Enerdowce i inne ludzie - Brygida Helbig

Kup ebooka

18.75 zł
15.00 zł (13,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kallemalle

+ + +

 

Jeżeli zamierzasz pisać o tym mieście, mówi Dieter, to nie zapomnij, że kartki Twojej opowieści muszą pachnieć metalem, smarem, smołą, dymem z kominów fabrycznych. Inaczej możesz spokojnie wywalić ją do kosza.

 

+ + +

 

Dziewiątego listopada 1989 roku na dworcu w Kottbus nie było żywej duszy. Dieter rozglądał się po wszystkich peronach i własnym oczom nie wierzył. Nie było nawet psa z kulawą nogą. Na torach panoszył się wiatr. Gonił, popychał liście, porywał je do tańca. Aż Dieterowi wirowało w oczach.

 

+ + +

 

Całą noc z trzydziestego czerwca na pierwszego lipca 1990 roku drogami Niemiec Wschodnich, z Zachodu na Wschód sunęły niekończące się kolumny tirów. Uwik nie mógł spać, szumiało mu w uszach, zatykał je sobie watą. Pchał waty, ile tylko się dało. Cały się prawie wypchał.

 

+ + +

 

Uwik, Uwik, błagała siostra Koom, wybierz się koniecznie do doktora.

 

Włóczykij

W Chemnitz pojawił się ostatnio brodacz włóczęga, który nic nikomu złego nie robi, tylko co jakiś czas głośno i niegrzecznie utyskuje. Świnie, chamy, zboczeńcy, nie pozwalają wyczerpać środków prawnych, biurokracja, arogancja, alienacja, żeby o dwa tygodnie termin przedłużyć - cały tydzień po sądach trzeba biegać, gazety powyrzucali, tam były przecież zdjęcia, świadectwa, liście klonu, list ostatni od dziewczyny. Oszustwo, woła, świństwo, grabież. Nie znają się na artykułach, paragrafach, aktach prawnych, niedouczeni, rozpieszczeni, rozwydrzeni.

Włóczęga ma bladoniebieskie oczy. Czasem przepowiada przyszłość, katastrofę społeczno-klimatyczną. Czasem prosi o butelki do zwrotu. Czasem o jakiegoś banana. Czasem mówi: to był bufet, panie. Ślub z nią, mówi, ślub z nią to nie. Czasem wydrze komuś jakąś gazetę. Nawet zimą w sandałach chodzi, dobrze się nie ubierze, powykręcany, przygarbiony. Tramwajom pięścią wygraża, automaty biletowe kopie. Śpi podobno gdzieś w ogródkach działkowych, ludzi strachem na wróble straszy, głową lalki nadzianą na kij. Dzieci przed nim uciekają. Rzuca za nimi wiórami, piórami.

 

Irish moos

Tak Dieter zapamiętał swoje pierwsze spotkanie z Uwem. Był wówczas w wojsku, rekrutem świeżym, przed przysięgą jeszcze, w dalekim mieście Schwerin. Siedział tam wraz z kolegami podoficerami w miniaturowym pokoju pięcioosobowym na kancie żelaznej, piętrowej pryczy, pokrytej kołdrą w biało-niebieską kratę. Nagle jakby jaśniej się zrobiło wokół, wszedł jakiś bardzo wielki młody człowiek, prawie dwa razy taki jak Dieter, i rzucił na jego łóżko kolorowe pastylki "nimm zwei". Rzucił je wszystkim chłopakom, zupełnie jakby od niechcenia, na luzie, całkiem cool, na łóżka. Jakby piaskowy dziadek piaskiem sypnął. A przecież wiadomo było, że te cukierki pochodzą z Zachodu. Zawsze zresztą, także i później, miał jakieś fidrygały stamtąd. Nie, no oficjalnie zabronione to nie było, ale nikt oprócz Uwego by się na to nie odważył, nie było to mile widziane, to była normalna prowokacja. Ten to ma odwagę, myślał Dieter, Zachód przemyca do koszarów. Na przykład żel pod prysznic Respons pachnący zielonym jabłuszkiem, albo wodę po goleniu Irish moos. Skąd on w ogóle to miał? Dieter nie wiedział jeszcze, że Uwik miał sposoby, żeby, nie będąc rencistą emerytem przedrzeć się czasem na Zachód. Szedł na policję z kolegą inwalidą, a takim wyjeżdżać było wolno, pchał go troskliwie na wózku, ściemniał, że się nim opiekuje, i do Berlina, zwłaszcza Zachodniego, przecież go samego nie puści. W razie problemów kolega dostawał ataku, spadał z wózka, skręcał się i zwijał, i sprawa bywała załatwiona.

