End of the Road - A.P. Mist

Kup ebooka

50.90 zł
40.72 zł (50,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Aradia

Krople krwi wymieszane ze łzami skapywały do umywalki. Jeszcze nigdy nie doświadczyłam takiego upokorzenia i zranienia. Czy to oznaczało, że dotąd żyłam w bańce, którą sama sobie stworzyłam? Czy byłam aż tak naiwna, myśląc, że wszystko, co mnie otacza, co zbudowałam, jest stałe i dane mi na zawsze? Tak, z pewnością byłam. Zaślepiona, głupia gęś, która wierzy w wymarłe wartości. Nie ma czegoś takiego jak wierność i oddanie...

- Aradio, skarbie, wszystko w porządku? - Usłyszałam zza drzwi zatroskany głos mamy. - Za piętnaście minut musimy wyjeżdżać. Chyba nie chcesz się spóźnić na rozdanie dyplomów?

- To tylko formalność - wymamrotałam.

- Ale jakże przyjemna i uroczysta - nie odpuszczała. - Co się dzieje?

Niechętnie otworzyłam drzwi od łazienki, a kiedy mama zobaczyła mnie z przyciśniętym do twarzy papierem toaletowym, zrobiła zatroskaną minę.

- Denerwujesz się - skwitowała, a ja nie chciałam jej tłumaczyć, że to nie rozdanie dyplomów wywołało u mnie krwotok z nosa. - Ostatni raz taka sytuacja się zdarzyła, kiedy wyprowadziliśmy się z Hideout - dodała.

- Krwawiłam z nosa? - zdziwiłam się.

- Wpadłaś w tak potężną histerię, że popękały ci naczynia krwionośne w nosie i w oczach - wspominała. - Pochyl się, kochanie - poleciła, a kiedy to zrobiłam, zmoczyła ręcznik i położyła go na moim karku.

- Nie chciałam się stamtąd wynosić - burknęłam.

- Miałaś trzynaście lat, życie w mieście bardziej ci służyło. Właśnie skończyłaś studia z wyróżnieniem - zaświergotała.

- Mamo, Hideout nie jest na końcu świata, a w Salt Lake City też jest uniwersytet - zaczęłam dyskusję, bo nie wiedzieć dlaczego, poczułam ten sam żal, co dziesięć lat wcześniej. - A wy wybraliście sobie Chicago, jakbyśmy nie mogli zamieszkać gdzieś bliżej.

- Dobrze wiesz, że tata dostał tu świetną posadę. Bylibyśmy nierozsądni, gdybyśmy z tego nie skorzystali. W Hideout żadne z nas nie miało takich perspektyw - upierała się.

Zawsze w ten sposób tłumaczyła nasz nagły wyjazd. Nie zdawała sobie sprawy, że znam prawdę...

Hideout. Nie byłam tam od lat. Odkąd tylko rozpoczęłam studia, nie odwiedziłam dziadka ani razu. W liceum jeszcze upierałam się na wakacje tam, na co tata zawsze się krzywił. Z biegiem lat zaczynałam się odsuwać od miejsca, które było dla mnie rajem, nie latałam do dziadka, a rodzicom było to na rękę. Dzwoniłam do niego codziennie, ale to nie było to samo.

- Polecę tam - zadecydowałam i przetarłam twarz, a później obmyłam ją zimną wodą.

- Gdzie? - zdziwiła się mama.

- Do dziadka.

Przybrała nieodgadniony wyraz twarzy i westchnęła. Nawet po tylu latach nie potrafiła przyswoić, że to górskie miasteczko zawsze będę wspominać najlepiej. Miałam w nosie luksusy, pieniądze i wielkie miasto, a teraz poczucie tęsknoty uderzyło we mnie ze zdwojoną siłą.

- Isaac pojedzie z tobą? To mogłaby być dla was ciekawa podróż. Poznałby twoje korzenie...

- Isaac ze mną zerwał - przerwałam jej. - Przed godziną.

- C-co? - pisnęła zaskoczona.

Uwielbiała tego drania. Zdobył serca całej mojej rodziny, był wygadany, pewny siebie i... świetnie kłamał...

- Zerwał ze mną - powtórzyłam. - Przez wiadomość. Nie miał nawet odwagi spojrzeć mi w oczy i powiedzieć, że już nie jestem mu potrzebna.

Zacisnęła usta w wąską kreskę i pokręciła głową.

