Englebert z rwandyjskich wzgórz - Jean Hatzfeld

-
Proszę czekać

WYDAWNICTWO CZARNE sp. z o.o.

www.czarne.com.pl

Sekretariat: ul. Kołłątaja 14, III p., 38-300 Gorlice

tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75

mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl

dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl, edyta@czarne.com.pl

Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa

redakcja@czarne.com.pl

Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl

Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa,

tel./fax +48 22 621 10 48

agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl

zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl

Dział marketingu: honorata@czarne.com.pl

Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl

agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, urszula@czarne.com.pl

Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl

Skład: d2d.pl

ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków, tel. +48 12 432 08 52,

info@d2d.pl

Wołowiec 2015

Wydanie I

W połowie lat dziewięćdziesiątych targ w Nyamacie dzielił jeszcze wyboisty teren na końcu głównej ulicy z drużyną piłkarską, która na noc zostawiała go krowom powracającym z buszu. Ten skromny targ rozweselały jednak pstrokate tkaniny, parasolki i góry warzyw. Opuściwszy plac, szło się główną ulicą z ubitej czerwonej ziemi - w tumanach pyłu w porze suchej, w błocie w porze deszczowej, w ciszy, gdyż samochody już nią nie jeździły i nie doprowadzono jeszcze linii elektrycznej, by mogła zabrzmieć muzyka. Piekarnia nosiła nazwę Dobry Chleb Powszedni, zakład fryzjerski One Love, największy bar Braterstwo, a na odrapanej fasadzie sklepiku obok, który prowadziła Marie-Louise, widniał namalowany napis: "Rozwaga". Była potrzebna w trzy lata po czasie maczet.

Tego ranka na ulicy panował niemiłosierny skwar. Nieliczne wozy ciągnięte przez woły zuchwale zagłębiały się w tłum rowerzystów i pieszych. Kierowcy czarnych boda-boda, taxi-rowerów o szerokich felgach, wyposażonych w siodełka wyściełane czerwoną skórą, ucięli sobie drzemkę pod majestatyczną mimozą. To tam, na głównym skrzyżowaniu, jakiś mężczyzna z akcentem z południa Francji zagadnął mnie o Marsylię. Miał na sobie wyświechtane spodnie i brudny T-shirt. Był to Englebert, wesołek. Bardzo szybko, wymownie przeciągając dłonią po szyi, zasugerował, jak wielkie jest pragnienie. Trzymając szyjkę primusa w dłoni, popijając powoli na podwórku obskurnego baru, które zwą tu bui-bui, w oparach bananowego piwa, urwagwy, sypał jak z rękawa greckimi sentencjami, przytaczał pojęcia z dziedziny trygonometrii i strofy z Kwiatów zła. Potem odszedł chwiejnym, lecz szybkim krokiem, wzniecając uliczny kurz.

W porze piwa co wieczór grono znajomych spotykało się w butiku Marie-Louise, w czterech ścianach o barwie wyblakłej zieleni, żeby poprawiać świat butelka za butelką. Marie-Louise, uśmiechnięta i dobroduszna właścicielka lokalu, znała ich nawyki: zimny amstel dla Sylv?re'a, przewodniczącego rady gminy, mützig w dużej butelce dla Dominique'a, taki sam dla Emanuela, dwa małe amstele dla Benoîta, hodowcy w filcowym kapeluszu, nieodzowny primus dla Innocenta i tak dalej. Théoneste przychodził ze swojego sklepu żelaznego po sąsiedzku, zażywny Chicago przywoził skrzynki z hurtowni piwa przy głównym skrzyżowaniu. Po kilku butelkach Gonzalve, dyrektor liceum Apebu, śmiało zaczynał snuć mrzonki. Siedzieli na taboretach, bardziej odpowiadała im zaciszna atmosfera sklepiku, oświetlanego najczęściej płomieniem świecy, niż werandy kabaretów. Lokale noszące nazwy Braterstwo, Intzinzi były zbyt obszerne, zbyt wyraźnie brakowało tam nieobecnych lub nawiedzały je widma. Englebert nigdy nie omieszkał zajrzeć do środka, licząc na piwo, które pozwoliłoby mu zapomnieć o kwaśnym smaku urwagwy. Trzymał się na uboczu. Jeśli do jego rąk szybko trafiła butelka, sprytnie włączał się do rozmowy, wypijał i wychodził podochocony ku nowym butelkom. Jeśli nie, lęk przed brakiem usztywniał go, tak że czasem zaczynał lżyć otoczenie.