Ten nonszalancki rzut cukierkiem bardzo Dieterowi zaimponował i zapamiętał sobie dużego, mężnego chłopaka, mimo że ten tego wieczoru wcale z nim nie rozmawiał, miał inne sprawy na głowie, coś ustalał z kolegą z Chemnitz, Falkiem Bär, tak zwanym Bärfalkiem (bo w Chemnitz najpierw mówiło się nazwisko, potem imię), tak zwanym Falkonettim. Nie wiedział jeszcze, że to Dieter stanie się wkrótce jego przyjacielem na całe życie, na dobre i na złe, że będą jak Flip i Flap.

 

+ + +

 

Kiedyś się dziwiłam, że ludzie krzyczą na berlińskich ulicach, głośno się na coś wściekają, wyzywają kogoś od najgorszych. A dzisiaj już nie. Dzisiaj już się nie dziwię. Nawet nie przechodzę na drugą stronę ulicy. Nie odwracam oczu. Tylko słucham.

 

Minister Sarazin

W Berlinie, trzeba to wiedzieć, coraz więcej obywateli pożera potwór tramwaj. Podobno jest za ładny ten tramwaj, niemiecka Straßenbahn, zbyt estetycznie wykonany, zbyt cichutki, nie taki jak w Szczecinie. I ludzie go normalnie nie widzą - nie słyszą, padają mu prosto do stóp. Tak napisali w gazecie, tak nadawali w radio Berlin-Brandenburg. Żeby zgrzytał i piszczał, był krzykliwie czerwony, ale nie, on się skrada żółciutki jakby nigdy nic, najwyżej jakąś reklamą omami, dom meblowy Hübner się kłania, czy jeszcze mieszkasz, czy już żyjesz, Ikea, mały krok do apteki, duży do szczęścia w miłości, Viagra, taki podstępny jest. I ludzie pchają mu się prosto w ramiona, prosto w piszczele kostuchy. Przed samym krokiem na tor zatrzymują się jeszcze na chwilę sparaliżowani nagłym dzwonkiem i krzykiem przechodniów Bleib stehen!, a potem robią ten krok. Krok zamiast uskok! Jeden krok w niewłaściwym kierunku. Uwik to kiedyś widział. Uwik był przechodniem, który krzyczał. Wyciągnął rękę, cofnął krok. Döner-Kebab od najlepszego Turka na Oranienburger Straße z chrupiącą cebulką i ostrym czosnkowym sosem rozprysł mu się wtedy na miazgę. Od tego czasu nigdy już kebabów nie jadł. Choć jak do tej pory była to jedyna rzecz, za którą był wdzięczny odmianie. Z czasem zresztą coraz rzadziej mógł sobie na kebaba pozwolić. Przyszli nowi politycy, przyszedł minister Sarazin aus Berlin. I wyliczył, że za jedne 4,50 euro dziennie bezrobotny wyżywi się smacznie i zdrowo, ułożył nawet plan posiłków, w którym na kebab miejsca już nie było. Uwik nawet specjalnie się nie zmartwił. Było mu wsio rawno.

 

Finanzial Times

Uwik - duży, wielki chłop po czterdziestce z coraz większym zakolem na głowie i wycieńczonym wyrazem twarzy, szarą cerą i długimi, nieskoordynowanymi kończynami, jakby utknął w samym środku okresu dojrzewania. Niekorzystnie wychodzi na zdjęciach, zgięty, pomarszczony, przytłoczony życiem, a Dieter robi mu ich mnóstwo na wspólnych wyprawach na kajaki, podczas wieczorów przy ognisku w Słowacji, w małych źródełkach górskich, całkiem nago, jak leży na kamieniach i pozwala opływać się wodzie, gładzić falom, pieścić podmuchom wiatru. Chociaż na zdjęciach wygląda jak trup, Uwik jest wtedy lekki, najszczęśliwszy, bezpieczny. Ale nie, żeby Uwik całkiem zdziadział. Chociaż na spotkaniach klasowych tak się ludziom trochę wydaje i dziewczyny zaczynają sobie szeptać coś do ucha, że kto to niby jest ten dziad. Może Uwik nie zachował wyglądu, Uwik jednak zachował klasę - nawet nie mając kasy. Potrafi robić przyjaciołom prezenty, rozrzucać tak po prostu swoje dary, nie chcąc w zamian zazwyczaj nic. Bratu na urodziny kilkadziesiąt kilo drewna na opał, kilka ciężarówek, mówi Dieter, drobniutko posiekanego, pięknie poukładanego, niczym dzieło sztuki. Siostrze na Boże Narodzenie kupon na 20-krotne odśnieżanie samochodu o piątej rano zanim wyjedzie do pracy.

