Endgame. Początek (Misje treningowe) - James Frey

-
Proszę czekać

KALA

Ruch.

Dla Kali życie jest ruchem.

Prażącym słońcem i niekończącymi się wydmami. Obowiązkiem i przywilejem.

Grą i zwycięstwem.

A zwycięstwo oznacza pozostanie w ruchu. Bycie najszybszą. Najsilniejszą. Najlepszą.

Biegnie.

Mila za milą. Popołudniowe słońce podpieka piasek. Pot skapuje Kali z brwi, spływa po plecach, jej koszulka jest cała mokra. Stopy uderzają miarowo o ziemię: łup, łup, łup. Mięśnie wrzeszczą, stawy pulsują, serce szaleje, umysł krzyczy: dalej, dalej, dalej.

Nie może jednak przebierać nogami tak szybko, jak by tego chciała, bo chłopak przed nią jest zbyt powolny. Podczas ćwiczeń grupowych biegną gęsiego i prowadzący narzuca tempo, ale tym razem nie jest to Kala. Dziewczyna sapie i dyszy tuż za nim, dmuchając mu w kark. Ma nadzieję, że zrozumie aluzję.

Szybciej.

Kiedy jest w ruchu, nie musi myśleć.

Im szybciej biegnie, tym łatwiej uwolnić się od myśli.

Za nią ciągnie się długi ogon młodych ludzi, który przecina pustynię. Jeśliby się obejrzała, zobaczyłaby rząd biegaczy w identycznych czarnych uniformach. Ich kroki są idealnie zsynchronizowane, podobnie jak pragnienia koncentrujące się na odległym celu.

Lecz Kala nigdy się nie ogląda.

Niestety biegnący przed nią chłopak nie uznaje tej zasady. Odwraca głowę i otwiera usta, jakby zamierzał coś powiedzieć. I wtedy potyka się o własne nogi. Udaje mu się odzyskać równowagę, ale zbyt późno. Kala wpada na niego i oboje zwalają się na ziemię. Pozostali nawet nie zwalniają. Nawet podczas ćwiczeń zespołowych maruderzy pozostają w tyle.

- Było się gapić?! - syczy Kala, próbując się podnieść.

- Trudno się nie gapić - odpowiada chłopak.

Kala zrywa się na równe nogi, ale jej towarzysz rozkłada się na piachu, jakby był na nadmorskiej plaży. Jego spojrzenie sprawia, że nie może się ruszyć.

Na chwilę oboje zamierają.

Jakby zatrzymał się czas, a świat skurczył.

Jakby nie istniał nikt poza nią.

I nim.

- Pierdoła - mówi Kala, dochodząc do siebie.

Jeśli pobiegnie dostatecznie szybko, jeszcze ma szansę dogonić grupę.

A pobiegnie.

* * *

Chłopak ma na imię Alad. A przynajmniej tak na siebie mówi. Oficjalnie przydzielono mu kryptonim 37DELTA. Każdy kandydat na Gracza otrzymuje numer zamiast prawdziwego imienia, nadanego mu przy narodzinach. Kiedyś mieli też domy i rodziny, ale gdy wybrano ich i skierowano na szkolenie, przeszłość została praktycznie wymazana. Dorastali na koedukacyjnym obozie. Każdemu - prócz numeru - przydzielono opiekuna i bardzo szybko zapomnieli, że mieli inne życie. Gdy osiągali taki wiek, że zaczynało im na tym zależeć, sami wybierali sobie miano. Kala to 5SIGMA. Imię, którym się ochrzciła, znaczy "czas". Ma jej przypominać o najtrudniejszym do pokonania przeciwniku. Czasie, który rozciąga się pomiędzy chwilą obecną a tym, co na nią czeka po opuszczeniu obozu. Kala czuje, jak tyka zegar jej życia, musi czymś wypełnić kolejne godziny i pozostawić je za sobą.

Czasem się zastanawiała, czy polubiłaby swoje prawdziwe imię.

Opiekunowie powtarzają jej jednak, że nie ma czegoś takiego jak "prawdziwe imię".

"To jesteś jedyna ty; jedyna, jaka istnieje - powtarzają. - Krew mąci wodę. Gracze muszą pozostać czyści".

Dlatego nie mają rodzin, tylko siebie.

Niektórzy zawiązali między sobą sojusze i przyjaźnie, uformowali kliki i grupki, ale Kala nigdy nie zawracała sobie tym głowy.

Aż do teraz.

Wcześniej nie zwracała uwagi na Alada, a nagle chłopak wydaje się być wszędzie. Siedzi obok niej na stołówce. Robi wszystko, aby zostać jej sparingpartnerem podczas treningu, i asystuje Kali przy ćwiczeniach siłowych. Na strzelnicy zawsze staje obok i uśmiecha się szeroko, kiedy wystrzelone przez dziewczynę kulę szatkują tarczę na strzępy. Nieomal wywraca się o niego podczas szkolenia z kamuflażu, kiedy Alad, przysypany piaskiem, praktycznie stopił się w jedno z niekończącym się pasem jasnego brązu. Rozprasza ją mrugnięciem, gdy Kala ćwiczy rzut granatem, przez co oboje o mały włos nie giną w eksplozji.

Ostatnimi czasy często ją rozprasza.

