins, Polka, w młodości mieszkała w Warszawie. Tam jako dwudziestoletnia dziewczyna, zaraz po wojnie, poznała swojego przyszłego męża, Douglasa. Zakochali się w sobie na gruzach naszej zrujnowanej stolicy. Pan Collins, rodowity Brytyjczyk, pochodził z bardzo dobrze sytuowanej rodziny. Przyjechał do Londynu ze swoją piękną młodą żoną i razem kupili ten właśnie dom.
Urodziło im się dziecko. Mieli syna Jeffreya, rówieśnika mojej mamy. Niestety, zginął w czasie służby wojskowej. Chyba popełnił samobójstwo. To był drażliwy temat, nasi dobroczyńcy nigdy go nie poruszali. Coś tam wiedziałyśmy od sąsiadów, którzy chcieli nas na siłę uszczęśliwić opowieściami o tym przykrym zdarzeniu. Po kilku nieudanych próbach zainteresowania naszych mam tą historią w końcu odpuścili.
Państwo Collinsowie sprawili sobie domek kilkadziesiąt kilometrów za Londynem i przenieśli się tam, jak to nazywali, "na starość". Kamienicę, w której mieszkałyśmy, zamierzali przekazać w testamencie fundacji zajmującej się opieką psychologiczną nad byłymi wojskowymi. Ale póki żyli, mogłyśmy tam mieszkać, płacić symboliczny czynsz i cieszyć się życiem.
Dom był świetny. Na parterze znajdowały się salon i jadalnia, którą nasze mamy przerobiły na sypialnię dla Wandy. Obok oczywiście kuchnia, z oknem od frontu budynku, i wąska łazienka. Po schodach wchodziło się na piętro z sypialnią mamy i moim pokojem. Przylegała do niego druga, jeszcze węższa łazienka. Wyżej, na poddaszu, królowała Wika. Jej dziuplę, czyli mały pokój z okienkami dachowymi, zaadaptowano z części strychu. Wchodziło się tam po niewygodnych schodkach - i to chyba jedyny mankament, bo poza tym pokoik był uroczy i przytulny. Wika wywalczyła go, idąc do celu niemal po trupach. Argument, który przeważył szalę, brzmiał tak: w tym pokoju będzie najcieplej (bo na górze), a Wika łatwo się przeziębia. Szczerze mówiąc, chyba żadna z nas w to nie wierzyła - tak naprawdę właśnie tam panowała zimą najniższa temperatura. Za to latem słońce nadrabiało nagrzewanie z nawiązką.
Mój pokój był koszmarny, totalnie obciachowy. Nic dziwnego - mieszkałam w małżeńskiej sypialni państwa Collinsów... Mieli do niej sentyment, więc poprosili nas, żebyśmy nie usuwały mebli: wielkich, teraz już chyba zabytkowych, przywiezionych przed laty z Polski. W moim ogromnym łóżku można było się zgubić. Na jednej połowie odpoczywałam, a na drugiej panoszyły się rzeczy: książki, rysunki, przybory artystyczne i... no cóż, trochę ciuchów. Mama spała w pokoju syna Collinsów - tylko jej nie przeszkadzało, że mieszka w pokoju po zmarłym. W końcu tyle lat przeżyła jako wdowa.
* * *
Gdy czytałam lub się uczyłam, lubiłam mieć włączony telewizor z wyciszonym głosem - takie małe dziwactwo. Mama zawsze zrzędziła, że marnuję prąd, ale w końcu machnęła na to ręką. Pewnego dnia, gdy leżałam w salonie i relaksowałam się na sofie, drzwi wejściowe otworzyły się z hukiem. Wnioskując po odgłosach, do domu wpadła moja najukochańsza przyjaciółka. Słyszałam, jak po drodze zrzuca buty i plecak. Perfekcyjna Pani Domu nie była jej idolką, niestety. Wanda co chwilę miała z córką przeprawy o wieczny bałagan.
Po sekundzie Wika znalazła się w naszym pokoju dziennym.
- Nie uwierzysz! Wiem, jaką będziemy mieć niespodziankę! - Podskakiwała w miejscu jak piłeczka.
Taki sposób okazywania radości został jej z dzieciństwa. Tego dnia uczesała się w te swoje śmieszne kucyki. Ubrana była, jak zwykle, bardzo ekstrawagancko: tym razem w szeroką cyklamenową spódnicę i krótką bluzkę z tkaniny w klasyczną pepitkę. Całość dopełniały białe, ażurowe podkolanówki. Odkąd pamiętam, Wika chciała zostać kimś sławnym: aktorką, piosenkarką, modelką, projektantką mody - kimkolwiek, byle sławnym - i twierdziła, że znane osoby muszą się ubierać inaczej niż zwykli ludzie. Zabawnie było obserwować, jak z biegiem lat odpuszczała kolejne pomysły: piosenkarka odpadła, bo Wika stwierdziła, że ma słaby głos, do modelingu i aktorstwa ponoć nie miała warunków (polemizowałabym z tą tezą). Projektantka mody też w końcu poległa ze względu na brak zdolności manualnych - ale wyzywający, oryginalny sposób ubierania się pozostał.
- Tak? Jak to odkryłaś? - Zaintrygowała mnie.
Nasze mamuśki umiały konspirować nie gorzej niż francuscy partyzanci, byłam więc zaskoczona, że Wika dotarła do takiej informacji. Szykowały dla nas jakąś nagrodę-niespodziankę z okazji ukończenia college'u. Udało się nam zdać egzaminy z całkiem dobrymi wynikami. Obie zamierzałyśmy kontynuować naukę: ja wybierałam się do dwuletniej szkoły o profilu artystycznym, a Wika - na studia, a raczej studium administracji. Pierwszy raz w życiu miałyśmy chodzić do dwóch różnych szkół.
- Nie ciekawi cię, co dostaniemy? Ty to jesteś jednak nie z tej planety! - Wika podskoczyła ponownie i na dodatek zamachała rękami, jakby miała zamiar odlecieć. Wyglądała jak mała dziewczynka, która za sekundę zacznie zrywać papier z gwiazdkowych prezentów.
- Może i jestem... Dobra, dawaj te rewelacje. - Oderwała mnie od studiowania książki o Salvadorze Dalim i chciałam już mieć za sobą tę rozmowę.
- Jedziemy we czwórkę na cały tydzień kamperem do Francji! W maju, jakoś w połowie miesiąca! To za niecałe trzy tygodnie! I na dodatek kemping jest zaraz obok Cannes! Wiesz, co się tam wtedy odbywa? - Wika prawie szczytowała z podniecenia.
- Nie wiem, chociaż coś mi świta... - udawałam ignorantkę.
- Skąd ty się urwałaś? Nie słyszałaś o festiwalu filmowym w Cannes?! - Moja przyjaciółka szeroko otworzyła oczy, dała się nabrać jak dziecko. Widocznie nadmiar pozytywnych emocji zmniejszył jej czujność.
- Jaja sobie robię. Wiem, co jest w Cannes - parsknęłam śmiechem.
- Cha, cha, ale zabawne. Masz szczęście, dzisiaj nikt nie jest w stanie mnie wkurzyć, bo... - przeciągnęła -zgadnij, kto tam będzie? - Prawie już lewitowała, częstotliwość podskoków nagle wzrosła.