Nyamata powoli budziła się z letargu, w jaki wtrąciły ją cztery tygodnie ludobójstwa - zostawiając po sobie pięćdziesiąt dwa tysiące trupów, leżących na ulicach i okolicznych wzgórzach. Miasteczko zmagało się ze swoją traumą. Ludzie próbowali uwolnić się od rozpaczy i wydobyć z nędzy, a także, na próżno, jakoś wypełnić pustkę. Wiele było osamotnionych dusz, snujących się po głównej ulicy, ocalałych Tutsi, załamanych i zszokowanych rzeziami, ogołoconych z wszystkiego oprócz własnych lęków, wystraszonych Hutu. Osoby rozbite czy porzucające własne parcele z obawy przed powracającymi, zrujnowane, zbyt słabe, "by kontynuować życie, skoro właśnie tak zadecydowało", jak stwierdziła pewna wieśniaczka. Engleberta odróżniały od innych energia, z jaką niestrudzenie przemierzał miasteczko, i nienasycone pragnienie mówienia i picia.

Francuz, który przemierzał wzgórza za kierownicą swojej furgonetki, rozmyślając nad pierwszą książką, budził w tym czasie na głównej ulicy uzasadnioną nieufność. Podobna myśl nawet nie zaświtała w głowie Engleberta, on ani przez chwilę nie był podejrzliwy, nigdy też nie wypowiadał cynicznych i pełnych goryczy słów, równie zrozumiałych i stale powracających w rozmowach. Lubił rozprawiać o wszystkim, do określonego poziomu alkoholu we krwi.

Kilka lat później targ przeniesiono w głąb głównej ulicy, na centralny plac Nyamaty. Rozrósł się i urozmaicił. Długie kolumny wieśniaczek znosiły ze wzgórz owoce jak kiedyś, żony rybaków znad Nyabarongo znowu wędziły ryby, rzemieślnicy powrócili do swoich zajęć. Z Kigali przywieziono pochodzące z Europy ubrania z drugiej ręki, pantofle i półbuty. Maszyny do szycia Singer i Butterfly rywalizowały ze sobą w zakładach krawieckich. Wokół targu otworzono kilka sklepów żelaznych, salony fryzjerskie, restauracje oraz herbaciarnię. Marie-Louise zamknęła swój sklepik, by rozpocząć przygodę z informatyką, kupując dwa komputery do nowego domu przy wjeździe na główną ulicę. Grono stałych bywalców przeniosło się do KBC, do Mamy Mwungery, innego sklepiku o wyblakłych zielonych ścianach, oświetlanego świecami, na wzgórzu Kayumba.

Englebert nieco się zdystansował, nie tyle z powodu stromego zbocza, ile z przywiązania do tłumu i kabaretów przy głównej ulicy. Rozmnożyły się przystanki taxi-rowerów, a także sekty. Sala kinowa proponowała filmy kung-fu, a wkrótce również bezpośrednie transmisje z meczów Premier League. Ani bui-bui, ani ich klientela nie zwracały najmniejszej uwagi na upływający czas. Englebert wciąż niewzruszenie chodził po ulicy, żartował rano, śmiał się i perorował w południe, chwiał się na nogach i robił nieco natrętny o zmierzchu, raz zabawny, kiedy indziej trochę uciążliwy, a nawet nieprzyjemny. Spał gdzie popadło. Czasami wiozłem go furgonetką na jego wzgórze, na Nyiramatuntu.

Z jego parceli rozciąga się wspaniały widok na zachód, ponieważ słońce rozświetla pejzaż aż po gwałtowny równikowy zmierzch. Dokoła ziemie o dzikim wyglądzie, nadal leżące odłogiem, ciągną się po nieckę nieruchomych bagien o zieleni bardziej soczystej niż barwa zarośli, a tam gdzieniegdzie mienią się smugi wody. Po przeciwległej stronie plantacje bananowców i pola pokrywają wzgórza N'tarama i Kibungo, a w dali rysują się meandry Akanyaru.

Jego dom wzniesiony z ubitej gliny, mimo że opuszczony, przetrwał w kępie gujaw i drzew awokado, pokrytych żółtymi kwiatami. To tam, patrząc na piękne wzgórze, Englebert lubił opowiadać mi o swej rodzinie i po raz pierwszy zgodził się mówić o masakrach, które przeżył na dole. Bez wątpienia zrobił to przez grzeczność, by mi podziękować za butelki piwa i jazdę furgonetką, bo wiedział, z jakiego powodu często tam przebywam.