Nie przestaje się na nią gapić. Kiedy mu to wytyka, chłopak szczerzy się łobuzersko.

- Skąd wiesz? - pyta zaczepnie. - Może sama na mnie zerkasz?

Bo faktycznie tak jest. Zaczęła zauważać to, czego poprzednio jakimś cudem nie dostrzegała. Zmarszczki tworzące się przy ciemnych oczach, gdy się śmieje; podrygujące pod opiętą koszulką mięśnie; ciemną ścieżkę biegnącą od pępka w dół, którą zobaczyła przypadkiem; żyły odznaczające się na jego przedramionach, kiedy ją unosi; mocny kark, szerokie plecy, lśnienie skóry na słońcu, powolną grację, z jaką się porusza (zawsze niespiesznie, zawsze pewnie); usta uniesione uśmiechem i wykrzywione niezadowoleniem, zaciśnięte złością lub drżące radością, ale zawsze, zawsze pełne i spragnione.

Nie może przestać się na nie gapić.

Alad jest równie cichy co ona, ale w jego milczeniu kryje się dobroć. O ile Kala jest samotniczką, odcina się od wszystkiego, co może ją rozproszyć, wliczając w to kontakty międzyludzkie, chłopak chłonie każdy bodziec. Łącznie z nią. Kala jest zawsze w ruchu, on pozostaje nieruchomy. Kiedy siadają obok siebie, zapada cisza, dziewczyna czuje, jak otacza ją jego spokój. Gdy znajduje się blisko, potrzeba biegu, potrzeba walki, potrzeba ruchu znika. Nie musi już uciekać od swoich myśli, bo koncentrują się one na nim.

I nie przeszkadza jej to.

Alad nie jest leniwy, ale nie lubi się przemęczać. Nie zależy mu na byciu najszybszym czy najlepszym, czym różni się od niej i sporej części pozostałych.

- Po co się tak spinać? - słyszała, jak mówił do kolegi. - Przecież to nie wyścig. Kto wie, jak oni w ogóle wybierają tego Gracza.

Żadne z nich nie zna prawdy. Z całej rzeszy kandydatów zostanie powołany tylko jeden Gracz. Nikt nie wie kiedy, nikt nie wie czemu. Po prostu pewnego dnia budzisz się i odkrywasz, że twój kolega zniknął. I jest Graczem. Co oznacza, że ty nie.

A przynajmniej takie krążą plotki.

Raz opiekunowie wybierają najsilniejszą osobę, raz najmądrzejszą. Często ich decyzja nie ma jednak najmniejszego sensu. Zdarzało im się wytypować chudzielca albo półgłówka, świątobliwych, którym zależało jedynie na ich ludzie, lub samolubnych, niedbających o nikogo poza sobą.

Cała grupa kończy tego roku piętnaście lat, a obecny Gracz niedługo przekroczy regulaminowy wiek. Nadchodzi decydująca chwila, to pewne. Ale i tak nie mogą zrobić nic poza biernym czekaniem i intensywnym treningiem.

I oczywiście niekończącymi się spekulacjami.

Jak to się stanie?

Kiedy?

Było to ulubione zajęcie towarzyszy Kali. Nie zamykały im się gęby.

Ona jednak nie lubiła tych gierek. Nie miały żadnego sensu.

Podobało jej się, że dla Alada również.

(...)

Chiyoko

Przez całą dobę, każdego dnia, Chiyoko należy do swojego ludu. Tak naprawdę nie ma wpływu na swoje życie, swój czas i swoje decyzje. Żyje dla Mu, dla tych tysięcy niewinnych, z którymi łączy ją starożytne pochodzenie i którzy polegają na niej, ufają, że ich ocali, kiedy nadejdzie czas Endgame. To jej obowiązek i przywilej; obietnica złożona gdy tylko dorosła na tyle, aby zrozumieć sens poświęcenia. Obietnica złożona w jej imieniu jeszcze na długo, zanim się w ogóle urodziła.

Lecz niczego nie żałuje. To jej ludzie, a ona jest ich Graczem.

Dlatego dni Chiyoko należą do nich.

Za to noce są tylko dla niej.

Od świtu do zmierzchu musi radzić sobie z samotnością i reżimem codzienności, który nadaje każdej sekundzie niebagatelną wartość, nie może zmarnować żadnej z nich. Ona sama jest tak cenna, że trzeba ją chronić. Owszem, narzucono jej rygorystyczny trening i dziewczyna często naraża swoje życie - skakała już na spadochronie, śmigała po drapaczach chmur, infiltrowała bazy wojskowe, kroczyła przez płomienie - ale zawsze w ramach szkolenia. To wykalkulowane niebezpieczeństwo. Służące określonemu celowi. A kiedy nie jest na misji, szykując się na Koniec, który być może nigdy nie nadejdzie, powinna siedzieć w bezpiecznym domu, pod czujnym okiem opiekującego się nią wuja. Gdyby Endgame miało się rozpocząć, przystąpi do gry jako czempion swojego ludu. Jednak do tej pory - o czym nieustannie przypomina niezmordowany wuj - jest zwyczajną trzynastolatką. Umie co prawda zawiązać sto różnych węzłów, naładować karabin maszynowy w parę sekund, rozbroić mężczyznę trzykrotnie większego od siebie... ale nie potrafi zrobić czegoś tak prostego jak otwarcie ust i poproszenie o pomoc. Chiyoko stara się nie wyrządzić smutku swojemu opiekunowi i tak mija dzień po dniu; żyje życiem, które dla niej zaplanował.