- O Boże, ty to jednak jesteś całkowicie stuknięta...
Moja przybrana siostra miała kompletnego fioła na punkcie celebrytów, zwłaszcza angielskiego aktora Leo Blacka. To była absolutna, niemierzalna obsesja. Wika zgromadziła w komputerze setki jego zdjęć, wiedziała o nim wszystko. Kiedyś nawet chciała mnie wywlec na drugi koniec Londynu, żeby zakraść się pod dom jego rodziców z nadzieją na zdobycie fotki lub autografu, ale udało mi się wybić jej z głowy ten absurdalny pomysł. Niestety (dla Wiki) Leo Black coraz rzadziej bywał w Londynie. Albo kręcił filmy gdzieś w świecie, albo siedział w Stanach ze znajomymi i z kolejnymi przyjaciółkami.
Wika ubolewała z tego powodu, ale nie dawała za wygraną. Szukała w necie informacji o tym, gdzie mieszka jej idol, gdy wraca do miasta - ale bez większych efektów. Poszła też do agencji, która zajmowała się jego karierą, ale spławili ją już przy bramie wjazdowej. Zresztą to było do przewidzenia: czasami po głośniejszych premierach koczowały tam najbardziej zagorzałe wielbicielki, więc ochrona pewnie dawała z siebie wszystko, by uchronić aktora przed fanatyczkami.
Ten obłęd trwał już prawie siedem lat. Zaczął się, gdy telewizja wyemitowała amerykański miniserial Upalu, miasto obcych, ekranizację bardzo wtedy modnej sagi dla młodzieży. Black grał w nim jedną z głównych ról. Jak miliony nastolatek na całym świecie, obejrzałyśmy razem z Wiką wszystkie sześć półtoragodzinnych odcinków. Podobało mi się, ale tego szaleństwa, które się rozpętało później, nie mogłam pojąć.
- Czad, no nie? Zobaczę go wreszcie, musisz koniecznie tam ze mną iść i zrobić mi zdjęcia. Weźmiemy kilka jego fotek, może uda się nam zdobyć autografy! - Wika zupełnie straciła kontakt z rzeczywistością.
Widziałam ją, jak już tam jest, w tym Cannes, i razem stoimy przy barierce dla fanów. "Razem? Chwileczkę...". - Właśnie uświadomiłam sobie tok myślenia mojej przyjaciółki.
- Wika, nie pójdę z tobą po te autografy, nie namówisz mnie - sprowadziłam ją na ziemię.
- Jak to?
- Tak to. Nie interesują mnie takie rzeczy, chyba już kiedyś to przedyskutowałyśmy? - Nie miałam zamiaru uczestniczyć w tym przedstawieniu.
- No proszę cię, to jedyna szansa! Rano trzeba zająć dobre miejsca, premiera filmu Blacka jest koło południa, przez tyle czasu zanudzę się na śmierć! Przecież jesteś jak moja siostra, a rodzinę się kocha i spełnia się jej prośby! - Niezbyt udanie próbowała uderzyć w czułe struny mojej siostrzanej empatii.
- Kocham cię jak mróz Alaskę, ale i tak odmawiam. - Czułam, że będę musiała zastosować metodę zdartej płyty.
- Nie chcesz zobaczyć tych wszystkich sławnych ludzi?! Zdobyć pamiątek?
- Tak mi te pamiątki potrzebne jak rybie buty. Nie zachęciłaś mnie - skwitowałam.
Perspektywa spędzenia kilku godzin w tłumie fanów, a raczej fanek, odstraszała mnie bardzo skutecznie. Nie miałam zamiaru dać się namówić na to wariactwo.
Na szczęście moja przyjaciółka dobrze mnie znała i wiedziała, że rzadko ustępuję, sprawę uznałam więc za zamkniętą. Z błogością zanurzyłam nos w książce...
- Coś ci powiem i na pewno to cię zainteresuje. - Słodki głosik przerwał mi lekturę. - Tylko odłóż te sflaczałe zegarki i pogadaj ze mną.
Uśmiechnięta Wiktoria wyglądała jak żywa emotka. Nie miałam zamiaru wdawać się z nią w dyskusje na temat jednego z największych dzieł Salvadora, a tym bardziej próbować przekazać jej idei, jaka przyświecała artyście podczas tworzenia Miękkich zegarów.
- No?
- Czyżbyś zapomniała, że za trzy dni mam urodziny? -zachichotała.
- To już teraz? Niemożliwe, przecież niedawno miałaś osiemnastkę, dałabym sobie głowę uciąć, że to było co najwyżej pół roku temu - wystękałam.
- A jednak! - wygłosiła tryumfalnie.
- No tak, załatwiłaś mnie. Zgadzam się, ale tylko dlatego, że nie mam innego wyjścia - zrezygnowana złożyłam album. Mój udział w akcji "Autograf" był zaklepany. - Cholerny szósty punkt dziewczyńskiej umowy... - sapnęłam do siebie.
- Cudowny szósty punkt! - Usiadła naprzeciwko i wywaliła nogi na stolik. - Jakoś nie narzekałaś w Nowy Rok, gdy musiałam ci przez cały dzień pozować, na dodatek przy akompaniamencie tego koszmarnego koncertu Filharmoników Wiedeńskich, a przypominam ci: byłam skacowana i ledwo żywa. Jeszcze mnie mdli, jak sobie przypomnę te polki galopki.
- Hm... Nie wiem, czy twoja ofiara była aż tak wielka, tym bardziej że przespałaś połowę sesji. Za to rok temu nieźle mnie przeczołgałaś: przez tydzień miałam wysypkę, a oczy łzawiły mi chyba z miesiąc. Poza tym upubliczniłaś mój wizerunek, choć jego styl dalece odbiegał od mojego - przypomniałam Wiktorii, jak wyglądał mój ubiegłoroczny prezent dla niej. Bycie modelką i znoszenie pięciogodzinnego tarmoszenia, czesania, malowania i przebierania tylko po to, aby Wika mogła umieścić na blogu kilka zdjęć z jakiejś głupiej sesji fotograficznej, było dla mnie marnotrawieniem czasu i kosmetyków.
- Nudzisz. Jako punkówa wyglądałaś czadowo, nikt cię nie rozpoznał, więc się nie ciskaj o tę publikację. Na dodatek wygrałam zestaw profesjonalnych kosmetyków do makijażu studyjnego. I wiesz, co ci obiecałam... - zawiesiła głos.
- Wiem, wiem. - Pokiwałam głową. Wika tak bardzo się ucieszyła z wygranej, że przyrzekła mi darmowe makijaże do końca moich dni, kiedy tylko wyrażę chęć poddania się tym skomplikowanym zabiegom.
- Wytłumacz mi jedną rzecz: o co ci chodzi z tym Leo? Po co ci to spotkanie z nim? I co na to twój Cameron? - próbowałam dojść do sedna sprawy i zrozumieć Wiktorię.
- Cameron? Od wczoraj to już historia.
- Żartujesz? - Ostatnia big love Wiki pojawiła się na tapecie jakiś miesiąc temu i według jej zapewnień miała to być "ostateczna ostateczność".
- Nie. Był drętwy.
- W jakim sensie?
- Domyśl się - zachichotała.