- Przydadzą ci się wakacje - skwitowała. - Kilka tygodni w zacofanej dziczy...

- Pojadę na rok - rzuciłam, zaskakując tym nawet siebie.

- Oszalałaś? Dziadek jest już stary, prowadzi sklep, a ty nie jesteś już małą dziewczynką, którą będzie trzymał na kolanach i zabawiał.

- Dziadek się zgodzi. Mam pieniądze, pracowałam przez całe studia, więc nie będzie mnie przecież utrzymywał. Pomogę mu w sklepie.

W mojej głowie tworzył się plan, o którym wcześniej nawet przez chwilę nie myślałam. Czułam jednak, że to dobra decyzja.

Nie, ja nie uciekałam.

Ja wracałam tam, gdzie zostawiłam swoje serce. Tam, gdzie rozpoczęła się moja droga życiowa. Czułam, że właśnie w tym miejscu osiągnę spokój, będę wiedziała, którą ścieżkę wybrać i jak pokierować swoim życiem.

Rozdział 1

Aradia

Cztery miesiące później...

Kiedy byłam małą dziewczynką, babcia mówiła, że dla spokoju ducha należy mieć coś swojego. Choćby jedną, drobną tajemnicę, której nie zdradzi się ani przyjaciółce, ani ukochanemu, ani nikomu innemu na świecie. Wtedy jeszcze nie rozumiałam, co ma na myśli, lecz teraz jej słowa nabierały sensu.

Hideout może nie było tajemnicą, ale gdy dzieliło mnie od niego czterdzieści minut drogi, nareszcie zaczynałam czuć, że mam coś swojego. Jakbym odzyskała wolność, nie wiedząc, że wcześniej byłam uwięziona. W Utah nawet powietrze zdawało się inne. Lżejsze, kojące, wypełniające pierś po brzegi.

Do rozpoczęcia sezonu zimowego zostały dwa miesiące, więc lotnisko nie było jeszcze przepełnione. Dzięki temu sprawnie przeszłam kontrolę bezpieczeństwa i odebrałam bagaż z taśmy.

Zaplanowanie podróży i dopięcie wszystkiego na ostatni guzik zajęło trochę czasu. Dodatkowo spowalniał mnie ciągły sprzeciw rodziców. Na każdym kroku pokazywali swoje niezadowolenie, próbowali mnie zatrzymać i na wszelkie sposoby przekonać, abym nie wracała do Hideout. Uważali, że mój pomysł, by zaszyć się na końcu świata, jest absurdalny i nieodpowiedzialny.

Całkowicie zapomnieli, że mieszkając tam, byliśmy naprawdę szczęśliwi. Ja, choć minęło dziesięć lat, doskonale to pamiętałam. A później, tuż po śmierci babci, doszło do jakiejś awantury i rodzice podjęli impulsywną decyzję o wyprowadzce i całkowitym odcięciu się od dziadka i przeszłości.

Nigdy nie rozmawiałam z nimi na ten temat, bo żyli w myśl zasady, że dzieci nie mają prawa głosu. I choć miałam już dwadzieścia trzy lata, wciąż traktowali mnie jak smarkulę. Każda próba poruszenia tej kwestii spełzała na niczym.

Ciągnęłam ogromne walizki w stronę wyjścia, przy którym miał na mnie czekać dziadek.

Kiedy automatyczne drzwi się otworzyły, uderzył we mnie przyjemny podmuch wrześniowego wiatru. Stanęłam na chodniku i rozejrzałam się w poszukiwaniu starego pickupa.

Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, przede mną stanął nowy, czarny SUV. Kiedy wysiadł z niego mój ukochany dziadek, trzymając w dłoni bukiet kwiatów, szczęka opadła mi do samej ziemi.

- Jesteś, mój skowronku - wychrypiał i rozpostarł ramiona, a ja natychmiast zostawiłam walizki i rzuciłam się w jego objęcia.

Gardło ścisnęło mi się ze wzruszenia, bo właśnie w tej chwili uzmysłowiłam sobie potęgę swojej tęsknoty. Nie widziałam dziadka pięć lat i żadne rozmowy nie były w stanie zastąpić jego silnych ramion.

- Tak się cieszę... - wydusiłam.

- Tylko się nie rozklejaj. - Zaśmiał się i wypuścił mnie z objęć, po czym wręczył mi kluczyki od auta oraz piękne kwiaty. - Ty prowadzisz.

- C-co? - zająknęłam się.