Ale nocami... lata.

Z dachu na dach, skacząc nad pogrążonymi w mroku ulicami Nahy niczym stworzenie nocy. Biega wzdłuż kolejnych budowli, sprawnymi susami przesadza kolejne mury, pozwalając pędowi nieść się wysoko, daleko, jeszcze dalej. Kiedy dobiega do krawędzi dachu, nigdy się nie waha, bo oznaczałoby to niechybny upadek. Wzbija się w powietrze, szybuje nad szczelinami, celebrując każdą sekundę spędzoną w locie, rzucając wyzwanie grawitacji. Przez tę krótką chwilę zawieszenia w przestrzeni, dziesiątki, nieraz nawet setki stóp nad ziemią, może poczuć się prawdziwie wolna.

Jej nauczyciele mówią na to, co robi, "parkour". Dobrze ją wytrenowali, lecz żaden nie ma pojęcia, jak bardzo wzięła sobie do serca ich lekcje, nie wiedzą też, że uczyniła noc swoją.

Chiyoko zawsze potrafiła dochować tajemnicy.

Niekiedy zdarza się jej szpiegować sąsiadów, przysiąść na balkonie lub parapecie, przyglądać się wyimkom z cudzego życia. Częściej jednak, kiedy szybuje pomiędzy budynkami, a jej ciało przeszywa powietrze, cieszy się samotnością, pozwalając swoim myślom pogrążać się w fantazji. Jest wampirem, superbohaterem, potworem. Zastanawia się, co by sobie o niej pomyśleli ci nieświadomi niczego ludzie, jeśli zauważyliby jej sylwetkę za oknem, oblaną światłem wiszącego nisko księżyca. Cokolwiek by to było, choćby i nie wiadomo jak dziwaczne, z pewnością nie dorównałoby prawdzie.

Bo Chiyoko jest superbohaterem. Ma za zadanie ocalić świat, a przynajmniej swoich ludzi, wpojono jej, że tylko to się liczy.

Za dnia godnie nosi na barkach ciężar tej odpowiedzialności i nie spowiada się absolutnie nikomu z wątpliwości, jakie nią targają. Czy jest na to wszystko gotowa? Dostatecznie silna? Czy przeżyje, jeśli nadejdzie Endgame? Zachowuje swoje strachy dla siebie, nie może pozwolić, żeby ktokolwiek odgadł, jak bardzo boi się Endgame, jak ogromną żywi nadzieję, że Gra nie rozpocznie się za jej kadencji, że miną dni, a potem lata, że osiągnie odpowiedni wiek i przestanie spełniać warunki, a los świata stanie się problemem kogoś innego.

Nocą zwątpienie ulatuje. Tak jak i ona, zmagająca się z grawitacją.

Kiedy nieustraszenie skacze z budynku na budynek, czuje tylko jedno: niczym niezmąconą pewność siebie. Nareszcie akceptuje to, kim jest, czeka na nadejście Endgame, chciałaby, żeby wreszcie do tego doszło. Jest już gotowa na tę próbę.

Dlatego postępuje wbrew woli wuja i wymyka się w noc. Rozpaczliwie potrzebuje tych regularnych wypadów, gdyż wraz z nadejściem ciemności opuszcza ją niepewność; te cykliczne zastrzyki energii pomagają jej potem przetrwać kolejne dni.

Lecz dzisiaj wieczorem nie chodzi o pewność siebie czy o wolność, ale o zgłębienie prawdy na temat swojego przeznaczenia.

* * *

Gdy zapada zmrok, przecina drut kolczasty otaczający posiadłość Satoshiego Noriego i pokonuje porośnięte bluszczem ściany. Przycupnięta na parapecie aktywuje przekaźnik, który dawno temu ukryła w jego salonie. Mogłaby podsłuchać tę rozmowę, siedząc w domowym zaciszu, ale woli być tutaj, gdzie wiatr smaga ją po policzkach, a za kuloodpornymi szybami dostrzega twarze Mu.

Mogą nie chcieć się z nią widzieć, ale nie powstrzymają jej przed zobaczeniem ich. Mogą traktować ją jak dziecko, lecz są idiotami, jeśli myślą, że będzie postępowała jak gówniara. Nie może pozwolić, by podejmowano za nią decyzje i za jej plecami prowadzono rozmowy dotyczące jej przyszłości.

Satoshi Nori to de facto przywódca Mu - nie jest ani najmądrzejszym z nich, ani najodważniejszym, ale z pewnością najbogatszym, a to się liczy jak mało co.

Chiyoko podsłuchuje go od prawie roku. Dlatego ma świadomość, że Nori jest jej zagorzałym przeciwnikiem; uparcie powtarza, że dziewczynka taka jak ona - upośledzona - nie powinna być Graczem bez względu na to, co mówią znaki.