- Hm. Biedny Cameron. - Pochyliłam się nad losem ekschłopaka Wiktorii, odrzuconego zapewne z powodu zbyt małego temperamentu.
- Nie żałuj go. Zresztą jak chcesz, jest wolny, możesz go sobie przygarnąć. Gorący jak lodowiec Rossa, będziecie do siebie pasować.
- Dziękuję, brzmi kusząco, ale nie skorzystam. No a co z Blackiem? Powiedz mi, chciałabyś być z kimś takim? -spytałam, wygodnie się sadowiąc. Moje stopy, podparte małą poduszką, wylądowały na blacie stolika.
- Czemu nie!
- Pamiętasz, co mi przedwczoraj pokazywałaś na YouTube? - przypomniałam Wice krótki film, który dla świętego spokoju z nią obejrzałam.
To było trzyminutowe nagranie wykonane telefonem przez jakąś fankę Blacka. Miejsce i czas akcji: Los Angeles, noc. Fabuła - oszczędna: słynny aktor wychodzi z knajpy w towarzystwie dwójki znajomych, kobiety i mężczyzny, a następnie wraz z nimi wsiada do samochodu i odjeżdża. Didaskalia: jakieś pięćset błyśnięć fleszy, tyleż samo okrzyków: "Leo, Leo, kocham cię, Leo!". Matriks na maksa. Black idzie z opuszczoną głową, wzrok wbity w chodnik. Szybko próbuje wejść do auta, a gdy mu się to w końcu udaje, zasłania twarz rękami skrzyżowanymi w nadgarstkach. Wygląda, jakby zaraz ktoś miał go skuć kajdankami. Siedzi na środku tylnej kanapy, ciągle trzymając dłonie w tej pozycji. W tym samym czasie fotoreporterzy i przypadkowe osoby robią mu setki zdjęć, oświetlają wnętrze kabiny samochodu niezliczoną ilością błysków. W końcu samochód odjeżdża. Kurtyna.
- Kojarzę, no i co w związku z tym? - Wiktoria ewidentnie nie dostrzegała problemu.
- Boże, nic do ciebie nie dotarło? Powiem ci, że jak poszłaś do siebie, puściłam sobie to jeszcze kilka razy, nie wiem dlaczego, to było kompletnie irracjonalne, ale jakoś mnie kusiło. Dokładnie się przyjrzałam temu twojemu Leo. Zrobiło mi się go żal, on naprawdę ma przechlapane. Widziałam jego twarz... Jak on miał dość tego wszystkiego! Był taki zrezygnowany, gdy się próbował zasłonić, okropnie upokarzająca sytuacja. Nie wyobrażam sobie, jak podle się musiał czuć, chyba bym zwariowała, gdyby mnie tak zaszczuto - próbowałam przekazać Wice, jak bardzo mną wstrząsnął ten pozornie nieistotny obraz.
- No chyba sobie jaja robisz? Histeryzujesz, przecież nic mu się nie stało. To były zaledwie trzy minuty, nie umarł z tego powodu. No i jak to się ma do twojego wcześniejszego pytania? - Świdrowała mnie wzrokiem.
- Tak, trzy minuty, ale jego całe życie składa się z takich trzech minut, z ciągle powtarzających się podobnych sekwencji, nie pomyślałaś o tym? Gdy jesteś z kimś tak sławnym, ty też musisz tak żyć. Widziałaś, że tym ludziom, którzy z nim byli, też się nieźle dostało z fleszy? Nie mówiąc o spekulacjach w komentarzach pod tym filmem: kim jest ta kobieta, a kim facet, a może to, a może siamto... Daj spokój, to jakiś koszmar. Nie wiem, jak ten człowiek to znosi. - Byłam szczerze przejęta losem Blacka. Nigdy nie uważałam się za osobę wybitnie nieśmiałą, lubiłam ludzi, ale takiego stylu życia nie życzyłabym nikomu.
- Jakby mu było tak źle, toby z tym skończył. Ma tyle hajsu, że do emerytury nie musi nic robić. Zresztą będę się o to martwić, gdy już zostanę jego laską - zachichotała. - To zwykły koleś, niech to do ciebie dotrze.
- Za dużo Notting Hill - postawiłam diagnozę.
- Pitu, pitu...
- Współczuję mu, za to ty za grosz nie masz empatii. Na dodatek podstępnie zmusiłaś mnie do tego, żebym i ja dołączyła do tych prześladowań. To niemoralne i źle się z tym czuję - z przekąsem zakończyłam swoją wypowiedź.
Wiktoria na chwilę spoważniała, nad czymś się zastanawiała. Przez moment miałam wrażenie, że wreszcie zrozumiała, co chciałam jej przekazać, ale sromotnie się zawiodłam: nic nie było w stanie poruszyć sumienia mojej przyjaciółki.
- O, ty! Prawie ci się udało! - Zerwała się z fotela i wskoczyła na mnie. - Jesteś sprytna, Anno Wilk!
- Nie łaskocz! Litości.... - piszczałam jak oszalała. - Ja naprawdę tak myślę! To było szczere! Miałam czyste intencje, naprawdę mi go żal! - próbowałam się bronić.
- Nie wierzę ci... Ty paskudna manipulantko!
- Ratunku! Niech ktoś zdejmie ze mnie tę wariatkę... - chichotałam, bezskutecznie próbując osłonić się poduszką przed wszędobylskimi palcami Wiki.
- Ja ci dam wariatkę...
Szamotałyśmy się jeszcze z pięć minut. Przez to całe zamieszanie nigdy się nie dowiedziałam, jak Wiktoria dotarła do tajnych informacji. Wieczorem tego samego dnia Wanda wszystko nam oficjalnie powiedziała, a potem, szczerze mówiąc, zapomniałam spytać, skąd pochodził przeciek.
* * *
Siedziałyśmy z mamą u niej w pokoju. Była piękną kobietą. Nigdy nie farbowała swoich lekko falujących kasztanoworudych włosów. Czasami jakaś przypadkowa kobieta zaczepiała ją na ulicy i pytała, jaką farbą można uzyskać taki efekt. Mama miała bardzo jasną skórę i piegi. Jasne rzęsy i brwi co dwa tygodnie farbowała jasnobrązową henną w odcieniu tęczówek jej oczu. Nietypowe połączenie brązowych oczu i rudych włosów zawsze przyciągało spojrzenia - rzadko spotyka się taką kompozycję kolorystyczną. Mama, choć niezbyt wysoka, miała ładną, bardzo kobiecą figurę. Ja za to wdałam się w ojca ze swoim wzrostem, z ciemnymi włosami i owalną twarzą. Byłyśmy zupełnie niepodobne do siebie i często ludzie nie wierzyli, że jesteśmy matką i córką. Jedynie blada cera stanowiła nasz wspólny mianownik.
- Skąd weźmiecie kamper? - Zastanawiałam się nad tym od dwóch dni. Wika nie zdradziła szczegółów i teraz przypomniałam sobie, że miałam o to spytać.
- Wanda już załatwiła, i to za free. Jej kumpel z oddziału, jakiś lekarz, jest zapalonym podróżnikiem i zjeździł już z przyjaciółmi całą Europę. Niestety, tak nieszczęśliwie zwichnął rękę, że przez najbliższe trzy miesiące nigdzie się nie wybierze ze względu na rehabilitację, i okazało się, że chętnie pożyczy swój wóz. Sam namówił do tego Wandę.