- Jesteś już dorosła. Skończyłaś studia. Masz prawo jazdy - wymieniał. - A to - poklepał bok samochodu - jest prezent z okazji uzyskania dyplomu - dodał i puścił mi oko.

- Żartujesz? - zapiszczałam. - Nie mogę tego przyjąć!

- Taka była wola babci, a ja nawet po jej śmierci nie śmiałbym się jej sprzeciwić - odparł i pochylił się do moich walizek. - Tobie też nie radzę - rzucił, patrząc na mnie ciepło.

Popatrzyłam na niego, a potem na pilot spoczywający w mojej dłoni i znów na niego. Nie do końca rozumiałam, co się dzieje. Babcia nie żyła ponad dziesięć lat, skąd więc pomysł, że tego właśnie chciała? Samochód? Na zakończenie studiów?

- Sprzedałeś sklep? Dom? - zapytałam i podeszłam bliżej, żeby wziąć mój bagaż.

Pomimo swojego wieku dziadek wciąż był silny i w pełni sprawny, ale nie chciałam, żeby robił cokolwiek za mnie.

- Nie. Dlaczego?

- Skąd wziąłeś na to pieniądze? - Wskazałam na samochód. - Musiał kosztować majątek.

- Miałem oszczędności. Porozmawiamy na miejscu, sklep czeka, mam dziś dostawę - wymamrotał i machnął ręką, żebym się ruszyła. - Wyrosłaś na piękną kobietę, kawalerzy będą wystawać pod drzwiami.

Otworzył bagażnik, po czym wrzucił do niego walizki, jakby nic nie ważyły.

- Kawalerzy są ostatnim, po co tu przyjechałam - odparłam i wciąż niepewnie podeszłam do drzwi od strony kierowcy.

Jeśli to, co mówił dziadek, było prawdą, to miałam zostać właścicielką lepszego wozu niż ten, który mieli moi rodzice.

Dziadek zajął miejsce pasażera i z ramionami założonymi na piersi czekał, aż i ja wsiądę. Westchnęłam i spojrzałam w czyste niebo, jakbym szukała tam jakichś wyjaśnień, po czym usadowiłam się za kierownicą i sprawnie uruchomiłam wóz.

- Zapnij pas - poprosiłam.

- Jesteś piratem drogowym? - Zaśmiał się, ale spełnił moją prośbę.

Ruszyłam w stronę wyjazdu z parkingu, bo choć nie byłam tu od liceum, zawsze bacznie obserwowałam trasę, którą pokonywaliśmy, kiedy dziadek odbierał mnie z lotniska.

- Może teraz mi powiesz, skąd pomysł, żeby kupować mi samochód? - zapytałam, kiedy wydostaliśmy się z labiryntu i wyjechaliśmy na drogę prowadzącą na przedmieścia, a później do Hideout.

- Przyda ci się.

- I tyle? - nie odpuszczałam.

- Babcia wyraźnie powiedziała, a później również zapisała konkretne instrukcje, których póki żyję będę się trzymał - wygłosił i spojrzał na mnie z uwagą.

Dziadek był postawnym mężczyzną, żeby nie powiedzieć: potężnym, co w genach przekazał mojemu tacie. Miał siedemdziesiąt dwa lata, ale ani myślał o emeryturze i odpoczynku. Zawsze mówił, że będzie prowadził sklep do śmierci, a później żartował, że ja odziedziczę cały ich majątek i również zajmę się sprzedażą narzędzi.

- Zamieszkasz nad sklepem - odezwał się ponownie. - Jest jeszcze kilka rzeczy do naprawienia, ale nasza złota rączka zajmie się tym w przeciągu tygodnia.

- Nad sklepem? - zdziwiłam się. - Myślałam, że...

- Jesteś dorosła, nie będę cię niańczył i pilnował - przerwał mi. - Potrzebujesz swobody, a nie starca nad głową.

Tym również mnie zaskoczył.

Pamiętałam, że opowiadał, jak poznali się z babcią, która mieszkała nad sklepem. Dziadek był mieszczuchem, który przyjechał zwiedzać Utah, a Hideout było wyłącznie przystankiem na jego trasie. Ostatecznie rzucił wszystko i został, a oni stali się wzorem prawdziwej miłości.

Później wybudowali dom na działce nieopodal i pojawił się mój tata. Z kolei kiedy on poznał moją mamę, podczas wypadu na narty do Salt Lake City, ona postanowiła zostać tu dla niego. Przedziwne zjawisko, ponieważ zawsze jedno poświęcało całe swoje dotychczasowe życie, by osiąść w Hideout i założyć rodzinę.