Ona jednak, w przeciwieństwie do starszyzny, nigdy nie zwracała zbyt dużej uwagi na to, co myślał o niej Satoshi. A może powinna. Bo tego popołudnia usłyszała, że jej wuj zgodził się na uczestnictwo w spotkaniu, w którym mieli wziąć udział wszyscy najważniejsi Mu, by debatować nad tym, co Nori miał do powiedzenia.

Chiyoko przywiera do ściany, zamyka oczy, chroniąc je przed wiatrem, i słucha.

- Dziewczyna jest słaba - mówi Satoshi. - Po tylu pokoleniach mamy powierzyć los naszego ludu upośledzonemu dzieciakowi? Niememu?

Nic, czego już by nie słyszała.

- Chcesz, abyśmy odrzucili tysiące lat tradycji, sprzeciwili się słowu bożemu tylko dlatego, że ty tak mówisz? - protestuje jej wuj. - Głos Chiyoko faktycznie jest słaby, ale duch silny. To nasz Gracz, czy ci się to podoba, czy nie.

Ponownie nic nowego. Chiyoko miała pięć lat, kiedy zstąpił na nią duch i oznaczył jako Gracza kolejnego pokolenia, co wywołało powszechne zdziwienie, a radość tylko u niewielu. Od tej pory spiskowano za jej plecami.

Tak jakby myśleli, że skoro nie może mówić, nie może też słuchać.

Satoshi zebrał najważniejszych Mu poza rodzicami Chiyoko, którzy przebywają aktualnie na drugim końcu globu. Prawie cały rok spędzają w podróży, dbając o sprawy Mu w innych krajach. Doglądają interesów, upewniając się, że ich lud - a wraz z nim jego sekretna, odwieczna misja - przetrwa. Tak jak Chiyoko, i oni mają w genach odpowiedzialność za swoich, nie może ich za to obwiniać. Nigdy nie wątpiła, że ją kochają, choć jakaś cząstka niej zastanawia się czasem, czy łatwa jest taka miłość na odległość. Dzielą ich teraz tysiące mil, czyli nie będą musieli stawić czoła jej milczeniu, wstydzić się za jej porażkę. Ona z kolei nie zobaczy wymalowanego na ich twarzach rozczarowania.

Dyskusja toczy się znajomym torem. Aż do pewnego momentu.

- Nie możemy tego ciągnąć - mówi jej wuj. - Nie dojdziemy w ten sposób do porozumienia, ten twój brak wiary robi się groźny.

- Czyli może jednak do czegoś dojdziemy - odpowiada Satoshi.

- Masz dla nas jakąś propozycję, tak?

- Tak. Chciałbym, aby nasz lud otrzymał Gracza, na jakiego zasługuje, bez żadnego defektu. Sprawnego. Akinę Nori.

Chiyoko ledwie zna tę dziewczynę. Mu rzadko się ze sobą przyjaźnią, uznając, że bezpieczniej jest zasymilować się ze społecznością Nahy i utrzymywać łączące ich więzi poza zasięgiem wścibskich oczu. Podczas tych rzadkich okazji, kiedy dzieci starożytnego ludu miały okazję się spotkać, przeważnie ignorowano Chiyoko. Bawiła się samotnie, podczas gdy pozostali gawędzili ze sobą radośnie. Ale sporo słyszała o Akinie Nori: jest piękna, wysportowana, bogata. Jak na córkę Satoshiego przystało.

- Och, ależ zaskoczenie - mówi z przekąsem jej wuj i Chiyoko słyszy w jego głosie ledwie zakamuflowane szyderstwo.

- Jest dobrą kandydatką - odpowiada mu Satoshi. - Może się pochwalić najlepszymi wynikami w klasie. No i nie widziałem drugiej takiej wojowniczki.

- Bo nie widziałeś Chiyoko.

- Tak się składa, że widziałem.

Dziewczyny takie jak Akina nie uczą się bić. Nie, jeśli nie trenują w jakimś konkretnym celu, jeśli nie są wychowywane, aby odegrać określoną rolę.

- Nie jestem osamotniony w tym pomyśle - dopowiada Satoshi; wtóruje mu pełen aprobaty szept starszyzny. - Zdziwiłbyś się, jak duże mam poparcie.

- Ja również nie jestem go pozbawiony - odcina się wuj. - Lecz zgodzę się z tobą co do jednego: nie możemy dłużej tego ciągnąć.

Chiyoko niemal spada z parapetu. Robi się coraz chłodniej, zimny wiatr niestrudzenie ją podgryza i kąsa wściekle odsłoniętą skórę.

A więc tak się to zakończy.

Może powinna czuć ulgę.

- Proponuję pewną próbę - odzywa się ponownie jej wuj - swoisty test. Zbliża się misja treningowa Chiyoko. Przetrwanie w dziczy. Chciałem pchnąć ją do bitwy z żywiołami, ale nie widzę przeszkód, aby stawiła czoła przeciwnikowi z krwi i kości. Akinie damy przewagę: element zaskoczenia oraz broń palną. Chiyoko za to będzie dysponowała jedynie swoim doświadczeniem nabytym podczas szkolenia oraz wolą bożą. Niech każda posłuży się tym, co jej dano, i zobaczymy, która z nich wyjdzie z tej potyczki zwycięsko.

Jakaś kobieta z sykiem wciąga powietrze, zaskoczona. Chiyoko rozpoznaje bezbłędnie, że to żona Satoshiego, matka Akiny.