Mama malowała sobie paznokcie u stóp i była bardzo skupiona. Zaczynała kiepsko widzieć z bliska, więc co sekundę odchylała się, żeby sprawdzić, jak wygląda jej pedicure. Na chwilę przerwała i popatrzyła na mnie.
- Czteroosobowy, naprawdę kapitalny: z kuchenką, jadalnią, łóżkami. Full wypas. Wanda już zarezerwowała miejsce na dobrym kempingu. Z tego, co wiem, wszystko tam jest: czyste łazienki, kilka knajpek, dyskoteka i nawet Internet bezprzewodowy. I co ty na to?
- Super, chociaż nawet bez tych wszystkich udogodnień byłabym zadowolona. - Cieszyłam się bardzo, bo jako dziecko zawsze marzyłam o wyprawie takim domem na kółkach. Fascynowało mnie to. - Jesteście po prostu najlepsze - podziękowałam.
Wszystko tak wymyśliły, że aż się nie chciało wierzyć. Wika miała swój festiwal i Leo Blacka, ja - kamper, piękne plenery i na dodatek wycieczkę do Muzeum Picassa. Na nas wszystkie czekały: słoneczna Prowansja, Saint-Tropez, Monako, Nicea, dyskoteki, plaża i słońce. Planowałyśmy nawet wycieczkę do słynnych na cały świat fabryk perfum w Grasse, gdyby jakimś cudem zabrakło nam wrażeń.
- Nie wiem, jak Wika z Wandą sobie poradzą z tak długą podróżą. Muszą się przestawić na prawą stronę... ale jakoś to będzie. Jest trochę świata do przejechania. -Mama zaśmiała się lekko. - W najgorszym wypadku ja je zmienię. - Puściła do mnie oko.
- Gdybym wiedziała wcześniej o tej waszej niespodziance, nie zapisywałabym się na warsztaty tanga -stwierdziłam po chwili.
- Dlaczego? - Mama podniosła wzrok.
- Przepadną mi zajęcia inauguracyjne, fatalny początek - zachichotałam.
- No cóż, nieważne, jak się zaczyna...
- Wiem, wiem. - Pokiwałam głową. - Na dodatek teraz trochę mi głupio.
- Bo?
- Nie dość, że pokryłaś połowę kosztów kursu, to jeszcze sporo wydałaś na moje buty - przypomniałam jej.
Tydzień wcześniej zostałam szczęśliwą posiadaczką fantastycznych, skórzanych bucików do łaciny. Od kiedy pamiętam, były dla mnie "mrocznym przedmiotem pożądania", jak mawiała Wiktoria.
- Raz w życiu chyba mogę fundnąć córce sandałki? - zaśmiała się mama pod nosem.
- Ładne mi sandałki, ćwierć twojej pensji na nie poszło.
- No i co z tego? Jedną cię mam i co jak co, ale na tobie nie zamierzam oszczędzać - skwitowała moje marudzenie.
- Kocham cię najbardziej na świecie, wiesz? - Przytuliłam się do niej.
- Oj, ciekawe, czy zawsze tak będziesz mówić... Obawiam się, że gdy w twoim życiu pojawi się jakiś miły chłopak, pójdę w odstawkę. - Mama wygięła usta w podkówkę i pokiwała smętnie głową.
- O nie! Nie mam zamiaru tego słuchać. Nie interesują mnie te sprawy. - Podniosłam się z łóżka. Gdy tylko mama poruszała kwestie damsko-męskie, zwłaszcza w odniesieniu do mojej skromnej osoby, błyskawicznie się ewakuowałam, nawet jeśli żartowała. - Idę na dół, zrobić ci kawy?
- Chętnie. A co do tych spraw, to jeszcze cię zainteresują, zobaczysz. I coś czuję, że trafi cię w najmniej oczekiwanym momencie... - Jej słowa dobiegły mnie, gdy już wychodziłam z pokoju.
- Hm. Na pewno. Grom z jasnego nieba, strach z domu wychodzić - mamrotałam do siebie, schodząc na parter. - Koniecznie muszę sprawić sobie piorunochron...
Rano Wika wywlekła mnie z kampera pod naprędce wymyślonym pretekstem. Wersja oficjalna dla naszych mam brzmiała: "Musimy pogadać na osobności" i była zadziwiająco zgodna z rzeczywistością. Usiadłyśmy niezbyt daleko, na porośniętym zeschłą trawą skraju kempingu. W pobliżu nikt się nie kręcił, mogłyśmy więc spokojnie porozmawiać.
- Opowiadaj, tylko wszystko - nakazała mi Wika, żartobliwie grożąc palcem.
Przez pół nocy zastanawiałam się, jak zreferować jej przebieg mojej pseudorandki z Blackiem, i w końcu, po odrzuceniu wszystkich potencjalnych wersji, postanowiłam powiedzieć prawdę. Moja przyjaciółka na to zasługiwała: zawsze byłyśmy jak jeden organizm, jak dwie części całości, które wzajemnie się dopełniają, a mimo to są skrajnie odmienne. Wiedziałam, od czego muszę zacząć relację:
- Wisisz mi przysługę za tę kieckę. Wiesz, jakąś dużą rzecz - oświadczyłam stanowczym tonem. Chciałam, by dotarło do niej, że przegięła.
- Oj, nie marudź. Jest świetna, to moja najlepsza sukienka. Zawsze robi wrażenie na facetach! - Wika ewidentnie próbowała mnie przekonać do swojego punktu widzenia.
Zdecydowanie miała rację: każdy napotkany mężczyzna oglądał się za mną. Pożyczyła mi kusą sukieneczkę na ramiączkach, całą obszytą mikroskopijnymi cekinami w kobaltowym kolorze. Niestety, nie pomyślała, że nie jestem fanką ciuchów, które ledwo zakrywają bieliznę.
- Nie marudzę - spokojnie wyjaśniałam jej swoje racje, ale w środku aż się gotowałam. - Czułam się w tym hotelu jak Julia Roberts w Pretty woman. Obsługa pewnie do dzisiaj o mnie opowiada. Myślałam, że się zapadnę pod ziemię! Chciałabyś widzieć spojrzenie faceta z recepcji. - Przypomniałam sobie jego podniesione ze zdziwienia brwi i lekko zdegustowaną minę. - Zgadnij, za kogo mnie wziął? - poskarżyłam się. W kamperze nie miałyśmy dużego lustra, więc dopiero odbicie przypadkowo zobaczone w wielkim zwierciadle w hotelowym holu uświadomiło mi ogrom katastrofy. - Wyglądałam jak private dancer w sandałach siostry oddziałowej - wycedziłam.
Na chwilę zapadła cisza i nagle zobaczyłam, jak Wiktoria przewraca się na plecy, a jej ciałem zaczynają wstrząsać pierwsze spazmy rozbawienia.
- Założyłaś te śmieszne białe laczki? - Tak się śmiała, że prawie nie mogła wypowiedzieć słowa.