I Uwik naprawdę wstawał, zasuwał przez całe Chemnitz, pilnie szuflował śnieg, a potem, w domu, wyglądając przez okno w kuchni, odcinał kupony od tej charytatywnej akcji. Czuł się przyjemnie zmęczony, policzki miał czerwone, cały gorzał. Życie wracało do wszystkich jego członków, z jakiegoś wewnętrznego źródła bić zaczynała energia, mrówki przyjemnie rozchodziły mu się po palcach. Wtedy zazwyczaj udawało mu się jeszcze upolować jakiś korzystny konkurs z nagrodami w gazecie i za setki znajomych brał w nim pośpiesznie udział. Kiedy listonosz przynosił Dieterowi jakąś niespodziewaną paczkę, wiadomo było, że to wygrana, którą zawdzięcza Uwemu, jakieś urządzenie do robienia wafli czy krajania jajek, jakiś komplet noży, jakaś solarna lampa na balkon z kloszem w kształcie głowy Mikołaja - "Pozdrawia Haus & Hof". Uwe polował na tego typu atrakcje. Matce załatwił roczny abonament "Finanzial Times", a do tego dostała jeszcze odkurzacz bezworkowy. Lubił sprawiać ludziom radość, zachowywać się jak krasnoludek. Przykładem był mu, jak twierdzi Dieter, "Timur i jego drużyna". Czy wyście tego w szkole, pyta, nie czytali? Nie czytaliście "Jak hartowała się stal"?

 

Permanentny bunt

Chętnie też Uwik wypowiadał umowy na stary telefon komórkowy i podpisywał nowe, korzystniejsze, bez miesięcznych opłat podstawowych, od razu dla całej rodziny. Bo Uwe nie chciał dać się wykpić nikomu. Dlatego komórkę miał prawie zawsze wyłączoną, a Dieter wręcz przeciwnie. Dogadywali się więc czasem jak ślepy z głuchym, czekając na siebie nawzajem na stokach Saksońskiej Szwajcarii. Nie przeszkadzało im to, przywiązani byli do tych drobnych aktów protestu przeciw terrorom globalnej komunikacji. Z drugiej strony z telefonem nie było żartów. Tylko tą drogą Uwik mógł dowiedzieć się od matki, czy przypadkiem nie przyszło pismo z Urzędu Zatrudnienia wzywające go na jakąś natychmiastową rozmowę z odpowiedzialną za niego urzędniczką. Uwikowi jak wszystkim innym pobierającym zasiłek z Jobcenter, nie wolno było wyjeżdżać na urlop, opuszczać Chemitz bez pozwolenia nawet na jeden dzień.

 