- I Chiyoko nie dowie się, o czym tutaj rozmawiamy? - dopytuje Nori.

- Masz na to moje słowo - przytakuje wuj, a dla Mu to wystarczające zapewnienie.

Mężczyzna nigdy nie okłamał Chiyoko; nie zrobiłby tego.

Albo nie dał się przyłapać.

- Poślesz swoją dziewczynkę prosto w zasadzkę?

- Ufam, że potrafi o siebie zadbać - mówi wuj, a Chiyoko puchnie z dumy. - Potrafisz powiedzieć to samo o córeczce?

- Satoshi, jeszcze się nad tym zastanów - prosi matka Akiny.

Ma na imię Lia i Chiyoko zna ją jako kobietę nieustraszoną, trzeźwo myślącą i prącą do jasno wytyczonego celu. Szepcze się, że to ona odpowiada za sukcesy męża i ma niebagatelny wpływ na podejmowane przez niego decyzje. Teraz jednak w jej głosie pobrzmiewa nutka strachu.

Satoshi milczy.

- Skoro sam nie pokładasz w niej wiary, jak możesz się spodziewać, że nasz lud sprzeciwi się Bogu i podąży za tobą? - pyta wuj.

- Jeśli Akina zabije Chiyoko, postąpisz zgodnie z moją wolą? - upewnia się Nori. - Czy ty i twoi poplecznicy zaakceptujecie ją jako naszego Gracza?

- Zasłuży na to miano. Lecz jeśli Chiyoko zwycięży, położy kres tej czczej gadaninie - mówi twardo jej opiekun. - Żadnego spiskowania, żadnego sprzeciwu. Zaakceptujesz wolę boską. Zaakceptujesz Chiyoko.

- O ile przeżyje.

- Tak. O ile przeżyje.

Chiyoko zeskakuje z parapetu i ląduje miękko na wilgotnej trawie. Nie czerpie żadnej przyjemności z powrotnego lotu do domu, biegnąc ulicami, skacząc po dachach. Cisza nie działa już kojąco, podobnie spojrzenie na krystaliczne gwiazdy. Przez całą drogę pozwala sobie na odcięcie się od myśli, od emocji. Zaszywa się w ciemności swojej sypialni, otoczona dowodami miłości wuja: przyniesionymi przez niego książkami, bronią, którą ją obdarował. Spogląda na malowidło na ścianie, jakie dla niej stworzył - serpentynę rzeki mającą przypominać Chiyoko, że jest jak jej nurt, zwodniczo spokojna, ale kryjąca w sobie siłę, niebezpieczna, jeśli zostanie zlekceważona, często zabójcza.

Robi to dla mnie, powtarza sobie. Robi to, bo ma pewność, że jestem gotowa, aby stawić czoła wyzwaniu. Nie powie mi o próbie, gdyż wierzy, że nie muszę wiedzieć.

Zawsze pokładał w niej niezmąconą niczym nadzieję, nawet na samym początku, kiedy nie mogła liczyć na nikogo, łącznie z własnymi rodzicami, którzy również opornie przyjęli informację, że znaki wskazały właśnie ją. Wstawiał się za Chiyoko, która sama nie mogła wystąpić w swojej obronie. A pewnej nocy, gdy zasnęła ze łzami w oczach i obudziła się potem z cichym krzykiem, przerażona koszmarem, wuj był przy niej. Czuwał, jakby wiedział, że przyśni się jej coś złego. Opowiedział Chiyoko o czasach, kiedy sam był Graczem, uzmysłowił dziewczynie, jak wielki to zaszczyt, i podzielił się z nią wiarą, że uczyni swój lud dumnym.

Lecz nadal miewa koszmary.

Czasem w snach potrafi mówić, ale po przebudzeniu nigdy nie pamięta brzmienia swojego głosu, choć zdarza się jej prawie dosłyszeć dalekie echo własnego krzyku. Gdy zrywa się wystraszona w środku nocy, wuj zawsze jest przy niej, aby ją uspokoić. Tak jak i dziś. Odgarnia włosy z jej czoła i składa na nim pocałunek.

- Co ma być, to będzie - szepcze. - I zawsze tak było.

Ale nie tylko on potrafi rozmawiać z ciszą. Przez lata nauczyła się czytać z jego twarzy, po oczach poznawała zatroskanie i obawę. Dlatego dobrze wie, co myśli teraz.

Zastanawia się, czy przypadkiem Satoshi nie ma racji co do Akiny. Boi się, że poświęcił ukochaną osobę dla dobra sprawy, lecz choć to trudna decyzja, to jednak słuszna.

Posyła ją w pułapkę, ale nie to jest przyczyną jego bólu.

Obawia się, że Chiyoko może już nie powrócić.

(...)

ALICE

Alice leży na zimnej glebie, kamyczki kłują ją w plecy. Patrzy w gwiazdy. Ziemia ma kolor rdzy. Płaski, ścięty szczyt wzgórza poprzetykany jest jedynie suchymi pustynnymi krzewami. Na tle świecącego jasno księżyca odcina się przelatujące stado kakadu. Poza nią nie ma tutaj nikogo, nie licząc węża drzemiącego w ciemnej, ciasnej szczelinie przy przybudówce. Oto koniec świata, Nibylandia, ciągnący się przez setki mil pustynny busz. Próżno szukać tu żywego ducha. To strefa zagrożenia, gdzie bezlitosne słońce spieka nierozważnych podróżnych, a zwierzęce kości bieleją w południowym skwarze. Po tym pasie pustki biegają wolno dzikie konie, kangury skaczą ku horyzontowi, a jaszczurki rządzą niepodzielnie swoim królestwem.