- A co miałam założyć? Twoje niebieskie szpile na trzycentymetrowej podeszwie!? Czułam się w nich jak w butach ortopedycznych. Zanim dotarłam do drzwi, zdążyłam dwa razy wykręcić kostkę. Mogłaś od razu dołączyć do nich balkonik, może dowlekłabym się do taksówki. - Miałam ochotę ją zamordować. Umówiłyśmy się, że dyskretnie przygotuje mi cały strój, i faktycznie wszystko było naszykowane. Zawsze miałyśmy prawie identyczny rozmiar obuwia, więc teoretycznie mogłam bez problemu założyć te okropne platformy.
- Tańczysz w sandałkach na obcasach, a chodzić nie potrafisz? Trzeba było tanecznym krokiem pokonać drogę do taryfy, cza-czą albo tangiem - Wika zarykiwała się ze śmiechu.
- Słusznie zauważyłaś, tańczę w sandałkach do łaciny, a nie na szczudłach - odparłam zgryźliwie, starając się zachować olimpijski spokój. - W twoim wynalazku mogłabym zaprezentować jedynie taniec świętego Wita.
- Przestań! Zaraz się posikam! Właśnie to sobie wyobraziłam! Sfilmowaliby cię wszyscy fotoreporterzy koczujący pod hotelem! Anka, żałuj, straciłaś jedyną i niepowtarzalną szansę na sławę. - Wika, trzymając się za brzuch, uświadamiała mi, ile straciłam przez odrzucenie jej "hiszpańskich bucików".
- Może ktoś tu nie ma ochoty być sławny?
- Oki, oki! Przepraszam. To się więcej nie powtórzy, od teraz możesz sobie chodzić na randki w spodniach i tych swoich T-shirtach. - Nadal cała trzęsła się ze śmiechu, chyba nie zamierzała okazać jakiejkolwiek skruchy. - Opowiesz mi w końcu, jak było? Bo na razie omawiamy jakąś głupią kieckę i buty, a ja dalej nic nie wiem - wydusiła z siebie w końcu, ocierając łzy.
Zreferowałam jej pobieżnie przebieg wieczoru. Wyraźnie ją rozczarowałam, bo nie chciała mi uwierzyć, że oprócz wypicia szklanki wody i narysowania Leo nic więcej nie przeżyłam.
- Ściemniasz! Gdzie masz ten rysunek, hę? - drążyła.
- Został u niego w pokoju.
- A niby czym rysowałaś?
- Znalazłam ołówek w torebce, Black dał mi kartkę z hotelowej papeterii - uprzedziłam dalsze pytania.
- O ja cię! On jest takim samym świrem jak ty! - skonstatowała ze zdumieniem. - Zaprasza do siebie nowo poznaną laskę i zamiast, no nie wiem, iść się zabawić, na kolację albo coś w tym stylu, pozuje ci przez pół wieczoru. Zaraz znów padnę na to trawsko i już nie wstanę! Masakra! Oboje jesteście obłąkani, a przecież on wydawał się całkiem normalny... - Wika z powątpiewaniem kręciła głową.
Dobrze ją znałam i widziałam, że znów zaczyna się uśmiechać. Sekundę później już obie chichotałyśmy jak wariatki. Nagle o czymś pomyślała i świdrując mnie oczami, spytała:
- A gdzie mój autograf?
No tak, zapomniałam na śmierć. Nie miałam głowy, by prosić Leo o jakiś drobiazg dla niej. Informację o tym, że zostałam zaproszona do hotelu także na dzisiejszy wieczór, zostawiłam na koniec:
- Może dziś uda mi się go zdobyć - rzuciłam lekko, oczekując na efekt tych słów.
- Znów cię zaprosił? - pisnęła i z wrażenia zacisnęła kciuki.
- Tak i chyba zgodziłam się przyjść. - Sama nie wierzyłam w te słowa. Dobrze pamiętałam, ile zachodu sprawiłam Wice dzień wcześniej, gdy mnie do tego namawiała. Dopiero zagranie z pokutą odniosło skutek.
- Ożeż ty! Kiedy do niego idziesz? Na którą się umówiliście? - Moja przyjaciółka była wyraźnie zszokowana. Właśnie sobie uświadomiłam, że nie umówiliśmy się na żadną konkretną godzinę, i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. W końcu pomyślałam: "Znów wybiorę się na dziewiątą".
- Tak jak wczoraj.
- Aha. - Pokiwała głową. - Czyli wreszcie będę miała ten autograf! Jesteś cudowna! - Uścisnęła mnie i szybko pocałowała w oba policzki.
- Cudowna to jest woda z Lourdes - burknęłam skrępowana.
- Oj tam, oj tam - zaśmiała się. - Najważniejsze, że znów się do niego wybierasz! Wpadłaś mu w oko, Anka. On się w tobie zakochał! Ale numer! Chyba oszaleję! -Wiktoria trajkotała jak obłąkana.
- Tak, zakochał się, to pewne jak amen w pacierzu. Daj spokój. - Starałam się zachować resztki rozsądku, chociaż nie powiem: słowa mojej przyjaciółki zdecydowanie sprawiły mi przyjemność. - Aha, i zapomnij o tym, że założę coś z twojej szafy - uprzedziłam.
- Jaki on jest? Opowiadaj.
- Boże, o co ty mnie pytasz? Nie widziałaś go wczoraj?
- Widziałam, nie o to mi chodzi. Jaki jest z bliska? Wiesz: jak wygląda, jak pachnie? Dotknął cię chociaż?
- O matko, chyba nie myślisz, że go obwąchiwałam? Zwariowałaś?
- Dla mnie to bardzo ważne - stwierdziła bardzo stanowczo. - Jeden z moich chłopaków śmierdział kulkami na mole. To było okropne. - Zmarszczyła nos.
- Nie wiem, jak pachnie. Chyba normalnie. Nie zauważyłam nic szczególnego. - Wierciłam się nerwowo. Ta rozmowa zaczynała mnie krępować. - Jest bardzo wysoki - dodałam po sekundzie namysłu.
- Och, naprawdę? Nigdy bym na to nie wpadła -stwierdziła z ironią. - No a co z kontaktem fizycznym? - Znacząco uniosła brwi.
- Pocałował mnie w rękę - wymamrotałam pod nosem.
- O! Jednak coś było! Dawaj tę historię.
- Cmoknął moją dłoń, no i tyle. Błagam, nie dręcz mnie, bo nigdzie nie pójdę - zagroziłam jękliwym głosem.
- No dobra, już jestem cicho, ale za to żądam czegoś w zamian. Jak już będziesz u niego, skołuj mi jakąś fajną, osobistą pamiątkę. Coś takiego, żeby wszystkim opadły szczęki.
- Jakim wszystkim? - Nie miałam pojęcia, kogo ma na myśli.
- Moim czytelniczkom - zachichotała. - Zamierzam wstawić fotki tego czegoś na bloga i to musi być mocne. Może bokserki Blacka?
- Chyba zwariowałaś! - pisnęłam.
- Okej. Trochę przesadziłam - pokiwała głową.
- Trochę? - Nie mogłam uwierzyć w to, co przed sekundą usłyszałam. - Jak wszystkie fanki są takie, to ja mu serdecznie współczuję.
- Czekaj, zaraz coś wymyślę.
Przez następne trzy minuty moja przyjaciółka wymieniała wszystko, co by ją interesowało. Tyle tego było, że gdyby Leo spełnił jej prośbę, ostałyby mu się jedynie bielizna, spodnie, buty, no i ewentualnie walizki. Jakoś udało się nam osiągnąć porozumienie, chociaż niczego nie gwarantowałam.