Dzisiaj przy wjeździe na główną ulicę wyrównano teren pod prawdziwe boisko piłkarskie, obok nowego krytego targowiska, które przecinają ceglane murki. Wielki targ nadal odbywa się we środy, skromniejszy w soboty, a część straganów działa codziennie do późnych godzin wieczornych, w świetle latarni, które zastąpiły niegdysiejsze lampy naftowe. Englebert przystaje przed każdym, między innymi dlatego że w odległym kącie, w pobliżu kóz i kur, spotyka się z przyjacielem, który wypala z nim fajkę.

Z największą gorliwością Englebert zagląda do wszystkich kabaretów, do lokalu, który prowadzi żona Tite'a, najlepszego piłkarza, jakiego znała Nyamata, do bui-bui w sklepiku naprzeciwko Marie-Louise, do sióstr zakonnych niedaleko dawnej piekarni Sylvie. Do nędznych knajpek, które opierają się zalewowi nowoczesnych butików wokół głównego placu, i tych jeszcze mroczniejszych w bocznych uliczkach, wszędzie znajdując, jak sam mówi, jakąś grupę znajomych. W przeciwieństwie do wielu swoich kolegów nie gardzi starą dobrą urwagwą, jakkolwiek nic nie cieszy go bardziej niż butelka zimnego primusa. Przywyka też do wątpliwych dobrodziejstw globalizacji, do wódki, dżinu, podrabianej whisky i innych, znacznie groźniejszych falsyfikatów.

W pokoju, który Marie-Louise otworzyła mu w głębi podwórza, trzyma ubrania w ciemnoniebieskiej skrzyni, na przykład żółty krawat i różowy krawat, długopis Bica i czyste kartki papieru, Iliadę Homera - która jest jego książką do poduszki - szczoteczkę do zębów i pudełko pasty do butów.

Reszta tekstu dostępna w regularniej sprzedaży.

W serii ukazały się ostatnio:

Anthony Shadid Nadciąga noc. Irakijczycy w cieniu amerykańskiej wojny

Ilona Wiśniewska Białe. Zimna wyspa Spitsbergen

Iza Klementowska Samotność Portugalczyka

V. S. Naipaul Poza wiarą. Islamskie peregrynacje do nawróconych narodów

Drauzio Varella Ostatni krąg. Najniebezpieczniejsze więzienie Brazylii

Ewa Winnicka Angole

Michał Olszewski Najlepsze buty na świecie

Norman Lewis Głosy starego morza. W poszukiwaniu utraconej Hiszpanii

Grzegorz Szymanik Motory rewolucji

V. S. Naipaul Maska Afryki. Odsłony afrykańskiej religijności

Karolina Domagalska Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro

Pin Ho, Wenguang Huang Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach

Liao Yiwu Pociski i opium. Historie życia i śmierci z czasów masakry na placu Tiananmen

Marcin Wójcik W rodzinie ojca mego

Frances Harrison Do dziś liczymy zabitych. Nieznana wojna w Sri Lance

Zbigniew Parafianowicz, Michał Potocki Wilki żyją poza prawem. Jak Janukowycz przegrał Ukrainę

Peter Hessler Dziwne kamienie. Opowieści ze Wschodu i z Zachodu

Jenny Nordberg Chłopczyce z Kabulu. Za kulisami buntu obyczajowego w Afganistanie

Magdalena Kicińska Pani Stefa

Andrzej Muszyński Cyklon

Swietłana Aleksijewicz Czasy secondhand. Koniec czerwonego człowieka (wyd. 2)

Filip Springer Miedzianka. Historia znikania (wyd. 3 rozszerzone)

Aleksandra Łojek Belfast. 99 ścian pokoju

Paweł Smoleński Izrael już nie frunie (wyd. 4)

Peter Pomerantsev Jądro dziwności. Nowa Rosja

Swietłana Aleksijewicz Cynkowi chłopcy (wyd. 2)

Katarzyna Surmiak-Domańska Ku Klux Klan. Tu mieszka miłość

Mur. 12 kawałków o Berlinie pod redakcją Agnieszki Wójcińskiej

W serii ukażą się m.in.:

Marcin Kącki Białystok. Biała siła, czarna pamięć

Bartek Sabela Wszystkie ziarna piasku