Alice nazywa to miejsce domem.

Przychodzi tutaj, kiedy tylko może, kiedy potrzebuje uciec od świata.

Pozwala ziemi naładować się energią.

Od pięciu dni samotnie przedziera się przez busz. Z bumerangiem poluje na dingo, które potem piecze na rożnie. Patrzy na wędrujące gwiazdy i rozmyśla. Przygotowuje się.

Czeka, aż sen się spełni.

Minął rok, od kiedy wyruszyła tutaj jedynie z nożem i zapasem wody. Rok, który Alice spędziła całkiem sama. Było ich pięcioro, każde podążyło w innym kierunku, zapuszczając się w głąb spieczonego słońcem terytorium. Zesłano na nich sen, w którym obiecywano im dostąpienie prawdziwego zaszczytu. Pięciorgu kuzynom, pięciorgu Koori, w prostej linii potomkom byłego Gracza, oferowano szansę sięgnięcia po chwałę.

Czterem chłopcom i Alice.

Żaden z nich nie był tak twardy jak ona. Tak zdeterminowany. Żaden nie trenował ciężej, nie forsował się, nie poświęcał tyle czasu na zrozumienie, że ta chwila i ten zaszczyt były istotniejsze niż wszystko inne. Żaden nie wierzył, że padnie na nią, na dziewczynę bez matki, na brzydulę o pulchnych policzkach i ze znamieniem w kształcie księżyca nad okiem, której zwichrzona czupryna przypominała ptasie gniazdo. Ona jedna wierzyła, że uda się jej przeważyć szalę na swoją korzyść i dowieść, że zasługuje na szansę, jaką otrzymała, po czym powróci do domu już jako Gracz.

Dlatego nie była zaskoczona, kiedy przyszedł sen i przodkowie szepnęli jej do ucha, jaki los ją czeka. Nie zdziwiła się też, że została obudzona przez kangura rudego, który połaskotał ją nosem po karku. To święte zwierzę jej ludu, danina świata snu złożona światu materialnemu.

Nie poszła jednak do domu, nie musiała, gdyż ścieżka Gracza została już wyznaczona. Dalszy trening był prosty, niemal sprawił jej przyjemność. Kolejne dni upłynęły Alice w przeświadczeniu, że robi coś słusznego.

Teraz jednak zdecydowała się na powrót do ojczyzny, do ziemi, która obdarowała ją obowiązkiem i przeznaczeniem. Potrzebuje rady i wskazówek przodków. Maszerowała. Pościła. Usychała z pragnienia na słońcu i drżała z zimna nocą. Czekała na sny, a sny nie nadchodziły.

Alice jest cierpliwa. Ufa ziemi. Ufa duchom swoich ludzi. Czeka. Obserwuje gwiazdy, które wydają się jej tej nocy bliższe. Zresztą nie tylko one, ale i niebo, ziemia, przyszłość. Zbliża się jej czas. Niedługo pozna odpowiedzi.

Bierze oddech.

Nie traci wiary.

Śpi.

Śni.

(...)

MARCUS

Kiedy Marcus był dzieckiem, nazywano go Małpą.

Miał to być komplement i tak też Marcus swoje przezwisko odbierał.

Jako czterolatek wdrapał się po trzydziestometrowej ścianie, a strach nawet nie zajrzał mu w oczy. Żaden inny dzieciak z jego poziomu nie dostał się do dzwonka na szczycie. Od tamtej pory Marcus starał się wspinać wyżej niż pozostali, zawsze musiał być pierwszy u celu, gdzie czekał na resztę z aroganckim uśmieszkiem i słowami: "Co tak długo?".

Potrafił wleźć wszędzie. Na drzewa, góry, aktywne wulkany, nachylone pod kątem dziewięćdziesięciu stopni granitowe zbocza i gładkie ściany tokijskich wieżowców.

Kreteńskie łańcuchy górskie były jego placem zabaw. Wdrapał się na wszystkie Siedem Szczytów - najwyższe wierzchołki na każdym z kontynentów - łącznie z antarktycznym Masywem Vinsona, odbywając uprzednio spacer przez Biegun Południowy. Nielegalnie i bez żadnych lin czy uprzęży pomknął osiemset metrów w górę po dubajskim Burdż Chalifa i skoczył ze spadochronem ze srebrzystego czubka. Jest najmłodszym alpinistą, który zdobył Everest (choć świat nie mógł się o tym dowiedzieć).

Jeśli ktoś skonstruowałby drabinę sięgającą aż do samego Księżyca, Marcus nie zastanawiałby się długo, czy z niej skorzystać.