Musiałam jeszcze zmierzyć się z wielkim, zasadniczym problemem, czyli jakoś przekazać mamie, dlaczego znów nie spędzę z nimi wieczoru. Zupełnie nie miałam pojęcia, jak się do tego zabrać. Wika poznała po mojej minie, że coś mi leży na sercu, i od razu pokojarzyła fakty.
- Musisz powiedzieć Julce. I ja ci w tym pomogę!
Wróciłyśmy do naszego domu na kółkach. Było mi trochę głupio: wprawdzie akurat tak wyszło, że wczoraj nie okłamałam mamy, bo faktycznie spędziłam wieczór na rysowaniu, tak jak deklarowałam, ale to zdecydowana nadinterpretacja faktów. Zrezygnowałam z pomocy Wiki i sama postanowiłam porozmawiać z mamą. Moja przyjaciółka i Wanda dyskretnie się ulotniły, a my mogłyśmy spokojnie pogadać.
Najpierw przyznałam się do małego fortelu, który pozwolił mi na spędzenie tych dwóch godzin w towarzystwie Leo. Później powtórzyłam to, co opowiadałam Wice pół godziny wcześniej, oczywiście w bardziej okrojonej wersji. Moja rodzicielka była w szoku. Kręciła głową, widziałam, że się o mnie boi.
- Anno, dlaczego nie powiedziałaś mi wczoraj prawdy? - Chyba ją rozczarowałam. Czułam się okropnie, słuchając jej wyrzutów.
- Nie wiem. Do końca się wahałam, czy skorzystać z zaproszenia, nie byłam pewna, czy tam pójdę. Może dlatego. Ale teraz już wiesz wszystko. - Ulżyło mi, nie znosiłam kłamać.
- Masz pewność, że to dobry pomysł? - Mama miała na myśli moje dzisiejsze plany. - Przecież nie znasz tego człowieka, poza tym to nie jest taki zwykły chłopak ze szkoły. Martwię się. Mam obawy, że zrobi ci krzywdę. Ile on ma lat? Wiesz chociaż to?
- Dwadzieścia dziewięć.
- Jest od ciebie dziesięć lat starszy?! - Była wyraźnie poruszona. - Czy to ci nie przeszkadza?
- Chyba nie - stwierdziłam zgodnie z prawdą. Zawsze podobali mi się starsi mężczyźni, może dlatego, że od początku wychowywałam się bez ojca.
- O matko, chyba nic do ciebie nie dociera! To dojrzały mężczyzna, sławny i bogaty. Nie jestem pewna, czy taki ktoś to właściwy kandydat na twojego chłopaka - lamentowała mama. - Co ja gadam: jaki chłopak? Przecież to dorosły facet! Jesteś taka wrażliwa, nie byłaś jeszcze zakochana, a on pewnie ma kobiet na pęczki. Pobawi się tobą chwilę, a potem cię zostawi. Boże, co za sytuacja, zaraz zwariuję! - Trzymała się za głowę, a w jej oczach widziałam panikę.
- Hm, na razie jeszcze się w nim nie zakochałam. Swoją drogą, nisko mnie cenisz - wymruczałam.
- Przepraszam cię, ale chyba nie zrozumiałaś moich słów. Uważam cię za wspaniałą dziewczynę, znam cię dobrze i wiem, że zasługujesz na fantastycznego chłopaka. Ale pomyśl trochę: ten cały Leo jest przyzwyczajony do stylu życia, który zasadniczo różni się od naszego. Przecież większość osób jego pokroju wiecznie ładuje się w jakieś kłopoty. Sławne osoby częściej mają problemy z nawiązaniem normalnych relacji. Czuję, że przyczyną jest nie tylko nadmiar pieniędzy, ale też zbyt duże skupienie na sobie. Jesteś młoda i niedoświadczona... Powiedz mi: jak zamierzasz sobie z tym poradzić?
W duchu przyznawałam mamie rację. Jej słowa brzmiały jak moje myśli, jedyna różnica polegała na tym, że mogłam je usłyszeć. Zawahałam się, ale potem przypomniałam sobie, jak wyglądały oczy Leo, gdy zaprosił mnie na dzisiejszy wieczór. Czekał na moją odpowiedź i wyraźnie dostrzegłam w nich nadzieję na moje "tak". Nie mogłam go zawieść. Nie chciałam.
- Spokojnie. Byłam już u niego i nic mi się nie stało. Jak widzisz, żyję i mam się dobrze - zaśmiałam się lekko, chcąc uspokoić samą siebie.
- No właśnie, byłaś u niego i znów zamierzasz tam iść. Co to za głupi zwyczaj? Wiesz, jak to wygląda? Chyba to on powinien przyjść do ciebie? Ten facet nie ma za grosz kultury.
- Hm, wydaje mi się, że mogę go trochę wytłumaczyć. Po pierwsze, nie mamy tu zbyt sprzyjających warunków do przyjmowania gości. - Znacząco rozejrzałam się wokół: wszędzie leżały nasze bambetle, ciuchy, buty i pierdylion innych rzeczy. - Po drugie, nawet gdybyśmy posprzątały tę stajnię Augiasza, choć to praktycznie niewykonalne, to i tak wątpliwie przyjemnie byłoby tu siedzieć i piec się żywcem.
- Moglibyście usiąść na zewnątrz. Mamy przecież stolik i krzesełka. - Mama nie przyjmowała do wiadomości mojej argumentacji.
- O tak, to z pewnością okazałoby się interesujące. Ciekawa jestem, jak długo porozmawialibyśmy w spokoju. Pewnie dobre pięć minut - stwierdziłam ironicznie.
- No tak. Zapomniałam o tym. - Pokiwała głową ze zrozumieniem.
- Obiecuję ci, że nie popełnię żadnego głupstwa. Nie ufasz mi? - brałam mamę pod włos.
- Tobie ufam, bo wiem, że jesteś rozsądna, ale jemu niekoniecznie. Już ja znam tych wszystkich gwiazdorów.
- To ciekawe, a skąd? Pewnie z telewizji - ironizowałam.
- A żebyś wiedziała! - zaśmiała się. - I jeszcze z gazet - dodała rezolutnie.
- Kupujesz takie gazety? - Byłam w lekkim szoku. Mama uwielbiała czytać, większość wolnego czasu spędzała nad lekturą, ale nigdy nie widziałam jej czytającej brukowce.
- W życiu! Nie rozumiem, jak ludzie mogą wydawać ciężko zarobione pieniądze na takie szmatławce. Ja na szczęście nie muszę za to płacić. Mnóstwo się tego wala po całym szpitalu. Sprzątaczki znoszą tonami te wszystkie "Starsy" i "Divy", więc czasami na przerwie coś z nudów przeczytam.
- No to mnie zaskoczyłaś - zachichotałam.
- A co ty sobie myślisz, że stara matka to już nie wie, na jakim świecie żyjemy? - odparła równie wesoło. - Może nie jestem taka hej do przodu i nie potrafię guglać w Internecie tak jak Wanda, ale czytać jeszcze umiem - zaśmiała się.
- Czy mi się wydaje, czy ktoś wypowiedział moje imię? - zabrzmiał wesoły głos.