Pobrali się, kiedy mama zaszła w ciążę. Nigdy nie ukrywali, że nie byłam do końca planowana i moje pojawienie się było dla nich zaskoczeniem. Mnie nie było dane kontynuować tej osobliwej tradycji. Już nie mieszkałam w tym miejscu, więc nie czekała mnie żadna romantyczna historia - żaden mieszczuch nie rzuci wszystkiego z miłości do mnie i nie zostanie tutaj.

To ja byłam mieszczuchem szukającym swojej drogi...

- Dziadku?

- Tak, mój piękny skowronku?

- Dlaczego przed dziesięcioma laty się wyprowadziliśmy? - zadałam pytanie, na które nikt nie udzielił mi jednoznacznej odpowiedzi. - Tylko nie mów, że ze względu na pracę taty - uprzedziłam.

Dziadek westchnął ciężko i pokręcił głową.

- Twoja mama inaczej wyobrażała sobie życie w Hideout. A kiedy zmarła babcia, również spodziewała się czegoś innego niż to, co... Po prostu się pokłóciliśmy.

- Wiem, że nasz wyjazd poprzedziła awantura, ale chcę znać powód - dociekałam.

- To stare dzieje, dziecko. - Machnął ręką i się uśmiechnął.

Wiedziałam, że nie będzie łatwo wydusić z niego prawdy, ale nie zamierzałam odpuścić. Pamiętałam strzępy ich ówczesnej kłótni i byłam pewna, że to poważna sprawa. Z jakiegoś powodu wszyscy nabrali wody w usta, a ja chciałam się dowiedzieć dlaczego.

Wkrótce dojechaliśmy na miejsce, nie mogłam uwierzyć, jak bardzo zmieniło się to miasteczko. Wiele budynków zostało odrestaurowanych, w tym ten, w którym mieściły się sklep i mieszkanie dziadka.

Chodniki były nowe, powstało sporo sklepów, a nawet restauracja i kawiarnia.

Spojrzałam na dziadka pytająco, a on wzruszył ramionami.

- Mamy coraz więcej turystów, a skoro jest potrzeba, to jest też biznes. Każde z tych miejsc należy do miejscowych, więc chociaż dochody zostają u naszych ludzi, a nie trafiają do kieszeni jakiegoś miejskiego ważniaka.

- Mam nadzieję, że nikt nie wybudował tu hotelu?

- Nie. Nigdy do tego nie dojdzie. Największe tereny, na których mogłyby powstać hotele, należą do dwóch osób, które za żadne pieniądze nie sprzedadzą nawet skrawka ziemi.

Wysiedliśmy z samochodu, dziadek, nie słuchając moich sprzeciwów, wyjął z bagażnika walizki i skierowaliśmy się do bocznego wejścia, które prowadziło do mieszkania na piętrze.

Już w korytarzu poczułam ten przyjemny zapach drewna. Dziadek nie tolerował tandety, dlatego wszystkie meble były z dębu. Twierdził, że to zapewnia trwałość i solidność na wieki. Otworzył przede mną drzwi, a ja znów poczułam potężne wzruszenie. W moich oczach wezbrały łzy, kiedy przekroczyłam próg. Wnętrze było odnowione, ale zachowało swojego ducha przytulności i ciepła. Jako architekt wnętrz nie zmieniłabym absolutnie niczego.

- Do naprawienia zostało ogrzewanie, ale przed zimą na pewno zdążymy - odezwał się dziadek. - Okno balkonowe się nie domyka, ale...

- Dziadku... - przerwałam mu i się w niego wtuliłam. - Jest doskonale.

Marzyłam, by wrócić, ale nie oczekiwałam, że odstąpi mi mieszkanie, w którym mieszkał z babcią. Kochali to miejsce do tego stopnia, że nawet kiedy moi rodzice się pobrali, nie pozwolili im tu zamieszkać, tylko udostępnili im dom nieopodal, a sami wrócili do małego mieszkanka. Liczyłam na jakiś kącik właśnie w tamtym domu, z nim.

- Masz tydzień na odpoczynek, później bierzemy się do pracy - oznajmił dziadek i cmoknął mnie w czubek głowy.

Było zupełnie jak dawniej. Jakbym wciąż była tamtą małą dziewczynką, która odnajdywała ciepło w ramionach dziadka. Byłam w domu.