Istnieje mnóstwo powodów, dla których kocha wspinaczkę. To doskonała fuzja umysłu i materii, idealny sposób na skanalizowanie frenetycznej energii niepozwalającej mu usiedzieć w miejscu. Wymaga umiejętności absolutnego skupienia, brutalnej siły i niezachwianej pewności siebie, które Marcus - człowiek oddychający pełną piersią dopiero na wysokości tysiąca metrów - wyssał z mlekiem matki.

Tak, właśnie dlatego kocha wspinaczkę. Ale nie tylko. Przede wszystkim uwielbia to, bo jest najlepszy. A co za tym idzie, z definicji przewyższa Alexandra.

* * *

Już w pierwszym dniu nie miał wątpliwości, że to Alexandra Nicolaidesa musi pokonać.

W drugim go znienawidził.

Rodzice, wysadzając Marcusa z auta, powiedzieli mu, że spędzi trochę czasu na obozie. Ale bystry dzieciak zaczął się zastanawiać, co to za opiekunowie, którzy zostawiają czterolatka na Krecie i jadą z powrotem do Stambułu bez niego.

Co to w ogóle za obóz, że na to pozwalają?

Gdzie uczą dzieci w jego wieku strzelać?

Uzbrajać ładunki wybuchowe?

Podstaw chińskiego?

Ba, tam zachęcano ich, żeby pobawili się zapałkami.

Marcus był jednak w swoim żywiole, i to na długo przed tym, jak się dowiedział o nadchodzącej inwazji obcych i - jeśli dobrze rozegra tę partię - uratowaniu świata.

Najfajniejszy. Możliwy. Obóz.

A może raczej byłby to najfajniejszy obóz, gdyby nie niemożliwa do zignorowania obecność Alexandra Nicolaidesa. Chłopak reprezentował wszystko to, czym on nie mógł się pochwalić. Marcusa zawsze nosiło, najpierw myślał, potem działał. Alexander był opanowany i spokojny, pobił nawet obozowy rekord medytacji, siedząc w milczeniu, nieruchomo, i gapiąc się na durną świeczkę nieprzerwanie przez 28 godzin. Marcus opanowywał języki i skomplikowane działania matematyczne psychiczną siłą, tak długo obijał się o problemy logiczne, aż te ustępowały pod jego naporem. Alexander z kolei mówił płynnie po asyryjsku, sumeryjsku i starogrecku, dla zabawy nauczył się średniowiecznego islandzkiego, potrafił również wyobrazić sobie przynajmniej sześć wymiarów. Marcusowi szły lepiej strzelanie i wspinaczka. Alexander miał dryg do nawigacji i survivalu. Marcus uchodził za obozowego śmieszka i potrafił rozbawić nawet najsurowszych nauczycieli. Alexander - oschły i poważny - rzadko się odzywał, jeśli nie miał do powiedzenia nic istotnego. I dobrze, bo jego głos brzmiał tak piskliwie, jakby ktoś drapał paznokciami po tablicy, i Marcusa korciło, żeby przywalić mu w mordę.

Nie cieszyło go, że Alexander był dobrym graczem i jeszcze lepszym podlizuchem. Inne dzieci wolały Marcusa, ale Alexander zdawał sobie sprawę, że jego rywal ma na pieńku z opiekunami, a to ich opinia była kluczowa, to oni wybierali Gracza i posyłali całą resztę z powrotem do domu, aby wiodła swoje nudne i żmudne życia.

Może pozostałym odpowiadała szara codzienność.

Chłopcy i dziewczęta marzyli o zostaniu astronautami, kierowcami rajdowymi, gwiazdami rocka. Ale nie Marcus. Od dnia, w którym dowiedział się o Endgame, miał tylko jeden cel: zwyciężyć.

Nikt i nic nie mogło mu w tym przeszkodzić.

A już na pewno nie Alexander Nicolaides.

Marcus musiał go znosić przez pięć lat, ale czekał cierpliwie, aż chłopak ujawni jakąś słabość lub, co lepsze, powinie mu się noga. Nie rezygnował, upatrując okazji na pognębienie Alexandra, liczył się dla niego jedynie bezdyskusyjny tryumf, zwycięstwo absolutne, aby wszyscy, raz na zawsze, dowiedzieli się, że jest najlepszy. Lubił wyobrażać sobie ten upragniony dzień - dzieciaki nosiłyby go na rękach, skandując jego imię, a Alexander umykałby chyłkiem, zawstydzony upokarzającą porażką.

Miał dziewięć lat, kiedy ta chwila nadeszła.

Rozgrywali turniej walki wręcz, w którym pokonany odpadał, a zwycięzca otrzymywał duże złote trofeum, dodatkowy przydział deseru przez cały miesiąc oraz pozwolenie na przechwałki przez resztę roku. Latami dzieci prosiły o zorganizowanie podobnej imprezy, zawodów, w których mogłyby pokazać się z najlepszej strony, a przy tym zdobyć jakąś nagrodę. "Całe wasze życie to rywalizacja - mówili nauczyciele - nie starczy wam?"