Odwróciłam się: mama Wiktorii zaglądała przez okienko do wnętrza samochodu. Było uchylone, więc pewnie usłyszała końcówkę naszej rozmowy.
- Nie wydaje ci się.
- Możemy już wejść? Zbiera się na burzę. - Patrzyła w niebo.
- No pewnie, już wszystko omówiłyśmy. Dzięki za odrobinę intymności - odpowiedziała mama ze śmiechem.
Odetchnęłam z ulgą: ta rozmowa trwała już wystarczająco długo.
* * *
Czekałem na nią przy recepcji już dobre dwadzieścia minut. Zastanawiałem się, czy nie za wcześnie zszedłem na dół. Zeszłego wieczoru nieznajoma wkroczyła do apartamentu o dziewiątej, a teraz do tej godziny brakowało jeszcze kwadransa. Moja nadzieja na ponowne zobaczenie "Alex" malała systematycznie w ciągu dnia, aż teraz osiągnęła poziom bliski zeru. W zasadzie, po co ta dziewczyna miała się jeszcze raz pojawić? Wczorajszy wieczór skończył się tak zaskakująco, że nie wiedziałem, czego mogę się po niej spodziewać. Stałem oparty o filar. Co kilka sekund ktoś na mnie zerkał, główny hol hotelu był zatłoczony prawie tak, jak hala przylotów na lotnisku Heathrow.
Facet z recepcji zdążył już trzy razy podejść i grzecznie spytać, czy na pewno niczego nie potrzebuję. Postanowiłem: gdy jeszcze raz podejdzie, wyślę go do restauracji po pieczonego homara z masłem czosnkowym - powinno go to zaangażować na jakiś czas. Co dziesięć minut, z zadziwiającą precyzją, stawał obok mnie i zadawał to samo pytanie. Moja odpowiedź, że gdy będę czegoś chciał, to nie omieszkam tego zgłosić, chyba do niego nie docierała. Może powodem nadopiekuńczości była kamera wisząca na przeciwległym filarze, wycelowana prosto we mnie? Z pewnością pracowników hotelu obowiązywały jakieś śmieszne normy, ściśle regulujące czas załatwiania poszczególnych spraw przy kontuarze recepcji. Tak, to by tłumaczyło nadgorliwość tego służbisty. Bynajmniej nie było mi go żal z tego powodu, że już trzy razy go spławiłem, a nasza ostatnia, bardzo krótka pogawędka nie okazała się szczególnie miła. Nikt nie lubi usłyszeć: "Spadaj", i to bez względu na to, czy mówi to kumpel, czy też stosunkowo popularny aktor. Przypuszczalnie uznał mnie za bufona i prostaka, ale tym też się jakoś specjalnie nie martwiłem - pewnie wielu ludzi tak o mnie myślało.
Dzień był koszmarny, wyjątkowo gorący jak na tę porę roku. Prawie sześć godzin w garniturze i koszuli z długim rękawem dało mi popalić. Cały czas zbierało się na burzę, w końcu około piątej niebo zakryło się chmurami i lunął deszcz. Mocno się ochłodziło, czułem lekkie dreszcze - może też dlatego, że kolumna, do której stałem przyklejony już prawie pół godziny, była marmurowa.
Wszystkie te rozmyślania zostały nagle przerwane: mój tajemniczy gość wreszcie dotarł. Fala gorącej krwi uderzyła mi do głowy, a zaraz za nią przypłynęła druga -ulgi, bo nieznajoma jednak się pojawiła. Wczorajszy wieczór był bardzo dziwny, wymieniliśmy tylko kilka zdań. Dopiero po wyjściu dziewczyny uświadomiłem sobie, że nie wiem, jak ma na imię. Teraz stała przy recepcji i najwyraźniej zastanawiała się, co zrobić.
Wyglądała całkiem inaczej niż poprzedniego dnia: miała na sobie długie białe spodnie i jasną koszulkę na ramiączkach. Łatwo było się domyślić, że marzła, bo skrzyżowała ręce na piersiach i pocierała dłońmi ramiona. Włosy spięte w kucyk, jakieś sportowe buty, torebka w nieokreślonym kolorze przewieszona przez ramię - i tyle. Prezentowała się tak zwyczajnie, jak dziesiątki młodych dziewcząt, które spotyka się latem na ulicach Londynu, ale w tej chwili wydawała mi się najbardziej wyjątkową istotą w całym Cannes. Gdy mnie zauważyła, w jej oczach pojawiło się zaskoczenie, ale dostrzegłem również coś, co chyba było przebłyskiem radości. Szybko do niej podszedłem.
- Hej - odpowiedziała cicho na moje powitanie. Skóra jej ramion pokryła się gęsią skórką. Dziewczyna chyba się zorientowała, że to zauważyłem, bo wyglądała na zmieszaną. - Zrobiło się strasznie zimno - próbowała wytłumaczyć.
- Rzeczywiście. Rozmawiałem z obsługą i w moim apartamencie czeka na nas zapalony kominek. Przewidziałem to, że wieczorem może być chłodno. - Uśmiechnąłem się do niej. To był genialny pomysł z tym kominkiem. Mojej młodej towarzyszce najwyraźniej też przypadł do gustu, bo odwzajemniła uśmiech.
- To naprawdę miło z twojej strony. A tak w ogóle, to jestem Anna, wczoraj chyba się nie przedstawiłam. - Lekko uścisnąłem podaną mi, przeraźliwie zimną i drżącą dłoń.
- Leo, ale to chyba wiesz? - Teraz wiedziałem o niej jeden szczegół więcej i chciałem się odwzajemnić.
Wyglądała ślicznie. W świetle setek maleńkich żarówek w hotelowym holu jej włosy pięknie lśniły. Lekko się skręciły pod wpływem wilgotnego powietrza, na czoło opadało jej kilka małych loczków. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w pokoju i wreszcie z nią porozmawiać.
- Pójdziemy do mnie... - nagle zawiesiłem głos, bo zauważyłem jej lekkie zawahanie. - Czy raczej masz ochotę iść do restauracji? Jesteś głodna? - Dotarło do mnie, że może ona wcale nie zamierza spędzić ze mną wieczoru i tylko z grzeczności przyszła mnie o tym poinformować. Zdenerwowałem się i chyba to wyczuła.
- Nie jestem głodna, dziękuję. Ten kominek brzmi zachęcająco. - Lekko wzruszyła ramionami i na jej twarzy ponownie zagościł uśmiech, tym razem wyraźniejszy.
Odetchnąłem z ulgą i poszliśmy w kierunku najbliższej windy. Całą drogę do pokoju przebyliśmy w kompletnym milczeniu, przerywanym jedynie informacjami od młodego chłopaka obsługującego windę.
W apartamencie było naprawdę przytulnie, mój konsjerż spisał się na medal. Na stoliku czekała lekka kolacja. Znów wybrałem muzykę operową - tym razem arie z Nabucco.
Anna rozejrzała się uważnie. Od razu dostrzegła kwiaty w kilku przypadkowo rozstawionych wazonach i chyba ją to speszyło.