Magazyn

Tak dokładnie nie wiadomo, po co Uwe trzymał swoje stare mieszkanie, czemu do niego nieraz kilka razy w tygodniu zaglądał, robił obchód, wietrzył zagnieżdżone tam upiory. Chodził na nie pohukać, hu hu. Znaleźć któryś tam numer "Freie Presse" albo "Lausitzer Rundschau", a przechowywał wszystkie od co najmniej piętnastu lat, pięknie poustawiane rzędami, wieżami, w czterech nieumeblowanych pokojach secesyjnej kamienicy w przemysłowym mieście Chemnitz, Kemz, jak mówią Saksończycy, z polska po prostu Kamieńcu. Był tam jakiś artykuł o wystawie instalacji artystycznych jego kolegi z orkiestry młodzieżowej, ktoś go ostatnio o to pytał. W tym upiornym domu nie mieszkał już więcej nikt, tylko Uwik miał tam swój skład, tylko Uwik trzymał posterunek niczym Ślimak Placówkę i nie dawał się ewakuować. Wody tam już nawet nie było, prądu, wszystko się waliło, a czasem i paliło nawet. Bo właściciel chciał się go pozbyć podpalaniem. Lecz Uwe uparty był. We wszystkich mieszkaniach, pootwieranych, opustoszałych, dzikich, pozawieszał pożółkłe, babciowe firany Bóg wie skąd, żeby rabusie nie myśleli, że tu nikogo nie ma, że będą mieli łatwy łup. Więc gdy Uwe miał więcej energii, szedł na obchód, wietrzył, segregował, potykał się o kartony po bananach porozstawiane na wszystkich pięciu piętrach klatki schodowej. Dieter to by się bał. Dieter to by się nigdy do takiej ruiny nie pokusił. Dieter kochał i szanował swoje życie. A Uwe jakoś lubił tam chodzić. Właściwie nawet od jakiegoś czasu nigdzie nie czuł się lepiej. Czuł się tam prawie jak w strumieniu. Zrzucał wszystkie maski, pozbywał się wyobrażeń, poglądów, ról. Oswajał się z pustką, milczeniem, smakował najprostsze doznania zmysłowe. Siadał wśród filarów gazet, kładł się w uliczkach między skamieniałymi wieżami z papieru, patrzył przed siebie, nasłuchiwał. Czasem nachodziło go jakieś wspomnienie. Stukot maszyny do pisania nocą w pokoju rodziców. Gładki policzek Grażyny. Jej kaligraficzne pismo, Kocham Cię, kiedy wrócisz? Może ja mam przyjechać do Ciebie? Karta świąteczna z pozytywką nie przestająca grać, bucząca przeciągle na podłodze.

Z kamienicy naprzeciwko dyskretnie obserwowała go sąsiadka.

 

 

w serii kwadrat ukazały się:

"2008. Antologia współczesnych polskich opowiadań"

"2011. Antologia współczesnych polskich opowiadań"

"2014. Antologia współczesnych polskich opowiadań"

Marcin Bałczewski "Malone", "Eva Morales de Nacho Lima"

Waldemar Bawołek "To co obok"

Kostia Berezin (Paweł Laufer) "Buty Mesjasza"

Dariusz Bitner "Książka"

Roman Ciepliński "Diabelski młyn"

Krzysztof Gedroyć "Przygody K"

Andrzej Grodecki "Iluzje"

Brygida Helbig "Anioły i świnie. W Berlinie!!", "Enerdowce i inne ludzie"

Lech M. Jakób "Ciemna materia"

Bogusław Kierc "Bazgroły dla składacza modeli latających"

Bogusława Latawiec "Ciemnia"

Artur Daniel Liskowacki "Capcarap", "Eine kleine", "Mariasz", "Skerco"

Miłka O. Malzahn "Fronasz", "Kosmos w Ritzu"

Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało", "Splątanie"

Dariusz Muszer "Homepage Boga", "Niebieski", "Wolność pachnie wanilią"

Krzysztof Niewrzęda "Czas przeprowadzki", "Poszukiwanie całości", "Second life", "Wariant do sprawdzenia", "Zamęt"

Ewa Elżbieta Nowakowska "Apero na moście"

Paweł Orzeł "Nic a nic", "Ostatnie myśli (sen nie przyjdzie)"

Paweł Przywara "Zgrzewka Pandory"

Krystyna Sakowicz "Księga ocalonych snów", "Praobrazy"

Alan Sasinowski "Pełna kontrola", "Rupieć"

Grzegorz Strumyk "Nierozpoznani"

Łukasz Suskiewicz "Egri bikaver"

Leszek Szaruga "Dane elementarne", "Podróż mego życia", "Zdjęcie"

Łukasz Szopa "Kawa w samo południe"

Andrzej Turczyński "Bruliony Starej Ziemi", "Koncert muzyki dawnej", "Zgorszenie", "Żywioły"

Anatol Ulman "Cigi de Montbazon i Robalium Platona"

Maciej Wasilewski "Rozmowy młodej Polski w latach dwa tysiące coś tam dwa tysiące coś"

Bartosz Wójcik "Christiania. Historie z tamtej strony dobra"

Grzegorz Wróblewski "Nowa Kolonia"

Maciej Wróblewski "Historie Jakuba Blottona z widokiem na Toruń"

Tadeusz Zubiński "Rzymska wojna"