Marcus nieraz wytykał, że żyją w kolebce igrzysk olimpijskich i wręcz niepatriotycznie byłoby nie podążyć za danym przez przodków przykładem, ale w odpowiedzi otrzymał jedynie surowe upomnienie: "Nie jesteśmy Grekami, ale Minojczykami". Marcus nie rozumiał, czemu miałby pękać z dumy, że należy do cywilizacji, która wyparowała przed trzema tysiącami lat. Grecy mogli pochwalić się chociażby Sokratesem, Arystotelesem i Archimedesem, wymyślili matematykę, nauki ścisłe, muzykę, sport. A Minojczycy? Na tyle, na ile był zorientowany, pozostawili po sobie jedynie martwy język, potłuczone naczynia ceramiczne i plotki o zatopionym mieście, które jest albo nie jest zaginioną Atlantydą. Marcus musiał jednak przyznać, że to oni wymyślili skakanie przez byka - który to sport polegał dokładnie na tym, co sugerowała jego nazwa - i nie mógł się doczekać, aż będzie mu dane spróbować.

Ale nie mówił tego głośno, skoro nieustannie wpajano mu, że jego życiowym celem jest zbawienie ludu minojskiego.

Dlatego też nauczył się pokory.

    

Po ukończeniu dziewiątego roku życia Marcus zorientował się, że jeśli naprawdę bardzo się czegoś chce, to z zasady się to dostanie. A każdy dzieciak z obozu nade wszystko pragnął turnieju, choć chyba nikt aż tak bardzo jak on sam.

I go otrzymał.

Przez pierwsze pojedynki prześlizgnął się bez wysiłku - jeden chłopak padł nawet nieprzytomny na ziemię - pokonując starszych i roślejszych. Alexander, który startował z innej grupy, również rozgromił rywali. "Tak powinno być", myślał Marcus, bo to przecież żadna przyjemność móc powalić go już na początku zabawy. Decydujący cios musi zostać zadany wtedy, kiedy będzie miało to znaczenie, najlepiej podczas finału, gdy oczy wszystkich będą skupione tylko na nich.

Dwaj dziewięcioletni chłopcy stanęli naprzeciw siebie na ringu i ukłonili się, tak jak ich tego nauczono. Okazanie szacunku przeciwnikowi było regułą. Jedyną.

Marcus rozpoczął od kopnięcia nauczonego podczas zajęć karate, które jego rywal z łatwością zablokował. Starli się i siłowali przez kilka sekund, aż Alexandrowi udało się przewrócić oponenta za pomocą chwytu judo. Marcus mu na to pozwolił, bo dzięki temu zdołał umieścić swoją nogę pomiędzy kolanami przeciwnika i pociągnąć go za sobą, żeby móc go poddusić. Alexander szamotał się przez chwilę, po czym zamachnął się, chcąc uderzyć rywala w twarz. Marcus odtoczył się w samą porę i cios trafił w matę.

Dzieciaki z obozu podniosły się z miejsc, dopingując obu, wykrzykując raz imię Marcusa, raz Alexandra. Ten pierwszy próbował czym prędzej odgonić od siebie myśli o tym, która grupa była głośniejsza, aby się nie rozproszyć. Zawodnicy płynnie zmieniali technikę walki, mieszając boks francuski z sanshou, ataki stylem taekwondo zatrzymywali blokami z aikido, ich wystudiowana choreografia z czasem stawała się coraz bardziej niedbała, aż pojedynek przedzierzgnął się w gorączkowo-rozpaczliwą bójkę uliczną. Lecz nawet kiedy gryźli i drapali jak rozjuszone zwierzęta, nie można było odmówić jednego - byli ze sobą doskonale zgrani.

Bijatyka się przeciągała. Uchylali się przed uderzeniami pięścią, blokowali kopnięcia, jeden co rusz rzucał drugiego na matę. Minęła godzina, potem druga. Chłopcy czuli się, jakby mijały lata. Po plecach spływał Marcusowi pot, a po twarzy krew. Sapał i dyszał, łapczywie łapiąc powietrze i próbując nie dać po sobie poznać, że z bólu mało co nie złoży się jak scyzoryk. Nogi miał jak z galarety, ramiona z ołowiu. Z kolei Alexander wyglądał, jakby rozjechał go walec, Marcus podbił mu oczy i wybił przednie zęby, po których została jedynie szeroka szpara. Żaden z nich nie odzywał się ani słowem, czekając, aż sędzia przerwie im, zanim się pozabijają.

Nie na tym obozie.

Bili się więc dalej.

Walczyli tak, jak żyli: Marcus był pomysłowy i nieprzewidywalny, zawsze pozostawał w ruchu; Alexander opanowany, rozsądny, każde posunięcie planował na chłodno.

Dlatego nikt się nie spodziewał, że chłopak wreszcie wybuchnie. Alexander wydał z siebie pełen obłąkanego gniewu okrzyk, sięgnął za liny i złapał stołek sędziego, po czym rozbił go niespodziewającemu się podobnego obrotu spraw rywalowi na głowie.

Marcus poczuł, jak siła uderzenia rozbrzmiewa mu echem w kościach.

Ból skropił jego ciało żywym ogniem.

Upadł na matę, tracąc i kontrolę nad członkami, i świadomość.

Ostatnim, co zobaczył, zanim jego oczy zalała czerń, była twarz Alexandra, zaskoczonego własnym brakiem opanowania. Marcus skrzywił się i wybuchnął śmiechem. Mimo że przegrał, równocześnie okazał się zwycięzcą - nareszcie złamał tego sztywniaka.

Ostatnim, co usłyszał, był śmiech Alexandra.

(...)