- Kominek jest w sypialni. Mam nadzieję, że to cię nie przeraża? - mówiłem, ściągając buty. Po całym dniu spędzonym w oksfordach bolały mnie stopy. Rzadko zważałem na konwenanse, więc zupełnie się zapomniałem. Było już za późno, gdy uświadomiłem sobie swoje faux pas. Przez moment zastanawiałem się, czy nie założyć butów z powrotem, ale ostatecznie stwierdziłem, że wyglądałoby to idiotycznie. - Myślałem, że rozpalą w tym tutaj, ale obsługa chyba mnie źle zrozumiała, więc możemy się ogrzać jedynie tam. - Wskazałem ręką na wejście po prawej stronie.
Wcześniej profilaktycznie otworzyłem drzwi sypialni na oścież, więc teraz widać było prawie całe wnętrze pokoju. Znów zauważyłem wahanie Anny.
- Możemy siedzieć tutaj. - Nie chciałem jej spłoszyć, zbyt dobrze pamiętałem zeszły wieczór.
- Nie, jest okej. Chętnie się zagrzeję. - Była śmielsza, chyba już nie czuła się przy mnie tak bardzo skrępowana. - Jeśli pozwolisz, też zdejmę buty. Tak tu czysto i jeszcze te kremowe dywany, a moje trampki chyba nie wytrzymały ciśnienia i przelewa się w nich woda.
- Nie tylko pozwalam, ale wręcz nalegam - zaśmiałem się. - Czuj się jak u siebie w domu.
- Spróbuję, ale pewnie będzie ciężko - odpowiedziała rezolutnie.
W sypialni nie było niczego poza wielkim łożem, szafkami nocnymi i stolikiem z telewizorem. Stojącego wieszaka nie brałem pod uwagę. Anna rozejrzała się i, zrezygnowana, usiadła na skraju łóżka.
- Przepraszam, ale nie ma tu zbyt wielu możliwości. Pozostaje nam jedynie to wyrko - zaśmiałem się, aby rozładować sytuację. - Rozgość się.
Aby przełamać pierwsze lody, usiadłem po turecku w jednym kącie łóżka, zaraz przy kolumnie. Na szczęście mebel miał wezgłowie - zaproponowałem Annie, aby też wygodnie się rozsiadła. Otaczało nas kilka sporych poduszek, o które mogliśmy się oprzeć. Na stoliku nocnym stał metalowy kubełek z szampanem i dwa kieliszki. Nie był to chyba dobry pomysł, bo wiaderko oszroniło się pod wpływem ciepła bijącego z kominka, co jasno wskazywało na to, że alkohol zbyt mocno schłodzono.
Zaproponowałem Annie czekoladę do picia. Chętnie na to przystała. Zadzwoniłem na recepcję i po chwili kelner przyniósł parującą czekoladę w fikuśnych kubeczkach. Piliśmy, siedząc na łóżku. Paliły się tylko dwa małe kinkiety. Światło, które nas otaczało, pochodziło głównie z kominka.
- Porozmawiajmy - zaproponowałem po chwili. - Chciałbym cię poznać.
- Dobrze. Co chciałbyś wiedzieć? - Siedziała wtulona w wielką poduchę, bose stopy ukryła pod jednym z leżących obok koców. Filiżanka z czekoladą chyba dodawała jej animuszu, bo trzymała ją mocno, krzyżując palce.
- To chyba oczywiste. Dlaczego tu wczoraj przyszłaś? -wypowiedziałem pytanie, które od dwudziestu czterech godzin tłukło mi się po głowie.
- Bo mnie zaprosiłeś? - Odchyliła się nieco i zmrużyła oczy.
Nie zadowoliła mnie tą odpowiedzią. Nie wierzyłem, by przyszła tu z własnej woli. Widać było, że coś ukrywa.
- Proszę, powiedz mi prawdę, dlaczego się zgodziłaś -naciskałem.
- Okej, ale oczekuję szczerości również z twojej strony. - Chyba się ze mną targowała.
- Nie ma sprawy, odpowiem na wszystkie twoje pytania, ale najpierw ty musisz zaspokoić moją ciekawość -uśmiechnąłem się od ucha do ucha.
Anna chwilę się zastanawiała, a potem spokojnie powiedziała:
- No dobrze, skoro chcesz wiedzieć: przyszłam tu w ramach pokuty.
- Pokuty? Przyszłaś tu wczoraj za karę? - Najpierw przez sekundę nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem, a potem wybuchnąłem śmiechem. Wiedziałem, że setki młodych dziewczyn dałyby się pokroić, by spędzić ze mną wieczór, a wiele z nich bez żadnych obiekcji spędziłoby ze mną noc. Nagle zreflektowałem się, bo Anna przyglądała mi się z wyraźną dezaprobatą. Miała chyba jakiś szósty zmysł. Bez najmniejszego problemu odczytała moje myśli. - Przepraszam. Tak mocno nadmuchałem balon z napisem "Wybujałe ego Leo Blacka", że gdyby jeszcze istniała stacja kosmiczna Mir, gotów byłbym do niej dolecieć. Muszę natychmiast spuścić powietrze, w przeciwnym razie jeszcze chwila i zacznę mówić po rosyjsku, a tego chyba byśmy nie chcieli? - próbowałem żartować, by nieco ukryć skrępowanie. - To potrwa zaledwie kilka sekund - dopowiedziałem nienaturalnie poważnym głosem. Chyba ją rozbawiłem, bo lekko się zaśmiała. - Proszę, kontynuuj, już mi lepiej - dodałem po chwili.
- W porządku. Pewnie myślisz, że jestem stuknięta, ale gdyby nie nacisk pewnej osoby, bardzo mi bliskiej - doprecyzowała - nigdy nie wpadłabym na pomysł, by pójść do hotelu do obcego mężczyzny tylko dlatego, że coś mu strzeliło do głowy i postanowił mnie zaprosić. Nawet jeśli temu mężczyźnie wydaje się czasem, że jest półbogiem - dokończyła z wyraźną satysfakcją i zachichotała.
Szczerze mówiąc, rzadko komukolwiek udawało się zbić mnie z tropu, ale tej małej wyszło to znakomicie. Siedziałem bez ruchu i miałem chyba strasznie głupią minę, bo patrzyła na mnie z lekką pobłażliwością. Czułem się tak, jakby ktoś wylał na mnie kubeł lodowatej wody.
- O ile dobrze rozumiem, ktoś cię zmusił do wczorajszej wizyty.
- Właśnie. Moja najlepsza przyjaciółka, Wika. To ta dziewczyna, która stała wczoraj obok mnie. Nie wiem, czy ją kojarzysz, taka ładna blondynka w kucykach.
Natychmiast pokiwałem głową. Nie musiałem się szczególnie wysilać, dobrze ją pamiętałem. Chyba to właśnie ona zwróciła moją uwagę swoimi słowami, dopiero chwilę potem zauważyłem "Alex".
- Dlaczego jej posłuchałaś? - Zaintrygowała mnie, chciałem wyjaśnień.
- To wszystko przez moją głupotę. Niedawno zachowałam się wobec niej bardzo nie fair. - Nie miała wesołej miny, gdy to powiedziała. Zabrzmiało to bardzo poważnie.
- Pewnie nie chcesz mi powiedzieć, czym zasłużyłaś na tak straszną karę - zaśmiałem się lekko, by rozładować atmosferę.
Przez chwilę się wahała, ale w końcu podjęła decyzję: